a2b2

pzu bezpieczny 225x140

slaskie box

spokey.jpg 225PX

LOGO

Podziel się

FacebookMySpaceTwitterGoogle BookmarksLinkedinRSS Feed
poniedziałek, 27 luty 2017 06:07

Przyroda w DUBAJU

Jaka tu może być przyroda? Piasek po horyzont. Gdy nawet ktoś mnie pyta o przyrodnicze walory Dubaju, zanim odpowiem, pada odpowiedź: "przecież tam nic nie ma, tylko pustynia". To nie do końca prawda. Ponadto pustynia - to też przyroda. Ale o niej za chwilę.

W samym mieście zainwestowano spore pieniądze, by było trochę roślinności. Palmy, trawniki, parki. Wymaga to sztucznego nawadniania i pielęgnacji. Ale jest. Tak samo jak zoo oraz akwarium i delfinarium. Prywatne ekskluzywne ośrodki wczasowe i hotele stworzyły dla swoich gości rajskie tereny zielone. Po których chodzą na przykład pawie. Powstało też trochę sztucznych wysp,  kanałów, stawów, fontanny.

To nie wszystko. W Dubaju znajdziemy bardziej naturalne atrakcje turystyczne.

Wspomnę o trzech poważnych atrakcjach przyrodniczych Dubaju

ZATOKA PERSKA

Skoro morska zatoka, notabene część Morza Arabskiego i Oceanu Indyjskiego, to są i plaże, a sam akwen nadaje się do żeglowania i uprawiania innych sportów wodnych. Ciepła woda, piękne plaże, rafy koralowe, ostrygi z perłami, cóż więcej trzeba? Fauna także interesująca, bo można spotkać rzadkie morskie ssaki diugonie ("krowy morskie"), delfiny, rekiny, morświny, a nawet wieloryby. Z tych powodów Dubaj jest atrakcyjnym nadmorskim kurortem. Minusem jest grodzenie morza, większość terenów jest prywatna i niedostępna. Publicznych plaż jest niewiele i ubywa. Zatoka Perska cierpi ponadto trochę na skutek intensywnej eksploatacji ropy naftowej, pływają liczne tankowce, a do tego klimat i morze się ocieplają.

W ramach ciekawostki wspomnę o problemach z nazewnictwem zatoki. Oficjalnie to Zatoka Perska, ale kraje arabskie wolą używać nazwy: Zatoka Arabska. Persja to obecnie Iran, któremu nazwa się bardzo podoba, innym krajom niekoniecznie. Niektóre używają po prostu neutralnego słowa: Zatoka.

FLAMINGI i NAMORZYNY

Na skraju Dubai Creek (zatoki) i zarazem na skraju pustyni, znajduje się las namorzynowy i siedlisko flamingów. To duże ptaki brodzące, żyjące stadnie. Charakterystycznym przykładem tutaj spotykanym jest gatunek: wielkich flamingów.  Miejsce nazywa się Ras al Khor Wildlife Sanctuary. Blisko stąd do centrum Dubaju. Oglądanie flamingów jest bezpłatne, zbudowano specjalny chodnik i budynek do obserwacji, by nie ingerować w życie zwierząt. Populacja flamingów wynosi około 500 sztuk, pojawia się tam również kilkadziesiąt innych gatunków ptaków. Miejsce stanowi mocny kontrast w stosunku do okolicy.

PUSTYNIA Ar-Rab al-Chali (Rub' al Khali) - największa piaszczysta na świecie

Jest naprawdę potężna, większa od dwukrotności powierzchni Polski. 1000km długości, 500km szerokości. Wydmy do 250m wysokości, pod którymi są bogate złoża ropy naftowej. Gorący wiatr - szamal - utrudnia oddychanie. Temperatury rzędu 50 stopni Celsjusza w cieniu, nikogo tutaj nie dziwią. Nie przeszkadza to wężom i skorpionom.

Uwielbiam pustynie, byłem na kilkudziesięciu, w tym tych najsłynniejszych, więc nie mogłem nie odwiedzić tej, na której zbudowano Dubaj. Ekstremalne warunki pogodowe to mój żywioł.

