Blog

Blog

Konkurs Miss Świata w Zavidovići (Bośnia i Hercegowina)

Zavidovići, Bośnia i Hercegowina.

Zavidovići - małe, brzydkie miasto. Na końcu świata. Miejsce, o których się mówi, że są jak więzienie. Jak ktoś raz tutaj utkwi, zostanie na zawsze. Niewidzialny łańcuch, z kamienną kulą na końcu, wrośniętą w ziemię, uczepił się nogi. I nie puści. Nigdy. Życie z taką świadomością musi być nie do wytrzymania. Lecz tego wieczoru odniosłem jakże odmienne wrażenie. Jestem w centrum świata, w najpiękniejszym miejscu na Ziemi. Wszystkie oczy są zwrócone właśnie na Zavidovići. To nie sen, ani skutek spożycia substancji zaburzających prawidłowe postrzeganie świata. Tylko najprawdziwsza prawda.

Uświadamiam to sobie, skołowany stojąc przed moim pensjonatem. Cofam się kilka kroków i pytam kobietę, która chwilę wcześniej dawała mi klucz do pokoju, co się tutaj dzieje? Id al-Fitr, słyszę. Zaczynam rozumieć. Także kilkukrotnie zasłyszane tego dnia słowo "mubarak". Jednoznacznie kojarzy mi się ono z byłym prezydentem Egiptu, Hosnim Mubarakiem, ale nie o nim tutaj rozmawiano. Będąc precyzyjnym, słyszałem zwrot "id mubarak", ale to "id" było jakoś niesłyszalne. Wszystko już wiem. Przecież "id mubarak" to pozdrowienie charakterystyczne dla święta Id al-Fitr. Zwanego również Świętem Przerwania Postu, a jeszcze inaczej Ramadan Bajram. Muzułmanie zakończyli miesięczny post, Ramadan, teraz nastał czas trzydniowego świętowania.

Nigdy nie rozumiałem sensu Ramadanu, chociaż znam argumenty islamu przemawiające za jego istnieniem. Chrześcijanizm w końcu też ma swój czterdziestodniowy Wielki Post, aczkolwiek znacznie mniej restrykcyjny.

W jednej chwili znikło z mojej twarzy zdziwienie scenami, których byłem świadkiem. Zdziwienie zastąpiła ciekawość, nawet ocierająca się o podglądactwo. Przeszła mi chęć odpoczynku, wolałem przyglądać się z boku tym godowym zalotom.

Mimo panujących ciemności, pewne kontrasty mocno wryły się w moje widzenie. Obskurne miasto, biedne, zaniedbane. Krzywe chodniki, paskudne budynki. Nie powinno być takich miejsc na świecie, a właśnie takich jest chyba najwięcej.

W Sarajewie, dwa dni wcześniej, liczba atrakcyjnych kobiet na każdy metr kwadratowy wypadała więcej niż korzystnie, ale tutaj panowało istne szaleństwo. Konkurs miss świata, finały. A właśnie, że nie. Tylko Id al-Fitr. Aż chciałoby się sparafrazować: "Id a Flirt".

Trzydziestodniowy Ramadan to nie tylko zakaz jedzenia i picia czy zakaz palenia. To także zakaz uprawiania seksu. Ale tylko od wschodu do zachodu słońca, ktoś słusznie zauważy. Nie ma w tym jednak sprzeczności. Święto po Ramadanie przywłaszczyli sobie nie tylko muzułmanie bogobojni, ale także pseudo muzułmanie. Id al-Fitr jest bowiem świetną okazją do zabawy, do szaleństwa, urozmaicenia codzienności. Muzułmańskie schadzki, muzułmańskie walentynki. Dla wszystkich.

Mężczyźni odświętnie ubrani. Zdenerwowani, drżący, pobudzeni, na głodzie. Kobiety, które wydały wszystkie oszczędności na kosmetyczkę, fryzjera i kreację, która ma pobudzić męskie zmysły. To nie mogą być bogobojne muzułmanki. W krajach zachodu tak wyzywające stroje nie są standardem, a w jakimś Zavidovići, ciężko zobaczyć kobietę w stroju innym niż krótkim, obcisłym, i z dekoltem. Skłamałbym, gdybym napisał, że w czymkolwiek mi to przeszkadzało. Piękne, smukłe ciała, często ponadprzeciętna uroda. Niezwykle korzystne połączenie wdzięków słowiańskich z orientalnymi. Z zakamarków ulic, z bloków, niepozornych chałup, wkraczały w światła ulicznych latarń ślicznotki, stukające o beton obcasami. Jedne, szły do swoich ukochanych, od których nie potrafiły się odkleić długimi minutami. Inne, zbierały się w grupki, by sondować wspólnie jakie mają możliwości na dzisiejszą noc?

