logo2skalow

SCARPA3

Grivel-MB nero su giallo

julboskal

holux resize

fen RESIZE

Podziel się

FacebookMySpaceTwitterGoogle BookmarksLinkedinRSS Feed
Grzegorz Gawlik

Grzegorz Gawlik

1:30 w nocy, kolejna pobudka. Bez przekonania wychodzę przed prymitywne gruzińskie schronisko Bethlemi. Przecież od dwóch dni atak zimy nie chce odpuścić. Mam mieszane uczucia. Nie jest źle, ale dobrze również nie jest. Solidny mróz (-10 stopni C) jest w porządku, ale nad głowami sporo chmur, choć chwilami widać księżyc i pojedyncze gwiazdy. Do tego porywiste podmuchy lodowatego wiatru. Co robić? Zaryzykuję! Idę! Ubieram się, wrzucam parę rzeczy do plecaka i o 2 w nocy ruszam. Mam świadomość, że abstrahując od pogody, czeka mnie bardzo ciężka i długa wędrówka. Dużo świeżego śniegu na lodowcu, brak ścieżki i pełno szczelin pod śniegiem. I wg prognozy pogody po 10 rano jej załamanie.

Wpierw ścieżka-labirynt. Wszystko zasypane, śladów zero, kamienne kopczyki raz są, raz ich nie ma. Chciałbym iść szybciej ale się nie da. Gubię się trochę wśród głazów, ale z pomocą przychodzi mi gps i zapisany dwie doby wcześniej ślad. Żadnej gwiazdy już nie widzę, sypie śnieg. A dopiero minęła 3 w nocy, do 10 daleko. Sypie coraz mocniej, wieje coraz silniej, chmury schodzą w dół i kolejny problem. Z widocznością. Znowu gubię coś co niby ma być ścieżką, a tak naprawdę nią nie jest. Wkoło szczeliny lodowcowe. Nic nie widzę, śnieg wali po oczach, chmury i zdaje się, że stoję nad potężną szczeliną.

Wiedząc jak daleko jestem od zapisanego śladu w gps-ie omijam szczelinę,  skaczę przez kilka mniejszych i jest… kopczyk z kamieni. Jestem na właściwej drodze. Tylko co z tego? Trzeba wracać! To nie ma dzisiaj sensu! W takich warunkach w pojedynkę moje szanse wejścia na szczyt są zerowe, a szanse zabicia się przynajmniej 50%. Do tego nie znam drogi i nie wiem gdzie dokładnie jest najwyższy punkt Kazbeka.

Zawrócić….? – może później. Podczas pierwszej próby pogoda mnie pokonała na 4572 m n.p.m. Podczas drugiej warunki atmosferyczne nie dały mi szans nawet wystartować. Tym razem stwierdziłem, że powalczę jeszcze. Idę, ale już bez takiego zapału jak na początku. Wolniej, często przystaję, chowam się w płytszych szczelinach, nasłuchuję spadających głazów, czasami całkiem niedaleko mnie. Obserwuję i staram siebie przekonać, że czas wracać do śpiwora. Sypie śnieg, wieje jak diabli, nic nie widać, ciągle noc, a przede mną cały czas 2/3 podejścia na szczyt. I tylko ja jeden. Jedynym słusznym rozwiązaniem jest zawrócić i próbować kolejny raz do skutku. Ale jeszcze z dwa razy i ta ścieżka-labirynt pomiędzy schroniskiem a początkiem wejścia na lodowe plateau mnie wykończy.

Jak za dwie godziny pogoda się nie poprawi, to zawrócę. Ale póki daję radę to idę i wolałbym wracać przez ten labirynt tak zmieniony przez świeży śnieg, gdy wstanie dzień. Przed wejściem na właściwy lodowiec chowam się za głazem. Ścieżki nie ma, śniegu dużo, nic nie widać (latarka-czołówka niewiele pomaga), szczeliny, nie znam drogi, tylko tak mniej więcej. Mój ślad w gps-ie jest za mało dokładny, a dwa dni wcześniej kluczyłem tutaj między licznymi szczelinami. Pól metra od śladu może być inna szczelina, a i sam ślad jest obarczony pewnym błędem. Jak się nie skupię na lodowcu, tylko na ekranie gps-u to pewnie się zabiję, gdy wpadnę do jednej z nich. Czyli sama radość.

Powoli wstaje dzień, a ja jestem zaledwie na wysokości 4200m n.p.m. W tych warunkach mimo chęci nie dało się iść szybciej. Natura dzisiaj znowu jest przeciwko mnie… ale chwileczkę. Poprawiła się widoczność, chmury i mgły unoszą się do góry, śnieg już prawie nie pada, znowu próbuje się przez chmury przebić księżyc, bo jeszcze nie słońce. A więc jest nadzieja. Idę dalej. Wschodzę na początkowy fragment plateau. Ten sam który jeszcze nie tak dawno temu był szary, a wkoło świetnie widoczne szczeliny. Teraz jest równa kołdra białego śniegu po łydki i nie widać ani jednej szczeliny. Fantastycznie. I jak ja mam teraz przejść ten niebezpieczny fragment lodowca? Idę bardzo ostrożnie i powoli. Robię nową ścieżkę.

Na dzień dobry pakuję się do szczeliny po kolana, szybko z niej jednak uciekam. Dwie minuty później ląduje w drugiej szczelinie po kolana. Okay, trzeba wyciągnąć czekan. Mosty śnieżne na tych szczelinach były słabe, tylko dzięki koncentracji, ostrożności i szybkości, nie skończyło się to gorzej. Pewnie dzięki doświadczeniu też.

Śnieg równy jak stół, toruję drogę idąc w śniegu powyżej łydek. Na szczęście już nie pada, wiatr już tak nie wieje, widać że za górami wstaje słońce, nad głowami niebieskie niebo i tylko trochę chmur. Bo część wiatr uniósł i rozproszył nade mną, a większość zameldowała się gdzieś na 3500m n.p.m. tworząc gęstą kołdrę. Wstaje na dobre piękny dzień. Super.  I nagle znikam w czarnej dziurze pod śniegiem. Cholera, znowu szczelina! Tym razem nie po kolana, ale też nie na samo dno. Dna nie widzę, tylko czarną głęboką dziurę, ale to co widzę, wskazuje na przynajmniej 10-15 metrów w najgłębszym miejscu. Pierwsze jakieś 5 metrów jest pionowe, potem szczelina biegnie pod skosem, ze względu na to nie widać gdzie jest jej koniec. Zważywszy, że najgłębsze szczeliny mają tutaj do 80 metrów, nie było najgorzej. Tym bardziej że wpadłem tylko 3 metry, prosto na lodowy most, który być może zawalił się kiedyś i utknął w szczelinie. Przed atakiem zimy ta szczelina była zupełnie odkryta, bo gdy wpadałem nie było żadnego oporu. To był ułamek sekundy. Opad śniegu i wiatr równo zakamuflowały ją grubą warstwą świeżego luźnego śniegu.  

Znowu więcej szczęścia niż rozumu. Kiedy ja zmądrzeję? Przykro mi - nigdy. Choroba jest już zbyt daleko posunięta. Fajnie, że mam czekan w ręce, tylko czemu nie założyłem do tej pory raków? Bo lodowiec zupełnie płaski i bez raków idzie się szybciej. To wszystko prawda tylko co teraz? Most może zaraz runąć w dół, raki solidnie opakowane w plecaku. Żadnych szans, by je założyć na tym kawałku lodu. A na powierzchnię jednak kawałek. Szerokość szczeliny przynajmniej na metr a raczej trochę więcej. Spokojnie, coś trzeba wymyślić. 15 metrów repsznura 5mm (liny pomocniczej) w plecaku też mi nic nie da - po cholerę go zresztą wziąłem skoro wspinam się sam?! Nieważne. Wolę się za bardzo nie ruszać, bo nie chcę się znaleźć niżej. Walę czekanem w lód, coś na kształt zapieraczki (czyli zapieranie się butami  i plecami po obu stronach szczeliny), czasami w rozkroku na wyrąbanych w lodzie niewielkich wgłębieniach. Niełatwo, szczelina trochę za szeroka. Jest ślisko, jak mi się but ześlizgnie, to zlecę dużo niżej, już nie mówiąc, że przy okazji mogę sobie zrobić krzywdę - spadając. Grzesiek, pełna koncentracja, spokój i do góry! Tu nie ma miejsca na jakikolwiek błąd. Po dwóch minutach jestem już na powierzchni.

I co dalej? Trzeba wracać - to logiczne w tym wypadku. Otóż nie. Skoro przeszedłem większość szczelin, to pokonywanie ich po raz kolejny kolejnego dnia, być może znów samotnie, to tylko zwiększanie ryzyka. Pogoda coraz lepsza, najbardziej uszczeliniony fragment lodowca za mną, przede mną może jeszcze z 5-10 szczelin, które były świetnie widoczne kilka dni wcześniej.  Dam radę. Tylko muszę spowolnić wędrówkę i każdy krok poprzedzać wbiciem czekana. Jeśli będzie lód to okey, jeśli pustka, to szczelina. Problem tylko taki, ze stylisko czekana ma ok. 60cm długości, tyle co nawiany tutaj i tworzący niemal równą warstwę śnieg. Zakładam raki i do przodu. Limit szczęścia na ten dzień wyczerpany.

Już dawno temu zaprzyjaźniłem się ze szczelinami lodowcowymi. Odwiedzam je co roku. Tak mnie polubiły, że ciągle  próbują mnie  wciągnąć do siebie. Zazwyczaj bezskutecznie. Co najwyżej dam im kawałek nogi na sekundę. Ale czasami daję się zaprosić na dłużej do środka. Tak jak w tym przypadku. A potrafią być piękne, efektowne i głęboki

Pnę się mozolnie do góry robiąc ścieżkę. Śniegu zazwyczaj po kolana, czasami po łydki, czasami po pas, rzadko po kostki. Słońce świeci coraz mocniej, ale jeszcze nie na mnie. Przeszkadza temu Kazbek. Kołdra chmur z 3500m wędruje na wyższy pułap, ale tu gdzie jestem widoczność jest świetna. Czekan czasami jest za krótki, muszę wspomagać się kijkiem by sprawdzić podłoże. Strasznie wolno się idzie poprzedzając każdy krok sprawdzeniem co pod śniegiem. Ale dzięki temu wykrywam ponad 5 szczelin, w które pewnie bym wpadł gdybym tego nie zrobił. Jedne wąskie, inne dosyć szerokie, a głębokie są wszystkie. Niektóre bez mostów lodowych i trzeba je przeskoczyć. Czasami ze sporego rozpędu. Po tych z mostami lodowymi można spróbować przejść będąc przygotowanym, że most zacznie się walić i trzeba będzie się rzucić z czekanem na skraj szczeliny. Raz ten manewr okazał się przydatny.

