NAJBLIŻSZE PRELEKCJE PODRÓŻNICZE i INNE WYDARZENIA:

 19 sierpień - 7 wrzesień - Tanzania (Kilimandżaro, Serengeti, Ngorongoro, Zanzibar)

 24 wrzesień - XXII Festiwal Górski w Lądku Zdroju, o PROJEKCIE 100 WULKANÓW, w panelu w Wielkim Namiocie pomiędzy godz. 10 a 16. PROGRAM

 a2b2

portal gorski 225x150 box

slaskie box

spokey.jpg 225PX

LOGO

Podziel się

FacebookMySpaceTwitterGoogle BookmarksLinkedinRSS Feed
Kończący się rok był u mnie bardzo udany wyjazdowo. Jako miłośnik statystyk, trochę liczb i danych. Odwiedziłem Amerykę Północną, Południową, Oceanię, Afrykę, Azję i trochę europejskich krajów. Łącznie parę miesięcy w podróży. Krajów uzbierało się 20 (łącznie prawie 80). Przekraczałem granice ponad 40 razy, pokonałem 100 tysięcy kilometrów. Przerobiłem wszystkie pory roku i niemal wszystkie strefy klimatyczne. Kilkanaście razy byłem na szczytach pomiędzy 6000 a 7000 m, trafiły się cztery solidne pięciotysięczne szczyty i około dziesięć razy stawałem na czterotysięcznikach.

Oprócz gór i wulkanów (Projekt 100 wulkanów po 11-tu latach przekroczył półmetek), nie zabrakło mórz, oceanów, pustyń, lasów tropikalnych. Lodowców, jaskiń, potężnych rzek i jezior. Spotkania z bezcenną fauną i florą. No i oczywiście rdzenne kultury, atrakcje kulinarne, wielkie miasta i zabytki.

Udało się zrobić w tym wszystkim kilka bardzo wartościowych rzeczy, o części z nich pisałem: Sukcesy sportowe, eksploracyjne i naukowe WYPRAWY 2015/2016 - odbytej w ramach PROJEKTU 100 WULKANÓW.

Jako mało świąteczny człowiek, tradycyjnie święta spędzam poza domem. Tym razem padło na Dubaj i Zjednoczone Emiraty Arabskie. Jednym z wielkich plusów aktywnego spędzania świąt, jest to, że  w tym okresie zwykle chudnę zamiast tyć i nikt nie musi przesiadywać ani w kuchni, ani przy stole.

Pozdrawiam z Dubaju 

Grzegorz Gawlik

Na zdjęciach trochę obrazów bożonarodzeniowo-noworocznych z poza Polski.

Opublikowano w Blog
Stolica Serbii z wszystkich bałkańskich państw, które nie są obecnie częścią Unii Europejskiej, jest najbardziej reprezentacyjna i zamieszkana przez największą liczbę osób. Mimo to, jest miastem przeciętnym i dosyć zaniedbanym.
Przy takiej czarnogórskiej Podgoricy jest wielką i wspaniałą metropolią, jednak już w konfrontacji choćby z Pragą, wypada bardzo mizernie. Dla mnie największym atutem był zgiełk dużego miasta, serbska stolica ma bowiem ok. 1,2mln mieszkańców. Podczas odwiedzin wcześniejszych stolic, na opisywanym wyjeździe, czułem ich prowincjonalność, a nawet małomiasteczkowość. Belgrad (Beograd), choć zaniedbany i dosyć biedny, tętnił życiem. Uwielbiam przyrodnicze pustkowia, ale dla kontrastu bardzo dobrze się czuję w wielkich miastach. 15-20-milionowe aglomeracje Ameryk czy Azji, to także mój żywioł.

Dworzec autobusowy i kolejowy w Belgradzie są obok siebie. Upał, mnóstwo ludzi, w tym trochę bezdomnych, pijaczków, narkomanów, koczujących emigrantów. Nie tracąc czasu, chciałem jak najszybciej znaleźć kawałek łóżka i miejsce, gdzie zostawię plecak, by ruszyć na miasto. Koło dworca jest sporo hosteli - w mieszkaniach - w blokach albo w kamienicach, z których tynk spada na głowę. Wszedłem do pierwszego, ale nie było miejsc. Pewnie z powodu niskiej ceny, 6 euro. W innym, gdzie cena wynosiła 8 euro, takich problemów nie miałem. Było pustawo. I jak w podobnych tego typu obiektach. Dosyć brzydko, bez kuchni, na korytarzu popsuta lodówka. Dobrze, że jeszcze łazienki nie przerobiono na pokój z łóżkami. Nie tracąc czasu, wyruszyłem na długą wędrówkę po mieście.

Co ciekawego do zobaczenia oferuje Belgrad? Garść informacji i propozycji obejmujących w szczególności Śródmieście z przyległościami.

Kościół Świętego Sawy, jedna z największych cerkwi na świecie. Położona na płaskowyżu Vracar, na którym też stoi Stare Miasto i Twierdza Belgradzka. Święty Sawa był założycielem Serbskiego Kościoła Prawosławnego, kościół powstał w miejscu, gdzie w 1595 roku osmański wezyr Sinan Pasza spalił jego szczątki. W większości zbudowany został w latach 1985-1989, jednakże prace wykończeniowe w środku trwają do dzisiaj i do ukończenia jeszcze trochę brakuje (stan na 2016 roku). Owa monumentalna budowla, wysoka na 79 metrów, otoczona jest parkiem, w którym fontanna i mniejszy kościół, a także Biblioteka Narodowa.

Zmierzając ku Staremu Miastu, mijając Muzeum Nikoli Tesli (ul. Krunska 51), w innym parku - Tasmajdan, stoi ogromna cerkiew św. Marka (1904r., styl serbsko-bizantyjski), za nią okazały budynek Serbskiej Poczty, a po drugiej stronie ulicy gmach Serbskiego Parlamentu (1936r.), naprzeciwko parku Pionirski. Wcześniej był to Parlament Jugosławii oraz Serbii i Czarnogóry. Ustawiono przed nim plansze z licznymi zdjęciami i nazwiskami, informujące, że to ofiary Albańczyków z UCK (Armia Wyzwolenia Kosowa) i agresji NATO na Serbię. Notabene, Czarnogóra, do niedawna będąca we wspólnym państwie z Serbią, jest na zaawansowanym poziomie w staraniach o członkostwo w NATO. Niemalże naprzeciwko parlamentu, w Starym Dworze (Stari Dvor), byłym pałacu królewskim, ma siedzibę Zgromadzenie Miasta Belgrad.

W tej okolicy - parku Tasmajdan i placu Nikoli Pasica można spotkać liczne monumentalne gmachy. Stąd już tylko krok do serca Starego Miasta.

Wędrując po śródmieściu Belgradu można spotkać wiele kontrastów, od pięknych budowli w dobrym stanie, poprzez strasznie zaniedbane. Można jeszcze znaleźć zniszczenia po bombardowaniach NATO w 1999 roku.

Funkcję rynku pełni Plac Republiki, przy którym wznosi się Narodowe Muzeum. Plac nie urzeka urodą, ale właśnie tutaj jest stara część Belgradu. Liczne ulice prostopadłe i równoległe otoczone secesyjnymi kamienicami. Część przerobiono na deptaki, z ulicą Kniazia Michaiła na czele. Są sklepy, restauracje z ogródkami na zewnątrz, różne kramy i handlarze. Pośród zadbanych budynków, nietrudno znaleźć te zapuszczone, zwłaszcza poza najważniejszymi deptakami. Ten najchętniej odwiedzany przez turystów fragment Belgradu, położony jest na wysokim brzegu Sawy i Dunaju (Danube), sąsiaduje z Belgradzkimi Fortami (Belgradzka Twierdza). Potężnym kompleksem obronnym bardzo chętnie odwiedzanym przez mieszkańców i turystów. Cytadele tworzą Górne i Dolne Miasto (Duży i Mały Kalemegdan), nie brakuje bastionów i murów obronnych. Jak również zieleni z Parkiem Kalemegdan na czele. Po sąsiedzku jest zoo. Już w 3 wieku n.e. w tym miejscu Celtowie mięli swoją osadę, których pobiły miejscowe plemiona. Później Rzymianie mięli tu granicę oddzielającą ich państwo od "barbarzyńskiej Europy Środkowej". Słowiańskie plemiona osiedliły się na wzgórzu na początku 7 wieku, tocząc liczne boje. Przez długi czas była to twierdza bizantyjska, do 12 wieku. W kolejnych wiekach nabrała obecnego kształtu i ciągle stanowiła miejsce bitew i działań wojennych. Panowali tu Serbowie, ale też Imperium Osmańskie oraz Węgrzy i Austriacy. Ci ostatni poddali twierdzę dużej przebudowie i modernizacji w latach 1718-1738.  Kolejne bitwy, powstania, działania wojenne ponownie ją niszczyły. Obecna nazwa Kalemegdan pochodzi od tureckich słów jarmuż (twierdza) i meydan (bitwa). Pasuje idealnie, bo belgradzka forteca była podbijana i w stanie oblężenia przez blisko dwa tysiące lat.

Aktualnie jest miejscem spacerów, bo dużo tutaj zieleni i ładne widoki. Są boiska, korty tenisowe i plac zabaw - pomiędzy murami. Nie brakuje części muzealnej, także przedstawiającej czołgi z pierwszej połowy 20 wieku, jak polska tankietka TKF z 1933r., czy włoski średni czołg M13/40 Carro Armato z lat 30-tych. Jest kilka świątyń (różnych wyznań), pomnik Victora z 1928r. (dla upamiętnienia zwycięstwa Serbii na Turcją i Austro-Węgrami podczas I wojny światowej). Ponadto część murów upodobali sobie zakochani, zwłaszcza o zachodzie słońca. Bowiem, ze wzgórza sięgającego 125m n.p.m. rozpościera się piękny widok na rzeki - Sawa i Dunaj oraz fragmenty Belgradu i wzgórza na obrzeżach. Inni na kamiennych murach trenują wspinaczkę.

