a2b2

trojka 225x150

TVN box

swiatsiekreci box

pytanie na sniadanie box

DZIKUS 225x150

Podziel się

FacebookMySpaceTwitterGoogle BookmarksLinkedinRSS Feed
Grzegorz Gawlik

Grzegorz Gawlik

Za miasteczkiem minąłem kilka gospodarstw rolnych ze sporą liczbą koni, ogromną dmuchaną kopułę nad boiskiem albo nad serią kortów tenisowych oraz pole golfowe. Tych ostatnich jest sporo w południowo-zachodniej części Islandii. Dotarłem do sporego źródła termalnego, wyrzucającego wodę na ponad dwadzieścia centymetrów. Wokół w termalnej kałuży urosły kolorowe glony tworzące fantastyczną mozaikę. Po blisko czterech kilometrach doszedłem na parking, skąd czekała mnie górska wędrówka do termalnej doliny Reykjadalur, którą płynie termalna rzeka. Tak naprawdę cała okolice jest termalna. Wszędzie pełno termalnych źródeł, wyziewów wulkanicznych, także przy ścieżce, którą ruszyłem. Może niedokładnie ścieżką, tylko od źródła do źródła. Większe, mniejsze, głębsze, płytsze, bardziej wydajne i mniej, z wodą krystaliczną i błotnistą, z dużą ilością pary wodnej i niewielką. Jak ja to kocham. W tym czasie tłumy schodziły ścieżką w dół. Ze sto osób. Liczyłem na to. Robiło się późno.

Surowa przyroda, rejon aktywnego wulkanu, tu termalne źródło, tam gorące wyziewy, a obok płaty śniegu. Czy może być coś piękniejszego? Wiem, to głupie pytanie, większość odpowie twierdząco. Na Islandii jest sporo termalnych rzek i bajorek, w których można się kąpać. Najsłynniejsze takie miejsce to Landmannalaugar w Interiorze, do którego prowadzą drogi off roadowe. Dla nie posiadających transportu 4x4 alternatywą jest Hveragerdi. Minusem, który część ludzi odstrasza, jest konieczność 3 kilometrowej wędrówki pod górę. Nie jest wymagająca, ścieżka jest solidna, a po bardziej stromym początku, później delikatnie faluje - góra-dół. Na początku termalnej strefy znajdują się liczne termalne źródła, niektóre spore. Czym bardziej dymiące, tym bardziej gorące. Kąpiel w temperaturze 80-100 Celsjusza nic dobrego nie wróży, ciało ludzkie już trochę powyżej 50 stopni zaczyna w wodzie doświadczać uczucia jakby poparzenia. Ale na początku po prawej stronie ścieżki znajduje się nie dymiące bajorko o szarym, błotnistym kolorze. Niewielkie termalne źródła zasilane są schłodzonymi termalnymi potokami. Dzięki temu śmiało można się w nim kąpać, termometr wskazał 37,5 stopni. W okolicy są też źródło-bajorka z temperaturą 50kilku stopni, które parują niewiele mocniej niż takie z temperaturą około 40 stopni, ale te pierwsze są za gorące, a przy dnie temperatura będzie jeszcze wyższa.

Idąc dalej, dojdziemy do termalnej rzeki, koło której budowano drewnianą kładkę i miejsce na przebranie. Mam nadzieję, że po budowie tych ułatwień, teren nie stanie się płatny. U Islandczyków widzę dużą tendencję, by wszystko co się da, zrobić odpłatnym. Powoli, acz konsekwentnie obejmują odpłatnością kolejne miejsca, wcześniej bezpłatne.

Rzeka w okolicy drewnianych ułatwień miała temperaturę ciutkę powyżej 30 stopni Celsjusza, za mało (w lecie w tym miejscu jest pewnie trochę cieplej, gdy stopnieją okoliczne śniegi i temperatura powietrza się podniesie). Ruszyłem wyżej. Teren jest podmokły. Mchy, błoto, strumyki z topniejących śniegów, termalne błota, zapadałem się w butach i spodniach po łydki - bo nie szedłem ścieżką szukając fajnego miejsca. W końcu odpiąłem nogawki spodni, zdjąłem buty i szedłem dalej. Dobrze zrobiłem, bo kilka razy ugrzęzłem w błocie powyżej kolan. Rzeka nie jest duża, szeroka zazwyczaj w granicach metra - dwóch, płytka, stąd z kamieni pobudowane małe tamy, wtedy leżąc na płasko, prawie całe ciało jest pod wodą. Temperatura powietrza nie przekraczała 7-8 stopni. Ludzi została resztówka, na przestrzeni ponad pół kilometra rzeki może z 20 osób. Niektórzy planowali pozostać na noc w namiotach. Znalazłem w końcu fajne miejsce z temperaturą 41°C i małą zaporą. Wyprałem zabłocone spodnie i walnąłem się do wody. Jak przyjemnie. Góry, cisza. Miałem wodę niegazowaną, trochę jedzenia, w tym skyr - przepyszny miejscowy jogurt. Ostatnia okazja, by się czegoś napić, coś kupić, to kafejka na parkingu u podnóża masywu.

