NAJBLIŻSZE PRELEKCJE PODRÓŻNICZE i INNE WYDARZENIA:

 19 sierpień - 7 wrzesień - Tanzania (Kilimandżaro, Serengeti, Ngorongoro, Zanzibar)

 24 wrzesień - XXII Festiwal Górski w Lądku Zdroju, o PROJEKCIE 100 WULKANÓW, w panelu w Wielkim Namiocie pomiędzy godz. 10 a 16. PROGRAM

 a2b2

portal gorski 225x150 box

slaskie box

spokey.jpg 225PX

LOGO

Podziel się

FacebookMySpaceTwitterGoogle BookmarksLinkedinRSS Feed

KONKURS !!! NAGRODY !!!

Wraz z Grzegorzem Gawlikiem świętujemy półmetek projektu "100 wulkanów"! I z tej okazji postanowiliśmy przygotować dla Was konkurs, w którym możecie zdobyć plecaki marki Spokey oraz upominki z podróży Grzegorza. Konkurs trwa do końca 29.11.

Co musicie zrobić? Odpowiedzieć na dwa krótkie pytania:
1) W którym roku Grzegorz Gawlik rozpoczął projekt 100 wulkanów?
2) Jak wyglądałaby podróż Twoich marzeń? Dokąd byś się udał/a i dlaczego?

A dalsze szczegóły działań znajdziecie na: http://bit.ly/konkursSP

A dla tych, którzy lubią chodzić na skróty: odpowiedzi wyślijcie wraz ze swoim imieniem i nazwiskiem na adres Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript. do 29 listopada 2016r. Spośród nadesłanych prac nagrodzimy dziewięć naszym zdaniem najlepszych :)

NATEMAT.PL - WYWIAD - PROJEKT 100 WULKANÓW

Bartłomiej Krawczyk to chodząca encyklopedia wulkaniczna, pasjonat, który z zaangażowaniem prowadzi blog WULKANYŚWIATA, a także blog na portalu Natemat.pl, dla którego przeprowadził ze mną wywiad związany z PROJEKTEM 100 WULKANÓW i nie tylko. Zadając szereg ciekawych oraz niewygodnych dla mnie pytań :).

Materiał jest pod tym adresem: Na półmetku 100 wulkanów [wywiad].

A na zachętę zapoznania się z całością kilka fragmentów:

Jakie uczucia, emocje towarzyszą dotarciu do miejsc, które wcześniej nie były praktycznie przez nikogo eksplorowane? 

Skrajne zmęczenie, mało tlenu, ogromna koncentracja, by wykonać wszystkie wyznaczone sobie zadania. Nic nie pominąć, bo...

Niektórzy traktują himalaizm bądź zdobywanie czynnych wulkanów jako niepotrzebną i kosztowną pasję, z której nie ma pożytku. Co odpowiedziałbyś takim osobom?

Że mają bardzo dużo racji...

Wspinałeś się nie tylko na wulkany. W jakim kierunku zmierza alpinizm? Co myślisz o komercjalizacji wspinaczki na najwyższe szczyty? Czym są dla ciebie góry?

Postępujący proces komercjalizacji w górach wysokich wydaje się nieunikniony. Dostrzegam pewne wady tych zmian... 

I jeszcze jedna bardzo ważna rzecz. Marcel Korkuś - polski wysokogórski nurek wyrusza pobić rekord świata na najwyższych jeziorach, które znajdują się w masywie Ojosa del Salado (Argentyna, Chile). Eksplorowałem je i odkrywałem rok wcześniej, będąc z Marcelem w kontakcie. I bardzo mnie cieszy, że zamierza to wykorzystać . Jego wywiad dla Redbulla znajduje się: TUTAJ.

grzegorz gawlik konkurs

Opublikowano w Blog

Wspinaczka na najwyższą górę Ameryki Południowej - Aconcagua 6962m.

Były prezydent Ukrainy - Wiktor Janukowycz nie oszczędzał na luksusach w rezydencji w Międzygórzu pod Kijowem.

Opublikowano w Blog
Doclea od centrum Podgoricy oddalona jest o 5km. Jako, że na żadną komunikację publiczną nie było co liczyć, a lubię chodzić, więc taki spacer wzdłuż rzek Moraca i Zeta bardzo mi odpowiadał. Wokół górzysta okolica. Na prawie całej trasie chodnik.

To rzymskie miasto, funkcjonowało w okresie od I - do początków V w. n.e., zamieszkiwało je 8-10 tysięcy osób. Miało poważne rozmiary, co widać do dzisiaj, acz ruin zostało bardzo niewiele. Żadnych większych budynków. Fragmenty murów i murków, fragmenty kolumn w trawie i sporo kamieni luzem. Oznakowanie doprowadzające do tego miejsca słabe, wkoło sporo śmieci. Większość terenu ogrodzona metalowym płotem, ale na szczęście brama była lekko uchylona. A tam chaszcze, częściowo wyblakłe albo poniszczone tabliczki z informacjami. Zero człowieka. Strasznie zaniedbany teren. Nie zdziwiło mnie to. Wszystko co dotąd napotkałem w Czarnogórze takie było. Odwiedzone wcześniej: Macedonia, Kosowo, Albania, też nie są bogate, też trochę zaniedbane, ale Czarnogóra na tym tle prezentowała się koszmarnie. Ruiny są w miejscowości Duklja, miłośnicy winnic też tutaj znajdą coś dla siebie. Chociaż czarnogórska stolica jest na wysokości ok. 50m n.p.m., to już za miastem są całkiem sporych rozmiarów, groźnie wyglądające góry. Z ruin Doclea dobrze je widać.

