a2b2

DZIKUS 225x150

TVN box

swiatsiekreci box

pytanie na sniadanie box

radiokielce BOX

Podziel się

FacebookMySpaceTwitterGoogle BookmarksLinkedinRSS Feed
Grzegorz Gawlik

Grzegorz Gawlik

30 kwiecień, 4 dzień. Poranek słoneczny, namiot przetrwał, wiało mocno, ale znacznie słabiej niż wieczorem. Wkładkę do posiłków miałem z Polski – kabanosy, małe konserwy i pasztety, chleb, wodę i inne napoje kupowałem w większych ilościach nosząc na plecach. Około 9:30 ruszyłem na zwiedzanie ruin, już pierwsi indywidualni turyści dojechali wypożyczonymi pojazdami. Najtańsze auta wypożyczalnie oferowały za około 25 euro za dobę, ale rezerwując na dłuższy okres, z wyprzedzeniem czy w ramach jakiejś promocji pewnie jest taniej Quady kosztowały podobnie, skutery trochę mniej. Z drugiej strony, w szczytowym sezonie ceny pewnie rosną.

Wstęp do antycznej Thery kosztuje 2 euro i nie jest wart ani centa więcej. Ruiny położone są na wzgórzu o wysokości około 360-366m (Messa Vouno). Mają znaczną powierzchnię, ale ich stan zachowania jest marniutki. Do tego strasznie zapuszczone. Wszystko zarośnięte, kosiarki tutaj nie widziano od dawna. Praktycznie cały teren był zagrodzony sznurkami. Tu nie wolno, tam nie wolno. Wkurzyłem się i zacząłem ignorować. Za sznurkami było tak samo jak przed. Dużo trawy, tablice informacyjne. Niewielkie murki ruin, od czasu do czasu kawałek leżącej kolumny czy malutki zbiornik na wodę. Pozostali obecni, widząc że nikt do mnie nie strzela, poszli w moje ślady. Przywykłem, że w południowej Europie nie dba się o wiele rzeczy, ktoś o czymś nie pomyślał, zapomniał, panuje bałagan i trzeba sobie jakoś radzić. Cenniejsze znaleziska wywieziono do Muzeum Archeologicznego w Firze i w Atenach.

Santorini11Starożytną Therę (nazwa od mitycznego władcy wyspy) zamieszkiwano od 9 w. p.n.e. W mieście długim na ponad 800 metrów znajdują się ruiny teatru, świątyń, budynków mieszkalnych i publicznych. Do budowy użyto miejscowego wapienia oraz przywiezionego w niewielkich ilościach marmuru. Ale tak naprawdę wygląda to raczej jak poletka ogrodzone murkami, na których kiedyś pasły się owce. Od połowy 1 w. p.n.e. miasto należało do Imperium Rzymskiego. Po czasach bizantyjskich na rogatkach miasta stoi niewielka stara świątynia z tego okresu (prawdopodobnie połowa VI w. n.e.). W 726 roku n.e. erupcja wulkanu Santorini, niewielka, pokryła Therę pumeksem. Po tej dacie miasto opustoszało. Warto dodać, że posiadało porty morskie u podnóża góry, gdzie również od strony Kamari znajdował się cmentarz. Najbardziej rzucającym się w oczy obiektem starożytnej Thery jest Basilike Stoa z początków III w p.n.e., z fragmentami kolumn doryckich. Widoki z Messa Vouo są atrakcyjne: na lotnisko, Kamari oraz Perissę z  czarnymi wulkanicznymi plażami, górę Profiti Ilia (Profitis Ilias, 565m n.p.m).


Ścieżką zszedłem do Perissy, kurortu nadmorskiego z fajną wulkaniczną plażą. Akurat podjechał autobus z japońskimi turystami. Swoimi aparatami robię zdjęcia w różnych pozycjach, czasami śmiesznych. Ale azjatów nikt nie przebije. Jak zwykle mnie ubawili i tradycyjnie kompletnie nie wiedziałem dlaczego fotografują na przykład zwykły murek. Plaża pusta, kilka dziewczyn się opalało, nikt się nie kąpał. Restauracje przy plaży puste, naganiacze próbowali przekonać kogoś do Santorini 4odwiedzin - bezskutecznie. Słońce grzało, wiatr osłabł. Do kolejnego przystanku w Akrotiri czekało mnie około 10 kilometrów marszu. Po drodze w miejscowości Emporio uzupełniłem zapasy wody, chleba i miałem ochotę na lody. W markecie Carrefoura nie mięli jednak małych lodów, same duże opakowania. Kupiłem w takim razie jakieś litrowe lody za niecałe dwa euro. Łyżkę miałem pod ręką, problemu nie było. W skwarze wzdłuż dróg nie szło się przyjemnie. Duży ruch, nijaka zabudowa. Powróciłem na klifowe wybrzeże od strony z widokiem na Nea Kameni. Mijalem pola winogronowe, jakieś nieczynne wiatraki. Mimo stromego zbocza, w tym fragmencie wyspy znajdziemy mini port i pojedyncze mini plaże, nierzadko z mało przyjemnym zejściem. Akrotiri to małe miasteczko z ruinami niewielkiej twierdzy. Przeszedłem bez zatrzymywania. Za miejscowością, blisko wybrzeża przeciwległego do Nea Kameni, znajduje się najcenniejszy miejscowy zabytek – antyczne miasto Akrotiri. Leniwych z Akrotiri do ruin może zawieźć mikrobus kursujący co jakiś czas, aczkolwiek do pokonania jest może z kilometr.

Historia Akrotiri sięga 4-ch tysięcy lat przed naszą erą (są źródła mówiące o 5-ciu tysiącach), okres szczytowy przypada na XX – XVII w. p.n.e., do trzęsienia ziemi i wielkiego wybuchu wulkanu Santorini, który zniszczył miasto. Liczące kilka tysięcy mieszkańców, posiadające nawet 3-kondygnacyjne budynki zbudowane z cegły glinianej i gipsu. Używano też kamienia. Miasto posiadało rozbudowaną kanalizację. Do niektórych budynków biegły dwie rury, do zimnej i prawdopodobnie do ciepłej wody z istniejących wtedy termalnych źródeł w pobliżu. Miasto stanowi jedno z najcenniejszych archeologicznych miejsc Grecji, jest częścią Narodowego Muzeum Archeologicznego. Teren jest świetnie zagospodarowany a nad ruinami wybudowano wielka halę z użyciem metalu, drewna, betonu i szkła. Wygląda to imponująco. Bilet w cenie 5 euro jest jak najbardziej uzasadniony. Cenne freski z Akrotiri możemy zobaczyć w Atenach i w Muzeum Starożytnej Thery w Firze. Inne starożytne znaleziska można obejrzeć w Muzeum Archeologicznym w Firze. Materiały piroklastyczne, zwłaszcza pumeks i popioły zakonserwowały ruiny Akrotiri, przykrywając miasto o powierzchni około 20 hektarów. Podczas odkopywania znaleziono również szczątki ludzkie, przypominające te z Pompejów, jednakże w bardzo niewielkiej ilości. Większości mieszkańców udało się ewakuować.

Wykopaliska prowadzono tutaj już w drugiej poł. XIX w., lecz te współczesne datuje się od 1967 roku. Chociaż praktycznie złotych przedmiotów tutaj nie odnaleziono, to wielu uważa, że Akrotiri posłużyło za Atlantydę w powieści Platona.  

W Akrotiri podładowałem baterię do aparatu dzięki uprzejmości jednego z pracowników. Dostałem w prezencie trochę winogron. Siedzę sobie na murku, idą dwie pary, słyszę język grecki. W reklamówce mają winogrona. Z sytuacji rozumiem, że nikt już ich nie chce jeść ani nieść. Chcą wyrzucić, ale im szkoda. Słusznie. Patrzą w moim kierunku i widzę, że chcą mi je dać. Nie rozumiem greckiego, ale powiedziałem, że skorzystam z propozycji, dziękuję. I tak wszedłem w posiadanie około kilograma przepysznych winogron. Dużych i słodkich, w taki upalny dzień zjadłem z wielką przyjemnością.

Kolejny przystanek to pobliska słynna Czerwona Plaża (Kokkini Paralia, Red Beach). Urwisko czerwonej lawy (domieszki żelaza) i niewielka plaża. Erozja niszczy zbocza, są osuwiska, trzeba uważać. Oglądających sporo, opalających się mniej (w tym nudystów), mączących nogi kilku. Ładne miejsce. Można zabrać kawałki czerwonej i czarnej lawy, w tym otoczaki wyrzeźbione przez morze. Znaleźć kawałki pumeksu. Można też kupić takie fragmenty lawy i pumeksu w sklepach. Przed wejściem na plażę zapytałem sprzedawcę owoców a potem biżuterii o Białą Plażę (Lefki Paralia, White Beach), czy dojdę tam jakąś ścieżką z czerwonej? Nie wiedzieli, a powinna znajdować się około dwa kilometry dalej. Nic, ruszyłem przed siebie. W zatoczce za czerwona plażą w remontowanym barze zadałem to samo pytanie. Usłyszałem, że na Białą Plażę nie da się zejść, można ją oglądać tylko od strony morza, ale jakby co to idę w dobrym kierunku. Jak miejscowy gdziekolwiek na świecie mówi mi, że się nie da, w dziewięciu na dziesięć przypadków oznacza, że się da. Wspiąłem się resztkami jakiejś starej drogi na klif – nie było możliwości wędrówki wzdłuż brzegu – i oto pode mną widzę białe urwiska i samotną skałę w morzu. Jest stromo, chyba gość miał rację. Zostawiam plecak i idę wzdłuż urwiska, może znajdę jakiś żleb, którym da się zejść na dół. Po chwili patrzę, jest lepiej niż myślałem. Jednym ze żlebów kiedyś prowadziła ścieżka na miniaturową plażę. Były betonowe wąskie schodki, zamontowana lina „poręczowa”. Niewiele z tego zostało, ale bez problemów zszedłem na brzeg. Sypko, wapień kredowy kruchy, sypki i brudzący. Kiedyś na Białej Plaży był jakiś bar i wypożyczalnia leżaków, teraz zostały ruiny. Plaża mało ciekawa, ale białe skały urokliwe, zwłaszcza ta samotna w morzu, blisko brzegu. Kruchość skały powoduje, że łatwo poddaje się erozji, a woda i wiatr robią swoje.

Dzień dobiegał końca, nastał czas znalezienia miejsca na rozbicie namiotu. Wspiąłem się na wysoki klif i szutrową drogą udałem się ku zabudowaniom. Pasły się osły, pola winorośli. Miejsce znalazłem po drugiej stronie wąskiej w tym miejscu wyspy. Nad urwiskiem, w cieniu dwóch porzuconych budów niewielkich pensjonatów z basenami. Miałem widok na latarnię morską na pobliskim skraju wyspy, na Firę i kalderę z Nea Kameni – wulkan mógłby wybuchnąć w tym momencie. Do tego piękny zachód słońca. Ludzie płacą spore pieniądze, by zjeść kolację w restauracji albo mieszkać w pensjonacie w tej okolicy z widokiem na morze i bajkowy zachód słońca. Miałem to za darmo, do tego budynek w miarę dobrze chronił mnie od wiatru. Od rana przeszedłem jakieś 20 kilometrów i pokonałem 500 metrów deniwelacji względnej, dzień wcześniej 850 metrów.