Największe zagrożenie szczelinami minęło, zbliża się 4400m n.p.m. Pojawia się nowy problem, bardzo dużo śniegu. Toruję drogę, śniegu po uda, po pas, czasami po kolana. Ciężko i wolno. Co z tego, że czuję się świetnie, jak nie mogę tego wykorzystać. Pocieszeniem jest, że nawet jeśli pode mną są jeszcze jakieś szczeliny, to stary zmrożony śnieg pod świeżym, jest dosyć pewny. W tych warunkach 50-100 kroków do góry i przystanięcie. Gdy śniegu po pas, co 30 kroków i przystanięcie. Powoli, ale jednak do przodu. Widać coś co powinno być wierzchołkiem Kazbeka. Jeszcze kawał drogi. Zerkam czasami na ślad zapisany w gpsie, ale i tak wkoło wszystko zasypane nawianym świeżym śniegiem. A tak niedawno szedłem tutaj lodową przyjemną ścieżką. Pomarzyć. Zapisany ślad się jednak kończy. Chmury i burza śnieżna z piorunami zmusiły mnie wtedy do odwrotu. Czas wytyczyć własną zupełnie autorską ścieżkę. Wybrałem wersję: ostro na skos do góry. Termometr wskazywał minus 13°C. Znajdowałem się w tym momencie na odcinku trasy biegnącym po stronie rosyjskiej (graniczny gruzińsko-rosyjski charakter góry wymagał rejestracji w schronisku Bethlemi dla pograniczników).

I zaczęło się. Po uda, po pas w śniegu, coraz bardziej stromo, więc doszło osuwanie. Katorżnicza droga. Ale konsekwentnie do przodu. Niezła mordęga. Za to pogoda dopisywała. Śnieg nie padał, wiatr wiał, ale porywisty był tylko chwilami. Chmury wokół Kazbeka, te najwyżej położone, znajdowały się teraz mniej więcej na wysokości jego wierzchołka. Tylko czasami o niego zahaczały. Do tego piękne, kłębiaste. Momentami świeciło słońce. Tak do około 4800m szło się bardzo ciężko w kopnym śniegu. Istniało nieduże ale realne zagrożenie lawinowe. Bo wiatr utworzył miejscami nawisy śnieżne, a nachylenie sięgało 40-45 stopni. Od około 4800m n.p.m. było lepiej, bo wiatr wywiał częściowo śnieg i po części trasy szło się całkiem przyjemnie, choć cały czas po stromym. Odrobinę bardziej płasko zrobiło się w okolicach 4850m. Zauważyłem daleko w dole krótki odcinek, który mógł być kiedyś ścieżką. Wskazywałoby to, że wcześniejsza ścieżka prowadziła cały czas lekko w górę, a dopiero potem bardziej stromo, być może zakosami i wyprowadzała w rejon gdzie ja się znajdowałem.

Mój stary i zużyty sprzęt radził sobie nad wyraz dobrze. Jako że wyprawa była mało górska, bo oprócz Kazbeka obejmowała jedynie turecki Ararat i irański Demawend, to prawie całe moje ubranie wyłącznie z butami było do wyniszczenia. Skórzane i wysłużone buty dawały radę, choć zaraz po Kazbeku wylądowały w koszu na śmieci. Reszta odzieży też straciła już dawno większość swoich właściwości. Mój organizm jednak świetnie czuje się w zimowych i mroźnych warunkach, toteż na niejedną poważną górę wszedłem z takim sprzętem, że inni alpiniści z całego świata – nawet z dużo biedniejszych krajów – pukali się w czoło jak ja chcę wejść na szczyt w tym co mam na sobie. Oni wszyscy mięli lepszy sprzęt, często za grube tysiące dolarów. Tylko że ja jakoś zawsze wchodziłem na szczyt, bez większych problemów, bez odmrożeń. A oni często nie. Bo w górach sprzęt jest ważny, ale nie najważniejszy. Z tego co zależy w górach od człowieka to najważniejsza jest psychika i charakter, potem przygotowanie fizyczne i predyspozycje fizyczne do wspinaczki w górach wysokich, a dopiero następnie jest sprzęt. Dopóki zdobywanie szczytu idzie prawidłowo, to gorszy sprzęt daje radę. Dopiero gdy pojawia się problem jak np. przymusowa noc w jakiejś jamie śnieżnej, od dobrego sprzętu zaczyna zależeć zdrowie i życie. Nie inaczej jest z Kazbekiem. Jeśli pogoda jest dobra i wejście na szczyt przebiega sprawnie, nie trzeba żadnego super sprzętu. Przyzwoite buty trekkingowe śmiało dadzą radę – buty w górach to zawsze kluczowy element. W lecie używanie skorup czy najwyższych modeli nie-skorup to coś absolutnie zbędnego na Kazbeku.

Nie wiem jak inni wchodzą na szczyt w ostatnim fragmencie (bo nie widziałem ścieżki). Zrobiłem więc to następująco. Najbardziej mnie kusiło pójść prosto bardzo stromo do góry między niewielkimi skałkami, ale jednak po lodowcu. Było tu kilka szczelin brzeżnych. Jednak bez asekuracji i samotnie było to zbyt duże ryzyko. Miałem już dość obchodzenia dookoła tego Kazbeka, ale inne gruzińskie drogi wymagają partnera do wspinaczki. A ja ani partnera ani sprzętu. Jedynie raki półautomaty, czekan i kawałek cienkiej liny pomocniczej (repsznur) gdybym z kimś szedł do góry. Ale nie szedłem.

Ruszyłem więc poniżej skałek i za nimi po lodzie do góry. Nachylenie było bardzo duże. 50 stopni na pewno, a czytałem że i 60 stopni jest w tym miejscu. I ten najstromszy odcinek na Kazbeku ma około 100-150m deniwelacji względnej. Asekuracja czy zainstalowanie poręczówek nie zaszkodziłoby, choć z tym ostatnim byłoby za dużo pracy, potrzebne byłoby trochę sprzętu, zwłaszcza nielekkich lin do wyniesienia. A po co, skoro da się bezpiecznie wejść bez tego, czego jestem najlepszym przykładem. I szybciej. Mimo że nie ma przepaści, to w razie upadku i braku hamowania można bardzo szybko zjechać dobre 500m deniwelacji względnej, a „przy odrobinie szczęścia” i 1000 metrów. Zabicie się wcale nie jest niemożliwe, a nawet bym rzekł, że prawdopodobne. Bo są miejsca gdzie może nas trochę wyrzucić jak z małej skoczni, niżej są też szczeliny. Więc żartów nie ma. Dlatego szedłem bardzo ostrożnie. I tu bardzo ważna uwaga, w tym miejscu trzeba mieć pewność, że raki są naprawdę dobrze założone i nie zlecą z butów. Mimo że było bardzo stromo, sporo adrenaliny, to po samym lodzie szło się naprawdę dobrze. Niestety było też sporo nawianego śniegu, w postaci zasp. Nie dało się wszystkich ominąć. A tutaj raki zupełnie sobie nie radziły. Zsuwałem się. Kilka razy serce zabiło mi szybciej. Ale jakoś to dziadostwo przeszedłem.

Stromo jest do samego szczytu, dopiero ostatnie kilkadziesiąt metrów (ale nie deniwelacji względnej) spłaszcza się. I oto jest - szczyt. Najbardziej wysuniętego na wschód 5-tysiecznika Kaukazu. Wreszcie. Czas wejścia w normalnych warunkach uznałbym może nie za fatalny, ale za słaby. W tych okolicznościach był to świetny czas. 11 godzin. Na szczęście dosyć stabilna pogoda, która się zrobiła, napawała optymizmem. Była dużo gorsza niż mój pierwszy dzień na Kaukazie, ale dobra. Prognoza Georgija – gospodarza w Bethlemi na szczęście się nie sprawdziła – w końcu. Zamiast  pięknej nocy było załamanie pogody, zamiast załamania pogody w dzień, pogoda zrobiła się bardzo przyzwoita. Ale w nocy naprawdę niewiele brakowało bym zawrócił.

Gps szalał pomiędzy 5031 a 5035m n.p.m. (deniwelacja bezwzględna). Ta ostatnia liczba to najwyższa jaka pojawiła się na ekranie. Na pewno to nie jest 5047m jak mówią niektóre dane. A na szczycie spędziłem ponad pół godziny, gps łapał bardzo dobry sygnał z 10 satelit.

Widoki były zjawiskowe. Może właśnie dzięki morzu efektownych kłębiastych chmur poniżej i na wysokości szczytu, z pomiędzy których odsłaniały się czasami spore fragmenty Kaukazu. Nie mniej, nic wyższego w tej części gór nie było. Tylko ja i góry, po naprawdę wymagającej wędrówce. Kazbek to góra dużo trudniejsza technicznie niż najwyższy kaukaski szczyt Elbrus, na którym byłem dwa razy. Ale obiektywnie, technicznie Kazbek nie jest jakoś szczególnie trudny.

