a2b2

trojka 225x150

TVN box

swiatsiekreci box

pytanie na sniadanie box

genis.pl

portal gorski 225x150 box

poznajswiat BOX

tvp KCE BOX

Podziel się

FacebookMySpaceTwitterGoogle BookmarksLinkedinRSS Feed
Grzegorz Gawlik

Grzegorz Gawlik

Z Meksyku. Kolejny raz zamiast spać nadrabiam zaległości blogowe. A sen by się przydał, bo za kilka godzin ruszam w rejon wulkanu Orizaba i okazji na sen będzie niewiele (wulkan Popocatepetl zdobyłem 09.02 - dostarczył wrażeń). Poniższy tekst miał być podzielony na 3 części, ale jak zwykle nie pozwolił na to brak czasu i był pisany na raty.

W pierwotnym założeniu chciałem polecieć z Chile do Meksyku. Jednakże cen przekraczających 1000 dolarów nie dało się zaakceptować. To co najmniej o połowę za dużo. Z drugiej strony, nie mogłem dołożyć tylu dni, by całą trasę pokonać drogą lądową i morską, przez kawał Ameryki Południowej i całą Środkową (de facto południowy fragment Ameryki Północnej). Potrzebowałem kompromisu. Dołożę trochę dni do wyprawy, ale gdzieś z połowy trasy polecę. Miejscem wylotu okazała się kolumbijska Bogota i linia Interjet oferująca lot z bagażem rejestrowanym do Mexico City za niecałe 150USD.

Z Copiapo przez La Serenę, Peru i Ekwador, do Bogoty pokonałem 6000km z jakimiś groszami. Miałem nadzieję na droższe, ale szybsze bezpośrednie połączenia, La Serena - Lima, Lima - Quito, Quito - Bogota, ale żadne takie nie pojawiło się na mojej drodze, a ja nie miałem czasu szukać ani czekać. Takie wieloprzesiadkowe podróżowanie do granicy, przekroczenie granicy i dalej, jest sporo tańsze i ciekawsze. Jednak zważywszy na dwa ciężkie plecaki, zmęczenie, kontuzje, chciałem sobie oszczędzić wysiłku. Co się nie udało, jak zwykle zresztą w moim przypadku. Ale nie narzekam. W górach mam szczęście, poza górami nie muszę

Jak wspomniałem w poprzedniej wiadomości, z Copiapo 25.01 udałem się do La Sereny odebrać kamery od Redbulla, a fizycznie od Marty. 4,5h jazdy, 10000pesos(p) (w przeciwną stronę płaciłem 7000p). A na początku 26.01, ruszyłem do Arici (35000p), co zajęło jakieś 22h. Z Arici wspólną taksówką (3000p) przedostałem się do peruwiańskiej Tacny (odprawa była szybka), gdzie zegarek cofnąłem o 2 godziny. Okazało się, że najbliższy autobus do Limy mam o 10:30 rano. Kupiłem bilet i znalazłem tani hotelik. Za 10 dolarów podwójne łóżko, łazienka, ręcznik, kablówka oczywiście. W Copiapo płaciłem 16 dolarów za kliktę bez okna. Zawsze miło jest z Chile wjechać do Peru czy Boliwii, gdzie tak naprawdę aż tak tanio nie jest, ale po Chile jest. Kurs nuevo sol to 3,4 za 1 USD, mocno stoi też chilijskie peso, za 500p płacili 2,14 nuevo sol.

Peru odwiedziłem blisko 6 lat wcześniej, teraz zamierzałem tylko szybko śmignąć przez kraj. Autobus z Tacny do Limy kosztował 100 nuevo sol (był nieiwelki obiad i kolacja w cenie) i jechał dużo wolniej niżw Chile, bo i drogi gorsze, węższe. Jazda trwała 22h (od 27.01). W mrocznej o poranku pogodowo Limie (28.01) taksówką za jakieś grosze przejechałem na inny terminal, skąd miały odjeżdżać autobusy do Quito, a w praktyce tylko do Tumbes przed granicą. Cena 70 nuevo sol i 22 godziny, sporo jazdy nad oceanem, małe kurorty, pole naftowe blisko Tumbes i przez większość trasy pustynne klimaty, które nagle zmieniły się na tropikalne. Jak to w Peru, samotnego gringo zaraz dopadli taksówkarze chcąc wieźć do granicy. Zresztą podczas prawie całej trasy do Bogoty, byłem jedynym gringo. 

Taksówkarze jak zwykle opowiadali niestworzone historie, ja to daleko do tej granicy, jak niebezpiecznie i że to musi kosztować 50usd. Nie  miałem czasu do stracenia, ale przepłacić gotowy byłem tylko trochę. Za 10usd pojechałem do granicy taksówką, 25 kilometrów. Niedawno otwarto nowe przejście graniczne, niecałe 10km dalej, ale taksiarz obiecywał, że stare jest ciągle czynne. Wjechaliśmy na teren Ekwadoru i pokazuje, że gdzieś tam jest kontrola ekwadorska. Ale wpierw muszę opuścić legalnie Peru. Trzeba się cofnąć, okay, ale taksiarz chce już całej zapłaty i nie 10usd, tylko 40, bo w aucie są 4miejsca. Kazałem dziadowi spieprzać. Bardzo obrażony z dziesięcioma dolarami, krzycząc odjechał. Zrobił mnie w bambuko, ale spokojnie. Dam się naciągnąć trochę kolejnemu patafianowi i bez wielkiej straty czasu znajdę się w Ekwadorze. Przepłacę, ale będzie to do przyjęcia. Niestety nikt z autobusu do Tumbes nie jechał do Ekwadoru, bym się mógł podłączyć.

Złapałem motorikszę i wracamy do Peru, młodziak (Peruwiańczyk) też obiecuje, że stare przejście działa, ale na miejscu okazuje się, że nie i trzeba jechać do nowego. Jedźmy zatem, m.in. przez most Europa. Na nowym sprawnie się odprawiam u służb obu państw. Przejście widmo, mało ludzi, żadnego lokalnego transportu, wszyscy docierają tu taksówkami. Wracamy do Peru, mimo że już z tego kraju wyjechałem, by w mieście Huaquillas znowu wjechać do Ekwadoru, bo stąd odjeżdżają autobusy. Kierowca motorikszy wpierw wiezie a potem prowadzi do firmy transportowej. Bilet do Riobamby kosztuje 10usd, ale kobieta nie ma wydać ze 100 dolarów, muszę rozmienić. Idziemy do jednego banku, drugiego - nie rozmienią. Idziemy w końcu do cinkciarzy, za rozmianę 1usd opłaty. Wracamy, kupuję bilet. Blisko pół godziny to nam zajęło, autobus mam za godzinę, o 13:30 (29.01).

Muszę się rozliczyć z kierowcą. A on podliczył mnie tak. 4usd za dojazd do niedziałającej peruwiańskiej granicy, 6usd x3 za dojazd do nowej. I kolejne 18 za powrót, bo w motorikszy są 3 miejsca. 5usd za pomoc w zakupie biletu i jazdę po mieście. Razem: 45usd. Śmieję się i mówię, że oszalał. Nie ustalaliśmy wszystkich cen, ale to nie problem, bo kasę mam ja a nie motoriksiarz i to ja decyduję ile mu zapłacę. Obrażony schodzi do 25usd, a ja obstaję przy 10usd. Mówi, że trwało to ponad 2godziny, że paliwo drogie. Że przejechaliśmy niby 30km. Na co ja, że oszukał mnie z peruwiańską starą granicą, a paliwo tankował przy mnie, szmuglowane z Ekwadoru, dużo tańsze. Pełno było takich przydrożnych "stacji", gdzie z butelek i beczek sprzedawali ekwadorskie paliwo, nawet peruwiańska policja to toleruje. Podniosłem swoją cenę do 15usd, jako ostateczną i mu dałem. On, że mało, ale nie ustąpiłem i obrażony poszedł. Jak na Peru dostał i tak za dużo.

Mogłem iść coś zjeść i w drogę do Riobamby. W autobusie co chwilę sprzedawcy jedzenia i napojów, grajkowie, sprzedawcy powerbanków i słuchawek. Powoli zmierzam naprzód. Za oknem niekończące się bananowce, a potem wjazd w góry. Już dawno po zmroku. Osiągnęliśmy wysokość dobrze ponad 3000m, może i 3500m. Po pokonaniu niecałych 400km, ok. 22:30 docieram do Riobamby, dalej taksówką do centrum. Nocuję w hoteliku koło dworca autobusowego (9usd, usd to waluta obowiązująca w Ekwadorze).

Nastał 30.01. Zamiast kierować się ku Quito, nastąpiła przerwa w podróży, związana z wulkanem Sangay. Dokładnie pamiętam jak wpisywałem do planu wulkan Sangay. Wtedy wiedziałem już, że czeka mnie wielodniowa podróż do Meksyku. I gdy byłem przy Ekwadorze wpadł mi do głowy Sangay, o którym czytałem. Dlaczego nie Chimborazo czy Cotopaxi? Bo zbyt wielu tam turystów jak dla mnie (chociaż nie są to duże liczby) i są łatwo dostępne. Można samochodem podjechać naprawdę wysoko. Tak naprawdę nie powinienem wpisywać do planu, że pojadę zobaczyć wulkan Sangay, bo nie było na to czasu. Pamiętam myśl w mojej głowie - a wpisz Gawlik jeszcze pięć wulkanów. To i tak nie ma znaczenia, bo nie będzie czasu. Skąd masz niby znaleźć 2-3 luźne dni. Plan napięty na maksa, tak że skrócić się go nie da, raczej będzie trzeba wycinać różne rzeczy jak Pissis, a później będziesz pędził na złamanie karku do Bogoty. I chciałem wyciąć z planu Sangay. Ale skoro plan już opublikowałem, odwiedziny Sangay nie były istotną cześcią planu, to wszystko zostawiłem. Żelazna konsekwencja, nieraz praca 24h na dobę, spowodowały, że jakimś cudem udało się trzymać planu. Co prawda, nie miałem chwili czasu na odpoczynek, ale udało się dotrzeć pod i na Pissis oraz znaleźć 2-3 dni na dotarcie pod Sangay. Trudno dostępny wulkan pośród gór i lasu subtropikalnego. Spodziewałem się problemów logistycznych, ale jednocześnie wierzyłem, że uda się zobaczyć ten często ginący w chmurach wulkan docierając w pobliże samochodem albo na koniu. Po ciężkich górskich przeprawach, w trakcie wielodcinkowej i wielodniowej podróży, chociaż tutaj chciałem trochę luzu. Ale gdzież tam. Czekał mnie spory wysiłek.

Z lokalnego dworca, lokalnym autobusem wyruszyłem ku wiosce Alao. Duża część drogi to świetny asfalt, ale potem zaczął się szutr i wąska droga z przepaściami. Wydawała się za wąska na całkiem duży autobus, kierowca często dodawał gazu. Wysokości przekraczały 3200m. Tak naprawdę, dojechałem do San Antonio coś tam. Alao było po drugiej stronie rzeki. Posterunek strażników parkowych w Alao okazał się zamknięty, a miejscowi przyznali, że prawie nigdy nikogo tu nie ma. Liczyłem, że w weekend (była sobota), ktoś tutaj będzie.

Miejscowi twierdzili, że w wiosce nie ma żadnej firmy turystycznej, ani nikogo, kto pomoże dostać się w rejon wulkanu. Pozostało autobusem wrócić do Riobamby i tam szukać albo po drodze zatrzymać się w Licto. Miałem zapisane dwa nazwiska osób z Alao, które służą jako przewodnicy, ale nikt ich nie znał. Aż w końcu jeden starszy jegomość jedno nazwisko skojarzył i powiedział, że mieszka po drugiej stronie rzeki w San Antonio. Tam Roberto Caza (Caz) znali i pokrętnie, ale doprowadzili mnie do jego domu. Robert okazał się około 70 letnim starszym panem, który powiedział, że może umożliwić mi zobaczenie wulkanu Sangay, zapewni mi też nocleg (przydał się własny śpiwór). Gorzej było z jedzeniem, bo nie miałem ze sobą, ale trochę postu mi nie zaszkodziło. Cały wieczór padało. Gps wskazywał wysokość 3160m.

Wulkan Sanagy otoczony jest zwykłymi górami, nie wulkanami, oraz zajduje się w strefie subtropikalnej, graniczy z Amazonią. Przez co zwykle jest w chmurach, często tutaj pada. Już Chimborazo, oddalony trochę od pogranicza z Amazonią, chakrateryzuje się dużo lepszą pogodą i dużo mniejszym zachmurzeniem. 

