a2b2

pzu bezpieczny 225x140

slaskie box

spokey.jpg 225PX

LOGO

Podziel się

FacebookMySpaceTwitterGoogle BookmarksLinkedinRSS Feed

Piątego lutego późnym wieczorem dotarłem z Bogoty do Mexico City, a o poranku dnia następnego pojechałem do miasteczka Amecameca de Juarez (ok. 2400-2500m n.p.m.). W Mexico City w centrum i w metrze jak zwykle było pełno policji, za to w Amecameca spokojnie, targ na głównym placu i słabe widoki, ze względu na przejrzystość powietrza, na wulkany Popocatepetl 5424m (aktywny) i Iztaccíhuatl 5230m (wym. Istaksiwatl, nieaktywny).

Moim celem był ten pierwszy, o ile jego aktywność pozwoli dostać się na szczyt. Często zadawane jest mi pytanie o zasady PROJEKTU 100 WULKANÓW? Przede wszystkim różnorodność. W przypadku wulkanów drzemiących i nieaktywnych stanięcie na szczycie jest ważne, w przypadku aktywnych, których musi być co najmniej połowa, osiągnięcie szczytu jest sprawą drugorzędną. Celem nadrzędnym jest zbliżenie się do miejsca najaktywniejszego, kluczowego dla jego aktywności. Często jest to wierzchołek, gdzie znajduje się krater, ale nie zawsze. Jeszcze lepiej, gdy wulkan jest w fazie erupcji i nie mogę wejść na niego. Nieczęsto trafia się na takie zjawisko. Obserwacja erupcji nie jest klasyfikowana jako zdobycie/eksploracja wulkanu i nie trafia do głównej tabeli, tylko do tabeli pomocniczej, gdzie również mniej istotne wulkany i inne miejsca/zjawiska wulkaniczne.

Popocatepetl w dniach 25-26 stycznia 2016 zaliczył dosyć dużą erupcję i od tego dnia codziennie dochodziło do mniejszych wybuchów. CENAPRED (Narodowe Centrum Przeciwdziałania Katastrofom) utrzymywał alert: Yellow Phase 2. System ostrzegawczy odnośnie Popocatepetl (tzw. semaforo de alerta volcanica) jest stanowczo przekombinowany i obejmuje aż 7 poziomów, dwa zielone gdy wulkan nie wykazuje żadnej aktywności lub minimalną, trzy żółte, pierwszy gdy wulkan wyrzuca sporo gazów, aktywny jest sejsmicznie, drugi (yellow phase 2), gdy już mówimy o fazie erupcji, dochodzi do wybuchów, wyrzucany jest popiół, materiały piroklastyczne - zasięg erupcji jest niewielki, obejmuje jedynie masyw wulkanu. Trzeci poziom żółty to erupcja o poziomie średnim do dużego. Kolor czerwony w fazie pierwszej to duża erupcja z chmurą popiołów wyrzucaną kilka kilometrów w górę między innymi, a faza druga to erupcja duża lub ekstremalna, zagrażająca poważnie okolicznej ludności.

A więc mamy alarm żółty w fazie drugiej. Każdej doby notowane jest po kilkadziesiąt niewielkich trzęsień ziemi, po kilkanaście-kilkadziesiąt niewielkich wybuchów i wyrzutów popiołów lub/i materiałów piroklastycznych. Zalecenia są takie:

CENAPRED emphasizes that people SHOULD NOT go near the volcano, especially near the crater, due to the hazard caused by ballistic fragments. 

This type of activity is included within the scenarios Volcanic Traffic Light Yellow Phase 2.
The scenarios foreseen for this phase are:
1. Explosive activity of low to intermediate level.
2. Ash fall in nearby towns.
3. Possibility of short range pyroclastic flows and mudflows .
Special emphasis is placed on the following recommendations:
1. Continue the safety radius of 12 km, so staying in that area is not allowed.
2. Keep the controlled traffic between Santiago Xalitzintla and San Pedro Nexapa through Paso de Cortés.
3. Civil Protection authorities, keep your preventive procedures, in accordance with their operational plans.
4. People, be alert to the official information disseminated.
In case of ashfall, address the following recommendations:
• Cover nose and mouth with a wet handkerchief or face mask.
• Clean eyes and throat with pure water.
• Avoid contact lenses to reduce eye irritation.
• Close windows or cover them up, and stay indoors as much as possible.
Popocatepetl Volcano monitoring is performed continuously 24 hours a day. Any change in activity will be reported in due course.

Obserwując wulkan z Amecameci, wieczorem widok się poprawił, dużo gazów wydobywało się z krateru, ale nie wyglądało to na tyle niebezpiecznie, by nie spróbować dostać się na wierzchołek. Spakowałem sprzęt i poszedłem spać, z nastawieniem na ostrą wulkaniczną przeprawę w ciągu kolejnych kilkudziesięciu godzin.

Zanim wyjechałem na wyprawę, wypytwałem różnych ludzi z rejonu Popocatepetl (Popo), w tym polskich misjonarzy, Polaków mieszkających w Meksyku, lokalnych przewodników. I wszyscy twierdzili to samo, na Popo się nie wchodzi, jest aktywny, niebezpieczny i permamentnie zamknięty dla ruchu turystycznego. Dla mnie to żadne argumenty. Gdybym się przejmował takimi rzeczami nigdy nie zakończyłbym PROJEKTU 100 WULKANÓW. Jedyną pomoc jaką znalazłem, to marne zdjęcie wulkanu z zaznaczonymi trasami, ostrą prosto do góry i dłuższą, łagodniejszą, prowadzącą do najniższych partii krateru. Obie wychodzące od Tlamacas.

O poranku 7 lutego opuściłem hotel przy głównym placu i taksówką wyruszyłem do Tlamacas. Niestety można było dojechać jedynie do Paso de Cortes ok. 3670m, 25km od Amecameci. Dalsze 5km do Tlamacas było zamknięte. Przygotowałem się na problemy z lokalnymi służbami, dlatego czekan, kask itp. ukryłem w plecaku, ubrałem się cały na czarno. Pierwotny plan miałem taki, tego dnia dojdę do 4000m z kawałkiem, rozbiję mój namiot za 10 dolarów kupiony w Chile, a o poranku dnia następnego stanę na szczycie Popo i wieczorem wrócę do Amecameci. Po minucie pobytu na przełęczy pomiędzy Popo a Iztaccíhuatl wiedziałem, że z moich planów nici. Ze dwudziestu turystów i pięćdziesięciu wojskowych, policjantów federalnych i górskich. Latający helikopter wokół wulkanu. W budynku parku narodowego służby ratunkowe. Wszyscy tutaj z powodu aktywności Popocatepetl. Nazywam to odstawianiem szopki przez władze, które chcą pokazać jak dbają o społeczeństwo. Przy takich erupcjach jak 25-26 stycznia, mogą tylko sobie patrzeć, nie mają nic do roboty, a gdyby doszło do katastrofalnej, to służby potrzebne są w wioskach i w miastach, a nie na niezamieszkałej przełęczy.

Zaraz gdy przyjechałem, szybko zrzuciłem plecak i ukryłem za samochodem na parkingu. Zrobiłem kilka zdjęć, przyjrzałem się sytuacji i szybko z plecakiem ruszyłem w dół, wzdłuż drogi, żlebem okresowej rzeki. Wyraźny kawałek poniżej przełęczy (ok. 3640m), gdy nie jechał żaden samochód, udałem się do góry, lasem, niestety niezbyt gęstym, pełnym wysokich traw, a na początku musiałem pokonać płot z drutu kolczastego.

Na wulkan zamierzałem wystartować po zmroku, więc powoli posuwałem się do góry. Wybierałem bardziej gęste fragmenty lasu, głębokie żleby, byleby nie poruszać sie na otwartej przestrzeni. Wypatrywałem, czy gdzieś nie czai się jakiś żołnierz, policjant. Był moment, gdy nad fragmentem lasu, gdzie sie znajdowałem, krążył wojskowy helikopter, leżałem wtedy w głębokiej trawie. Na 4000m kończył się las, zaczynały się łąki. W Tlamacas i powyżej przełęczy Cortes jest sporo różnych anten, budynków, służb. Nie mogłem przez łąki iść za dnia, bo byłbym świetnie widoczny. Ponadto duża część mojego podejścia na wulkan była świetnie widoczna z Paso de Cortes. Zostawiłem depozyt niepotrzebnych rzeczy w lesie i z linii ostatnich drzew obserwowałem wulkan, okolicę, czekałem na zmrok. Ściemniać zaczęło się po 18:00, wtedy wyruszyłem, momentami się czołgając lub wędrując na kolanach. Musiałem pokonać płot i przejść szutrową drogę. Przedostałem się za wzgórze, na skraj głębokiej i stromej doliny, stąd nie było mnie widać od strony przełęczy.

Już po zapadnięciu zmroku przedostałem się do masywu Popocatepetl, nawet w dolnej partii natrafiłem na ścieżkę. Nie używałem czołówki. Ubrany na czarno. Nikt nie mógł mnie zobaczyć. Na wszelki wypadek wziąłem śpiwór, gdybym się gdzieś pogubił i musiał czekać do świtu. Noc była ciemna, ale nie bardzo, gwiazdy, ale bez księżyca. Ścieżka jak szybko się zaczęła, tak szybko się skończyła, zaczęło sie strome i nieprzyjemne rumowisko skalne. Płaty śniegu, skałki. Raków nie wziąłem, bo w mojej ocenie z Amecameci, nie były niezbędne, większość śniegów i lodów pokrytych było popiołem wulkanicznym i drobnym materiałem piroklastycznym.

Zważywszy na okoliczności nocnej wędrówki bez oświetlenia, lepiej byłoby mi iść łagodniejszym zboczem, i od najniższej części krateru dojść do najwyższej. Ale ze względów bezpieczeństwa nie mogłem tak zrobić. Aktywna część krateru znajduje się w dolnej części i gdy dochodzi do wybuchów, w pierwszej kolejności materiał piroklastyczny wyrzucany jest na zbocze od niższej strony krateru. Gazy i popiół też prawie zawsze wyrzucane są w tym kierunku i tak wieją wiatry, w kierunku miasta Puebla. Moja trasa okazała się koszmarem. Bardzo stromo. Raz sypko, że więcej się osuwałem niż posuwałem do góry. Raz ziemia twarda jak skała, zlodzona. Przydałyby się raki. Do tego kilka płatów śniegu do pokonania. Szło się fatalnie i wolno, a moje kontuzjowane stopy bolały jak diabli. Dotarłem na ramię Popo i powoli piąłem się w górę. Teren stał się mocno skalisty. Przekroczyłem 4500m. Gdy dochodziłem do 4900m, stanąłem nad urwiskiem. Zła droga. Ale z góry przyjrzałem się ostatniej partii podejścia, mimo ciemności. Zszedłem 200m deniwelacji względnej w dół i bardzo nieprzyjemnym trawersem ominąłem skalisty teren, by ruszyć do góry bardzo stromym i zlodzonym zboczem. Bez raków było ciężko, ale dawałem jakoś radę.

Pomyłka kosztowała mnie dwie godziny, ale w końcu dotarłem do ostatniego podejścia, jeszcze stromszego niż wcześniejsze, obok resztek lodowca. Ocieplenie klimatu i erupcje Popo zrobiły swoje. Największy meksykański lodowiec jest na Orizabie, a mini lodowiec też na przełęczy pod wierzchołkiem Iztaccíhuatl. Sypko było tylko momentami, wtedy stałem w miejscu. W pozostałej części zmrożone zbocze nie pozwalało się prawie posuwać do przodu, często pod niewielką ilością materiałów piroklastycznych był lód. Te kamyki zachowywały się jak kulki rozsypane na podłodze. Leżałem nieraz. Na jednym z przystanięć, jeszcze przed świtem, zostawiłem gps, wróciłem po niego, jakoś po ciemku znalazłem, ale straciłem ponad pół godziny. Na samym końcu musiałem pokonać fragmencik lodowca (mini ścianka), wyrąbałem sobie stopnie czekanem. Wierzchołek osiągnąłem ok 8:00 rano (08.02.2016), a przed świtem zanotowałem temperaturę minus 9 stopni Celsjusza.

Z krateru wydobywało się mnóstwo gazów, dominował siarkowodór, nie było wiele widać. Zresztą gdy dochodziłem do szczytu, zaatakowała mnie chmura gazu (wiatr zmienił kierunek), w pośpiechu zakładałem maskę, google i kask. El Popo oferuje świetne widoki, m.in. na Iztaccíhuatl. Na szczycie byłem jakieś pół godziny, słyszałem dwa wybuchy z krateru. Na szczęście ich niewielka siła nie zagroziła mi w żaden sposób, taki wybuch jak 25 stycznia zmiótłby mnie w sekundę.

Przyznam, że miałem okazję być na szczytach lub w kraterach wulkanów bardziej aktywnych niż Popocatepetl. Czułem się całkiem bezpiecznie na El Popo. O ile można się tak czuć na aktywnym wulkanie. Nawet tzw. turystyczne aktywne wulkany potrafią pokazać swoją moc, jak wulkan Ontake w Japonii w 2014 roku. Niespodziewana erupcja zabiła 54-ch turystów. Chociaż Popo jest generalnie zamkniętym wulkanem, to od czasu do czasu ktoś na niego wchodzi, bardzo rzadko ale jednak. Jest to drugi co do wysokości wulkan Ameryki Północnej i druga góra Meksyku (piąta góra Ameryki Północnej). Do niedawna najaktywniejszy wulkan Meksyku, często sie mówiło, że nawet całego kontynentu. Nie mniej w Meksyku Popo ma konkurenta, wulkan Colima, ostatnio aktywniejszy od Popo, ale akurat początek roku należy do Popocatepetl. Wulkan Colima trochę odpuścił.

Schodząc, miałem świadomość, że jestem widoczny z wszystkich okolicznych anten i nadajników oraz z Paso de Cortes. Spodziewałem się u podnóża czekających na mnie panów z karabinami, ale nie zamierzałem nic im ułatwiać. Nie da się realizować pasji zdobywania aktywnych wulkanów we współpracy z lokalnymi służbami, bo to zawsze oznacza brak współpracy i kłopoty. Świetnym przykładem jest wulkan Villarrica z początku wyprawy. Od czasu do czasu podejmuję próby współpracy i zawsze tego żałuję. Najlepiej robić swoje, wchodzić na wulkan, niech miejscowe służby się martwią co ze mną zrobić. Pytanie o pozwolenie to jedna z najgłupszych rzeczy jaką mógłbym zrobić. Odpowiedź zawsze brzmi: nie. W różnych zakątkach świata biały człowiek postrzegany jest przez pryzmat turysty-plażowicza, w japonkach, chwiejący się od nadmiaru alkoholu. Biały człowiek na aktywnym wulkanie, równa się kłopoty, a jego śmierć to negatywny przekaz medialny i starty w turystyce. Dlatego za wszelką cenę niech sie trzyma z daleka od wulkanu. Ale na wulkanach w krajach białych ludzi jest podobnie. Nie wolno. Bo niebezpiecznie. Też mi argument. Wymyśliłem sobie karkołomny PROJEKT 100 WULKANÓW, połowa musi być aktywna i zamierzam go zrealizować, o ile jakiś wulkan mnie nie unicestwi wcześniej. Aktywnych wulkanów mam na koncie ponad 30 i przyznam szczerze, że najbardziej mnie rajcują. Do problemów z różnymi służbami, w tym z wojskiem i policją jestem przyzwyczajony. Do ich omijania np. przez dżunglę też. Jeśli mają mnie złapać, to po zdobyciu wulkanu, wtedy mi wszystko jedno.

Zejście z Popocatepetl było gorsze niż wejście. Jeden z najcięższych wulkanów pod tym względem na jakim byłem. Pierwszy fragment jest tak stromy, że ledwo utrzymywałem sie na nogach. Tylko na nim wywaliłem się ponad 50 razy, ale to drozbiazg. Gorzej, że miałem ześlizgnięcia po 20 metrów i nie mogłem sie zatrzymać. A lawa cięła ubranie i skórę jak noże. Całe nogi i ręce pocięte, posiniaczone, krew. Ból palców u stóp nawet trudno opisać. Okropny. Ale co nas nie zabije to nas wzmocni, jak mówią. W dół schodziłem chyba jeszcze wolniej niż do góry. Raki, by się bardzo przydały. Kolejny odcinek również dostarczył mi ponad 50 upadków, ześlizgnięć, zjazdów. Że nic sobie nie skręciłem, nie zerwałem żadnego więzadła, bardzo dziwne, okazji miałem co niemiara. Drugi odcinek za mną, kilka godzin w plecy, słońce grzeje. Najchętniej bym się położył i czekał na jakiś helikopter, ale jak na złość, wojskowi tego dnia nie latali. Trzeba było zejść na własnych nogach. Trzeci odcinek, trochę łagodniejszy również dał mi popalić. Gdzieś o 17:00 dotarłem do traw i łagodniejszego zejścia. Wracałem tą samą trasą. Mało wygodną, ale z daleka od widoku z rejonu Paso de Cortes. Nikt na mnie nie czekał, nikt nie chciał mnie zwieść choćby radiowozem do Amecameci.

Doszedłem do depozytu o 18:00, szybko wrzuciłem wszystko do plecaka i mając jeszcze pół godziny dnia biegiem ruszyłem w dół, ku drodze z Paso de Cortes. Bieganie żlebami to zły pomysł, bo wpadałem do jakichś dziur, na korzeniach się wywracałem, prawie wbiłem sobie w kolano kawałek drzewa. Z czołówką na łbie nie było lepiej. Minęła 20:00, gdy w końcu witałem asfaltową drogę. Noc, zero pojazdów. Jakieś 23-24km do Amecameci. Za mną nieprzespana noc i jakieś 30parę godzin na nogach, a wchodzenia i schodzenia na El Popo ponad 24 godziny. Na myśl o schodzeniu do Amecameci, nie miałem tęgiej miny. Ale szedłem w dół. Na 3600m jechał samochód w moim kierunku, zacząłem machać, minął mnie, ale po chwili zatrzymał. A w nim pracownicy metra w Mexico City - Joel i Gary, oraz pies (suka) - Maja. Podwieźli mnie do Amecameci. Miałem wielkie szczęście, bo aż do miasta na drodze nie było żadnego samochodu. Chłopaki nie mogli uwierzyć, że wszedłem na El Popo, pokazywałem zdjęcia, opowiadałem. Wiele razy mi gratulowali.

Do hotelu dotarłem po 21:00, zimny prysznic (bo brak ciepłej wody) i spać. Kolejnego dnia planowałem sie dostać pod inny wulkan - Orizaba, najwyższy w Meksyku i w Ameryce Północnej. Już kiedyś to pisałem, ale zapomniałem do planu wpisać jakiekolwiek dni odpoczynku, więc zapierniczam jak bolid firmuły jeden, ledwo żywy, ale jeszcze żywy.

Na Popocatepetl pokonałem całkiem sporą deniwelację względną, w górę 2210m, a w dół 2250m. Bez odpoczynku.

W kolejnych dniach w Meksyku, gdy mówiłem, że wszedłem na Popocatepetl, wszyscy zaraz mówili - byłeś na Paso de Cortes. Nie, na szczycie. Niemożliwe. Wulkan jest zamknięty, w fazie erupcji, tam nikt nie chodzi. Dopiero zdjęcia przekonywały niedowiarków, a potem traktowali mnie jakbym dokonał czegoś niemożliwego. Bohatera ze mnie robili, a ja wszedłem tylko na 30któryś aktywny wulkan. Przewodnicy, których spotkałem pod Orizabą, żaden z nich nie był na Popo, niedowierzali również, że wszedłem i nikt mnie nie aresztował do tego. A za co? Wszedłem tylko sobie na aktywny wulkan.

Każdy chciał oglądać zdjęcia z masywu, ze szczytu. Oglądający, nigdy wcześniej nie widzieli takich zdjęć. Bardzo byłem i jestem zdziwiony reakcją Meksykanów. Gdy tylko dowiadują się, że byłem na El Popo, na samej górze, nie dają mi spokoju. I pytają, nie bałeś się? W takich miejscach nie ma czasu na strach. Trzeba wyostrzyć wszystkie zmysły w temacie przetrwania i gotowości do ucieczki. Gdybym sie bał, tak klasycznie, jeden z ponad 30-stu zdobytych aktywnych wulkanów zabiłby mnie. A tak, póki co mam się dobrze.

Popocatepetl dostarczył mi adrenaliny, wrażeń, bólu i radości. Świetny wulkan, na którego szczycie mało kto staje. To są wyzwania, które uwielbiam. Fajnie być na przykład jednym z kilkunastu czy z kilkudziesięciu ludzi, którzy byli kiedykolwiek na szczycie danego wulkanu. Bycie jednym z tysięcy już tak nie cieszy.

Krótki film z Popocatepetl jest: TUTAJ.

Pomiary GPS i zaznaczona droga wejściowa - znajdują się w galerii pod tekstem: PROJEKT 100 WULKANÓW po wyprawie 2015/2016 do Ameryki Południowej i Północnej.

English short note: Popocatepetl 5624m and Pico de Orizaba 5629m - the two highest volcanoes in North America in five days, and during the eruption of Popocatepetl.

