NAJBLIŻSZE PRELEKCJE PODRÓŻNICZE:

Boruszyn (Wielkopolska)
- Plener Podróżniczy im.Kazimierza Nowaka
- 12-15 sierpnia
 
INNE WYDARZENIA:
 
Żory - Muzeum Ognia,
ul. Katowicka 3 - Wystawa
Fotograficzna, do 31.08.2016,
Wstęp Wolny

 a2b2

trojka 225x150

TVN box

swiatsiekreci2016

teleexpress225px2

genis.pl

portal gorski 225x150 box

slaskie box

spokey.jpg 225PX

Podziel się

FacebookMySpaceTwitterGoogle BookmarksLinkedinRSS Feed
Grzegorz Gawlik

Grzegorz Gawlik

Podgórze i Cricoteka

Podgórze, kiedyś samodzielne miasto, dzisiaj część Krakowa. Położone nad brzegiem Wisły, z miszmaszem architektonicznym. Są ładne uliczki z knajpkami, ale też zaniedbane, z dziurami po wyburzonych budynkach. Jest plac zwany Rynkiem Podgórskim z kościołem św. Józefa (1905-1909r.), słynący z eleganckiego frontu i charakterystycznej wieży. Trochę ładnych kamienic, ale również coraz więcej nieciekawych architektonicznie współczesnych budynków mieszkalnych i biurowych. Z tutejszego Rynku, do Głównego, przez Kazimierz, są dwa kilometry z groszami.

Nowy budynek Cricoteki (2014) stanowi jedną z największych atrakcji dzielnicy.  Jak na konserwatywny Kraków, pomysł śmiały, ale świetny. Zagospodarowano tereny dawnej elektrowni podgórskiej. Są to niewielkie acz ładne obiekty i komin. A nad nimi zbudowano "kosmiczny" betonowo-stalowy budynek, w którego suficie odbijają się zabudowania elektrowni. Oby więcej takiej architektury w Polsce. Obiekt położony jest nad samą Wisłą, w pobliżu pieszego mostu, którym dojdziemy na Kazimierz i na Stare Miasto. Jednym z najważniejszych zadań Cricoteki jest upowszechnianie dorobku artystycznego Tadeusza Kantora, XX-wiecznego polskiego malarza, reżysera, grafika, animatora kulturalnego.

Z ciekawszych innych miejsc w Podgórzu, warto wspomnieć o forcie wieżowym Benedykt i Kopcu Krakusa.

Zalew Zakrzówek

Fantastyczne miejsce, całkiem blisko centrum Krakowa (4 km od Rynku Głównego). Teren po kopalni wapienia zalano w 1990 roku, tworząc niezwykle malowniczy zalew. W kamieniołomie krótko pracował Karol Wojtyła w czasie II Wojny Światowej. Zbiornik ma do 32m głębokości, przejrzystą wodę i nadaje się świetnie do nurkowania. Są też dobre warunki do pływania i opalania, mimo dużego zaniedbania terenu. Skalne otoczenie kamieniołomu jest efektowne i urokliwe. W pobliżu są tzw. Skałki Twardowskiego, powstałe w wyniku eksploatacji górniczej. Dostępność do zalewu i skalnych urwisk jest ograniczona. Płot, krzaki, chaszcze. Ale są wydeptane ścieżki i dziury w płocie. W jednym miejscu nawet teren do kąpieli, jak dobrze widziałem, chyba z obsługą ratowniczą (poniżej zdjęcie). Działa centrum nurkowe. Status tego miejsca nie jest wyjaśniony. Lokalne władze raz się nim chwalą, innym razem najchętniej zakazałyby się zbliżania.

Trzeba skończyć ze swoistą obłudą i udostępnić teren zwiedzającym, z informacją, że jeśli nie zachowamy ostrożności, może być to dla nas niebezpieczne. Kamieniołom i jezioro są śliczne. Gdyby porobiono profesjonalne ścieżki, zejścia nad jezioro, punkty widokowe - byłoby idealnie. Ale na to potrzeba czasu i pieniędzy. Nie mniej, łatanie dziur w płocie, by nikt nie zbliżał się do krawędzi jeziora, jest bez sensu. Bo zaraz powstają nowe. Działanie przeciwko ludziom nie przyniesie żadnych skutecznych efektów. Skoro lokalna społeczność, i nie tylko, chce mieć dostęp do tego terenu, to nikt ich nie powstrzyma, chyba że teren zostanie otoczony polem minowym. Jeśli nie, zabranianie i grodzenie jest idiotyczne i nieskuteczne.