Wejście na szczyt sprawiło mi wiele radości. Ararat i Demawend były fajne. Ale takie banalne wejścia nie dają tyle satysfakci co takie wejście jak na Kazbek. Pogoda i brak innych wspinaczy sprawiły, że było to wejście o dużej wartości. Wpierw wydawało się, że pójdzie wszystko szybko i bezproblemowo, potem załamanie pogody, obawy że nic z tego nie będzie, a w końcu samotne trudne wejście na szczyt w zimowych i lodowcowych warunkach. Z elementami grozy. Nieraz stawałem samotnie na różnych szczytach, nierzadko wymagających i po ciężkiej walce. I zawsze jest tak samo. Świadomość, że jesteś sam jeden na szczycie, a górę zdobyłeś po walce, to jedyne uczucia w swoim rodzaju. Iście ekstatyczne. Tylko ty, nikogo więcej w promieniu iluś kilometrów, nieraz tysięcy, na takiej wysokości. Wszystko zależy od ciebie. Tylko ty możesz sobie pomóc lub zaszkodzić. Od ciebie zależy czy przeżyjesz czy zginiesz. Takie wejścia hartują człowieka, pozwalają poznać siebie, swój charakter i swoje możliwości. Niesamowicie rozwijają. Są najlepszą szkołą jaka może być. Nie od dziś wiadomo, że podróże kształcą, a góry potrafią to zrobić w przyśpieszonym tempie. Żadna szkoła czy kurs nie zastąpi tak zdobytego doświadczenia.

Na szczycie Kazbeka nie ma nic – tylko śnieg i lód. Jedynie gps i widok, że nie ma wokół nic wyższego jest gwarantem, że jesteśmy na Kazbeku. To tutaj początek bierze najbardziej znany w tym rejonie lodowiec Gergeti i parę innych. Bardzo efektownie prezentowało się lodowe plateau poniżej, przykryte grubą warstwą śniegu.

Wypiłem resztę letniej już herbaty, z trudem zjadłem zamarzniętego na kość batona – można przez takiego stracić zęby – i czas było ruszyć w dół moją autorską drogą. Zejście to często trudniejsza połowa zdobywania góry. Jest zazwyczaj szybsze, ale też zazwyczaj trudniejsze. W dół trudniej pokonuje się bardziej techniczne fragmenty, dochodzi zmęczenie i pewne rozluźnienie, które następuje po zdobyciu szczytu. A tu trzeba być jeszcze bardziej skoncentrowanym.

W górach należy pić dużo płynów. Brzmi pięknie, ale kto je będzie za mnie nosił. Bo mi się nie uśmiecha. Ale skoro wokół było pełno śniegu i lodu to wody mi nie brakowało. Nie ma to jak polizać sopelka. Lub pojeść sobie śniegu. Bez smaku, ale za to tylko zero kalorii. Choć w taki dzień potrzebne jest mnóstwo kalorii, gdyż organizm pracuje na najwyższych obrotach. Będąc  bardziej poważnym, to taki śnieg i lód, to nic innego jak woda destylowana, która wysysa z nas wartościowe pierwiastki, co jest niekorzystne dla organizmu.

Czas było się skupić na pokonaniu lodowego bardzo stromego pola ze śnieżnymi niespodziankami. Gdyby tak mieć narty w tym momencie. A tu trzeba było zaiwaniać na nogach. Ostrożnie, powoli. Trochę emocji było, ale generalnie bez problemu. Widoki przecudne. Potem mój ukochany kopny śnieg… a niech go szlag trafi. Utkwił mi w nim rak, który był tak oblodzony, że nie udało się go potem ani idealnie oczyścić ani idealnie założyć, więc co jakiś czas spadał. Ale na tym odcinku trasy nie robiło to wielkiej różnicy.

Czym było później tym chmury schodziły niżej, ale nadal widoki były świetne. A na lodowym plateau zauważyłem sześć osób. Szli od strony rosyjskiej (z tego co mówili Gruzini, to oni już teraz potrzebują wizy do Rosji, a Rosjanie wiz do Gruzji ciągle nie potrzebują). W zasadzie to ja również w tamtej chwili znajdowałem się na terenie Rosji. Było tam tyle śniegu, że uznali, iż nie ma potrzeby wiązać się liną. Gdy przechodziłem na wysokości 4500m n.p.m. pomachałem im, oni mnie i kontynuowaliśmy wędrówkę. Ja w dół. Oni mniej więcej do miejsca gdzie ja byłem.

Założenie bazy na 4500m n.p.m. i atak szczytowy to bardzo fajne rozwiązanie, bo po ataku szczytowym mogli tego samego dnia jeśli nawet nie zejść jeszcze w dolinę, to zejść poniżej lodowców. Moi przyjaciele mam nadzieję, że doceniliście jaką fajną zrobiłem wam drogę na szczyt:).

Tam gdzie było mniej śniegu, wiatr zdążył zatrzeć zupełnie moje ślady z rana. Dotarłem do szczelinowego lasu. Koncentracja i do przodu. To po moście lodowym, to przeskok nad szczeliną. Z dwa razy niewiele brakowało, by skok okazał się za krótki. Szczelina do której wpadłem świeciła czarną dziura pośród białego śniegu. Jej też się przejść nie dało, trzeba było przeskoczyć. I kolejne szczeliny. Do jednej wpadłem po kolana i gdy schodziłem już z plateau jeszcze do jednej prawie wleciałem. Starczy już na dzisiaj może. Nad głową były znowu same chmury, zrobiło się szaro, niektóre z nich zaczęły przechodzić przez dolinę w której się znajdowałem. Nie przeszkadzało to w niczym. Przeszkadzał jedynie labirynt skalno-lodowy. Bo trzeba było uważać i nie dało się iść szybko. Zresztą wlekłem się niesłychanie, tu zdjęcie, tam pooglądać widoki, tu jakiś ładny kawałek skał wulkanicznych, a tam jeszcze piękna szczelina lodowcowa. Huk spadających kamieni, a na jednym małym bocznym lodowcu nawet świeża lawina śnieżna. Nie mniej, śnieg w tak ładny dzień jak ten, poniżej wysokości 4000m szybko topniał. Przez te moje zdjęcia i kręcenie filmików dwa razy nieźle wyrżnąłem. Trzeba było patrzeć pod nogi.

I oto jest. Schronisko. Najwyższy czas. Bo na zegarku 18:45. Zapadał zmrok. Schodzenie zajęło mi 5 godzin. Ale kopny śnieg i robienie zdjęć zrobiło swoje. Poza tym gdzie się miałem spieszyć. I tak wiedziałem, że tego dnia już nigdzie dalej nie ruszę.

Idę się zameldować do Georgija. A tam już imprezka. Ucieszył się, że jestem cały i zdrowy, a do tego stanąłem na szczycie. I po co brałeś radiotelefon, skoro go nie użyłeś? Żeby było trudniej, tzn. ciężej w plecaku. Pokazuję zdjęcia, szczelinę, warunki na trasie. Oj Grisza, Grisza. Powiem ci coś, jesteś kompletnym górskim durakiem. Dzięki Georgij, to na zdrowie, za górskich duraków. Czyli za mnie też, bo ja również tak chodzę – roześmiał się Georgij. Po czym dodał – wiele lat temu takich wariatów jak ty było więcej, głównie Rosjan. Ale nie pamiętam kiedy ostatni raz spotkałem takiego samotnego górskiego zakapiora jak ty. Może już starczy tych słodkich komplementów na dzisiaj Georgij. To było bardzo trudne i niebezpieczne w tych warunkach co zrobiłeś. Ale gratuluję. Samotne wejście w takim stylu, w takich warunkach, to jest klasa. Dobra, dobra. No to dawaj Georgij, jeszcze raz za górskich duraków. Uścisnęliśmy się po przyjacielsku i do dna. Porządny gruziński bimber. A oprócz nas kto? Polska ekipa. Sześciu chłopa większość, jak nie wszyscy, z południa Polski, niemalże z sąsiedztwa. Oni mnie od duraków nie wyzywali – he he – ale też przyznali, że to było niebezpieczne co zrobiłem i graniczyło z szaleństwem. A czego wyjście się spodziewali po szalonym duraku? A potem rozmowy, jedzenie, bimber, opowieści. Zresztą ta bardziej doświadczona trójka treningowo i aklimatyzacyjnie wybrała się na jeden z okolicznych czterotysięczników i wróciła grubo po zmierzchu. I kto tu jest szalony:)?

 

Mimo że moje wejście było ciężkie i długie, to czułem się świetnie, nie czułem zmęczenia, choć pewnie zmęczony byłem. Od razu przyłączyłem się do biesiadowania, a siedzieliśmy do późna w nocy. Aż się bimber skończył. Polska ekipa planowała start na Kazbek nie dnia następnego, tylko pojutrze. Z tymże ta mniej doświadczona trójka uczyniła bardzo mądrze i postanowiła wynająć przewodnika. Cena to 300 dolarów, ale na 3 osoby da się przełknąć, no i jest dużo pewniej i bezpieczniej. Nie należy bowiem brać przykładu z duraka Gregora. Jako, że nikt nie przybył do schroniska tego dnia, to gdybym chciał iść z kimś na szczyt, musiałbym czekać kolejne dwa dni. A tak udało mi się zdobyć Kazbek w  fajnym stylu z przygodami.

Chłopaki się stopniowo wykruszali. Cóż, bimber miał pewnie dobrze ponad 40 procent alkoholu. Posiedziałem jeszcze trochę z Georgijem. Czułem się tak dobrze, że mógłbym znowu ruszyć do góry. Na dobrą sprawę budzik całkiem niedługo znów miał dzwonić o 1:30. Ale tej nocy nie było takiej potrzeby.

Pozdrawiam

Gregor

 

Film, na którym między innymi Kazbek, znajduje się: TUTAJ.

Praktycznie ten sam tekst, w formie artykułu, znajduje się w dziale reportaże: TUTAJ.

Felieton o innym kaukaskim wulkanie znajduje się: TUTAJ.

(stary blog z wyprawy, październik 2012)

Na zdjęciach: 01-03)szczelina lodowcowa do której wpadłem – rano, wieczorem i widok wgłąb, ok. 4300m, warto zwrócić uwagę jak była zakamuflowana; 04) moja autorska ścieżka, ok. 4600-4700m, 05-06) ostatni stromy fragment przed szczytem, 07-010) szczyt Kazbeka 5033m, pomiar GPS nie potwierdził wysokości 5047m, jaka często widnieje – obok 5033m – w różnych źródłach, wysokość oscylowała między 5031 a 5035m.

