a2b2

pzu bezpieczny 225x140

slaskie box

spokey.jpg 225PX

LOGO

Podziel się

FacebookMySpaceTwitterGoogle BookmarksLinkedinRSS Feed
Jeśli z żadnym, to być może mam propozycję? Której już nie trzeba przywozić z Armenii, tylko można wypić tam na miejscu. Bo dzięki otwarciu nowego rozdziału jeśli chodzi o dystrybucję, będzie ów produkt szeroko dostępny w Polsce.

Mam na myśli specjał armeński: Ararat Brandy. Jej korzenie sięgają 1887 roku. Wytwarzana jest z białych winogron i ormiańskiej wody źródlanej według tradycyjnej receptury i takiegoż procesu produkcji. Jako że Armenia jest bardzo nasłonecznionym krajem, słońce tutaj świeci 300 dni w roku, możemy się spodziewać wybornego napoju, z którym ten niewielki kraj właśnie rusza w świat. Asortyment  tego ekskluzywnego trunku obejmuje wyroby od 3-letnich do 20-letnich.

Chociaż dotąd znany głównie w krajach byłego Związku Radzieckiego, już w przeszłości zachwycał Winstona Churchilla na konferencji jałtańskiej czy Francuzów w 1900 roku w Paryżu, którzy zachwyceni smakiem, pozwolili używać wobec ormiańskich produktów nazwy "cognac".

Więcej informacji znajduje się: TUTAJ.

Przy okazji warto przybliżyć sobie kraj jakim jest Armenia. Kiedyś mocarstwo, dzisiaj niewielkie państwo w Azji Zachodniej, ale ciągle fascynujące. To tutaj znajdowano proste narzędzia z przed ponad 300 tysięcy lat czy fragmenty odzieży albo powozów z przed około 10 tysięcy lat.

Piękne góry Kaukazu Małego i Wyżyna Armeńska. Potężne wysokogórskie jezioro Sewan i wulkan Aragac 4090m. Choć Ararat jest poza granicami współczesnej Armenii, to ciągle króluje nad stołecznym Erywaniem.

Wspaniałe obiekty sakralne - kościoły, klasztory - nawet z IV wieku n.e., bo należy pamiętać, że ok. 301 r. n.e. Armenia jako pierwszy kraj chrześcijanizm uznała za oficjalną religię państwową.

A przede wszystkim gościnni ludzie, smaczne jedzenie i aromatycznej napoje.

Dzisiaj, gdy bez wiz możemy w łatwy sposób dostać się do Armenii, warto to zrobić.

Spotkanie poświęcone atrakcjom Armenii, jej kulturze, zabytkom, przyrodzie, jak również kulinarnym specjałom, odbyło się w klubokawiarni Południk Zero w Warszawie. W rozmowie z jego Ekscelencją Edgarem Ghazaryan`em oraz Panem Andrzejem Szumowskim (Wiceprezesem Wyborowa S.A. Pernod Ricard, Prezesem Stowarzyszenia Polska Wódka, człowiekiem odpowiedzialnym za powstanie Muzeum Polskiej Wódki), stwierdziliśmy, że tak jak de facto każdy pełnoletni Polak jest ambasadorem naszej najbardziej rozpoznawalnej marki na świecie, czyli wódki, tak Armenia chciałaby uzyskać podobny efekt ze swoją brandy. 

Opublikowano w Blog

Wyprawa 2012 – część azjatycka (była też część afrykańska (15-dniowa), może kiedyś znajdę czas, by i o niej coś napisać, zamieścić trochę zdjęć).

Pierwszy wpis tej relacji znajduje się: TUTAJ.

Czas trwania 46 dni

Liczba uczestników: 1

Odwiedzone kraje podczas wyprawy: Iran, Azerbejdżan, Turcja(dwa razy), Gruzja(trzy razy), Armenia, Ukraina, wody międzynarodowe Morza Czarnego, w minimalnym stopniu Rosja w rejonie Kazbeka.

Kilometry: 13 178km, w tym: autobusy i marszrutki (5152km, 46razy), samoloty (3800km, 2 razy, trzeci lot odwołany), pociągi-metro-tramwaje (2059km, 29razy), prom towarowy przez Morze Czarne (1030km, 1 raz), prywatne auta, taksówki (652km, 26razy), pieszo (485km(11 dni było tylko pieszych), razem 104 środki transportu w czasie 35 dni, podczas których z nich korzystałem.

Przebieg trasy: Londyn—Stansted(lotnisko)—Istambuł(lotnisko Sabiha Gokcen)—Van(lotnisko i miasto) i jezioro Van—Doğubayazıt—Wyżyna Armeńska i Ararat 5135m—granica turecko-irańska (Gurbulag-Bazargan)—Maku—Teheran—Reyneh—Demawend 5634m — Polur — Amol — Mahmoud Abad i Morze Kaspijskie—Teheran—Shahr-e Rey (dzielnica Teheranu)—Qom—Wielka Pustynia Słona z solniskami Namak i Hoz-e Soltan—Teheran—Tabriz—granica irańsko-turecka (Bazargan-Gurbulag)—Doğubayazıt—Wyżyna Armeńska—Kars—granica turecko-gruzińska (Posof/Turkgozu-Vale)—Mały Kaukaz—Tbilisi—Gruzińska Droga Wojenna—Wielki Kaukaz—Kazbegi(Stepantsminda)—Gergeti—Cminda Sameba—Kazbek 5033m—Cminda Sameba—Kazbegi—Gruzińska Droga Wojenna—Ananuri—Tbilisi—granica gruzińsko-azerska(przejście kolejowe koło Rustavi)—Baku—Morze Kaspijskie—wulkany błotne i petroglify w Qobustanie—Baku—granica azersko-gruzińska(przejście kolejowe koło Rustavi)—Tbilisi—granica gruzińsko-armeńska (Sadakhlo-Ptghavan)—Erywań—Wyżyna Armeńska—Mały Kaukaz—granica armeńsko-gruzińska (Ptghavan-Sadakhlo)—Tbilisi—Batumi—Poti—Prom towarowy Poti-Iljiczewsk (morskie przejścia graniczne w Poti(Gruzja) i Iljiczewsku(Ukraina))—Odessa—Kijów—Lwów—granica ukraińsko-polska (Szeginie-Medyka)—Przemyśl—Kraków—Katowice—Bytom

Zdobyte szczyty/ deniwelacja względna:

5634m – Demawend (wulkan potencjalnie aktywny - drzemiący, obecne fumarole), FILM: DEMAWEND.

Deniwelacja w górę: 3285m (2395-5634m) – wraz z niewielkimi dodatkowymi podejściami wynikającymi z przebiegu trasy (w tym spacer wokół i w kraterze), Z podejściem aklimatyzacyjnym i niewielkimi dodatkowymi podejściami na trasie 3505m. Największe jednodniowe podejście 1510m (obóz I 3025m – powyżej obozu II 4532m, większość trasy z dużym i ciężkim plecakiem), atak szczytowy 1410m (4250-5634m n.p.m. + dodatkowe podejścia wynikające z przebiegu trasy)

Deniwelacja w dół: 2940m- z dodatkowymi zejściami na trasie (zejście do 3025m, skąd samochodem), największe jednodniowe zejście 2635m (5634-3025m + niewielkie dodatkowe zejścia wynikające z przebiegu trasy).

5135m – Ararat (wulkan potencjalnie aktywny - drzemiący), FILM: ARARAT.

Deniwelacja w górę: 3015m (2170-5135m) – z niewielkimi dodatkowymi podejściami wynikającymi z przebiegu trasy. Największe jednodniowe podejście 1200m (masyw Araratu 2170m n.p.m. – obóz I 3345m n.p.m. + podejścia wynikające z przebiegu trasy, do tego z dużym i ciężkim plecakiem). Atak szczytowy 975m (4160m-5135m).

Deniwelacja w dół: 3185m- z dodatkowymi zejściami wynikającymi z przebiegu trasy (zejście do 2000m n.p.m.). Największe jednodniowe zejście: 3160m (5135-2000m + niewielkie zejścia wynikające z przebiegu trasy)- najwyższy wynik na wyprawie

5033m – Kazbek (wulkan potencjalnie aktywny - drzemiący), FILMY: KAZBEK 1KAZBEK 2.

Deniwelacja w górę: 3505m (1750-5033m) – z niewielkimi dodatkowymi podejściami wynikającymi z przebiegu trasy. Z podejściem aklimatyzacyjnym i niewielkimi podejściami wynikającymi przebiegu trasu: 4615m. Największe jednodniowe podejście 2040m (Kazbegi 1750m n.p.m. – schr. Bethlemi 3670m n.p.m. + podejścia wynikające z przebiegu trasy, do tego z dużym plecakiem). Atak szczytowy 1465m z dodatkowymi podejściami wynikającymi z przebiegu trasy (3670-5033m n.p.m.) – najwyższy wynik na wyprawie (niewiele mniej było na Demawendzie, gdzie jednak wyraźnie wyższe wartości bezwzględne).

Deniwelacja w dół: 4615m-  z dodatkowymi zejściami na trasie (dwa największe jednodniowe zejścia równe były dwóm największym jednodniowym podejściom: 2040 i 1465m).

Łącznie deniwelacja względna(pieszo) na powyższych wulkanach: w górę 11135m, w dół 10740m

Najistotniejsze miejsca geograficzne: Jezioro Van, Wyżyna Armeńska (trzykrotnie), Ararat, Góry Elburs z Demawendem, Morze Kaspijskie w Iranie i w Azerbejdżanie, Wielka Pustynia Słona z solniskami (Iran), Mały Kaukaz (Gruzja, Armenia, Azerbejdżan), Wielki Kaukaz z Kazbekiem, pustynne rejony Azerbejdżanu, wulkany błotne koło miejscowości Qobustan, Morze Czarne i rejs przez Morze Czarne (z Gruzji na Ukrainę).

Najistotniejsze miejsca i zabytki ze szczególnym uwzględnieniem dziedzictwa światowego: TURCJA: pałac Ishak Pasha (1784r. zakończenie budowy) koło Doğubayazıt; IRAN: Teheran m.in. z Pałacem Golestan, z Wielkim Bazarem i meczetem Imama Khomeiniego oraz innymi meczetami, wieżą Azadi,  Śródmieściem, dzielnicą Shahr-eRay(zamieszkałą już 6000 lat p.n.e.), gdzie sanktuarium Shah-Abdol-Azim i średniowieczna wieża Tughrul, Qom ze Starym Miastem, meczetami w tym pielgrzymkowym sanktuarium Fatimy al-Masumeh; GRUZJA: twierdza Ananuri, kościół/klasztor Cminda Sameba pod Kazbekiem(ok. 2200m n.p.m.), Stare Miasto w Tbilisi z twierdzą Narikala, nadmorska dzielnica w Batumi; AZERBEJDŻAN: Śródmieście i Stare Miasto w Baku z bulwarem nadmorskim i polami wydobycia ropy naftowej, minaretami, wieżami oraz murami obronnymi, z meczetem Bibi-Heybat, z efektownymi szklanymi wieżowcami jak Flame Towers, petroglify naskalne w Qobustanie (powstałe 5000-40000 lat temu) i rzymski kamień z inskrypcją z  I w n.e.; ARMENIA: Stare Miasto i Śródmieście Erywania, UKRAINA: Centrum Odessy i Kijowa, Stare Miasto we Lwowie.

Najistotniejsze odwiedzone i zwiedzone miasta na trasie: Van, Doğubayazıt(dwukrotnie), Teheran(trzykrotnie), Mahmoud Abad, Qom, Tbilisi(czterokrotnie), Kazbegi, Baku, Erywań, Batumi, Poti, Odessa, Kijów, Lwów,

Najniższe/najwyższe temperatury: do minus 15 stopni Celsjusza na Kazbeku / do +45 stopni Celsjusza w cieniu w Iranie (w słońcu nawet +70 stopni przy rozgrzanej ziemi)

Miejsca noclegu:

  • 33 – prywatne kwatery, schroniska, pensjonaty, hoteliki, hostele, campingi
  • 6 – samoloty, autobusy, pociągi
  • 3 – namiot
  • 3 – prom

Aktywności fizyczne na wyprawie:  wspinaczka wysokogórska, trekking, hikimg, pływanie w Morzu Kaspijskim, off road samochodami.

Przebieg wyprawy w skrócie: (12 wrzesień - 27 październik 2012):

1) Londyn - Stansted-Lotnisko, start lotu do Stambułu (lotnisko Sabiha-Gokcen, linia lotnicza Pegasus, ok. 3h).