31.01. Liczyłem, że wystartujemy jeszcze przed świtem, ale Roberto stwierdził, że około siódmej wystarczy. Wyszliśmy o 7:15, za cienką warstwą chmur świeciło słońce, panował chłód. Dokładnie, Roberto jechał na koniu a ja szedłem. Szkoda że nie miał drugiego, dla moich stóp byłaby to piękna sprawa. Obandażowałem je, ale ból był nawet podczas podejścia, podczas zejścia bardzo duży. Liczyłem po cichu, że podróż do Meksyku je w miarę wyleczy, ale nic z tego. Taka podróż nie jest komfortowa, ciężkie buty na nogach, ciężkie plecaki, ciepły klimat, w Ekwadorze też duża wilgotność. Co prawda, gdy tylko mogłem zamieniałem buty na klapki, ale to nie wystarczyło. Roberto zabrał do towarzystwa źrebaka i wędrowały z nami dwa psy. Start z 3160m i w planie całodniowa wędrówka, bo jak zwykle miejsce, skąd widać wulkan Sangay, jest możliwie jak najbardziej oddalone od San Antonio. Nie pierwszy pagórek z brzegu, tylko ostatni, w miejscu gdzie dolina zakręca ku wulkanowi Altar. Szło mi się bardzo dobrze co do kondycji. Na niebie przybywało chmur.

Park Narodowy Sangay, oprócz wulkanu w nazwie, obejmuje też wulkany El Altar 5319m i Tungurahua 5023m. Ten drugi jest aktywny, pierwszy nie, za to posiada efektowne jezioro, otoczone amfiteatralnie masywem wulkanu, z lodowcami. Park kiedyś był na liście UNESCO, ale go wykreślono. Mieszkańcy każdy skrawek starają się zaadaptować na potrzeby rolnictwa, wycinając lasy, paląc trawy. Zniszczyli dużą część bardzo cennego ekosystemu. To w ogóle wielki problem Ekwadoru. Władze próbują to trochę odkręcić, ale bez wielkich sukcesów. Nie mniej, ciągle w Parku Sangay żyje wiele cennych gatunków jak tapir, puma czy niedźwiedź andyjski.

Jeśli ktoś ma ok. 8 dni czasu i 1000-1500usd na zbyciu, może pokusić się o wejście na Sangay 5230m, który charakteryzuje się pięknym stożkiem. Oficjalnie w Ekwadorze trzeba mieć lokalnego przewodnika, ale już samo zabranie jedzenia na tyle dni powoduje koszty. Może to dziwne, ale zorganizowanie wyjazdu w rejonie wulkanu jest trudniejsze, aniżeli wynajęcie agencji z Quito. Koszty można obniżyć gdyby mieć własną grupę, bo liczyć na dołączenie do jakiejś za bardzo nie można. Roberto mówił, że rocznie na Sangay wchodzi może 20 osób.  Wszyscy praktycznie wybierają znane i łatwo dostępne Chimborazo 6268m i Cotopaxi 5897m. W ich przypadku może być taniej. Na Sangay startuje się z Alao lub z rejonu Licto, skąd jest ciut krócej i można dużą część trasy pokonać na koniu. Zywczajowo trzeba liczyć 7 dni. Czasami jest szansa niewielkiego skrócenia, ale trzeba się też liczyć z tym, że potrzeba będzie kilkunastu dni. Sangay jest często w chmurach i trzeba czekać na dobrą pogodę. Takie wieści przekazał mi Roberto.

Tymczasem wędrujemy wygodną ścieżką do góry (ale jest też sporo zejść na trasie). Roberto mowił, że wejście zajmie nam przynajmniej 5h, ale po 4h byliśmy już na miejscu, robiąc po drodze tylko jeden 15-minutowy postój (trasa jest długa). Ostatni odcinek także mój przewodnik pokonał pieszo. Bardzo sprawny i silny człowiek mimo wieku. Pobyt u niego i usługę przewodnicką wycenił na 40usd i tyle zapłaciłem. Mówi tylko po hiszpańsku. Na trasie nie brakowało efektownych widoków, ale Sangay całkowicie był zasłonięty. Znajdowaliśmy się na wierzchołku bezimiennej góry o wysokości 4336m. Czekamy. Jest chłodno, ale i tak całkiem nieźle. Wokół gęste, mroczne chmury. Po godzinie nagle się przejaśnia i pokazuje się Sangay, ze śniegami po północnej stronie. Muszę przyznać, że wulkan bardzo mnie zawiódł. Ma opinię jednego z najaktywniejszych na kontynencie, ale z jego kraterów nie było widać dymu. Taka Etna czy Anak Krakatau, dymią cały czas, widać z daleka. A na wierzchołku Sangay cisza. Przejaśnienie trwało może 10 minut. Czekaliśmy drugą godzinę na kolejne, ale nie nastąpiło.

Ruszyliśmy w drogę powrotną. W różnych miejscah paliły się trawy. Zaczął padać śnieg z deszczem, który niżej zamienił się w deszcz. Trasa i tak była błotnista, a teraz jeszcze bardziej. Roberto powiedział, że w niedzielę ostatni autobus mam o 16:00, trochę za późno to zrobił. Szanse na zejście na dół do tej godziny były niewielkie. Mimo kontuzjowanych stóp robiłem co mogłem. Bolało. Niewiele brakowało a byłby sukces. O 15:55 dotarliśmy do domu Roberto, ale potrzebowałem z 15 minut na spakowanie. Autobus jednak przyjechał wyjątkowo punktualnie. Zabrakło 10 minut bym zdążył. Skoro nie jadłem od ponad doby, wybrałem się do lokalnego sklepiku. Tam tylko ciastka i napoje, a na ciastka po wcześniejszych wulkanach nie mogę patrzeć, stanowiły znaczny element mojego menu. Cóż jednak zrobić. Kolejną noc spędziłem u Roberto. 

01.02. Pierwszy autobus obudził mnie tradycyjnym trąbieniem już przed 5:00. Wyjechałem autobusem o 7:00. W Riobamba wynająłem pokój w innym miejscu, ale również koło dworca autobusowego. W hotelu Canada, za dolar więcej (10usd), miałem łazienkę z ciepłą wodą w pokoju i wifi. Prawie cały dzień spędziłem w kawiarence internetowej nadrabiając zaległości blogowe. Wysokość noclegu wyniosła 2850m. Dodam, że w Ekwadorze mają pyszne owoce, zajadałem się nimi: arbuzy, ananasy, banany, kokosy, truskawki, czereśnie, jabłka i inne.

02.02. Czas było ruszyć do Quito, ale rano udałem się na spacer po Riobambie, by w południe wyjechać dp Quito (bilet kosztgował 4,75usd, do pokonania jakieś 200km). Po 3,5h jestem na dużym i nowoczeswnym dworcu. Po drodze miałem widoki na liczne wulkany w tym Chimborazo(widoczne też dobrze z Riobamby). Marzyło mi się, że przenocuję w tanim hoteliku koło dworca, a następnego dnia ruszę bezpośrednim asutobusem do Bogoty. Nic z tego. Na szczęście na dworcu była informacja turystyczna, anglojęzyczna, mięli mapy miasta i wszystko wiedzieli co potrzebowałem. Wpierw metrobusem pookonalem 20km, docierając do "dzielnicy hoteli", wysiadłem na Plaza Galo. Metrobusy są bardzo popularne w Ameryce Łacińskiej, ale też można spotkać w Azji. Patent jest świetny, wydziela się pasy tylko dla metrobusów, które są nowczesne, tak samo jak przystanki. A funkcjonalne tak samo jak metro, tylko o niebo tańsze. W Quito jednak jeżdżą częściowo po zwykłych drogach, a w godzinach szczytu są niewydolne, tylu jest chętnych pasażerów.

Trochę zajęło zanim znalazłem tańszy hostal, za 12usd (wysokość 2700m n.p.m.). Potem wycieczka na stare miasto, gdzie zachowało się dużo zabudowy kolonialnej (lista UNESCO, 5mln. mieszk.). Byłem m.in w bazylice del Voto Nacional. Na starym mieście było pełno policji, i nawet paru zachodnich turystów. Po zmroku wróciłem w rejon hostelu, jedząc na kolację kebaba (szaurmę) z kurczaka. Bar prowadził Syryjczyk, któremu Dubaj nie przedłużył wizy, a Unia Europejska nie dała. Jedynym krajem, gdzie wystarczył paszport i od ręki dostał wizę z możliwością pracy okazał się Ekwador. Jako że hiszpańskiego jeszcze nie zna (zna angielski), miał pomocnika hiszpańskojęzycznego.

03.02. Rano metrobusem i zwykłym busem dojechałem do północnego dworca autobusowego, również nowczesnego, skąd wyruszyłem do granicznego miasta Tulcan (5h z kawałkiem jazdy, 6.25usd). Po drodze przejechaliśmy równik (za Quito). Imponowały ekwadorskie drogi zbudowane wielkim nakładem sił i środków w górskim terenie.

W Tulcan znalazłem się po 15:00. Autobusem jechał Japończyk, chyba w ogóle pierwszy turysta jadący ze mną w autobusie od początku wyprawy, czyli od 15 listopada. Widocznie wybieram nie turystyczne środki transportu, to bardzo dobrze. Pewnie przekręcę jego imię - Shiro. Po hiszpańsku nie mówił, a po angielsku ledwo. Bardzo się cieszył z mojej pomocy. A potrzebował znaleźć bankomat i dostać się do Ipiales po kolumbijskiej stronie, gdzie chciał zobaczyć dwa kościoły i wrócić do Quito. Sprawnie taksówką do centrum i dalej minibusem dojechaliśmy do granicy. Po obu stronach mostu punkty graniczne. Po ekwadorskiej stronie sprawnie, po kolumbijskiej ślamazarnie. 

Następnie wymiana waluty, 3010pesos za dolara u cinkciarzy (w kantorze w Ipiales 3050p). Rozmieniłem na początek 50usd, gość daje mi kasę i odchodzi do drugiego klienta. Liczę i jest tylko 80 000p. Każę dawać resztę, dorzuca 50 000p, chcę jeszcze 20 000p. Dostaję. Białasy żyjące w innym świecie często nie liczą i odchodzą. Dalej taksówka do Ipiales, kierowca mówi 8000pesos. Dziwnie tanio. Pod terminalem się robi 8usd, kierowca na mój atak broni się drogim paliwem. Z Japończykiem dzielimy tą kwotę po połowie, załatwiam mu jeszcze transport za 2usd do centrum.

Potrzebuję biletu do Bogoty. Z przesiadką nad ranem w Cali cena wynosi 80 000p, bezpośrednio 120 000p. Nie mam czasu, biorę drugą opcję. Proszę o wygodne miejsce, dostaję nr 4. Jak się okazuje, najgorsze z możliwych. Pierwszy rząd, ale nie za kierowcą, zero szans na wyciągnięcie nóg. Proszę jakiegoś pracownika, który sprawdza bilety, o zmianę miejsca - w prawie pustym autobusie - on, że nie. I tak zmieniłem miejsce. Mamy wyruszyć o 17:30, ale wyjeżdżamy o 18:15. Droga bardzo górska, wąska, przepaście, ciemno. A kierowca chce nas zabić. Pędzi po 90km/h, gdy inni jadą 30-40km/h. Wyprzedza na zakrętach, zawsze na lini ciągłej, jadący z naprzeciwka muszą się zatrzymywać albo uciekać na pobocze, jeśli jest. Kilka razy myślałem, że zaraz zlecimy do przepaści. Kierowca przy okazji cały czas rozmawiał przez komórkę, chwilami jeszcze coś jadł. Jakoś średnio mnie ta Kolumbia witała. Za to autbobus, tak jak w samolotach, miał centrum rozrywki przy każdym siedzeniu - na poziomie. Obiecane wifi - nie działało. Bawiły mnie naklejki w autobusie, że kierowca jeździ przepisowo, nie rozmawia podczas jazdy przez telefon, że prędkość monitoruje centrala.

Cała droga prowadziła przez góry, czasami wyraźnie powyżej 3000m n.p.m. Do Bogoty dojechałem po 15:00 następnego dnia, 04.02. Taksówką dotarłem do hostelu, w rejonie miasta przypominającego zabudową trochę angielską (wiktoriańską). Gdy przeszła ulewa wybrałem sie na spacer po starym mieście w rejonie Plaza Bolivar, późnym wieczorem wróciłem na nocleg. Bogota nie zachwyca, ale nie jest źle. W mieście funkcjonuje metrobus, jest trochę wysokościowców. Tak jak w Quito, było pełno policji, zresztą jadąc przez Kolumbię co chwilę były jakieś kontrole. Podczas tego krótkiego pobytu w tym kraju nie czułem się mniej bezpiecznie od wcześniej odwiedzonych państw. Jak to w Ameryce Łacińskiej, trzeba zwiększyć uwagę ze względu na kradzieże i napady, a powinno się obyć bez problemów.

05.02. Popołudniu opuściłem Bogotę (10mln mieszk., ok 2600m n.p.m.) docierając na lotnisko taksówką, które nie są drogie. Lot linią interjet trwał 4h15min i wyróżnił się wybitnie wolną obsługą w wykonaniu obrażonych na cały świat stewardes oraz bardzo dużym wyborem alkoholi jak na tanią linię.  

W Meksyku znalazłem się po raz trzeci. Bardzo długo czekaliśmy na bagaż. Ze światowych lotnisk podobnie długo na bagaż czekam tylko w Warszawie i w Katowicach. W Mexico City (ponad 20mln. mieszk., ok. 2100m n.p.m.) ma powstać nowe lotnisko, bo obecne jest za małe i prawie w centrum miasta. Potem żmudne odprawy i metrem szybko dojechałem do hostelu niedaleko placu Zocalo w sercu miasta. Po wielodniowej podróży rozpocząłem etap wyprawy: meksykańsko-amerykański.