Santorini 7Dzień 5, 1 maj. Wschód słońca również atrakcyjnie się prezentował. Po śniadaniu i pakowaniu ruszyłem ku miejscowości Akrotiri. Tego dnia planowałem dotrzeć na drugi kraniec wyspy. W Akrotiri przeszedłem przez wzgórze z ruinami niewielkiej nieciekawej twierdzy i zszedłem do przystanku autobusowego.  Są one porozrzucane po wyspie, ale do tej pory nigdzie nie zauważyłem ani jakiegokolwiek autobusu/mikrobusu ani żadnego rozkładu jazdy. Akurat podjechał sklep warzywno-owocowy na kółkach, więc za dwa euro kupiłem sobie pudełko dużych przepysznych i bardzo słodkich truskawek. Kilograma pudełko nie miało, ale ponad pół z pewnością tak. 3 pudełka były za 5 euro, jak zachwalała sprzedawczyni. W słońcu i silnym wietrze ruszyłem ku Firze. Na jednym z przystanków znalazłem rozkład jazdy, podane godziny dotyczyły miejscowości wyjazdu. Podana była też destynacja. Wynikało z niego, że niedługo powinien jechać autobus z Perissy. Po 20 minut gdy nic się nie zadziało ruszyłem dalej. Po około 8 kilometrach od miejsca noclegu, znalazłem się na skrzyżowaniu, skąd w lewo biegnie droga do portu Athinios. Byłem tu dwa dni wcześniej. Stała tutaj kobieta wyglądająca na miejscową,  jedzie autobus, macha, zatrzymuje się, chociaż nie ma tu przystanku. Podbiegam. To lokalny autobus (z małą słabo widoczną naklejką z przodu local bus). Jedzie do Firy, płacę 1,60 euro i w klimatyzowanych warunkach docieram do celu, skąd dosyć szybko za taką samą kwotę jadę autobusem do Oia (Ia). Miasta na drugim krańcu wsypy, którego odwiedzin nie planowałem, ale znajdowało się blisko interesującego mnie miejsca. Droga biegnie blisko klifu, miejscami ma górski charakter ze sporą przepaścią w kierunku wyspy. Autobus pełny turystów. Nie każdy ma transport zorganizowany przez biuro podróży albo wynajęty samochód. Po 12 kilometrach jestem u celu. Tłum ludzi zniechęca, ale idę na spacer po miasteczku. Wąskie zatłoczone uliczki, pamiątki, restauracje, tzw. resorty czyli hotele, ośrodki wczasowe – z mini basenikami, z widokiem na kalderę i Nea Kameni. Bielutkie, niebieskie, żółte domy. Zabytkowe kościółki, pozostałości po twierdzy, wiatrak. Jest kilka małych galerii sztuki i Muzeum Marynarki Morskiej. Miasteczko położone jest na klifie, ale łagodniejszym niż Thira, dlatego domy zajmują więcej zbocza, a w kilku miejscach schodzą do poziomu morza. Są dwa małe porty, jeden od strony pobliskiej wyspy Thirasia drugi od strony Nea Kameni.

Santorini 8Thira w mojej ocenie jest bardzo przeciętna. Warto ją odwiedzić na kilka godzin. Pospacerować, wypić kawę, zejść do portu, by popłynąć na wulkan. Jak ktoś lubi odwiedzić lokalne muzea. Do turystycznego zamieszkania jest najmniej atrakcyjna z większych miejscowości na Santorini. Ładniejsze jest Pyrgos, ale kawałek od morza. Za to Oia jest śliczna. Strasznie komercyjna, sztuczna, turystyczna, z tłumami ludzi, ale najatrakcyjniejsza z tych trzech miasteczek. To stąd pochodzi najwięcej zdjęć białej zabudowy z widokiem na kalderę. Jest bardzo fajny deptak z widokiem na morze, do którego zejście wymaga znacznie mniejszego wysiłku niż w Thirze. Widać, że to zamożne miasteczko, za czasów Wenecjan ważny port. Po trzęsieniu ziemi o sile 7,2 stopni Richtera w 1956 roku miasteczko odbudowano i przebudowano. Osiąga około 150m n.p.m., przy brzegu znajduje się maleńka skalna wysepka. Kręcono tu sporo filmów, zwłaszcza romantycznych, ale też kilka scen do filmu z serii Tomb Raider z Angeliną Jolie (do Kolebki Życia). Chociaż kwiecień to nie sezon w pełni, duża liczba turystów zniechęcała do pobytu. A musiałem spędzić tutaj trochę czasu. Zrobiłem bowiem postój na doładowanie baterii w aparatach i skosztowanie lokalnej potrawy – w prostej restauracji koło przystanku autobusowego. Padło na musakę (moussaka) – zapiekankę z mielonym mięsem, bakłażanem i beszamelem na wierzchu. Wyczułem także puree ziemniaczane. Smaczne, cena : 8 euro. Za kolejne 3,50 euro wypiłem mrożoną kawę i 2,50 euro puszkę coca-coli. W tym czasie ładował się mój sprzęt. Po obiedzie potrzebowałem jeszcze ponad godziny dostępu do elektryczności, zatem udałem się na kolejny spacer. Obserwując profesjonalne sesje fotograficzne. Chińczyków w eleganckich strojach i Europejek w sukniach ślubnych.

Santorini 5Po 16:00 ruszyłem drogą w kierunku Firy. Chciałem nie przez szybę a z pozycji pieszego pooglądać urwiska przy drodze, przyjrzeć się czerwonym lawom, oraz wejść na jeden z pagórków. Poruszałem się ostrożnie wzdłuż ruchliwej  krętej drogi bez pobocza. Pagórek na który wszedłem, jeden z najwyższych w tej części wyspy, liczył 320m n.p.m. Skały, piękne kaktusy, efektowny widok na kalderę i Nea Kameni. Przy samym szczycie kościółek Profitis Ilias. Można się dostać do niego samochodem. Ze szczytu dotarłem krętymi drogami na drugą stronę wyspy, prawie nad samo morze. Minąłem wioskę Panagia Kalou i dotarłem na półwysep Koloumbo, na którym rozbiłem namiot w sąsiedztwie pszczelich pasiek (łącznie tego dnia pokonałem ok. 20km pieszo). Morze, bajkowy zachód słońca, wschód zresztą też. Ludzie płacą za takie widoki. Siedzę sobie na skale, jem kolację, podziwiam zachód słońca. Cisza, spokój. Wiatr jak zwykle trochę przeszkadzał.

Santorini 10Wulkaniczny mikro półwysep czy też cypel Kolumbo (Koloumbo) odwiedziłem nie przypadkiem. 7-8km od brzegu (na północny-wschód) znajduje się aktywny podmorski wulkan o tej samej nazwie. Ostatni raz wybuchł w latach 1649-1650 roku, kolejna, większa erupcja, może doprowadzić do powstania nowej wyspy-wulkanu. Wulkan ma ok. 500 metrów wysokości, w najwyższym punkcie znajduje się 18 metrów pod lustrem wody (niektóre źródła podają 10m). Wydzielają się z jego wnętrza gazy i termalne wody. Wpatrując się w morze marzyła się jakaś erupcja, którą obserwowałbym z brzegu. Ten znacznych rozmiarów wulkan podczas ostatniej erupcji, doprowadził do śmierci sporej liczby ludzi, wywołał tsunami. Erupcja widziana była na powierzchni morza, po którym pływało wiele fragmentów pumeksu.

Dzień 6, 2 maj. Ostatni dzień pobytu na Santorini. Po romantycznym śniadaniu na klifie zszedłem na plażę od strony Oia. Plaża to za duże słowo, wąski pas ziemi, pełny wulkanicznych głazów. Cisza, spokój, delikatny szum fal. Wykorzystałem ostatnią okazję do morskiej kąpieli. Temperatura 17 stopni Celsjusza wody pozwalała na przyjemne pluskanie. Tylko przy pierwszym kontakcie robiło się chłodno, potem przyjemnie. Do Firy miałem niecałe 10 kilometrów marszu. Trasa biegła nad morzem, pośród pól, pojedynczych domów, ośrodków wczasowych. Kaktusy, winorośl, wiatraki. Gęstsza zabudowa pojawiła się przed Firą, a w centrum miasta duże grupy turystów. Przemogłem się jednak do solidnego spaceru w tych tłumach. Ciekawe, na uliczkach, gdzie sklepy, bary, mnóstwo ludzi,  gdy skończyły się, pozostałem tylko ja, a uliczki tak samo ładne. Turyści chodzili i oglądali witryny, nie robiąc zakupów, ku smutkowi handlowców. W restauracjach także pusto, ceny wysokie, wietrznie. Mimo mnóstwa sklepów z pamiątkami i ubraniami, jedynie jacyś Japończycy z problemami komunikacyjnymi próbowali kupić magnesy na lodówkę po jednym euro. Zawsze mnie zastanawia kto to całe badziewie pamiątkowe kupuje? Większości z tego za darmo bym nie przyjął.

Santorini 9Zrobiło się popołudnie i udałem się na „dworzec” autobusowy, stanowczo za mały i zbyt prymitywny w stosunku do miejscowych potrzeb. Mnóstwo ludzi. Wiatr kolejny raz chciał urwać głowę, ludzie się kryli w prowizorycznej namiotowej poczekalni. Pytam dyspozytora o autobus na lotnisko, mówi: 16:30. Patrzę na rozkład, pisze: 16:00. Wśród stojących autobusów żadnego z napisem „airport”. Mam trochę czasu, trzymam rękę na pulsie. Od 16:00 chodzę od autobusu do autobus i pytam. Trafiam na właściwy, jadący do Kamari, ale przez lotnisko. Zazwyczaj sprzedawcy biletów w danym autobusie nawołują, wymieniając stację końcową. Tym razem nic. Autobus zawalony ludźmi, ledwo znalazłem miejsce stojące. Ruszamy o 16:10, ale w poczekalni jest pełno osób, z których cześć z pewnością zmierza na lotnisko, nie wiedzą tylko, że ich autobus właśnie odjeżdża. A kolejny będzie za półtorej godziny. Organizacyjne klimaty jak to u południowców.

Santorini 6Samolot miałem następnego dnia o 6:40. Musiałem niedaleko lotniska znaleźć miejsce na nocleg. Udałem się w kierunku półwyspu Koloumbo. Z dwieście, trzysta metrów za drogą startową lotniska pośród nieużytków i niewielkich pagórków znalazłem w miarę ustronne miejsce. W dole morze, sporo budynków w okolicy. Do terminalu ze dwa kilometry. Samoloty lądowały i startowały niemal nad moją głową, huk potężny. Niewiele ich na szczęście. Bardzo mocny i chłodny wiatr kolejny raz utrudniał postawienie namiotu, a w okolicy niewiele kamieni. Zebrałem ich na tyle, by postawić i przymocować namiot, z jednej strony odrobinę chronił mnie krzak. Nie wiem czy wiatry na Santorini wieją przez cały rok, ale jeżeli tak, to nawet te letnie, gorące, są uciążliwe. Nie chciałbym w takich warunkach wypoczywać, kiedy wiatr bez przeszkód ze stołu restauracji zwieje na mnie talerz z obiadem i szklankę z napojem.  Spakowałem się już na wyjazd, nastawiłem budzik na 4:00 i próbowałem sobie radzić w namiocie postawiony, na zbyt stromym podłożu. Zsuwałem się. W pewnym momencie u wejścia do niego zaczął szczekać pies, otwieram kawałek zamka a tu bydle wielkości połowy namiotu. Nieustająco szczeka. Po kilku minutach ktoś go na szczęście przywołał i jednocześnie nie był zainteresowany moją obecnością. Kolejnych atrakcji nie miałem. Wszystkie noclegi na tym wyjeździe spędziłem bezpłatnie. Lubię klimaty typu, idę, zwiedzam, nastaje wieczór, rozbijam się. Luz i wolność.