W upalny dzień w rejonie skał i nad samą wodą było dużo osób. Opalali się, kąpali. Strome zejścia i przepaście nie są w stanie w tym przeszkodzić. Ryzyko utonięcia również. Nigdy nie zaaprobuję postawy "mądralińskich władz", które wiedzą wszystko lepiej (w rzeczywistości zwykle gorzej). Są skały, ktoś spadł - zamknijmy teren. Jest woda, ktoś utonął - zakażmy się kąpać. Ktoś zleciał w górach ze szlaku - zamknijmy go. I tak dalej. Tam gdzie skały, góry, woda, zawsze ginęli ludzie i zawsze będą ginąć. Jak w każdym gatunku, są mądrzejsze i głupsze osobniki. Mające szczęście lub pecha. Za błędy pojedynczych osób, nie może odpowiadać cała populacja i z tego powodu ponosić negatywnych konsekwencji. 

Nie wiem też dlaczego w miejscu, gdzie znajduje się centrum nurkowe, jest wszystko skrzętnie ogrodzone, by osoby postronne nie mogły bezpiecznie dostać się nad wodę? To samo dotyczy zakazu wjazdu w sąsiedztwo kamieniołomu, gdzie asfaltowa droga i pełno miejsc do parkowania? Szkoda, że tak atrakcyjne miejsce jest tak słabo zagospodarowane.

Zamek Rabsztyn koło Olkusza

Wystarczy zjechać 3 kilometry z drogi nr 94 w Olkuszu, by znaleźć się pod zamkiem we wsi Rabsztyn. W zalesionej i pagórkowatej okolicy. Pamiętam, jak jeszcze w nie tak odległych czasach, stan zachowania ruin był mizerny, wszystko zarośnięte chaszczami. Miejsce tylko dla pasjonatów. Obecnie zamek częściowo zrekonstruowano, nadal trwają prace. Wstęp jest płatny (5zł bilet normalny VII.2016), w zamian możemy obejrzeć niewielką wystawę i udać się na punkty widokowe w odbudowanej zamkowej wieży. Jest fragment fosy i most. A wzgórze zamkowe urozmaicają wapienne skałki. Miejsce w sam raz na godzinną przerwę w podróży. Chyba, że odbywa się jakaś większa impreza, typu turniej rycerski. Wtedy godzina nie wystarczy.

Ten XIV-wieczny zamek znajduje się na słynnym szlaku Orlich Gniazd (warowni i zamków jurajskich). Był to obiekt znacznych rozmiarów, posiadający część dolną, średnią i górną. W XVII wieku dobudowano renesansowe pałacowe fragmenty, likwidując częściowo jego charakter obronny. Przed czasami króla Kazimierza Wielkiego miał postać drewnianą.

Zdjęcia przedstawiają opisane miejsca. 

Niedawno pisałem o wizycie w Europejskim Centrum Solidarności (ECS) w Gdańsku. Nie minęły trzy tygodnie, a odwiedziłem je ponownie, za sprawą bursztynowej wystawy czasowej (otwartej 11 lipca 2016). Zobaczyć ją wcale nie było łatwo, bo niektórzy pracownicy ECS bronią dostępu do zwiedzania.