Dygresja o dubajskiej tandecie. Bo Dubaj to nie tylko wspaniałości. Wiele wycieczek organizowanych przez tutejsze firmy turystyczne jest tandetnych albo posiada taką część składową. Od lat obserwuję, że ludzie kochają tandetę, kicz. Czym coś bardziej badziewnego, czym większe bezguście - tym lepiej. Lubię czasami brać udział w takich wydarzeniach, imprezach. Męczę się niemiłosiernie, ale równie mocno fascynuje mnie radość tych wszystkich ludzi. Najlepiej będzie opisać ją na przykładzie. Ostatnim elementem wycieczki po pustyni niedaleko Dubaju, był seria tandetnych atrakcji. Jedynym ich plusem była kolacja i możliwość obserwacji ludzi.

Wielbłąd. Stoi jegomość przy wielbłądzie, kolejka do niego na godzinę stania. Potem 20 metrów do przodu i 20 metrów z powrotem na tym wielbłądzie, którego trzyma wspomniany jegomość. Na wielbłądzie fotograficzne szaleństwo. Wielbłąd zaliczony, można przejść do kolejnej wspaniałej atrakcji.  

Quad. Podobna historia jak z wielbłądem. Przy czym wyznaczony tor, to niewielkie kółko, wielkości boiska do koszykówki. Kilka okrążeń i następny. Sto zdjęć zrobionych, więc można stanąć w kolejnej kolejce na godzinę stania.

Off road. Kilka okrążeń terenówką po piasku i po wszystkim. Ale najważniejsze, że zdjęcia są. Na koniec można sobie jeszcze zrobić zdjęcie z ptakiem na ręce, wężem albo małpą. Znajomi z facebooka będą zachwyceni.

I ludzie za to płacą. Za każdą taką atrakcję. Osobiście wolę zapłacić dużo więcej, ale za wielogodzinną karawanę na wielbłądzie, całodniowe szaleństwo quadem po pustyni, kilkudniowy off road po prawdziwych wertepach, a poszukiwać zwierząt chcę w naturalnym środowisku. Dopiero wtedy zaczyna mieć to dla mnie jakiś sens.

Oprócz przedstawionych atrakcji, muszą być dalsze, czyli tak zwana część artystyczna, w sztucznie postawionej oazie, gdzie ani jednej palmy. Za to ławki i scena. I produkują się różni artyści - zawsze ten sam zestaw. Jakieś tańce albo połykacz ognia. Publiczność zachwycona. A gdyby ktoś pytał jak w kraju arabskim serwowany jest posiłek w takim miejscu, tłumaczę. Są oczywiście dwie kolejki, osobna dla kobiet, osobna dla mężczyzn.

Poniżej porcja zdjęć.

Opublikowano w Blog
Dubaj słynie ze spektakularnych inżynierskich przedsięwzięć. Powstałych w XXI wieku. Kolejne wielkie budowy trwają, inne są w planach. Dzięki nim oraz świetnemu marketingowi, miasto należy do najbardziej znanych i najchętniej odwiedzanych przez turystów. Lecz Dubaj ma też starą część, historyczną. Medynę? Niezupełnie, bo to pojęcie charakterystyczne dla starych części miast w państwach arabskich północnej Afryki. Ale powiedzmy, że coś o podobnym charakterze.