Liczne obiekty na terenie fortów mają swoje nazwy, jak wieża Despoty Stefana z początku 15 wieku, charakterystyczna Brama Istambuł albo Brama Karola VI Habsburga czy w sąsiedztwie rzeki Sawa, wieża Nebojsa. Od strony wody, wzgórze efektownie się prezentuje. I gdy już tam dojdziemy, warto zrobić sobie spacer nadbrzeżami, także nad pobliskim Dunajem. Skąd widać w oddali Donji Grad, jedną z atrakcji Belgradu. W dzielnicy tej jest sporo starych budynków i obiektów kulturalnych.

Blisko centrum, nad Sawą trwają przygotowania do budowy kompleksu biurowców i apartamentowców (Belgrade Waterfront), a dzisiaj w tej okolicy jest deptak i liczne popularne puby oraz restauracje. Stąd już tylko krok to belgradzkiej twierdzy czy na Stare Miasto.

Wracając jednak do rejonu ulicy Kneza Mihaila (Kniazia Michaiła), to znajduje się tam szereg ciekawych budowli. Rezydencja księżniczki Ljubica (1829-30r.), cerkiew katedralna św. Michała Archanioła (1837-40r.), budynek Beogradska zadruga (1905-07r.), czy fontanna Terazije na niewielkim placu otoczonym budynkami z przełomu 19 i 20 wieku (np. Hotel Moskwa). Ponadto, budynki teatrów, opery, ambasad, urzędów centralnych, uniwersyteckie.

Niedaleko, idąc w dół w kierunku Dunaju leży ulica Skadarlija. Zabytkowa, utrzymana jako deptak, ma ok. 400m długości. Jej charakter jest artystyczno-restauracyjny.

Niedaleko dworca kolejowego jest Budynek Rządu Serbskiego  (ul. Nemanjina 11), w pobliżu też Polska Ambasada czy wieżowiec Beogradjanka (Belgrad Lady, 1969-74r.). Z kolei w sąsiedztwie, obok placu (ronda) Slavija, siedzibę ma Narodowy Bank Serbii.

Trasa Belgrad - lotnisko, niecałe 20km. Warto zwrócić uwagę na dwa obiekty. Kombank arena - wielka hala widowiskowo-sportowa posiadająca 18 tys. miejsc, została otwarta w 2004r. Niedaleko wznosi się charakterystyczny wieżowiec - Genex Tower (Zachodnia Brama Belgradu). Kompleks dwóch wieżowców z 1980r., połączony łącznikiem z charakterystyczną wieżyczką nad jednym z budynków, w której restauracja. Wysokość 140m. Obecnie tylko jeden wieżowiec jest porównywalnie wysoki w Belgradzie - Usće Tower, umiejscowiony bliżej centrum. Ma podobną wysokość do dachu, 115m, ale z niewielką anteną 141m (został uszkodzony podczas nalotów NATO w 1999r., później zrekonstruowany). Najwyższym budynkiem w okolicy Belgradu jest Avala Tower - wieża telekomunikacyjno-obserwacyjna znajdująca się 15km w linii prostej od centrum. Wybudowana została w 1965 roku, zniszczona przez NATO w 1999roku, odbudowana w latach 2006-2009. Ma 204,5m wysokości, umiejscowiona jest na wzgórzu Avala, w pobliżu szczytu, który ma 511m n.p.m. (jedna z Panońskich Gór Wyspowych).

Lotnisko im. Nikoli Tesli jak na warunki europejskie jest niewielkim portem. Za to warto wspomnieć, że Tesla (1856-1943r.) urodził się w serbskiej rodzinie mieszkającej w Chorwacji (wtedy to była monarchia austriacka). Uczył się w Wiedniu i Budapeszcie, pracował w Paryżu, aż wyjechał do Stanów zjednoczonych, gdzie po latach owocnej pracy zmarł w Nowym Jorku. Ten autor blisko 300 patentów słynie przede wszystkim z urządzeń elektrycznych jak: silnik elektryczny, prądnica prądu przemiennego, dynamo, radio, bateria słoneczna, elektrownia wodna, urządzenie sterowane drogą radiową.

Kilkaset metrów od lotniska ma siedzibę Muzeum Lotnictwa, utworzone w 1957r. Obecnie zaniedbane i niedoinwestowane. Posiada ekspozycję w środku efektownego okrągłego szklanego budynku, jak i na zewnątrz. Wśród ekspozycji są zdobycze z działań wojennych końca 20 wieku.

Ciekawostki.

Na przedmieściach Belgradu odkryto stanowisko archeologiczne Kultury Vinca (Vinča, od nazwy miejscowości), z przed około 5500-4000 lat p.n.e. Znaki kultury Vinca nazywa się protopismem, jednakże gdyby uznać je za pełnoprawne pismo, byłoby może nawet najstarsze na świecie. Starsze od sumeryjskiego pisma klinowego (ok. 3000 lat p.n.e.). Tak zwany skrypt staroeuropejski (Old European), datuje się na ok. 5300 rok p.n.e.

Jednym z najbardziej niezwykłych znalezisk po tej kulturze jest charakterystyczna figurka Lady of Vinca (Kobieta Vinca). Najstarsza antropomorficzna figurka stworzona przy zastosowaniu hutnictwa miedziowego w Europie.

Zupełnie inny temat. W Polsce przeszliśmy już pewną ewolucję zachowania kupujących w sklepach i jakości obsługi w nich. To jeszcze nie jest poziom odpowiedni, u obu stron, ale w porównaniu z Serbią warty docenienia. Mimo krótkiego pobytu byłem świadkiem kilku podobnych sytuacji - w sklepach, marketach.

Albo ekspedientka (nie widziałem mężczyzny za kasą) niegrzeczna, niesympatyczna, robiąca łaskę, że w ogóle pracuje. A po drugiej stronie lady uprzejma osoba. Albo świetna, ciężko pracująca sprzedawczyni, uwijająca się bardzo szybko. I chamscy klienci. Poganiający, narzekający na zbyt powolne pakowanie towarów (w supermarketach to robią pracownicy kas) lub poniżający wykonywany zawód. Innymi słowy, poziom obycia i kultury czasami na poziomie bardzo prymitywnym.

Informacje praktyczne (VII.2016).

Waluta: dinar, 1 euro = 122 dinary.

Cena łóżka w hostelu, w kilkuosobowej sali: 6-12 euro (najczęściej 8-10).

Przejazd autobusem z pod dworca kolejowego w Belgradzie na lotnisko Tesli - ok. 30-40min, 300 dinarów.

Kilka cen: wina 0,7 l - od 300 dinarów do wielokrotności, cola 0,2 l - 125 dinarów, drożdżówka - 50 dinarów, duża kanapka z szynką podana na ciepło - 160 dinarów, duży kawałek szarlotki - 90 dinarów.

Za wstęp do Twierdzy Belgrad nikt ode mnie opłaty nie pobrał, za to Wieża Despoty Stefana kosztowała 50 dinarów.

Słyszałem, że trasa kolejowa Podgorica - Belgrad, jest bardzo atrakcyjna krajobrazowo.

UWAGA, sfotografowane brzydkie napisy na niektórych zdjęciach.

Opublikowano w Blog

W poprzednim artykule poddałem się natchnieniu bardziej literackiemu niż przewodnikowemu, więc teraz więcej treści praktycznych.

Do Zavidovići przyjechałem późnym wieczorem, przed 22:00. Przywitało mnie smutne coś, zwane dworcem autobusowym. Walące się chałupy na przemian z blokami. Krzywe chodniki albo ich brak. Oraz ciemności, funkcjonowały nieliczne latarnie.

Hotel, który szybko wynalazłem w internecie, okazał się nieczynny. Za to ładnie podświetlony na fioletowo-niebiesko. Z pomocą mieszkańców, niemal po sąsiedzku zlokalizowałem restaurację z kilkoma pokojami do wynajęcia na piętrze, które dumnie nazywali apartamentami. Cena jak na Bośnię i Hercegowinę (BiH) nie była okazyjna, 15 euro (pokój bez łazienki). Wcale mnie to nie dziwiło. Czym bardziej zapyziałe miejsce i mniejsza konkurencja w usługach hotelowych, tym drożej. Reguła ta sprawdza się wszędzie na świecie.

Odbyłem wieczorny długi spacer, obserwując obchody muzułmańskiego święta Id al-Fitr. A porankiem dnia następnego udałem się pieszo na szukanie kamiennych kul - po to tutaj przyjechałem.

W okolicy Zavidovići są dwa miejsca z kamiennymi kulami (kamene kugle, stone spheres). Do obu można dojść pieszo. Te odkryte wcześniej - w Sbones Mećcvići - łatwiej znaleźć dzięki tabliczkom w paru miejscach miasta (same kule są już poza jego granicami). Najnowsze odkrycie (z przełomu 2015/2016), na pograniczu Zavidovići i Dubravicy, wielka kula, jeszcze nie była oznakowana, poza marnymi amatorskimi tabliczkami w jej pobliżu. Z których nie wynikało do czego prowadzą.

Z pomocą miejscowej ludności znalazłem kulę w Dubravicy (w pobliżu ulicy Podubravlje, od centrum Zavidovići ze 3km), w zagajniku w niewielkiej dolince z mikro potokiem, niedaleko torów kolejowych i rzeki Bośnia. Na miejscu byłem sam, chociaż hamak i mini sklepik sugerowały, że ktoś tego terenu pilnuje, może pobiera nawet jakieś opłaty. Zresztą widniała tabliczka - teren prywatny. Wielkiej kuli nie dało sie przegapić. Odkopana mniej więcej w połowie. Pięknie owalna kamienna kula. Na oko mająca z półtora metra wysokości i szerokości. Objętość siedem-dziewięć metrów. Waga, co najmniej kilkanaście ton.