Przy poprzedniej wizycie wspominałem, że nie było gdzie zostawić plecaka i trochę niechętnie, ale sprzedający bilet zgodził się bym zostawił plecak w "klatce" na rzeczy uczniów ze szkół. Tym razem historia się powtórzyła. Zamówione przez ECS w potężnej ilości malutkie schowki jak zwykle w większości stały puste, a miejsca gdzie mógłbym zostawić 30paro-litrowy plecak nie było. Podchodzę do kasy, chcę kupić bilet (10zł) i padają słowa: ale musi pan zostawić plecak. Oczywiście, odpowiadam. Tam są szafki - słyszę i od razu kwituję to słowami, że mój plecak się do nich nie zmieści. Proszę jednocześnie o otwarcie "klatki" jak poprzednim razem, ale skoro są w niej plecaki uczniów, to się nie da - stwierdza kasjerka. Ale druga klatka jest pusta - nie daję za wygraną. Nie można - pada w odpowiedzi, a po chwili: w takim razie nie może pan zobaczyć wystawy, do widzenia. Czy ja śnię, czy to się dzieje naprawdę? Przyjeżdżam z Katowic, by zobaczyć wystawę, ECS zmarnował pieniądze na w większości bezużyteczne szafki i dlatego nie mogę jej zobaczyć, mam wrócić do Katowic. Dla kasjerki to oczywiste. Przecież nic się nie dzieje. W takich sytuacjach "nóż się otwiera w kieszeni". Bezczelność i chamstwo! Na szczęście dziewczyny, które wydają system audio, pozwoliły mi zostawić plecak u siebie. Odwiedziłem setki muzeów w dziesiątkach krajów, ale tylko w Polsce mi się zdarzają takie historie. Gdzie indziej nawet jak przyjeżdżam z dwoma plecakami, jednym 100-litrowym, drugim 40-litrowym, nie ma żadnego problemu bym je zostawił. W Polsce wiecznie ktoś wymyśla jakiś kretyński problem. Wiadomo, że muzea są deficytowe, trzeba do nich dopłacać z publicznych pieniędzy (za takie też je zbudowano). Wydawałoby się, że każdy klient jest na wagę złota i należy o niego dbać. Ale nie w Europejskim Centrum Solidarności w Gdańsku.

Chociaż w ostatnim czasie zatrudniono w polskich muzeach trochę młodych, bardziej rozgarniętych i empatycznych ludzi, to jednak cały czas dominują takie persony jak pani kasjerka. Nieprzyjemne, niegrzeczne, leniwe i obrażone na cały świat, że muszą pracować (stałem w długiej kolejce do kasy, bo tak sprawna była obsługa), oraz czerpiące przyjemność w uprzykrzaniu życia zwiedzającym jak tylko się da. Nigdy takiego podejścia nie rozumiałem i nigdy nie zrozumiem. Nie ma nic wspólnego z ludzką solidarnością.

Aż się wierzyć nie chce, że w turystycznym mieście jakim jest Gdańsk, gdzie dużo ludzi przemieszcza się z bagażami i oczywistym jest, że niektórzy po drodze z/na lotnisko/dworzec kolejowy, będą chcieli odwiedzić ECS, nikt nie pomyślał o tak prozaicznej rzeczy, jak możliwość zostawienia bagażu. Gigantyczny gmach, za gigantyczne pieniądze, ale nie ma miejsca, by zostawić płaszcz albo walizkę czy plecak.

Po walce, udało mi się dostać bilet do ręki na wystawę. Chcę na nią wejść, ale pracownica informuje mnie, że muszę zostawić aparat, który mam w pokrowcu, bo nie wolno robić zdjęć. Gdzie mam zostawić? Proszę zostawić na podłodze, ja tutaj stoję. Minutę później kobiety nie ma, a na podłodze torebki, saszetki, aparaty, każdy może podejść i sobie wziąć. Nieliczni zwiedzający wystawę, ze zdziwieniem kładą swoje rzeczy na podłodze przy wejściu, pytając czy nikt nie ukradnie? Słyszą, że nie. Tylko chętnych na oglądanie niewielu i pracownica regularnie znika, nawet na dwie minuty, zostawiając rzeczy bez opieki. Ludzie zamiast oglądać wyroby bursztynowe zerkają, czy ich torebka jeszcze leży na podłodze. To się nazywa wzorcowa organizacja wystawy!

