a2b2

trojka 225x150

TVN box

swiatsiekreci2016

teleexpress225px2

genis.pl

portal gorski 225x150 box

slaskie box

spokey.jpg 225PX

LOGO

Podziel się

FacebookMySpaceTwitterGoogle BookmarksLinkedinRSS Feed
Grzegorz Gawlik

Grzegorz Gawlik

Prawie każdy spotkał się chociaż raz z nazwą Sarajewo. Pod względem rozpoznawalności jest to miasto uprzywilejowane. Nawet jeśli ktoś nie wie, gdzie leży i skąd je zna, to jednak wie o jego istnieniu. A to dużo.

W Sarajewie w 1914 r. zastrzelono arcyksięcia Franciszka Ferdynanda, co w następstwie pewnych zdarzeń, doprowadziło do wybuchu I Wojny Światowej. W 1984 r. odbyły się w mieście i okolicach XIV Zimowe Igrzyska Olimpijskie, z czego mieszkańcy Bośni i Hercegowiny (BiH) dumni są do dzisiaj. Aczkolwiek kraj był wtedy częścią Jugosławii, za którą wielu na Bałkanach tęskni. Swoistym paradoksem jest tęsknota za scentralizowanym państwem jakim była Jugosławia, a faktem, że narody bałkańskie uwielbiają się dzielić i tworzyć swoje małe państewka. Proces trwa do dnia dzisiejszego. Obecnie na tych terach funkcjonuje 7 państw. Do najmłodszych należą Kosowo i Czarnogóra.

Sarajewo zostało mocno zniszczone podczas wojny w latach 1992-1995, do dzisiaj można znaleźć tego pamiątki, choćby w postaci zniszczonych budynków. W okolicach Sarajewa ciągle są pola minowe. Stronami konfliktu byli bośniaccy Serbowie kontra władze BiH sprzymierzone z Chorwatami. Ta krwawa wojna domowa ciągle daje znać o sobie. Inna sprawa, że Bośniacy, pisząc delikatnie, nie darzą Serbów sympatią.

Sarajewo położone jest pośród gór, najniższe fragmenty osiągają ok. 500m n.p.m., najwyższe w okolicach miasta, zbliżają się do 2000m. Liczy ono około 300 tysięcy mieszkańców a z przyległościami blisko pół miliona (cały kraj 3,5 miliona). Historia Sarajewa sięga końcówki czasów średniowiecznych, miasto założyli Turcy Osmańscy.

Przyjeżdżając tutaj z tak nijakiego miasta jak czarnogórska Podgorica, można odnieść wrażenie, że jesteśmy w pięknym, zabytkowym starym mieście. Po uzyskaniu trzeźwości spojrzenia, Sarajewo jest miastem bardzo przeciętnie atrakcyjnym. I nadal dosyć zaniedbanym, mimo pomocy choćby Unii Europejskiej.

To co najatrakcyjniejsze w Sarajewie ciągnie się w pobliżu rzeki Miljacka. Śródgórskie położenie, w wąskiej dolinie, spowodowało, że ścisłe centrum jest dosyć wąskie.

Oprócz sporej ilości monumentalnych gmachów w stylu historyzmu, dużą część starego miasta zajmuje bazar (Bascarsija), gdzie zabytkowy meczet Gazi Husrev-bega z I poł. XVI w. Jak również bardzo charakterystyczna, współczesna, ale nawiązująca do czasów osmańskich, fontanna Sebilj, na niewielkim placu (Pigeon), a raczej na rozszerzającej się ulicy. Ma kształt wieżyczki, jest z drewna i kamienia w dolnej części.

Sarajewo jest wielokulturowe, sąd tutaj katedry katolicka i prawosławna, meczety, synagoga. W ścisłym centrum jest kilka przyjemnych deptakowych ulic, ale na innych szaleją kierowcy i motorniczy tramwajów-złomów. Chodniki bywają iluzoryczne, tak wąskie. 

Jednym z ważniejszych zabytków jest kamienny Most Łaciński (Latin Bridge) nad rzeką Miliacka. Prawdopodobnie z XVI wieku, ale pierwotnie mógł być drewniany. To w jego sąsiedztwie Gavrilo Princip zastrzelił Arcyksięcia Franciszka Ferdynanda.