Na zdjęciach:

  • 1) Kolejna próba reanimacji dziurawych butów, Popocatepetl moją pracę zniszczył po kilku godzinach,
  • 2-4) Przełęcz Paso de Cortes i Popocatepetl 5424m oraz policja i wojsko, których był dużo więcej niż pokazują zdjęcia,
  • 5) Wulkan Iztaccíhuatl 5230m z Paso de Cortes,
  • 6) Teren w jakim się poruszałem na początku wędrówki,
  • 7) Popocatepetl widziany z 4000m, czekam na zmrok,
  • 8) Wstaje dzień, a ja prawie na szczycie,
  • 9-19) Wierzchołek Popocatepetl 5424m, widać krater i gazy się wydobywające z niego, na kilku zdjęciach też wulkan Iztaccíhuatl,
  • 20-21) Resztki lodowca w masywie Popocatepetl,
  • 22-31) Zejście z Popocatepetl, na części zdjęć widać którędy schodziłem, ale zdjęcia i tak nie oddają jak było stromo i ciężko,
  • 32-33) Joel (z lewej) i Gary, oraz Maja,
  • 34) Moje spodnie zewnętrzne, całe tak wyglądają, jak ten fragment na tyłku, reszta sprzetu ma się podobnie, często trzyma się tylko na srebrnej taśmie,
  • 35-39) Na głównym i przy głównym placu w Amecameca de Juarez (koło Mexico City).
Opublikowano w Blog

Jestem w mieście Riobamba w Ekwadorze, w drodze do kolumbijskiej Bogoty. Jakimś cudem udało mi się wygospodarować trzy dni i zobaczyć trudno dostępny wulkan Sanagy. By zobaczyć go przez chwilę pomiędzy chmurami, musiałem wspiąć się na "pagórek" o wysokości 4336m. Kolejny przystanek - Quito.

13-14.01- jeden dzień nie wystarczył na zorganizowanie transportu pod Pissis. To były dwa dni ciężkiej pracy. Z Danielem się nie dogadałem co do transportu do granicy. Zszedł z 480 000pesos do 320 000pesos, ale to i tak za dużo, nie mniej cały czas negocjowaliśmy . Dał mi jednak namiary na gościa z firmy argentyńskiej, który zgodził się mnie zawieźć pod Pissis od granicy. Z Martą ustalaliśmy z nim warunki. Cena 900USD. Drogo? Alternatywy nie było. Żadna firma z Copiapo nie chciała mnie tam zawieźć, a luźne ceny jakie padały wynosiły 2mln pesos. Tłumaczyli to problemami z papierologią związaną z wjazdem do Argentyny. A tak naprawdę powodem było - lenistwo. Tylko jedna wypożyczalnia aut była gotowa pozwolić mi wjechać do Argentyny, ale za dobę chcieli blisko 200 000pesos. Rozmawiałem m.in. z Erzio z firmy Puna de Atacama, gwiazdą turystyki w Copiapo. Tak się zaprezentował - szef miejscowego stowarzyszenia turystycznego, naukowiec, dobry angielski etc. Powiedział, że dzień użycia auta z kierowcą to 500usd. Miał zadzwonić, ale tego nie zrobił. Oboje wiedzieliśmy, że jego ceny, by mnie zabiły. Mówił, że myślał o tych miejscach, które mnie interesują, by wrzucić do swojej oferty. Jeszcze jednym pomysłem był przewodnik z Bahia Inglesa, który za pensję 70 000pesos, zgodził się jechać, ale przyznał, że nie ma pojęcia o tych miejscach. Marta z kolei załatwiła transport do granicy i z powrotem za 200 000pesos. A jak to się skończyło, piszę poniżej.

Te dni wtykorzystałem również na pranie. Wszystko było strasznie brudne i przepocone. W residencial prania zrobić nie mogłem, ale znalazłem firmę obsługującą hotele. Za ponad 10usd wyprali mi ponad 3kg ubrań.

Musiałem też naprawić buty. W Chile kupić proste rzeczy jest często trudno, np. dobry klej czy srebrną taśmę przemysłową. Ale znalazłem szewca, który za 10usd zgodził się coś podziałać z butami. Prosiłem, może być brzydko, ale solidnie, a zroibili ładnie, ale niesolidnie. Na czubki butów nakleili używając niewiele kleju delikatną skórę, i o zgrozo, przykleili ją do podeszwy. Po 10 minutach marszu na Pissis, skóra odpadła, a dziur w butach szewc nawet nie tknął.  

15.01 - żebym miał tani przejazd do granicy, Daniel musiał mnie dołączyć do Adiny, Niemki, któraz zrobiła sobie turystyczny wypad, a do Chile przyjechała na wymianę studencką, jest nauczycielką. Było coś po 10:00 gdy wyruszyliśmy wraz z Hareli i Gabrielem. Cel, refugio koło Laguny Santa Rosa (Park Narodowy Nevado Tres Cruces). To była moja trzecia wizyta, wliczając rok 2010. Dosyć sprawnie dotarliśmy na miejsce. Miałem czas obejść jezioro, salar, poprzyglądać się flamingom. W refugio, ok. 3775m, było pełno ludzi, głównie USA. Pełno, tzn. kilka osób,  bo  refugio jest małe. Znalazłem jednak dla siebie miejsce. Gabriel wrócił do Copiapo, a Hareli z Adiną, postanowiły zrobić sobie biwak w śpiworach na zewnątrz.

16.01 - Daniel miał mnie dowieźć na 12:00 do granicy, chociaż Juan z argentyńskiej firmy chciał na dziewiątą. Niestety Daniel spóźniał się i przyjechał przed 11:00. Wpierw musieliśmy popędzić na granicę(do pograniczników), oddaloną grubo ponad 50km (może blisko 100km) od faktycznej granicy. Poszło szybko, bo nikogo nie było. I gaz do dechy, z krótkim postojem przy posterunku policji obok Laguny Verde. Na granicznej przeł. San Francisco 4726m czekał już Juan. Męczył Martę, czy na pewno przyjedziemy. Mówił, że czekałby jeszcze godzinę, była 13:00. Od Argentyny jest piękny asfalt, Chilijczycy też obiecali wyasfaltować drogę, ale marnie im idzie, a jakość asfaltu jest marna. Zjechaliśmy do przejścia granicznego. By Juan mógł dojechać ze 20-30km do przełęczy, musiał wypełnić mnóstwo papierów. Następnie gaz do dechy i w dół pośród pięknych widoków. Nad głowami dużo chmur, bardziej wilgotno, to i więcej roślinności, w stosunku do strony chilijskiej, na którą chmury przechodzą rzadko. Na ok. 3330m, zgodnie ze znakiem skręciliśmy ku Pissis. Czekało nas 90km jazdy off roadowej (ok 3h). Od granicznej przełęczy do tego miejsca było zdaje się ponad 100km.

Toyota Hilux Juana, była jego własnością, opowiadał że ma opony na kamienie za 1800 dolarów. Mimo, że droga była dobra, narzekał że trudna i niszczy samochód. Dla Chilijczyków i Argentyńczyków wszystko jest trudne. Narzekał, że wróci nocą do domu, że bolą go plecy, że chyba będzie musiał poszukać dodatkowego kierowcy i takie tam. Fajny facet, ale zawsze mnie wkurza, gdy płacę i ktoś jeszcze narzeka. A jego usługa kosztowała mnie 900USD, ponoć specjalna cena dla mnie i Daniela, z którym planowali nawiązać współpracę. Daniel, który początkowo chciał prawie 500 000pesos, ostatecznie zgodził się na 180 000. Trasa pod Pissis jest przepiękna, góry, jeziora, zwierzęta, wysokości do 4700m. Pytałem Juana, czemu nie zrobi 2-dniowej wycieczki z noclegiem w Pissis Base Camp. Powinien mieć taką w ofercie. Stwierdził, że to fantastyczny pomysł. Jak zwykle Gawlik przyjechał i organizuje trasy turystyczne miejscowym biurom. A tak w ogóle, Juan pierwszy raz miał za klienta Polaka.

Posługiwał się słabo komunikatywnie angielskim, ale wystaczająco, mówił że zawiezie mnie na 5000m do Camp1, co cieszyło, bo BC jest na 4500m z kawałkiem. Na obietnicy się skończyło, skończyliśmy na 4570m, ale rzeczywiście dalej nie ma drogi. 3,5h jechaliśmy. Było po 18:00, Juan miał mnie odebrać 21 stycznia. Trzeba przyznać, że był profesjonalnie przygotowany - telefon satelitarny, tlen, narzędzia, woda zapasowa itd.

Za nisko było na nocleg, więc zostawiłem depozyt z wodą i jedzeniem, bo w BC wody nie było i do 20:00 jeszcze maszerowałem doliną. Pokonałem spory odcinek i nocowałem na 4890m, już blisko masywu Pissis. Poza za mną nie było żywej duszy.

17.01 - Odwiedzając masyw Pissis chciałem przyjerzeć się miejscowym lodowcom, największym na Puna de Atacama, dzięki ukształtowaniu wulkanu i większej wilgotności po stronie argentyńskiej. Nie planowałem zdobywać szczytu, ale postanowiłem spróbować, mimo potężnego zmęczenia wcześniejszą górską działalnością. Pogoda dopisywała. Na 5050m widziałem ślady kół samochodu, a na 5400m stał terenowy ford, słabszy niż auto Juana. A więc jak się chce, to można. Auto zniknęło, czyli odjechało jakieś 2h później, żadnych ludzi nie widziałem.

Na trasie miałem do pokonania niewielkie penitenty, nie było stromo do 5700m. Wspaniałe widoki na Pissis, lodowce, w tle Ojos del Salado i Nevado Tres Cruces. Chociaż Pissis jest bardzo blisko chilijskiej granicy, to musiałem dotrzeć tutaj naokoło. Nie szło mi się dobrze, powoli, wieczorem gdy dotarłem do 6000m i nie widziałem żadnych szans na jakieś miejsce na rozbicie namiotu. Zabrałem się za budowę platformy, co zajęło mi godzinę, do 19:00. Wysokość 6010m, obok lodowca. Wzmógł się wiatr i przy stawianiu namiotu złamał się pałąk. Musiałem się trochę nakombinować, zanim namiot jakoś stał i dało się w nim spać.

18.01- PISSIS 1 - ATAK SZCZYTOWY. Pissis jest ważną górą dla nas Polaków, bo jako pierwsi w 1937 roku zdobyli go Polacy - Jan Szczepański i Stefan Osiecki. Podobnie jest z Ojosem del Salado, w tym samym roku, jako pierwsi zdobyli go - Szczepański i Justyn Wojsznis. Jeśli Ojos jest najwyższym wulkanem na Ziemi i drugą górą Ameryki Południowej, to Pissis odpowiednio drugim wulkanem i trzecią górą. Pissis to wulkan wygasły, który ponoć od 1937 do 1985 roku nie był zdobywany, za sprawą braku dojazdu (wg niektórych źródeł do 1994 roku).

W nocy był blisko 15-stopniowy mróz, na trasę ruszyłem po 8:00. Pogoda dopisywała. Zmęczenie powodowało, że szedłem siłą woli, wolno. Tylko fragmentami istniała namiastka ścieżki, resztę szedłem trajektorią własnego autorstwa. Mobilizowałem się w ten sposób, że jeszcze kilka godzin i następnego dnia schodzę do BC, będę odpoczywał. Na rozległy wierzchołek dotarłem po 7 godzinach, gdzie spędziłem około godzinę. Niebo bardzo się zachmurzyło i rozpoczęła się śnieżyca, zamieniona w burzę śnieżną. To był pierwszy opad, od blisko miesiąca trwania wyprawy.

Wiatr, dużo śniegu, grzmoty nad głową, a potem nad namiotem. Cały zostałem naelektryzowany. Spadło ponad 5cm śniegu. Do namiotu dotarłem po 1h45min schodzenia, o 18:05, a na szczyt dotarłem o 15:20. Trasa od namiotu wyglądała następująco: stromo sypkim zboczem do 6300m, potem łagodniej do ponad 6500, a potem ruszyłem na główny wierzchołek po kamieniach i skałkach.

GPS garmin na wierzchołku pokazywał wysokość 6808m, z błędem 6 metrów, a holux 6805m, z błędem 5m. Przyjmuję więc wysokość Pissis 1 na 6800m. Wulkan ma ok. 10 wierzchołków, z których kolejne dwa mają prawie taką samą wysokość, położone są po drugiej stronie lodowca. Nie dawały mi one spokoju podczas zejścia, wydawały się nawet wyższe, postanowiłem to zweryfikować kolejnego dnia, zamiast schodzić na dół. 18 grudnia byłem na szczycie Aconcaguy, miesiąc później na Pissis.

Pissis wg najczęstszych danych ma wysokość 6793-6795m, Pissis 2 (Upame) 6791m, a Pissis 3 (Ejercito Argentino) 6789m. 

19.01- ATAK SZCZYTOWY NA PISSIS 2 i PISSIS 3. Wyruszyłem chwilę przed 8:00 wiedząc, że czeka mnie dużo dłuższa trasa niż poprzedniego dnia i wrócę do namiotu późno w nocy. Wpierw przetrawersowałem w dół Glaciar de los Argentinos, przyglądając się po drodze szczelinom lodowcowym, co na Puna de Atacama, jest ewenementem. Straciłem prawie 200m wysokości. Moja trasa przez lodowiec miała jakieś 2km. Po drugiej stronie lodowca było ciężkie strome i sypkie podejście. Cała trasa była mojego autorstwa. Śnieg z poprzedniego dnia szybko topniał. Niestety przybywało chmur, a moje tempo było wolne, resztkami sił piąłem się do góry.

Po 17:00 dotarłem na Upame (Pissis 2). Zaczynała się burza śnieżna. Upame jest dużo ciekawszym wierzchołkiem od Pissis 1. Stożek wulkaniczny, lawy. W partii szczytowej uderzał we mnie prąd, bolało. Mimo późnej godziny i faktu, że w godzinę przybyło 10cm śniegu, ruszyłem na Pissis 3. Stary i nowy śnieg tworzył zaspy, czasami powyżej kolan. Pod nim były kamienie, co chwilę leżałem. Widoczność była bardzo słaba, wiał porywisty wiatr. Działalność w takich warunkach na wysokościach 6600-6800m do łatwych nie należy. Zszedłem do przełęczy i ruszyłem stromym terem do góry. Dotarłem na oba wierzchołki Pissis 3, z drugiego schodziłem po 20:00. Brakowało godziny do pełnego zmroku.

GPS garmin na Upame (Pissis 2) pokazywał wysokość 6806m z błędem 6m, a holux 6805-6806m z błędem 7m. Dlatego przyjmuję, że ma 6799m. Ejercito Argentino (Pissis 3) ma dwa wierzchołki, na wyższym garmin pokazywał wysokość 6808m z błędem 5-6m, a holux 6800-6801m z błędem 6m. Niższy wg garmina ma 6799-6801m z błędem 8m. Przyjmuję, że Pissis 3 ma 6795m (drugi wierzochołek 6792m). Tak naprawdę różnice są tak minimalne, że nie wiadomo, który wierzchołek jest najwyższy, dla pewności warto zdobyć wszystkie trzy. Mimo dużego wysiłku. Przydałby się jakiś profesjonalny pomiar wierzchołków Pissis, który rozwiałby wątpliwości.

Pod śniegiem było pełno głazów, do tego bardzo ślisko. Ponad 20cm świeżego śniegu. Kilkadziesiąt razy upadłem, a ze 20 tak porządnie, cud iż sobie nic nie skręciłem ani nie połamalem. Natomiast siniaków przybywało. W nocy się rozpogodziło, księżyc zastępował latarkę. Dotarłem do lodowca i ruszyłem nim do góry. Namiot witałem o 2:00 w nocy. Cały dzień marszu w śniegu, skutkował mokrymi butami, do tego w nocy spory mróz i założone raki na lodowcu. Efekt, niewielkie odmrożenia stóp.

Co biorę na atak szczytowy jak opisany: duży plecak z funkcją awaryjnego śpiwora, termos 0,5l z herbatą, aparaty, kamery, zapasowe baterie, inną drobną elektronikę (ale nie pulsoksymetr, bo on rozleciał się na Aconcagui), jedzenia ciut, zapasowe rękawiczki i skarpety. Kask, raki, czekan, kijki, ubiór na sobie, wypchane kieszenie różnymi drobiazgami.

20.01- dopiero po 12:00 się zebrałem i ruszyłem w dół. Miałem fazy, 500m deniwelacji w godzinę, a potem 40min postoju. Stopy strasznie dostały w kość, mimo ich oszczędzania, powstały rany. Do dzisiaj z nimi walczę, dają mi nieźle w kość a jest 2 luty.

Przed 18:00 zameldowałem sie w Pissis Base Camp 4570m. Rozbiłem namiot, co z uszkodzonym stelażem latwe nie było i odkopałem nietknięty depozyt wodno-żywnościowy.  Wycisnąłem z siebie wszystkie soki w ciągu minionego miesiąca.

21.01- Codzienne rozpakowywanie się i rozbijanie, a potem składanie było strasznie uciążliwe. Do tego ponad 20-kilogramowy plecak. Tego poranka czekało mnie ostatnie górskie pakowanie na dłuższy czas. Leniwie to robiłem. Suszyłem rzeczy.

Juan mówił, że wyjedzie o 5 rano, więc obliczyłem jego przyjazd na 10. I tak się stało, tylko Juan wyjechał o 2:45, ale wybrał zły skrót i się zakopał. 2h machał łopatą. Towarzyszył mu starszy sympatyczny mężczyzna - Juan Carlos, pierwszy raz w tym miejscu. O 10:30 wystartowaliśmy ku Chile, do asfaltu docierając po 3,5h. Wspaniałe widoki (m.in. jeziora tzw. Balcon del Monte Pissis), świetna pogoda. Nawet condora widziałem.

Dosyć dużo straciliśmy czasu na granicy argentyńskiej - idiotyczna biurokracja. Na przeł. San Francisco, Daniel z Hareli czekali juz 90 minut. Z postojami, wieczorem dotarliśmy do Copiapo (o 21:00). W samochodzie Daniel mówił, że wyjazd do El Volcancito i Caldery Inca Pillo, na następny dzień jest gotowy. Bardzo mnie to cieszyło,  bałem się bowiem kolejnych kłopotów. Organizacja transportu na wulkany kosztowała mnie mnóstwo pracy, o pieniądzach nie wspominając. Wykonałem kilkaset czynności - telefony, emaile, rozmowy, chodzenie po firmach. Kolejną setkę czynności wykonała Marta, której pomoc była bardzo cenna - WIELKIE DZIEKI! Daniel podał cenę ostatniego elementu "układanki" w rejonie Puna de Atacama. 260 000pesos (1 dolar to ok 700 pesos). Trzy razy go pytałem o tą kwotę, a Daniel martwił się, że znowu będę narzekał - za dużo. A właśnie było na odwrót. Przyzwyczajony do milionów pesos, grubych setek dolarów, które wydawałem ostatnio, zdziwiłem się, że cena jest tak rozsądna. Przyjąłem ją bez protestu.

Pozostało zaopiekować się stopami, które mają jak zwykle na wulkanicznej wyprawie niezły sajgon. Zrobić nowe zakupy, przepakować się i być gotowym na wyjazd popołudniu 22 stycznia. 

Jeśli ktoś będzie na płaskowyżu Puna de Atacama w rejonie Copiapo lub Fiambala/Tinogasta po argentyńskiej stronie, polecam skorzystanie z następujących firm turystycznych:

Daniel Alfaro Araya Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript. , komórka 56996814242, stacjonarny (09) 96814242, Copiapo, Chile. Facebook: Andes de Atacama.

Tinogasta Aventura (tinogastaventura.com.ar), Juan Antonio Roger, Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript. , tel. (03837) 421056 lub 15524901 lub 15403721, Tinogasta, Argentyna.

Zapraszam rówież do czytania artykułów o wyprawie na stronie REDBULL.COM.

P.S. Paczka wysłana z Chile 2 tygodnie temu dotarła w nienaruszonym stanie do domu. Szybko.  

English short note:  Pissis (to 6800m) - the second highest volcano in the world, the third mountain of the Andes. In two days I stood on the three highest peaks of almost the same height (in difficult winter conditions). Hike through the largest glacier of this part of the Andes and on the plateau of the Puna de Atacama (one of the driest places on Earth) - Glaciar de los Argentinos.

  • Na zdjęciach:
  • 1-4) Laguna Santa Rosa, ok 3770m,
  • 5) podróżować można i tak, terenowym domem na kółkach,
  • 6)  Nevado Tres Cruces, ok.  6740-55m,
  • 7) Argentyna, wulkan Pissis ok.  6800m, na prawo od lodowca główny wierzchołek, na lewo, dwa mu dorównujące (Upame i Ejercito Argentino),
  • 8)  vicunie,
  • 9) największy lodowiec  w  masywie Pissis - Glaciar de los Argentinos, faktyczny lodowiec zaczyna się na wysokości ok. 5300m, chociaż połączony z płatami śniegu sięgał poniżej 5000m, ale płaty częściowo stopnieją.
  • 10) panorama okolic Pissis, Puna de Atacama,
  • 11) Gregor na wierzchołku Pissis 1,
  • 12) rejon szczytu Pissis 1,
  • 13) po zdobyciu Pissis 1, wieczorem namiot wyglądał zimowo, 6010m,
  • 14)  w środku zdjęcia wierzchołek Pissis 1,
  • 15-16) szczelina lodowcowa i penitenty,
  • 17-20) wierzchołek i okolice Pissis 2 (Upame), ok. 6800m,
  • 21-22) wierzchołki Pissis 3 (Ejercito Argentino), ok. 6800m,
  • 23-24) podczas zejścia do Base Campu,
  • 25-28) podczas 90km off roadu z Pissis BC, na zdjęciach Juan i jego starszy kolega Juan Carlos,
  • 29) Laguna Verde ok. 4300m, już po stronie chilijskiej,
  • 30) od lewej: Hareli, Gregor, Daniel, Gabriel,
  • 31) powrót do Copiapo,
  • 32-33) skojarzenia są wiadome, ale to tylko zakręty,
  • 34) choinka w moim residencial,
  • 35) Chilijczycy nie mają w zwyczaju odstawiać marketowych wózków na swoje miejsce.
Opublikowano w Blog
Tekst ten zacząłem pisać po powrocie z Ojosa del Salado. Priorytetem była jednak organizacja transportu na Llullaillaco, stąd od rana do wieczora działałem w tym kierunku. A Chile w tym temacie jest trudne i drogie. Około 30 razy zaczynałem pisać ten tekst, stąd nie wiem czy się trzyma k..y Ale jest. Często było tak, że zasiadałem do kawiarenki internetowej, a po trzech minutach był telefon, że ktoś ma dla mnie jakąś propozycję i musimy się spotkać. I biegłem. Ciąg dalszy nastąpił po Llullaillaco i dalsze problemy transportowe nie pozwoliły skupić się na pisaniu. Z tego samego powodu - dramatyczny brak czasu - tekst jest długi i  w jednym kawałku. Nie było czasu go podzielić. 

