tekst roku box

TVN box

swiatsiekreci box

pytanie na sniadanie box

radiokielce BOX

Podziel się

FacebookMySpaceTwitterGoogle BookmarksLinkedinRSS Feed
Grzegorz Gawlik

Grzegorz Gawlik

Wulkan Ararat 4135 m, Turcja / Ararat Volcano 5135 m, Turkey

Wulkan Demawend 5634 m (własny pomiar GPS), Góry Elburs, Iran / Damavand Volcano 5634 m, Elburs Mount., Iran.

Armenia i Erewań

Erewań, choć poprawnie w języku polskim jest ponoć Erywań. Mamy w Polsce tylu urzędników, którzy już naprawdę nie mają co robić, więc zajmują się głupotami. Nazwa Erewań, powszechnie w Polsce przyjęta, nikomu nie przeszkadzała, dopóki nie wzięli się za nią urzędnicy. Oni po długiej i skomplikowanej dedukcji, analizie i badaniach orzekli, że ma być Erywań. Fantastyczna robota zwłaszcza, że wszyscy używają nadal nazwy… Erewań. Jakoś w krajach anglojęzycznych nikomu nie przeszkadza nazwa Yerevan, a u nas Erewań i owszem.

Będąc w Tbilisi, Baku i Erewaniu – mogę porównać te trzy stolice. Baku jest poza jakąkolwiek konkurencją. Piękne miasto, pięknie odrestaurowane. Erewań też się lepiej prezentuje od Tbilisi. Ale Tbilisi ma większy potencjał od Erewania. Pod warunkiem, że ktoś podniesie Tbilisi z ruin. W Erewaniu nie ma stricte Starego Miasta, jest Śródmieście. W lepszym stanie niż stare miasto i śródmieście w Tbilisi, ale nie ma tu żadnej spektakularnej architektury. Kamienice i inne budynki są głównie przeciętne i nijakie. Nie brakuje bloków, a poza centrum blokowiska królują. Centrum Erewania ma wielkomiejski charakter, kamienice są kilkupiętrowe, stwarza europejskie wrażenie – w biedniejszym wydaniu. Jak pozostałe stolice w regionie miasto położone jest na wzgórzach. Zresztą Erewań leży na Wyżynie Armeńskiej na ok. 1000m n.p.m., z efektownym widokiem na Ararat - świętą górę Ormian (to była moja trzecia wizyta pod Araratem podczas tej wyprawy). Która obecnie leży w Turcji. Co ciekawe, wielu obywateli Gruzji, Azerbejdżanu, Iranu a nawet Turcji ciągle myśli, że Ararat leży w Armenii, dziwili się gdy wspominałem, że jednak w Turcji. Jest to spowodowane tym, że Ormianie na każdym kroku pokazują jak Ararat jest dla nich ważny, czego nie robią Turcy. Stąd takie a nie inne wrażenie.

Gregor i ManeErewań jest bez wątpienia najbardziej europejską stolicą w regionie co do atmosfery. Nawet w tygodniu wieczorem na ulicach jest pełno młodych ludzi w rozrywkowym nastroju. I to mimo, że Armenia jest co najwyżej tylko trochę zamożniejsza od Gruzji, choć nie na pewno. Po prostu Armeńczycy lubią się bawić. A bardzo atrakcyjne Armenki dobrze i seksownie wyglądać. Czułem się tam pod tym względem trochę jak w Moskwie czy Petersburgu. Gdy w Tbilisi wieczorami dosyć pusto, niewiele się dzieje, to w Erewaniu tłumy. W Baku też sporo ludzi, choć temperament Azerów jest słabszy niż Ormian. 

A co można zwiedzić w Erewaniu oprócz klubów i dyskotek oraz restauracji? Znajdziemy w centrum kilka deptaków, parków, ulic handlowych, kościołów, jest przeciętny Plac Republiki z efektowną fontanną po zmroku. Ładnie podświetloną i tryskającą wodą w takt muzyki. Takie fontanny są bardzo popularne w tej części świata, jak i same fontanny, których sporo. Jednym słowem jest to najbrzydsza stolica regionu – terenów pomiędzy Morzem Czarnym a Kaspijskim. Ale mimo tego ładniejsza od Teheranu. Podróżując byłem w sąsiedztwie Armenii, więc postanowiłem ją odwiedzić (z Tbilisi jest bardzo blisko do Azerbejdżanu, Armenii i Osetii Południowej). Tym bardziej, że niedrogą wizę można było kupić na granicy i posiadanie wizy azerskiej w tym nie przeszkadzało (od 10 stycznia 2013 r., nie ma wiz do Armenii dla Polaków).

W Erewaniu działa też od wielu lat jedna linia metra, rozbudowywana, w planach budowa drugiej linii. Tylko za co?

Armenia ma najmniejsze szanse na rozwój w regionie. Obecnie jest maluteńkim krajem, bez dostępu do morza, położonym w górach i na solidnej wyżynie. Do tego w stanie wojny z Azerbejdżanem o Górski Karabach. Z Turcją ma niewiele lepsze stosunki. Azerowie i Turcy nienawidzą Ormian z wzajemnością i stosują wobec Armenii blokadę gospodarczą. Armenia nigdy nie pogodziła się z przyłączeniem do Turcji ormiańskich ziem, w tym Araratu. Gdyby nie przyjaźń z Rosją, która pomaga, także wojskowo, Azerbejdżan pewnie z pomocą Turcji, rozprawiłby się z Armenią. Choć Ormianie wyśmienicie radzą sobie w wojnie partyzanckiej, dlatego Górski Karabach jest dzisiaj samodzielnym bytem (związanym z Armenią), a nie częścią Azerbejdżanu. Trudne warunki geograficzne i występujące trzęsienia ziemi nie pomagają temu krajowi. Pomaga natomiast liczna diaspora ormiańska porozrzucana po całym świecie, która śle pieniądze do swoich rodzin w ojczyźnie.

Jadąc przez całą Armenię, prawie pod granicę z Turcją widziałem tylko góry, górskie rzeki, zaniedbane wsie i miasta, pozamykane fabryki, prymitywny przemysł. Góry z lesistych przekształciły się przed Erewaniem w jałowe. Niedaleko stolicy jest też obecny najwyższy szczyt Armenii – wulkaniczny Aragats 4095m n.p.m. Płaska i mało wybitna góra. Ale nie ma się co dziwić jak drogą w tym rejonie w najwyższym punkcie jechałem na wysokości 2150m n.p.m. Szczyt był już jednak ośnieżony, w końcu jesień była w pełni. Armenia ma też wysokogórskie jezioro Sewan, lustro wody na ponad 1900m n.p.m., reklamowane jest jako drugie co do wielkości wysokogórskie jezioro świata po Titicaca. Tylko, że to ostatnie jest prawie 10 razy większe i położone prawie dwa kilometry wyżej. Nie ma więc czego porównywać. W Armenii znajdziemy poza tym parę zabytków, zwłaszcza sakralnych, o ile ni zniszczyły ich wcześniej trzęsienia ziemi. Bez wątpienia Armenia ma bogatą historię, kulturę, kuchnię. Szczyci się mianem pierwszego chrześcijańskiego państwa na świecie.

