a2b2

trojka 225x150

TVN box

swiatsiekreci box

pytanie na sniadanie box

DZIKUS 225x150

Podziel się

FacebookMySpaceTwitterGoogle BookmarksLinkedinRSS Feed
Grzegorz Gawlik

Grzegorz Gawlik

Na początek wybrałem się na oględziny siedziby islandzkiego prezydenta - Bessastadir - na przedmieściach Reykjaviku, w Alfanes, na niewielkim półwyspie pomiędzy Hafnarfjardar i Skerjafjardar. Ładna nadmorska okolica z widokiem na fragment stolicy. Niewielki biały pałacyk, kościół, cmentarz. Sympatycznie. Po drugiej stronie półwyspu odwiedziłem jeszcze kościół Gardakirkja i ruszyłem na wschód.

Kolejny raz dojechałem do Blue Mountains, ale nie jechałem ani do Blafjoll ani do Hveragerdi. Skręciłem w prawo na drogę nr 39 w kierunku oceanu, skręcając po pewnym czasie na parking przy jaskini Raufarhólshellir (Raufarholshellir). Planowałem tylko na chwilę zajrzeć do jaskini, ale jak to u mnie bywa, nie mogłem sie powstrzymać. By dotrzeć do jej końca. Zrobiła się z tego kilkugodzinna eksploracja. Jedyny potrzebny ekwipunek to latarka (czołówka). Już sam początek jaskini robił wrażenie. Strop zawalony w trzech miejscach, a w dziurach góry śniegu. Dałoby się wyjść po śniegu na zewnątrz. Przed wejściem do właściwej części jaskini las sopli, wiele miało metr, a nawet więcej. Raufarholshellir nie jest lodową jaskinią całoroczną, takich jest kilka na Islandii, ale wiosną można oglądać takie zjawisko, w tym roku pewnie do późnego lata. Prawdziwe lodowe jaskinie są dalej od Reykjaviku i trudniej dostępne, najwspanialszą jest Lofthellir na północy, położona w trudno dostępnym terenie.

Jeszcze niedawno islandzkie jaskinie dostępne były dla każdego, ale trwa proces ich zamykania. Lofthellir udało mi się spenetrować bezpłatnie i samodzielnie z towarzyszami podróży, ale tak naprawdę do jaskini są drzwi, zakaz samodzielnej eksploracji i jedna firma, która sie nią opiekuje i organizuje wyjazdy, pobierając 500zł za kilkugodzinną wycieczkę, z której godzina w jaskini. Droga wymaga dobrej terenówki (ale można pieszo się tam dostać) i odszukania wejścia w polu lawowym. Jaskinia Vatnshellir, o której pisałem w poprzednim wpisie, także jeszcze niedawno była dostępna dla wszystkich, ale uznano, że wejście jest niebezpieczne (pionowy korytarz) i turyści oraz grotołazi ją niszczą. Dlatego nie można jej zwiedzać samodzielnie, a jako że znajduje się obok asfaltowej drogi łatwo było zabezpieczyć wejście przed postronnymi. Podobnie miała się sprawa z Thrihnukagigur, przy czym zjazd na dół wymagał sporo sprzętu i umiejętności alpinistycznych.

Raufarholshellir jest jeszcze jaskinią ogólnie dostępną. Także znajduje się obok asfaltowej drogi, w mocniej zamieszkanym regionie Islandii i pewnie kiedyś ktoś wpadnie na "genialny" pomysł, aby  wejście zaspawać i zabiletować. Tutaj jednak będzie pewien problem, wejście do Jaskini jest dosyć duże i zaryglowanie będzie wymagało więcej pracy. Co nie przeszkadza islandzkim firmom zbijać kasy na oprowadzaniu turystów po niej i po wielu innych bezpłatnych miejscach. Wygląda to tak, za półdniową wycieczkę płaci się 50-200 euro (200-800zł) - w zależności od trasy, liczby uczestników itp. Kierowca-przewodnik zabiera ludzi w kilka miejsc. Na plażę wulkaniczną, nad jakiś klif, pęknięcie tektoniczne, wodospad czy właśnie do jaskini Raufarholshellir. Przy czym zwiedzanie jaskini kończy się na wejściu do początkowego fragmentu, przekazaniu kilku informacji, dostępnych w internecie i na tablicy przed wejściem. Koszty żadne, tylko paliwo i samochód, reszta za darmo. Ryzyko i odpowiedzialność szczątkowe. A strumień czystej gotówki płynie. I to nie małej. Można też zwiedzić całą jaskinię z przewodnikiem, cena 24000- 30000 koron (ok. 650-850zł, muszą być co najmniej 4 osoby). Wyjazd z Reykjaviku autem 4x4, mimo że cała droga jest asfaltowa, czas trwania 6-7 godzin. W cenie przewodnik-kierowca, anglojęzyczny oczywiście, kask i czołówka. Samemu trzeba zadbać o dobre buty i ciepły ubiór. I ludzie płacą. Ale nie ma się co dziwić. Jak nie mają żadnych doświadczeń górsko-jaskiniowych, a zdecydowana większość turystów na Islandii ma nikłe, boją się sami robić cokolwiek. Jak młoda para Francuzów, których spotkałem i chyba trochę też przestraszyłem wychodząc z jaskini. Mięli czołówki, dobre buty trekkingowe (chociaż adidasy też dadzą radę), polary, ale dziewczyna po wejściu 100 metrów w głąb jaskini rzekła, że się boi i nakazała swojemu chłopakowi odwrót.

W tym roku kilkukrotnie nie miałem wyjścia jak skorzystać z miejscowych przewodników i za to zapłacić, ale gdybym chciał do wszystkich pozostałych odwiedzonych miejsc udać się z wycieczkami musiałbym wyłożyć dodatkowe kilkanaście tysięcy złotych. Rok wcześniej, podczas dłuższego wyjazdu, praktycznie wszystko robiłem samodzielnie, dzięki czemu zaoszczędziłem kilkadziesiąt tysięcy złotych. To nie pomyłka. Ambitne zwiedzanie i zdobywanie Islandii z miejscowymi firmami kosztuje słono, oni marketingowo określają to często jako: Iceland extreme. A extreme - musi kosztować.

Jaskinia Raufarholshellir ma 1350-1360 metrów długości i jest trzecią co do długości jaskinią w Islandii (tunelem lawowym). Niektóre źródła podają że czwartą albo drugą. To typowa jaskinia wulkaniczna, w kanale, którym około 4600-5000 lat wcześniej płynęła lawa. Jej szerokość to 10-30 metrów, wysokość do 10m, od powierzchni znajduje się około 12 metrów, poza początkowym fragmentem, gdzie biegnie tuż pod ziemią. Na całej długości istnieje większe lub mniejsze ryzyko zawalenia stropu. Zwłaszcza w początkowej części, gdzie trzy dziury "w dachu" już są oraz pod pobliską drogą nr 39. Poruszanie się po lawowej powierzchni nad jaskinią też narażone jest na zawalenie stropu. W jaskini kręcono w 2013 roku fragmenty filmu "Noe: Wybrany przez Boga" z Anthonym Hopkinsem i Rusellem Crowe. Raufarholshellir, jako jeden z najwspanialszych przykładów lawowej jaskini, ma niezaprzeczalny atut w bliskości Reykjaviku i świetnego dojazdu. Miłośnicy tego typu form znajdą je w całej Islandii, odkrywane są nowe, aczkolwiek największe ich skupisko znajduje się w polu lawowym Hallmundarhraun w zachodniej Islandii (na północ od drogi F550 i północny-wschód od miejscowości Reykholt), gdzie znajdują się znane jaskinie Surtshellir i Vidgelmir.