27.12.2015 - z Manuelem umówiłem się na 9:00, do pokonania mięliśmy jakieś 280km, z czego off road, to ostatnie 25km. Gdy przyjechał, pojechaliśmy jeszcze po kanistry i telefon satelitarny. Bardzo się dziwił, że jadę sam, bez żadnego wsparcia, bez telefonu satelitarnego. Wszyscy się tutaj dziwią, a ja nie widzę w tym nic dziwnego. Jak będę działał mądrze, to wrócę cały i zdrowy, jeśli nie, to wiadomo... nie wrócę. Tak eksplorowali świat pionierzy i ten styl bardzo mi się podoba, chociaż oni rzadko działali w pojedynkę.

Jedziemy. Tą drogę pokonywałem prawie sześć lat wcześniej, robiąc rekonesans przed realizacją projektu tej wyprawy. Manuel nie oszczędzał paliwa w toyocie hilux, gaz do dechy. Tak lubię. Koło Laguny Santa Rosa i Salaru Maricunga, gdy mięliśmy skręcić w lewo, pojechał prosto. Sugerowałem, że to zła droga, ale Manuel był pewien swego. Okay, minęło trochę czasu, może jest nowa droga, mnie się pomyliło. Ale nie. Po 70km dojechaliśmy do części mieszkalnej kopalni metali Maricunga, na około 4300m n.p.m. Sprawa wydawała się prosta. Zawrócić. Manuel jednakże przez 40min. ustalał telefonicznie trasę. Po czym wróciliśmy te 70km i skręciliśmy w prawo. Tracąc 3 godziny i sporo paliwa, na szutrowej i trochę wyboistej drodze, na której Manuel próbował urwać któreś koło.

Chilijczycy zainwestowali w drogę i niewiele brakuje, by do granicznej przełęczy San Francisco była asfaltowa. Manuel nie wiedział, gdzie skręcić na Ojosa, ale ja wiedziałem. Zostało jakieś 25km do Refugio Atacama. W połowie drogi mój kierowca zaczął panikować. Że mało paliwa, że miejscami droga jest kamienista, że już późno. I najchętniej, by mnie wysadził, bym poszedł piechotą. Po moim trupie. Ale na 5180m tak się zawiesił, że nic nie dało się zrobić. Musi wracać, bo prawie piąta, bo paliwa mało. Wziął kanister, by uzupełnić paliwo. Postanowiłem mu pomóc, bo jakoś nieporadnie to robił. W nagrodę za pomoc, zamiast w lejek, chlusnął paliwem na moje spodnie. Pierwszej nocy musiałem wystawić je za namiot, bo naćpałbym się oparami.

Manuel zawraca, zostawiając mnie jakiś kilometr od Refugio Atacama 5260m, z plecakiem i workiem z jedzeniem, butlą z wodą. Świetnie. Miałem nadzieję, że podrzuci mnie do Refugio Tejos 5825m, oficjalnie 5837m, a on nie dał rady nawet do Atacamy. Jestem pewien, że jest pierwszym kierowcą w historii, który dysponując tak dobrą terenówką, nie dowiózł człowieka do Refugio Atacama.   

Musiałem zrobić dwa kursy, by wszystko przenieść do Atacamy. Refugio to tak naprawdę mały barak. Było całkiem sporo ludzi, komercyjnych firm z ich dużymi namiotami. Z obsługą klientów mogło być ze 20 osób, co jak na Ojosa dużo. Rozbiłem namiot na 5260m, część jedzenia ukryłem w zbudowanym kopcu z kamieni. W nocy na zewnątrz było -7 stopni C.

28.12 - korzystając ze słońca, dopiero w południe ruszyłem do góry, po blisko 4h z odpoczynkami osiągając z 25-kilogramowym plecakiem Refugio Tejos 5825m. Bardzo długo, chociaż inni bez oplecaka szli dłużej. Pogoda dopisywała, a w refugio, większym od Atacamy, tłumy. Jest tam  6 niewielkich schroniskowych łóżek, stolik i pomieszczenie z podłogą, gdzie spałem wraz chilijskim przewodnikiem i jego trzema klientami z USA, pochodzenia hinduskiego. Sami komercyjni i ja jeden indywidualista. Dosyć standardowa sytuacja. A w niej, nierzadko bywa, że przewodnicy są niesympatyczni, bo nie dałem im zarobić. Tym razem jednak wszyscy byli wybitnie sympatyczni, a gdy opowiedziałem o projekcie 100 wulkanów, zasypali mnie pytaniami i czekają na książkę po zakończeniu projektu. Chyba na 10 książek, materiałów jest ogrom. 

29.12 - plan dnia - podejście aklimatyzacyjne do 6500m i powrót. Ale na 6500 stwierdziłem, że czuję się świetnie i idę dalej. Tylko z tym chodzeniem był problem, wlekłem się masakrycznie. 9 godzin szedłem na szczyt (chilijski), docierając tam o 17:00, co przy świetnej pogodzie, niezbyt silnym wietrze, nie stanowiło problemu. Wszyscy ruszali na szczyt, przez cały mój pobyt, o 2-4 nad ranem, czego nie rozumiem do końca. Klienci komercyjni na Ojosie nie są odpowiednio długo aklimatyzowani, ze względu na specyfikę tego miejsca, wysokogórski płaskowyż Puna de Atacama. Dlatego chodzą wolno i chcą tego samego dnia jeśli nie znaleźć się w Copiapo, to przynajmniej na ok. 4300m. Autem dowozi się ich, i odbiera, zazwyczaj, do Refugio Tejos. Ale mimo to, lepiej wyruszyć, gdy już świeci słońce, a na Ojosie to czuć, aniżeli marznąć przez większość trasy, gdy jest minus kilkanaście stopni. O 7:00 w refugio było minus 10 stopni C. 

Gdy ciemno się robi po 21:00, jest cały dzień na zdobywanie szczytu. Ja dodatkowo musiałem stosować ten zabieg, by bardziej nie odmrozić palców u stóp. Były pod specjalnym nadzorem. Na Aconcagui dawał mi się we znaki jeszcze wypadek na wulkanie Villarrica, na Ojosie pamiątka z Akonki. 

Na 6750m znajduje się niewielki krater wypełniony mini lodowcem. W połowie otoczony skałkami, poddanymi silnej erozji. To właśnie na nich są wierzchołki - chilijski i argentyński. Mają tą samą wysokość, róznica jest nie większa niż metr. Przyjmuje się, że stanięcie na którymkolwiek z nich, jest równoznaczne ze zdobyciem Ojosa del Salado. 

Od strony chilijskiej jest świetnie widoczna ścieżka i nie ma większych trudności. Podejście jest strome, ale nie bardzo strome. Jest trochę sypko, potem trochę kamieni. A utrudnienia są dwa. Pokonanie albo ominięcie specyficznego lokalnego niewielkiego lodowca i skalna końcówka przed wierzchołkiem. W pierwszym przypadku, w wąskim miejscu, trzeba było zrobić kilka kroków przez niewielkie penitenty. Raki były niepotrzebne. W drugim, kilkadziesiąt metrów jest mocno eksponowane, są liny poręczowe. Trochę wspinaczki. Gdyby ten teren znajdował się na tysiącu metrów, powiedzielibyśmy, że łatwy. Ale on jest na prawie 6900m n.p.m., gdzie mało tlenu i duże zmęczenie. Przy odrobinie pecha można się zabić. Na przykład na trasie z Horcones na Aconcaguę, nie ma tak trudnego miejsca. 

Sam wierzchołek jest niewielki, erozja go pewnie będzie stopniowo obniżać. Gdy się dobrze nachylić, widać wydobywające się gazy wulkaniczne w dole. Po godzinie, ruszyłem z powrotem. Pogoda dopisywała, w Tejos znalazłem się o 20:00 (po dwóch godzinach). Ponoć tylko 30% osób wchodzi na szczyt, nie wiem czy to nie zaniżona liczba. Co prawda, z trzech amerykańskich hindusów tylko jeden dotarł na wierzchołek po kilkunastu godzinach, pozostali nawet nie spróbowali. Ale inne ekipy raczej w większości wchodziły na szczyt. Gdy jest dobrze widoczna ścieżka, nie trzeba myśleć, tylko iść. Brak trudności, poza wysokością. Wtedy zdobywanie takiej góry jest bardzo łatwe.

30.12 - skoro dzień wcześniej zdobyłem Ojosa zamiast tego, postanowiłem wykorzystać go aklimatyzacyjnie i na odpoczynek. Wychodziłem tylko na krótkie spacery, siusiu i po wodę. Zwolniło się dla mnie jedno łóżko. Pogoda bardzo dobra.

Ojos del Salado jest najwyższym wulkanem na świecie. Najczęściej podaje się wysokość 6896m. Moje gpsy poprzedniego dnia szalały, pokazując nawet 6925m, najczęściej 6910m. Kiedyś uważano, że jest najwyższą górą kontynentu, mierzącą ponad siedem tysięcy metrów. Część świata naukowego, uważa go za najwyższy aktywny wulkan Ziemi. Przyjechałem zweryfikować czy są ku temy podstawy i skonfrontować z innym kandydatem do tego tytułu - wulkanem Llullaillaco. W chwili pisania tego tekstu oba wulkany za mną i po wstępnej analizie, mogę ocenić, który z nich zasługuje na ten tytuł. Poświęcę temu zagadnieniu osobny tekst. Warto jeszcze wspomnieć, że kiedyś Aconcaguę uważano za najwyższy wulkan. To nie jest prawda, ale faktem jest, że w jej masywie znajdziemy sporo siarki i skały wulkaniczne. Znalazłem wiele przykładów. 

31.12 - gdy słońce już świeciło ruszyłem autorską drogą na stronę argentyńską. Szukać aktywności wulkanicznej i przy okazji zweryfikować istnienie najwyżej położonego jeziora na śwecie. Idąc na przełaj napotykałem ramiona wulkanu, skały. Zero ścieżki. Dostałem w kość idąc z dużym plecakiem. Ale przyjrzałem się skałom, niewielkim miejscom, gdzie kiedyś były niewielkie wyziewy wulkaniczne. Rozbiłem się na wysokości 6315m koło niewielkiego pola penitentów. W nocy było na zewnątrz ponad minus 15 stopni, ale bardzo słaby wiatr. Tak spędziłem Sylwestra.

01.01.2016 - na ten dzień zaplanowałem wejście na argentyński wierzchołek Ojosa del Salado, na którym kiedyś były wyziewy wulkaniczne. Ponadto z niego dobrze widać obecnie działające wyziewy i wysoko położone jeziora. Teoretycznie ze strony argentyńskiej są drogi na szczyt, tylko fizycznie ich nie ma, bo prawie nikt nie wchodzi na wierzchołek z tej strony. Natomiast zaznaczone na mapach w internecie wyglądają efektownie. Wybrałem autorską drogę. Prosto do góry, po głazach i skałach, pomiędzy lodowczykami, platami śniegu i penitentów. Najlepsza droga do wejścia na szczyt jest taka, jaką opiszę kolejnego dnia oraz ta z drugiej części przedmiotowego dnia.

Moja droga okazała się karkołomna. Nieźle mi dała w kość. Wystartowałem chwilę po 9:00, a na szczyt dotarłem o 15:30, gdzie spędziłem godzinę. Chłodny wiatr wiał jedynie ok. 30km/h. Widok z wierzchołka spełnił wszystkie moje oczekiwania, zlokalizowałem wszystko co mnie interesowało. Z chilijskiej strony nie ma wejścia na wierzchołek argentyński, poręczówek. Teren jest skalny, ale można wejść. Jest sypko, stromo, ale jak ktoś ma pojęcie o wspinaczce i zdrowy rozsądek, bez problemu da radę. Od strony argentyńskiej końcówka jest dużo mniej skalna i łatwiejsza, ale utrudnieniem jest brak ścieżki, przynajmniej w okresie, gdy ja tam byłem. Trzeba wybrać własną trajektorię, a ona może być łatwiejsza niż od strony chilijskiej, ale także dużo trudniejsza - bardziej stroma, z wielkimi głazami, niewielkimi skałkami, małymi lodowcami i płatami firnowymi. Na tym wierzchołku gpsy wskazywały wyskość z 5-7 metrowym błędem: 6896-6902m. Jak już wspomniałem, oba wierzchołki są praktycznie takiej samej wysokości.

W opisie może się wydaje wszystko takie łatwe i szybkie. Wszedłem, zdobyłem, zbadałem. Okupione to jest jednak gigantycznym wysiłkiem. Poruszanie sie po wyznaczonych ścieżkach jest proste, nie trzeba myśleć, trzeba iść. Gdy robi się autorską trasę, procesory mózgowe muszą cały czas intensywnie wszystko analizować i podejmować decyzje.

Na dół schodziłem łukiem, omijając większość skał i głazów. Teren był sypki, co przeszkadza przy wchodzeniu, ale przy schodzeniu czasami pomaga. Zlokalizowałem kilka wysokich jezior. Czekały na mnie kolejnego dnia. Jedno, największe, na ok. 6350m, częściowo "zbadałem" już tego dnia. Sprawdziłem wysokość, zmierzyłem mniej więcej dlugość i szerokość, zlustrowałem położenie (krater) i ewentualną głębokość. Wszystkie jeziora były skute lodem. A do tego schodził największy lodowiec po stronie argentynskiej Ojosa (i ponoć w całym masywie). To nie są duże lodowce. Ale z kilometr szedłem (sam lodowiec jest dużo wiekszy niż moje przejście). W rakach, chociaż jest płaski. Fragmenty były bardzo zlodzone. 

Tutejsze lodowce są specyficzne i nie przypominają klasycznych. Są stosunkowo niewielkie, ale co bardzo charakterystyczne - cienkie. 2-3 metry, kilka metrów, 10 metrów, to już gruby lodowiec. Ale udało mi się wypatrzyć najgrubszy tutejszy lodowiec, po stronie chilijskiej, grubością może siegnął nawet 30m. Szczelin nie ma, ale powierzchnię zajmują często pola penitentów, koszmarne do pokonywania. Oprócz tego pojawiają się przetopienia, że widać skały oraz dziwne roztopienia - dziury i zagłębienia ze świecącym lodem. Tylko fragmentami jest zbity na powierzchni lód. Bardzo źle się chodzi po tutejszych lodowcach.

Nikt do końca nie wie jak powstają penitenty(śniegi pokutne), lodowe lub śnieżne szpikulce, których tysiące, między nimi dziury. Wysokość penitentów i głębokość dziur może sięgać od 10cm do kilku metrów. Można je spotkać w różnych miejscach świata, ale te z Ameryki Południowej są najsłynniejsze. Pustynny klimat Puna de Atacama, niewielkie opady, wysoko położona granica wiecznego śniegu - skutuje, że takie mamy tutaj śniegi i lodowce. Co ciekawe, sąsiednie masywy były bardziej zaśnieżone niż Ojos. Pierwsze penitenty można było spotkać na ok 5000m n.p.m.

Do namiotu dotarłem po 20:00, gdy już atakował solidny mróz. Bardzo owocny dzień i drugi raz na szczycie Ojosa del Salado, tym razem po stronie argentyńskiej.

02.02 - wysokim jeziorom poświęcę następny tekst, gdzie będą dokładne informacje. Teraz krótko. Rano spakowałem cały dobytek i ruszyłem doliną do góry. Dokończyłem obserwacje jeziora nr 1 na ok. 6350m. Sądzę, że może mieć kilkanaście metrów głębokości, tylko wpierw trzeba byłoby rozbić grubą taflę lodu. Nieopodal jest płytkie jeziorko na ok. 6360m. Przepływowe, strumyk z lodowca je zasila, z niego też wypływa strumień.

Następnie znowu pokonałem lodowiec i w pobliskim kraterze dotarłem do niewielkiego jeziora zasilanego z niedużego lodowca. Lustro wody(lodu) znajdowało się na wysokości ciut przekraczającej 6400m n.p.m. Kolejny punkt to jezioro uważane dotąd za najwyżej położone na świecie. Na ok 6390m. Po linii brzegowej widać spore wahnięcia poziomu lustra wody, gpsy wskazały ok. 6395m. Jezioro jest w zagłębieniu, większe od dwóch, o których wspomniałem przed chwilą i głębsze. Ma z pewnością dobre kilka metrów. Jak wszystkie było bardzo zalodzone. I tak minęło ponad pół dnia. 

Na resztę plan był taki, że przejdę przez przełęcz pod wierzchołkiem liczącą ok. 6700mi po drugiej stronie przenocuję, by rano mieć blisko do pola geotermalnego z fumarolami (czy to rzeczywiście fumarole, miało się dopiero potwierdzić). Idąc całkiem wygodną doliną do góry i mijając płaty śniegu, dotarłem do miejsca, które zaintrygowało mnie dzień wcześniej z wierzchołka. Mianowicie w zagłębieniu przy niewielkim lodowcu, jak nic było niewielkie jeziorko. Gps-y wskazywały trochę ponad 6500m wysokości (to chyba światowy rekord). Postój w tym miejscu zaważył na tym, że gdy dotarłem do przełęczy i to w jej górnej części przekraczajacej 6700m, za późno było na schodzenie w dół. Nie widziałem po drugiej stronie ani miejsca na namiot ani śniegu do topienia. Wiał dosyć silny lodowaty wiatr, czasami o zapachu siarkowodoru. Mijała 19:00, byłem przy argentyńskim szczycie. Wiedziałem, że bliżej niego są miejsca na rozbicie namiotu i resztki zimowego śniegu. I tam się udałem. O 20:00 w resztkach słońca, rozbilem namiot, przyniosłem śnieg. Gps wskazał wysokość ok. 6820m n.p.m. Nie stanowiło to dla mnie problemu, czułem się świetnie, chociaż wszystkie czynności przychodziły trudniej i wolniej.

03.01 - rano stwierdziłem, że skoro jestem prawie na argentyńskim wierzchołku Ojosa, to wejdę na szczyt po raz trzeci. Postawiłem sobie namiot w świetnym miejscu do ataku szczytowego. Wejście, krótki pobyt i zejście do namiotu, zajęły mi godzinę. Tak naprawdę można spać prawie na samiutkim wierzchołku, tylko nie ma tam śniegu i wieje. Rano na szczycie było lodowato, między 9 a 10. Nieprzyjemnie, popołudniu, podczas poprzednich pobytów, było dużo fajniej. 

Następnie pakowanie, zejście do przełęczy i dalej do pola geotermalnego. Zapach siarkowodoru był coraz silniejszy, a wokół sporo siarki. Pole znajduje się na wysokościach 6460-70m - jego zasadnicza część. Kiedyś było większe i siegało trochę wyżej. Resztki" sięgają wysokości 6500m. Obok niego jest całkiem spore jezioro na wysokosci ok. 6460m. Zasilane niewielkim ternmalnym strumieniem, co nie miało wpływu na to, że było solidnie zalodzone, a zasilały je przede wszystkim niewielkie lodowce. Nie mniej termalna woda, nie pozwalała mu całkowicie zmarznąć, nawet w zimie.

I tutaj ciekawostka. O tym jeziorze, jak i o kilku innych, o których pisałem mało kto wie. O ekshalacjach(wyziewach) wulkanicznych wiedza istnieje, ale nikt kogo pytałem przy nich nie był. Natomiast wszyscy są przekonani, że są one po stronie argentyńskiej, kiedy wszystkie mapy, którte posiadam pokazują, że pole jak i jezioro, są po stronie chilijskiej. Granica biegnie bowiem przełęczą o której pisałem i dalej przez wysokie wzniesienia rozbudowanego masywu Ojosa. Jako kolejną ciekawostkę dodam, że tutaj bito rekordy jak najwyższego podjazdu samochodem i motocyklem. Osiągnięto coś około 6700m, ale nie na głównym wierzchołku. Więcej można poczytać w Wikipedii.

Kilka godzin spędziłem w rejonie pola geotermalnego i jeziora. Chodząc, sprawdzajac, mierząc, przyglądając się. Na pole geotermalne składa sie spora liczba termalnych źródeł, jeden duży wyziew wulkaniczny i kilkanaście bardzo małych. Nie są to jednak fumarole tylko solfatary. Co prawda, często traktuje się je jako odmianę fumarol, oraz ta ostatnia nazwa jest dosyć znana, w przeciwieństwie do solfatar. To rozróżnienie jest jednak bardzo ważne. Zarówno wyziewy jak i źródła mają temperaturę 70-80 stopni Celsjusza. To nawet jak na solfatary słabo, bo często uważa się, że powinny mieć przynajmniej 100 stopni (fumarole od ok. 300). Poniżej 100 stopni mają mofety. Jednakże wielkość pola, ilość gazów i pary wodnej, siła wydobywania z ziemi, pozwalają mowić o solfatarach. Zresztą osobiście uważam, że mofeta to zimny rodzaj ekshalacji, znacznie poniżej 50 stopni.