Z innych obiektów wspomnę o Wiecznym Płomieniu - pomniku upamiętniającym Bośniaków, Chorwatów i Serbów, którzy zginęli podczas II wojny światowej (położony jest pomiędzy ulicami Marsala Tita i Ferhadija). Jak również o wieży zegarowej, wybudowanej w XVI lub XVII wieku, wysokiej na 30 metrów, odliczające czas według czasu księżycowego (by wierni o prawidłowej porze odbywali swoje modlitwy). Czas ten, kalendarz, nazywa się również muzułmańskim. Materia jest trochę skomplikowana, więc napiszę, że to on stoi (obliczanie miesięcy) za tym, że różne święta, w tym Ramadan co roku ulegają pewnemu czasowemu przesunięciu.

Nad starym miastem dojrzymy liczne muzułmańskie cmentarze oraz coś co nazywa się Białym Fortem (Bijela Tabija). Coś, bo teren jest tak zaniedbany i zaśmiecony, iż potrzeba sporo wyobraźni by dostrzec w tej budowli coś atrakcyjnego. Wieczorami spotyka się tam młodzież, podziwiając zachodzące słońce nad miastem (z wieżą telewizyjną w tle). Wysokość: 667m (wzgórze ze skałami pod fortem). Data budowy: XVI w., ale brak niezbitych dowodów. Po sąsiedzku jest Vratnik, stare miasto z XVIII wieku, z wąskimi uliczkami i fortyfikacjami. W którym bardzo popularnym miejscem jest Żółty Bastion (Zuta Tabija, 1878r.), punkt widokowy z restauracją. Podczas Ramadanu, który właśnie się kończył, muzułmanie, często z potrawami na wynos, wschodzili na bastion i czekali do zachodu słońca, by zjeść swój pierwszy posiłek od wschodu słońca.

W tej samej okolicy znajduje się piękny, acz walący, gmach koszarów Jajce Kasarna (1914-1915r.).

Nie można też zapomnieć o muzeach, w tym związanych z licznymi wojnami.

W części zwanej Nowym Miastem, gdzie dworzec autobusowy i stacja kolejowa, znajdziemy kilka szklanych wieżowców i nowoczesnych centrów handlowych. Najwyższy budynek: Avaz Twist Tower ma 176m wysokości.

Ciekawostki.

