Blog

Blog

KILIMANDŻARO – krater wulkanu Kibo i zejście do Mweka Gate – część 3/3

Północny lodowiec jest dosyć daleko od Uhuru Peak, więc nasza wędrówka po partiach szczytowych Kibo była dość długa. Zwłaszcza że wybrałem bardziej wymagającą drogę powrotną do Stella Point. Bo tak lubię. Skrajem krateru Reusch (ash cone, część wulkanu Kibo) od strony Kenii. Najwyższy jego punkt – 5853m – jest od strony Uhuru, ale z drugiej strony wysokości są niewiele mniejsze. Od tamtej strony krater ma trzy pierścienie i za ostatnim jest niewielki i dosyć płytki krater. Od strony którą szliśmy są dwa pierścienie i między nimi duża powierzchnia dosyć płaskiego terenu. Skraj krateru jest dosyć pofalowany, a wędrówka na wysokościach przekraczających 5800m to znaczny wysiłek przy minimalnej aklimatyzacji. Przechodziliśmy blisko rozczłonkowanego na kilka części Wschodniego Lodowca (Eastern Icefield), na którym byłem w przeszłości.

Wulkan Kibo masywu Kilimandżaro w zależności od ośrodka naukowego traktowany jest jako wygasły albo uśpiony. Na wewnętrznych zboczach występuje siarka, są niewielkie otwory, z których wydobywają się gazy. Idąc do Lodowca Północnego kilkukrotnie mocno zapachniało siarkowodorem. Solfatary, które tam występują czasami emitują sporo gazów, ale tym razem było bardzo spokojnie. Szczątkowe oznaki aktywności.

Poza nami nikogo nie było w odwiedzonych miejscach i to standard. Tam gdzie byliśmy pojawia się ktoś raz na wiele lat, zwykle naukowcy. Dzięki temu mam unikalne materiały, wiedzę, a cała nasza czwórka unikalne zdjęcia.

Trochę ryzykowałem tą długą wycieczką, bo niewiele ponad miesiąc wcześniej dramatyczne huraganowe wydarzenia na sycylijskiej Etnie, spowodowały u mnie odmrożenia. One nie były do końca zaleczone. Jedna z dziur, którą miałem w newralgicznym miejscu z tyłu nogi, powyżej kostki, po tamtych wydarzeniach, również. Ale dałem radę, nie pogorszyłem stanu zdrowia.

Około 12:30 dotarliśmy do Stella Point, czyli późno, ale trzeba było skorzystać z tej fantastycznej pogody. Zwykle dużo wcześniej partie szczytowe potrafią zaatakować chmury. Tym razem były one na zewnątrz kaldery, dzięki temu w środku było ciepło, prawie bezwietrznie i wspaniałe widoki. Świeży śnieg intensywnie topniał. Niektórzy dopiero rozpoczynali zejście z Uhuru. O 13:00 wystartowaliśmy w dół. Szybkim tempem do Barafu Camp można zejść w 2 godziny (większość osób potrzebuje 3-5). Schodzi się konkretnie w dół, 1200 metrów z groszami deniwelacji.

Niżej już rządziły chmury. W Barafu 4670m tanzańscy przewodnicy śmiali się, że ich wykończyłem i już ze mną nie pójdą na lodowiec. Zawsze to samo. Kuba i Kasia już dawno odpoczywali w namiotach, Michał też zszedł trochę wcześniej. Wszyscy cali, zdrowi, szczęśliwi, trochę zmęczeni.

Tym razem martwiła mnie jednak pewna kwestia. Nie lubię okularów przeciwsłonecznych ani lodowcowych, ale w taki dzień jak ten nosiłbym je, ponieważ ostre słońce plus śnieg groziły ślepotą śnieżną. Jednak zapomniałem zabrać na wyjazd okularów. Nie pierwszy raz i zwykle mimo takich warunków pogodowych nic mi nie było. Ale tym razem czułem, że oczy dostały w kość i za kilka godzin będzie źle.

Miałem prawo być zmęczony, ale nie byłem i nie zamierzałem odpoczywać. Tylko spakowałem plecak i byłem gotowy do drogi. Od początku ustaliłem, że śpimy w Millenium Camp na 3800m, gdzie rozpoczyna się strefa zieleni, na początek krzaki. Z Barafu 2-3 godziny marszu. Po posiłku wystartowaliśmy w dół. Powoli pogarszał się mój wzrok. Miałem rację, ślepota śnieżna mnie dopadła. Ostatkiem względnego widzenia zarejestrowałem grupę w Millenium, ale dwie godziny później już prawie nic nie widziałem. Do tego ten okropny ból. Po otwarciu nieprzerwanie łzawiących oczu, po dwóch sekundach musiałem z bólu zamknąć. Po kolejnych dwóch sekundach z bólu, otworzyć. I tak nieskończoną ilość razy. Rozróżniałem praktycznie tylko że jest jasno, ktoś świeci latarkę i że jest ciemno.