Kilka liczb na temat podrózy z Copiao (Chile) do centrum Mexico City. Czas podróży: 9dni + 3dni na odwiedziny wulkanu Sangay. Liczba użytych środków transportu (bez Sangay): 23 (7 x bus dalekobieżny (i 4 w nich noclegi), 7 x taxi, 2 x taxi colectivo (dzielone między pasażerów), 2 x metrobus, 1 x motoriksza, 1 x bus lokalny, 1 x minibus, 1 x samolot, 1 x metro). Pokonałem jakieś 9000km, z czego ponad 6000 lądem przez Amerykę Południową. Wydałem (bez Sangay) 489usd, z czego bilet lotniczy ok. 150usd.

  • NA ZDJĘCIACH:
  • 1-9) przejazd przez Peru, na 5 zdjęciu Lima, na jednym ze zdjęć zwiastun zbliżających się wyborów prezydenckich (wszystkie mury obmalowane były nazwiskami kandydatów), na innym - pracująca w sklepie dziewczynka, a na pierwszym - inka cola (coca-cola company) - okropny słodki napój, który chociaż raz trzeba wypić, na ostatnim ekwadorskie paliwo w Peru. Kamera na drugim zdjęciu filmuje pasażerów autobusu - takie zasady bezpieczeństwa,
  • 10-25) Alao i wejście na bezimienną górę 4336m, by zobaczyć wulkan Sangay, który też na zdjęciach, jak również Robert,
  •  26-29) miasto Rio Bamba,
  •  30) wygasły wulkan Chimborazo 6268m koło Rio Bamby (zdjęcie zrobione z jadącego autobusu),
  • 31) w drodze do Quito,
  • 32-36) Quito, pierwsze zdjęcie zrobione z metrobusu,
  • 37-43) dojazd do Bogoty, w tym system rozrywki w autobusie oraz Bogota, na ostatnim zdjęciu widać zabudowę przypominającą styl brytyjski ery wiktoriańskiej,
  • 44-45) lądowanie w Mexico City i katedra na Placu Zocalo.

El Volcancito & Caldera del Inca Pillo

22 stycznia przygotowałem się do popołudniowego wyjazdu. Zostawiłem rzeczy w residencial, odbyłem spacer po Copiapo, pożegnałem się z ludźmi z informacji turystycznej i pisałem bloga w kawiarence internetowej. Tak w ogóle Residencial Nueva Chanarcillo (av. Rodriguez 540), w której mieszkałem, jest świetnie położona, w centrum, wszędzie blisko. Bardzo mi to ułatwiło pobyt w Copiapo.

Daniel miał mi rano dać znać, o której ruszam w trasę. Sam bardzo chciał jechać, ale miał inny wyjazd na głowie. Zapomniał jednak przekazać informacje, jego telefon nie odpowiadał. Dopiero popłudniu odnalazł mnie Alvaro z informacją, że wyjeżdżamy ok. 19:00. Tą trasę teoretycznie można zrobić w jeden dzień, ale myśmy jechali tam pierwszy raz, dlatego dla większego spokoju zaplanowaliśmy półtora dnia. Daniel miał w planach wrzucić te miejsca do swojej oferty. Natomiast Alvaro tak jak ja wypatrzył na mapach satelitarnych te miejsca i bardzo chciał do nich dotrzeć. Po miesiącu pojawiłem się ja i jego pragnienie mogło się ziścić. Odpowiadał za przygotowanie trasy GPS.

Wyruszyliśmy z Copiapo po 19:00 w składzie: Luis (Lucio), Alvaro, Gulieta i ja. Luis jest mechanikiem w Hertz, sprawnie załatwił papierologię graniczną. Oprócz tego, że wyjazd był jego pracą, to także weekendową wycieczką. Dla Guliety również to była wycieczka. Początkowy odcinek prowadził doliną Copiapo pełną górskich winnic. Już prawie zapadł zmrok, gdy skręciliśmy w szutrową drogę nr 33 prowadzącą do Paso Pircas Negras 4164-66m. Jest to górska wąska droga, często niszczona przez osuwiska, spadające głazy. Trwały liczne prace naprawcze. Miałem w ogóle szczęście, bo ponoć dwa tygodnie wcześniej, droga była jeszcze zamknięta. Luis bardzo sprawnie prowadził. Na biwak pod gołym niebem zatrzymaliśmy się na wysokości 2060m, było po 23:00.

Z tym wyjazdem było sporo zamieszania. Tytułowe miejsca miały być połączone z lodowcami wulkanu Pissis. Ale okazało się to niewykonalne. Z Pissis do kaldery w linii prostej jest może 20-30km, do Volcancito trochę dalej, za to jest blisko głównej drogi i ok. 5-10km w linii prostej od granicy z Chile. Juan twierdził, że nie da się połączyć Pissis z tymi miejscami, które są oddalone od niego o 700 (siedemset) kilometrów jazdy i do tego w innej prowincji - La Rioja. Podczas pobytu w rejonie Puna de Atacama ze 200 razy słyszałem, że coś się nie da albo jest za trudne. Ręcę mi opadały. Gdyby to była Europa albo Azja, byłaby i droga oraz powszechna wiedza jak dojechać z Pissis do tych miejsc. Same lokalne firmy turystyczne, by się o to postarały, bo to oznacza zarobek. W Chile i w Argentynie nic się nikomu nie chce, nic się nie da, wszystko jest za trudne, za męczące. Nikt nie wpadnie na pomysł, by sprawdzić możliwość dojazdu. Jestem pewien, że istnieje taka możliwość - dotarcia z pod Pissis przez Puna de Atacama dobrym autem 4x4 do kaldery i Volcancito. I nie jest to wtedy 700km głównymi drogami, tylko kilkadziesiąt kilometrów off roadu.

Tylko o czym ja mówię. Skoro taki Juan ma toyotę hilux, świetne opony, przystosowane auto do pokonywania głębokiej wody i na dobrej drodze mówi, że jest bardzo trudna. 90% trasy pod Pissis dałoby się przejechać samochodem osobowym. Takie 90% pokonywałem choćby w Norwegii oplem vectra o obniżonym zawieszeniu. W tym niewielkie rzeki lodowcowe, gdy woda wlewała się prawie do środka. Do tego nie miałem opony zapasowej, bo pierwszego dnia jedna padła na niemieckiej autostradzie. Pokonałem podczas tamtego wyjazdu blisko 11 000km. Dało się. Auto w pełni sprawne wróciło do Polski. Więc krew mnie zalewa, gdy ktoś ma toyotę hilux, którą można zrobić prawie wszystko i na zwykłej szutrowej drodze mówi, że jest ciężka. Auto off roadowe jest do jeżdżenia poza drogami jakimikolwiek, ale dla Chilijczyków i Argentyńczyków zjazd z drogi to takie wyzwanie jak lot na Księżyc.  

A zatem opcja, by dotrzeć tam od strony Argentyny odpadała. Jako, że oba miejsca są bardzo blisko Chile i w pobliżu biegną bardzo dobre drogi, jest przejście graniczne, namówiłem Daniela na zorganizowanie takiej eskapady. To jest podobna odległość z Copiapo jak do przeł. San Francisco, jakieś 300km w jedną stronę, może z groszami. Daniel okazał się jedynym człowiekiem, który nie mówił - nie da się, za trudne.

Nastał 23 styczeń, wczesna pobudka i o ósmej byliśmy już w drodze. Coraz wyżej. Wspaniałe pustynne widoki. Wysokość przekraczająca 4200m i w końcu granica na przeł. Pircas Negras 6164m. Niedaleko za granicą skręciliśmy w lewo na wąską szutrową drogę, by po ok. 10km dotrzeć do El Volcancito. Wysokość oscylowała w okolicach 4200m (najwyższy punkt dnia przekroczył 4400m). 

Czym jest El Volcancito? Dobre pytanie. Argentyńczycy mówią - gejzer. Może i był to gejzer ileś tysięcy lat temu, ale niekoniecznie. Bez wątpienia jest to jednak unikalna formacja, bardzo efektowna. Stożek ma wysokość około 5 metrów, może niewiele więcej. Przypomina wulkan, stąd pewnie nazwa. A na szczycie, w "kraterze," znajduje się jezioro o średnicy ok. 3m. Sięga aż po brzegi stożka, jak również do jego podstawy, czyli jest całkiem głębokie. Stożek zbudowany jest z osadów mineralnych, a jezioro istnieje dzięki żródle go zasilającym. Woda spływa po zboczu i co istotne, jest zimna. A więc raczej gejzer to nigdy nie był, sąsiednie źródła, nie tak efektowne, są również zimne. Wszystko wskazuje na to, że przez tysiące lat osadzały się minerały ze źródła powoli budując stożek. Widocznie były sprzyjające warunki do powstania takiej formy. Dużo mniejsze stożki-źródła(ale bez zbiorników wodnych), można zobaczyć koło nieodległej Laguny Brava. Woda w El Volcancito ma kolor niebieskawo-zielony, jest dużo białego osadu, ale niezbyt słonego. Prawdziwy cud natury, bardzo rzadko odwiedzany przez ludzi. Dobrze ponad godzinę spędziliśmy na miejscu.

Wróciliśmy do głównej drogi, kierując się ku kalderze. Już całkiem w głębi Argentyny czekała nas odprawa graniczna - chilijsko-argentyńska. To miejsce nazywa się Barrancas Blancas ok. 4050m. Byliśmy jedynymi ludźmi na przejściu. W normalnych krajach przejazd przez granicę zająłby nam maksymalnie 10minut, a my straciliśmy 90minut. Luis miał świetnie przygotowane wszystkie papiery, ale pogranicznikom się nie śpieszyło. Siedzi na zadupiu w pokojach z 10 osób i udają, że pracują, przekładając papiery z kupki na kupkę. Żałuję, że w jednym oku nie mam kamery, bo to trzeba było nagrać. Ci ludzie tak wolno wykonywali każdą czynność, że aż niewiarygodne. Do tego zadawali tak głupie pytania, że zastanawiałem się czy to nie jest jakaś ukryta kamera. Ile macie apartów fotograficznych, jakie marki, jakie modele? Biurokracja w Chile i w Argentynie to jest absolutny koszmar, porównywalny z biurokracją w Polsce i w Unii Europejskiej.

To nie koniec wytykania miejscowych absurdów. Bowiem jakiś idiota wymyślił, że granica będzie czynna tylko od 9:00 do 17:00. Z tejże granicy do jakiegokowliek miasta jest kilka godzin jazdy. Gdybym stawił się o 9:00 na granicy i został odprawiony nawet w 5 minut. I chciałbym pojechać coś kupić w Copiapo. To nie mam żadnych szans tego samego dnia wrócić do Argentyny. Skoro pogranicznicy mieszkają na granicy, to powinna być otwarta od 6:00 do 22:00. To są normalne godziny pracy. Czas otwarcia granicy mocno pokrzyżował nam plany. Tak naprawdę, powinniśmy wcześnie rano wyjechać i zacząć od kaldery, w drodze powrotnej zahaczając o Volcancito. Do którego notabene można póki co dotrzeć bez kontroli granicznej, mimo że jest w Argentynie.

 Na granicy zjawiliśmy się o 12:00, odjechaliśmy po 13:30, pogranicznicy nawet nie wiedzieli co to Volcancito, a o kalderze bardzo niewiele. Myśmy wiedzieli, że sam dojazd off roadową drogą do kaldery to 3h. Wiadome zatem było, że nie wrócimy przed zamknięciem granicy i będziemy musieli wydłużyć wycieczkę o jeden dzień. Ale jeszcze nie traciliśmy nadziei. Za posterunkiem granicznym zaczyna się asfaltowa droga, czyli znowu Argentyńczycy górą. Wyasfaltowali drogę, a po stronie chilijskiej zero asfaltu, ale trzeba przyznać, że mają trudniejsze warunki geologiczne. Asfalt był kiedyś do samej granicy, ale zostały resztki na tym fragmencie. Blisko skrętu do kaldery, koło kamiennego ponad 100-letniego refugio, spotkaliśmy dwóch Argentyńczyków, znających drogę. Jak to tutejsi, zaczęli opowiadać jaka jest trudna. Nastraszyli Luisa, który powiedział, że jak taka będzie, to nie jedziemy. Ciągle jakieś problemy i sytuacje awaryjne. Zbyt blisko celu się znajdowałem, by rezygnować. Wierzyłem jednak, że jak zwykle droga będzie całkiem znośna. To tylko takie gadanie ludzi, dla których wszystko jest trudne. Tym Argentyńczykom powinienem dać w mordę za psucie atmosfery i straszenie.

Wróciliśmy do granicy, by poinformować, że zamiast tego dnia, wrócimy następnego. A pogranicznicy zamiast powiedzieć: dzięki, znowu chcieli jakieś papiery i straciliśmy kolejne pół godziny. Następnie pojechaliśmy nad Lagunę Brava ok. 4280m. Duża , ale niezbyt urodziwa. Obok znajdował się podobny kamienny schron, do wspomnianego, i odsłonięty grób przy nim.