W Sarajewie jest trochę hosteli, zazwyczaj w mieszkaniach, czasami osobliwych. Podczas opisywanego wyjazdu dwukrotnie odwiedzałem miasto i za każdym razem moje noclegi były z przygodami. Na pierwszy nocleg wybrałem Art Hostel, nie łatwo było się dostać do środka, bo nikt nie otwierał drzwi. Z poznaną Amerykanką usilnie próbowaliśmy wejść na klatkę schodową. Wpuścił nas ktoś wychodzący. W mieszkaniu-hostelu znalazł sie na szczęście ktoś, kto obsługiwał to miejsce. Dostaliśmy łóżka, ręczniki, były klucze do szafek. Zamek w drzwiach wejściowych do mieszkania był uszkodzony, drzwi nawet się nie domykały. Gdy podczas drugiego pobytu w Sarajewie chciałem skorzystać z Art Hostelu, miałem jeszcze większe problemy dostać się do środka. Gdy osoba wychodząca wpuściła mnie na klatkę schodową, okazało się, że w hostelu nie ma nikogo z obsługi a drzwi są nadal zepsute. Hostel był prawie pusty, chwilę przede mną dotarła Kanadyjka, zdziwiona tym co się dzieje. Oboje zadawaliśmy sobie pytanie, czy hostel jest czynny? Jak w takim miejscu zostawić rzeczy i pójść do miasta? Czy po powrocie choćby ze spaceru ktoś nam otworzy? Nie mając czasu ani ochoty czekać na rozwój sytuacji, postanowiłem znaleźć inny. Około tysiąc metrów dalej znalazłem hostel Basbascarsija. Szybko zostałem wpuszczony do środka. Hostel jak i ten wcześniejszy, znajdował się na ostatnim piętrze starej kamienicy. Wpuściła mnie babcia, prawie nie mówiąca po angielsku. Pewnie to jej mieszkanie było, a jakiś wnuczek postanowił przerobić je na hostel, a z babci zrobić pracownika. Okazało się, że jestem jedynym klientem. W Art Hostelu była przynajmniej mini kuchnia, tutaj nawet tego nie było, zaś starsza pani od razu zażądała ode mnie pieniędzy. Chciałem zapłacić później po spacerze, jak rozmienię euro. Ale nie dała za wygraną. Poszedłem do kantoru, straciłem 20 minut, wróciłem z lokalnymi markami. Ale kobieta nie ma jak wydać i nadal twierdzi, że wpierw trzeba zapłacić, potem mogę zostawić plecak na łóżku. Zbiegam jeszcze raz na dół, rozmieniam pieniądze w jakimś sklepie, tracę kolejne 20 minut.  I mogę biec na dworzec po bilet autobusowy do Belgradu, zdążyłem w ostatniej chwili przed zamknięciem kasy. Wieczorem chciałem się udać na długi spacer, ale starsza pani marudzi. Kluczy mi dać nie może, będzie musiała czuwać aż wrócę, zamiast pójść spać. Jestem cierpliwym i wyrozumiałym człowiekiem, ale są pewne granice. Dlatego powiedziałem, że wrócę o tej godzinie, o której mam ochotę i wyszedłem. Stolica kraju, ludzie się bawią, nie jestem u kogoś w gościnie, tylko zapłaciłem za usługę noclegową, więc dlaczego miałbym się poddawać jakimś ograniczeniom? Nie był to koniec przygód z babcią, bo wczesnym rankiem musiałem się udać na autobus, przed piątą rano. Znowu pojawiło się marudzenie, bo ona zamyka drzwi na noc na klucz, nie może zostawić klucza w drzwiach, bym za sobą zatrzasnął. W każdym bądź razie wróciłem późno i wyszedłem wcześnie, zostałem wpuszczony i wypuszczony. Opisuje tą historię, bo na Bałkanach, gdzie hostele są często w mieszkaniach, regularnie moim pobytom towarzyszą takie "atrakcje".

Jeszcze a propos hosteli (nie tylko na Bałkanach), ostatnio jest taka tendencja, że check out wyznacza się na 10-11 rano, a check in na 14-16 (i często jest to egzekwowane). Jeszcze niedawno jedne i drugie godziny dla turystów były bardziej przyjazne.

Co ciekawe, zwiedzając BiH, pytając starszych ludzi o drogę, miejsce, zabytek, odpowiadali mi dobrym angielskim. Nawet w kilku mało turystycznych miejscach, sami z ciekawości do mnie zagadywali.

Podczas mojej blisko dwutygodniowej wycieczki, jedyny niewielki opad deszczu spotkał mnie w Sarajewie pod koniec wyjazdu, 6 lipca.

W opisywanym czasie Legia Warszawa grała w BiH, z mistrzem tego kraju HSK Zrinjski Mostar w eliminacjach do Ligi Mistrzów (piłka nożna). Mecz zremisowała, ale dwumecz wygrała. Byłem kilkukrotnie pytany o Legię i szansę drużyny z Mostaru. Piłka nożna to nie mój świat, ale słusznie postawiłem na Legię.

W Sarajewie zdziwiła mnie przesadna liczba tabliczek i reklam kierujących do McDonalds`ów, jak również żywe zainteresowanie nimi klientów. Jest tego wytłumaczenie. W Bośni i Hercegowinie pierwszego Maka otwarto w lecie 2011 roku w Sarajewie. I dla lokalnych mieszkańców, to cały czas nowość, każdy nowy lokal tego potentata jest wydarzeniem.

Sarajewo stara się o wpisanie na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO - jako wielokulturowe miasto, śródgórskie i z zabytkami.

Informacje praktyczne (VII.2016):

Waluta: marka transferowa (zamienna, konwertybilna), 1 euro = 1,95 marek

Z głównego dworca autobusowego (koło stacji kolejowej) do starego miasta są około 3 kilometry, prostą drogą. Przy czym autobus z Podgoricy (18,90 euro + 1 euro bilet bagażowy), zatrzymał się na innym dworcu (w pobliżu lotniska). Niedaleko od niego odjeżdżały autobusy miejskie do centrum (1,60 marek, taksówka 8-10 euro).

