a2b2

DZIKUS 225x150

TVN box

swiatsiekreci box

pytanie na sniadanie box

radiokielce BOX

Podziel się

FacebookMySpaceTwitterGoogle BookmarksLinkedinRSS Feed
Grzegorz Gawlik

Grzegorz Gawlik

Termalna Zatoka przy wulkanie Nea Kameni w Grecji, Kaldera Santorini, wersja filmu z komentarzem (7min) / Caldera of Santorini (Greece) - Hot Springs of Nea Kameni volcano 

Termalna Zatoka przy wulkanie Neak Kameni w Grecji, Kaldera Santorini, wersja filmu bez komentarza (3,30min) / Santorini - Nea Kameni Volcano - Thermal Bay, Greece

Dzień 3, 25 maj. Skaftafell to dobrze znane mi miejsce. Plan zdobycia Hvannadalshnúkur - najwyższej góry Islandii ponownie mnie tutaj przywiódł. Poranek witał pogodą jakiej nie zaznałem przez trzy tygodnie w sierpniu 2014. Słońce, prawie bezwietrznie, ciepło. Chmur niewiele. To naprawdę Islandia? W krótkim rękawku po ósmej udałem się do biura Icelandic Mountain Guides zakomunikować swoją obecność i potwierdzić wieczorne spotkanie przed wyjściem w góry. Nie miałem szczególnych planów na ten dzień. Może jakiś spacer do wodospadu Svartifoss (Black Fall)? Póki co, cieszyłem się fantastyczną pogodą. W nocy prawie zero stopni Celsjusza, a teraz jak w lecie, a w namiocie jak w saunie. Przyzwyczajony do ciepłych ubiorów na Islandii mogłem je zrzucić.

Przed wycieczką, czekało mnie zadanie specjalne, odnalezienie zakopanego rok wcześniej kartusza z gazem. Bez niego nie miałem szans zagrzać czegokolwiek. Miałem zapisane współrzędne GPS i zdjęcia miejsca, gdzie pod warstwą mchu ukryłem 440-gramowy kartusz. Kosztował trochę ponad 50zł, dużo drożej niż w Europie kontynentalnej. Gdy go zakopywałem, krzaki pokrywały bujne liście. Teraz dopiero puszczały pąki. Pewnie dziwnie wyglądało jak się w nich krzątałem. Niestety gazu nie znalazłem w ukrytym miejscu. Dla pewności przekopałem spory obszar, poświęciłem dwie godziny. Co się z nim stało? Według najbardziej prawdopodobnej teorii, po sezonie sprzątano pole namiotowe, w tym okoliczne krzaki i ktoś się natknął na kartusz. Nie zakopałem go głęboko, zostawiłem kartkę, by nie ruszać gazu, bo po niego wrócę. Ale skoro do jesieni nie wróciłem, nikomu nie przyszło do głowy, że gaz ma czekać na mnie przez blisko rok. Druga możliwość. Ktoś znalazł się w krzakach i przez przypadek natknął na kartusz. Trudno. Miałem chleb, kabanosy, suchą krakowską, pasztety, konserwy, wodę w kranie. Z głodu nie umrę. Tylko Skaftafell miało być głównym miejscem, gdzie będę używał palnika. Spodziewałem się kilkudniowego pobytu. Chciałem się pozbyć produktów w proszku.

Na tutejszych polach namiotowych, w hostelach, często można znaleźć kartusze z gazem zostawione przez osoby, którym nie są już potrzebne. Nierzadko jest w nich resztówka gazu, ale zdarza się, że jedna trzecia czy nawet połowa. Nie trzeba wtedy kupować. Ale Skaftafell to specyficzne miejsce, tutaj więcej osób ma problem z brakiem gazu niż go zostawia. W połowie mojego pobytu koło śmietnika ktoś zostawił trzy nienaruszone kartusze z gazem. Niestety nabijane. Mój palnik takich nie obsługuje, a adapter zostawiłem w domu, jak wszystko waży i zajmuje miejsce. Pewnie ktoś gdzieś kupił kartusze, nie zdając sobie sprawy, że są różne rodzaje i że jego palnik nie obsługuje tego typu. Nie chciało mu się zwrócić albo sklep znajdował się daleko stąd.

Po dwunastej pogoda zaczęła sie psuć, dlatego wybrałem się w góry. Na opak zrobiłem? Powinienem wyruszyć gdy świeciło słońce? Pewnie tak, ale co tam. Niebo zawalone gęstymi chmurami, zaraz zrobiło się bardzo chłodno, wzmógł się wiatr. Czas w drogę. Ta zmiana pogody około południa jest charakterystyczna dla okolic Skaftafell. Pierwszy przystanek, wodospad Svartifoss. Islandczycy mają szajbę zabudowywania górskich ścieżek. Świetnie ją widać w tej okolicy. Ścieżki zabudowuje się drewnianymi kłodami, buduje się drewniane schody, jako podkład daje się metalowe albo coraz częściej okropne plastikowe maty z otworami. Sypie się na to żwir, ugniata nierzadko maszynowo. I jest pięknie. Nie bardzo. Plastik i sztucznie wysypany żwir  w górach - absolutna pomyłka. Ale tak to jest, gdy ma się za dużo pieniędzy i szuka się coraz idiotyczniejszych sposobów, aby je zmarnować.

Po co to robią? Bo tutejszy klimat i niesympatyczna pogoda napsuła im coś w mózgach. Z czym oczywiście by się nie zgodzili. Mają zupełnie inne wytłumaczenie. Chcą zrobić dobrze turystom i jest to ochrona środowiska. Jak ktoś wierzy w jakąś bzdurę, zawsze znajdzie tysiąc "poważnych" argumentów, na potwierdzenie swoich tez. Te wszystkie kłody, które montują na ścieżkach w imię ochrony środowiska w całości sprowadzane są z innych, odległych krajów, gdzie trzeba było ściąć drzewa. Przy ich wycinaniu, transporcie i kładzeniu zużywa się sporo paliwa oraz metalowych gwoździ i wkrętów. Produkcja metalowych czy plastikowych mat nie ma nic wspólnego z ochroną środowiska, tak samo jak zwożenie żwiru z jakiegoś kamieniołomu, dodatkowo psującego krajobraz. Koparki, które stały w Skaftafell, nie jeżdżą na wodę morską, a przy budowaniu ścieżek nieźle zorały i zniszczyły całą okolicę. Szybko nie odrośnie. Niszczenie przyrody w imię jej ochrony - ciekawa doktryna. Wspomniałem o dwóch argumentach takich działań. Turyści lubią wygodę, dlatego by wygodnie im się chodziło, by zminimalizować ryzyko skręcenia kostki, by nie ubrudzili butów albo nogawek, buduje się takie ustrojstwa. Rzeczywiście, na Islandii błoto po kostki nie jest niczym dziwnym. Z tym dbaniem o środowisko mają takie wytłumaczenie. Budując takie wielokilometrowe sztuczne ścieżki sprawiają, że turyści się ich trzymają, zamiast coraz bardziej je poszerzać, niszcząc mchy, trawy i porosty. Niby brzmi logicznie, ale tylko brzmi. Ten sam efekt można osiągnąć w dużo prostszy sposób. Wbijając tyczki ograniczające i co jakiś czas tabliczkę, by nie wychodzić poza ścieżkę. Turyści potrafią czytać. Jeśli to za mało, można do tyczek przyczepić jakiś sznur po obu stronach ścieżki. Efekt będzie taki sam co kłody, plastiki i metal a wysiłek i straty dla środowiska wielokrotnie mniejsze. Ponadto akurat w Skaftafell w niższych partiach są krzaki, nikt nie wyjdzie poza ścieżkę, zaś wyżej, w praktyce lepsza jest błotnista trasa, niż bardzo podmokłe mchy po jej bokach, jeszcze wyżej są kamienie. Co nie zmienia faktu, że gdyby nic nie robić, środowisko naturalne nie odniosłoby szkód, ludzie trzymaliby się ścieżki, a błoto i kamienie na niej, znaczną część turystów zniechęciłyby do wędrówki, z korzyścią dla środowiska. Czym mniej ludzi tym lepiej. Istnieje jeszcze jeden argument, wytrzymałość tych sztucznych tworów jest niewielka. Liczne ludzkie buty plus trudny klimat, z częstymi opadami, niszczą je. Spora część drewnianych kłód zamontowana w 2014 roku, rozleciała się, nie nadawały się do użytku i wtedy ludzie porobili nowe ścieżki obok nich. Stało się to, czemu miały te kłody przeciwdziałać. Deszcze, roztopy i ludzkie buty poniszczyły także nowo położone metalowe i plastikowe maty. w najlepszym wypadku zniknął wrzucony na nie żwir i brzydko to wyglądało, a w najgorszym, deszcze je zmyły ze ścieżki, niszcząc okoliczną przyrodę. Islandczykom w tym temacie zabrakło wyobraźni i w wielu miejscach prowadzą podobne działania.