To wszystko jednak nie postawi Armenii na nogi. Oprócz reform gospodarczych, dobrego pomysłu na turystykę, potrzeba zakończenia konfliktów z Azerbejdżanem i Turcją. 

Mimo dosyć łatwego dostępu do wiz, to turystów w Armenii jest dużo mniej niż w Gruzji, ale wyraźnie więcej niż w Azerbejdżanie.

W Armenii i Gruzji bardzo często słychać o tęsknocie za ZSRR, że wtedy u nich było naprawdę dobrze i chcieliby, aby tak było znów. Każdy miał pracę, pieniądze, mieszkanie. Można się było kształcić. Wszystko funkcjonowało na dużo wyższym poziomie. Politycy i urzędnicy byli bardziej zdyscyplinowani, bo bali się partii. A gdy przyszła demokracja i kapitalizm, to korupcja przybrała gigantyczne rozmiary, politycy i urzędnicy nie robią praktycznie nic, poza dbaniem o siebie i swoje rodziny. Nie ma pracy, nie ma pieniędzy, nie ma gdzie mieszkać, trudno się wykształcić. Co z tego, że wszystko jest w sklepach, że wszystko można kupić jak nie ma za co. Zarobki nędzne, na nic nie starczają, mnóstwo bezrobotnych. Duża przestępczość. Za ZSRR jak ktoś kończył szkołę(zawodową, średnią, studia) to miał pracę, pieniądze i mieszkanie. Jak teraz ktoś kończy szkołę, jeśli go było na nią stać, to zazwyczaj może być jedynie bezdomnym lub bezrobotnym na garnuszku rodziców. Jeśli rodzice mają gdzie mieszkać i jakieś dochody. Innymi słowy, mogą tylko klepać biedę. Młodzi Ormianie nie mają większych szans na własne mieszkanie. Alternatywą jest zamieszkiwanie w małych mieszkaniach lub domach z kilkupokoleniową rodziną albo branie kredytu na niemal cale życie, który trzeba regularnie spłacać. A jak to robić przy bardzo niskich zarobkach i braku stabilności na rynku pracy. Jest teraz dużo gorzej niż za ZSRR – to częsty tekst w Armenii. Wtedy nie było problemów zapewnić sobie podstawowe potrzeby, teraz jest o to bardzo trudno. ZSRR wróć – coraz częściej wołają Gruzini i Ormianie. Tego typu hasła, jak komuno wróć, nie są obce i w Polsce, nawet coraz częściej słyszane i argumentacja jest taka sama jak w Gruzji czy Armenii. Zresztą oni wiedzą, że w Polsce też duża bieda a jak nie wiedzą to pytają. Gdy dowiadują się jaka jest minimalna pensja, ile zarabia większość Polaków, ile kosztują różne rzeczy jak paliwo, media, czy mięso albo mieszkania. To się pytają, jak wy jesteście w stanie za swoje zarobki przeżyć? I przypominają, że za komuny to u was było bardzo dobrze, bo wtedy odwiedzaliśmy Polskę, a teraz z tego co widzimy i słyszymy u was też jest gorzej niż wtedy. Do tego pewnie tyracie jak my od rana do świtu często z weekendami wyłącznie. A zarobki są zupełnie nieadekwatne do wykonywanej pracy i poświęconego czasu. Za ZSRR tego nie było, był czas dla rodziny, na odpoczynek, na przyjemności. Było spokojne, szczęśliwe życie, nie to co teraz. Kto może to z Gruzji i Armenii wyjeżdża. Zazdroszczą nam, że my Polacy możemy walczyć z biedą, niskimi zarobkami, uciekać od quasi-demokracji i brutalnego polskiego kapitalizmu oraz wypaczonego polskiego wolnego rynku, poprzez emigrację do krajów Unii Europejskiej i Europejskiego Obszaru Gospodarczego. Ich możliwości są dużo bardziej ograniczone. Gruzini mogą pracować w Turcji, ale nie chcą pracować dla muzułmanów, bo jak przyznają nie lubią ich, ich kultura im przeszkadza i źle się tam czują. Uważają, że to wstyd pracować dla muzułmanina. Dlatego próbują pracować w innych krajach jak Azerbejdżan czy Ukraina lub starać się o status uchodźcy. Armenia jeśli w chwili obecnej jest nawet trochę bogatszym krajem niż Gruzja, to niewiele. Jest co prawda w stanie wojny z Turcją i Azerbejdżanem (to są dwa bratnie kraje i wspólnie działają przeciw Armenii), ale za to ma świetne stosunki z Rosją, której wojska obecne są w Armenii i pilnują jej bezpieczeństwa. Dzięki temu wielu Ormian pracuje w Rosji i wysyła pieniądze do rodzin w Armenii. Ale wszyscy powtarzają: my nie chcemy emigrować, my chcemy pracować i godnie żyć u siebie, w Armenii, we własnym kraju. Na pytanie kiedy to będzie możliwe, odpowiadają często: ja już tego nie doczekam, ja już tego nie dożyję. A moimi rozmówcami były często osoby przed czterdziestką.  

Pozdrawiam

Gregor

 

  • Na zdjęciach:
  • 01) Kompleks „Cascade” – Erewań,
  • 02) meczet w Erewaniu,
  • 03) Plac Republiki, Galeria Narodowa w Erewaniu,
  • 04) kościół Matki Boskiej Katoghike – Erewań,
  • 05) Ararat 5135 m, położony po tureckiej stronie, widziany z Erewania,
  • 06) typowa poradziecka zabudowa armeńskiej stolicy,
  • 07) tablica informacyjna w jednym z erewańskich hosteli, bardzo słuszna przestroga, bo Armenki są bardzo ładne, zgrabne, bardzo kobieco się ubierają, są pewne siebie i potrafią się bawić. Do Rosjanek im trochę brakuje, ale jest dobrze,
  • 08) wypiekany tradycyjny chleb w jednej z armeńskich wiosek, ten piec, o ile wiedza mnie nie zawodzi nazywa się tonir, a chleb Matnakash,
  • 09) wulkaniczny masyw Aragats (Aragac) 4095m, najwyższa góra w granicach Armenii widziana z jadącej marszrutki. 
W poprzednim tekście pisałem o radzeniu sobie z policją i strażnikami w Azerbejdżanie, że trzeba nieraz być aktorem. Czasami blefować, udawać, być twardym graczem. Takie jest życie dociekliwego podróżnika, który jeździ w niekoniecznie przychylne dla cudzoziemców miejsca. Przy okazji przygód w Baku, przypomniała mi się jedna z podobnych historii z 2007 roku, którą raczyłem opisać w dzienniku z podróży. Podczas kolejnej wizyty na Kaukazie, pojawiły się niespotykane wcześniej utrudnienia z uzyskaniem meldunku, jego brak, skończył się pewną, mało przyjemną przygodą. 

Fragmenty:

(…) Nie mieliśmy meldunku. Codziennie mijaliśmy wielokrotnie liczne służby, w tym milicję – nie było żadnych problemów. Nikt nas nie chciał kontrolować. I straciłem czujność. W mojej głowie była myśl, że skoro do tej pory nie było problemów, to nie będzie ich już przez ostatnie dwie godziny w Mineralnych Wodach.