Autobus Sarajewo - Belgrad 45 marek (ok. 300km, ok. 7h). Podczas mojego pobytu był tylko jeden dziennie, bardzo wcześnie rano. W Czarnogórze kierowcy żądali dodatkowej opłaty za bagaż. W BiH się z tym osobiście nie spotkałem, ale widziałem na dworcu w Sarajewie, jak kierowca autobusu do Splitu od turystów brał po 1 euro za bagaż.

Ceny noclegów w hostelach w Sarajewie, w pokojach kilkuosobowych: 14-17 marek.

Liczne kantory na Starym Mieście były czynne do 22:00-23:00.

W Sarajewie organizowane są bezpłatne wycieczki z przewodnikiem na zwiedzanie miasta (można na końcu zostawić napiwek). Informacje są w hostelach i w internecie.

Wieczorami po Sarajewie spacerowało dużo osób, knajpki i restauracje zachęcały do odwiedzin (absolutne przeciwieństwo wcześniej odwiedzonej czarnogórskiej Podgoricy).

Na zdjęciach Sarajewo i okolice oraz autobus z Podgoricy.

Nie sposób na bieżąco informować o wszystkim czym się zajmuję i gdzie, ale czasami parę zdań wypada napisać. Oto kilka ostatnich wydarzeń. Lecz zacznę od dwóch  pięknych cytatów.
Janusz Korczak: "Nie takie ważne, żeby człowiek dużo wiedział, ale żeby dobrze wiedział, nie żeby umiał na pamięć, a żeby rozumiał, nie żeby go wszystko troszkę obchodziło, a żeby go coś naprawdę zajmowało".
Święty Augustyn: "Świat jest jak książka i ci którzy nie podróżują, czytają tylko jedną stronę".

Podróże kształcą, choć to tylko slogan, jest bardzo prawdziwy. Dlatego opowiadając w szkołach o świecie, który jest dla uczniów nieznany, cieszę się bardzo jak oczy  i mózgi dzieciaków oraz młodzieży, chłoną to co widzą, słyszą. Poszerzają horyzonty. Pytają. Ostatnio gościłem między innymi w szkołach w Siemianowicach Śląskich i w Cieszynie. Dostałem w prezencie kilka fajnych rysunków wulkanów, bardzo prawdziwie przedstawiających wulkaniczne erupcje.

Lecz nie chcąc dyskryminować starszych :) odwiedziłem miejsce, bardzo mi bliskie, czyli Dom Kultury w Bielsku Białej - Wapienicy. Tam moje opowieści - tym razem o północnej Australii i Borneo - mogli posłuchać także ci, którzy szkoły już pokończyli :). A później w domowej atmosferze, przy kawie i ciastkach, była jeszcze okazja do rozmów.

Jeszcze tak niedawno temu spacerowałem po jesiennych górach, zbierałem grzyby. Aż tu nagle spadł śnieg, a niewiele później przysypało góry porządnie. Jesienne kolory zastąpiła biel. Co nigdy mi nie przeszkadza w zrobieniu ogniska i pieczeniu kiełbasek. Nie przez przypadek kocham wulkany i ogień. Ogniska zresztą trochę mi je przypominają. Złatną, którą odwiedziłem, bardzo lubię za położenie. Cisza, spokój, otoczenie najwyższą częścią gór Beskidu Żywieckiego. Piękna przyroda, chroniona Żywieckim Parkiem Krajobrazowym, warto ją odwiedzić o każdej porze roku.