W tamtej chwili, przypomniało mi się peruwiańskie miasto Iquitos położone w Amazonii. Enklawa niesamowitych indiańskich piękności, po które przylatują mężczyźni nie tylko ze stołecznej Limy. Z sukcesem zazwyczaj, bo tamtejsze kobiety marzą, by wyrwać się do lepszego świata, gdzie żyje się łatwiej. Mogę się założyć, że każdy mężczyzna, który nie odstraszałby swoją urodą, a miał do zaoferowania atrakcyjne życie w atrakcyjnym miejscu, przekonałby niejedną tutejszą kobietę do wyjazdu. Przecież nikt dobrowolnie nie mieszka w takim miejscu jak Zavidovići. Każdy kto miałby wybór uciekłby stąd.

Spacerowałem, przystawałem, obserwowałem. Całe miasto na ulicach, przynajmniej jego młodsza część. Eleganckie ubiory nie pasowały do tego miejsca. Ani kobiece znaki dawane mężczyznom, ani kobiecy zalotny chód. Bulwar w Paryżu, nadmorska promenada w Saint Tropez, tak, ale nie Zavidovići. Panowie za to, współgrali z otoczeniem. Lepszego ubioru nie potrafili przekuć w bardziej wyrafinowane zaloty. Ich gesty i słowa, jak wnioskowałem po tonacji głosu, były raczej wieśniackie. Gdy przesadzali, dziewczyny śmiały się głośno i odchodziły.

Trochę skonfundowany zauważyłem, że jednym z mniej elegancko ubranych ludzi na ulicach, jestem ja. Spodnie i koszula z syntetycznych materiałów, szybkoschnących, świetna odzież na panującą temperaturę, za dobra na Zavidovići. Ale za mało dobra na ten wieczór. Na szczęście, w planach miałem tylko socjologiczne obserwacje, nic więcej. Gorzej, że mój dziwny jak na tutejsze warunki strój, wzbudzał zainteresowanie. Od razu było widać, że nie jestem stąd. Z ciekawości wdawałem się w kobiece zaczepki, które przerywała bariera językowa. A może moja niecierpliwość i nastawienie, że nie po to tutaj przyjechałem?

Czas szybko płynął. Dochodziła północ, a na ulicach panował gwar. Pełne restauracje, nawet piekarnia jeszcze otwarta. Z różnych zakamarków wychodziły zakochane pary albo całe grupki. Natychmiast znikali w tych miejscach kolejni. Nie brakowało wtulonych w siebie ludzi nad największą tutejszą rzeką, mimo że nadbrzeże porastały wysokie trawy. Chaszcze.

Czułem atmosferę, nie tyle jakbym znalazł się w miejscu, gdzie odbywają się wybory miss świata. Lecz przede wszystkim w chwili, gdy wiadomo, że o świcie nasza planeta przestanie istnieć. I nie ma co się bawić w konwenanse, narzucać sobie ograniczenia. Wręcz przeciwnie, to ostatnia chwila, by pójść na całość. W odświętnej atmosferze. To przecież ostatnia noc życia.

Byłem biernym obserwatorem, lecz udzieliła mi się panująca tego wieczoru atmosfera w Zavidovići. Unoszące się pierwiastki radości, miłości, buzujących hormonów, dotarły i do mnie. Wprawiając w wyśmienity nastrój. Który znikł, gdy uświadomiłem sobie, wracając do pensjonatu, że w Polsce nigdy nie zaobserwowałem takiego zjawiska. Jestem w środowisku zdominowanym przez muzułmanów, które kojarzy się z kobietami w chustach, przesadnie opatulonych materiałem odzieży. Gdzie między mężczyzną a kobietą stawia się mur. A tutaj tyle frywolności, seksapilu. Miłosnych gier. W Polsce nie ma takich świąt, rzadko obserwuję nawet pojedyncze pary, z których emanuje takie uczucie. Jakoś te gry męsko-damskie wydają się w moim kraju takie toporne. Bez fantazji, bez polotu. Wszyscy się boją spojrzeń i oceny innych. Trzymają dystans. A ja tak kocham szaleństwo.

Intensywny, długi dzień. Szybki prysznic i po kilku minutach spałem. Obudziłem się w zupełnie innym Zavidovići. Takim normalnym, brzydkim i nudnym. Ale wspomnienia pozostaną.

Wiem, że poniższe fotografie rozczarują, ale na moim twardym dysku, zwanym też mózgiem, zachowałem wiele pięknych ujęć tamtej nocy. 


Znajdź mnie

Reklama

Absolwent XXI wieku

Image

Subskrybuj Mój Newsletter

Informacje o aktualnych wyprawach i wydarzeniach

nationalgeographic-box.jpg
redbull-225x150.jpg
tokfm-box.jpg
tvn24bis-225x150.jpg

Reklama

Search