a2b2

DZIKUS 225x150

TVN box

swiatsiekreci box

pytanie na sniadanie box

radiokielce BOX

Podziel się

FacebookMySpaceTwitterGoogle BookmarksLinkedinRSS Feed
Grzegorz Gawlik

Grzegorz Gawlik

Po dotarciu na dworzec kolejowy w Kijowie dziesiątego kwietnia i zostawieniu bagażu w przechowalni od razu zakupiłem bilet kolejowy do Lwowa na 14-go kwietnia. Nocny pociąg w wagonie plackartnym kosztował 116,69 hrywien czyli około 17zł (niecałe 5 dolarów). Bezchmurne niebo napawało optymizmem co do temperatury w ciągu dnia. Poranek był chłodny. Pierwszy przystanek to stacja Arsenalna. Byłem tu kilka razy, ale jakoś umknęło mojej uwadze, że to najgłębsza stacja metra na świecie. Oddana w 1960 roku ma 105 metrów głębokości. Położona jest na wysokim brzegu Dniepru, stąd ta głębokość. Ze dwie minuty trwa wyjście ze stacji. Wpierw jeden bardzo długi odcinek schodów ruchomych, potem krótszy. Efektowne. W kijowskim metrze zawsze jest dużo ludzi a w godzinach szczytu, tłok, metro nieraz niewydolne. Zwłaszcza w centrum. To dlatego, że trzy linie są mądrze poprowadzone i całkiem rozbudowane. Bilety tanie. Są plany rozbudowy, ale w obecnej sytuacji Ukrainy chyba wątpliwe? Jeżdżąc kijowskim metrem czułem dysonans w porównaniu z warszawskim. Zawsze gdy korzystam z „polskiego metra” mam wrażenie, że jest pusto. Tak pusto jak nigdy w kijowskim. W godzinach szczytu w warszawskim jest tyle ludzi, co poza godzinami szczytu kawałek od centrum w kijowskim.

Kolejny przystanek to Chreszczatyk (Kreszczatik, Kreshchatyk) i Plac Niepodległości (Majdan Nezależnosti). O tym ostatnim napiszę w kolejnym wpisie i zadedykuję temu miejscu specjalną galerię zdjęć. Chreszczatyk to główna aleja Kijowa zabudowana w stylu socrealistycznym. Reprezentacyjna, w samiutkim centrum miasta. Rozdziela dwa niezbyt urodziwe placo-skwery zwane Placem Niepodległości. Zrobiłem sobie krótki spacer po ulicy i postanowiłem zjeść wiosennego loda z budki. Na której pisało, że są po 15 hrywien. Super. Ekspedientka napełnia wafelek i wkłada do stojaka. Chcę zabrać lód i zapłacić, a ona: co ja robię? Patrzę, stojak na lody został położony na wadze sklepowej i cena na budce jest fikcyjna, zależy od wagi loda. Pani wpierw musi go zważyć. Dziwne, ale pomysłowe. Płacę kilka hrywien więcej i mogę jeść.

Po dłuższym pobycie na Placu Niepodległości idę uliczką do góry w kierunku katedry św. Zofii (Santca Sophia, początek XVII w.). Wokół całkiem ładne kamienice, a przed katedrą plac, który bardziej przypomina Rynek niż Plac Niepodległości. Przynajmniej z dwóch stron, gdzie katedra i kilka ładnych kamienic. Pozostałe, to ruchliwa ulica. Przed katedrą dużo ludzi. Budki z jedzeniem, karuzela, wielka pisanka. Za wstęp do parku przy katedrze płacę 10 hrywien. Trwa właśnie festiwal pisanek, czyli wystawa na świeżym powietrzu. Od małych do ogromnych. Sympatycznie. W końcu mamy Wielki Piątek, prawosławny. W kolejne dni była ogromna kolejka, tego dnia jeszcze znośna. Znacznych rozmiarów katedra jest śliczna, ale widziałem już tyle podobnych, nie ma się nad czym rozczulać. W kiosku kupiłem mini przewodnik po Kijowie z mapą za 30 hrywien. Planuję odwiedzić „stare kąty”, ale wypadałoby zobaczyć coś nowego przy okazji. Kręcę się po okolicach katedry, gdzie wielkomiejskie kamienice i polska ambasada, przed którą niewielka demonstracja. Ludzie w rękach trzymają jedną flagę ukraińską, dwie polskie i kilka historycznych flag białoruskich – biało-czerwono-białych.

Bardzo mi się podoba spokojna okolicach Monasteru św. Michała Archanioła o Złotych Kopułach – widać go świetnie z przed katedry. Sama potężna świątynia jest przepiękna a obok stoi śliczna, niewielka, z drewnianym dachem. Monaster odbudowano w latach 1997-1998, podczas Euromajdanu pełnił funkcję szpitala polowego. Obok kompleksu stoi monumentalny gmach Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Za świątynią jest park i widok na płynący w dole Dniepr. W dół możemy się dostać kolejką szynową albo zejść pieszo przez park bądź przez klimatyczną kręta ulicę: Andriyivskyi uzviz. Trochę ładnych kamienic, sprzedawcy pamiątek, malarze, górujący efektywny kościół św. Andrzeja (Andryivska cerkiew). Są punkty widokowe na Dniepr, blokowiska po drugiej jego stronie i fragment starego miasta w dole ulicy. A tam piękne kościoły, ładne kamienice, jeden z budynków uniwersytetu. Potrzeba chwili, aby dojść nad Dniepr. Co prawda nie łatwo się dostać nad samą rzekę za sprawą ruchliwej arterii, ale gdy to się uda, możemy pospacerować bulwarem. W większości niezbyt ładnym, asfaltowym, zaniedbanym, ale kilka fragmentów odnowiono. Jest malutka cerkiew „na wodzie”, statek z funkcją restauracji, na drugim brzegu plaża, niedaleko buduje się nowa mostowa przeprawa.  

Na 18:00 byłem umówiony przed wejściem do metra Vokzalna, z Leonidem. Poznałem go dzięki kumplowi Łukaszowi Wadze – nauczycielowi geografii i podróżnikowi. Leonid miał mi pomóc znaleźć rzetelną firmę, która mnie zabierze do Czarnobyla. Ledwie komunikatywnie porozumiewam się i po rosyjski i po ukraińsku, gdybym sam tego szukał czytając cyrylicą czy pisząc, zajęłoby to mnóstwo czasu. Do Czarnobyla jeżdżą głównie Ukraińcy, dla nich to również atrakcja turystyczna, stąd chciałem skorzystać z lokalnej firmy. Godnej zaufania. Co do języków jeszcze, to ukraiński różni się od rosyjskiego, bardziej niż mogłoby się wydawać, za to jest spore podobieństwo do polskiego, zwłaszcza czym bliżej polskiej granicy. Leonid znalazł firmę, którą mógł polecić. Kontaktował się z nią telefonicznie. Więcej napiszę we właściwym czasie, teraz podam tylko nazwę: go2chernobyl.com. Zależało mi na dwudniowym zwiedzaniu. Jak specjalnie po to tutaj przyjeżdżam, to szkoda tylko na jeden dzień wybrać się do Czarnobyla. Takie dwudniowe zwiedzanie organizowali 11-12 kwietnia i na początku maja. Ten drugi termin nie wchodził w rachubę w związku z innym wyjazdem, ale ten pierwszy jak najbardziej. W Kijowie planowałem spać w hostelu, bez problemów można znaleźć ceny w granicach 10 euro i mniej, a więc do przyjęcia. Zawsze pozostają babuszki przed dworcem kolejowym z tabliczkami: kwartira. Leonid jednak bardzo chciał mnie ugościć u siebie, podczas prawosławnej Wielkanocy.

Czekał zgodnie z umową przed metrem, kilka godzin wcześniej nawet dzwonił. Udaliśmy się kilka stacji dalej, gdzie mieszka. Kupiłem dla jego żony Gali kwiaty, ale Leonid wybierał. On z kolei koniecznie chciał kupić tort. Przywiozłem kilka upominków, trochę jedzenia. Miło spędziliśmy wieczór rozmawiając, jedząc. Leonid to bardzo uzdolniony człowiek, matematyk i informatyk. Programuje i ma niezwykłą pasję tworzenia fraktali. Słyszeliście o czymś takim? Bo ja do tej pory nie. A są to matematyczne dzieła sztuki, które nie wyglądają jak matematyczne. Nie ma jednej definicji, takie mało dokładne mówią, że to obiekt samo-podobny (tzn. taki, którego części są podobne do całości) albo "nieskończenie subtelny" (ukazujący subtelne detale nawet w wielokrotnym powiększeniu). Więcej pod hasłem: fraktale. Niektórymi dziełami Leonida byłem absolutnie zachwycony. W galerii prezentuję jego kilka plac, ale u niego w domu wśród wydrukowanych fraktali widziałem jeszcze lepsze. Może opowiadać o nich godzinami, tak jak ja o górach, wulkanach, podróżach. Gala, nauczycielka, także jest artystycznie utalentowana, potrafi pięknie wyszywać, robić śliczne zwierzątka z materiału czy origami. W kolejnych wpisach z Kijowa pokażę ich próbkę. Leonid całkiem dobrze mówi po polsku, uczy się go i ma cel nauczyć się jeszcze lepiej. Wiele lat temu spędził jakieś pół roku w Polsce i chce nie tylko utrzymać umiejętność posługiwania się naszym językiem, ale pogłębić jego znajomość. Czyta polskie książki, nawet mu jedną przywiozłem. Stworzył program komputerowy polsko-rosyjsko-angielski, który także zna gramatykę tych języków. Oboje to bardzo sympatyczni i gościnni ludzie.