W międzyczasie doszło do głośnej tragedii. Szamańskie zabawy są ciągle w modzie. Tym razem użyto do nich wydzieliny żaby zwanej chwytnicą zwinną, żyjącej w Amazonii. Oczyszczanie organizmu podczas rytuału Kambo, skończyło się śmiercią 30-letniej kobiety. Komentując to wydarzenie dla stacji TVN24 wspomniałem, że zawsze dziwi mnie ludzki brak wyobraźni. Pozwalając sobie wprowadzić do organizmu, nieznaną, egzotyczną substancję, zawsze trzeba się liczyć, że coś może pójść nie tak. Nawet jeśli śmierć zdarza sie rzadko, to jeszcze płacić niemałe pieniądze za ryzyko utraty życia, wydaje się co najmniej nierozsądnie. Zresztą chwytnica zwinna jest fascynującą żabą, którą badają też firmy farmaceutyczne. Gdy się boi, wydziela przez skórę ponad 200 substancji. Są wśród nich antybiotyki, związki o działaniu narkotycznym, ale też trucizny. Niektórzy Indianie dla wyostrzenia zmysłów, w tym koncentracji, przed polowaniem, uszkadzają fragmenty naskórka, by wpuścić do organizmu wydzielinę żaby. Jak widać podobny rytuał w odległej Europie może skończyć się śmiercią. 

KONKURS !!! NAGRODY !!!

Wraz z Grzegorzem Gawlikiem świętujemy półmetek projektu "100 wulkanów"! I z tej okazji postanowiliśmy przygotować dla Was konkurs, w którym możecie zdobyć plecaki marki Spokey oraz upominki z podróży Grzegorza. Konkurs trwa do końca 29.11.

Co musicie zrobić? Odpowiedzieć na dwa krótkie pytania:
1) W którym roku Grzegorz Gawlik rozpoczął projekt 100 wulkanów?
2) Jak wyglądałaby podróż Twoich marzeń? Dokąd byś się udał/a i dlaczego?

A dalsze szczegóły działań znajdziecie na: http://bit.ly/konkursSP

A dla tych, którzy lubią chodzić na skróty: odpowiedzi wyślijcie wraz ze swoim imieniem i nazwiskiem na adres Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript. do 29 listopada 2016r. Spośród nadesłanych prac nagrodzimy dziewięć naszym zdaniem najlepszych :)

NATEMAT.PL - WYWIAD - PROJEKT 100 WULKANÓW

Bartłomiej Krawczyk to chodząca encyklopedia wulkaniczna, pasjonat, który z zaangażowaniem prowadzi blog WULKANYŚWIATA, a także blog na portalu Natemat.pl, dla którego przeprowadził ze mną wywiad związany z PROJEKTEM 100 WULKANÓW i nie tylko. Zadając szereg ciekawych oraz niewygodnych dla mnie pytań :).

Materiał jest pod tym adresem: Na półmetku 100 wulkanów [wywiad].

A na zachętę zapoznania się z całością kilka fragmentów:

Jakie uczucia, emocje towarzyszą dotarciu do miejsc, które wcześniej nie były praktycznie przez nikogo eksplorowane? 

Skrajne zmęczenie, mało tlenu, ogromna koncentracja, by wykonać wszystkie wyznaczone sobie zadania. Nic nie pominąć, bo...

Niektórzy traktują himalaizm bądź zdobywanie czynnych wulkanów jako niepotrzebną i kosztowną pasję, z której nie ma pożytku. Co odpowiedziałbyś takim osobom?

Że mają bardzo dużo racji...

Wspinałeś się nie tylko na wulkany. W jakim kierunku zmierza alpinizm? Co myślisz o komercjalizacji wspinaczki na najwyższe szczyty? Czym są dla ciebie góry?

Postępujący proces komercjalizacji w górach wysokich wydaje się nieunikniony. Dostrzegam pewne wady tych zmian... 

I jeszcze jedna bardzo ważna rzecz. Marcel Korkuś - polski wysokogórski nurek wyrusza pobić rekord świata na najwyższych jeziorach, które znajdują się w masywie Ojosa del Salado (Argentyna, Chile). Eksplorowałem je i odkrywałem rok wcześniej, będąc z Marcelem w kontakcie. I bardzo mnie cieszy, że zamierza to wykorzystać . Jego wywiad dla Redbulla znajduje się: TUTAJ.

grzegorz gawlik konkurs

Doclea od centrum Podgoricy oddalona jest o 5km. Jako, że na żadną komunikację publiczną nie było co liczyć, a lubię chodzić, więc taki spacer wzdłuż rzek Moraca i Zeta bardzo mi odpowiadał. Wokół górzysta okolica. Na prawie całej trasie chodnik.