Czołówka na głowę i w drogę. Początkowe 100 metrów jest jasne, za sprawą dziur w stropie, przez które napadało mnóstwo śniegu. Któż wie, czy nie dotrwają do kolejnej zimy? Początek czerwca, a śniegowe piramidy sięgały prawie stropu. W miejscu, gdzie zaczyna się właściwa część jaskini i w oddali widać czarną dziurę, za sprawą mikroklimatu powstał las sopli. W jaskini w zimie jest cieplej niż na zewnątrz, w dalszych zakamarkach pewnie przez cały rok panuje niewielka dodatnia temperatura. Do tego jest wilgotno. Ciężko zrobić zdjęcie, by zamiast pary było widać cokolwiek innego. Owe sople wyglądały imponująco. Setki, wysokie nawet na ponad metr, grube, wielu nie dało się objąć dłońmi. Lodowe stalagmity. Na ścianach jaskini oraz na stropie zauważyłem tylko pojedyncze sople. Baśniowy, rzadko spotykany krajobraz. W niektórych soplach od góry utworzyły się niewielkie zagłębienia z krystalicznie czystą wodą, do której wpadały krople wody. Pokonanie lodowego lasu łatwe nie było. Warstwa lodu pokrywała dno całej jaskini. By nie wyrżnąć na śliskim podłożu chwytałem się sopli, jeden złamałem, dwa raz się wywróciłem. Jaskinia nie jest równa, po głazach wędruje się to kilka kroków w górę, to w dół. Czym głębiej, tym lód ustępował i robiło się bardzo wilgotno. Jaskinia jest kręta, szybko znalazłem się w zupełnych ciemnościach. Miałem się przyjrzeć ścianom, lawom, głazom i zawrócić, ale nie mogłem się powstrzymać i nie dojść do końca jaskini. Bo jak to mówili w jednej części Bonda, "Świat to za mało" - po co żyć, skoro nie czujesz, że żyjesz. A ja właśnie czuję, że żyję, robiąc takie rzeczy.

Ruszyłem szybkim krokiem, chciałem o ludzkiej porze dotrzeć na pole namiotowe i wyspać się, bo kolejna noc, powrotna, nie zwiastowała wielkich szans na sen.  Jaskinia wewnątrz oferowała niezwykłe widoki. Różne kolory lawy od szarej, poprzez miedzianą i czerwoną, kończąc na metalicznej. Ta ostatnia wyglądała imponująco. Prawdopodobnie zastygła bardzo szybko i miała mocno płynny charakter. Dzięki temu jaskinia oferuje rzadkie zjawisko, niewielkich stalaktytów i stalagmitów lawowych. Na ogół mają kilka, kilkanaście centymetrów, miejscami na ścianach widziałem pionowe lawowe draperie i "zacieki". Cudo. Przy sztucznym świetle wszystko błyszczało. Na dnie znalazłem sporo kawałków takiej metalicznej lawy, bardzo lekkiej, pełnej pęcherzyków powietrza, a także fragmenty stalaktytów. Ze cztery godziny spędziłem w środku, zebrałem dwa kilo próbek lawy. Wypchałem wszystkie kieszenie. Wiedziałem, że wrócę do Polski z plecakiem cięższym niż wyjechałem, bo połowę wypełnią próbki skalne. Zjadłem dobre kilka kilo produktów spożywczych, które przywiozłem, część sprzętu i odzieży na wyprawy biorę jako ekwipunek jednorazowy (wyrzucam przed powrotem), to kolejne kilogramy, mimo to lawy nazbierałem więcej.

Jaskinia przypadła mi do gustu. Piękna, mroczna. Czasami wyłączałem światło, siadałem na kamieniu i delektowałem się krystaliczną ciemnością oraz ciszą, czasami przerywaną spadającą kroplą. Wewnątrz lodu nie było wcale, za to parno i duszno. Dno jaskini jest pełne kamieni, głazów, tam gdzie sie oberwało więcej stropu, są skalne przeszkody i jaskinia się zwęża w pionie. Są "pagórki" na trasie, zakręty i mnóstwo ciekawych miejsc dla pasjonatów geologii i wulkanologii. Nie miałem problemów z szybką wędrówką, ale dla osób niewprawionych eksploracja jaskini będzie uciążliwa. Do tego wystarczy źle włożyć nogę między kamienie i łatwo skręcić kostkę, niektóre głazy są ruchome. W końcowej fazie jaskini jest kilka krótkich bocznych ślepych korytarzy. Przepiękna jaskinia i fajny wysiłek. Prawie półtora kilometra w jedną stronę po jaskini to sporo. Droga powrotna jest taka sama. Tylko ja i jaskinia, którą kiedyś płynęła lawa o temperaturze nawet ponad tysiąca stopni Celsjusza. Wracając, czas mi sie dłużył, trochę na zasadzie końca nie widać. Ale gdy zauważyłem pierwsze lodowe oznaki wiedziałem, że jestem prawie u wylotu jaskini. Kilka chwil później dotarły pierwsze promienie dziennego światła. Kolejny raz przeszedłem przez soplowy las. Wyglądał nieziemsko, wspaniały widok. Tutaj spotkałem parę Francuzów o której pisałem wcześniej. Wrócili do auta zanim odjechałem. Na powierzchni zebrałem jeszcze kilka kawałków warkoczy lawowych i w drogę. Przestało padać, ale dominowała szarość.

Nasuwa się pytanie, czy wydać 300 euro za wizytę w wulkanie Thrihnukagigur, czy zwiedzić za darmo korytarze lawowe Raufarholshellir? Jeśli będziemy kierować się logiką, dla większości turystów nie będzie miało znaczenia, które z tych miejsc zobaczą. To dziura w ziemi i to. Tutaj lawy i tam. Podobne, ale w Raufarholshellir są ciekawsze fragmenty niż Thrihnukagigur. Fragmenty na ścianach z piękną "metalizowaną", błyszczącą lawą, naciekową, z niewielkimi stalaktytami. Do tego przez dobre pół roku u wylotu jaskini można podziwiać niezwykły las lodowych sopli. Za to zjeżdżając do Thrihnukagigur docieramy do  dna wulkanu, sztuczne oświetlenie pozwala podziwiać ogromną komorę. Na dół dostajemy się windą, zjeżdżając 120 metrów, ponoć to jedyne takie miejsce na świecie. Przy czym w obu przypadkach, to rodzaje wulkanicznych jaskiń. Thrihnukagigur docenią tak naprawdę osoby, które interesują się wulkanami, wiedzą co widzą, co w tym wszystkim niezwykłego. Zatem logika przemawia za Raufarholshellir. Jeżeli jednak włączymy marketing, szpanerstwo, to przewagę ma Thrihnukagigur - jedyna taka atrakcja na świecie, droga i snobistyczna, ludzie to kochają. Pochwalić się, że byłem, że mnie stać, kiedy prawdopodobieństwo, że ktoś ze znajomych tam będzie jest minimalne. Jak wiadomo, logika zazwyczaj przegrywa, gdy chodzi o szpan i marketing.

  • Na zdjęciach:
  • 1-2) Siedziba islandzkiego prezydenta w Bessastadir.
  • 3) U podnóża Blue Mountains, widać lokalne lotnisko.
  • 4-41) Jaskinia wulkaniczna Raufarholshellir i jej bezpośrednia okolica.
  • 42) Krzyże przed Selfoss, przy drodze nr 1, upamiętniające ofiary drogowe pomiędzy Reykjavikiem a Selfoss właśnie. Co nie zmienia faktu, że Islandia jest dosyć bezpiecznym krajem dla użytkowników dróg.
  • 43-47) Fragmenty lawy przywiezione z jaskini Raufarholshellir i okolicy.
Już podczas blisko sześciominutowego zjazdu do wulkanu Thrihnukagigur można przyjrzeć się pięknym lawowym ścianom i potędze wnętrza krateru. Zamontowanie bezpiecznej windy stanowiło nie lada inżynierskie zadanie. Nie ma takiej drugiej na świecie wożącej ludzi na dno kiedyś aktywnego krateru. Stała temperatura w środku wynosi 5-7°C, jest zrobiona niewielka ścieżka, ale jeżeli ktoś się nie boi ruchomych głazów można z niej zboczyć. Nie chodził z nami przewodnik, nikt nie przekazywał żadnych informacji. Jeden człowiek obsługiwał windę, a drugi stał w górnej części dna i tyle. Natychmiast zboczyłem ze ścieżki i zszedłem w dolne pokłady komory. Obserwowałem skały. Na głowę spadały mi krople wody. Oficjalnie, grupa na dole przebywa 30 minut, myśmy spędzili ponad godzinę. Czemu tak? Nieważne. Fantastycznie. Przebywanie na dnie wulkanu robi wrażenie, ale po pół godzinie, paru zdjęciach, moim towarzyszom z USA, odechciało się łazić po głazach. A ja szybko skakałem po nich, by zobaczyć jak najwięcej. Gdy zjechała druga grupa, pozostawiono nas z nią, dopiero gdy zjechała trzecia, nastał czas powrotu na powierzchnię. Fajne miejsce, chociaż podobne krajobrazowo do typowych jaskiń wulkanicznych. I za drogie. Nawet na Islandii z szalonymi cenami, cena 50-75 euro wydaje się właściwa. Prawie 300 euro, to przesada i to nie lekka. Ale skoro mają mnóstwo chętnych na zjazd na dół, na świecie nie brakuje zamożnych obywateli z bogatych państw, to się nie ograniczają. Islandczycy jako nacja, marketingowo radzą sobie świetnie. Potrafią sprzedać lawę na wyspie zbudowanej z lawy, leżącą dookoła, i za ogromne pieniądze sprzedać to co mają za darmo, egzotyczną surową przyrodę. Mało który naród potrafi tak słono kasować turystów, dając tak niewiele. Dzięki temu potrafią w dwa, trzy miesiące, generować zarobki, pozwalające na rok dostatniego życia. A ostatnio nauczyli się zarabiać także na zimie: Sylwester i sztuczne ognie w  Reykjaviku, zorza polarna, termalne kąpieliska pośród śniegów, off road po lodowcach i Interiorze. Nawet niewygodne pytania nie są im straszne. Jeśli sceptyk zapyta pracowników przy wulkanie Thrihnukagigur, czym różni się ich atrakcja za 300 euro od darmowej lawowej jaskini, usłyszy: Thrihnukagigur to nie wulkaniczna jaskinia jakich wiele, tutaj zjeżdżasz na dno krateru, najbardziej niezwykłej części wulkanu.

