logo2skalow

SCARPA3

Grivel-MB nero su giallo

julboskal

holux resize

fen RESIZE

Podziel się

FacebookMySpaceTwitterGoogle BookmarksLinkedinRSS Feed
Grzegorz Gawlik

Grzegorz Gawlik

Magazyn REFLEKTOR – Ogólnopolskie czasopismo kulturalne rodem z Katowic.
Jakiś czas temu zostałem laureatem plebiscytu Uniwersytetu Śląskiego – Absolwent z Pasją i w związku z tym wydarzeniem oraz moją pasją odpowiedziałem na kilka pytań autorstwa Pani Karoliny Machury – także jakiś czas temu:

Podróżnik, alpinista, dziennikarz, fotograf oraz prawnik, te wszystkie profesje odnoszą się do twojej osoby. Czy można powiedzieć, że z którąś z nich utożsamiasz się najbardziej? Jeśli tak, to z którą i dlaczego? 

Uprawiasz wspinaczkę wysokogórską i skalną. Które z wypraw pozostaną w twojej pamięci na dłużej, a może do końca życia?

Twoja pasja podróżnicza rozpoczęła się na studiach czy wcześniej? Jak studia wpłynęły na rozwój twoich zainteresowań?

Czym dla ciebie jest zdobyty tytuł „Absolwenta z Pasją”?

Mówisz sam o sobie: „cały czas się rozwijam i nie zamierzam poprzestać”, co zatem planujesz w najbliższym czasie w związku z twoimi pasjami i życiem zawodowym?

Wywiad znajduje się: TUTAJ.

RADIO PIEKARY 88,7FM– audycja Rajzyfiber- gorączka podróży.

Jutro, czyli w czwartek, czyli 28 sierpnia pomiędzy 9:40 a 12:00 w przerwach pomiędzy muzyką będzie można posłuchać moją rozmową z Panią Anią Jurzycą. Będzie o wulkanach, o niebezpieczeństwa w ich zdobywaniu, ostatniej wyprawie do Islandii. ZAPRASZAM.

Jest marzec 2010 roku, na Islandii wybucha wulkan Eyjafjallajokull 1651m n.p.m. (Eyjafjallajökull, wymowa jest mniej więcej taka: „Ejjafjatlajokutl”). Nie budzi to specjalnego zainteresowania, w końcu na Ziemi jest około tysiąca aktywnych wulkanów i pewna ich liczba zawsze jest w fazie erupcji. Sytuacja się zmienia, gdy erupcja nie ustaje – skończy się w czerwcu – w atmosferę wyrzucane są kolejne tysiące metrów sześciennych popiołów, które za sprawą kierunków w jakich wieją wiatry docierają między innymi nad Europę i w rejon ważnych korytarzy powietrznych dla lotnictwa. Skutek: prawie 100 tysięcy odwołanych lotów co dotknęło blisko 8 mln pasażerów, około 1,7 mld straconych dolarów przez linie lotnicze. Eyjafjallajokull ma swoje pięć minut. Erupcja wulkanu urasta do jednej z najbardziej medialnych w historii, bo do największych ciągle jej daleko. Przed nią tak głośno komentowaną w mediach erupcją był chyba wybuch Pinatubo na Filipinach w 1991 roku.

Jest połowa sierpnia 2014. Islandzkie służby donoszą o wzrastającej aktywności wulkanu Bardarbunga 2009m n.p.m. (wymowa: „Baurtharbunga”), o którym niemalże nikt nigdy nie słyszał. Media natychmiast podchwytują temat, nie chcą powtórki z 2010 roku, gdy przegapiły początkową fazę erupcji Eyjafjallajokull. Tym razem, mimo że wulkan jeszcze nie wybuchł, jest to jeden z najbardziej gorących tematów. Tak zwani eksperci rysują przed odbiorcami medialnych treści katastroficzne scenariusze, radzą omijać Islandię z daleka, a nawet zastanowić się nad lotami nad Europą. By wzmocnić przekaz, wraca się do erupcji z 2010 roku, sugerując że nadchodząca erupcja będzie jeszcze większa, bo i wulkan większy. Ze względu na brak zdjęć wulkanu Bardarbunga, kryjącego się zresztą pod największym europejskim lodowcem Vatnajokull, informacje ilustruje się erupcją Eyjafjallajokull z 2010 roku.  

Jest 16 sierpnia 2014 roku. Jadę samochodem islandzką drogą F26 zmierzając wraz z towarzyszami wyprawy z południa na północ. Litera „F” oznacza, że jest to droga przeznaczona dla samochodów terenowych, o asfalcie, czy szybkim szutrze można tylko pomarzyć. F26 to jedna z dwóch tras północ-południe prowadzących przez wyspę i zarazem najsłynniejsza droga terenowa Islandii. Z jednej strony atrakcją jest sam off road i kilka niewielkich rzek do pokonania, z drugiej, niezwykłe widoki i atmosfera islandzkiego interioru. Wulkany i wulkaniczna pustynia, lodowce, śnieg, temperatury w środku lata nawet w dzień przekraczające niewiele ponad zero stopni Celsjusza. Droga kręta, wolna, zwłaszcza dla mniejszych terenówek, wysokości na trasie dochodzące do około 800m n.p.m., co na Islandii oznacza około arktyczne warunki. W końcu wiele lodowców schodzi do blisko poziomu morza.

Mniej więcej w połowie drogi F26 jadąc na północ, po lewej stronie efektownie prezentuje się lodowiec Hofsjokull, po prawej z kolei znajduje się największy islandzki lodowiec Vatnajokull. To właśnie w tym jego fragmencie pod lodową czapą znajduje się wulkan Bardarbunga, jeden z najwyższych, mierzący 2009m n.p.m. Nie ma to jednak w tej chwili większego znaczenia. Islandia ma bowiem wulkanów pod dostatkiem, w tym dużo bardziej znanych.