To rzymskie miasto, funkcjonowało w okresie od I - do początków V w. n.e., zamieszkiwało je 8-10 tysięcy osób. Miało poważne rozmiary, co widać do dzisiaj, acz ruin zostało bardzo niewiele. Żadnych większych budynków. Fragmenty murów i murków, fragmenty kolumn w trawie i sporo kamieni luzem. Oznakowanie doprowadzające do tego miejsca słabe, wkoło sporo śmieci. Większość terenu ogrodzona metalowym płotem, ale na szczęście brama była lekko uchylona. A tam chaszcze, częściowo wyblakłe albo poniszczone tabliczki z informacjami. Zero człowieka. Strasznie zaniedbany teren. Nie zdziwiło mnie to. Wszystko co dotąd napotkałem w Czarnogórze takie było. Odwiedzone wcześniej: Macedonia, Kosowo, Albania, też nie są bogate, też trochę zaniedbane, ale Czarnogóra na tym tle prezentowała się koszmarnie. Ruiny są w miejscowości Duklja, miłośnicy winnic też tutaj znajdą coś dla siebie. Chociaż czarnogórska stolica jest na wysokości ok. 50m n.p.m., to już za miastem są całkiem sporych rozmiarów, groźnie wyglądające góry. Z ruin Doclea dobrze je widać.

Tą samą drogą wróciłem do miasta, by pochodzić trochę po drugiej stronie rzeki Moraca, w stosunku do pierwszej części zwiedzania Podgoricy. O ile brak tutaj starych spektakularnych zabytków, to może warto poszukać czegoś nowego? Do tych ostatnich należy prawosławny Sobór Zmartwychwstania Pańskiego pełniący funkcję katedralną. Budowano go w latach 1993-2013. Jest ogromny i efektowny. Obok jest niewielka kapliczka. Za to okoliczny teren czeka na zagospodarowanie, do tego bloki i kilka nowszych budynków apartamentowo-handlowych wzdłuż bulwaru George`a Washingtona. W tej okolicy jest więcej takich budynków. Szklane niewysokie wieżowce, sklepy marek premium. Kawałek dalej uniwersytet, budynek radia i telewizji oraz duże centrum handlowe. Ostatnim elementem spaceru były parki: Djeciji i Petrovica. W tym drugim jest niewielki pałac z XIX w. - króla Nikoli I Petrovica o przeciętnej urodzie, ze starą zaniedbaną fontanną. W środku działa galeria sztuki.

Stąd, idąc w dół, można dojść do rzeki Moraca i przeprawić się mostem na drugą stronę. Natomiast pomiędzy parkiem Petrovica a rzeką mieści się ambasada Stanów Zjednoczonych. Koło której spotkała mnie maleńka przygoda, jakich w życiu przerobiłem setkę. Aż się chce powiedzieć - zawsze to samo.

Przy pałacu Petrovica robiłem zdjęcia, zapadał zmrok, więc z lampą błyskową. Wychodząc z parku przechodziłem koło jakiejś ogrodzonej rezydencji. Ochrona za nim dziwnie się na mnie patrzyła, rozmawiała energicznie przez krótkofalówkę, i przemieszczała się wraz ze mną. Od razu nabrałem podejrzeń, że to nie przypadek. Spacerem szedłem dalej wzdłuż ogrodzenia, skręcając w kierunku rzeki Moraca. Gdy przechodziłem koło wejścia, szybko wyszedł strażnik, patrzył się na mnie, ale nie reagował. Chwilę później, na horyzoncie pojawił się policjant i pomyślałem sobie, że pewnie w mojej sprawie, jakakolwiek by nie była. Miałem rację. Policjant ciutkę mówił po angielsku, więc dało się dogadać. Dowiedziałem się, że ogrodzona rezydencja, to Ambasada USA i ochrona widziała błysk flesza a ambasady fotografować nie można i musi mnie zabrać na posterunek. Nie ma sprawy, gdy mam czas mogę się pobawić w takie bzdury, zawsze później jest miło się pośmiać i powspominać. Posterunkiem okazała się malutka zniszczona budka przed ambasadą.