Islandzkie góry często wyrastają z poziomu morza, dlatego znajdując się na około 280m.n.p.m. czułem się jak w sporych górach a nie na pagórkach. Nie śpieszyło mi się z powrotem do namiotu. Za to zaobserwowałem kolejny raz, w kolejnym nordyckim kraju, podobne sceny. Miejscowi się nie krępują. Nierzadko przebierają bez zakrywania, tak samo się kąpią - nago. Za to turyści odstawiali całe przedstawienie, z ręcznikami, często trzymanymi przez drugą osobę. Wielka mi atrakcja, oglądanie nagiego ciała z kilkudziesięciu czy stu metrów przez kilka sekund. Islandczycy nie mają z tym problemów.

Było dobrze po 21:00, gdy zacząłem się szykować do drogi powrotnej, liczącej jakieś siedem kilometrów, może z groszami. Ścieżka biegnąca przy rzece pnie się dalej do góry, ponoć gdzieś wyżej odbijając od drogi nr 1, można dojechać w pobliże Reykjadalur, mając do pokonania wyraźnie krótszą drogę, aniżeli idąc od dołu. W tym rejonie jest też sporo tras pieszych.

Poza osobami z dwóch namiotów, byłem ostatni, który ruszył na dół. Na pole namiotowe dotarłem po 22:30 Kolacja, prysznic, porządki w namiocie i spać. Mimo pierwszej w nocy, było jasno. Reykjadalur jest ciekawym miejscem, ale Ladnmannalaugar jest atrakcyjniejsze. Rzeka szersza, głębsza, stawy termalne, łatwe wybieranie miejsc cieplejszych i chłodniejszych, bo wydajne źródła termalne wypływają z pola lawowego obok kąpieliska, bezpłatnego. Utrudnieniem jest dojazd i w Interiorze pogoda często jest gorsza niż koło Hveragerdi. Termometr w nocy zmierzył następujące minimalne temperatury: +4°C w namiocie i 0°C na zewnątrz.

  • Na zdjęciach:
  • 1-45) Teren geotermalny Reykjadalur i okolice.
  • 46-48) Teren geotermalny Landmannalaugar (VIII.2014) - dla porównania.
28 maj, dzień 6. Z radością opuszczałem beznadziejne pole namiotowe w Skaftafell. Autobus do Vik i Myrdal miałem o 9:30, do pokonania 140km. W nocy minimalne temperatury wyniosły: +5°C w namiocie, +1°C na zewnątrz. Wstałem o 6:30, spokojnie spakowałem, zjadłem śniadanie. Nie czułem, że dzień wcześniej zdobyłem Hvannadalshnukur i ponad 14 godzin wędrowałem po górach. Autobusem kierował Andrzej. Ten sam, który mnie tutaj przywiózł. Ucieszyliśmy się ze spotkania, pogadaliśmy. Skaftafell żegnało mnie nienajlepszą pogodą. Na drodze pusto. W autobusie obok mnie tylko jeden pasażer, który wsiadł w Hofn. Czym bliżej Vik, tym coraz lepsza pogoda, sporo słońca. Na trasie, przejazdy przez pustynie wulkaniczne: Skeidararsandur i Myrdalssandur.

Na miejscu, ok. 11:30, spotkałem ponownie innego znajomego kierowcę autobusu - Łukasza i polkę pracującą w barze przy stacji benzynowej. Pogadaliśmy i poszedłem na pole namiotowe po drugiej stronie drogi, może z pięćset metrów od stacji benzynowej. Miałem nadzieję zastać lepsze warunki niż w Skaftafell, lecz pole było w remoncie. Nie skończyli przed sezonem. Według kartki z poprzedniego roku, kosztowało 1300 koron od osoby. Okrągły budynek campingu nie jest imponujący, sam teren również. Stało kilka camperów, ze trzy namioty. Również się rozbiłem, pod skałą z licznym wrzeszczącym ptactwem, które obesrało mi namiot. Płacić nie musiałem. Dostęp do wody znalazłem, do toalety chodziłem na stację,