2) Pobyt na lotnisku w Stambule i lot na lotnisko w Van (Pegasus, ok. 1h45min), Van, jezioro Van, przejazd górskimi drogami do Dogubeyazit, dotarcie do campingu Murat (ok. 1875m n.p.m., powyżej Dogubeyazit).

3) Dojazd pod Ararat, marsz z 2170m n.p.m. do 3345m n.p.m.- obóz I. (ok. 3h-3h30min marszu z przerwami i z dużym plecakiem), w nocy mróz -1°C, nocleg w namiocie.

4) Przejście z obozu I do obozu II na 4160m n.p.m. (2h30min marszu z przerwami i dużym plecakiem), w nocy -6,5°C, nocleg w namiocie.

5) Atak szczytowy na wulkan Ararat (5135m n.p.m., 16.09.2012), start o 1:30 w nocy, na szczyt z przerwami i niedużym plecakiem 5h, na szczycie ok. 30min, zejście do obozu II ok. 3h30min po lodowcu i śniegu oraz wulkanicznym rumowisku. Zejście z obozu II do I 1h30min, z obozu I do samochodu na 2000m n.p.m. długą i okrężną drogą z postojami ok. 5h (od obozu II z dużym plecakiem). Największy mróz to ok. -10ºC przed szczytem. Przejazd do campingu przez Dogubeyazit.

6) Pobyt i nocleg w Dogubeyazit ok. 1625m n.p.m., Wyżyna Armeńska.

7) Dogubeyazit, granica turecko-irańska (Gurbulag-Bazargan), dojazd do Maku, start autobusem do Teheranu.

8) Dojazd do Teheranu (ok. 1200m n.p.m., ok. 15mln mieszkańców). Dojazd przez góry Elburs do Reyneh (ok. 1975-2000m n.p.m.), dojazd pod Demawend na wysokość 2395m n.p.m. Pieszo z dużym plecakiem do obozu I na 3025m n.p.m. (Saheb(Sahib) al Zaman, spacerem, z długą przerwą na śniadanie niecałe 2h). Nocleg w baraku.

9) Przejście z obozu I do schroniska w obozie II (Bargah, 4250m n.p.m.), ok. 3h30min z przerwami i ciężkim plecakiem. Spacer aklimatyzacyjny do 4532m n.p.m.

10) Atak szczytowy na wulkan Demawend (5634m n.p.m., 21.09.2012), start o 4:45, mróz przed wschodem słońca -12,5ºC. 5h30min z przerwami i niewielkim plecakiem. Na szczycie 1h z obejściem krateru dookoła, z wejściem na okoliczne skałki, ze spacerem po lodowcu w kraterze, z obserwowaniem wyziewów wulkanicznych (fumarol). Zejście do obozu II 3h z licznymi przerwami na zdjęcia, bez pośpiechu. Zejście z obozu II do I, 1h15min z ciężkim plecakiem i przerwami. Dojazd samochodem terenowym do bazy alpinistycznej w Polur (Polour).

11) Przejazd przez góry Elburs z Polur do Amol i dalej do Mahmoud Abad nad Morze Kaspijskie.

12) Pobyt w Mahmoud Abad, kąpiel w Morzu Kaspijskim.

13) Przejazd z Mahmoud Abad do Teheranu przez góry Elburs, najwyższa wysokość na trasie ok. 2600m n.p.m., pobyt w Teheranie.

14) Pobyt w Teheranie, wędrówki po Śródmieściu.

15) Pobyt w Teheranie w tym zwiedzanie zabytków dzielnicy Shahr-e Rey.

16) Przejazd z Teheranu do Qom, Wielka Pustynia Słona z solniskami Namak i Hoz-e Soltan, pobyt w Qom

17) Pobyt w Qom, oglądanie szyickich modłów w Sanktuarium Fatima al-Ma'sumah, przejazd do Teheranu.

18) Pobyt w Teheranie, zwiedzanie miasta.

19) Pobyt w Teheranie, zwiedzanie miasta z Azadi Tower.

20) Pobyt w Teheranie i przejazd autobusami ku granicy z Turcją m.in. przez Tabriz.

21) Granica irańsko-turecka (Bazargan-Gurbulag), Doğubayazıt, przejazd przez Wyżynę Armeńską, granica turecko-gruzińska (Posof/Turkgozu-Vale), przejazd przez Mały Kaukaz do Tbilisi, przejazd Gruzińską Drogą Wojenną przez Wielki Kaukaz do Kazbegi(Stepantsminda).

22) Przejście z Kazbegi przez Gergeti i koło kościoła Cminda Sameba (ok. 2200m n.p.m.), następnie na przełęcz z kapliczką na 2950m n.p.m., przez lodowiec Gergeti na ponad 3000m n.p.m., dojście do schroniska Bethlemi (dawna stacja meteorologiczna, oficjalnie 3653m n.p.m., faktycznie około 3670m n.p.m.), deniwelacja bezwzględna 1750 – 3670m n.p.m.

23) Samotna próba ataku szczytowego (start 5:00) na Kazbek przez lodowiec Gergeti w tym lodowe plateau. Śnieżyca z piorunami i odwrót z 4572m n.p.m. Atak zimy.

24) Atak zimy - ciąg dalszy. Pobudka o 1:30 w nocy, sprawdzenie warunków pogodowych i powrót do Bethlemi, gdzie pobyt przez cały dzień. Tylko ja i gospodarz schroniska Georgij.

25) Mimo dalszego trwania ataku zimy o 1:30 pobudka, o 2:00 kolejna próba samotnego ataku szczytowego z niewielkim plecakiem. Bardzo trudne warunki atmosferyczne, ale stopniowa poprawa pogody. Na ok. 4300m n.p.m., wpadłem ok. 3 metry do szczeliny lodowcowej, jednej z wielu, ukrytej pod świeżym śniegiem. Wpadłem na fragment lodu, szczelina była dużo głębsza, trudno oszacować jak głęboka (minimum 10-15 metrów). Po wydostaniu na powierzchnię kontynuacja wspinaczki. Poprawa pogody, mnóstwo śniegu, po kolana i po pas. Torowanie drogi. Temperatura do minus 15ºC. Bardzo ciężko, końcówka to stroma ściana lodowa. Na szczycie wulkanu Kazbeka 5033m n.p.m. o 13:00, 06.10.2012. 11h, ale zważywszy na przeczekiwanie zamieści śnieżnej na trasie, wpadnięcie do szczeliny i bardzo wolne poruszanie się w „szczelinowym lesie” oraz torowanie drogi w kopnym śniegu, to nie było tak źle. Fakt bardzo długiej trasy w tym wypadku to detal. Po 30min zejście w dół po własnych śladach, pogoda dobra, dużo postojów na robienie zdjęć. Powrót do Bethlemi o 18:45 (5h15min). Wysokości 3670-5033-3670m. Impreza z Georgijem i szóstką Polaków, która doszła do schroniska.

26) Zejście z Bethlemi przez lodowiec Gergeti, przełęcz 2950m, kościół Cminda Sameba, wieś Gergeti - do Kazbegi, gdzie pobyt.

27) Przejazd z Kazbegi do Tbilisi, gdzie pobyt. Gruzińska Droga Wojenna, Przełęcz Krzyżowa ok. 2400m n.p.m., twierdza Ananuri, pogranicze z Osetią Południową. 

28) Pobyt w Tbilisi, zwiedzanie miasta.

29) Pobyt w Tbilisi i start pociągu do Baku, przekroczenie granicy gruzińsko-azerskiej koło Rustavi.

30) Dojazd do Baku, pobyt w Baku (m.in. Stare Miasto) i nad Morzem Kaspijskim.

31) Qobustan z wulkanami błotnymi i petroglifami. Baku.

32) Pobyt w Baku 9zwiedzanie) i wieczorem wyjazd pociągu do Tbilisi

33) Dojazd do Tbilisi przez granicę azersko-gruzińską koło Rustavi, pobyt w Tbilisi.

34) Wyjazd do Erewania (Erywania) przez granicę armeńsko-gruzińską (Ptghavan-Sadakhlo). Przejazd przez Mały Kaukaz, koło wulkanu Aragats i przez Wyżynę Armeńską. Pobyt w Erewaniu.

35) Pobyt w Erewaniu i zwiedzanie.

36) Pobyt w Erewaniu i wyjazd do Tbilisi (granica armeńsko-gruzińska Sadakhlo-Ptghavan).

37) Pobyt w Tbilisi i wieczorem wyjazd do Batumi.

38) Pobyt w Batumi nad Morzem Czarnym i u podnóża Małego Kaukazu.

39) Pobyt w Batumi, kąpiel w morzu, przejazd do Poti, gdzie pobyt i oczekiwanie na prom z Gruzji na Ukrainę, który nie przypłynął, a miał wypłynąć następnego dnia

40) Pobyt w Poti i nad Morzem Czarnym. Dalsze oczekiwanie na prom.

41) Pobyt w Poti, przed północą zakwaterowanie na promie.

42) Rano, po dwóch dobach opóźnienia, wypłynięcie z portu Poti promem towarowym, cały dzień na Morzu Czarnym.

43) Na promie z Poti do Iljiczewska koło Odessy (Ukraina), popołudniu przepłynięcie koło Krymu.

44) Przed południem dopłynięcie do Portu w Iljiczewsku, długa odprawa celna, dojazd do Odessy. Z powodu braku miejsc w pociągach do Lwowa lub ewentualnie do Kijowa, dojazd do tego drugiego autobusem (wyjazd późnym wieczorem).

45) Dojazd do Kijowa, problemy z brakiem biletów na pociąg do Lwowa, co ostatecznie się udało i dojazd późnym wieczorem, gdzie pobyt na Starym Mieście.

46) Spacer po Starym Mieście we Lwowie, dojazd  marszrutką (2h30min) do granicy ukraińsko-polskiej (Szeginie-Medyka), długie przekraczanie granicy w błocie i ścisku, dojazd do Przemyśla i dalej do Krakowa, Katowic i do Bytomia, gdzie ok. 22:00 (niewiele ponad 300km z Przemyśla do Bytomia z przesiadkami w Krakowie i Katowicach w „jedyne” w 9 godzin z hakiem, w tym ponad 8 godzin samej jazdy).

  • Na zdjęciach:
  • 1-3) Wulkany: Ararat 5135m, Demawend 5634m, Kazbek 5033m – główne cele wyprawy, ale oprócz nich odwiedziłem kilkadziesiąt innych ciekawych miejsc.
  • 4) W kieszeniach zostało trochę drobnych banknotów i monet.
  • 5-6) Jak się dużo chodzi, obuwie kończy tak jak na zdjęciach. 
Opublikowano w Blog
8 lutego na antenie „TVN Biznes i Świat”, w programie „Dzień na świecie” wraz z Pawłem Łukasikiem i Michałem Sznajderem, rozmawialiśmy o sytuacji Soczi rok po olimpiadzie. Czy zyskało, czy przyciąga turystów, co będzie z obiektami olimpijskimi? Oto kilka pytań i odpowiedzi.

Czy olimpiada w Soczi odbyła się w Soczi? Idiotyczne pytanie, ale odpowiedź – niekoniecznie. Park Olimpijski znajduje się bowiem w mieście Adler 30km na wschód od Soczi, a konkurencje narciarskie odbywały się w rejonie Czerwonej Polany (Krasnaja Polana) 40-50km od miasta Adler, 70-80km od Soczi. W zasadzie tylko nazwa olimpiady ma coś wspólnego z Soczi (Sochi) i fakt, że oba wymienione miasta tworzą coś w rodzaju aglomeracji.

Czy Soczi i Adler położone są w Europie? Nie. Zgodnie z powszechnie uznawaną umowną granicą pomiędzy Europą i Rosją wytyczoną przez Międzynarodową Unię Geograficzną, ta część Rosji jest już po stronie azjatyckiej. Granica w tym regionie przebiega tzw. obniżeniem Kumsko-Manyckim, na północ od gór Kaukazu, pomiędzy jeziorem Kaspijskim (bo to nie jest morze) a Morzem Azowskim i dalej przez Cieśniną Kerczeńską i Morze Czarne w kierunku Bosforu.