Po wyjeździe na powierzchnię, ekipa poszła na zupę, a ja zostałem. Wszedłem na wierzchołek wulkanu, 20 metrów od ścieżki. Zawsze mnie dziwi, że ludziom się tak niewiele chce i lubią być prowadzeni po sznurku. Później pobrałem sporo próbek bardzo ciekawych okazów lawy. Niektóre fragmenty zastygały w sposób nagły, na co wskazywały kształty, metaliczny kolor i liczne pęcherzyki powietrza. Większość law była bardzo lekka. Pobrałem też próbki z dna krateru. Łącznie ze dwa kilo lawy, wypchane miałem wszystkie kieszenie. Domieszka żelaza wielu okazom nadała czerwonawy kolor. Z wierzchołka podziwiałem Reykjavik oraz Blue Mountains (płaskowyż Hellisheidi). Na Islandii wystarczy się wznieść 200 metrów nad poziom morza, by znaleźć się w surowym okołopolarnym krajobrazie.

Gdy wróciłem do kontenerowej kuchni, przytulnej, ekipa zajadała się zupą. Ugotowaną na miejscu, na bogato, z mięsem i warzywami. Pyszna. Normalnie za talerz takiej zupy trzeba w Islandii zapłacić 50-60zł. Ta była w cenie wycieczki. Przy kwocie 300 euro nie mogło być inaczej. W rogu pomieszczania znajdowało się trochę pamiątek z wulkanem, ale zainteresowanych kupnem nie było. Płacić ponad 100zł za byle jaką koszulkę z napisem insidethevolcano, nie uśmiechało się ani Amerykanom ani Japończykom. Chociaż cena 100-150 zł za najtańsze koszulki z marnym nadrukiem stanowi islandzki standard.

Znaną śnieżną ścieżką ruszyliśmy w drogę powrotną do Blafjoll, "stołecznego ośrodka narciarskiego". Co do Thrihnukagigur jeszcze, minimalny wiek uczestnika wynosi 12 lat, pod wulkan można dostać się wynajętym helikopterem - całkiem popularny środek transportu na Islandii. Jak ktoś chce wydać znacznie więcej niż 300 euro od osoby może sobie zamówić prywatny zjazd do wulkanu, wieczorem po obsłużeniu nie-prywatnych grup. Jeśli masz pieniądze, duże, na Islandii nie ma rzeczy niemożliwych.

Czy można dojechać do Blafjoll własnym transportem i dojść pod wulkan samemu? Można, byleby stawić się o wyznaczonej godzinie - zgodnej z dokonaną rezerwacją, aczkolwiek preferowany jest przyjazd mikrobusem oferowanym przez organizatora. Mniej zamieszania. Z rezerwacją jest trudniej. Tylko w wyjątkowych sytuacjach można dostać się pod wulkan bez uprzedniej rezerwacji, zapłacić na miejscu, nie tylko gotówką (widziałem terminal płatniczy) i zjechać. Warunki są dwa. Wolne miejsca i przychylność obsługi. Zasadniczo należy zarezerwować internetowo albo telefonicznie wyjazd i od razu zapłacić kartą albo podać numer karty i dane potrzebne do płatności (to ostatnie rozwiązanie jest dosyć popularne w krajach nordyckich i bezpieczne, chociaż niektórzy z innych części Europy boją się, że ktoś im ściągnie z konta wszystkie pieniądze).

W Islandii jest dużo wulkanicznych jaskiń, w różnych fragmentach kraju. Sporo jest ich w okolicach Thrihnukagigur. O jednej z nich będzie w kolejnym wpisie. Istnieje też tańsza wersja, quasi wersja, wulkanu Thrihnukagigur. Naciągana historia ale dużo tańsza. Jaskinia nazywa się Vatnshellir (Water Cave) i znajduje się na krańcu półwyspu Snaefellsnes, jakieś 200 km od Reykjaviku. Bliskość Thrihnukagigur od stolicy, jest jego ogromną zaletą z punktu widzenia turystycznego. W 2014 roku zapłaciłem za godzinne zwiedzanie Vatnshellir niecałe 20 euro (2500koron). Chociaż to jaskinia wulkaniczna, którą płynęła lawa 6000-4000 lat p.n.e., znajdująca się obok krateru, to nietypowa. Oprócz poziomych korytarzy ma też pionowe. Prawdopodobnie lawa wypływała z kanału na powierzchnię, podobnie jak z krateru Thrihnukagigur. Najniższy poziom jest 35 metrów pod ziemią, poniżej poziomu pobliskiego oceanu (długość korytarzy ok. 200m). Wewnątrz są spore, wysokie komory. Thrihnukagigur turystycznie uruchomiono w połowie roku 2013 a Vatnshellir w połowie 2011 roku (w obu temperatura w lecie wynosi około +5-7°C).

Po powrocie do Reykjaviku, po 13:00, miałem jeszcze ponad dobę do opuszczenia Islandii. Postanowiłem wynająć samochód osobowy, bowiem po głowie chodziła mi pewna jaskinia niedaleko Hveragerdi. Rok wcześniej miałem okazję eksplorować kilka fajnych jaskiń, w tym Lofthellir i Vatnshellir, dlatego tą odpuściłem. Ale jej długie korytarze zachęcały do penetracji. I to za darmo. Najłatwiej auto wynająć na lotnisku w Keflaviku, ale i w Reykjaviku nietrudno. Najkorzystniej zrobić to z wyprzedzeniem, poszukać najlepszych ofert, wybór jest duży, ale tak tanio jak w Europie kontynentalnej na pewno nie będzie. W Reykjaviku jest sporo wypożyczalni, hotele i hostele pośredniczą w wynajmowaniu. Auto wypożyczymy też przy terminalu BSI, przy którym kazałem się wysadzić. Jeden punkt wynajmu jest w środku, ale tańszą ofertę miało biuro na zewnątrz. Potrzebowałem małego auta na dobę. Z ubezpieczeniem super CDW zapłaciłem 10100 koron, czyli 280zł (obowiązkowe ubezpieczenie  CDW o wartości 2300 koron na dobę obniżało wkład własny w razie wypadku albo kradzieży do  195 000 koron (ok. 1450 euro), super CDW kosztowało 2500 koron na dobę (niecałe 20 euro) i obniżało wkład własny do 25 000 koron (ok. 190 euro) i dodatkowo ubezpieczało wszelkie uszkodzenia od kamieni, popiołu, piasku, których nie obejmuje zwykłe CDW (Collision Damage Waiver), a więc uszkodzenia przedniej szyby i pozostałych, reflektorów i lusterek, uszkodzenia lakieru - to jedne z najczęstszych szkód, których naprawa z własnej kieszeni stanowi wielokrotność ubezpieczenia super CDW, lecz stanowiło skądinąd 1/4 ceny wynajęcia).

Nie wszystkie islandzkie wypożyczalnie zgadzają się na jednodobowe wypożyczenie, preferowane są dłuższe okresy. Wtedy jest też taniej. Zaoszczędzimy również gdy auto weźmiemy z lotniska w Keflaviku i tam oddamy oraz gdy wypożyczymy go poza sezonem. Czasami trafiają się promocje. Warto zarezerwować samochód z większym wyprzedzeniem i prześledzić oferty przynajmniej kilku wypożyczalni. Oszczędności uzyskane w ten sposób mogą wynieść w przeliczeniu na dobę od 1/4 do nawet 1/2 w porównaniu z jednodniowym wynajęciem auta w Reykjaviku, który musiał być dowieziony z lotniska. Uwaga, wypożyczalnie operują takimi samymi skrótami i nazwami ubezpieczeń, ale każda ma swoją politykę i różną ochronę oferują.