Zapowiadała się zimna i wietrzna noc, ale Gulieta nie chciała spać obok trupa. Przekonałem ją, że lepiej w refugio obok trupa, niż na zewnątrz. Z Pissis zostało mi trochę jedzenia, które bardzo się przydało. Następnego dnia rano, byłem umówiony z Martą w La Serenie, ale nie miałem jej jak poinformować, że będę dzień później.

24 styczeń.  W nocy strasznie wiało, ale co gorsze, rano wiatr nie ustał. Luis dostał drgawek i na chwilę zasłabł. Alvaro miał podręczny tlen, a potem wzięliśmy dużą butlę z auta, z profesjonalnym oprzyrządowaniem. Luisowi przytrafiło się coś takiego pierwszy raz. W końcu byliśmy na wysokości 4340m. Ja byłem zaaklimatyzowany, Alvaro ciut, ale reszta nie. Gdy Luis doszedł do siebie, kontynuowaliśmy plan dnia. Alvaro z tym tlenem mnie zaskoczył, ja nigdy nie biorę, a sam się włóczę po górach wysokich.

Wyjechaliśmy po 8:00, po niecałych 10km skręciliśmy w szutrową drogę, do pokonania mięliśmy jak się okazało 43km. Dzień wcześniej wszyscy nam odradzali jazdę jednym samochodem mówiąc, że dla bezpieczństwa powinny jechać co najmniej dwa. Pierwsze 20km to przyzwoita szutrowa droga. Później był bardziej sypki fragment. Jechaliśmy doliną, w dużej mierze korytem rzeki, przybierającej na sile w ciągu dnia, gdy topniały śniegi. Luis działał prawidłowo, wpierw myślał, potem działał. Tylko to myślenie i szukanie rozwiązania zajmowało za dużo czasu. Sypkie miejsce, stoimy. Z Alvaro przyglądamy się dalszej trasie. Według mnie ryzyko zakopania się jest szczątkowe, jedźmy. Ale stoimy. W końcu okazało się, że bez problemu przejechaliśmy. Na trasie do kaldery jedzie się głównie szerokim korytem rzeki, podłoże jest twarde, zamarznięte. Jest kilka zwężeń, 4-5, gdzie jest trochę kamieni, głazów, jest trudniej. Ale są to krótkie odcinki. Z Alvaro naprowadzaliśmy Luisa. Z tych 43km, ze trzy są trudniejsze, reszta bez problemów (należy jednak pamietać, że koryto rzeki podlega ciągłym zmianom). Nie mniej, przy tych trudniejszych odcinkach, gdy Luis myślał jak przejechać, spoglądał na mnie z miną - Gregorio, powiedz, że zawracamy. Nie było jednak takiej opcji. Mieliśmy świetny, mocny, samochód, a trasa wcale nie była bardzo trudna. Przeciętna. Przejeżdzałem takie dużo mniej terenowymi samochodami, jak suzuki grand vitara i suzuki jimny.

Ponad 3h jechaliśmy. Najwyższy punkt na trasie wyniósł 5420m, a miejsce postoju 5390m. Kaldera prezentowała się fenomenalnie (jest jeszcze rzadziej odwiedzana od Volcancito). Wspaniałe widoki. Pissis 6800m i Bonete ok. 6750-60m na wyciągnięcie ręki. Lodowce, penitenty. Dużych rozmiarów kaldera. W najniżej położonym jej miejscu, znajduje się jezioro zwane Inca Pillo (Corona del Inca). Jest to najwyżej położone jezioro kalderowe na świecie. Lustro wody na blisko 5200m (inne dane 5150m, powierzchnia ok 1,8km2). W podziwnianiu widoków poza samochodem przeszkadzał huraganowy wiatr, wiejący 80-100km/h. Ciężko się było utrzymać na nogach. Do tego mróz. Spędziliśmy tam pół godziny. Coś pogoda od mojego pobytu na Pissis zaczęła się psuć. Charakterystyczne są w tym rejonie bliżej lutego ataki złej pogody, nazywa się to Invierno Boliviano (Invierno Andino) czyli Boliwijska Zima.

Polacy ostatnio upodobali sobie nurkowanie w wysoko położonych jeziorach na Puna de Atacama i Altiplano. Być może ciekawym celem do nurkowania jest właśnie jezioro kalderowe Inca Pillo. W internecie są zdjęcia ludzi z akwalungiem nad jeziorem, ale nie wiem co zdziałali? Co do głębokości, to gdzieś czytałem o 350-ciu metrach. To niemożliwe. Ale głębokość z pewnością jest konkretna. 

Powrót do asfaltu zajął nam 45minut. Jak się zna drogę, jest szybciej. Przed ostatnim trudniejszym miejscem spotkaliśmy sześć argentyńskich prawie terenówek. To znaczy, były to głównie luksusowe terenówki o dosyć niskim zawieszeniu oraz dacia duster. Kierowcy nie mięli doświadczenia za kółkiem 4x4, wynajęli przewodnika. Jeżeli kierowcy bez doświadczenia są wstanie dojechać do Inca Pillo i dacia duster, to jak można mówić o bardzo trudnej off roadowej drodze. Byłby wielki wstyd, gdybyśmy nie dojechali tam toyotą hilux.

Na granicy zjawiliśmy się o 13:00, tracąc godzinę na odprawę. Wszyscy chcieli oglądać zdjęcia kaldery i Volcancito. Gdy mogliśmy jechać dalej, nie wiem kto wpadł na pomysł, by zamiast przejechać przejście graniczne, cofnąć się 50m i zjeść śniadanie. Efekt, gdy znowu podjechaliśmy na przejście, wpierw musieliśmy tłumaczyć, że jesteśmy już odprawieni. A potem przyszedł człowiek od przewożonych dóbr, roślin i jedzenia. Musieliśmy wypełniać formularze, dalej kontrola auta i pół godziny w plecy, kolejne.

W końcu możemy jechać do Copiapo, jazda do wieczora. Za to wspaniałe widoki, zakup pysznego koziego sera od miejscowych rolników. Mimo dziwnie czynnej granicy, można tą trasę zrobić w jeden dzień, tylko trzeba być o 9:00 na granicy i zacząć od kaldery. Za dodatkowy dzień używania auta trzeba było zapłacić 60 000pesos. Ekipa była jednak na tyle fajna, że podzieliliśmy koszt na cztery osoby. Tak w ogóle, tylko dlatego, że był weekend, reszta towarzyszy mogła wydłużyć pobyt o jeden dzień.

Udało się wszystko, wszelakie plany główne i ewentualne, przewidziane na rejon Puna de Atacama zostały zrealizowane. Byłem wykończony, ale szczęśliwy. Udało się bardzo dużo osiągnąć. W części chilijsko-argentyńskiej wyprawy, pięciokrotnie wjeżdżałem lub wchodziłem na teren tego pierwszego kraju i czterokrotnie na teren tego drugiego (plu ileś razy na granicy z oby państw). Dorobiłem się też nowych przezwisk: Polska Bestia i Polska Maszyna - za sprawą żelaznej konsekwencji, nieustępliwości i nie odpuszczaniu niczego. Do tego w niewiele ponad 30 dni stanąłem na Aconcagui 6962m (w zimowych warunkach), Ojosie del Salado 6896m (trzy razy), Llullaillaco 6755m (plus wierzchołek 6580m) i Pissis 6800m (trzy wierzchołki). Działałem jak maszyna, stąd przezwisko.

25 styczeń. Rano skończyłem się pakować na długą podróż, wyrzuciłem połamany namiot. Nowiutki, a nie przterwał nawet wyprawy. Za to w markecie kupiłem awaryjnie nowy, jakiś badziew za 10usd. Jak na Chile, cena niespotykana. W południe ruszyłem do La Sereny, czyli w kierunku przeciwnym do zamierzonego. Nie bez przyczyny, u Marty Zygman czekała na mnie przesyłka od Redbulla. Copiapo żegnało mnie gęstymi chmurami, jakich tutaj przez miesiąc nie widziałem, nad ranem nawet trochę padał deszcz, co tutaj jest rzadkością. W marcu 2015 ulewy trwały 4 dni - ewenement - na skutek czego doszło do powodzi w Copiapo, zostały zniszczone liczne drogi, i zginęlo kilkanaście osób.

W La Serenie, zanim spotkałem się z Martą, kupiłem bilet autobusowy do Arici na godzinę 23:30, ostatnie miejsce -  trwa okres tutejszych wakacji. Miło spędziłem kilka godzin u Marty i Martina, by następnie ruszyć na północ. Autobus przyjechał z godzinnym opoźnieniem.

RÓŻNOŚCI

Przy drogach w Chile jest wyjątkowo dużo rozbudowanych krzyży, namiastek grobowców, ołtarzyków - to upamiętnienie ofiar wypadków "na bogato".

Bardzo dużo osób, w tym urzędnicy z Copiapo, prosiło mnie o zdjęcia z odwiedzonych miejsc w rejonie Puna de Atacama. Czyżby deficyt w tym temacie?

Na koniec trochę cen. Na każdy wyjazd w góry, robiłem zakupy w markecie. Niewiele kupując, płaciłem po 40 000 - 50 000 pesos, czyli ok 60-70usd.  Przypomnę, że 1 dolar to ok. 700pesos. Pan tarde (coś jak duża bułka) 380p, kawałek ciasta z brzoskwinią 850p, 4 x AAA duracell 3200p, 8 x AA duracell 5000p, coca-cola zero 1,5l 1250p, empanada (mięso lub warzywa w cieście) 900p, 6 bułek hot-dogowych 1430p, paczka ciastek typu pieguski 1160p, chaparita (parówka z żołtym serem w cieście) 740p, czekolada milka 1160p, 6 małych soczków 1160p, pudełko chipsów ziemniaczanych 1300p, woda 6litrów 1350p, 3 małe puszki tuńczyka 130g 2400p, 3 twixy 1290p, woda 1,5l 630p, salami 125g 2360p, 100g szynki z kurczaka 2100p, 150g żółtego sera 1470p, rolka srebrnej taśmy przemysłowej 4000p.

Pozdrawiam z Quito. Gregor.

  • Na zdjęciach:
  • 1-5) W drodze do Volcancito, biwak na 2060m i nazwa przejścia granicznego Barrancas Blancas, graniczna przełęcz Pircas Negras 4164m.
  • 6-11) El Volcancito.
  • 12-13) Przejście graniczne (aduana) Barrancas Blancas (wacamy do Chile), ok  4050m.
  • 14) Ci Argentyńczycy nastraszyli Luisa na temat drogi do Inca Pillo.
  • 15-20) Refugio koło Laguna Brava, ok  4340m, obok był grób, na ostatnim zdjęciu podawanie tlenu Luisowi.
  • 21-28) Dojazd do Caldera Inca Pillo i najwyżej położone jezioro calderowe na świecie, na zdjęciu 023 masyw Pissis, a na 024 Bonete ok. 6750-6760m.  
  • 29-35) Wracamy do Copiapo, na jednym ze zdjęć pyszny kozi ser, na  fot 31 jestem z Luisem, 32 z Alvaro, 35 z Gulietą.
  • 36) Podczas procesu pakowania, przed wyjazdem w góry.
  • 37) Kolacja po powrocie z gór (zostało jeszcze na śniadanie).
  • 38-45) Copiapo, fragmenty, na jednym ze zdjęć z dziewczynami z  Sernatur (inf. turystyczna).
  • 46) La Serena, Marta Zygman gotuje.
  • 47) Red Bull wiedząc, że większość elektroniki, którą wziąłem na wyprawę, już padła, postanowił mnie doposażyć, wysyłając do Marty trochę sprzętu. Wielkie dzięki. Ale mam nadzieję, że macie świadomość, że dla mnie i wulkanów "zabicie" kamery gopro, to żaden problem :). W ostatnich 10ciu latach wykończyliśmy wspólnie ponad 50 (pięćdziesiąt) aparatów i kamer, chociaż dbam o nie jak mogę.

Jestem w mieście Ribamba w Ekwadorze, w drodze do kolumbijskiej Bogoty. Jakimś cudem udało mi się wygospodarować trzy dni i zobaczyć trudno dostępny wulkan Sanagy. By zobaczyć go przez chwilę pomiędzy chmurami, musiałem wspiąć się na "pagórek" o wysokości 4336m. Kolejny przystanek - Quito.