Idąc na targowisko koło dworca kolejowego, przy którym budka-posterunek milicji, pomyślałem sobie: a jeśli nas milicja zatrzyma – nieeeee, teraz to już nie. W tym czasie Justyna miała podobne myśli: kręcimy się koło posterunku milicji, czuję kłopoty. Mogliśmy zrobić zakupy gdzieś indziej, ale mało nam było atrakcji i postanowiliśmy „poszukać” kłopotów. Co więcej, to targowisko w przeszłości było dwukrotnie wysadzane w powietrze przez czeczeńskich separatystów, zresztą jak setki innych miejsc na Kaukazie. Targowiska, dworce, domy handlowe, ruchliwe deptaki, publiczny transport – są to miejsca, których powinno się nadal unikać na Kaukazie. Chociaż ja zawsze wychodzę z założenia, że nie po to gdziekolwiek jadę, by siedzieć zamknięty w czterech ścianach, najwyżej zginę od bomby czy kuli, ewentualnie noża. Trudno. Byleby szybko, bez męczarni.

Dochodzimy do targowiska, w tym momencie z posterunku wychodzi młody milicjant (wtedy jeszcze nie było policji w Rosji). Wyróżniamy się trekkingowym ubiorem – widać, że jesteśmy z zagranicy a nie miejscowymi. Od razu nas zauważa. Prosi byśmy podeszli.
- O cholera, będą kłopoty – pomyślałem sobie, Justyna pewnie coś podobnego.
- Milicjant 1: Proszę pokazać paszporty – udajemy, że nie widzimy go i nie wiemy, że się do nas zwraca, wtedy milicjant staje na wprost nas i jeszcze raz prosi o paszporty. Zaczyna je oglądać. Zauważa brak meldunku – kartki z nim lub wbitego do dokumentu, ale pyta – macie meldunek?
- Ja: Jaki meldunek?
- Milicjant 1: Wy nie wiecie, że u nas trzeba meldunek? – w paszportach mieliśmy inne wizy rosyjskie, więc pewnie wiemy według niego. Ale gdybyśmy nawet mięli meldunek, to rosyjski milicjant i tak znalazłby lub wymyślił powód, by dzięki nam dorobić sobie do pensji. Co nie zmienia faktu, że strasznie głupio się mu podłożyliśmy.
- Ja: Nie, nie wiedzieliśmy
- Milicjant 1: Nie uzyskiwaliście nigdy meldunku? – pił do naszych wcześniejszych wiz.
- Justyna, Ja: Nie. – to była nasza taktyka i szansa na obniżenie kosztów tego spotkania. Gdybyśmy odpowiedzieli inaczej, że mimo wiedzy nie uzyskaliśmy meldunku, nasza pozycja byłaby słabsza.
- Milicjant 1: Chodźcie za mną. – weszliśmy do budki-posterunku, cały czas trzymał nasze paszporty. Po wejściu do środka niby zaczął nas sprawdzać w komputerze, w jakimś programie pracującym na DOS-ie. Było to komiczne, bo to nie był program do wyszukiwania danych czy sprawdzania meldunków, zresztą na Kaukazie aż tak zinformatyzowani jeszcze nie są. – Mówicie po rosyjsku?
- Ciut Ciut – odpowiedzieliśmy. Byłem świadom, że bez „specjalnej” opłaty się nie obejdzie. Ponoć standardem za brak meldunku jest 100 dolarów od osoby. To jeden z ulubionych sposobów miejscowej milicji na dorabianie do pensji. Wpierw zrobić wszystko, by meldunku nie dać, a potem za jego brak skasować pieniądze. Gdybyśmy musieli, było nas stać na taką kwotę zwłaszcza, że za niecałe dwie godziny odjeżdżał nam pociąg, a bilety na następny mogły być dopiero za kilka lub kilkanaście dni. Jednak 100 dolarów to sporo pieniędzy. Istniał też wariant mniej optymistyczny – lecz mało prawdopodobny – że nas zatrzymają na dłużej.
- Milicjant 1: To macie meldunek? – zaczęliśmy niby szukać. Justyna zaczęła wyciągać papiery i dała mu pismo od ratowników górskich z Terskoł. Milicjant zaczął to oglądać. Gdybyśmy mieli meldunek z Tyrnyauzu problemu by nie było, ponieważ w Mineralnych nie przebywaliśmy dłużej niż 72 godziny, ale nie mieliśmy. Milicjant 1 po chwili stwierdził – to nie jest meldunek. Musimy was zatrzymać.
- Ja: Ale my mamy pociąg zaraz, musimy jechać do domu, do pracy.
- Milicjant 1: Pokażcie. – z obawami dałem mu bilet. – Nie pojedziecie tym pociągiem, oddadzą wam pieniądze za bilety. Zawieziemy was – nie określił dokładnie miejsca – i zapłacicie sztraf (grzywna – jako forma kary).
- Ja, Justyna: - Ale my musimy pojechać tym pociągiem. Justyna mówiła dalej: my nie wiedzieliśmy o meldunku, musimy wracać do pracy i na studia. Nie mamy czasu tutaj dłużej zostać. Dalej razem mówiliśmy, że kończymy wakacje i mamy resztki pieniędzy oraz prosiliśmy, by nas puścił. I któż wie, czy by się to nie udało, ale wtedy wszedł drugi młody milicjant.
- Milicjant 2: Co się dzieje?
- Milicjant 1: Nie mają meldunku i mają o drugiej pociąg.
- Milicjant 2: To nie pojadą tym pociągiem, to jest kara co najmniej 2000 rubli od człowieka – ok. 80 dolarów.
Przez kolejne dwie minuty Justyna i ja na zmianę mówiliśmy, że myśleliśmy, iż ten kwit od ratowników to jest meldunek, że u ich kolegi milicjanta wymienialiśmy dolary po przyjeździe z Kijowa i nic nie mówił o meldunku, że gdybyśmy wiedzieli to byśmy mieli meldunek. Że teraz nocujemy i jesteśmy zameldowani w hotelu „Kaukaz” (ale nie mieliśmy meldunku z czasu poprzedzającego przyjazd do Mineralnych). Mówiliśmy, że musimy wracać, prosiliśmy. Sytuacja była i straszna i poważna i zarazem komiczna. A milicjanci swoje, tak się nie da, na pewno nie pojedziecie tym pociągiem, musicie zapłacić grzywnę.
- Milicjant 1: Jesteście małżeństwem?
- Justyna: Prawie. – potwierdziłem, choć nie wiedzieliśmy do czego zmierza to pytanie. Taka odpowiedź wydawała się jednak lepszym rozwiązaniem, mimo że niezgodna z rzeczywistością.
- Milicjant 1: To niech pani zostawi nas samych z mężem. – Justyna z obawami wyszła. Drugi Milicjant zamknął drzwi za nią. Usiadłem naprzeciwko pierwszego milicjanta, bo do tej pory stałem a siedziała Justyna. Za mną stanął drugi milicjant. Atmosfera była niesamowita. Kaukaz, posterunek milicji. Pokój, półmrok, bo przez małe zasłonięte okienko niewiele docierało światła. Biurko i paląca się na nim lampka. Dwóch milicjantów, na stole nasze paszporty. I nie wiadomo co się zaraz stanie. Atmosfera jak z filmu. Spoglądałem na zegarek, czas uciekał, chociaż nie było jeszcze tragicznie.
- Milicjant 1: Ty wiesz, że musicie zapłacić grzywnę. 2000 rubli od osoby i na pewno nie pojedziecie tym pociągiem. Musimy was przewieźć, to może długo potrwać. – Cały czas nie mówił gdzie, ani nie tłumaczył dlaczego.
- Ja: Wiem, ale naprawdę nie wiedzieliśmy o meldunku, rok temu nikt od nas ich nie chciał. – To była prawda, przebywaliśmy w odludnych miejscach, gdzie nie miał kto nam meldunku dać. – Czyli płacę 4000 rubli, dajecie mi kwit i możemy iść na pociąg.
- Milicjant 1: Tutaj nie bardzo, musielibyśmy was przewieźć.
- Ja: To jedźmy, szkoda czasu.
- Milicjant 1: Ale na pociąg nie zdążycie.