Czy to prawda, że Soczi i Adler położone są w klimacie subtropikalnym (podzwrotnikowym)? Tak, to jedyny, niewielki, fragment Rosji o tak ciepłym klimacie. Taki Paradoks. Największy kraj świata pod względem powierzchni nie ma praktycznie dostępu do ciepłych mórz. Rosja ostatnio trochę poszerzyła ten obszar o południowe fragmenty Krymu i Abchazję sąsiadująca z Adlerem. Abchazja z Gruzją nie ma już nic wspólnego, samodzielnym państwem także nie jest, a to za sprawą Rosjan, którzy pociągają za wszystkie ważne sznurki. Z tym klimatem subtropikalnym jest tylko jeden mały problem, utrzymanie zimowych obiektów w sąsiedztwie palm i naśnieżanie stoków narciarskich na których nie ma zwykle śniegu – to kosztowna fanaberia.

Czy tor Formuły 1 w Soczi też nie znajduje się w Soczi? Tak. Położony jest w mieście Adler obok Parku Olimpijskiego i tor wykorzystuje jego ulice.

Dlaczego na olimpiadę wybrano Adler a nie Soczi? To ostatnie to 350-tysięczne miasto, mocno zabudowane, gdzie nie bardzo jest miejsce na tak duże inwestycje jak Park Olimpijski. Olimpiada kosztowała niespotykanie pieniądze, gdyby ją umiejscowić w Soczi, kosztowałaby dużo więcej. A jeśli ktoś chciałby zrobić z brzydkiego radzieckiego miasta „perełkę”, musiałby wydać przynajmniej drugie tyle. 75-tysięczny Adler miał więcej miejsca, w tym nad samym morzem, no i międzynarodowe lotnisko było obok. Ponadto to właśnie z Adleru biegnie droga do Krasnej Polany a nie z Soczi.  

Dlaczego wybrano południowe stoki Kaukazu a nie północne? Soczi i Adler otoczone od lat bazami i posterunkami wojskowymi, radzą sobie z ryzykiem zamachów bombowych ze separatystów z Czeczeni i mieszkańców sąsiednich republik. Na północy zapewnienie bezpieczeństwa byłoby znacznie trudniejsze a może nawet niemożliwe. Chociaż śniegu mają tam dużo więcej. W rejonie wulkanu Elbrus rozwijają się ośrodki narciarskie, budowane są kolejki linowe, daleko temu wszystkiemu do Alp, ale coś się dzieje. Okoliczne wioski i miasta to jednak głęboki ZSRR, z tymże dużo bardziej zaniedbany, zaśmiecony i niebezpieczny. Soczi przy północnym Kaukazie jest reprezentacyjne, a ciepła pogoda i morze, potrafią wybaczyć sporo braków.

Jaka rysuje się przyszłość Parku Olimpijskiego i Czerwonej Polany? Na razie państwo będzie dotować obiekty. Zobaczymy na jak długo starczy cierpliwości? Niektóre będą wykorzystywane na treningi rosyjskich sportowców i państwowe imprezy. Międzynarodowe, z wyjątkiem Formuły 1, na razie nie grożą Soczi i Adlerowi z wielu powodów. Nastroje nieprzychylne Rosji, bliskość Abchazji, gdzie jeszcze niedawno trwały działania wojenne, niespokojny północy Kaukaz tuż za rogiem, a ostatnio, niepokoje oraz walki na nieodległym Krym i wschodniej Ukrainie. Nie ma atmosfery na świecie, by organizować wielkie imprezy w rejonie Soczi.   

Jakie są szanse, że tłumy turystów z Europy przyjadą do Soczi? Żadne. Dobrej klasy obiekty sportowo-turystyczne są drogie, nawet dla najbogatszych europejskich narodów. Te najtańsze, tanie nie są, a do tego bliżej im do standardów ZSRR niż choćby hiszpańskich. Do tego wizy, a Rosja nie ułatwia sprawy, wymagając różnych dokumentów. Uzyskanie rosyjskiej wizy, to za duży wysiłek dla przeciętnego europejczyka. Ponadto Soczi i Adler są dosyć brzydkie – z pojedynczymi wyjątkami – plaże kamieniste i otoczone betonem. Dochodzi zagrożenie terrorystyczno-wojenne, oraz ryzyko trzęsień ziemi. Coś tylko dla pasjonatów albo miłośników takiej egzotyki. Cała reszta pojedzie tam, gdzie ładniej, taniej, wygodniej, bezpieczniej i dużo bardziej wesoło.

To może jest nadzieja w rosyjskich turystach i innych krajów ZSRR? Do pewnego stopnia. Z jednej strony słaba znajomość języków obcych zachęca rosyjskojęzycznych do przyjazdu do Soczi. Z drugiej strony, miasto dla nich jest za drogie, dla większości. Nie mniej, z sentymentu wielu Rosjan odpoczywa w lecie nad Morzem Czarnym, chociaż niekoniecznie w Soczi.  

Co Rosji udało się osiągnąć dzięki olimpiadzie? Zainteresowanie świata. Pokazanie kolejny raz, że Rosję stać, że potrafi. Sukces marketingowy pewnie by był, gdyby nie konflikt na Ukrainie. Przeciętni Rosjanie też z jednej strony są dumni, że chociaż przez chwilę, o ich kraju mówiło się trochę lepiej niż zwykle, aczkolwiek mają świadomość, że Rosja ma mnóstwo innych potrzeb, niż wydawanie miliardów dolarów na tego typu imprezę. Rosjanie są przekonani, że nie mają żadnego wpływu na włodarzy w Moskwie, a protestowanie może się dla nich skończyć jedynie problemami. Im i tak na co dzień jest wystarczająco ciężko.

Na zdjęciu nr 1 po lewej Michał Sznajder (i po prawej na zdjęciu nr 3), na zdjęciu nr 3 po lewej Paweł Łukasik.  

Opublikowano w Blog
piątek, 06 luty 2015 20:40

FILMY: Wulkan Kazbek 5033m - Kaukaz

Wulkan Kazbek 5033 m, Gruzja/Rosja, Kaukaz / Kazbek Volcano 5033 m, Caucasus Mountains, Georgia/Russia

Kazbek Volcano 503 m, Caucasus Mount., Georgia/Russia / Wulkan Kazbek 5033 m, Kaukaz, Gruzja/Rosja - SHORT VERSION

Opublikowano w Filmy
niedziela, 01 luty 2015 08:54

Armenia i Erewań

Erewań, choć poprawnie w języku polskim jest ponoć Erywań. Mamy w Polsce tylu urzędników, którzy już naprawdę nie mają co robić, więc zajmują się głupotami. Nazwa Erewań, powszechnie w Polsce przyjęta, nikomu nie przeszkadzała, dopóki nie wzięli się za nią urzędnicy. Oni po długiej i skomplikowanej dedukcji, analizie i badaniach orzekli, że ma być Erywań. Fantastyczna robota zwłaszcza, że wszyscy używają nadal nazwy… Erewań. Jakoś w krajach anglojęzycznych nikomu nie przeszkadza nazwa Yerevan, a u nas Erewań i owszem.

Będąc w Tbilisi, Baku i Erewaniu – mogę porównać te trzy stolice. Baku jest poza jakąkolwiek konkurencją. Piękne miasto, pięknie odrestaurowane. Erewań też się lepiej prezentuje od Tbilisi. Ale Tbilisi ma większy potencjał od Erewania. Pod warunkiem, że ktoś podniesie Tbilisi z ruin. W Erewaniu nie ma stricte Starego Miasta, jest Śródmieście. W lepszym stanie niż stare miasto i śródmieście w Tbilisi, ale nie ma tu żadnej spektakularnej architektury. Kamienice i inne budynki są głównie przeciętne i nijakie. Nie brakuje bloków, a poza centrum blokowiska królują. Centrum Erewania ma wielkomiejski charakter, kamienice są kilkupiętrowe, stwarza europejskie wrażenie – w biedniejszym wydaniu. Jak pozostałe stolice w regionie miasto położone jest na wzgórzach. Zresztą Erewań leży na Wyżynie Armeńskiej na ok. 1000m n.p.m., z efektownym widokiem na Ararat - świętą górę Ormian (to była moja trzecia wizyta pod Araratem podczas tej wyprawy). Która obecnie leży w Turcji. Co ciekawe, wielu obywateli Gruzji, Azerbejdżanu, Iranu a nawet Turcji ciągle myśli, że Ararat leży w Armenii, dziwili się gdy wspominałem, że jednak w Turcji. Jest to spowodowane tym, że Ormianie na każdym kroku pokazują jak Ararat jest dla nich ważny, czego nie robią Turcy. Stąd takie a nie inne wrażenie.

Erewań jest bez wątpienia najbardziej europejską stolicą w regionie co do atmosfery. Nawet w tygodniu wieczorem na ulicach jest pełno młodych ludzi w rozrywkowym nastroju. I to mimo, że Armenia jest co najwyżej tylko trochę zamożniejsza od Gruzji, choć nie na pewno. Po prostu Armeńczycy lubią się bawić. A bardzo atrakcyjne Armenki dobrze i seksownie wyglądać. Czułem się tam pod tym względem trochę jak w Moskwie czy Petersburgu. Gdy w Tbilisi wieczorami dosyć pusto, niewiele się dzieje, to w Erewaniu tłumy. W Baku też sporo ludzi, choć temperament Azerów jest słabszy niż Ormian. 

A co można zwiedzić w Erewaniu oprócz klubów i dyskotek oraz restauracji? Znajdziemy w centrum kilka deptaków, parków, ulic handlowych, kościołów, jest przeciętny Plac Republiki z efektowną fontanną po zmroku. Ładnie podświetloną i tryskającą wodą w takt muzyki. Takie fontanny są bardzo popularne w tej części świata, jak i same fontanny, których sporo. Jednym słowem jest to najbrzydsza stolica regionu – terenów pomiędzy Morzem Czarnym a Kaspijskim. Ale mimo tego ładniejsza od Teheranu. Podróżując byłem w sąsiedztwie Armenii, więc postanowiłem ją odwiedzić (z Tbilisi jest bardzo blisko do Azerbejdżanu, Armenii i Osetii Południowej). Tym bardziej, że niedrogą wizę można było kupić na granicy i posiadanie wizy azerskiej w tym nie przeszkadzało (od 10 stycznia 2013 r., nie ma wiz do Armenii dla Polaków).

W Erewaniu działa też od wielu lat jedna linia metra, rozbudowywana, w planach budowa drugiej linii. Tylko za co?

Armenia ma najmniejsze szanse na rozwój w regionie. Obecnie jest maluteńkim krajem, bez dostępu do morza, położonym w górach i na solidnej wyżynie. Do tego w stanie wojny z Azerbejdżanem o Górski Karabach. Z Turcją ma niewiele lepsze stosunki. Azerowie i Turcy nienawidzą Ormian z wzajemnością i stosują wobec Armenii blokadę gospodarczą. Armenia nigdy nie pogodziła się z przyłączeniem do Turcji ormiańskich ziem, w tym Araratu. Gdyby nie przyjaźń z Rosją, która pomaga, także wojskowo, Azerbejdżan pewnie z pomocą Turcji, rozprawiłby się z Armenią. Choć Ormianie wyśmienicie radzą sobie w wojnie partyzanckiej, dlatego Górski Karabach jest dzisiaj samodzielnym bytem (związanym z Armenią), a nie częścią Azerbejdżanu. Trudne warunki geograficzne i występujące trzęsienia ziemi nie pomagają temu krajowi. Pomaga natomiast liczna diaspora ormiańska porozrzucana po całym świecie, która śle pieniądze do swoich rodzin w ojczyźnie.

Jadąc przez całą Armenię, prawie pod granicę z Turcją widziałem tylko góry, górskie rzeki, zaniedbane wsie i miasta, pozamykane fabryki, prymitywny przemysł. Góry z lesistych przekształciły się przed Erewaniem w jałowe. Niedaleko stolicy jest też obecny najwyższy szczyt Armenii – wulkaniczny Aragats 4095m n.p.m. Płaska i mało wybitna góra. Ale nie ma się co dziwić jak drogą w tym rejonie w najwyższym punkcie jechałem na wysokości 2150m n.p.m. Szczyt był już jednak ośnieżony, w końcu jesień była w pełni. Armenia ma też wysokogórskie jezioro Sewan, lustro wody na ponad 1900m n.p.m., reklamowane jest jako drugie co do wielkości wysokogórskie jezioro świata po Titicaca. Tylko, że to ostatnie jest prawie 10 razy większe i położone prawie dwa kilometry wyżej. Nie ma więc czego porównywać. W Armenii znajdziemy poza tym parę zabytków, zwłaszcza sakralnych, o ile ni zniszczyły ich wcześniej trzęsienia ziemi. Bez wątpienia Armenia ma bogatą historię, kulturę, kuchnię. Szczyci się mianem pierwszego chrześcijańskiego państwa na świecie.