Santorini 3Zanim opuszczę Santorini trochę informacji turystycznych. Czy jedziemy indywidualnie czy z biurem podróży i potrzebujemy nadmorskiego kurortu to najlepiej wybrać Perissę z przyległościami. To jedno z niewielu miejsc, gdzie wyspa płasko opada do morza. Jest plaża. Kąpiele, opalanie, spacery, restauracje przy wulkanicznym brzegu – to wszystko jest. A gdy będziemy chcieli zobaczyć jakąkolwiek atrakcję Santorini, bez problemów wynajmiemy skuter, quad albo samochód i zwiedzimy sobie co będziemy chcieli. Mieszkając w takiej Firze, możemy tylko chodzić tymi samymi alejkami góra-dół, siedzieć w knajpach jeśli nas stać i kupować kolejne pamiątki. Jeśli będziemy mieli szczęście, hotel będzie posiadał mini basenik. I tyle. W takiej Perissie, gdy stracimy ochotę na zwiedzanie, wypoczniemy na plaży. Mnie osobiście więcej niż jeden dzień na niej straszliwie męczy, ale jestem odosobnionym przypadkiem. Odradzam Kamari z okolicami, położone po drugiej stronie góry(z antyczną Therą) względem Perissy. Znajduje się obok lotniska. Samolotów aż tak wiele nie lata, w nocy jest kilkugodzinna przerwa, lecz jednak hałas jest nieznośny. W Perissie, za górą, jest dużo lepiej. Notabene do większości wyspy docierają odgłosy lotniska, startujących i lądujących samolotów. 

Ceny lokalnych wycieczek w miejscowych biurach turystycznych czy polskich biurach podróży, przy cenach poniesionych przeze mnie są wygórowane, aczkolwiek nie mam wątpliwości, że nikt po Santorini nie będzie chodził jak ja piechotą z plecakiem. I tak na przykład wycieczka autokarowa z Firy tudzież z hotelu naszego pobytu do starożytnej Thery to 15-20 euro (2-3h). Mnie kosztowała 2 euro. Wulkan Nea Kameni z Palea Kameni 20-30 euro, z Thirasią 35-40euro ( 4/6-7h). Mój koszt bez wyspy Thirasia to 2 euro, ale wynikający ze specyficznego charakteru przyjazdu. Wycieczka do Akrotiri z odwiedzinami Pyrgos i plaży w Perissie 35-45euro (6-7h, w niektórych wycieczkach jest postój w winiarni celem degustacji, a de facto ma on zachęcić do zakupów assyrtiko - lokalnego wina). Mój koszt – 5 euro (bez wina). Wycieczka do Oia z postojem na klifie 30 euro (4-5h). Mój koszt 1,60 euro. Jak wynajmiemy auto na jeden dzień, poza kalderą i wulkanem Nea Kameni, wszystkie pozostałe miejsca zwiedzimy w jeden intensywny dzień. Wydatki oprócz wynajęcia auta i paliwa (niewiele kilometrów do pokonania, litr benzyny kosztował 1,65 euro, diesla 1,35 euro), to bilety wstępu, ewentualnie jakiś parking. Wyjdzie dużo taniej.

Ceny produktów spożywczych. Na Santorini jest ciut drożej niż na kontynencie, a czym mniejszy sklep lub bliżej centrum, tym ceny są jeszcze wyższe. W markecie na rogatkach miejscowości potrafią wynieść połowę tego, co w mini markecie w zabytkowym centrum. Przykładowo w Carrefourze w Firze pół litra wody kosztowało 0,25 euro, a cola zero 1,5l 1,55 euro. Chleb świeży 340g (tradycyjny typu kreteńskiego) 1,04 euro, chleb tostowy 450g 0,90euro, obwarzanek z sezamem 0,50 euro. Ciastko z dżemem 100g 0,80 euro, puszka coli 0,33l 0,67 euro, deser - budyń waniliowy z cynamonem 3x170g  2,33 euro, woda 750ml 0,40 euro, cola zero 1l 1,04 euro. W lokalnym markecie na rogatkach Pyrgos: 1,5l wody 0,50 euro, zestaw 2x1,5l cola zero 2,80 euro, jedna duża słodka papryka 1,26 euro, woda 0,5l za 0,16 euro, chleb 340g tradycyjny 0,86 euro. Minimarket w centrum Oia niedaleko przystanku autobusowego: 0,5 litra wody 0,50 euro, 1,5l cola zero 1,60 euro, chleb 340g 0,90 euro, a w innym sklepiku nieopodal kupiłem wodę 0,5l po 0,30 euro. Co ciekawe, w wielu przypadkach na siłę wciskano mi paragon, mimo że nie chciałem. Kurs euro wynosił 4-4,05zł.

Na zdjęciach: Góra Profitis Ilias 565m, Starożytna Thera (Thira), Kamari, Perissa, Starożytne Akrotiri, Red Beach, White Beach, miasteczko Oia, musaka, przylądek Koloumbo, miasto Thira, w tym widok na wulkan Nea Kameni, lotnisko. Poza tym rożne miejsca Santorini od jednego krańca po drugi, z miejscami moich noclegów, winoroślą i winem, kapliczką, hotelem z basenami niedaleko Akrotiri, lawami i pagórkiem niedaleko Oia.

Gdy turyści wracali na łodzie, mogłem zająć się eksploracją głównego krateru Nea Kameni. Podzielony jest na dwie części, płytszą i głębszą. Zejście na dno jest bezproblemowe, do powierzchni w skrajnym punkcie jest niewiele ponad 10 metrów. Sam krater jest niewielki, o nierównomiernym owalnym kształcie. Ścieżka wokół ma jakieś 300 metrów. Erupcja z 1950 roku to najmłodsza erupcja w tej części Europy i to ona ukształtowała ostatecznie obecny krater. Znajduje się w sąsiedztwie najwyższego punktu wyspy (pomiar GPS: 127-130m n.p.m. z dokładnością do 3 m, E 25°23’42, N 36°24’15). Dzięki kolejnym erupcjom wyspa jest „rozlana”, płaska, de facto jest stożkiem wulkanicznym z kraterem u szczytu. Jego większość jest pod powierzchnią morza. Przy czym takie ukształtowanie powoduje, że krater główny (centralny) szczególnie się nie wyróżnia. Nea Kameni nie posiada stromego wyrazistego stożka. Wokół głównego krateru jest trochę pasożytniczych, mniejszych, niektóre powstały w wyniku wybuchów gazów. Im też przyjrzałem się z bliska.

Znajdując się w płytszej części głównego krateru, u podnóża niewielkiej skały, patrzę, leży sobie nowiutka czapka z daszkiem z wyszytym napisem Santorini i flagą Grecji. To wiatr komuś ją zmiótł i wepchał do krateru i ten ktoś nie pofatygował się ją odnaleźć. A wiało rzeczywiście bardzo mocno, drobniejsze dziewczyny wywracało. Rano wiatr był chłodny, w ciągu dnia coraz cieplejszy, niósł ze sobą sporo kurzu i piasku. Dawał w kość i przez kolejne dni było podobnie. Ta czapka spadła mi z nieba, bo pakując się w pośpiechu zapomniałem kremu przeciwsłonecznego i chustki tunelowej. Słońce grzało ostro. Ta czapka uratowała mi skórę na głowie i czole, chociaż i tak trochę się spaliłem. Gdyby nie to znalezisko musiałbym kupić jakieś nakrycie. Czapka nie produkcji chińskiej, solidna, z naszytymi a nie naklejonymi napisami, wydatek z pewnością od około 10 do 15 euro. Zaoszczędziłem. Szczęście tego dnia mi dopisywało.

Najbardziej interesującym mnie fragmentem krateru były fumarole na jego wschodnim zboczu pod szczytem. Fumarole to rodzaj wysokotemperaturowych eskalacji (wyziewów) wulkanicznych charakterystycznych dla aktywnych wulkanów. Mogą liczyć sobie kilkaset stopni Celsjusza, nieraz się o tym przekonałem. Czym bardziej gorące, tym „lepiej to świadczy” o aktywności wulkanu. Na wulkanie Nea Kameni znajdują się one w niewygodnym miejscu. Sypko, krucho i stromo, ale udałem się do kilku z nich. Zbadałem temperaturę. Szału nie było, 85-95 stopni Celsjusza. Owe fumarole są niewielkie i słabe, ale mimo to zapach siarkowodoru i chlorowodoru były silne. Towarzyszyła im gorąca para wodna. U wylotu fumaroli można zaobserwować naloty siarkowe w postaci skrystalizowanej.

Santorini 2Po kilku godzinach, gdy po 16:00 zauważyłem ludzi zmierzających w moim kierunku nastał czas na „ewakuację”. Wziąłem plecak i udałem się na poszukiwanie miejsca pod namiot, co na wulkanach zwykle łatwe nie jest. Ponadto musiało być to takie miejsce, by nie widzieli mnie turyści z krateru i najlepiej także statki przepływające wokół wyspy. Ochrona przed wiatrem też była istotna. Jakieś 200 metrów od krateru na wysokości 92m znalazłem niewielkie zagłębienie pośród starszych law. Dużo popiołu, jakieś kępy trawy. Oczyściłem niewielką powierzchnię z kawałków lawy i postawiłem namiot. Zapomniałem zabrać śledzie, za to miałem pod dodatkiem kamieni. W słońcu w namiocie zrobiła się sauna, nie było sensu w nim siedzieć, chociaż atakował sen po nieprzespanej nocy. Wziąłem mały plecak i ruszyłem w dół na pola lawowe ze skałami, urwiskami, pięknymi pokładami lawy obsydianowej, używanej czasami jako kamień ozdobny po oszlifowaniu. By nie brać za dużo rzeczy wziąłem na wyjazd jeden kijek trekkingowy, który czasami służy na wulkanach jako przyrząd do mierzenia długości, a nawet młotek. Fajnie było się snuć po ostrej lawie, w tym czerwonej, bogatej w żelazo. Kilkukrotnie spłoszyłem żyjące tutaj króliki. Od miejscowych usłyszałem, że na Nea Kameni są termalne źródła, dużo lepsze niż na Palea Kameni, na którą miałem widok z przed namiotu. Wiedziałem gdzie mniej więcej ich szukać. Kąpielówki do kieszeni i przez pole lawowe udałem się na południowo-zachodni fragment wyspy. Po tego typu materiałach przemierzyłem setki kilometrów albo i więcej, ale turyści mogliby sobie zrobić krzywdę. Bardzo ostra lawa, często ruchoma, luźna, niestabilna, dziury, mini urwiska, drobne elementy wspinaczki. Tor przeszkód. To lubię. Tradycyjnie jednak kilka mocnych chwytów skały i ręce poranione. Z lenistwa nie założyłem rękawiczek.  