Nastaje wieczór, który na Islandii w sierpniu przychodzi dużo później niż w Europie kontynentalnej. Zero stopni Celsjusza, coś kropi, ni to deszcz, ni to śnieg, nisko zawieszone chmury bardzo ograniczają widoczność, wieje lodowaty wiatr – uczucie jak na końcu świata, jak na innej planecie. Jedynym miejscem na F26, gdzie można się przespać pod dachem jest schronisko Nyidalur pod niewielkim lodowcem Tungnafellsjokull. Przed nim sporo samochodów różnych służb islandzkich. Zastanawiające. Jakaś stacjonująca jednostka przynajmniej w lecie, kiedy F26 jest przejezdna i nieliczni pasjonaci off roadu i interioru ją przemierzają, wydaje się uzasadniona, ale kilka? Tym bardziej, że jest zasięg telefonii komórkowej, numer ratunkowy 112 działa, a miejscowe służby dysponują helikopterami i samolotami.

Wieczorem w schronisku zdarza się znowu coś zastanawiającego. Mężczyźni, którzy przyjechali wyglądają jak z jakichś służb, mają sprzęt alpinistyczny, jakby wrócili właśnie ze wspinaczki. Tylko już prawie północ i praktycznie jest ciemno, pogoda taka, że nawet wyjście do toalety na zewnątrz to wyzwanie. Turyści w takie miejsce na wspinaczkę, by się nie zapuścili, im wystarczy krótki spacer po lodowcu przy głównej drodze numer jeden za kilkadziesiąt euro. Parę fotek na facebooka i są szczęśliwi. Ambitni miłośnicy lodowej wspinaczki czy gór znajdą na świecie dużo bardziej atrakcyjne miejsca niż islandzki interior i co nie bez znaczenia, dużo tańsze w odkrywaniu. A Islandczycy nie ukrywają, że góry i wulkany ich nie za bardzo interesują, jeśli już to jako biznes, by możliwie w najprostszy sposób ściągnąć od coraz liczniej przyjeżdżających do Islandii turystów jak najwięcej pieniędzy. Wspinaczka w interiorze to nawet według nich szaleństwo, bo po co to robić, kiedy można siedzieć sobie w termalnym basenie w dużo przyjemniejszej scenerii. Więc co to za ludzie? Jak połączyć elementy rodzącej się układanki, której nijak nie można złożyć w całość na chwilę obecną?

17 sierpnia. Rano lekki mróz i trochę świeżego śniegu, widoczność słaba. Co z tego, trzeba jechać. A to, że aż do przedmieść Akureyri nie uświadczy się żadnego samochodu ani człowieka, to raczej standard w tym rejonie niż wyjątek. Średnia prędkość może na poziomie 25km/h, drogi oznaczone numerami: F26, F881 i F821. Po kilku godzinach jazdy, gdy w stolicy północnej Islandii – Akureyri – odbieram hot dogi przy stacji benzynowej sprzedawca informuje mnie, że uaktywnił się wulkan Bardarbunga. Było ponad tysiąc niewielkich trzęsień ziemi, podniosła się temperatura pod lodowcem. Może wybuchnie. Jeżeli tak, a pogoda dopisze, może być niezłe widowisko. Tylko na pogodę lepiej żebym nie liczył, w interiorze to rzadkość. Sprzedawca wskazuje drogę F26 jako jedyną, którą można się dostać w rejon wulkanu. W najbliższej odległości biegnie 20km od Bardarbunga – w linii prostej. Kaldera wulkanu Bardarbunga znajduje się w północnej części lodowca Vatnajokull zwanego Dyngjujokull (od drugiej strony wulkanu w rejonie Kverkfjoll znajdowałem się około tydzień wcześniej, wtedy jeszcze nie wykazywał wzmożonej aktywności).

Układanka zaczyna się składać w całość. Te samochody i ci ludzie w schronisku Nyidalur to byli z pewnością przedstawiciele służb wulkanologicznych i sejsmologicznych oraz służb ratunkowych. Po zbadaniu sytuacji w rejonie wulkanu Bardarbunga wrócili na noc do schroniska, by kontynuować prace w dniach następnych. Islandia jako zamożny kraj dokładnie monitoruje swoje wulkany i ma odpowiednie służby do tego. W islandzkich radiach i na islandzkich ulicach słowo Bardarbunga urosło do rangi najczęściej wymawianego, trwało oczekiwanie na erupcję.

Chociaż od czego czasu poziom zagrożenia i wprowadzone alerty falowały, to do chwili obecnej nie zanotowano erupcji, która miałaby wpływ na lotnictwo czy część Islandii znajdującą się w sąsiedztwie wulkanu. Pozostaje zatem czekać na dalszy bieg wydarzeń. A spektrum opcji jest szerokie, od potężnej erupcji po uśpienie wulkanu.

Bardarbunga jest stratowulkanem, zakończonym u szczytu kalderą o szerokości do 10km i głębokości do 700m pokrytą lodowcem Vatnajokull (lodem o grubości od 100/150 do 400m). Częścią dużego systemu wulkanicznego znajdującego się w tej części Islandii. Sąsiaduje z nim wulkan Grimsvotn 1719m n.p.m., dużo bardziej znany i aktywniejszy, ostatnią niewielka erupcję „zaliczył” w 2011 roku, tak samo jak niezbyt odległy wulkan Katla pod lodowcem Myrdalsjokull. Bliskość Grimsvotn od Bardarbungi powoduje, że zdarzają się problemy z oceną, który z tych wulkanów zwiększył swoją aktywność, a przy niewielkich erupcjach bywają trudności z przypisaniem ich do danego wulkanu. Wynika to z tego, że oba są pod lodowcem i niewielkie erupcje są notowane przez przyrządy choćby sejsmologiczne, ale niewidoczne dla ludzkiego oka. Ponadto znane są w historii erupcje pod tą częścią Vatnajokull, które miały charakter szczelinowych. To znaczy, że erupcje nie nastąpiły z głównych karterów, tylko magma przebiła się z kanału na powierzchnię poprzez powstałą szczelinę. Najczęściej jako ostatnią erupcję wulkanu Bardarbunga podaje się rok 1910, ale także w kolejnych latach wykazywał on aktywność (np. w 1996 i 2010r.). Zwłaszcza sejsmiczną. Jako, że wszystko działo się pod powierzchnią lodowca, a tenże wulkan nie należał w przeszłości do szczególnie monitorowanych, istnieją rozbieżności, czy te aktywności wulkanu miały charakter niewielkich erupcji, czy jednak skończyły się jedynie na aktywności sejsmicznej i podniesionej temperaturze.