Auto wynajmował mi kierownik wypożyczalni, Polak z blisko 10-letnim okresem pobytu tutaj. Nauczył się islandzkiego, dorobił się fajnego stanowiska i pensji, "tutaj w Islandii 280zł to tanio, drobne" - niech te jego słowa posłużą jako odpowiedź na pytanie czy planuje powrót do Polski. Dostałem do rąk nowiutkiego huyndaia i10 z przebiegiem 5 kilometrów. W drogę, szkoda czasu. Zaczął padać deszcz.

W następnym wpisie będzie o wspaniałej jaskini wulkanicznej - Raufarholshellir.

  • Na zdjęciach:
  • 1-22) Wewnątrz wulkanu Thrihnukagigur.
  • 23-27) Okolice wulkanu Thrihnukagigur i darmowa zupa w cenie wycieczki.
  • 28) Wypożyczony samochód na ostatnią dobę pobytu w Islandii.
  • 29-33) Jaskinia wulkaniczno-lodowa Lofthellir na północy Islandii (2014 rok).
  • 34-38) Jaskinia wulkaniczna Vatnshellir na zachodzie Islandii, na jednym ze zdjęć widać lawowe stalagmity powstałe podczas zastygania lawy, a na innym kości lisa polarnego (2014 rok). 
4 czerwiec, dzień 13. Nie odpuszczałem. Intensywnie do samego końca. Jak zwykle. Moje zmęczenie, kontuzje, nigdy nie mają znaczenia - może dlatego niektórzy mówią na mnie cyborg i nikt nie ma ochoty uczestniczyć w moich wyprawach. Przyznaję, nie ma zmiłuj się - intensywny plan wyprawy jest jak rozkaz w wojsku, musi być wykonany. Żadnych wytłumaczeń nie przyjmuję.

Na pierwszą połowę dnia zaplanowałem wulkan Thrihnukagigur (Three Peaks Crater) nieopodal Reykjaviku. Wstałem prze 5:00, po czterech godzinach snu, pakowanie i w drogę, tym razem nie do BSI tylko do centrum islandzkiej stolicy. Może 4 kilometry, może odrobinę mniej. Wyjazd miał się odbyć o 8:00 z przystanku przy ulicy Laekjargata. Kolano dawało w kość, potrzebowałem je rozchodzić. Ze strony internetowej organizatora, insidethevolcano, posiadałem wydrukowaną mapkę i adres, skąd odbierze mnie autobus. Dochodząc do celu upewniłem się w biurze przewoźnika gray line, że posiadam właściwe dane. Czekając na transport, jadłem śniadanie i przyglądałem się sporej egzotycznej emigracji. Przez ulicę przewijało się sporo osób z rejonu Półwyspu Indyjskiego, wschodniej Azji i czarnej Afryki. Zamieszkiwanie przez nich na lodowej wyspie, stanowi wyzwanie. Rekompensatą są solidne zarobki.

Możliwość zjazdu do wulkanu Thrihnukagigur to jedna z najmłodszych - od lata 2013 - i najdroższych islandzkich atrakcji. W zamian spodziewałem się profesjonalizmu. Ale początek nie był najlepszy. Dobijała ósma rano, a tu nikt nie podjechał. Po Reykjaviku kursowało mnóstwo autobusów i mikrobusów przywożących ludzi z lotniska i zawożących na nie. Podszedłem do grupki kierowców, czy nie wiedzą skąd odjeżdża mikrobus do interesującego mnie wulkanu. Po chwili zastanowienia, wskazali mi ulicę Bankastraeti, prostopadłą do Laekjargata. Do pokonania miałem 150 metrów. Tam stał rząd białych mikrobusów gray line. Na jednym z nich zauważyłem za szybą od strony chodnika niewielką kartkę z napisem insidethevolcano. W ostatniej chwili zdążyłem, inaczej pojechaliby beze mnie. Organizator miał błąd na stronie internetowej, co do miejsca odbioru. Ponadto na transport wynajął zewnętrzną firmę, która użycza mu mikrobusów. Przy tak wysokiej cenie, powinni postarać się o własny transport i okleić go solidnie, jak robą inne firmy. Wtedy nawet z daleka byłoby ich widać. A tak szukaj wiatru w polu, chodź, pytaj. Pewnym usprawiedliwieniem jest, że taki mikrobus zgarnia ludzi z hoteli, byłem jedyny który wybrał, że sam stawi się na miejscu odjazdu. W pierwszej opcji to kierowca musi odszukać klientów. Nic jednak nie poradzę, że nie przepadam za hotelami czy hostelami, wolę namiot. Najlepiej w odludnych miejscówkach, takich jak koło Perlan. No i przy intensywności mojego wyjazdu, nie mogłem przewidzieć ani zarezerwować jakiegoś noclegu w Reykjaviku. Jeszcze dobę wcześniej nie wiedziałem, że będę się wybierał do wulkanu Thrihnukagigur oraz nie byłem pewien czy na noc wrócę do Reykjaviku.

Na szczęście znalazłem mikrobus i chwilę po ósmej ruszyliśmy do celu. Kawałek za Reykjavik, do ośrodka narciarskiego Blafjoll w Blue Mountains. Około 35 kilometrów od stolicy (w linii prostej ze 20). Wkroczyliśmy w zimowe warunki. Ośrodek, chociaż nieczynny, śmiało mógłby działać, większość tras pokrywała gruba warstwa śniegu. Przewodnik opowiadał, że ma 30 lat i jeszcze takiej zimy nie widział jak ta ostatnia. Nigdy o tej porze nie było tutaj tyle śniegu. Do pokonania mięliśmy trzy kilometry pieszo, pieczołowicie wyznaczoną wąską ścieżką, jeszcze w budowie. Normalnie o tej porze, na początku czerwca, nie powinno być na niej śniegu, tylko wędrówka po polu lawowym. Tym razem, 75% trasy przebiegało po mokrym, miejscami kopnym śniegu (wysokość ok. 500m n.p.m.). Większość uczestników wycieczki nie była na to przygotowana. W jednej grupie może być do 15 osób, i prawie tylu nas było. Japończycy, Amerykanie, Australijczycy, Niemiec i jak się później okazało Polak pracujący w Danii w przemyśle okrętowym, będący akurat na robocie w Islandii. Jak sam przyznał, gdyby był Polakiem pracującym w Polsce, nigdy na taką wycieczkę do wulkanu nie byłoby go stać. To nie przypadek, że na wszystkich drogich wycieczkach na Islandii próżno szukać Polaków. Sami Islandczycy mówią, że sporadycznie jest na nich ktoś z Polski. Nie ma się co dziwić. Taka wycieczka do Thrihnukagigur, półdniowa, to koszt 39 000 koron od osoby czyli w zależności od kursów walutowych 1100-1150zł (prawie 300 euro). Miesięczne minimalne wynagrodzenie netto w Polsce (nikt z Islandczyków ani z moich rozmówców z krajów świata Zachodniego nie wierzył, że minimalne miesięczne wynagrodzenie może być dużo mniejsze niż u nich tygodniówka).

