NAJBLIŻSZE PRELEKCJE PODRÓŻNICZE:

 
Gdynia - Muzeum Emigracji,
ul. Polska 113 lipca, 17:30 -
100 WULKANÓW, Wstęp Wolny
 
Katowice - Centrum
Zimbardo w Nikiszowcu,
Plac Wyzwolenia 5, 
15 lipca, 18:30 - PROJEKT
100 WULKANÓW, Wstęp Wolny

 a2b2

trojka 225x150

TVN box

swiatsiekreci2016

teleexpress225px2

genis.pl

portal gorski 225x150 box

slaskie box

spokey.jpg 225PX

Podziel się

FacebookMySpaceTwitterGoogle BookmarksLinkedinRSS Feed
Grzegorz Gawlik

Grzegorz Gawlik

Chociaż właściciel obiektu (samorząd województwa) używa słowa "zamek", w rzeczywistości jest to pałac. Rezydencja w Mosznej - że użyję tego wieloznacznego określenia - nie pełniła funkcji obronnych. Od początku była reprezentacyjną siedzibą rodową, wpierw rodziny von Reisewitz, na końcu rodu Tiele-Wincklerów. W 1866 roku nabył ją Hubert von Tiele Winckler z Miechowic (obecnie dzielnica Bytomia), od Heinricha von Erdmannsdorfa. Opuścili pałac po wojnie, wiosną 1945 roku, uciekając przed armią radziecką.

Do niedawna mieściło się tam Centrum Terapii Nerwic, które zostało przeniesione do pobliskiego nowego budynku. W założeniu pałac ma pełnić funkcje hotelarsko-turystyczne i być dochodowym. Przydałby mu się remont, który jest planowany, o ile znajdą się środki finansowe.

Mimo że niektóre źródła podają wiek XVII jako początek pałacu, to faktycznie jego budowę rozpoczęto w wieku XVIII i budowa de facto trwała do I poł. wieku XX. Obecny kształt zawdzięczamy przełomowi wieków XIX i XX. W 1896 roku częściowo uległ spaleniu, po czym został odbudowany i przebudowany, w latach 1911-1913 dobudowano zachodnie skrzydło. Pałac słynie z 365 pomieszczeń, 99 wież i wieżyczek, oraz z ponad 200-hektarowego parku, w którym skupiska rododendronów i okazy ponad 300-letnich dębów.

Obiekt swoją popularność zawdzięcza baśniowemu krajobrazowi, a to za sprawą prawie stu neogotyckich wież i wieżyczek. Trudno o podobny tak spektakularny widok w Polsce. Efektowna architektura przyciąga licznych turystów, a park zachęca do spacerów.

W drodze do Mosznej, warto na chwilę zatrzymać się w Krapkowicach. Miasteczko o średniowiecznym rodowodzie posiada niewielkie Stare Miasto z Rynkiem, fragmentem murów obronnych wraz z Wieżą Bramy Górnej oraz nieduży i w porównaniu z Pałacem w Mosznej, mało efektowny zamek. Obok Starego Miasta płynie Odra, do której wpada rzeka Osobłogi.

INFORMACJE PRAKTYCZNE (aktualne na VI.2016). Bilet normalny za wejście do Parku wynosi 6zł. Dosyć dużo, bo park nie reprezentuje nic specjalnego i nie widać szczególnej dbałości o niego. Wyjątkiem, kiedy ta kwota jest uzasadniona, to czas gdy kwitną wiosną liczne rododendrony. W ramach biletu można wejść do niewielkiej oranżerii, gdzie m.in. bananowiec i potężna agawa. Ale uwaga, w okresie listopad-marzec wejście do parku jest bezpłatne. By zobaczyć teren wozowni przypałacowej trzeba zapłacić kolejne 4zł. Zwiedzanie wnętrz jest dodatkowo płatne (10zł bilet normalny) i nie obejmuje widokowych wież pałacowych, za co trzeba zapłacić kolejne 9zł (bilet normalny). A tak w ogóle, by wejść do samego zamku wpierw trzeba zapłacić za wstęp do parku. Od marca do października w niektóre dni dostępne jest ekstremalne zwiedzanie zamku (komnaty, wieże, podziemia, krypta, przeklęta winda - 35zł bilet normalny / ulgowy 30zł - grupy do 12 osób, 100minut). Warto pytać o bilety rodzinne, grupowe i szukać promocji na www.moszna-zamek.pl.