13-14.01- jeden dzień nie wystarczył na zorganizowanie transportu pod Pissis. To były dwa dni ciężkiej pracy. Z Danielem się nie dogadałem co do transportu do granicy. Zszedł z 480 000pesos do 320 000pesos, ale to i tak za dużo, nie mniej cały czas negocjowaliśmy . Dał mi jednak namiary na gościa z firmy argentyńskiej, który zgodził się mnie zawieźć pod Pissis od granicy. Z Martą ustalaliśmy z nim warunki. Cena 900USD. Drogo? Alternatywy nie było. Żadna firma z Copiapo nie chciała mnie tam zawieźć, a luźne ceny jakie padały wynosiły 2mln pesos. Tłumaczyli to problemami z papierologią związaną z wjazdem do Argentyny. A tak naprawdę powodem było - lenistwo. Tylko jedna wypożyczalnia aut była gotowa pozwolić mi wjechać do Argentyny, ale za dobę chcieli blisko 200 000pesos. Rozmawiałem m.in. z Erzio z firmy Puna de Atacama, gwiazdą turystyki w Copiapo. Tak się zaprezentował - szef miejscowego stowarzyszenia turystycznego, naukowiec, dobry angielski etc. Powiedział, że dzień użycia auta z kierowcą to 500usd. Miał zadzwonić, ale tego nie zrobił. Oboje wiedzieliśmy, że jego ceny, by mnie zabiły. Mówił, że myślał o tych miejscach, które mnie interesują, by wrzucić do swojej oferty. Jeszcze jednym pomysłem był przewodnik z Bahia Inglesa, który za pensję 70 000pesos, zgodził się jechać, ale przyznał, że nie ma pojęcia o tych miejscach. Marta z kolei załatwiła transport do granicy i z powrotem za 200 000pesos. A jak to się skończyło, piszę poniżej.

Te dni wtykorzystałem również na pranie. Wszystko było strasznie brudne i przepocone. W residencial prania zrobić nie mogłem, ale znalazłem firmę obsługującą hotele. Za ponad 10usd wyprali mi ponad 3kg ubrań.

Musiałem też naprawić buty. W Chile kupić proste rzeczy jest często trudno, np. dobry klej czy srebrną taśmę przemysłową. Ale znalazłem szewca, który za 10usd zgodził się coś podziałać z butami. Prosiłem, może być brzydko, ale solidnie, a zroibili ładnie, ale niesolidnie. Na czubki butów nakleili używając niewiele kleju delikatną skórę, i o zgrozo, przykleili ją do podeszwy. Po 10 minutach marszu na Pissis, skóra odpadła, a dziur w butach szewc nawet nie tknął.  

15.01 - żebym miał tani przejazd do granicy, Daniel musiał mnie dołączyć do Adiny, Niemki, któraz zrobiła sobie turystyczny wypad, a do Chile przyjechała na wymianę studencką, jest nauczycielką. Było coś po 10:00 gdy wyruszyliśmy wraz z Hareli i Gabrielem. Cel, refugio koło Laguny Santa Rosa (Park Narodowy Nevado Tres Cruces). To była moja trzecia wizyta, wliczając rok 2010. Dosyć sprawnie dotarliśmy na miejsce. Miałem czas obejść jezioro, salar, poprzyglądać się flamingom. W refugio, ok. 3775m, było pełno ludzi, głównie USA. Pełno, tzn. kilka osób,  bo  refugio jest małe. Znalazłem jednak dla siebie miejsce. Gabriel wrócił do Copiapo, a Hareli z Adiną, postanowiły zrobić sobie biwak w śpiworach na zewnątrz.

16.01 - Daniel miał mnie dowieźć na 12:00 do granicy, chociaż Juan z argentyńskiej firmy chciał na dziewiątą. Niestety Daniel spóźniał się i przyjechał przed 11:00. Wpierw musieliśmy popędzić na granicę(do pograniczników), oddaloną grubo ponad 50km (może blisko 100km) od faktycznej granicy. Poszło szybko, bo nikogo nie było. I gaz do dechy, z krótkim postojem przy posterunku policji obok Laguny Verde. Na granicznej przeł. San Francisco 4726m czekał już Juan. Męczył Martę, czy na pewno przyjedziemy. Mówił, że czekałby jeszcze godzinę, była 13:00. Od Argentyny jest piękny asfalt, Chilijczycy też obiecali wyasfaltować drogę, ale marnie im idzie, a jakość asfaltu jest marna. Zjechaliśmy do przejścia granicznego. By Juan mógł dojechać ze 20-30km do przełęczy, musiał wypełnić mnóstwo papierów. Następnie gaz do dechy i w dół pośród pięknych widoków. Nad głowami dużo chmur, bardziej wilgotno, to i więcej roślinności, w stosunku do strony chilijskiej, na którą chmury przechodzą rzadko. Na ok. 3330m, zgodnie ze znakiem skręciliśmy ku Pissis. Czekało nas 90km jazdy off roadowej (ok 3h). Od granicznej przełęczy do tego miejsca było zdaje się ponad 100km.

Toyota Hilux Juana, była jego własnością, opowiadał że ma opony na kamienie za 1800 dolarów. Mimo, że droga była dobra, narzekał że trudna i niszczy samochód. Dla Chilijczyków i Argentyńczyków wszystko jest trudne. Narzekał, że wróci nocą do domu, że bolą go plecy, że chyba będzie musiał poszukać dodatkowego kierowcy i takie tam. Fajny facet, ale zawsze mnie wkurza, gdy płacę i ktoś jeszcze narzeka. A jego usługa kosztowała mnie 900USD, ponoć specjalna cena dla mnie i Daniela, z którym planowali nawiązać współpracę. Daniel, który początkowo chciał prawie 500 000pesos, ostatecznie zgodził się na 180 000. Trasa pod Pissis jest przepiękna, góry, jeziora, zwierzęta, wysokości do 4700m. Pytałem Juana, czemu nie zrobi 2-dniowej wycieczki z noclegiem w Pissis Base Camp. Powinien mieć taką w ofercie. Stwierdził, że to fantastyczny pomysł. Jak zwykle Gawlik przyjechał i organizuje trasy turystyczne miejscowym biurom. A tak w ogóle, Juan pierwszy raz miał za klienta Polaka.

Posługiwał się słabo komunikatywnie angielskim, ale wystaczająco, mówił że zawiezie mnie na 5000m co Camp1, co cieszyło, bo BC jest na 4500m z kawałkiem. Na obietnicy się skończyło, skończyliśmy na 4570m, ale rzeczywiście dalej nie ma drogi. 3,5h jechaliśmy. Było po 18:00, Juan miał mnie odebrać 21 stycznia. Trzeba przyznać, że był profesjonalnie przygotowany - telefon satelitarny, tlen, narzędzia, woda zapasowa itd.

Za nisko było na nocleg, więc zostawiłem depozyt z wodą i jedzeniem, bo w BC wody nie było i do 20:00 jeszcze maszerowałem doliną. Pokonałem spory odcinek i nocowałem na 4890m, już blisko masywu Pissis. Poza za mną nie było żywej duszy.

17.01 - Odwiedzając masyw Pissis chciałem przyjerzeć się miejscowym lodowcom, największym na Puna de Atacama, dzięki ukształtowaniu wulkanu i większej wilgotności po stronie argentyńskiej. Nie planowałem zdobywać szczytu, ale postanowiłem spróbować, mimo potężnego zmęczenia wcześniejszą górską działalnością. Pogoda dopisywała. Na 5050m widziałem ślady kół samochodu, a na 5400m stał terenowy ford, słabszy niż auto Juana. A więc jak się chce, to można. Auto zniknęło, czyli odjechało jakieś 2h później, żadnych ludzi nie widziałem.

Na trasie miałem do pokonania niewielkie penitenty, nie było stromo do 5700m. Wspaniałe widoki na Pissis, lodowce, w tle Ojos del Salado i Nevado Tres Cruces. Chociaż Pissis jest bardzo blisko chilijskiej granicy, to musiałem dotrzeć tutaj naokoło. Nie szło mi się dobrze, powoli, wieczorem gdy dotarłem do 6000m i nie widziałem żadnych szans na jakieś miejsce na rozbicie namiotu. Zabrałem się za budowę platformy, co zajęło mi godzinę, do 19:00. Wysokość 6010m, obok lodowca. Wzmógł się wiatr i przy stawianiu namiotu złamał się pałąk. Musiałem się trochę nakombinować, zanim namiot jakoś stał i dało się w nim spać.

18.01- PISSIS 1 - ATAK SZCZYTOWY. Pissis jest ważną górą dla nas Polaków, bo jako pierwsi w 1937 roku zdobyli go Polacy - Jan Szczepański i Stefan Osiecki. Podobnie jest z Ojosem del Salado, w tym samym roku, jako pierwsi zdobyli go - Szczepański i Justyn Wojsznis. Jeśli Ojos jest najwyższym wulkanem na Ziemi i drugą górą Ameryki Południowej, to Pissis odpowiednio drugim wulkanem i trzecią górą. Pissis to wulkan wygasły, który ponoć od 1937 do 1985 roku nie był zdobywany, za sprawą braku dojazdu.

W nocy był blisko 15-stopniowy mróz, na trasę ruszyłem po 8:00. Pogoda dopisywała. Zmęczenie powodowało, że szedłem siłą woli, wolno. Tylko fragmentami istniała namiastka ścieżki, resztę szedłem trajektorią własnego autorstwa. Mobilizowałem się w ten sposób, że jeszcze kilka godzin i następnego dnia schodzę do BC, będę odpoczywał. Na rozległy wierzchołek dotarłem po 7 godzinach, gdzie spędziłem około godzinę. Niebo bardzo się zachmurzyło i rozpoczęła się śnieżyca, zamieniona w burzę śnieżną. To był pierwszy opad, od blisko miesiąca trwania wyprawy.

Wiatr, dużo śniegu, grzmoty nad głową, a potem nad namiotem. Cały zostałem naelektryzowany. Spadło ponad 5cm śniegu. Do namiotu dotarłem po 1h45min schodzenia, o 18:05, a na szczyt dotarłem o 15:20. Trasa od namiotu wyglądała następująco: stromo sypkim zboczem do 6300m, potem łagodniej do ponad 6500, a potem ruszyłem na główny wierzchołek po kamieniach i skałkach.

GPS garmin na wierzchołku pokazywał wysokość 6808m, z błędem 6 metrów, a holux 6805m, z błędem 5m. Przyjmuję więc wysokość Pissis 1 na 6800m. Wulkan ma ok. 10 wierzchołków, z których kolejne dwa mają prawie taką samą wysokość, położone są po drugiej stronie lodowca. Nie dawały mi one spokoju podczas zejścia, wydawały się nawet wyższe, postanowiłem to zweryfikować kolejnego dnia, zamiast schodzić na dół. 18 grudnia byłem na szczycie Aconcaguy, miesiąc później na Pissis.

Pissis wg najczęstszych danych ma wysokość 6793-6795m, Pissis 2 (Upame) 6791m, a Pissis 3 (Ejercito Argentino) 6789m. 

19.01- ATAK SZCZYTOWY NA PISSIS 2 i PISSIS 3. Wyruszyłem chwilę przed 8:00 wiedząc, że czeka mnie dużo dłuższa trasa niż poprzedniego dnia i wrócę do namiotu późno w nocy. Wpierw przetrawersowałem w dół Glaciar de los Argentinos, przyglądając się po drodze szczelinom lodowcowym, co na Puna de Atacama, jest ewenementem. Straciłem prawie 200m wysokości. Moja trasa przez lodowiec miała jakieś 2km. Po drugiej stronie lodowca było ciężkie strome i sypkie podejście. Cała trasa była mojego autorstwa. Śnieg z poprzedniego dnia szybko topniał. Niestety przybywało chmur, a moje tempo było wolne, resztkami sił piąłem się do góry.

Po 17:00 dotarłem na Upame (Pissis 2). Zaczynała się burza śnieżna. Upame jest dużo ciekawszym wierzchołkiem od Pissis 1. Stożek wulkaniczny, lawy. W partii szczytowej uderzał we mnie prąd, bolało. Mimo późnej godziny i faktu, że w godzinę przybyło 10cm śniegu, ruszyłem na Pissis 3. Stary i nowy śnieg tworzył zaspy, czasami powyżej kolan. Pod nim były kamienie, co chwilę leżałem. Widoczność była bardzo słaba, wiał porywisty wiatr. Działalność w takich warunkach na wysokościach 6600-6800m do łatwych nie należy. Zszedłem do przełęczy i ruszyłem stromym terem do góry. Dotarłem na oba wierzchołki Pissis 3, z drugiego schodziłem po 20:00. Brakowało godziny do pełnego zmroku.

GPS garmin na Upame (Pissis 2) pokazywał wysokość 6806m z błędem 6m, a holux 6805-6806m z błędem 7m. Dlatego przyjmuję, że ma 6799m. Ejericto Argentino (Pissis 3) ma dwa wierzchołki, na wyższym garmin pokazywał wysokość 6808m z błędem 5-6m, a holux 6800-6801m z błędem 6m. Niższy wg garmina ma 6799-6801m z błędem 8m. Przyjmuję, że Pissis 3 ma 6795m. Tak naprawdę różnice są tak minimalne, że nie wiadomo, który wierzchołek jest najwyższy, dla pewności warto zdobyć wszystkie trzy. Mimo dużego wysiłku. Przydałby się jakiś profesjonalny pomiar wierzchołków Pissis, który rozwiałby wątpliwości.

Pod śniegiem było pełno głazów, do tego bardzo ślisko. Ponad 20cm świeżego śniegu. Kilkadziesiąt razy upadłem, a ze 20 tak porządnie, cud iż sobie nic nie skręciłem ani nie połamalem. Natomiast siniaków przybywało. W nocy się rozpogodziło, księżyc zastępował latarkę. Dotarłem do lodowca i ruszyłem nim do góry. Namiot witałem o 2:00 w nocy. Cały dzień marszu w śniegu, skutkował mokrymi butami, do tego w nocy spory mróz i założone raki na lodowcu. Efekt, niewielkie odmrożenia stóp.

