Blog

Blog

ETNA zimą i jak przetrwać kolejny huragan

Chciałem przejść na stronę północną Etny i znaleźć jakieś miejsce osłonięte od wiatru. Moje tradycyjne miejsce biwakowe było zbyt odsłonięte. Lecz gdy zobaczyłem ile śniegu jest na północy musiałem zawrócić. Rozbijać się na metrowej czy półtorametrowej warstwie śniegu nie chciałem. Nie widziałem żadnego miejsca, gdzie wiatr by nie przeszkadzał. I jak mam zejść na północ? Przy tej ilości śniegu i bez rakiet śnieżnych, minimum 2-3 dni do najbliższego miasteczka. Przejście stu metrów po północnej stronie trwało wieki i wysiłek brnięcia po pas w śniegu był karkołomny. Postanowiłem znaleźć miejsce na nocleg od strony zbliżonej do południowej i następnego zejść do Torre del Filosofo.

Czyli rozbijam namiot na lawie a nie na śniegu blisko pierścienia krateru, ale by jakiś tam poziom bezpieczeństwa był w razie erupcji. Po zmroku robię sobie krótką wycieczkę na jego skraj. Wracam na nocleg. Rano robię dłuższy spacer i szybko się zwijam zanim załamie się pogoda. Przy takich warunkach śnieżnych jakie panowały (słońce stopiło dużo śniegu, a wiatr poupychał w zagłębieniach), zejście do Torre del Filosofo nie powinno trwać dłużej niż 2 godziny, a stamtąd już łatwo dostać się do Rifugio Sapienzy. Skąd zjadę autobusem do Katanii jeśli dotrę później, gdy wcześniej, autostopem.

Pode mną, na wysokości około 2000-2200 metrów, zebrała się gęsta kołderka chmur. Nade mną bezchmurnie. Wiatr poniżej krateru znośny. Zapowiadała się fajna noc. Na 3140m znalazłem płaskie miejsce. Były lepsze, ale bardziej niebezpieczne gdyby doszło do erupcji. W wybranym, miałem szansę przeżyć niewielką erupcję, a kawałki lawy powinny się toczyć na lewo i prawo od namiotu.

Ze względu na wiatr, który mógł być mocniejszy, postanowiłem wejście namiotu skierować od strony skąd wiał. Dzięki temu przez brak możliwości pełnego zapięcia tropiku i siateczkowe okno na dachu, stawiał mniejszy opór. Był przeciąg. U wejścia postawiłem plecak, a posłanie przygotowałem za nim. Przez co wiatr mi nie przeszkadzał. Postawienie konstrukcji nie było łatwe przy silnym wietrze, ale się udało. Naprawa pałąków okazała się skuteczna. Skoro w nocy miało nie padać, zachowałem się logicznie. Odwrotnie stawiając namiot, jego opór byłby tak duży, że wiatr mógł połamać znowu pałąki, mogło dojść do rozdarcia materiału i zniszczenia całej konstrukcji. Młoda lawa jest ostra i zawiera sporo pęcherzyków powietrza, a zatem jest lekka. Nieźle się naszukałem i namęczyłem by znaleźć odpowiednie kawałki, które umieściłem w rogach od wewnątrz i na ścianie od zewnątrz, od nawietrznej. Skoro planowałem wyjścia nie mogłem dopuścić do porwania namiotu. Cieszyłem się z pobytu nad Kraterem Centralnym, nie zauważyłem żadnych większych zmian w tej części szczytowej Etny od ostatniego mojego pobytu.

Nie rozpakowywałem się na wypadek problemów z namiotem i koniecznej ewakuacji. Gdy tylko rozstawiłem namiot, położyłem się w nim, zapadł zmrok. I stało się coś bardziej niż zaskakującego. W namiot uderzyła burza śnieżna. Huraganowy wiatr rozpoczął walkę o jego zniszczenie, widoczność spadła do zera, znów śnieżyca i białe złowrogie błyski. Skąd? Jakim cudem? Znowu burza chowała się za Północno-Wschodnim Kraterem? Jakiś spisek Etny przeciwko mnie, czy co? Ale to ważny wulkan w Projekcie 100 Wulkanów, więc i tak tu będę przyjeżdżał. O ile przeżyję tą noc.