Okoliczne parkingi wyceniają się na 5zł za postawienie samochodu, lecz dalej od zamku znajdziemy bezpłatne miejsca, chociaż w ładny weekend będzie z tym problem.

Pałac pełni również funkcje hotelarsko-konferencyjne z elementami odnowy biologicznej, jest restauracja i kawiarnia (obowiązuje wykup biletu do parku). A w sezonie, zwłaszcza w weekendy, znajdziemy dużo straganów przed zamkiem.  Różne imprezy, często muzyczne, stanowią kolejny element oferty tego obiektu.

Wygodny dojazd zapewnia pobliska autostrada A4 (płatna, zjazd na Krapkowice i drogę nr 409). Zarówno z Katowic jak i z Wrocławia wystarczy do 90 minut, by znaleźć się obok pałacu (zamku) w Mosznej. Z Opola niewiele ponad 30min, a od najbliższego przejścia granicznego z Czechami koło Prudnika nawet mniej. 

Pierwotnie miał to być wpis o jednej z atrakcji województwa śląskiego: Zespole Pałacowo-Parkowym w Pławniowicach (niedaleko Gliwic). Ale będzie o zupełnie czymś innym.

Pałac w Pławniowicach od lat boryka się z brakiem dostatecznych środków finansowych na utrzymanie obiektu i parku. Organizowane są różne zbiórki. Bez wątpienia kościelnym władzom należą się wielkie słowa uznania za pieczołowite odrestaurowanie budynków kompleksu i utrzymywanie ich w dobrym stanie.

W związku z powyższym rozumiem, że za zwiedzanie wnętrz trzeba zapłacić (obecnie 8zł/osoba), za fotograficzną sesję ślubną także (setki złotych za każdą godzinę). Kolejne setki gdybyśmy chcieli jeszcze filmować. Logicznie nawet brzmi, że jeśli ktoś chce zrobić zdjęcia czy materiał filmowy dla celów reklamowych albo kalendarz na sprzedaż z fotografiami pałacu, również musi wydobyć z kieszeni sporo dukatów. Do zaaprobowania jest, chociaż tego nie pochwalam, że za wejście na spacer do parku trzeba zapłacić (aktualnie 3zł + możliwość wrzucenia wolnego datku do skarbonki), a za godzinną ślubną sesję fotograficzną czy filmową w parku, kilkadziesiąt razy więcej.

Natomiast jest dla mnie nie do przyjęcia, pobieranie opłat za amatorskie fotografowanie i do tego nakaz wykorzystania zdjęć tylko do celów prywatnych.  Oto co pisze właściciel na swojej stronie internetowej:

Fotografowanie amatorskie w czasie zwiedzania Pałacu: 15,00 zł. Wykonane zdjęcia przeznaczone są tylko i wyłącznie do użytku prywatnego, nie zezwala się na ich dalsze publikowanie i rozpowszechnianie w jakiejkolwiek formie bez zgody Pałacu.

 Ta regulacja tak naprawdę jest szersza, bo w innym miejscu można przeczytać:

Filmowanie i wykonywanie zdjęć ślubnych, reklamowych, okolicznościowych oraz wszelkich innych w celach komercyjnych na terenie Zespołu Pałacowo-Parkowego w Pławniowicach możliwe po zawarciu umowy i uiszczeniu opłaty zgodnej z aktualnie obowiązującym cennikiem.