-Ja: Trudno, bardzo byśmy chcieli dzisiaj, ale ostatecznie możemy pojechać następnym, za dwa dni.
- Milicjant 1: Jak będą bilety. Grisza, po co tak nerwowo, nasi koledzy mają dość roboty, załatwimy to na miejscu.
-Ja: Świetnie, wypełnij kwit, potem podejdziemy do bankomatu. – Wiedziałem, że nie chodzi tutaj o żaden kwit, tylko znaleźliśmy się w typowej sytuacji w tej części świata. W tak zwanej sytuacji bez wyjścia. Nikt nas na żaden większy posterunek nie zawiezie, nikt nam żadnego oficjalnego sztrafu nie da, ale nikt też nas nie puści tak po prostu. Chociażby mogli. Dlatego nie zdziwiła mnie odpowiedź:
- Milicjant 1: Kwit jest niepotrzebny, ale nie macie meldunku, więc nie możemy was tak po prostu puścić. Rozumiesz?
- Ja: To znaczy?
- Milicjant 2: Musicie zapłacić karę! – nie miałem wątpliwości, że czekają, aż zaproponuję im pieniądze. Ponadto czułem cały czas dyskomfort ze stojącym za moimi plecami milicjantem. Nie wiedziałem co on może zrobić, a mógł dużo. Rzecz jasna, wyproszenie Justyny z posterunku nie było przypadkowe w tej historii.
- Milicjant 1: Grisza, musisz zapłacić sto dolarów.
- Ja: Za dwie osoby. – Milicjant 1 trochę zaskoczony, po chwili milczenia i spojrzeniu na drugiego milicjanta powiedział – Tak. – Chciał powiedzieć, że za osobę pewnie te 100 dolarów, ale chciałem go koniecznie uprzedzić, by to było za dwie. Nadal dużo, ale już do przełknięcia. Dlatego nie odpuszczałem. – To za dużo, my studenci, mało zarabiamy, wracamy do domu, mamy mało pieniędzy.
Milicjant 1: Przed chwilą chciałeś płacić 4000 rubli.
Ja: Mówiliście, że musimy gdzieś jechać, wypełniać jakieś papiery i tyle zapłacić.
- Milicjant 1: Żartowaliśmy. Wy w Unii dużo zarabiacie, wódkę po koleżeńsku moglibyście postawić. Ile możesz dać? – podsunął mi kartkę i długopis bym napisał. W tym momencie wiedziałem, że jak się dogadamy, to dostaniemy paszporty i zdążymy na pociąg.
- Ja: Napisałem 20 dolarów z zaznaczeniem w formie klamerki, że za dwójkę ludzi. Ryzykowałem, że się wkurzą. Skoro są ludzie którzy płacą po 100 dolarów za osobę, a ja na wstępie stargowałem do 50 dolarów, to nagle wyskakując z kwotą 10 dolarów za osobę, trochę przeginałem. Ale czasami w szaleństwie jest metoda.
- Milicjant 1: Nie żartuj Grisza. – roześmiał się.
- Milicjant 2: Ile napisał?
- Milicjant 1: 20 $ za ich dwoje.
- Milicjant 2: Nie ma mowy!
- Milicjant 1: To Grisza ile możesz dać?
- Ja: Napisałem.
- Milicjant 1: Nie, nie, tyle. – napisał na kartce 100 $.
- Ja: Za dużo. – podkreśliłem długopisem 20 $.
- Milicjant 1: My się chyba nie rozumiemy. – ja ich świetnie rozumiałem. – 100 dolarów, to nie jest dużo. – nie reagowałem, powiedzmy, że myślałem, wtedy milicjant 1 przekreślił 100 dolarów i napisał 90 $ i spytał. – W porządku?
- Ja: Nie, nie mam tyle przy sobie.
- Milicjant 2: Dobra, my mamy czas, a wam pociąg ucieknie. To was będzie kosztować dużo drożej. A jak coś wam się stanie z paszportami, to dopiero będziecie mięli kłopoty. Ty nie rozumiesz, że nie masz wyjścia jak się zgodzić na naszą propozycję!? – mówił podenerwowanym głosem, z papierosem w gębie.
- Milicjant 1: Spokojnie Władimir. – zwrócił się do kolegi. – Grisza, zrozum, wy nie macie meldunku, a ja mam wasze paszporty. 80 dolarów, teraz dobrze? W porządku? – napisał na kartce.
- Ja: Nie w porządku, za dużo. – W tym czasie zdenerwowany drugi milicjant podszedł do zasłoniętego okna zobaczyć czy nic się nie dzieje, czy jakiś ich kolega nie chce wejść. Zdawałem sobie sprawę, że z jednej strony obaj milicjanci sami chcą uzyskać pieniądze, ale z drugiej wiedziałem, że jak pojawi się trzeci, to też będzie chciał. To oni rozdawali karty, nie ja. To czy wrócimy w terminie do domu zależało od nich. A paszporty mogli nam zniszczyć lub zabrać – taki świat, dziki wschód. Tam trzeba grać ich kartami, nie ma innego wyjścia. Tego typu wymuszenia są na porządku dziennym.
- Milicjant 1: No to ile możesz dać, napisz? – Podsunął mi kartkę i długopis.
- Ja: A 20 dolarów to za mało? – Te metody targowania świetnie sprawdzały się w Chinach. Zamiast schodzić ze stu yuanów po 5 po 10, od razu proponowałem 20, sprzedawca, że nie ma mowy. Odchodziłem, rezygnując z zakupu, wtedy on podchodził do mnie i mówił, że się zgadza na 20 yuanów. Postanowiłem ten sam patent zastosować w Rosji.
- Milicjant 1: 20 $, nie ma mowy. Grisza bądź poważny. To jest dobra cena. – wskazał na napisane właśnie 80$.
- Ja: 30 dolarów, więcej nie mamy! - Przekreśliłem wcześniejszą kwotę i napisałem nową. Milicjant 1 spojrzał na drugiego, który:
- Milicjant 2: Nie, nie, nie! – i nerwowym krokiem zaczął za mną chodzić.
- Ja: My nie mamy więcej, wracamy do domu. My Polacy i Rosjanie jesteśmy Słowianami, my przyjaciele, 30 dolarów to dobra cena. – nastąpiła chwila ciszy.
- Milicjant 2: Nie! – kolejna chwila ciszy, w tym czasie zaciągnął się papierosem i dmuchnął w moją stronę. Wyczekiwanie. Niepewność. Cisza.
- Milicjant 1: Dobra, dawaj te 30 dolarów, tylko szybko zanim kolega się wścieknie! – Milicjant 2 stał z tyłu i nic nie mówił. Z wewnętrznej kieszeni z paska wyciągnąłem drobne 30 dolarów (na takich wyprawach zawsze trzeba mieć drobne dolary), których miałem oczywiście więcej, ale milicjanci tego nie widzieli. Położyłem na stole. Milicjant 1 trzymał już nasze paszporty w ręce. Prawie mu je wyrwałem, a on zabrał dolary i powiedział. – Bierz paszporty i idź stąd szybko! – bez słowa wstałem i wyszedłem z posterunku, koło którego stała Justyna i powiedziałem:
- Ja: Chodźmy stąd zanim się rozmyślą. – szybkim krokiem zaczęliśmy się oddalać od posterunku w kierunku naszego hotelu. 200 metrów dalej gdy znikaliśmy za rogiem ulicy Justyna spytała. – ile musiałeś zapłacić?
- Ja: 30 dolarów za nas oboje.
- Justyna: To super, myślałam, że dużo więcej.
Potem mówiła, iż bała się o mnie. Nie wiedziała co się ze mną dzieje w środku. Nie wiedziała czy ma wejść. W końcu jakieś dziesięć minut trwała ta cała rozmowa sam na sam. Opowiedziałem jak wszystko wyglądało. Doszliśmy do wniosku, że milicjanci uznali zapewne, iż takie sprawy załatwia się z facetami, więc wyprosili Justynę. W ten sposób też zbudowali przewagę nade mną. Oboje wymieniliśmy się myślami z chwili przed zatrzymaniem, że zdawaliśmy sobie sprawę, iż kręcenie się koło posterunku milicji nie jest rozsądne. Z własnej głupoty wpakowaliśmy się w to całe zdarzenie. Aczkolwiek płacąc za fikcyjne noclegi, by uzyskać meldunek, kosztowałoby to nas znacznie więcej. (….)