Za odnalezieniem kuli stoi Semir Osmanagić, ten od Doliny Piramid w rejonie Visoko, w linii prostej oddalonej o jakieś 50km, drogami o 90km. Dlatego nie dziwi, że nie przypisuje kuli naturalnego pochodzenia. Stworzyli ją ludzie tej samej cywilizacji, która kilkanaście tysięcy lat temu stawiała bośniackie piramidy - twierdzi. Przy okazji powołując się na podobne kamienne kule w Kostaryce, które rzeczywiście zostały stworzone ludzką ręką na przestrzeni 500-1500 lat naszej ery i są nawet na liście UNESCO.

Przedmiotową kulę zaczęto odkopywać wiosną 2016 roku, ale miejscowi mówili, że już w 2015 roku stwierdzono jej istnienie. Tematem zainteresowały się media z całego świata, w tym te duże i poważne. Każda atrakcja turystyczna chciałaby mieć taką reklamę. Trzeba też przyznać, że podobnej wielkości znaleziska dotąd w Europie nie dokonano.

Semir uważa, że znalezienie tej megalitycznej kuli tak blisko piramid nie może być przypadkiem i używa dalej górnolotnych słów, iż to najbardziej niezwykły wytwór człowieka w historii. Bardzo zaawansowanej starożytnej cywilizacji, po której nie zostały żadne zapiski.

Nie brakuje takich, którzy wierzą w działalność na tych terenach cywilizacji pozaziemskich. Natomiast świat poważnej nauki, nie tylko nie wierzy w piramidy, ale ową sferyczną kulę uważa za wytwór natury, jaki stwierdzono w kilku miejscach w Bośni (choć nie takich rozmiarów), i w wielu innych na świecie. Legenda jednak rośnie w siłę po tym znalezisku. Odpowiednio podgrzana, obrobiona medialnie i marketingowo, przyciąga coraz więcej turystów z całego świata. Zaczyna się jej przypisywać niezwykłe właściwości, choćby emitowanie dobrej bioenergii, która wzmacnia odporność.

Póki nie ma żadnego dowodu, że to ludzkie dzieło, traktuję ową kulę jako ekscytujący wytwór natury. To wystarczający powód, by tutaj przyjechać i ją zobaczyć. Zwiedziłem tyle zakątków świata, a takiej wielkiej kamiennej okrągłej kuli nie widziałem. To świadczy o jej wyjątkowości.

Kula znajduje się w niewielkiej dolinie, w dolnym fragmencie niewysokiego wzgórza. W zagajniku, w pobliżu strumyka, który tędy płynie. W sąsiedztwie są maleńkie skałki. Teren turystycznie siermiężnie zagospodarowany, lecz z czasem pewnie będzie lepiej. Bardzo mnie cieszyło, że poza mną nie ma tutaj nikogo i mogę się wszystkiemu spokojnie przyjrzeć.

Do Zavidovići przyjechałem dla tej wielkiej, dopiero co odkrytej, kuli. Ale szybko ustaliłem, że jest ich tutaj więcej. Całe skupisko znajduje się po drugiej stronie Zavidovici w stosunku do kuli koło Dubravicy. Czekał mnie dosyć długi marsz. Końcówkę przejechałem samochodem, bo przejeżdżał tędy Mahir, którego poznałem dzień wcześniej w Visoko. Ucieszyliśmy się na to niespodziewane spotkanie. Kamienne kule w miejscu zwanym Sbones Mećcvići (już za miastem), położone są również na wzgórzu, ale dosyć wysoko względem rzeki Bośnia. Zajmują wąski wąwóz, którym płynie strumyk, otoczony zagajnikiem. Widać, że kiedyś ten teren zagospodarowano turystycznie, ale nikt nie zadbał o utrzymanie tego stanu. Poza mną nie było nikogo, dopiero pod koniec dosyć długiego pobytu przyszło tutaj kilku bośniackich turystów.

W wąskim korycie prawie wyschniętego strumyku naliczyłem ponad 20 kul. Jedne niemal całe wystawały ponad ziemię, kolejne częściowo, a jeszcze inne fragmentarycznie. Niektóre były porozbijane na części. Wszystkie znaczenie mniejsze od tej koło Dubravicy, za to niektóre wybitnie okrągłe, do tego jakby wyszlifowane. Prawie bez skaz. Znalazłem też takie, których kształt miał wady pod względem okrągłości. Ciekawe miejsce, chociaż zaniedbane, trochę zaśmiecone. Mapa znajdująca się na małym drewnianym domku, obok skrzynki na wolne datki, pokazywała, że w tym rejonie jest około dziesięć miejsc, gdzie znaleziono co najmniej jedną podobną kulę. Semir Osmanagić uważa, pewnie nie bez racji, że kolejne czekają na odnalezienie.

Pozostało wrócić do pensjonatu, zabrać plecak i pierwszym autobusem do Sarajewa opuścić Zavidovići. Nijakie, brzydkie, zapomniane miasto. Mając wybór, niemal każdy by stąd uciekł. Nie poprawiają obrazu ani odnalezione tutaj kule, ani górzysty krajobraz, ani trzy rzeki, które płyną przez miasto: Bośnia, Krivaja i Gostović. Zaś, najatrakcyjniejszy budynek miasta, villa Krivajina, z końca XIX wieku, ogrodzona była obskurnym metalowym płotem i niedostępna. Chociaż umiejscowiono ją nawet na znaczku pocztowym, to w zabytkowym mieście, budynek furory by nie zrobił.

Autobus ruszył w kierunku Sarajewa. Miał przejechać m.in. przez Zenicę i Visoko. Do stolicy Bośni i Hercegowiny miałem dojechać przed zmrokiem. Kolejnego, czekała mnie podróż do Belgradu.

Informacje praktyczne (VII.2016):

Waluta: marka transferowa (zamienna, konwertybilna), 1 euro = 1,95 marek (KM).

Autobus Zavidovići - Sarajewo - 16KM, ok. 3 godziny, 125km.   

W Zavidovići zatrzymałem się w restauracji-pensjonacie "Tilu-Lilu", ul. Marsala Tita 5, tel. 061/253-509. W centrum koło linii kolejowej. Nocleg w prywatnym pokoju bez łazienki kosztował 15 euro.

1-2KM - burek (poniżej na zdjęciu), rodzaj strudla, z mielonym mięsem, cebulą i przyprawami (dostępny w każdej piekarni lokalny wypiek, czasami z kapustą bez mięsa albo z serem, korzeniami sięgający Turcji).

Opublikowano w Blog

Zavidovići - małe, brzydkie miasto. Na końcu świata. Miejsce, o których się mówi, że są jak więzienie. Jak ktoś raz tutaj utkwi, zostanie na zawsze. Niewidzialny łańcuch, z kamienną kulą na końcu, wrośniętą w ziemię, uczepił się nogi. I nie puści. Nigdy. Życie z taką świadomością musi być nie do wytrzymania. Lecz tego wieczoru odniosłem jakże odmienne wrażenie. Jestem w centrum świata, w najpiękniejszym miejscu na Ziemi. Wszystkie oczy są zwrócone właśnie na Zavidovići. To nie sen, ani skutek spożycia substancji zaburzających prawidłowe postrzeganie świata. Tylko najprawdziwsza prawda.

Uświadamiam to sobie, skołowany stojąc przed moim pensjonatem. Cofam się kilka kroków i pytam kobietę, która chwilę wcześniej dawała mi klucz do pokoju, co się tutaj dzieje? Id al-Fitr, słyszę. Zaczynam rozumieć. Także kilkukrotnie zasłyszane tego dnia słowo "mubarak". Jednoznacznie kojarzy mi się ono z byłym prezydentem Egiptu, Hosnim Mubarakiem, ale nie o nim tutaj rozmawiano. Będąc precyzyjnym, słyszałem zwrot "id mubarak", ale to "id" było jakoś niesłyszalne. Wszystko już wiem. Przecież "id mubarak" to pozdrowienie charakterystyczne dla święta Id al-Fitr. Zwanego również Świętem Przerwania Postu, a jeszcze inaczej Ramadan Bajram. Muzułmanie zakończyli miesięczny post, Ramadan, teraz nastał czas trzydniowego świętowania.

Nigdy nie rozumiałem sensu Ramadanu, chociaż znam argumenty islamu przemawiające za jego istnieniem. Chrześcijanizm w końcu też ma swój czterdziestodniowy Wielki Post, aczkolwiek znacznie mniej restrykcyjny.

W jednej chwili znikło z mojej twarzy zdziwienie scenami, których byłem świadkiem. Zdziwienie zastąpiła ciekawość, nawet ocierająca się o podglądactwo. Przeszła mi chęć odpoczynku, wolałem przyglądać się z boku tym godowym zalotom.

Mimo panujących ciemności, pewne kontrasty mocno wryły się w moje widzenie. Obskurne miasto, biedne, zaniedbane. Krzywe chodniki, paskudne budynki. Nie powinno być takich miejsc na świecie, a właśnie takich jest chyba najwięcej.

W Sarajewie, dwa dni wcześniej, liczba atrakcyjnych kobiet na każdy metr kwadratowy wypadała więcej niż korzystnie, ale tutaj panowało istne szaleństwo. Konkurs miss świata, finały. A właśnie, że nie. Tylko Id al-Fitr. Aż chciałoby się sparafrazować: "Id a Flirt".

Trzydziestodniowy Ramadan to nie tylko zakaz jedzenia i picia czy zakaz palenia. To także zakaz uprawiania seksu. Ale tylko od wschodu do zachodu słońca, ktoś słusznie zauważy. Nie ma w tym jednak sprzeczności. Święto po Ramadanie przywłaszczyli sobie nie tylko muzułmanie bogobojni, ale także pseudo muzułmanie. Id al-Fitr jest bowiem świetną okazją do zabawy, do szaleństwa, urozmaicenia codzienności. Muzułmańskie schadzki, muzułmańskie walentynki. Dla wszystkich.