Po obu stronach Dubai Creek - zatoki przypominającej kanał albo rzekę, przy ujściu do Zatoki Perskiej, znajdują się stare fragmenty Dubaju. Po jednej stronie jest Wielki Meczet, historyczny dystrykt Al Bastakiya, Al Fahidi Fort (Al-Faheidi, z końca XVIIIw.). Dokładnie budowę fortu datuje się na rok 1787 i jest to najstarszy zachowany budynek w Dubaju, obecnie muzeum, jedno z kilku w okolicy. Są tu meczety, wąskie uliczki, a w sąsiedztwie przedstawicielstwa dyplomatyczne, budynki ministerstw i państwowych urzędów, mimo że stolicą Emiratów jest Abu Zabi (Dhabi). Nie brakuje souków (suków) - uliczek-bazarów, z asortymentem dla turystów. Są knajpki, a przy nadbrzeżu łodzie, deptak. W okolicy znajdziemy fragmenty zrekonstruowanych starych murów i wieżę Al Shandagah z 1939r. (zrekonstruowaną w 1994r). Natomiast same mury powstawały w Dubaju od ok. 1800r. do lat 50-tych XIX w. Ekspansja miasta skutkowała ich zniszczeniem, niewielkie fragmenty zrekonstruowano na przełomie XX i XXI wieku. Budowano je, tak samo jak część rezydencjalnych domów w tej części miasta, z koralowców i gipsu. Mury miały około pół metra szerokości i dwa i pół wysokości.  

Z tą częścią starego Dubaju sąsiaduje dzielnica mieszkalna Karama, zbliżona klimatem. Nie brakuje też supermarketów i hipermarketów. Komunikację publiczną zapewniają autobusy i dwie linie metra. Dubajskie metro zazwyczaj poprowadzono na wiaduktach nad ziemią, ale w tej części miasta schodzi ono pod ziemię. Na drugą stroną Dubai Creek możemy się przeprawić właśnie metrem albo łódką. W okolicy brak jakiegokolwiek mostu.

Druga strona Dubai Creek słynie z souków (suków - targowisk). Najbardziej znane to Golden Souk, Perfume Souk i Spice Souk. A więc złoto, biżuteria, perfumy i przyprawy. Innych pamiątek też nie brakuje, w tym lodówkowych magnesów z Chin. Część sprzedawców, jak to w krajach arabskich, bardzo zachęca do zakupów - są nachalni. Niektórzy oferują też podróbki markowych zegarków, okularów przeciwsłonecznych i smartfonów. Oczywiście w ich wersji wszystko jest oryginalne za ćwierć ceny. Część miasta o której piszę nazywa się Al Ras oraz Deira - ta druga jest bardziej biurowcowa. W niej znajduje się Dubai International Airport (DXB), które ze względu na zwartą zabudowę i bliskość centrum ma ograniczone możliwości rozwoju. Docelowo, główne lotnisko, obsługujące znacznie ponad 100mln pasażerów, ma powstać w drugiej części miasta, daleko od centrum, na bazie lotniska Maktoum (DWC).

Ta część miasta sąsiaduje z miastem Szardża (zarazem emirat), które de facto jest przedłużeniem Dubaju. Po obu stronach Dubai Creek zabudowa jest podobna, charakterystyczna dla krajów arabskich. Kilkupiętrowe budynki, meczety, bazary. Trafi się hotel czy szklany wieżowiec. Obie części zatoki są licznie odwiedzane przez turystów. Po niej samej można podróżować łodziami, w tym wodnymi taksówkami i tzw. tramwajami wodnymi. Przy nadbrzeżu od strony Al Ras zwykle stoją łodzie o klimatycznym wyglądzie, różnej wielkości. Niektóre przywiozły towary z różnych części Zatoki Perskiej. Przy samej zatoce jest chodnik, czasami ławki. Sympatyczne miejsce na spacer. Dzięki sztucznemu przekopowi, jedna z najnowszych inwestycji, można dopłynąć do Zatoki Perskiej kanałem biegnącym za wieżowcem Burdż Chalifa. Wzdłuż zatoki i kanału rozciągają się liczne place budów.