Tylko nagle okazało się, że to co było logiczne, okazało się błędem wobec kolejnego śnieżnego armagedonu. Już nic nie mogłem zmienić. Wiatr wiejący sto na godzinę sam otwierał zamki tropiku i moskitiery. To groziło szybkim rozwaleniem namiotu i w kilka minut w środku robiły się śnieżne zaspy. Materiał nad świetlikiem wiatr wyrwał. Na szczęście konstrukcja się trzymała, lecz miałem obawy, że do rana nie dotrwa. Dużo wyższej klasy namioty w takich warunkach rozlatywały się dosyć szybko. Buty w śpiworze, plecaki obok mnie, czołówka na głowie, jak rozwali namiot spróbuję się jakoś nawet nocą ewakuować. A na razie dłońmi, łokciami, głową, trzymałem materiał namiotu od strony wejścia, by śnieg w mniejszych ilościach dostawał się do środka.

Choć wierzyłem, że nie będzie powtórki z przed trzydziestu paru godzin, nastawiłem się na całonocną walkę. Miernik laserowy, którym miałem badać gorące wyziewy wulkaniczne, na ścianie namiotu pokazał minus 20,2 stopnie Celsjusza. Nie uwzględniał huraganowego wiatru, a na zewnątrz pewnie było ciut chłodniej. To co ledwo wysuszyłem znowu zamieniało się w lód albo wilgotniało przy ciele. Woda w butelce zamarzła, a mój organizm znowu włączył tryb ratunkowy – czyli nieustające dreszcze. Zacząłem poważniej się martwić o palce stóp i dłoni. Noc w schronie tylko zatrzymała odmrażanie i rozpoczęła proces leczenia, który nawet przy niewielkich tego typu urazach trochę musi potrwać. Gdyby burza śnieżna miała trwać całą noc, stan palców z pewnością by się pogorszył, być może znacznie. Ale i tak podstawową kwestią było przeżyć ten huragan.

Kolejna dramatyczna noc. Czas jakby zwolnił, śnieżyca nie. Zasypany śniegiem. Trzymając wejście do namiotu. Huk łopoczącego materiału i wiatru odznaczał się bolesnym poziomem głośności. Nie usłyszałbym erupcji. Robiły się niewielkie rozdarcia. Widząc co się dzieje nie wierzyłem, że zaraz nie rozwali namiotu. Deja vu z przed dwóch nocy. Trudno wytłumaczalna historia. Piękna pogoda, potem ponad doba huraganowej śnieżycy, potem znowu piękna pogoda i znowu huragan. Jak to możliwe? Coraz częściej wpadam w dramatyczne anomalie pogodowe, ale ta była jedną z dziwniejszych. I te ciągłe oślepiające białe bezszelestne błyski. Co chwilę zmieniałem rękę, głowę, łokieć, przy trzymaniu namiotu. Próbowałem ogrzewać stopy. Przeżyć, nie zamarznąć. I zrozumieć skąd taki zimowy huragan się tutaj pojawił?

3 styczeń 2019. Tylko ja i Etna podczas ekstremalnie złej pogody. Może to i romantyczne. Ale dramatyzm tamtych godzin ciągnących się w nieskończoność był znaczny. Tak samo jak chęć walki. Przetrwać noc i zminimalizować starty zdrowotne, bym był w stanie zejść. W głowie plan B jeśli rozwali namiot, albo wejście do krateru i przycupnięcie przy jakimś ciepłym wyziewie wulkanicznym w masce przeciwgazowej. Albo próba zejścia. Od dziesięciu godzin chciało mi się sikać, już nie mogłem dłużej trzymać, a butelki pod ręką brak. Wykorzystałem zaspę śniegu, która utworzyła się w środku. Cały czas trzymając namiot. Nastał dzień, ale śnieżyca nie ustawała, nadal były widoczne białe błyski. Jak dwie noce wcześniej postanowiłem poczekać do 9:00 i jeśli nie będzie poprawy i tak wyruszyć w dół. Odmrożenia palców zwiększyły się, ale ich rozmiar nadal nie był duży. Bardziej koncentrowałem się na ochronie palców u rąk, bo jednak w codziennym życiu są przydatniejsze.