Mężczyźni odświętnie ubrani. Zdenerwowani, drżący, pobudzeni, na głodzie. Kobiety, które wydały wszystkie oszczędności na kosmetyczkę, fryzjera i kreację, która ma pobudzić męskie zmysły. To nie mogą być bogobojne muzułmanki. W krajach zachodu tak wyzywające stroje nie są standardem, a w jakimś Zavidovići, ciężko zobaczyć kobietę w stroju innym niż krótkim, obcisłym, i z dekoltem. Skłamałbym, gdybym napisał, że w czymkolwiek mi to przeszkadzało. Piękne, smukłe ciała, często ponadprzeciętna uroda. Niezwykle korzystne połączenie wdzięków słowiańskich z orientalnymi. Z zakamarków ulic, z bloków, niepozornych chałup, wkraczały w światła ulicznych latarń ślicznotki, stukające o beton obcasami. Jedne, szły do swoich ukochanych, od których nie potrafiły się odkleić długimi minutami. Inne, zbierały się w grupki, by sondować wspólnie jakie mają możliwości na dzisiejszą noc?

W tamtej chwili, przypomniało mi się peruwiańskie miasto Iquitos położone w Amazonii. Enklawa niesamowitych indiańskich piękności, po które przylatują mężczyźni nie tylko ze stołecznej Limy. Z sukcesem zazwyczaj, bo tamtejsze kobiety marzą, by wyrwać się do lepszego świata, gdzie żyje się łatwiej. Mogę się założyć, że każdy mężczyzna, który nie odstraszałby swoją urodą, a miał do zaoferowania atrakcyjne życie w atrakcyjnym miejscu, przekonałby niejedną tutejszą kobietę do wyjazdu. Przecież nikt dobrowolnie nie mieszka w takim miejscu jak Zavidovići. Każdy kto miałby wybór uciekłby stąd.

Spacerowałem, przystawałem, obserwowałem. Całe miasto na ulicach, przynajmniej jego młodsza część. Eleganckie ubiory nie pasowały do tego miejsca. Ani kobiece znaki dawane mężczyznom, ani kobiecy zalotny chód. Bulwar w Paryżu, nadmorska promenada w Saint Tropez, tak, ale nie Zavidovići. Panowie za to, współgrali z otoczeniem. Lepszego ubioru nie potrafili przekuć w bardziej wyrafinowane zaloty. Ich gesty i słowa, jak wnioskowałem po tonacji głosu, były raczej wieśniackie. Gdy przesadzali, dziewczyny śmiały się głośno i odchodziły.

Trochę skonfundowany zauważyłem, że jednym z mniej elegancko ubranych ludzi na ulicach, jestem ja. Spodnie i koszula z syntetycznych materiałów, szybkoschnących, świetna odzież na panującą temperaturę, za dobra na Zavidovići. Ale za mało dobra na ten wieczór. Na szczęście, w planach miałem tylko socjologiczne obserwacje, nic więcej. Gorzej, że mój dziwny jak na tutejsze warunki strój, wzbudzał zainteresowanie. Od razu było widać, że nie jestem stąd. Z ciekawości wdawałem się w kobiece zaczepki, które przerywała bariera językowa. A może moja niecierpliwość i nastawienie, że nie po to tutaj przyjechałem?

Czas szybko płynął. Dochodziła północ, a na ulicach panował gwar. Pełne restauracje, nawet piekarnia jeszcze otwarta. Z różnych zakamarków wychodziły zakochane pary albo całe grupki. Natychmiast znikali w tych miejscach kolejni. Nie brakowało wtulonych w siebie ludzi nad największą tutejszą rzeką, mimo że nadbrzeże porastały wysokie trawy. Chaszcze.

Czułem atmosferę, nie tyle jakbym znalazł się w miejscu, gdzie odbywają się wybory miss świata. Lecz przede wszystkim w chwili, gdy wiadomo, że o świcie nasza planeta przestanie istnieć. I nie ma co się bawić w konwenanse, narzucać sobie ograniczenia. Wręcz przeciwnie, to ostatnia chwila, by pójść na całość. W odświętnej atmosferze. To przecież ostatnia noc życia.

Byłem biernym obserwatorem, lecz udzieliła mi się panująca tego wieczoru atmosfera w Zavidovići. Unoszące się pierwiastki radości, miłości, buzujących hormonów, dotarły i do mnie. Wprawiając w wyśmienity nastrój. Który znikł, gdy uświadomiłem sobie, wracając do pensjonatu, że w Polsce nigdy nie zaobserwowałem takiego zjawiska. Jestem w środowisku zdominowanym przez muzułmanów, które kojarzy się z kobietami w chustach, przesadnie opatulonych materiałem odzieży. Gdzie między mężczyzną a kobietą stawia się mur. A tutaj tyle frywolności, seksapilu. Miłosnych gier. W Polsce nie ma takich świąt, rzadko obserwuję nawet pojedyncze pary, z których emanuje takie uczucie. Jakoś te gry męsko-damskie wydają się w moim kraju takie toporne. Bez fantazji, bez polotu. Wszyscy się boją spojrzeń i oceny innych. Trzymają dystans. A ja tak kocham szaleństwo.

Intensywny, długi dzień. Szybki prysznic i po kilku minutach spałem. Obudziłem się w zupełnie innym Zavidovići. Takim normalnym, brzydkim i nudnym. Ale wspomnienia pozostaną.

Wiem, że poniższe fotografie rozczarują, ale na moim twardym dysku, zwanym też mózgiem, zachowałem wiele pięknych ujęć tamtej nocy. 

Opublikowano w Blog

Bzdura czy nie, ale na pewno marketingowy majstersztyk. Jeśli Bośniacy będą temat piramid nadal rozwijać, mogą osiągnąć atrakcję na skalę światową. Przeciętnemu turyście nie będzie przeszkadzało, że to naciągana historia. Liczy się popularność, rozgłos, niezwykłość, rozmiary i efektowność. No i szpan przede wszystkim.

Może by tak pomyśleć nad podobną historią w Polsce? Jesteśmy pięknym i ciekawym krajem, ale nie mamy żadnej atrakcji rozpoznawalnej na światową skalę. Nawet Warszawy w wielu miejscach na świecie się nie kojarzy, może przez nie najłatwiejszą i nie rzucającą się w uszy nazwę? A Sarajewo zna prawie każdy i ze zdziwieniem przyjmuję, że o bośniackich piramidach też wie coraz więcej osób. Podróżując po różnych krajach i kontynentach, rozmawiam czasami o spektakularnych atrakcjach turystycznych. I kilka razy ktoś podrzucił temat - piramid w Bośni. Gdy pytam wtedy, a z czym się tobie, wam, kojarzy Polska, z jakimi atrakcjami turystycznymi? Zazwyczaj zapada cisza. Czasami ktoś rzuci: Warszawę, Kraków. Gdy dopytuję o konkretne miejsce, zabytek - skojarzeń z Polską nie ma. Ci co nie byli w Polsce, nie mają najczęściej żadnych, może poza Izraelczykami, którzy uczyli się o Auschwitz-Birkenau, wielu nawet było, choć nazwy zwykle nie pamiętają. Lecz nawet jak ktoś był w Polsce i pytam o jego zdaniem najbardziej znany Polski zabytek, nie dostaję odpowiedzi. Czasami ktoś szuka na siłę czegoś i mówi zamek w Krakowie, zamek w Warszawie, wspomniany niemiecki nazistowski obóz koncentracyjny w Oświęcimiu, kopalnia soli w Wieliczce, puszcza Białowieska (wszyscy mają ogromne problemy z wymawianiem polskich nazw). Piszę o tym wszystkim, by pokazać co trafiło w ręce Bośniaków. Potencjalnie rozpoznawalna na świecie atrakcja turystyczna w postaci domniemanych - póki co - piramid. Jeszcze to wszystko trochę siermiężne, ale możliwości są wielkie. Skoro już dzisiaj piramidy w Bośni są bardziej kojarzone w świecie, niż jakikolwiek obiekt turystyczny w Polsce, widać potencjał. Inna sprawa, że Polskę można świetnie wypromować, tylko ktoś musiałby się wziąć w końcu porządnie do roboty, a to mało popularne w naszym kraju.

Ale koniec tej dygresji, czas na opis wycieczki do piramid w Visoko. To około 40-tysięczne miasto z przyległościami, położone jest o niecałą godzinę jazdy lokalnym autobusem z Sarajewa. Jakieś 30 kilometrów. Dworzec autobusowy umiejscowiono kawałek od centrum, a na pobliskiej stacji kolejowej pociągi już się nie zatrzymują. Visoko - lata świetności przeżywało w średniowieczu i za czasów Jugosławii, teraz próbuje się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Piramidy mogą być kluczem do sukcesu.

Górzysta okolica, przypominająca nasz Beskid Mały i pod względem krajobrazów i pod względem wysokości gór. Bogata historia, bo właśnie Visoko było stolicą wczesnego średniowiecznego bośniackiego państwa. Tutaj koronowano pierwszego bośniackiego króla - Tvrtko I (zdaje się w XIV wieku). Tereny zamieszkiwane były 4-5 tys. lat p.n.e., a już w naszej erze, stanowiły część rzymskiej prowincji Ilirii (Illyricum).

Nazwa Visoko wywodzi się od Wysokiego Zamku na górze Visocica (Visočica), gdzie do dzisiaj zachowały się resztki XIV-wiecznych ruin.