To wszystko jednak nie postawi Armenii na nogi. Oprócz reform gospodarczych, dobrego pomysłu na turystykę, potrzeba zakończenia konfliktów z Azerbejdżanem i Turcją. 

Mimo dosyć łatwego dostępu do wiz, to turystów w Armenii jest dużo mniej niż w Gruzji, ale wyraźnie więcej niż w Azerbejdżanie.

W Armenii i Gruzji bardzo często słychać o tęsknocie za ZSRR, że wtedy u nich było naprawdę dobrze i chcieliby, aby tak było znów. Każdy miał pracę, pieniądze, mieszkanie. Można się było kształcić. Wszystko funkcjonowało na dużo wyższym poziomie. Politycy i urzędnicy byli bardziej zdyscyplinowani, bo bali się partii. A gdy przyszła demokracja i kapitalizm, to korupcja przybrała gigantyczne rozmiary, politycy i urzędnicy nie robią praktycznie nic, poza dbaniem o siebie i swoje rodziny. Nie ma pracy, nie ma pieniędzy, nie ma gdzie mieszkać, trudno się wykształcić. Co z tego, że wszystko jest w sklepach, że wszystko można kupić jak nie ma za co. Zarobki nędzne, na nic nie starczają, mnóstwo bezrobotnych. Duża przestępczość. Za ZSRR jak ktoś kończył szkołę(zawodową, średnią, studia) to miał pracę, pieniądze i mieszkanie. Jak teraz ktoś kończy szkołę, jeśli go było na nią stać, to zazwyczaj może być jedynie bezdomnym lub bezrobotnym na garnuszku rodziców. Jeśli rodzice mają gdzie mieszkać i jakieś dochody. Innymi słowy, mogą tylko klepać biedę. Młodzi Ormianie nie mają większych szans na własne mieszkanie. Alternatywą jest zamieszkiwanie w małych mieszkaniach lub domach z kilkupokoleniową rodziną albo branie kredytu na niemal cale życie, który trzeba regularnie spłacać. A jak to robić przy bardzo niskich zarobkach i braku stabilności na rynku pracy. Jest teraz dużo gorzej niż za ZSRR – to częsty tekst w Armenii. Wtedy nie było problemów zapewnić sobie podstawowe potrzeby, teraz jest o to bardzo trudno. ZSRR wróć – coraz częściej wołają Gruzini i Ormianie. Tego typu hasła, jak komuno wróć, nie są obce i w Polsce, nawet coraz częściej słyszane i argumentacja jest taka sama jak w Gruzji czy Armenii. Zresztą oni wiedzą, że w Polsce też duża bieda a jak nie wiedzą to pytają. Gdy dowiadują się jaka jest minimalna pensja, ile zarabia większość Polaków, ile kosztują różne rzeczy jak paliwo, media, czy mięso albo mieszkania. To się pytają, jak wy jesteście w stanie za swoje zarobki przeżyć? I przypominają, że za komuny to u was było bardzo dobrze, bo wtedy odwiedzaliśmy Polskę, a teraz z tego co widzimy i słyszymy u was też jest gorzej niż wtedy. Do tego pewnie tyracie jak my od rana do świtu często z weekendami wyłącznie. A zarobki są zupełnie nieadekwatne do wykonywanej pracy i poświęconego czasu. Za ZSRR tego nie było, był czas dla rodziny, na odpoczynek, na przyjemności. Było spokojne, szczęśliwe życie, nie to co teraz. Kto może to z Gruzji i Armenii wyjeżdża. Zazdroszczą nam, że my Polacy możemy walczyć z biedą, niskimi zarobkami, uciekać od quasi-demokracji i brutalnego polskiego kapitalizmu oraz wypaczonego polskiego wolnego rynku, poprzez emigrację do krajów Unii Europejskiej i Europejskiego Obszaru Gospodarczego. Ich możliwości są dużo bardziej ograniczone. Gruzini mogą pracować w Turcji, ale nie chcą pracować dla muzułmanów, bo jak przyznają nie lubią ich, ich kultura im przeszkadza i źle się tam czują. Uważają, że to wstyd pracować dla muzułmanina. Dlatego próbują pracować w innych krajach jak Azerbejdżan czy Ukraina lub starać się o status uchodźcy. Armenia jeśli w chwili obecnej jest nawet trochę bogatszym krajem niż Gruzja, to niewiele. Jest co prawda w stanie wojny z Turcją i Azerbejdżanem (to są dwa bratnie kraje i wspólnie działają przeciw Armenii), ale za to ma świetne stosunki z Rosją, której wojska obecne są w Armenii i pilnują jej bezpieczeństwa. Dzięki temu wielu Ormian pracuje w Rosji i wysyła pieniądze do rodzin w Armenii. Ale wszyscy powtarzają: my nie chcemy emigrować, my chcemy pracować i godnie żyć u siebie, w Armenii, we własnym kraju. Na pytanie kiedy to będzie możliwe, odpowiadają często: ja już tego nie doczekam, ja już tego nie dożyję. A moimi rozmówcami były często osoby przed czterdziestką.  

Pozdrawiam

Gregor

 

  • Na zdjęciach:
  • 01) Kompleks „Cascade” – Erewań,
  • 02) meczet w Erewaniu,
  • 03) Plac Republiki, Galeria Narodowa w Erewaniu,
  • 04) kościół Matki Boskiej Katoghike – Erewań,
  • 05) Ararat 5135 m, położony po tureckiej stronie, widziany z Erewania,
  • 06) typowa poradziecka zabudowa armeńskiej stolicy,
  • 07) tablica informacyjna w jednym z erewańskich hosteli, bardzo słuszna przestroga, bo Armenki są bardzo ładne, zgrabne, bardzo kobieco się ubierają, są pewne siebie i potrafią się bawić. Do Rosjanek im trochę brakuje, ale jest dobrze,
  • 08) wypiekany tradycyjny chleb w jednej z armeńskich wiosek, ten piec, o ile wiedza mnie nie zawodzi nazywa się tonir, a chleb Matnakash,
  • 09) wulkaniczny masyw Aragats (Aragac) 4095m, najwyższa góra w granicach Armenii widziana z jadącej marszrutki. 
Opublikowano w Blog
W poprzednim tekście pisałem o radzeniu sobie z policją i strażnikami w Azerbejdżanie, że trzeba nieraz być aktorem. Czasami blefować, udawać, być twardym graczem. Takie jest życie dociekliwego podróżnika, który jeździ w niekoniecznie przychylne dla cudzoziemców miejsca. Przy okazji przygód w Baku, przypomniała mi się jedna z podobnych historii z 2007 roku, którą raczyłem opisać w dzienniku z podróży. Podczas kolejnej wizyty na Kaukazie, pojawiły się niespotykane wcześniej utrudnienia z uzyskaniem meldunku, jego brak, skończył się pewną, mało przyjemną przygodą. 

Fragmenty:

(…) Nie mieliśmy meldunku. Codziennie mijaliśmy wielokrotnie liczne służby, w tym milicję – nie było żadnych problemów. Nikt nas nie chciał kontrolować. I straciłem czujność. W mojej głowie była myśl, że skoro do tej pory nie było problemów, to nie będzie ich już przez ostatnie dwie godziny w Mineralnych Wodach.

Idąc na targowisko koło dworca kolejowego, przy którym budka-posterunek milicji, pomyślałem sobie: a jeśli nas milicja zatrzyma – nieeeee, teraz to już nie. W tym czasie Justyna miała podobne myśli: kręcimy się koło posterunku milicji, czuję kłopoty. Mogliśmy zrobić zakupy gdzieś indziej, ale mało nam było atrakcji i postanowiliśmy „poszukać” kłopotów. Co więcej, to targowisko w przeszłości było dwukrotnie wysadzane w powietrze przez czeczeńskich separatystów, zresztą jak setki innych miejsc na Kaukazie. Targowiska, dworce, domy handlowe, ruchliwe deptaki, publiczny transport – są to miejsca, których powinno się nadal unikać na Kaukazie. Chociaż ja zawsze wychodzę z założenia, że nie po to gdziekolwiek jadę, by siedzieć zamknięty w czterech ścianach, najwyżej zginę od bomby czy kuli, ewentualnie noża. Trudno. Byleby szybko, bez męczarni.