Dygresja. Gdy przebywam w krajach arabskich albo w takich, gdzie dominuje islam, zastanawiam się nad wydajnością pracy. A raczej stwierdzam, że nie jest wysoka. Przykład. Okolice południa, wybił czas jednej z pięciu codziennych modlitw dla praktykujących muzułmanów. Rzeka mężczyzn nieśpiesznym krokiem udaje się do Wielkiego Meczetu i innych okolicznych świątyń. Przerywają na ten czas pracę. Zamykają się sklepiki. Okoliczne budowy cichną. W meczecie i wokół widać mnóstwo modlących się osób. Przez dosyć długi czas. Potem pogawędka ze znajomymi, jakiś posiłek. I nieśpiesznym krokiem powrót do pacy. Przynajmniej godzina, a prędzej dwie, mijają na tą całą procedurę. Mężczyźni w sile wieku najlepszy czas na pracę poświęcają na modlitwę. Miesięczny postny Ramadan - najważniejsze islamskie święto, także nie pomaga wydajności pracy.

Może dlatego te kraje gospodarczo są słabe albo wspomagają się najemnymi pracownikami w ogromnych liczbach, jak właśnie Zjednoczone Emiraty Arabskie. I wolą, by nie byli to muzułmanie lub niepraktykujący albo nawet zabraniają przerywać pracę na modlitwę. Dominują przybysze z Półwyspu Indyjskiego i okolic oraz z Azji Południowo-Wschodniej.

Na zdjęciach stary Dubaj po obu stronach Dubai Creek.

Opublikowano w Blog
Pierwszy Pamirowy wyjazd w 2017 roku do Tanzanii za nami. Plan był ambitny, uczestnicy również, dlatego osiągnęliśmy wszystkie założone cele.
Na początek Małe Meru 3820m i Meru 4566m (Socialist Peak). Ten najwyższy aktywny wulkan Afryki (i piąta góra kontynentu), oferuje ciekawą wędrówkę skrajem starej kaldery, z efektownym widokiem na ciągle aktywny krater (ostatnia erupcja w 1910r.). Poniżej lasy tropikalne i sawanny. Przy dobrej pogodzie okazale prezentuje się pobliskie Kilimandżaro. W rejonie szczytu zastaliśmy resztki śniegu, co akurat na Meru jest bardzo rzadkim zjawiskiem.
Wędrówce w niższych partiach towarzyszył strażnik z karabinem z Parku Narodowego Arusha, gdyby jakiś większy zwierz chciał się z nami za bardzo zaprzyjaźnić. Tropikalny las, bawoły, gazele, zebry, żyrafy, małpy. Świetna rozgrzewka i aklimatyzacja przed Kilimandżaro.

Które pokazało nam pazur. Innymi słowy, najwyższa góra Afryki udowodniła, że może dać w kość. Ulewy, burze z gradobiciem, śnieżyce, mgły i chmury. W dużej mierze tak wyglądały nasze pierwsze 4 dni wędrówki drogą Machame (Whiskey Route). Dach Afryki tylko kilka razy na krótko się odsłonił. Jeszcze na godzinę przed atakiem szczytowym trwała śnieżyca, by nagle zapanowała idealna pogoda do walki o wierzchołek. W komplecie stanęliśmy na szczycie, w zimowych warunkach.

Uhuru Peak 5895m, to najwyższa część wulkanu Kibo i całego potężnego masywu Kilimandżaro (składa się z trzech stożków wulkanicznych: Shira, Kibo, Mawenzi).

Wraz z Marcinem i Mwinyi`m było nam mało i śnieżno-skalną ścianą zeszliśmy na dno krateru Kibo (5725m), by wdrapać się na skraj krateru Reusch (5853m), po drodze macając jeden z lodowców (Furtwangler), który pewnie niedługo stopnieje, jak inne lodowce Kilimandżaro. Jeżeli Uhuru próbuje rocznie zdobyć 40-60 tysięcy osób (to nie pomyłka), a na szczycie staje około 75-85% tej liczby, to już skraj pierwszego pierścienia Reusch rocznie osiąga od około 50 do 300 osób. Mało który z tanzańskich przewodników, mających nawet po kilkaset wejść na Uhuru, był tutaj. A ewenementem jest zejście nad sam krater, pojedyncze przypadki zdarzają się raz na ileś lat. Byłem jednym z nich. To niełatwe zadanie, bo wliczając Uhuru są cztery pierścienie do pokonania (od strony Kenii dwa). Z tego trzy ostatnie na zasadzie, zejście w dół, podejście na skraj pierścienia, by znowu zejść w dół. I tak do końca. Dopiero stojąc na krawędzi ostatniego, widać dno krateru. Wysokości przekraczają 5700-5800m.

