Blog

Blog

A propos aktorstwa – w ramach dygresji pewna rosyjska przygoda

Dworzec kolejowy w Mineralnych Wodach, Rosja, przedgórze Wielkiego Kaukazu
W poprzednim tekście pisałem o radzeniu sobie z policją i strażnikami w Azerbejdżanie, że trzeba nieraz być aktorem. Czasami blefować, udawać, być twardym graczem. Takie jest życie dociekliwego podróżnika, który jeździ w niekoniecznie przychylne dla cudzoziemców miejsca. Przy okazji przygód w Baku, przypomniała mi się jedna z podobnych historii z 2007 roku, którą raczyłem opisać w dzienniku z podróży. Podczas kolejnej wizyty na Kaukazie, pojawiły się niespotykane wcześniej utrudnienia z uzyskaniem meldunku, jego brak, skończył się pewną, mało przyjemną przygodą. 

Fragmenty:

(…) Nie mieliśmy meldunku. Codziennie mijaliśmy wielokrotnie liczne służby, w tym milicję – nie było żadnych problemów. Nikt nas nie chciał kontrolować. I straciłem czujność. W mojej głowie była myśl, że skoro do tej pory nie było problemów, to nie będzie ich już przez ostatnie dwie godziny w Mineralnych Wodach.

Idąc na targowisko koło dworca kolejowego, przy którym budka-posterunek milicji, pomyślałem sobie: a jeśli nas milicja zatrzyma – nieeeee, teraz to już nie. W tym czasie Justyna miała podobne myśli: kręcimy się koło posterunku milicji, czuję kłopoty. Mogliśmy zrobić zakupy gdzieś indziej, ale mało nam było atrakcji i postanowiliśmy „poszukać” kłopotów. Co więcej, to targowisko w przeszłości było dwukrotnie wysadzane w powietrze przez czeczeńskich separatystów, zresztą jak setki innych miejsc na Kaukazie. Targowiska, dworce, domy handlowe, ruchliwe deptaki, publiczny transport – są to miejsca, których powinno się nadal unikać na Kaukazie. Chociaż ja zawsze wychodzę z założenia, że nie po to gdziekolwiek jadę, by siedzieć zamknięty w czterech ścianach, najwyżej zginę od bomby czy kuli, ewentualnie noża. Trudno. Byleby szybko, bez męczarni.