  • Na zdjęciach:
  • 1-6) Okolice dworca kolejowego, jak zawsze tłumnie, większa niż zwykle obecność żołnierzy w drodze na wschód albo wracających ze wschodu.
  • 7-11) Kijowskie metro, zdjęcia 9-11 przedstawiają stację Arsenalną.
  • 12-13) Chreszczatyk, w tym opisywany lód.
  • 14-19) katedra św. Zofii z okolicami, w tym z polską ambasadą.
  • 20) Ministerstwo Spraw Zagranicznych.
  • 21-27) cerkiew św. Michała Archanioła  i Andriyivskyi uzviz oraz Dniepr.
  • 28) Międzynarodowe Centrum Kulturalne w sąsiedztwie Placu Niepodległości.
  • 29-33) Leonid wybiera kwiaty oraz jedzenie. Dwie ciekawostki. Firma cukiernicza Roshen, to własność prezydenta Ukrainy Petro Poroszenko (po ang. PoROSHENko) zwanego „królem czekolady”, a w filiżance to nie jest kawa, tylko carob tree (szarańczyn strąkowy, chleb świętojański) – zmielone i wypalone nasiona można pić zamiast kawy.
  • 34-39) Fraktale Leonida. 
sirok2Doszedłem do pierwszego przystanku autobusowego w mieście Rezina. Po niedługim oczekiwaniu jechałem załadowaną do pełna marszrutką z Rybnicy do Balti (Bielce). Jesteśmy w Mołdawii, kierowca ma wewnątrz flagę Naddniestrza, co ani policji na granicy ani wsiadającym nie przeszkadza. W Rezine na dworcu autobusowym powiedziano mi, że stąd nie dojadę do Soroki. Najlepiej abym dojechał do Balti. Wsiadam do tej samej marszrutki. Na stojąco z plecakiem – nie przeszkadza w niczym. Najważniejsze, że jadę i nie tracę czasu. Jest czwartek, dzień targowy. Marszrutki zawalone ludźmi, dużo machających przy drodze, w miasteczkach, w których się zatrzymujemy, tłumy. W mieście Floresti postanawiam zapytać czy koniecznie muszę jechać tak okrężnie przez Balti. Skądże. Za chwilę mam marszrutkę waśnie z tego miasta do Soroki. Super, przesiadam się. Do Floresti z Reziny jest 65 kilometrów (bilet 35lei), a z Floresti do Soroki 40 km z groszami (18,20lei). Jadę nowo wyasfaltowanąsirok 1 drogą. Na rogatkach Soroki kończy się moja podróż. Tradycyjnie taksówkarze chcą mnie wozić, ale wolę marszrutki. Od razu łapię nr 1 do centrum (2 leje). Kierowca wysadza mnie koło twierdzy. Soroki (Soroca) to jedno z najstarszych miast Mołdawii (ok. 30 000mieszk.). Już w XIII wieku istniała tutaj kolonia Genueńczyków – Olihonia. Potem był to teren Hospodarstwa Mołdawskiego, lenno Królestwa Polskiego, obszar pod kontrolą Turcji, z krótka przerwą, gdy Soroki ponownie było polskie. Turkowie oddali Soroki Rosji w 1812 roku, krótko to była także Rumunia, a potem ZSRR w ramach mołdawskiej SRR.

Główna atrakcją miasta jest twierdza, Inne to dzielnica cygańska, bo Soroki jest stolica mołdawskich Cyganów (Romów) oraz nieszczególnej urody wysoki pomnik, „świeczka”, który mijałem na przy wjeździe do miasta. Pomnik oddziela tereny mołdawskie od ukraińskich. Po drugiej stronie Dniestru to już Ukraina. Są promowe lokalne przejścia graniczne.

Zamek (twierdza, forteca) w Sorokach powstał w 1489r. za sprawą księcia mołdawskiego Stefana III Wielkiego, rozbudowany w 1543r. przez Piotra Raresza. W 1699 roku wojska polskie odparły 6-tygodniowe oblężenie tureckie. Zamek jest niewielkich rozmiarów, za to wysoki, zbudowany na planie okręgu. Jest praktycznie w centrum miasta, przy bulwarze nad Dniestrem. Wokół jest park, remontowany w czasie mojego pobytu. Tak samo jak twierdza. Kompleksowa renowacja odbywała się przy wsparciu Unii Europejskiej. Obiekt jest ładny, o dosyć rzadko spotykanej bryle, posiada kilka baszt o szpiczastych dachach. Mimo remontu robotnicy pozwolili wejść do środka, byle mnie tylko kierownik nie zobaczył. Twierdza nie była w dobrym stanie, renowacja przyda się jej. W obiekcie spotkałem Petera z Niemiec, całkiem nieźle mówił po polsku, mimo braku polskich korzeni. Wpadł na kilkudniową wycieczkę do Mołdawii (spał w hotelu przy dworcu w Bielcach za 5 euro). Złaziłem całą twierdzę. U szczytu murów jest chodnik z widokiem na miasto i dziedziniec ze studnią oraz piwnicami. Kierownik w końcu nas wypatrzył i kazał znikać. Na wyjściu robotnicy poprosili nas o jakiś datek na piwo. Ile? Dziesięć tysięcy dolarów, ale 20 lei wystarczy. Daliśmy po 20-tce. Nad głównym wejście powiewała flaga Unie Europejskiej oraz Mołdawii.

Kolejny przystanek to wzgórze z pałacami Romów, niektóre o pozłacanych kopułach. Pełno śmieci, opustoszałe uliczki bez asfaltu. Piękne domy, pałace. Wiele pustych, bez okien, czy zabitych dechami. Po spacerze pozostała jeszcze jedna czynność, zjeść w końcu tradycyjną kukurydzianą mamałygę. Kiedyś już jadłem i pamiętam, że stwierdziłem: świństwo. Usiadłem w miejscowej restauracji, poprosiłem o mamałygę z mięsem, miejscowe piwo (100 lei z  napiwkiem 14 lei). Na talerzu dostałem żółtą mamałygę, mięso, startą bryndzę, śmietanę i jajecznicę. Mamałyga może i zapycha, z dodatkami była nawet jadalna, ale sama, nie bardzo. Żółty glut.

Czas było się pozbyć resztek lei mołdawskich(lej dzieli się na 100 banów). Zostały mi też jakieś grosze naddniestrzańskie, czyli ruble (dzielące się na 100 kopiejek), ale wymienić ich nie było gdzie, przywiozłem na pamiątkę. Za tą resztkę lei chciałem kupić hrywny, ale żaden kantor ich nie sprzedawał. Zbyt niestabilna waluta. Wśród moich lei była przedarta setka, prawie całkowicie. Wszedłem do sklepu spożywczego poprosić o kawałek taśmy klejącej. Sprzedawczyni szybko obsłużyła kobietę, wzięła banknot, pięknie wycięła kawałek taśmy klejącej i zakleiła rozdarcie. „Multumes” czyli dziękuję, „bona ziła” to dzień dobry, „ari vederi” to do widzenia, a cześć po prostu „salut”. Tak fonetycznie słyszałem te wyrazy, nawiązują do włoskiego i francuskiego, mołdawski to praktycznie rumuński.

Już widzę w Polsce podobne zachowanie ekspedientki. Prędzej bym usłyszał, spadaj, nie przeszkadzaj, a co ja sklep papierniczy jestem? W najlepszym wypadku z łaską dostałbym kawałek taśmy. Na wschodzie nieraz zaklejałem rozdarty banknot i zawsze to wyglądało tak sympatycznie jak w tym wypadku.

sirok3Czas dostać się do granicy w Cosauti, to jakieś 10 kilometrów. Pytam starszą panią. Chodź ze mną, jadę w tym kierunku. Gadamy o Mołdawii, Polsce. Wpychamy się do pełnej marszrutki. Kobieta wysiadając mówi do kierowcy, by mnie wysadził przy drodze do granicy. Dziękuję. Na rogatkach miasta kierowca oznajmia, że to tu. Widzę stację benzynową łukoil, naprzeciwko jest jakiś postój. Stoi kilka osób, w tym mężczyzna, który jedzie do granicznej miejscowości. Tam gdzie ja. Twierdzi, że niedługo powinna przyjechać marszrutka. Ale nie przyjeżdża.

Nagle zatrzymuje się prywatny samochód. Podrzuci nas, jak zapłacimy. Najdalej jadę ja, pod sam prom mam zapłacić 20 lei. Jedziemy. Droga mizerna i mizernieje. Wysiadam w miejscu, które ma być przejściem granicznym. Kawałek asfaltu dwie budki. Ławeczka.

Zanim opuszczę Mołdawię kilka luźnych informacji oraz spostrzeżeń.

W Mołdawii jest jakaś mania w bieleniu drzew. Całe parki, kilka rzędów drzew przy drogach – wszystko pomalowane. Czasami na niebieski ładny kolor. Z zamiłowaniem na biało maluje się również krawężniki.

O ile w Naddniestrzu chcą swoich rubli, o tyle w Mołdawii odnosiłem wrażenie, że wolą euro i dolary od własnej waluty.

Mołdawia chciałaby zostać członkiem Unii Europejskiej (jest krajem stowarzyszonym). To widać. Flag UE jest chyba więcej niż w Polsce. W Naddniestrzu nie widziałem ani jednej flagi UE, mają mnóstwo swoich, trochę rosyjskich. Unia obecnie jest niechętna rozszerzaniu. Pewnie słusznie. W ostatnich latach za dużo przyjęła krajów do siebie. Przez to zmaga się z wieloma problemami. Potrzeba czasu, by się wzmocniła zwłaszcza gospodarczo, na nowo uregulowała i była gotowa przyjmować nowych członków. No chyba, że się rozleci. W ZSRR też nie wierzono, że się rozpadnie. Jest też trzecia opcja. Powstanie coś nowego. Mołdawia jest niewielkim krajem, taki łatwiej wchłonąć do różnych struktur. Ale poziom biedy, Naddniestrze i niepewna Gagauzja, jeszcze długo będą stały na przeszkodzie. Co do zjednoczenia Rumunii z Mołdawią, jest to prawdopodobna opcja. Bardziej chyba zależy na tym Rumunii niż Mołdawii, byłaby większa terytorialnie i liczebnie. A kulturowo i historycznie Mołdawii za wyjątkiem Naddniestrza i Gagauzji, blisko do Rumunii. Na to nie zgodzi się na razie na pewno UE, biedna ciągle Rumunia także nie jest gotowana na przyjęcie bardzo biednej Mołdawii. O ile Mołdawia może mieć nadzieję, że w jakiejś tam przyszłości zostanie przyłączona do struktur europejskich, to w przypadku Ukrainy to na dzień dzisiejszy absolutne science fiction.  

Jeżeli komuś wydaje się, że zdecydowana większość Mołdawian chce do Unii Europejskiej. To nie do końca tak jest. Nierzadko sondaże są pół na pół. Połowa chce do UE, połowa do Rosji. Starsze pokolenia tęsknią za ZSRR, zawsze słyszę to samo: wtedy to było dobrze, wszystko prosperowało, ludzie mięli pracę, pieniądze, mieszkania, a teraz to jedno wielkie dziadostwo. Młodzi pewnie wolą do UE, a że będą żyli dłużej, to wariant UE będzie zyskiwał.

Przy Rybnicy opisywałem jak kierowca marszrutki dorabiał sobie do pensji. Ale tamta metoda nie jest jedyna. Oprócz zabierania ludzi po drodze, mimo że nieraz marszrutka powinna jechać bezpośrednio, kierowcy przewożą odpłatnie niewielkie przesyłki. Nieraz w ogóle mówią pasażerowi, by stanął za rogiem sto metrów dalej, tam go odbierają, ma nie kupować biletu. Akurat to, że upychają pasażerów jak sardynki w puszcze oceniam pozytywnie. Nieraz mi to pomogło. Owszem, brak komfortu, ale jadę, zamiast czekać może nieraz godzinę czy dłużej na kolejny transport.