Bardarbunga niepokoić może przede wszystkim z dwóch względów. Jest potężnym wulkanem, przykrytym lodowcem i drugą co do wysokości górą Islandii – 2009m n.p.m., oraz ze względu na jego erupcję z 1477 roku o sile VEI 6, co teoretycznie może się powtórzyć. Nigdy nie zanotowano silniejszej na Islandii. VEI czyli indeks eksplozywności wulkanicznej, to sposób mierzenia wielkości erupcji w oparciu o kilka różnych czynników, między innymi bierze się pod uwagę objętość wydobywającego się podczas erupcji materiału piroklastycznego. Indeks jest otwarty, a największe erupcje miały siłę VEI 8 (Yellowstone, Toba, Taupo). I tak Eyjafjallajokull w 2010 roku osiągnął siłę VEI 4. Co nie bez znaczenia, w rejonie Bardarbunga w przeszłości doszło do innych erupcji o sile VEI 6. W latach 1783-1785 wulkany Laki i Grimsvotn były miejscem erupcji o takiej mocy. Powstał wtedy pas szczelin (kraterów szczelinowych), których liczbę szacuje się na około 130. Natomiast w latach 934-940 siłę VEI 6 miała erupcja wulkanu Katla wraz z powstałymi szczelinami Eldgja.

Dwa największe zagrożenia w razie erupcji Bardarbunga są następujące. Gdyby do atmosfery przedostało się dużo popiołów wulkanicznych, a niekorzystny wiatr skierowałby je na tereny zamieszkane i uczęszczane przez samoloty, rolnicy i linie lotnicze poniosłyby duże straty. Drugim zagrożeniem są tzw. jökulhlaups czyli powodzie, w których wody z roztopionych śniegów i lodowców, ewentualnych jezior znajdujących się w kraterach i innych zagłębieniach, mieszają się z gorącymi popiołami wulkanicznymi i drobnym materiałem piroklastycznym, a następnie z ogromna prędkością ruszają w dół i dalej przemieszczają się korytami rzek, niszcząc wszystko co napotkają na drodze. Na Islandii w wielu miejscach możemy spotkać pustynie wulkaniczne po przejściu takich powodzi, najbardziej znane to Myrdalssandur i Skeidarsandurprzy drodze nr 1 w południowej Islandii. Powódź z 1996r jaka przeszła przez tą ostatnią za sprawą erupcji wulkanu Grimsvotn zniszczyła most i fragment drogi nr 1. I chociaż rejon Bardarbunga jest niezamieszkany, a kilka schronisk/campingów jakie znajdują się w tej części interioru łatwo ewakuować, to gdyby nastąpiła powódź, objęłaby ona tereny zamieszkane. To właśnie z powodu zagrożenia jökulhlaup ewakuowano turystów przebywających w pobliżu i zamknięto drogi na północ od Bardarbunga. Na wschód od F26 do F907 i F923, a na północ od drogi nr 1 drogi 862 i 864. W konsekwencji zamknięto drogi prowadzące miedzy innymi do takich atrakcji turystycznych jak: kaldera Askja i krater Viti, schronisko Kverkfjoll oraz do wodospadu Dettifoss. Inna sprawa czy te zakazy będą przestrzegane, w co wątpię. Turyści wydali zbyt dużo pieniędzy, by dostać się na Islandię i jedynie potencjalne zagrożenie związane z aktywnością wulkaniczną wielu z pewnością nie odstraszy.

W rejonie Bardarbunga zamontowano urządzenia sejsmiczne, GPS, kamery, m.in. w Kverkfjoll, w Hamarinn i na samym lodowcu. Wulkan też obserwowany jest z powietrza. Informacje o aktywności Bardarbunga można śledzić na stronie islandzkich służb: VEDUR i Bardarbunga. Informacje o zamkniętych drogach  w związku z aktywnością Bardarbunga można uzyskać na: VEGAGERDIN i MAPA 1 oraz MAPA 2. Klikając w kamerki na tej drugiej mapie mamy podgląd drogi w danym miejscu.

I na koniec coś jeszcze. W medialnych przekazach często pojawia się informacja, że alert podniesiono do poziomu pomarańczowego lub czerwonego, potem zmniejszono do pomarańczowego itd. Ten indeks, którym się posługują media to  Aviation colour code map for Icelandic Volcanic Systems. Kolor szary oznacza, że wulkan jest cichy, nie zaobserwowano nic niepokojącego, ale jednocześnie wulkan nie jest dostatecznie monitorowany. Kolor zielony oznaczana, że wulkan jest należycie monitorowany, jest spokojny bez zagrożenia erupcją. Kolor żółty wskazuje, że wulkan zwiększył swoją aktywność ponad stan spokoju, ale wzrost parametrów np. sejsmicznych i termometrycznych nie budzi jeszcze większych niepokojów. Kolor pomarańczowy to informacja, że wskaźniki są wyraźnie wyższe o tych w czasie spokoju i istnieje realne ryzyko erupcji. Kolor czerwony – lada chwila dojdzie do erupcji, erupcja jest w toku, mogło dojść do emisji popiołów wulkanicznych do atmosfery. W przypadku Bardarbunga był już kolor pomarańczowy, potem czerwony, ostatnio zmniejszony na pomarańczowy. Naukowcy uważają, że pod lodowcem doszło do niewielkiego wybuchu gazu i niewielkiej erupcji z udziałem lawy, nie było to jednak widoczne na powierzchni wulkanu i nie wywołało to żadnych zagrożeń. Zanotowano ponadto wstrząsy przekraczające 5 stopni w skali Richtera, a więc już znaczne. Ten lotniczy indeks to nie jedyny jaki stosuje się w przypadku aktywności wulkanów. Na świecie stosuje się najczęściej: Volcanic Alert Levels lub jego klony: 0 – cisza lub minimalne oznaki aktywności wulkanicznej; 1 – niewielka aktywność np. niewielkie wstrząsy, wyziewy gazowe, wyższe temperatury, brak zagrożenia wybuchem; 2 – gwałtowny skok wskaźników aktywności wulkanu sugerujący zagrożenie erupcją; 3 – kolejny gwałtowny wzrost wskaźników, znaczny wzrost wydobywających się gazów lub początek erupcji o niewielkiej skali; 4 – znaczna erupcja wulkanu, która może wykraczać poza jego obszar (poza jego masyw), ale mająca jeszcze charakter lokalny, 5 – duża erupcja zagrażająca znacznym obszarom poza masywem wulkanu. Są też inne skale np. od 1 - 4, gdzie 1 to już widoczna faza aktywności wulkanicznej, a 4 to „solidna” erupcja. 