Dochodzimy do targowiska, w tym momencie z posterunku wychodzi młody milicjant (wtedy jeszcze nie było policji w Rosji). Wyróżniamy się trekkingowym ubiorem – widać, że jesteśmy z zagranicy a nie miejscowymi. Od razu nas zauważa. Prosi byśmy podeszli.
- O cholera, będą kłopoty – pomyślałem sobie, Justyna pewnie coś podobnego.
- Milicjant 1: Proszę pokazać paszporty – udajemy, że nie widzimy go i nie wiemy, że się do nas zwraca, wtedy milicjant staje na wprost nas i jeszcze raz prosi o paszporty. Zaczyna je oglądać. Zauważa brak meldunku – kartki z nim lub wbitego do dokumentu, ale pyta – macie meldunek?
- Ja: Jaki meldunek?
- Milicjant 1: Wy nie wiecie, że u nas trzeba meldunek? – w paszportach mieliśmy inne wizy rosyjskie, więc pewnie wiemy według niego. Ale gdybyśmy nawet mięli meldunek, to rosyjski milicjant i tak znalazłby lub wymyślił powód, by dzięki nam dorobić sobie do pensji. Co nie zmienia faktu, że strasznie głupio się mu podłożyliśmy.
- Ja: Nie, nie wiedzieliśmy
- Milicjant 1: Nie uzyskiwaliście nigdy meldunku? – pił do naszych wcześniejszych wiz.
- Justyna, Ja: Nie. – to była nasza taktyka i szansa na obniżenie kosztów tego spotkania. Gdybyśmy odpowiedzieli inaczej, że mimo wiedzy nie uzyskaliśmy meldunku, nasza pozycja byłaby słabsza.
- Milicjant 1: Chodźcie za mną. – weszliśmy do budki-posterunku, cały czas trzymał nasze paszporty. Po wejściu do środka niby zaczął nas sprawdzać w komputerze, w jakimś programie pracującym na DOS-ie. Było to komiczne, bo to nie był program do wyszukiwania danych czy sprawdzania meldunków, zresztą na Kaukazie aż tak zinformatyzowani jeszcze nie są. – Mówicie po rosyjsku?
- Ciut Ciut – odpowiedzieliśmy. Byłem świadom, że bez „specjalnej” opłaty się nie obejdzie. Ponoć standardem za brak meldunku jest 100 dolarów od osoby. To jeden z ulubionych sposobów miejscowej milicji na dorabianie do pensji. Wpierw zrobić wszystko, by meldunku nie dać, a potem za jego brak skasować pieniądze. Gdybyśmy musieli, było nas stać na taką kwotę zwłaszcza, że za niecałe dwie godziny odjeżdżał nam pociąg, a bilety na następny mogły być dopiero za kilka lub kilkanaście dni. Jednak 100 dolarów to sporo pieniędzy. Istniał też wariant mniej optymistyczny – lecz mało prawdopodobny – że nas zatrzymają na dłużej.
- Milicjant 1: To macie meldunek? – zaczęliśmy niby szukać. Justyna zaczęła wyciągać papiery i dała mu pismo od ratowników górskich z Terskoł. Milicjant zaczął to oglądać. Gdybyśmy mieli meldunek z Tyrnyauzu problemu by nie było, ponieważ w Mineralnych nie przebywaliśmy dłużej niż 72 godziny, ale nie mieliśmy. Milicjant 1 po chwili stwierdził – to nie jest meldunek. Musimy was zatrzymać.
- Ja: Ale my mamy pociąg zaraz, musimy jechać do domu, do pracy.
- Milicjant 1: Pokażcie. – z obawami dałem mu bilet. – Nie pojedziecie tym pociągiem, oddadzą wam pieniądze za bilety. Zawieziemy was – nie określił dokładnie miejsca – i zapłacicie sztraf (grzywna – jako forma kary).
- Ja, Justyna: - Ale my musimy pojechać tym pociągiem. Justyna mówiła dalej: my nie wiedzieliśmy o meldunku, musimy wracać do pracy i na studia. Nie mamy czasu tutaj dłużej zostać. Dalej razem mówiliśmy, że kończymy wakacje i mamy resztki pieniędzy oraz prosiliśmy, by nas puścił. I któż wie, czy by się to nie udało, ale wtedy wszedł drugi młody milicjant.
- Milicjant 2: Co się dzieje?
- Milicjant 1: Nie mają meldunku i mają o drugiej pociąg.
- Milicjant 2: To nie pojadą tym pociągiem, to jest kara co najmniej 2000 rubli od człowieka – ok. 80 dolarów.
Przez kolejne dwie minuty Justyna i ja na zmianę mówiliśmy, że myśleliśmy, iż ten kwit od ratowników to jest meldunek, że u ich kolegi milicjanta wymienialiśmy dolary po przyjeździe z Kijowa i nic nie mówił o meldunku, że gdybyśmy wiedzieli to byśmy mieli meldunek. Że teraz nocujemy i jesteśmy zameldowani w hotelu „Kaukaz” (ale nie mieliśmy meldunku z czasu poprzedzającego przyjazd do Mineralnych). Mówiliśmy, że musimy wracać, prosiliśmy. Sytuacja była i straszna i poważna i zarazem komiczna. A milicjanci swoje, tak się nie da, na pewno nie pojedziecie tym pociągiem, musicie zapłacić grzywnę.
- Milicjant 1: Jesteście małżeństwem?
- Justyna: Prawie. – potwierdziłem, choć nie wiedzieliśmy do czego zmierza to pytanie. Taka odpowiedź wydawała się jednak lepszym rozwiązaniem, mimo że niezgodna z rzeczywistością.
- Milicjant 1: To niech pani zostawi nas samych z mężem. – Justyna z obawami wyszła. Drugi Milicjant zamknął drzwi za nią. Usiadłem naprzeciwko pierwszego milicjanta, bo do tej pory stałem a siedziała Justyna. Za mną stanął drugi milicjant. Atmosfera była niesamowita. Kaukaz, posterunek milicji. Pokój, półmrok, bo przez małe zasłonięte okienko niewiele docierało światła. Biurko i paląca się na nim lampka. Dwóch milicjantów, na stole nasze paszporty. I nie wiadomo co się zaraz stanie. Atmosfera jak z filmu. Spoglądałem na zegarek, czas uciekał, chociaż nie było jeszcze tragicznie.
- Milicjant 1: Ty wiesz, że musicie zapłacić grzywnę. 2000 rubli od osoby i na pewno nie pojedziecie tym pociągiem. Musimy was przewieźć, to może długo potrwać. – Cały czas nie mówił gdzie, ani nie tłumaczył dlaczego.
- Ja: Wiem, ale naprawdę nie wiedzieliśmy o meldunku, rok temu nikt od nas ich nie chciał. – To była prawda, przebywaliśmy w odludnych miejscach, gdzie nie miał kto nam meldunku dać. – Czyli płacę 4000 rubli, dajecie mi kwit i możemy iść na pociąg.
- Milicjant 1: Tutaj nie bardzo, musielibyśmy was przewieźć.
- Ja: To jedźmy, szkoda czasu.
- Milicjant 1: Ale na pociąg nie zdążycie.
-Ja: Trudno, bardzo byśmy chcieli dzisiaj, ale ostatecznie możemy pojechać następnym, za dwa dni.
- Milicjant 1: Jak będą bilety. Grisza, po co tak nerwowo, nasi koledzy mają dość roboty, załatwimy to na miejscu.
-Ja: Świetnie, wypełnij kwit, potem podejdziemy do bankomatu. – Wiedziałem, że nie chodzi tutaj o żaden kwit, tylko znaleźliśmy się w typowej sytuacji w tej części świata. W tak zwanej sytuacji bez wyjścia. Nikt nas na żaden większy posterunek nie zawiezie, nikt nam żadnego oficjalnego sztrafu nie da, ale nikt też nas nie puści tak po prostu. Chociażby mogli. Dlatego nie zdziwiła mnie odpowiedź:
- Milicjant 1: Kwit jest niepotrzebny, ale nie macie meldunku, więc nie możemy was tak po prostu puścić. Rozumiesz?
- Ja: To znaczy?
- Milicjant 2: Musicie zapłacić karę! – nie miałem wątpliwości, że czekają, aż zaproponuję im pieniądze. Ponadto czułem cały czas dyskomfort ze stojącym za moimi plecami milicjantem. Nie wiedziałem co on może zrobić, a mógł dużo. Rzecz jasna, wyproszenie Justyny z posterunku nie było przypadkowe w tej historii.
- Milicjant 1: Grisza, musisz zapłacić sto dolarów.
- Ja: Za dwie osoby. – Milicjant 1 trochę zaskoczony, po chwili milczenia i spojrzeniu na drugiego milicjanta powiedział – Tak. – Chciał powiedzieć, że za osobę pewnie te 100 dolarów, ale chciałem go koniecznie uprzedzić, by to było za dwie. Nadal dużo, ale już do przełknięcia. Dlatego nie odpuszczałem. – To za dużo, my studenci, mało zarabiamy, wracamy do domu, mamy mało pieniędzy.
Milicjant 1: Przed chwilą chciałeś płacić 4000 rubli.
Ja: Mówiliście, że musimy gdzieś jechać, wypełniać jakieś papiery i tyle zapłacić.
- Milicjant 1: Żartowaliśmy. Wy w Unii dużo zarabiacie, wódkę po koleżeńsku moglibyście postawić. Ile możesz dać? – podsunął mi kartkę i długopis bym napisał. W tym momencie wiedziałem, że jak się dogadamy, to dostaniemy paszporty i zdążymy na pociąg.
- Ja: Napisałem 20 dolarów z zaznaczeniem w formie klamerki, że za dwójkę ludzi. Ryzykowałem, że się wkurzą. Skoro są ludzie którzy płacą po 100 dolarów za osobę, a ja na wstępie stargowałem do 50 dolarów, to nagle wyskakując z kwotą 10 dolarów za osobę, trochę przeginałem. Ale czasami w szaleństwie jest metoda.
- Milicjant 1: Nie żartuj Grisza. – roześmiał się.
- Milicjant 2: Ile napisał?
- Milicjant 1: 20 $ za ich dwoje.
- Milicjant 2: Nie ma mowy!
- Milicjant 1: To Grisza ile możesz dać?
- Ja: Napisałem.
- Milicjant 1: Nie, nie, tyle. – napisał na kartce 100 $.
- Ja: Za dużo. – podkreśliłem długopisem 20 $.
- Milicjant 1: My się chyba nie rozumiemy. – ja ich świetnie rozumiałem. – 100 dolarów, to nie jest dużo. – nie reagowałem, powiedzmy, że myślałem, wtedy milicjant 1 przekreślił 100 dolarów i napisał 90 $ i spytał. – W porządku?
- Ja: Nie, nie mam tyle przy sobie.
- Milicjant 2: Dobra, my mamy czas, a wam pociąg ucieknie. To was będzie kosztować dużo drożej. A jak coś wam się stanie z paszportami, to dopiero będziecie mięli kłopoty. Ty nie rozumiesz, że nie masz wyjścia jak się zgodzić na naszą propozycję!? – mówił podenerwowanym głosem, z papierosem w gębie.
- Milicjant 1: Spokojnie Władimir. – zwrócił się do kolegi. – Grisza, zrozum, wy nie macie meldunku, a ja mam wasze paszporty. 80 dolarów, teraz dobrze? W porządku? – napisał na kartce.
- Ja: Nie w porządku, za dużo. – W tym czasie zdenerwowany drugi milicjant podszedł do zasłoniętego okna zobaczyć czy nic się nie dzieje, czy jakiś ich kolega nie chce wejść. Zdawałem sobie sprawę, że z jednej strony obaj milicjanci sami chcą uzyskać pieniądze, ale z drugiej wiedziałem, że jak pojawi się trzeci, to też będzie chciał. To oni rozdawali karty, nie ja. To czy wrócimy w terminie do domu zależało od nich. A paszporty mogli nam zniszczyć lub zabrać – taki świat, dziki wschód. Tam trzeba grać ich kartami, nie ma innego wyjścia. Tego typu wymuszenia są na porządku dziennym.
- Milicjant 1: No to ile możesz dać, napisz? – Podsunął mi kartkę i długopis.
- Ja: A 20 dolarów to za mało? – Te metody targowania świetnie sprawdzały się w Chinach. Zamiast schodzić ze stu yuanów po 5 po 10, od razu proponowałem 20, sprzedawca, że nie ma mowy. Odchodziłem, rezygnując z zakupu, wtedy on podchodził do mnie i mówił, że się zgadza na 20 yuanów. Postanowiłem ten sam patent zastosować w Rosji.
- Milicjant 1: 20 $, nie ma mowy. Grisza bądź poważny. To jest dobra cena. – wskazał na napisane właśnie 80$.
- Ja: 30 dolarów, więcej nie mamy! - Przekreśliłem wcześniejszą kwotę i napisałem nową. Milicjant 1 spojrzał na drugiego, który:
- Milicjant 2: Nie, nie, nie! – i nerwowym krokiem zaczął za mną chodzić.
- Ja: My nie mamy więcej, wracamy do domu. My Polacy i Rosjanie jesteśmy Słowianami, my przyjaciele, 30 dolarów to dobra cena. – nastąpiła chwila ciszy.
- Milicjant 2: Nie! – kolejna chwila ciszy, w tym czasie zaciągnął się papierosem i dmuchnął w moją stronę. Wyczekiwanie. Niepewność. Cisza.
- Milicjant 1: Dobra, dawaj te 30 dolarów, tylko szybko zanim kolega się wścieknie! – Milicjant 2 stał z tyłu i nic nie mówił. Z wewnętrznej kieszeni z paska wyciągnąłem drobne 30 dolarów (na takich wyprawach zawsze trzeba mieć drobne dolary), których miałem oczywiście więcej, ale milicjanci tego nie widzieli. Położyłem na stole. Milicjant 1 trzymał już nasze paszporty w ręce. Prawie mu je wyrwałem, a on zabrał dolary i powiedział. – Bierz paszporty i idź stąd szybko! – bez słowa wstałem i wyszedłem z posterunku, koło którego stała Justyna i powiedziałem:
- Ja: Chodźmy stąd zanim się rozmyślą. – szybkim krokiem zaczęliśmy się oddalać od posterunku w kierunku naszego hotelu. 200 metrów dalej gdy znikaliśmy za rogiem ulicy Justyna spytała. – ile musiałeś zapłacić?
- Ja: 30 dolarów za nas oboje.
- Justyna: To super, myślałam, że dużo więcej.
Potem mówiła, iż bała się o mnie. Nie wiedziała co się ze mną dzieje w środku. Nie wiedziała czy ma wejść. W końcu jakieś dziesięć minut trwała ta cała rozmowa sam na sam. Opowiedziałem jak wszystko wyglądało. Doszliśmy do wniosku, że milicjanci uznali zapewne, iż takie sprawy załatwia się z facetami, więc wyprosili Justynę. W ten sposób też zbudowali przewagę nade mną. Oboje wymieniliśmy się myślami z chwili przed zatrzymaniem, że zdawaliśmy sobie sprawę, iż kręcenie się koło posterunku milicji nie jest rozsądne. Z własnej głupoty wpakowaliśmy się w to całe zdarzenie. Aczkolwiek płacąc za fikcyjne noclegi, by uzyskać meldunek, kosztowałoby to nas znacznie więcej. (….)