Nie spodziewałem się pod koniec maja podobnej liczby turystów jak rok wcześniej w sierpniu. Ale z trudem dopchałem się pod Svartifoss - jeden z najsłynniejszych islandzkich wodospadów. Wygląda dużo efektowniej na zdjęciach niż w rzeczywistości. Naprawdę jest niewielki i niewysoki (15m), ale bazaltowe "organy" wokół są efektowne. Do punktu widokowego Sjónarnipa (trochę ponad 300m n.p.m.) spotkałem jedynie kilka osób. Praktycznie wszyscy poprzestali na Svartifoss. Przy dobrej pogodzie świetnie widać stąd najwyższa górę Islandii Hvannadalshnukur oraz piękny lodowiec Skaftafellsjokull, część Vatnajokull. Z powodu chmur i drobnego opadu deszczu tylko lodowiec był przyzwoicie widoczny. Powyżej tego miejsca szlak został zamknięty. Informowano o tym na tablicy przy vistor centre, tłumacząc śniegiem na trasie, robiąc z czarnej taśmy przekreślenia na dużej mapie koło budynku, a w miejscu gdzie się znalazłem, ścieżkę zagrodzono sznurkiem. Zabranianie, zakazywanie i ograniczenie, to kolejna pasja Islandczyków, czemu poświęcę więcej tekstu przy innej okazji. Taka jest tendencja, że czym bogatszy kraj, tym więcej regulacji i ograniczeń. Wszystko z myślą o bezpieczeństwie turystów i ochronie środowiska, co często ma niewiele wspólnego z rzeczywistością.

Bardzo mnie ubawił argument, że szlak jest zamknięty z powodu warunków zimowych na nim panujących. Gdyby to się działo na Bahamach, zrozumiałbym. Ale na Islandii? W kraju, gdzie zima trwa przez większość roku, gdzie pełno lodowców, a śnieg potrafi padać nawet w lipcu i sierpniu. Jakaś bzdura. Przecież to normalne, że na Islandii na ścieżce może być śnieg. Ruszyłem do góry. Trasa ta nazywa się Skaftafellsheidi loop(pętla) i liczy 15,5km, a z odbiciem do Svartifoss z dwa kilometry więcej. Od niej, w górnej partii, jest odbicie na bardzo stary wulkan Kristinartindar, na którym byłem rok wcześniej. Tylko ja i góry - cudowne uczucie. Pod nogami błotniście, ale jeszcze nie śnieżnie. W żlebach śnieg pojawiał się od około 300m n.p.m., na ścieżce pierwszy raz na 400 metrach z groszami. Aż w końcu ją zdominował. Po śniegu szło się dużo lepiej niż po kostki w błocie. Dawno tędy nikt nie szedł, ale jakieś bardzo stare ślady miejscami widziałem. Zbliżałem się do granicy chmur, po prawej mając piękny widok na Skaftafellsjokull. Dotarłem do miejsca o nazwie Glama (ok. 730m n.p.m., zaczynałem z ok. 100m, a maksymalnie osiągnąłem ok. 800m). Wokół panowała totalna zima. Stąd odbija 2-kilometrowa ścieżka na Kristinartindar 1126m, miejscami stroma i śliska, gdy morko, w górnych partiach skalista. Bez sprzętu wspinaczkowego i asekuracji, trudno byłoby wejść na górę w tych warunkach. Wchodząc rok wcześniej na szczyt, ominąłem fragment pętli prowadzącej wokół masywu tego wulkanu. Miałem okazję to nadrobić. Ruszyłem w chmurach przy drobnym opadzie śniegu z deszczem (temp. +2°C). Tyczki znajdowały się pod śniegiem, napadało sporo świeżego. Szedłem na wyczucie, ale tutaj nie można się zgubić. Piszę to ze swojego punktu widzenia, człowieka łażącego po górach od zawsze. Przetrawersowałem zbocze i doszedłem do Gemludalur, gdzie dobiega ścieżka z Kristinartindar. Której widać nie było. Wszystko zasypane śniegiem, żadnych śladów. Wspaniałe uczucie. Mimo niewielkich wysokości, klimat potężnych gór, poniżej piękne lodowce. Torowanie własne ścieżki w śniegu. Ekstra. Przez zaspy śnieżne przedostałem się na drugi skraj masywu z widokiem... w tamtej chwili żadnym. Przy dobrej pogodzie widać nie tylko Kristinartindar ale też lodowiec Morsarjokull i dolinę Morsardalur. Schodząc w dół widoczność się poprawiała a w scenerii dominowały: przepiękny lodowiec Skeidararjokull (część Vatnajokull) i pustynia wulkaniczna Skeidararsandur. Żywej duszy poza mną, jedynie piękna mroczna przyroda.

Skeidararjokull o powierzchni 1380km kwadratowych, stanowi część największego islandzkiego lodowca - Vatnajokull. Jest wspaniałym przykładem lodowca piedmontowego, który rozlewa się szeroko na spłaszczeniu przed masywem górskim, schodząc do wysokości około 100m n.p.m. Zaś Vatnajokull jako całość, to przykład czapy lodowej. Używa się też czasami pojęcia - lodowiec fieldowy, aczkolwiek ten termin zarezerwowany jest dla lodowców podobnego typu, lecz mniejszych, jak Jostedal w Norwegii. Skeidararsandur to około 1000-1300km kwadratowych piasków wulkanicznych przed czołem lodowca Skeidararjokull. Pustynia wulkaniczna. Potężna. 20 na 30 kilometrów, ale przy Atlantyku zajmuje 40km linii brzegowej. Przebiega przez nią droga nr 1. W dużej mierze powstała w wyniku jokulhlaups, czyli powodzi wulkanicznych. W wyniku erupcji wulkanów albo wzrostu temperatur w rejonach geotermalnych, znajdujących się pod Vatnajokull, dochodziło do gwałtownego stopienia wielkich mas lodu. Woda zmieszana z materiałami piroklastycznymi niszczyła wszystko na swojej drodze. Tak powstała mroczna i czarna pustynia Skeidararsandur oraz sporo innych na Islandii. Pojęcie jokulhlaup w międzynarodowym znaczeniu dotyczy wszelkich powodzi subglacjalnych i proglacjalnych. Nie tylko związanych z wulkanizmem. Na przykład, jeżeli podlodowcowe jezioro znajdzie ujście albo jezioro przed czołem lodowca i dojdzie do powodzi, będzie to również jokulhlaup.

Wracając do wycieczki, nie planowałem robić tak długiej trasy, ale jakoś tak wyszło, że zrobiłem. Dziewiczą przyrodę w pewnym momencie zepsuły drewniane kłody ułożone na ścieżce W dolnej partii dotarłem do kolejnego zagrodzenia trasy - od drugiej strony (punkt widokowy Sjónarsker). Czy są jakieś konsekwencje, za niezastosowanie się do takiego zakazu? Nie wydaje mi się. Mam nadzieję, że jego idea miała na celu odstraszyć turystów bez kondycji i bez doświadczenia górskiego, dla których wędrówka po śniegu, często w warunkach bardzo ograniczonej widoczności, mogłaby być niebezpieczna. Dla każdego doświadczonego łazika górskiego trasa ta, nie stanowiła najmniejszego problemu. Wędrówka sprawiła mi mnóstwo radości, do spotkania o 20:00 w sprawie najwyższej islandzkiej góry Hvannadalshnukur zostało niewiele czasu. Koło jednego z koszy na śmieci w Skaftafell, ktoś zostawił kartusz z gazem, takim jaki potrzebowałem. Prawie pusty, ale lepsze to niż nic. Starczyło na jeden kisiel, jedną zupkę i kilka herbat.

Obecność na polu namiotowym w Skaftafell nie budziła u mnie zachwytu. Z wszystkich pól namiotowych które odwiedziłem na Islandii, to ma najgorszy stosunek ceny do jakości. Badziewne i drogie. Kosztowało 10 euro (1500koron) za kawałek trawy. Kuchni brak, dostęp do prysznica czy pralki płatny, toalety bezpłatne dla wszystkich odwiedzających to miejsce. De facto toalety utrzymują mieszkańcy pola namiotowego. Poza parkingiem i dwoma budkami agencji turystycznych jest tutaj tzw. visitor centre zawiadujące polem, czynne jedynie od 9 do 19 (z dostępem do wifi). Nie ma w nim żadnego sklepu, można kupić kilka pamiątek, nawet mapa okolicy jest płatna, gdy w innych częściach Islandii przyzwoite mapy można dostać za darmo. Kawiarnia była w remoncie, automat do kawy w visitor centre zepsuty, trzecia opcja to przyczepa, gdzie można zakupić kawę i hot-doga. Najbliższa stacja benzynowa z mini sklepikiem oddalona o pięć kilometrów. Bezpłatna drewniana budka-suszarnia nie nadawała się do użytku. Nikt jej nie sprzątał przynajmniej od roku. Walały się majtki, staniki, skarpetki, inne ubrania, papiery. Jedyne do czego przykładali się pracownicy, to chodzenie rano i wieczorem pomiędzy namiotami i zbieranie haraczu, bo nie nazwę tego opłatą. W tym byli konsekwentni do bólu, nawet  rano łazili, by czasem nikt im nie uciekł bez płacenia, skoro visitor centre jeszcze zamknięte. Gdy w namiocie nie zastano nikogo na odciągach przyklejano czerwoną naklejkę z datą ostatniej nocy, po  zapłaceniu otrzymywało się niebieską naklejkę. Jeżeli nie trzeba, nie ma sensu marnować pieniędzy na nocleg w Skaftafell, pomiędzy Vik a Hofn jest kilka innych pół namiotowych, każde będzie lepsze, zazwyczaj też tańsze. Podczas płacenia za pierwszy nocleg zapytałem, czemu każą sobie płacić tak dużo za nic? Nie ma nawet kuchni, a 1500 koron jest jedną z najwyższych cen tego typu miejsc na Islandii. Dziewczyna odpowiedziała, że pole przewidziane jest na 1000 osób i nie ma sensu budować żadnej kuchni. To co ma zrobić osoba, która nie ma gazu do palnika? Może mają na stacji benzynowej 5-6 kilometrów stąd? A jak ktoś nie ma też palnika, to jak ma sobie zrobić herbatę, zupę w proszku czy ugotować ryż? Cisza. Właśnie. W tak odludnym miejscu jak Skaftafell powinien być bezapelacyjnie dostęp do gazu dla mieszkańców pola namiotowego zwłaszcza przy tak wygórowanej cenie.