Nie cierpię nic nie robić. A czekanie w górach na poprawę pogody to jest to co czasami mnie dopada. A co w takim prymitywnym schronisku można robić? Absolutnie nic. W pokoju termometr wskazywał 4 stopnie Celsjusza. Za wiele gotować nie mogłem, bo nie miałem za dużo gazu. Jedzenia zresztą też.  Muzyki posłuchać nie mogłem, bo baterie trzeba było oszczędzać. W czołówce były 3 paluszki AAA, jeszcze w dobrym stanie, ale zapas musi być, a w zapasie miałem dwie plus jedną prawie nową w playerze mp3. By siedzieć za zimno, leżeć w śpiworze koszmarnie nudno. Więc co chwilę się snułem po okolicy schroniska mimo paskudnej pogody. Poprawiłem system uzyskiwania wody. Na który składa się płat firnowy śniegu, który nie jest wstanie całkowicie stopnieć przez lato, z niego płynie strużka wody, w którą to włożona jest zardzewiała rura. Z jej końca powinna płynąć woda a nie kapać. Napełnianie butelki przez pól godziny było uciążliwe, zatem sprawiłem, że woda znowu zaczęła płynąć przez rurę. Zwiedziłem także cale schronisko, w tym pokój, gdzie zostały śpiwory i rzeczy po wspinaczach, którzy nie wrócili z Kazbeka. Zginęli. Tak się dzieje praktycznie co roku. Kazbek jest dużo mniej popularny niż nieodległy Elbrus, ale jest też od niego trudniejszy za sprawą znacznie większej liczby szczelin, czasami szerokich, które należy pokonać oraz końcówka jest stromsza od najstromszego odcinka na Elbrusie.

Wieczorem zawitałem do Georgija, by zapłacić za drugą noc i przy okazji trochę się ogrzać przy piecu. W schronisku byliśmy tylko my dwaj. Ale Georgij powiedział, że ja u niego płacił nie będę. Super, ale dlaczego? Widać, że jesteś prawdziwym człowiekiem gór. Takich dzisiaj już prawie nie ma. Prawie wszyscy wymarli. Więc jak ja mogę od ciebie brać pieniądze. Do tego widać, że porządny z ciebie człowiek. Dziengi eta nie wsie. Wino czy wódka? Wódka. Wina nie trawię. A i z wódką czy piwem marnie sobie radzę, nie lubię bowiem alkoholu. Nie smakuje mi, żaden. Taki ze mnie dziwny Polak. Ale wiadomo, czasami trzeba. A nieraz nawet dużo. Więc raz na jakiś czas daję radę. Georgij przyniósł dwulitrową butelkę po fancie, domowo robionej wódki na bazie jabłek. Do tego wędlina, ser, chleb, chałwa, herbata. No to biesiadujemy. Mój rosyjski jest marny, ale jakoś sobie radzę.

Georgij był na Kazbeku jakieś 150 razy, w zimie lubi skitoury. Poza schroniskiem pracuje w różnych częściach Gruzji, m.in. jako nurek. Lubi realizować projekty. Czyli na przykład skupić się na pracy przez miesiąc lub dwa, zarobić i potem miesiąc lub dwa nic nie robić – otdichac – jak na wschodzie mówią. Ma żonę, dzieci, ale nie wyobraża sobie pracy od 8 do 16 w biurze. Zabiłoby go to. Gdy rozmawialiśmy o relacjach gruzińsko-rosyjskich to mówił. Że na linii zwykłych ludzi nie ma problemu, jest normalnie. A reszta to polityka. A polityka go mało obchodzi. Zresztą w tym rejonie wszystkie spory wyjaśnia się stwierdzeniem: „to polityka” i dodaje, że na poziomie zwykłych ludzi jest w porządku.

Opowiadał też, że jak przychodzą tutaj Polacy (dużo nas co roku na Kazbeku), ludzie ze wschodniej Europy, to i zajrzą, pogadają, napiją się herbaty, piwa czy wódki. Ale gdy przychodzą turyści z zachodu, z bogatej Europy czy z Izraela. To jedyny kontakt to kwestia zapłacenia za pobyt, potem zamykają się w swoich pokojach i nie chcą mieć z otoczeniem kontaktu. Uważają też często, że jak mają pieniądze to mogą wszystko i wszystko za pomocą pieniądza załatwią. Że są najważniejsi. Nie rozumieją, że są miejsca, gdzie ich pieniądze nic nie znaczą i są ludzie, którzy ich pieniądze mają gdzieś. Nie mają też często obycia z górami. Pełno sprzętu, a po górach chodzić nie potrafią. Są nieporadni i oczekują że wszystko będzie idealnie. Pogoda, wygodna ścieżka. A gdy pojawiają się trudności, problemy, to panikują i odpuszczają. Są bardzo słabi psychicznie. To nie są ludzie gór, tylko zwykli turyści, którzy niepotrzebnie w tych górach się znaleźli.

To prawda. Mam podobne obserwacje. Są od nich pozytywne wyjątki, ale taka tendencja jest mocno widoczna. Na pewno w takiej Gruzji problem asymilacji westmenów z otoczeniem wynika też z kompletnego braku znajomości języka rosyjskiego, który cały czas w Gruzji jest znany. Coraz słabiej, u młodych często wcale – gruziński to jak język kosmitów – ale jednak ciągle w Gruzji obecny. A zachodni cudzoziemcy nie znają rosyjskiego zazwyczaj w ogóle. A więc z takim Georgijem nie porozmawiają. Przykład z Kazbegi. Z rozbawieniem się przyglądam jak para z Niemiec próbuje po angielsku dogadać się z taksówkarzem, że chcą go wynająć na następny poranek, by zawiózł ich do kościoła Cminda Sameba, ale chcą zapłacić teraz połowę a drugą jutro. A taksówkarz, rozumie tylko jak mówią Cminda Sameba. Mijają minuty, ale nie potrafią się dogadać. Podszedłem, kilka wyrazów po rosyjsku i sprawa załatwiona. A Niemcy dozgonnie wdzięczni i narzekający, że nie mogą się tu kompletnie dogadać w najprostszej sprawie. Ludzie znają rosyjski, ale nie angielski. Georgij opowiadał też, że celowo nie ma nic na szczycie Kazbeka – nic informującego, że to szczyt i na lodowcu powyżej 4200m npm żadnych wbitych tyczek orientacyjnych czy ostrzegających przed szczelinami, a pod szczytem na stromym odcinku żadnych lin poręczowych. Dzięki temu wejście jest trudniejsze, bardziej ambitne. Lub trzeba dysponować własnym sprzętem. Takie udogodnienia jak wspomniane są coraz częstsze na popularnych górach i drogach, montowane z myślą o turystach wyjazdów komercyjnych i westmenach, wśród których jest wielu niedoświadczonych i słabo przygotowanych osób. Do tego część z nich po prostu nie nadaje się na takie wyjazdy, ale szpan przed kolegami i koleżankami w pracy, przed znajomymi, jest ważniejszy.

Po wypiciu większości butelki i miłych rozmowach, czas było się zbierać. Co prawda Georgij sprawdził pogodę w laptopie i na Kazbeku kolejnego dnia miała być paskudna pogoda, ale prognozy nie zawsze się sprawdzają. Stąd przygotowałem sprzęt, herbatę, budzik na 1:30 i dopiero w nocy miałem ocenić czy ruszam na szczyt, czy nie ma żadnych szans na powodzenie. Georgij na wszelki wypadek dał mi mikrofalówkę do kontaktu z nim.

Może wyjaśnię w tym miejscu, że zdobywanie trudnych szczytów solo i gdy nie ma innych osób w danym rejonie to nie do końca u mnie zamierzone działanie. Ono wynika z zastanej na górze rzeczywistości. Jak na Kazbeku. Jestem sam i nie mam wyjścia jak sam powalczyć o szczyt. A Kazbek jest górą, którą można zdobyć samemu, nie jest potrzebny partner do wspinaczki, choć bardzo przydatny. Pod jednym warunkiem, że byłby sensowny. Bo niewłaściwy partner do chodzenia po górach, to dużo większe zagrożenie niż chodzenie samemu po górach. Taka osoba musi mieć odpowiednie przygotowanie fizyczne, odpowiednią psychikę i doświadczenie. Gdy się da, współpracuję z innymi osobami przy zdobywaniu gór, ale przywykłem już, że często zdobywam szczyty solo. I do tego poza mną nikt danego dnia nie zdobywa góry. Zresztą niejednokrotnie sprawia mi to wielką satysfakcję. Stąd podjęcie próby zdobycia Kazbeka solo było dla mnie absolutnie czymś zwyczajnym.

Budzik zadzwonił punktualnie. Środek nocy. Wychodzę przed schronisko. Lodowaty bardzo silny wiatr, sypiący śnieg, pełno chmur nad głową, solidny mróz. Pozostaje iść tylko dalej spać.

Nastał poranek i zapowiadał się strasznie długi i nudny dzień. Pogoda niezmiennie była zła. Bardzo silny wiatr, dużo chmur, przelotne opady śniegu i tylko chwilami przebijało się słońce. Kibicowałem innym górskim zapaleńcom, bo Georgij wspominał, że jutro zamyka na zimę schronisko, a pojutrze schodzi na dół. Chyba, że przyjdą ludzie. Więc ludzie chodźcie. Cały dzień to leżałem w śpiworze, sprawdzałem pogodę na zewnątrz, czasami odwiedzałem Georgija. Temperatura w schronisku w najcieplejszym momencie dnia osiągnęła 6 stopni Celsjusza. Znalazłem w schronisku polski tygodnik opiniotwórczy, którego czytanie pozwoliło przetrwać ten dzień. W ciągu dnia przez lornetkę zauważyliśmy dwie grupy zmierzające do schroniska: jedna 3-osobowa, druga 6-osobowa. Ta pierwsza ledwo żywa dotarła tuż przed zmrokiem, ta druga bardzo wolno poruszała się po lodowcu. Dwóch Izraelczyków i Niemiec oznajmili, że rano zwijają się na dół. A szóstka szła i szła. Wybrali dziwną trajektorię wędrówki, w tym między szczelinami. Na szczęście byli związani liną. Do schroniska nie dotarli, rozbili się zaraz za lodowcem. Tak byli zmęczeni jak później opowiadali. Pewnie nie wszyscy, ale działali prawidłowo, bo poruszali się tempem najwolniejszego oraz nie zignorowali najbardziej zmęczonych. Byli to Polacy jak się później okazało. Trójka bardziej doświadczonych i trójka mniej doświadczonych. Połączyli wspólnie siły zdaje się, że jeszcze w Polsce. Rozbili się ok. 40 minut od schroniska, było po 20:00, a zmrok zapadł przed 19:00. Lodowiec jednak cały czas był dobrze widoczny.