Co biorę na atak szczytowy jak opisany: duży plecak z funkcją awaryjnego śpiwora, termos 0,5l z herbatą, aparaty, kamery, zapasowe baterie, inną drobną elektronikę (ale nie pulsoksymetr, bo on rozleciał się na Aconcagui), jedzenia ciut, zapasowe rękawiczki i skarpety. Kask, raki, czekan, kijki, ubiór na sobie, wypchane kieszenie różnymi drobiazgami.

20.01- dopiero po 12:00 się zebrałem i ruszyłem w dół. Miałem fazy, 500m deniwelacji w godzinę, a potem 40min postoju. Stopy strasznie dostały w kość, mimo ich oszczędzania, powstały rany. Do dzisiaj z nimi walczę, dają mi nieźle w kość a jest 2 luty.

Przed 18:00 zameldowałem sie w Pissis Base Camp 4570m. Rozbiłem namiot, co z uszkodzonym stelażem latwe nie było i odkopałem nietknięty depozyt wodno-żywnościowy.  Wycisnąłem z siebie wszystkie soki w ciągu minionego miesiąca.

21.01- Codzienne rozpakowywanie się i rozbijanie, a potem składanie było strasznie uciążliwe. Do tego ponad 20-kilogramowy plecak. Tego poranka czekało mnie ostatnie górskie pakowanie na dłuższy czas. Leniwie to robiłem. Suszyłem rzeczy.

Juan mówił, że wyjedzie o 5 rano, więc obliczyłem jego przyjazd na 10. I tak się stało, tylko Juan wyjechał o 2:45, ale wybrał zły skrót i się zakopał. 2h machał łopatą. Towarzyszył mu starszy sympatyczny mężczyzna - Juan Carlos, pierwszy raz w tym miejscu. O 10:30 wystartowaliśmy ku Chile, do asfaltu docierając po 3,5h. Wspaniałe widoki, świetna pogoda. Nawet condora widziałem.

Dosyć dużo straciliśmy czasu na granicy argentyńskiej - idiotyczna biurokracja. Na przeł. San Francisco, Daniel z Hareli czekali juz 90 minut. Z postojami, wieczorem dotarliśmy do Copiapo (o 21:00). W samochodzie Daniel mówił, że wyjazd do El Volcancito i Caldery Inca Pillo, na następny dzień jest gotowy. Bardzo mnie to cieszyło,  bałem się bowiem kolejnych kłopotów. Organizacja transportu na wulkany kosztowała mnie mnóstwo pracy, o pieniądzach nie wspominając. Wykonałem kilkaset czynności - telefony, emaile, rozmowy, chodzenie po firmach. Kolejną setkę czynności wykonała Marta, której pomoc była bardzo cenna - WIELKIE DZIEKI! Daniel podał cenę ostatniego elementu "układanki" w rejonie Puna de Atacama. 260 000pesos (1 dolar to ok 700 pesos). Trzy razy go pytałem o tą kwotę, a Daniel martwił się, że znowu będę narzekał - za dużo. A właśnie było na odwrót. Przyzwyczajony do milionów pesos, grubych setek dolarów, które wydawałem ostatnio, zdziwiłem się, że cena jest tak rozsądna. Przyjąłem ją bez protestu.

Pozostało zaopiekować się stopami, które mają jak zwykle na wulkanicznej wyprawie niezły sajgon. Zrobić nowe zakupy, przepakować się i być gotowym na wyjazd popołudniu 22 stycznia. 

Jeśli ktoś będzie na płaskowyżu Puna de Atacama w rejonie Copiapo lub Fiambala/Tinogasta po argentyńskiej stronie, polecam skorzystanie z następujących firm turystycznych:

Daniel Alfaro Araya Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript. , komórka 56996814242, stacjonarny (09) 96814242, Copiapo, Chile.

Tinogasta Aventura (tinogastaventura.com.ar), Juan Antonio Roger, Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript. , tel. (03837) 421056 lub 15524901 lub 15403721, Tinogasta, Argentyna.

Zapraszam rówież do czytania artykułów o wyprawie na stronie REDBULL.COM.

P.S. Paczka wysłana z Chile 2 tygodnie temu dotarła w nienaruszonym stanie do domu. Szybko.  

  • Na zdjęciach:
  • 1-4) Laguna Santa Rosa, ok 3770m,
  • 5) podróżować można i tak, terenowym domem na kółkach,
  • 6)  Nevado Tres Cruces, ok.  6740-55m,
  • 7) Argentyna, wulkan Pissis ok.  6800m, na prawo od lodowca główny wierzchołek, na lewo, dwa mu dorównujące (Upame i Ejercito Argentino),
  • 8)  vicunie,
  • 9) największy lodowiec  w  masywie Pissis - Glaciar de los Argentinos, faktyczny lodowiec zaczyna się na wysokości ok. 5300m, chociaż połączony z płatami śniegu sięgał poniżej 5000m, ale płaty częściowo stopnieją.
  • 10) panorama okolic Pissis, Puna de Atacama,
  • 11) Gregor na wierzchołku Pissis 1,
  • 12) rejon szczytu Pissis 1,
  • 13) po zdobyciu Pissis 1, wieczorem namiot wyglądał zimowo, 6010m,
  • 14)  w środku zdjęcia wierzchołek Pissis 1,
  • 15-16) szczelina lodowcowa i penitenty,
  • 17-20) wierzchołek i okolice Pissis 2 (Upame), ok. 6800m,
  • 21-22) wierzchołki Pissis 3 (Ejercito Argentino), ok. 6800m,
  • 23-24) podczas zejścia do Base Campu,
  • 25-28) podczas 90km off roadu z Pissis BC, na zdjęciach Juan i jego starszy kolega Juan Carlos,
  • 29) Laguna Verde ok. 4300m, już po stronie chilijskiej,
  • 30) od lewej: Hareli, Gregor, Daniel, Gabriel,
  • 31) powrót do Copiapo,
  • 32-33) skojarzenia są wiadome, ale to tylko zakręty,
  • 34) choinka w moim residencial,
  • 35) Chilijczycy nie mają w zwyczaju odstawiać marketowych wózków na swoje miejsce.

Odpowiedź na tytułowe pytanie brzmi: Llullaillaco 6755m. Poniżej uzasadnienie i inne informacje.

OJOS DEL SALADO 6896m (Chile, Argentyna)

Ostatnia erupcja miała miejsce ok. 700-750r. n.e. z błędem do 300 lat. I gdyby nie pewne wydarzenie z 1993r. nikt nie zająknąłby się nawet, że Ojos jest aktywny, mimo niewielkich, chłodnych wyziewów wulkanicznych. A co się zdarzyło w 1993r.? No właśnie nie wiadomo? To jest historia rodem, że ktoś widział kosmitów. Niby jacyś urzędnicy i policjanci z odległości 30km widzieli jakiś gaz albo pył w okolicach Ojosa, gdzie notabene wiele wulkanów obok siebie. Dowodów brak. Nie chcę być niegrzeczny, ale sami Chilijczycy przyznają, że ich poziom wiedzy, wykształcenia jest bardzo niski - nie zmienia się  to od wielu lat. Sprowadzają nauczycieli i specjalistów z Europy.

Najbardziej zaskakujące jes to, że część świata naukowego ze Smithsonian Institution na czele, uwierzyła w tą historię. Dumnie głosząc - Ojos del Salado - najwyższym aktywnym wulkanem na Ziemi. Włóczyłem się sporo dni samotnie po Puna de Atacama i też mogę powiedzieć, że gdzieś nad jakimś wulkanem widziałem słup gazu. Świecie naukowy, uznaj ten wulkan za aktywny. Bo ja tak mówię. A inne dowody, nieważne. Absurd. Nie wiem dlaczego niektórzy uczepili się tej historyjki z 1993 roku? To mogło być zupełnie nic, chmura, wir powietrza z piaskiem/pyłem, a już namniej prawdopodobne jest, że coś związane z aktywnością wulkaniczną. Póki nie ma dowodów, trzeba porzyjąć, że to było NIC. Liczy się ostatnia potwierdzona erupcja, ponad 1000 lat temu. Pytałem miejscowych, w tym urzędników o ten 1993 rok - nikt nic nie słyszał. To pytałem, dlaczego uważacie, że Ojos jest aktywny i następowała albo cisza albo padała odpowiedź, bo są tam fumarole. To ostatnie zweryfikowałem. Z kolei według większości, Llullaillaco jest nieaktywny, bo nie ma tam fumaroli. Jeśli wg takich przesłanek będziemy definiować aktywność wulkaniczną, to jest to poziom wczesnego przedszkola i piaskownicy.

Z definiowaniem aktywności wulkanów jest skomplikowana sprawa jeśli nie wybuchają często. Posłużę się pewnym wulkanem. Irański Demavend 5634m wybuchł ostatni raz ok. 5350r. p.n.e. a mimo to jedni twierdzą, że jest aktywny, inni, że uśpiony, kolejni, że nieaktywny. Jest też czwarte pojęcie - wulkan potencjalnie aktywny. Dlaczego? Bo na wierzchołku są niezbyt gorące ale bardzo wydajne wyziewy wulkaniczne, widoczne z całej okolicy. Notuje się też niewielkie wstrząsy sejsmiczne w jego masywie. I dla mnie najważniejsza informacja, zakładając że jest prawdziwa - pod wulkanem ciągle jest komora płynnej magmy. W takiej sytuacji, rzeczywiście Demavend można uznać za wulkan uśpiony/drzemiący. Dla mnie zwrot "potencjalnie aktywny" jest synonimem słów drzemiący/uśpiony czy z ang. dormant. Nic nie stoi na przeszkodzie(poza czynnikami geologicznymi), by wulkan nieaktywny, po wielu tysiącach lat wybuchł

Co przemawia za aktywnością wulkanu Ojos del Salado?

- NIC

Co przemia za tym, że Ojos del Salado jest uśpiony lub nieaktywny?

- data ostatniej erupcji ponad 1000 lat temu

- chłodne wyziewy wulkaniczne - solfatary

- stare lawy, silna erozja,

- brak aktywnych wulkanów w okolicy

Dla mnie Ojos del Salado jest wulkanem, który można jeszcze uznać za uśpiony, ale w procesie wygasania. Jeśli w ciągu trwającego stulecia nic się nie wydarzy, na jego koniec, będzie można uznać Ojos, za wulkan wygasły, nawet jak solfatary będą nadal obecne.

LLULLAILLACO 6755m (Chile, Argentyna)

Stratowulkan, który ma trzy potwierdzone erupcje w XIX wieku: 1854r., 1868r., 1877r. To w geologii chwilę temu. Pewnie każdy słyszał o erupcji w 2010 roku islandzkiego wulkanu Eyjafjallajokul. Przed tym momentem, wcześniejszą erupcję zakończył w 1823 roku. I nikt nie miał wątpliwości, że w międzyczasie jest wulkanem aktywnym. Przydaołoby się specjalistyczne badanie, czy pod Llullu jest płynna komora magmy, ale i bez tego można wysunąć wiele ciekawych wniosków. Brak wyziewów wulkanicznych, wcale nie znaczy, że wulkan jest uśpiony czy nieaktywny.

Co przemawia za aktywnością wulkanu Llullaillaco?

- daty ostatnich erupcji (potwierdzonych, co niezwykle istotne), ostatnia w 1877r.

- młode lawy

- występujące wstrząsy sejsmiczne

- obecność aktywnych wulkanów w okolicy (wulkan Lascar)

Co przemawia za tym, że Llullaillaco jest uśpiony albo nieaktywny?

- brak współczesnych oznak aktywności jak fumarole (chociaż kilka razy czułem zapach siarki)

Można przyjąć, że obecnie Llullaillaco jest wulkanem aktywnym, najwyższym na świecie. Ale jeśli do końca stulecia nic się nie wydarzy, trzeba będzie go uznać za uśpiony.

Zamieszanie. Informacjami o mojej ocenie aktywności wulkanu Ojos del Salado, podzieliłem się z grupą osób w Copiapo, w tym z urzędnikami wydziału turystyki. Mimo braku przeciwstawnych argumentów, moje wnioski, spotkały się z niezadowoleniem, a nawet w pjedynczych przypadkach z oburzeniem. Hasło - najwyższy aktywny wulkan świata brzmi świetnie, chociaż ja uważam, że hasło najwyższy wulkan świata nie brzmi wiele gorzej. Niektórzy nawet mnie prosili, bym nie ujawniał wyników moich obserwacji, bo to odbije się negatywnie na lokalnej turystyce. 

Na pierwszych pięciu zdjęciach jest wulkan Ojos del Salado, a na kolejny pięciu wulkan Llullaillaco.