Argumentacja dziewczyny była oczywiście idiotyczna. Rok wcześniej w szczytowej fazie sezonu pole namiotowe było zapełnione może w 15% wliczając w to campery. Tym razem namiotów było z dziesięć wliczając mój plus 3 campery. Maksymalnie 5% obłożenia. Chociaż turystów przyjeżdżających na kilka godzin było tyle co w lecie. Nie wierzę, by kiedykolwiek pole namiotowe w Skaftafell zapełniło się całkowicie a nawet w dużej części. Zresztą to żaden argument. Są pola namiotowe na tysiące osób i mają kuchnie. Zasada jest prosta w takich miejscach, będziesz wcześnie rano/w środku dnia/późno w nocy - dopchasz się do gazu i stolika, w pozostałym czasie musisz czekać albo odpuścić. Ale masz wybór. Zakup kartusza z gazem, zakładając, że będzie do kupienia gdzieś w okolicy i to taki rodzaj jaki potrzebuje nasz palnik - jeżeli go mamy - to również słaby pomysł, gdy potrzebny nam gaz na jedną czy dwie noce, a niewielki kartusz kosztuje 15-25 euro.

Gdyby komuś przyszedł pomysł rozbicia się poza polem musi wiedzieć, iż Skaftafell to część parku narodowego z zakazem biwakowania w innych miejscach, niż do tego wyznaczone.

  • Na zdjęciach - pochodzą z 25 maja 2015 i 5 sierpnia 2014, te drugie są oznaczone:
  • 1-2) Hvannadalshnukur 2119m - najwyższa góra Islandii widziana ze Skaftafell,
  • 3-8) pole namiotowe w Skaftafell czyli płać za nic, na jednym ze zdjęć brudna suszarnia,
  • 9-12) zabudowywanie ścieżek w rejonie Skaftafell, na jednym zdjęciu wolontariusze w pracy,
  • 13-17) wodospad Svartifoss, dla kontrastu wiosna 2014 i lato 2015,
  • 18-32) trasa Skaftafellsheidi loop i widoki na lodowiec Skaftafellsjokull,
  • 33-37) masyw starego wulkanu Kristinartindar 1126m,
  • 38-47) druga część Skaftafellsheidi loop i widok na lodowiec Skeidararjokull.
Jestem na lotnisku w Keflaviku, który generuje niemal sto procent lotniczego ruchu międzynarodowego na Islandii. Obsługuje ponad dziesięć razy więcej pasażerów niż jest mieszkańców wyspy. Statystyki lotniska mówią o ponad 3 milionach osób rocznie i liczby rosną. W 2014 roku Islandię odwiedziło milion turystów, na rok 2015 spodziewano się trzystu tysięcy więcej. 50km do Reykjaviku można pokonać na różne sposoby. Dwa najpopularniejsze to wynajęty samochód albo autobus. Przy tej drugiej opcji są trzy możliwości. Dwie prywatne filmy i jedna miejska. Ceny od 1600 do 2400koron w jedną stronę (kurs podczas pobytu wahał się pomiędzy 134-142 korony za 1 euro, około 2,70-2,80zł za 100 koron). Najwygodniej i najszybciej jest flybusem alby grayline, a najtaniej i najdłużej autobusem miejskim linii 55, z której praktycznie nikt nie korzysta. Rok wcześniej przetestowałem prywatną ofertę, tym razem chciałem publiczną. Niestety nikt nie potrafił mi wskazać skąd odjeżdża autobus linii 55, ani gdzie przyjeżdża. Ani pracownicy lotniska, ani kierowcy konkurencji (chyba że nie chcieli).

Przed opuszczeniem lotniska kupiłem korony w kantorze, by nie zawracać sobie później głowy tym tematem. Pomyślałem, że jak będę szedł piechotą asfaltową drogą na Reykjavik, to zauważę jakiś przystanek autobusowy. Otóż błąd, nie ma ich przy głównej drodze, ale nie musiałem sobie tym zawracać głowy. Jeszcze nie wyszedłem z terenu lotniska a zatrzymała się przy mnie młoda dziewczyna oferując podwózkę do Reykjaviku. Urodziła się w Hiszpanii, na Islandię przyjechała w czwartym roku życia. Odwoziła tatę na lotnisko. Pochodziła z miasteczka Stykkishólmur, które planowałem odwiedzić. Zachęciła mnie do tego jeszcze bardziej, informując o muzeum wulkanów, które od niedawna tam działa.

Poprosiłem o wysadzenie przy autobusowym terminalu BSI. To jeden z kilku w Reykjaviku, co jest swego rodzaju absurdem. Miasto liczy zaledwie 120 tys. mieszkańców a ma kilka dworców autobusowych. BSI to terminal dla turystów, obsługujący trasę na lotnisko (można dopłacić i mikrobusem zostać podwiezionym do naszego miejsca noclegu) oraz turystyczne autobusy wyruszające do różnych islandzkich miejsc. Nieprzyzwoicie drogie, jak prawie wszystko na Islandii. Dalekobieżne autobusy komunikacji publicznej, dużo tańsze ale nadal bardzo drogie, odjeżdżają z innego miejsca, a autobusy komunikacji miejskiej i podmiejskiej mają węzły przesiadkowe porozrzucane po Reykjaviku i okolicach. Bardziej tego skomplikować się nie da. BSI terminal interesował mnie z innego powodu. Niedaleko jest zalesione wzgórze Oskjuhlid (61m n.p.m.), na którym planowałem rozbić namiot. Bo to nie prawda, że na Islandii nie ma lasów. Jest ich całkiem sporo, chociaż niewielkich obszarowo, w niektórych miejscach drzewa za wysoko nie wyrosły. Sztucznie się je sadzi od kilkudziesięciu lat.

Mój główny plecak ważył 24kg a podręczny 9kg. Z jednym nawet ciężkim wędruje się wygodnie, z dwoma już nie. Niestety, elektronika, jedzenie, sprzęt wspinaczkowy - swoje ważyły. Na wielodniową pieszą wędrówkę spakowałbym się inaczej, ale na Islandii lepiej mieć coś na czterech kołach. Najlepiej 4 x 4, jeżeli chcemy zobaczyć prawdziwą Islandię a nie ucywilizowane fragmenty. Wariant off roadowy przerobiłem rok wcześniej, ale i tym razem planowałem używać pojazdów mechanicznych, by dotrzeć do miejsc docelowych. Z nich i tak czekało mnie dużo chodzenia, ale z małym plecakiem. Lecz pierwszego dnia na Islandii nie miałem wielkich planów. Zwiedziłem solidnie Perlan (The Pearl), budynek z charakterystyczną szklaną kopułą, tarasem widokowym, restauracją i sztucznym gejzerem. Nic specjalnego, za to zdałem sobie sprawę z zupełnie odmiennych warunków niż w zeszłym roku. Okoliczne góry wtedy prezentowały się szaro, z pojedynczymi niewielkimi płatami śniegu. Teraz od około 200m n.p.m. było biało. Normalna zima. To dobrze dla moich celów górskich, niedobrze dla innych planów. W rejonie wzgórza są amerykańskie bunkry z czasów II Wojny Światowej i miejsce z kolejnym sztucznym gejzerem, nie działał, za to wydobywało się trochę naturalnej pary wodnej i siarkowodoru. Pod Reykjavikiem nie brakuje termalnych wód, a w pobliżu aktywnych i drzemiących wulkanów. Przed poszukiwaniami miejsca na rozbicie namiotu odwiedziłem niewielkie termalne kąpielisko Ylstrondin Nauthólsvik nad zatoką Fossvogur, a potem wróciłem do lasu koło Perlan i krajowego lotniska. Potężne drzewa jak na Islandię, alejki wykorzystywane przez rowerzystów i miłośników biegania. Namiot rozbiłem blisko kulminacji wzgórza, w ustronnym miejscu. Nie potrzebowałem wiele miejsca, a podłoże trawiasto-mchowe zapewniało wygodę, rzadką na Islandii poza campingami. Las chronił od wiatru, bardzo umiarkowanego pierwszego dnia pobytu. Inne pogodowe parametry: 5-6 stopni Celsjusza, sporo chmur, ale chwilami trochę słońca, czym bliżej wieczoru, tym więcej tego pierwszego i niewielkie opady deszczu. Całkiem przyzwoicie jak na Islandię. Na noc o tej porze roku na tych szerokościach geograficznych nie miałem co liczyć, trzeba się przyzwyczaić do panujących jasności przez całą dobę. Co zresztą jest bardzo wygodne. Gdy zjadłem kolację dochodziła dwudziesta, przygotowałem plecak do szybkiego spakowania kolejnego dnia. Praktycznie codziennie czekało mnie całkowite rozpakowywanie i pakowanie. Przez namiot i śpiwór, które zajmowały sporo miejsca w 70-litrowym plecaku, a wokół nich upchałem pozostałe rzeczy. Minimalne temperatury jakie zmierzył w nocy termometr wyniosły: +6°C w namiocie i  +4°C na zewnątrz.