Mało kto, poza mieszkańcami Bośni i Hercegowiny (BiH), słyszałby o Visoko, gdyby nie historia z piramidami. W 2005 roku niejaki Semir Osmanagić (antropolog dr Sam Osmanagich - jak sam się przedstawia) stwierdził, że wspomniana już góra Visocica i kilka okolicznych, to ukryte piramidy. Semir urodził się w pobliskiej Zenicy. Jest ekonomistą i biznesmenem, który na co dzień prowadzi swoje przedsięwzięcia w USA. Jako pseudo-archeolog ogłosił, że w okolicy Visoko są największe i najstarsze piramidy na Ziemi. Przy czym, wykształceni geolodzy i archeolodzy twierdzą, że wzgórza mają naturalne pochodzenie i teoria Semira nie ma racji bytu. Ale czy na pewno? Czy to tylko projekt biznesowy?

Przeszedłem przez centrum miasteczka z kilkoma minaretami w krajobrazie. Nic specjalnego. Piramidalna góra wznosi się nad nim, z dużym plecakiem ruszyłem ku jej wierzchołkowi. Jednak nie rozpocząłem na dobre marszu, a już jechałem samochodem do góry, starą i wąską asfaltową drogą. Postanowiło mnie podwieźć dwóch lokalnych mężczyzn - ojciec i syn (mówili po angielsku), bym nie męczył się w upał z takim plecakiem. Przy okazji dali mi namiary na siebie, bo wynajmują pokoje i mają też domek do wynajęcia. Niespodzianka ta była pomocna, bo miałem jeden dzień na Visoko. Bardzo intensywnie zaplanowany i każda oszczędzona godzina była cenna.

Oto namiary do nich, gdyby ktoś planował dłuższy pobyt w Visoko: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript. (Mahir Debelac), Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript. (Jasmin Debelac). M.in. pod piramidą dysponują domem do wynajęcia (Nikewa Haus).

Droga asfaltowa kończy się na przełęczy pod ostatnim fragmentem podejścia na Piramidę Słońca (Bosnanska Piramida Sunca) czyli na górę Visocica 767m. Dalej biegnie droga szutrowa, a na piramidę prowadzi ścieżka. Nie ma w okolicy wyższych gór, najwyżej porównywalne. Na polanie sympatyczny mężczyzna sprzedawał pamiątki. Magnesy i figurki poświęcone piramidzie, minerały naładowane pozytywną energią i słony kozi ser, którym mnie częstował. Miał też jakieś futra zwierząt, które można było nabyć również w pobliskiej nowo wybudowanej Pyramid Lodge, gdzie stacjonowała spora grupa turystów z USA.

Za polaną, marnej jakości ścieżka biegła ostro do góry, przez zarośla mało sympatycznego zagajnika. Zaś na szczycie domniemanej piramidy z ładnym widokiem na okolicę, znajdują się niewielkie i dosyć zaniedbane ruiny XIV-wiecznego zamku. Choć widać było, że niewielki fragment zabezpieczono, pozbyto się roślinności, to reszta rozsypywała się tonąc w chaszczach. Trochę zaśmieconych. Nie było tutaj wielu zwiedzających. Dołączyło do mnie kilku Słowaków, a schodząc minąłem kilku młodych Niemców.

O ile z odległości Visocica (Brdo Grad) ma rzeczywiście piramidalny kształt, efektowny, w partiach szczytowych wygląda bardzo nijako i nie ma tam tak naprawdę nic ciekawego. Chyba, że uwierzymy w otrzymaną dawkę magicznej energii. Posiedziałem trochę i udałem się w dół, w przeciwległym kierunku do Visoko, szutrem.

Niedaleko piramidy, powyżej drogi, znalazłem pole z kręgami z kamieni. Ustawionymi ludzką ręką, niedawno. Kręgów było na moje oko osiem i takie konstrukcje nazywa się labiryntami energii. Miłośnicy magii i tym podobnych mocy, lubią takie rzeczy.

Tylko ja i przyroda. Tak lubię. Spoglądając na piramidę z zupełnie innej pespektywy, nagle zagadnęła mnie młoda kobieta, Dunka. Proponowaliśmy jej podwiezienie w drodze na piramidę, ale wolała iść, słuchając muzykę. Zmierzała tam gdzie ja, do tuneli i megalitów emitujących energię. Była mocno wytatuowana w religijne symbole. Po krótkiej rozmowie, pożegnaliśmy się, ale niedługo później spotkaliśmy się pod prehistorycznym podziemnym labiryntem Ravne. Oboje zamierzaliśmy udać się na wycieczkę do wnętrza. Wraz z przewodnikiem czekaliśmy na godzinę wejścia i innych turystów. Dołączyło do nas kilku Bułgarów. W tym czasie Dunka i przewodnik prowadzili ożywioną rozmowę na temat potęgi piramidy, energii i niesamowitych tutejszych odkryć. Sympatyczni, ale nawiedzeni - pomyślałem sobie.

Dostaliśmy kaski i z anglojęzycznym przewodnikiem ruszyliśmy w głąb tunelu Ravne. Jest oświetlony, więc nie potrzeba latarek. Ponoć odkopano do tej pory około 700 metrów tuneli, ale prace będą trwały dalej. W środku było przyjemnie chłodno, tunele są zazwyczaj wąskie, w pomniejszych, bocznych, na dnie czasami jest woda. Ta sama co pod piramidą, niezwykle krystaliczna, jak namiętnie opowiadał przewodnik. Ponadto są komory i różne miejsca, gdzie odkryto większe i mniejsze kamenie zwane megalitami. O niezwykłych właściwościach energetycznych i uzdrawiających, jak największy K2. Na innym - K3 - znajdowały się jakieś znaki, które mają być prehistorycznym runicznym pismem. Dookoła K2 były ławki, na których siedzieli "pacjenci" poddający sie procesom uzdrawiania. Za sprawą niezwykłej energii z megalitu. Oddychanie tamtejszym powietrzem, dotykanie kamienia czy położenie amuletu celem naenergetyzowania - przynosi nadzwyczajne efekty. Tak twierdzą ci, którzy wierzą w tą historię. Przewodnik zachęcał do położenia obu dłoni na megalicie. Zwiedzanie Ravne jest sugestywne. Nie brakuje tabliczek dla niedowiarków, informujących o niezwykłości tego miejsca. Jest tylko pytanie, ile w tym jest współczesnej inwencji człowieka, a ile rzeczywiście prehistorii? Mnie najbardziej podobał sie panujący w tunelu chłód, bo na zewnątrz panował skwar trudny do wytrzymania. Ale i na to jest rada, zaraz pokazano mi źródełko obok tunelu, z chłodną pitną wodą. Z pod piramidy oczywiście i jakże by inaczej o nadprzyrodzonych uzdrowicielskich właściwościach.

W pobliżu wejścia do tunelu jest tablica podająca odległość w kilometrach do innych piramid porozrzucanych na świecie, małe muzeum, energetyczny krąg i suchy kamienny mur, który ma mieć około 4,8 tysięcy lat. Można też kupić liczne pamiątki związane z piramidami i magicznymi mocami. Naenergetyzowane kamienie, amulety, imitacje megalitów, książki, magnesy, kapcie, koszulki, czapeczki. Skrzynki na datki również nie zabrakło, bo przecież w tym wszystkim nie chodzi o biznes tylko o pomaganie ludziom i odkrywanie pradawnych tajemnic tych ziem. Mnóstwo ludzi "kupuje" takie historie. 

Zaskoczyła mnie znaczna liczba zagranicznych turystów w Visoko, z zapałem oddających się teorii o bośniackich piramidach. Żadnych krajowych nie spotkałem. Może sami nie wierzą w tą historię, ale od strony biznesowej dla Visoko i okolic, to co się dzieje jest na pewno atrakcyjne. A i sam pomysłodawca, Semir, zyskał rozgłos i z pewnością sporo zarobił. Ciekawe kiedy ktoś tam wybuduje uzdrowicielskie spa o dobrym standardzie - klienci murowani?

Po zobaczeniu tunelu Ravne udałem się do centrum Visoko (2-3km). Muszę przyznać, że oznakowanie prowadzące do tunelu, było minimalne. Od strony szutrowej drogi biegnącej od piramidy wręcz zerowe. Ostatnim moim punktem w Visoko było odnalezienie tunelu KTK. Pierwotnie on mnie interesował, bo nie słyszałem o Ravne. Ale wszyscy mówili, że KTK jest zamknięty, ale warto odwiedzić Ravne. Mając jeszcze trochę czasu, postanowiłem przynajmniej odnaleźć jego wejście. Zakładałem, że też jest komercyjnie udostępnione, tylko akurat zamknięte na kłódkę. Brakowało jednak tabliczek. Z pomocą ludzi zmierzałem we właściwym kierunku. Na ostatnim odcinku pomagała mi dziewczynka, która nie znała angielskiego, ale zrozumiała jak mówiłem - tunel KTK. Wzięła mnie za rękę, przeprowadziła przez rzekę Fojnicka i pozostawiła przed wejściem do opuszczonej fabryki. Pokazywała palcem, że ma iść tam. Nad bramą był napis - KTK VISOKO. Jak się później dowiedziałem - nieczynna firma przemysłu skórzanego. Brama była uchylona, za nią stał stary samochód, jakby jakiegoś stróża, którego nie było. Minąłem stróżówkę i kierowałem się przez niszczejące fabryczne tereny. Towarzyszyło mi kilka bezpańskich psów. Nie szczekały, tylko szły obok mnie. Tracąc nadzieję, bo gdzie tutaj szukać tunelu, znalazłem się nad rzeką Bośnia, która dosłownie obok łączyła się z Fojnicką. Znalazłem tunel. Z zaniedbanym wejściem, ze starą tablicą informacyjną. Opuszczone miejsce, ale wejście nie było niczym zagrodzone. Wyjąłem z plecaka latarkę-czołówkę i wszedłem do środka. Tak w ogóle poruszałem się z całym moim dobytkiem na ten wyjazd. Ale niewielkim. Około 70-litrowy plecak skrywał w sobie blisko 15 kilogramów rzeczy, wliczając wodę do picia.