FILMY: ŻÓŁW i MRÓWKI.

Tą samą drogą wróciłem do miasta, by pochodzić trochę po drugiej stronie rzeki Moraca, w stosunku do pierwszej części zwiedzania Podgoricy. O ile brak tutaj starych spektakularnych zabytków, to może warto poszukać czegoś nowego? Do tych ostatnich należy prawosławny Sobór Zmartwychwstania Pańskiego pełniący funkcję katedralną. Budowano go w latach 1993-2013. Jest ogromny i efektowny. Obok jest niewielka kapliczka. Za to okoliczny teren czeka na zagospodarowanie, do tego bloki i kilka nowszych budynków apartamentowo-handlowych wzdłuż bulwaru George`a Washingtona. W tej okolicy jest więcej takich budynków. Szklane niewysokie wieżowce, sklepy marek premium. Kawałek dalej uniwersytet, budynek radia i telewizji oraz duże centrum handlowe. Ostatnim elementem spaceru były parki: Djeciji i Petrovica. W tym drugim jest niewielki pałac z XIX w. - króla Nikoli I Petrovica o przeciętnej urodzie, ze starą zaniedbaną fontanną. W środku działa galeria sztuki.

Stąd, idąc w dół, można dojść do rzeki Moraca i przeprawić się mostem na drugą stronę. Natomiast pomiędzy parkiem Petrovica a rzeką mieści się ambasada Stanów Zjednoczonych. Koło której spotkała mnie maleńka przygoda, jakich w życiu przerobiłem setkę. Aż się chce powiedzieć - zawsze to samo.

Przy pałacu Petrovica robiłem zdjęcia, zapadał zmrok, więc z lampą błyskową. Wychodząc z parku przechodziłem koło jakiejś ogrodzonej rezydencji. Ochrona za nim dziwnie się na mnie patrzyła, rozmawiała energicznie przez krótkofalówkę, i przemieszczała się wraz ze mną. Od razu nabrałem podejrzeń, że to nie przypadek. Spacerem szedłem dalej wzdłuż ogrodzenia, skręcając w kierunku rzeki Moraca. Gdy przechodziłem koło wejścia, szybko wyszedł strażnik, patrzył się na mnie, ale nie reagował. Chwilę później, na horyzoncie pojawił się policjant i pomyślałem sobie, że pewnie w mojej sprawie, jakakolwiek by nie była. Miałem rację. Policjant ciutkę mówił po angielsku, więc dało się dogadać. Dowiedziałem się, że ogrodzona rezydencja, to Ambasada USA i ochrona widziała błysk flesza a ambasady fotografować nie można i musi mnie zabrać na posterunek. Nie ma sprawy, gdy mam czas mogę się pobawić w takie bzdury, zawsze później jest miło się pośmiać i powspominać. Posterunkiem okazała się malutka zniszczona budka przed ambasadą.

Zapytałem policjanta, że niby skąd mam wiedzieć, że to ambasada USA, skoro nie ma żadnej informacji na płocie, żadnej tabliczki zakaz robienia zdjęć? Przyznał mi rację, że nie mogłem wiedzieć. Amerykanie mają szajbę pod względem swoich placówek dyplomatycznych, nieraz się przekonałem, więc i się nie zdziwiłem. Chociaż to już dawno przekroczyło granice zdrowego rozsądku. Policjant chciał ode mnie dokumenty, powiedziałem że nie mam. Podałem mu dane słownie, wyłącznie z miejscem noclegu. Spisywał to na kawałku obdartej kartki. A długopis miał popękany, gdy się rozleciał, pisał samym wkładem. Ciężko było mi się powstrzymać od śmiechu.

Następnie poprosił o pokazanie zdjęć. Na jednym, marnej jakości, widać było kawałek ogrodu ambasady. Poprosił o jego skasowanie, odmówiłem, bo: 1) na zdjęciu nie było nic, co by zagrażało USA; 2) zdjęcie jest moją własnością, objętą moimi prawami autorskimi i ja decyduję czy skasuję czy nie, chyba że sąd wyda stosowny prawomocny wyrok; 3) nie zostałem w żaden sposób poinformowany przed zrobieniem zdjęcia, o zakazie fotografowania. Policjant zrozumiał moje wyjaśnienia i przyznał mi rację. Tu nie chodziło o zdjęcie, było tak marne, że mogłem je natychmiast skasować bez żalu, chodziło o zasady. A te u mnie są bardzo ważne. Potem oboje śmialiśmy się z szajby Amerykanów, którzy go wezwali. Miło pogadaliśmy sobie, był w Polsce, miło wspominał.

Pożegnaliśmy się i ruszyłem w swoim kierunku, robiąc sobie wieczorny spacer po wyludnionej Podgoricy. Żadnej przyjemności, bo i miasto takie nie jest.

Wieczorem w Hostelu Podgorica, chciałem sobie zarchiwizować dotychczasowe zdjęcia, korzystając z komputera dla gości i to był mój błąd. Komputer był zawirusowany i uszkodził mi kartę pamięci. Nie tylko nic nie zarchiwizowałem, ale straciłem też część zdjęć. Nie wiedząc co da się odzyskać, kolejnego dnia o wschodzie słońca, po prawie nieprzespanej nocy (+ 33°C w mieszkaniu), ruszyłem na szybkie obejście Podgoricy, by zrobić jeszcze raz zdjęcia, na wszelki wypadek. Uszkodzone zdjęcia dotyczyły jednak nie tylko Czarnogóry. Ostatecznie, 80% udało się później uratować.