Dzień 2, 24 maj 2015. Wstałem wcześnie, szybkie pakowanie, jedzenie, by przed 8:30 wyczekiwać przed terminalem BSI. Pojazdu, który zabierze mnie na 8-godzinną wycieczkę po półwyspie Reykjanes (organizator: sternatravel). Rok wcześniej trochę już się po nim włóczyłem, nastał czas na kontynuację. Do wycieczki przekonała mnie trasa i cena. Ta ostatnia wynosiła około 150zł, co jak na islandzkie warunki, było jak za darmo. W miarę punktualnie podjechał mikrobus, który przywiózł mnie obok kościoła Hallgrimskirkja. Tutaj przesiadłem się do mini autobusu, na 20kilka miejsc. Wyruszyliśmy w składzie: piątka uczestników i kierowca, który stwierdził: dla was mała liczba jest dobra, dla mojego pracodawcy - nie. Oprócz mnie trójka Amerykanów, w tym starsza para z Kalifornii, z pochodzenia Belgowie oraz Brytyjczyk. Pierwszy przystanek to Blue Lagoon (Błękitna Laguna), tutaj zostawiliśmy młodą Amerykankę, która przed wylotem do Nowego Jorku, chciała zaznać kąpieli w najsłynniejszym i najbardziej komercyjnym islandzkim termalnym kąpielisku. Miała dwie i pół godziny na wszystko, a my pojechaliśmy dalej. Pierwsza atrakcja, najbardziej mnie interesująca, to pole geotermalne Seltun-Krysuvik. Krysuvik to także aktywny wulkan. Cała okolica należy do najbardziej aktywnych sejsmicznie w Islandii, a na głębokościach mniejszych niż tysiąc metrów, temperatura przekracza dwieście stopni Celsjusza. Jak to na zorganizowanych wycieczkach, których bardzo nie lubię, został nam wyznaczony czas nieadekwatny do potrzeb. Od razu umówiłem się z Brytyjczykiem w średnim wieku na niesubordynację i co najmniej dwukrotne wydłużenie czasu. To pozwoliło na dokładne przyjrzenie się termalnym źródłom, kolorowym nalotom i wejście na wzgórze (wulkan) Krysuvik, gdzie nie tylko fajne widoki, ale przede wszystkim fumarole - wysokotemperaturowe ekshalacje charakterystyczne dla aktywnych wulkanów. Zdążyłem nawet na krótko odwiedzić sąsiednie pole geotermalne Fulipollur. Nasz kierowca trąbił, potem marudził, ale zrozumiał zainteresowanie naszej dwójki tym miejscem. Myśmy niedługo później z kolei zrozumieli dlaczego wyznaczył tak mało czasu na tą atrakcję. Mianowicie w miasteczku rybackim Grindavik, przez które już przejeżdżaliśmy tego dnia, zawiózł nas do kawiarni, zachwalając zupę. Jedyne 50zł za talerz - co jest normalną tutaj ceną. Układ jest prosty. On przywozi turystów, w zamian je i pije za darmo, chyba że jeszcze odpalają mu jakiś procent od sprzedaży na rzecz uczestników wycieczki? Gdybyśmy wiedzieli o tej kawiarni, jeszcze dłużej siedzielibyśmy w Seltun. Cała nasza czwórka poprzestała na kawie po 500 koron (blisko 15zł). Z Grindavik wróciliśmy po Amerykankę do Blue Lagoon oraz zrobiliśmy spacer po okolicy. To teren systemów wulkanicznych Reykjanes-Grindavik-Vogar i Krysuvik-Seltun-Trolladyngja (na półwyspie są jeszcze dwa inne systemy: Brennisteinsfjoll obok Krysuvik i Hengill w rejonie Hveragerdi). Kąpielisko położone jest wśród całkiem młodych law, które wypłynęły z porozrzucanych po okolicy szczelin. Komora magmowa znajdująca się w tej okolicy doprowadziła do budowy kilku elektrowni geotermalnych. Blue Lagoon zawdzięcza istnienie jednej z nich - Svarstengi "Odpady" termalnej wody z elektrowni oraz okoliczne źródła odpowiadają za istnienie kąpieliska. Z kolei odpady z Blue Lagoon stworzyły turkusowe zbiorniki wodne w zagłębieniach pola lawowego. Ale woda w nich jest letnia, to informacja dla tych, co chcieliby zaoszczędzić 40 euro(w sezonie) za wejście na teren laguny. Warto wydać te pieniądze. Blue Lagoon (Błękitna Laguna) jest islandzkim odpowiednikiem egipskich piramid. Wielką atrakcją tego kraju, położoną w bardzo efektownej scenerii - termalna woda wypełnia zagłębienia w lawie. Rok wcześniej się tam taplałem, co można zobaczyć TUTAJ i TUTAJ.

Z Blue Lagoon przez Grindavik dotarliśmy w rejon elektrowni geotermalnej Reykjanes i pola geotermalnego Gunnuhver, które eksplorowałem rok wcześniej (znajduje się tam największy geotermalny krater na Islandii). To  również tereny wulkanu noszącego nazwę tą samą co półwysep i elektrownia. Ta ostatnia, pracuje dzięki parze i wodzie pozyskiwanej z głębokości 2700m o temperaturach 290-320°C. Mijając najstarszą islandzką latarnię morską Reykjanesviti z 1929 roku - zbudowaną na miejscu starszej - zatrzymaliśmy się na wulkanicznym klifie zwanym w tej części - Reykjanesta. Oprócz efektownych klifów (do blisko 80m wys.), law, oferuje atrakcyjne krajobrazowo wulkaniczne skały i skalne wyspy w Atlantyku. Połączenie czarnych law i białych fal wzburzonego oceanu wygląda atrakcyjnie. Na zboczach klifów żyje sporo ptaków. Niedaleko stąd znajduje się Bridge Between Continents z 2002r. (Midlina, Mid-Point, 18m dł., 6m nad dnem kanionu) czyli most między kontynentami, płytą euroazjatycką i północnoamerykańską (odsuwają się od siebie o 2cm rocznie). Mieści się w okolicach Sandvik. Sam most i pęknięcie w tym miejscu nie imponują, ale zważywszy na łatwą dostępność tego miejsca i egzotyczność, cieszą się popularnością. Niewiele osób miało możliwość zobaczyć na własne oczy miejsce styku dwóch płyt kontynentalnych, przy czym zjawisko to można obserwować w wielu różnych miejscach Islandii. Jeżeli sam most z kłódkami miłości - ta moda dotarła nawet tutaj - nie wzbudził mojego entuzjazmu, to okolica jak najbardziej. Warto po niej pochodzić i przyjrzeć się większym i ciekawszym pęknięciom tektonicznym, pokrywie lawowej. Koło mostu przejeżdżałem rok wcześniej z równie przeciętnym entuzjazmem, wtedy nie miałem czasu na spacer po okolicy, teraz owszem.

Odwieźliśmy na lotnisko Amerykankę i wjechaliśmy do Keflaviku, kierowca nam pokazał okolicę, w której się wychował. Zatrzymaliśmy się przy Muzeum Vikingów nad zatoką Faxaflói, stosunkowo młodej inwestycji. Co w środku? W zasadzie nic ciekawego. Największą atrakcją jest zrekonstruowana łódź Vikingów. Nie wiem czy to standard, ale zwiedzanie odbywało się za darmo. Po 15 minutach cała nasza czwórka znudzona czekała na kierowcę, który wdał się w długą, ponad półgodzinną rozmowę z miejscowymi. W Islandii podobnych muzeów jest mnóstwo i powstają kolejne jak grzyby po deszczu. A grzybów - czerwonych kozaków - w lecie na Islandii jest zatrzęsienie i nikt ich nie zbiera. Tak naprawdę, tutaj są lekko pomarańczowe. Owe liczne niewielkie muzea prezentują różne rzeczy, dla przeciętnego turysty najczęściej mało atrakcyjne, za to są płatne. Przy zarobkach islandzkich są to kwoty groszowe, ale płacić za byle co 10 euro, marny pomysł. Muzeom towarzyszy często kafejka i sklepik z pamiątkami.

Nasz kierowca z Muzeum Vikingów zabrał nas w jeszcze jedno miejsce, do Parku Elfów w Hafnarfjordur. Ładny niewielki park pośród lawowych skałek, aczkolwiek szkoda czasu, by specjalnie tu przyjeżdżać. Rozmawialiśmy ze spacerowiczami, okazało się, że wierzą w elfy i mówili żeby nie dotykać skał, bo to domy elfów, a ich dotykanie spowoduje brak szczęście w życiu.

Podsumowując wycieczkę, półwysep Reykjanes to Islandia w pigułce. Znajdziemy tu aktywne wulkany, pola geotermalne i termalne kąpieliska. Pola lawowe oraz jaskinie, międzykontynentalne pęknięcie tektoniczne. Niewysokie góry, klify, skały w oceanie, jeziora, punkty obserwacji ptactwa. Cieszy się dużą popularnością za sprawą dobrej sieci dróg i bliskości Reykjaviku.

Nasz kierowca pełnił dodatkowo funkcję przewodnicką i trzeba przyznać, udzielił wielu ciekawych informacji. Na imię miał Herman, wiek około 60-tki. Zacznę od Vikingów. Otóż nigdy nie używali hełmów z rogami, to wymysł jednego z malarzy, którzy przeniósł się do powszechnej świadomości. Vikingowie porywali najładniejsze kobiety m.in. z Irlandii i Szkocji, następnie sprowadzali na Islandię. Typowa Islandka to blondynka. Niestety mam obiekcje co do słowa "najładniejsze", nie jest z tym najlepiej. Herman powiedział nam, że w promieniu godziny jazdy samochodem od Reykjaviku mieszka 250 000 ludzi, w całej Islandii mieszka niewiele ponad 300 000. W promieniu 25 minut jazdy 200 000. Chociaż encyklopedie podają, że w Reykjaviku mieszka 120 000, on stwierdził, iż w samym Reykjaviku 60 000, a wraz z gminami przylegającymi 120 000, cała aglomeracja to ponad 200 000 ludzi. Tłumaczył, że Islandczyk chce mieć pracę koło domu, dojazd dłuższy niż 20 minut nie wchodzi w rachubę. Szkoda marnować tyle czasu na dojazdy. Warto pamiętać, że na Islandii w 20 minut można zazwyczaj bez przeszkód pokonać około 30 kilometrów. Islandczycy są leniwi i nie lubią się przemęczać - rzekł Herman. Amerykanie zapytali go o emigrantów i dowiedzieli się, że najwięcej jest Polaków, dużo też Tajów, dla których islandzki klimat jest mało przyjazny. Amerykanie z kolei mnie zapytali, czemu emigrujemy? Przecież jesteśmy w Europie i zarabiamy tyle co Niemcy czy Brytyjczycy. Fajnie by było, ale to marzenia ściętej głowy. Gdy powiedziałem, ile wynosi minimalna pensja w Polsce i że większość pracujących zarabia pomiędzy 2 a 3 tysiące złotych, nie uwierzyli mi, stwierdzając: za to się nie da przeżyć w Europie.