To nie był jednak koniec naszych kłopotów. Kilkanaście godzin później w pociągu do Kijowa (nasza trasa w obie strony przebiegała przez tereny, gdzie obecnie trwa wojna pomiędzy Ukrainą a prorosyjskimi separatystami/Rosją).

(…) Celnik rosyjski zabrał nam paszporty i zaczęła się powtórka z historii. Gdzie są meldunki!? Spojrzeliśmy z Justyną na siebie – z pełnym zrozumieniem, że czas na kolejną szopkę. Wpierw zaczęliśmy się zgrywać, że nie wiemy o co chodzi i nie rozumiemy słowa registrancja. Celnik więc pokazał nam kwitek od innego z podróżnych. Wtedy Justyna przystąpiła do dzieła i wyciągnęła nieśmiertelny kwit od ratowników górskich z Terskoł. Śmiać się nam chciało, że musimy robić z siebie takich kretynów, ale zachowywaliśmy powagę. To było wymagające zadanie aktorskie. Celnik powiedział, że co mu za bzdury dajemy. A my, że nie rozumiemy. Miny skończonych idiotów, rozłożone ręce, my nie panimaju. Udawaliśmy zresztą strasznie zaspanych. Koło celnika pojawił się kolejny. Pierwszy z nich dalej pyta: czy mówimy po rosyjsku? – nie, znamy kilka słów. Próbował po angielsku, my że nie znamy. Nawet coś tam zaczął po niemiecku – my, że ni w ząb. Facet zaczął się wściekać i tłumaczyć po raz kolejny: musicie okazać meldunek.

Dołączyła do kompletu celniczka. My dalej, że nie wiemy o co chodzi, nie rozumiemy. A w paszportach kilka rosyjskich wiz. Minuty uciekają. Zaczęło nam się wydawać, iż pociąg nie może ruszyć, bo nie wiedzą co z nami zrobić. Kolejne pytania, czy nie wiemy, że w Rosji potrzebne są meldunki? Przecież mamy wizy - odpowiedzieliśmy. Ale trzeba też meldunek. A co to jest? Jak to nie wiecie?! Gdybyśmy wiedzieli to byśmy mięli. Staraliśmy się stworzyć atmosferę i wrażenie nie bardzo rozumiejących o co chodzi i mających trudności z wysłowieniem. Na zasadzie „Kali kochać Kali lubić”. W międzyczasie próbowaliśmy pokazać jakieś różne głupie papiery, które wynaleźliśmy w saszetkach, ale celnik widząc np. mój rachunek ze sklepu muzycznego tylko coraz bardziej się wściekał i darł się na nas. Wszyscy wkoło byli cicho, ale wnikliwie się przyglądali, jak zakończy się ta historia. Tak po prawdzie miałem kserokopię meldunku z Kaukazu z wcześniejszego pobytu, ale nie mogłem tego ujawnić. Celnicy między sobą rozmawiali, wściekli byli, po czym znów pytanie gdzie mamy meldunek? Tłumaczyli jak wygląda i jak to możemy nie wiedzieć, że trzeba go mieć? A my z kamienną powagą: nie wiedzieliśmy – po raz co najmniej dziesiąty. My turyści i nam mówili, że wystarczy wiza. Celnik straszył nas karą finansową za brak meldunku i wbiciem pieczątek zakazu wjazdu do Rosji. Nie wiedział co z nami zrobić. Z jednej strony był na granicy, by kazać nam zabrać rzeczy, wywalić z pociągu i zabrać na posterunek. Pociąg by pojechał a my byśmy się tłumaczyli. Z drugiej strony, był świadom ile to przysporzy mu pracy, papierkowej roboty i w gruncie rzeczy kłopotów. Dwójka idiotów z zagranicy nie ma meldunku i tyle z nimi problemów.

Nie wiem ile czasu minęło, ale myślę, że nawet 30 minut, kiedy wściekły, niemal czerwony celnik wbił pieczątki do paszportów i z dużą siłą rzucił nimi w nas. Przeklinając pod nosem. Wkurzony odszedł. Chwilę później pociąg ruszył. Tylko odeszli, z Justyną wybuchliśmy śmiechem, będąc pełnym podziwu dla naszych talentów aktorskich (zamiast na prawo trzeba było iść do szkoły aktorskiej, chociaż prawnik też powinien umieć być dobrym aktorem). Rosjanie i Ukraińcy kiwali głowami z podziwem. Rozgorzała dyskusja. Okazało się wtedy, że wszyscy mają meldunki. I Ukraińcy, którzy byli w górach Kaukazu. I Rosjanie. Wszyscy, tylko nie dwójka Polaków. Sąsiedzi z wagonu opowiadali jak załatwiali te meldunki, jak są ważne. Jak dużo mieliśmy szczęścia, jakie mogliśmy mieć kłopoty, że nawet mogli nas zamknąć. Byli pod wrażeniem naszego spokoju i zauważyli naszą ściemę, wiedzieli, iż nasz rosyjski jest lepszy niż okazaliśmy to celnikom. Młoda Rosjanka opowiadała, jak ktoś z rodziny do niej przyjechał, nie załatwił sobie meldunku i musiał zapłacić milicjantom. Nie było zmiłuj.