Dochodzimy do targowiska, w tym momencie z posterunku wychodzi młody milicjant (wtedy jeszcze nie było policji w Rosji). Wyróżniamy się trekkingowym ubiorem – widać, że jesteśmy z zagranicy a nie miejscowymi. Od razu nas zauważa. Prosi byśmy podeszli.
- O cholera, będą kłopoty – pomyślałem sobie, Justyna pewnie coś podobnego.
- Milicjant 1: Proszę pokazać paszporty – udajemy, że nie widzimy go i nie wiemy, że się do nas zwraca, wtedy milicjant staje na wprost nas i jeszcze raz prosi o paszporty. Zaczyna je oglądać. Zauważa brak meldunku – kartki z nim lub wbitego do dokumentu, ale pyta – macie meldunek?
- Ja: Jaki meldunek?
- Milicjant 1: Wy nie wiecie, że u nas trzeba meldunek? – w paszportach mieliśmy inne wizy rosyjskie, więc pewnie wiemy według niego. Ale gdybyśmy nawet mięli meldunek, to rosyjski milicjant i tak znalazłby lub wymyślił powód, by dzięki nam dorobić sobie do pensji. Co nie zmienia faktu, że strasznie głupio się mu podłożyliśmy.
- Ja: Nie, nie wiedzieliśmy
- Milicjant 1: Nie uzyskiwaliście nigdy meldunku? – pił do naszych wcześniejszych wiz.
- Justyna, Ja: Nie. – to była nasza taktyka i szansa na obniżenie kosztów tego spotkania. Gdybyśmy odpowiedzieli inaczej, że mimo wiedzy nie uzyskaliśmy meldunku, nasza pozycja byłaby słabsza.
- Milicjant 1: Chodźcie za mną. – weszliśmy do budki-posterunku, cały czas trzymał nasze paszporty. Po wejściu do środka niby zaczął nas sprawdzać w komputerze, w jakimś programie pracującym na DOS-ie. Było to komiczne, bo to nie był program do wyszukiwania danych czy sprawdzania meldunków, zresztą na Kaukazie aż tak zinformatyzowani jeszcze nie są. – Mówicie po rosyjsku?
- Ciut Ciut – odpowiedzieliśmy. Byłem świadom, że bez „specjalnej” opłaty się nie obejdzie. Ponoć standardem za brak meldunku jest 100 dolarów od osoby. To jeden z ulubionych sposobów miejscowej milicji na dorabianie do pensji. Wpierw zrobić wszystko, by meldunku nie dać, a potem za jego brak skasować pieniądze. Gdybyśmy musieli, było nas stać na taką kwotę zwłaszcza, że za niecałe dwie godziny odjeżdżał nam pociąg, a bilety na następny mogły być dopiero za kilka lub kilkanaście dni. Jednak 100 dolarów to sporo pieniędzy. Istniał też wariant mniej optymistyczny – lecz mało prawdopodobny – że nas zatrzymają na dłużej.
- Milicjant 1: To macie meldunek? – zaczęliśmy niby szukać. Justyna zaczęła wyciągać papiery i dała mu pismo od ratowników górskich z Terskoł. Milicjant zaczął to oglądać. Gdybyśmy mieli meldunek z Tyrnyauzu problemu by nie było, ponieważ w Mineralnych nie przebywaliśmy dłużej niż 72 godziny, ale nie mieliśmy. Milicjant 1 po chwili stwierdził – to nie jest meldunek. Musimy was zatrzymać.
- Ja: Ale my mamy pociąg zaraz, musimy jechać do domu, do pracy.
- Milicjant 1: Pokażcie. – z obawami dałem mu bilet. – Nie pojedziecie tym pociągiem, oddadzą wam pieniądze za bilety. Zawieziemy was – nie określił dokładnie miejsca – i zapłacicie sztraf (grzywna – jako forma kary).
- Ja, Justyna: - Ale my musimy pojechać tym pociągiem. Justyna mówiła dalej: my nie wiedzieliśmy o meldunku, musimy wracać do pracy i na studia. Nie mamy czasu tutaj dłużej zostać. Dalej razem mówiliśmy, że kończymy wakacje i mamy resztki pieniędzy oraz prosiliśmy, by nas puścił. I któż wie, czy by się to nie udało, ale wtedy wszedł drugi młody milicjant.
- Milicjant 2: Co się dzieje?
- Milicjant 1: Nie mają meldunku i mają o drugiej pociąg.
- Milicjant 2: To nie pojadą tym pociągiem, to jest kara co najmniej 2000 rubli od człowieka – ok. 80 dolarów.
Przez kolejne dwie minuty Justyna i ja na zmianę mówiliśmy, że myśleliśmy, iż ten kwit od ratowników to jest meldunek, że u ich kolegi milicjanta wymienialiśmy dolary po przyjeździe z Kijowa i nic nie mówił o meldunku, że gdybyśmy wiedzieli to byśmy mieli meldunek. Że teraz nocujemy i jesteśmy zameldowani w hotelu „Kaukaz” (ale nie mieliśmy meldunku z czasu poprzedzającego przyjazd do Mineralnych). Mówiliśmy, że musimy wracać, prosiliśmy. Sytuacja była i straszna i poważna i zarazem komiczna. A milicjanci swoje, tak się nie da, na pewno nie pojedziecie tym pociągiem, musicie zapłacić grzywnę.
- Milicjant 1: Jesteście małżeństwem?
- Justyna: Prawie. – potwierdziłem, choć nie wiedzieliśmy do czego zmierza to pytanie. Taka odpowiedź wydawała się jednak lepszym rozwiązaniem, mimo że niezgodna z rzeczywistością.
- Milicjant 1: To niech pani zostawi nas samych z mężem. – Justyna z obawami wyszła. Drugi Milicjant zamknął drzwi za nią. Usiadłem naprzeciwko pierwszego milicjanta, bo do tej pory stałem a siedziała Justyna. Za mną stanął drugi milicjant. Atmosfera była niesamowita. Kaukaz, posterunek milicji. Pokój, półmrok, bo przez małe zasłonięte okienko niewiele docierało światła. Biurko i paląca się na nim lampka. Dwóch milicjantów, na stole nasze paszporty. I nie wiadomo co się zaraz stanie. Atmosfera jak z filmu. Spoglądałem na zegarek, czas uciekał, chociaż nie było jeszcze tragicznie.
- Milicjant 1: Ty wiesz, że musicie zapłacić grzywnę. 2000 rubli od osoby i na pewno nie pojedziecie tym pociągiem. Musimy was przewieźć, to może długo potrwać. – Cały czas nie mówił gdzie, ani nie tłumaczył dlaczego.
- Ja: Wiem, ale naprawdę nie wiedzieliśmy o meldunku, rok temu nikt od nas ich nie chciał. – To była prawda, przebywaliśmy w odludnych miejscach, gdzie nie miał kto nam meldunku dać. – Czyli płacę 4000 rubli, dajecie mi kwit i możemy iść na pociąg.
- Milicjant 1: Tutaj nie bardzo, musielibyśmy was przewieźć.
- Ja: To jedźmy, szkoda czasu.
- Milicjant 1: Ale na pociąg nie zdążycie.
-Ja: Trudno, bardzo byśmy chcieli dzisiaj, ale ostatecznie możemy pojechać następnym, za dwa dni.
- Milicjant 1: Jak będą bilety. Grisza, po co tak nerwowo, nasi koledzy mają dość roboty, załatwimy to na miejscu.
-Ja: Świetnie, wypełnij kwit, potem podejdziemy do bankomatu. – Wiedziałem, że nie chodzi tutaj o żaden kwit, tylko znaleźliśmy się w typowej sytuacji w tej części świata. W tak zwanej sytuacji bez wyjścia. Nikt nas na żaden większy posterunek nie zawiezie, nikt nam żadnego oficjalnego sztrafu nie da, ale nikt też nas nie puści tak po prostu. Chociażby mogli. Dlatego nie zdziwiła mnie odpowiedź:
- Milicjant 1: Kwit jest niepotrzebny, ale nie macie meldunku, więc nie możemy was tak po prostu puścić. Rozumiesz?
- Ja: To znaczy?
- Milicjant 2: Musicie zapłacić karę! – nie miałem wątpliwości, że czekają, aż zaproponuję im pieniądze. Ponadto czułem cały czas dyskomfort ze stojącym za moimi plecami milicjantem. Nie wiedziałem co on może zrobić, a mógł dużo. Rzecz jasna, wyproszenie Justyny z posterunku nie było przypadkowe w tej historii.
- Milicjant 1: Grisza, musisz zapłacić sto dolarów.
- Ja: Za dwie osoby. – Milicjant 1 trochę zaskoczony, po chwili milczenia i spojrzeniu na drugiego milicjanta powiedział – Tak. – Chciał powiedzieć, że za osobę pewnie te 100 dolarów, ale chciałem go koniecznie uprzedzić, by to było za dwie. Nadal dużo, ale już do przełknięcia. Dlatego nie odpuszczałem. – To za dużo, my studenci, mało zarabiamy, wracamy do domu, mamy mało pieniędzy.
Milicjant 1: Przed chwilą chciałeś płacić 4000 rubli.
Ja: Mówiliście, że musimy gdzieś jechać, wypełniać jakieś papiery i tyle zapłacić.
- Milicjant 1: Żartowaliśmy. Wy w Unii dużo zarabiacie, wódkę po koleżeńsku moglibyście postawić. Ile możesz dać? – podsunął mi kartkę i długopis bym napisał. W tym momencie wiedziałem, że jak się dogadamy, to dostaniemy paszporty i zdążymy na pociąg.
- Ja: Napisałem 20 dolarów z zaznaczeniem w formie klamerki, że za dwójkę ludzi. Ryzykowałem, że się wkurzą. Skoro są ludzie którzy płacą po 100 dolarów za osobę, a ja na wstępie stargowałem do 50 dolarów, to nagle wyskakując z kwotą 10 dolarów za osobę, trochę przeginałem. Ale czasami w szaleństwie jest metoda.
- Milicjant 1: Nie żartuj Grisza. – roześmiał się.
- Milicjant 2: Ile napisał?
- Milicjant 1: 20 $ za ich dwoje.
- Milicjant 2: Nie ma mowy!
- Milicjant 1: To Grisza ile możesz dać?
- Ja: Napisałem.
- Milicjant 1: Nie, nie, tyle. – napisał na kartce 100 $.
- Ja: Za dużo. – podkreśliłem długopisem 20 $.
- Milicjant 1: My się chyba nie rozumiemy. – ja ich świetnie rozumiałem. – 100 dolarów, to nie jest dużo. – nie reagowałem, powiedzmy, że myślałem, wtedy milicjant 1 przekreślił 100 dolarów i napisał 90 $ i spytał. – W porządku?
- Ja: Nie, nie mam tyle przy sobie.
- Milicjant 2: Dobra, my mamy czas, a wam pociąg ucieknie. To was będzie kosztować dużo drożej. A jak coś wam się stanie z paszportami, to dopiero będziecie mięli kłopoty. Ty nie rozumiesz, że nie masz wyjścia jak się zgodzić na naszą propozycję!? – mówił podenerwowanym głosem, z papierosem w gębie.
- Milicjant 1: Spokojnie Władimir. – zwrócił się do kolegi. – Grisza, zrozum, wy nie macie meldunku, a ja mam wasze paszporty. 80 dolarów, teraz dobrze? W porządku? – napisał na kartce.
- Ja: Nie w porządku, za dużo. – W tym czasie zdenerwowany drugi milicjant podszedł do zasłoniętego okna zobaczyć czy nic się nie dzieje, czy jakiś ich kolega nie chce wejść. Zdawałem sobie sprawę, że z jednej strony obaj milicjanci sami chcą uzyskać pieniądze, ale z drugiej wiedziałem, że jak pojawi się trzeci, to też będzie chciał. To oni rozdawali karty, nie ja. To czy wrócimy w terminie do domu zależało od nich. A paszporty mogli nam zniszczyć lub zabrać – taki świat, dziki wschód. Tam trzeba grać ich kartami, nie ma innego wyjścia. Tego typu wymuszenia są na porządku dziennym.
- Milicjant 1: No to ile możesz dać, napisz? – Podsunął mi kartkę i długopis.
- Ja: A 20 dolarów to za mało? – Te metody targowania świetnie sprawdzały się w Chinach. Zamiast schodzić ze stu yuanów po 5 po 10, od razu proponowałem 20, sprzedawca, że nie ma mowy. Odchodziłem, rezygnując z zakupu, wtedy on podchodził do mnie i mówił, że się zgadza na 20 yuanów. Postanowiłem ten sam patent zastosować w Rosji.
- Milicjant 1: 20 $, nie ma mowy. Grisza bądź poważny. To jest dobra cena. – wskazał na napisane właśnie 80$.
- Ja: 30 dolarów, więcej nie mamy! - Przekreśliłem wcześniejszą kwotę i napisałem nową. Milicjant 1 spojrzał na drugiego, który:
- Milicjant 2: Nie, nie, nie! – i nerwowym krokiem zaczął za mną chodzić.
- Ja: My nie mamy więcej, wracamy do domu. My Polacy i Rosjanie jesteśmy Słowianami, my przyjaciele, 30 dolarów to dobra cena. – nastąpiła chwila ciszy.
- Milicjant 2: Nie! – kolejna chwila ciszy, w tym czasie zaciągnął się papierosem i dmuchnął w moją stronę. Wyczekiwanie. Niepewność. Cisza.
- Milicjant 1: Dobra, dawaj te 30 dolarów, tylko szybko zanim kolega się wścieknie! – Milicjant 2 stał z tyłu i nic nie mówił. Z wewnętrznej kieszeni z paska wyciągnąłem drobne 30 dolarów (na takich wyprawach zawsze trzeba mieć drobne dolary), których miałem oczywiście więcej, ale milicjanci tego nie widzieli. Położyłem na stole. Milicjant 1 trzymał już nasze paszporty w ręce. Prawie mu je wyrwałem, a on zabrał dolary i powiedział. – Bierz paszporty i idź stąd szybko! – bez słowa wstałem i wyszedłem z posterunku, koło którego stała Justyna i powiedziałem:
- Ja: Chodźmy stąd zanim się rozmyślą. – szybkim krokiem zaczęliśmy się oddalać od posterunku w kierunku naszego hotelu. 200 metrów dalej gdy znikaliśmy za rogiem ulicy Justyna spytała. – ile musiałeś zapłacić?
- Ja: 30 dolarów za nas oboje.
- Justyna: To super, myślałam, że dużo więcej.
Potem mówiła, iż bała się o mnie. Nie wiedziała co się ze mną dzieje w środku. Nie wiedziała czy ma wejść. W końcu jakieś dziesięć minut trwała ta cała rozmowa sam na sam. Opowiedziałem jak wszystko wyglądało. Doszliśmy do wniosku, że milicjanci uznali zapewne, iż takie sprawy załatwia się z facetami, więc wyprosili Justynę. W ten sposób też zbudowali przewagę nade mną. Oboje wymieniliśmy się myślami z chwili przed zatrzymaniem, że zdawaliśmy sobie sprawę, iż kręcenie się koło posterunku milicji nie jest rozsądne. Z własnej głupoty wpakowaliśmy się w to całe zdarzenie. Aczkolwiek płacąc za fikcyjne noclegi, by uzyskać meldunek, kosztowałoby to nas znacznie więcej. (….)

To nie był jednak koniec naszych kłopotów. Kilkanaście godzin później w pociągu do Kijowa (nasza trasa w obie strony przebiegała przez tereny, gdzie obecnie trwa wojna pomiędzy Ukrainą a prorosyjskimi separatystami/Rosją).

(…) Celnik rosyjski zabrał nam paszporty i zaczęła się powtórka z historii. Gdzie są meldunki!? Spojrzeliśmy z Justyną na siebie – z pełnym zrozumieniem, że czas na kolejną szopkę. Wpierw zaczęliśmy się zgrywać, że nie wiemy o co chodzi i nie rozumiemy słowa registrancja. Celnik więc pokazał nam kwitek od innego z podróżnych. Wtedy Justyna przystąpiła do dzieła i wyciągnęła nieśmiertelny kwit od ratowników górskich z Terskoł. Śmiać się nam chciało, że musimy robić z siebie takich kretynów, ale zachowywaliśmy powagę. To było wymagające zadanie aktorskie. Celnik powiedział, że co mu za bzdury dajemy. A my, że nie rozumiemy. Miny skończonych idiotów, rozłożone ręce, my nie panimaju. Udawaliśmy zresztą strasznie zaspanych. Koło celnika pojawił się kolejny. Pierwszy z nich dalej pyta: czy mówimy po rosyjsku? – nie, znamy kilka słów. Próbował po angielsku, my że nie znamy. Nawet coś tam zaczął po niemiecku – my, że ni w ząb. Facet zaczął się wściekać i tłumaczyć po raz kolejny: musicie okazać meldunek.