Zapytałem policjanta, że niby skąd mam wiedzieć, że to ambasada USA, skoro nie ma żadnej informacji na płocie, żadnej tabliczki zakaz robienia zdjęć? Przyznał mi rację, że nie mogłem wiedzieć. Amerykanie mają szajbę pod względem swoich placówek dyplomatycznych, nieraz się przekonałem, więc i się nie zdziwiłem. Chociaż to już dawno przekroczyło granice zdrowego rozsądku. Policjant chciał ode mnie dokumenty, powiedziałem że nie mam. Podałem mu dane słownie, wyłącznie z miejscem noclegu. Spisywał to na kawałku obdartej kartki. A długopis miał popękany, gdy się rozleciał, pisał samym wkładem. Ciężko było mi się powstrzymać od śmiechu.

Następnie poprosił o pokazanie zdjęć. Na jednym, marnej jakości, widać było kawałek ogrodu ambasady. Poprosił o jego skasowanie, odmówiłem, bo: 1) na zdjęciu nie było nic, co by zagrażało USA; 2) zdjęcie jest moją własnością, objętą moimi prawami autorskimi i ja decyduję czy skasuję czy nie, chyba że sąd wyda stosowny prawomocny wyrok; 3) nie zostałem w żaden sposób poinformowany przed zrobieniem zdjęcia, o zakazie fotografowania. Policjant zrozumiał moje wyjaśnienia i przyznał mi rację. Tu nie chodziło o zdjęcie, było tak marne, że mogłem je natychmiast skasować bez żalu, chodziło o zasady. A te u mnie są bardzo ważne. Potem oboje śmialiśmy się z szajby Amerykanów, którzy go wezwali. Miło pogadaliśmy sobie, był w Polsce, miło wspominał.

Pożegnaliśmy się i ruszyłem w swoim kierunku, robiąc sobie wieczorny spacer po wyludnionej Podgoricy. Żadnej przyjemności, bo i miasto takie nie jest.

Wieczorem w Hostelu Podgorica, chciałem sobie zarchiwizować dotychczasowe zdjęcia, korzystając z komputera dla gości i to był mój błąd. Komputer był zawirusowany i uszkodził mi kartę pamięci. Nie tylko nic nie zarchiwizowałem, ale straciłem też część zdjęć. Nie wiedząc co da się odzyskać, kolejnego dnia o wschodzie słońca, po prawie nieprzespanej nocy (+ 33°C w mieszkaniu), ruszyłem na szybkie obejście Podgoricy, by zrobić jeszcze raz zdjęcia, na wszelki wypadek. Uszkodzone zdjęcia dotyczyły jednak nie tylko Czarnogóry. Ostatecznie, 80% udało się później uratować.

Po szybkim obejściu miasta, chciałem dostać się do hostelu, bo zaraz miałem autobus do Sarajewa. Pojawił się jednak problem, bo nie mogłem się dostać do budynku. Dzień wcześniej, po przyjeździe do Podgoricy, musiałem długo czekać zanim mnie ktoś wpuścił. Potem również ponad 10 minut czekałem, po spacerze, by wejść do środka. Pracownik (właściciel?) na moje pretensje, napisał mi z pamięci na kartce kod do drzwi bloku. Dziesięciocyfrowy, który widocznie był błędny, bo nie działał. Dzwoniłem natarczywie dzwonkiem, kilkanaście razy wpisywałem kod, próbując wszelkich sposobów. Potem dzwoniłem telefonem (1min = 1 euro), na posiadany numer. Pracownik odebrał, ale nadal mi nie otworzył. Ludzie z ulicy patrzyli co sie dzieje - gdy próbowałem sforsować drzwi. Do odjazdu autobusu miałem mniej niż 10 minut. Dobrze, że rano przed wyjściem spakowałem się tak, by tylko zabrać plecak. Gdy już byłem pewien, że mój autobus przepadnie, jakiś sąsiad wychodził i mnie wpuścił. Dzwonię do drzwi hostelu i nadal nic. Wywalę je pomyślałem, po silnym uderzeniu w nie, pracownik natychmiast otworzył. I do mnie z krzykiem, że przecież mam kod. Gdybym miał chociaż kilka sekund więcej, nie byłbym tak pokojowo nastawiony. A tak wziąłem przygotowany plecak i wybiegłem. Nie wiem jak bezmyślnym trzeba być człowiekiem, który przez około 20 minut nie otwiera drzwi, mimo że dzwoni domofon i dzwonię telefonem. Od drzwi hostelu do drzwi wejściowych do budynku było kilka schodów i co najwyżej kilka metrów do pokonania. Nie dziwię się, że w Hostelu Podgorica było pusto. Przy takiej jakości usług, warunkach i cenie, to bez sensu.