Po szybkim obejściu miasta, chciałem dostać się do hostelu, bo zaraz miałem autobus do Sarajewa. Pojawił się jednak problem, bo nie mogłem się dostać do budynku. Dzień wcześniej, po przyjeździe do Podgoricy, musiałem długo czekać zanim mnie ktoś wpuścił. Potem również ponad 10 minut czekałem, po spacerze, by wejść do środka. Pracownik (właściciel?) na moje pretensje, napisał mi z pamięci na kartce kod do drzwi bloku. Dziesięciocyfrowy, który widocznie był błędny, bo nie działał. Dzwoniłem natarczywie dzwonkiem, kilkanaście razy wpisywałem kod, próbując wszelkich sposobów. Potem dzwoniłem telefonem (1min = 1 euro), na posiadany numer. Pracownik odebrał, ale nadal mi nie otworzył. Ludzie z ulicy patrzyli co sie dzieje - gdy próbowałem sforsować drzwi. Do odjazdu autobusu miałem mniej niż 10 minut. Dobrze, że rano przed wyjściem spakowałem się tak, by tylko zabrać plecak. Gdy już byłem pewien, że mój autobus przepadnie, jakiś sąsiad wychodził i mnie wpuścił. Dzwonię do drzwi hostelu i nadal nic. Wywalę je pomyślałem, po silnym uderzeniu w nie, pracownik natychmiast otworzył. I do mnie z krzykiem, że przecież mam kod. Gdybym miał chociaż kilka sekund więcej, nie byłbym tak pokojowo nastawiony. A tak wziąłem przygotowany plecak i wybiegłem. Nie wiem jak bezmyślnym trzeba być człowiekiem, który przez około 20 minut nie otwiera drzwi, mimo że dzwoni domofon i dzwonię telefonem. Od drzwi hostelu do drzwi wejściowych do budynku było kilka schodów i co najwyżej kilka metrów do pokonania. Nie dziwię się, że w Hostelu Podgorica było pusto. Przy takiej jakości usług, warunkach i cenie, to bez sensu.

Gdy wbiegłem po długim sprincie na peron, autobus właśnie odjeżdżał. Dobrze, że bilet kupiłem dzień wcześniej. By wejść na peron, trzeba okazać bilet i pokonać bramkę. Gdy chciałem włożyć plecak do bagażnika, kierowca dał mi karteczkę i zażądał 1 euro. Znowu to samo, znowu w Czarnogórze. Nie dość, że bilet jak na lokalne warunki był drogi (18,90 euro - inne kursy do Sarajewa były jeszcze droższe), to jeszcze to. Skoro kupiłem bilet, zakładam że zapłaciłem za wszystko, logiczne. Pewnie bym się z gościem nie kłócił o to euro, gdyby nie fakt, że wydałem wszystkie drobne, a najniższym posiadanym nominałem było 50 euro. Kierowca nie mówił po angielsku, ale rozumiał moją argumentację - mam bilet to dlaczego chcesz ode mnie jeszcze jakieś pieniądze człowieku. W końcu wyrwał mi kartkę z ręki, zmiętoloną schował do kieszeni, ostentacyjnie wrzucił plecak do luku bagażowego i kazał mi wsiadać do autobusu.

Byłem we wszystkich stolicach krajów bałkańskich i większość jest co najwyżej przeciętnie atrakcyjna. Jednak na tym tle, Podgorica wypada i tak bardzo blado. Jeśli tutaj przyjechać, to tylko dla zapyziałości, wychodzącej z każdej ulicy, budynku, zakamarka. Na tle stolic regionu jest ona szczególnie widoczna właśnie w tym mieście. Można ją potraktować jako ciekawostkę. I uświadomić sobie, że są narody, których stolica wygląda tak, że najlepiej byłoby ją ukryć przed wszystkimi. Bardzo blisko nas, w Europie. Przeciwieństwem Podgoricy, jest jedno z najlepiej zachowanych średniowiecznych miast w regionie - Kotor. Położone również w Czarnogórze i ze względu na niewielką liczbą mieszkańców, bardziej miasteczko niż miasto, ale z pewnością godne uwagi.

Trasa z Podgoricy do Sarajewa jest atrakcyjna (droga E762). Wśród Gór Dynarskich, wąskimi drogami, z licznymi tunelami. Najbardziej efektowny jest fragmenty wzdłuż sztucznego zbiornika Piva. Wąskie doliny zalane wodą, wysokie, do ok. 2000m, strome góry, i kanion za tamą, która ma wysokość 220m. Zbiornik zaś, ma do ok. 190m głębokości, a lustro wody jest na ok. 765m n.p.m. Kawałek dalej jest przejście graniczne z Bośnią i Hercegowiną, które w lipcu 2016 wyglądało tak. Dziurawa, częściowo szutrowa droga po stronie BIH. Kilka baraków. Lubię takie klimaty, kojarzą mi się z przekraczaniem granic na krańcach świata. Tam przejścia wyglądają podobnie.

Cieszyłem się, że opuszczam Czarnogórę. Jak na tak krótki pobyt, problemów, głupot i upierdliwości było za dużo. Irytujący kraj.

Opublikowano w Blog

Tytułowe pytanie mogę skwitować krótko: oczywiście tak. Nawet dodam, że prawdopodobieństwo wygranej jest bardzo duże. Lecz mimo wszystko, starałem się z tego miasta wydobyć coś ciekawego. Ponadto, lubię podróżować po najbardziej zapyziałych miejscach na świecie. Mają fajny klimat.