Wulkan Llullaillaco 6755m

 Wczoraj wieczorem, tj. 24.01, wróciłem z kolejnej wizyty w Argentynie i rejonu wulkanu Pissis oraz Bonete. Z przygodami udało się dotrzeć do "wygasłego gejzeru" Volcancito i jeziora kalderowego Inca Pillo. Zamykana wcześnie granica przedłużyła nasz pobyt o dzień, a kierowca zasłabł na 4340m i dostał tlen. Do tego walka z huraganowym wiatrem 100km/h. Nie mniej, zamknąłem najważniejszą część wyprawy, jestem bardzo zmęczony, ale wykonałem 125% planu, więc jestem równie szczęśliwy. Teraz będę przemieszczał się w kierunku Bogoty, skąd mam samolot do Meksyku. Noc z 24 na 25 stycznia poświęciłem na pakowanie i powstanie tego wpisu na blogu. Jest długi jak Ojos, bo nie było czasu na dzielenie. Przy intensywności mojego planu wyprawy i tak cud, że powstał.

05.01 - Cały dzień poświęciłem na organizację transportu pod Llullaillaco. Marta też walczyła. Jej znajomi pracowali, a gość z nowo powstałego biura turystycznego nie chciał jechać za 90 000 pesos dniówki plus paliwo. W Copiapo w ogóle nikt nie chciał słyszeć o Llullaillaco, które jest w regionie II, przy granicy z III, w którym przebywałem. Około 800km jazdy, co jak na Chile nie robi wrażenia. Tu wszędzie jest daleko w rejonie Atacama. Chilijczycy nie lubią pracować, a ciężko to już wcale, nawet za dobre pieniądze - jest oczywiście od tego mnóstwo wyjątków. To ich zachowanie nie jest złośliwe, oni po prostu tacy są. Nikt ich nie nauczył pracować wydajnie. Ja ich nawet rozumiem, że robią wszystko, by mieć pieniądze i się nie przepracować.

Dzień mijał, a efektów brak. Znalazłem jakąś firmę, która chciała milion pesos. Blisko 1500 dolarów. Gdy kolejny raz odwiedzałem miejscowe biuro turystyczne, na dobrym poziomie, zastałem Daniela Alfaro. Właściciela jednej z firm turystycznych, mówiącego dobrze po angielsku, co tutaj jest wyjątkiem. Powiedział, że mi pomoże. I rzeczywiście niedługo później spotkaliśmy się na głównym placu. Powiedział, że nigdy nie był pod Llullu, a nie wyklucza wozić tam turystów w przyszłości. Chilijczyk, który chce się rozwijać - w końcu. Cena 600 000 pesos. Nie, za dużo. Zszedł do 520 000 jako minimum (1 dolar to 700-720 pesos), tłumacząc mi skąd ta cena. Tutejsze firmy nie kupują samochodów, tylko wynajmują, Daniel po 75 000pesos za każdy dzień. Na wyjeździe pod LLullu auto będzie używane 4 dni, więc już mamy 300 000 pesos, plus paliwo, zarobek, jedzenie dla kierowcy. Zgodziłem się, lepszej oferty nie było, gdybym sam wynajął auto kosztowałoby mnie to więcej.

Daniel ustalił późną godzinę wyjazdu, bo następnego dnia przed 11:00, to wykluczało, że dojedziemy do celu za dnia, ale nawet mnie to cieszyło. Czekała mnie cała noc przygotowań do wyjazdu i próba napisania coś na bloga. Dzięki tej godzinie, była szansa na chwilę snu. Zapłaciłem połowę, Daniel dał mi świstek papieru przy mnie pisany, potwierdzający zapłatę. Przypadek sprawił, że spotkałem go w biurze, ten fakt będzie miał ogromny wpływ na mój pobyt w Copiapo jak się później okaże.

Znawca okolicy zapyta, dlaczego na Llullu nie jechałem z San Pedro de Atacama. Dlatego, bo ten wariant zprawdziłem 6 lat wcześniej i teraz wszystko się potwierdziło. Mimo że z San Pedro jest wyraźniej bliżej, to nie jest taniej, a wręcz drożej. San Pedro to 100% komercji, wioska stworzona dla turystów. Położone pośród mnóstwa atrakcji i we wspaniałej pustynnej scenerii. Niestety idą za tym ceny, kilkukrotnie wyższe często niż gdzie indziej. Dlatego nie opłacało mi się tracić czasu na dojazd do San Pedro, by płacić ich drakońskie ceny.

Ktoś też może zapytać. Dlaczego nie próbowałem z kimś się połączyć, dołączyć do jakiejś grupy? Pisałem przed wyjazdem do lokalnych biur w sprawie Llullaillaco i rejonu Pissis (o Ojosa się nie martwiłem). Treść mojej wiadomości była taka, że będę tutaj w takim czasie i z takimi planami oraz, że mogę dostosować się do terminów. Firmy, które odpowiedziały, obiecywały dać znać, gdy ktoś będzie miał podobne plany albo będzuie jakaś grupa. Nikt się nie odezwał. Llullu i Pissis nie są popularne. Dochodził jeszcze jeden problem. Komercyjne wyjazdy trwają 9-11 dni, bo obejmują aklimatyzację. Są drogie. Ja aklimatyzacji nie potrzebowałem i co więcej, potrzebowałem pełnej samodzielności w poruszaniu się. Najprostsze wejście na szczyt kompletnie mnie nie interesowało. Reasumując, potrzebny był mi tylko transport.

 06.01 - Wyjechaliśmy po 11:00. A jednak za bardzo nie pospałem - tyle pracy przed podróżą. Oprócz mnie jechał Daniel i jego współpracownica przyuczająca się do obsługi turystów - Hareli. Zrobiliśmy postój w starym górniczym miasteczku - Inca del Oro, a w innym - Diego de Almagro - zabraliśmy Alvaro (nauczyciel muzyki, pasjonat fotografii i podróży). To także współpracownik Daniela. Trasa prowadziła pustyniami i wybrzeżem, jazda szła sprawnie, 120-140km/h. Jechaliśmy nowym terenowym Mitsubishi L200. Pogoda upalna. Przed Antofagastą, skręciliśmy ku wielkiej kopalni Escondida (miedź i metale), pnąc się powoli do góry. Dzięki kopalniom powstało w Chile, w trudno dostępnych miejscach, sporo dróg, wykorzystywanych także w turystyce.

Escondida z sąsiednimi kopalniami tworzy jeden wielki zespół, pracownicy wskazali nam drogę. Tylko na terenie tak dużej kopalni, różnych dróg są setki. A my popełniliśmy błąd. Ostatnie 30 minut kończącego się dnia, poświęciliśmy na przerwę. Gdy zapadł zmrok, utknęliśmy w kopalni. Alvaro miał trasę gps pod LLullu, ale trafić po ciemku w jedną ze stu dróg, prowadzącą w naszym kierunku, to niełatwe. Łącznie z przerwą, dobre trzy godziny kluczyliśmy po kopalnianych szutrach, zanim wjechaliśmy na właściwą drogę. Bez Alvaro, utknęlibyśmy na dobre. Koło schroniska (refugio) Las Zorritas 4160m, byliśmy o północy, nie zastaliśmy nikogo. Daniel najchętniej, by mnie tu wysadził, bo auto musiało szybko wrócić do Copiapo. Miało właśnie nastałego nowego dnia, pracę do wykonania.

07.01 - Ruszyliśmy jednak wyżej, ale na 4425m Dniel stwierdził, że mam dwie opcje. Wysiąść tutaj, do o obozu pierwszego na 4700m mam niedaleko. Albo dopłacić, bo on oszacował tyle godzin, a wyszło tyle więcej, każda godzina kosztuje taką kwotę. Te dodatkowe godziny pokrywamy po połowie i on wiezie mnie do obozu pierwszego, w dzień 15 minut jazdy, w nocy więcej. Wybrałem pierwszą opcję, a ta sytuacja bardzo przypominała zachowanie Manuela pod Ojosem del Salado - widocznie Chilijczycy tak mają. Ekipa pomogła mi rozbić namiot przy drodze i pojechali. Minęła pierwsza w nocy.

Rano przywitała mnie słoneczna pogoda i chmura przykrywająca szczyt Llullaillaco. Musiałbym zrebić dwa kursy, by wszystko donieść do C1 (obóz pierwszy). Szkoda było na to czasu, dlatego pozbierałem z łąki kamienie i ukryłem pod nimi część jedzenia i wody. Plecak jednak  nadal ważył 20-25kg. Chodząc po łące miałem nadzieję, że nie natknę się na żadną minę, z czasów wojny argentyńsko-chilijskiej, o ile mnie pamięć nie myli, z przełomu lat 70-tych i 80-tych poprzedniego stulecia. 

Dopiero jak się wyspałem i porządnie spakowałem, ruszyłem na trasę, czyli w połowie dnia. Rozbiłem się o 19:00, po 4 godzinach marszu, na 5105m. Odcinek był długi i płaski.

 08.01 - Spokojnie o 10:00 ruszyłem do góry. Dwie godziny wcześniej koło mojego namiotu przechodziła czwórka Hiszpanów wracająca z Llullu. Ich samochód stał w C1. Wyglądali jak żywe trupy, bo dzień wcześniej atakowali szczyt z obozu na 5350m. Przyznali, że to była mordęga i żadnej przyjemności. Jako że mnie tępe zdobycie szczytu nie interesowało a potrzebowałem więcej czasu niż 5 minut na samej górze, w planie miałem nocleg na 6000m.

Ostatnie małe i marnej jakości platformy są na 5600m i wszyscy atakują wierzchołek z wysokości 5300-5600m. Mam na myśli główną drogę od strony Chile. Na tych wysokościach, jest dostęp do wody z penitentów i lodowców (w zasadzie wysokość noclegu 5300-5350m, określa się jako C2). W C1 dostępu do wody nie ma. Nie powinno to dziwić, bo rejon pustyni Atacama, jest najsuchszy na świecie.

Do 5600m była jakaś namiastka ścieżki. Potem szedłem wg własnego uznania lawowym, skalnym ramieniem. Dosyć młoda lawa i bardzo ciężki teren do wędrówki z dużym plecakiem. Pojawiły się elementy wspinaczki, duże nachylenie, jak to na stratowulkanie. Wpakowałem się w mało przyjemne miejsce. Wobec tego postanowiłem zejść na największy tutejszy lodowiec i jego skrajem ruszyć do góry. Z góry wyglądał on bardziej przyjaźnie, na miejscu okazało się, że w większości pokryty jest penitentami. Niewielkimi, do pół metra, ale to wystarczająco uprzykrzało wędrówkę. A czas uciekał. Na 6000m, gdzie chciałem się rozbić, nie było na to szans. Musiałem iść dalej, ale w tych warunkach szedłem bardzo wolno.

Wróciłem na skały a raczej na głazy, często ruchome, poprzedzialane bardzo sypkimi fragmentami. Myślałem, że wyzionę ducha. Dzień się kończył, gdy wypatrzyłem potencjalne miejsce na namiot - między lodowcem, a głazami. Musiałem jednak pokonać fragment tego pierwszego. Bez raków, nie było na nie czasu. Na miejscu czekało mnie usypanie na stromym zboczu platformy. Ręce i czekan poszły w ruch. Gps wskazywał 6190m. Trochę wyżej widziałem bardziej płaskie miejsce, ale nie miałem godziny, by tam dojść. Minęła 21:00, gdy postawiłem namiot. Zapadł właśnie zmrok. Ostatnia czynność na zewnątrz, to zebranie śniegu i lodu do gotowania.

Trochę czułem się obolały po wędrówce tego dnia. W nocy było minus12 stopni C w namiocie, na zewnątrz minus 15. Za to wiatr był bardzo słaby, w dzień wzmagał się zazwyczaj tylko popołudniami.

09.01 - ATAK SZCZYTOWY na Llullaillaco - wystartowałem o 9:00, tradycyjnie, gdy wyszło już słońce. Po co marznąć, gdy nie trzeba, i musiałem mieć ciągle na względzie odnmrożone stopy. Ojos nie przyniósł tutaj żadnych strat i chciałem to kontynuować. Wpierw wszedłem własną trasą na wierzchołek 6580m. Wybitny wierzchołek (jeden z wielu w masywie), skąd świetny widok na wierzchołek główny i różne partie Llullaillaco. Świetnie widać, jak ponad sto lat temu płynęła z rejonu tego najwyższego szczytu lawa, tworząc potężne ramiona. Dzięki temu powstała pomiędzy punktem na którym się znajdowałem a tym, gdzie zmierzałem, mała dolina, wąska, do której osypują się skały. Posiada ona niewielkie zagłębienie z mini lodowcem. Gdy jest bardzo ciepłe lato, topi się więcej lodu i powstaje w tym zagłębieniu na 6300m, okresowe małe jeziorko na powierzchni lodu. Tym razem jednak lód miał się dobrze.

Miałem nadzieję, że z wierzchołka 6580m (pewnie ma jakąś nazwę), zejdę do przełączki i wejdę na cumbre principal (szczyt główny), ale się przeliczyłem. Lód i stromizmy, kazały poszukać innego rozwiązania. Gdybym musiał zejść z niego całkowicie, mógłbym wracać do namiotu, ale znalazłem skalny wąski żleb, stromy, sypki, z jakimś lodem, ale udalo mi się nim zejść tracąc tylko 120m wysokości. I dalej stromo po najmłodszej lawie, raz głazy, raz sypko. Ciężko. Gdy dotarłem na rozległy szczyt, gdzie krater, liczne wierzchołki i zagłębienia, wszystkiemu się przyglądałem. Jak to zwykle bywa, najwyższy punkt znajduje się na końcu. A z niego efektowne pustynno-wulkaniczne widoki. W dół ruszyłem około 18:30. I początkowo wcale nie było szybciej, trudny teren na to nie pozwalał. Na ruchomych głazach łatwo zrobić sobie krzywdę. Schodziłem dolinką pomiędzy szczytem 6580 a głównym. Do namiotu doszedłem o 21:00. Nabrałem śniegu, trochę gotowania i spać, po bardzo udanym dniu.