Chociaż kusiło już nic nie robić tego dnia, zmobilizowałem się i postanowiłem dotrzeć do miejsca zwanego Dyrhólaey (Dyrholaey). Są tam efektowne klify i skały w morzu, niektóre z bramami. Wulkaniczna plaża, liczne ptactwo, w tym świetne miejsce do obserwacji maskonurów, najsłynniejszych islandzkich ptaków. Ślicznych i niezbyt smacznych, co przetestowałem rok wcześniej. Dyrholaey odwiedziłem przy poprzedniej bytności na wyspie, teraz chciałem rozszerzyć penetrację tego miejsca. Stanąłem przy jedynce obok stacji benzynowej. Dochodziła 15:00. Turyści nie bardzo chcieli mnie zabrać, ale zatrzymała się Islandka. Wysiadłem przy skrzyżowaniu z drogą 218. Stąd jest jeszcze 6 kilometrów. Sporo samochodów zmierzało tam gdzie ja, ale nikt nie chciał się zatrzymać. Ponad dziesięć aut z turystami, w 90-ciu procentach dwie osoby w środku, ale nie wykazywali chęci podwiezienia. Droga kończy się w Dyrholaey, nie mogli mieć wątpliwości, że zmierzam gdzieś indziej. Prawie w połowie drogi zatrzymała się para Szwajcarów w średnim wieku i podwieźli mnie do celu. Trzy godziny spędziłem w Dyrholaey. Spacerowałem po klifie, plażą (Kirkjufjara). Przyglądałem się skałom wulkanicznym, niewielkim grotom. Plaży Reynisfjara. Obserwowałem ocean ze sporymi falami. O ile rok wcześniej w sierpniu maskonurów nie brakowało, teraz nie mogłem wypatrzyć żadnego. W końcu poszukiwania zakończyłem sukcesem. Po wodzie pływały cztery maskonury, w oddali, w zagłębieniu klifu też wypatrzyłem jednego. Nie wróciły jeszcze w większej liczbie z zimowych wędrówek. Dobra pogoda oferowała imponujące panoramy, w tym na lodowiec Myrdalsjokull z wulkanem Katla. Rok wcześniej nie miałem tyle szczęścia.

Wróciłem na parking i nie dałem wielkiego wyboru parze Australijczyków, by mnie podwieźli. Chłopak zapytał swoją dziewczynę, czy się zgadza, przytaknęła. Jechali co prawda na Reykjavik i mogli mnie podrzucić jedynie do skrzyżowania z jedynką, ale lepsze to niż nic, zwłaszcza gdyby czekał mnie pieszy powrót do namiotu. Z Dyrholaey to jakieś 18 kilometrów. Stanąłem na skrzyżowaniu i machałem ręką. Liczne samochody jechały z Dyrholaey w kierunku Vik, ale kierowcy udawali, że mnie nie widzą. W 9 na 10 samochodach siedziały dwie osoby. Podobnie z autami jadącymi jedynką, z tymże mijał mnie jeden na pięć-dziesięć minut. Po pół godzinie, gdy minęło mnie dobre 20 samochodów i w głowie rodziła się decyzja o pieszej wędrówce, zatrzymał się camper z parą Hiszpanów. Jechali z Dyrholaey do Vik. Podwieźli mnie, a ja przyjrzałem się wnętrzu. Bardzo fajne warunki, wszystko co trzeba. Na off road taki wehikuł się nie nadaje, ale jako alternatywa dla osobówki, owszem. Chociaż może nie dla mnie, bo bardzo lubię spać w namiotach. Pewnie to nienormalne, ale mając do wyboru 5-gwiazdkowy hotel albo namiot, wolę namiot.

Po cichu liczyłem na zakupy w markecie, para Hiszpanów również. Spóźniliśmy się o ponad godzinę, minęła dziewiętnasta. W takim razie, zrobiłem sobie spacer po tej niewielkiej miejscowości, dotarłem na plażę. Podziwiałem tym razem od drugiej strony w stosunku do Dyrholaey skały w oceanie o nazwie Reynisdrangar (z plaży Vikurfjara). Do namiotu wróciłem w okolicach 22:00. Znowu nici z pozbywania się zupek i innych rzeczy w proszku. Jadłem inne produkty. Minimalne temperatury w nocy wyniosły: +4°C w namiocie i +1°C na zewnątrz.

29 maj, dzień 7. Śniadanie, pakowanie. Błękitne niebo, ale zimny bardzo mocny wiatr. Udałem się na autobus komunikacji publicznej firmy Straetó. Na krótsze odcinki autostop mi pasował, ale na dłuższe nie. Szkoda czasu na czekanie i łapanie. Islandia nie jest warta takiego zwiedzania, czytaj - marnowania czasu. Ponownie spotkałem Andrzeja, przyjechał z Hofn, Polkę z baru, a do Selfoss wiózł mnie Łukasz Wyruszyliśmy o 12:00, pogadaliśmy. Nie planuje powrotu do Polski. Po co? I do czego? Młody chłopak, ale z 9-letnim stażem tutaj, język islandzki opanował. Żona niedawno urodziła syna. Dobrze im w Islandii. Pytałem go o niedawny islandzki kryzys bankowy. Stwierdził, że jego skutki odczuli bogaci, zwykli ludzie nie. W nieruchomościach był zastój, ale znowu się dużo buduje. Przejechaliśmy obok wulkanów KatlaEyjafjallajokull, wodospadów Skógafoss i Seljalanfsfoss. Nieźle prezentowały się wyspy Vestmannaeyjar, które odwiedziłem rok wcześniej.