Jeśli wiatr z okolic schroniska wywiał w dół większość napadanego w ostatnie dwa dni śniegu, to patrząc na kierunek wiatru i drugą część drogi na Kazbek, wszystko wskazywało, że cały świeży śnieg z górnych partii góry znalazł się właśnie na trasie wejścia. A to oznaczało, że nie tylko nie będzie śladu po ścieżce, ale że będzie to mordercza wędrówka w głębokim śniegu. Z wyznaczaniem od nowa drogi na szczyt. Dwa dni wcześniej Kazbek był letnią górą, zero świeżego śniegu w okolicy, a teraz zapowiadało się zimowe wejście na szczyt. Tym samym mocno się mobilizowałem wiedząc, że muszę bardzo sprawnie wyruszyć, iść możliwie szybko, bo w drugiej partii góry ugrzęznę w śniegu na wiele godzin. Pamiętając choćby jak na Elbrusie wiele lat temu podczas burzy śnieżnej i po opadach śniegu brnąłem samotnie momentami po pas w śniegu wiedziałem, że mimo najlepszej formy szybkość będzie bardzo niewielka, bo nie ma w takich warunkach inne opcji. Chyba żebym miał rakiety śnieżne z dobrymi kolcami albo chociaż skitoury, ale nie miałem.

Wieczorem znowu przygotowałem wszystko na atak szczytowy, ale Georgij mnie uspokajał. Wrócisz Grisza do śpiwora jak poprzedniej nocy. Będzie padał śnieg. Dopiero popołudniu poprawi się pogoda i dopiero następny dzień będzie dobry na atak szczytowy. Być może, ale trzeba trzymać rękę na pulsie. Nie potrzebuję idealnej pogody, tylko przyzwoitą. A w górach nie można stracić żadnej szansy na zdobycie szczytu, bo to często kończy się tym, że długie załamanie pogody zmusza do rezygnacji z góry. Każdy dzień czekania wpływa też negatywnie nie tylko na zapas jedzenia i gazu, ale również na motywację. A to znacznie obniża szanse na zdobycie później szczytu.

Pozdrawiam

Gregor

(stary blog z wyprawy, październik 2012)

Na zdjęciach:  01) jeżeli komuś zdjęcie toalety ilustrujące niniejszy wpis nie wystarczyło, proszę bardzo, jeszcze jedno, 02) główny korytarz w schronisku Bethlemi, ok. 3670m, 03) Bethlemi - pokój w którym spałem, 04) „źródełko” zamarzło, pozostało topienie śniegu, 05) w jadalni – Polaków co roku na Kazbeku nie brakuje, 06) pokój, w którym pozostały śpiwory po zmarłych w masywie Kazbeka, swoiste miejsce pamięci, kapliczka, 07) „źródełko” przed zamarznięciem, powyżej schroniska, 08) Georgij – gospodarz Bethlemi podczas mojego pobytu, 09) wulkaniczne skały powyżej schroniska, przed lodowym plateau.

Kazbek – atak zimy (Gruzja)

4:30 pobudka. O 5:00 ruszam w drogę. Pogoda wydaje się przyzwoita, tylko trochę chmur nad głowami, księżyc, gwiazdy, bardzo słaby wiatr. Jedynie jedna rzecz mnie bardzo niepokoi. Temperatura. Minimalny mróz, a więc bardzo ciepło, zamiast okolic minus dziesięciu stopni. Taka temperatura oznacza zmianę pogody, czyli śnieg. A więc prognoza z laptopa Georgija pewnie się sprawdzi. Czołówka na głowę, kijki w ręce i w drogę. Na początkowym odcinku ścieżka jest wąska ale widoczna, uzupełniana kopczykami z kamieni. Nawet w nocy przy latarce nie ma większych problemów. Prowadzi po mało przyjemnym wulkanicznym rumowisku skalnym. Do tego prowadzi góra – dół, lewo – w prawo. Po pewnym czasie trzeba przejść niewielkie lodowcowe fragmenty, a po prawej stronie wznoszą się bardzo sypkie i zerodowane skały, z których spadają kamienie.  Przy odrobinie pecha można zostać uderzonym spadającym z nich kamieniem. Czym dolina robi się węższa tym problem narasta, a kamieni i małych lawin skalnych spada dużo i osiągają bardzo dużą prędkość stanowiąc śmiertelne zagrożenie. Z tego powodu ścieżka nie prowadzi optymalną trasą u podnóża skał, tylko kluczy między lodowymi pagórkami i szczelinami, minimalizując ryzyko spadających kamieni. Po lodowcach spływały rzeki wody, charakterystyczne nie dla ciągle mroźnej jeszcze nocy, tylko dla upalnego letniego dnia. Gdy wkroczyłem na lodowiec Gergeti pojawiły się problemy orientacyjne. Ścieżka praktycznie niewidoczna, kopczyków skalnych mniej, a fragmentami kopczyki mają kilka wariantów przejścia, więc robi się zamieszanie. A ta brzeżna partia Gergeti jest bardzo uciążliwa. Nadal wznosiłem się bardzo powoli, cały czas to w górę to w dół, po kilka kroków ale jednak, do tego pomiędzy pięknymi i efektownymi szczelinami i pagórkami lodowymi. Cały ten fragment lodowca jest pokryty grubą warstwą drobniejszych i grubszych kamieni wulkanicznych. Jest sypko. A ścieżka kluczy jak labirynt pomiędzy tym wszystkim. Przy zachowaniu ostrożności jest bezpiecznie, ale można też na tym odcinku zrobić sobie krzywdę. I tak mozolnie jest do około 4150-4200m npm, kiedy to wszedłem już na właściwą część lodowca i teren który jest lodowym plateau. Odcinek od schroniska do tego miejsca jest bardzo długi, mało przyjemny i nie pozwala na bardzo szybką wędrówkę i to w obie strony. Wysokość nabiera się koszmarnie wolno. Nie lubię takich odcinków. To tylko marnowanie czasu i energii.

Dlatego niektórzy przed atakiem szczytowym rozbijają namioty na jedną noc na plateau, na wysokościach 4200-4500m npm lub przed nim w okolicach 4000m. Jest to dobre rozwiązanie zwłaszcza dla tych u których forma fizyczna szwankuje. Nominalnie od schroniska na szczyt jest 1350m deniwelacji względnej. A faktycznie myślę, że nawet około 100 metrów więcej. Gdy zliczymy te wszystkie drobne podejścia i zejścia na trasie, to się uzbiera. Do tego ten odcinek jest wyjątkowo długi. A wysokości powyżej 4000m już mają wpływ na prędkość poruszania się (coraz mniej tlenu w powietrzu).

Chmur przybywało, czuć było, że zaraz sypnie śniegiem. Nie miałem złudzeń, że dzisiaj nie stanę na szczycie, ale w zamian chciałem rozeznać jak najwięcej trasy na szczyt. Lodowiec od 4200m prezentował się bardzo optymistycznie. Brak świeżego śniegu, stan iście letni. Szary lód, wszystkie szczeliny lodowcowe odkryte albo zapchane starymi opadami bielutkiego śniegu. Dzięki temu każda szczelina lodowcowa była widoczna i mogłem się sam sprawnie poruszać bez żadnej asekuracji. Mimo że lodowiec na tym odcinku jest dosyć płaski to bardzo uszczeliniony. W wielu miejscach na świecie w takich miejscach nie ma szczelin albo są bardzo wąskie, a tutaj mające nawet po dobre kilka metrów szerokości i wielokrotnie więcej głębokości.  Do tego długie. Najgłębsze szczeliny na Gergeti jak opowiadał Georgij mają po 80 metrów głębokości. Na ponad 4300m pojawił się na lodowcu zmrożony śnieg i dobrze widoczna wąska ścieżka prowadząca w kierunku szczytu. Szczelin mniej, węższe, mosty śnieżno-lodowe nad nimi dosyć stabilne. Tylko do jednej wpadłem po kolana, ale szybko się wydostałem, most mnie utrzymał. Poza ścieżką śnieg do kostek lub łydek utrudniał wędrówkę, ale po samej „utwardzonej” ścieżce szło się świetnie. Niestety niedługo. Chmury zaatakowały z pełną mocną, pojawił się wiatr i śnieżyca. W kilka minut widoczność spadła do zera, śnieg ostro zacinał. A że wkoło biało i żadnych punktów orientacyjnych, to łatwo się tu zgubić. GPS wskazywał 4500m npm, doszedłem jeszcze do 4572m i musiałem zawrócić. W takich warunkach nie dało się nic zrobić. Czułem się dobrze, ale rządziła pogoda. Było za mną 5 godzin dosyć powolnej wędrówki i jakieś 2 godziny do szczytu lub niewiele więcej. Standardowy czas wejścia na szczyt w normalnych warunkach ze schroniska to 8-10 godzin. Nie było mi dane nawet zobaczyć szczytu, bo wierzchołek Kazbeka już dużo wcześniej był w chmurach, a teraz chmury ruszyły w dół. Szybko śnieżyca przeistoczyła się w burzę śnieżną z porywistym wiatrem, grzmotami, piorunami, a ja bądź co bądź miałem przy sobie trochę żelastwa: raki, czekan. W chwilę było biało, ścieżka znikła. Widoczność trochę poprawiła się na 4200m, a potem poniżej 4000m. Śnieg jednak zacinał do samego schroniska. Zejście niezbyt śpieszne zajęło mi ponad 3 godziny.