Moja chęć zobaczenia tego miejsca była trochę pogmatwana. Z jednej strony jest to wulkan, stąd moje zainteresowanie. Z drugiej strony, oglądając zdjęcia i materiały filmowe z wnętrza (m.in. National Geographic), widoki nie różniły się od tych, jakie oglądałem w kilku jaskiniach wulkanicznych na Islandii. Penetrowanych bezpłatnie albo za cząstkę wspomnianej przed chwilą kwoty. Dlatego od początku wiedziałem, że Thrihnukagigur nie jest warte tej wygórowanej ceny. I chciałem to potwierdzić. Zachęcał mnie też do odwiedzin, i to dwukrotnie, Leszek Cichy (himalaista). Przed wylotem na Islandię przyjrzałem się sprawie. Przekonania nie miałem. Decyzję podjąłem w ostatniej chwili, rzutem na taśmie. Okazało się, że są problemy z miejscami, tak dużo jest chętnych do wydania 300 euro. Wulkan Thrihnukagigur dostępny jest jedynie w miesiącach letnich. Tym co przeważyło szalę, była pewna osobliwość tego miejsca. Większość jaskiń na Islandii, wszystkie są pochodzenia wulkanicznego, to po prostu kanały, którymi płynęła lawa, pozostawiając po sobie pustkę - gdy przepłynęła. Są to poziome dłuższe i krótsze korytarze, w zależności czy zawalił się strop czy nie. W większości są płytko pod powierzchnią ziemi i odkrywa się je przez przypadek. Dzięki dziurze albo zawalonemu fragmentowi stropu. A Thrihnukagigur to coś zupełnie innego. To wulkan z jaskinią w kraterze, szczelinowym. Często lawa zastyga w kraterach, kruche skały zwalają się do środka, a tutaj pozostała pustka. O wysokości około 200 metrów. Dzięki zamontowanej specjalnej windzie, można zjechać na dół. Do wnętrza wulkanu. Islandczycy twierdzą, że to jedyne takie miejsce na świecie. Absolutnie wyjątkowe. A to musi kosztować. Rzeczywiście, znaleźć się wewnątrz wulkanu, z którego kilka tysięcy lat temu buchała lawa, jest ekscytujące. Zwłaszcza dla takiego maniaka wulkanicznego jak ja. Tylko ta cena.

I właśnie temu zagadnieniu poświęcę kilka zdań. Na wszystkie płatne eskapady podczas tej wizyty na Islandii otrzymałem zniżki od 10 do 50 procent. Nie mogę zdradzić mechanizmów tych największych obniżek, bo zostałem poproszony o dyskrecję. Ale pokazuję, że jest taka możliwość. Zazwyczaj zwykłe zapytanie o zniżkę pozwala uzyskać rabat 10 procent. Co przy islandzkich cenach jest odczuwalne. Większe też czasami można w ten sposób uzyskać, aczkolwiek mnie pomagało powoływanie się na realizowany PROJEKT 100 WULKANÓW albo pytanie typu co musiałbym zrobić, aby dostać 30 albo 50 procent zniżki? Bez wątpienia plus stanowiła pora roku, jeszcze przed głównym sezonem. W lecie Islandczycy mają mniejszą chęć do dawania zniżek, bo nie muszą. Klientów nie brakuje. Oczywiście, nie dotyczy to wszystkich atrakcji. Zwyczajowo są duże zniżki dla dzieci (aczkolwiek są pewne ograniczenia wiekowe, ze względu na skalę trudności czy niebezpieczeństwa eskapady), mniejsze dla starszych. Grupa również może powalczyć o spory rabat. Działając w pojedynkę jak ja, trzeba się nieraz cieszyć z samej szansy realizacji wyjazdu, dołączenia do grupy. Przy większej liczebności, karta przetargowa ulega diametralnej zmianie. Także za rezerwację kilku wyjazdów z tą samą firmą mamy szansę na spore obniżki cen. Dlatego nie bójmy się pytać o zniżki i rabaty, nie tylko na Islandii.

Poruszałem się ponownie ze swoim dobytkiem, czyli dużym plecakiem. Zostawiłem go w  jednym z budynków ośrodka narciarskiego Blajfoll. Kierowca wracał do Reykjaviku, odebrać miał nas inny. Ruszyliśmy do wulkanu, po dosyć płaskim terenie. Sporo chmur nad głowami, ale i czasami słońce. Niecałe pięć stopni Celsjusza na termometrze. Szczupli Japończycy dotrzymywali kroku, otyli Amerykanie, zostali gdzieś daleko w tyle. Przed niewielkim stożkiem wulkanicznym postawiono kilka kontenerów, w których między innymi kuchnia i pomieszczenie na sprzęt. Na dół zjeżdża się w 5-6-osobowych grupach. Trafiłem do pierwszej. Ale wpierw bezpłatna kawa, potem ubranie uprzęży, kasku i czołówki. I w drogę, kawałek pod górę, w dolnym fragmencie pomiędzy śnieżnymi zaspami. Chociaż otwór do krateru w którym zamontowano windę jest niewielki, to w dole jest potężna komora. Wpięcie do systemu bezpieczeństwa na wypadek zerwania windy (praktycznie nieprawdopodobne) i zjazd 120 metrów w dół.

Wulkan Thrihnukagigur - kolejna wspaniała nazwa - znaczny miej więcej Krater Trzech Szczytów. Dlatego, bo wulkan ma trzy kratery, a tak naprawdę trzy szczeliny. Wulkany szczelinowe, niezbyt częste, to "specjalność" Islandii. Thrihnukagigur ostatni raz wykazał się aktywnością ponad 4000 lat temu i nic nie wskazuje, by miał się obudzić. Pomimo, że w okolicy są aktywne wulkany. Wierzchołek wznosi się około 35m nad płaskowyż - jakieś 550m n.p.m. - aczkolwiek od strony Reykjaviku jest koniec masywu Blue Mountains i świetna panorama. Otwór do krateru ma wymiary zbliżone do 4 x 4 metry (50x70m na dnie). W komorze zmieściłyby się trzy pełnowymiarowe boiska do koszykówki, a na wysokość - od dna krateru - półtora najsłynniejszego islandzkiego kościoła Hallgrimskirkja, albo prawie trzy Statuy Wolności z Nowego Jorku, bez cokołu. Przy czym zasadnicza część dna znajduje się 120-130 metrów pod ziemią, a gdyby uwzględnić najniższy wąski punkt położony około 200 metrów pod ziemią, zmieściłoby się jeszcze więcej tych budowli.

Dzięki temu, że lawa po erupcji prawdopodobnie odpłynęła kanałami w dół masywu, mamy możliwość zobaczenia serca wulkanu. Inna teoria mówi, że lawa zastygła w jego ścianach, lecz ta pierwsza wydaje się pewniejsza. Nie należy się obawiać ponownej erupcji, lecz erozja robi swoje. Nie można wykluczyć, że ściany i strop kiedyś się zawalą (kiedyś może oznaczać tysiące lat). Wtedy owa atrakcja przestanie istnieć. Oby w tym czasie nikogo nie było w środku.

  • Na zdjęciach:
  • 1-5) Reykjavik.
  • 6-13) Ośrodek narciarski Blafjoll i droga do wulkanu Thrihnukagigur (Blue Mountains).
  • 14-21) Bezpośrednia okolica  i masyw wulkanu Thrihnukagigur.
  • 22-38) Wulkan Thrihnukagigur.
Dzień 12, 3 czerwca. W nocy minimalna temperatura na zewnątrz namiotu wyniosła +1°C, wewnątrz +3°C. Wstałem o 5:30, tradycyjnie: pakowanie, śniadanie i spacer do terminalu BSI. O 7:00 miałem zostać odebrany, pogoda dopisywała. Miałem oczekiwać mikrobusu a podjechał samochód osobowy z wypożyczalni. A w nim przewodnik-kierowca Ottur. Pojechaliśmy pod hotele pozostałych uczestników. Szwedzkiej pary i dziewczyny z Kanady. Czekało nas 150km podróży. Eyjafjallajokull widzieliśmy już z Blue Mountains za Reykjavikiem, taka była przejrzystość powietrza. Słoneczna, ciepła pogoda. Czym bliżej celu tym nad naszą górą zbierało się więcej chmur. Po drodze zatrzymaliśmy się na hot-doga przy stacji benzynowej, ale szybko uciekliśmy, gdy podjechał autobus z japońską wycieczką. 40 ludzi zwaliło się do małego sklepiku i toalet. Przystankiem końcowym było miejsce zwane Seljavellir. Poza mną i przewodnikiem pozostali nie mieli górskiego doświadczenia, a na Eyjafjallajokull wybrali sie za sprawą sławy wulkanu po erupcji z 2010 roku.

Przewodnik dał ekipie sprzęt wspinaczkowy, używałem swojego. Nie mięliśmy rakiet śnieżnych, bardzo by się przydały. Prawie bezwietrznie, bardzo ciepło, słonecznie. Taki był początek wędrówki, rozpoczętej o godzinie jedenastej z groszami, z wysokości 65m n.p.m. Korzystałem z firmy trek.is, to był pierwszy ich wyjazd na Eyjafjallajokull w tym roku. Cena regularna to 40 000koron (ok. 1200zł). Szliśmy bardzo wolno, panie nie dawały rady. Ja z kolei nie potrafiłem iść tak wolno i robić co dziesięć minut pięciominutowy postój. Martwiło mnie takie tempo. Wyprzedziłem ekipę i co jakiś czas czekałem na nich. Przed śniegiem zarysowana była ścieżka, później ślad się urwał. A stała pokrywa śnieżna zawitała na 500m n.p.m. Mokry śnieg, pod nim mokre mchy, potoki, błoto. Zapadaliśmy się. Buty szybko przemokły w takich warunkach. Na  800m n.p.m. wkroczyliśmy na lodowiec, wiążąc się liną. Płaski masyw pozbawiony był stromych podejść. Do pokonania mięliśmy 20 kilometrów tam i z powrotem. Pogoda serwowała wyborne widoki na Atlantyk, oraz dobrze mi znane wyspy Vestmannaeyjar i skały Dyrhólaey. Ottura zadziwiła regularna zima o tej porze roku.