Owszem, wysokość blisko 6500m n.p.m., ma wpływ na ciepłotę wyziewów wulkanicznych. Gdyby były kilka kilometrów niżej, z pewnością byłyby cieplejsze, ale z drugiej strony sam płaskowyż Atakama jest w tym rejonie na ponad czterech tysiącach metrów. Największym problemem są definicje, ale powszechnie przyjęte jest, że fumarola to 300-1000°, ewentualnie 200-800°C. Wyziewom z Ojosa, do tych liczb bardzo daleko. Oczywiście jak przeszukamy internet znajdziemy informacje, że wszystkie wyziewy to fumarole albo, że ich temperatura zaczyna się od 70°C. Nie są to jednak wiarygodne źródła. Jedynym badaniem, które mogłoby przyznać Ojosowi miano wulkanu aktywnego, byłoby ustalenie, czy znajduje się pod nim czynna komora wulkaniczna? Czyli komora płynnej magmy. Ale i tutaj jest pewien haczyk. Jest pewne, że ostatnia erupcja nastąpiła około 1500 lat temu. A zatem taka płynna komora zaświadczyłaby, że wulkan nie jest wygasły, że może wybuchnąć. Ale obecnie jest uśpiony. Kilka chłodnych wyziewów i brak innych dowodów aktywności, to stanowczo za mało, by uznać Ojos del Salado za aktywny. Z drugiej strony, gdyby Ojos wykazywał aktywność w innych sferach, to nawet chłodne wyziewy nie stałyby na przeszkodzie uznania jego aktywności. Więcej informacji można znaleźć: Najwyższy AKTYWNY wulkan świata - Ojos del Salado czy Llullaillaco?

Więc mamy solfatary, charakterystyczne zjawisko dla wulkanów wygasających albo drzemiących (spotykane są czasami nawet na wulkanach uznanych za wygasłe). A Ojos ostatni raz wybuchł ok. 700 roku n.e., z błędem do 300 lat. Niby coś niewielkiego działo się w 1993 roku, ale nie ma na to dowodów. Gdzieś z posterunku policji, ktoś widział pył albo gaz w rejonie Ojosa. Równie dobrze, mógł to być wir powietrza unoszący piasek albo chmura albo absolutnie nic. A że tutejsi policjanci są mało rozgarnięci, o czym przekonałem się nieraz, wiara w ich słowa, jest na poziomie wiary w Marsjan. Jak zestawimy ostatnią potwierdzoną erupcję Ojosa i chłodne solfatary widać, że traktowanie go jako najwyższego aktywnego wulkanu świata, jest mocno naciągane. Co ciekawe, w rejonie pola geotermalnego nie znalazłem śladu żadnej bytności człowieka, a to może być atrakcja turystyczna.

Co do jeziora, jest ono wielkością porównywalne z tym na ok. 6395m, ale mniejsze od tego na wysokosci ok 6350m. Dużo czasu tu spędziłem, zrobiło się późno, a przede mną kawał drogi. Rozpocząłem długi i stromy trawers masywu z wysokości ponad 6500, kierując się ku Refugio Tejos. Od tej strony Ojos był mocniej zlodowacony, wśród lodowcwów jeden miał grubość ok. 30m, co jest rzadko tutaj spotykane.

Nie wiem ile razy wywaliłem się podczas trawersu, dużo, ale w końcu dotarłem w rejon ścieżki prowadzącej na szczyt. Podszedłem do 6200m i w dół. W refugio zameldowalem się o 19:30. Nie było żywej duszy. Wziąłem zostawiony depozyt i w dół do Refugio Atacama 5260m, co zajęło mi 90minut. Właśnie zapadł zmrok. Namiot pomógł mi rozstawiać Niemiec, uznał że po takim wysiłku pomoc jest mi potrzebna. Było też dwóch innych Niemców i nikogo więcej. Samodzielnie tutaj dotarli, wynajętymi samochodami. Po ciemku poszedłem szukać depozytu, zwłaszcza wody. Znalazłem, ale kopiec z kamieni był rozwalony, zniknęło całe jedzenie, za wyjątkiem puszki tuńczyka. I temu komuś nie smakowały płatki śniadaniowe, rozwalone wszędzie, za to gruszki znikły. Zostala woda, cola i sok. To nie był człowiek, bo zabrałby wszystko, tylko jakieś zwierzę. Silne.  Może puma, straszą mnie nią tutaj cały czas, albo vicunia, lis. Albo jeszcze jakieś inne.

W nocy panował kilkustopniowy mróz.

Osoby wybierające się na Ojos del Salado pewnie interesuje od której strony jest taniej? I tak, na przełomie roku 2015 i 2016 nie funkcjonowało jak kilka lat wcześniej płatne pozwolenie na wejście od strony chilijskiej (pobierała je firma Aventurismo i kosztowało około 150-160USD). Lecz nawet gdyby ono funkcjonowało, bezpłatna strona argentyńska i tak byłaby droższa, ze względu na wyższe koszty transportu. Chyba, że zrobi się to tak jak ja. I jeszcze jedna kwestia. Od strony chilijskiej, wejście jest dużo bardziej banalne - wyraźna szeroka ścieżka, poręczówki, ludzie, schrony. Tego wszystkiego nie ma od strony argentyńskiej - na czas gdy ja tam byłem - przez co jest ciekawiej i w sumie trudniej. No i od strony argentyńskiej jest większość jezior uchodzących za najwyżej położone na świecie. 

04.01 - dzień powrotu do Copiapo, po bardzo owocnej działalności na Ojosie. Leniwie rozpocząłem pakowanie. Było słonecznie, ale wiał bardzo nieprzyjemny chłodny wiatr. Jorge przyjechał przed 12:00, gdy kończyłem się pakować. Manuel mógł tylko w grudniu pomóc. Z Jorge przyjechał dla towarzystwa Ruven. Zasady finansowe mięliśmy ustalone takie same. 45 tys. pesos wypłaty plus mniej więcej drugie tyle - paliwo. Manuel szalał za kierownicą, Jorge był jego przeciwieństwem. Do tego miał problem z odczytaniem drogi, więc pomagał mu Ruven. Komicznie to wygladało. 

Poprosiłem byśmy na chwilę podjechali do Laguny Verde, na co Jorge, że nie mamy paliwa. Nie wziął żadnego zapasu. Co za agenci. Manuel pomylił drogę, a ten nie wziął żadnej rezerwy. Zresztą Jorge strasznie się nabijał z Manuela za pomylenie trasy. Przekonałem go, że to tylko kilkanaście kilometrów w jedną stronę. Marudził, pytał, gdzie to jezioro. Ale jechał, wolno. Gdy kazałem mu zjechać na klif nad laguną, nie widząc co jest przed nim, nagle przyśpieszył i niewiele brakowało, byśmy zlecieli z klifu (ok. 4350m n.p.m.). Chłopaki nie byli tutaj nigdy w życiu, więc smartfonami robili sobie fotki. Zresztą pod Ojosem też byli pierwszy raz. Pół życia i nie być tutaj, nie rozumiem.

Za tą wolną i dziwną jazdę Jorge został ukarany, przez opatrzność. Za Laguną Santa Rosa, na blisko 4000m n.p.m. dosłownie spalił oponę w hiluxie. Jak to zrobił, wie tylko on. Chłopaki z moją niewielką pomocą wymieniali koło przez godzinę. Mięli lewarek chyba nie z hiluxa a z deawoo tico. Podstawialiśmy kamienie, kombinowali, jak podnieść koło ze spaloną oponą. A pomocy znikąd. Na całej górskiej trasie może spotkaliśmy dwa samochody. Taka opona to koszt 300USD, ale ta spalona już i tak była strasznie zużyta.

Do Copiapo wjeżdżaliśmy po 17:00, po pokonaniu ok. 300km. Przez całą drogę próbowałem wypytać Jorge o Llullaillaco, ale on sobie tą nazwę podśpiewywał, nie chcąc nic zadeklarować. Potrzebowałem potwierdzenia, że pojutrze startujemy. Powiedział jedynie, że nie zna drogi. A w Copiapo uciekł, nie biorąc pieniędzy i mówiąc, że Marta mi wszystko wyjaśni. Płaciłem Ruvenowi, który podwiózł mnie do mojego residencial.

Okazało się, że niewiele brakowało, by Marta musiała mnie odbierać z pod Ojosa. Chłopaki zrezygnowali, twierdząc że to zbyt trudne, męczące, niebezpieczne, że nowa robota na horyzoncie. Zostałem na lodzie, bo 6 stycznia miałem startować na Llullu. Jeszcze tego dnia z Martą rozpoczęliśmy akcję poszukiwania transportu. Ja w Copiapo, ona z pozycji La Sereny. Wziąłem tylko prysznic i do pracy. Kolacja i odpoczynek musiały poczekać. Zawsze pod górę na wyprawach, nic nie przychodzi łatwo.

Powstał problem, ale też przyszła ulga. Widząc co wyprawiają Manuel i Jorge, jak jeżdżą, jak są nieprzygotowani, byłem pewien, że z Llullu byłaby piękna katastrofa. Straciłbym czas, pieniądze i utknął gdzieś w połowie drogi. Fajne chłopaki, by pójść na piwo, mam nadzieję, że są lepszymi górnikami, ale tam gdzie potrzeba inwencji własnej, nie dają rady. Oni przyzwyczajeni są, że do kopalni jadą dobrą drogą, gdzie wszystko jest zorganizowane i wiadome. Ten prosty dojazd do Ojosa dał im jednak w kość. Ale dali radę, cena dobra, zawieźli i odebrali. Co nie zmienia faktu, że jak sobie o nich wspomnę, zaraz pojawia mi się w myślach słowo - pierdoły. 

5 stycznia miałem zająć się praniem, przepakowaniem, zakupami, przygotowaniami do wyjazdu, a wieczorem napisać coś na bloga. Wszystko jednak wzięło w łeb. Cel nadrzędny - szukanie transportu na LLullaillaco, co w Chile nie jest łatwe. Nie dość, że ceny koszmarne, to tutejszym ludziom jakby się nic nie chciało i zawsze znajdą sto przeszkód, by czegoś nie zrobić albo powiedzieć, że się nie da. Zero własnej  inwencji. Strasznie są wkurzający.

Kolejny wpis poświecę wysokim jeziorom w masywie Ojosa del Salado.

pozdrawiam

Gregor

FILM: Wszystkie NAJ wulkanu Ojos del Salado 6896m.

English short note: Ojos del Salado 6896m -  the highest volcano in the world, the second highest mountain of the Andes. I climbed to the summit three times over six days, two times from the Argentinian side. The highest overnight stay at 6820 m. I found the uppermost lake in the world and the geothermal field.

Na zdjęciach: mój cel czyli Ojos del Salado, Manuel, penitenty, Refugio Tejos, krater i wierzchołek chilijski. Od 11-go zdjęcia strona argentyńska - widok na Ojosa, wierzchołek(w tle na jednym zdjęciu chilijski), największy lodowiec, namiot na 3820m. Od zdjęcia 20-go powrót do Chile - pole geotermalne i solfatary, najgrubszy lodowiec. Dalej Laguna Verde, Nevado Tres Cruces, salar przy Lagunie Santa Rosa, spalona opona oraz Jorge(z lewej) i Ruven w akcji. Na koniec - świąteczne akcenty w Copiapo. 

Opublikowano w Blog

W hostelu w Baku poznałem Tatianę, spędziliśmy wspólnie trochę czasu, wybraliśmy się też na wycieczkę za miasto. Tania to podróżniczka, która tak jak ja lubi podróżować samotnie.  

Bardzo zaciekawiła mnie jej garderoba. To naturalne, że mężczyzn interesuje żeńska garderoba. Ale mnie zainteresowała w innym kontekście. Akurat. Okay, także w innym kontekście.

Podróżowanie wymaga wygodnego ubioru. Wygodne buty – adidasy czy trekkingowe, wygodny ubiór, na przykład spodnie czy koszula z materiałów szybkoschnących. Tania jednak miała tylko buty na obcasie – rożnej długości, sukienki i inne bardzo kobiece stroje.

Uprzedzę fakty, że Tania w tych obcasach bardzo sprawnie poruszała się i pośród wulkanów błotnych i pośród skał (o czym będzie w kolejnym tekście z tamtej wyprawy).

W związku z tą garderobą zapytałem ją, czy nie ma jakiegoś normalnego ubrania, odpowiedniego na takie eskapady. Tania się obruszyła i  powiedziała: przecież to jest normalne ubranie! Ja jestem Rosjanką. Urodziłam się w butach na obcasie. Nie potrafię w innych chodzić. Nogi mnie wtedy bolą. Lubię też czuć się kobieco, stąd takie a nie inne stroje. Poza tym wszędzie gdzie jestem reprezentuję swój kraj – Rosję. I muszę odpowiednio wyglądać.

Dodała także, że na wyjazd wzięła mniej wyzywające stroje, a najwyższe obcasy i szpilki zostawiła w szafie w Moskwie.

Ta historia przypomniała mi wiele podobnych z moich podróży po Rosji. Którą uwielbiam.

To że natura dla Rosjanek była niezwykle hojna to jedno, ale to jak one podchodzą do siebie to drugie. Są bardzo pewne siebie, swojej kobiecości. Są silne. Dbają o siebie. Chcą zawsze wyglądać i czuć się kobieco. Mają poczucie własnej wartości. Do tego lubią eksperymentować z garderobą, z kolorami, przeogromną ilością różnych elementów stroju. Ale ten ich seksapil buduje przede wszystkim ta pewność siebie, kobiecość, z której potrafią uczynić „zabójczą” broń, bo potrafią się nią posługiwać. Mimika twarzy, figlarne spojrzenia i ruchy rękoma, zabawa włosami, uśmiech i uśmieszki, umiejętność kobiecego chodzenia, ten ruch bioder, umiejętne ubieranie się do celów jakie chcą osiągnąć, umiejętne odsłanianie ciała. Subtelny dotyk. Umiejętność flirtowania, kokietowania. I tak dalej. Coś niesamowitego.

I fascynuje mnie, że dotyczy to nie tylko obiektywnie bardzo atrakcyjnych kobiet, ale Rosjanka, która waży 150 kilo, też potrafi ubrać się w bikini i wyjść na plażę. Możemy polemizować czy z punktu estetycznego to jest dobre. Osobiście szanuję bardzo takie podejście do sprawy. Że można z jednej strony mieć dystans do siebie, a z drugiej wyzbyć się zakompleksienia. To jest dużo lepsze niż ukrywanie się przed światem w domu.

Dlatego gdy jestem gdzieś na końcu świata, we wschodniej Syberii i na jakimś zadupiu nad wodą widzę Rosjanki w najlepszych i najmodniejszych kąpielowych strojach z koronkowymi wyłącznie. Zdaję sobie sprawę, że oprócz hasła, bo my jesteśmy Rosjanki i mamy pewne obowiązki w tym względzie, to świadomość własnej atrakcyjności, gust i chęć dobrego wyglądu gdziekolwiek by nie były, stoi u podstaw ich dbania o siebie także w przedmiocie wszelakiej garderoby. Nie ma znaczenia czy to Moskwa, Copacabana, Saint Tropez, czy zadupie na Syberii. Rosyjskie pochodzenie zobowiązuje. Rosjanka musi wyglądać.

Gdy jadę kilka dni rosyjskimi wagonami plackartnymi, widzę jak przez ten czas Rosjanki tworzą sobie w pociągu salon piękności, maseczki na twarzach. Często chodzą w bardzo skromnych strojach (z bielizną wyłącznie). A potem przed wyjściem z pociągu pieczołowicie dobierają bardzo kobiecą garderobę. Gorsety, pończochy, bluzeczki, sukienki, spódniczki, szpilki etc. Przeróżne kolory. To są normalne stroje Rosjanek, a nie na specjalne okazje. W Polsce zaraz są hasła o bezwstydności i gorsze. W Rosji to normalne. To po prostu zwykłe Rosjanki. Nie wstydzą się pokazywać ciała, są wyluzowane i lubią kokietować, podobać się. Dlaczego? Bo są pewne siebie, mają poczucie własnej kobiecości i atrakcyjności. No i muszą godnie reprezentować Rosję. Patriotyzm w Rosji jest bardzo silny. Rosjanin do Rosji może mieć wiele pretensji, ale nie przeszkadza to, by Rosję kochać i być z niej dumnym. Czegoś takiego w Polsce chyba nigdy nie doczekam.

I jeszcze jeden przykład. Sroga rosyjska zima, dziewczyny w bardzo kusych spódniczkach, wydekoltowane i z lodem w ustach. Gorące dziewczyny? To na pewno. Ale to także element ich gry. Kuszenia i oznajmiania całemu światu, że kobieta powinna zawsze pokazywać swoje piękno. Rosjanki to rozumieją jak mało kto. I do tego naprawdę sprawia im to frajdę. One wiedzą, że mają jedno życie i trzeba je wykorzystać jak najlepiej. Tu i teraz, a nie potem, później czy kiedyś. A lody po prostu lubią o każdej porze roku.

Pozdrawiam

Gregor

Następny wspis znajduje się pod tym tytułem: Azerbejdżan: James Bond, Niefty, Wulkany Błotne, Petroglify i Służby POLICYJNE z Epoki Kamienia Łupanego.

(blog z 2012 roku, październik)

Na zdjęciach: 01) Tania, a na tablecie widok z Bytomia. Wszędzie gdzie mogę, nawet w najdzikszych zakątkach świata, promuję Bytom, bo to fajne zabytkowe miasto. Od lat ma „pod górkę” delikatnie pisząc, ale wierzę, że to się w końcu kiedyś zmieni. 02-06) Tania, Gregor, wulkany błotne i rejon petroglifów (Qobustan), nasz kierowca. 

Opublikowano w Blog
niedziela, 17 sierpień 2014 08:03

Baku cz. 2 – Azerskie Ambicje (Azerbejdżan)

Po przyjeździe z Tbilisi do Baku uderza prawie całkowity brak żebraków. To jednak raczej wynik działań administracji i policji niż fakt, że wszyscy Azerowie są bogaci. Przez cały pobyt widziałem jednego pijaka który oczekiwał datku i jedną babuszkę, która nieśmiało chodziła przy ruchliwym skrzyżowaniu z wyciągniętą ręką. W miastach Europy widać na ulicach dużo więcej żebraków niż w Baku. Nie mniej o niebo przyjemniej było spacerować po Baku bez żebraków, niż po Tbilisi, gdy nieraz dosłownie co kilkadziesiąt czy sto metrów ktoś chciał ode mnie pieniędzy.

Oprócz eleganckich budynków, sklepów i samochodów, nie brakuje eleganckich jachtów. Ale Baku to też port, pola naftowe i gazowe. Obrzeża Baku prezentują się biednie i skromnie, choć i te tereny powoli się rewitalizuje. Remontuje i buduje się nowe drogi, w tym autostrady. Jednak bieda biedzie nierówna. Bieda azerska wygląda dużo „lepiej” od tej gruzińskiej. Nie ma się co dziwić, Azerbejdżan ma mnóstwo pieniędzy, więc stać go poprawiać jakość życia obywateli.

Nie ma praktycznie krajów na świecie, gdzie nie ma biedy, choć ona różnie wygląda w różnych zakątkach świata. W Polsce też mamy pełno biedy, obrzeża miast i wieś są często biedne, tak samo jest i w Azerbejdżanie. Choć w tym ostatnim jest obecnie dużo optymizmu, gdyż w końcu widać pieniądze na polepszenie jakości życia Azerów. Wierzą, że gaz i ropa spowodują, że w miarę szybko dogonią poziom życia Europy Zachodniej. A już dzisiaj są znacznie bogatsi od Gruzinów czy Ormian.

Zresztą Azerowie sami czują swoją siłę. Nie przez przypadek starali się, choć bezskutecznie, o letnią Olimpiadę w 2016r. A to najdroższa i największa impreza sportowa świata. W Polsce nawet nikt poważnie nie mówi, że moglibyśmy zorganizować taką imprezę, że stać nas byłoby na to. A w Azerbejdżanie z pieniędzmi nie ma problemu, mimo że prawie wszystko trzeba byłoby wybudować od nowa (tak samo jak to uczyniono w rosyjskim Soczi na tańszą imprezę w 2014r. jaką jest zimowa Olimpiada). Już z myślą o kolejnych olimpijskich staraniach czy staraniach o inne wielkie imprezy sportowe, budowana jest nowa linia metra, do lotniska położonego od miasta o jakieś 40km. Pieniądze widać też w sporcie, o czym będę pisał jeszcze później. Ale patrząc na ostatnie wyniki olimpijskie azerskich sportowców i poziom piłki nożnej, widać że kraj jest zamożny. A to wszystko dzięki gazowi i ropie. Azerbejdżan pomaga finansowo choćby biedniejszej Gruzji, tak jak nam pomaga UE. Tylko że Azerowie robią to z czysto ekonomicznego punktu widzenia, a UE dodaje, że nie tylko o to jej chodzi. Np. Azerowie finansują budowę fragmentu linii kolejowej z Gruzji do Turcji, by można było przejechać pociągiem z Baku do Stambułu. Azerbejdżan i Turcja są bratnimi narodami i zależy im na łatwym przepływie ludzi i towarów. Azerbejdżan pomaga też Gruzji, sprzedając jej tańsze paliwa i eksportując sporo paliw przez gruzińskie porty.

A to wszystko w cieniu stanu wojny z Armenią o Górski Karabach.

Wizerunek Azerbejdżanu psują bardzo zagmatwane, skomplikowane i kłopotliwe wymogi wizowe (pisałem o tym także na początku pobytu w Teheranie, gdy odwołano mi lot z Teheranu do Tbilisi). Dlatego w biednej Gruzji było 10 razy więcej turystów niż w Azerbejdżanie. Bo do Gruzji wiele narodów może przyjechać bez wiz, a do Azerbejdżanu trzeba się o wizy namęczyć. Nie dość że to potrafi trwać i miesiąc, to żądają np. umowy o pracę czy potwierdzenia opłaconej rezerwacji hotelu. A hotele są bardzo drogie, natomiast miejscowe hostele jeszcze za bardzo nie istnieją w internecie, no i zawsze pozostaje problem podczas wypraw, kiedy dokładnie przyjadę do danego miejsca czy kraju. Ponadto wizy są drogie, można się liczyć z odmową wydania wizy przez konsulat lub mając wizę, nie zostać wpuszczonym do Azerbejdżanu, bo może w tym przeszkodzić wiza armeńska.   

