a2b2

red bull box 225x150

pzu bezpieczny 225x140

spokey.jpg 225PX

LOGO

Podziel się

FacebookMySpaceTwitterGoogle BookmarksLinkedinRSS Feed
Nie tylko piękny to trekking, ale też bardzo zróżnicowany. W artykule skupię się na największych przyrodniczych atrakcjach w mojej subiektywnej ocenie. Wybrałem pięć. Równorzędnych.

1) SUBTROPIKALNY LAS z górskimi rzekami i wodospadami. Na trekkingu kilkukrotnie jest okazja, by go podziwiać. Przed Ghorepani. Pomiędzy: Ghorepani a Tadapani, Sinuwa a Doban oraz w okolicach Jhinu Danda. W jego wyższych partiach wiosną kwitną rododendrony (np. las rododendronowy w okolicach Poon Hill i Ghorepani), a niżej przez cały rok inne drzewa. Uprawia się tutaj banany i arbuzy. Aż trudno uwierzyć, że nad głowami sterczą zlodowacone szczyty.

2) POON HILL (3193m, z wieżą widokową 3210m). Słynny widok oferuje panoramę na Dhaulagiri Himal, i po drugiej stronie rzeki Kali Gandaki, na Annapurna Himal. Najlepiej widać Dhaulagiri I (8167m) i Annapurnę Południową (7219m). Dobrze także Annapurnę I (8091m), Nilgiri (do 7061m), Hiunchuli (6441m), Tukuche (6920m), Dhaulagiri II (7751m), Gurja (7193m). O świcie zwykle jest bezchmurne niebo, słońce zaczyna oświetlać szczyty, w tym dwa ośmiotysięczniki. Poon Hill to jeden z najwspanialszych himalajskich punktów widokowych, bardzo łatwo dostępny. Nad dużą miejscowością – Ghorepani. Ale nawet tam na górze, w chłodzie poranka, można sobie kupić ciepłą herbatę i podziwiać najwyższe góry świata.

W opisie trekkingu do Bazy pod Annapurną, który umieściłem w zakładce „artykuły”, wspomniałem o pierwszych zdobywcach Annapurny I. W tym miejscu zatem będzie o pierwszych zdobywcach Dhaulagiri I. Miało to miejsce w maju 1960 roku podczas wyprawy szwajcarskiej. Szczyt zdobyli: Kurt Diemberger, Peter Diener, Ernest Forrer, Albin Schelbert i nepalscy Szerpowie – Nawang Dorje, Nyima Dorje, a dziesięć dni później Michel Vaucher oraz Hugo Weber. Polacy pierwszy raz na szczycie stanęli dwadzieścia lat później, również w maju, w osobach Wojtka Kurtyki i Ludwika Wilczyńskiego.

3) MODI KHOLA – GÓRNA CZĘŚĆ DOLINY. Od turystycznej osady Himalaya do Południowego Lodowca Annapurny. Wąska, skalista, z wodospadami. Wyżej lodowce i piękne skalne wierzchołki. Po bokach do blisko 7000m a na horyzoncie nawet do 7500m (Gangapurna 7454m, Annapurna III 7555m). Czuć tutaj prawdziwą wysokogórską atmosferę, a z rejonu Machapuchare Base Camp (ok. 3700m) rozpościera się niezapomniany widok na dolinę.

4) ODCINEK MACHAPUCHARE BASE CAMP – ANNAPURNA BASE CAMP. Krótki, po skręceniu w lewo z doliny Modi Khola. Sedno trekkingu. Za plecami dostojnie prezentuje się święta góra Nepalczyków - Machapuchare (6993m), na którą nie wolno się wspinać. Po lewej masyw Hiunchuli, po prawej morena Południowego Lodowca Annapurny, za nim Tharpu Chuli (5695m) i Singu Chuli (6501m), a dalej rejon Tare Kang (Glacier Dome, 7069-7140m). Z przodu upragniona Baza pod Annapurną (4130m). Nazwa: Południowe Sanktuarium Annapurny wynika nie tylko z położenia, ale także z rozłożenia szczytów. Jak w teatrze stojąc na scenie i patrząc na widownię. Tuż pod nogami jest potężny Południowy Lodowiec oraz czorteny modlitewne, w tym ofiar Annapurny. A po bokach szczyty od Annapurny Południowej, poprzez Bharha Chuli (7647m), Annapurna I (8091m, od drugiej strony względem Poon Hill), po Roc Noir (7485m). Tutaj czuć potęgę gór i widać ich nieskazitelne piękno.