Wiedząc w którym miejscu na Palea Kameni znajdują się termalne źródła i znając pewne prawidłowości ich występowania na wulkanach, wiedziałem gdzie powinny być. Po polach lawowych szybko nie da się chodzić, niedługo miał zapaść zmrok, ale liczyłem na sukces. Zresztą wypadałoby się wykąpać i umyć. Skoro na wyspie nie ma żadnych akwenów, to źródła musiały uchodzić do morza. Skoro morze jest chłodne, a idea kąpieli w termalnych źródłach jest taka, by było ciepło, musiałem znaleźć jakąś wąską zatoczkę ze spokojnie stojącą wodą. I taką znalazłem. Delikatny zapach siarki, osad siarkowy na wodze i brzegu – to jest to. Chwilę później zauważyłem jakieś prymitywne drewniane siedzisko. Miałem pewność, że trafiłem we właściwe miejsce, rzadko, ale odwiedzane przez ludzi. Po przeciwległej stronie wyspy w stosunku do portu, w którym wysiadłem (tam też są niewielkie termalne źródła). Dotknąłem wody pełnej siarkowej zawiesiny, ciepła. To do wody. Skoro byłem jedyną ludzką istotą w tym miejscu, a suszenie mokrych kąpielówek jest uciążliwe, wskoczyłem do wody bez. Wokół mnie za sprawą siarki zrobiło się pomarańczowo. Gruba, kilkudziesięciocentymetrowa warstwa nalotu na dnie nagle się uniosła. Fajne połączenie, słonej chłodnej wody morskiej, z termalnymi siarkowymi źródłami. Na tyle wydajnymi, że woda była ciepła, a blisko większych źródeł gorąca. Gdy się od nich oddaliłem w kierunku morza poczułem chłód. Woda morska miała temperaturę 15-17 stopni Celsjusza, czyli i tak niezłą, choćby w stosunku do Bałtyku.

Fajnie było popływać, ponurkować, wdychać zapach siarki, kąpać się w siarkowym nalocie. Przyjrzałem się samym źródłom, nakręciłem kilka podwodnych filmów, świetnie się bawiłem. Znalazłem sporo ładnych kawałków pumeksu, za to na lawę pod wodą musiałem uważać – bardzo ostra. Gdy zaczęło robić się ciemno wyszedłem z wody i w świetle księżyca dotarłem do namiotu, o 21:00. Kolacja i spać. Tylko ja i wulkan, zero ludzi poza mną – tak lubię.

Wspomniałem w poprzednim wpisie, że słynne białe domki na Santorini nie zrobiły na mnie wielkiego wrażenia. Jednocześnie zdaję sobie sprawę, że tak jak nie widzę nic szczególnie atrakcyjnego w białych domkach na Santorini, tak wielu może uznać, że wulkan to tylko kupa porozrzucanych kamieni – nuda.

29 kwietnia, 3 dzień. Przed opuszczeniem wyspy miałem kilka godzin na dalsze wędrówki po polach lawowych z czego skwapliwie korzystałem. Pobrałem ostatnie próbki skał, ostatecznie z wyjazdu przywiozłem 3kg lawy i pumeksu. O podobnej porze co dzień wcześniej wyspę „zaatakowały” tłumy turystów. Około 12:00 zszedłem do portu, odnalazłem moją łódź. Załoga była poinformowana, że przybędę. Tym co robiłem na Nea Kameni zainteresowali się turyści, poopowiadałem im. Sporo było Australijczyków. Po Nea Kameni wycieczka przenosi się w okolice Palea Kameni. I wygląda to tak. Statek cumuje kawałek od brzegu, bo nie ma warunków, by do niego podpłynąć. Przewodniczka mówi o 30-minutowym postoju na kąpiel w termalnych źródłach. Pewnie z tych samych szczelin co na pobliskiej Nea Kameni, tylko mniej wydajnych. Informuje, że woda ma 15 stopni Celsjusza. Ci co liczyli, że będzie czas na ubiór stroju kąpielowego i odpowiednie do tego warunki zawiedli się. Ja byłem przygotowany, kąpielówki od rana nosiłem na sobie. Do wody można się dostać skokiem, co uczyniłem, albo zejściem po drabince. Do brzegu jakieś 50 metrów, dlatego to nie jest atrakcja dla słabych pływaków. Szybko dotarłem do płytkiego fragmentu zatoki z termalnymi wodami siarkowymi, które były co najwyżej letnie. Maksymalnie 20 stopni Celsjusza albo niewiele więcej. Skoro cały postój trwa 30 minut, to na ciepłe wody jest 5-10minut, a niektórzy jeszcze do nich nie dopłynęli, a statek trąbił, by już wracać. Kompletny bezsens. Człowiek ledwo dopłynął, ostrożnie doszedł do ciut cieplejszej wody z charakterystycznym siarkowym mułem. Skały wulkaniczne i głazy w wodzie nie ułatwiają tego. Po czym prawie wszyscy po niespełna 5-ciu minutach już płynęli z powrotem do statku. Jako jedyny zdążyłem wyjść na chwilę na ląd koło małego kościółka i przyjrzeć się lawie z 726 r. n.e. Potem szybko kraulem na statek jako jeden z ostatnich. Płyniemy dalej.

Właśnie dlatego tak nie lubię wszelkich zorganizowanych wyjazdów. Taka turystyka, takie zwiedzanie, nie ma absolutnie sensu. Co to miało być? Zaliczanie na zasadzie, byłem tutaj 5 minut, jest jakąś bzdurą. Później opowiada się w domach, dotarłem na Palea Kameni, kiedy tak naprawdę człowiek nie wyszedł nawet z wody na brzeg, a większość w ogóle została na statku. Poza tym termalne źródła na Palea Kameni są beznadziejne, strata czasu. Sama wyspa inna od sąsiadki, bo w najwyższym punkcie, liczącym około 100 metrów, wpada urwiskiem do morza. Jest znacznie mniejsza od Nea Kameni. Przepłynęliśmy cieśniną między nimi i po jakichś 20-tu minutach wpłynęliśmy do Nowego Portu. Część osób tutaj przesiadła się do mikrobusa, część dalej popłynęła do Starego Portu po Firą, a ja ruszyłem stąd pieszo do góry zawihastą drogą. Pasowało mi wysiąść tutaj, gdyż miałem bliżej do najwyższej góry Santorini. Na zegarku, którego nie miałem, wybiła godzina 13:30. Podziękowałem serdecznie, zapraszano mnie ponownie, będzie efektowna erupcja - przyjadę. Nowy Port (Ormos Athinios – najważniejszy na wyspie) przyjmuje rejsowe promy, zbudowano tutaj drogę asfaltową, parking, trochę restauracji. Drogami jezdnymi jest stąd około 10km do Firy, wpierw 3km pod górę, na skraj urwiska. Chodnika brak, autobus za autobusem, ciężarówki, auta. Ruch jak w centrum Aten.

Powróciłem na Santorini, której powierzchnia wynosi to 73km2, a wraz z pozostałymi wyspami kaldery 90km2. Liczbę mieszkańców szacuje się na ok. 16 tysięcy. Nazwa pochodzi z XIII w n.e., od świętej Ireny i starej katedry jej imienia w miejscowości Perissa. Obok pobliskiej wyspy Anafi, to jedyne miejsce Europy charakteryzujące się gorącym pustynnym klimatem (wg klasyfikacji Koppena). Od listopada do marca jest zimno i deszczowo, ale opady nie są duże. Od kwietnia do października jest ciepło i sucho. Rzeczywiście przez cały pobyt nie spadła kropla deszczu, zachmurzenie było rzadko. Noce - raz suche, raz wilgotne, co obserwowałem na namiocie. Dwukrotnie rano był całkowicie zawilgocony mimo ciągle wiejącego wiatru o przynajmniej umiarkowanej sile.

Po eksploracji wulkanu-wyspy Nea Kameni, teoretycznie mogłem wracać do domu. Lecz skoro miałem jeszcze kilka dni, a na Santorini jest trochę wulkanicznych miejsc, postanowiłem je odwiedzić. Nie wyrzekając się innych atrakcji. Mając czas wędrowałem sobie z plecakiem. Jako jedyny. Co przy wąskich ruchliwych drogach nie było ani atrakcyjne ani do końca bezpieczne. Grecy jeżdżą nonszalancko, a wielu turystów jakby nie miała prawa jazdy. Na wyspie bez problemów wypożyczymy samochód, skuter czy quad. Na rowerze widziałem przez tydzień tylko dwóch gości, może też gdzieś można je wypożyczyć?

Wszystkie lokalne miejscowości to białe domki i białe kościółki, od strony Firy jest świetny widok na całą kalderę i wyspy Nea Kameni oraz Palea Kameni. Kaldera i wulkanizm to zachęty w wielu folderach i ulotkach do odwiedzin wyspy. Plus białe domki rzecz jasna.

Kierowałem się na najwyższą górę Profiti Ilia (Mount Elias, 565-566m n.p.m.). Widoczna z większości wyspy, czubek miała pogrążony w chmurach. Dzień wcześniej bardzo wiało do godzin popołudniowych, potem wiatr osłabł, ale nie ucichł. Tego dnia od rana z każdą godziną był coraz mocniejszy i bardziej nieprzyjemny, aczkolwiek cieplejszy. Na niebie trochę chmur. W drodze pod górę zwiedziłem rozłożone na pagórku miasto Pyrgos Kallistis. Ładne miasteczko, ze średniowieczną zabudową miejscami, liczne kościoły pochodzą z XVIIw, na szczycie są ruiny weneckiej twierdzy. W starej części miasta uliczki piesze uliczki, czasami wąskie, tworzące labirynt. Fajnie chodziłoby się po nich gdyby nie autobusy zwożące turystów. Wystarczy, że podjadą dwa, wyjdzie z nich 100 osób i trzeba z miasteczka uciekać. Zero komfortu w jego oglądaniu. Stąd już krok do ostatecznego podejścia na Profiti Ilia. Można na wierzchołek wjechać samochodem, ale można też tak jak ja ścieżką przy kamiennym płocie wśród traw i kwiatów dostać się do góry. A tam radary wojskowe i zabytkowy kościół. Silny chłodny wiatr, temperatura 15 stopni Celsjusza i chmury - dawały uczucie prawdziwie górskie. Chociaż stałem na pagórku. Wokół skały i małe urwiska. Kępy traw i nikłe krzewy, fragmenty z drzewami, gdzieś w dole, gdzie również kamieniołom.