Ten zapis dotyczy zdjęć/filmów wykonywanych zarówno w parku jak i w pałacu oraz jakiegokolwiek wykorzystywania materiałów poza prywatnym oglądaniem. Co w dobie internetu, gdy wiele osób prowadzi blogi, strony internetowe, kanały filmowe na youtube, jest niedorzeczne. Właściciele powinni się cieszyć, że ktoś chce o nich pisać, reklamować, pokazywać światu. Często jest tak, że ludzie decydują się na odwiedziny, pobyt, sesję fotograficzną, po obejrzeniu materiałów na stronie internetowej, blogu, youtube. Dzięki czemu właściciel więcej zarobi. Dostaje darmową reklamę. Być może kiedyś jakiś bloger spełni wszystkie wymagania właściciela, dzięki jego wpisowi ileś osób odwiedzi Pławniowice, a następnie zażąda od niego prowizji od uzyskanych w ten sposób zysków. Skoro włodarze żądają pieniędzy za wszystko, dobrze że jeszcze oddychać można za darmo, to muszą się liczyć z tym, że może się to zemścić przeciwko nim. 

Żeby było jeszcze ciekawiej, nawet ci, którzy zapłacili horrendalne kwoty za ślubne sesje, nie mogą swoimi materiałami swobodnie dysponować, gdyż właściciel pisze:

Wykonane fotografie mogą być wykorzystywane przez nowożeńców na stronach internetowych oraz na stronie internetowej i materiałach reklamowych fotografa, pod warunkiem zamieszczenia pod każdą z fotografii danych teleadresowych : Zespół Pałacowo-Parkowy Pławniowice, tel.: +4832 2305551, www.palac.plawniowice.pl.

Właścicielem obiektu jest.: Rzymskokatolicka Parafia Niepokalanego Poczęcia N.M.P. - Ośrodek Edukacyjno-Formacyjny Diecezji Gliwickiej Zespół Pałacowo-Parkowy.

Na lekcjach religii uczy się, że chytrość to grzech, powszechnie znanym powiedzeniem jest: chytry dwa razy traci. Właścicielom obiektu zdaje się to nie przeszkadzać, ponadto w ramach swojej dobroci, przestrzegają przed możliwością zagryzienia na śmierć: "Uwaga!!! Poza godzinami otwarcia parku - terenu pilnują psy rasy ostrej."

"Pogratulować dbałości" o pozytywny wizerunek i wartości chrześcijańskie.

Pałac w Pławniowicach włoskiego rodu Ballestremów wzniesiono w latach 1882-1885, na miejscu wcześniejszego. Jest budowlą trójskrzydłową, w kształcie litery "U", i prezentuje styl neomanieryzmu niderlandzkiego oraz romantyzmu eklektycznego. Posiada wieżę, liczne wieżyczki oraz detale architektoniczne. Obok pałacu jest niewielki park krajobrazowy o powierzchni 2,4 hektara.

Na poniższych zdjęciach pałac, park i bezpośrednie sąsiedztwo:

We Francji rozpoczęły się Mistrzostwa Europy w Piłce Nożnej. W wielu domach zapanowało szaleństwo. Osobiście zamiast oglądać sport, wolę aktywnie spędzać czas. Nie inaczej było w miniony weekend, który jak to często u mnie bywa, uległ wydłużeniu. Spędziłem go na Podbeskidziu. Na początek był XI Janowicki Rajd Rowerowy (gmina Bestwina). Rekreacyjny. Uczestnicy mięli od kilku do blisko 80 lat. Ich liczba przekroczyła 350 osób, a bawiących się na festynie wyraźnie ponad pół tysiąca. W tej okolicy każda wieś ma swój festyn. Wszystkie na bogato, z koncertami, różnymi pokazami, wieloma imprezami towarzyszącymi, nagrodami, i tak dalej.