Po obudzeniu, planowałem dostać się do Reykjaviku, ale nie spieszyło mi się, stąd postanowiłem wysiąść w miejscu, które i tak planowałem odwiedzić. W Selfoss miałem przesiadkę, a niewiele później wysiadałem w Hveragerdi. Jak na Islandię w całkiem sporym miasteczku, ale znacznie mniejszym od Selfoss. Znalazłem pole namiotowe (1100 koron, 30zł, a za dojazd tutaj zapłaciłem 4800 koron, 130zł). Fajne, niewielkie, dosyć puste. Z pół otwartą kuchnią, w której znalazłem kartusze z gazem odpowiednie do mojego palnika. Pustawe, ale zawsze. Póki co, mogłem korzystać ze sprzętu w kuchni. Pole oferuje bezpłatny gorący prysznic, co cieszy. W drodze na pole zrobiłem zakupy w markecie sieci Bonus, oferującej najlepsze ceny w Islandii. Spokojnie się rozbiłem, zjadłem i po piętnastej ruszyłem na wycieczkę. Zacząłem od Geothermal Park, czyli ogrodzonego terenu z termalnymi źródłami i potokiem. Kiedyś park był bezpłatny teraz kosztuje 250 koron (7zł). W kafejce można kupić jajka i ugotować sobie w termalnej wodzie. Tak po prawdzie nie jest to zbyt atrakcyjne miejsce, za to Hveragerdi i okolice to jedne z najbardziej termalnych islandzkich terenów. Rejon systemu wulkanicznego Hengill.  W okolicy są elektrownie geotermalne, szklarnie, domostwa mają gorącą wodę z termalnych źródeł, tak samo ogrzewanie.

 Zajrzałem do niewielkiego parku i nad popularną wśród rybaków rzekę Varma z niewielkim wodospadem Reykjafoss. Dwójka chłopaków skakała z kaskady, na mój widok się uaktywnili, pozując do zdjęć. Ktoś się zdziwi, że pod koniec maja kąpali się w lodowatej górskiej rzece. Otóż nie. Rzeka dużo wyżej jest termalna, po drodze też zasilają ją termalne źródła, w tym niedaleko wodospadu. Więc miała z dziesięć stopni, może kilkanaście. Po drugiej stronie rzeki w stosunku do centrum znajduje się kąpielisko, w remoncie akurat. Ruszyłem do góry. Z pola namiotowego do miejsca mnie interesującego miałem siedem kilometrów. Co prawda zaczynał się pochmurny wieczór, lecz zmroku nie musiałem się spodziewać.

  • Na zdjęciach:
  • 1-5) Pustynie wulkaniczne i Vik & Myrdal.
  • 6-25) Dyrhólaey i widok na lodowiec Myrdalsjokull z wulkanem Katla. Fot 21 i 22 - maskonury, fot. 23 prawdop. fulmar polarny. 
  • 26-27) Reynisdrangur.
  • 28-32) Wulkan Eyjafjallajokull.
  • 33) Wyspa Heimaey i miasto Vestmannaeyjar(archipelag ma taką samą nazwę).
  • 34-44) Miasteczko Hveragerdi z Geothermal Park, rzeką Varma i wodospadem Reykjafoss.

Zrobiło się około czwartej popołudniu, przy moście zacząłem łapać stopa. Z marnym skutkiem. Mimo, że prawie we wszystkich samochodach siedziała dwójka pasażerów - turystów. Zatrzymał się dopiero któryś-nasty samochód, młoda para Islandczyków. Jechali do domu, 20 kilometrów przed Skaftafell, dobre i to. Takie kilometry mogłem trzasnąć z buta. Musiałem do 20:00 dotrzeć do namiotu. Dałbym radę. Chłopak, budowlaniec, często pracował z Polakami, pochlebnie się o nas wyrażając. Opowiedział też historię ze znanego mi miejsca, a mianowicie przełęczy Fimmvorduhals w rejonie wulkanów Eyjafjallajokull i Katla. W roku 2014, a więc wtedy kiedy tam byłem, para Niemców, około 50-tki, zgubiła się w rejonie tej przełęczy. Ich ciała odnaleziono po trzech dniach. Zawsze zastanawiają mnie takie ofiary śmiertelne. Zamiast krążyć bez celu albo czekać na ratunek, który może nie nadejdzie, wystarczy iść w dół a dojdzie się do cywilizacji, nawet po omacku we mgle. Nie jest to nic szczególnie skomplikowanego, a mimo wszystko sporo osób ginie  w taki właśnie sposób.

Wysadzili mnie koło osady Hemra, skąd świetnie widać charakterystyczną skałę na wybrzeżu - Ingólfshofdi. Kawałek dalej znajdowała się stacja benzynowa, sklepik obok remontowano. Stanąłem przy niej próbując złapać transport. Dwa samochody się nie zatrzymały, ale trzeci zajechał na stację. Turyści nie nauczeni do płatności kartą w automacie początkowo mają opory, obawy i trudności. Jak kierowca tego samochodu, młody Amerykanin. Popatrzył i wsiadł do samochodu, ale widząc moją wyciągniętą rękę zatrzymał się. Podwiózł mnie do Skaftafell, gdzie został na noc. Tutaj ponownie przywitała mnie szara pogoda i drobny opad deszczu. Wybiła 17:00, miałem czas i ruszyłem do lodowca SKAFTAFELLSJOKULL, jakieś 2 kilometry. Lodowiec poprzedza niewielka lodowa laguna z zamuloną wodą i niewielką ilością gór lodowych, zanieczyszczonych skalnymi materiałami wulkanicznymi. Bez porównania jest mniej efektowna od Jokulsarlon, ale jej posępna sceneria bardzo mi odpowiadała. Lubię takie. Rok wcześniej wieczorne Jokulsarlon przywitało mnie i moich towarzyszy mroczną pogodą, z nisko zawieszonymi chmurami. Tego dnia miałem słońce i świetną widoczność, wiatru na zdjęciach nie widać. Pewnie każdy powie, że miałem lepszą pogodę za drugim podejściem. Nie jestem jednak przekonany. Mroczne Jokulsarlon bardzo przypadło mi do gustu. Pocztówkowa pogoda opisywanego dnia jakoś wydawała się nazbyt cukierkowa. Ciężko mi dogodzić, wiem.