5) JHINU DANDA HOT SPRINGS – czyli gorące źródła. Bez nich, byłaby to turystyczna wioska jakich wiele. Lecz niedaleko, przy korycie Modi Khola, tryskają termalne źródła i utworzono tu niewielkie kąpielisko. W którym można posiedzieć i odpocząć. Obok głośno szumi wspomniana lodowcowa rzeka, po bokach rośnie gęsty las. Nie widać stąd cywilizacji. Odwiedziny tego miejsca mogą być wspaniałym zwieńczeniem trekkingu do Bazy pod Annapurną dla jednych, początkiem trekkingu, dla drugich.

W dziale artykuły można znaleźć więcej informacji o trekkingu.

Na zdjęciach przykładowe zdjęcia z kilku wyjazdów.

Opublikowano w Blog

Regularnie jestem pytany, czy kolejne przejście tego samego trekkingu mnie nie nudzi? Mógłbym odpowiedzieć – to moja praca. Ale nie, nie nudzi. A jak zacznie, wybiorę inne trekkingi. Ich nie brakuje. Wielokrotne pokonywanie tych samych tras ma swoje plusy. Za każdym razem dostrzegam nowe rzeczy, pogłębiam swoje obserwacje. Widzę jak zmienia się dany fragment – w tym wypadku – Nepalu. Jak cofają się lodowce, jaka na przestrzeni lat jest pogoda, temperatura. A gdy mogę przy okazji pokazać komuś fajny kawałek świata, to sprawia mi to radość.

Na blogu piszę głównie o wulkanach, chociaż materiałów z niewulkanicznych wyjazdów są terabajty. Niewykorzystane. Kolejne terabajty materiałów, które nie ujrzały nigdy światła dziennego, dotyczą samych wulkanów. Powód prozaiczny - brak czasu, którego nie da się rozciągnąć.

Ale w ramach odskoczni od wulkanicznych tematów, dzisiaj parę zdań o bardzo fajnym trekkingu wokół Manaslu. Ósma góra świata, nosząca też nazwę Kutang, co w tybetańskim nawiązuje do płaskiego miejsca jakie jest pod szczytem. Ten płaskowyż jest charakterystyczny dla Manaslu i rozegrała się tam niejedna górska tragedia. Górę zwano też Peakiem XXX, a obecna nazwa w starym indyjskim języku oznacza Góra Ducha. Najczęściej podaje się wysokość 8156-8157m. Manaslu jest pomiędzy Dhaulagiri 8167m a Nanga Parbat 8126m. Całe pasmo górskie jest wyraźnie wyodrębnione od sąsiednich – Annapurna Himal, Himlung Himal, Kutang Himal i Ganesh Himal.

Atutem trekkingu wokół Manaslu jest niewielka liczba turystów, jeszcze, i przyzwoite warunki pobytowo-noclegowe, już. Kiedyś chodziło się tutaj z namiotami. Piechur ma też poczucie, że znalazł się w sercu gór, daleko od cywilizacji, a to nawet w Himalajach coraz trudniejsze.

Można podziwiać Manaslu z dwóch stron. Najsłynniejsze widoki są z Lho (z klasztorem buddyjskim na pierwszym tle), z okolic Samagaon i z Bimtang.

Atrakcjami są wioski tybetańskich ludów, wodospady, lodowcowe jezioro Birendra, do którego obrywają się kawałki lodowca Manaslu. Wielokrotnie przechodzi się mostami nad rzekami lodowcowymi jak Budhi Gandaki Nadi i Marsyangdi Nadi. Ich doliny raz są wąskie, skaliste, innym razem szerokie, oferujące efektowną panoramę Himalajów.

Niżej można obserwować uprawy ryżu i bananów, wyżej jęczmienia i kukurydzy. Wiosną napotkamy kwitnące rododendrony, a jesienią kwitną inne gatunki drzew. Trafiają się drzewa limonkowe i z pomidorami drzewnymi. Rosną tu też jabłka. A z warzyw uprawia się między innymi paprykę, kapustę czy ziemniaki.

Najwyższym punktem trekkingu jest przełęcz Larke (Larkya La/Bhanjyang – te ostatnie słowa po nepalsku i tybetańsku oznaczają - przełęcz). Choć dane co do wysokości podaje się różne, to najwyższe fragmenty na ścieżce są na wysokości 5145-5165m n.p.m. A ten kluczowy punkt jest w innym miejscu niż tablica informacyjna i ogromne ilości flag modlitewnych. Kawałek dalej. Przełęcz jest szeroka i płaska. Po bokach są zlodowacone 6-tysięczniki, między innymi pasma Larke Himal, które przytulone jest do Manaslu. Z drugiej strony jest grupa górska Himlung, w części najbliżej przełęczy zwana Pawar Himal. Wędrówka w tym rejonie biegnie morenami, po bokach są niewielkie lodowce, a schodząc mocno w dół z przełęczy, rozciąga się piękna panorama na fragment Annapurna Himal.