Tunel KTK jest wykuty w skale, łupkowej przede wszystkim, kiedy Ravne wykuto w zlepieńcu, który wydaje się dosyć kruchy i niestabilny. Na tyle, że strop może się zwalić, ale to właśnie w zaniedbanym KTK łupki w połączeniu z wilgocią i wodą, doprowadziły to zawalenia się stropu. Stare drewniane zabezpieczenia były przegniłe, poniszczone od walących się kamieni. W środku znalazłem stare opony, miejscami było trochę wody. Przeszedłem ile się da we wszystkich kierunkach, ale zablokowane skałami korytarze powstrzymywały mnie. Zresztą w każdej chwili sufit mógł mi się zwalić na głowę. Ciekawe dlaczego doprowadzono do upuszczenia tego miejsca? Zrezygnowano z pokazywania tunelu jako atrakcji turystycznej? W zastanej sytuacji, Ravne w porównaniu z KTK było znacznie bardziej atrakcyjne.

Zadowolony, że zobaczyłem wszystko co chciałem w Visoko, a nawet więcej, powoli kierowałem się na dworzec autobusowy. Wolnym krokiem pokonując miasto zauważyłem mnóstwo młodych dziewczyn i kobiet, bardzo odświętnie i wyzywająco ubranych. Zaskoczyło mnie to. Nie pasowało do takiego miasta jak Visoko. Zwłaszcza, że kobiety były bardzo atrakcyjne i eleganckie. Kilka godzin później miałem się dowiedzieć czym to było spowodowane. Poświęcę temu kolejny artykuł.

Wypadało coś zjeść, ostatni posiłek jadłem kilkanaście godzin wcześniej. Wszedłem na coś szybkiego do pobliskiej restauracji. Wielkiego wyboru nie miałem, zjadłem kebab z kurczakiem. Bardzo mile mnie przywitano, porozmawialiśmy sobie. Lokalem kierowali Syryjczycy, którzy się tutaj osiedlili, a pomogła im jakaś daleka rodzina mieszkająca w Visoko. Poczęstowali mnie napojem, których smakował jak kwas chlebowy, użyli nazwy - buza.

Kończył się dzień powoli, usiadłem na starym dworcu autobusowym, oddalonym od centrum i oddzielonym od niego rzeką Bośnia, do której chwilę wcześniej wpada rzeka Fojnicka. Obserwując otoczenie, dziwiła mnie znaczna liczba osób czekających na autobus, w tym znowu licznych kobiet, ponętnie i elegancko ubranych. Po kilku minutach wszyscy wsiedli do autobusu do Sarajewa, dworzec opustoszał. Zmierzałem w przeciwnym kierunku, do miasta Zavidovići. Gdy przyjechał starszawy i niemal pusty autobus, wraz z dwoma innymi osobami wsiadłem do środka. Bilet już miałem kupiony. Trasa obejmowała około 100 kilometrów, biegła m.in. przez główne miasto tego regionu - Zenicę. W Zavidovići miałem znaleźć się po zmroku.

Moim celem były kamienne kule, niesamowicie okrągłe, znalezione w okolicach miasta. Według Semira Osmanagicia, mają mieć związek z niezwykłą cywilizacją żyjącą na tych ziemiach kilkanaście tysięcy lat temu.

Podsumowanie tematyki Doliny Piramid i podstawowe informacje głoszone przez Semira.

Bośniacka Dolina Piramid (The Bosnian Valley of the Pyramids, Bosnanska Dolina Piramida). Jest to największa tego typu dolina na świecie. Składa się z piramid: Słońca, Księżyca, Smoka, Świątyni Matki Ziemi i Piramidy Miłości. Piramidy mają perfekcyjne kształty, zostały zbudowane z zastosowaniem wiedzy astronomicznej, skierowane są doskonale na północ. Stanowią absolutny archeologiczny fenomen. Potwierdzili go naukowcy z wielu krajów, zorganizowano liczne konferencje naukowe poświecone temu zagadnieniu.

Jej głównym elementem jest Bośniacka Piramida Słońca o wysokości 220m, największa na świecie, większa od egipskich piramid (Bosnanska Piramida Sunca, Bosnian Pyramid of the Sun). Zbudowana z wysokiej jakości cementowych starożytnych bloków. Potwierdzić to miały wyższe uczelnie z Włoch, Czech i Bośni. A fakt, że to piramida, do tego promieniująca energią, stwierdzić miały ekipy naukowe z licznych innych krajów. Piramida została przykryta ziemią około 12-15 tysięcy lat wcześniej, co czyni ją najstarszą na Ziemi. Więcej, pomiędzy blokami piramidy odkryto skamieniałe liście, datowane na  29,2 - 34 tysiące lat temu i to świadczy o dacie jej budowy.

Bośniacka Piramida Księżyca (190m wysokości na górze Plješevica, Bosnanska Piramida Mjeseca, Bosnian Pyramid of the Moon). Zbudowano ją z bloków i płyt piaskowca oraz wysokiej jakości gliny, by do środka nie przedostawała się woda. Odkryte materiały organiczne datowane są na 12,35 tysięcy lat, z błędem do 50 lat, co potwierdził niejaki Śląski Instytut Technologii. Zgromadzona pod piramidą woda ma połączenia z takimi samymi podwodnymi jeziorami znajdującymi się pod Piramidą Słońca i Piramidą Smoka.

W dolinie wyróżnia się również wzgórza-piramidy: Bośniacka Piramida Węża (90m wysokości, Pyramid of the Bosnian Dragon, Bosnanska Piramida Zmaja) i Bośniacka Piramida Miłości (Bosnanska Piramida Ljubavi, Bosnian Pyramid of the Love). Także wzgórze-grobowiec i wzgórze-świątynię: Świątynia Matki Ziemi (Temple of Mother Earth, Hram Majke Zemle), Grobowiec Vratnica (Vratnica Tumlus, Tumulus u Vratnici, piszę o nim poniżej).

Ravne - podziemny labirynt (Underground Labyrinth Ravne, Podzemni Labirint Ravne). Składają się na niego liczne podziemne tunele, cały czas odkrywane są nowe, część już zrekonstruowano. Znajduje się w rejonie Piramidy Słońca (2,9km od niej), ale takie tunele są w całej Dolinie Piramid. Semir odkrył Ravne w 2005 roku. Labirynt zbudowano ponad 12 tysięcy lat temu, czyli w tym samym czasie co piramidy (choć jest wersja budowy piramid ok. 30 tys. lat temu). Użytkowany był również przez cywilizację z przed 5 tysięcy lat. W tunelach występuje kosmiczna i naturalna promieniotwórczość, brak negatywnego promieniowania. Innymi słowy - samo dobro. Budowniczowie dopilnowali tematu cyrkulacji powietrza, która pozwala oddychać bez problemów. Nie ma bakterii i wirusów. A labiryntu używano do odmładzania i przyśpieszania gojenia ran. W tunelach odkryto megality emitujące niesamowitą energię, na niektórych odnaleziono runiczne pismo. Są tu liczne święte miejsca i uzdrawiające komory(dzięki występowaniu ujemnych jonów), jak również miejsca mocy.

KTK - tunel (Underground "KTK" tunnels, Podzemni "KTK" tuneli). Znalazłem informację, że okryto go w 1968 roku, zapomniany, ponownie odkryty w 2006 roku, ale obecnie jest znów zapomniany. Ma 3 metry wysokości i 2,5 szerokości. Biegnie pomiędzy piramidami Słońca i Księżyca, w tym pod rzeką Fojnica. Jednak na razie odkopano tylko część tunelu (osobiście pokonałem około 200m). Szacuje się, chociaż nie wiem na jakiej podstawie, że jest nie młodszy nić 5 tysięcy lat, a może mieć nawet 30 tysięcy lat.

Mogiła (kurhan) Vratnica (Vratnica Tumulus). Stożkowe wzgórze zbudowane z dwóch warstw megalitycznych skalnych i cementowych bloków (ważą ponad 10 ton). Jej wysokość to 32m ponad pobliską drogę. Pod wzgórzem georadarami zlokalizowano tunele. Stwierdzono tutaj nadzwyczajną wiązkę energii wynoszącą 28 kHz (na szczycie wzgórza).

Semir Osmanagić twierdzi, że pod piramidami jest cały system tuneli, jeszcze nieodkryty. A gdyby zdjąć wierzchnią warstwę ziemi, wyciąć drzewa, to okazałoby się, że piramidę zbudowali ludzie, z kamienia i starożytnego cementu. Nie jest to dzieło natury. Na dowód swoich twierdzeń, ma w zwyczaju pokazywać zdjęcia z wykopalisk, gdzie widać płyty skalne, pod niewielką warstwą ziemi, które niby wyglądają jak ułożone ludzką ręką i wraz ze zboczem pną się do góry. Naukowcy twierdzą, że to naturalnie ułożona skała, nic nadzwyczajnego.

Chociaż są tacy, którzy twierdzą inaczej. Ponadto, fundacja od 2005 roku opiekująca się Doliną Piramid, nie ma być działalnością biznesową według jej pomysłodawców, tylko non-profit. Śmiechu warte - to ode mnie.

Oczywiście, Semir marzy, aby Dolina Piramid znalazła się na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Na ile wydaje się wiarygodna ta cała historia z piramidami? Trudno po jednym dniu i liźnięciu tematu wysuwać daleko idące wnioski. To, że ktoś nie ma dyplomów naukowych wcale nie oznacza, że nie ma wiedzy i zdolności, by bez nich osiągać w danej dziedzinie sukcesy. To, że ktoś ma dyplomy i stopnie naukowe, wcale nie oznacza, że ma wiedzę i jest dobry w tym co robi.