Czarnogóra stanowiła krótki przystanek w drodze do Bośni i Hercegowiny. Zastanawiałem się, czy wydarzy się tutaj cokolwiek, co zachęci mnie do powrotu do tego małego młodego państwa. Początek nie był najlepszy. Ze Szkodry do Podgoricy jechałem autobusem czarnogórskiej firmy. Jak na 60km do pokonania cena 10 euro była wygórowana. Dotąd było dużo taniej. Gdy pasażerowie zajęli miejsca, niewielu nas było, kierowca nagle zaczął chodzić zbierając dodatkowe 2 euro opłaty za bagaż. W zamian dając kwit z napisem: "przewoźnik odpowiada za zgubienie bagażu do wysokości 50 euro". Jakiś żart i ten chamski sposób dopłacania do biletu, z którym dawno się już nie spotkałem. Przy dwóch osobach lub więcej, lepiej wynająć taksówkę. Pazerny kierowca zabrał też czwórkę jakichś emigrantów, od razu ich skasował. Oni, że do Podgoricy. On, że no problem. A niewiele później czarnogórska straż graniczna kazała im spadać skąd przybyli, czego kierowca autobusu z pewnością był świadom. Pieniędzy nie oddał.

Stolica Montenegro (Czarnogóry) przywitała mnie upałem, w cieniu 34-36 stopni Celsjusza. Mimo że nie jest atrakcją turystyczną, to kilka hosteli tutaj działa, zazwyczaj w mieszkaniach w blokach. Małe, ciasne, w lecie jak w saunie. Wybrałem najbliższy dworca autobusowego i stacji kolejowej. Już w tym miejscu mogę go odradzić. Nazywa się: Hostel Podgorica. Ponad 10 minut czekałem, by mi ktoś otworzył. Potem czekałem kolejne 15minut zanim pracownik/właściciel? skończy się kąpać i łaskawie załatwi ze mną formalności. Kolejną niespodzianką było to, że do wygórowanej ceny 12 euro, jak na marny hostel w bloku, doliczone zostało jeszcze 0,90 euro podatku, o którym nie było przy rezerwacji mowy. Jednym słowem, Czarnogóra powitała mnie - nienajlepiej.

Nie chcąc tracić czasu, szybko ruszyłem na miasto. Podgorica liczy prawie 200 tysięcy mieszkańców, a cały kraj trochę ponad 600 tysięcy. Jak na stolicę państwa jest wybitnie mało reprezentacyjna. Bloki, brzydko, biednie. Atmosfera małomiasteczkowa. Ale nawet tutaj musi coś być do zobaczenia, pomyślałem. No i ta sympatyczna starożytna nazwa - Birziminium (później też Ribnica).

Niedaleko centrum jest zabytkowa Wieża Zegarowa (1667r., 19m wys.). Podobna do wszystkich tego typu, umiejscowiona w mało atrakcyjnym miejscu. Pomiędzy blokami a starym fragmentem zabudowy (Stara Varos), którego nie można nazwać starym miastem. To kilka krętych uliczek bez chodników z zabudową przypominającą wieś a nie miasto, uzupełnioną o kilka meczetów jak Starodoganjska dzamija (prawdop. XV w.). Stąd tylko kilka kroków nad wysoki brzeg rzeki Moraca. A tam, niewielkie ruiny zamku osmańskiego (z ok. 1477 r.). Totalnie zaniedbane, walące się, absolutne resztki. Zarośnięte, zaśmiecone. Można przejść obok i przegapić. Poniżej nad potokiem Ribnica wznosi się niewielki zabytkowy kamienny mostek z tych samych czasów. Cały okoliczny teren jest totalnie zapuszczony.

Po wejściu na wysoki brzeg, za mostem na Moracy, położona jest część miasta, która nazywa się centrum. Ale to naciągane słowo i niewielki obszar. Tutaj znajdują się ważne urzędowe budynki i Plac Republiki, zwany też Placem Niepodległości, z fontanną, w której kąpały się dzieciaki.

Była niedziela i Podgorica wyglądała na niemalże wymarłe miasto. W restauracjach wszędzie zero człowieka, w ogródkach piwnych również. Kilka przecznic dalej mieści się stadion i zabytkowa niewielka cerkiew - Svetog Dorda. Za nią na wzgórzu Gorica umiejscowiony jest pomnik partyzantów oznaczony datami: 1941-1945. Jak cały sąsiedni park, zaniedbany.

W pobliżu są: efektowny wantowy Most Milenijny (173m długości) i pieszy Most Moskiewski nad rzeką Moraca, płynącą w kanionie. Upał i dosyć czysta woda przyciągnęła trochę kąpiących. Przywiązanie do Moskwy nie powinno dziwić. Duża część populacji bardzo ciepło myśli o Rosji. Ci, którym zależy na dołączeniu do NATO i UE, nie podzielają tego entuzjazmu. Ale faktem jest, że znaczną część dochodów kraju zapewniają Rosjanie, którzy wykupili w Czarnogórze mnóstwo nieruchomości, tutaj się bawią i wydają pieniądze. Z tymi nieruchomościami jest zresztą problem, bo pojawiają się głosy, że fragmenty kraju przypominają Rosję a nie Czarnogórę.

Minęło trochę ponad godzinę, a ja zobaczyłem osiemdziesiąt procent tego co chciałem. Zostało mi pół dnia. Wobec powyższego wybrałem się pieszo do ruin starożytnego miasta Doclea.

Ciekawostki.

Czarnogóra od Serbii odłączyła się w 2006 roku, stara się o przyjęcie do NATO i Unii Europejskiej. Wielopaństwowa mozaika Europy ma swój urok, ale generalnie jestem przeciwny takiemu rozdrabnianiu, bo to niczemu dobremu nie służy. W obecnych czasach, tylko silne organizmy państwowe mają na coś wpływ. A takie państewko jak Czarnogóra można zdobyć w jeden dzień.