Po ośmiu godzinach wróciliśmy do Reykjaviku po przejechaniu jakichś 250km. Poprosiłem o wysadzenie przy terminalu autobusowym Mjódd. Terminal to za duże słowo, po prostu węzeł autobusowy z licznymi niezadaszonymi przystankami. Stąd startują do Hófn czy Akureyri. Miałem szczęście, za 15 minut o 17:30 odjeżdżał autobus nr 51 do Skaftafell (docelowo do Hófn). Raczej zakładałem, że będę poszukiwał miejsca na rozbicie namiotu w zurbanizowanej okolicy, aniżeli załapię się jeszcze na jakiś autobus do Skaftafell. Autobusy komunikacji miejskiej na Islandii są bardzo drogie, za 320km zapłaciłem 8800 koron, czyli 240 złotych. Długodystansowe autobusy, kursujące przede wszystkim w okresie letnim, uruchamiane są zwłaszcza z myślą o turystach. Inaczej musieliby wynająć samochód, tak robi zresztą większość. Autobusy jeżdżą rzadko i w niektóre tylko miejsca. Najlepszym i najtańszym środkiem transportu jest wynajęty samochód. Na Islandii najtańszy to tak naprawdę oznacza drogi, ale samochód dostarcza dużo swobody, a bez niej ciężko zwiedzać Islandię. W niewiele wyższej cenie od mojego biletu można przed sezonem letnim bez uprzedniej rezerwacji i promocji wynająć mały samochód osobowy na dobę. Dojdzie jeszcze paliwo. Ale jakbym policzył bilet powrotny na dzień następny, to auto plus paliwo wyjdzie taniej niż komunikacja publiczna i to dla jednej osoby. Przy dwóch i więcej można dużo zaoszczędzić. Lecz w tym wypadku nie było to dla mnie opłacalne rozwiązanie, bo do Skaftafell wybierałem się na kilka dni z planami górskich wędrówek. Za nie używane auto też trzeba płacić.

Prawie pusty autobus wyruszył punktualnie. Do ich funkcjonowania dopłacają gminy. Pierwszy odcinek biegnie przez Blue Mountains, niewielkie góry koło Reykjaviku, zasobne w termalne wody, stąd pobudowano tam potężne elektrownie geotermalne widoczne ze słynnej drogi nr 1 okrążającej Islandię (Ring Road). Już od 200m n.p.m. przy drodze leżało sporo śniegu, co o tej porze roku nawet na Islandii nie jest codziennością. Przez Hveragerdi dojechałem do Selfoss, gdzie zmieniłem autobus. Prowadził go polski kierowca, Łukasz Po drodze miałem widoki na znane mi miejsca: wyspy Vestmannaeyjar, pustynie Myrdalssandur, Skeidararsandur i wodospad Seljalandsfoss, na krótko zatrzymaliśmy się przy Skógafoss - jednym z ładniejszych islandzkich wodospadów, pod którym spałem rok wcześniej. W Vik nastąpiła kolejna przesiadka do autobusu z innym polskim kierowcą - Andrzejem, a w barze przy stacji benzynowej pracowała Polka. Kupiłem tutaj chleb tostowy(innego brak), którego w Skaftafell się nie uświadczy. Liczebność Polaków nie powinno nikogo dziwić, stanowią 10% populacji Islandii, ponad 30 tysięcy osób, więcej jest tylko Islandczyków. Polacy opanowali wiele różnych miejsc pracy na wyspie. Kierowcy, budowlańcy, pracownicy hut aluminium i elektrowni, pracownicy barów, restauracji, sklepów, marketów, wypożyczalni samochodów, przetwórni ryb oraz portów. I pewnie wielu innych. Jak tak dalej pójdzie skolonizujemy Islandię tak jak kolonizujemy spore fragmenty Wielkiej Brytanii. Dobrze tu płacą, pracuje się w przyjaznych warunkach. Podczas tego wyjazdu wielokrotnie pytałem i Islandczyków i Polaków, jak jesteśmy postrzegani? Otrzymywałem sprzeczne informacje. Jedni twierdzili, że jesteśmy lubiani i szanowani. Inni, że wręcz przeciwnie. Ciężko wyciągnąć średnią z tego. Pojawiały się argumenty o różnicach kulturowych ale też o tym, że zabieramy miejscowym pracę i zaniżamy stawki. Kilku Islandczyków bardzo się wkurzało, że pracujemy wydajniej, a jak to się czasami mówi, nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu. Jeden z miejscowych, który stracił przez Polaków pracę opowiedział mi jak to było. Pracował w firmie budowlanej. Dobry zarobek, praca ciężka, ale bez gonitwy, na luzie. Szef zatrudnił Polaka, który za mniejszą pensję robił trzy razy tyle. Zasuwał jak w wyścigu na olimpiadzie. Zatrudnił kolejnego Polaka, który pracował podobnie. Następnie zwolnił mojego rozmówcę i jego kolegę, też Islandczyka. Ponad pół roku żył dzięki zasiłkom, bardzo wysokim na Islandii, zanim znalazł pracę. Miał żal do Polaków, że nie potrafili przystosować się do kultury pracy w firmie. Pracowało się solidnie, ale spokojnie, w dobrej atmosferze. Szef dobrze zarabiał, oni dobrze zarabiali, z pracy nie wychodzili wyciśnięci fizycznie i psychicznie jak cytryny. Normalna praca, którą zepsuli Polacy. Chcieli się wykazać, gotowi pracować w nadgodzinach, po pracy byli ledwo żywi. W weekend jeśli nie robili nadgodzin, odsypiali, dochodzili do siebie po harówce. I od nowa. To nie jest normalne życie, twierdził mój rozmówca, z którym się w pełni zgadzam. Tak można wytrzymać przez kilka miesięcy, ale  ten tryb funkcjonowania uniemożliwia zwykłe życie, w którym musi być czas na coś więcej niż praca. Dziwił się, czemu my Polacy dobrowolnie zgadzamy się na taki wyzysk i współczesną odmianę niewolnictwa, kiedy można uczciwie pracować, nie przesadzać i dobrze zarabiać? Podobne pretensje zgłaszali też Polacy, którzy często od blisko dziesięciu lat mieszkali na Islandii. Nazywali "polską chorobą" opisane przed chwilą zjawisko. Zamiast dostosować się do funkcjonowania w firmie, chcemy się często nadludzkimi siłami wykazać albo z drugiej strony cwaniakujemy czy pijemy alkohol w pracy. Nic normalnie, z jednej skrajności w drugą popadamy.

Chociaż na Islandii śmiało wystarczy do wielu prac język angielski, Polacy, którzy już mięli znaczy staż w tym kraju, całkiem sprawie posługiwali się bardzo trudnym islandzkim językiem. Szacunek! Nikt z nich nie planował powrotu do Polski. Mówili tak, wróciłbym gdyby było normalnie, ale tego nie dożyję (żaden z moich rozmówców nie przekroczył połowy życia, a część nie miała trzydziestki). Dopóki nie będzie takich zarobków jak na "zachodzie", rozsądnej ilości pracy i szacunku dla pracowników, nie mam po co wracać. A wiem od rodziny, że jest coraz gorzej zamiast coraz lepiej. Standardowe komentarze.

Do Skaftafell zajechałem o 22:30, po drodze mijał nas może jeden samochód na pół godziny. Dzięki Andrzejowi dowiedziałem się, że drugą turę wyborów prezydenckich wygrał Andrzej Duda, pokonując Bronisława Komorowskiego (potwierdziły to później oficjalne wyniki). W pierwszej turze Polacy na Islandii z miażdżącą przewagą zagłosowali na Pawła Kukiza. Twierdzili zgodnie, że w Polsce potrzebna jest rewolucja, bo inaczej nic się nie zmieni. Gdy pytam Polaków: dlaczego wyemigrowałeś/aś, bardzo często słyszę to samo hasło, gdziekolwiek jestem na świecie: "bo Tusk nas wych...ł". Słysząc je, łatwo zauważyć, że większość wyemigrowała w ostatnich mniej więcej 10-ciu latach. Gdy dopytuję, co mają na myśli, pada tyle argumentów, że można by książkę napisać. Najkrócej można ująć je tak: zła sytuacja ekonomiczna, bardzo niskie zarobki, zła atmosfera w pracy, brak perspektyw i brak stabilności oraz koszmarna biurokracja i brak przyjazności państwa względem ludzi, zmusiły ich do emigracji.

W Skaftafell nie ma praktycznie nic. Prymitywne pole namiotowe na którym się rozbiłem, toalety, dwie budki firm górskich, visitor centre z mini wystawą wulkaniczno-geologiczno-przyrodniczą, z mini sklepikiem z pamiątkami i kawiarnią, w remoncie. To ostatnie nie dziwiło, miejscowi nadal skupiają się na lipcu i sierpniu, kluczowych miesiącach dla islandzkiej turystyki. Dlatego na przełomie maja i czerwca jeszcze sporo turystycznych obiektów remontowano. Nie zauważyli jeszcze, że sezon się wydłużył i większa liczba turystów jest od połowy maja, nawet do końca września. Dzięki liczniejszym i tańszym lotom niż kiedyś oraz z uwagi na niższe ceny poza głównym sezonem.