Bardzo fajna wycieczka. Uwielbiam to uczucie: tylko ja i góry. I nikogo poza mną. Do tego groza lodowców, osypujących się skał i załamania pogody. Mimo wysiłku dla organizmu, czuję się wtedy jak w innym świecie, na innej planecie. I ta świadomość, popełnisz błąd to zginiesz. Nikt cię tu nie uratuje, bo niby kto. To świetny test dla organizmu: fizyczny i psychiczny i świetna szkoła jak radzić sobie w niebezpiecznych sytuacjach.

Priwet Grisza. Mówiłem, że tak będzie, przywitał mnie Georgij. Niestety, choć gdybym wyszedł o 2 w nocy, to doszedłbym dzisiaj na szczyt, może byłyby już tam chmury, ale dopiero podczas zejścia pojawiłaby się śnieżyca. A jakie prognozy na następny dzień? Plachoj, śnieg i na kolejne 9 dni również. Żarty się ciebie trzymają Georgij. Ja nie żartuję, seriezna. Czyli z Kazbeku w 2 dni nici, ale Kazbek w 12 dni. Tak źle przecież nie może być. Wraz z załamaniem pogody pojawił się problem z moim zapasem jedzenia – wraz z podejściem z Kazbegi i zejściem z powrotem na 4 dni.

W usyfionej jadalni znalazłem jakieś resztki jedzenia pozostawione przez innych, jeszcze jeden dzień bym na nich dał radę. Trzeba czekać. Tylko Georgij zmartwił mnie, że jesteśmy tylko we dwoje i w taką pogodę nikt tu nie przyjdzie, a więc jutro lub pojutrze postanowił wszystko zamknąć i schodzić na dół. Pozostanie wtedy namiot pomyślałem i nadzieja, że Georgij odsprzeda mi trochę jedzenia i znajdzie jeszcze jakiś kartusz z gazem. Wtedy będę mógł czekać na poprawę pogody do skutku. Co nie oznacza, że miałem na to ochotę.

Kazbek, w Gruzji zwany Mkinwarcweri (5033,8m, inne dane 5047m), to najbardziej wysunięty na wschód 5-tysięcznik Kaukazu Wielkiego. Oczywiście nikt nie używa gruzińskiej nazwy. Tak samo jak gruzińskiej nazwy Kazbegi, czyli Stepantsminda. Rosyjskie nazwy obowiązują. I nic się nie zmieni w tym temacie, chyba że za sto lat. To w ogóle tendencja całej tej części Azji, która była kiedyś w ZSRR. Rosyjskie nazwy zamienia się na swoje, zazwyczaj bardzo trudne, niemal niewymawialne dla cudzoziemca. Dlatego się nie przyjmą. Podobnie jest z wypieraniem języka rosyjskiego, swoimi językami, bardzo trudnymi, nieraz z bardzo trudnym innym alfabetem. Jak choćby alfabet gruziński przypominający makaron. Nie rozumiem dlaczego to co dobre próbuje się zniszczyć. Owszem, pewne rzeczy się skończyły, ale po co niszczyć to co się przyjęło i dobrze się sprawdza? Ale taka ludzka natura. Kazbek położony jest na granicy gruzińsko-rosyjskiej, 3/4 masywu jest po stronie gruzińskiej. Część drogi klasycznej na szczyt prowadzi przez teren Rosji. Będąc precyzyjnym po stronie rosyjskiej mamy autonomiczną republikę Północnej Osetii-Alanii. Niedaleko też jest Inguszetia i Czeczenia wschodzące w skład Rosji. Kazbek wbrew temu co niektórzy piszą nie jest najwyższą górą Gruzji. Jest nią Szchara, która wg różnych danych ma 5068m wysokości albo 5193m albo 5201m. Kazbek to wulkan, może w sensie geologicznym i drzemiący (jak Elbrus, Ararat czy Demawend), ale należy traktować go jako wygasły. Geologowie i wulkanolodzy często przyjmują różne definicje aktywności wulkanów, ale wielu przyjmuje np. takie, że jeśli wulkan wybuchł w ostatnich 10 000 latach, to jest aktywny (szacuje się, że Kazbek wybuchł ostatni raz  ok. 3000 lat temu albo ok. 6000 lat temu). Czy, że jeśli wulkan był aktywny w ostatnim milionie lat to jest drzemiący. Także powierzchnia lodowców w masywie Kazbeka szacowana na 135km2 jest zawyżona. Choćby lodowiec Gergeti w ostatnich 20 latach cofnął się o 400 metrów.

Pozdrawiam

Gregor

(stary blog z wyprawy, październik 2012)

Na zdjęciach: 01) lodowiec Gergeti ok. 4100m, 02)lodowiec Gergeti ok. 4200m - początek lodowego plateau, wszystkie szczeliny jeszcze świetnie widoczne, 03) niewielki serak ok. 4200-4300m, 04) widoczność (a raczej jej brak) podczas burzy śnieżnej na ponad 4500m, 05) widoczność podczas burzy śnieżnej na ponad 4300m, 06) schronisko Bethlemi i atak zimy, ok. 3670m, położenie schroniska oficjalnie: 3653m.

Ciąg dalszy relacji z wyprawy 2012. Wcześniejszy wpis jest tutaj: Teheran-Dogubayazit-Tbilisi-Kazbegi (Iran-Turcja-Gruzja).
Rano Kazbegi przywitało mnie bezchmurnym niebem i fantastycznym widokiem na piramidalny Kazbek. W końcu jakaś porządnie zlodowacona  góra na tej  wyprawie, bądź co bądź górsko lajtowej. Znowu wygasły 5-tysięczny wulkan. Najwyższy w tym rejonie, górujący nad wszystkim.

Wybierając się do Gruzji nie miałem w planie żadnej konkretnej góry w Kaukazie, jedynie chciałem kilka dni pochodzić po nim, bardziej trekkingowo. Ale skoro dotarłem do Kazbegi, to cel wydawał się oczywisty – Kazbek.

Kazbegi to zapadła dziura, typowo sowiecka, ale z zaniedbaniami od czasów rozpadu ZSRR. Ok. 12km od granicy z Rosją, nad rzeką Terek. Tak, to sama rzeka która płynie niedaleko Groznego w Czeczenii i to tą rzekę ma w nazwie drużyna piłkarska Terek Grozny, gdzie obecnie gra sporo Polaków. Kazbegi ma szczęście, bo jest miejscowością przygraniczną i w atrakcyjnym przyrodniczo rejonie. Dzięki temu sporo tu turystów zagranicznych. I ceny też są pod nich. Jak w Zakopanem. Najtańsze noclegi w prymitywnych warunkach to 12-15 USD (śpiąc w dwóch rożnych miejscach w centrum woda w łazienkach osiągała maksymalną temperaturę wyraźnie poniżej + 20 stopni C), a tani obiad w restauracji to ok. 10 USD. Na szczęście w prymitywnych sklepach ceny są normalniejsze, co nie znaczy że niskie.  

Śniadanie, zakupy kilku kilogramów prowiantu i w drogę po 10:00. Wysokość 1750m npm. Waga plecaka blisko 30kg, ale chleb, puszki i cola muszą ważyć. Plan umiarkowany: dojść do około 3000m i rozbić namiot na noc. Pierwszy cel to słynny 14-wieczny kościół/klasztor Cminda Sameba na 2200m n.p.m. Góruje nad Kazbegi i wioską Gergeti z jednej strony, z drugiej efektownie prezentuje się na tle Kazbeka. I właśnie bez Kazbeka byłby to jeden z tysięcy podobnych kościółków. Gdy wędrowałem do góry w pięknym jesiennym kolorowym lesie, mijały mnie dziesiątki samochodów z turystami, którym się nie chce zrobić godzinnego spaceru do góry, tylko pod kościółek muszą podjechać samochodem. Tak czyni 99 procent osób (lenistwo ludzi jest przerażające, większość wspinaczy celem skrócenia drogi do schroniska też do kościoła dojeżdża samochodem). Mimo początku października było tam około 80 osób głównie zagranicznych turystów (bardzo dużo z Izraela, Rosji i Pribaltiki czyli Litwy, Łotwy i Estonii, Polacy też byli). Czym w górach mniej ludzi tym dla mnie lepiej, więc szybko się ewakuowałem na ścieżkę w kierunku schroniska.

Świetna pogoda, ostatki kolorowego liściastego lasu i bardzo przyjemna ścieżka wyprowadziła mnie na wysokość 2950m. Jak cudownie. Nawet plecak wydawał się lżejszy z tego powodu. Widok na Kazbek, lodowiec Gergeti, obok kamienna kapliczka. Poza mną tylko kilka osób, a byłem jedyny który tego dnia ruszył dalej. Wlekłem się. Tu zdjęcie, tam troszkę w bok od ścieżki. Tylko ja i góry. I tak doszedłem do lodowca Gergeti, gdzieś między 3200 a 3300m npm (lodowiec ma ok. 7km dł., schodzi do ok. 2950m npm, inna nazwa Ortsveri). W zasadzie miałem się rozbijać na noc jakieś 45min wcześniej, nie było jednak o tej porze roku nigdzie wody przy ścieżce, a potem tylko mętne lodowcowe potoki. Spojrzałem na zegarek i stwierdziłem, że ruszę jeszcze tego dnia do schroniska. Droga przez lodowiec Gergeti prowadzi po skosie i wynosi ok. 2000 metrów dł. Jest bezpieczna, szeroka, a szczeliny są dosyć daleko. Jeśli nie ma świeżego śniegu i lodowiec jest dobrze widoczny to wędrówka jest bardzo prosta i bezproblemowa, biegnie delikatnie pod górę (żadne raki, lina czy czekan nie są potrzebne). Piszę to oczywiście ze swojej perspektywy, osoby obytej z lodowcami. By zejść na ścieżkę za lodowcem we właściwym miejscu, przy morenie bocznej, znajdowała się zniszczona flaga Gruzji w charakterze drogowskazu. Potem jeszcze około 30-40minut solidnie do góry po wulkanicznym rumowisku i schronisko Bethlemi wita. Zaczynał zapadać zmrok. Za mną była długa droga, bo wraz z podejściami i zejściami na trasie (niewielkimi) łącznie do pokonania jest 2000 metrów deniwelacji względnej – to dużo z dużym plecakiem (np. z Łysej Polany(precyzyjnie z Palenicy Białczańskiej) na Rysy jest 1500m, a z nad Morskiego Oka 1100m). Mimo obijactwa na trasie szło mi się jednak bardzo fajnie. Schronisko oficjalnie znajduje się na wysokości 3653m npm, ale mój GPS podczas całego pobytu wskazywał 3670-80m.