Opowiedzieliśmy dlaczego nie załatwiliśmy meldunku. Będąc na właściwym posterunku w Tyrnyauzie, milicjanci poinformowali nas o zmianach przepisów. Kazali uzyskać potwierdzenie opłaconych noclegów i z odpowiednim kwitem wrócić do nich, gdy będziemy wracać. Informację, że przecież będziemy spać w namiocie na lodowcu i niby skąd mamy mieć potwierdzenia, skwitowali: to wasz problem. Stwierdzenie, że nas nie będzie z dziesięć dni, a meldunek musimy mieć po 72 godzinach, skomentowali: ryzyko, że ktoś w górach będzie chciał sprawdzić meldunek jest niewielkie. Zaproponowane rozwiązanie było dla nas zbyt kłopotliwe i uznaliśmy, że w razie czego taniej nas wyjdzie dogadanie się z milicją, przy okazji zaoszczędzimy sporo czasu. Nie przewidzieliśmy tylko, że aż tak będą się czepiać na granicy. Podczas wcześniejszych podróży po Rosji, kiedy zazwyczaj też nie mieliśmy meldunku, na granicy nikt nas o niego nie pytał. Rosja i Azja centralna to inny świat pod względem procedur i kontaktów ze służbami milicyjnymi i podobnymi. System jest tak skonstruowany, by płacić różne nieoficjalne sztrafy. Nie da się inaczej. Ta sytuacja jest de facto usankcjonowana przez te państwa. Ot, taki rodzaj lokalnych podatków. Wszyscy wiedzą, że zarobki są niskie, więc pracownicy służb muszą sobie jakoś dorobić. Wymyślając coraz bardziej absurdalne przepisy i obostrzenia. I trzeba płacić. Czy to milicji, celnikom, strażnikom na lotniskach albo właścicielom ośrodków wczasowych, by dali papiery do meldunku, a oni i tak część później odpalają milicji. „Czeski film”.

Współpasażerowie w pociągu świetnie nas rozumieli. Chociaż Ukraińcy, którzy byli trekkingowo na Kaukazie przyznali, że zapłacili za „lewe” kilkanaście noclegów w ośrodku wczasowym i na tej podstawie w drodze powrotnej do Mineralnych Wód załatwili sobie meldunki (a spali jak my, pod namiotami). Wyszło na to, że „biedni” Ukraińcy nie szczędzili pieniędzy na meldunek, a „bogaci” Polacy ze względów czasowo-formalnościowo-oszczędnościowych go olali. Ale Polak potrafi. Dysputa trwała długo, zostaliśmy z Justyną bohaterami całego plackartnego wagonu. Byliśmy jednak świadomi jak po cienkiej linie stąpaliśmy – nie z własnej woli – i że mogło być różnie, a kary wysokie. I pieczątka w paszporcie o zakazie wjazdu na 5 lat. Ale znowu wszystko rozeszło się po kościach. (…)

Gregor

Na zdjęciach: Niniejszy wpis to tylko dygresja, dlatego zdjęcia pochodzą z relacjonowanej wyprawy po Turcji, Iranie, Azerbejdżanie, Gruzji, Armenii i Ukrainie (2012). A na nich porównanie gruzińskiego pociągu relacji Tbilisi-Baku i azerskiego relacji Baku-Tbilisi.

Różnice pomiędzy poziomem zamożności Azerbejdżanu i Gruzji, są takie same jak różnice pomiędzy pociągiem gruzińskim a azerskim.
Zdjęcia: 1, 3, 5, 7 – pociąg gruziński.
Zdjęcia: 2, 4, 6, 8 – pociąg azerski.

Po przerwie na inne wydarzenia wracam do relacji z wyprawy po Turcji, Iranie, Gruzji, Armenii, Ukrainie i Azerbejdżanie, o którym będzie teraz. Wcześniejszy wpis znajduje się pod tym tytułem: Prawdziwa Rosjanka (Azerbejdżan – to nie sprzeczność).
 
Dzień w którym odwiedziłem niefty był dniem problemów z różnymi służbami policyjnymi. One w Azerbejdżanie ciągle źle reagują na aparat fotograficzny i na cudzoziemców w pewnych miejscach. Przywykłem jednak do tego. Podobnych problemów miałem wiele i nauczyłem sobie z nimi radzić.

Zaczęło się od porannego spaceru po Baku. Gdy spacerowałem po nowo utworzonym pięknym parku na wzgórzu, z wodospadami, roślinnością i zszedłem wprost przed jakiś rządowy budynek, zaraz pojawił się przy mnie policjant. Ale nie zwykły, z jakiejś specjalnej służby. Elegancka czapka, elegancki mundur i dosyć bogate pagony. I żąda bym wszedł do środka tego rządowego budynku, w którego bramie sporo różnych służb. Nie zna angielskiego. A wchodzenia do jakichkolwiek budynków z jakimikolwiek służbami należy unikać jak tylko się da. To zawsze wiąże się z kłopotami. Można stracić aparat, kartę pamięci z wszystkimi zdjęciami albo trochę pieniędzy na łapówkę. A jeśli ktoś myśli, że w takich miejscach działa prawo, pomoże mu jakaś ambasada, to bardzo może się zdziwić.

Nigdzie nie idę i pytam po rosyjsku czego chcesz? Robiłeś zdjęcia rządowego budynku, a to surowo zakazane – odpowiedział jeszcze gorszym niż mój rosyjskim. Nie robiłem żadnych zdjęć i nigdzie nie pójdę – zakomunikowałem. Chwyta mnie za ramię. Wyrywam się z uścisku. Jesteśmy ciągle na ulicy, więc musi się pilnować. Włączam aparat, pokazuję mu na ekranie LCD jakie zrobiłem zdjęcia. Nie było wśród nich budynku rządowego. Policjant traci rezon. Patrzę mu prosto w oczy i mocnym głosem mówię: coś jeszcze? Po jego minie widzę, że nie. Odchodzę, czekając czy coś się jeszcze wydarzy. Nic się nie wydarzyło. W takich sytuacjach najlepszy jest spryt, najgorsze pokazanie, że się boisz, a po środku przekonanie o swojej sile i danie sygnału: nie boję się ciebie palancie. W zależności od sytuacji należy stosować „najlepszy” lub „środkowy” sposób radzenia sobie w tego typu sytuacjach.

Na marginesie dodam tylko, że budynek był przeciętny, nawet nie przyszło mi do głowy zrobienie mu zdjęcia. Nie umieszczono też żadnej tabliczki zakazującej fotografowania. Po cholerę buduje się efektowny park w miejscu, gdzie niby nie można robić zdjęć?

Dlatego europejski wygląd Baku, europejska atmosfera na ulicach, nie mogą nikogo zmylić, to ciągle srogie państwo policyjno-wojskowe, które dopiero nieśmiało otwiera się na świat. To Azja. I minie jeszcze sporo lat zanim coś się tam zmieni.  Turystów w Azerbejdżanie ciągle jest niewielu, bo są duże problemy otrzymać wizę azerską a procedura jest skomplikowana i kosztowna. Dlatego miejscowe służby nie są przyzwyczajone do widoku turystów i nieraz źle reagują. Osobiście kilka razy spotkałem się z pytaniami policji i pograniczników, po jaką cholerę przywiało mnie do takiego kraju jak Azerbejdżan? Byli szczerze zdziwieni. Do tego też przywykłem, bo co roku jestem w miejscach, gdzie dziwią się na mój widok.