Na zdjęciach:
01) Samochód służb ratowniczych przed schroniskiem Nyidalur przy drodze F26 (Sprengisandur) niedaleko wulkanu Bardarbunga.
02-03) Okolice lodowca Vatnajokull i wulkanu Bardarbunga.
04) Lodowiec Dyngjujokull (część Vatnajokull) od strony Kverkfjoll. W najwyższych partiach Dyngjujokull znajduje się kaldera Bardarbunga.
05) Fragment lodowca Vatnajokull w rejonie Skaftafell.
06-07) Most na najważniejszej drodze nr 1 okrążającej Islandię nad pustynią wulkaniczną Skeidarsandur. W 1996 roku w wyniku erupcji wulkanu Grimsvotn doszło do jökulhlaup czyli powodzi wulkanicznej, która most zniszczyła (zdjęcie nr 07). Jeżeli Bardarbunga wybuchnie, wystąpienie jökulhlaup będzie bardzo prawdopodobne.
08) Pustynia wulkaniczna Myrdalssandur powstała w wyniku jökulhlaups.
09) Mapa rejonu wulkanu Bardarbunga.

Wyprawa do ISLANDII zakończona

Powróciłem z bardzo udanej wyprawy do Islandii, o której popiszę trochę na blogu w kolejnych tygodniach. Wpierw jednak o tym co działo się tuż przed wylotem. A na końcu próbka zdjęć.
Dzień wszystkich nieszczęść.

Na dwie doby przed wylotem do Islandii wracałem z Londynu, między innymi z zakupów sprzętowych na wyprawę. Była sobota. Problemy zaczęły się już rano na lotnisku Heathrow. Totalny chaos i burdel – co akurat w przypadku tego lotniska i Anglików mnie nie dziwi. Organizacja nigdy nie była ich mocną stroną, wystarczy wspomnieć o chaosie na Olimpiadzie w 2012 roku i o nigdy nie działającym jak należy londyńskim metrze. Obsługa lotniska zupełnie nie radziła sobie z odprawą pasażerów, notabene w dużej mierze byli to Polacy. Cudem zdążyłem na samolot, mimo że dotarłem z dużym wyprzedzeniem. W ogóle cud, że poleciałem.

Wrócić do Polski miałem LOT-em, z którego usług nie korzystałem od dobrych ponad 20 lat. Od tego czasu nie było nam po drodze, stąd niezwykle ciekawiło mnie, jaka będzie jakość usługi.

Przy odbiorze karty pokładowej okazało się, że nie ma miejsc w samolocie. Jak to nie ma, skoro mam bilet? Poinformowano mnie, że może nie polecę. Na szczęście w końcu system wypluł moją kartę pokładową, tylko bez wskazania miejsca. Takich jak ja było więcej, co zaowocowało małym chaosem w samolocie, a na dokładkę, nie za bardzo obsługa poradziła sobie z wpuszczaniem do niego. Kolejne zamieszanie. Zająłem miejsce w Boeingu 737-400, którego jakość nie porywała: brzydki, tandetny i tani wystrój, zużyte fotele, małe, mało miejsca na nogi, nawiew praktycznie nie działający – czyli sauna. Kapitan też się z nami nie przywitał ani nie pożegnał, bo po co, a to w innych liniach jest standardem. Ale to wszystko nieważne, bo zaraz dostanę kawę i kanapkę. Nie miałem czasu na śniadanie, jestem głodny i spragniony. Na bilecie napisane mam, że w cenie jest drobny poczęstunek. LOT-owski drobny poczęstunek wyglądał tak, że dostaliśmy mały kubeczek nieschłodzonej wody do picia (lodu nie mięli). Dzięki, ale się najadłem. Jakoś lecąc w przeciwnym kierunku Swissairem, dostałem i jedzenie i napoje, płacąc dużo mniej za bilet niż w Locie (mniej także niż w Wizzairze czy Ryanairze).

Trudno, przynajmniej lecę, choć z opóźnieniem. Warszawa przywitała mnie ponad 30 minut po czasie widniejącym na bilecie, a pilot objechał całe Okęcie, chcąc nam pokazać, że i u nas można minutami jeździć po drogach kołowania i płytach postojowych jak na Heathrow. Dziękuję panie pilocie za tą wycieczkę i kolejne minuty opóźnienia.