Nie zmrużyłem oka, lecz zmęczenia nie czułem. Całe życie ekstremalnych przygód i takich też warunków pogodowych wyrobił we mnie pewne nawyki, mechanizmy radzenia sobie. Ale na Etnie takiego ekstremum pogodowego się nie spodziewałem.

O dziewiątej minęło 15 godzin huraganu. Pozostało przypiąć mniejszy plecak z aparatami fotograficznymi do dużego. Byleby dało się iść. Zwinąć śpiwór i namiot, jakkolwiek, byleby gdzieś upchać. Namiot i tak był do wyrzucenia. Każda czynność była koszmarnie trudna, zimno niesamowite. Wszystko zamarznięte.

W nocy ratowałem się workami foliowymi, w nie stopy i dopiero do śpiwora. Także workami wkładanymi do mokrych butów, gdy maszerowałem. Każdy taki drobiazg zawsze ma jakieś znaczenie.

Tylko stanąłem na wietrze, zaraz leżałem twarzą w śniegu. Huragan – to w pełni adekwatne słowo. Śnieg znów próbował wybić mi oczy. W tych warunkach nie dało się iść. Nie miałem jednak wyjścia. Kierowałem się na ślepo w kierunku Torre del Filosofo, schodząc powoli w dół. Na kolanach często. Wiatr mnie przewracał, ale przynajmniej wiał w plecy. Niewiele widziałem. Na wyniosłościach śniegu niewiele, w zagłębieniach morze. Jakbym pływał. Zapadałem się po pas, ale nie czułem podłoża. Znowu śnieg wpadał do butów, za kołnierz, do rękawiczek. One jak i buty były twarde jak skała. Cholewki ponownie zaczęły ranić mi nogi. Na brwiach i powiekach tworzył się lód.

Krok za krokiem. Byleby we właściwą stronę. Żyłem – to i tak dużo. Teraz musiałem tą moją walkę ukoronować przeżyciem. Bolesnych upadków nie zamienić w kontuzję. Bo gdybym nie mógł iść. Zostałbym tutaj na zawsze. Niektóre części ciała były bardzo potłuczone, ale przy tym mrozie bólu nie czułem.

Ale w końcu coś się działo. To tkwienie w namiocie i czekanie aż go wiatr rozwali frustrowało. Nie wiedziałem gdzie zejdę. Gdybym szedł w miarę poziomo musiałbym, stanąć nad urwiskiem Valle del Bove. Idąc pod skosem w dół wydawało mi się, że wyjdę na szutrową drogę pomiędzy schronem Galvarina a Sapienzą. Tylko na wysokości, gdzie dwie doby wcześniej się przejaśniało, teraz burza śnieżna miała się w najlepsze. Gdy teren stał się bardziej płaski, na zmianę leżałem zakopany w śniegu i chodziłem po ruchomej lawie. Co chwilę upadki. Przybywały siniaki. Przybywały dziury w spodniach i kurtce. Ale znowu sobie nic nie skręciłem ani nie złamałem. Tyle tysięcy kilometrów po lawie zaprogramowały moje nogi do chodzenia po takim terenie.

Wyszedłem na szutrówkę w okolicy, w której się spodziewałem. Trasa, którą zwykle pokonywałem nawet z dużym plecakiem w godzinę, zajęła mi pięć. Na wysokości 1800m nadal sypał śnieg, nadal wiało, ale o połowę słabiej niż w partiach szczytowych. Ledwo w ogóle zauważyłem, że stoję na drodze, bo zasypana śniegiem. Ale wiatr większość zwiewał na boki, więc szedłem tylko po kolana w śniegu. Minęło 20 godzin śnieżycy. Nie wiedziałem jak daleko jest stąd do Sapienzy, a czasu do odjazdu jedynego autobusu wiele nie miałem. I miałem nadzieję, że ta ścieżka właśnie tam mnie doprowadzi. Wykrzesałem z siebie siły i maszerowałem jak najszybciej. Przemarznięty, potłuczony, z dziurą w ręce, z dziurą w nodze, odmrożony. Zaczęło boleć. Po prawie półtorej godzinie dotarłem do drogi asfaltowej która biegnie z Nicolosi do Sapienzy. Blisko tego ostatniego miejsca. Wydawało mi się, że autobus odjedzie o 16:00, więc miałem szansę zdążyć. Mimo to próbowałem załapać autostop, w którąkolwiek ze stron. Po ośnieżonej drodze jechał co jakiś czas samochód, zazwyczaj na łańcuchach, taka zima. Nie zatrzymał się żaden. Bo chyba wyglądałem trochę jak Yeti. Na pocieszenie, próbowało się przebić słońce, padało coraz słabiej.