Bethlemi to ,była stacja meteorologiczna (za czasów ZSRR), teraz prywatne i bardzo prymitywne schronisko. Ale lepsze takie niż żadne. Dosyć drogie jak na dostępne warunki. Nocleg w pokoju z materacami 15 dolarów, rozbicie namiotu 6 dolarów. W lecie jest tam mikro sklepik, teraz już nic do kupienia nie było, pokoje nieogrzewane, temperatura wynosiła 3-6 stopni Celsjusza przez całą dobę. Brak dostępu do gazu, ale używałem gaz pozostawiony przez innych turystów. Nie było go za wiele, ale był. Prąd tylko wieczorem przez 2 godziny z agregatora. Woda około 150m od schroniska z płatu śniegu, o tej porze roku ledwo płynąca, rano i wieczorem zamarzająca. Toaleta niecałe 100m od schroniska w często spotykanych w górach drewnianych sławojkach. Wspaniałe zapachy. O prysznicu zapomnij. 20 lat nie wystarczyło Gruzinom, by schronisko(meteostację) zmodernizować. 

W schronisku przywitał mnie Georgij i na wstępie powiedział, idź nabierz sobie wody, bo zaraz zamarznie (jakże inna postawa od opisywanego tureckiego palanta na Araracie). Georgij - to taki typowy rasowy człowiek gór, więc szybko się zakumplowaliśmy. Poza mną była w schronisku trójka Irańczyków (jeden z nich to przewodnik) i jeden Niemiec polskiego pochodzenia, którzy wspólnie tego dnia zdobyli Kazbek, po 17 godzinnej akcji górskiej. Byli ledwo żywi, następnego dnia planowali zejście na dół. A ja być może wejście na szczyt. Informacje optymistyczne: mało śniegu, dobrze widoczna ścieżka, fajny lód na końcowym stromym odcinku, a taki lód raki lubią najbardziej. Zapowiadało się naprawdę świetnie, dwa dni i będzie po Kazbeku, może następnego dnia nawet zejdę jeszcze do Kazbegi, bo nawet po zmroku trasa ze schroniska nie sprawia żadnych kłopotów, a forma fizyczna dopisywała. Czyli Kazbek w dwa dni, tak jak to można śmiało zrobić w sezonie letnim, kiedy pogoda na kapryśnym Kazbeku jest często przyzwoita.

Ogrzewając się w pokoiku Georgija, gdzie piecyk, ale ze względów oszczędnościowych tylko wieczorem używany, dowiedziałem się, że lada dzień schronisko będzie zamknięte (sezon się skończył, ale potem też można wziąć w Gergeti od niego klucze). Oraz że następnego dnia planowany jest opad śniegu. Mimo tych prognoz postanowiłem zrobić rozeznanie, bo aklimatyzacji nie potrzebowałem. Raz, że Kazbek jest niski, a dwa miałem aklimatyzację po Araracie i Demawendzie. Nie mając w planie Kazbeku na tej wyprawie, nie zrobiłem wcześniej żadnego rozeznania trasy i możliwości. W schronisku była tylko daleka od topograficznej mapa. Z tego powodu zamiast wyruszyć o 2 czy 3 w nocy jak zwyczajowo się to czyni, postanowiłem wyruszyć o 5:00 rano, by przejść jak najwięcej trasy za dnia. Rozpoznać ją na atak szczytowy zaplanowany kolejnego dnia. W razie tak dobrej pogody jak minionego dnia planowałem przekwalifikować rozeznanie w atak szczytowy. Przygotowałem sprzęt, herbatę, do śpiwora i spać.

Pozdrawiam

Gregor

(stary blog z wyprawy, październik 2012)

Na zdjęciach: 01-02) kościółek/klasztor Cminda Sameba, ok. 2200m n.p.m., 03) widok na Kazbek 5033m n.p.m., 04) czoło lodowca Gergeti, ok. 2950m n.p.m., 05) przed schroniskiem Bethlemi, ok. 3670m n.p.m., 06) wschód słońca nad Kaukazem.

Indonezja posiada ponad 130 aktywnych wulkanów. W jednym z nich na wyspie Jawa wydobywa się siarkę. Górnicy pracują w niezwykle ciężkich warunkach, pośród trujących gazów wulkanicznych, a urobek transportują na plecach.

Faith z miasta Banyuwangi, położonego na wschodnim wybrzeżu Jawy, odebrał mnie o pierwszej w nocy. Wyruszyliśmy z nad Oceanu Indyjskiego, a podróż mieliśmy zakończyć na wysokości 2000 m n.p.m. Cały czas do góry, na niewielkim motorze. Te 50 kilometrów po wąskich drogach miało kilka faz. Na dole, gdzie gorąco i wilgotno, podmuch mas powietrza podczas jazdy sprawiał nawet przyjemność. Ponad godzinę później marzłem. Temperatura znacznie spadła a wilgotność nie uległa większym zmianom. Lekko skostniały potrzebowałem dłuższej chwili, by dojść do siebie. Bardzo ucieszyła mnie perspektywa 4-kilometrowego marszu. „Do jedynego takiego miejsca na Ziemi” – jak zachwalał Faith. Nie tylko kierowca, ale przede wszystkim mój przewodnik. A tak naprawdę, od 16 lat górnik w niezwykłej kopalni w wulkanie Ijen, którego nazwę należy wymawiać „Idzien”. Mimo ukończonych 30 lat, wyglądał na więcej. Podczas marszu opowiadał jak nauczył się języka angielskiego: „Zmobilizowało mnie obcowanie z przybywającymi coraz liczniej turystami. Nie miałem książek ani słowników.” Wyłapywał to co słyszał, zapamiętywał, dopytywał. I chciał zawsze wiedzieć o czym śpiewają w anglojęzycznych piosenkach. Prosił czasami o tłumaczenie. Koledzy z pracy nieraz sobie z niego żartowali i pytali po co mu to? Przez kilkanaście lat i więcej wydobywania  tutejszej siarki nie opanowali nawet kilku wyrazów w języku Szekspira. Faith od początku wiedział po co to robi: „praca górnika jest ciężka, niebezpieczna i niezbyt dobrze płatna, chociaż jak na indonezyjskie warunki przyzwoita. Praca przewodnika jest płatna kilkukrotnie lepiej i znacznie lżejsza.”

Szliśmy dobrej jakości ścieżką do góry, noc miała się dobrze. „Nie mogliśmy wyruszyć rano?” – spytałem. „Nie, bo to co chciałem tobie pokazać, widać tylko w nocy.” Faith miał na myśli „blue fire” czyli niebieskie płomienie. Czym bliżej celu, tym mocniej śmierdziało zgniłymi jajami. Po czterdziestu minutach marszu znaleźliśmy się na skraju krateru wulkanu Ijen, chociaż ze względu na rozmiary prawdopodobnie lepszym określeniem wydaje się: na skraju kaldery. By się o tym przekonać musiałem poczekać do świtu. Tymczasem GPS wskazywał 2400 m n.p.m. Wyżej nie zamierzaliśmy wchodzić, mimo że okoliczne zbocza sięgały do 2800 m n.p.m., a najwyższy w kompleksie Ijen aktywny wulkan Raung to ponad 3300m n.p.m. Penetrując wąskim światłem latarki okolicę, zauważyłem napis w miejscowym języku bahasa Indonesia oraz po angielsku. Zakazywał dalszej wędrówki i ostrzegał przed zejściem do krateru: „visitors are prohibited, going down on crater dangerous”.

Ostatnie kilkaset metrów pokonaliśmy schodząc w dół, dużo gorszą ścieżką niż wcześniej. To tutaj w kraterze znajdują się liczne ekshalacje wulkaniczne – fumarole. Mają kilkaset stopni Celsjusza i wydobywają się z nich: gazy, para wodna i siarka. Ta ostatnia płonąc, świeci na niebiesko. Zjawisko niezwykłe i efektowne. W jego obserwacji przeszkadzał niestabilny wiatr, kierujący na nas kłęby dymu o przejmującym zapachu siarkowodoru, czyli potocznych zgniłych jaj. Wtedy nie tylko nic nie było widać, ale również czym oddychać. Osoby bez gogli ochronnych i masek przeciwgazowych zostały zmuszone do szybkiej ucieczki.

Kopalnia siarki ściśle jest związana z wyziewami wulkanicznymi a górnicy pracują praktycznie przez całą dobę, w nocy z latarkami na głowach. Do fumarol przytknięto potężne metalowe rury, długie na 15-30 m. To nimi spływa siarka w bardziej przyjazne dla człowieka miejsca. W postaci płynnej ma kolor czerwony. Zastyga dopiero poniżej 118,9°C, w około 10 minut, i przybiera kolor żółty. Ten system zapewnia ciągłość w dostawie świeżej siarki, którą wydobywa się za pomocą ciężkich metalowych prętów. Uderzając w żółtą masę albo ją podważając. Rozbita na kawałki następnie ładowana jest do dwóch drewnianych koszy,  połączonych drewnianą belką.  Urobek transportowany jest na plecach.