Samotnie dotarłem na najniższy z pierścieni, skąd mogłem zobaczyć krater w pełnej okazałości, a po drodze przyjrzeć się ciągle obecnym wyziewom wulkanicznym, świadczącym o minionej aktywności (ok. 150-200 tys. lat temu). Ich temperatura nie była wysoka - przykładałem rękę, charakterystyczna była dla solfatarów (dominującym gazem był siarkowodór). Chociaż niektórzy nazywają Kilimandżaro wulkanem uśpionym (konkretnie wulkan Kibo), tak samo jak Meru, to według mnie Kilimandżaro obecnie można uznać za wygasły, a Meru ciągle za aktywny. W przyszłości pewnie się to zmieni.

Wielokrotnie podczas wyprawy rozmawiałem z moimi towarzyszami o wulkanach i Projekcie 100 Wulkanów. Byłem pod wrażeniem ich zainteresowania tematem i chęcią zdobycia wiedzy. Nawet poszli w moje ślady i z różnych miejsc przywieźli próbki law oraz minerałów, choćby obsydian czy biotyt. Będąc nawet kolejny raz w danym rejonie wulkanicznym, zawsze wprowadzam element badawczy i chęć dowiedzenia się czegoś więcej. Co też ucieszyło moich towarzyszy, ze względu na fakt, że mięli niepowtarzalną okazję wziąć w tym udział.

Kończąc wędrówkę po kraterze Kibo i Reusch, wróciliśmy do Stella Point 5756m, by ruszyć sprawnie w dół do Barafu Camp (nasz obóz był na wys. 4680m) i dalej drogą Mweka ku tropikalnym temperaturom. Wysoko, świeży śnieg w słońcu topniał szybko. Dzięki niemu nie kurzyło się pod nogami, co charakterystyczne dla wulkanów. Nisko, mogliśmy się przebrać w letnie stroje.

Pogoda do końca pobytu w masywie Kilimandżaro nam dopisywała, wspaniale prezentował się pobliski masyw Mawenzi 5149m, trzeciej góry kontynentu. Po krótkim odpoczynku udaliśmy się na kolejny wulkan - Ol Doinyo Lengai 2954m (to jest obecnie najaktualniejszy pomiar, niektóre źródła podają wysokość nawet 3188m). Znawcy tematu wiedzą, że to nie byle jakie wyzwanie. Piękny stratowulkan, czyli stromy stożek aktywnego wulkanu. Jedyny, który wypluwa lawę karbonatytową, charakteryzującą się biało-żółtymi odcieniami i niską temperaturą ok. 500-600 stopni Celsjusza.

Końcówka naszej wędrówki nad aktywny krater biegła po skorupie lawowej o dużym stopniu nachylenia. Najwyższy punkt, oddzielony przełączką, pozostałość starego krateru, znajduje się sto metrów wyżej, nie omieszkaliśmy tam wejść. Ze szczytu rozpościerały sie widoki na kalderę Ngorongoro, jezioro Natron, Wyżynę Wulkanów, a także na Meru i Kilimandżaro. Miejscowe dane mówią, że rocznie na Ol Doinyo Lengai wchodzi niewielka liczba śmiałków, od poniżej 50 do poniżej 100, z których nieliczni decydują się osiągnąć najwyższy punkt wulkanu.