Kładłem się około północy, w zupełnej jasności. Na pogodę drugiego dnia na Islandii nie miałem prawa narzekać. Około 6-7 stopni Celsjusza, do południa słońce i chmury na przemian, później zdecydowana przewaga chmur, chwilami kropił deszcz. Na wybrzeżu umiarkowany wiatr. Dobra widoczność. Jak na Islandię - super.  W nocy minimalne temperatury wyniosły 3°C w namiocie i 1°C na zewnątrz.

  • Na zdjęciach:
  • 1-4) Perlan i widok z tarasu widokowego na Reykjavik w tym modernistyczny kościół Hallgrimskirkja,
  • 5-8) Reykjavik, kąpielisko termalne Ylstrondin Nauthólsvik  i wzgórze Oskjuhlid,
  • 9-14) okolice Błękitnej Laguny (Blue Lagoon) z polami lawowymi, odrzutami wody z elektrowni Svartsengi i laguny oraz termalne kąpielisko (spa) Blue Lagoon,
  • 15) port w Grindavik,
  • 16-22) geotermalne tereny Seltun - Krysuvik - Fulipollur,
  • 23-25) klify, skały i lawy - Reykjanesta,
  • 26-30) Bridge Between Continents i okolice,
  • 31-32) wodospad Skógafoss,
  • 33) Muzeum Vikingów w Keflaviku i blond Islandka.

PEŁNA WERSJA FILMU. Wspinaczka na aktywny wulkan Soputan (ok. 1800m) w północnej części indonezyjskiej wyspy Sulawesi.
MOVIE - FULL VERSION. Climbing on the active volcano Soputan (approx. 1800m) in the northern part of the Indonesian island of Sulawesi.

Wspinaczka na aktywny wulkan Soputan (ok. 1800m) w północnej części indonezyjskiej wyspy Sulawesi. 2-minutowa wersja filmu.
Climbing on the active volcano Soputan (approx. 1800m) in the northern part of the Indonesian island of Sulawesi. 2-minutes version of the film.

Na Islandię wróciłem z dwóch powodów, o których napiszę we właściwym czasie. Mogłem przyjechać na kilka dni, lecz chciałem mieć rezerwowy czas na wszelki wypadek. A po cichu stworzyłem listę miejsc, które odwiedzę, po zrealizowaniu głównych założeń. Łącznie miałem 15 dni, z których półtora to podróż. Niecały rok wcześniej spędziłem na Islandii 21 dni z kawałkiem, cały wyjazd trwał 24 dni. O ile nie starczyło czasu na zrelacjonowanie wyjazdu z 2014 roku (ale kilka artykułów z tamtego wyjazdu można na blogu znaleźć), o tyle spróbuję  to zrobić z wyjazdem 2015, chociaż na nadmiar czasu nie narzekam.

Dzień 1 (23.05.2015). Moja pasja wymaga latania, częstego, czasami do najodleglejszych zakątków świata, egzotycznymi liniami lotniczymi na egzotyczne lotniska. Nie wiem ile odcinków podróży pokonałem samolotami i ile odwiedziłem lotnisk? Tych drugich pewnie jest dobre 200, liczba ciągle rośnie, niektóre odwiedzam regularnie. Nie ma wśród nich lotniska położonego 20 kilometrów od mojego miejsca zamieszkania, katowickiego lotniska w Pyrzowicach. Co nie jest przypadkiem, niestety. Radość też to nie jest, bo życzyłbym sobie, aby katowickie było duże, profesjonalne i bym latał stąd często. Lecz to marzenia z ciętej głowy. Ostatni raz z lotniska Katowice-Pyrzowice (Katowice Airport) korzystałem kilka lat wcześniej i utkwiły mi w pamięci tamtejsze wydarzenia. Ciasno, koszmarny ścisk, gigantyczne kolejki do nadania bagażu i kontroli bezpieczeństwa na godziny stania. Bardzo złe warunki tych wszystkich czynności, bo budynki lotniska do czegoś się pewnie nadają, ale nie na lotnisko, strasznie źle zaprojektowane. Po kontroli bezpieczeństwa niezmiennie ciasno, ścisk, dziwne wąskie korytarze, bezsensowne schody w terminalu B. Na dokładkę, pozostawiająca wiele do życzenia obsługa i przy nadawaniu bagażu i przy kontroli bezpieczeństwa. Trudno mi wskazać podobny przypadek, gdziekolwiek bym był. A w ostatnich latach to było 6 kontynentów (bez Antarktydy) i mnóstwo lotnisk, od największych na świecie, po niewielkie w dżunglach, górach, czy na pustyniach. I zawsze odprawy były sprawniejsze i w lepszej atmosferze. Dlatego po przygodzie z przed kilku lat świadomie nie wchodziło w rachubę bym latał z Katowic. Warszawa, Kraków, Wrocław, sąsiednie kraje, ale od Pyrzowic trzymałem się z daleka. Szkoda mojej męczarni. Notabene, niewielka siatka połączeń regularnych z katowickiego lotniska, do tego w mało interesujące mnie miejsca, ułatwiła podjęcie takiej decyzji. Katowice postanowiły zostać królem czarterów, odpuszczając regularne połączenia, co wykorzystały sąsiednie lotniska.

Pod względem funkcjonalności i przestronności lotnisk nam jeszcze daleko do bardziej rozwiniętych pod tym względem krajów, my ciągle jesteśmy początkującym rynkiem lotniczym, w fazie silnego wzrostu i rozwoju. Obsługa klienta też pozostawia sporo do życzenia. Ale jest poprawa. Szczególnie na pochwałę zasługują Kraków i Wrocław, imponują rozwojem także Gdańsk i Modlin, z których jeszcze nie korzystałem. Szkoda, że tego samego nie mogę napisać o Katowicach-Pyrzowicach. Każdemu jednak należy się druga szansa, w przypadku Pyrzowic to już czwarta albo piąta i zawsze kończyło się długą przerwą w lataniu, bo od niepamiętnych czasów nic się tam nie zmienia.

Jeszcze przed wylotem pojawiły się zgrzyty. Katowickie lotnisko zawsze miało dramatycznie słabą komunikację publiczną z aglomeracją górnośląską. I nic się nie zmieniło. Jeden autobus ze specjalnym bardzo drogim biletem jak na pokonywany odcinek, kursujący rzadko, a w nocy jeszcze rzadziej (taniej można dojechać do Warszawy). Chociaż do lotniska mam 20 kilometrów autostradą, to przez Katowice robi się kilometrów 55 i oprócz tego specjalnego autobusu musiałbym skorzystać jeszcze z dwóch innych. Podróż zajęłaby prawie całą noc. Wylot miałem o 6:05, a gdybym chciał się dostać na lotnisko komunikacją publiczną już około 23:00 musiałbym opuścić dom i spędzić z pięć godzin w podróży. Płacąc dwie trzeciego tego co za taksówkę. Absurd! Który widzą mieszkańcy aglomeracji i na lotnisko dojeżdżają taksówkami (jak z Bytomia pojadą dwie osoby, wyjdzie im taniej niż komunikacją publiczną, dziesięć razy szybciej i o ile wygodniej), z pomocą znajomych i rodziny albo własnym samochodem z pozostawieniem go na parkingu. Wybrałem tą ostatnią opcję. Chociaż polityka parkingowa lotniska ileś lat temu doprowadziła do tego, że w Pyrzowicach powstało mnóstwo prywatnych parkingów, to naturalnym odruchem było zarezerwowanie miejsca na lotnisku. Znalazłem lotniskową ofertę za około 100zł na parkingu niestrzeżonym położonym jakieś 400 metrów od terminala (bez promocji było dużo drożej). Niech będzie. Wypełniłem formularz, kliknąłem zatwierdź i ujrzałem oto taki komunikat: rezerwację należy dokonać z co najmniej 24-godzinnym wyprzedzeniem. Zmarnowałem zatem czas, do mojego wylotu zostało niecałe 20 godzin i nigdzie nie stanowiło to problemu do rezerwacji parkingu. Za wyjątkiem Katowic. Wpisałem zatem w wyszukiwarce hasło: "parking lotnisko Katowice", wyskoczyło mnóstwo stron internetowych prywatnych parkingów. Wybrałem jedną z pierwszych, dokonałem rezerwacji. Dwadzieścia procent taniej niż na lotnisku, parking strzeżony, położony 250 metrów od lotniska, dowóz pod terminal i odbiór. Czyli wszystko dużo lepiej niż na lotniskowym parkingu w promocji - tam miałem tylko kawałek miejsca na samochód.

Dlaczego lotnisko nie wie ile ma wolnych miejsc parkingowych i nie chce zarobić? Odpowiedź jest prosta. Lotnisko jest przedsiębiorstwem państwowym. Właścicielami są: marszałek województwa śląskiego, Skarb Państwa (za pośrednictwem swoich spółek), parę procent akcji ma miasto Katowice. Jak zabraknie pieniędzy, dołożą, z podatków mieszkańców województwa śląskiego i mieszkańców innych części polski. Zresztą to się dzieje cały czas, inwestycje lotniskowe są kapitałochłonne. Lotnisko z własnych środków nie byłoby wstanie ich realizować. Skład właścicielski i brak konkurencji w okolicy powodują, że lotnisko nie musi przesadnie dbać o zysk, może sobie pozwolić na utratę takich klientów jak ja. Nie musi również dbać o wysoką jakość usług dla podróżnych, bo większość okolicznych mieszkańców zaciśnie zęby i mimo niezadowolenia przyjedzie do Pyrzowic zamiast do Krakowa, Wrocławia czy Warszawy (Polacy ciągle mało latają, więc raz na jakiś czas można się pomęczyć). Aczkolwiek to się zmienia, spotykam coraz więcej podróżnych z Górnego Śląska, korzystających z innych polskich lotnisk. Natomiast prywatny parking, by mógł istnieć, musi przynosić zysk, a zatem dbać o klientów, przyjmować rezerwacje w każdym czasie i wiedzieć ile ma wolnych miejsc 24h na dobę. Jemu marszałek ani Skarb Państwa nie dorzucą pieniędzy, gdy pojawi się strata. Po prostu zbankrutuje.