Ale wrócę jeszcze do starego miasta. Nie jest duże, ale jest pięknie odrestaurowane i dobrze oświetlone. Spacerowanie po nim to przyjemność. Niektóre zabytki wpisane są przez UNESCO na listę Word Heritage. Najbardziej znane zabytki to wieża  Maiden (Qiz Qalasi), pałac Shirvanshahs' z efektownym kamiennym minaretem (Sinig Gala), mury obronne, które od zewnątrz otoczone są częściowo parkiem typu krakowskie planty. Większość starego miasta to XI-XVI wiek, ale są też fragmenty z przed X wieku. Widać wpływy m.in. kultury perskiej i rosyjskiej. Nie mniej poza starym miastem też znajdziemy wiekowe zabytki, jak choćby meczet z XIII wieku – Bibi-Heybat.

Mocarstwowe plany Azerbejdżanu widać najlepiej w projekcie budowy „kosmicznego” miasta z najwyższym budynkiem świata, liczącym 1050m. Kompleks Khazar Islands budowany jest pod Baku przez jednego z azerskich naftowych potentatów. Tak naprawdę to wszystkie imprezy i nowe budowle w Azerbejdżanie sponsorują firmy  gazowe i naftowe. Przejeżdżając koło tego miejsca, widziałem już plac budowy w początkowej fazie. A jest to skomplikowany projekt kompleksu budowli i to w rejonie, gdzie występują trzęsienia ziemi, więc wymaga to specjalnych technologii. Zresztą przed moim przyjazdem do Iranu, kraj ten nawiedziły trzęsienia ziemi z licznymi ofiarami śmiertelnymi i były one odczuwalne także w Azerbejdżanie.

I na koniec o tym, jak to możliwe, że Azerbejdżan zdobył tyle samo i takich samych medali na Olimpiadzie w Londynie w 2012 roku jak Polska.

Gdy na Olimpiadzie w Londynie Polska zdobyła tyle samo medali co malutki, biedny i zacofany Azerbejdżan (po 10), wszyscy byli oburzeni. Że to kompromitacja i wstyd. Otóż nie. Wstydem i kompromitacją było wysłać ponad 200 sportowców, z których większość nie zasługiwała na udział w Igrzyskach Olimpijskich. A patrząc na to ile Polacy zdobywali medali na wcześniejszych dwóch Olimpiadach, to wynik był w normie. Taki mamy poziom sportu i tyle. Niepokoi tylko, że wysyłamy za każdym razem ponad 200 sportowców, a medali jest tak niewiele. A Azerbejdżan? A Azerbejdżan jest tak biedny, że gdyby tylko chciał to mógłby sobie Polskę kupić. Pod warunkiem, że byłaby na sprzedaż. A zapłacić można byłoby w ropie i gazie w wieloletnich ratach lub w innych środkach płatniczych po sprzedaży surowców. Ogromna ilość ropy i gazu oraz innych surowców, czyni obecnie Azerbejdżan jednym z najbogatszych krajów świata. I to zaczyna też być widać w samym Azerbejdżanie, z Baku na czele. Przy odnowionym Baku, Warszawa może być co najwyżej biedną jego dzielnicą.

Azerbejdżan ma dość pieniędzy, by ich sportowcy mogli dobrze przygotować się do Olimpiady. To po pierwsze. Ale jest też po drugie. Znacznie ważniejsze. Tam jak sportowiec zdobędzie medal olimpijski, to jest do końca życia bohaterem narodowym. Jak nie zdobędzie medalu, ale widać że dał z siebie wszystko, walczył na całego. Będą go szanować. A jeśli będzie sportowiec (męski czy żeński) kombinował, kalkulował, wymyślał kontuzje, że zjadł złe śniadanie, że wiatr był za silny, słońce przeszkadzało, deszcz, temperatura, że tor był zły, piłka za szybka, że miał zły kombinezon i tak dalej. To będę go gnębić w Azerbejdżanie za taką postawę do końca życia albo do rehabilitacji na jakiejś wielkiej imprezie. Bo na Olimpiadzie według ich sposobu myślenia walczy się dla kraju, jak na wojnie, na śmierć i życie. W Azerbejdżanie bowiem patriotyzm jest bardzo silny. Mnóstwo flag, dzieci bawiące się i krzyczące: Azerbejdżan. Azerowie nie są bezkrytyczni wobec swojego kraju, wiele rzeczy im się nie podoba, ale mimo to są z niego dumni. To przechodzi z pokolenia na pokolenie. Dlatego to jest obowiązek każdego tamtejszego sportowca dać z siebie absolutnie wszystko na Olimpiadzie. To był ich dopiero 4 start na niej, mieli zaledwie 39 sportowców, ale w swoich koronnych konkurencjach jak zapasy i boks potrafili pokazać siłę. Polskę reprezentowało 5,5 razy więcej sportowców czyli 218. Ale to nie kwestia tylko pieniędzy, ile psychiki i charakteru sportowców. Biedniutka Gruzja zdobyła niewiele mniej medali, a wcale nie bogatsze Węgry prawie dwa razy tyle w tym 8 złotych, co Polsce się jeszcze nigdy w historii nie udało. A podobnych przykładów w klasyfikacji medalowej Igrzysk w Londynie jest znacznie więcej.

Pozdrawiam

Gregor

(blog z 2012 roku, październik)

Na zdjęciach: 01-03) Baku nocą: Śródmieście, Crystal Hall, bulwar nadmorski i śródmieście widziane z molo; 04) budynek rządowy przy Azadliq Square; 05-06) Morze Kaspijskie, bulwar i molo.

Opublikowano w Blog
wtorek, 05 sierpień 2014 08:12

Tbilisi - stolica Gruzji

Na pierwszy rzut oka Tbilisi (Tiflis) wydawało się miastem dużo atrakcyjniejszym niż Teheran, ale musiałem ten pogląd częściowo zrewidować. I każda z czterech wizyt w Tbilisi podczas wyprawy dołowała coraz bardziej. Stolica Gruzji to bowiem obraz nędzy i rozpaczy. Jedno z najbardziej zaniedbanych miast z pośród tysięcy, które widziałem w kilkudziesięciu krajach świata na kilku kontynentach. A stolicy powszechnie uznawanego kraju w takim stanie sobie nie przypominam. Jeden wielki syf z pojedynczymi przyzwoitymi miejscami. Tbilisi ma jednak pewne możliwości. Co prawda perełką architektoniczną nie będzie nigdy, ale po odrestaurowaniu byłoby to miasto przyzwoite, o niebo atrakcyjniejsze od Teheranu. Potrzeba jednak na to dziesiątek miliardów dolarów. Stare miasto w totalnej rozsypce. Walące się budynki, tylko nieliczne odrestaurowanie, na palcach rąk można policzyć ulice i uliczki, które wyglądają przyzwoicie, co nie znaczy że dobrze. Zakres prowadzonych prac budowlanych znikomy. Walące się stare miasto przeciętnych kamieniczek ma swój klimat, ale chyba nie o to chodzi. Teheran jest brzydki, ale dużo bogatszy co widać, a pobudowane kamienice i apartamentowce poza centrum robią iście zachodnioeuropejskie wrażenie. Tbilisi takiego wrażenia nie robi prawie nigdzie. Obskurne zaniedbane tysiące bloków, nie remontowanych pewnie od czasów budowy za ZSRR. Po przemyśle zostały prawie wyłącznie ruiny. Stare miasto i okolice się walą. Tbilisi to też bezwątpienia światowa stolica żebraków. Są wszędzie, ale nigdzie tylu co tutaj nie widziałem. Podczas intensywnego dnia chodzenia po mieście napotkałem ich kilkaset. To nie pomyłka. Jedni tylko wyciągają ręce, inni za tobą chodzą z wyciągniętą ręką, zdarzają się tez egzemplarze natarczywe. A w długich korytarzach metra siedzą po obu stronach co kilkadziesiąt metrów na krzesłach z wyciągniętymi dłońmi. A jak korytarz ma 200 metrów, to ich liczba jest spora. Ci żebracy bywają męczący i zniechęcają do zwiedzania miasta. A najgorsze, że większość z nich mogłaby pracować.

 

Tbilisi ma dwie linie metra, a my w Warszawie budujemy dopiero fragment drugiej linii, a pierwszą budowaliśmy jakieś 30 lat. Rekord Guinnessa. A w Tbilisi metro działa już od blisko 50 lat, choć drugą linię oddano dużo później do użytku. Jednak obie powstały za czasów ZSRR, a w Tbilisi górskie warunki nie ułatwiają budowy metra. I od czasów gdy Związek Radziecki zbudował Gruzinom metro chyba nigdy nie przeszło ono remontu co niestety widać.

 

I tu dochodzimy do sedna. Sami Gruzini mówią, że za czasów ZSRR Gruzja i Tbilisi przechodziły okres świetności. Gruzja była bogata, ludziom żyło się dobrze. Kraj był zadbany. I tęsknią za ZSRR. Bo teraz u nich wielka bieda i wszystko się wali.

 

Tbilisi ma jednak coś czego nie ma Teheran. I ta jedna kwestia czyni stolicę Gruzji dużo bardziej atrakcyjną od stolicy Iranu. Przynajmniej dla Europejczyka. Inna mentalność. Nie islamska ze wszystkimi tego konsekwencjami, tylko zachodnia. W Tbilisi nie ma za bardzo życia nocnego, pubów, restauracji, klubów jest niewiele jak na stolicę, ale już to wystarczy by czuć się jak u siebie. Swoboda. Normalnie ubrani ludzie na ulicach, normalnie się zachowujący. Normalnie oczywiście z zachodniego punktu widzenia. A w Teheranie nie ma nic z tych rzeczy, tam nawet bardzo trudno w centrum miasta znaleźć miejsce gdzie można by usiąść i coś zjeść w przyzwoitych warunkach, gdyż miejscowi przyzwyczajeni są do prymitywnych budek z miejscowym fastfoodem wymieszanym z zachodnim fastfoodem. Nie zmienia to faktu, że życie nocne w Tbilisi jest marne, dużo bogatsze jest choćby w Baku czy Erewaniu. Pewnie za ten stan odpowiada bieda.

 

Bo bieda, bezrobocie i ceny to największe problemy Gruzji. Jak wszędzie są enklawy bogactwa, ale większość Gruzinów żyje w autentycznej biedzie. Żebrzą nawet księża i zakonnicy. Ale są też kontrastowe sytuacje. Jak zaobserwowana przed katedrą. Wokół katedry wystawiło przede mną kilkanaście żebraków ręce po pieniądze, a na tyłach katedry ksiądz mył swój dobry terenowy samochód. Do tego sprzęt myjący podłączył do publicznego wodopoju. Ksiądz też człowiek, ma prawo do normalnego życia, ale gdy wokół walą się domy jego parafian, skrajna bieda, mnóstwo żebraków, to jednak taki widok razi i coś jest nie tak. Podobne wrażenie wywołuje efektowny acz kiczowaty Pałac Prezydencki na wzgórzu, a wokół walące się kamieniczki. Do tego udająca pracę policja przed Pałacem i wyjeżdżające z jego terenu z piskiem opon eleganckie samochody z karkami i zblazowanym towarzystwem w środku. Ale tak jest wszędzie na świecie – czy władza kościelna czy świecka – to ona wszędzie ma się dobrze finansowo, a obywatele… a co to kogo obchodzi, byleby uwierzyli w kolejne obietnice wyborcze.

 

 A czy spełniłem oczekiwania żebraków, czyli dałem im pieniądze? Oczywiście, że nie dostali ani grosza. Nie ma nic gorszego niż dawanie pieniędzy żebrakom, którzy czynią z tego zawód z którego się utrzymują i swoje rodziny, zamiast zrobić coś ze swoim życiem i wziąć się do normalnej pracy. Zdarza mi się czasami coś dać jakimś babuszkom, bo wiem, że one nie są już wstanie pracować i zarobić, a emerytury mają pewnie nędzne(jeśli w ogóle są). Jednak pojawia się pytanie, czy żebrzą na swoje potrzeby, czy utrzymują w ten sposób całą rodzinę a może muszą wszystko jej oddawać? Smutne jest jednak to, że w Tbilisi żebrało mnóstwo młodych ludzi, a matki tradycyjnie wykorzystywały do tego celu malutkie dzieci. Czy deszcz, czy wiatr, czy chłodno, to dzieci całe dnie spędzały na ulicy – to powinno być karalne także w Gruzji. Więcej, te dzieci często same siedziały na chodnikach, a matki stały dalej, bo samotne brudne dziecko na chodniku bardziej chwyta za serce. Jak ja bym chwycił taką matkę… Jako że Gruzja jest dosyć tolerancyjnym krajem to sporo żebraków stanowią Romowie, co oczywiście nie dziwi, bo jest standardem.

 

Dzięki tolerancyjnemu podejściu do ludzi, wśród studentów można spotkać i czarnoskórych i ciapatych(mieszkańców Półwyspu Indyjskiego i okolic), co w tej części świata jest rzadkością (wiem, że np. w Wielkiej Brytanii określenie „ciapaty” jest zazwyczaj nacechowane negatywnie, ale ja tak nie uważam, jest to bowiem najlepsze z dotychczas wymyślonych określenie dla tej grupy ludności).

 

Jeśli chodzi o usługi, to klientów tutaj obsługuje się nadal często w stylu radzieckim, choć akurat w Polsce jest tylko trochę lepiej pod tym względem. Nie ma więc zazwyczaj co liczyć na uśmiech, zamiast proszę czy dziękuję jest „czego”, „co” lub milczenie i taka ogólna chamskość. Czyli jak ci się coś nie podoba kliencie(intruzie) to spadaj, sprzedawcy naburmuszeni.  Ale dla turystów z zachodu ten radziecki klimat, zabudowa i poradziecki rozpiździel wynikający z tego, że Gruzini wszystko zaniedbali, może być atrakcją turystyczną. Oni tego u siebie nigdy nie mięli.

 

Gruzini podkreślają, ze oni są biednym krajem. Iran to ma złoto i ropę, a my tylko przyrodę i owoce. I za tą przyrodę ściągają kasę w iście zachodnioeuropejskim stylu. A owoce... gdy w Iranie kupowałem winogrona to po chwili były zjedzone, tak pyszne, gdy kupiłem gruzińskie winogrona, to po chwili były w koszu na śmieci, tak kwaśne.

 

Zamiast narzekać, to ja bym im lepiej radził, by się wzięli do roboty, bo kraj mają nieźle rozpieprzony. Ale skoro tłumy zajmują się tutaj żebraniem a nie pracą, to jak ma być dobrze. Tęsknią za ZSRR, ale nie potrafią dzisiaj nawet utrzymać tego co za ZSRR zbudowano. Pisałem w jakim stanie jest Gruzińska Droga Wojenna z Tbilisi do Władykaukazu, a to tylko jeden z wielu przykładów. Za ZSRR była to dobrej klasy droga, a Gruzini zrobili z niej miejscami drogę off roadową. A w razie poważnego wypadku, można prosić na niej jedynie o ostatnie namaszczenie przyszłych zmarłych.

 

A co można ciekawego zobaczyć w Tbilisi? – dużym mieście, bo liczącym 1.2mln mieszk. (ponad 1/5 obywateli Gruzji) a aglomeracja liczy jakieś 1,5mln mieszk. (prawie 1/3 obywateli). Stare Miasto – głównie w ruinie, co też może być ciekawe, oprócz tego znajdziemy kilka lepszych uliczek, trochę restauracji z ogródkami i budek z szaurmami(kebabami). Nie ma rynku, ale są dwa większe place, jeden nad samą rzeką jest parkingiem i drogą jezdną, a drugi po drugiej stronie Starego Miasta – Plac Niepodległości – jest ruchliwą arterią. Przez Tbilisi płynie spora rzeka Kura (Mtkwari), ale wzdłuż niej są głównie ruchliwe drogi. Nad rzeką znajduje się szklany Most Pokoju dla pieszych, jest efektowne miejsce gdzie kamieniczki stoją na wysokich skałach nad rzeką. Buduje się po drugiej stronie względem Starego Miasta spory park, a drogi poprowadzono w tunelu. W tym parku w budowie (pewnie skończą w 2013) jest dziwny szklany obiekt, który ma być teatrem, nad nim możemy zobaczyć Pałac Prezydencki, a na skraju parku już działa krótka kolejka gondolowa wywożąca na pobliskie wzgórze. Kolejką tylko, że zdaje się szynową, wiedziemy też na poważniejszą górę, gdzie wieża telewizyjna i przestarzałe wesołe miasteczko z młyńskim kołem (Tbilisi jest położone wśród gór Małego Kaukazu). Jak w każdej stolicy znajdziemy trochę zabytkowych kościołów – w końcu Gruzja to drugi kraj po Armenii, który przyjął chrześcijaństwo jako religię państwową. Największe wrażenie robi katedra Sameba po drugiej stronie Kury w stosunku do Starego Miasta. Potężna świątynia jest zadbana jak i teren wokół, a poza katedrą klasyczne gruzińskie walące się kamienice lub kawałek dalej obskurne zaniedbane bloki. Najbardziej znana ulica Rustaveli – reprezentacyjna - jest przyzwoita, ale pośrodku jest ruchliwa kilkupasmowa ulica(ciężko się przedostać na drugą stronę). Zresztą w Tbilisi praktycznie nie ma żadnych pieszych deptaków, są tylko nikłe fragmenty. Na jednym z nich blisko Placu Niepodległości ładnie zagospodarowano ruiny jakiegoś niedużego obiektu, może kościoła. Wśród kościołów znajdziemy też kościół Metechi na skale nad rzeką czy meczet (był w remoncie), koło niego zabytkowe łaźnie, a za nim wąwóz skalny z  potokiem i wodospadem. Nad Starym Miastem króluje wzgórze z ruinami twierdzy (Narikala), ale są bardzo zaniedbane, jest kościół na tym wzgórzu jak i na sąsiednim oraz potężny pomnik kobiety z mieczem (Kartlis Deda – strażniczka Tbilisi – marna robota koleżanko, bo miasto w ruinie). Można się na to wzgórze dostać pieszo lub wspomnianą kolejką gondolową. Z okolic górnej stacji jest efektowny widok na Tbilisi. Wśród ciekawszych budynków znajdziemy też operę im. Paliaszwili i budynek Parlamentu - oba obiekty na ulicy Rustaveli, gdzie też kilka innych ciekawych obiektów. Co do Parlamentu to w 2012 roku przeniesiono jego siedzibę do miasta Kutaisi (w nim urodziła się piosenkarka Katie Melua i Prezydent RP Władysław Raczkiewicz). Czyżby Pan Saakaszwili bał się demonstracji?  W Tbilisi znajdziemy też kilka szklanych budynków, ale architekci się nie postarali. W nocy iluminacja miasta jest słaba, jedynie kilka-kilkanaście najistotniejszych budynków ją posiada porozrzucanych w różnych miejscach. Mimo dosyć prymitywnej komunikacji miejskiej poza metrem (marne autobusy i marszrutki) to w Tbilisi działa system informacji elektronicznej w alfabecie gruzińskim i łacińskim informujący jakie pojazdy podjadą na przystanek. Takie systemy, jak i komunikacyjne karty elektroniczne działają w bardzo wielu miastach świata. W Teheranie istnieje system podobny do oyster card w Londynie, a w Tbilisi i Baku w metrze działają wyłącznie karty elektroniczne, które można załadować w automatach porozrzucanych po mieście. A w Polsce to ciągle science fiction.

 

A propos Prezydenta Saakaszwili, to Gruzini mówią, że w Tbilisi on i jego partia dostawali zawsze mało głosów, dlatego on nie lubi Tbilisi i dlatego niezbyt go interesuje stan stolicy i jej odbudowa. Mimo że się w Tbilisi urodził. Bardziej dba o inne miasta jak Batumi - tak twierdzą miejscowi. Ale dodają, że od dwóch lat coś w Tbilisi drgnęło.

 

To tyle o zwiedzaniu Tbilisi. Mnie interesuje przyroda a nie miasta, po których mogę z dwa dni pochodzić bez ładu i składu, poprzyglądać się jak miasto żyje i mi wystarczy.

 

Dodam jeszcze, że w Tbilisi panuje klimat bliski subtropikalnemu i jest stąd niedaleko do Armenii i Azerbejdżanu.

 

Chodząc po ruinach twierdzy rozmawiałem ze strażnikiem. Opowiadał że stosunki pomiędzy Rosją i Gruzją na poziomie ludzi są normalne, na poziomie polityki - nie. Podczas październikowych wyborów w Osetii Południowej, która znajduje się ok. 40km od Tbilisi stało dużo czołgów rosyjskich i gdyby wygrał Saakaszwili na pewno Rosjanie wkroczyliby do Gruzji – tak twierdził, ale mnie się nie wydaje, bo niby po co mięliby to robić?. Wygrał Iwaniszwili, bogacz, który dorobił się pieniędzy w Rosji i z Rosją dobrze żyje. Wcześniej ludzie wierzyli, że Saakaszwili dogada się z NATO, które pomoże mu odzyskać Osetię Południową i Abchazję. Teraz gdy premierem jest Iwaniszwili część ludzi ma nadzieję, że dogada się z Putinem, by oddal Gruzji te dwie separatystyczne republiki. Ale większość Gruzinów podkreśla, że jeśli one nie wrócą do Gruzji, to wcześniej czy później wybuchnie kolejna wojna o odzyskanie tych ziem. Obawiam się jednak, że militarnie Gruzja nie ma żadnych szans, są to jedynie marzenia ściętej głowy. A znając trochę najnowszą historię tych terenów uważam, że Gruzji się one nie należą.