Waluta euro nie przysłużyła się Czarnogórze, jest wyraźnie drożej niż u sąsiadów.

Czym bardziej zapyziałe miasto i czym mniejsza konkurencja na rynku hosteli i hoteli, tym drożej. Przykładem tego jest Podgorica. U sąsiadów za 2/3 tutejszej hostelowej ceny, można otrzymać nocleg w lepszych warunkach i to ze śniadaniem. Na przykład tak było w kosowskiej Prisztinie, za 8euro, kiedy tutaj za 12,90euro, ciasny, nagrzany i zaniedbany hostel w bloku bez śniadania. Innymi słowy, w Podgoricy, za nocleg w gorszym standardzie trzeba zapłacić dużo więcej, niż gdzie indziej za coś lepszego.

O ile na Bałkanach ludzie zazwyczaj są bardzo sympatyczni, o tyle w Czarnogórze pod tym względem było dużo gorzej. Z kulturą osobistą to samo. A i urodziwość kobiet, znacznie odbiegała in minus, od średniej bałkańskiej.

Informacje praktyczne (VII.2016):

waluta: euro

Autobus Szkodra (Albania) - Podgorica: 12euro (w tym 2 euro bilet bagażowy), 60km, do 2h. Taksówki od 30 euro. 

Autobus Podgorica - Sarajewo (BiH): 18,90 euro + 1 euro bilet bagażowy. Autobus był niskiej jakości, nieklimatyzowany, częściowo bez zasłon, a słońce dawało w kość. 230km, 6h podróży.

Na spacer po Podgoricy wystarczą dwie godziny.

Przykłady cen: 0,90euro dwie lokalne drożdżówki, 2 euro duża cola zero, półlitrowa woda i niewielki lód na stacji benzynowej 2,4 eruo.

Opublikowano w Blog

Nowy Tomyśl (Wielkopolska - pomiędzy Poznaniem a niemiecką granicą)

Miałem niedawno okazję gościć w nim na podróżniczej prelekcji. To niewielkie miasto pewnie mało komu się kojarzy, ale jak każde miejsce na świecie, ma coś ciekawego do zaoferowania. Oprócz budynków użyteczności publicznej i kamienic z XVIII i XIX wieku, koło ratusza stoi największy wiklinowy kosz na świecie. Więc nie dziwi istnienie w mieście Muzeum Wikliniarstwa i Chmielarstwa. W Nowym Tomyślu funkcjonuje również zoo, nieduże, ale też nie takie małe. W okolicach miasta jest sporo pięknych lasów, a niemal w każdym sklepie spożywczym zakupimy regionalny ser smażony, chroniony prawem Unii Europejskiej. Przypomina ser topiony, wytwarzany jest ze zgliwiałego (dojrzewającego) twarogu, następnie jest smażony. To pierwszy zarejestrowany polski ser, z innego regionu niż Podhale.

Cieszy mnie, że przybywa w Polsce takich miejsc jak Biblioteka w Nowym Tomyślu (Miejska i Powiatowa Biblioteka Publiczna). Świetnie wyposażonych, przemyślanie zagospodarowanych. Estetycznych. Gdzie pomyślano o młodym czytelniku i tym starszym. Gdzie jest miejsce na spotkania, wystawy i szereg imprez kulturalnych. I co najważniejsze, gdzie pracują ludzie, dla których chce się przychodzić do biblioteki,  którzy poszerzają horyzonty lokalnej społeczności.

Jako gość-prelegent zawsze doceniam, gdy zastaję przygotowaną salę, z dobrze działającym sprzętem. Spotkanie jest dobrze rozreklamowane. W Nowym Tomyślu na każdym krześle pomyślano nawet o estetycznych ulotkach ze zdjęciem i opisem tego co robię, jak również o publikacji w lokalnym periodyku. A po spotkaniu wszyscy uczestnicy mogli kontynuować rozmowy przy kawie i cieście, w przygotowanej sali. Dziękuję!

Kilka zdjęć w galerii poniżej.

Studencki Schron Turystyczny Pod Solniskiem (Lachowice) zwany też Chatką Studencką na Adamach. Beskid Żywiecki.

Korzystając z wyszukiwarki na stronie można znaleźć więcej materiałów na temat tego miejsca (m.in. TUTAJ). Teraz kilka zdań o ostatniej wizycie na końcówce października. Związana ona była z imprezą, zwaną ŚPIEWOGRANIEM. Gitary, świece, kominek, słodkości i piosenka turystyczna, ale nie tylko. Fantastyczna górska atmosfera. Uzupełniona spacerami, grzybobraniem, kiełbaskami z ogniska i rąbaniem drewna na zimę.

Chatka spełnia wszystkie standardy, jest bardzo zadbana. Opiekuje się nią Politechnika Gliwicka. Inżynierskie patenty widać wewnątrz, m.in. pod postacią ogrzewania, toalet, pryszniców z ciepłą wodą. To świetne miejsce, by sobie porozmawiać, zwłaszcza że wifi brak a i sygnał telefonii komórkowych potrafi się zgubić. Dla niektórych minusem może być zakaz spożywania alkoholu. :)

Zdjęcia poniżej.

Warszawa moim drugim domem. Wizyta w telewizji TVN i w Polskim Radiu.

Warszawę lubię i bywam w niej często. Coraz częściej. Na coraz dłużej. I gdy wykonam swoje zadania, zawsze staram się coś pozwiedzać, pójść na spacer, spotkać się z przyjaciółmi.