Warszawskie lotnisko oficjalnie zwane lotniskiem Chopina to jeden z największych bubli jakie w życiu widziałem. Kto to tak wybudował i dlaczego nie wiem? Trzeba ten blaszak zburzyć i zbudować od nowa, raz a porządnie. Z samolotu sauny przeszliśmy do rękawa grilla, bo to było coś więcej niż sauna, a następnie zygzakiem do góry nagrzanym blaszanym korytarzem wyglądającym jak kurnik. Później kolejne bezsensowne korytarze, schody w dół i labiryntem dotarłem do miejsca odbioru bagaży. Nauczony doświadczeniem, miałem świadomość, iż na bagaż będę czekał długo. Nie wiem jak to jest, że na lotniskach 10 razy większych od Okęcia, mam nierzadko bliżej do odbioru bagaży i dostaję go do ręki dużo szybciej. Na Okęciu zwyczajowo czekam 10-20 minut aż taśma ruszy, a potem obserwuję jak bagaże lądują na niej w dużych odstępach czasowych. Nigdzie z takim wolnym systemem się nie spotkałem. Minęło pół godziny, taśma wypluła 20 walizek, idę do biura reklamacyjnego z zapytaniem co się dzieje, mój autobus do Katowic niedługo odjeżdża. Słyszę: za 5 minut bagaże ruszą. Kolejne 20 minut nic się nie dzieje, żadnej informacji. Wszyscy wściekli. W końcu jest, kolejne walizki pojawiają się na taśmie, by po chwili pojawił się komunikat, że zakończono wydawanie bagaży z lotu Lotem z Heathrow. Ponad 50 osób ustawia się w kolejce do biura bagaży zaginionych. Nikt nic nie wie, żadnych informacji, trzech pracowników na całą naszą grupę. Autobus do Katowic odjechał, bilet poszedł do kosza. Po kolejnej godzinie w końcu mogłem wypisać papiery i dostać kwitek, że bagażu nie mam. Nadal nikt nic nie wie, to jak ważny jest dla mnie ten bagaż, ze sprzętem wyprawowym, bo za 48 godzin lecę na Islandię – nikogo nie obchodzi. Mam wziąć kwitek i spadać. Co czynię, chociaż najchętniej dałbym komuś w mordę. Nie dość, że nie mam bagażu, to jeszcze żadnej pomocy znikąd. Najbardziej mnie „bawił” ubrany w garnitur pracownik miejsca gdzie odbiera się z taśm bagaże, który stal niedaleko nas. Co chwilę go ktoś pytał z naszego nieszczęsnego lotu LOT-em o rady, co mają robić i za każdym razem wszyscy słyszeli od niego: nie wiem, I don`t know. A w czasie gdy taśma nie pracowała znudzony siedział na niej, nie robiąc nic. Zdenerwowani pasażerowie znaleźli innego pracownika, dziewczynę, która stała jakby ukrywając się w rogu hali i jedyne co potrafiła to wskazać punkt reklamacyjny. Po cholerę tacy pracownicy, tacy stacze. Postawcie manekiny, będzie ten sam efekt. A jakbyście mieli wolny etat zadzwońcie – chętnie posiedzę sobie, postoję, odpowiem parę razy nie wiem i dostanę za to pieniądze.

Miałem być już w drodze do Katowic a nie opuściłem jeszcze tego nieszczęsnego lotniska. Udałem się w końcu na dworzec centralny na pociąg. Kupiłem bilet za wielokrotnie wyższą cenę od biletu autobusowego na nasze PKP intercity – tylko to jechało. A raczej się wlekło. Ledwo pociąg ruszył zepsuła się lokomotywa i pół godziny w plecy na dzień dobry. Potem kolejne dziwne postoje, przepuszczanie pociągów, straciłem rachubę jakie mamy opóźnienie. Skończyło się na 60minutach. 298km w 4,5 godziny. Trzeci świat.  Do domu dotarłem w nocy.

Niech ten dzień się już skończy. Dzień strat – bagażu, pieniędzy i czasu, bo w XXI wieku przejazd z Londynu do Bytomia to całodzienna podróż od świtu do nocy, a to przecież tak blisko.

Jak to jest, że tyle lotów w najdziwniejszych miejscach świata, najdziwniejszymi liniami lotniczymi i mój bagaż nigdy nie zaginął. Poleciałem raz LOT-em i tyle kłopotów.

Jakość obsługi przy zaginionych bagażach na Okęciu jest na nieprzyzwoicie niskim poziomie. Pracownicy zostali przeszkoleni i mówią spokojnie, ale co z tego, skoro nic nie wiedzą i nie potrafią oraz nie chcą w niczym pomóc. Gdy 50 zdenerwowanych osób a może i więcej stało w długiej kolejce i wypytywali pracowników kiedy otrzymają bagaż, pracownicy okłamywali nas, że jak tylko znajdą się bagaże i przylecą do Warszawy, natychmiast zabiorą je kurierzy i rozwiozą nam do domów. Gdy odnaleziony bagaż dotarł do Warszawy następnego dnia, dowiedziałem się telefonicznie od tego samego pracownika – poznałem po głosie  — że żaden kurier rozwoził bagaży nie będzie i tego dnia nie ruszy w moim kierunku. Że dopiero kolejnego dnia wyślą go LOT-em do najbliższego lotniska od mojego miejsca zamieszkania, czyli do Katowic-Pyrzowic i stamtąd pewnie go ktoś rozwiezie, ale nie wiedzą kiedy. Mam się kontaktować się z lotniskiem w Katowicach jeśli mnie to interesuje. Moje prośby, które kierowałem i na lotnisku i telefonicznie, że wracam z jednego wyjazdu, a za 48 godzin z tym samym plecakiem i tą zawartością lecę na kolejny wyjazd i sprawa jest z kategorii niezwykle dla mnie ważnych, spotkała się z kompletną ignorancją, pod tytułem: a co to nas obchodzi? To, że nikogo nie będzie w domu przez cztery tygodnie, muszę nagle kupić nowy sprzęt oraz poniosę tą sytuacją bardzo duże straty – to mój problem (Ci co mnie znają wiedzą, że gdyby to się tak skończyło, a winowajcy dobrowolnie nie zrekompensowaliby mi poniesionych strat, to do „ostatniej kropli krwi” walczyłbym w sądzie o solidne odszkodowanie i zadośćuczynienie).

Reasumując, tak wyglądał standard lotu LOT-em i obsługa na Okęciu. W dzień zaginięcia bagażu okłamano nas w sprawie kurierów, byśmy się uspokoili, a potem dla zaoszczędzenia kosztów, kosztem pasażera, zamiast pilnie przywieźć nam bagaż który zgubili stwierdzili, że im się nie śpieszy. Zwykłe gnojstwo. Po takiej historii ciężko mieć ochotę na korzystanie z usług LOT-u i lotniska Okęcie.

Rano w poniedziałek, gdy bagaż doleciał do Pyrzowic, skontaktowałem się z moim lokalnym lotniskiem, wyjaśniłem sytuację i poprosiłem o jak najszybsze dostarczenie bagażu. Pyrzowice stanęły na wysokości zadania, za co bardzo dziękuję. Dzięki temu zdążyłem się przepakować i  wsiąść do pociągu do Warszawy, skąd z mojego „ukochanego” Okęcia przez Kopenhagę dotarłem na Islandię.