 

Zagraniczny turysta jeśli chodzi o dworce w Tbilisi, to będzie miał do czynienia zwłaszcza z trzema. Dworcem autobusowym, kolejowym i Didube. Wszystkie znajdują się w wyraźnej odległości od siebie. Te dwa ostatnie mają połączenie z Placem Niepodległości – metrem. Jak już pisałem międzynarodowy(centralny) dworzec autobusowy jest zaniedbany, mieści się w radzieckim brzydkim budynku, można stąd dojechać m.in. do Iranu, Armenii czy Turcji. Didube to obskurne targowisko i wielki postój marszrutek krajowych, m.in. do Kazbegi czy Batumi. Ale niektórym turystom zachodnim się podobało, bo jak mówili – egzotyka. Totalny rozpizdziel, stoły handlarzy, szczęki, śmieci, błoto, popękany asfalt, chaos, a jednak wszystko jakoś tam funkcjonuje i można tu dojechać metrem.  Dworzec kolejowy na pierwszy rzut oka wygląda nieźle, ale tylko dlatego że jest przebudowywany na centrum handlowe. Cała reszta wyłącznie z peronami i przejściami podziemnymi to totalny syf, a wokół brud, smród, brzydota i wieczorami dosłownie burdel. Odjeżdżają stąd marszrutki po Gruzji ale też do Armenii. Gruziński pociąg którym jechałem do Baku, był w takim samym stanie jak Tbilisi. Skład miał kilkadziesiąt lat, nic tam nie działało lub było połamane, brudne, zaniedbane, a toaleta… koszmar. Za to pasażerowie bardzo fajni, przygotowani na podróż – wałówa i piwo. W moim przedziale podróżowało dwóch Gruzinów i Litwinka, kobieta jednego z Gruzinów. Opowiadała, że mimo wielu lat w Gruzji nie może dobrze nauczyć się ich bardzo trudnego języka. Miło się z nimi spędzało czas. Podróż trwała coś 18 godzin (marszrutką jest nawet o połowę krócej), a Azerowie na granicy z toną sprzętu nieźle przeszukali cały pustawy pociąg. Nawet sprawdzali czy nie przewozimy materiałów radioaktywnych.

 

Gruzini jadący do rodziny, która prowadzi w Baku gruzińską restaurację, na początku podróży zapytali mnie. Podoba ci się Tbilisi? Może być, choć strasznie zaniedbane. To przygotuj się, że Tbilisi przy Baku to slumsy. Chyba przesadzacie trochę? Nie przesadzamy Grisza, niedługo sam zobaczysz.

Zapraszam również do felietonu: Gruzja a sprawa Abchazji i Osetii Południowej.

Pozdrawiam

Gregor

(blog z wyprawy 2012, październik)

Na zdjęciach: 01) ulica Puszkina w centrum miasta i wyeksponowane ruiny prawdopodobnie murów obronnych, datowane na XII-XIII wiek, ale znaleziono warstwy archeologiczne z III, V i XVIII wieku n.e. – zniszczone w XIX wieku za czasów Imperium Rosyjskiego; 02) rzeka Kura widziana z okolic twierdzy Narikala, 03) Pałac Prezydencki i w dole fragment budowanego teatru; 04) fragment Starego Miasta; 05) żebraków w Tbilisi nie brakuje; 06) toaleta w gruzińskim pociągu do Baku;  07) czy ta ruina to własność Grecji? Być może. A może gruzińskie poczucie humoru pokazujące, że Grecja jest w rozsypce? Tak samo jak Gruzja; 08) w każdym hostelu są zasady, które powinny być przestrzegane. Z których jednak wszyscy się śmieją i nikt nie przestrzega. Zwłaszcza takich. Gośćmi hostelów są często bardzo wolni ludzie, którzy miesiącami świat przemierzają z plecakami i chcą czuć się wolni wszędzie. Wszystkie tego typu ograniczenia jak na zdjęciu traktują z pogardą; 09) trochę polskiego w Gruzji – gdzieś w centrum Tbilisi.

Opublikowano w Blog
środa, 30 lipiec 2014 08:15

Bethlemi-Kazbegi-Tbilisi (Gruzja)

Pobudka. Pakowanie. Ostanie parę fotek. Pożegnania i w dół. Bez pośpiechu. Ruszyłem o 11:45. I jeszcze wolniej zamierzałem schodzić. Pogoda świetna, w planie tylko zejście do Kazbegi, gdzie nie ma kompletnie co robić. Lepiej ten czas spędzić w górach. Zwłaszcza, że pogoda świetna. Już od rana przez lornetkę było widać sporo ludzi zmierzających do Bethlemi. Pogoda miała bowiem się utrzymać też następnego dnia.

 

Na lodowcu Gergeti nie było śladów żadnej ścieżki. Ale jak już pisałem lodowiec w tym miejscu nie stwarza żadnych problemów. Przyjemnie w dół. Jeszcze na lodowcu spotkałem kilka małych grup, w tym gruzińskiego przewodnika pewnie idącego do kolegów ze schroniska. Po zejściu z lodowca kolejne dwie grupy i to bardzo duże. Po 15-20 osób. Coś niesamowitego. Niedawno byłem w schronisku tylko ja i Georgij, który chciał się zwijać na dół, a tu taka pielgrzymka. Minąłem ponad 50 osób, z których większość planowała próbę powalczenia o Kazbek, a wszyscy dojście do Bethlemi. Były to przy okazji sympatyczne spotkania i rozmowy, zwłaszcza z ukraińską grupą.

 

Szło się świetnie. Plecak lżejszy, muzyka na uszach, pogoda bardzo dobra. Ale nie wszędzie. Około drugiej nad Kazbekiem było już sporo chmur, a od rana wiał dosyć silny lodowaty wiatr. Pogoda była gorsza o tej porze niż poprzedniego dnia.

 

Zrobiłem po drodze kilka dłuższych postojów w tym przy zatłoczonym kościele Cminda Sameba. A potem na przełaj ścieżką w dół. Mimo poczucia, że się wlekłem to w centrum Kazbegi zameldowałem się o 16:00. Wynajęcie pokoju. Prysznic. Znowu w bardzo chłodnej wodzie, bo ciepłej nie było. To nawet w Himalajach Nepalu było lepiej, tam przynajmniej dostawało się wiadro z gorącą wodą. A potem wizyta w tawernie po sąsiedzku, gdzie obiad. Klientów niewielu, ale gdy dowiedzieli się że zszedłem „właśnie” z Kazbeka to zaraz zaczęła się rozmowa, do mnie i Gruzinów dołączyły dwie sympatyczne Holenderki. Na stole wylądowały gruzińskie alkohole: wino i czacza.

 

Po miłym obiedzie w cenie dobrego obiadu w Zakopanem przyszedł czas na zakup owoców, soków i coli. Zapadał zmrok, robiło się chłodno. Odbyłem jeszcze spacer wśród krów po Kazbegi i okolicach. A potem pakowanie, wyrzucanie niepotrzebnego i zużytego sprzętu.

Ostatni górski akcent był za mną.

 

Kolejna mitologiczna góra zdobyta. Po Araracie związanej z Arką Noego (niektórzy uważają, że wg biblijnego opisu to raczej był Demawend). Kazbek z kolei związany jest z historią Prometeusza, ognia, który podarował ludziom i wyjadaniu codziennie przez sępa jego wątroby, odrastającej. Zresztą Demawend też odgrywa bardzo ważną rolę, tylko że w perskiej mitologii. W jednej z legend jest tam przykuty do skał trójgłowy smok Azi Dahaka(Dhaka).

 

Kolejnego dnia rano ruszyłem do Tbilisi w towarzystwie trzech sympatycznych Izraelek. Pogoda rano była fajna, ale dosyć szybko się psuła. Ponoć na Kazbeku w trakcie dnia zrobiło się nieciekawie jak potem pisali Polscy koledzy z Bethlemi. Wszyscy jednak stanęli na szczycie, gratulacje!

 

A droga przez Kaukaz wzdłuż granicy z Osetią Południową jest naprawdę piękna i efektowna. Zniszczona, zaniedbana, ale górskie widoki są świetne, a wysokości do 2400m npm. Poniżej przełęczy jest popularny ośrodek narciarski Gudauri z trasami do ponad 3000m. Wybudowali go Rosjanie za czasów ZSRR i do dzisiaj niewiele się tam zmieniło, choć coś powoli zaczyna się tam dziać. Jest stąd bowiem blisko do Tbilisi. Po drodze w różnych miejscach można kupić pamiątki, ale przez to, że Gruzini przesadzili z cenami, to prawie nikt ich nie kupuje. Nawet zachodni turyści. A pamiątki to głównie różne tekstylne wyroby z czapkami na czele. Po drodze mija się wielką atrakcją Gruzji, nieduży zamek-twierdzę Ananuri nad rzeka Aragawi i w sąsiedztwie sztucznego zbiornika wodnego (Żinwalskiego). Wokół są ładne góry, ale sam zamek to jedna wielka przeciętność. I to zaledwie z XVI-XVIIw. Widziałem takich zamków tysiące. A wokół zamku typowy gruziński syf – czyli śmieci i brak sensownego zagospodarowania terenu.

W końcu jest – Tbilisi.

Pozdrawiam

Gregor

(blog z 2012 roku, październik)

Na zdjęciach: 01) lodowiec Gergeti (Ortsveri) i szczyt o tej samej nazwie liczący 4365m – widziane ze schroniska Bethlemi; 02-03) Kazbek z ok. 3670m i z ok. 2950m; 04) okolice Kazbeka ok. 2500m; 05) dziewczyny z Izraela – Gruzińska Droga Wojenna, która przed Kazbegi (od strony Tbilisi) osiąga wysokość ok. 2379m (Przełęcz Krzyżowa); 06) zamek-twierdza Ananuri, w tle zbiornik Żinwalskiego.

Opublikowano w Blog

1:30 w nocy, kolejna pobudka. Bez przekonania wychodzę przed prymitywne gruzińskie schronisko Bethlemi. Przecież od dwóch dni atak zimy nie chce odpuścić. Mam mieszane uczucia. Nie jest źle, ale dobrze również nie jest. Solidny mróz (-10 stopni C) jest w porządku, ale nad głowami sporo chmur, choć chwilami widać księżyc i pojedyncze gwiazdy. Do tego porywiste podmuchy lodowatego wiatru. Co robić? Zaryzykuję! Idę! Ubieram się, wrzucam parę rzeczy do plecaka i o 2 w nocy ruszam. Mam świadomość, że abstrahując od pogody, czeka mnie bardzo ciężka i długa wędrówka. Dużo świeżego śniegu na lodowcu, brak ścieżki i pełno szczelin pod śniegiem. I wg prognozy pogody po 10 rano jej załamanie.

Wpierw ścieżka-labirynt. Wszystko zasypane, śladów zero, kamienne kopczyki raz są, raz ich nie ma. Chciałbym iść szybciej ale się nie da. Gubię się trochę wśród głazów, ale z pomocą przychodzi mi gps i zapisany dwie doby wcześniej ślad. Żadnej gwiazdy już nie widzę, sypie śnieg. A dopiero minęła 3 w nocy, do 10 daleko. Sypie coraz mocniej, wieje coraz silniej, chmury schodzą w dół i kolejny problem. Z widocznością. Znowu gubię coś co niby ma być ścieżką, a tak naprawdę nią nie jest. Wkoło szczeliny lodowcowe. Nic nie widzę, śnieg wali po oczach, chmury i zdaje się, że stoję nad potężną szczeliną.

Wiedząc jak daleko jestem od zapisanego śladu w gps-ie omijam szczelinę,  skaczę przez kilka mniejszych i jest… kopczyk z kamieni. Jestem na właściwej drodze. Tylko co z tego? Trzeba wracać! To nie ma dzisiaj sensu! W takich warunkach w pojedynkę moje szanse wejścia na szczyt są zerowe, a szanse zabicia się przynajmniej 50%. Do tego nie znam drogi i nie wiem gdzie dokładnie jest najwyższy punkt Kazbeka.

Zawrócić….? – może później. Podczas pierwszej próby pogoda mnie pokonała na 4572 m n.p.m. Podczas drugiej warunki atmosferyczne nie dały mi szans nawet wystartować. Tym razem stwierdziłem, że powalczę jeszcze. Idę, ale już bez takiego zapału jak na początku. Wolniej, często przystaję, chowam się w płytszych szczelinach, nasłuchuję spadających głazów, czasami całkiem niedaleko mnie. Obserwuję i staram siebie przekonać, że czas wracać do śpiwora. Sypie śnieg, wieje jak diabli, nic nie widać, ciągle noc, a przede mną cały czas 2/3 podejścia na szczyt. I tylko ja jeden. Jedynym słusznym rozwiązaniem jest zawrócić i próbować kolejny raz do skutku. Ale jeszcze z dwa razy i ta ścieżka-labirynt pomiędzy schroniskiem a początkiem wejścia na lodowe plateau mnie wykończy.

Jak za dwie godziny pogoda się nie poprawi, to zawrócę. Ale póki daję radę to idę i wolałbym wracać przez ten labirynt tak zmieniony przez świeży śnieg, gdy wstanie dzień. Przed wejściem na właściwy lodowiec chowam się za głazem. Ścieżki nie ma, śniegu dużo, nic nie widać (latarka-czołówka niewiele pomaga), szczeliny, nie znam drogi, tylko tak mniej więcej. Mój ślad w gps-ie jest za mało dokładny, a dwa dni wcześniej kluczyłem tutaj między licznymi szczelinami. Pól metra od śladu może być inna szczelina, a i sam ślad jest obarczony pewnym błędem. Jak się nie skupię na lodowcu, tylko na ekranie gps-u to pewnie się zabiję, gdy wpadnę do jednej z nich. Czyli sama radość.

Powoli wstaje dzień, a ja jestem zaledwie na wysokości 4200m n.p.m. W tych warunkach mimo chęci nie dało się iść szybciej. Natura dzisiaj znowu jest przeciwko mnie… ale chwileczkę. Poprawiła się widoczność, chmury i mgły unoszą się do góry, śnieg już prawie nie pada, znowu próbuje się przez chmury przebić księżyc, bo jeszcze nie słońce. A więc jest nadzieja. Idę dalej. Wschodzę na początkowy fragment plateau. Ten sam który jeszcze nie tak dawno temu był szary, a wkoło świetnie widoczne szczeliny. Teraz jest równa kołdra białego śniegu po łydki i nie widać ani jednej szczeliny. Fantastycznie. I jak ja mam teraz przejść ten niebezpieczny fragment lodowca? Idę bardzo ostrożnie i powoli. Robię nową ścieżkę.

Na dzień dobry pakuję się do szczeliny po kolana, szybko z niej jednak uciekam. Dwie minuty później ląduje w drugiej szczelinie po kolana. Okay, trzeba wyciągnąć czekan. Mosty śnieżne na tych szczelinach były słabe, tylko dzięki koncentracji, ostrożności i szybkości, nie skończyło się to gorzej. Pewnie dzięki doświadczeniu też.

Śnieg równy jak stół, toruję drogę idąc w śniegu powyżej łydek. Na szczęście już nie pada, wiatr już tak nie wieje, widać że za górami wstaje słońce, nad głowami niebieskie niebo i tylko trochę chmur. Bo część wiatr uniósł i rozproszył nade mną, a większość zameldowała się gdzieś na 3500m n.p.m. tworząc gęstą kołdrę. Wstaje na dobre piękny dzień. Super.  I nagle znikam w czarnej dziurze pod śniegiem. Cholera, znowu szczelina! Tym razem nie po kolana, ale też nie na samo dno. Dna nie widzę, tylko czarną głęboką dziurę, ale to co widzę, wskazuje na przynajmniej 10-15 metrów w najgłębszym miejscu. Pierwsze jakieś 5 metrów jest pionowe, potem szczelina biegnie pod skosem, ze względu na to nie widać gdzie jest jej koniec. Zważywszy, że najgłębsze szczeliny mają tutaj do 80 metrów, nie było najgorzej. Tym bardziej że wpadłem tylko 3 metry, prosto na lodowy most, który być może zawalił się kiedyś i utknął w szczelinie. Przed atakiem zimy ta szczelina była zupełnie odkryta, bo gdy wpadałem nie było żadnego oporu. To był ułamek sekundy. Opad śniegu i wiatr równo zakamuflowały ją grubą warstwą świeżego luźnego śniegu.  

Znowu więcej szczęścia niż rozumu. Kiedy ja zmądrzeję? Przykro mi - nigdy. Choroba jest już zbyt daleko posunięta. Fajnie, że mam czekan w ręce, tylko czemu nie założyłem do tej pory raków? Bo lodowiec zupełnie płaski i bez raków idzie się szybciej. To wszystko prawda tylko co teraz? Most może zaraz runąć w dół, raki solidnie opakowane w plecaku. Żadnych szans, by je założyć na tym kawałku lodu. A na powierzchnię jednak kawałek. Szerokość szczeliny przynajmniej na metr a raczej trochę więcej. Spokojnie, coś trzeba wymyślić. 15 metrów repsznura 5mm (liny pomocniczej) w plecaku też mi nic nie da - po cholerę go zresztą wziąłem skoro wspinam się sam?! Nieważne. Wolę się za bardzo nie ruszać, bo nie chcę się znaleźć niżej. Walę czekanem w lód, coś na kształt zapieraczki (czyli zapieranie się butami  i plecami po obu stronach szczeliny), czasami w rozkroku na wyrąbanych w lodzie niewielkich wgłębieniach. Niełatwo, szczelina trochę za szeroka. Jest ślisko, jak mi się but ześlizgnie, to zlecę dużo niżej, już nie mówiąc, że przy okazji mogę sobie zrobić krzywdę - spadając. Grzesiek, pełna koncentracja, spokój i do góry! Tu nie ma miejsca na jakikolwiek błąd. Po dwóch minutach jestem już na powierzchni.

I co dalej? Trzeba wracać - to logiczne w tym wypadku. Otóż nie. Skoro przeszedłem większość szczelin, to pokonywanie ich po raz kolejny kolejnego dnia, być może znów samotnie, to tylko zwiększanie ryzyka. Pogoda coraz lepsza, najbardziej uszczeliniony fragment lodowca za mną, przede mną może jeszcze z 5-10 szczelin, które były świetnie widoczne kilka dni wcześniej.  Dam radę. Tylko muszę spowolnić wędrówkę i każdy krok poprzedzać wbiciem czekana. Jeśli będzie lód to okey, jeśli pustka, to szczelina. Problem tylko taki, ze stylisko czekana ma ok. 60cm długości, tyle co nawiany tutaj i tworzący niemal równą warstwę śnieg. Zakładam raki i do przodu. Limit szczęścia na ten dzień wyczerpany.

Już dawno temu zaprzyjaźniłem się ze szczelinami lodowcowymi. Odwiedzam je co roku. Tak mnie polubiły, że ciągle  próbują mnie  wciągnąć do siebie. Zazwyczaj bezskutecznie. Co najwyżej dam im kawałek nogi na sekundę. Ale czasami daję się zaprosić na dłużej do środka. Tak jak w tym przypadku. A potrafią być piękne, efektowne i głęboki

Pnę się mozolnie do góry robiąc ścieżkę. Śniegu zazwyczaj po kolana, czasami po łydki, czasami po pas, rzadko po kostki. Słońce świeci coraz mocniej, ale jeszcze nie na mnie. Przeszkadza temu Kazbek. Kołdra chmur z 3500m wędruje na wyższy pułap, ale tu gdzie jestem widoczność jest świetna. Czekan czasami jest za krótki, muszę wspomagać się kijkiem by sprawdzić podłoże. Strasznie wolno się idzie poprzedzając każdy krok sprawdzeniem co pod śniegiem. Ale dzięki temu wykrywam ponad 5 szczelin, w które pewnie bym wpadł gdybym tego nie zrobił. Jedne wąskie, inne dosyć szerokie, a głębokie są wszystkie. Niektóre bez mostów lodowych i trzeba je przeskoczyć. Czasami ze sporego rozpędu. Po tych z mostami lodowymi można spróbować przejść będąc przygotowanym, że most zacznie się walić i trzeba będzie się rzucić z czekanem na skraj szczeliny. Raz ten manewr okazał się przydatny.

Największe zagrożenie szczelinami minęło, zbliża się 4400m n.p.m. Pojawia się nowy problem, bardzo dużo śniegu. Toruję drogę, śniegu po uda, po pas, czasami po kolana. Ciężko i wolno. Co z tego, że czuję się świetnie, jak nie mogę tego wykorzystać. Pocieszeniem jest, że nawet jeśli pode mną są jeszcze jakieś szczeliny, to stary zmrożony śnieg pod świeżym, jest dosyć pewny. W tych warunkach 50-100 kroków do góry i przystanięcie. Gdy śniegu po pas, co 30 kroków i przystanięcie. Powoli, ale jednak do przodu. Widać coś co powinno być wierzchołkiem Kazbeka. Jeszcze kawał drogi. Zerkam czasami na ślad zapisany w gpsie, ale i tak wkoło wszystko zasypane nawianym świeżym śniegiem. A tak niedawno szedłem tutaj lodową przyjemną ścieżką. Pomarzyć. Zapisany ślad się jednak kończy. Chmury i burza śnieżna z piorunami zmusiły mnie wtedy do odwrotu. Czas wytyczyć własną zupełnie autorską ścieżkę. Wybrałem wersję: ostro na skos do góry. Termometr wskazywał minus 13°C. Znajdowałem się w tym momencie na odcinku trasy biegnącym po stronie rosyjskiej (graniczny gruzińsko-rosyjski charakter góry wymagał rejestracji w schronisku Bethlemi dla pograniczników).