Tym razem do stolicy przygnały mnie nagrania dla TVN24 Biznes i Świat oraz rozmowa w Polskim Radiu - w CZWÓRCE. Tematem przewodnim były wulkany i PROJEKT 100 WULKANÓW.  A po i przed, oprócz spotkań towarzyskich, znalazłem chwilę na spacer po Starym Mieście czy wizytę w Pałacu Kultury i Nauki. A jeden z pięknych listopadowych dni spędziłem w bardzo romantycznych w tej scenerii parkach - Ujazdowskim i Łazienkach. Spotkałem tam sporo par, w okresie równie pięknej jesieni ich życia, z Wielkiej Brytanii i Irlandii. Przyjechali, bądź turystycznie, bądź odwiedzić pracujące w Warszawie dziecko. Jakoś tak się złożyło, że zaczepiali mnie pytając o drogę czy o dane miejsce. Z niektórymi sobie porozmawiałem. O naszych rudych wiewiórkach i ich szarych. Byli zaskoczeni czystością Warszawy, spokojną atmosferą. Bardzo sympatycznie o naszej stolicy się wypowiadali. Rozmawialiśmy także o wyborach prezydenckich w USA, wyniki miały być ogłoszone nazajutrz. Podstawowa konkluzja była taka, że jest to wybór między dwoma ciężkimi chorobami, może nieuleczalnymi. Niestety, trzeciego, lepszego kandydata zabrakło. Wszyscy zgadzali się co do tego. Jednakże twierdziłem, że wbrew sondażom wygra Trump, bo ludzie mają dość obecnej formy sprawowania władzy i demokracji, która powoli przestaje nią być. Potrzebne jest przesilenie i głębokie reformy. Moi rozmówcy twierdzili, że na pewno wygra Hillary Clinton, bo jak wygra Donald Trump to będzie tragedia. W odpowiedzi ode mnie usłyszeli, że Trump musi mówić różne rzeczy, by się wyróżnić, a jak wygra, będzie spokojniejszy i bardziej przewidywalny. A może rzeczywiście uda mu sie coś zmienić w obecnej polityce? Czasami w szaleństwie jest metoda.

Pani Clinton to wytwór skostniałego establishmentu. Jej rodzina dorobiła się majątku na polityce, są oderwani od rzeczywistości, bo tak się kończy najczęściej po wieloletnim sprawowaniu wysokich stanowisk państwowych. Władza, pieniądze, układy, roszady, poczucie wszechmocy - takich ludzi to kręci i pcha do polityki. A nie żadna praca dla dobra wszystkich obywateli. Oczywiście Hillary Clinton jest doświadczonym, sprawnym politykiem i twardym - lecz w obecnych czasach to coraz częściej dyskwalifikujące wady. Ludzie, nie tylko w USA, mają obecnego zarządzania państwami dość, mają poczucie braku wpływu na cokolwiek. Szkoda tylko, że mobilizują się jedynie na jedno głosowanie, a później odpuszczają walkę o zmiany i reformy.

Lecz wracając do Warszawy, jak tak się zastanowię i policzę moje dobre kilkadziesiąt wizyt w ostatnich trzech latach, to udało mi się poznać kawał Warszawy. Ale ciągle mi mało.

Materiał z TVN24 BIS jest: TUTAJ.

Materiał w z Radiowej Czwórki jest: TUTAJ (po lewej stronie).

Zdjęcia poniżej.

Książka w podróży

Podróżując, najczęściej pociągiem, zawsze zabieram książkę. Obecnie nie mogę oderwać się od twórczości Milana Kundery. Nie dość, że świetnie pisze, to zgadzam się z mnóstwem jego wniosków, sugestii, spostrzeżeń. Brak czasu ogranicza moje możliwości czytelnicze, dlatego zawsze się cieszę, gdy mogę zabrać ze sobą w podróż kolejną powieść Kundery.

SPOKEY

Spokey, to producent między innymi sprzętu turystycznego, a nasza współpraca trwa juz trochę. Właśnie przysłali mi nową porcję, z nowym zdjęciem, kartek, które podpisuję przy różnych okazjach. W samą porę, bo ostatnia wersja już się wyczerpała. :)

Opublikowano w Blog
Szkodra (Shkodër, Scodra) to około stutysięczne miasto w pobliżu Czarnogóry (13km), jeziora Szkoderskiego (3km) i Adriatyku (30km). Jedno z najstarszych i najbardziej historycznych miast w Albanii, u podnóża Alp Albańskich (dokładnie Północnoalbańskich, które wznoszą się do prawie 2700m i są częścią Gór Dynarskich).

Niedaleko Ronda Demokracji i głównego meczetu (Ebu Beker(Bakr), 1994-1995, na miejscu wcześniejszego) znajduje się stare miasto (Pjaca), z ładnymi niewysokimi kamieniczkami oraz uliczkami-deptakami, wyłożonymi kamieniem. Na drugim krańcu tej zabytkowej strefy, góruje nad okoliczną zabudową znacznych rozmiarów katedra katolicka (1867r.). Bardzo sympatyczne miejsce na spacer. Spokojne, z licznymi kawiarniami i ogródkami, zwłaszcza w pobliżu wspomnianego meczetu.

4 kilometry od centrum wznosi się na ok. 130-metrowym skalnym wzgórzu zamek Rozafa (Rozafat, Shkoder Castle). Do dnia dzisiejszego zachowały się ruiny. Twierdza na tym wzgórzu funkcjonowała już w czasach starożytnych (IV w. p.n.e.), gdy funkcjonowało państwo ilyryjskie. Większość zachowanych fragmentów pochodzi z czasów średniowiecznych. Ruiny nie są spektakularne, za to oferują piękne widoki na całą okolicę, ze Szkodrą i Jeziorem Szkoderskim na czele.