Jestem przy artystycznych wyrobach bursztynowych, minęło pół godziny od wejścia do muzeum. Nie można robić zdjęć, pytam zatem pracownicę, która pilnuje ekspozycji, o jakąś broszurę z opisem prezentowanych przedmiotów, z miniaturowymi chociaż zdjęciami. Nie ma - pada odpowiedź.  W takim razie i tak robię smartfonem kilka zdjęć wystawy i tabliczek z opisami. Przybiega do mnie owa pracownica z krzykiem, pretensjami i żądaniem ich skasowania. Usłyszała ode mnie: dostanę broszurę z informacją o wystawie, skasuję zdjęcia. Pokazuje mi jedyny eksponat, na którego fotografowanie zgodził się właściciel ekspozycji. Wybrał do tego obiekt najmniej atrakcyjny, nudny, nijaki - wyglądający jak kawałek ściany w łazience. Kilku zwiedzających dołączyło się do komentowania, że zakaz fotografowania jest bez sensu, bo bursztynowi od zdjęć nic się nie stanie.

Pracownica tłumaczyła to tym, że właściciel kolekcji zakazał, bo nie lubi pokazywać swoich dzieł i chce zachować ich prywatność. To po co je wypożyczył na wystawę? I dlaczego władze ECS na tak niekorzystne dla zwiedzających żądania właściciela przystały? W czasach, gdy każdy ma smartfon z przyzwoitym aparatem fotograficznym i szał robienia zdjęć ma się w najlepsze, zakazywanie fotografowania jest utopią.

Jeszcze jakoś można byłoby zrozumieć, gdyby Lucjan Myrta - twórca bursztynowych mebli, obrazów, rzeźb i właściciel brył z inkluzjami owadów - udostępnił do fotografowania jedno z największych swoich dzieł. Na przykład bursztynowy skarbiec (szkatułę), ważący 825kg i reklamowany jako największy zachowany bursztynowy obiekt na świecie. Lecz tego nie zrobił. Oj, nieładnie panie Lucjanie.

Co z tego, że bursztyn piękny i wielobarwny, niektóre wyroby z niego wspaniałe, jak po tylu przykrych sytuacjach, satysfakcja z oglądania pozostała niewielka. Druga wizyta w ECS i drugi raz pozostał niesmak. 

Słyszeliście o Muzeum Emigracji w Gdyni? Mogliście nie słyszeć, bo to nowa instytucja kultury. W mieście, w którym bardzo dużo się dzieje na tym polu. Udostępnione zostało zwiedzającym w maju 2015 roku. Jest kolejnym przykładem, prezentowanym ostatnio przeze mnie na blogu, młodego polskiego muzeum, ciekawie zaaranżowanego. Mimo poważnej tematyki. Wśród której są postacie o doniosłym znaczeniu, jak Ignacy Domejko - między innymi o nim opowiadałem na podróżniczej prelekcji, zorganizowanej przez tą placówkę. Jak również zwykli Polscy obywatele, którzy wyemigrowali za chlebem czy uciekając przed wojną.

Na ile się dało wystawa ma charakter interaktywny, są sporej wielkości eksponaty i dużo ciekawostek. Dokładne zwiedzenie wymaga około dwóch godzin. W budynku jest też mała restauracja i księgarnia. Właśnie, lokalizacja nie jest przypadkowa. Muzeum Emigracji mieści się w budynku Dworca Morskiego z 1933 roku przy Nabrzeżu Francuskim, w gdyńskim porcie (ul. Polska 1). Około 2,5-3 kilometry od ścisłego centrum Gdyni, obok Kapitanatu Portu. W okresie międzywojennym był miejscem tranzytowym dla wielu polskich emigrantów.

W Polsce nie ma drugiego takiego muzeum, dodatkową atrakcją jest sąsiedztwo drogi wodnej w pobliżu wejścia do portu, skąd można oglądać statki. Niektóre z nich, jak wielkie wycieczkowce cumują obok muzeum. Łatwo się tutaj dostać pieszo, samochodem czy miejskim autobusem.

Poniżej próbka zdjęć, po całość zapraszam do Gdyni (http://www.polska1.pl/).