To nie był jednak koniec naszych kłopotów. Kilkanaście godzin później w pociągu do Kijowa (nasza trasa w obie strony przebiegała przez tereny, gdzie obecnie trwa wojna pomiędzy Ukrainą a prorosyjskimi separatystami/Rosją).

(…) Celnik rosyjski zabrał nam paszporty i zaczęła się powtórka z historii. Gdzie są meldunki!? Spojrzeliśmy z Justyną na siebie – z pełnym zrozumieniem, że czas na kolejną szopkę. Wpierw zaczęliśmy się zgrywać, że nie wiemy o co chodzi i nie rozumiemy słowa registrancja. Celnik więc pokazał nam kwitek od innego z podróżnych. Wtedy Justyna przystąpiła do dzieła i wyciągnęła nieśmiertelny kwit od ratowników górskich z Terskoł. Śmiać się nam chciało, że musimy robić z siebie takich kretynów, ale zachowywaliśmy powagę. To było wymagające zadanie aktorskie. Celnik powiedział, że co mu za bzdury dajemy. A my, że nie rozumiemy. Miny skończonych idiotów, rozłożone ręce, my nie panimaju. Udawaliśmy zresztą strasznie zaspanych. Koło celnika pojawił się kolejny. Pierwszy z nich dalej pyta: czy mówimy po rosyjsku? – nie, znamy kilka słów. Próbował po angielsku, my że nie znamy. Nawet coś tam zaczął po niemiecku – my, że ni w ząb. Facet zaczął się wściekać i tłumaczyć po raz kolejny: musicie okazać meldunek.