Kontynuacja odbyła się pod tytułem: rowery i spacery. Plus rzecz jasna ogniska z grillem, kociołkiem, sielską atmosferą i co chyba najważniejsze - przefajnymi ludźmi. Jako ambasador marki Spokey, zwykle łączę przyjemne z pożytecznym i zabrałem kilka rzeczy do testowania. Zadanie tak naprawdę powierzyłem dzieciom. Namiot turystyczny Spokey Chinook 2-osobowy, nie dojść że pojemny, to przeżył kilka czołowych zderzeń z dzieciakami, koc piknikowy pięknie się sprawdził, bo miniony weekend, zwłaszcza w drugiej części, był wybitnie nadający się do odpoczywania na świeżym powietrzu. Z kolei matę samopompującą bardzo młoda młodzież potraktowała jako coś po czym się skacze, lub coś na czym się ciągnie kolegę albo koleżankę. I mata to wszystko wytrzymała.  

Wydawałoby się, że skoro Polacy grają z Irlandią Północną, na ulicach będą pustki. A tu nie. Liczni rowerzyści, spacerowicze, spory ruch samochodowy. Z grupką przyjaciół też graliśmy mecz w tym czasie, tylko że w badmintona. Dziewczyny, które twierdziły, że nie mają pojęcia o grze, nie dały nam, mężczyznom, żadnych szans. Jeszcze upiekły w międzyczasie przepyszne ciasta. I jak tu nie popaść w kompleksy? W każdym bądź razie, mimo że nikt z nas nie był zainteresowany oglądaniem meczu Polski z Irlandią Północną, bardzo ucieszyliśmy się z naszej wygranej 1:0. Pierwszej w historii naszych występów na Mistrzostwach Europy.

Weekend zakończyłem w Bielsku-Białej, mieście, które bardzo lubię i bywam tam często. Oprócz wygłoszonej prelekcji o atrakcjach Europy w Książnicy Beskidzkiej (kiedyś była to biblioteka województwa), znalazłem chwilę na spacer po mieście, m.in. po odnowionym Parku Słowackiego. Poniżej ciut zdjęć, wybrałem - być może niestety - tylko te grzeczne. 

200 lat odśpiewane, pyszny tort zjedzony, kiełbaski prosto z ogniska, także. Świetni ludzie, atmosfera, rozmowy. Górskie klimaty. Udana pogoda. Wędrówki po okolicznych masywach zaliczone.

Zamiast zostawić samochód w Lachowicach, niedaleko chatki, pozostawiłem go przy drodze na pograniczu Koszarawy i Przyborowa. Skąd do chatki miałem 7 godzin spaceru, a na plecach ponad 20 kilo rzeczy. Na początek szlak zielony na Mędralową 1169m, zwaną Wielkim Jałowcem (start z ok. 570m n.p.m.). Jest on bardzo rzadko uczęszczany, zaniedbany. Rozpoczyna się, ni stąd ni zowąd, przy drodze do Koszarawy. Po ponad dwóch godzinach idąc przez Jaworzynę 997m i Małą Mędralową 1042m, dotarłem na graniczny szczyt, ze Słowacją, skąd niewiele ponad dwie godziny do schroniska na Markowych Szczawinach i niecałe cztery godziny na Babią Górę. Mimo mgły i przelotnych opadów deszczu było ciepło, a wiatr niewielki. Bardzo lubię ten fragment Beskidów, bo czuć tu prawdziwie górską atmosferę. Potężne zalesione góry z nieodległym Pilskiem i Babią Górą. Poczucie znajdowania się w górach dużo większych i bardziej dzikich, niż to jest w rzeczywistości. Dla mnie ten fragment polskich Beskidów to bez wątpienia Beskid Żywiecki, ale niektórzy twierdzą, że to część Pasma Przedbabiogórskiego zaliczanego do Beskidu Makowskiego. Podobnie jest z umiejscowieniem Chatki na Adamach - pod Opuśniokiem i Solniskiem.