W polskich miastach jest tyle samochodów, że ciężko zaparkować. Fakt, że złomy, ale ludzie jeżdżą tym na co ich stać. W Mołdawii samochodów też jest sporo, ale jednak wyraźnie mniej niż u nas. Dzięki temu dobrze rozwinięty jest transport publiczny – marszrutki, też autostop w rejonach, gdzie marszrutek mało. W Polsce przed 1989 transport publiczny była bardzo dobrze rozwinięty, następnie się załamał. Po ponad 25 latach, powoli się odbudowuje, głównie dzięki prywatnym przedsiębiorcom. Na wschodzie polski nieraz jeździłem marszrutkami, które u nas zwie się mikrobusami, busami, niczym się nie różniącymi od tych w Mołdawii czy na Ukrainie. Podczas tego wyjazdu byłem zazwyczaj jedynym pasażerem z większym bagażem. Nie było gdzie go dać, bo lokalne marszrutki upchane są miejscami siedzącymi. Nie wiem czy wspominałem o tym przy wynajęciu samochodu, ale nie trzeba międzynarodowego prawa jazdy. Wróćmy do przekraczania granicy mołdawsko-ukraińskiej.

Podchodzę do okienka. Pogranicznik trochę zdziwiony moją obecnością. Rozmawiamy. Pyta się, co widziałem w Mołdawii, gdzie zmierzam. Nawet próbuje zagadać po angielsku. Dostaję pieczątkę i pozostaje czekać na prom (od lat się mówi o budowie mostu, ale na słowach się kończy). Chociaż świeci słońce, jest chłodno i wieje zimny watr. Nie wiadomo ile będzie trzeba czekać. Aż Ukraińcy pokończą swoje odprawy. Prom nie ma rozkładu.  Dołącza do mnie cygańska rodzina, bardzo sympatyczna. Mały chłopak z wiaderkiem z jedzeniem już nieźle przeszkolony, prosi mnie o pieniądze. Udaję, że nie rozumiem. To jego babcia do mnie, on cię prosi o jakiś grosz. Dostaje ode mnie ostatniego cukierka. Cieszy się. Przyjechały także dwa samochody. Mija pół godziny i nic. Spaceruję przy brzegu, gdzie wrak zatopionej łodzi. Na promie powoli pojawiają się ludzi, wjeżdżają dwa samochody. Do pokonania siłami natury, plus konstrukcja linowa, jest 250-270 metrów, jak się później dowiaduję. Prom to kupa żelastwa, z małą budką. Zabytek techniki. Nikt nie wie ile mat lat, ale z pół wieku to na pewno. Nawet na dalekiej północnej Syberii takich wynalazków nie widziałem, były nowocześniejsze. Prom przepływa przez Dniestr w blisko 20 minut. Sprzętem używanym przy cumowaniu są kawałki gałęzi. Niewielka grupa przechodzi na stronę mołdawską, my ruszamy na prom. Opłata od takiej osoby jak ja to 5 lei. Pozwalam sobie na fotografowanie, chociaż ponoć nie wolno. W końcu jestem na przejściu granicznym, aczkolwiek mnie się bardziej wydaje, że na końcu świata, w czasach średniowiecznych. Super klimat. Mini budka w której chowa się przed wiatrem cyganka z malutkim dzieckiem. Flagi Mołdawii i Rumunii. Płyniemy powoli. Prom obsługują: starszy mężczyzna i niewiele młodsza kobieta. Mężczyzna się wkurza, że robię zdjęcia. Będę miał przez to kłopoty – stwierdza. Jeden kłopot więcej, jeden mniej, pośród tysiąca podobnych kłopotów dotychczas – poradzę sobie, jak zawsze bywało do tej pory. Porobiłem zdjęcia. Wyjąłem kartę pamięci ukradkiem. Włożyłem nową kartę pamięci, zrobiłem parę zdjęć. Kontrolujcie. Ukraińskie służby graniczne widziały, że aparat był w użyciu. Ustawiam się w niewielkiej kolejce nie jako pierwszy i nie jako ostatni. Gdy podchodzę do okienka, pogranicznik prosi bym stanął z boku w tym i w tym miejscu. Pod dużo bardziej okazałym budynkiem granicznym, niż te po mołdawskiej stronie. Jednak gość na promie miał rację odnośnie tych kłopotów.

Rozmawiam sobie z jakimś pracownikiem budynku. Gdy dowiaduje się, że jestem z Polski, dziękuje że tak pomagamy. Oboje się zgadzamy, że wojna na wschodzie Ukrainy jest zupełnie niepotrzebna, zginęło tylu młodych ludzi. W dniach 8-9 kwietnia w Kijowie z oficjalną wizytą przebywał polski prezydent Bronisław Komorowski. Oprócz słów wsparcia, poinformował o udzieleniu 100 mln euro kredytu na rzecz reform i modernizację (kropla w morzu potrzeb) oraz odwiedził cmentarz w Bykowni z okazji 75. rocznicy zbrodni katyńskiej. Gdy Komorowski zakończył pobyt w parlamencie doszło do zgrzytu dyplomatycznego. Ten sam parlament w uchwale uznał członków UPA (Ukraińskiej Powstańczej Armii) za bojowników walczących o wolność i niezależność Ukrainy. UPA i jej frakcja OUN (Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów potocznie zwana banderowcami od Stepana Bandery, jednego z przywódców), odpowiadają za wielotysięczne mordy na Polakach (sama tzw. rzeź wołyńska 1943-1944r. pochłonęła 50-60 tys. zabitych). Nikt nie ma wątpliwości, że zbieg dat nie był przypadkowy. Uhonorowanie członków UPA, przyznanie im przywilejów oraz kary ze negowanie celów ich walk, nie wyglądają dobrze w sytuacji, gdy Polska wobec tej organizacji ma wiele poważnych zarzutów. Zresztą tzw. drugi Majdan (Euromajdan), który zakończył się wypędzeniem Janukowycza i sprowokował interwencję Rosji na Ukrainie, posługuje się flagą OUN UPA, która ma barwy czerwono-czarne. W Polsce to nieraz było krytykowane.

Czekam. Po niecałych dziesięciu minutach ten sam pogranicznik co wcześniej prosi bym podszedł do okienka. Mówi, że turyści tutaj granicy nie przekraczają i musiał się dowiedzieć u zwierzchnika, czy mogę przekroczyć granicę w tym miejscu. Skoro jestem tylko turystą, to mogę. Wbija pieczątkę z ikoną promu/statku, a po chwili taksówkarz chce mnie wieźć. Ale ja chcę iść. Co jakiś czas pytam o drogę na dworzec autobusowy. Idę przez resztki parku nad Dniestrem, przez wiejskie fragmenty miasta Jampol, koło cerkwi i docieram na dworzec. Cel, dostać się do Kijowa (ponad 400km), a przynajmniej do Winnicy (prawie 300km). Jampol to niewielkie miasteczko (ponad 10tys.mieszk.) o ponad 400-letniej historii, kiedyś polska własność. Niewielki dworzec o klimatach radzieckich. Minęła 17:00 i za niecałe pół godziny odjeżdża marszrutka do Winnicy. Jej kierowca tłumaczy, że marszrutki z Winnicy do Kijowa już raczej nie złapię, bo on na miejscu będzie około północy. Może będzie pociąg. Mówi, że około 21 jest autobus bezpośredni do Kijowa. Idę do kasy i rzeczywiście jest taki autobus, cena 198,20hrywien (ok. 27,70zł). Odjazd 21:15, w Kijowie o 6:00. Pani mi gwarantuje, że przyjedzie na pewno i nie zostanę na przymusową noc w Jampolu. Kupuję bilet. Idealna sprawa, noc spędzę w autobusie, rano zamelduję się w Kijowie.

sirok4Muszę się jakoś pozbyć resztki mołdawskiej waluty. Wspomniany kierowca marszrutki prowadzi mnie do mężczyzn, którzy są kantorem i wymienią mi 100 lei na 133 hrywny. Niech i tak będzie. Zostało kilka godzin, robi się chłodno, co tu robić. Pytam o jakąś kawiarenkę internetową, znajduje przy miejscowym muzeum, jest czynna jedynie do 18:00. Zostało pól godziny (5hrywien). Zawsze coś. Potem spacer główną ulicą – Lenina i jakieś drobne zakupy spożywcze (mały chleb, mała woda i napój nestea – 21 hrywien), uzupełnianie notatek w hali dworca, gdzie służę za pomoc.  Ludzie podchodzą do kasy, świeci się, okienko otwarte, ale nie ma nikogo. Zamiast zapukać, coś powiedzieć, odchodzą, nieraz przeklinając pod nosem. Więc radzę im, zapukajcie. Puk, puk i zaraz mogą kupować bilet, pytać o coś, dziękują. Już o 20:30 podstawiony jest duży stary autobus. Ciekawy jestem ile będzie pasażerów, przecież to ukraiński koniec świata. Ku mojemu zdziwieniu ponad połowa autobusu pełna. Potem kilka szybkich przystanków i autobus prawie pełen. Lokalnym zwyczajem kierowca oszczędza na ogrzewaniu, a na każdym postoju zostawia otwarte drzwi. Na dworze jest wyraźniej poniżej dziecięciu stopni Celsjusza.

sirok5W Kijowie meldujemy się punktualnie, chwilę po 6:00 – 10 kwietnia. Jest chłodno, ale bezchmurne niebo. Główny dworzec autobusowy jest kawałek od kolejowego, byłem już tutaj kiedyś. W Kijowie jestem przynajmniej po raz piąty, na kilkanaście pobytów na Ukrainie. Idę na znane mi miejsce skąd odjeżdżają na dworzec kolejowy marszrutki (nr 10), taksówkarze namawiają mnie do swoich usług. Ostatnio czekałem w tym miejscu godzinę, teraz 45 minut. Nigdzie mi się nie śpieszy. Podjeżdża. Tak zawalona, że nikt do środka nie wejdzie. Na kolejną czekał nie będę. Po drugiej stronie dworca, od strony mcdonaldsa, jakieś 200 metrów znajduje się stacja metra Demiivska. Płacę 4 hrywny, nie tak dawno płaciłem pół hrywny. Z przesiadką docieram na dworzec kolejowy (stacja Vokzalna). Tutaj zawsze tłumy. Zostawiam bagaż w przechowalni (kamera chranienia), idę na szybkie śniadanie (szaurrma, szoarma czyli kebab + kawa 25+15hrywien) i ruszam w miasto. Są dwie przechowanie bagażu na dworcu, jedna na duże bagaże, za 35 hrywien, bagaż zostawia się do północy, wiec maksymalnie to 24h. Są też mniejsze skrytki automatyczne na żeton, 2 doby za około 25 hrywien. Mój bagaż kwalifikuje się tylko do tej pierwszej przechowalni.  