Ale w Europie często jest nie lepiej. Wyśmienitym przykładem jest Wielka Brytania. Nie tylko podczas  Olimpiady 2012 miejscowe służby miały szajbę w temacie robienia zdjęć i terrorystów. Paranoja w tym temacie towarzyszy im nieprzerwanie. Chyba za dużo filmów z Jamesem Bondem się naoglądali. W roku olimpijskim brytyjskie służby źle reagowały nie tylko w metrze, na lotniskach czy na stacjach kolejowych, ale także na robienie zdjęć obiektom sportowym, czy niektórym zabytkom Londynu. Taka osoba samotnie podróżująca jak ja, która robi więcej niż jedno zdjęcie obiektowi, ale się nie ukrywa, zaraz budziła podejrzenia. Kilkanaście razy pojawiła się przy mnie policja, czy wojsko i oglądali zdjęcia, niektóre chcieli bym skasował, bo coś tam. Jeśli zdjęcie było dla mnie nieistotne i w jego rogu był szlaban albo stojący żołnierz lub wykrywacz metalu, kasowałem. Jeśli zdjęcie było dla mnie ważne, to nawet gdy były te elementy, kategorycznie odmawiałem skasowania. Straszyli mnie zabraniem na posterunek, dochodzeniem, na co ja: bardzo chętnie. Potem rzucałem teksty o łamaniu praw człowieka, że to jest chore co robią, że na Białorusi jest lepiej (tam nikt nigdy nie przeszkadzał mi w robieniu zdjęć, gdziekolwiek je robiłem), że pójdę z tym do mediów, do ambasady, narobię szumu. Wspominałem, iż czystą głupotą jest budować obiekty olimpijskie, które mają być atrakcją, a którym nie można robić zdjęć. Pytałem o nazwisko mnie prowadzącego, jego numer służbowy, gdzie dokładnie pracuje, bo napiszę skargę. I w konsekwencji wściekli puszczali mnie zawsze.

Jeżeli się komuś wydaje, że terrorysta w biały dzień z dużym aparatem oficjalnie będzie robił zdjęcia obiektowi, koło którego przechodzą dziesiątki tysięcy ludzi dziennie i też fotografują, jest kompletnym kretynem. Zamknijcie ich wszystkich, tym bardziej, że najczęściej robią zdjęcia małymi aparacikami i smartfonami, a później wrzucają je do internetu. Terrorystów interesują bardziej szczegółowe informacje niż powszechnie dostępna fasada budynku. I używają zupełnie innego sprzętu, który zresztą każdy może kupić w necie. A jak dobrze poszukają to znajdą interesujące materiały bez wychodzenia z domu. Pewnie jakiś pracownik porobił sobie trochę zdjęć w zakamarkach budynku i wrzucił je do sieci. O organizacji londyńskiej olimpiady pisałem: Londyn - Olimpiada 2012: Jest super, jest super, więc o co ci chodzi? 

Ale wróćmy do Azerbejdżanu. Całe sąsiedztwo Baku wraz z przybrzeżnymi terenami Morza (de facto jeziora) Kaspijskiego to jedne wielkie pola naftowe i gazowe – jednym słowem: kopalnia. Pełno urządzeń do pozyskiwania surowców, bo Azerbejdżan „śpi” na gazie i ropie. Najbardziej znane jest pole naftowe dosyć blisko centrum miasta. Tam kręcono jeden z filmów o Jamesie Bondzie – „Świat to za mało”, z Pierce`m Brosmanem  (1999r.). Nie zmienia to faktu, że wielu mieszkańców Baku o tym nie wie, nie oglądało nigdy żadnego Jamesa Bonda. Ewentualnie wiedzą, że coś takiego miało miejsce, ale nie wiedzą gdzie.

Na szczęście można znaleźć ludzi, którzy dysponują większą wiedzą. Dotarłem w związku z tym w okolice jednego z portów sąsiadującego z polem naftowym. Nikt oczywiście nie wpadł tam na turystyczny pomysł, by zrobić ścieżkę przez te pole śladami Jamesa Bonda, zrobić mini muzeum ropy i gazu, by pokazać urządzenia i proces wydobywczy.

W tytule pisałem o nieftach, co to jest? Nieft – to po rosyjsku ropa naftowa. Jako, że bardzo mi się ten wyraz podoba i jest krótki, używam go jako synonim pól naftowych. Zresztą to słowo potocznie jest rozumiane także jako: pole naftowe, czy kopalnia ropy naftowej. Aczkolwiek istnieją w tym temacie bardziej skomplikowane rosyjskie sformułowania.

Dochodzę do nieftów, jest strażnica około 10 metrów nad ziemną, a w niej strażnik. Nie da się przejść niezauważonym. Wchodzę do góry. Je właśnie kanapkę i nie włada ani angielskim ani rosyjskim. To nawet dobrze, można użyć sprytu. Pokazuję mu gdzie chcę iść, on pokazuje, że nie można, na słowa „James Bond” reaguje twierdząco. Więc udaję fana tej serii filmów i nawijam po angielsku jak gość z ADHD. Przerażenie na jego twarzy, co on ma zrobić. Chciałby mi pomóc, ale nie może. A tu inostraniec uśmiecha się, macha rękami, energicznie coś gada, regularnie wymieniając słowa „James Bond”. Po kilku minutach, pokazuje mi że mogę iść i zasłania oczy. Zrozumiałem informację, idę na własną odpowiedzialność, on nic nie widział.