Dołączyła do kompletu celniczka. My dalej, że nie wiemy o co chodzi, nie rozumiemy. A w paszportach kilka rosyjskich wiz. Minuty uciekają. Zaczęło nam się wydawać, iż pociąg nie może ruszyć, bo nie wiedzą co z nami zrobić. Kolejne pytania, czy nie wiemy, że w Rosji potrzebne są meldunki? Przecież mamy wizy - odpowiedzieliśmy. Ale trzeba też meldunek. A co to jest? Jak to nie wiecie?! Gdybyśmy wiedzieli to byśmy mięli. Staraliśmy się stworzyć atmosferę i wrażenie nie bardzo rozumiejących o co chodzi i mających trudności z wysłowieniem. Na zasadzie „Kali kochać Kali lubić”. W międzyczasie próbowaliśmy pokazać jakieś różne głupie papiery, które wynaleźliśmy w saszetkach, ale celnik widząc np. mój rachunek ze sklepu muzycznego tylko coraz bardziej się wściekał i darł się na nas. Wszyscy wkoło byli cicho, ale wnikliwie się przyglądali, jak zakończy się ta historia. Tak po prawdzie miałem kserokopię meldunku z Kaukazu z wcześniejszego pobytu, ale nie mogłem tego ujawnić. Celnicy między sobą rozmawiali, wściekli byli, po czym znów pytanie gdzie mamy meldunek? Tłumaczyli jak wygląda i jak to możemy nie wiedzieć, że trzeba go mieć? A my z kamienną powagą: nie wiedzieliśmy – po raz co najmniej dziesiąty. My turyści i nam mówili, że wystarczy wiza. Celnik straszył nas karą finansową za brak meldunku i wbiciem pieczątek zakazu wjazdu do Rosji. Nie wiedział co z nami zrobić. Z jednej strony był na granicy, by kazać nam zabrać rzeczy, wywalić z pociągu i zabrać na posterunek. Pociąg by pojechał a my byśmy się tłumaczyli. Z drugiej strony, był świadom ile to przysporzy mu pracy, papierkowej roboty i w gruncie rzeczy kłopotów. Dwójka idiotów z zagranicy nie ma meldunku i tyle z nimi problemów.

Nie wiem ile czasu minęło, ale myślę, że nawet 30 minut, kiedy wściekły, niemal czerwony celnik wbił pieczątki do paszportów i z dużą siłą rzucił nimi w nas. Przeklinając pod nosem. Wkurzony odszedł. Chwilę później pociąg ruszył. Tylko odeszli, z Justyną wybuchliśmy śmiechem, będąc pełnym podziwu dla naszych talentów aktorskich (zamiast na prawo trzeba było iść do szkoły aktorskiej, chociaż prawnik też powinien umieć być dobrym aktorem). Rosjanie i Ukraińcy kiwali głowami z podziwem. Rozgorzała dyskusja. Okazało się wtedy, że wszyscy mają meldunki. I Ukraińcy, którzy byli w górach Kaukazu. I Rosjanie. Wszyscy, tylko nie dwójka Polaków. Sąsiedzi z wagonu opowiadali jak załatwiali te meldunki, jak są ważne. Jak dużo mieliśmy szczęścia, jakie mogliśmy mieć kłopoty, że nawet mogli nas zamknąć. Byli pod wrażeniem naszego spokoju i zauważyli naszą ściemę, wiedzieli, iż nasz rosyjski jest lepszy niż okazaliśmy to celnikom. Młoda Rosjanka opowiadała, jak ktoś z rodziny do niej przyjechał, nie załatwił sobie meldunku i musiał zapłacić milicjantom. Nie było zmiłuj.

Opowiedzieliśmy dlaczego nie załatwiliśmy meldunku. Będąc na właściwym posterunku w Tyrnyauzie, milicjanci poinformowali nas o zmianach przepisów. Kazali uzyskać potwierdzenie opłaconych noclegów i z odpowiednim kwitem wrócić do nich, gdy będziemy wracać. Informację, że przecież będziemy spać w namiocie na lodowcu i niby skąd mamy mieć potwierdzenia, skwitowali: to wasz problem. Stwierdzenie, że nas nie będzie z dziesięć dni, a meldunek musimy mieć po 72 godzinach, skomentowali: ryzyko, że ktoś w górach będzie chciał sprawdzić meldunek jest niewielkie. Zaproponowane rozwiązanie było dla nas zbyt kłopotliwe i uznaliśmy, że w razie czego taniej nas wyjdzie dogadanie się z milicją, przy okazji zaoszczędzimy sporo czasu. Nie przewidzieliśmy tylko, że aż tak będą się czepiać na granicy. Podczas wcześniejszych podróży po Rosji, kiedy zazwyczaj też nie mieliśmy meldunku, na granicy nikt nas o niego nie pytał. Rosja i Azja centralna to inny świat pod względem procedur i kontaktów ze służbami milicyjnymi i podobnymi. System jest tak skonstruowany, by płacić różne nieoficjalne sztrafy. Nie da się inaczej. Ta sytuacja jest de facto usankcjonowana przez te państwa. Ot, taki rodzaj lokalnych podatków. Wszyscy wiedzą, że zarobki są niskie, więc pracownicy służb muszą sobie jakoś dorobić. Wymyślając coraz bardziej absurdalne przepisy i obostrzenia. I trzeba płacić. Czy to milicji, celnikom, strażnikom na lotniskach albo właścicielom ośrodków wczasowych, by dali papiery do meldunku, a oni i tak część później odpalają milicji. „Czeski film”.

Współpasażerowie w pociągu świetnie nas rozumieli. Chociaż Ukraińcy, którzy byli trekkingowo na Kaukazie przyznali, że zapłacili za „lewe” kilkanaście noclegów w ośrodku wczasowym i na tej podstawie w drodze powrotnej do Mineralnych Wód załatwili sobie meldunki (a spali jak my, pod namiotami). Wyszło na to, że „biedni” Ukraińcy nie szczędzili pieniędzy na meldunek, a „bogaci” Polacy ze względów czasowo-formalnościowo-oszczędnościowych go olali. Ale Polak potrafi. Dysputa trwała długo, zostaliśmy z Justyną bohaterami całego plackartnego wagonu. Byliśmy jednak świadomi jak po cienkiej linie stąpaliśmy – nie z własnej woli – i że mogło być różnie, a kary wysokie. I pieczątka w paszporcie o zakazie wjazdu na 5 lat. Ale znowu wszystko rozeszło się po kościach. (…)

Gregor

Na zdjęciach: Niniejszy wpis to tylko dygresja, dlatego zdjęcia pochodzą z relacjonowanej wyprawy po Turcji, Iranie, Azerbejdżanie, Gruzji, Armenii i Ukrainie (2012). A na nich porównanie gruzińskiego pociągu relacji Tbilisi-Baku i azerskiego relacji Baku-Tbilisi.

Różnice pomiędzy poziomem zamożności Azerbejdżanu i Gruzji, są takie same jak różnice pomiędzy pociągiem gruzińskim a azerskim.
Zdjęcia: 1, 3, 5, 7 – pociąg gruziński.
Zdjęcia: 2, 4, 6, 8 – pociąg azerski.

Opublikowano w Blog
niedziela, 21 wrzesień 2014 11:25

GRZEGORZ GAWLIK w podróży 2 - nowa galeria

Oto druga porcja moich zdjęć z podróży, znajduje się: TUTAJ. Zapraszam również do zakładki: NAJWAŻNIEJSZE WYPRAWY – gdzie zamieściłem krótką notkę o ostatniej wyprawie do Islandii. 

Opublikowano w Blog

Zapraszam na wywiad z legendą polskiego himalaizmu doktorem chemii Marianem Bałą. Zanim zrodziły się talenty Jerzego Kukuczki, Wandy Rutkiewicz czy Krzysztofa Wielickiego, to Marian i jego pokolenie rządziło w górach wysokich, wprowadzając w nie młodszych. Marian dokonał wielu pierwszych i drugich przejść w Tatrach, Hindukuszu, Pamirze, Kaukazie, Alpach, czy na Spitsbergenie, do tego jak mało kto potrafi barwnie opowiadać, a czasy początków eksploracji przez Polaków gór najwyższych są niezwykle ciekawe. Wywiad znajduje się w zakładce „ARTYKUŁY” lub kliknij: TUTAJ.

Opublikowano w Blog

Grzegorz Gawlik [G.G.] Kiedy się zaczęła Twoja przygoda ze wspinaczką?

005 wmMarian Bała [M.B.] W 1949 roku. Zawsze lubiłem dziewczyny i sport. Dlatego zapisałem się do sekcji narciarstwa biegowego w krakowskim klubie „Kolejarz”, gdzie przeważały kobiety. W lecie trenowaliśmy w Tatrach i Beskidach. Chodząc po górach robiliśmy kondycję. Z klubu mieliśmy darmowe bilety kolejowe. Wśród jego członków były osoby, które się wspinały. Spróbowałem, przypasowało mi. Miałem smykałkę. Dziewczyny odeszły z klubu, ja zostałem. Można powiedzieć, że zacząłem się wspinać przypadkowo. Wspinaczka bardzo przydawała się w narciarstwie biegowym, bo trenuje wszystkie mięśnie. Na pewien czas wciągnąłem się ponadto w wyczynowe kajakarstwo.

G.G. Twój pierwszy poważny wyjazd wspinaczkowy?

M.B. W 1956 roku pojechałem w Alpy francuskie, do Chamonix. Porzuciłem kajaki. Wawrzyniec Żuławski zrobił młodą kadrę wspinaczkową. Załatwił wyjazd z Francuzami, z którymi miał kontakty. Jechali ze mną Jerzy Warteresiewicz, Lechosław Utracki, Jerzy Surdel, Jan Zarębski, Marek Stefański, Momatiuk Czesław. Pojechaliśmy na miesiąc. Gdy zacząłem się wspinać nadal biegałem na nartach, bo pomagało to robić kondycję. Zresztą jeszcze do niedawna zakładałem biegówki.

G.G. To pytanie w zasadzie powinno paść na samym początku. Kiedy i gdzie się urodziłeś?

M.B. W 1931 roku w Krakowie, 31 lipca. Całe życie jestem krakusem.

G.G. Po Alpach w 1956 roku pojechałeś na kolejną wspinaczkę.

M.B. W 1957 roku znowu treningowo w Alpy a w 1958 roku na Kaukaz. W Alpach zrobiliśmy drugie przejście Peuterey, łatwiejszego wariantu. Rok później spaliśmy na szczycie kaukaskiego Elbrusu. Wyższego wierzchołka, na ponad 5600m n.p.m. (wyższy, czyli wierzchołek Zachodni liczy sobie 5642 m – przyp. G.G.). Potem zeszliśmy na wspinaczkę do doliny Adyl Su. Tam, nie udał nam się trawers Uszby, nie trafiliśmy w drogę.

G.G. Przed wyprawami do Azji Centralnej byłeś na Spitsbergenie.

M.B. W 1959 roku. Płynęliśmy statkiem. Potem miesiąc pracowaliśmy na polskiej stacji meteorologicznej. Drugi miesiąc mieliśmy dla siebie. To był pierwszy po wojnie tak poważny wyjazd o charakterze wspinaczkowym. Zdobyliśmy Horsundtind (1453 m)  a przede wszystkim zrobiliśmy „szóstkową” drogę na Gęsi Szczyt (Gnalberget). Nikt jej chyba nie powtórzył do dzisiaj („szóstkowa droga” –  oznaczona rzymskimi liczbami: VI to wg skali UIAA – Międzynarodowej Federacji Związków Alpinistycznych – droga wspinaczkowa skrajnie trudna (w skali alpejskiej jest to odpowiednik ED/ED+ - extremement difficile) – przyp. G.G.).

G.G. Ile metrów miała ściana?

M.B. 600 metrów. Do połowy grzebaliśmy się w ptasich gównach.

G.G. Co było dalej?

M.B. W 1960 roku nie załapałem się na pierwszą wyprawę na Noszak (7492 m). Pojechali bardziej doświadczeni, zdobyli szczyt.

G.G. W Hindukusz  dotarłeś w 1961 roku, były sukcesy.

M.B. Dwa razy wtedy wszedłem na Koche Tez, jakieś 7015m n.p.m. Tyle zmierzyły nasze przyrządy wysokościowe. To były pierwsze wejścia.

G.G. Na Noszak też w końcu pojechałeś.