Mijają lata, a toalety publiczne na Ukrainie jak były specyficzne, tak są. Nawet nowe się takie buduje. Czyli jakie? Na narciarza, bardzo higienicznie, choć w toaletach ukraińskich dworców zazwyczaj śmierdzi solidnie. Kabiny wyglądają tak. Mamy stopień (schodek), niewielką przestrzeń wyłożoną kafelkami a po środku dziurę. Nogi umieszczamy po bokach dziury, kucamy i do roboty. Żeby nam się nie nudziło do dyspozycji mamy połowę drzwi. Jest prześwit z dołu i na wysokości naszej szyi się ucinają. Możemy sobie robiąc kupę oglądać jak inni sikają (w przypadku toalety męskiej), myją ręce, rozmawiają. Czasami pani sprzątająca wpadnie z miotłą i szmatą. Super klimat, tylko czemu zawsze śmierdzi? Już nawet Azja, w tym centralna, odeszła albo odchodzi od tego typu toalet, budując normalne, z muszlami klozetowymi, z pełnymi drzwiami. A Ukraina, mimo że chce do Europy, nie potrafi nawet postawić europejskich toalet. Cena toalety na kijowskim dworcu to 3 hrywny, bez znaczenia czy chcemy umyć ręce czy zrobić tzw. jedynkę albo dwójkę.  

sirok6

  • Na zdjęciach:
  • 1-2) Marszrutki którymi jechałem do Soroki.
  • 3-15) Soroki – centrum, twierdza, cygańska dzielnica, mamałyga i mołdawskie leje.
  • 16-29) Promowe przejście graniczne przez Dniestr: Mołdawia (Cosauti) – Ukraina (Jampol).
  • 30-34) miasto Jampol.
  • 35) Kijów – stacja metra Demiivska.

W Slobodzie (Sloboda(Słoboda) Raszkowo(Raszkow, Raszkowska), dawne Księdzowo) planowałem się przywitać z miejscowymi księżmi, pospacerować po wsi, zagadać z kilkoma osobami i próbować dostać się do Rybnicy. Mogłem sobie pozwolić maksymalnie na trzygodzinny pobyt. Bez większych problemów udało mi się odnaleźć księdza Dmitrija Zielińskiego. Na wejściu powiedziałem, że chciałem się tylko przywitać, że jestem z Polski, przyjechałem na chwilę zobaczyć historyczne polskie tereny. Zamienić parę słów z mieszkańcami polskiego pochodzenia.

Ksiądz Dmitrij w jedną chwilę moje plany zmienił. Teraz zjemy obiad, potem później pojedziemy do, po powrocie msza, a jutro rano jadę do Tyraspolu i podrzucę cię do Rybnicy. W sumie… niech tak będzie. 10 kwietnia musiałem być w Kijowie, ale jeszcze trochę czasu miałem. Po zupie i ryżu na słodko ruszyliśmy do Kamionki mając do pokonania blisko 30 kilometrów. Częściowo kamionka 2już znaną mi drogą, przy granicy z Ukrainą, przez Raszków. Kamionka (Kamenka) to niewielkie miasto na północnym skrawku Naddniestrza. Jak cala okolica przechodziła z rąk do rąk, nawet krótko była częścią Rumunii. Obecnie liczy ok. 10 tysięcy mieszkańców. W centrum są ze dwa stare zabytkowe budynki, monumentalno-blokowate gmachy urzędów, pomnik Lenina. Kamionka ma częściowo charakter uzdrowiskowy. Nad Dniestrem budowana była właśnie plaża, restauracja już stała, budowane były domki do wynajęcia. Jest most z przejściem granicznym. Gdy ksiądz Dmitrij poszedł załatwiać urzędowe sprawy, ja ruszyłem na spacer. Księża ze Slobody sami prowadzą księgowość parafii.

kamionka 1Najładniejszy budynek w mieście, dom kultury, kiedyś pełnił funkcję kościoła protestanckiego. Stał przed nim radiowóz milicji, ale nie przeszkadzało milicjantom, że zostali uwiecznieni na zdjęciu. Naprzeciwko jest malutki odnowiony park oraz inny ciekawy budynek o pałacowym wyglądzie. Przy ulicy Lenina. Przy której miejscowe urzędy, pomnik Lenina, trzygwiazdkowy hotel całkiem dobrze wyglądający, supermarket Sheriif. Spacerując i robiąc zdjęcia dużym aparatem, podchodzi nagle do mnie ubrany po cywilnemu człowiek. Przedstawia się, że jest milicjantem. Pytam o legitymację. Nie ma, ale możemy iść na posterunek. Pyta o cel wizyty i prosi o dokument. Grzecznie. Ostrożnie daję paszport, przygotowany do wyrwania go albo gonitwy za uciekinierem. Niejedno na swoich wyprawach w życiu przeszedłem, zdarzało się, że mój paszport był zagrożony. Odpowiadam, że jestem turystą, przyjechałem tutaj z księdzem Dmitrijem Zielińskim. Żadnym szpiegiem nie jestem – dodaję. Milicjant ma numer księdza, dzwoni, ale się nie dodzwonił. Podziękował życząc miłego dnia i odszedł. Dmitrij się śmiał później, że zaraz mnie sprawdzono. Dodzwonił się do niego ów mężczyzna albo on oddzwonił), całkiem wysoki rangą i ważny tutaj człowiek. Minęliśmy się później podczas dalszego mojego spaceru, ładnie się ukłonił.

Dmitrij później wyjaśniał, że obawiają się tutaj szpiegów, prowokacji, dziennikarzy. Opowiadał o jednym z tych ostatnich, który przyjechał do Naddniestrza i koniecznie chciał czegoś sensacyjnego. Czołgi, transportery opancerzone, wojsko, a tutaj nic. Zwykłe, spokojne życie. Potem i tak napisał o niby bardzo napiętej sytuacji w Naddniestrzu. Tłumaczył, że jak nie będzie „petardy”, to naczelny nie kupi od niego tekstu, zdjęć, nie zapłaci. Musi być kontrowersyjnie, sensacyjnie, bo czytelników nie interesują artykuły o zwykłym, spokojnym życiu. Niestety muszę się zgodzić z Dmitrijem. Dzisiaj wielu dziennikarzy jest bardzo nieobiektywnych, nierzetelnych. Są stronniczy, konfabulują, wymyślają wielkie sensacje, które nie istnieją. Inna sprawa, że jeśli chcą mięć pieniądze na utrzymanie, muszą dostosować się do oczekiwań przełożonych.

Zawsze powtarzam, chcesz wiedzieć coś o jakimś państwie, nie oglądaj telewizji, nie czytaj gazet, nie słuchaj radia. Po prostu tam pojedź. Zwiedzaj, rozmawiaj, przyglądaj się. Jest tak duże ryzyko, iż to co usłyszysz z mediów jest kłamstwem, że bardzo trudno wyłapać co jest prawdą a co fałszem. Oczywiście nie wrzucajmy wszystkiego do jednego wora. Inteligentny, wnikliwy, nie naiwny, widz, słuchacz, czytelnik ma na pewno swoje ulubione media, dziennikarzy i wie co jest wartościowe, prawdziwe a co nie. Dzisiaj internet pozwala dotrzeć do wielu dobrych materiałów, których na próżno szukać w tradycyjnych telewizjach, radiach czy gazetach. Blogi, wideoblogi, relacje fotograficzne. Można w zalewie tego znaleźć dobre informacje.   

Zawsze z dziennikarstwem było mi po drodze i gdy kilkanaście lat temu przedstawiałem swój cel pobytu jako dziennikarski, reporterski, mnóstwo drzwi zamkniętych dla innych, dla mnie stawało otworem. Dzisiaj, gdy czasami nieopatrznie w różnych zakątkach świata przedstawiam się jako dziennikarz, drzwi z hukiem są zatrzaskiwane mi przed nosem. To dobitnie pokazuje jak dziennikarze przez te lata zniszczyli swoją pozycję i reputację na świecie.

W końcowej fazie pobytu w Kamionce z Dmitrijem podjechaliśmy nad Dniestr, gdzie buduje się wspomniany kompleks wypoczynkowy nad wodą, a następnie podjechaliśmy na most graniczny aby przedłużyć meldunek.

Podchodzimy do okienka, daję swój papier. Dmitrij tłumaczy, że potrzebuję przedłużyć meldunek do jutra rana. Pogranicznik mówi, że mój meldunek się już skończył o 13:00, tak wynika z ich systemu komputerowego. A może jednak z meldunku? Do końca w ten ich system nie wierzę. Na śmierć zapomniałem. Utkwiło mi w głowie, że mogę być do północy. Ale problemu miał nie będę. W takich sytuacjach obecność kogoś miejscowego jest bardzo cenna. Mówimy, że może wbiją mi wyjazd i ponowny wjazd, dostanę meldunek na 24 godziny. Na co pogranicznik znowu o systemie komputerowym, że tak nie można. Będzie on widział, że człowiek wyjechał a po pięciu minutach wrócił. W głowie zakołatała mi myśl, a jakbyś człowieku wpisał mój przyjazd za 2-3 godziny do systemu. Ale rozmawiamy dalej i pojawia się pomysł tranzytu. Skoro jutro wyjeżdżam, to pasuje. Jest mały problem, bo dokument tranzytowy jest na 10 godzin, które miną około czwartej nad ranem, a ja na granicy będę około ósmej. I kołata mi się kolejna myśl w głowie, że przecież mają ten cudowny system komputerowy, a zatem będzie w nim widać, że człowiek wyjechał, a pięć minut później wjechał tylko na tranzyt. Nie będzie wtedy zgrzytu? Dobra, nie czepiam się. Wypełniłem dwa razy ten sam świstek (stary meldunek musiałem zostawić). Jeden dla mnie, jeden dla pogranicznika. Robi tam jakąś parafkę jedynie i załatwione.

               kamionka 4

Dopytujemy o ewentualne kary, o te magiczne 750 euro za brak meldunku, które pojawia się w necie. Pogranicznik stwierdza, że pierwsze słyszy. Za wykroczenia meldunkowe kara wynosi od równowartości 1,5 dolara do 50kilku. Ta druga kwota to już za poważne wykroczenia. Za moje 4 godziny, w najgorszym wypadku dostanę sztraf (karę, grzywnę) pomiędzy 1,5 a 5 dolarów. Mniej niż najtańszy odpłatny nocleg (sęk w tym, że rubli praktycznie nie miałem, drobnych dolarów też nie). A te 750 euro? Nic nie wie, może za jakieś bardzo poważne wykroczenia. Jakby co, mam na granicy mówić, że nie mam auta, korzystam z publicznego transportu i już nic nie jechało, musiałem przenocować, jak najszybciej się dało wykonałem swój tranzyt.

Jedziemy z powrotem. Dmitrij musi zdążyć na mszę o 18:00. Po drodze za Raszkowem jeszcze chwila na zdjęcie „złotego” pomnika Lenina we wsi Caterinovce i pędem do Slobody. Mamy dwie minuty zapasu czasu.