O 15:20 zauważyłem, że z Sapienzy zjeżdża jakiś autobus, postanowiłem go zatrzymać. To był właśnie mój autobus. Zatrzymał się. Nie pierwszy raz go tak łapałem. Ufff. Udało się. Mogłem się skupić na ratowaniu palców. Na odladzaniu siebie. Resztki śniegu były nawet w Nicolosi na wysokości 700m, gdzie rosną sobie palmy. To świadczyło o poważnym ataku zimy. Ostatniej doby spadło kolejne ponad pół metra. Od mojego startu w masyw Enty blisko dwa metry śniegu. Coś niewyobrażalnego. A wiatr spowodował, że były miejsca prawie bezśnieżne i miejsca, gdzie było kilka metrów śniegu.

Wymiar kary jaki mnie spotkał okazał się minimalny. Śmiało mogłem zginąć, a skończyło się tylko na niewielkich odmrożeniach, na potłuczeniach, zdartej skórze, rozwalonej ręce i nodze.

Do Katanii dojechałem gdy kończył się dzień. W drodze do hostelu, którego nie miałem zarezerwowanego, odwiedziłem supermarket, bo nie planowałem już wychodzić na miasto. Łóżko się dla mnie znalazło. Pod łóżkiem schowałem wszystkie zalodzone rzeczy. W butelce woda całkowicie zamarznięta. Zdziwiłem się kolejnego dnia rano, gdy w śpiworze znalazłem jeszcze resztki lodu. Powinien całkowicie stopnieć.

Przez ostatnie trzy noce spałem 5 godzin, a we wcześniejsze niewiele więcej, dlatego planowałem wcześnie położyć się spać. Nie pachniałem najlepiej – do tego wilgoć i woń ogniska z pobytu w refugio. Poszedłem pod prysznic. Czas było sprawdzić swój stan zdrowia.

Odmroziłem 18 palców, w tym osiem u rąk. Piętnaście to stopień pierwszy. Dwa to stopień drugi, a jeden palec na granicy drugiego i trzeciego stopnia. Czyli jak na dramatyczne dwie noce na Etnie, całkiem nieźle. Z wyleczeniem wszystkich powinienem sobie poradzić. U palców u rąk tylko jeden to dwójka, reszta w dużo lepszym stanie. Pisząc te słowa tydzień po tamtych wydarzeniach, żaden z odmrożonych palców nie doszedł do siebie. Ale proces leczenia trwa. Jak zwykle jest bolesny. Naczynia krwionośne próbują wrócić do swoich funkcji. Pieczenie, przeszywający ból, w ogóle szerokie spektrum różnych bólów. Tak silnych, że niektóre noce są nieprzespane. Nie pierwszy nie ostatni raz. To musi potrwać. W użyciu jak zwykle mam miednicę z coraz cieplejszą wodą, wazelinę, środki odkażające (np. peroxygel, octenisept) ibuprofen, solcoseryl - żel na rany sączące się, krem - na rany suche, krem argosulfan. Odkażam rany, zmieniam opatrunki, dbam by kontuzjowanym miejscom było ciepło, a w butach nie za ciasno. I czekam – czas to ważne lekarstwo. Ponadto prawą dłoń mam tak potłuczoną, że jest bezużyteczna – ale nic połamane nie jest. Lecz jeśli kilka dni temu nie mogłem nacisnąć włącznika światła w pokoju, to obecnie już mogę.

Ciężko się goi ręka, z której zdarłem sobie płat skóry upadając na ostrą lawę. Jeszcze gorzej lewa noga z tyłu powyżej kostki, gdzie zalodzona, twarda jak skała cholewka, zrobiła mi dziurę. W miejscu, które pracuje przy każdym ruchu nogi. Ledwo przez to chodzę, praktycznie nie mogę nacisnąć sprzęgła w samochodzie. Ból potworny, ale zaciskam zęby i robię swoje. W końcu rana się zasklepi.