Dołączyła do kompletu celniczka. My dalej, że nie wiemy o co chodzi, nie rozumiemy. A w paszportach kilka rosyjskich wiz. Minuty uciekają. Zaczęło nam się wydawać, iż pociąg nie może ruszyć, bo nie wiedzą co z nami zrobić. Kolejne pytania, czy nie wiemy, że w Rosji potrzebne są meldunki? Przecież mamy wizy - odpowiedzieliśmy. Ale trzeba też meldunek. A co to jest? Jak to nie wiecie?! Gdybyśmy wiedzieli to byśmy mięli. Staraliśmy się stworzyć atmosferę i wrażenie nie bardzo rozumiejących o co chodzi i mających trudności z wysłowieniem. Na zasadzie „Kali kochać Kali lubić”. W międzyczasie próbowaliśmy pokazać jakieś różne głupie papiery, które wynaleźliśmy w saszetkach, ale celnik widząc np. mój rachunek ze sklepu muzycznego tylko coraz bardziej się wściekał i darł się na nas. Wszyscy wkoło byli cicho, ale wnikliwie się przyglądali, jak zakończy się ta historia. Tak po prawdzie miałem kserokopię meldunku z Kaukazu z wcześniejszego pobytu, ale nie mogłem tego ujawnić. Celnicy między sobą rozmawiali, wściekli byli, po czym znów pytanie gdzie mamy meldunek? Tłumaczyli jak wygląda i jak to możemy nie wiedzieć, że trzeba go mieć? A my z kamienną powagą: nie wiedzieliśmy – po raz co najmniej dziesiąty. My turyści i nam mówili, że wystarczy wiza. Celnik straszył nas karą finansową za brak meldunku i wbiciem pieczątek zakazu wjazdu do Rosji. Nie wiedział co z nami zrobić. Z jednej strony był na granicy, by kazać nam zabrać rzeczy, wywalić z pociągu i zabrać na posterunek. Pociąg by pojechał a my byśmy się tłumaczyli. Z drugiej strony, był świadom ile to przysporzy mu pracy, papierkowej roboty i w gruncie rzeczy kłopotów. Dwójka idiotów z zagranicy nie ma meldunku i tyle z nimi problemów.