Na mszy jakieś 40 osób. To i tak mało mówi później Dmitrij, zazwyczaj we wcześniejsze dni było 50-60 osób (miejsc siedzących jest ok. 100). Trwa Wielki Tydzień przed prawosławną Paschą czyli Wielkanocą. Prawie wyłącznie starsze kobiety, pojedyncze młodsze. Jeden starszy mężczyzna i ja. Kościół w Slobodzie Raszkowskiej wybudowano w 1989 roku (wyświęcony w 1990r.), ładny, w środku z ciekawymi drewnianymi elementami. Jest ogrzewanie, organy, na ławkach poduszki i modlitewniki. Msza była prowadzona w trzech językach: po polsku, po rosyjsku, po ukraińsku. Różne fragmenty w rożnych językach. Przy czym ludzie już nie bardzo mówią po polsku, ale modlitwy znają na pamięć. Młode dziewczyny, które były na mszy również. Natomiast część ludzi jeszcze znośnie rozumie język polski. Ponadto nauczany jest w miejscowej szkole.  

kamionka 3Po mszy udałem się na spacer po Słobodzie. Szutrowe drogi, mizerne domy, ale sporo samochodów. Ładne, zdobione bramy w niektórych gospodarstwach. Poza tym mała cerkiew, budynek jakiegoś urzędu gminy i ruiny domu kultury. Był to spory gmach. Dmitrij opowiadał, że gdy rozpadało się ZSRR i niewiadomo było co będzie, kto rządzi, miejscowi doprowadzili go do ruiny. Teraz domu kultury nie mają. Pogadałem z kilkoma babuszkami. Standardowe tematy. Co w Polsce, co tutaj w Slobodzie? U nich w porządku, u mnie też. Przyznawały, że po polsku mało kto już mówi, ale dużo osób rozumie język swoich przodków. Wracając, spotkałem księdza Włodzimierza, dokładnie Władimira Biełokonnyja. Także należy do Księży Sercanów i świetnie mówi po polsku. Dmitrij wspominał, że Władimir urodził się w tutejszej Kamionce, ale tak jak on studiował pod Krakowem. Ksiądz Dmitrij Zieliński (Dimitrij Zielinski) ma korzenie mołdawskie i ukraińskie, w wojsku służył w Uzbekistanie i na pograniczu turkmeńsko-afgańskim. Jest proboszczem tutejszej parafii św. Marty, liczącej około 700 wiernych. Oboje są bardzo sympatyczni. Ojców Sercanów sprowadził tutaj ksiądz Henryk Soroka, wcześniejszy proboszcz tej parafii. Nauczał i kultywował tutaj polskość przyniesioną przez polskich osadników w XVIII wieku. Większość mieszkańców ma polskie korzenie.

Dmitrij i Władimir nie tylko są duszpasterzami, ale udało im się pozyskać z różnych organizacji granty, dzięki którym utworzyli bardzo ładne przedszkole, wybudowali boisko w stylu naszych orlików. W sporym budynku obok kościoła posługę sprawują 2-3 zakonnice, pomagają w działaniach parafii. Jest stołówka szkolna, oddział Caritasu.  

Księża wieczorem pojechali do proboszcza w Raszkowie na spotkanie, a ja nadrabiałem notatki oglądając telewizje: naddniestrzańską, ukraińską i rosyjską (miejscowi praktycznie nie mówią po mołdawsku, więc takich telewizji nie potrzebują, aczkolwiek w okolicy są też pojedyncze wioski mołdawskie). W TV głównie seriale i kabaretony. Internet w wiosce też jest.  

Gdy ksiądz Dmitrij wrócił rozmawialiśmy o jego planach, a są bardzo ciekawe. Chce robić spływy po Dniestrze, takie trzydniowe. W dużej mierze nastawione na młodzież. Na Polaków. On jest miejscowy, więc problemów formalnościowych nie będzie. Przyjezdni będą mogli mieszkać u miejscowej ludności, poznawać lokalną historię (jest parę historycznych i zabytkowych obiektów), przyrodę, zobaczyć produkcję wina. Ma wszystko opracowane, szykuje wniosek o grant. Spisywaliśmy sprzęt jaki może być potrzebny. Z Krakowa to raptem 900km. Już teraz pewien mężczyzna z Przemyśla organizuje wycieczki do Słobody Raszkowskiej, a turyści śpią u miejscowej ludzkości. Mogą się przyjrzeć jak żyją. Bardzo lubię ludzi, którym się chce a księżom z parafii św. Marty się chce.

Dmitrij opowiadał, że sytuacja ekonomiczna w Naddniestrzu jest obecnie trochę lepsza niż w Mołdawii i na Ukrainie. Życie toczy się całkiem normalnie. Dzięki Rosji infrastruktura jest lepsza niż w Mołdawii. Chociaż do Slobody nie dojeżdżają marszrutki, to wielu ma samochody, ludzie sobie pomagają, organizują się. Zwłaszcza w dni targowe – czwartki i niedziele. Średnie pensje sięgają 100-200 dolarów, a jakiś robotnik z umiejętnościami to i 300. Życie jest tanie. W Mołdawii są podobne, średnie trochę wyższe, ale dużo osób nie ma żadnych dochodów albo jakieś niewielkie na czarno. Na ulicach Kiszyniowa było sporo żebraków, w Naddniestrzu nie widziałem żadnego, ale może być w tym przypadku jak z Gruzją i z Azerbejdżanem. W tym pierwszym kraju żebraków jak grzybów po deszczu, w tym drugim prawe wcale. Owszem, Azerbejdżan jest dużo bogatszy od Gruzji, ale też policja goni żebraków. Podobnie może być tutaj. A może ich nie ma albo nie ma kto wrzucać do puszek. Turyści Naddniestrza tłumnie nie odwiedzają. Wielu osobom się wydaje, że w takim Naddniestrzu propaganda i pranie mózgu powoduje przywiązanie tych ludzi do Rosji. Coś w tym na pewno jest, ale niewiele. Jest internet, telewizje z całego świata. Ludzie jeżdżą. Nie tylko do Rosji i Mołdawii czy na Ukrainę. Wielu było w krajach Unii Europejskiej. Niektórzy mają tam rodzinę. Są realistami, nie grożą im unijne zarobki, ale nie wiedzą czy chcieliby. Tutaj spokojnie sobie żyją, tam ich znajomi, przyjaciele, członkowie rodzin, bardzo ciężko pracują, nie mają wiele pożytku z zarobionych pieniędzy. Są przekonani, że poziom życia w Naddniestrzu jest wyższy niż w Mołdawii i na Ukrainie. Dzięki Rosji – dodają. Zarówno w Naddniestrzu jak i w Mołdawii kilka razy zadano mi pytanie, czy na zachodzie Ukrainy jest też wojna, czy jest spokojnie? Czy bez problemów Ukraińcy wpuścili mnie do siebie? Ale ani jedni ani drudzy wojny się nie obawiają. Nie będzie jej. Mołdawia nie ma się czym bronić, Naddniestrze z Rosją nie mają pieniędzy na wojnę, zresztą jaki mięliby w niej interes? Naddniestrze ma wszystkie przymioty państwowości i jest poza kontrolą Kiszyniowa. To, że Kiszyniów nie chce przyznać: Naddniestrze nie jest nasze, ku radości Rosjan destabilizuje Mołdawię. Dopóki ona nie ureguluje tej kwestii, za bardzo do UE się nie zbliży, a jeszcze Gagauzja może coś narozrabiać. Życie toczy się normalnie po obu stronach granicy, wszyscy czekają jak ta historia państwa naddniestrzańskiego się skończy. Jeszcze poczekają.

Po północy w jednym z pomieszczeń przygotowaliśmy z Dmitrijem dla mnie łóżko, parafia jest zaopatrzona we wszystko co trzeba. Dysponuje różnymi sprzętami. To zasługa tutejszych księżych, którzy ją rozwijają. Pierwszy raz od wyjazdu, przebywałem w ogrzewanym pomieszczeniu. Budzik nastawiłem na 6:30.

9 kwietnia. Wczesna pobudka, szybkie śniadanie i w drogę z księdzem Włodzimierzem oraz księdzem Dmitrijem. Dziękowałem, zostawiłem cukierki np. dla jakichś dzieciaków.

Szybko znaleźliśmy się przy moście granicznym w Rybnicy. Dmitrij ze mną podszedł i uczciwie zaczął tłumaczyć, dlaczego jestem cztery godziny później niż w papierach. Że spałem u niego. Pogranicznik nie był zbytnio zainteresowany tą historią. Nie widziałem też, by w jego budce był jakikolwiek komputer. Spytał tylko czy wyjeżdżam z Naddniestrza. Tak. To w drogę, mogę iść. Obyło się bez karnych opłat. Pożegnanie – dzięki za wszystko Dmitrij. Ich czekała podróż do Tyraspolu i popołudniowy powrót na mszę, ja ruszyłem pieszo przez graniczny most nad Dniestrem. Zapowiadał się drugi z kolei słoneczny, aczkolwiek chłodny, dzień.

Wchodząc do Mołdawii z Rybnicy można zejść przy moście i ominąć posterunek policji. Jadąc samochodem nie da się. Ale ja i tak potrzebowałem informacji jak dotrzeć do dworca autobusowego w Rezine, poszedłem zapytać policjantów. Zdziwili się moją obecnością, poprosili o paszport. Byli bardzo sympatyczni. Policjant widząc aparat powiedział bym koleżance w budce zrobił zdjęcie. Nie ma sprawy, Ona, że nie chce, bo jest nieuczesana. Śmiejemy się. Wskazują mi drogę w kierunku dworca, ale to kilka kilometrów i to pod górę. Lepiej bym wziął marszrutkę. Przestrzegają, bym nie wchodził na most, bo tam już nie Mołdawia, tylko Naddniestrze. Niebezpiecznie. Nie mówię, że właśnie stamtąd wróciłem i żadnego niebezpieczeństwa nie odczułem. 

  • Na zdjęciach:
  • 1-22) Sloboda Raszkow – wioska ze zniszczonym domem kultury, kościół katolicki, księża: Dmitrij i Władimir, budynek zakonu z przedszkolem
  • 23-31) Kamionka – centrum miasta, Lenin i tereny rekreacyjne nad Dniestrem.
  • 32)  Pomnik Lenina w Caterinovcach.
  • 33) Lokalne przejście graniczne na trasie pomiędzy Raszkowem a Slobodą Raszkowską.
  • 34-39) Rybnica – gaz na zewnątrz budynków jest na wszystkich tych terenach, na pytanie dlaczego tak, zazwyczaj słyszę, bo tak taniej, raz na jakiś czas ktoś dorzuci, że moźe to na wypadek trzęsień ziemi, nie dojdzie do wybuchów. Na kolejnym zdjęciu bloki w Rybnicy koło wojennego monumentu i mołdawskie w Rezine na wzgórzu za rzeką. Dalej cennik paliw na stacji Sheriff (benzyna 95 - 10,50 rubli, euro diesel - 10,25, dolar to 11 rubli), dworzec autobusowy i most graniczny nad Dniestrem.
Niewielki autobus zajechał wieczorem siódmego kwietnia na dworzec autobusowy w Rybnicy (Ribnita). Mini dworzec, o tej porze zupełnie opustoszały. Pogoda ciągle paskudna, ale przestało padać. Udało się złapać marsztukę do centrum miasta (3 ruble). Po drodze oprócz bloków oglądałem stację benzynową oraz supermarket Sheriff, cerkiew i kościół katolicki. Wysiadłem w opustoszałym centrum koło hotelu Metalurg, który wskazał mi kierowca. Ponoć jedyny w mieście.