Niewiele brakowało aby mnóstwo przygotowań i poniesionych kosztów poszło na marne. Na szczęście tak się nie stało i kolejna wyprawa doszła do skutku oraz zakończyła się sukcesem.

Pozdrawiam

Gregor

Na zdjęciach:
01) lodowiec Sólheimajokull (część Myrdalsjókull)
02) bazaltowe słupy w Hljódahlettar (Echoing Rocks)
03) lodowiec Kverkjokull (część największego europejskiego lodowca Vatnajokull)
04) pole geotermalne Hverir (Hverarond)
05) krater wulkanu Hverfell (Hferfjall)
06-07) Fimmvorduhals – rejon erupcji wulkanu Eyjafjallajokull w 2010 roku (przełęcz pomiędzy tym  wulkanem i zarazem lodowcem a lodowcem Myrdalsjokull z wulkanem Katla). 10cm pod powierzchnią ziemi (lawy) w miejscu erupcji mimo upływu czterech lat, temperatura wynosi 200 stopni Celsjusza.
08) lodowiec Skaftafellsjokull (część Vatnajokull)
09) lodowa laguna Fjallsarlón powstała dzięki lodowcowi Fjallsjokull (część Vatnajokull)
010) Dettifoss – najpotężniejszy wodospad Europy
011) najwspanialsza islandzka lodowa jaskinia Lofthellir powstała w starym kanale lawowym
012) wulkan Krafla – pole lawowe z 1984r.

W hostelu w Baku poznałem Tatianę, spędziliśmy wspólnie trochę czasu, wybraliśmy się też na wycieczkę za miasto. Tania to podróżniczka, która tak jak ja lubi podróżować samotnie.  

Bardzo zaciekawiła mnie jej garderoba. To naturalne, że mężczyzn interesuje żeńska garderoba. Ale mnie zainteresowała w innym kontekście. Akurat. Okay, także w innym kontekście.

Podróżowanie wymaga wygodnego ubioru. Wygodne buty – adidasy czy trekkingowe, wygodny ubiór, na przykład spodnie czy koszula z materiałów szybkoschnących. Tania jednak miała tylko buty na obcasie – rożnej długości, sukienki i inne bardzo kobiece stroje.

Uprzedzę fakty, że Tania w tych obcasach bardzo sprawnie poruszała się i pośród wulkanów błotnych i pośród skał (o czym będzie w kolejnym tekście z tamtej wyprawy).

 

W związku z tą garderobą zapytałem ją, czy nie ma jakiegoś normalnego ubrania, odpowiedniego na takie eskapady. Tania się obruszyła i  powiedziała: przecież to jest normalne ubranie! Ja jestem Rosjanką. Urodziłam się w butach na obcasie. Nie potrafię w innych chodzić. Nogi mnie wtedy bolą. Lubię też czuć się kobieco, stąd takie a nie inne stroje. Poza tym wszędzie gdzie jestem reprezentuję swój kraj – Rosję. I muszę odpowiednio wyglądać.

Dodała także, że na wyjazd wzięła mniej wyzywające stroje, a najwyższe obcasy i szpilki zostawiła w szafie w Moskwie.

Ta historia przypomniała mi wiele podobnych z moich podróży po Rosji. Którą uwielbiam.

To że natura dla Rosjanek była niezwykle hojna to jedno, ale to jak one podchodzą do siebie to drugie. Są bardzo pewne siebie, swojej kobiecości. Są silne. Dbają o siebie. Chcą zawsze wyglądać i czuć się kobieco. Mają poczucie własnej wartości. Do tego lubią eksperymentować z garderobą, z kolorami, przeogromną ilością różnych elementów stroju. Ale ten ich seksapil buduje przede wszystkim ta pewność siebie, kobiecość, z której potrafią uczynić „zabójczą” broń, bo potrafią się nią posługiwać. Mimika twarzy, figlarne spojrzenia i ruchy rękoma, zabawa włosami, uśmiech i uśmieszki, umiejętność kobiecego chodzenia, ten ruch bioder, umiejętne ubieranie się do celów jakie chcą osiągnąć, umiejętne odsłanianie ciała. Subtelny dotyk. Umiejętność flirtowania, kokietowania. I tak dalej. Coś niesamowitego.

I fascynuje mnie, że dotyczy to nie tylko obiektywnie bardzo atrakcyjnych kobiet, ale Rosjanka, która waży 150 kilo, też potrafi ubrać się w bikini i wyjść na plażę. Możemy polemizować czy z punktu estetycznego to jest dobre. Osobiście szanuję bardzo takie podejście do sprawy. Że można z jednej strony mieć dystans do siebie, a z drugiej wyzbyć się zakompleksienia. To jest dużo lepsze niż ukrywanie się przed światem w domu.

Dlatego gdy jestem gdzieś na końcu świata, we wschodniej Syberii i na jakimś zadupiu nad wodą widzę Rosjanki w najlepszych i najmodniejszych kąpielowych strojach z koronkowymi wyłącznie. Zdaję sobie sprawę, że oprócz hasła, bo my jesteśmy Rosjanki i mamy pewne obowiązki w tym względzie, to świadomość własnej atrakcyjności, gust i chęć dobrego wyglądu gdziekolwiek by nie były, stoi u podstaw ich dbania o siebie także w przedmiocie wszelakiej garderoby. Nie ma znaczenia czy to Moskwa, Copacabana, Saint Tropez, czy zadupie na Syberii. Rosyjskie pochodzenie zobowiązuje. Rosjanka musi wyglądać.

Gdy jadę kilka dni rosyjskimi wagonami plackartnymi, widzę jak przez ten czas Rosjanki tworzą sobie w pociągu salon piękności, maseczki na twarzach. Często chodzą w bardzo skromnych strojach (z bielizną wyłącznie). A potem przed wyjściem z pociągu pieczołowicie dobierają bardzo kobiecą garderobę. Gorsety, pończochy, bluzeczki, sukienki, spódniczki, szpilki etc. Przeróżne kolory. To są normalne stroje Rosjanek, a nie na specjalne okazje. W Polsce zaraz są hasła o bezwstydności i gorsze. W Rosji to normalne. To po prostu zwykłe Rosjanki. Nie wstydzą się pokazywać ciała, są wyluzowane i lubią kokietować, podobać się. Dlaczego? Bo są pewne siebie, mają poczucie własnej kobiecości i atrakcyjności. No i muszą godnie reprezentować Rosję. Patriotyzm w Rosji jest bardzo silny. Rosjanin do Rosji może mieć wiele pretensji, ale nie przeszkadza to, by Rosję kochać i być z niej dumnym. Czegoś takiego w Polsce chyba nigdy nie doczekam.