Dlatego w tym konkretnym przypadku, chociaż bliska jest mi teza, iż ta cała historia jest nieprawdziwa, to jednocześnie, nie mogę powiedzieć, że kompletnie nic nie ma na rzeczy. Nie mogę w sposób nie budzący wątpliwości stwierdzić, że nie ma żadnej poszlaki, iż coś interesującego działo się na tych terenach tysiące lat temu.

Świat poważnej nauki twierdzi bez cienia wątpliwości, że cała historia jest kłamstwem. Wzgórza są naturalne, odkryte skały są naturalne, nie występują na tych terenach żadne niezwykłe zjawiska. Ponadto, w czasie gdy miały być budowane piramidy, tereny te były niezamieszkane. Przynajmniej nie ma naukowych dowodów, aby było inaczej. Sam Semir Osmanagić wielokrotnie został przyłapany na kłamstwach i nie potrafi odpowiedzieć na wiele zadawanych mu pytań.

Póki nie pojawią się kolejne dowody, przemawiające za którąś z tez, nie ulega wątpliwości, że biznesowo i marketingowo pomysł z piramidami, magią, energią, nieznaną starożytną cywilizacją - jest genialny. Trzeba niebywałego kunsztu, by nabrać na to tylu ludzi, których ciągle przybywa. Z całego świata. Może właśnie dlatego jest tak, bo pewne poszlaki wzbudzają zamieszanie, nie można ich ot tak zignorować. A to w dzisiejszym świecie wystarczy, by na tym zarobić.

Nie zmienia to faktu, że na razie wszystko przemawia za tym, że to okrutne oszustwo, mimo świetnego marketingowego opakowania, stwarzającego wrażenie, że coś jest na rzeczy.

Informacje praktyczne (VII.2016).

Waluta: marka transferowa (zamienna, konwertybilna), 1 euro = 1,95 marek (KM)

Autobus Sarajevo - Visoko, 4,50 KM, ok. 30km, niecała godzina. Autobus Visoko - Zavidovići, 12,50KM, ok. 2h, prawie 100km.

W jednej z wypożyczalni samochodów w Sarajewie, w ofercie promocyjnej, można było wypożyczyć samochód od 44KM, pod warunkiem, że na co najmniej 7 dni (8 dzień gratis).

Magnes na lodówkę z Visoko - 3KM, woda 1,3l - 1KM, duży kebab - 10KM, tunel Ravne - 5euro.

Opublikowano w Blog

Prawie każdy spotkał się chociaż raz z nazwą Sarajewo. Pod względem rozpoznawalności jest to miasto uprzywilejowane. Nawet jeśli ktoś nie wie, gdzie leży i skąd je zna, to jednak wie o jego istnieniu. A to dużo.

W Sarajewie w 1914 r. zastrzelono arcyksięcia Franciszka Ferdynanda, co w następstwie pewnych zdarzeń, doprowadziło do wybuchu I Wojny Światowej. W 1984 r. odbyły się w mieście i okolicach XIV Zimowe Igrzyska Olimpijskie, z czego mieszkańcy Bośni i Hercegowiny (BiH) dumni są do dzisiaj. Aczkolwiek kraj był wtedy częścią Jugosławii, za którą wielu na Bałkanach tęskni. Swoistym paradoksem jest tęsknota za scentralizowanym państwem jakim była Jugosławia, a faktem, że narody bałkańskie uwielbiają się dzielić i tworzyć swoje małe państewka. Proces trwa do dnia dzisiejszego. Obecnie na tych terach funkcjonuje 7 państw. Do najmłodszych należą Kosowo i Czarnogóra.

Sarajewo zostało mocno zniszczone podczas wojny w latach 1992-1995, do dzisiaj można znaleźć tego pamiątki, choćby w postaci zniszczonych budynków. W okolicach Sarajewa ciągle są pola minowe. Stronami konfliktu byli bośniaccy Serbowie kontra władze BiH sprzymierzone z Chorwatami. Ta krwawa wojna domowa ciągle daje znać o sobie. Inna sprawa, że Bośniacy, pisząc delikatnie, nie darzą Serbów sympatią.

Sarajewo położone jest pośród gór, najniższe fragmenty osiągają ok. 500m n.p.m., najwyższe w okolicach miasta, zbliżają się do 2000m. Liczy ono około 300 tysięcy mieszkańców a z przyległościami blisko pół miliona (cały kraj 3,5 miliona). Historia Sarajewa sięga końcówki czasów średniowiecznych, miasto założyli Turcy Osmańscy.

Przyjeżdżając tutaj z tak nijakiego miasta jak czarnogórska Podgorica, można odnieść wrażenie, że jesteśmy w pięknym, zabytkowym starym mieście. Po uzyskaniu trzeźwości spojrzenia, Sarajewo jest miastem bardzo przeciętnie atrakcyjnym. I nadal dosyć zaniedbanym, mimo pomocy choćby Unii Europejskiej.

To co najatrakcyjniejsze w Sarajewie ciągnie się w pobliżu rzeki Miljacka. Śródgórskie położenie, w wąskiej dolinie, spowodowało, że ścisłe centrum jest dosyć wąskie.

Oprócz sporej ilości monumentalnych gmachów w stylu historyzmu, dużą część starego miasta zajmuje bazar (Bascarsija), gdzie zabytkowy meczet Gazi Husrev-bega z I poł. XVI w. Jak również bardzo charakterystyczna, współczesna, ale nawiązująca do czasów osmańskich, fontanna Sebilj, na niewielkim placu (Pigeon), a raczej na rozszerzającej się ulicy. Ma kształt wieżyczki, jest z drewna i kamienia w dolnej części.

Sarajewo jest wielokulturowe, sąd tutaj katedry katolicka i prawosławna, meczety, synagoga. W ścisłym centrum jest kilka przyjemnych deptakowych ulic, ale na innych szaleją kierowcy i motorniczy tramwajów-złomów. Chodniki bywają iluzoryczne, tak wąskie. 

Jednym z ważniejszych zabytków jest kamienny Most Łaciński (Latin Bridge) nad rzeką Miliacka. Prawdopodobnie z XVI wieku, ale pierwotnie mógł być drewniany. To w jego sąsiedztwie Gavrilo Princip zastrzelił Arcyksięcia Franciszka Ferdynanda.

Z innych obiektów wspomnę o Wiecznym Płomieniu - pomniku upamiętniającym Bośniaków, Chorwatów i Serbów, którzy zginęli podczas II wojny światowej (położony jest pomiędzy ulicami Marsala Tita i Ferhadija). Jak również o wieży zegarowej, wybudowanej w XVI lub XVII wieku, wysokiej na 30 metrów, odliczające czas według czasu księżycowego (by wierni o prawidłowej porze odbywali swoje modlitwy). Czas ten, kalendarz, nazywa się również muzułmańskim. Materia jest trochę skomplikowana, więc napiszę, że to on stoi (obliczanie miesięcy) za tym, że różne święta, w tym Ramadan co roku ulegają pewnemu czasowemu przesunięciu.

Nad starym miastem dojrzymy liczne muzułmańskie cmentarze oraz coś co nazywa się Białym Fortem (Bijela Tabija). Coś, bo teren jest tak zaniedbany i zaśmiecony, iż potrzeba sporo wyobraźni by dostrzec w tej budowli coś atrakcyjnego. Wieczorami spotyka się tam młodzież, podziwiając zachodzące słońce nad miastem (z wieżą telewizyjną w tle). Wysokość: 667m (wzgórze ze skałami pod fortem). Data budowy: XVI w., ale brak niezbitych dowodów. Po sąsiedzku jest Vratnik, stare miasto z XVIII wieku, z wąskimi uliczkami i fortyfikacjami. W którym bardzo popularnym miejscem jest Żółty Bastion (Zuta Tabija, 1878r.), punkt widokowy z restauracją. Podczas Ramadanu, który właśnie się kończył, muzułmanie, często z potrawami na wynos, wschodzili na bastion i czekali do zachodu słońca, by zjeść swój pierwszy posiłek od wschodu słońca.

W tej samej okolicy znajduje się piękny, acz walący, gmach koszarów Jajce Kasarna (1914-1915r.).

Nie można też zapomnieć o muzeach, w tym związanych z licznymi wojnami.

W części zwanej Nowym Miastem, gdzie dworzec autobusowy i stacja kolejowa, znajdziemy kilka szklanych wieżowców i nowoczesnych centrów handlowych. Najwyższy budynek: Avaz Twist Tower ma 176m wysokości.

Ciekawostki.