Ostatnia znacząca seria erupcji miała miejsce w latach 2007-2008, minimalne tego typu zjawiska pojawiły się w roku 2010 i 2013. W obrębie szczytowym można zaobserwować w kilku miejscach niewielkie fumarole (wyziewy wulkaniczne). Jest też młode spore pęknięcie od strony jeziora Natron, tworzące jakby pierścień. Zszedłem, a w zasadzie wskoczyłem do niego (gorzej było z wyjściem). Warstwy materiałów wulkanicznych były bardzo sypkie i niestabilne. Wynika to z faktu, że węglany je budujące, przy kontakcie z powietrzem bardzo szybko wietrzeją. Lawa wydobywająca się z Ol Doinyo Lengai ma odcień czerni (tylko w nocy świeci na czerwono), gdy zastygnie, dosyć szybko zmienia kolor na biało-żółty, następnie szarzeje i podlega silnym procesom erozyjnym. Jest rzadkim zjawiskiem, bo inne aktywne wulkany wyrzucają z siebie lawę znacznie cieplejszą, bogatą w minerały krzemianowe.

Lawa z Ol Doinyo Lengai jest bogata w dwa rzadkie minerały (węglany sodu i potasu) - nyerereite i gregoryite. Ten drugi jest mi bliski, ze względu na moje imię :). Gregoryt - tak samo jak ogromne pęknięcie tektoniczne, w którym znajduje się opisywany wulkan - Ryft Gregory`ego - zawdzięczają swoją nazwę brytyjskiemu geologowi i eksploratorowi,  który żył w XIX i XX wieku, a nazywał się John Walter Gregory.

Po wydarzeniach z roku 2007 i 2008 Ol Doinyo Lengai bardzo się zmienił, krater się zapadł i nie ma do niego dostępu. Miejsce ostatniej aktywności wulkanicznej zlokalizowane jest na jego skraju, od strony jeziora Natron. Eksplozywne erupcje i brak późniejszej aktywności spowodowały, że nie ma możliwości obserwacji lawy karbonatytowej w formie zastygłych wypływów.

Na koniec odwiedziliśmy jeszcze jeden wulkan - Kalderę Ngorongoro (jak i Kilimandżaro jest na liście światowego dziedzictwa UNESCO). Jedną z największych i najpiękniejszych na świecie (ok. 300km kwadratowych, inne dane 260km, wygasła, jej aktywność wulkaniczna zakończyła się ok. 2,5mln lat temu). Na skraju kaldery osiągnęliśmy wysokość ponad 2400m, na dnie było ok. 1700m. A tam zielone trawy, jezioro Magadi i przede wszystkim ogromna liczba zwierząt, m.in. lwy, słonie, zebry, antylopy, gnu, hipopotamy, guźce, liczne ptactwo jak strusie, sępy czy marabut. Trafił się nosorożec, kojot i szakal. Zresztą w rejonie Ol Doinyo Lengai też nie brakowało zwierząt, z żyrafami na czele. Naszym niezłomnym środkiem transportu była kultowa w Tanzanii - Toyota Land Cruiser.

Skąd ten zwierzęcy fenomen Ngorongoro? Zwierzętom tam mieszkającym nie za bardzo chce się wspinać na skraj kaldery. Dlatego tak licznie można je podziwiać. Inna sprawa, że zwierzętom z poza kaldery, też nie chce wchodzić się do środka. Wracając do cywilizacji, przyglądaliśmy sie baobabom, termitierom, zakupiliśmy ostatnie pamiątki.

Bardzo dziękuję Gosi, Ani, Olkowi, Zdzisławowi oraz Marcinowi za walkę i niezmiernie się cieszę, że wszyscy osiągnęli pełny sukces, który zostanie na całe życie. 

Grzegorz

Poniżej malutka próbka zdjęć. A na nich - wpierw masyw Kilimandżaro, od lasu tropikalnego, po lodowce. Wierzchołek Uhuru Peak 5895m, krater Kibo, krater Reusch. Roślinność Kilimandżaro jak lobelia i senecja. Widok na Mawenzi 5149m. Cała ekipa i co jedliśmy. Następnie wulkan Meru 5466m i safari z wulkanem Ol Doinyo Lengai 2954m oraz kalderą Ngorongoro.

Opublikowano w Blog

Za tymi anglojęzycznymi i arabskimi nazwami kryją się: ogromne centrum handlowe - Emirates, ośrodek narciarski pod dachem oraz luksusowy ośrodek wypoczynkowy połączony z centrum handlowym utrzymanym w stylu souku (suku).