Na szczycie nie ma nic szczególnie ciekawego. Widoki są atrakcyjne, aczkolwiek z każdego wzgórza na wyspie są takie. Najwyższa góra Santorini nie ma pochodzenia wulkanicznego. Zbudowana jest z wapieni, widziałem też łupki. Skały nie wulkaniczne można zobaczyć w kilku miejscach wyspy. Na Santorini przygotowano liczne trasy piesze, ale oznaczenie pozostawia wiele do życzenia. Mamy tabliczkę, mapkę, a potem ścieżka często się gubi, oznaczenia są rzadko. Poniekąd wynika to z faktu, iż wiele tych ścieżek jest słabo uczęszczanych. Akurat górska ścieżka ze szczytu Profiti Ilia do ruin starożytnej Thery jest jedną z lepszych. Wędruje się po skałach i kamieniach, na których czasami nie widać śladów i można stracić orientację, ale zważywszy, że w innych częściach wyspy niejednokrotnie odnalezienie znakowanej ścieżki stanowi wyzwanie, tutaj jest nieźle. Schodząc w dół ma się widok na pagórek z antycznymi ruinami, lotnisko, oraz czarne wulkaniczne plaże po obu stronach góry - w Kamari i w Perissie. Thirę (Firę) też widać. Sama ścieżka ma efektowny górski charakter, należy uważnie patrzeć pod nogi. Zbliżał się wieczór, moim zadaniem było poszukiwanie miejsca na rozbicie namiotu. Z Kamari do ruin serpentynami prowadzi droga asfaltowa. Rozbiłem się poniżej budynku-bramy do nich. Pośród skał i drzew z widokiem na Kamari, morze, plażę i lotnisko. Miejsca niewiele, ale namiot też niewielki. Problem stanowił huraganowy wiatr. Dawał się we znaki od kilku godzin. Przy zachodzącym słońcu, minęła 19:00, namiotu praktycznie nie dało się rozbić. Poznosiłem z 200 kilo kamieni do odciągów, dzięki temu namiotu nie porwało, co prawie nastąpiło przy rozkładaniu. Przytwierdzony solidnie namiot wiatr składał, potrafił przesunąć kilkunastokilogramowe głazy z przywiązanymi odciągami i kupą kamieni na nich. Gdy wszedłem do środka spokoju nie miałem. Namiot latał, dzięki okrągłym wywietrznikom nie został porwany ani rozerwany. Obawy miałem. Przyjąłem rynsztunek „bojowy” na wypadek jego zniszczenia. Wszystko spakowane w dwóch plecakach, nic luzem. Buty przywiązane do jednego z nich, ja ubrany. Gdyby namiot przestał istnieć, ubieram buty, biorę plecaki i kryję się gdzieś przed wiatrem. Jego huk, potęgowany przez prawie latający namiot nie ułatwiał zaśnięcia. Posilić się łatwo nie było. Znajdowałem się kawałek poniżej przełęczy(ok. 250m n.p.m.), to nie pomagało, ale schodzić na dół, by następnego dnia tutaj wrócić, mijało się z celem.

  • Na zdjęciach:
  • 1-13) Krater główny wulkanu Nea Kameni.
  • 14-37) wulkan Nea Kameni, w tym termalne źródła, pola lawowe, widok na Palea Kameni, mój namiot i śniadanie.
  • 38-42) Wyspa wulkaniczna Palea Kamieni z termalnymi źródłami i cieśnina pomiędzy Palea a Nea Kameni.
  • 43-51) Wyspa Santorini w tym miasto Pyrgos Kallistis, najwyższa góra  Profiti Ilia oraz nocleg po starożytną Therą. 
Grecja ma około dziesięć wulkanów. Najbardziej godnym uwagi jest wulkan-wyspa Nea Kameni koło wyspy Santorini. Przy sprzyjających okolicznościach planowałem go spenetrować. Te okoliczności to bilety lotnicze. Tanie loty na Kretę czy Kos kompletnie nie pasowały do mojej koncepcji. Stamtąd dostać się na Santorini i Nea Kameni to czasochłonne i drogie rozwiązanie. A jak doliczymy bagaż rejestrowany w samolocie, dla mnie niezbędny, to nawet Kreta i Kos wychodziła drogo. W sytuacji gdy wulkan Nea Kameni nie stanowił żadnego priorytetu ani być albo nie być, postanowiłem następująco. Trafię kiedyś na tanie bilety lotnicze bezpośrednio na Santorini i to z bagażem rejestrowanym, polecę. Na kilkudniowy wypad.

Pod koniec roku 2014 takie bilety się znalazły z terminem kwietniowym lub majowym (2015). Linie lotnicze Aegeanair (greckie), wylot z Warszawy z przesiadką w Atenach. Bagaż rejestrowany 23kg, jedzenie na pokładzie. Cena 150 euro za wszystko (646,50zł - taką kwotę ściągnął bank). Jak na tą destynację, dobra. Jeden odcinek lotu wychodził 161,50zł. Korzystając z komunikacji publicznej, z Bytomia do Warszawy łatwiej i taniej dojechać  niż na lotnisko Katowice-Pyrzowice, a zatem i tu problemu nie było.

Termin wylotu: 27 kwietnia, w godzinach popołudniowych. Dzień 1. Start z Katowic o poranku Polskim Busem (21zł). Punktualnie dowiózł mnie do stolicy. Jadąc, nasunęła mi się taka refleksja. Górny Śląsk, który jeszcze nie tak dawno miał najlepsze drogowe połączenie z Warszawą, z pośród dużych aglomeracji, dzisiaj obok Krakowa ma najgorsze. Wewnątrz aglomeracji górnośląskiej nie jest lepiej, z lidera, spadek niemal na dno. Aut przybyło straszliwie, dróg ekspresowych, autostrad i innych szybkich bezkolizyjnych rozwiązań niewiele. W przeciwieństwie do innych części Polski.

santorini 1W Warszawie, z Wilanowskiej, mam swój patent na dojazd do lotniska. Wpierw metrem ze stacji Wilanowska do stacji Imielin, skąd autobusem nr 148 na lotnisko (4,40zł – bilet przesiadkowy 75min). Nigdy nie jechałem dłużej niż godzinę, tym razem niecałe 50 minut (najkrócej niewiele ponad 30minut). Warszawski „blaszak” (lotnisko Chopina na Okęciu) jest mały, dlatego odległości niewielkie. W hali odlotów jak zwykle ciasno, nie było gdzie usiąść - wszystko zajęte, kłótnie przy odprawach, bo bałagan, ale bez większych przeszkód po odprawie czekałem na wylot. Punktualnie wylądowałem w Atenach (na lotnisku Eleftherios Venizelos). Linie Aegeanair się spisały, obsługa miła, ciepły posiłek. Trochę turbulencji. Po drodze widok m.in. na ośnieżone rumuńskie Karpaty i część Morza Egejskiego. Ateńskie lotnisko to również „blaszak”, tylko większy i starszy od warszawskiego.  Lot na Santorini miałem dopiero po 5 rano – takie są często skutki taryf promocyjnych – postanowiłem zatem pozwiedzać Ateny nocą. Autobusy na centralny plac Syntagma (nr X95) kursują całą dobę, bilet 5 euro w jedną stronę (można też pociągo-metrem za 8 euro). Czas przejazdu autobusem (marki Solaris) - do godziny, niewiele ponad 30km. Prawie już zapadł zmrok, gdy dotarłem do centrum Aten. Ku mojemu zaskoczeniu całkiem sporo kierowców nie włączyło jeszcze świateł mijania. W okolicy placu Syntagma pełno ludzi, na sąsiednich uliczkach kawiarenki pełne gości, bynajmniej nie turystów w ten poniedziałkowy wieczór.

Solidnie pospacerowałem po klimatycznych dzielnicach Plaka i Monastiraki. Uliczki na wzgórzu pod Akropolem z widokiem na Ateny, bizantyjskie kościoły, ruiny antyczne agory rzymskiej. Obszedłem wzgórze Akropolu (część) ścieżką pod ogrodzeniem, oświetlone ruiny nade mną. Pospacerowałem główną aleją u stóp najcenniejszego ateńskiego wzgórza, między innymi koło wystawnego Muzeum Akropolu. Nie zabrakło wędrówek po ateńskich ulicach w centrum, koło Łuku Hadriana, ruin Świątyni Zeusa Olimpijskiego i odrestaurowanego Stadionu Antycznego (Stadion Panateński, Kalimarmaro). Po eleganckiej dzielnicy za Parlamentem, mijałem jakieś ambasady, oraz pobliskim parku. Zmianę warty przed Grobem Nieznanego Żołnierza u stóp Parlamentu również miałem okazje obejrzeć. Trochę groteskowa jak i uniformy ewzonów – reprezentacyjnej jednostki wojskowej – sukienki, getry, na kolanach i butach podkutych cekinami, śmieszne pompony. Może urąga to ciutkę powadze miejsca, lecz fajnie, że tradycja jest pielęgnowana. Turyści kochają takie rzeczy. Za ruchliwą arterią, poniżej parlamentu jest plac Syntagma. Jednocześnie to park, z ławkami, fontannami, fragmentem ruin antycznych, wyjściem ze stacji metra oraz kawiarenkami. Ateński rynek. Całkiem sympatyczny.

28 kwiecień, dzień 2. Spacerując, w kiosku pod Akropolem kupiłem 0,5 litrową butelkę wody niegazowanej, płacąc pół euro. Kilka dni wcześniej taką samą wodę kupiłem w sklepie sieci Żabka w Bytomiu, zapłaciłem 2zł. Tyle samo. Jak to jest, że w jednym z najbardziej turystycznych miast na świecie, pod jedną z największych światowych atrakcji płacę za wodę tyle samo, co w zwykłym sklepie koło domu, w mieście o którym na świecie nikt nie słyszał? Uważam, że Bytom mimo wszystkich swoich problemów, jest atrakcyjny turystycznie, ale z całą pewnością Ateny to nie są i turystów na ulicach miasta nie widać. Dodam, że woda z automatu pod Akropolem kosztowała 37 eurocentów. 

Po drugiej w nocy ruszyłem na lotnisko. Przeszedłem wszystkie konieczne bramki na opustoszałym terminalu i postanowiłem podładować aparaty w dostępnym gniazdku elektrycznym oraz zrobić sobie 40-minutową drzemkę na dywanowej wykładzinie. Lot na Santorini trwał niespełna 30 minut, stąd na śniadanie nie było co liczyć, ale na niewielką drożdżówkę znanej marki, owszem. Santorini (Santoryn) witało mnie wschodem słońca, minęła szósta rano. Miejscowe lotnisko jest malutkie i dosyć stare, ale obsłużyło w roku 2014 prawie 1,2mln pasażerów.  Załadowałem się do autobusu (1,60 euro) i ruszyłem do Thiry (Firy), najbardziej znanej miejscowości na wyspie, wchodzącej w skład archipelagu Cykladów.

Cel na ten dzień był jasny: dostać się na wyspę-wulkan Nea Kameni. Na razie było za wcześnie, dlatego posiedziałem na skarpie obok miasteczka. Wiał strasznie silny chłodny wiatr. Później zakupy spożywcze w markecie (przy samym miasteczku bardzo blisko „dworca” autobusowego jest Carrefour, dalej od miasta Lidl, na wyspie są też marki greckich sieciówek). Następnie spacer po Firze zanim zwalą się turyści. Nic specjalnego. I schodami do starego portu, bo przecież nie kolejką linową (5 euro jeden odcinek). Czyniłem to w towarzystwie donkeyów czyli osłów Z upodobaniem robiących kupy. To ponoć jedna z atrakcji wjechać na ośle z portu do góry (5 euro). Za darmo bym nie skorzystał, co to za atrakcja? W różnych miejscach na wyspie oferują przejażdżki na osłach.

Dotarłem do niewielkiego portu cały czas mając widok na pobliską wyspę Nea Kameni – odległość około 2 kilometrów, a najmniejsza odległość pomiędzy nią a Santorini to jakieś 1,5 kilometra. Patrząc w drugą stronę, trochę białych domków i skal wulkanicznych pod nimi tworzących urwisko o wysokości 200-300 metrów. To ponoć wielka atrakcja, ale wstyd mi przyznać, kompletnie jej nie rozumiem. Co niby w tym jest takiego wspaniałego? Nieważne.  Zawitałem do jednego z biur oferujących wycieczki na wyspę Nea Kameni, z tymże mnie wycieczka nie interesowała. Potrzebowałem transportu na wyspę i następnego dnia z wyspy. Byłem gotowy zapłacić jak za wycieczkę, byleby tak właśnie się stało.