Nie wiem ile czasu minęło, ale myślę, że nawet 30 minut, kiedy wściekły, niemal czerwony celnik wbił pieczątki do paszportów i z dużą siłą rzucił nimi w nas. Przeklinając pod nosem. Wkurzony odszedł. Chwilę później pociąg ruszył. Tylko odeszli, z Justyną wybuchliśmy śmiechem, będąc pełnym podziwu dla naszych talentów aktorskich (zamiast na prawo trzeba było iść do szkoły aktorskiej, chociaż prawnik też powinien umieć być dobrym aktorem). Rosjanie i Ukraińcy kiwali głowami z podziwem. Rozgorzała dyskusja. Okazało się wtedy, że wszyscy mają meldunki. I Ukraińcy, którzy byli w górach Kaukazu. I Rosjanie. Wszyscy, tylko nie dwójka Polaków. Sąsiedzi z wagonu opowiadali jak załatwiali te meldunki, jak są ważne. Jak dużo mieliśmy szczęścia, jakie mogliśmy mieć kłopoty, że nawet mogli nas zamknąć. Byli pod wrażeniem naszego spokoju i zauważyli naszą ściemę, wiedzieli, iż nasz rosyjski jest lepszy niż okazaliśmy to celnikom. Młoda Rosjanka opowiadała, jak ktoś z rodziny do niej przyjechał, nie załatwił sobie meldunku i musiał zapłacić milicjantom. Nie było zmiłuj.