12 lipca na 4 dni wpłynął do portu w Gdyni okręt dowodzenia typu Blue Ridge - USS Mount Whitney z VI Floty Stanów Zjednoczonych, na co dzień operujący na Morzu Śródziemnym. Jego wymiary to 194m długości i prawie 33m szerokości. Zwodowany został w 1970 roku i pływa na nim 600 marynarzy. Rozwija prędkość 23 węzłów. USA posiadają dwa okręty tego typu. Szkoda, że Amerykanie ukryli go przed światem przy Polskim Nabrzeżu. Mogli zacumować w jakimś miejscu, by możliwe było jego zobaczenie. Stanowiłoby to sporą atrakcję dla turystów i mieszkańców Gdyni. Okręt jednak dosyć dobrze schowano przed światem poza momentem wpłynięcia i wypłynięcia z portu. Przed Gawlikiem jednak nie da się nic ukryć i chociaż nie było łatwo, lał deszcz, udało mi się zobaczyć USS Mount Whitney. Tak na marginesie, ulewy z 14 lipca - gdy poszukiwałem okrętu - dosyć mocno pozalewały Trójmiasto, paraliżując komunikację.

Nazwa Mount Whitney jest mi bliska ze względu na górską pasję, albowiem odnosi się do najwyższego szczytu w tzw. kontynentalnej części USA (liczonej bez Alaski i wysp). Znajduje się w Kalifornii i mierzy 4421m. Ta granitowa góra została nazwana na cześć XIX-wiecznego geologa Josiaha Whitneya.

Amerykański okręt ukryto, ale w sąsiedztwie Muzeum Emigracji i Kapitanatu Portu jest miejsce skąd widać kawałek portu, w tym wojennego, oraz wpływające i wypływające statki.

O ile Gdańsk jest miastem starym, zabytkowym, o tyle Gdynia dopiero w 2026 roku będzie świętowała stulecie nadania praw miejskich. Za to w centrum Gdyni znajdziemy nadmorską plażę, praktycznie ciągnącą się aż po dzielnice Gdańska. Będąc w centrum tego ostatniego, niełatwo dostać się do morza, bo przeszkadza w tym Martwa Wisła, port, i odległość trochę za duża jak na spacer.

Gdy przyjechałem do Gdyni piękna pogoda przyciągnęła licznych plażowiczów, gdy nadeszły czarne chmury wraz z ulewą, plaża opustoszała w chwilę. Miałem przeczucie, że tak to może wyglądać, dlatego w ostatniej chwili przepakowałem się do plecaka wykonanego z materiału wodoodpornego i dodatkowo chronionego wbudowanym pokrowcem przeciwdeszczowym. Spokey Moonwalker (38-litrowy) jest dobrym wyborem na kilkudniowe wyjazdy. Posiada pas piersiowy i biodrowy, kilka kieszeni oraz siatkę między nim a plecami, dzięki której nie przepocimy koszulki.

Moda w Polsce na młyńskie (diabelskie) koła nie ustaje. Wszyscy pozazdrościli Londynowi jego słynnego London Eye. W Gdańsku stoi na Starym Mieście, w Gdyni obok plaży, Skweru Kościuszki i Mola Południowego (stawiane są sezonowo). Każda większa impreza, festiwal, też dzisiaj musi mieć takie koło. Szkoda tylko, że ceny są nieadekwatne do skali atrakcji, za wysokie. Skutkuje to tym, że często stoją zamiast się kręcić, albo w większości przewożą puste powietrze.