I zaczęło się. Po uda, po pas w śniegu, coraz bardziej stromo, więc doszło osuwanie. Katorżnicza droga. Ale konsekwentnie do przodu. Niezła mordęga. Za to pogoda dopisywała. Śnieg nie padał, wiatr wiał, ale porywisty był tylko chwilami. Chmury wokół Kazbeka, te najwyżej położone, znajdowały się teraz mniej więcej na wysokości jego wierzchołka. Tylko czasami o niego zahaczały. Do tego piękne, kłębiaste. Momentami świeciło słońce. Tak do około 4800m szło się bardzo ciężko w kopnym śniegu. Istniało nieduże ale realne zagrożenie lawinowe. Bo wiatr utworzył miejscami nawisy śnieżne, a nachylenie sięgało 40-45 stopni. Od około 4800m n.p.m. było lepiej, bo wiatr wywiał częściowo śnieg i po części trasy szło się całkiem przyjemnie, choć cały czas po stromym. Odrobinę bardziej płasko zrobiło się w okolicach 4850m. Zauważyłem daleko w dole krótki odcinek, który mógł być kiedyś ścieżką. Wskazywałoby to, że wcześniejsza ścieżka prowadziła cały czas lekko w górę, a dopiero potem bardziej stromo, być może zakosami i wyprowadzała w rejon gdzie ja się znajdowałem.

Mój stary i zużyty sprzęt radził sobie nad wyraz dobrze. Jako że wyprawa była mało górska, bo oprócz Kazbeka obejmowała jedynie turecki Ararat i irański Demawend, to prawie całe moje ubranie wyłącznie z butami było do wyniszczenia. Skórzane i wysłużone buty dawały radę, choć zaraz po Kazbeku wylądowały w koszu na śmieci. Reszta odzieży też straciła już dawno większość swoich właściwości. Mój organizm jednak świetnie czuje się w zimowych i mroźnych warunkach, toteż na niejedną poważną górę wszedłem z takim sprzętem, że inni alpiniści z całego świata – nawet z dużo biedniejszych krajów – pukali się w czoło jak ja chcę wejść na szczyt w tym co mam na sobie. Oni wszyscy mięli lepszy sprzęt, często za grube tysiące dolarów. Tylko że ja jakoś zawsze wchodziłem na szczyt, bez większych problemów, bez odmrożeń. A oni często nie. Bo w górach sprzęt jest ważny, ale nie najważniejszy. Z tego co zależy w górach od człowieka to najważniejsza jest psychika i charakter, potem przygotowanie fizyczne i predyspozycje fizyczne do wspinaczki w górach wysokich, a dopiero następnie jest sprzęt. Dopóki zdobywanie szczytu idzie prawidłowo, to gorszy sprzęt daje radę. Dopiero gdy pojawia się problem jak np. przymusowa noc w jakiejś jamie śnieżnej, od dobrego sprzętu zaczyna zależeć zdrowie i życie. Nie inaczej jest z Kazbekiem. Jeśli pogoda jest dobra i wejście na szczyt przebiega sprawnie, nie trzeba żadnego super sprzętu. Przyzwoite buty trekkingowe śmiało dadzą radę – buty w górach to zawsze kluczowy element. W lecie używanie skorup czy najwyższych modeli nie-skorup to coś absolutnie zbędnego na Kazbeku.

Nie wiem jak inni wchodzą na szczyt w ostatnim fragmencie (bo nie widziałem ścieżki). Zrobiłem więc to następująco. Najbardziej mnie kusiło pójść prosto bardzo stromo do góry między niewielkimi skałkami, ale jednak po lodowcu. Było tu kilka szczelin brzeżnych. Jednak bez asekuracji i samotnie było to zbyt duże ryzyko. Miałem już dość obchodzenia dookoła tego Kazbeka, ale inne gruzińskie drogi wymagają partnera do wspinaczki. A ja ani partnera ani sprzętu. Jedynie raki półautomaty, czekan i kawałek cienkiej liny pomocniczej (repsznur) gdybym z kimś szedł do góry. Ale nie szedłem.

Ruszyłem więc poniżej skałek i za nimi po lodzie do góry. Nachylenie było bardzo duże. 50 stopni na pewno, a czytałem że i 60 stopni jest w tym miejscu. I ten najstromszy odcinek na Kazbeku ma około 100-150m deniwelacji względnej. Asekuracja czy zainstalowanie poręczówek nie zaszkodziłoby, choć z tym ostatnim byłoby za dużo pracy, potrzebne byłoby trochę sprzętu, zwłaszcza nielekkich lin do wyniesienia. A po co, skoro da się bezpiecznie wejść bez tego, czego jestem najlepszym przykładem. I szybciej. Mimo że nie ma przepaści, to w razie upadku i braku hamowania można bardzo szybko zjechać dobre 500m deniwelacji względnej, a „przy odrobinie szczęścia” i 1000 metrów. Zabicie się wcale nie jest niemożliwe, a nawet bym rzekł, że prawdopodobne. Bo są miejsca gdzie może nas trochę wyrzucić jak z małej skoczni, niżej są też szczeliny. Więc żartów nie ma. Dlatego szedłem bardzo ostrożnie. I tu bardzo ważna uwaga, w tym miejscu trzeba mieć pewność, że raki są naprawdę dobrze założone i nie zlecą z butów. Mimo że było bardzo stromo, sporo adrenaliny, to po samym lodzie szło się naprawdę dobrze. Niestety było też sporo nawianego śniegu, w postaci zasp. Nie dało się wszystkich ominąć. A tutaj raki zupełnie sobie nie radziły. Zsuwałem się. Kilka razy serce zabiło mi szybciej. Ale jakoś to dziadostwo przeszedłem.

Stromo jest do samego szczytu, dopiero ostatnie kilkadziesiąt metrów (ale nie deniwelacji względnej) spłaszcza się. I oto jest - szczyt. Najbardziej wysuniętego na wschód 5-tysiecznika Kaukazu. Wreszcie. Czas wejścia w normalnych warunkach uznałbym może nie za fatalny, ale za słaby. W tych okolicznościach był to świetny czas. 11 godzin. Na szczęście dosyć stabilna pogoda, która się zrobiła, napawała optymizmem. Była dużo gorsza niż mój pierwszy dzień na Kaukazie, ale dobra. Prognoza Georgija – gospodarza w Bethlemi na szczęście się nie sprawdziła – w końcu. Zamiast  pięknej nocy było załamanie pogody, zamiast załamania pogody w dzień, pogoda zrobiła się bardzo przyzwoita. Ale w nocy naprawdę niewiele brakowało bym zawrócił.

Gps szalał pomiędzy 5031 a 5035m n.p.m. (deniwelacja bezwzględna). Ta ostatnia liczba to najwyższa jaka pojawiła się na ekranie. Na pewno to nie jest 5047m jak mówią niektóre dane. A na szczycie spędziłem ponad pół godziny, gps łapał bardzo dobry sygnał z 10 satelit.

Widoki były zjawiskowe. Może właśnie dzięki morzu efektownych kłębiastych chmur poniżej i na wysokości szczytu, z pomiędzy których odsłaniały się czasami spore fragmenty Kaukazu. Nie mniej, nic wyższego w tej części gór nie było. Tylko ja i góry, po naprawdę wymagającej wędrówce. Kazbek to góra dużo trudniejsza technicznie niż najwyższy kaukaski szczyt Elbrus, na którym byłem dwa razy. Ale obiektywnie, technicznie Kazbek nie jest jakoś szczególnie trudny.

Wejście na szczyt sprawiło mi wiele radości. Ararat i Demawend były fajne. Ale takie banalne wejścia nie dają tyle satysfakcji co takie wejście jak na Kazbek. Pogoda i brak innych wspinaczy sprawiły, że było to wejście o dużej wartości. Wpierw wydawało się, że pójdzie wszystko szybko i bezproblemowo, potem załamanie pogody, obawy że nic z tego nie będzie, a w końcu samotne trudne wejście na szczyt w zimowych i lodowcowych warunkach. Z elementami grozy. Nieraz stawałem samotnie na różnych szczytach, nierzadko wymagających i po ciężkiej walce. I zawsze jest tak samo. Świadomość, że jesteś sam jeden na szczycie, a górę zdobyłeś po walce, to jedyne uczucia w swoim rodzaju. Iście ekstatyczne. Tylko ty, nikogo więcej w promieniu iluś kilometrów, nieraz tysięcy, na takiej wysokości. Wszystko zależy od ciebie. Tylko ty możesz sobie pomóc lub zaszkodzić. Od ciebie zależy czy przeżyjesz czy zginiesz. Takie wejścia hartują człowieka, pozwalają poznać siebie, swój charakter i swoje możliwości. Niesamowicie rozwijają. Są najlepszą szkołą jaka może być. Nie od dziś wiadomo, że podróże kształcą, a góry potrafią to zrobić w przyśpieszonym tempie. Żadna szkoła czy kurs nie zastąpi tak zdobytego doświadczenia.

Na szczycie Kazbeka nie ma nic – tylko śnieg i lód. Jedynie gps i widok, że nie ma wokół nic wyższego jest gwarantem, że jesteśmy na Kazbeku. To tutaj początek bierze najbardziej znany w tym rejonie lodowiec Gergeti i parę innych. Bardzo efektownie prezentowało się lodowe plateau poniżej, przykryte grubą warstwą śniegu.

Wypiłem resztę letniej już herbaty, z trudem zjadłem zamarzniętego na kość batona – można przez takiego stracić zęby – i czas było ruszyć w dół moją autorską drogą. Zejście to często trudniejsza połowa zdobywania góry. Jest zazwyczaj szybsze, ale też zazwyczaj trudniejsze. W dół trudniej pokonuje się bardziej techniczne fragmenty, dochodzi zmęczenie i pewne rozluźnienie, które następuje po zdobyciu szczytu. A tu trzeba być jeszcze bardziej skoncentrowanym.

W górach należy pić dużo płynów. Brzmi pięknie, ale kto je będzie za mnie nosił. Bo mi się nie uśmiecha. Ale skoro wokół było pełno śniegu i lodu to wody mi nie brakowało. Nie ma to jak polizać sopelka. Lub pojeść sobie śniegu. Bez smaku, ale za to tylko zero kalorii. Choć w taki dzień potrzebne jest mnóstwo kalorii, gdyż organizm pracuje na najwyższych obrotach. Będąc  bardziej poważnym, to taki śnieg i lód, to nic innego jak woda destylowana, która wysysa z nas wartościowe pierwiastki, co jest niekorzystne dla organizmu.

Czas było się skupić na pokonaniu lodowego bardzo stromego pola ze śnieżnymi niespodziankami. Gdyby tak mieć narty w tym momencie. A tu trzeba było zaiwaniać na nogach. Ostrożnie, powoli. Trochę emocji było, ale generalnie bez problemu. Widoki przecudne. Potem mój ukochany kopny śnieg… a niech go szlag trafi. Utkwił mi w nim rak, który był tak oblodzony, że nie udało się go potem ani idealnie oczyścić ani idealnie założyć, więc co jakiś czas spadał. Ale na tym odcinku trasy nie robiło to wielkiej różnicy.

Czym było później tym chmury schodziły niżej, ale nadal widoki były świetne. A na lodowym plateau zauważyłem sześć osób. Szli od strony rosyjskiej (z tego co mówili Gruzini, to oni już teraz potrzebują wizy do Rosji, a Rosjanie wiz do Gruzji ciągle nie potrzebują). W zasadzie to ja również w tamtej chwili znajdowałem się na terenie Rosji. Było tam tyle śniegu, że uznali, iż nie ma potrzeby wiązać się liną. Gdy przechodziłem na wysokości 4500m n.p.m. pomachałem im, oni mnie i kontynuowaliśmy wędrówkę. Ja w dół. Oni mniej więcej do miejsca gdzie ja byłem.

Założenie bazy na 4500m n.p.m. i atak szczytowy to bardzo fajne rozwiązanie, bo po ataku szczytowym mogli tego samego dnia jeśli nawet nie zejść jeszcze w dolinę, to zejść poniżej lodowców. Moi przyjaciele mam nadzieję, że doceniliście jaką fajną zrobiłem wam drogę na szczyt:).

Tam gdzie było mniej śniegu, wiatr zdążył zatrzeć zupełnie moje ślady z rana. Dotarłem do szczelinowego lasu. Koncentracja i do przodu. To po moście lodowym, to przeskok nad szczeliną. Z dwa razy niewiele brakowało, by skok okazał się za krótki. Szczelina do której wpadłem świeciła czarną dziura pośród białego śniegu. Jej też się przejść nie dało, trzeba było przeskoczyć. I kolejne szczeliny. Do jednej wpadłem po kolana i gdy schodziłem już z plateau jeszcze do jednej prawie wleciałem. Starczy już na dzisiaj może. Nad głową były znowu same chmury, zrobiło się szaro, niektóre z nich zaczęły przechodzić przez dolinę w której się znajdowałem. Nie przeszkadzało to w niczym. Przeszkadzał jedynie labirynt skalno-lodowy. Bo trzeba było uważać i nie dało się iść szybko. Zresztą wlekłem się niesłychanie, tu zdjęcie, tam pooglądać widoki, tu jakiś ładny kawałek skał wulkanicznych, a tam jeszcze piękna szczelina lodowcowa. Huk spadających kamieni, a na jednym małym bocznym lodowcu nawet świeża lawina śnieżna. Nie mniej, śnieg w tak ładny dzień jak ten, poniżej wysokości 4000m szybko topniał. Przez te moje zdjęcia i kręcenie filmików dwa razy nieźle wyrżnąłem. Trzeba było patrzeć pod nogi.

I oto jest. Schronisko. Najwyższy czas. Bo na zegarku 18:45. Zapadał zmrok. Schodzenie zajęło mi 5 godzin. Ale kopny śnieg i robienie zdjęć zrobiło swoje. Poza tym gdzie się miałem spieszyć. I tak wiedziałem, że tego dnia już nigdzie dalej nie ruszę.

Idę się zameldować do Georgija. A tam już imprezka. Ucieszył się, że jestem cały i zdrowy, a do tego stanąłem na szczycie. I po co brałeś radiotelefon, skoro go nie użyłeś? Żeby było trudniej, tzn. ciężej w plecaku. Pokazuję zdjęcia, szczelinę, warunki na trasie. Oj Grisza, Grisza. Powiem ci coś, jesteś kompletnym górskim durakiem. Dzięki Georgij, to na zdrowie, za górskich duraków. Czyli za mnie też, bo ja również tak chodzę – roześmiał się Georgij. Po czym dodał – wiele lat temu takich wariatów jak ty było więcej, głównie Rosjan. Ale nie pamiętam kiedy ostatni raz spotkałem takiego samotnego górskiego zakapiora jak ty. Może już starczy tych słodkich komplementów na dzisiaj Georgij. To było bardzo trudne i niebezpieczne w tych warunkach co zrobiłeś. Ale gratuluję. Samotne wejście w takim stylu, w takich warunkach, to jest klasa. Dobra, dobra. No to dawaj Georgij, jeszcze raz za górskich duraków. Uścisnęliśmy się po przyjacielsku i do dna. Porządny gruziński bimber. A oprócz nas kto? Polska ekipa. Sześciu chłopa większość, jak nie wszyscy, z południa Polski, niemalże z sąsiedztwa. Oni mnie od duraków nie wyzywali – he he – ale też przyznali, że to było niebezpieczne co zrobiłem i graniczyło z szaleństwem. A czego wyjście się spodziewali po szalonym duraku? A potem rozmowy, jedzenie, bimber, opowieści. Zresztą ta bardziej doświadczona trójka treningowo i aklimatyzacyjnie wybrała się na jeden z okolicznych czterotysięczników i wróciła grubo po zmierzchu. I kto tu jest szalony:)?

 

Mimo że moje wejście było ciężkie i długie, to czułem się świetnie, nie czułem zmęczenia, choć pewnie zmęczony byłem. Od razu przyłączyłem się do biesiadowania, a siedzieliśmy do późna w nocy. Aż się bimber skończył. Polska ekipa planowała start na Kazbek nie dnia następnego, tylko pojutrze. Z tymże ta mniej doświadczona trójka uczyniła bardzo mądrze i postanowiła wynająć przewodnika. Cena to 300 dolarów, ale na 3 osoby da się przełknąć, no i jest dużo pewniej i bezpieczniej. Nie należy bowiem brać przykładu z duraka Gregora. Jako, że nikt nie przybył do schroniska tego dnia, to gdybym chciał iść z kimś na szczyt, musiałbym czekać kolejne dwa dni. A tak udało mi się zdobyć Kazbek w  fajnym stylu z przygodami.

Chłopaki się stopniowo wykruszali. Cóż, bimber miał pewnie dobrze ponad 40 procent alkoholu. Posiedziałem jeszcze trochę z Georgijem. Czułem się tak dobrze, że mógłbym znowu ruszyć do góry. Na dobrą sprawę budzik całkiem niedługo znów miał dzwonić o 1:30. Ale tej nocy nie było takiej potrzeby.

Pozdrawiam

Gregor

 

Film, na którym między innymi Kazbek, znajduje się: TUTAJ. Inne filmy: KAZBEK 1KAZBEK 2.

Praktycznie ten sam tekst, w formie artykułu, znajduje się w dziale reportaże: TUTAJ.

Felieton o innym kaukaskim wulkanie - Elbrusie - znajduje się: TUTAJ.

(stary blog z wyprawy, październik 2012)

Na zdjęciach: 01-03)szczelina lodowcowa do której wpadłem – rano, wieczorem i widok wgłąb, ok. 4300m, warto zwrócić uwagę jak była zakamuflowana; 04) moja autorska ścieżka, ok. 4600-4700m, 05-06) ostatni stromy fragment przed szczytem, 07-010) szczyt Kazbeka 5033m, pomiar GPS nie potwierdził wysokości 5047m, jaka często widnieje – obok 5033m – w różnych źródłach, wysokość oscylowała między 5031 a 5035m.

Opublikowano w Blog
piątek, 18 lipiec 2014 08:08

Kazbek – pogoda bez zmian (Gruzja)

Nie cierpię nic nie robić. A czekanie w górach na poprawę pogody to jest to co czasami mnie dopada. Tylko co w takim prymitywnym schronisku można robić? Absolutnie nic. W pokoju termometr wskazywał 4 stopnie Celsjusza. Za wiele gotować nie mogłem, bo nie miałem za dużo gazu. Jedzenia zresztą też. Z muzyką było podobniebo baterie należało oszczędzać. W czołówce były 3 paluszki AAA, jeszcze w dobrym stanie, ale zapas musi być, a w zapasie miałem dwie plus jedną prawie nową w playerze mp3. By siedzieć za zimno, leżeć w śpiworze koszmarnie nudno. Więc co chwilę się snułem po okolicy schroniska mimo paskudnej pogody. Poprawiłem system uzyskiwania wody. Na który składa się płat firnowy śniegu. Nie jest wstanie całkowicie stopnieć przez lato. Z niego przez zardzewiałą rurę płynie strużka wody. Aczkolwiek w praktyce tylko kapała. Napełnianie butelki przez pól godziny było uciążliwe, zatem sprawiłem, że woda znowu zaczęła płynąć. Zwiedziłem także cale schronisko, w tym pokój, gdzie zostały śpiwory i rzeczy po wspinaczach, którzy nie wrócili z Kazbeka. Zginęli. Tak się dzieje praktycznie co roku. Kazbek jest dużo mniej popularny niż nieodległy Elbrus, ale jest też od niego trudniejszy za sprawą znacznie większej liczby szczelin, czasami szerokich, które należy pokonać oraz końcówka jest stromsza od najstromszego odcinka na Elbrusie.

Wieczorem zawitałem do Georgija, by zapłacić za drugą noc i przy okazji trochę się ogrzać przy piecu. W schronisku byliśmy tylko my dwaj. Ale Georgij powiedział, że ja u niego płacił nie będę. Super, ale dlaczego? Widać, że jesteś prawdziwym człowiekiem gór. Takich dzisiaj już prawie nie ma. Prawie wszyscy wymarli. Więc jak ja mogę od ciebie brać pieniądze. Do tego widać, że porządny z ciebie człowiek. Dziengi eta nie wsie. Wino czy wódka? Wódka. Wina nie trawię. A i z wódką czy piwem marnie sobie radzę, nie lubię bowiem alkoholu. Nie smakuje mi, żaden. Taki ze mnie dziwny Polak. Ale wiadomo, czasami trzeba. A nieraz nawet dużo. Więc raz na jakiś czas daję radę. Georgij przyniósł dwulitrową butelkę po fancie, domowo robionej wódki na bazie jabłek. Do tego wędlina, ser, chleb, chałwa, herbata. No to biesiadujemy. Mój rosyjski jest marny, ale jakoś sobie radzę.

Georgij był na Kazbeku jakieś 150 razy, w zimie lubi skitoury. Poza schroniskiem pracuje w różnych częściach Gruzji, m.in. jako nurek. Lubi realizować projekty. Czyli na przykład skupić się na pracy przez miesiąc lub dwa, zarobić i potem miesiąc lub dwa nic nie robić – otdichac – jak na wschodzie mówią. Ma żonę, dzieci, ale nie wyobraża sobie pracy od 8 do 16 w biurze. Zabiłoby go to. Gdy rozmawialiśmy o relacjach gruzińsko-rosyjskich to mówił. Że na linii zwykłych ludzi nie ma problemu, jest normalnie. A reszta to polityka. A polityka go mało obchodzi. Zresztą w tym rejonie wszystkie spory wyjaśnia się stwierdzeniem: „to polityka” i dodaje: na poziomie zwykłych ludzi jest w porządku.