Opowiedzieliśmy dlaczego nie załatwiliśmy meldunku. Będąc na właściwym posterunku w Tyrnyauzie, milicjanci poinformowali nas o zmianach przepisów. Kazali uzyskać potwierdzenie opłaconych noclegów i z odpowiednim kwitem wrócić do nich, gdy będziemy wracać. Informację, że przecież będziemy spać w namiocie na lodowcu i niby skąd mamy mieć potwierdzenia, skwitowali: to wasz problem. Stwierdzenie, że nas nie będzie z dziesięć dni, a meldunek musimy mieć po 72 godzinach, skomentowali: ryzyko, że ktoś w górach będzie chciał sprawdzić meldunek jest niewielkie. Zaproponowane rozwiązanie było dla nas zbyt kłopotliwe i uznaliśmy, że w razie czego taniej nas wyjdzie dogadanie się z milicją, przy okazji zaoszczędzimy sporo czasu. Nie przewidzieliśmy tylko, że aż tak będą się czepiać na granicy. Podczas wcześniejszych podróży po Rosji, kiedy zazwyczaj też nie mieliśmy meldunku, na granicy nikt nas o niego nie pytał. Rosja i Azja centralna to inny świat pod względem procedur i kontaktów ze służbami milicyjnymi i podobnymi. System jest tak skonstruowany, by płacić różne nieoficjalne sztrafy. Nie da się inaczej. Ta sytuacja jest de facto usankcjonowana przez te państwa. Ot, taki rodzaj lokalnych podatków. Wszyscy wiedzą, że zarobki są niskie, więc pracownicy służb muszą sobie jakoś dorobić. Wymyślając coraz bardziej absurdalne przepisy i obostrzenia. I trzeba płacić. Czy to milicji, celnikom, strażnikom na lotniskach albo właścicielom ośrodków wczasowych, by dali papiery do meldunku, a oni i tak część później odpalają milicji. „Czeski film”.

Współpasażerowie w pociągu świetnie nas rozumieli. Chociaż Ukraińcy, którzy byli trekkingowo na Kaukazie przyznali, że zapłacili za „lewe” kilkanaście noclegów w ośrodku wczasowym i na tej podstawie w drodze powrotnej do Mineralnych Wód załatwili sobie meldunki (a spali jak my, pod namiotami). Wyszło na to, że „biedni” Ukraińcy nie szczędzili pieniędzy na meldunek, a „bogaci” Polacy ze względów czasowo-formalnościowo-oszczędnościowych go olali. Ale Polak potrafi. Dysputa trwała długo, zostaliśmy z Justyną bohaterami całego plackartnego wagonu. Byliśmy jednak świadomi jak po cienkiej linie stąpaliśmy – nie z własnej woli – i że mogło być różnie, a kary wysokie. I pieczątka w paszporcie o zakazie wjazdu na 5 lat. Ale znowu wszystko rozeszło się po kościach. (…)

Gregor

Na zdjęciach: Niniejszy wpis to tylko dygresja, dlatego zdjęcia pochodzą z relacjonowanej wyprawy po Turcji, Iranie, Azerbejdżanie, Gruzji, Armenii i Ukrainie (2012). A na nich porównanie gruzińskiego pociągu relacji Tbilisi-Baku i azerskiego relacji Baku-Tbilisi.

Różnice pomiędzy poziomem zamożności Azerbejdżanu i Gruzji, są takie same jak różnice pomiędzy pociągiem gruzińskim a azerskim.
Zdjęcia: 1, 3, 5, 7 – pociąg gruziński.
Zdjęcia: 2, 4, 6, 8 – pociąg azerski.


Znajdź mnie

Reklama

Wydarzenia

nationalgeographic-box.jpg
redbull-225x150.jpg
tokfm-box.jpg
tvn24bis-225x150.jpg

Reklama

Image
Klauzula informacyjna RODO © 2019 Grzegorz Gawlik. All Rights Reserved.Projekt NRG Studio
stopka_plecak.png

Search