Przemoczony od poranka nie obraziłbym się, gdybym miał możliwość wysuszenia. Wchodzę do blokowatego budynku, robi lepsze wrażenie niż tyraspolski Aist. Najtańszy pokój kosztuje 30 dolarów. Ile?! Na tym zadupiu, gdzie nic nie ma. Nie dziwię się. Taka jest reguła, czym większe zadupie, czym bardziej nic nie ma i czym mniejsza konkurencja, tym bardziej absurdalne ceny. Co nie zmienia faktu, że w życiu tyle nie zapłacę za poradziecki hotel w jakiejś Rybnicy. Starsza pani niechętna jest do pertraktacji. Odrzuca moje 100 rubli, 150 rubli, 15 dolarów – moje maksimum. Z rozbrajającą szczerością mówi, że to jedyny działający hotel w mieście i za mniej niż 25 dolarów pokoju nie wynajmie. Za drogo, wychodzę. Już wcześniej słyszałem od kierowcy, że niedaleko jest drugi hotel tylko zamknięty. Recepcjonistka Metalurga tez o nim wspominała i była tak uprzejma by opisać mi, gdzie on jest. Powiedziała: próbuj.

Metalurg wyglądał na hotel-widmo, nie sądzę, by mięli jakiegokolwiek klienta, ale radziecka mentalność pozostała. Wtedy mało kto się zastanawiał nad tym, że coś musi się bilansować albo najlepiej przynosić dochody. Jakoś to będzie. Ktoś stratę pokryję. Mołdawia, Naddniestrze – tu ciągle wielu tak myśli. Z punktu widzenia recepcjonistki lepiej nie mieć klienta wcale, niż mieć za niego 15 dolarów. To w Naddniestrzu sporo pieniędzy. Tej pani trzeba pensję zapłacić, budynek trzeba utrzymać. Warunki prymitywne, miasto niezbyt duże (ok. 50tys. mieszk., 1% pochodzenia polskiego), przyjezdnych niewielu, turystów blisko zero. Żaden miejscowy nie da 30 dolarów za nocleg, aczkolwiek nie zdziwiłbym się, gdyby dla nich były specjalne stawki, dużo przyziemniejsze. Gdy mówiłem, że w Tyraspolu zapłaciłem mniej usłyszałem, że w stolicy jest dużo hoteli, można wybierać, a tutaj tylko jeden.

500 metrów dalej, na lewo od głównej arterii, blisko budynków urzędowych z pomnikiem i placem Lenina, docieram do zamkniętego hotelu(ul. Bulevardul Biruintei wg google maps). Po drodze pytam o niego i inne miejsca noclegu. Słyszę: Metalurg, zamknięty hotel albo mam kupić miejscową gazetę i poszukać prywatnych kwater. To ostatnie rozwiązanie nie byłoby głupie, gdybym miał miejscowa kartę SIM do telefonu, ale nie opłacało mi się na tak krótki pobyt tym interesować. Obawiam się, że zastanę kłódkę na drzwiach i skończę pod drzewem. Nieraz tak spałem, ale jest zimno i mam nieadekwatny do okoliczności śpiwór. No i cały czas dobrze byłoby się wysuszyć.

Hotel zamknięty, ale obok wejścia do hotelu jest wejście do czegoś co wygląda jak restauracja w radzieckich klimatach, ten sam blokowaty budynek. Przy drzwiach babuszka sprzedaje jakieś własnej roboty pierożki podobne do placynte i mówi żebym pytał w środku. W holu sprzątająca pani stwierdza, że hotel jest zamknięty, w remoncie, ale zawoła kierowniczkę, bo jeszcze jest. Dochodzi 20:00. Kierowniczka przychodzi. Tłumaczę jaka sytuacja. Niestety hotel zamknięty, w remoncie, nieogrzewany. Może pod koniec kwietnia zacznie znowu działać. Nie ma mowy bym tam nocował. Nie ma pracowników, nie ma kto pilnować. Śmieję się, że grzeczny ze mnie chłopak. Problemów nie sprawię, wystarczy mi dach nad głową. Mam śpiwór, karimatę, poduszkę. Kierowniczka nie chce, mam spore wsparcie w sprzątającej pani. Ta pierwsza kieruje mnie do Metalurga. Byłem, chcieli ode mnie 30 dolarów, to jakieś szaleństwo, nie mogę tyle zapłacić. Tyle to się płaci za niezły hotel, pensjonat, hostel na zachodzie Europy, często ze śniadaniem. Skończę chyba pod drzewem. Ta opowieść zaczęła łamać panią kierownik, a wspomniana jej pracownica powiedziała, że dobrze mi z oczu patrzy. Biedak będzie spał pod drzewem, ona bierze za mnie odpowiedzialność. Hotel w remoncie, nic nie przygotowane – słyszę. Ale ja potrzebuję naprawdę niewiele – mówię. Dobrze, chodźmy. U nas nocleg kosztuje 100 rubli (9usd). Na noc będzie mnie musiała zamknąć, więc jak muszę coś kupić do jedzenie, to tu i teraz. Mam tylko babuszkę przy wejściu. Nic do picia nie kupię, chleba do wędlin z polski też nie kupię, ale są pyszne miejscowe wyroby. Z mięsem, z kapustą i z jabłkami (mój ulubione). Do tego jakaś słodka drożdżówka, będzie w sam raz do mini dżemików, które mam (za sporo jedzenia zapłaciłem 30 rubli). Przechodzimy do hotelu. W międzyczasie pracownica, która tak bardzo pomogła, daje mi do ręki dwie jednorazowe kawy, a kierowniczka mówi, że ma czajnik elektryczny, woda w hotelu jest. Znalazła też jakąś sypaną herbatę i trochę cukru. Idziemy na piętro. W jednym z pokoi jest nieporządek, w drugim bez zarzutu (podobny zestaw pościeli jak w tyraspolskim Aiście). Tu będę spał. Dostaję klucz. Kierowniczka ciągle trochę zaniepokojona. Mówi, że pewnie potrzebuję meldunek załatwić. Nie, już mam. Pyta wprost czy nie powynoszę nic z hotelu, nie spalę go w nocy, nie wysadzę w powietrze, będę tutaj sam. Bez obaw. Czy zostawiłbym jej paszport? Zwyczajowo się z nim nie rozstaję, ale w tych okolicznościach nie mam obaw. Rano przed 8:00 będzie już w restauracji, czy mi pasuje ta godzina. Jasne.

Zostaję zamknięty na noc w hotelu, prawie już zapadł zmrok. Jak super, że się udało. Tak wałczyłem o meldunek w Tyraspolu, aby mieć swobodę działania. Wiem jak jest na takich wyjazdach i często dzieje się coś takiego z czego trzeba skorzystać, ale innych rzeczy się już nie załatwi. Na przykład takiego meldunku.

Zrzuciłem plecak, wypakowywałem go. Wszystko zamokło. Notatki, wydruki, ubranie, elektronika. Najbardziej suche były brudne od gór mołdawskich spodnie dresowe - ubrałem. Zaparzyłem sobie kawę i zabrałem się za kolację. Jak fajnie. Pokój był w trochę lepszym standardzie niż w Tyraspolu. Nieogrzewany, z zimną wodą, ale całkiem sympatyczny. Najważniejsze, że był. Mogłem podładować sprzęt. I drugą noc pod rząd przespać się w łóżku.

rybnica 38 kwiecień. Plan na ten dzień był następujący. Krótki spacer po Rybnicy, przejazd do Slobody Raszkowskiej, gdzie mieszkańcy mają polskie pochodzenie. Popołudniu wrócić do Rybnicy, przedostać się na mołdawską stronę i wieczorem dotrzeć do Soroki.

Po przebudzeniu pakowanie, śniadanie i do wyjścia. Wybiła 8:00. Podziękowałem bardzo pani kierownik, oddala mi paszport, zapłaciłem 100 rubli i dorzuciłem garść cukierków. Byłem bardzo wdzięczny. Zapytała o moje dalsze plany. Wspomniałem o Slobodzie Raszkowskiej. Przedzwoniła na dworzec, autobus miałem chwilę przed 10:00. Nawet zaoferowała przechowanie plecaka, bo przecież wrócę do Rybnicy, ale tak naprawdę nie mogłem przewidzieć co się wydarzy w kolejnych godzinach, plecak musiałem mieć ze sobą. Dowiedziałem się też, że do miasta Rezina po mołdawskiej stroni dojadę marszrutką nr 11 z ronda w Rybnicy a nie z dworca autobusowego. Dziękuję i w drogę. Za oknem słońce. W końcu. Zimno, wietrznie, ale widać niebo. Na początek spacer po Rybnicy. Wiele do oglądania tam nie ma. Bloki, banki, kilka ciekawszych kamienic, pomnik Lenina. Pagórkowata okolica, Dniestr. Na ulicach pustawo.

Rybnica 2Najatrakcyjniejsze są dwa kościoły obok siebie. Piękna cerkiew i mniej urodziwy kościół katolicki. W tym drugim proboszczem (parafia św. Józefa) jest ksiądz Tadeusz Magierowski ze Zgromadzenia Księży Najświętszego Serca Jezusowego (Księża Sercanie). Kościół w 2003 roku konsekrował kard. Józef Glemp. O ile teren cerkwi był otwarty, o tyle teren „polskiego kościoła” był zamknięty. Naprzeciwko znajduje się wojenny monument. Złapałem marszrtukę na dworzec autobusowy, zakupiłem bilet (16rubli). Niepokoiło mnie, że na bilecie było Raszkowo. Bez Slobody. Ludzie też mówili tylko Raszkowo. Miałem nadzieję, że to miejscowość o którą mi chodzi. Gdy w malutkiej hali dworca robiłem zdjęcia mapy Naddniestrza przyszła pani kierownik z zapytaniem co robię? Czy jestem jakimś szpiegiem? Uspokoiłem ją, że turystą. Mając jeszcze trochę czasu do odjazdu, zjadłem mini pizzę i wypiłem mini kawę w miejscowym barze (12rubli). Lodowaty wiatr niosący pył nie zachęcał do przebywania na dworze.