Gdy wbiegłem po długim sprincie na peron, autobus właśnie odjeżdżał. Dobrze, że bilet kupiłem dzień wcześniej. By wejść na peron, trzeba okazać bilet i pokonać bramkę. Gdy chciałem włożyć plecak do bagażnika, kierowca dał mi karteczkę i zażądał 1 euro. Znowu to samo, znowu w Czarnogórze. Nie dość, że bilet jak na lokalne warunki był drogi (18,90 euro - inne kursy do Sarajewa były jeszcze droższe), to jeszcze to. Skoro kupiłem bilet, zakładam że zapłaciłem za wszystko, logiczne. Pewnie bym się z gościem nie kłócił o to euro, gdyby nie fakt, że wydałem wszystkie drobne, a najniższym posiadanym nominałem było 50 euro. Kierowca nie mówił po angielsku, ale rozumiał moją argumentację - mam bilet to dlaczego chcesz ode mnie jeszcze jakieś pieniądze człowieku. W końcu wyrwał mi kartkę z ręki, zmiętoloną schował do kieszeni, ostentacyjnie wrzucił plecak do luku bagażowego i kazał mi wsiadać do autobusu.

Byłem we wszystkich stolicach krajów bałkańskich i większość jest co najwyżej przeciętnie atrakcyjna. Jednak na tym tle, Podgorica wypada i tak bardzo blado. Jeśli tutaj przyjechać, to tylko dla zapyziałości, wychodzącej z każdej ulicy, budynku, zakamarka. Na tle stolic regionu jest ona szczególnie widoczna właśnie w tym mieście. Można ją potraktować jako ciekawostkę. I uświadomić sobie, że są narody, których stolica wygląda tak, że najlepiej byłoby ją ukryć przed wszystkimi. Bardzo blisko nas, w Europie. Przeciwieństwem Podgoricy, jest jedno z najlepiej zachowanych średniowiecznych miast w regionie - Kotor. Położone również w Czarnogórze i ze względu na niewielką liczbą mieszkańców, bardziej miasteczko niż miasto, ale z pewnością godne uwagi.

Trasa z Podgoricy do Sarajewa jest atrakcyjna (droga E762). Wśród Gór Dynarskich, wąskimi drogami, z licznymi tunelami. Najbardziej efektowny jest fragmenty wzdłuż sztucznego zbiornika Piva. Wąskie doliny zalane wodą, wysokie, do ok. 2000m, strome góry, i kanion za tamą, która ma wysokość 220m. Zbiornik zaś, ma do ok. 190m głębokości, a lustro wody jest na ok. 765m n.p.m. Kawałek dalej jest przejście graniczne z Bośnią i Hercegowiną, które w lipcu 2016 wyglądało tak. Dziurawa, częściowo szutrowa droga po stronie BIH. Kilka baraków. Lubię takie klimaty, kojarzą mi się z przekraczaniem granic na krańcach świata. Tam przejścia wyglądają podobnie.

Cieszyłem się, że opuszczam Czarnogórę. Jak na tak krótki pobyt, problemów, głupot i upierdliwości było za dużo. Irytujący kraj.

Strona 1 z 103

nationalgeographic box

red bull 225x150

TOKFM box

iexpert 225X150px

stopka plecak

LogoStopka

stopka plecak

Strona używa informacji zapisanych za pomocą… plików cookies w celu dostosowania do indywidualnych potrzeb użytkowników. Jeżeli tego nie akceptujesz zmień ustawienia przeglądarki dotyczą…ce cookies. Więcej informacji można znaleźć‡ w naszej Polityce prywatności.