M.B. Tak, był to chyba 1965 rok. Wszedłem z Luckiem Sadusiem w drugiej grupie, następnego dnia. Potem weszliśmy na Koche Bandaka (6843 m) w środkowym Hindukuszu (w Afganistanie – przyp. G.G.). Wojtek Kurtyka był na nim zdaje się w 1977 roku. Wracaliśmy przez dolinę Panczsziru, Rosjanie którzy tam walczyli, nie mogli jej zdobyć. Mieliśmy duże problemy, bo zredukowaliśmy jedzenie. Przejście miało nam zająć tydzień, a szliśmy ponad dwa. Musieliśmy płacić za tragarzy, w każdej wiosce. Zabrakło nam pieniędzy, płaciliśmy sprzętem, na początku też konserwami. To był wielki wyczyn podróżniczy. Było niebezpiecznie.

G.G. Jak długo trwały wasze wyprawy w Hindukusz?

M.B. Średnio dwa miesiące plus dojazd. Na przykład raz ciężarówką z Polski jechałem 26 dni, a autostopem z Kabulu wracałem dni 15.

G.G. Nie mięliście problemów z urlopami na tak długie wyjazdy? Dzisiaj obok pieniędzy, to największa przeszkoda.

M.B. Państwo i zakłady pracy nie przeszkadzały nam w jeżdżeniu, nawet pomagały. W końcu promowaliśmy Polskę naszymi wyczynami.

G.G. A co z finansowaniem wypraw?

M.B. Był problem z dewizami. Braliśmy na wyprawy ludzi z zagranicy, którzy płacili w dolarach. Dostawaliśmy raz na trzy lata 100 dolarów, potem trochę więcej, tzw. „gierkowskie kieszonkowe”. W Afganistanie i Pakistanie Polacy mięli uznanie, bo mieliśmy mało pieniędzy i targowaliśmy się. Na przykład Japończycy tego nie robili, płacili tyle ile im powiedziano.

G.G. Zagraniczni członkowie, gierkowskie kieszonkowe i targowanie, to nie mogło wystarczyć na finansowanie wypraw.

M.B. Wykonywaliśmy roboty wysokościowe, państwowy „Almatur” i inne zakłady pracy coś zawsze dorzuciły. Jedni pieniądze, inni jedzenie i sprzęt. Konserwy, koce, wyroby puchowe. Na przykład w Chełmku robili prototypowe buty górskie. Były świetne, sklepy ich nie chciały, nie podobały się ludziom. Mnie te buty zachwyciły, z dumą je nosiłem, sprawdzały się w górach.

G.G. Oprócz robót wysokościowych przede wszystkim pracowałeś na uniwersytecie.

M.B. Tak, na Uniwersytecie Jagiellońskim miałem etat, zajmowałem się chemią organiczną. Mój przełożony też się wspinał i bez przeszkód puszczał mnie na wyprawy.

G.G. Twoi studenci się wspinali?

M.B. Niektórzy tak. Mówiłem im, że w Klubie Wysokogórskim jestem Bała, a na uczelni mają się do mnie zwracać: Panie doktorze (śmiech).

G.G. Jako nauczyciel akademicki poza okresem letnim nie miałeś chyba czasu na wyprawy?

M.B. Niestety. Hindukusz robiło się w lecie, Himalaje wtedy odpadały, bo był monsun. W lecie miałem przerwę na uczelni, więc mogłem się wspinać. Ale w końcu zmieniłem pracę na Instytut Farmakologii PAN w Krakowie, by jeździć w Himalaje – wiosna, jesień. To był 1976 rok.

G.G. Wróćmy jeszcze do pieniędzy, na wyprawach handlowaliście, niektórzy bardzo skutecznie.

M.B. Sprzedawaliśmy zabrane z Polski puchowe wyroby, liny – po wyprawie, a przywoziliśmy kożuchy i sprzedawaliśmy w Polsce. Funkcjonowało w środowisku też pewne wyliczenie. Należało kupić na Słowacji gumy do żucia, sprzedać w Moskwie, gdzie był na nie popyt. Za uzyskane ruble kupić spirytus lub wódkę i sprzedać w Afganistanie. Na każdej transakcji zysk wynosił jakieś 1 do 7. Za 1zł „przebitka” wynosiła 7zł. W Afganistanie za uzyskane pieniądze należało kupić satynę, chyba nr 777 albo jakoś tak. Kolorową, ozdobioną w lokalne wzory. Następnie sprzedać ją w Rosji i za ruble kupić brylant. Legalnie, ale by nie mieć problemów na granicy należało dać łapówkę. Zgodnie z tym wyliczeniem ze sprzedaży brylantu w Polsce miało starczyć na nowy samochód. Nie wiem czy ktoś zrealizował to wszystko w praktyce.

G.G. Słyszałem, że w góry Afganistanu czasami docieraliście w nietypowy sposób?

M.B. Wysiadaliśmy w Termez w Uzbekistanie mając bilety do tadżyckiego Duszanbe. W Termez nie mogli wysiadać cudzoziemcy. Pogranicznicy nie wiedząc co z nami zrobić przewozili nas na stronę Afganistanu. Oni się chcieli pozbyć kłopotu, a nam właśnie o to chodziło.

G.G. Próbowaliście miejscowych używek?

M.B. Muszę Cię zmartwić, nie usłyszysz żadnej sensacji (śmiech). Jako sportowiec nie paliłem, alkoholu nie nadużywałem, teraz palę fajkę.

G.G. Niech Ci będzie. Przejdźmy do kolejnej wyprawy, z 1975 roku.

M.B. Zdobyliśmy Kohe Szachaur (7084 m) w Hindukuszu robiąc trawers z Nadir Szacha (6815 m). To było pierwsze przejście, zajęło nam siedem dni. W składzie oprócz mnie byli: Eugeniusz Chrobak, Kazimierz Liszka i Janusz Mączka. Pełniłem rolę kierownika wyprawy.

G.G. Jakimi mapami dysponowaliście?

M.B. Często żadnymi, sami je rysowaliśmy. Ówczesne mapy były słabe, często opieraliśmy się na wiedzy miejscowych albo wchodziliśmy na szczyt, który wydawał się najwyższy.

G.G. Tiricz Mir (7706 m) nie udało się zdobyć.

M.B. W 1978 roku pojechałem znowu w Hindukusz, właśnie na Tiricz Mir. Nie porozumieliśmy się z Austriakami i zrobiło się za późno, by zdobyć szczyt. Ale w tamtym roku udało się to między innymi Jurkowi Kukuczce, działającemu w ramach wyprawy polsko-jugosłowiańskiej.

G.G. Ile czasu łącznie spędziłeś w Hindukuszu?

M.B. Około dwa lata.

G.G. Wspinałeś się z różnymi wspinaczami a gdy nabrałeś doświadczenia kierowałeś wyprawami, między innymi na Pik Lenina 7134 m, po tadżyckiej stronie oficjalnie zwanym: Szczytem Ibn Sina albo Avicenny.

M.B. Nie pamiętam kiedy dokładnie to było, około 1980 roku. Na długo przed katastrofą z 1990 roku, która zabiła ponad 40 alpinistów. Wtedy droga klasyczna na szczyt przebiegała trochę inaczej niż dzisiaj. Udało nam się osiągnąć szczyt (Pik Lenina był „areną” kilku dużych tragedii, ta z 1990 roku pochłonęła 43 alpinistów, gdy po trzęsieniu ziemi na obóz II spadły lodowe seraki, do dzisiaj uchodzi za największą wysokogórską tragedię w historii – przyp. G.G.).

G.G. W latach 80-tych XX wieku jeszcze intensywnie działałeś w górach wysokich.004 wm

M.B. W 1985 roku pojechałem na Nanga Parbat (8126 m), lecz szybko zakończyłem z nią przygodę. Urwał się serak, który spadł na namiot, uszkodził mi bark i nogę. Zresztą miałem już wtedy ponad 50-tkę. Czwórka jednak weszła na szczyt: Jerzy Kukuczka, Zygmunt Andrzej Heinrich, Carlos Carsolio, bogacz z Meksyku – później zdobywca Korony Himalajów – i Sławomir Łobodziński z Kalifornii. Ci dwaj ostatni jako klienci, mieli sfinansować kolejną wyprawę, na Mount Everest. To właśnie Carsolio jako ostatni widział Wandę Rutkiewicz w 1992 roku na Kanczendzondze. Ponadto, w tym okresie byłem też w bazie pod Annapurną na trekkingu, którym kierowałem.

G.G. Popraw mnie jeśli się mylę. W 1985 roku na Nandze w lawinie zginął Piotr Kalmus?

M.B. Tak, w kuluarze pomiędzy I a II obozem.

G.G. Na tej wyprawie towarzyszył Ci między innymi wybitny krakowski wspinacz Wojciech „Szymon” Szymendera?

M.B. Zgadza się.

G.G. Pytam o „Szymona”, bo miałem przyjemność być jego kursantem w skałach, zresztą jak i Twoim. „Szymon” kiedyś wspominał wyprawę na Nangę. Teraz wiem, że byliście na niej razem. Wróćmy jednak do Everestu.

M.B. W 1989 roku w nagrodę za uszycie namiotów znalazłem się pod Everestem. Materiał nazywał się dakron, uszyłem dwa namioty bazowe, za co dostałem bilet do Nepalu. Byłem już jednak za stary na 8-tysięcznik. Na Everest (8848 m) weszli Eugeniusz Chrobak z Andrzejem Marciniakiem, jednak wyprawa została zapamiętana przede wszystkim przez tragedię jaka rozegrała się na Przełęczy Lho La (6026 m, w ostatnich dniach maja 1989 roku – przyp. G.G.). Podczas zejścia do Base Campu na całą grupę spadła lawina z masywu Khumbutse (6636 m). Porwani w niej zostali: Eugeniusz Chrobak (kierownik wyprawy), „Zyga” Heinrich, Mirek „Falco” Dąsal, Mirosław „Gardziel” Gardzielewski, Wacław Otręba i Andrzej Marciniak (zastąpił chorego Michała Kochańczyka, z tej piątki przeżył ostatecznie tylko Marciniak – zginął później odpadając z blokiem skalnym na Pośredniej Grani w Tatrach 7 sierpnia 2009 roku  – przyp. G.G.). Z innych uczestników tamtej wyprawy można wymienić:  Jacka Jezierskiego, Janusza Majera, Carsolio i Łobodzińskiego. Na wieść o wypadku, Artur Hajzer zorganizował międzynarodową akcję ratunkową, był w Katmandu po nieudanej wyprawie z Reinholdem Messnerem na południową ścianę Lhotse (8516 m). Gdy rozgrywała się tragedia przebywałem w Base Campie na około 5360 m. Nick Cienski, Kanadyjczyk polskiego pochodzenia, który był jednym  z gości dewizowych, za szybko doszedł do bazy i dopadła go choroba wysokogórska. Ściągnąłem go z Markiem Roslanem – lekarzem wyprawy – do Pheriche na około 4300 m, gdzie był najbliższy szpital. Po tym wydarzeniu Roslan poszedł do góry, ja zszedłem w dół, byłem trekkersem na tej wyprawie.

G.G. Za jaką uważasz najniebezpieczniejszą historię wspinaczkową w Twoim życiu?

M.B. W 1955 roku na Lodowym w Tatrach spadłem z głazem, który chwyciłem. Powinienem się zabić, a wyszedłem cało. Gdy inni przede mną go chwytali, był jeszcze stabilny. Wspinałem się wtedy między innymi z Momatiukiem. Wybitnym wspinaczem. Zresztą różnych historii, przygód, było bardzo dużo. Za dużo. Jedne śmieszne, inne niebezpieczne. Pan Bóg mnie nie zabrał do siebie, bo widocznie mam jeszcze coś do wykonania. Tylko nie wiem co to jest?

G.G. A propos śmiesznych historii, opowiedz jak to było z Araratem.

M.B. Będąc we wschodniej Turcji naturalnie wybrałem się na Ararat, solo. Pod górą mieszkają Kurdowie. Nikogo nie chcieli puścić bez płacenia. Za pozwolenie, przewodnika, tragarzy. Nie chciałem płacić. Nie miałem za dużo pieniędzy, a to by było ich marnowanie. Przecież sam mógłbym uczyć Kurdów wspinaczki. Dlatego schodziłem z wulkanu w nocy i dodatkowo nie używałem latarki, by nikt z kurdyjskich wiosek mnie nie zauważył. Gdyby tak się stało mogło być niebezpiecznie, że im nie zapłaciłem i chodzę po Araracie. W pewnym momencie lód się pode mną załamał i wpadłem do dziury wypełnionej wodą. Z plecakiem. Gdy wydostałem się na zewnątrz musiałem przetrwać jakoś noc. Wszystko miałem całkowicie przemoczone. A rano okazało się, że tak naprawdę wpadłem do kałuży. Tylko w jednym miejscu była głębsza. Tam gdzie akurat wpadłem. Gdybym szedł kilka kroków w lewo albo w prawo, to by się nie zdarzyło.