Po lewej stronie lodowca Skaftafellsjokull (Skaftafelljokull) miałem mocno zerodowane wysokie skalne zbocze. Wcześniej tabliczki ostrzegały o spadających kamieniach i zakazywały zbliżania się. Skały wyglądały obiecująco pod względem mineralogicznym. Ich stan przeobrażenia zwiastował szanse na znalezienie kamieni ozdobnych z grup: tlenków oraz krzemianów Rozpocząłem poszukiwania, wspiąłem się trochę. Stromo, sypko, ale efektywnie. Znalazłem chalcedon, kryształ górski w formie szczotki, włókniste skolecyty. Odrąbałem minerały od większych fragmentów skał i załadowałem do kieszeni. Nie były to pierwsze próbki law i minerałów jakie zebrałem o początku wyjazdu. Bliskość lodowca zachęcała, by się przedostać na niego. W tym miejscu wodna bariera nie przeszkadzała. Jak pomyślałem, tak zrobiłem i zacząłem spacer po lodowcu. Trochę nieprzygotowany, nie miałem ani raków, czekana czy kijków. Ale zabrudzony drobnym rumoszem skalnym lodowiec ułatwiał zadanie. Co nie znaczy, że kilka razy nie wyrżnąłem. Przy okazji się usyfiłem, ale co tam. Ubranie z outdoorowych materiałów łatwo się czyści. Przeszedłem się kilkoma szerokimi szczelinami lodowcowymi, wspiąłem się na kilka pagórków lodowych. Bardzo ładny lodowiec, pofalowany, z urozmaiconą rzeźbą.

O 20:00 stawiłem się w chatce firmy, z której przewodnik miał mi pomóc dostać się na najwyższą górę Islandii. Wszyscy uczestnicy przełożonego wejścia stawili się, potwierdzono że pogoda umożliwi wyjście w góry kolejnego dnia. Odetchnąłem z  ulgą. Nastał czas mobilizacji przed sporym wysiłkiem. Jak wyszło zdobywanie Hvannadalshnukur już przedstawiłem w dwóch wcześniejszych wpisach.

Tematu lodowych lagun jeszcze nie skończyłem. Wspomniałem o dwóch: Jokulsarlon i przed czołem lodowca Skaftafellsjokull. Ten drugi przypadek muszę doprecyzować. Przed czołem lodowca jest kilka niewielkich jezior lodowcowych, ale z górami lodowymi jest w zasadzie tylko jedno, największe, na zachodnim skraju. W roku 2014 lagun lodowych odwiedziłem więcej. Teraz o nich.

SÓLHEIMAJOKULL to jedna z największych części lodowca Myrdalsjokull o długości ok. 8km, szerokości 1-2km. Schodzi bardzo nisko i przed czołem lodowca utworzyła się lodowa laguna. Krajobrazowo podobna do laguny przed Skaftafellsjokull. Lód jest szarawy, lodowych gór niewiele. W lecie fajnie kontrastują z lodem zielone mchy okolicznych wzgórz. Lodowiec jest bardzo łatwo dostępny dla pieszych wędrówek, nawet bez raków. Dojechać w pobliże lodowca można skręcając z jedynki na szutrową drogę 221, po pięciu kilometrach jest parking i niewielka kafejka czynna w lecie. Do Jokulsarlon z tego miejsca jest ponad 200km na wschód.

FJALLSARLON lodowa laguna. Położona 10km przed Jokulsarlon jadąc od Reykjaviku. Lodowiec o tej samej nazwie spływa z wulkanu Oraefjokull i wpada lodową ścianą do całkiem sporego jeziora. O dosyć czystej wodzie, z licznymi górami lodowymi. Jest to druga co do atrakcyjności lodowa laguna Islandii, a dla niektórych może i pierwsza. Dla mnie na przykład. W roku 2014 imponowała ilością gór lodowych na wyciągnięcie ręki. Czoło lodowca także jest blisko. Wspaniała panorama. By dostać się na parking przy lagunie należy zjechać z jedynki na szutrową drogę. Do pokonania jest kilometr. Mało komu się chce tutaj zjechać, dlatego jest bardzo przyjemnie. Bez tłumów jakie są przy Jokulsarlon.