Na wycieczkę zabrałem kilka sztuk sprzętu do testowania, w tym plecak Spokey Taurus 65 (65 litrów) i kije trekkingowe Spokey Carphatian. Przypadkiem nazwa tych ostatnich świetnie pasowała do gór w których się znalazłem. W kijach ważne są dobrze wyprofilowane rączki, które nie obcierają dłoni i te takie były. System blokowania trzech segmentów kija działał jak należy, widiowa końcówka dobrze trzymała na kamieniach. Chociaż trochę padało, nie musiałem używać wbudowanego pokrowca przeciwdeszczowego w plecaku, materiał z którego go wykonano, zatrzymał wodę. Mimo sporego ciężaru (w tym jedzenie, napoje), system nośny pozwolił na wygodną wędrówkę. Przydały się też zaprojektowane funkcjonalne udogodnienia. Kieszonki w pasie biodrowym, kieszenie siatkowe po bokach, które mieszczą nawet półtoralitrową butelkę, boczne paski, gdzie przypiąłem kurtkę, i duża kieszeń doszyta na zewnątrz komory plecaka, gdzie świetnie zmieściły się mapy. W klamrze pasa piersiowego znajduje się gwizdek alarmowy. 

Z Mędralowej udałem się na Jałowiec 1111m, wędrując przez Halę Kamińskiego, Magurkę 1114m, Przełęcz Klekociny, Beskidek i Czerniawę Suchą 1062m, skąd jeszcze tylko Sucha Przełęcz i Hala Trzebuńska przed samym szczytem. Jałowiec to fajne miejsce na ognisko i dobry punkt widokowy, między innymi na Babią Górę i Pilsko. Niedaleko stąd było do mojego celu, czyli Chatki na Adamach. Po godzinie z groszami, idąc szlakiem niebieskim (m.in. przez Cichą Przeł.), a następnie zielonym koło wierzchołka Opuśnioka 819m, przed zmrokiem znalazłem się u celu. Na wysokości minimalnie przekraczającą 700m n.p.m. Chatka studencka na Adamach / Adamy / w Lachowicach / Pod Solniskiem (http://adamy.ou.pttk.pl/), znajduje się pod opieką Politechniki Gliwickiej, co nie jest bez znaczenia. Chatka mimo 108-lat jest bardzo zadbana, w świetnym stanie, z ogrzewaniem kominkowym, i wyposażona w nowoczesne toalety oraz prysznice. Z ciepłą wodą oczywiście. Bardzo przyjemne miejsce, z pięknym górskim widokiem na Beskid Makowski. Obecna chatka (z 1908r.) została postawiona w miejscu wcześniejszej z 1866 roku.

Dzień drugi, nazwijmy go - urodzinowym, spędziliśmy na przygotowywaniu uroczystości. Osobiście zająłem się tym co lubię najbardziej, czyli przyniesieniem drewna z lasu, rąbaniem i ogniskiem. Które tradycyjnie, w pierwszej fazie, przypominało dymiący wulkan. Ale zanim rozpaliłem ognisko, pomiędzy pracą, znalazła się chwila na wylegiwanie w słońcu. Połączone z testowaniem sprzętu. Mało delikatnym. Maty samopompujące muszą mieć dobry zawór, żeby nie uleciało powietrze i mata nie zamieniła się w karimatę. Mata Spokey Ultra Mat 600 nie zawiodła, a niewielkie rozmiary, pozwalały ją umieścić wewnątrz plecaka. W nocy zaś sprawdzałem śpiwór Spokey Ultralight 600M, którego niska waga i objętość, to bez wątpienia atuty. Dzięki temu, można na przykład zabrać do plecaka więcej płynów. Świetnym pomysłem są wbudowane pasy kompresyjne w pokrowcu. Po ich maksymalnym ściśnięciu, śpiwór zmieścił się prawie w kieszeni kurtki.