Pod zamkiem płyną rzeki: Buna i Drini, bardzo blisko stąd do Jeziora Szkoderskiego, którego większa część znajduje się po stronie Czarnogóry. Ten największy akwen na Bałkanach, położony w pobliżu Morza Adriatyckiego, jest płytkim jeziorem (średnio ok. 5m głęb., maks. 8,3m) i nisko położonym (ok. 6m n.p.m.), o powierzchni 370-530km kwadratowych (w zależności od ilości wody). Długie do 44km, szerokie do 14km. Wypływa z niego rzeka Buna. Liczne ryby, w tym wiele endemicznych, ślimaki słodkowodne, niewielkie wyspy, jakieś 270 gatunków ptactwa, a nade wszystko fantastyczna woda do kąpieli. Szkodrę i okolicę zwiedzałem na rowerze, kąpieli oczywiście sobie nie odpuściłem.

Udając się w kierunku gór (na północ), około 8km od centrum Szkodry, w korycie rzeki Kir, dostrzeżemy piękny kamienny most Mes z czasów otomańskich (osmańskich, wybudowany ok. 1770/80r., Ura e Mesit). Most ma 108 metrów długości i funkcjonuje jako atrakcja turystyczna, obok jest współczesny most. W lecie rzeka Kir świetnie nadaje sie do kąpieli, woda jest ciepła.

Z innych okolicznych atrakcji można wymienić: meczet Xhamia e Plumbit (1773r.) widoczny z fortu Rozafa, ruiny średniowiecznego miasta Shurdhah (Sarda), ok. 15km od Szkodry (położone jest na wyspie, na sztucznym jeziorze powstałym po spiętrzeniu rzeki Drini). Średniowieczna cytadela Drisht, znajduje się ok. 5km na wschód od miasta, niedaleko stąd także nad morze, w góry, i do leżącej po sąsiedzku Czarnogóry.

Ciekawostki

Spacerując po ruinach fortów w Szkodrze, czyniłem to w ciszy i spokoju. Nie było nikogo poza mną. Później przyszła para Słowaków z dzieckiem. Piękna pogoda, takież widoki, sielanka. Gdy nagle podjechały dwa autokary pod zamek. Pomyślałem, pewnie polskie wycieczki. Nie myliłem się. Nagle na zamku zrobił się tłok za sprawą dodatkowych ponad 80 osób. Krzyki, hałasy, kłótnie i pilot zanudzający swoim monotonnym głosem. Na szczęście już wszystko zobaczyłem i mogłem stamtąd uciec. W jednym momencie piękna chwila celebrowania zabytku w ciszy, zamieniła się w zakopiańskie Krupówki. Swoją drogą, tak liczne zwiedzanie wychodzi z mody, bo to nie jest zbyt przyjemne. Coraz rzadziej spotykam wycieczki autokarowe, najczęściej z Polakami w środku. Czy tak polubiliśmy stadne zwiedzanie świata czy jak zwykle wszystko rozbija się o pieniądze?

Albańczycy byli bardzo dumni, że ich drużyna grała na EURO 2016 we Francji. Później bardzo dopingowali Niemcom, bo wielu tam pracuje, Niemcy też mocno Albanii pomagają. Ponadto szaleństwo na Bałkanach w związku z Euro było ogromne. Czułem się jak kosmita, bo mnie piłka nożna nudzi.

Albania ma duże problemy ze śmieciami, składowiskami na polach, przy rzekach itd. Nie radzą sobie z tym.

Informacje praktyczne (VII.2016):

waluta: lek, 1 euro = 136,6 leków

Bilet autobusowy Tirana - Szkodra 300 leków (ok. 100km, ok. 2h30min)

Zamek Rozafa - bilet 200 leków

Wypożyczenie roweru w hostelu na pół dnia 280 leków, nocleg w kilkuosobowym pokoju, w hostelu, w centrum Szkodry, z sympatycznym ogrodem - The Wanderers Hostel, kosztował 8 euro (można było płacić w tej walucie).

Autobus Szkodra - Podgorica (60km) 12 euro, taxi 30-40 euro (niektórzy taksówkarze byli bardzo natarczywi chcąc wymusić kurs i mówiąc, że żaden autobus nie przyjedzie tego dnia, a w ogóle kosztuje 20 euro, lecz zdarzył sie też taksówkarz, który przekazał mi dokładną informację o autobusie i cenie).

Główny postój autobusów mieści się przy ulicy Teuta, obok Ronda (placu) Demokracji  i głównego meczetu (Xhamia e Madhe).

Opublikowano w Blog
Miasta Durres (Durrës) nie miałem w planie. Lecz przejeżdżając przez nie w drodze do Tirany stwierdziłem, że jest tak blisko, a w Tiranie nie mam za wiele do roboty, to się wybiorę. Wykąpię w Adriatyku, czego również w planie podczas tej wycieczki na Bałkany nie miałem. To była jedyna okazja.

Po krótkim spacerze po Tiranie i zostawieniu plecaka w hostelu, udałem się pieszo na dworzec i dalej autobusem. Miałem kilka godzin do zmroku. Durres - główny port kraju, jak na albańskie warunki, jest miastem dużym, przekraczającym 200 tysięcy mieszkańców. Pod względem zabytków jest atrakcyjniejsze od Tirany, no i ma morze.