BREIDARLON lodowa laguna. Pomiędzy Fjallsarlon a Jokulsarlon. Spore jezioro o zamulonej wodzie i zazwyczaj bardzo nielicznych górach lodowych (co jednak może ulec zmianie). W 2014 roku prezentowała się bardzo słabo. Zasila ją lodowiec ten sam do Jokulsarlon czyli Breidamerkurjokull. By się dostać w okolice brzegu trzeba skręcić w mało widoczną szutrową drogę i pokonać jakieś 4km, droga dalej biegnie wzdłuż brzegu. Rzeka wypływająca z Breidarlon biegnie do Fjallsarlon i dalej do Atlantyku.

Będąc na Islandii warto zrobić trochę inaczej niż niemal wszyscy. Oni jeżeli oglądają jakąś lodową lagunę, to wyłącznie Jokulsarlon. A ja polecam zobaczyć przynajmniej trzy. Także Fjallsarlon i dla kontrastu jakąś lagunę zamuloną, bardziej brutalną krajobrazowo, bez niebieskich lodowych gór i czystej wody. Na przykład lagunę przed czołem lodowca Skaftafellsjokull albo Sólheimajokull.

  • Na zdjęciach:
  • 1-6) okolice osady Hemra i widok na skałę Ingólfshofdi,
  • 7-21) lodowiec Skaftafellsjokull i jego lodowa laguna, oraz minerały pozyskane z pobliskiego zbocza (tlenki m.in. chalcedon i kryształ górski, krzemiany m.in. skolecyt, stilbit, oliwin),
  • 22-23) lodowiec Sólheimajokull i jego lodowa laguna, VIII.2014,
  • 24-28) lodowa laguna Fjallsarlon, w tle lodowiec o tej samej nazwie(fot. 25-27), VIII.2014,
  • 29-30) jezioro lodowcowe (laguna) Breidarlon, VIII.2014.
Wraz z topnieniem Breidamerkurjokull laguna powoli zwiększa swoją objętość. Kiedyś lodowiec wpadał do oceanu. Teraz w linii prostej dzieli go 6-8km od Atlantyku, zaś samą lagunę pół kilometra w najwęższym miejscu. Jej powierzchnia to ok 20km2 i głębokość do 220m, pojawia się też liczba 248m, lustro wody na poziomie morza. Linia brzegowa jest rozbudowana, są liczne zatoczki. Lód od czoła lodowca przemieszcza się w kierunku ujścia. Rwąca około półkilometrowa rzeka przenosi niewielkie góry lodowe do oceanu. Można je podziwiać z wulkanicznych plaż, część na brzeg wyrzucają fale. Przy samej lagunie biegnie droga nr jeden, z ładnie komponującym się wąskim mostem. Kręcono tu sporo filmów, m.in. jednego z Batmanów, dwa Bondy (Zabójczy Widok z Rogerem Moorem i Śmierć Nadejdzie Jutro z Piercem Brosnanem), czy film z serii Lara Croft: Tomb Raider. Jokulsarlon to taka "namiastka Grenlandii". Dopiero tam można zobaczyć góry lodowe w zatokach, co jest jednak dużo droższe niż w nie taniej Islandii. Jokulsarlon oferuje podobne lodowe widoki, chociaż na dużo mniejszą skalę i nie jest zatoką. Breidamerkurjokull wpada do laguny na przestrzeni około 6km, chociaż ma szerokość bliską 20km. Tak szybkie topnienie lodowca zagraża istnieniu jedynki w przyszłości. Na razie rwąca rzeka, zabudowana po bokach kamieniami przeciwdziałającymi erozji, spełnia swoją rolę, ale będzie gorzej. Coraz więcej wody, a jezioro nie może się powiększać w nieskończoność. Prawdopodobnie gdy lodowiec znacznie się cofnie, zamiast jeziora utworzy się fiord. Dno sięga znacznie poniżej poziomu morza (depresja).

Obecnie jednak możemy podziwiać góry lodowe. Od maleńkich po mierzące kilkanaście metrów wysokości, czasami nawet wyższe. Tyle wystają ponad wodę, większość lodu jest pod wodą. Gromadzą się przy ujściu, a więc nie we wszystkich fragmentach laguny można je podziwiać. Najwięcej jest ich na wschodzie, na zachodzie bywa, że są tylko pojedyncze. Mają różne kolory, biały, niebieski, szary - w zależności z której części lodowca pochodzą. Zanieczyszczenia, ciśnienie i ilość pęcherzyków powietrza w lodzie - to niektóre elementy wpływające na kolor lodu. Proces topnienia powoduje, że przebierają czasami fantazyjne kształty - zwierząt, piramid, statków, pojawiają się okna w lodzie. Bardzo efektowe widoki surowej przyrody. W sierpniu 2014 gór lodowych było dużo, ale po ostrej zimie pod koniec maja 2015 znacznie więcej. Pojawił się problem z jedną z atrakcji tego miejsca - wycieczkami motorówkami i amfibiami po lagunie. Pracownicy przy pomocy sprzętu pływającego próbowali utrzymać korytarze wodne między lodem, by dało się przepłynąć. Taka wycieczka to koszt 30kilku euro za pół godziny (można dłużej i drożej, dla dzieci zniżki). Góry lodowe zanim stopnieją, upływa kilka lat.