Ognisko, góry, fajni ludzie, gitara, pyszna kiełbasa oraz chleb prosto z ognia... czy ja muszę tłumaczyć, że było sympatycznie i smakowicie? Nie muszę. Nawet piekliśmy podpłomyki nad ogniskiem, na kijach wymaczanych w cieście. Później urodzinowy tort, dzieło Joasi, której być z nami nie mogło, ale w jednym kawałku dotarł on dzięki Sandrze, pełniącej w tym czasie funkcję szefa chatki. Finałem uroczystości były moje opowieści o wulkanach. Przywiozłem kawałek lawy i czapkę minionka głupka - Stuarta - pamiątki z wyprawy. Organizatorzy przywieźli sprzęt audiowizualny, a na stanie chatki jest także dobre nagłośnienie. Kolejny inżynierski patent, szacunek.

Znaczna część nocy minęła na rozmowach, by ostatniego dnia posprzątać chatkę, przygotować na nowych gości. I w drogę, do domów, w upalnym słońcu. Ruszyłem do mojego samochodu w okolicach Koszarawy, tym razem krótszą trasą, około 5-godzinną. Trzeba było spalić trochę kalorii wchłoniętych dzień wcześniej. W formie ciekawostki wspomnę, że mimo początku czerwca w lesie można było zbierać grzyby. Całkiem spore ilości borowików ceglastoporych.

O ile w drodze do chatki nie spotkałem żywej duszy, to tym razem ze 20 osób, zwłaszcza na szczycie Jałowca. Wydaje sie, że Chatka na Adamach położona jest w niewysokich górach, okoliczne szczyty przekraczają ledwie 800 metrów. Nie mniej, w półtorej godziny znajdziemy sie na Jałowcu 1111m n.p.m. Śmiało można stąd wyruszyć również na Babią Górę 1725m, najwyższy górski polski masyw poza Tatrami. Z Jałowca żółtym szlakiem przez Czerniawę Suchą i Lachów Groń 1045m, zszedłem do Koszarawy. Szczególnie godna uwagi na tym odcinku jest Hala Janoszkowa pod Groniem. Oferuje świetnie widoki na Beskid Żywiecki z Jałowcem,  Babią Górą, Pasmem Policy i Pilskiem, na Beskid Mały i Beskid Śląski. Jałowiec takiej panoramy nie zapewnia z powodu częściowego zalesienia. Z Koszarawy czekał mnie jeszcze spory spacer wzdłuż asfaltu. Grzmiało, zebrały się czarne chmury, ale nie padało.

Zanim wróciłem na Śląsk, na chwilę odwiedziłem wodospad w Sopotni Wielkiej na potoku Sopotnia (10m wysokości, ok. 620m n.p.m., pod wodospadem 5-metrowe wodne zagłębienie(kocioł eworsyjny)). Chcąc zrobić zdjęcie z kamienia wystającego z rzeki, zaliczyłem kąpiel, bo okazał się bardzo śliski. Powinienem to przewidzieć, ale nie przewidziałem. Znając jednakże swoje zamiłowanie do nieplanowanych przygód, w tym wodnych, byłem na to przygotowany. Ubranie z materiałów szybkoschnących, dokumenty, kluczyki do auta, pieniądze, pendrive`y - wszystko w woreczkach strunowych. Telefon wodoodporny, a upadając udało mi się utrzymać aparat fotograficzny nad lustrem wody i jeszcze działa. Co widać na załączonych zdjęciach.

Jesienny pobyt w Chatce na Adamach udokumentowałem: TUTAJ.

Na zdjęciach to wszystko o czym wyżej pisałem.