W centrum jest kilka ładnych kamienic, kościołów różnych wyznań. Przeplatanych centrami handlowymi. Nic szczególnego. Jest kilka ulic handlowych, czasami z rosnącymi przy nich palmami.

Blisko morza i promenady położona jest jedna z największych atrakcji - Wieża Wenecka, stanowiąca część niegdysiejszego zamku (Durres Castle), budowanego w okresie: I w. p.n.e. - 5 w. n.e., później rozbudowywanego i przebudowywanego. Zamek niszczyły w swojej historii trzęsienia ziemi. Sama, niewysoka wieża w kształcie rotundy, pochodzi z XV wieku, z czasów weneckiej okupacji. Obok wieży rozpoczyna się długi ciąg murów miejskich o blisko 5-metrowej wysokości. Niedaleko w sąsiedztwie znajduje się antyczny rzymski amfiteatr, największy na Bałkanach. Trwają starania o wpisanie go na listę UNESCO.

Pochodzi z II w. n.e., ma 132m długości i 113m szerokości. Wysokość do 20m, forma zachowania: ruina. Kształt: elipsa. W podziemiach znajduje się wczesnochrześcijańska kaplica z drugiej poł. IV w. Znajdziemy tam fragmenty mozaiki z VI w. i bizantyjskie freski z XIII w. Amfiteatr jest ściśle zabudowany wokół, są pomysły, by część budynków wyburzyć, by go wyeksponować w całości. Część ruin jest zadbana i zabezpieczona, ale część w dosyć złej kondycji. Amfiteatr dobrze widać z uliczki prowadzącej nad nim, od strony murów miejskich do placu Sheshi Liria (centralnego). Może dlatego byłem jedynym zwiedzającym go od środka.

Wspomniany plac jest na wysokim poziomie, z fontannami, obok są ważne budynki, ratusza, teatru (im. Aleksandër Moisiu) i największego meczetu w Durres. Do placu dochodzą też mury miejskie, kończące się przy meczecie. Miasto jest zasobne w muzea i teatry.

Blisko opisanych miejsc znajduje się promenada i Adriatyk. Promenada jest długa, przyjemna. Wzdłuż niej trochę zieleni, pomników. Także sprzedawców grillowanej kukurydzy czy słonecznika. Funkcjonowało mini wesołe miasteczko. Przy promenadzie jest nowoczesne i efektowne molo, pełniące funkcje handlowo-gastronomiczne. Widać w tle żurawie portowe i hotele, brzydkie (blokowate). Było wybitnie pusto podczas mojego spaceru w tym miejscu, a pogoda dopisywała.

Pierwsza ciekawsza plaża znajduje się za nadmorskim deptakiem. Woda tam była czysta, choć po drodze widziałem jak rurami do morza wpływają ścieki. Nie omieszkałem się wykąpać, w bardzo przyjemnej wodzie. Jednym z fajniejszych miejsc w rejonie promenady są kilkupoziomowe kamienne schody nad samym morzem. Miejsce spotkań młodzieży i zakochanych.

Zapadał zmrok, gdy wracałem do Tirany, po której odbyłem nocy spacer, obserwując kolejny raz niezrozumiałe dla mnie szaleństwo oglądania piłki nożnej (EURO 2016 we Francji). Jest to dla mnie fenomen, że ludzie potrafią zapłacić duże pieniądze za oglądanie meczu i dwudziestu kilku facetów (wliczając sędziów) biegających po trawie. Bym ja obejrzał mecz, mnie trzeba by dużo zapłacić. Ktoś się zaraz przyczepi, że kobiety również grają w piłkę. Jak lubią to niech grają, ale tego jeszcze bardziej się nie da oglądać. Chyba że grałyby bez... ale już nic więcej nie napiszę, bo zaraz mnie posądzą o seksizm :). Chociaż to samo rozwiązanie w przypadku mężczyzn-piłkarzy, przyciągnęłoby kobiety do oglądania piłki nożnej :).

Ciekawostki.

Z dzieciństwa pamiętam babcie stojące na rogach ulic i sprzedające prażony słonecznik. Na wschodzie od Polski i na Bałkanach, nadal to się zdarza, i zawsze kupuję tytkę ze słonecznikiem.

Informacje praktyczne (VII.2016):

Durres od Tirany dzieli 35km (do godziny jazdy). Autobusy (100-120 leków) i mikrobusy (200leków) odjeżdżają z dworców i przystanków, znajdujących się przy ulicach: Dritan HoxhaDurresit. Z jednego z dworców w tej okolicy, chociaż to za duże słowo, niedaleko ronda Zogu i Zi odjeżdżają autobusy do Szkodry. Ponoć do Durres można też dostać się pociągiem, ale nie sprawdzałem tej opcji. Tak samo jak tego, że z Durres można do włoskiego Bari przetransportować się promem.

Bilet wstępu do amfiteatru kosztował 400 leków.

Kilka cen: drożdżówka 80 leków, półlitrowy napój 100 leków, lód 100 leków, magnes na lodówkę 200-300 leków. Paliwa (1 litr): benzyna95 - 163 leków, diesel - 162 leków, autogaz - 35 leków.

waluta: lek, 1 euro = 136,6 leków

Opublikowano w Blog

nationalgeographic box

red bull 225x150

TOKFM box

iexpert 225X150px

stopka plecak

LogoStopka

stopka plecak

Strona używa informacji zapisanych za pomocą… plików cookies w celu dostosowania do indywidualnych potrzeb użytkowników. Jeżeli tego nie akceptujesz zmień ustawienia przeglądarki dotyczą…ce cookies. Więcej informacji można znaleźć‡ w naszej Polityce prywatności.