Przygotowałem się na to, pakując plecak w Barafu. W Millenium nie rozbierałem się, wyjąłem tylko śpiwór i nic więcej. Zrezygnowałem z kolacji i z picia, by nie musieć iść do toalety, bo nie byłbym w stanie. Kroplami do oczu, które mieli inni, i okładami z czarnej herbaty próbowałem uśmierzyć ból. Najsilniejsze tabletki przeciwbólowe nic nie pomagały. Noc była bardzo ciężka, ale bardziej bałem się dnia – jak zejdę na 1650m do Mweka Gate? Najgorsze jest 36 godzin od momentu, gdy przestaje się widzieć. I tylko czas jest w stanie pomóc, trzeba to przetrwać. Potem kolejne 24-36h pozwalają wrócić oczom do sprawności. Jeśli nawet nie całkowitej, to na tyle dobrej, by normalnie funkcjonować. Oprócz tego że się nie widzi, okropny, bardzo silny i specyficzny ból daje w kość, ale trzeba to przetrwać.

Nastał szósty dzień, ostatni akcji górskiej na Kilimandżaro. Jako lider grupy, do tego ślepy, musiałem być twardy. Wzrok przez noc się nie poprawił, ale też nie pogorszył. Przez ułamek sekundy po lekkim otwarciu oczu, coś widziałem. Mocniej otworzyć nie mogłem. Byłem w stanie rozróżnić jasne, ciemne fragmenty, ludzi. Bałem się że nie będę w stanie zejść samodzielnie. Ale nie było tak źle. Uciążliwy, silny ból jakoś przezwyciężałem.

Spakowałem się po omacku, zjadłem odrobinę śniadania. Później śpiewy pożegnalne i start w dół. Poprzedniego dnia okazało się, że także członkowie naszej tanzańskiej ekipy doznali ślepoty śnieżnej, jeden choroby wysokogórskiej i musiał zejść wcześniej. I to nawet osoby, które nie były na szczycie, tylko w Barafu. Słońce tym razem było groźniejsze niż zwykle.

Skoncentrowałem wszystkie siły by samodzielnie zejść. Także wszystkie zmysły. I jakoś mi szło. Zaliczyłem kilka poważnych upadków i wpadnięć na krzaki lub drzewa, wpadłem ze dwa razy na tragarzy. Na 3000m minęliśmy Mweka Camp i dalej w dół. Wyglądałem z tymi oczami jak zombie, ludzie pytali przestraszonym głosem - co mi się stało. Po zejściu do Mweka Gate, załadowaliśmy się do auta i z postojem na lunch wróciliśmy do Arushy. Cały dzień był ciężki dla mnie, kolega uczestnik Kuba poratował mnie okularami przeciwsłonecznymi. Robiłem swoje. Następnego dnia czekał nas wyjazd do parku Tarangire na safari i tego dnia było już lepiej, ale nadal widziałem słabo. Dopiero dzień później w Ngorongoro było już jako tako. Tak się załatwiłem, jak zwykle z własnej głupoty. Najważniejsze że mimo to udało mi się normalnie funkcjonować. Teraz przez pewien czas będę pamiętał o okularach przeciwsłonecznych, aż do następnego razu, gdy znów zapomnę.

Na zdjęciach: W pierwszej części krater wulkanu Kibo w masywie Kilimandżaro - Reusch Krater (ash cone), widać siarkę i rejon solfatar oraz pierścienie krateru. Także Lodowiec Wschodni (Eastern Icefield) i skalną ścianę na skraju kaldery, na której szczycie znajduje się wierzchołek Uhuru Peak 5895m. W tym fragment tej ściany, którą zwykle schodzę na dno kaldery. Dalej fragment zejścia ze Stella Point do Barafu Camp 4670m i sam obóz. Widok na masyw Kilimandżaro, mój stan podczas walki ze ślepotą śnieżną i zejście w tropikalne klimaty. Ostanie zdjęcia to miasto Arusha, w tym zegar (Clock Tower), piwa Kilimanjaro, Serengeti, Safari, jak również owoce. Ostatnie dwa zdjęcia to widok na partie szczytowe Kilimandżaro z samolotu. 


Znajdź mnie

Reklama

Wydarzenia

nationalgeographic-box.jpg
redbull-225x150.jpg
tokfm-box.jpg
tvn24bis-225x150.jpg

Reklama

Image
Klauzula informacyjna RODO © 2019 Grzegorz Gawlik. All Rights Reserved.Projekt NRG Studio
stopka_plecak.png

Search