Tłumaczę sympatycznej kobiecie o co mi chodzi. Nie rozumie. Chcesz nocować na wulkanie? Po co? A można w ogóle? Zadaje mi serię pytań. Można, odpowiadam, chociaż nie sprawdzałem, nie wiem i zupełnie mnie to nie obchodzi czy można czy nie. Istotne jest tylko jedno, że i tak tam będę spał. Kocham wulkany i żadna siła, poza wulkaniczną, nie powstrzyma mnie w realizacji moich celów. Tak było, jest i będzie. Po co tam jadę, w celach naukowych – moja odpowiedź na kolejne pytanie. I jest zgodna z prawdą. Projekt 100 WULKANÓW tylko na samym początku polegał na wchodzeniu na nie, zresztą na bardzo wysokie wulkany, później doszły elementy naukowe. Sądzę, że w kolejnych dziesięciu latach realizacji projektu kwestie naukowe będą coraz bardziej istotne. Zresztą całe życie kolekcjonuję skały i minerały. Cały jeden pokój mam nimi zawalony, ponad 1500 okazów, 250 odmian. Przywoziłem nawet kilkukilogramowe z bardzo odległych zakątków świata. Wulkany to dla mnie połączenie górskiej pasji z pasją mineralogii. Mimo że kolekcję ostatnio trochę zaniedbałem, to i tak moja wiedza odnośnie skał i minerałów jest większa pewnie od niejednego geologa. Dlatego tak, na Nea Kameni przyjechałem w celach naukowych.

Pada kolejne pytanie, w czym tam będę spał, tam nic nie ma? Mam śpiwór i wszystko co trzeba - odpowiadam. W takim razie dobrze, o 10:30 statek wypływa, dnia następnego odbierze cię około 12:30. Ile płacę? Nic. Nie przyjechałeś w celach turystycznych, z przyjemnością cię tam za darmo zawieziemy i odbierzemy. Super, protestował nie będę. Zaoszczędziłem 18 euro. Rozmawialiśmy rzecz jasna po angielsku, nie grecku. 

Mając trochę czasu, zwiedziłem maleńki port (tzw. Stary Port). Gdy nastała umówiona godzina wspomniana kobieta poinformowała przewodniczkę i załogę statku, że jestem geologiem i gościem na pokładzie. I na wyspie zostanę. Turyści weszli, ja na końcu.  Statek konstrukcją nawiązywał do historycznych, czym chwalą się miejscowe firmy, ale pływa się na silniku a nie żaglach. Turyści zmierzający na Nea Kameni pochodzili z kilku kierunków. Część to przebywający na wyspie Santorini, ale większość przypłynęła wodolotem z Krety i pochodziła z zacumowanego około 10-piętrowego wycieczkowca. Chociaż przed sezonem, to cały czas pod Firą zacumowane były takie w liczbie od jednego do trzech. Z kolei wycieczka na Santorini z Krety, jest jedną z najpopularniejszych. To jakieś 150km w jedną stronę. Firmy, które reklamowały podczas mojego pobytu takie wycieczki, żądały 130-150 euro za jednodniową eskapadę drogą morską (ale nie widziałem w opisie, by wchodziło cokolwiek innego poza szybkim transportem i przewozem autokarem z nowego portu do Firy i z powrotem). Można na Santorini z Krety dostać się również samolotem. W każdym bądź razie, przy cenie mojego biletu z Warszawy, te wszystkie opcje wychodzą strasznie drogo. Nawet jakiś rejsowy powolny prom, to ponad 50 euro w jedną stronę.

Płyniemy. Do „portu” Erinia (jednego z dwóch) na Nea Kameni. To jakieś 15 minut. Na miejscu turyści mają 90-120 minut na wejście na wulkan (bilet wstępu na wyspę 2 euro). Zajmuje im to niespiesznym krokiem z pół godziny do góry, trochę mniej w dół. Obchodzą niewielki krater dookoła, zatrzymają w kilku miejscach, przewodnik przekaże kilka informacji. Mają piękną panoramę na Santorini i całą kalderę. Turystom to w zupełności wystarczy. Nie mniej, gdybym w taki sposób w moim projekcie zaliczał wulkany, byłoby to bezwartościowe. 

Istnieje zakaz wchodzenia do krateru i zbaczania ze ścieżek. Nie wolno zabierać materiałów skalnych. Przy tych liczbach ludzi jest to zrozumiałe. Nawet przed sezonem, gdy kilka łodzi zacumowało o tym samym czasie, na wulkan ruszało kilkaset osób. Tylko ta grupa zadeptałaby i zniszczyłaby niewielki karter. Gdyby każdy zabrał po kawałku lawy przy ścieżce, turyści z czasem mogliby rozebrać wyspę. Natomiast jedna czy kilka osób działających z rozmysłem nie zaszkodzi wulkanowi, nawet wchodząc do krateru. Kilkaset turystów nie posiadających wiedzy o wulkanach, go zniszczy. A aktywny wulkan może przecież wybuchnąć, co akurat Nea Kameni zdarza się bardzo rzadko. Podczas tego dnia zaobserwowałem, że turyści przyjeżdżają w dwóch turach, tak jak moja około 11:00, a potem około 16-17. Nie wiem czemu nie można tego bardziej rozłożyć w czasie? Mnie pasowało. Gdy poranny najazd się zakończył, zostałem sam. Był gwar i tłok, a teraz pustka. Mogłem spokojnie wejść do krateru wulkanu Nea Kameni.

Ale zanim o współczesnym wulkanie trochę historii. Wyspa Santorini (Santoryn, a kiedyś Kallisti, Strongili, Thira, Thera) zawdzięcza swój obecny kształt wydarzeniom, które miały miejsce około 1630 lat p.n.e. (ponad 3600 lat temu). Inne źródła informacji podają, że w 1630 roku, w 1627, w 1613, pomiędzy 1760-1540 rokiem p.n.e. Wcześniej była okrągłą wyspą zwaną Strongili. Ogromna erupcja wulkaniczna we wspomnianym czasie zniszczyła wyspę, tworząc potężną kalderę, która jest w procesie kształtowania. Przede wszystkim za sprawą wulkanu Nea Kameni. Erupcja nie tylko zniszczyła wyspę, pozostawiając jedynie kilka fragmentów, w tym Santorini, ale doprowadziła do zaniku kultury minojskiej w tym rejonie. Erupcja została poprzedzona wielkim trzęsieniem ziemi, co skutkowało ewakuacją znacznej części miejscowej ludności. Potem doszło do erupcji wulkanu i wielkiej fali tsunami – mogła mieć nawet do 150 m wysokości – siejącej spustoszenie na Morzu Egejskim (m.in. na Krecie). Na skutek erupcji, większość wyspy zapadła się 300-400 metrów pod powierzchnię morza. Z  tym wybuchem związana jest legenda o Atlantydzie, mitycznej bogatej krainie, która na skutek katastrofy uległa zatopieniu. Szukano jej dotąd na całym świecie, ale wiele hipotez skłania się ku wyspie Strongili, erupcji i że ta Atlantyda to było miasto kultury minojskiej. Santorini nie była zamieszkiwana przez kilkaset lat od wybuchu (300-500), gdy osiedlili się na niej greccy Dorowie.

Erupcja minojska miała się VEI 7 w 8-stopniowej otwartej skali Eksplozywności Wulkanicznej. Starsze źródła podają czasami VEI 6, ale najnowsze badania mówią, że z pewnością 7. W każdym bądź razie, uchodzi za największą europejską erupcję ostatnich tysiącleci, z pewnością jest najbardziej znana. W jej wyniku powstała jedna z największych (średnica 10km) i najpiękniejszych kalder wulkanicznych na Ziemi. Czyli owalnego zagłębienia w szczytowej części wulkanu powstałego na skutek potężnej erupcji albo ich serii. Drugą przyczyną może być zapadniecie komory magmowej – jej stropu wraz ze stożkiem wulkanu, ale w tym wypadku nie miało to miejsca. Opisywany teren jest ciągle aktywny wulkanicznie i sejsmologicznie, należy do South Aegean Volcanic Arc z wulkanami Methana, Milos, Santorini (Nea Kameni), Kolumbo i Nisyros (rejon połączenia płyt tektonicznych: afrykańskiej i euroazjatyckiej). Obramowanie kaldery (zewnętrzny pierścień) tworzą trzy wyspy: Santorini (Thira) otaczająca ponad połowę kaldery, znacznie mniejsza Thirasia i malutka niezamieszkana Aspronisi. Wewnątrz kaldery znajdują się młode niezamieszkane wulkaniczne wyspy Nea Kameni i Palea Kameni. Obie powstały za sprawą podmorskiego wulkanu, który po erupcji minojskiej przez wiele lat  wypluwał z siebie lawę, lecz nie był widoczny z powierzchni lądu. W 197 r. p.n.e. pierwszy raz zaobserwowano tworzenie się wyspy w miejscu obecnej Nea Kameni. Zapadła się, ale około 46-47 r. n.e. wyłoniła się z morza spora wysepka – Palea Kameni. W 726 r. powiększyła się minimalnie w wyniku niewielkiej erupcji. Erupcje w latach 1570-1573 doprowadziły do wyłonienia się ponownie niewielkiej wysepki na miejscu obecnej Nea Kameni. Geologowie nazwali ją Mikri Kameni. Nea Kameni powstała obok Mikri Kameni po erupcjach mających miejsce w latach 1707-1711. Osiągnęła większą powierzchnię od Palea Kameni. Największy przyrost wyspy nastąpił w latach 1866-1870, ale wypływająca z krateru lawa (Georgios lavas) zatrzymała się przed samą Mikri Kameni, wyspy otarły się o siebie. Stałe połączenie w jedną wyspę nastąpiło po erupcji z lat 1925-1928.  Znaczny wpływ na obecną wysokość Nea Kameni (ok. 127-130m n.p.m.) miała erupcja z lat 1939-1941. W minimalnym stopniu powiększyła wyspę. W większości pokryła stare pola lawowe. Ostatnia maleńka erupcja nastąpiła w 1950 roku, rozrzucając jedynie trochę popiołów, materiałów piroklastycznych wraz z niewielkim wypływem lawy na wschód od krateru. Od tego czasu wulkan śpi, aczkolwiek w latach 2011-2012 zanotowano zwiększoną jego aktywność, znaczne ruchy magmy w komorach pod wulkanem, ale do erupcji nie doszło. Gdy to się stanie, jej obserwacja z Santorini będzie czymś fenomenalnym. Widok jak z amfiteatru, pod warunkiem, że będzie to niewielka erupcja, bezpieczna dla Santorini. Z drugiej strony wyspy może się w przyszłości wyłonić z wód morskich kolejny wulkan – Kolumbo, o którym napiszę w stosownym czasie.

Nea Kameni pozwala obserwować najmłodsze pola lawowe we wschodniej części Morza Śródziemnego. Oddzielona jest od Palea Kameni (ok. 100-103m wysokości) niewielką cieśniną. Przy Palei wystaje z morza jeszcze niewielka skałka. Przy Nea też takie były w przeszłości, ale aktywność wulkanu i morza, ukryły je z powrotem pod wodą. W przyszłości Palea i Nea mogą ulec połączeniu w wyniku erupcji z wypływem większej ilości lawy. Idąc ścieżką z portu mijamy pola lawowe od 1570 roku (w tym Mikri Kameni). Łatwo rozróżnić stare lawy poddane procesom erozji, porośnięte nikłymi trawami gdzieniegdzie, od wyglądających ciągle na świeże pól lawowych z przed niecałych stu lat. W okolicach portu zasadzono kilka lichych drzewek, poza tym na starszych pokładach lawy rośnie trochę traw i niskie krzaczki, sięgające do łydek. Na skałach można zauważyć porosty. Ze zwierząt spotkałem tam niewielkie jaszczurki, dzikie króliki i trochę ptactwa.