Jokulsarlon dostarcza także kontaktu ze zwierzętami. W wodzie jest sporo ryb, dlatego można spotkać foki i liczne ptactwo, na przykład wydrzyka wielkiego. Niezwykle efektownie wygląda ponadto sam lodowiec Breidamerkurjokull płasko się wznoszący do około 900m n.p.m. Jeszcze na początku XX wieku czoło lodowca znajdowało się 250 metrów od Atlantyku, laguna Jokulsarlon nie istniała. Ponad 100 lat później to już 6 kilometrów z groszami od oceanu, a w przypadku większości lodowca jeszcze dalej.

Wędrując w kierunku lodowca Breidamerkurjokull na przemian szedłem brzegiem laguny albo morenowymi wzgórzami, skąd efektowny widok na dużą część jeziora. Na kilka małych lodowych skał dało się wejść nawet z brzegu. Kilkaset metrów od parkingu wędrowałem w samotności pokonując kolejne kilometry. Często świeciło słońce, aczkolwiek lodowaty wiatr uprzykrzał wędrówkę.

Kilka godzin wędrowałem wzdłuż Jokulsarlon, podziwiałem lodowiec, góry lodowe. By następnie się przenieść na drugą stronę drogi, nad ocean. W zależności od prądów morskich góry lodowe są na wschód od ujścia rzeki albo na zachód. W sierpniu 2014 znajdowały się na zachodniej stronie, teraz na wschodniej. Czarny wulkaniczny piasek, góry lodowe i kawałki lodu na brzegu i przy brzegu. Potężne fale rozbryzgiwały się o nie. Niektóre góry falowały po oceanie. Szalenie efektowne. Ale mało kogo to interesowało. Prawie nikomu nie chciało się tutaj podejść ani podjechać, a jest taka możliwość, chociaż nie asfaltowa. Najwidoczniej przejście 500 metrów dla większości turystów stanowiło zbyt duże wyzwanie. Gdy wychodziłem z plaży, zajechał autobus z turystami, dzięki czemu nie musieli chodzić. Brawo dla kierowcy czy pilota, gdyż widowisko z falami i lodem jest nie gorsze od lodowej laguny. Kierowcy innych autobusów tutaj nie zajeżdżali. Udałem się na zachodnią bezlodową plażę, na spacer, a później nad lagunę po tej stronie rzeki. Gdzie również pustawo. Ale pięknie. Laguna w bezpośrednim sąsiedztwie jedynki ciągnie się na przestrzeni ponad półtora kilometra. Jest miejsce, by się zatrzymywać i zobaczyć ten fragment laguny, bez chodzenia, które nie jest najwidoczniej w modzie. Nad tym fragmentem laguny spotkałem sympatyczną polską parę, mieszkającą i pracującą na Islandii, w hucie aluminium i mieszkająca w miasteczku Akranes(znanym mi z roku 2014). Jechali na wschód do Seidysfjordur, złapać prom na północ Danii (linię obsługuje Smyril Line). Nie kursuje zbyt często, zatrzymuje się po drodze na Wyspach Owczych, płynie jakieś dwie doby(w najszybszej opcji) i jest drogim rozwiązaniem transportowym w stosunku do dobrych ofert lotniczych. Lecz, jeżeli ktoś planuje dłuższe zwiedzanie Islandii (ma czas), to przyjazd z własnym samochodem 4x2 (2WD) czy 4x4 (4WD) albo motocyklem, może być dużo tańszy niż wynajmowanie samochodu na miejscu. Należy jednak zadbać o sprawność auta i dobre ubezpieczenie assistance, bo holowanie i naprawianie na Islandii może zrujnować. Niektórzy sprzedają tutaj swoje samochody, mając szanse na niezłą cenę. Seidysfjordur to sympatyczne miasteczko, które warto odwiedzić nawet jak nie korzysta się z promu, miałem okazję się o tym przekonać rok wcześniej.

  • Na zdjęciach:
  • 1-14) Laguna Jokulsarlon, w tym wydrzyk wielki (skua) - fot. 5 i prawdopodobnie mewa polarna - fot. 6,
  • 15-32) lodowe skały u wybrzeża Atlantyku koło laguny Jokulsarlon, V.2015,
  • 33-36) lodowe skały u wybrzeża Atlantyku koło laguny Jokulsarlon, VIII.2014.

Jeżeli mowa w Islandii o lodowej lagunie, wszystkim kojarzy się z Jokulsarlon na południu wyspy. Jakby innych nie było. A są. Może nawet atrakcyjniejsze? A co to w ogóle ta lodowa laguna? Na Islandii ich występowanie jest dosyć jednorodne, ale atrakcyjność turystyczna bardzo różna. Przed czołami islandzkich lodowców tworzą się czasami jeziora lodowcowe. Do których odrywają się fragmenty lodu. Nieraz wręcz góry lodowe. One topniejąc, przemieszczają sie po wodzie. Jezioro brzmi mało efektownie, stąd pojawiło się słowo laguna, a że po wielu pływa lód z lodowców, to lodowa laguna.