Do pokonania miałem 30 kilometrów z groszami, niewiele ponad pół godziny jazdy. Maluteńkie góry, bardzo blisko do Mołdawii i Ukrainy. Na rogatkach Rybnicy widać pozostałości przedsiębiorstwa, które działało po obu stronach Dniestru, nad rzeką był specjalny taśmociąg. Gdy kraj się podzielił, upadło. Wysiadłem w miejscowości Raszkowo (Raszków). Pani w sklepie powiedziała mi, gdzie jest katolicki kościół, przy drodze widziałem tylko niewielką cerkiew. Wspominała, że żyją tutaj ludzie polskiego pochodzenia, część miejscowych rozumie nawet język polski, ale już nikt prawie w nim nie mówi. Kawałek pod górę, rybnica 1pomiędzy prostymi domami i staję przed całkiem potężnym murowanym kościołem. Nie wiem jak to jest, ale na wschodzie zawsze mnie spotyka wiele przypadkowych sytuacji, zazwyczaj bardzo pozytywnych. W innych regionach świata tak nie jest. Akurat gdy stoję przed kościołem, pobliską szutrową uliczką idzie kobieta. Pytam ją czy może coś wie o tym kościele i o Polakach w Raszkowie? Tak, nawet może mi otworzyć kościół, bo ma klucze. Udziela się mocno w parafii, jest gospodynią. Opowiada, że na miejscu drewnianego kościoła, murowany około 250-260 lat temu ufundowali Lubomirscy. W środku wystrój skromny, ale budynek jak na skalę wioski znaczny. Co do Polaków tłumaczy, tutaj jest trochę osób pochodzenia polskiego, ale dużo więcej jest w Slobodzie Raszkowskiej, tam nawet mszę po polsku się odprawia. Bardzo cenna informacja. Cały czas miałem przekonanie, że jestem nie w tej miejscowości, w której chciałem się znaleźć. Aczkolwiek Raszkowo okazało się ciekawym przystankiem. Sloboda, do której chcę dotrzeć znajduje się niecałe 15 kilometrów stąd. Wpierw muszę się wrócić około 5 kilometrów w kierunku ronda (krug), a potem około 8 kilometrów w lewo, tylko że tam nic nie jeździ. Żaden publiczny transport. Dziękuję za te wszystkie informacje. Spacerując po wiosce, spędzam trochę czasu nad Dniestrem w bardzo sielskiej okolicy. W centrum jest między innymi pomnik traktora (Lenin również), robię mu zdjęcie, ale panie sprzątające teren nie są zachwycone. Idąc w kierunku centrum wioski próbuję złapać samochód, ale za wiele okazji nie ma. W sklepie pytam o rozkład marszrutek do Rybnicy. Powinna być za godzinę. Na przystanku spotykam młodą dziewczynę z którą przyjechałem tutaj. Czeka na powrotny transport. Czym wyżej słońce, tym temperatura staje się przyjemniejsza. Po poprzednim dniu ta oczywistość bardzo cieszyła.

Raszków (Raszkowo) to duża wieś datowana już w 1402 roku. Za I Rzeczypospolitej to była część województwa bracławskiego. Południowe skrawki państwa z twierdzą otoczoną drewnianym wałem. W XVII wieku miasteczko było własnością Zamoyskich, potem Koniecpolskich. W kolejnym wieku Lubomirskich, którzy ufundowali (Józef Lubomirski) tutejszy kościół katolicki w 1749 lub 1768 r. W XIX wieku na licytacji kupił Raszkowo Feliks Barczewski. O Raszkowie wspomina Henryk Sienkiewicz w „Ogniem i mieczem” oraz w „Panu Wołodyjowskim”. Pod Raszkowem został nabity na pal Azja Tuhajbejowcz (postać z Pana Wołodyjowskiego). By pokazać jak pogmatwane są losy tamtych terenów przyjrzyjmy się kto panował na tych terenach w ostatnich kilkuset latach, powiedzmy od XVII wieku: Polska (w tym wraz z Wielkim Księstwem Litewskim w ramach Rzeczpospolitej Obojga Narodów), Imperium Osmańskie, Imperium Rosyjskie i Republika Rosyjska, dalej Rosja Radziecka a krótko nawet Radziecka Ukraina, o niektóre fragmenty tych terenów na krótko otarła się Rumunia, teraz to Naddniestrze, a dla świata tak naprawdę Mołdawia. Warto zauważyć, że od 1793 roku są to tereny rosyjskie. Dlatego trudno się dziwić, że dla miejscowej ludności Mołdawia oraz Rumunia, ze swoim łacińskim alfabetem, są czymś zupełnie obcym.

Próbuję złapać jakiś transport, ale bez skutku. Chwilę pogadałem ze wspomnianą dziewczyną. Większość kierowców pokazuje mi, że tutaj się zatrzymują, nie jadą tam gdzie chcę. A skąd u licha to wiedzą? Wkurza mnie takie pokazywanie. Albo człowieku nic nie pokazuj albo się zatrzymaj i zapytaj. Bo zwykle jest tak, że kierowca pokazuje mi, że on zaraz skręca i jedzie dokładnie tam, gdzie chcę. Wśród osób, które mi tak pokazały, jak okazało się ze dwie godziny później był ksiądz Dmitrij (Dymitr) z parafii w Slobodzie Raszkowskiej. Również założył, że na pewno jadę do Rybnicy.

Na moich wyjazdach rzadko korzystam z autostopu, chociaż gdy jest taka możliwość to super. Lubię intensywne wyjazdy, cele zwiedzania są zawsze priorytetowe, a czekanie na stopa jest dla mnie koszmarną stratą czasu. Nie cierpię go marnować. Jest tyle wspaniałych miejsc i z tej perspektywy stanie przy drogach jest trochę irracjonalnie. Co nie zmienia faktu, że ileś tysięcy kilometrów autostopem w życiu przejeździłem. Bardzo cenię autostopowiczów dla których ta forma jest pasją, tak jak dla mnie góry czy wulkany. Wyznaczają sobie trasę, którą chcą pokonać autostopem. Mają określone warunki, że tyle i tyle dni, że nie zapłacą ani grosza. Celem takiego wyjazdu jest pokonanie odcinka autostopem. Cała otoczka, jakieś zwiedzanie, dodatkiem, często mało istotnym. Jeśli komuś udaje się przejechać ambitną trasę autostopem wg wyznaczonych kryteriów to świetna sprawa. Niewielu jest takich pasjonatów. Większość użytkowników tej formy transportu jest ciekawych świata, ale nie dysponują odpowiednimi środkami finansowymi. Mają do wyboru, albo nie pojadą, albo pojadą autostopem, z wszystkimi ograniczeniami, które on ze sobą niesie. Zazwyczaj nie udaje się dojechać do wielu miejsc, zobaczyć tego na co się miało ochotę, ale i tak jest fajna przygoda. Coś zawsze się pozwiedza. Wyda niewielkie pieniądze. Większość autostopowiczów w rozmowach ze mną nie ukrywa, że gdyby mięli odpowiednie środki finansowe, jeździliby na swoje wyjazdy zupełnie czymś innym.

Po pół godzinie zatrzymał się samochód (wcześniej przejechało ich z 15). Kierowca zgodził się mnie podwieźć do ronda, załapała się też dziewczyna czekająca kawałek dalej na przystanku. Wadziciel (bardziej po swojsku woziciel czyli kierowca) jechał do Rybnicy. Wysadził mnie tam gdzie chciałem, nieodpłatnie. Na wschodzie spora część kierowców oczekuje jakiejś zapłaty, ale są ludzie, którzy cały wschód przejechali nie płacąc. Trzeba mieć tylko czas i nie upierać się, gdy w dane miejsce naprawdę nic nie jedzie.

Przy skrzyżowaniu od strony drogi do Słobodzi Raszkowskiej stal jakiś samochód. Podchodzę. Starszy mężczyzna wita się ze mną jak z rodziną, jeszcze starsza babuszka również. Dziwne. Mówię, że chyba mnie z kimś pomylili, jestem tylko turystą. Rzeczywiście, czekają na wnuka, ale mnie też zabiorą. Małe stare autko, zawalone rupieciami, ale damy radę. Czekają już godzinę, na wnuka Edwina. Trochę rozmawiamy. Przez 45 minut oczekiwania w kierunku Słobodzi przejechały dwa samochody. Jeden z nich był pełen pasażerów, drugi może by mnie zabrał, jeśli jechał tam gdzie chciałem, a nie musiał. Mając pewny transport, bezpłatny, grzecznie czekałem. W końcu wnuk przyjechał. Edwin okazał się około 20-latkiem. Z pochodzenia Łotysz, z miejsca zamieszkania Wiedeńczyk. Po latach przyjechał do babci, stąd to wcześniejsze nieporozumienie. Co ciekawe, pięknie mówił po polsku. Tak jak ja, musiał załatwić sobie meldunek. Wysadzili mnie niedaleko kościoła, podziękowałem. Te 8 kilometrów od głównej drogi to wertepy. Bardzo stary dziurawy asfalt, czasami go nie ma. Po drodze mija się lokalne przejście graniczne z Ukrainą, bo Słoboda Raszkowska jest tuż przy granicy. Przejazd jakichś 13 kilometrów autostopem z Raszkowa zajęło mi 100 minut. Gdybym miał własny środek transportu 15-20 minut. To jest właśnie dla mnie minus autostopu – czas. 

  • Na zdjęciach:
  • 1-25) Rybnica. Mój pokój w hotelu oraz kolacja, Lenin, wiosenne porządki w centrum miasta, szpital, cerkiew i kościół katolicki.
  • 26-35) Raszkowo (Raszków) – centrum wioski z Leninem i pomnikiem traktora, kościół katolicki, Dniestr, przydrożny krzyż.
  • 36-37) W oczekiwaniu na przejazd do Slobodzi Raszkowskiej i dojazd na miejsce.