Powierzchnia wyspy to ok. 3,4km2 i średnicy około 2km. Kształt owalny. Wsypa jest chroniona, badana i zaopatrzona w urządzenia sejsmiczne to obserwacji aktywności wulkanu. Nowa wyspa, pojawiające się życie – to fascynujące zjawiska dla naukowców. Trwają starania, by wyspę oraz kalderę umieścić na liście Światowego Dziedzictwa UNESCO. Wyspa i wulkan w jednym, do tego młody i aktywny, to rzadkość w naszej części świata. O aktywności Nea Kameni świadczą nie tylko młode lawy, ale także potwierdzone komory z płynną magmą pod wulkanem, wstrząsy sejsmiczne, a na powierzchni niewielkie ekshalacje wulkaniczne – fumarole i termalne siarkowe źródła, ciągnące się aż do Palea Kameni.

  • Na zdjęciach:
  • 1-7) Ateny – parlament, ewzonowie, dzielnica Monastiraki, wzgórze Akropolu, Stadion Panateński.
  • 8-14) Thira (Fira) i widok na wyspę-wulkan Nea Kameni.
  • 15-30) Wulkan-wyspa Nea Kameni z kraterem głównym, widokiem na Firę, turystami, urządzenia do mierzenia aktywności wulkanu. Na zdjęciach widać lawy od 1570 do 1941 roku, w tym piękną lawę obsydianową, w postaci oszlifowanej, używaną jako kamień ozdobny.

Najistotniejsze cele podróży:
Ukraina: dwudniowy pobyt w Czarnobylskiej Strefie Wykluczenia, zwiedzanie rezydencji Janukowycza w Międzygórzu, dwudniowe zwiedzanie Kijowa.
Mołdawia: magazyny wina w Milestii Mici i w Cricovej, Kiszyniów (stolica), autonomiczna Gagauzja z Comrat i Vulcanesti, najwyższa góra Mołdawii – Balanesti 430m, kompleks historyczno-archeologiczny Orheiul Vechi, twierdza i dzielnica cygańska w Soroki.
Naddniestrze: Tyraspol (stolica), twierdza w Benderach, Kamionka, Polacy w Rybnicy, Raszkowie i Slobodzie Raszkowskiej.

Czas trwania: 15 dni
Liczba uczestników: 1
Liczba pokonanych kilometrów: 4450
Liczba użytych środków transportu: 59 (prawie 4 dziennie), przy czym przez trzy dni poruszałem się wynajętym samochodem po Mołdawii, dwa dni tym samym samochodem jeździłem po strefie czarnobylskiej i częściowo przez dwa dni jednym samochodem po okolicy Slobody Raszkowskiej w Naddniestrzu. Każdy z tych trzech pojazdów liczony jest jako jeden środek transportu przez cały okres korzystania.
Noclegi: 15, w tym płatnych: 4 ( 4 – pociągi, dworce, autobusy, 4 – hostele, hotele, 4 – w gościnie, 3 – w bagażniku auta)

KOSZTY – wyjazd nie miał na celu ponoszenia jak najniższych wydatków. Schemat był taki: nie przepłacać za to co nie jest tego warte, zobaczyć wszystko co zostało zaplanowane, nie tracić czasu oszczędzając na transporcie, ponieść wszelkie konieczne koszty na bilety wstępu. W praktyce udało się zobaczyć więcej, np. Vulcanesti w Gagauzji, przechowalnie wina w Cricovej, twierdzę w Benderach, Kamionkę czy spędzić w Kijowie jeden dzień dłużej.
Całkowity koszt wyjazdu: 2137zł. Procentowo: 38,35% - transport (819,30zł), 30,15% - bilety wstępu i zorganizowane wycieczki (644,30zł), 14,60% - jedzenie (311,70zł), 6,20% - noclegi (131,90zł), 5,45% - pamiątki (116,60zł), 5,25% - pozostałe (113,20zł). Jak na intensywność i liczbę dni wyjazdu, liczbę zwiedzonych miejsc, kwota jest przyzwoita.
Jak liczę koszty? – rzetelnie. Wiele osób pomija rożne wydatki, by pochwalić się jak tanio im wyszło, a naprawdę wydali o połowę więcej, a bywa że i raz tyle. Ja liczę wszystko. W tym zużyty papier do wydruków, tusz, paliwo na sprawy związane z wyjazdem, jedzenie jakie wziąłem z Polski, kupione na wyjazd kosmetyki, papier toaletowy, zeszyt do notatek, długopisy, roaming. Jeśli kupowałem specjalnie na wyjazd sprzęt albo uległo coś zniszczeniu, również jest jego kosztem.

Dzień po dniu w skrócie:
1) 1.04.2015 – przejazd Bytom – Przemyśl – Medyka (granica z Ukrainą) – Lwów – Kołomyja.
2) 2.04.2015 – przejazd Kołomyja – Czerniowce (Czerniwczi) – Mamaliga (granica z Mołdawią) – Balti (Bielce) – Kiszyniów (zwiedzanie stolicy).
3) 3.04.205 – Kiszyniów (zwiedzanie) i przejazd do: Milestii Mici (zwiedzanie magazynów wina), Comrat (zwiedzanie stolicy autonomicznej Gagauzji) i Vulcanesti.
4) 4.04.2015 – Vulcanesti (zwiedzanie) i przejazd do: Comrat (zwiedzanie), Hincesti (krótkie zwiedzanie), dojazd częściowo szutrowymi drogami pod najwyższą górę Mołdawii – Balanesti.
5) 5.04.2015 – Wejście na najwyższą górę Mołdawii Dealul Balanesti 430m n.p.m., krótki pobyt w Nisporeni, postój w Bucovat, przejazd przez obrzeża Kiszyniowa do Orgiejowa (Orhei), dalej do Trebujeni. Zwiedzanie Orheiul Vechi (kompleks historyczno-archeologiczny) i okolic, dojazd do Cricovej.
6) 6.04.2015 – Cricova (zwiedzanie magazynów wina), dojazd do Kiszyniowa skąd do Tyraspola przez Bendery (Tighina). Przekroczenie granicy z Naddniestrzem przed Banderami. Zwiedzanie Tyraspolu (stolica).
7) 7.04.2015 – Tyraspol (zwiedzanie), przejazd do Bendery (zwiedzanie twierdzy i cerkwi) i dalej przez Tyraspol do Rybnicy.
8) 8.04.2015 – Zwiedzanie Rybnicy, przejazd do Raszkowa (zwiedzanie i spacer nad Dniestrem), przejazd do Słobody Raszkowskiej (zwiedzanie „polskiej wsi”). Wizyta w Kamionce (zwiedzanie).
9) 9.04.2015 – Przejazd ze Slobody Raszkowskiej do Rybnicy, przejście do Rezina. Przekroczenie granicy z Mołdawią w Rybnicy. Przez Floresti dojazd do Siroki (zwiedzanie twierdzy oraz dzielnicy cygańskiej) i do granicy promowej na Dniestrze. Wjazd do Ukrainy w mieście Jampol, gdzie krótki pobyt i przejazd do Kijowa.
10) 10.04.2015 – Przyjazd do Kijowa i zwiedzanie.
11) 11.04.2015 – Przejazd z Kijowa i pierwszy dzień pobytu w Czarnobylskiej Strefie Wykluczenia (Czarnobyl, okolice elektrowni atomowej, Prypeć, radar Duga-2).
12) 12.04.2015 – Drugi dzień pobytu w Czarnobylskiej Strefie Wykluczenia (Czarnobyl, okolice elektrowni atomowej, Prypeć, Kopachi, laboratoria, mieszkańcy strefy). Powrót do Kijowa.
13) 13.04.2015 – Zwiedzanie rezydencji Janukowycza w Międzygórzu nad Zalewem Kijowskim. Wyjazd z i powrót do Kijowa.
14) 14.04.2015 – Zwiedzanie Kijowa.
15) 15.04.2015 – Przejazd Kijów – Lwów – Szeginie – Medyka – Przemyśl – Kraków – Katowice – Bytom.
 
Kursy walut podczas wyjazdu (kwiecień 2015). Ceny dotyczą zakupu miejscowej waluty.
MOŁDAWIA (lej):
1 euro = 18-19 lei
1 USD = 16,50-17,50 lei
1 lej = 4 leje rumuńskie
1 hrywna = 0,50-0,70 leja
1 rubel rosyjski = 0,30 leja
NADDNIESTRZE (rubel naddniestrzański):
1 USD = 11 rubli
1 euro = 11,50-12 rubli
1 lej mołdawski = 0,50-0,60 rubla
1 hrywna = 0,40 rubla
1 rubel rosyjski = 0,20 rubla
UKRAINA (hrywna):
1 hrywna warta była 0,14-0,15zł.
1 euro = 25-27 hrywien
1 USD = 23,50-25 hrywien
1 lej = 1,3 hrywny
Ponadto w części kantorów można wymienić funty (np. w Mołdawii 1 funt to 23,50lei), franki szwajcarskie (np. w Mołdawii 1 frank to 15,70lei), czasami też inne waluty.
 
Na zdjęciach: drobiazgi przywiezione z wyjazdu w tym upominki Wielkanocne od Leonida, monety i banknoty, kawałki wapienia z muszlami z Orheiul Vechi, papiery, w tym moje notatki.

Pociąg z Kijowa wyruszył punktualnie kilka minut przed północą, podstawiony został prawie godzinę wcześniej. Dojechać do Lwowa miał zaraz po 8:00. Tradycyjnie jechałem moim ulubionym wagonem plackartnym. Najtańszym typem kuszetek. Uwielbiam klimat tych wagonów. Pięćdziesiąt kilka łóżek, po 4 w około 10 boksach (takie przedziały bez drzwi). Po drugiej stronie przejścia jeszcze po dwa łóżka, dolne można zamienić na stolik i dwa siedziska. Dużo miejsca na bagaże, super klimat, zwłaszcza przy kilkudniowych przejazdach. Są materace, poduszka, koc, dostaje się zafoliowaną pościel. Może wysłużoną ale świeżą. Ukraińskie pociągi są biedniejsze i w gorszym stanie od rosyjskich, ale i tak je lubię.

W nocy panował chłód, gdyż nie włączono ogrzewania pociągu, bezpłatnego wrzątku w samowarze nie udostępniono, ale istniała możliwość zakupienia herbaty u prowadnika. Punktualnie dotarłem do Lwowa, 15 kwietnia, bilet kosztował 17zł.

Przed wysiadką we Lwowie trochę rozmawiałem z jednym współpasażerów. Strasznie się skarżył na sytuację gospodarcza kraju. Mówił: tak źle nigdy jeszcze nie było - a przeżył jakieś 60 lat. Wspominał, że mnóstwo osób teraz zarabia równowartość 50 dolarów miesięcznie. W wielu zakładach pracy ludzie pracują, ale pensji nie dostają. Produkowane towary niszczeją w magazynach. Nikt tego nie chce kupować, a wcześniej większość szła do Rosji. 3750-5000 hrywien miesięcznie to dobra pensja. W dobrych czasach stanowiła równowartość 500-700 dolarów, obecnie 150-200 dolarów.