Poszedłem do lekarza? A po co? Po tylu latach górskich tułaczek i tylu różnych kontuzjach oraz ranach potrafię się sam sobą zaopiekować. Nie chodzi się do lekarza z takimi pierdołami. Zresztą znaleźć lekarza, który ma pojęcie o leczeniu odmrożeń jest niezwykle trudno. Dopiero od niedawna w Polsce próbuje się stworzyć jednolite wytyczne odnośnie leczenia odmrożeń, przy poważnych zamiast ucinać palce, stosować najnowsze leki, bardzo skuteczne. Ale ciągle tylko w niektórych szpitalach. Lekarze podstawowej opieki i z mniejszych szpitali zwykle mają szczątkową wiedzę w przedmiocie skutecznego leczenia odmrożeń.

Najpoważniejsze odmrożenia miałem podczas wyprawy z przed kilku lat do Ameryki Południowej. Wtedy tygodniami przebywałem na najwyższych szczytach kontynentu. Na początku odmroziłem sobie poważnie palce u stóp, bo było dwa razy zimniej niż na Etnie. Nie przerwałem wyprawy. Jeszcze trzy miesiące realizowałem plan. Drugi raz odmroziłem stopy. Uszkodzone tkanki plus wspinaczka mocno je uszkodziły. Przestraszyłem się. Na wyprawie do lekarza nie poszedłem, bo nie miałem czasu. Po powrocie też, bo wiedziałem że nie znam lekarza, który zna się na leczeniu odmrożeń. A po poradę typu najlepiej amputować ochoty iść nie miałem. Wielu moich kolegów takie bowiem „porady lecznicze” otrzymało. Sam opracowałem metodę wyleczenia się. Rok trwało zanim zagoiła się ostatnia rana. To był rok pieczołowitego dbania o palce. Blisko dwa kolejne lata zanim zakończył się proces leczenia. Efekt był bardzo dobry. Nie wierzyłem, że palce wrócą do takiej formy. W tym czasie jeździłem regularnie w góry wysokie, tylko place były pod specjalną opieką. Wiem też z doświadczenia, że nasz organizm sam w wielu przypadkach wie jak się wyleczyć, trzeba mu tylko na to pozwolić, ewentualnie wspomóc. Nie żałuję decyzji o kontynuowaniu wyprawy, bo sukcesy były spektakularne. A poniesiony koszt finansowy bardzo duży, nie chciałem tego zmarnować.

Choroba, przeziębienie po takiej przygodzie? Absolutnie. Nie przeziębiam się, nie choruję, poza rzadkim przypadkiem, gdy zarażę się od kogoś. Ale zwykle to nic wielkiego. Zahartowany jestem. Ponadto zawsze kluczem do wszystkiego jest głowa. Jak powiem sobie, że nie będę chory – to nie będę. Jak powiem – przeżyję ten huragan, to przeżyję. Co nie zmienia faktu, że czasami wkurza mnie mój wieczny optymizm, przekonanie że się uda, nic złego nie stanie. Jakbym był nieśmiertelny. A jestem zwykłym człowiekiem, który tylko kilkadziesiąt razy uciekł przed śmiercią.

Mimo ekstremów, które spotkały mnie na Etnie, nie był to bezwartościowy wyjazd dla PROJEKTU 100 WULKANÓW. Mogłem dokładnie przyjrzeć się jęzorowi lawy z przed kilku dni, która płynęła Valle del Bove. Zobaczyć skąd, zlokalizować otwory. Zauważyć, że Krater Centralny, Północno-Wschodni i Południowo-Wschodni nie uległy większym zmianom od mojego ostatniego pobytu. Za to erupcja i nowy otwór erupcyjny uszkodziły pierścień Nowego Krateru Południowo-Wschodniego od strony Valle del Bove. Przy okazji mogłem podziwiać kolejną erupcję gazową, czasami z domieszką popiołów wulkanicznych. Dotarłem do kolejnych kraterów, na których mnie jeszcze nie było, a są ich tu setki. Poczyniłem przydatne obserwacje w ramach mojego badania Etny, tuż po jej krótkiej erupcji. Odwiedziłem miejsca wkrótce po trzęsieniu ziemi (o czym w następnym artykule). Zarówno erupcja Etny jak i potężny wstrząs sejsmiczny związane były z ruchami tektonicznymi w rejonie Sycylii.