Warszawę najczęściej odwiedzam, gdy mam coś do załatwienia. Lecz jeśli jest to tylko możliwe, staram się spotkać ze znajomymi lub/i pozwiedzać. Nie inaczej było ostatnim razem. Znalazła się chwila na jedno i na drugie. Co do zwiedzania, skupiłem się tym razem na okolicach Ronda Daszyńskiego. W maju 2016 roku oddano do użytku kompleks szklanych wieżowców Warsaw Spire (pol. iglica) przy Placu Europejskim. Faktycznie, koniec budowy i zagospodarowanie terenu, mają zostać ukończone do okolic sierpnia 2016 roku. Najefektowniejszą częścią jest zespół trzech budynków, wszystkie okrągławe. Po środku 180-metrowa, główna wieża, po bokach takie same budynki o wysokości 55 metrów. Wokół, place z zielenią i fontannami. Czasami podaje się, że ów wysokościowiec ma 220 metrów, ale tylko wtedy, gdy doliczymy iglice. Nie wiem skąd moda na iglice(zwłaszcza gdy nie pełnią żadnej funkcji, poza tym że są)? W przypadku Pałacu Kultury i Nauki ona pasuje, ale w nowych "tworach" są one  stawiane na siłę i zwykle nie prezentują się dobrze. Czekam, aż ktoś wybuduje 200-metrowy budynek, postawi na dachu 100-metrową iglicę i będzie twierdził, że budynek ma 300 metrów. Nie mniej, na chwilę obecną, Warsaw Spire jest prawie najwyższym biurowcem Warszawy. Lecz jak wiadomo "prawie" robi różnicę i faktycznie najwyższym biurowcem jest o cztery metry wyższy, położony w pobliżu - Warsaw Trade Tower z 1999 roku. Nie ma bowiem sensu podawać wysokości iglic w takich budynkach. Liczy się to, co do dachu. W przypadku WTT kończy się on na wysokości 184m (iglica też jest). Wyżej dach mają warszawskie: Pałac Kultury i Nauki - 187,7m oraz Złota 44 - 192m. Pierwszy pełni nie tylko funkcje biurowca, a drugi jest apartamentowcem mieszkalnym. Obecnie najwyższym budynkiem w Polsce do dachu, jest wrocławski Sky Tower - 205,8m, który pełni funkcje biurowe i mieszkalne.

Aktualnie, to Służewiec jest królestwem warszawskich biurowców i siedzib korporacji. Ten fakt, plus problemy komunikacyjne, stały się przyczynkiem, do pojawienia się nazwy "Mordor" dla tej części Warszawy. W powieściach Tolkiena, to mroczna kraina, kraina zła. Okolice Ronda Daszyńskiego określa się od niedawna "Nowym Mordorem". Powstało tam dużo nowych biurowców, a plany powstawania kolejnych są imponujące. Gdy wszystko się ziści, bez inwestycji pieszo-drogowych, w tym lepszego dostępu do stacji metra, problemy komunikacyjne są pewne. Wielce prawdopodobnym jest, że w przyszłości "Nowy Mordor" zdetronizuje "Stary Mordor".

Warsaw Spire jest jednym z ładniejszych krajobrazów warszawskiego świata biurowców. Oby więcej takich. Bo nie ma co się oszukiwać, ale większość warszawskich szklanych wieżowców, jest brzydka albo nudna, bądź jedno i drugie. Niektóre miasta świata zauważyły, że kompleks wartościowych architektonicznie, ładnych i efektownych, drapaczy chmur, potrafi stać się wielką atrakcją turystyczną. Dla której przyjadą turyści z całego świata. Warszawie na razie to nie grozi, ale nie należy lekceważyć tego tematu. Przemyślane urbanistycznie oraz architektonicznie aranżowanie nowoczesnych budynków, w pewnym momencie, może stać się atrakcyjne dla turystyki.