„W kopalni pracuje mniej więcej 400 górników, w ciągu doby 100-200, bo kopalnia jest za mała na większą liczbę” – tłumaczył Faith. Na jednej zmianie robią dwa kursy. Z parkingu, gdzie zostawiliśmy nasz motor, do pokonania są 4 km. Tam muszą dostarczyć wydobytą siarkę. Wpierw do pokonania mają niecały kilometr pod górę, a potem w dół, na początku stromo, później łagodniej. Po drodze następuje ważenie. A jest co dźwigać. Jednorazowo w koszach niosą 60-80kg siarki. Patrząc na nich – drobnych, szczupłych, niewysokich – aż trudno uwierzyć, że są wstanie udźwignąć taki ciężar. Ledwo go podniosłem i przeszedłem kilka metrów. A oni dwa razy dziennie wędrują z urobkiem, a potem „na lekko” muszą wrócić do krateru tą samą drogą. Po zważeniu dostają dokument, na podstawie którego zostaną im wypłacone pieniądze.

„780 rupii indonezyjskich za kilogram, czyli jakieś siedem setnych amerykańskiego dolara. Na dzień w zależności od górnika będzie to jakieś osiem-jedenaście dolarów”. Przy czym kopalnia sprzedaje siarkę po 8000 rupii za kilogram, siedem dziesiątych dolara” – wyjaśniał Faith. Słysząc te słowa, skrzywiłem się i krótko oznajmiłem: „przecież to wyzysk w czystej postaci”. „Mylisz się” – usłyszałem w odpowiedzi. – „W Indonezji jest duże bezrobocie, ale powiedzmy, że średni zarobek to jakieś 100 dolarów miesięcznie. Pracując w kopalni Ijen górnicy mają średnio po 200 dolarów. To dobra praca za dobre pieniądze. A można dorobić na zdjęciach, które pozwalamy robić turystom, sprzedając im ładne kawałki siarki, niektórzy nawet w niej rzeźbią.” Tak jak Faith dorabiają tylko nieliczni, bo mało kto  tutaj włada angielskim czy innym językiem obcym. W charakterze przewodnika można zarobić dziennie 10 – 100 dolarów, w zależności jacy trafią się klienci i jak dobrze potrafią się targować. Stawka zazwyczaj wynosi znacznie poniżej 50 dolarów i można ją rozłożyć na kilkuosobową grupę. „Zarobić też można pracując jako kierowca, ale trzeba mieć samochód, bo zachodni turyści niewielkim motorkiem, tak jak ty, nie pojadą” – mój towarzysz dalej tłumaczył. – „Oni oczekują komfortu.” Wynajęcie samochodu z kierowcą z okolicznych miejscowości to koszt od 50 dolarów wzwyż, co także można podzielić na kilka osób. Skuter lub mały motor, bo na motocykle Indonezyjczyków nie stać, to wydatek 15-30 dolarów z kierowcą. „Tylko żebyś mnie dobrze zrozumiał – kontynuował Faith. – Sezon tutaj jest krótki, od czerwca do końca września, mimo że wakacyjne temperatury panują przez cały rok. W lipcu i sierpniu bywa, że jako przewodnik pracuję dwa, trzy razy w tygodniu, ale zdarza się także raz na dwa tygodnie, poza sezonem, może z raz na miesiąc. Do tego erupcje wulkanu, wtedy kopalnia jest zamknięta, turystów się nie dopuszcza. A potrafią trwać do kilku miesięcy. W latach 2010-2012 kopalnia była zamykana co roku z powodu niewielkich erupcji albo z powodu zagrożenia erupcją.”

Nastał dzień, niebieski ogień znikł na rzecz czerwonego. To drobinki wyrzucanej z otworów w ziemi roztopionej siarki mieszały się z dymem. W zależności od kierunku wiatru, opary gazowe to wypełniały całą kalderę, to wydostawały się wartkim strumieniem 100-200 metrów nad jej najwyższe fragmenty. Jedni górnicy kończyli pracę, inni zaczynali. Faith wszystkich znał, witał się z nimi.

Zeszliśmy nad termalne jezioro kraterowe poniżej kopalni, po drodze mijając niewielkie gorące źródła. Jego turkusowe wody wydają się przyjazne – nic bardziej mylnego, to tak naprawdę rozcieńczony kwas siarkowy. Pod wodą znajduje się komin wulkaniczny, który uaktywnia się co jakiś czas. Jezioro w wulkanie Ijen ma kilometr średnicy i uważane jest za największe kwaśne jezioro świata. Ph wody wynosi zaledwie około 0,5, czyli tyle ile kwas w akumulatorach.

Po powrocie do kopalni zwróciłem uwagę na mocno żółte skały. Byłem przekonany, że to siarka, ale mój przewodnik wyprowadził mnie z błędu: „to tylko wiatr osadził na nich jej drobinki.” Przetarłem ręką i rzeczywiście, pod niewielką ilością żółtego pyłu wyłoniła się szara skała. W międzyczasie dołączył do nas Durahman, zaintrygowany moją wścibskością. Jedyny biały człowiek w kopalni, który wszędzie zagląda, wszystkiego dotyka. Dlaczego? Durahman w kopalni przepracował dotąd ponad 10 lat. Mając niecałe trzydzieści lat wyglądał starzej. Posługiwał się pojedynczymi angielskimi wyrazami. Zanim do nas podszedł, dusił się w kłębach gazu. Tylko nieliczni górnicy posiadają maski przeciwgazowe, częściej chusty. „Ale w nich się źle pracuje” – krótko skwitował Durahman.

„Nie boicie się o zdrowie, przecież te gazy są szkodliwe?” – to było bardziej stwierdzenie z mojej strony, aniżeli pytanie. – „To nieprawda, wszystko jest okay” – padła stanowcza odpowiedź, po czym Durahman wrócił do pracy. Chwilę później mój przewodnik wyjaśniał: „dyrektor kopalni sprowadził tutaj lekarzy, robili badania i powiedzieli, że gaz nie jest szkodliwy dla ludzi.” „Siarkowodór jest szkodliwy” – przerwałem. – „Lekarze powiedzieli, że nie ma zagrożenia” – Faith nie zostawił miejsca na polemikę.

 „Ilu lat dożywają górnicy?” – nie dałem za wygraną. – „Różnie, 40, 50, 60 lat. Ale to nie przez kopalnię. W Indonezji życie jest trudne, tutaj mało kto dożywa późnej starości. Siarkowodór naprawdę nie jest szkodliwy, uwierz mi.” Jakoś nie mogłem. Z fumarol wydobywa się związek pary wodnej i gazów, siarkowodór jest jednym z dominujących. I jak dobrze pamiętam ze szkolnych lekcji chemii, to gaz trujący, w większych stężeniach śmiertelny. Nie przekonałbym jednak tutaj nikogo, chociaż co chwilę widziałem jak kaszlący górnicy uciekali z gęstego dymu, który nagle zmienił kierunek i dotarł do ich miejsc pracy.

Ubrudzeni i przesiąknięci siarką po kilku godzinach ruszyliśmy w drogę powrotną, zostawiając górników miarowo uderzających metalowymi prętami w zastygłą siarkę. Minęliśmy po drodze kolejnych z wypchanymi koszami oraz tych z pustymi schodzących na dół. To była niezwykła wizyta w niezwykłym miejscu. Ile jest czynnych wulkanów, gdzie z dna krateru wydobywa się siarkę w oparach gazów? Poza Ijen, nie słyszałem o żadnym. Ekscytujące widoki zakłócała myśl o ludziach tu pracujących. Jakkolwiek na zarobki nie narzekają i chcą wierzyć, że pracują w zdrowych warunkach, to na pierwszy rzut oka widać, że tak nie jest. Nędzne pieniądze, za jedną z najcięższych prac jakie można sobie w ogóle wyobrazić. Gdyby wymiar sprawiedliwości któregokolwiek z państw karał taką pracą największych przestępców, w Europie uznalibyśmy to za okrucieństwo. Ale górnicy z Ijen pracują dobrowolnie. Paradoksalnie, należą do lokalnej elity. O lepiej płatną pracę w Indonezji nie jest łatwo bez wykształcenia i gdy poza siłą fizyczną, nie ma się wiele do zaoferowania. Kopalnia jest bardzo prymitywna, a zasady bezpieczeństwa to fikcja. Górnicy sami muszą zadbać o siebie. Trujące gazy uszkadzają drogi oddechowe, po latach pracy zabijają. Ciężary niszczą kręgosłup i nogi. Do tego palące słońce i ryzyko erupcji wulkanu.

Faith odpalił swój niewielki motor i ruszyliśmy w dół. Z surowych wulkanicznych krajobrazów, przenieśliśmy się w krainę bogatych w faunę i florę lasów tropikalnych oraz licznych pól uprawnych – kawy, bananów i ryżu. Wulkaniczna gleba jest żyzna. Ludzie mieszkają i uprawiają swoje pola nawet w strefach zagrożenia erupcją. I nie chcą słyszeć, że przez toksyczność wulkanu Ijen, miejscowe ziemie i wody zawierają połowę tablicy Mendelejewa.

Dojechaliśmy do miasta Banyuwangi, gdzie nastał czas pożegnania. Faith świetnie się spisał. Dzień później miał wrócić do kopalni już jako górnik. Gdy zauważył, że ciągle rozmyślam nad tym co widziałem i nie potrafię zrozumieć jak można być zadowolonym z takiej pracy, postanowił mnie pocieszyć. „Nie przejmuj się. W Indonezji człowiek jest tani. Taniej kupić człowieka niż nowy samochód.”

Reportaż opisuje wycinek mojej 110-dniowej wyprawy do Azji Południowo-Wschodniej i Australii 2013, z której blog znajduje się na niniejszej stronie internetowej - TUTAJa fragment o wulkanie Ijen ze zdjęciami - TUTAJ

Na zdjęciach: wulkan-kopalnia siarki Ijen – górnicy i ich praca, ten uśmiechnięty to mój przewodnik Faith, „kwitek” z ważenia siarki”, blue fire, widok na kalderę wulkanu, siarka i rzeźby z siarki.

Strona 1 z 39

box na sierpien

BOX1

stopka plecak

LogoStopka

stopka plecak

Strona używa informacji zapisanych za pomocą… plików cookies w celu dostosowania do indywidualnych potrzeb użytkowników. Jeżeli tego nie akceptujesz zmień ustawienia przeglądarki dotyczą…ce cookies. Więcej informacji można znaleźć‡ w naszej Polityce prywatności.