Młoda kanadyjka i szwedka w średnim wieku, pisząc delikatnie, nie przygotowały się do aktywnych wakacji. Od wielu miesięcy nie zaznały aktywności sportowej, za to miały bliski kontakt z cukierniami. Szwedka co chwilę chciała postojów i wolniejszej wędrówki. Na twarzy kanadyjki rysowało się cierpienie. Nie jestem osobą szybko chodzącą po górach, ale ta wolna wędrówka i częste postoje strasznie mnie męczyły. Ludzie powinni mieć trochę instynktu samozachowawczego i nie wybierać się na taką górę kompletnie bez kondycji. Do pokonania w końcu było około 1625m różnicy poziomów (w tym ok. 50m zejść i podejść na trasie), to więcej niż z Palenicy Białczańskiej na Rysy. W Palenicy znajduje się parking przed trasą do Morskiego Oka. Na najwyższy szczyt Polski jest stąd około 1500m różnicy poziomów. W tej historii jest jednak coś absurdalnego. Gdyby nie te dwie nieprzygotowane do wycieczki kobiety, nie byłoby wycieczki. Tak naprawdę powinienem być im wdzięczny. Przy dwóch osobach firma odwołałaby wyjazd na Eyjafjallajokull albo zażądała dużo większych pieniędzy.

Podczas zakładania uprzęży i wiązania się liną zrobiłem dokładnie ten sam manewr co na Hvannadalshnúkur. Dopilnowałem, aby być zaraz za przewodnikiem. Z braku zaufania, albo inaczej, z obawy, że gdy przyjdzie zła pogoda, przewodnik będzie chciał abyśmy zawrócili. Przy czym wiedziałem, że pogoda w partii szczytowej o tej porze dnia się zepsuje. Taka jest specyfika Islandii. Od związania z liną pokonaliśmy trzysta metrów bez odpoczynku, ale niezbyt szybkim tempem, Przewodnik nas bardzo chwalił. Wielka mi rzecz, ale dla pań pewnie taka była. Nad głowami zebrało się sporo chmur, owładnęły partię szczytową. Po dziesięciu minutach dalszego marszu Ottur poinformował nas, że jak wejdziemy w chmury i nic nie będzie widać, to zawracamy, bo nie ma sensu wchodzić na szczyt na którym brak widoczności. Trójka uczestników przytaknęła, ja milczałem. Nie było takiej opcji, choćbym miał na wierzchołek dotrzeć sam. Jeżeli warunki pogodowe zmuszają do odwrotu, w porządku, jeśli lenistwo i pójście na łatwiznę przewodnika, nigdy w życiu. Na około 1400m n.p.m. weszliśmy w gęste chmury, zaczął sypać śnieg. Było jednak ciepło i prawie bezwietrznie. Dobre warunki. Nasz przewodnik twierdził co innego i proponował odwrót. Prawie weszliśmy, to duży sukces, powinniśmy być zadowoleni - przekonywał. Nie wnerwiaj mnie człowieku - pomyślałem. To tak jakby olimpijczyk po igrzyskach skomentował swój start: prawie wygrałem, szło świetnie, ale ostatecznie nie dobiegłem do mety. To ma być sukces? Nie, to klęska! Tego dnia jej nie przewidywałem. Krótko stwierdziłem, nie marnujmy czasu, chodźmy. Pogoda jest w porządku. Kobiety ledwo żywe milczały, chwała im, jeszcze bardziej cieszyła reakcja Szweda. Spytał po raz n-ty, jak daleko jeszcze, spojrzał na GPS i stwierdził, chodźmy dalej, jest ciepło, nie wieje. Przewodnik nie miał wyjścia, tak samo jak tydzień wcześniej jego kolega na Hvannadalshnúkur. Sprawnie dotarliśmy na skraj krateru przy minimalnej widoczności. Stanęliśmy pod skałką. Na dostępnych zdjęciach w necie, letnich, widać, że praktycznie jest bez śniegu, czarna. Teraz cała zawalona śniegiem i lodem. Ani centymetra skały na wierzchu. Jesteśmy na szczycie - słyszę. Nie jesteśmy - odpowiedziałem przewodnikowi. Posiadane zdjęcia i współrzędne geograficzne temu zaprzeczają. Najwyższy punkt jest na tej skale, tam musimy dojść. Ale jakie to ma znaczenie, nic nie widać? Dla mnie zasadnicze. Szwed też był za, kobiety, że się wypną z liny i poczekają tutaj. Ostatecznie jednak poszły z nami. Skała pokryta śniegiem i lodem była śliska, ale po kilku minutach stanęliśmy na właściwym szczycie, chwilę po 16:00. O to chodziło. Ale zimno, sypiący śnieg, odrobina wiatru powodowały, że kobiety naciskały - chodźmy już. Po niecałych 10 minutach ruszyliśmy w drogę powrotną.

Skalny wierzchołek Eyjafjallajokull, położony nad skrajem krateru, o tej porze roku pokryty śniegiem mierzy według różnych danych(w tym z przed erupcji 2010): 1610m, 1640m, 1651m, 1666m. Mój GPS pokazywał 1637-1640m n.p.m. z dokładnością do 5m. Temperatura minimalna wyniosła minus 1°C. Sroga zima i upływ czasu, skryły wydarzenia z 2010 roku. Ponadto chmury i niewielka widoczność, opad śniegu. Na wierzchołku Eyjafjallajokull staje jeszcze mniej ludzi niż na Hvannadalshnukur. Przewodnik mówił, że może 100, może 200, może mniej. Wspomniał o możliwości dostania się w jego okolice specjalnym samochodem terenowym z radarem wykrywającym szczeliny. Trasą od strony Reykjaviku. Koszt znacznie większy niż pieszej wycieczki. Taką atrakcję można zaznać na kilku islandzkich lodowcach. Przykładowe ceny: za godzinną jazdę po lodowcu trzeba zapłacić 15000-20000 koron (400-550zł), przy czym wymagany jest limit osób, aby cena pozostała aktualna, na przykład czterech osób. Przy większej liczbie godzin cena trochę spada, ale trzeba doliczyć też dojazd pod lodowiec. Taka całodniowa wycieczka na Eyjafjallajokull, specjalnie przygotowanym samochodem, to nawet kilkukrotny koszt pieszej wycieczki, która i tak do tanich nie należy. 

Bardzo fajnie, że udało mi się stanąć na wierzchołku Eyjafjallajokull i zobaczyć  na przestrzeni dwóch lat oba miejsca erupcji z 2010 roku. Mało kto miał taką okazję i tyle determinacji. Liczyłem na szybką wędrówkę w dół. Zawiodłem się jednak. Panie nie potrafiły iść szybko i prosiły tylko o wolniej i wolniej. A gdy rozwiązaliśmy się z liny, nastała strefa kopnego śniegu, w którym zapadaliśmy się po kolana, czasami głębiej. Podczas wchodzenia na Eyjafjallajokull zarezerwowałem sobie wejście do wulkanu Thrihnukagigur na dzień następny. Jedną z najnowszych atrakcji Islandii, dosyć niezwykłą. Ottur częstował nas suszoną rybą. Nie przepadam, ale kawałek zjadłem. W krajach z licznym dostępem do wód, jest charakterystyczną "potrawą". Poniżej wysokości 1300 metrów pogoda się znacznie poprawiła, ale tak dobra jak o poranku nie była. Wolno ale wróciliśmy do samochodu. Wejście nam zajęło 5 godzin, pobyt w rejonie wierzchołka około 30 minut, zejście 2,5 godziny. Czułem się bardzo dobrze. Może za wyjątkiem prawego kolana, które sobie trochę skręciłem dzień wcześniej w kamieniołomie. Taki drobiazg nie mógł mi w niczym przeszkodzić. Gdy noga się rozchodziła ból stawał się znacznie mniejszy, najgorzej było o poranku. Po ponad dwóch tygodniach wróciła do stanu z przed kontuzji.