Pogoda bardzo się popsuła – chłodno, wietrznie, chwilami deszcz. Szybko wpakowałem się do marszrutki jadącej do Szeginie (32 hrywny(4,50-5zł) w kasie (u kierowcy kilka hrywien mniej), ok. 80km, 90min jazdy). Gdy zawalona została całkowicie ludźmi i bagażami, wyłącznie z miejscami stojącymi, ruszyliśmy ku granicy. Tam pozbyłem się ostatnich hrywien (pół litra wódki dobrej klasy kosztowało 7zł). Przepisy pozwalają jedynie na przewóz litra mocnego alkoholu przez granicę. Ostatni niewielki fragment do przejścia granicznego pokonałem pieszo. Zaraz znaleźli się kierowcy, którzy chcieli mnie wieźć na drugą stroną za 70hrywien, strasząc wielką kolejką na pieszym przejściu. Nie mieli jednak żadnych pasażerów, więc czy będę stał godzinę-dwie w kolejce, czy czekał na komplet w samochodzie – wszystko mi jedno. Miałem jednak nadzieję, że bardzo powolne cywilizowanie tego przejścia granicznego następuje i będzie lepiej niż ostatnim razem.  

Pod koniec roku 2012 w tym miejscu chodziłem po błocie a ukraińskie okienko paszportowe znajdowało się w mikrobusie. Minęło trochę czasu i Ukraińcy postawili nowy budynek do pieszej odprawy. Przedstawicielka ukraińskiej straży granicznej zapytała mnie czy nie przemycam w tym dużym plecaku jakiejś Ukrainki? W plecaku nie, ale Was dziewczyny chętnie zabiorę ze sobą – zwróciłem się do niej i do drugiej, która wbiła mi pieczątkę w paszporcie. Ta druga odpowiedziała, że niestety nie mogę ich zabrać, bo muszą pracować. Szkoda – stwierdziłem. Pierwsza przytaknęła, że szkoda i życzy mi miłej podróży. Fajnie, że nie musiałem otwierać pieczołowicie spakowanego plecaka. Z polskimi pracownicami straży granicznej taka wesoła rozmowa nie mogłaby mieć miejsca. Są poważne, bez dystansu do siebie i poczucia humoru. Lodowce na Antarktydzie są cieplejsze. Zasadnicze, z poczuciem wyższości oraz władzy. Ponure, niesympatyczne, w najlepszym wypadku o monotonnym glosie robotów. Gdybym do polskich przedstawicielek Straży Granicznej powiedział, „dziewczyny chętnie was zabiorę ze sobą”, najmniejszym wymiarem kary byłoby rozstrzelanie wzrokiem. Ktoś to nazwie profesjonalizmem, ale tak nie uważam. Ukrainki też były profesjonalne, a przy okazji sympatyczne i z poczuciem humoru.

U ukraińskich pograniczników zero kolejki, przed Polską czyli przed Unią Europejską, jak zawsze mały tłum. Musiało upłynąć sporo lat od wejścia Polski do UE, by stworzono korytarz odprawy granicznej dla osób z paszportami UE. Gdy go utworzono miał charakter fikcyjny, był nieczynny. Pierwszy raz pod koniec roku 2012 udało mi się przejść nim, po awanturze. W kolejce stali niemal wyłącznie ukraińscy drobni handlarze. W przeszłości nieraz dziwili się, że turystów czy studentów Polacy nie odprawią szybciej, oni przywykli do stania, stanowi część ich pracy. Niestety Polscy strażnicy zawsze byli nieugięci. Aż pod koniec roku 2012 wkurzyłem się nie na żarty i skoro jest specjalne przejście dla ludzi z paszportami UE, to ma działać – koniec, kropka. Coś zmieniło się od tamtego czasu? Trochę na lepsze. Oczywiście niegodnym polskiego strażnika granicznego jest poinformować tłum, że jeśli ktoś ma paszport UE, może szybciej się odprawić. Trzeba to wiedzieć samemu albo zauważyć niejednoznaczne niewielkie tabliczki. I stoi taka para polskich strażników obojga płci. Znudzeni. Miny jakby byli obrażeni na cały świat. Czyli standard. A chwilę temu u Ukraińców było tak sympatycznie. Z trzymanym na widoku paszportem idę ku właściwym drzwiom. Ożywiają się i „kulturalnie” strażniczka zwraca się do mnie: gdzie? Tutaj – pokazuję i odpowiadam. Paszport – pada rozkaz. Daję i słyszę chwilę później: możesz iść. Od kiedy to my jesteśmy na „ty”? – myślę sobie. Wejście do budynku przypomina wyglądem narzędzia tortur z twierdzy w Benderach w Naddniestrzu. Wąski, metalowy kołowrotek, z dużą ilością poziomych szczebli. Ciężko się przecisnąć. Potem różne światełka – zielone, czerwone. Kto tą całą głupotę wymyślił? Doceniam jednak, że po 11 latach w Unii Europejskiej udało mi się skorzystać bez awantury z przejścia przeznaczonego dla obywateli UE ze strefy Schengen. Niewielki postęp In plus nastąpił.

W budynku wpierw kontrola bagażu i znowu lepiej niż bywało, bo nikt mi nie każe wywalać wszystkiego z plecaka, tylko trochę. Pewnie jak zwykle działa mój patent z brudnymi skarpetkami na wierzchu. Nie zmieniło się jednak nic w podejrzliwości. Nie wiem jak to jest, że w tylu miejscach na świecie, w których przekraczałem granicę nikt nie zakłada z góry, że mogę być przemytnikiem czegoś, a w takiej Medyce i owszem. Trochę taktu i kultury ludzie! Mogę podejść z paszportem do drugiego pogranicznika Oczywiście, musi pieczołowicie obejrzeć paszport i zadawać po co, gdzie i dlaczego? Ciekawe, że tak mnie przesłuchują na granicach tylko rodacy? W końcu łaskawie mogę wejść na teren Polski, w Medyce. Cofnąłem zegarek o godzinę.

Pisałem przy pobycie w Naddniestrzu, że Polscy strażnicy graniczni powinni uczyć się kultury i obsługi klienta właśnie u tamtejszych pograniczników. Ale tak naprawdę to wszędzie na świecie, gdzie jestem, strażnicy są dużo sympatyczniejsi, pomocni i profesjonalni niż Polscy. Nie wiem czemu kolejni Ministrowie Spraw Wewnętrznych tolerują to i nic z tym nie zrobią? Takie kontrole graniczne chluby naszemu państwu nie przynoszą.

Autobusem komunikacji miejskiej (2,70zł) dojechałem do Przemyśla Wydostać się stąd łatwo nigdy nie jest. Autobus albo pociąg do Katowic dopiero wieczorem. Za dwie godziny miałem pociąg PKP Intercity do Krakowa. Odstałem swoje w kolejce i z biletem za 45zł udałem się na spacer po Przemyślu, między innymi na Rynek. 45zł za około 240km, przejechane w 5 godzin, jest ceną wygórowaną. A w porównaniu z Ukrainą, ceną rozbójniczą. W końcu, za ponad 550km z Kijowa do Lwowa, w nocnym powolnym wagonie sypialnym (jechał 8 godzin, ekspresy jeżdżą dużo szybciej), zapłaciłem 17zł. Fajnie, że po polskiej stronie widać remonty na torach, tylko jakoś nie mogą się skończyć od wielu lat. Dobry kolarz na rowerze szybciej przejedzie taki odcinek niż zwykły człowiek pociągiem.

Jadę, skład wyposażono w wagon restauracyjny. Wars od zawsze miał dla mnie negatywną opinię: niesympatycznie, niesmacznie, drogo. Co jakiś czas wypada jednak zweryfikować swoje odczucia. A nuż zmieniło się na lepsze? Wars obsługiwał jeden pracownik, który od czasu do czasu robił objazd swoim wózkiem po wagonach. Bezmyślnie zamówiłem kawę i kanapkę z kurczakiem, nie spodziewając się, że za 200ml kawy zapłacę 9zł, a za kanapkę na którą kazano mi czekać 6zł. To była moja najdroższa 200-mililitrowa kawa w życiu. Smakowo, przyzwoita, nalana z termosu. Mini ciasteczko do niej. Kanapkę pan obiecał dowieść jak objedzie cały pociąg – bardzo krótki na szczęście. Czekam. Jedna stacja, druga stacja, czterdzieści minut minęło. Mogłem już dawno wysiąść, a kanapki nie ma. Kawa dawno wypita. Idę do Warsu pytać o co chodzi? Tam pusto, poza jedną dziewczyną siedzącą przy pustym stoliku. Upominam się o kanapkę dla siebie i jeszcze jednego pasażera, który też taką zamówił. Pracownik nie przeprosił w sposób dosłowny, użyl stwierdzenia, „o jejku zapomniałem, już robię, przyniosę”. Rzeczywiście pięć minut później dostałem bułeczkę z kurczakiem. Nie powiem, smaczna, świeża, tylko cztery gryzy i po kanapce. Podobną ostatnio jadłem na dworcu kolejowym w Gdańsku, za 3zł. Niech w Warsie kosztuje 4, ale nie 6zł. Kawa 200ml nie powinna kosztować więcej niż 3zł, z ciasteczka z przyjemnością zrezygnuję. Zatem, mój kontakt z Warsem po latach okazał się znowu nieudany i będę się trzymał od niego z daleka. Dostrzegam jednak pewne pozytywne zmiany, szkoda tylko, że ceny są nieakceptowalne. Większość pasażerów o tym wie i nic nie kupuje w pociągach, wchodzą do niego z całym wyżywieniem kupionym wcześniej albo zabranym z domu.

Na stację Kraków Główny pociąg dotarł jedynie z 10-minutowym opóźnieniem. Szybko przeszedłem na dworzec autobusowy i na dolnym poziomie, zdaje się że przy stanowisku nr 9, stał autobus do Katowic. Ledwo wsiadłem, odjechał. Bilet 14zł (unibus) i w 75 minut byłem w centrum Katowic. Pociągiem jechałbym godzinę dłużej, ponadto drożej (takie 70km między dużymi aglomeracjami, pociąg powinien pokonywać nie dłużej niż 30min, a nie ponad 2 godziny). Ze stolicy Górnego Śląska przepełnionym autobusem (4,80zł) dotarłem do Bytomia i około 20:00 zakończyłem podróż (20 godzin z Kijowa). Nastał czas na prysznic, rozpakowywanie, pranie.

W kolejnym, ostatnim wpisie z wyjazdu, zamieszczę jeszcze trochę informacji podsumowujących i statystycznych, wspomnę o kosztach.

  • Na zdjęciach:
  • 1-3) Dworzec kolejowy w Kijowie
  • 4-8) Wagon plackartnyj. Prowadnik postanowił spalić kilka śmieci, by mi udowodnić, że samowar działa, tylko na ten przejazd nie został uruchomiony.
  • 9-11) Prowadnik mojego wagonu i dworzec kolejowy we Lwowie.
  • 12-14) „Dworzec” autobusowy przed dworcem kolejowym we Lwowie i marszrutka do Szeginie.
  • 15) Ostatnie metry przed przejściem granicznym Szeginie – Medyka.
  • 16-17) Dworzec kolejowy i Rynek w Przemyślu.
  • 18) Wagon Warsu w pociągu do Krakowa. 
Strona 1 z 67

nationalgeographic box

natemat.pl box

box na sierpien

BOX1

stopka plecak

LogoStopka

stopka plecak

Strona używa informacji zapisanych za pomocą… plików cookies w celu dostosowania do indywidualnych potrzeb użytkowników. Jeżeli tego nie akceptujesz zmień ustawienia przeglądarki dotyczą…ce cookies. Więcej informacji można znaleźć‡ w naszej Polityce prywatności.