I jeszcze jeden przykład. Sroga rosyjska zima, dziewczyny w bardzo kusych spódniczkach, wydekoltowane i z lodem w ustach. Gorące dziewczyny? To na pewno. Ale to także element ich gry. Kuszenia i oznajmiania całemu światu, że kobieta powinna zawsze pokazywać swoje piękno. Rosjanki to rozumieją jak mało kto. I do tego naprawdę sprawia im to frajdę. One wiedzą, że mają jedno życie i trzeba je wykorzystać jak najlepiej. Tu i teraz, a nie potem, później czy kiedyś. A lody po prostu lubią o każdej porze roku.

Pozdrawiam

Gregor

(blog z 2012 roku, październik)

Na zdjęciach: 01) Tania, a na tablecie widok z Bytomia. Wszędzie gdzie mogę, nawet w najdzikszych zakątkach świata, promuję Bytom, bo to fajne zabytkowe miasto. Od lat ma „pod górkę” delikatnie pisząc, ale wierzę, że to się w końcu kiedyś zmieni. 02-06) Tania, Gregor, wulkany błotne i rejon petroglifów (Qobustan), nasz kierowca. 

Po przyjeździe z Tbilisi do Baku uderza prawie całkowity brak żebraków. To jednak raczej wynik działań administracji i policji niż fakt, że wszyscy Azerowie są bogaci. Przez cały pobyt widziałem jednego pijaka który oczekiwał datku i jedną babuszkę, która nieśmiało chodziła przy ruchliwym skrzyżowaniu z wyciągniętą ręką. W miastach Europy widać na ulicach dużo więcej żebraków niż w Baku. Nie mniej o niebo przyjemniej było spacerować po Baku bez żebraków, niż po Tbilisi, gdy nieraz dosłownie co kilkadziesiąt czy sto metrów ktoś chciał ode mnie pieniędzy.

Oprócz eleganckich budynków, sklepów i samochodów, nie brakuje eleganckich jachtów. Ale Baku to też port, pola naftowe i gazowe. Obrzeża Baku prezentują się biednie i skromnie, choć i te tereny powoli się rewitalizuje. Remontuje i buduje się nowe drogi, w tym autostrady. Jednak bieda biedzie nierówna. Bieda azerska wygląda dużo „lepiej” od tej gruzińskiej. Nie ma się co dziwić, Azerbejdżan ma mnóstwo pieniędzy, więc stać go poprawiać jakość życia obywateli.

Nie ma praktycznie krajów na świecie, gdzie nie ma biedy, choć ona różnie wygląda w różnych zakątkach świata. W Polsce też mamy pełno biedy, obrzeża miast i wieś są często biedne, tak samo jest i w Azerbejdżanie. Choć w tym ostatnim jest obecnie dużo optymizmu, gdyż w końcu widać pieniądze na polepszenie jakości życia Azerów. Wierzą, że gaz i ropa spowodują, że w miarę szybko dogonią poziom życia Europy Zachodniej. A już dzisiaj są znacznie bogatsi od Gruzinów czy Ormian.

Zresztą Azerowie sami czują swoją siłę. Nie przez przypadek starali się, choć bezskutecznie, o letnią Olimpiadę w 2016r. A to najdroższa i największa impreza sportowa świata. W Polsce nawet nikt poważnie nie mówi, że moglibyśmy zorganizować taką imprezę, że stać nas byłoby na to. A w Azerbejdżanie z pieniędzmi nie ma problemu, mimo że prawie wszystko trzeba byłoby wybudować od nowa (tak samo jak to uczyniono w rosyjskim Soczi na tańszą imprezę w 2014r. jaką jest zimowa Olimpiada). Już z myślą o kolejnych olimpijskich staraniach czy staraniach o inne wielkie imprezy sportowe, budowana jest nowa linia metra, do lotniska położonego od miasta o jakieś 40km. Pieniądze widać też w sporcie, o czym będę pisał jeszcze później. Ale patrząc na ostatnie wyniki olimpijskie azerskich sportowców i poziom piłki nożnej, widać że kraj jest zamożny. A to wszystko dzięki gazowi i ropie. Azerbejdżan pomaga finansowo choćby biedniejszej Gruzji, tak jak nam pomaga UE. Tylko że Azerowie robią to z czysto ekonomicznego punktu widzenia, a UE dodaje, że nie tylko o to jej chodzi. Np. Azerowie finansują budowę fragmentu linii kolejowej z Gruzji do Turcji, by można było przejechać pociągiem z Baku do Stambułu. Azerbejdżan i Turcja są bratnimi narodami i zależy im na łatwym przepływie ludzi i towarów. Azerbejdżan pomaga też Gruzji, sprzedając jej tańsze paliwa i eksportując sporo paliw przez gruzińskie porty.

A to wszystko w cieniu stanu wojny z Armenią o Górski Karabach.

Wizerunek Azerbejdżanu psują bardzo zagmatwane, skomplikowane i kłopotliwe wymogi wizowe (pisałem o tym także na początku pobytu w Teheranie, gdy odwołano mi lot z Teheranu do Tbilisi). Dlatego w biednej Gruzji było 10 razy więcej turystów niż w Azerbejdżanie. Bo do Gruzji wiele narodów może przyjechać bez wiz, a do Azerbejdżanu trzeba się o wizy namęczyć. Nie dość że to potrafi trwać i miesiąc, to żądają np. umowy o pracę czy potwierdzenia opłaconej rezerwacji hotelu. A hotele są bardzo drogie, natomiast miejscowe hostele jeszcze za bardzo nie istnieją w internecie, no i zawsze pozostaje problem podczas wypraw, kiedy dokładnie przyjadę do danego miejsca czy kraju. Ponadto wizy są drogie, można się liczyć z odmową wydania wizy przez konsulat lub mając wizę, nie zostać wpuszczonym do Azerbejdżanu, bo może w tym przeszkodzić wiza armeńska.   