Llullaillaco - wysokość, aktywność, "naj". Dlaczego 6755m a nie 6739m? Bo oba gps-y nie pozostawiały złudzeń, że Llullu ma taką wysokość z błędem do 5m. A skąd te 6739m? Pomiaru dokonano sporo lat temu, a do tego szczyt kryje wiele skalnych wierzchołków o zbliżonej wysokości. Prawdopodobnie jeden z nich ma właśnie 6739m i wchodzącym na niego wydał się najwyższy. Co zmienia te kilkanaście metrów? A no to, że być może Llullu nie jest siódmą górą Ameryki Południowej, a piątą, po Aconcagui, Ojosie, Pissis i Huascaran. Zbliżoną wysokość, zapewne z pewnym błędem pomiaru mają, Nevado Tres Cruces i Cerro Bonete (położone w rejonie Ojosa i Pissis). Ponadto Llullu jest czwartym wulkanem świata co do wysokości - po Ojosie, Pissis i Bonete. Przy czym niektórzy kwestionują, że Bonete jest wulkanem, używając sformułowania, że to góra pochodzenia wulkanicznego. Osobiście uważam, że to stary wygasły wulkan, jakich wiele w tej części Puna de Atacama. Llullaillaco, to najwyższe archeologiczne stanowisko na świecie, odnaleziono tutaj (nie na samym szczycie) inkaskie mumie, można je obejrzeć w muzeum w argentyńskiej Salcie. A co do aktywności, o której więcej wkrótce, wulkanu, który wybuchł w 1877 roku nie można uznać za nieaktywny. Z punktu widzenia naukowego, to niedawno.

10.01 - cel - zejść przynajmniej do 5300m, a najlepiej do C1 na 4700m. Czas schodzenia do 18:00, bo ostatnio wchodziłem do namiotu dużo później. Nie śpieszyłem się ruszając w dół po 12:00. Po odcinku po głazach, wybrałem lodowiec z penitentami. Ruchome głazy, kilka upadków, noga wpadająca w dziwne otwory. To groziło poważną kontuzją. Na lodowcu było ciut lepiej, ale nadal wolno, dopiero od 5900-5800m gdy teren trochę złagodniał, mogłem przyśpieszyć. Na 5600m z groszami spotkałem parę Austriaków na aklimatyzacyjnym spacerze. Rok wcześniej byli na Ojosie del Salado. Na pytanie, czemu od razu nie poszli na Llullu mając aklimatyzację, odpowiedzieli: bo to dla nich zbyt duży wysiłek,  za jednym zamachem tak wysokie dwa wulkany. Dziwne, byli gdzieś po 40-tce.

Na 5300m nabrałem zapasu wody, a chwilę przed 18 dotarłem do C1, gdzie stał samochód Austriaków (zdziwili się na mój widok - duch). Poza tym żywej duszy. Rozbiłem sie na 4725m.

11.01 -  mogłem czekać na odbiór tutaj, ale postanowiłem zejść do schroniska Las Zorritas 4160m. Trasa okazała się całkiem długa, wcześniej w nocy jej nie widziałem. Nawet było kilka podejść. Z 4425m wziąłem depozyt żywnościowy, nienaruszony. Wędrówkę urzmoicały vicunie i widoki na Llullaillaco. Po jakichś 3h dotarłem do celu, około 15:00. Nie było nikogo, a schronisko Conaf zamknięte. Na szczęście jeden z niewielkich budynków był otwarty. Nawet znalazłem materac. Nie musiałem rozbijać namiotu. Zrobiłem spacer po okolicy, a potem odpoczynek. Obok przepływa zmineralizowany potok, zatem był dostęp do wody. Co prawda wokół nie brakowało kup vicunii i guanako, ale wrzuciłem tabletki odkażające, zagotowałem i było w porządku. 

Po 17:00 podjechały dwie terenówki Chilijczyków. Jednego spotkałem pod Ojosem. Postanowili powalczyć z kłódką i otworzyć refugio. Zostałem u siebie, będąc już rozpakowanym. Wybrali się na wycieczkę off roadową z Copiapo do San Pedro de Atacama (3 dni off roadu i powrót asfaltem). Refugio choć małe, jest całkie przytulne (4 łóżka, sofa z biurkiem i piecem, kuchnia, niedokończona toaleta z prysznicem).

To całe Chile, Conaf każe załatwiać specjalne pozwolenia na LLullu, pogranicznicy, również. Pierwszego nie miałem, drugie owszem. A potem i tak nikt tego nie sprawdza. Zaś schronisko w środku sezonu, zamknięte na cztery spusty. 

Wieczorem spakowałem się i poszedłem wcześnie spać. Następnego dnia rano miano mnie odebrać.

Llulluillaco jest trudniejszy i bardziej męczacy od Ojosa. To charakterystyczne dla wulkanów z młodymi lawami. Do tego startuje się z dużo niższego pułapu i wyżej nie ma ścieżki, ludzi prawie wcale. Pogoda dopisała. Udało mi się nie odmrozić bardziej palców u stóp, za to Llullu trochę je zmasakrował w inny sposób. Obtarcia, odciski, zdarta skóra. Przy zdrowych stopach nie byłoby problemu, bo to norma na wulkanach, ale tak musiałem znowu jeszcze bardziej poświęcić im uwagi. 

 12.01 - dzień powrotu do Copiapo. Daniel wspominał o 6-7 rano, dlatego budzik nastawiłem na 5:30. O 6:00 usłyszałem włączony silnik auta, może to Chilijczycy rozgrzewają swoje maszyny? Okazało się, że to mój transport. Przybyli o 5:00 i postanowili się przespać, silnik włączyli dla ogrzania. Tym razem zamiast Daniela, był Gabriel, brat Alvaro. O 6:30 jechaliśmy już w dół, znowu mając pewne problemy, za dnia, by wyjechać z kopalni Escondida. Na chwilę zatrzymaliśmy się przy małych inkaskich ruinach. 

Kopalnia pracowała pełną parą. Gigantyczne ciężarówki, maszyny, taśmociągi, zwałowiska. Pełno pyłu. Do wieczora jechaliśmy do Copiapo. Daniel obiecał mi dobrą cenę transportu w rejon wulkanu Pissis. Spotkaliśmy się, ale on wyliczył prawie 1,2mln pesos. Zakładałem, że skoro Pissis jest niedaleko Ojosa, choć po stronie argentyńskiej, to cena będzie wahała się pomiędzy właśnie Ojosem a Llullaillaco. A tu taka "super" oferta. Daniel chciał 480 tys. za dowiezienie mnie do granicy na Przeł. San Francisco (za Laguną Verde) i z powrotem. Reszta dla gościa z firmy argentyńskiej. Chociaż Daniel zszedł z ceny do 320tys, to nadal stanowczo za dużo. Zostałem bez transportu w rejon Pissis i historia rozpoczęła się od nowa. Jeszcze tego dnia zacząłem szukać jakiegoś rozwiązania, a Marta miała dołączyć kolejnego. Daniel obiecał dać mi namiary na Argentyńczyka, z którym nawiązał kontakt. Stwierdził również, że do Llullaillaco dopłacił, bo chciał mi pomóc. Mnie się wydaje, że jednak ciut zarobił, ale rzeczywiście przy chilijskich kosztach, interesu nie zrobił, za to zdobył doświadczenie na temat dojazdu pod Llullu. Ten dzień nie skończył się optymistycznie.

KILKA LUŹNYCH RZECZY:

W tutejszych residencialach (pensjonatach) dla górników może nie być okna, za to  może być gorąco jak w saunie, a miejsca tyle, że ledwo mieści się łóżko. To wszystko jest w porządku pod warunkiem, że jest mały telewizor. A więc  mieszkam sobie w takim pokoju z jednym kanałem anglojęzycznym - informacyjnym BBC. Między Ojosem a Llullaillaco patrzę, a na czerwonym pasku informacja o nie żyjących 22 osobach. Zamach terrorystyczny znowu? Nie. To liczba zamarzniętych na śmierć osób jednej nocy w Polsce. Mijają lata, a nikt nie potrafi sobie z tym problemem poradzić. Z zawstydzającą liczbą zamarzniętych co roku osób.

Nie mieszczące się rzeczy w plecaku spowodowały, że musiałem wysłać paczkę do Polski. Moje plecy też o to prosiły. Wysłałem prawie 5kg lawy, minerałów, próbek ziemi. Wybrałem najtańszą paczkę rejestrowaną, płacąc prawie 44000pesos (1USD=700-720pesos). Co ciekawe na poczcie nie można kupić pudełka. Zabrałem ze sklepu. A na pytanie co zawiera przesyłka, odpowiedziałem zgodnie z prawdą - pamiątki. Których znowu mi przybywa w plecaku.  

Sześć lat temu słyszałem, że Copiapo chce być miastem nie tylko górniczym ale też turystycznym - bramą m.in. do Puna de Atacama. Minęło 6 lat i nic się nie zmieniło. Informacja turystyczna działa dobrze, ale widokówki z jakimkolwiek wulkanem nie uświadczysz. Za co tak samo jak 6 lat temu mnie przepraszano. 

Sprzęt na wulkany. Wulkany mają swoją specyfikę, zwłaszcza te aktywne. Żartuję sobie, że powinienem być testerem wszystkich firm outdoorowych i produkujących elektronikę typu aparaty, kamery. Nie ma lepszego miejsca niż wulkany. I która firma przeszedłaby test? Żadna. Lata włóczęg, pełne szafy sprzętu - wymusiły założenie pliku z tym co mam, gdzie, w jakim stanie. Kiedyś policzyłem firmy, których sprzętu używałem lub używam. Wyszło około 150. Ostra lawa jest jak tarka, podeszwa znika jak opony w formule 1. Pola geotermalne topią buty, ubranie, rozklejają, palą szwy. Każde otarcie się o ostrą lawę rozdziera wszystko. A ja często muszę klęczeć, przeciskać się przez pola lawowe. Przy intensywnej eksploracji wulkanów sprzęt rozlatuje się w rękach. Elektronika wysiada od tego co w zwykłych górach, jak różnice temperatur, mróz, wilgoć. Na wulkanach dochodzi pył, wyziewy wulkaniczne, ostra lawa. Np. buty, które w górach wytrzymają dwa lata intensywnego używania, na wulkanach wytrzymują miesiąc-dwa. Za mną połowa wyprawy, a część sprzętu już musiałem wyrzucić. Ten kluczowy kleję, łatam srebrną taśmą, zszywam. By wytrzymał te 112 dni, potem wyrzucę. Nawet gdybym chciał, to na wyprawach na ogół nie mam gdzie kupić nowego specjalistycznego sprzętu. Z elektroniką nie jest lepiej. Biorę po kilka aparatów/kamer. Zazwyczaj wracam bez żadnego z tych urządzeń, muszę się czasami ratować kupnem na wyprawie. Taka jest specyfika wulkanów. Ich eksploracja niszczy wszystko i szybko. Póki co żadna firma, nie produkuje sprzętu dedykowanego na wulkany i póki co, przyzwyczaiłem się, że po wyprawie muszę odbudowywać sprzęt od nowa, a do domu wracam tylko z lawą.

  • NA ZDJĘCIACH: 
  • 1) Miasteczko Inca del Oro
  • 2) na 4425m, w tle Llullaillaco
  • 3-7) masyw Llullu i największy jego lodowiec, powyżej 6000m
  • 8) wierzchołek 6580 i w tle główny
  • 9-15) samiutki wierzchołek Llullaillaco i jego okolice
  • 16) miejsce, gdzie czasami tworzy się mini jezioro na 6300m
  • 17) główny lodowiec Llullu, w dziurze lodowca, na samej górze zdjęcia, po lewej stronie, gdzie widać kawałek ziemi, miałem rożbity namiot
  • 18) Vicunie
  • 19) Panorama na główny wierzchołek Llullu i młode lawy
  • 20) Nasz Mitsubishi L200 w rejonie kopalni Escondida
  • 21) Inkaskie ruiny
  • 22) Oba buty w ten sam sposób załatwiło Llullaillaco w 5 dni
  • 23) Połowa wyprawy i tak wyglądają podeszwy. Obecnie oba buty wyglądają wyraźnie gorzej.
  • 24) Copiapo, od lewej Hareli, Gabriel, Alvaro.
Strona 1 z 83

nationalgeographic box

red bull 225x150

TOKFM box

box 6 kontynentow

stopka plecak

LogoStopka

stopka plecak

Strona używa informacji zapisanych za pomocą… plików cookies w celu dostosowania do indywidualnych potrzeb użytkowników. Jeżeli tego nie akceptujesz zmień ustawienia przeglądarki dotyczą…ce cookies. Więcej informacji można znaleźć‡ w naszej Polityce prywatności.