W Sarajewie jest trochę hosteli, zazwyczaj w mieszkaniach, czasami osobliwych. Podczas opisywanego wyjazdu dwukrotnie odwiedzałem miasto i za każdym razem moje noclegi były z przygodami. Na pierwszy nocleg wybrałem Art Hostel, nie łatwo było się dostać do środka, bo nikt nie otwierał drzwi. Z poznaną Amerykanką usilnie próbowaliśmy wejść na klatkę schodową. Wpuścił nas ktoś wychodzący. W mieszkaniu-hostelu znalazł sie na szczęście ktoś, kto obsługiwał to miejsce. Dostaliśmy łóżka, ręczniki, były klucze do szafek. Zamek w drzwiach wejściowych do mieszkania był uszkodzony, drzwi nawet się nie domykały. Gdy podczas drugiego pobytu w Sarajewie chciałem skorzystać z Art Hostelu, miałem jeszcze większe problemy dostać się do środka. Gdy osoba wychodząca wpuściła mnie na klatkę schodową, okazało się, że w hostelu nie ma nikogo z obsługi a drzwi są nadal zepsute. Hostel był prawie pusty, chwilę przede mną dotarła Kanadyjka, zdziwiona tym co się dzieje. Oboje zadawaliśmy sobie pytanie, czy hostel jest czynny? Jak w takim miejscu zostawić rzeczy i pójść do miasta? Czy po powrocie choćby ze spaceru ktoś nam otworzy? Nie mając czasu ani ochoty czekać na rozwój sytuacji, postanowiłem znaleźć inny. Około tysiąc metrów dalej znalazłem hostel Basbascarsija. Szybko zostałem wpuszczony do środka. Hostel jak i ten wcześniejszy, znajdował się na ostatnim piętrze starej kamienicy. Wpuściła mnie babcia, prawie nie mówiąca po angielsku. Pewnie to jej mieszkanie było, a jakiś wnuczek postanowił przerobić je na hostel, a z babci zrobić pracownika. Okazało się, że jestem jedynym klientem. W Art Hostelu była przynajmniej mini kuchnia, tutaj nawet tego nie było, zaś starsza pani od razu zażądała ode mnie pieniędzy. Chciałem zapłacić później po spacerze, jak rozmienię euro. Ale nie dała za wygraną. Poszedłem do kantoru, straciłem 20 minut, wróciłem z lokalnymi markami. Ale kobieta nie ma jak wydać i nadal twierdzi, że wpierw trzeba zapłacić, potem mogę zostawić plecak na łóżku. Zbiegam jeszcze raz na dół, rozmieniam pieniądze w jakimś sklepie, tracę kolejne 20 minut.  I mogę biec na dworzec po bilet autobusowy do Belgradu, zdążyłem w ostatniej chwili przed zamknięciem kasy. Wieczorem chciałem się udać na długi spacer, ale starsza pani marudzi. Kluczy mi dać nie może, będzie musiała czuwać aż wrócę, zamiast pójść spać. Jestem cierpliwym i wyrozumiałym człowiekiem, ale są pewne granice. Dlatego powiedziałem, że wrócę o tej godzinie, o której mam ochotę i wyszedłem. Stolica kraju, ludzie się bawią, nie jestem u kogoś w gościnie, tylko zapłaciłem za usługę noclegową, więc dlaczego miałbym się poddawać jakimś ograniczeniom? Nie był to koniec przygód z babcią, bo wczesnym rankiem musiałem się udać na autobus, przed piątą rano. Znowu pojawiło się marudzenie, bo ona zamyka drzwi na noc na klucz, nie może zostawić klucza w drzwiach, bym za sobą zatrzasnął. W każdym bądź razie wróciłem późno i wyszedłem wcześnie, zostałem wpuszczony i wypuszczony. Opisuje tą historię, bo na Bałkanach, gdzie hostele są często w mieszkaniach, regularnie moim pobytom towarzyszą takie "atrakcje".

Jeszcze a propos hosteli (nie tylko na Bałkanach), ostatnio jest taka tendencja, że check out wyznacza się na 10-11 rano, a check in na 14-16 (i często jest to egzekwowane). Jeszcze niedawno jedne i drugie godziny dla turystów były bardziej przyjazne.

Co ciekawe, zwiedzając BiH, pytając starszych ludzi o drogę, miejsce, zabytek, odpowiadali mi dobrym angielskim. Nawet w kilku mało turystycznych miejscach, sami z ciekawości do mnie zagadywali.

Podczas mojej blisko dwutygodniowej wycieczki, jedyny niewielki opad deszczu spotkał mnie w Sarajewie pod koniec wyjazdu, 6 lipca.

W opisywanym czasie Legia Warszawa grała w BiH, z mistrzem tego kraju HSK Zrinjski Mostar w eliminacjach do Ligi Mistrzów (piłka nożna). Mecz zremisowała, ale dwumecz wygrała. Byłem kilkukrotnie pytany o Legię i szansę drużyny z Mostaru. Piłka nożna to nie mój świat, ale słusznie postawiłem na Legię.

W Sarajewie zdziwiła mnie przesadna liczba tabliczek i reklam kierujących do McDonalds`ów, jak również żywe zainteresowanie nimi klientów. Jest tego wytłumaczenie. W Bośni i Hercegowinie pierwszego Maka otwarto w lecie 2011 roku w Sarajewie. I dla lokalnych mieszkańców, to cały czas nowość, każdy nowy lokal tego potentata jest wydarzeniem.

Sarajewo stara się o wpisanie na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO - jako wielokulturowe miasto, śródgórskie i z zabytkami.

Informacje praktyczne (VII.2016):

Waluta: marka transferowa (zamienna, konwertybilna), 1 euro = 1,95 marek

Z głównego dworca autobusowego (koło stacji kolejowej) do starego miasta są około 3 kilometry, prostą drogą. Przy czym autobus z Podgoricy (18,90 euro + 1 euro bilet bagażowy), zatrzymał się na innym dworcu (w pobliżu lotniska). Niedaleko od niego odjeżdżały autobusy miejskie do centrum (1,60 marek, taksówka 8-10 euro).

Autobus Sarajewo - Belgrad 45 marek (ok. 300km, ok. 7h). Podczas mojego pobytu był tylko jeden dziennie, bardzo wcześnie rano. W Czarnogórze kierowcy żądali dodatkowej opłaty za bagaż. W BiH się z tym osobiście nie spotkałem, ale widziałem na dworcu w Sarajewie, jak kierowca autobusu do Splitu od turystów brał po 1 euro za bagaż.

Ceny noclegów w hostelach w Sarajewie, w pokojach kilkuosobowych: 14-17 marek.

Liczne kantory na Starym Mieście były czynne do 22:00-23:00.

W Sarajewie organizowane są bezpłatne wycieczki z przewodnikiem na zwiedzanie miasta (można na końcu zostawić napiwek). Informacje są w hostelach i w internecie.

Wieczorami po Sarajewie spacerowało dużo osób, knajpki i restauracje zachęcały do odwiedzin (absolutne przeciwieństwo wcześniej odwiedzonej czarnogórskiej Podgoricy).

Na zdjęciach Sarajewo i okolice oraz autobus z Podgoricy.

Opublikowano w Blog
Nie sposób na bieżąco informować o wszystkim czym się zajmuję i gdzie, ale czasami parę zdań wypada napisać. Oto kilka ostatnich wydarzeń. Lecz zacznę od dwóch  pięknych cytatów.
Janusz Korczak: "Nie takie ważne, żeby człowiek dużo wiedział, ale żeby dobrze wiedział, nie żeby umiał na pamięć, a żeby rozumiał, nie żeby go wszystko troszkę obchodziło, a żeby go coś naprawdę zajmowało".
Święty Augustyn: "Świat jest jak książka i ci którzy nie podróżują, czytają tylko jedną stronę".

Podróże kształcą, choć to tylko slogan, jest bardzo prawdziwy. Dlatego opowiadając w szkołach o świecie, który jest dla uczniów nieznany, cieszę się bardzo jak oczy  i mózgi dzieciaków oraz młodzieży, chłoną to co widzą, słyszą. Poszerzają horyzonty. Pytają. Ostatnio gościłem między innymi w szkołach w Siemianowicach Śląskich i w Cieszynie. Dostałem w prezencie kilka fajnych rysunków wulkanów, bardzo prawdziwie przedstawiających wulkaniczne erupcje.

Lecz nie chcąc dyskryminować starszych :) odwiedziłem miejsce, bardzo mi bliskie, czyli Dom Kultury w Bielsku Białej - Wapienicy. Tam moje opowieści - tym razem o północnej Australii i Borneo - mogli posłuchać także ci, którzy szkoły już pokończyli :). A później w domowej atmosferze, przy kawie i ciastkach, była jeszcze okazja do rozmów.

Jeszcze tak niedawno temu spacerowałem po jesiennych górach, zbierałem grzyby. Aż tu nagle spadł śnieg, a niewiele później przysypało góry porządnie. Jesienne kolory zastąpiła biel. Co nigdy mi nie przeszkadza w zrobieniu ogniska i pieczeniu kiełbasek. Nie przez przypadek kocham wulkany i ogień. Ogniska zresztą trochę mi je przypominają. Złatną, którą odwiedziłem, bardzo lubię za położenie. Cisza, spokój, otoczenie najwyższą częścią gór Beskidu Żywieckiego. Piękna przyroda, chroniona Żywieckim Parkiem Krajobrazowym, warto ją odwiedzić o każdej porze roku.

W międzyczasie doszło do głośnej tragedii. Szamańskie zabawy są ciągle w modzie. Tym razem użyto do nich wydzieliny żaby zwanej chwytnicą zwinną, żyjącej w Amazonii. Oczyszczanie organizmu podczas rytuału Kambo, skończyło się śmiercią 30-letniej kobiety. Komentując to wydarzenie dla stacji TVN24 wspomniałem, że zawsze dziwi mnie ludzki brak wyobraźni. Pozwalając sobie wprowadzić do organizmu, nieznaną, egzotyczną substancję, zawsze trzeba się liczyć, że coś może pójść nie tak. Nawet jeśli śmierć zdarza sie rzadko, to jeszcze płacić niemałe pieniądze za ryzyko utraty życia, wydaje się co najmniej nierozsądnie. Zresztą chwytnica zwinna jest fascynującą żabą, którą badają też firmy farmaceutyczne. Gdy się boi, wydziela przez skórę ponad 200 substancji. Są wśród nich antybiotyki, związki o działaniu narkotycznym, ale też trucizny. Niektórzy Indianie dla wyostrzenia zmysłów, w tym koncentracji, przed polowaniem, uszkadzają fragmenty naskórka, by wpuścić do organizmu wydzielinę żaby. Jak widać podobny rytuał w odległej Europie może skończyć się śmiercią. 

Opublikowano w Blog

nationalgeographic box

red bull 225x150

TOKFM box

iexpert 225X150px

stopka plecak

LogoStopka

stopka plecak

Strona używa informacji zapisanych za pomocą… plików cookies w celu dostosowania do indywidualnych potrzeb użytkowników. Jeżeli tego nie akceptujesz zmień ustawienia przeglądarki dotyczą…ce cookies. Więcej informacji można znaleźć‡ w naszej Polityce prywatności.