Naprzeciwko Warsaw Spire ma swoją siedzibę Muzeum Powstania Warszawskiego, które mieści się w dawnej Elektrowni Tramwajów Miejskich. Powstanie Warszawskie miało miejsce w 1944 roku, wymierzone było militarnie przeciwko Niemcom, politycznie także przeciwko ZSRR. Szacuje się, że zginęło ponad 200 tysięcy osób, w większości cywili. Straty niemieckie to około 10% tej liczby. Kilkakrotnie więcej osób musiało opuścić Warszawę. Trzeba przyznać, że jak na muzeum o tak mrocznych wydarzeniach, postarano się o ciekawą ekspozycję, aranżację wnętrz. Obrazowo, interaktywnie, z użyciem dużych eksponatów. Tak powinno być. Muzea, gdzie chodzi się od gabloty do gabloty, dzisiaj mało kogo by zainteresowały. Fragment ekspozycji poświęcono współczesnym misjom naszych żołnierzy. Cena biletu normalnego w czerwcu 2016 to 18zł - rozsądnie.

Dzisiaj zachwycamy się czeską Pragą, ale gdyby nie wojenne zniszczenia, zachwycalibyśmy się Warszawą. Która jak na fakt prawie doszczętnego zniszczenia i tak wygląda nieźle. Co nie stoi w sprzeczności, że we współczesnej Warszawie obok siebie potrafi stać stara zaniedbana kamienica, PRL-owski blok i szklany wieżowiec. Tak na przykład jest pomiędzy Rondem Daszyńskiego a Rondem ONZ.

Spacer po stolicy zakończyłem na Pradze przechodząc m.in. przez Ogród Saski, Stare Miasto, nad Wisłą. A w drogę powrotną ruszyłem tradycyjnie z Dworca Centralnego, na którym zakończyła się niedawno inwestycja budowy antresoli z kładkami. Generalnie Polacy boją się zmian, nie lubią ich, więc i ta inwestycja spotkała się z ostrą krytyką. Mnie się bardzo podoba. Marnowało się mnóstwo przestrzeni w ogromnej hali, którą zagospodarowano, nie przytłaczając jednocześnie nową konstrukcją budynku.

Dużo osób krytykuje, że w modernistycznej hali, dobudowano "kosmiczne" elementy. Zrobiono to jednak w sposób przemyślany, z gustem, efektownie. Zachwycamy się zwykle renesansowymi zabytkami i nie przeszkadza nam, że wcześniej zdemolowano na przykład gotycką budowlę, przerabiając na renesansową. Takie działania w architekturze zawsze były i zawsze będą, chociaż współcześnie łatwiej (oraz taniej) jest zburzyć jakiś obiekt z minionych czasów i postawić zupełnie nowy.

Antresola i kładki są jasne, dobrze oświetlone, jest gdzie usiąść, można podładować sprzęt, istnieje dostęp do internetu, łatwo dojść do punktów usługowych na tym poziomie. Dostaniemy się tutaj schodami ruchomymi, a otoczenie oświetlają lampy, które jednym przypominają, kwiaty albo plamy, innym łyżki bądź buty, a jeszcze innym krajobraz z filmów fantastycznych. Umiejscowione są na białych "wyspach". Wokół równie "kosmicznych" filarów antresoli, na głównym poziomie hali, zaaranżowano punkty handlowe. Wszystko jest spójne i funkcjonalne. Wygląda to naprawdę dobrze i estetycznie. Trochę jak statek kosmiczny USS Enterprise ze Star Treka.

Na zdjęciach przede wszystkim Warsaw Spire, Muzeum Powstania Warszawskiego, Dworzec Centralny (z antresolą) i okolice Starego Miasta. 

Strona 1 z 92

nationalgeographic box

red bull 225x150

TOKFM box

iexpert 225X150px

stopka plecak

LogoStopka

stopka plecak

Strona używa informacji zapisanych za pomocą… plików cookies w celu dostosowania do indywidualnych potrzeb użytkowników. Jeżeli tego nie akceptujesz zmień ustawienia przeglądarki dotyczą…ce cookies. Więcej informacji można znaleźć‡ w naszej Polityce prywatności.