Ale wrócę jeszcze do starego miasta. Nie jest duże, ale jest pięknie odrestaurowane i dobrze oświetlone. Spacerowanie po nim to przyjemność. Niektóre zabytki wpisane są przez UNESCO na listę Word Heritage. Najbardziej znane zabytki to wieża  Maiden (Qiz Qalasi), pałac Shirvanshahs' z efektownym kamiennym minaretem (Sinig Gala), mury obronne, które od zewnątrz otoczone są częściowo parkiem typu krakowskie planty. Większość starego miasta to XI-XVI wiek, ale są też fragmenty z przed X wieku. Widać wpływy m.in. kultury perskiej i rosyjskiej. Nie mniej poza starym miastem też znajdziemy wiekowe zabytki, jak choćby meczet z XIII wieku – Bibi-Heybat.

Mocarstwowe plany Azerbejdżanu widać najlepiej w projekcie budowy „kosmicznego” miasta z najwyższym budynkiem świata, liczącym 1050m. Kompleks Khazar Islands budowany jest pod Baku przez jednego z azerskich naftowych potentatów. Tak naprawdę to wszystkie imprezy i nowe budowle w Azerbejdżanie sponsorują firmy  gazowe i naftowe. Przejeżdżając koło tego miejsca, widziałem już plac budowy w początkowej fazie. A jest to skomplikowany projekt kompleksu budowli i to w rejonie, gdzie występują trzęsienia ziemi, więc wymaga to specjalnych technologii. Zresztą przed moim przyjazdem do Iranu, kraj ten nawiedziły trzęsienia ziemi z licznymi ofiarami śmiertelnymi i były one odczuwalne także w Azerbejdżanie.

I na koniec o tym, jak to możliwe, że Azerbejdżan zdobył tyle samo i takich samych medali na Olimpiadzie w Londynie w 2012 roku jak Polska.

Gdy na Olimpiadzie w Londynie Polska zdobyła tyle samo medali co malutki, biedny i zacofany Azerbejdżan (po 10), wszyscy byli oburzeni. Że to kompromitacja i wstyd. Otóż nie. Wstydem i kompromitacją było wysłać ponad 200 sportowców, z których większość nie zasługiwała na udział w Igrzyskach Olimpijskich. A patrząc na to ile Polacy zdobywali medali na wcześniejszych dwóch Olimpiadach, to wynik był w normie. Taki mamy poziom sportu i tyle. Niepokoi tylko, że wysyłamy za każdym razem ponad 200 sportowców, a medali jest tak niewiele. A Azerbejdżan? A Azerbejdżan jest tak biedny, że gdyby tylko chciał to mógłby sobie Polskę kupić. Pod warunkiem, że byłaby na sprzedaż. A zapłacić można byłoby w ropie i gazie w wieloletnich ratach lub w innych środkach płatniczych po sprzedaży surowców. Ogromna ilość ropy i gazu oraz innych surowców, czyni obecnie Azerbejdżan jednym z najbogatszych krajów świata. I to zaczyna też być widać w samym Azerbejdżanie, z Baku na czele. Przy odnowionym Baku, Warszawa może być co najwyżej biedną jego dzielnicą.

Azerbejdżan ma dość pieniędzy, by ich sportowcy mogli dobrze przygotować się do Olimpiady. To po pierwsze. Ale jest też po drugie. Znacznie ważniejsze. Tam jak sportowiec zdobędzie medal olimpijski, to jest do końca życia bohaterem narodowym. Jak nie zdobędzie medalu, ale widać że dał z siebie wszystko, walczył na całego. Będą go szanować. A jeśli będzie sportowiec (męski czy żeński) kombinował, kalkulował, wymyślał kontuzje, że zjadł złe śniadanie, że wiatr był za silny, słońce przeszkadzało, deszcz, temperatura, że tor był zły, piłka za szybka, że miał zły kombinezon i tak dalej. To będę go gnębić w Azerbejdżanie za taką postawę do końca życia albo do rehabilitacji na jakiejś wielkiej imprezie. Bo na Olimpiadzie według ich sposobu myślenia walczy się dla kraju, jak na wojnie, na śmierć i życie. W Azerbejdżanie bowiem patriotyzm jest bardzo silny. Mnóstwo flag, dzieci bawiące się i krzyczące: Azerbejdżan. Azerowie nie są bezkrytyczni wobec swojego kraju, wiele rzeczy im się nie podoba, ale mimo to są z niego dumni. To przechodzi z pokolenia na pokolenie. Dlatego to jest obowiązek każdego tamtejszego sportowca dać z siebie absolutnie wszystko na Olimpiadzie. To był ich dopiero 4 start na niej, mieli zaledwie 39 sportowców, ale w swoich koronnych konkurencjach jak zapasy i boks potrafili pokazać siłę. Polskę reprezentowało 5,5 razy więcej sportowców czyli 218. Ale to nie kwestia tylko pieniędzy, ile psychiki i charakteru sportowców. Biedniutka Gruzja zdobyła niewiele mniej medali, a wcale nie bogatsze Węgry prawie dwa razy tyle w tym 8 złotych, co Polsce się jeszcze nigdy w historii nie udało. A podobnych przykładów w klasyfikacji medalowej Igrzysk w Londynie jest znacznie więcej.

Pozdrawiam

Gregor

(blog z 2012 roku, październik)

Na zdjęciach: 01-03) Baku nocą: Śródmieście, Crystal Hall, bulwar nadmorski i śródmieście widziane z molo; 04) budynek rządowy przy Azadliq Square; 05-06) Morze Kaspijskie, bulwar i molo.

Strona 1 z 40

box na sierpien

BOX1

stopka plecak

LogoStopka

stopka plecak

Strona używa informacji zapisanych za pomocą… plików cookies w celu dostosowania do indywidualnych potrzeb użytkowników. Jeżeli tego nie akceptujesz zmień ustawienia przeglądarki dotyczą…ce cookies. Więcej informacji można znaleźć‡ w naszej Polityce prywatności.