Polacy to fajny naród, ale trochę paskudnych wad mamy. Jedna z nich nazywa się: bezmyślność. Jej dedykuję kolejne zdania i zdjęcie zamieszczone w galerii. Wyruszając pociągiem z Katowic na Pomorze okazało się, że przy tym samym peronie wyznaczono odjazd dwóch różnych pociągów PKP Intercity do Gdyni. Jeden miał odjechać o 6:34, a drugi o 6:43. Już te liczby i ten sam peron uczyniły zamieszanie. Jednakże pociąg z godziny 6:34 przyjechał z około 10-minutowym opóźnieniem i podstawiono go na tor, z którego miał odjechać pociąg z godziny 6:43. Na peron wtoczyły się praktycznie o tej samej porze, różnił je numer, niektóre stacje pośrednie, cena biletu i czas dotarcia na miejsce. Tłumy ludzi zaczęły wchodzić do obu. Wielu do złych pociągów. Niektórzy to zauważyli i biegiem ruszyli do drugiego. Gdy mój odjeżdżał, widziałem sporo osób, które wybiegały z sąsiedniego, zauważywszy błąd, ale nie dostali się już do pociągu, na który posiadali bilet. Nikt w PKP nie wpadł na pomysł, by odjeżdżały z różnych peronów. Nikt nie wpadł na pomysł, aby dwa pociągi jadące do Gdyni rozdzielić choćby godzinną przerwą. Później jest tak, że w jednym momencie jadą dwa składy, a przez kolejne godziny pustka. W drodze powrotnej też było ciekawie. Wykupiłem bilet przy stoliku i oknie, by móc pracować, podłączyć komputer do prądu. Ale podstawiono jakiś starszawy skład zastępczy, który zmarnował mi cały dzień. Już w Gdańsku miał 10 minut opóźnienia. Ponadto iluś pasażerów musiało jechać 9 godzin bez wody i jedzenia, bo w tym zastępczym nie było żadnej gastronomii. O czym dowiedzieli się, gdy pociąg ruszył. Tak samo jak o tym, że mają siadać gdzie jest miejsce, bo to zupełnie inny skład, z inną numeracją. I tak jest cały czas. Wizyta kilka dni wcześniej w Warszawie również skończyła się 65-minutowym opóźnieniem w drodze do, i 20-minutowym, wracając na Śląsk. Wywalczenie od PKP jakiegokolwiek zwrotu za bilet, rekompensaty, stanowi drogę przez mękę, bo taka jest filozofia firm, gdy są monopolistami.

Korzystając z PKP nie sposób się nudzić, nigdy nie wiesz co cię spotka.

Niedawno ukazało się specjalne wydanie Magazynu WYPRAWY 4x4, poświęcone Toyocie Hilux. A w nim relacje z sześciu kontynentów jak Hilux radzi sobie w terenie, oraz historia modelu. Mnie przypadła Ameryka Południowa. Nie ulega wątpliwości, że ta świetna terenówka posiada już status legendy. Jeździłem nią wielokrotnie na różnych kontynentach i nigdy mnie nie zawiodła. Wszędzie gdzie jestem słyszę, że na poważny off road muszę koniecznie wziąć Toyotę Hilux. Niejednokrotnie sukces wyprawy zależy od niezawodności transportu, dlatego nieraz jeszcze wsiądę za kierownicę Hiluxa.
Napięty grafik i nieprzyzwoicie krótko trwająca doba nie pozwalają na częste wpisy o moich bieżących poczynaniach, ponieważ teksty turystyczno-podróżnicze mają pierwszeństwo. Nie mniej, cały czas dużo sie dzieje. Tylko w ostatnich tygodniach opowiadałem o podróżach w Beskidach, Sudetach, Gdańsku, Gdyni, Katowicach czy w Bielsku Białej, a niedługo będę w Wielkopolsce. Moje zdjęcia można było oglądać w Katowicach, Bytomiu, a obecnie niewielką próbkę w Muzeum Ognia w Żorach. Oprócz różnych działań medialnych, z satysfakcją wziąłem udział w kampanii promującej województwo śląskie, zorganizowanej przez Urząd Marszałkowski.
W międzyczasie udało mi się wpaść na Bałkany - nadejdzie dzień, że o tym napiszę :). A do końca roku czekają mnie jeszcze wizyty w Afryce i w Azji. Sporo różnych rzeczy jest w przygotowaniu. Jak się tak zastanowić, to od kilkunastu lat nie miałem dnia wolnego, w którym bym nic nie robił. I dobrze mi z tym, bo nic mnie tak nie męczy, jak odpoczywanie. 

Dziękuję Bartkowi i Gosi za wykonanie części poniższych zdjęć.

Strona 1 z 94

nationalgeographic box

red bull 225x150

TOKFM box

iexpert 225X150px

stopka plecak

LogoStopka

stopka plecak

Strona używa informacji zapisanych za pomocą… plików cookies w celu dostosowania do indywidualnych potrzeb użytkowników. Jeżeli tego nie akceptujesz zmień ustawienia przeglądarki dotyczą…ce cookies. Więcej informacji można znaleźć‡ w naszej Polityce prywatności.