Etna jak zwykle uszczupliła mój sprzęt. Straciłem porządny aparat fotograficzny, połamałem kijki, porozwalałem goretexowe spodnie i kurtkę, buty górskie też uległy uszkodzeniu, tak samo jak kurtka puchowa, botki puchowe i śpiwór. Zniszczyłem dwie pary rękawiczek. Namiot poszedł do śmieci. Jeden z plecaków trochę ucierpiał. Kask porwał wiatr. I o czymś pewnie zapomniałem. Choć na Etnę wziąłem sprzęt na dużo trudniejsze warunki pogodowe niż miały być, niespodziewane załamanie pogodowe zmuszało do wniosku, że był jednak trochę za słaby. Ale wystarczający by przeżyć. Gdyby można było przewidzieć to co się wydarzy, wziąłbym sprzęt na ekstremalne warunki, mimo tego że wyraźnie cięższy. Lecz miało być całkiem ciepło, miło i przyjemnie.

O ile do Etny jako do wulkanu zawsze miałem szacunek, to po tym wyjeździe nabrałem go też jak do góry. Etna potrafi być ekstremalna i niebezpieczna. Fascynują mnie też dwie twarze Etny. Choć podczas mojego pobytu prezentowała twarz totalnej zimy, to normalnie obraz jest taki, że na południu potrafi być prawie bez śniegu, a na północy mogą leżeć i dwa metry i być świetne warunki narciarskie. Nie ma wielu masywów na świecie o tak skrajnie różnych dwóch twarzach.

Do końca nie potrafiłem zrozumieć tej anomalii pogodowej, która zdarzyła się na Etnie. Wszystkie prognozy się pomyliły. Ledwo przeżyłem 50 godzin burz śnieżnych, potężny jak na Etnę mróz. Gdy wróciłem do kraju, okazało się że Etna nie była jedynym takim miejscem w Europie w tym czasie. Padały różne imiona huraganów, niżów, burz śnieżnych, które nawiedziły Europę. Południowa Grecja była odcięta od świata, mróz, śnieg na terenach gdzie zwykle nie pada i rosną palmy. W Alpach totalna zima, lawiny. Pozamykane drogi, linie kolejowe, szkoły, lotniska, miejscowości odcięte od świata. Choćby w Niemczech, Austrii i w Szwajcarii. W polskich górach też spadło niezwykle dużo śniegu, niektóre schroniska stały się niedostępne lub je zamknięto. W Katanii, gdy zrobiło się zero stopi Celsjusza i padał śnieg z deszczem nastało spore poruszenie. Bo przecież niedawno było prawie jak w lecie. Anomalie pogodowe, związane ze zmianami klimatycznymi są coraz częstsze, coraz bardziej niespodziewane i niebezpieczne.

Zawsze mnie fascynuje, że jednego wieczoru możesz walczyć o życie, a dzień później jesz bezpiecznie kolację w cywilizowanych warunkach. Albo walczysz o życie, a 10 kilometrów niżej mógłbyś spać w hotelu.

NA ZDJĘCIACH: pogoda chwilę przed zachodem słońca i atakiem śnieżnego huraganu. Widać miejsce, gdzie rozbiłem namiot i dymiący Krater Centralny. Dalej atak zimy i zima w namiocie. Także gdy nastał dzień. Potem dolne partie Etny i zabytkowa oraz świąteczna Katania - w dzień i w nocy (Piazza Duomo ze słoniem, Katedra św. Agaty, Palazzo dei Chierici, Plac Uniwersytecki z budynkami teatru i uniwersytetu, Via Etnea (ulica handlowa), zamek Ursino z drzewem mandarynkowym, Stare Miasto, targowisko. Także lokalne przysmaki, w tym lody kawowe w kultowej lokalnej kawiarni Savia (od 1897r.) ).


Znajdź mnie

Reklama

Wydarzenia

nationalgeographic-box.jpg
redbull-225x150.jpg
tokfm-box.jpg
tvn24bis-225x150.jpg

Reklama

Image
Klauzula informacyjna RODO © 2019 Grzegorz Gawlik. All Rights Reserved.Projekt NRG Studio
stopka_plecak.png

Search