Opowiadał też, że jak przychodzą tutaj Polacy (dużo nas co roku na Kazbeku), czy ludzie ze wschodniej Europy, to i zajrzą, pogadają, napiją się herbaty, piwa czy wódki. Ale gdy przychodzą turyści z zachodu, z bogatej Europy czy z Izraela. Wtedy jedyny kontakt to kwestia zapłacenia za pobyt, potem zamykają się w swoich pokojach i nie chcą mieć z otoczeniem kontaktu. W ich mniemaniu, skoro mają pieniądze, mogą wszystko i wszystko za pomocą pieniądza załatwią. Są najważniejsi. Nie rozumieją, iż są miejsca, gdzie ich pieniądze nic nie znaczą i są ludzie, którzy ich pieniądze mają gdzieś. Nie mają do tego obycia z górami, najczęściej. Pełno sprzętu, a po górach chodzić nie potrafią. Są nieporadni i oczekują, że wszystko będzie idealnie. Pogoda, wygodna ścieżka. A gdy pojawiają się trudności, problemy, to panikują i odpuszczają. Są bardzo słabi psychicznie. To nie są ludzie gór, tylko zwykli turyści, którzy niepotrzebnie w tych górach się znaleźli.

To prawda. Mam podobne obserwacje. Są od nich pozytywne wyjątki, ale taka tendencja jest mocno widoczna. Na pewno w takiej Gruzji problem asymilacji westmenów z otoczeniem wynika też z kompletnego braku znajomości języka rosyjskiego, który cały czas w Gruzji jest znany. Coraz słabiej, u młodych często wcale – gruziński to jak język kosmitów – ale jednak ciągle w Gruzji obecny. A zachodni cudzoziemcy nie znają rosyjskiego zazwyczaj w ogóle. A więc z takim Georgijem nie porozmawiają. Przykład z Kazbegi. Z rozbawieniem się przyglądam jak para z Niemiec próbuje po angielsku dogadać się z taksówkarzem, że chcą go wynająć na następny poranek, by zawiózł ich do kościoła Cminda Sameba, ale chcą zapłacić teraz połowę a drugą jutro. A taksówkarz, rozumie tylko jak mówią Cminda Sameba. Mijają minuty, ale nie potrafią się dogadać. Podszedłem, kilka wyrazów po rosyjsku i sprawa załatwiona. A Niemcy dozgonnie wdzięczni i narzekający, że nie mogą się tu kompletnie dogadać w najprostszej sprawie. Ludzie znają rosyjski, ale nie angielski. Georgij opowiadał też, że celowo nie ma nic na szczycie Kazbeka – nic informującego, że to szczyt i na lodowcu powyżej 4200m npm żadnych wbitych tyczek orientacyjnych czy ostrzegających przed szczelinami, a pod szczytem na stromym odcinku żadnych lin poręczowych. Dzięki temu wejście jest trudniejsze, bardziej ambitne. Lub trzeba dysponować własnym sprzętem. Takie udogodnienia jak wspomniane są coraz częstsze na popularnych górach i drogach, montowane z myślą o turystach wyjazdów komercyjnych i westmenach, wśród których jest wielu niedoświadczonych i słabo przygotowanych osób. Do tego część z nich po prostu nie nadaje się na takie wyjazdy, ale szpan przed kolegami i koleżankami w pracy, przed znajomymi, jest ważniejszy.

Po wypiciu większości butelki i miłych rozmowach, czas było się zbierać. Co prawda Georgij sprawdził pogodę w laptopie i na Kazbeku kolejnego dnia miała być paskudna, ale prognozy nie zawsze się sprawdzają. Stąd przygotowałem sprzęt, herbatę, budzik na 1:30 i dopiero w nocy miałem ocenić czy ruszam na szczyt, czy nie ma żadnych szans na powodzenie. Georgij na wszelki wypadek dał mi krótkofalówkę do kontaktu z nim.

Może wyjaśnię w tym miejscu, że zdobywanie trudnych szczytów solo i gdy nie ma innych osób w danym rejonie to nie do końca u mnie zamierzone działanie. Ono wynika z zastanej na górze rzeczywistości. Jak na Kazbeku. Jestem sam i nie mam wyjścia jak sam powalczyć o szczyt. A Kazbek jest górą, którą można zdobyć samemu, nie jest potrzebny partner do wspinaczki, choć bardzo przydatny. Pod jednym warunkiem, że byłby sensowny. Bo niewłaściwy partner do chodzenia po górach, to dużo większe zagrożenie niż chodzenie samemu po górach. Taka osoba musi mieć odpowiednie przygotowanie fizyczne, odpowiednią psychikę i doświadczenie. Gdy się da, współpracuję z innymi osobami przy zdobywaniu gór, ale przywykłem już, że często zdobywam szczyty solo. I do tego poza mną nikt danego dnia nie zdobywa góry. Niejednokrotnie sprawia mi to wielką satysfakcję. Stąd podjęcie próby zdobycia Kazbeka solo było dla mnie absolutnie czymś zwyczajnym.

Budzik zadzwonił punktualnie. Środek nocy. Wychodzę przed schronisko. Lodowaty bardzo silny wiatr, sypiący śnieg, pełno chmur nad głową, solidny mróz. Pozostaje iść tylko dalej spać.

Nastał poranek i zapowiadał się strasznie długi i nudny dzień. Pogoda niezmiennie była zła. Bardzo silny wiatr, dużo chmur, przelotne opady śniegu i tylko chwilami przebijało się słońce. Kibicowałem innym górskim zapaleńcom, bo Georgij wspominał, że jutro zamyka na zimę schronisko, a pojutrze schodzi na dół. Chyba, że przyjdą ludzie. Więc ludzie chodźcie. Cały dzień to leżałem w śpiworze, sprawdzałem pogodę na zewnątrz, czasami odwiedzałem Georgija. Temperatura w schronisku w najcieplejszym momencie dnia osiągnęła 6 stopni Celsjusza. Znalazłem w schronisku polski tygodnik opiniotwórczy, którego czytanie pozwoliło przetrwać ten dzień. W trakcie jego trwania przez lornetkę zauważyliśmy dwie grupy zmierzające do schroniska: jedna 3-osobowa, druga 6-osobowa. Ta pierwsza ledwo żywa dotarła tuż przed zmrokiem, ta druga bardzo wolno poruszała się po lodowcu. Dwóch Izraelczyków i Niemiec oznajmili, że rano zwijają się na dół. A szóstka szła i szła. Wybrali dziwną trajektorię wędrówki, w tym między szczelinami. Na szczęście byli związani liną. Do schroniska nie dotarli, rozbili się zaraz za lodowcem. Tak byli zmęczeni jak później opowiadali. Pewnie nie wszyscy, ale działali prawidłowo, bo poruszali się tempem najwolniejszego oraz nie zignorowali najbardziej zmęczonych. Byli to Polacy jak się później okazało. Trójka bardziej doświadczonych i trójka mniej doświadczonych. Połączyli wspólnie siły zdaje się, że jeszcze w Polsce. Rozbili się ok. 40 minut od schroniska, było po 20:00, a zmrok zapadł przed 19:00. Lodowiec jednak cały czas był dobrze widoczny.

Jeśli wiatr z okolic schroniska wywiał w dół większość napadanego w ostatnie dwa dni śniegu, to patrząc na kierunek wiatru i drugą część drogi na Kazbek, wszystko wskazywało, że cały świeży śnieg z górnych partii góry znalazł się właśnie na trasie wejścia. A to oznaczało, że nie tylko nie będzie śladu po ścieżce, ale że będzie to mordercza wędrówka w głębokim śniegu. Z wyznaczaniem od nowa drogi na szczyt. Dwa dni wcześniej Kazbek był letnią górą, zero świeżego śniegu w okolicy, a teraz zapowiadało się zimowe wejście. Tym samym mocno się mobilizowałem wiedząc, że muszę bardzo sprawnie wyruszyć, iść możliwie szybko, bo w drugiej partii góry ugrzęznę w śniegu na wiele godzin. Pamiętając choćby jak na Elbrusie wiele lat temu podczas burzy śnieżnej brnąłem samotnie momentami po pas w śniegu wiedziałem, że mimo najlepszej formy szybkość będzie bardzo niewielka, bo nie ma w takich warunkach inne opcji. Chyba żebym miał rakiety śnieżne z dobrymi kolcami albo chociaż skitoury, ale nie miałem.

Wieczorem znowu przygotowałem wszystko na atak szczytowy, ale Georgij mnie uspokajał. Wrócisz Grisza do śpiwora jak poprzedniej nocy. Będzie padał śnieg. Dopiero popołudniu poprawi się pogoda i dopiero następny dzień będzie dobry na atak szczytowy. Być może, ale trzeba trzymać rękę na pulsie. Nie potrzebuję idealnej pogody, tylko przyzwoitą. A w górach nie można stracić żadnej szansy na zdobycie szczytu, bo to często kończy się tym, że długie załamanie pogody zmusza do rezygnacji z góry. Każdy dzień czekania wpływa też negatywnie nie tylko na zapas jedzenia i gazu, ale również na motywację. A to znacznie obniża szanse na zdobycie później szczytu.

Pozdrawiam

Gregor

Na zdjęciach:  01) jeżeli komuś zdjęcie toalety ilustrujące niniejszy wpis nie wystarczyło, proszę bardzo, jeszcze jedno, 02) główny korytarz w schronisku Bethlemi, ok. 3670m, 03) Bethlemi - pokój w którym spałem, 04) „źródełko” zamarzło, pozostało topienie śniegu, 05) w jadalni – Polaków co roku na Kazbeku nie brakuje, 06) pokój, w którym pozostały śpiwory po zmarłych w masywie Kazbeka, swoiste miejsce pamięci, kapliczka, 07) „źródełko” przed zamarznięciem, powyżej schroniska, 08) Georgij – gospodarz Bethlemi podczas mojego pobytu, 09) wulkaniczne skały powyżej schroniska, przed lodowym plateau.

Opublikowano w Blog
sobota, 12 lipiec 2014 09:31

Kazbek – atak zimy (Gruzja)

4:30 pobudka. O 5:00 ruszam w drogę. Pogoda wydaje się przyzwoita, tylko trochę chmur nad głowami, księżyc, gwiazdy, bardzo słaby wiatr. Jedynie jedna rzecz mnie bardzo niepokoi. Temperatura. Minimalny mróz, a więc bardzo ciepło, zamiast okolic minus dziesięciu stopni. Taka temperatura oznacza zmianę pogody, czyli śnieg. A więc prognoza z laptopa Georgija pewnie się sprawdzi. Czołówka na głowę, kijki w ręce i w drogę. Na początkowym odcinku ścieżka jest wąska ale widoczna, uzupełniana kopczykami z kamieni. Nawet w nocy przy latarce nie ma większych problemów. Prowadzi po mało przyjemnym wulkanicznym rumowisku skalnym. Do tego prowadzi góra – dół, w lewo – w prawo. Po pewnym czasie trzeba przejść niewielkie lodowcowe fragmenty, a po prawej stronie wznoszą się bardzo sypkie i zerodowane skały, z których spadają kamienie. Przy odrobinie pecha można zostać uderzonym spadającym z nich głazem. Czym dolina robi się węższa tym problem narasta, a kamieni i małych lawin skalnych spada dużo i osiągają znaczne prędkości, stanowiąc śmiertelne zagrożenie. Z tego powodu ścieżka nie prowadzi optymalną trasą u podnóża skał, tylko kluczy między lodowymi pagórkami i szczelinami, minimalizując ryzyko spadających kamieni. Po lodowcach spływały rzeki wody, charakterystyczne nie dla ciągle mroźnej jeszcze nocy, tylko dla upalnego letniego dnia. Gdy wkroczyłem na lodowiec Gergeti pojawiły się problemy orientacyjne. Ścieżka praktycznie niewidoczna, kopczyków skalnych mniej, a fragmentami kopczyki mają kilka wariantów przejścia, więc robi się zamieszanie. A ta brzeżna partia Gergeti jest bardzo uciążliwa. Nadal wznosiłem się bardzo powoli, cały czas to w górę to w dół, po kilka kroków ale jednak, pomiędzy pięknymi i efektownymi szczelinami oraz pagórkami lodowymi. Cały ten fragment lodowca jest pokryty grubą warstwą drobniejszych i grubszych kamieni wulkanicznych. Jest sypko. A ścieżka kluczy jak labirynt pomiędzy tym wszystkim. Przy zachowaniu ostrożności jest bezpiecznie, ale można też na tym odcinku zrobić sobie krzywdę. I tak mozolnie jest do około 4150-4200m npm, kiedy to wszedłem już na właściwą część lodowca i teren, który jest lodowym plateau. Odcinek od schroniska do tego miejsca jest bardzo długi, mało przyjemny i nie pozwala na bardzo szybką wędrówkę, w żadną ze stron. Wysokość nabiera się koszmarnie wolno. Nie lubię takich odcinków. To tylko marnowanie czasu i energii.

Dlatego niektórzy przed atakiem szczytowym rozbijają namioty na jedną noc na plateau, na wysokościach 4200-4500m npm lub przed nim w okolicach 4000m. Jest to dobre rozwiązanie zwłaszcza dla tych u których forma fizyczna szwankuje. Nominalnie od schroniska na szczyt jest 1350m deniwelacji względnej. A faktycznie myślę, że nawet około 100 metrów więcej. Gdy zliczymy te wszystkie drobne podejścia i zejścia na trasie, to się uzbiera. Do tego ten odcinek jest wyjątkowo długi. A wysokości powyżej 4000m już mają wpływ na prędkość poruszania się (coraz mniej tlenu w powietrzu).

Chmur przybywało, czuć było, że zaraz sypnie śniegiem. Nie miałem złudzeń, że dzisiaj nie stanę na szczycie, ale w zamian chciałem rozeznać jak najwięcej trasy na szczyt. Lodowiec od 4200m prezentował się bardzo optymistycznie. Brak świeżego śniegu, stan iście letni. Szary lód, wszystkie szczeliny lodowcowe odkryte albo zapchane starymi opadami bielutkiego śniegu. Dzięki temu każda szczelina lodowcowa była widoczna i mogłem się sam sprawnie poruszać bez żadnej asekuracji. Mimo że lodowiec na tym odcinku jest dosyć płaski to bardzo uszczeliniony. W wielu miejscach na świecie w takich miejscach nie ma szczelin albo są bardzo wąskie, a tutaj mające nawet po dobre kilka metrów szerokości i wielokrotnie więcej głębokości. Do tego długie. Najgłębsze szczeliny na Gergeti jak opowiadał Georgij mają po 80 metrów głębokości. Na ponad 4300m pojawił się na lodowcu zmrożony śnieg i dobrze widoczna wąska ścieżka prowadząca w kierunku szczytu. Szczelin mniej, węższe, mosty śnieżno-lodowe nad nimi dosyć stabilne. Tylko do jednej wpadłem po kolana, ale szybko się wydostałem, most mnie utrzymał. Poza ścieżką śnieg do kostek lub łydek utrudniał wędrówkę, ale po samej „utwardzonej” ścieżce szło się świetnie. Niestety niedługo. Chmury zaatakowały z pełną mocną, pojawił się wiatr i śnieżyca. W kilka minut widoczność spadła do zera, śnieg ostro zacinał. A że wkoło biało i żadnych punktów orientacyjnych, to łatwo się tu zgubić. GPS wskazywał 4500m npm, doszedłem jeszcze do 4572m i musiałem zawrócić. W takich warunkach nie dało się nic zrobić. Czułem się dobrze, ale rządziła pogoda. Było za mną 5 godzin dosyć powolnej wędrówki i jakieś 2 godziny do szczytu lub niewiele więcej. Standardowy czas wejścia na szczyt w normalnych warunkach ze schroniska to 8-10 godzin. Nie było mi dane nawet zobaczyć szczytu, bo wierzchołek Kazbeka już dużo wcześniej był w chmurach, a teraz chmury ruszyły w dół. Szybko śnieżyca przeistoczyła się w burzę śnieżną z porywistym wiatrem, grzmotami, piorunami, a ja bądź co bądź miałem przy sobie trochę żelastwa: raki, czekan. W chwilę było biało, ścieżka znikła. Widoczność trochę poprawiła się na 4200m, a potem poniżej 4000m. Śnieg jednak zacinał do samego schroniska. Zejście niezbyt śpieszne zajęło mi ponad 3 godziny.

Bardzo fajna wycieczka. Uwielbiam to uczucie: tylko ja i góry. I nikogo poza mną. Do tego groza lodowców, osypujących się skał i załamania pogody. Mimo wysiłku dla organizmu, czuję się wtedy jak w innym świecie, na innej planecie. I ta świadomość, popełnisz błąd to zginiesz. Nikt cię tu nie uratuje, bo niby kto. To świetny test dla organizmu: fizyczny i psychiczny i świetna szkoła jak radzić sobie w niebezpiecznych sytuacjach.

Priwet Grisza. Mówiłem, że tak będzie, przywitał mnie Georgij. Niestety, choć gdybym wyszedł o 2 w nocy, to doszedłbym dzisiaj na szczyt, może byłyby już tam chmury, ale dopiero podczas zejścia pojawiłaby się śnieżyca. A jakie prognozy na następny dzień? Plachoj, śnieg i na kolejne 9 dni również. Żarty się ciebie trzymają Georgij. Ja nie żartuję, seriezna. Czyli z Kazbeku w 2 dni nici, ale Kazbek w 12 dni. Tak źle przecież nie może być. Wraz z załamaniem pogody pojawił się problem z moim zapasem jedzenia – wraz z podejściem z Kazbegi i zejściem z powrotem na 4 dni.

W usyfionej jadalni znalazłem jakieś resztki jedzenia pozostawione przez innych, jeszcze jeden dzień bym na nich dał radę. Trzeba czekać. Tylko Georgij zmartwił mnie, że jesteśmy tylko we dwoje i w taką pogodę nikt tu nie przyjdzie, a więc jutro lub pojutrze postanowił wszystko zamknąć i schodzić na dół. Pozostanie wtedy namiot pomyślałem i nadzieja, że Georgij odsprzeda mi trochę jedzenia i znajdzie jeszcze jakiś kartusz z gazem. Wtedy będę mógł czekać na poprawę pogody do skutku. Co nie oznacza, że miałem na to ochotę.

Kazbek, w Gruzji zwany Mkinwarcweri (5033,8m, inne dane 5047m), to najbardziej wysunięty na wschód 5-tysięcznik Kaukazu Wielkiego. Oczywiście nikt nie używa gruzińskiej nazwy. Tak samo jak gruzińskiej nazwy Kazbegi, czyli Stepantsminda. Rosyjskie nazwy obowiązują. I nic się nie zmieni w tym temacie, chyba że za sto lat. To w ogóle tendencja całej tej części Azji, która była kiedyś w ZSRR. Rosyjskie nazwy zamienia się na swoje, zazwyczaj bardzo trudne, niemal niewymawialne dla cudzoziemca. Dlatego się nie przyjmą. Podobnie jest z wypieraniem języka rosyjskiego, swoimi językami, bardzo trudnymi, nieraz z bardzo trudnym innym alfabetem. Jak choćby alfabet gruziński przypominający makaron. Nie rozumiem dlaczego to co dobre próbuje się zniszczyć. Owszem, pewne rzeczy się skończyły, ale po co niszczyć to co się przyjęło i dobrze się sprawdza? Ale taka ludzka natura. Kazbek położony jest na granicy gruzińsko-rosyjskiej, 3/4 masywu jest po stronie gruzińskiej. Część drogi klasycznej na szczyt prowadzi przez teren Rosji. Będąc precyzyjnym po stronie rosyjskiej mamy autonomiczną republikę Północnej Osetii-Alanii. Niedaleko też jest Inguszetia i Czeczenia wschodzące w skład Rosji. Kazbek wbrew temu co niektórzy piszą nie jest najwyższą górą Gruzji. Jest nią Szchara, która wg różnych danych ma 5068m wysokości albo 5193m albo 5201m. Kazbek to wulkan, może w sensie geologicznym i drzemiący (jak Elbrus, Ararat czy Demawend), ale należy traktować go jako wygasły. Geologowie i wulkanolodzy często przyjmują różne definicje aktywności wulkanów, ale wielu przyjmuje np. takie, że jeśli wulkan wybuchł w ostatnich 10 000 latach, to jest aktywny (szacuje się, że Kazbek wybuchł ostatni raz  ok. 3000 lat temu albo ok. 6000 lat temu). Czy, że jeśli wulkan był aktywny w ostatnim milionie lat to jest drzemiący. Także powierzchnia lodowców w masywie Kazbeka szacowana na 135km2 jest zawyżona. Choćby lodowiec Gergeti w ostatnich 20 latach cofnął się o 400 metrów.

Pozdrawiam

Gregor

(stary blog z wyprawy, październik 2012)

Na zdjęciach: 01) lodowiec Gergeti ok. 4100m, 02)lodowiec Gergeti ok. 4200m - początek lodowego plateau, wszystkie szczeliny jeszcze świetnie widoczne, 03) niewielki serak ok. 4200-4300m, 04) widoczność (a raczej jej brak) podczas burzy śnieżnej na ponad 4500m, 05) widoczność podczas burzy śnieżnej na ponad 4300m, 06) schronisko Bethlemi i atak zimy, ok. 3670m, położenie schroniska oficjalnie: 3653m.

Opublikowano w Blog
Strona 1 z 3

nationalgeographic box

red bull 225x150

TOKFM box

iexpert 225X150px

stopka plecak

LogoStopka

stopka plecak

Strona używa informacji zapisanych za pomocą… plików cookies w celu dostosowania do indywidualnych potrzeb użytkowników. Jeżeli tego nie akceptujesz zmień ustawienia przeglądarki dotyczą…ce cookies. Więcej informacji można znaleźć‡ w naszej Polityce prywatności.