Po 20 minutach jazdy dotarłem na zarezerwowany parking. I zostałem podwieziony tę parę metrów na lotnisko, ale nie chciałem wjeżdżać na jego teren. Wysiadłem przed bramką. Lotnisko Katowice-Pyrzowice samo doprowadziło do powstania parkingowej konkurencji wokół siebie. Wpierw nie pobudowało parkingów, a później wysokimi cenami i słabą jakością usług zniechęciło kierowców. Od lat z nimi walczy, w tym pomysłem niegodnym nawet krajów trzeciego świata. Mianowicie, pasażerów nie można bezpłatnie wysadzić przed terminalem, odebrać także. Trzeba za to uiścić 5zł. Nie znam podobnego przypadku w Europie, a na świecie spotkałem się z czymś takim raz czy dwa, w egzotycznych miejscach, przy czym opłata była dużo bardziej symboliczna w stosunku do lokalnych zarobków niż w Katowicach. Żenujący pomysł. Bardzo psuje opinię katowickiego lotniska. Ludzie się wściekają i wielu robi tak jak ja. Wysiada przed bramkami. Aczkolwiek nie zawsze jest to możliwe, bo policja we współpracy z lotniskiem robi tam częste łapanki (o czym napiszę przy powrocie z Islandii do Polski), a znaki tak poustawiano, by były same zakazy i nie dało się cofnąć z okolicy bramek bez złamania przepisów drogowych. Albo zapłacisz 5zł albo złamiesz przepisy drogowe - przed takim wyborem stoi kierowca. Niewiarygodna perfidia. Znam takich, którzy nigdy nie zapłacili 5zł za wjazd na teren lotniska, ale zapłacili mandat i mówią wprost, że zapłacą tyle mandatów ile będzie konieczne, ale 5zł lotnisku - nigdy. Właśnie za takie postępowanie względem podróżnych. Z tych samych pobudek wysiadłem przed bramkami i poprosiłem, by po mnie nie przyjeżdżano, niech dzięki temu zarobią więcej. Dla mnie przejście 250m z plecakiem, z którym dziennie pokonuję nieraz kilkadziesiąt kilometrów to żaden problem.

Wstyd mi za katowickie lotnisko, że ktoś tam wpadł na taki żenujący pomysł walki z parkingową konkurencją i przy okazji na pomysł karania podróżnych. To niesłychane, żebym chcąc kogoś wysadzić przed terminalem, co zajmie 2-3 minuty, musiał zapłacić 5 złotych. To bardzo nieprzyjazne wobec klientów lotniska i niecywilizowane. Tego typu polityka oraz metody funkcjonowania powodują, że Pyrzowice pod względem liczby podróżnych prześcigają kolejne polskie lotniska, a górnośląski port miał kiedyś ambicje, być drugim po warszawskim Okęciu (lotnisku Chopina). Dzisiaj to brzmi jak marny żart.

Dotarłem na lotnisko, mam dwie godziny z minutami do odlotu. Mnóstwo czasu. Z takim wyprzedzeniem pojawiam się na loty międzykontynentalne, a na takie krótkie europejskie jak ten, wystarcza jak jestem wcześniej godzinkę z niewielkim hakiem. Ale w porządku, odprawię się i spokojnie jeszcze wypiję kawę. Akurat. W terminalu zastaję niemiłosierny tłok i wielkie kolejki, sięgające drugiego terminala. Żeby nie powstało błędne złudzenie, terminale katowickiego lotniska są malutkie, ciasne, wąskie, pozastawiane budkami, filarami, więc miejsca jest niewiele. Już przy jednym odprawianym samolocie jest tłok, a teraz odprawiano dwa, a niewiele później jeszcze trzeci. Przywitał mnie chaos jak kilka lat wcześniej, ale odnalazłem swoją kolejkę do check-inu. I stoję, nie posuwam się. To subtelna różnica ale istotna. Słyszę, że pasażerowie z przodu robią awanturę. Obok też lecą k...y pod adresem pracowników Wizzaira, borykających się z tym samym problemem. Jakiś sabotaż albo strajk włoski, czy co? Awantury zadziałały. Kolejka powoli ruszyła do przodu, a po 40 minutach odbierałem kartę pokładową od sympatycznego pracownika Lufthansy. Ufff, mogę się ustawić do kolejnej kolejki w jeszcze większym ścisku. Współczuję setce osób, która stoi ciągle w pierwszej kolejce. Nastał czas na kontrolę bezpieczeństwa. Mam ze sto metrów do celu, a za mną zrobiło się jeszcze pięćdziesiąt metrów kolejki. Kończyła się w drugim terminalu. Do wylotu mam około 90 minut. Znowu stoję, nie posuwam się naprzód. W bardzo nieprzyjemnych warunkach. Ciasno, ludzie się przeciskają między sobą, przez bagaże, krzyki, kłótnie. Co to ma być? Lotnisko, czy może jakieś doraźne pomieszczenie dla kilkuset uchodźców przybyłych z Azji albo Afryki, z którymi nie wiadomo co zrobić? Standard tak niski, że nie jestem wstanie podać podobnego przypadku nawet z odległych zakątków świata. Nie zapominajmy, że jest piąta rano, ludzie są niewyspani i wnerwieni. Zamiast spokojnie się odprawić, napić kawy, wsiąść do samolotu, atmosfera jakby trwała natychmiastowa ewakuacja województwa śląskiego. Chociaż wtedy służby lotniskowe pracowałyby chyba szybciej? Nie jestem pewien.

Kolejny raz się potwierdziło, że gdy w Katowicach odprawia się jeden samolot w którymś z terminali, jest źle, gdy dwa, następuje paraliż. Przez głośniki jak mantrę podawano następujący komunikat, że piętro wyżej w terminalu B za promocyjną cenę 49,99zł, można przejść przyśpieszoną kontrolę bezpieczeństwa. Osłupiałem, gdy usłyszałem ten komunikat po raz pierwszy. Nigdzie na świecie nie spotkałem się z taką usługą komercyjną, że jak dodatkowo zapłacę, będę miał kontrolę bezpieczeństwa w cywilizowanych warunkach, a jak dodatkowo nie zapłacę, będę potraktowany gorzej niż bydło. Gratuluję władzom katowickiego lotniska kolejnego "genialnego" pomysłu! Pasażerowie go nie docenili. Powtarzany co chwilę komunikat doprowadzał ich do szału. Każdy zapłacił za bilet, którego elementem jest nadanie bagażu i kontrola bezpieczeństwa. Wszyscy od razu uznali, że niespotykanie wolna obsługa jest celowa, by ludzi zmusić do zapłaty tych 50zł. Nie widziałem, by ktoś skorzystał. Nawet jak padały kolejne komunikaty zwiększające dramaturgię, że jeśli pasażerowie lotu numer taki i taki natychmiast nie dotrą do samolotu, to ich bagaże zostaną usunięte z samolotu. Takiego chamstwa również nigdzie na świecie nie słyszałem. Straszenie ludzi wywaleniem ich bagażu z samolotu jako karę za nieudolność lotniska - coś absolutnie niespotykanego! Wiele osób stawiło się na lotnisku z 3-godzinnym wyprzedzeniem i mięli problem zdążyć na samolot w ramach strefy Schengen. Na wielu lotniskach Europy stawiam się na taki lot z godzinnym wyprzedzeniem i spokojnie się odprawiam, przechodzę kontrolę bezpieczeństwa i lecę. W Katowicach to niemożliwe. Tylu wulgaryzmów i to w kilku językach pod adresem lotniska jeszcze nie słyszałem. Miażdżąca krytyka portu lotniczego Katowice-Pyrzowice (Katowice Airport). Gdyby ktokolwiek z zarządu lotniska był na nim w tym momencie i usłyszałby to co myślą o jego funkcjonowaniu pasażerowie, mogłoby się skończyć atakiem serca. Chyba, że wcześniej pasażerowie przeszliby do rękoczynów, a sytuacja była napięta.

Skoro piętro wyżej jest możliwość kontroli bezpieczeństwa, a ludzie piętro niżej stoją w ogromnej kolejce, która prawie się nie przesuwa, w ogromnym ścisku, dlaczego nie można części z nich tam skierować? Tylko uparcie nadaje się komunikat zapłać 50zł, będzie szybciej, dla rodzin zniżki. To ma być cywilizowane lotnisko w cywilizowanym kraju - śmieszne i żenujące. Ludzie lecą na wakacje, wycieczki, do rodziny. znajomych i opuszczają Polskę w podłym nastroju, wytłamszeni i poniżeni przez katowickie lotnisko. Aż trudno było mi uwierzyć w to co się działo, że to jest naprawdę. Krzyki, kłótnie, wyzwiska, groźby pasażerów, że jak nie zdążą na samolot, to każą za to sobie zapłacić lotnisku. I teksty typu: przysięgam, nigdy już z Katowic nie polecę, to jakiś koszmar!