Mall of the Emirates

Po Dubai Mall, jest to najchętniej odwiedzany obiekt handlowo-rozrywkowy w Dubaju. Potężne centrum, z setkami sklepów, restauracji, kompleks kinowy, sala widowiskowa, centrum rozrywkowe z klasycznymi atrakcjami jak kręgielnia czy bilard oraz z najnowszymi grami video oraz symulatorami. Luksusowe hotele również są. Można spędzić tam tydzień, w ogóle nie wychodząc z klimatyzowanych budynków. Chyba, że ktoś będzie chciał pograć na pobliskim polu golfowym, wtedy nie obejdzie się bez wyjścia na zewnątrz. Lecz nie z tego słynie centrum handlowe Emirates.

Ski Dubai

Jego wizytówką jest ośrodek narciarski ze snow parkiem (Ski Dubai), w którym tor saneczkowy, jaskinia czy ściana wspinaczkowa oraz pingwiny. Wysokość budowli, w której kryje się stok narciarski wynosi 85 metrów, długość tras 400m o różnym stopniu nachylenia, jest kolejka krzesełkowa. W dzień utrzymywana jest temperatura ok. minus 1 stopnia Celsjusza, w nocy minus 6 stopni, co pozwala na produkowanie śniegu. A to wszystko na pustyni, w jednym z najgorętszych miejsc na Ziemi. Ośrodek uchodzi za największy na świecie tego typu obiekt pod dachem. Jednorazowo może korzystać z niego 1500 osób.

Miałem ochotę pojeździć na nartach, lecz tłumy ludzi i gigantyczne kolejki wybiły mi to z głowy. Cały sprzęt, łącznie z kombinezonami, można wypożyczyć na miejscu. Wynająć instruktora również.

Centrum Emirates ze Ski Dubai położone jest obok linii czerwonej metra, około 3km od słynnego nadmorskiego hotelu Burj Al Arab Jumeirah i 14km od Burdż Chalifa.

Madinat Jumeirah

Jego najważniejszym elementem jest luksusowy ośrodek wypoczynkowy, ale nie brakuje tutaj eleganckich sklepów i ekskluzywnych restauracji. Wokół - kanały, palmy, deptaki, prywatna plaża i sąsiedztwo hotelu Burj Al Arab. Architekturę utrzymano w stylu krajów arabskich. Część handlowa nawiązuje do lokalnych targowisk z wąskimi uliczkami (suków).

Zgodnie z dubajską tradycją, obok takich obiektów musi być pokaźny rozrywkowy obiekt. W tym miejscu rolę tą pełni Wild Wadi Water Park. Są tu efektowne zjeżdżalnie, baseny. Sztuczna fala, maszyny do surfowania.

Na zdjęciach wspomniane obiekty.

Opublikowano w Blog
W Dubaju przyjęto ciekawą koncepcję. Łączenia centrów handlowych nie tylko z prostą rozrywką typu kino, ale także z rozrywką zaawansowaną. W Dubai Mall jest akwarium i wodne zoo (Dubai Aquarium & Underwater Zoo). W Mall of the Emiraters ośrodek narciarski oraz ogromne centrum z najnowocześniejszymi automatami do gier i symulatorami.

Akwarium w Dubaju położone jest w największym na świecie obiekcie handlowym pod względem całkowitej powierzchni. Jego częścią składową jest zoo obejmujące gatunki mocno zaprzyjaźnione z wodą, w tym krokodyle, szczury wodne i pingwiny. Oczywiście w mieście jest też zoo tradycyjne, na świeżym powietrzu.

Połączone z akwarium wodne zoo obejmuje ponad 300 gatunków zwierząt, w tym rekiny i płaszczki. Do największych atrakcji należy główny ogromny zbiornik wodny, pod którym jest akrylowy około 50-metrowy tunel. Jeden z największych tego typu. Inną atrakcją jest możliwość przepłynięcia łodzią po zbiorniku.