No to w drogę. Takie pole naftowe z setkami pracujących kiwonów to fantastyczny industrialny widok. Szalenie mi się podobało. Jedyny turysta, z aparatem, w miejscu gdzie go nie powinno być, więc w końcu mnie ktoś przyuważył. Podszedł do mnie mężczyzna. Zdrastwujcie, Zdrastwujcie, atkuda wy pryszli? Z Polszy. Szto ty zdies zdielesz? Słyszałem, że tu kręcili Jamesa Bonda, chciałem zobaczyć, super to wygląda. Ku mojemu zdziwieniu usłyszałem: witamy w Azerbejdżanie, tak, tu kręcili Bonda, miłego zwiedzania i odszedł. Uff. Przeszedłem przez pole naftowe, inni pracownicy patrzyli się na mnie z ciekawością, ale nie reagowali. Gdy już myślałem, że bez problemów wydostanę się z terenu nieftów, patrzę a tu budka strażnika przy jakiejś ruderze. A umundurowany strażnik się patrzy prosto na mnie. Nie dało się cofnąć. Za późno. Na szczęście aparaty pochowane w plecaku i w kieszeni. Z uśmiechem na twarzy podchodzę do niego i mówię, że się zgubiłem i jak mam dojść do meczetu Bibi-Heybat? A on prosto z mostu po rosyjsku czy mam aparat fotograficzny? Oczywiście że mam – odpowiadam, przecież nie uwierzyłby, że nie. To mam mu go dać. Udaję głupiego i pytam jeszcze raz jak mam dojść do meczetu? On do mnie, to jest strefa zamknięta i nie mogę tu przebywać ani robić żadnych zdjęć. Że będą teraz problemy. Nie rozumiem, przecież ja szedłem tylko skrajem nieftów, idę do meczetu, zgubiłem się. O co w ogóle chodzi? Strażnik gniewny ale i zakłopotany. Pyta się kto ja jestem, odpowiadam: turysta z Polski. Stwierdza, że musi zadzwonić do przełożonych, pytam, czy mogę skorzystać z toalety, którą zauważyłem. Mini toaletę, „na narciarza”. Mogę. Szybko wyciągam karty pamięci z aparatów, chowam do wewnętrznej kieszeni w pasku, uznałem bowiem, że sytuacja nie jest na tyle krytyczna, by je chować w majtkach albo skarpetkach. Do jednego aparatu wkładam nową kartę pamięci, a do drugiego wcześniej spreparowaną kartę – spodziewałem się kłopotów. Jest na niej kilka zdjęć nieftów z pewnej odległości. Mogą ją sobie zabrać, zniszczyć i mieć jakby co satysfakcję, że mnie złapali i mięli nosa. Nie uwierzyliby bowiem, że nie zrobiłem tutaj żadnego zdjęcia. Lata praktyki nauczyły mnie jak sobie radzić.

Spuszczam wodę, wychodzę z toalety. On dzwoni, z kimś rozmawia. Przeszkadzam mu w rozmowie i kolejny raz pytam jak mam dojść do meczetu? Rozumie co mówię, rozumie o jaki meczet mi chodzi. I widzi, że nie odpuszczam, oraz moje totalne zdziwienie całą tą sytuacją (chcesz podróżować tak jak ja, musisz m.in. potrafić być dobrym aktorem). W Połowie zdania odwiesza słuchawkę. Pyta mnie czy na pewno nie robiłem żadnych tutaj zdjęć? Skądże, przecież nie ma tu nic ciekawego, tylko niefty. Wskazuje mi drogę. Idę w kierunku meczetu, przy którym byłem już tego dnia i doskonale wiem jak do niego dojść. Gdy mam pewność, że mnie nie widzi, przebiegam przez wielopasmową drogę, wchodzę do miasta, zwiedzam jeszcze kilka pojedynczych nieftów na terenie prywatnych posesji, przy blokach, zjadam kebaba i wracam do centrum.  Egzotycznie wygląda jak wkoło są domy, sklepy, firmy, a między nimi kiwają się kiwony. Nawet widać prowadzone kolejne odwierty. Kiedyś takie scenerie były też w centrum Baku.

To nie był koniec przygód z miejscowymi służbami tego dnia. Gdy wieczorem jechałem metrem kupić bilet kolejowy, nie omieszkałem zrobić paru zdjęć. Policji pełno, ale udało mi się znaleźć bezpieczne miejsce, jak mi się wydawało. Nie przewidziałem jednak obecności tajniaków. I po chwili był przy mnie gość machając mi przed oczyma legitymacją. Chwycił mnie mocno za ramię  i chce gdzieś prowadzić. O co chodzi? Tu nie wolno robić zdjęć! A gdzie to jest napisane? Macie fajne metro, to chciałem mu zrobić zdjęcie, a tak w ogóle to czy jestem na dobrej stacji? Chcę dojść do dworca kolejowego. Tajniak się uspokoił i pyta co tutaj robię. Jestem turystą z Polski - odpowiadam i pytam ponownie jak mam dojść do tego dworca. Z Krakowa jesteś? Tak, z Krakowa – skoro pyta o Kraków to ma o nim jakąś wiedzę lub dobre wspomnienia. Krasiwyj gorod, byłem tam w siedemdziesiątym którymś roku. Tak krasiwyj, to jak do tego dworca? Prosto schodami ruchomymi i potem w lewo. Dziękuje, do widzenia. Do widzenia. Dotarłem do dworca kolejowego, po raz kolejny.

Parę słów o wulkanach błotnych. Azerbejdżan ma ich ogromną ilość, wszystkich typów. Nie mają one jednak nic wspólnego z wulkanami lawowymi. Najczęściej związane są z wydobywaniem się na powierzchnię gazu ziemnego. Mają charakter wylewny lub wybuchowy i tworzą niedużych rozmiarów stożki. Wylewające się błoto, nie wnikając w jego skład, po wyschnięciu jest twarde. Może mieć właściwości lecznicze. Sporo wulkanów błotnych można znaleźć też w rejonie Zatoki Perskiej, gdzie gaz jest wydobywany. Bliżej nas znajdziemy je na Krymie i w Rumunii(związane z naprężeniami skorupy ziemskiej).

Przy okazji odwiedzenia wulkanów błotnych w Qobustanie, w tej samej okolicy udałem się wraz z towarzyszką wycieczki – Tatianą, na zwiedzanie petroglifów. Dla których utworzono Park Narodowy. Te malunki naskalne mają 5000-12 000 lat i są wpisane na listę UNESCO. Uważa się, że najstarsze mają nawet 40 000 lat. Znajdują się w górsko-skalnej okolicy z widokiem na Morze Kaspijskie.

Z Baku do Tbilisi wracałem również pociągiem. Tym razem azerskim. Nowiutkim. Jakże inny widok przy gruzińskim złomie. To kolejny przykład, jaka przepaść dzieli Azerbejdżan od Gruzji. Za współtowarzyszy przedziału miałem pracowników azerskiej kolei, którzy jechali pomagać Gruzinom budować kolejowy łącznik z Turcją, by  Baku miało bezpośrednie połączenie. Miło spędziliśmy czas, pogadaliśmy. I jak w tych stronach bywa, mięli odpowiedni prowiant na drogę, także pitny, którym mnie częstowali. A tam się nie odmawia, bo to niegrzeczne.

Pozdrawiam

Gregor

  • Na zdjęciach:
  • 01) niefty na obrzeżach Baku, czyli kopalnia ropy naftowej,
  • 02) jeden z portów Baku, w pobliżu nieftów,
  • 03-04) wulkany błotne w Qobustan,
  • 05) petroglify w Qobustan
  • 06-07) gra tryktrak, popularna w tej części świata, na drugim zdjęciu drzwi wejściowe w kształcie gry do jednej z kamienic w Baku.
  • 08-09) azerski pociąg z Baku do Tbilisi i gościnni współpasażerowie.   

Ruch uliczny w Teheranie - Plac Imama Khomeiniego, centrum miasta, wieczorne modlitwy i wyjazd ku Tabriz.
Traffic in Tehran - Imam Khomeini Square, downtown, evening prayers and beginning of a journey toTabriz.

Strona 1 z 56

nationalgeographic box

natemat.pl box

box na sierpien

BOX1

stopka plecak

LogoStopka

stopka plecak

Strona używa informacji zapisanych za pomocą… plików cookies w celu dostosowania do indywidualnych potrzeb użytkowników. Jeżeli tego nie akceptujesz zmień ustawienia przeglądarki dotyczą…ce cookies. Więcej informacji można znaleźć‡ w naszej Polityce prywatności.