Ekipa runęła na trawie obok samochodu. Żywe trupy. Zwłaszcza kobiety. Przebrali zaraz skarpetki, założyli lżejsze buty. Ja musiałem pozostać w dużych chlipiących trekach. Przerabiałem to tysiące razy i dziesięć razy tyle jeszcze przerobię. Standard. W Seljavellir znajduje się niewielkie kąpielisko termalne, bezpłatne, na końcu doliny. Warto je odnaleźć. Piękna sceneria, niewiele ludzi i nie trzeba płacić, a to wyjątek od reguły na Islandii. Istnienie termalnych źródeł związane jest z aktywnością wulkanu Eyjafjallajokull.

Rano ustaliliśmy, że w drodze powrotnej na chwilę odwiedzimy Seljalandsfoss, jeden z ciekawszych islandzkich wodospadów, który można obejść dookoła (o islandzkich wodospadach pisałem: 10 islandzkich wodospadów, które musisz zobaczyć). Spada z wysokiej skały (ok. 60m), a za nim jest grota. Rok wcześniej spędziłem trochę tutaj czasu, moi towarzysze nigdy go nie widzieli. Ale wracając powiedzieli, że są ledwo żywi i mają gdzieś wodospad. Ja nie zamierzałem przepuścić okazji. Pogodę miałem lepszą niż ostatnio. Reszta nie wyszła nawet z samochodu i po kilku minutach już trąbili na mnie. Rozkoszowali się tym, co zrobią gdy wrócą do hotelu. Gorący prysznic, wygodne łóżko, dobra kolacja w restauracji. Mój program na wieczór był równie atrakcyjny. Przejdę dwa kilometry z plecakiem na wzgórze, rozbiję w zagajniku namiot pomimo uszkodzonego kolana, coś zjem i pójdę spać, bo tradycyjnie następnego dnia czekała mnie wczesna pobudka. Trójka moich towarzyszy spała aż do samego Reykjaviku, trochę pogadałem z Otturem. Pracuje sezonowo jako przewodnik, a przez resztę roku ima się różnych prac. Przed Reykjavikiem świetnie prezentował się wulkan Snaefellsjokull na półwyspie Snaefellsnes, w linii prostej oddalony o blisko 150km. To nie częsty obrazek. Wydawało się, że jest on na wyciągnięcie ręki. Półwysep Snaefellsnes miałem okazję eksplorować w 2014 roku, aż po najdalej wysunięty skrawek, dwa dni wcześniej również na nim przebywałem.

Wysiadłem koło BSI, pożegnaliśmy się, nabrałem wody do butelek w toalecie. Cieszyłem się, że ekipa dała radę, wyjazd doszedł do skutku, ale trochę umęczyli mnie. Nie nawiązaliśmy tak fajnej relacji, jak z ludźmi na Hvanndalshnukur, którzy ludźmi gór też nie byli. Panie dzielnie walczyły, szacunek, ale kompletnie się nie przygotowały na tą wycieczkę. Szwed z kolei, był strasznie upierdliwy. Ponad pięćdziesiąt razy pytał przewodnika jak daleko jeszcze i czy to co widzi to już wierzchołek, do którego jeszcze był hektar i znajdował się poza naszym wzrokiem. Gadał, pociskał jakieś pierdoły, ale będąc zadbanym fizycznie i sprawnym, szedł tak jak trzeba.

Podróżowałem z całym swoim dobytkiem, stąd z BSI czekał mnie marsz z kompletem rzeczy na moje noclegowe miejsce koło Perlan (Pearl). Było świetne i za darmo. W przeciwieństwie do marnego pola namiotowego w Reykjaviku. Do celu dotarłem przed 23:00, ponad godzinę później kładłem się spać. Budzik nastawiłem na 5:00. W nocy minimalne temperatury były następujące: +8°C w namiocie i +6°C na zewnątrz.

Na zdjęciach: druga część zdobywania Eyjafjallajokull, w tym wierzchołek 1640m (miejsce erupcji 2010) i powrót do Reykjaviku. Także wodospad Seljalandsfoss oraz zdjęcia z 2014 roku: lodowiec Gigjokull, przełęcz Fimmvorduhals, stożki wulkaniczne Magni 1075m & Módi 1040m (miejsce erupcji 2010).

Kontrowersyjny tytuł? Do wiosny 2010 roku byłby wręcz idiotyczny. Hekla dotychczas nosiła miano najbardziej znanego wulkanu na Islandii. Może komuś obiły się o uszy nazwy wulkanów: Laki czy Katla albo Askja. Głośne swego czasu były: erupcja wulkanu Surtsey, kiedy narodziła się wyspa o tej samej nazwie i pobliska erupcja wulkanu Eldfell, która zniszczyła część miasta Vestmannaeyjar na wyspie Heimaey. Sympatycy wulkanów mogli słyszeć o najaktywniejszym wulkanie pod lodowcem Vatnajokull - Grimsvotn, a miłośnicy Juliusza Verne w powieści "Podróż do wnętrza ziemi", o wulkanie Snaefellsjokull.

Od wiosny 2010 jest nowa wulkaniczna "gwiazda" na Islandii, nazywa się Eyjafjallajokull (masyw Eyjafjoll). Chociaż mało kto potrafi wymówić nazwę, ludzie kojarzą rok i islandzki wulkan z trudną nazwą, który narozrabiał. Jego potężna i niespodziewana erupcja doprowadziła do odwołania ponad 100 tysięcy lotów i strat linii lotniczych wynoszących ponad 1,5 miliarda dolarów, a wliczając straty portów lotniczych i innych firm z tego segmentu - około 2 miliardów dolarów. Problemy dotknęły około 10 milionów pasażerów. Erupcja wulkanu spowodowała, iż wielu oficjeli, w tym głów państw oraz premierów, nie mogło przybyć na pogrzeb prezydenta Lecha Kaczyńskiego i jego małżonki, którzy zginęli wraz z pozostałymi dziewięćdziesięcioma czterema członkami delegacji i obsługi samolotu, na skutek katastrofy lotniczej w rosyjskim Smoleńsku 10 kwietnia 2010 roku. Loty uniemożliwiał popiół wulkanicznych unoszący się w przestrzeni powietrznej nad Europą i Ameryką Północną.

O Eyjafjallajokull trąbiły wszystkie środki masowego przekazu na całym świecie. Wulkan zyskał ogromny rozgłos, warty miliardy dolarów. Tyle trzeba zapłacić, by zagościć na czołówkach gazet, czerwonych paskach, w licznych artykułach, programach, komentarzach. Nie od dziś jednak wiadomo, że media lubią wybuchowe i śmiertelnie groźne wydarzenia. Nic tak nie przyciąga ludzi do ekranów i gazet.

Jakkolwiek nazwa wydaje się trudna do wymówienia, jest jedną z łatwiejszych islandzkich nazw. Eyjafjallajokull należy czytać Ejjafjatlajokutl, a tłumaczyć tak: Eyja znaczy wyspa, fjalla - góra, jokull - lodowiec. Jak spojrzymy na wulkan, zrozumiemy skąd się wzięła.

Na Islandii kandydatów do erupcji co roku jest kilku, ale nikt nie zaliczał do nich Eyjafjallajokull, który przed 2010 rokiem wybuchł w latach 1821-1823. Wszyscy raczej spodziewali się erupcji Hekli, która średnio co około 10 lat dawała znać o sobie. Ma już spore opóźnienie. Grimsvotn także daje regularnie znać o sobie, chociaż niektóre erupcje są jedynie podlodowcowe. Ostatni raz miało to miejsce w 2011 roku, tak samo jak w przypadku Katli, kandydata do wielkich erupcji, sąsiada Eyjafjallajokull. Ostatnie trzy erupcje Katli w latach: 1955, 1999 i 2011 - są niepotwierdzone. Przypuszcza się, że były niewielkie, podlodowcowe. Ostatnia potwierdzona miała miejsce w 1918 roku. Potężna. I takiej spodziewają się islandzcy wulkanolodzy. Tutejsze wulkany nie wybuchają z dużą częstotliwością, za wyjątkiem Hekli i Grimsvotn. Niektóre dają znać o sobie raz na kilkaset lat, inne raz na sto. Nic nie wskazuje, by Eyjafjallajokull miał znowu wybuchnąć, ale nic nie jest wykluczone.