Tyraspol nie jest miastem turystycznym, mimo ciekawych kilku budowli, ale panuje tutaj fajny poradziecki klimat. Bendery też nie jest miastem turystycznym, ale obok zabytkowej cerkwi ma ruiny twierdzy, którą widziałem jadąc z Kiszyniowa. Postanowiłem sobie ją zobaczyć, nie oczekując za wiele. Sprawnie marszrutką z Tyraspolu dojechałem do Bendery (na mołdawskich mapach funkcjonuje w języku rumuńskim jako Tighina, ma ok. 100 tys. mieszk.). Kazałem się wysadzić za mostem na Dniestrze, twierdza jest w pobliżu, ale nie nad samą rzeką. Spytałem się ludzi jak iść. Dotarłem do zaniedbanej fosy oraz bramy. Do jednostki wojskowej. Twierdza była na wyciągnięcie ręki, lecz wojskowy, który przestraszył się aparatu u mojej szyi,bendery 1 wpierw zakazał robienia zdjęć (za późno, już zrobiłem), potem powiedział, że mam iść na około. Czyli jakieś dwa kilometry. Co zrobić. Za bazą wojskową i fosą zauważyłem niedużą tabliczkę ze strzałką: kriepast (twierdza). Skręcam, ale widzę jakieś poprzemysłowe tereny, poniszczone budynki, pytam jedyną idącą tędy kobietę, gdzie ta twierdza? Mam iść prosto, w prawo i zapukać w bramę. Po chwili jestem na miejscu, jak przed jakąś fabryką. Pukam do drzwi. Otwiera ochroniarz. Stwierdza, że dobrze trafiłem. W pokoju po sąsiedzku siedzą dwie kobiety. Bilet kosztuje 50 rubli, dostaję paragon i ulotkę. Mam iść prosto. Pracownica otworzy mi dwa muzea. W taki dzień, w taką pogodę jestem jedynym zwiedzającym. Młoda dziewczyna nie jest zachwycona, że będzie musiała wyjść na zewnątrz. A ja idę z moim dużym plecakiem, do którego włożyłem mały. Po błocie, wertepach, wokół poniszczone budynki fabryczne, też chyba starych koszar. To nie może być droga do twierdzy, ale co jakiś czas jest tabliczka i w końcu ją widzę. Błoto, ziemia, dziury, tabliczka parkingu, ale parkingu nie ma, tylko niewielki błotnisty plac. Przy twierdzy widać kawałek nowego chodnika. W dole niewielkiego wzgórza widać jakieś zrujnowane fragmenty twierdzy. Po prawej są spore fortyfikacje na planie powiedzmy prostokąta, czworoboku, które chcę obejrzeć. Jest kilka armat, jakiś pomnik. Przez bramę wchodzę na ogromny dziedziniec. Widać tutaj jakieś prace renowacyjne, jest wielka katapulta oraz kusza. Wysokie mury, dużo wież, niewielki budynek, także osobna brama wjazdowa przed fortyfikacjami. Można chodzić po murach obronnych, wejść do wież. Nie jest to super bezpieczne, trzeba uważać. Przyszła pracownica. Otworzyła mi budynek, gdzie obrazy, zbroje, różne znaleziska z rejonu twierdzy i okolic. W wieży zaś bardzo ładna sala tortur. W innym pomieszczeniu jest sklepik z pamiątkami. Wokół twierdzy widać fragmenty fosy, wspomniane już podniszczone budynki w dole, jakaś wieża w lepszym stanie. Sam dziedziniec jest trawiasto-błotnisty, ale wybudowano już spory kawałek chodnika. Z murów obronnych widać łąki, w oddali Dniestr i most, budynki opustoszałych fabryk, z jednej strony jest baza wojskowa. Zanim podziękuję kobiecie za otwarcie mini muzeów, z całkiem ładnymi ekspozycjami, pytam jak mam wyjść stąd? Czy muszę tak okrężną trasą. Ona, że mogę spróbować przez bazę wojskową, tą samą, przez którą mnie nie wpuszczono. Pokażę bilet i powinni mnie puścić. Jeśli nie, pozostaje pierwotna droga. Gdy komuś się jednak uda dotrzeć do fortyfikacji przez bazę, jest szansa, że sobie pozwiedza ją za darmo, za wyjątkiem muzeów, przy czym w ładny dzień być może jakaś obsługa jest na terenie obiektu i wyłapie gapowiczów. Spędziłem tutaj godzinę, po czym ruszyłem w kierunku pobliskiej pięknej cerkwi z 1833 roku (Aleksandra Newskiego), znajdującej się już na terenie bazy wojskowej, ale dostępnej dla ludzi. Na murach były tabliczki, ze to teren zamknięty, a przy lichym jakimś budynku w budce pilnował terenu żołnierz. Nie wiem czego pilnował, ale raczej nic tajnego ani groźnego. Baza jest stara, mizerna, zaniedbana, nie sądzę by w lichych garażach trzymano jakąś solidną broń. Nie widziałem żadnego wojskowego pojazdu, ale żołnierzy troszkę było.

Twierdza Bendery prawdopodobnie była budowana w okolicach od około 1538 roku, kiedy tereny te wzięli w posiadanie Turkowie za panowania Sulejmana Wspaniałego. Zbudowano ją w zachodnim stylu- otoczona wałem ziemnym z wysoką fosą, zbudowana z dolnej i górnej cytadeli. Około 20 hektarów powierzchni. Niejedną bitwę tutaj stoczono. W fosie mordowano Żydów podczas II wojny światowej. W 18 wieku twierdzę rozbudowano. Posiada 10 bastionów artyleryjskich, 11 wież, 6 bram, Samo miasto Bendery najlepiej prosperowało pod koniec istnienia ZSRR. Po upadku tak jak tysiące podobnych miast znacznie podupadło.

Twierdzą mocno promuje się Mołdawia, chociaż jest częścią Naddniestrza. To pewnie najcenniejszy zabytek tego malutkiego kraju, ale i w Mołdawii niewiele jest tego typu obiektów. W Polsce mamy takich i lepszych setki. Turysta zwiedzając Bendery może się pochwalić przy okazji, że był w Naddniestrzu. Nie ma się jednak co oszukiwać, że wycieczka do twierdzy w Benderach nie pozwala nawet w minimalnych stopniu poznać Republiki Naddniestrzańskiej, tak samo jak 24-godzinna wycieczka na podstawie otrzymanego meldunku na granicy. To jest dobre dla tych co chcą zaliczać, a nie dla tych co chcą poznawać. Ci pierwsi w praktyce stanowią 99% osób odwiedzających to egzotyczne państewko. Nie są to i tak duże liczby.

Z twierdzy Bendery udałem się na oglądanie cerkwi – z zewnątrz i w wewnątrz (śliczna). Pogoda niezmiennie była paskudna. Wiatr bardzo porywisty, zwiało mi nawet dobrze zamocowany pokrowiec ochronny na plecak. Zobaczyłem co chciałem, trzeba się było wydostać. Idąc ulicą bazy wojskowej, na murze były patriotyczne obrazki i napisy typu: „służba ojczyźnie”, „dobrze uzbrojone Naddniestrze gwarancją pokoju”, „armia – szkoła męstwa i bohaterstwa”, „armia moja walcząca rodzina”.

Gdy podszedłem do miejsca, gdzie mnie nie wpuszczono, akurat wjeżdżał jakiś samochód. Niezatrzymywany przez nikogo wyszedłem, a z plecakiem i aparatem rzucałem się w oczy. Do jednostki zmierzał jakiś żołnierz, zapytałem go, gdzie najlepiej złapię marszrutkę do Tyraspolu. Był bardzo miły, wesoły, sympatyczny. Chciał się pochwalić, że ciut zna angielski. Gdy podawał mi numer trolejbusu, który znałem (nr 19), to liczył na placach po angielsku do dziewięciu i mówił z radością „najn”. Pytał skąd jestem, czy mi się podobało i życzył szczęśliwej dalszej podróży, co często słyszałem podczas tego wyjazdu. Może ludzie na odwiedzanych terenach są biedni, ale serdeczni i nierzadko bezinteresownie pomocni. Dużo bardziej lubię takie krainy, niż bogate, gdzie każdy myśli tylko o sobie.

Przeszedłem w pobliżu transportera opancerzonego i przy moście nad Dniestrem, obok posterunku milicji. Zatrzymałem się przy jakimś wojennym pomniku, gdzie również pomnik-transporter opancerzony. Potem dopytałem ludzi, gdzie znajdę marszrutkę nr 20 do Tyraspolu. Musiałem przejść kawałek do centrum, gdzie budowało się kilka budynków. Po ulicach latały kosze na śmieci, kolejny samochód tego dnia mnie ochlapał – przy tej ilości wody, nierównych drogach, nawet nie miałem pretensji. Wszystko mokre, z majtkami wyłącznie, a temperatura nie przekraczała 5-ciu stopni Celsjusza. Przy deszczu i wietrze odczuwalność była wręcz mroźna. Za 3,50 rubla marszrutką wróciłem do Tyraspolu a kolejną za tą samą kwotę dostałem się pod dworzec kolejowy. Była 16:12, za trzy minuty odjeżdżał autobusik do Rybnicy. Nie miałem już rubli. To niewymienialna waluta poza Naddniestrzem, nie chciałem gromadzić. Kierowca poprosił pasażera, by podszedł ze mną do kasy autobusowej w dworcu, by nie tracić czasu. Bilet miałem kupić do miasta Goian, a resztę jemu dopłacić za dojazd do Rybnicy. To sposób na dorabianie. Kierowca i tak bierze ludzi po drodze, ale na dworcach pracownica (praktycznie zawsze to kobiety) sprawdzają ilość pasażerów ze sprzedanymi biletami. Na ostatnim odcinku trasy tego nie ma. Więc oficjalnie wysiadam w miejscowości na bilecie, a nieoficjalnie jadę do Rybnicy, a gotówkę kierowca ma tylko dla siebie. Bilet kupiłem szybko, leje na ruble też szybko wymieniłem i jechałem do Rybnicy. Cały przejazd, bilet plus gotówka, kosztowały 58 rubli (38+20). Czas przejazdu 2,5h, kilometrów 125, a po drodze miedzy innymi miasto Grigoriopol. Po rosyjsku moje imię do Grigorij, Grisza. Jazda przebiegała sprawnie, ale kierowca oszczędzał na ogrzewaniu. Miałem nadzieję się wysuszyć trochę, ale nic z tego. Mijaliśmy wioski, miasteczka. Mizerne chałupy, bloki. Droga całkiem znośna, ale to główna arteria kraju. Z Tyraspolu nie tylko bez problemów dojedziemy do Rybnicy, ale także Moskwy, Petersburga, czy Odessy(to tylko 102km, w Odessie miałem okazję być pod koniec 2012 roku). Sporo marszrutek jeździ do Odessy z Kiszyniowa przez Naddniestrze i kierowcy mówią, że nie ma żadnych problemów. Przecież wjeżdżający dostaje papier na 24 godziny. Wschodnie marszrutki są bardzo użyteczne. Jest też możliwość dotarcia pociągiem do Kiszyniowa z Moskwy przez Kijów, a któż wie, może i do Tyraspolu. Te długie trasy nieraz są z przesiadkami, ale takimi zorganizowanymi. W Rosji pracuje dużo mieszkańców Naddniestrza, jak również Mołdawii, dlatego muszą być dobre połączenia z tym krajem.

W Naddniestrzu bardzo przywiązani są do swojej waluty. Wielokrotnie z ciekawości pytałem czy mogę zapłacić lejami mołdawskimi i za każdym razem słyszałem: nie! Dolary też nie bardzo, ale czasami w ostateczności. Nie ma problemów aby wymienić leje, hrywny, dolary, euro czy rosyjskie ruble na miejscową walutę. Kantorów jest całkiem sporo w miastach. Przed wyjazdem trzeba wszystko wydać, bo inaczej zostaną nam na pamiątkę albo do kolejnej wizyty. 

  • Na zdjęciach:
  • 1-3) konduktorka sprzedająca bilety w trolejbusie w Tyraspolu.
  • 4-27) Bendery, trasa prowadząca do twierdzy i sama twierdza z ekspozycjami muzealnymi. Zdjęcie 5 i 6 przedstawia wejście do bazy wojskowej i strategiczny most nad Dniestrem od strony centrum miasta.
  • 28-31) Cerkiew Aleksandra Newskiego i baza wojskowa.
  • 32-34) Bendery w pobliżu mostu nad Dniestrem i fragment centrum.
  • 35) Marszrutka nr 20 Bendery – Tyraspol.
Strona 1 z 65

nationalgeographic box

natemat.pl box

box na sierpien

BOX1

stopka plecak

LogoStopka

stopka plecak

Strona używa informacji zapisanych za pomocą… plików cookies w celu dostosowania do indywidualnych potrzeb użytkowników. Jeżeli tego nie akceptujesz zmień ustawienia przeglądarki dotyczą…ce cookies. Więcej informacji można znaleźć‡ w naszej Polityce prywatności.