Ale zanim o nich, wpierw o bardziej prozaicznych wydarzeniach. Bo przecież trzeba wstać i dotrzeć do celu. Nastał 26 maja, dzień czwarty wyjazdu. Minimalna temperatura w nocy na zewnątrz namiotu wyniosła 0°C, w namiocie 1°C. Zamiast wchodzić na Hvannadalshnúkur, miałem dzień wolny. Pogoda, chociaż gorsza od dnia poprzedniego, to i tak przyzwoita. Dałoby się wejść na szczyt. Postanowiłem sobie zrobić wycieczkę do najsłynniejszej islandzkiej lodowej laguny - Jokulsarlon. Stanowi obowiązkowy punkt wizyty na Islandii. Gdy ruszałem po 9:00, zaczynał właśnie padać deszcz, ale chmury przykrywały tylko wierzchołki najwyższych szczytów. Do drogi nr 1 miałem dwa kilometry, a stamtąd jeszcze 55km. Z "jedynki" szybko złapałem transport. Zatrzymał się jeden z pierwszych samochodów. Para sympatycznych Holendrów wynajętą terenówką. Pewnie pomogła mi pogoda. Autostop powoli zyskuje na popularności w Islandii, ale nie jest to najlepszy sposób na poruszanie się po tym kraju. Turyści stosunkowo niechętnie biorą innych, najwięcej jest podróżujących par, często w średnim i starszym wieku (odpowiednio dobrze zarabiających). Dużo osób ze względu na koszty jeździ grupami i załadowują samochód całkowicie, więc nikogo na stopa nie zabiorą. Islandczyków po drogach jeździ niewielu, zwłaszcza na dłuższe trasy i w miejsca turystyczne. W lecie prawie wszystkie samochody to wypożyczone przez turystów, a i tak nawet na głównych drogach bywa, że zobaczymy jedno auto na pół godziny albo godzinę. W praktyce, poza niektórymi drogami, będzie trudno złapać autostop. A do wielu miejsc i atrakcji turystycznych nie ma co liczyć na to. Dochodzi również czas oczekiwania, często w zimnie, deszczu, porywistym lodowatym wietrze. Całodniowe oczekiwanie, nie jest niczym niezwykłym, kilkudniowe także - widziałem i słyszałem o takich historiach nieraz. Komunikacja publiczna, bardzo droga, operuje tylko na nielicznych islandzkich traktach. Najłatwiej autostop złapać wzdłuż jedynki, w rejonie Golden Circle i półwyspu Reykjanes. Jeżeli ktoś ma ambicje zobaczyć sporo rzeczy na Islandii, autostop jest chybionym pomysłem. Nawet ogromna ilość czasu, namiot i pełen plecak jedzenia nie są rozwiązaniem. Bez własnego środka transportu dostępność Islandii jest bardzo ograniczona. A widok dwójki autostopowiczów z dużymi plecakami odstrasza nawet tych, co by kogoś zabrali. Za dużo zamieszania, tym bardziej, że nawet jak w aucie są dwie osoby, mają zawalony bagażnik i rupieciarnię na tylnich siedzeniach. Nie będzie im się chciało zatrzymać. Abstrahując od tego, że przyjechali spędzić ze sobą czas, a nie podwozić innych turystów.

Sprawnie dostałem się do JOKULSARLON, podziękowałem. W najgorszym wypadku mogłem się ratować kilkoma autobusami komunikacji publicznej, które jeżdżą do/z Hofn i zatrzymują się tutaj. O ile w Skaftafell padał deszcz, a wiatr nie dokuczał, w Jokulsarlon wiało bardzo mocno, lodowato, ale świeciło słońce mimo obecności licznych chmur. W linii prostej mniej niż 50km, a pogoda zupełnie inna. Mając praktycznie cały dzień, nie śpieszyłem się. Planowałem zobaczyć znacznie więcej niż rok wcześniej. Jedynka przebiega przy samej lagunie, na parkingach w jej sąsiedztwie było dużo samochodów, autobusy i masa ludzi. Dlatego ruszyłem tam, gdzie pusto, czyli w kierunku lodowca Breidamerkurjokull (część Vatnajokull), dzięki któremu mamy lód w lagunie. Nie było to trudne. Większości nie chce się chodzić, parę fotek na tle gór lodowych w jeziorze przy parkingu i finito.

Wcześniejszy wpis z podróży po Islandii znajduje się: Najwyższa góra Islandii - Hvannadalshnukur 2119m cz. 2.

  • Na zdjęciach:
  • 1-4) okolice Skaftafell,
  • 5-25) Jokulsarlon lodowa laguna i okolice (nazwa oznacza: "lodowa-rzeka-laguna"), V.2015,
  • 26-39) Jokulsarlon lodowa laguna, w tym foka szara, VIII.2014.
Strona 1 z 71

nationalgeographic box

red bull 225x150

box na sierpien

BOX1

stopka plecak

LogoStopka

stopka plecak

Strona używa informacji zapisanych za pomocą… plików cookies w celu dostosowania do indywidualnych potrzeb użytkowników. Jeżeli tego nie akceptujesz zmień ustawienia przeglądarki dotyczą…ce cookies. Więcej informacji można znaleźć‡ w naszej Polityce prywatności.