G.G. Ile miałeś lat, gdy ostatni raz byłeś w górach najwyższych?

M.B. Byłem już staruszkiem po 60-tce kiedy wybrałem się na lodowiec Batura i Hispar w Karakorum oraz w Himalaje pod Nanga Parbat, by zrobić symboliczny grób Piotrkowi Kalmusowi.  To było w latach 90-tych XX wieku, 10 lat po mojej trekkingowej wyprawie pod Everest.

G.G. Zakończyłeś karierę wspinaczkową, co uważasz za swój największych sukces?

M.B. Trawers Szachaur – Nadir Szach w Hindukuszu, to były dwa drugie wejścia na szczyty nowymi drogami. To jeżeli chodzi o góry najwyższe. W niższych będzie to Dychtau na Kaukazie (5205 m), wspinaczka północno-wschodnią ścianą, 2500 metrów, 3 noclegi. Były miejsca „szóstkowe”. To było trzecie przejście tej diretissimy (włoskie: „najprostsza” co należy tłumaczyć jako drogę wspinaczkową najbardziej zbliżoną do linii prostej od wierzchołka szczytu do podstawy ściany – przyp. G.G.).  Był rok 1974, wprowadzałem wtedy w góry wysokie Krzyśka Wielickiego, Andrzeja Pawlika z Krakowa i Andrzeja Mierzejewskiego z Warszawy. To były początki tzw. ery „Łojantów”, którzy w Tarach poprowadzili wiele nowych dróg wspinaczkowych, część z nich przeniosła się z sukcesami w góry wysokie.

G.G. O największą porażkę także muszę zapytać?

M.B.  Trawers kaukaskiej Uszby od strony południowej, od Swanetii, nie zrobiliśmy go. Nie trafiliśmy w drogę, miejscowi źle nam ją pokazali.

G.G. Nie żałujesz braku 8-tysięcznika na koncie?

M.B. Za wcześnie się urodziłem na 8-tysięczniki Za późno było na moje Himalaje. Byłem za stary, by załapać się na wyprawy Andrzeja Zawady. Gdy byłem na Nanga Parbat miałem ponad 50 lat.

G.G. Co nie zmienia faktu, że jesteś legendą polskiego himalaizmu. Jak to jest być legendą?

M.B. Żarty sobie stroisz. Jestem kawał h… h… historii polskiego himalaizmu (śmiech). Trzeba mieć cały czas dystans do siebie i do tego co robimy. Najważniejsze są nasze czyny.

G.G. Teraz odwieczne pytanie: czy da się pogodzić wspinaczkę z inną karierą zawodową?

M.B. Początkowo wydawało mi się, że tak, że można pogodzić wspinaczkę i karierę. Dzisiaj wiem, że jednak nie, bo w moim wypadku wyszło „nie pies nie wydra”. Doktor chemii ale nie profesor. Dobry alpinista ale nie wybitny. Tak wyszło. Jest albo to albo to – nie ma innego wyjścia. Chemia mnie pasjonowała, trochę było mi jej żal, by skupić się tylko na górach. Młodzież mnie lubiła. Wszyscy studenci poznają mnie do dzisiaj. Nie byłem łagodny, ale zawsze byłem sprawiedliwy. Pewnie dlatego.

G.G. Następne pytanie zabrzmi banalnie, ale żałujesz czegoś?

M.B. Gdyby człowiek wiedział pewne rzeczy wcześniej, można by inaczej pokierować życiem, ale nie żałuję niczego. Raczej wybrałem dobrze. Miałem trochę tego i tego.

G.G. Ktoś w Twojej rodzinie się jeszcze wspinał lub wspina?

M.B. Moją córkę Annę Marię od małego zabierałem w góry, jest aktywna, kocha góry, była na Kilimandżaro (5895 m) i Toubkalu (4167 m) w Atlasie Wysokim, ale góry całkowicie jej nie pochłonęły.

G.G. A żona?

M.B. Ewę poznałem w górach, jest ode mnie o cztery lata młodsza, miała ze mną ciężko gdy wyjeżdżałem. W 1965 roku gdy urodziła się córka spuściłem z tonu, obniżyłem poziom ryzyka. Stałem się bardziej odpowiedzialny. Żona się krzywiła na te moje wyjazdy, ale wiedziała, że to moja pasja. Gdy na Noszaku zginął Jerzy Potocki radio Wolna Europa informując o wypadku podało między innymi moje nazwisko, ale jako uczestnika wyprawy. Żona myślała, że jest już wdową. Też zawsze była związana ze sportem, grała w siatkówkę, trochę się wspinała.

G.G. Na kolejne pytanie znam Twoją odpowiedź, ale mimo to chciałbym żebyś o tym opowiedział. Dzisiaj, kiedy wielu wyrusza w skały albo w góry jedynie w celach promocyjnych i marketingowych, warto zapytać dlaczego Ty kilkadziesiąt lat temu zająłeś się wspinaczką?

M.B. Dla swojej własnej satysfakcji, nie po to by błyszczeć. To była moja pasja. Często szkoliłem za darmo. Tego dzisiaj się praktycznie już nie spotyka (Marian był instruktorem wspinaczki przez 54 lata, od 1954 roku do końca 2008 roku – przyp. G.G.). Ale rozumiem, że dla innych błyszczenie jest szansą na znalezienie sponsora.

G.G. Czy utkwiło Ci w pamięci jakieś nazwisko, o którym mógłbyś powiedzieć, że był wybitnie wspinaczkowo utalentowany a świadomość jego istnienia nie przebiła się do szerszej świadomości?

M.B. Mirek Dąsal, „Falco”. To był fantastyczny talent, nie miał szczęścia, zginął. Dzisiaj mało kto o nim pamięta.

G.G. Dobrze mu szło pisanie. Książka-dziennik „Falco” Dąsala – „Każdemu Jego Everest” – zrobiła na mnie duże wrażenie, gdy przeczytałem ją pierwszy raz jako nastolatek. Do dzisiaj to ważna pozycja w mojej bibliotece.

M.B. To powinna być jedna z obowiązkowych lektur każdego, kto myśli o wspinaczce w górach wysokich.

G.G. A kiedy Ty wydasz swoją? Twój życiorys to znaczny fragment złotej ery polskiego himalaizmu, jej początków. Książka o tych czasach byłaby bardzo cenną pozycją.  

M.B. Kilka razy dostałem propozycję napisania książki. Może się za to w końcu wezmę. Mam dokładne notatki z wypraw, dzień po dniu.

G.G. To zanim ją napiszesz poleciłbyś jeszcze jakieś pozycje książkowe?

M.B. „Miejsce przy stole” Andrzeja Wilczkowskiego – obowiązkowa książka dla tych co chcą się wspinać. Wilczkowski opisał w niej pokolenie wspinaczy powojennych, w tym zasady panujące wewnątrz środowiska. „Zwyciężyć znaczy przeżyć” Alka Lwowa, Jan Długosz, który miał przezwisko „Palant”, wydał zbiór opowiadań „Komin Pokutników”. Jan i  Małgorzata Kiełkowscy – monografie górskie i Wielką Encyklopedię Gór i Alpinizmu”, tom VI poświęcony jest ludziom gór. Ciekawa jest również sześciotomowa kolekcja „Polskie Himalaje” na którą składają się książki i płyty DVD (autorem jest Janusz Kurczab – przyp. G.G.).

G.G. W wielu artykułach  prasowych i książkach można zobaczyć Twoje zdjęcia.

M.B. Zawsze lubiłem je robić, kiedyś sam wywoływałem, dzisiaj korzystam z techniki cyfrowej.

G.G. Obecnie, każdy bez problemów może pojechać w dowolne góry, pod warunkiem, że ma pieniądze i czas. A jak było kiedyś?

M.B. Nie można było wyjechać w góry prywatnie, trzeba było być zrzeszonym w klubie, by dostać paszport (Marian Bała jest członkiem Klubu Wysokogórskiego w Krakowie – przyp. G.G.).

G.G. Gdy jestem w górach wysokich obserwuję, że większość wspinających się to zlepek indywidualności, którzy od czasu do czasu łączą siły w jednostkowym projekcie. Ale i tak każdy myśli tylko o sobie. Kiedyś też tak było?

M.B. Nie. Było zupełnie inaczej. Znaliśmy się, przyjaźnili, spotykali w klubie, na krótszych i dłuższych wspinaczkach. Nierzadko razem pracowaliśmy, chodziliśmy wspólnie na piwo, czy przesiadywaliśmy w schroniskach górskich. Na wyprawy jeździliśmy jako grupa. Do dzisiaj zostało mi sporo przyjaźni z czasów wspinaczki. Byliśmy wspólnotą, nie tylko podczas wspinaczek. Starsi, na przykład „Pokutnicy”, było ich pięciu czy sześciu, w skałach szkolili grupy. W Klubie Wysokogórskim w Krakowie mamy Klub Seniora, spotykamy się, jeździmy w góry czasami. Nasze kontakty były i są serdeczne. Nieraz zajmujemy całe schronisko. Na przykład robimy spotkania seniorów w schronisku nad Morskim Okiem. Znam ludzi z różnych pokoleń wspinaczkowych („Pokutnicy” – wybitni wspinacze w skałach, działali w latach 30 – 50-tych XX wieku, związani byli z krakowskim środowiskiem górskim, nazwa ma pochodzić od ciężkiego i „dzwoniącego” sprzętu wspinaczkowego, którego używali – przyp. G.G.).

G.G. Bywasz jeszcze w górach wyższych od Tatr?

M.B. We wrześniu 2013 roku z przyjaciółmi, w trójkę, byliśmy w Szwajcarii, pochodziliśmy po lodowcach. Razem mięliśmy ponad 250 lat. Może w tym roku też uda nam się ruszyć na lodowce. Dajemy jeszcze radę.

G.G. Bardzo dziękuję za rozmowę, ale może chodźmy na peron, bo pociąg Ci ucieknie.

M.B. Rzeczywiście.

006 wmZ Marianem Bałą spotkałem się 9 marca 2014 roku na rozdaniu Kolosów, pisząc najogólniej: nagród podróżniczych. To była 16-ta edycja Ogólnopolskich Spotkań Podróżników, Żeglarzy i Alpinistów. Rozmowę rozpoczęliśmy jeszcze w hali sportowo-widowiskowej „Gdynia Arena”, potem kontynuowaliśmy w kawiarni w centrum Gdyni, a następnie w poczekalni dworca kolejowego. Nie była nam wstanie przeszkodzić okropnie bucząca maszyna czyszcząca, natrętnie jeżdżąca obok nas, ani pijany mężczyzna, któremu przeszkadzała nasza ożywiona rozmowa. Ostatnią jej część, w formie wywiadu, spisałem na kartkach, na kolanie. Marian na pociąg do Krakowa zdążył.

Na zdjęciach: z Marianem Bałą na Kolosach 2014 w Gdyni (autorem zdjęcia jest Marek Roslan), na pozostałych zdjęciach - w tym zamieszczonych w wywiadzie - Marian Bała jako instruktor w skałkach podkrakowskich w 2008 roku i na dworcu kolejowym w Gdyni. 

Opublikowano w Wywiady
piątek, 05 wrzesień 2014 13:26

WULKANY - galeria zdjęć odświeżona

Wyprawy 2013 i 2014 poświęcone były zdobywaniu wulkanów w Azji Południowo-Wschodniej i w Islandii (Europa), dlatego nie może dziwić, że galeria „WULKANY” została mocno zrekonstruowana.

Galeria „WULKANY” znajduje się: TUTAJ.

Opublikowano w Blog
Strona 1 z 3

nationalgeographic box

red bull 225x150

TOKFM box

iexpert 225X150px

stopka plecak

LogoStopka

stopka plecak

Strona używa informacji zapisanych za pomocą… plików cookies w celu dostosowania do indywidualnych potrzeb użytkowników. Jeżeli tego nie akceptujesz zmień ustawienia przeglądarki dotyczą…ce cookies. Więcej informacji można znaleźć‡ w naszej Polityce prywatności.