Łącznie w akwarium jest 10 milionów litrów wody. Oby konstrukcja okazała się trwała. W 2010 roku w wyniku przecieku, trzeba było ewakuować ogromne centrum handlowe, część sklepów zamknąć na pewien czas.

Widziałem wiele akwariów na świecie i wszystkie są podobne do siebie. Znużony tym faktem, rzadko odwiedzam podobne obiekty. W Dubaju postanowiłem zrobić wyjątek. Wszystko tu jest największe, to może i akwarium mi zaimponuje - pomyślałem. Jednak trochę się rozczarowałem. Może coś jest trochę bardziej spektakularne niż gdzie indziej - ale cały czas bardzo podobne do innych konstrukcji tego typu. Poznany Amerykanin Cliff mówił, że fajniejsze akwarium jest w Bostonie. Może kiedyś zdecyduję się to sprawdzić?

W ramach dygresji. Na świecie zyskuje popularność, a w Dubaju to już szaleństwo, robienie pewnego typu zdjęć. Mamy wykonać kilka określonych ruchów, a potem nasze postacie zostaną przeniesione do sztucznej rzeczywistości. Włożone do paszczy krokodyla, na grzbiet rekina, wspinamy się na zewnątrz Burj Khalifa czy jesteśmy Jamesem Bondem. Nie przypadkowo podaję te przykłady. Bo taką usługę ma Dubai Aquarium i sąsiedni drapacz chmur Burj Khalifa, jak również odbywająca się w nim podczas mojego pobytu wystawa poświęcona Jamesowi Bondowi, a przed Dubai Mall można było sobie zrobić takie zdjęcia wykorzystując motocykl i samochód Batmana (w całym Dubaju jest dużo więcej możliwości zrobienia podobnych fotografii). Na ogół dostajemy trzy zdjęcia papierowe, a na email elektroniczne, ceny wahały się za coś takiego od 150 do 250zł. Nierzadko bilet wstępu do danej atrakcji był tańszy. W jednych miejscach robią nam takie zdjęcia bez pytania, ale nie mamy obowiązku ich wykupić, a w innych musimy wyrazić chęć.

Fotografie są efektowne, jesteśmy na nich bohaterami, niezwykłymi postaciami. Jest tylko mały problem, jak dla mnie przynajmniej, to fikcja, coś nieprawdziwego. Wolę zobaczyć krokodyla obok mnie na żywo i na żywo go karmić, niż robić to na sfabrykowanym zdjęciu. I choć mnie koncepcja takich sztucznych zdjęć nie przekonuje, to zainteresowanie turystów było znaczne. Tak na marginesie, przypomniało mi się wczesne dzieciństwo i wakacje w Bułgarii, Rumunii czy na Ukrainie (minęło już trochę czasu). Tam w delfinariach karmiłem żywe delfiny, skaczące do mojej ręki, w której trzymałem rybę. Zawodowy fotograf robił zdjęcia i po opłaceniu przesyłał do Polski. Choć scena była wyreżyserowana, to jednak od początku do końca prawdziwa, bez żadnych efektów specjalnych. I ta koncepcja jest mi bliższa.

Ciekawostka. Dubaj chce zbudować podwodny hotel. Ma się nazywać Water Discus Hotel, a zaprojektowali go Polacy. Umiejscowiony na rafie koralowej ma oferować wspaniałe widoki. Oby doczekał się realizacji, oby przyroda na tym nie ucierpiała i oby wykorzystano projekt Polaków.

Tymczasem zdjęcia z akwarium i podwodnego zoo w Dubai Mall.

Opublikowano w Blog

nationalgeographic box

red bull 225x150

TOKFM box

iexpert 225X150px

stopka plecak

LogoStopka

stopka plecak

Strona używa informacji zapisanych za pomocą… plików cookies w celu dostosowania do indywidualnych potrzeb użytkowników. Jeżeli tego nie akceptujesz zmień ustawienia przeglądarki dotyczą…ce cookies. Więcej informacji można znaleźć‡ w naszej Polityce prywatności.