Tak ma wyglądać latanie samolotami w Polsce, w czasach, gdy jest codziennością? Czymś absolutnie zwykłym jak przejazd samochodem, pociągiem, autobusem. Po pewnym czasie pojawił się kolejny komunikat, że pasażerowie tego i tego lotu mogą przejść kontrolę poza kolejnością. Wszystko byłoby fajnie gdyby ktoś to koordynował ze strony lotniska. Ale gdzież tam. Ludzie się przepychali, ale stojący w kolejce nie chcieli ich puścić. Niektórzy prosili o okazanie biletu. Okazało się, że część pasażerów oszukuje. Niewiele brakowało, aby doszło do rękoczynów. Ta szybka ścieżka okazało się zatem polem minowym. Straż Graniczna/Służba Ochrony Lotniska również nie były na tych pasażerów przygotowane. Nikt nie pomyślał, by zrobić dla nich osobne przejście, udostępnić jeden rentgen, sprawdzić bilety albo za darmo odprawić piętro wyżej. Zbyt skomplikowane. W momencie, gdy powinienem siedzieć już w samolocie, byłem ciągle 20 metrów przed kontrolą bezpieczeństwa. Jedyny temat w kolejce to bluzgi pod adresem lotniska i jego władz. Na przestrzeni kilku minut, do pasażerów lotu, których informowano, by szybko omijając kolejkę przeszli kontrolę bezpieczeństwa, dołączyły dwa kolejne loty z takim uprawnieniem, w tym mój. Fantastycznie. Okazało się, że wszyscy pasażerowie stojący w kolejce mają prawo bez kolejki udać się do kontroli bezpieczeństwa, a więc w praktyce nikt się nie ruszył. A zaraz potem, że za 50zł można się odprawić wyżej szybszą ścieżką i znowu groźba wywaleniem bagażu z samolotu. Głupota i niekompetencja osiągnęły taki poziom, że nawet nie wiem jak to skomentować. Czysta abstrakcja.

W końcu zwycięstwo, mogę łaskawie przystąpić do kontroli bezpieczeństwa. Skrupulatnego jak nigdzie na świecie. To polska specjalność. Niezmiennie twierdzę, że przeginanie w którąkolwiek ze stron jest wadą, a to co się działo było przegięciem. Do tego pomieszczenie było bardzo małe, bardzo ciasne. Niby całkiem nowy terminal, a pasażer sam musi przesuwać swój bagaż po krótkim stole. Nie ma żadnej taśmy ani rolek. Musiałem opróżnić kieszenie, z plecaka powyjmować kable, aparaty z futerałów. Zająłem pięć plastikowych pojemników, ponad połowę stołu. Ciężko to było przesunąć. A panowie strażnicy, po dwa trzy razy przepuszczali te pojemniki przez rentgen. W końcu im powiedziałem, że pasażerowie mojego lotu już kolejny raz są ponaglani i jak będą w ten sposób mnie kontrolować, to w końcu nigdzie nie polecę. To idź już pan - usłyszałem. Żadnych warunków do spakowania wyłożonych rzeczy również w Pyrzowicach nie ma, na klęczkach na podłodze się pakowałem, a moje pojemniki kopali przechodzący ludzie. W krajach trzeciego świata mają lepsze lotniska. Absolutnie traumatyczne przeżycie. Jeszcze nie zacząłem wyprawy, byłem już wściekły i zmęczony tym wszystkim! Inni też. Facet przede mną zostawił w pojemniku ładowarkę do telefonu. A kobieta za mną dowód osobisty na dnie i pobiegła. Miałaby spory problem, by potem wrócić do Polski. Udało  mi się ich przywołać zanim straciłem z oczu i oddać zguby. To efekt stresu i paniki, które wielu się udzielały.

W drodze powrotnej z Islandii przechodziłem kontrole bezpieczeństwa i na Islandii i w Niemczech. Nie było żadnych kolejek, trwały mniej niż pięć minut. W bardzo dobrych warunkach i miłej atmosferze. A samolotów w tym samym czasie odprawiano dużo więcej. Nikomu do głowy nie przyszło bym wywalał cokolwiek z plecaka pełnego kabli, aparatów w futerałach. I do takiego standardu jestem przyzwyczajony. Do katowickich standardów nie i się nie przyzwyczaję. Zastanawia mnie ta chorobliwa skrupulatność na polskich lotniskach (nie tylko w Katowicach). Obowiązują u nas takie same przepisy jak w Niemczech, na Islandii, w Wielkiej Brytanii, Hiszpanii czy Szwajcarii. A nigdzie poza polską służby lotniskowe tak mnie nie męczą. To jest wyraźny dowód, że w Polsce jest coś nie tak, coś źle funkcjonuje, ktoś chce znowu być bardziej papieski od samego papieża. Ze szkodą dla pasażerów. Przy takiej kontroli nie chodzi bowiem o żadne bezpieczeństwo tylko o nękanie podróżnych. Nie chodzi też o procedury, bo w innych krajach mają takie same, a kontrola wygląda o niebo lepiej i przyjemniej.

Ruszyłem dziwnymi wąskimi korytarzami. Na szczęście nikt nie sprawdzał dokumentów. Następnie zszedłem wąskimi schodami i stanąłem znowu w kolejce w ogromnym ścisku. Mnóstwo ludzi, bardzo ciasno. Idiotyczne wąskie labirynty i w tym samym miejscu dwie kolejki do dwóch różnych samolotów. Ludzie zgłupieli, stawali w złych. Biegali, krzyczeli. Żadnych pracowników lotniska do pomocy. Atmosfera jakby zaraz miał nastąpić koniec świata. Nie została ani chwila, by napić się koszmarnie drogiej lotniskowej kawy, nawet nie wiem czy była taka możliwość, bo moje katowickie latanie zawsze wygląda właśnie tak.

Gdy usiadłem w samolocie, byłem tak szczęśliwy, jakbym wygrał na loterii. Opóźnienie wylotu wcale mi nie przeszkadzało. Najważniejsze, że pokonałem katowicki tor przeszkód i zdążyłem na samolot. Jeszcze długo czekaliśmy na pozostałych pasażerów. Od wejścia do terminalu, do wejścia do samolotu minęły ponad dwie godziny, stania w kolejkach. Bez chwili odpoczynku.

Nie wymyślono nic szybszego niż latanie do tej pory, ale te wszystkie procedury odprawiania są uciążliwe i męczące. Pochłaniają mnóstwo czasu. Dlatego większość lotnisk stara się te uciążliwości zminimalizować na ile to możliwe. Lotnisko w Katowicach ma inną koncepcję, uciążliwości potęguję, pewnie licząc na te 50zł. Nie mniej, jakość obsługi wzbudzała taką agresję wśród podróżnych, że ostatnie na co mięli ochotę, to zapłacić dodatkowe 50zł. Chyba, że ze strachu, bo nie zdążą na samolot.

Od wylotu z Katowic nudaaaaa. Nic ciekawego do opisywania. Samolot bez problemów wylądował we Frankfurcie nad Menem. Duże lotnisko, starszawe, dużo ludzi, ale też dużo miejsca, przestronnie, pełno miejsc siedzących. Chociaż wyleciałem z Niemiec z półgodzinnym opóźnieniem, za co kilkukrotnie nas pasażerów przepraszano, to w islandzkim Keflaviku stawiłem się o czasie, około 12:30 (dwie godziny wcześniej w stosunku do Polski). Tutaj podobnie jak w poprzednim roku, żadne służby nikomu nie zawracały głowy, a bagaż szybko odebrałem z taśmy. A Swoją drogą, za ten totalny burdel na katowickim lotnisku nikt nas podróżnych nie przeprosił. Głupi jestem, że się dziwię. Przecież od lat tam się nic nie zmienia, zarządzający uważają, że taka obsługa to standard, coś normalnego i o zgrozo jest wręcz bardzo dobrze. Na szczęście przez najbliższe lata nie planuję doświadczać tego wspaniałego standardu obsługi katowickiego portu lotniczego. Będę latał z innych lotnisk.

Jestem przekonany, że gdyby odprawa na katowickim lotnisku była sprawna a nie żądano za przyśpieszoną kontrolę 50zł w promocji, gdyby można było wysadzić na lotnisku bezpłatnie pasażerów oraz odebrać, gdyby służby graniczne nie pracowały jakby prowadziły nieustający strajk włoski, to lotnisko miałoby z tego więcej pieniędzy niż z odpłatnych odpraw i pięciozłotówek za wjazd na jego teren. Jak ludzie są dobrze obsługiwani, lubią lotnisko, to z niego latają, zostawiając pieniądze. A każdy pasażer to zarobek dla lotniska. Jednak jeśli od kilkunastu lat nikt w Katowicach-Pyrzowicach na to nie wpadł, ciężko mieć nadzieję, że coś się zmieni na lepsze. Nad czym ubolewam. Chciałbym być dumny z lotniska "koło domu", chwalić go, polecać, latać z niego. To jednak niemożliwe. Łatwiej będzie się przeprowadzić w pobliże innego portu lotniczego, niż liczyć na jakieś zmiany na lotnisku w Katowicach.

Na zdjęciach m.in.: pakowanie, lotniska: w Katowicach (Polska, fot. nr 6), we Frankfurcie nad Menem (Niemcy, fot. 7-10) i w Keflaviku (Islandia, fot. 11-15).

Strona 1 z 70

nationalgeographic box

natemat.pl box

box na sierpien

BOX1

stopka plecak

LogoStopka

stopka plecak

Strona używa informacji zapisanych za pomocą… plików cookies w celu dostosowania do indywidualnych potrzeb użytkowników. Jeżeli tego nie akceptujesz zmień ustawienia przeglądarki dotyczą…ce cookies. Więcej informacji można znaleźć‡ w naszej Polityce prywatności.