Od erupcji w 2010 roku Islandia i jej wulkany stały się modne. Dlatego erupcja systemu wulkanicznego Bardarbunga z lat 2014-2015 zajęła poczesne miejsce w mediach, mimo że nie zagrażała ani lotnictwu (minimalnie w rejonie erupcji) ani ludziom (wcale), bo wulkan położony jest głęboko w islandzkim Interiorze, niezamieszkałym. Gdy budził się do erupcji w sierpniu 2014, znajdowałem się w jego pobliżu. Gdyby nie Eyjafjallajokull kilka lat wcześniej, media nie zainteresowałyby się Bardarbungą, który skądinąd wyrzucił ze szczelin sporo lawy. Jego erupcja znajdowała się daleko od zlodowaconego wierzchołka o wysokości 2005m n.p.m. Większość wulkanu jest pod lodowcem Vatnajokull.

Islandczycy mówią, że wulkany u nich wybuchają średnio co około 5 lat, ale częstotliwość ta uległa zaburzeniom. W ostatnim piętnastoleciu potwierdzone zostały cztery erupcje. Wszystkie spektakularne. Jak na liczbę tutejszych wulkanów liczba erupcji nie jest imponująca. Są miejsca na świecie z dużo większą częstotliwością wybuchów, chociażby w Indonezji.

Erupcja Eyjafjallajokull w 2010 roku była trochę nietypowa. Wpierw doszło do niewielkiej erupcji wylewnej na przełęczy Fimmvorduhals, wysokości do ok. 1100m n.p.m. (lawa płynęła w dniach 20 marzec - 12 kwiecień). Nawet sądzono, że jest związana z systemem wulkanicznym Katli. Przełęcz znajduje się pomiędzy nią a Eyjafjallajokull. Wyraźny kawałek od centralnych kraterów. Ta niewielka erupcja doprowadziła do powstania dwóch stożków wulkanicznych: Magni 1075m i Módi 1040m. Lawa wypływała także ze szczelin, kierując się na północ. Fimmvorduhals jest szeroką przełęczą, kilkukilometrową, trochę w górę, trochę w dół, położona pomiędzy czapami lodowymi Myrdalsjokull (ok. 595km2, czwarty lodowiec w Islandii) i Eyjafjallajokull (ok. 78km2). Erupcja miała miejsce w jej północnej części. Odwiedziłem to miejsce w 2 sierpnia 2014 roku (od Basar na północy poprzez miejsce erupcji 2010, Magni & Módi, pole lawowe, po schroniska Fimmvorduskali i Baldvinsskali od strony Skógar). Mimo upływu ponad 4 lat, lawa parowała, a dziesięć centymetrów pod powierzchnią miała 200°C. A pamiętajmy, że to rejon o sporej wysokości jak na Islandię, gdzie niskie temperatury, a przez większość roku pokrywa śnieżna, po sąsiedzku lodowce. Oto filmy z tego miejsca Fimmvorduhals-Eyjafjallajokull-wersja dłuższa i Fimmvorduhals-Eyjafjallajokull-wersja krótsza.

W dniu 14 kwietnia 2010r., osiem kilometrów na zachód od stożków Magni i Módi, doszło do potężnej erupcji z krateru głównego, eksplozywnej. Miejscowa ludność opowiadała mi, że rejon Eyjafjallajokull miał podwyższoną aktywność już pod koniec 2009 roku. Dużo mikrotrzęsień ziemi plus większe wstrząsy, zwiększona temperatura. Ponoć dopiero pół godziny przed główną erupcją miejscowi wulkanolodzy byli pewni, że nastąpi. To pokazuje, jak nadal wulkany są nieprzewidywalne, dla nas ludzi. Jedni z najlepszych wulkanologów na świecie, nie byli wstanie przewidzieć erupcji Eyjafjallajokull po blisko dwustu latach uśpienia. Imponująca erupcja zakończyła się 22 maja, aczkolwiek za jej definitywny koniec przyjęto 23 czerwca 2010 roku. Miała siłę VEI 4. VEI - indeks eksplozywności wulkanicznej jest otwarty, ale największe zanotowane erupcje miały siłę VEI 8 (więcej niż 1000km3). W ostatnim milionie lat były takie trzy (Taupo, Toba, Yellowstone). VEI 4 to erupcja o sile większej niż 0,1km3 i nie przekraczającej 1km3 (objętość wyrzuconych materiałów piroklastycznych, w tym popiołów), erupcja typu Pelean lub Plinian(Vesuvian), wyrzucająca gazy i popioły na wysokość 10-25km, trwająca kilka miesięcy-rok. Takie są cechy erupcji o tej sile. Skalę VEI wymyślili naukowcy z uniwersytetu na Hawajach.

Na skutek erupcji lodowiec został częściowo zniszczony, w tym dotychczasowa główna droga wejściowa na wierzchołek od strony północno-zachodniej. Erupcja spowodowała również gwałtowne topnienie lodu i śniegu, a więc powódź. Przed najniżej schodzącym jęzorem lodowcowym Gigjokull powstało spore jezioro (filmy: lodowiec Gigjokull i droga do Thorsmork). Wulkan wyrzucił 0,7-0,8km3 materiałów piroklastycznych (tephra). Rannych ani ofiar śmiertelnych nie było, co raczej nie dziwi, bo okolica jest słabo zamieszkana. Popiół który osiadł w okolicy utrudnił wypasanie owiec, sprawił trudności osobom z chorobami dróg oddechowych czy płuc i wymusił wielkie sprzątanie. Największe reperkusje odczuło lotnictwo. Popiół z wulkanu dotarł do większości Europy, części Ameryki Północnej, fragmentu Azji. Wpływ na wielkość popiołów miał fakt erupcji z pod lodowca. Woda oraz para wodna doprowadziły do rozdrobnienia materiałów piroklastycznych, popiół i drobinki krzemionki oraz wiatry zmusiły do zamknięcia przestrzeni powietrznej na ogromnym obszarze (począwszy od 14 kwietnia). Popiół np. osiadł na samochodach w Wielkiej Brytanii. Pod koniec kwietnia spora część przestrzeni powietrznej została otwarta, a producenci silników lotniczych głowili się nad ustaleniem ile wulkanicznych cząsteczek i jakiej wielkości w powietrzu szkodzi ich produktom. Od zamachów w USA z 11 września 2001 roku nie było takich reperkusji w światowym lotnictwie. Gdyby nie one, Eyjafjallajokull nie odniósłby takiej sławy.

Obie erupcje z roku 2010 - na przełęczy Fimmvorduhals i z krateru szczytowego Eyjafjallajokull pochodzą z tych samych komór magmowych. Nie jest to jedna komora jak pod Katlą, tylko seria poziomych tuneli wypełnionych płynna magmą. W roku 2010 znalazła dwa ujścia, które skutkowały dwoma erupcjami w dwóch różnych miejscach.

Rok wcześniej udało mi się przyjrzeć miejscu erupcji w rejonie przełęczy Fimmvorduhals. Teraz pojawiła się okazja osiągnięcia wierzchołka Eyjafjallajokull (około 1610-1660m n.p.m.), na skraju krateru. Gdyby doszło w momencie przebywania tam do erupcji, nikt by nie przeżył, ale ryzyko było minimalne. Przez pięć lat śnieg i odbudowujący się lodowiec ukrył zniszczenia z 2010 roku. Spodziewałem się też chmur i opadu śniegu, ograniczonej widoczności. Eyjafjallajokull wrócił do fazy uśpienia, kiedy kolejny raz wybuchnie, nie wiadomo. Równie dobrze jutro jak i za tysiąc lat, aczkolwiek zapewne co najmniej raz w okresie do dwustu lat. Niewielka czapa lodowa, która pokrywa wierzchołek, ucierpiała podczas erupcji z 2010 roku i stała się bardziej niebezpieczna do wędrówki niż wcześniej. W tym roku liczne szczeliny pokrywała masa  śniegu, co dobrze wróżyło.

Na zdjęciach: dojazd pod wulkan Eyjafjallajokull i zdobywanie wierzchołka do wysokości około 1300m n.p.m.

Strona 1 z 74

nationalgeographic box

red bull 225x150

box na sierpien

BOX1

stopka plecak

LogoStopka

stopka plecak

Strona używa informacji zapisanych za pomocą… plików cookies w celu dostosowania do indywidualnych potrzeb użytkowników. Jeżeli tego nie akceptujesz zmień ustawienia przeglądarki dotyczą…ce cookies. Więcej informacji można znaleźć‡ w naszej Polityce prywatności.