Cały trekking od Arughat do Besi Sahar zajmuje około dwa tygodnie, a powolne zdobywanie wysokości ma zbawienny wpływ na proces aklimatyzacji.

Najlepsze miesiące na jego realizację to kwiecień, maj, październik, listopad, choć tak naprawdę może być to trekking całoroczny. Z najmniej przyjaznym okresem pomiędzy połową grudnia a połową lutego. Śnieg, mróz, wiatr i nieprzetarta ścieżka mogą wtedy sprawić trudności. Ale jeśli ktoś chodzi w zimie po wyższych partiach polskich gór, nie będzie zaskoczony warunkami. Dodatkowym utrudnieniem będzie oczywiście wysokość.

Trekking wokół Manaslu można sobie urozmaicić odbiciami do Doliny Tsum, albo do bazy pod Manaslu czy na którąś z tybetańskich pięciotysięcznych przełęczy. Poprawi to proces aklimatyzacji i dostarczy wspaniałych wysokogórskich przeżyć.

Na koniec wypada wspomnieć o pierwszych zdobywcach Manaslu 8156m. Od początku bardzo chcieli go zdobyć Japończycy, próbowali kilka razy, aż na początku maja 1956 roku na szczycie stanęli: Toshio Imanishi (Japończyk) i Gyaltsen Norbu (Nepalczyk, Szerpa). Od strony lodowca Manaslu i wioski Samagaon. Polacy na szczycie zameldowali się w 1984 roku, ale było to pierwsze zimowe wejście (pierwsza połowa stycznia). Dokonali tego Maciej Berbeka i Ryszard Gajewski.

Więcej informacji o Trekkingu wokół Manaslu można znaleźć w dziale: artykuły.

Oto mała próbka zdjęć z kilku wyjazdów

Opublikowano w Blog
niedziela, 14 styczeń 2018 17:52

TREKKING WOKÓŁ MANASLU – HIMALAJE, NEPAL

W Nepalu można zrobić przynajmniej 100 świetnych trekkingów. O różnej skali trudności. To nie prawda, że istnieje tylko trekking pod Everest i wokół Annapurny. Ten ostatni zresztą stracił większość swoich walorów po zbudowaniu dróg z obu stron przełęczy Thorung La. A ten pierwszy w sezonie potrafi być bardzo zatłoczony.

Trekking wokół Manaslu przeznaczony jest dla dobrego piechura. Nie jest zatłoczony. A poza najwyższym noclegiem, śpi się w lodgach – czyli prostych górskich hotelikach (są pokoje dwu-, kilku- osobowe, czasami są jedynki). Nie tak dawno jeszcze była konieczność użycia namiotów.

Za najlepszy czas pod względem pogody przyjmuje się: połowa marca – połowa maja i październik – początek grudnia. Setki stron w internecie opowiadające, który sezon - wiosenny czy jesienny - jest lepszy, który miesiąc, kiedy jest cieplej, zimniej, więcej chmur - to zazwyczaj stek bzdur. Oba są bardzo podobne pod każdym względem. Tak samo dobre. A to że raz w danym sezonie pogoda jest odrobinę gorsza, a innym razem odrobinę lepsza – to naturalne. To są Himalaje, najwyższe góry świata. Monsun raz przychodzi trochę szybciej, raz odchodzi wolniej. W załączonej do artykułu galerii są zdjęcia wiosenne i jesienne, które dokładnie pokazują jaka najczęściej jest pogoda wokół Manaslu.

Do przejścia jest około 200km w dwa tygodnie. Można się pokusić o odbicie do Doliny Tsum, dokładając 3-4 dni (mając dodatkowe pozwolenie). Ale nie kierujmy się liczbą kilometrów, bo w górach wysokich ma to znikomy sens. Pokonanie 10km na wysokości tysiąca metrów nie ma porównana do pokonania 10km powyżej czterech tysięcy metrów nad poziomem morza.

Ogromnym atutem tego trekkingu jest świetna aklimatyzacja. Wędrówkę zaczyna się z ok. 500 m n.p.m. (choć można podjechać kilkaset metrów wyżej), by stopniowo zdobywać wysokość, w kluczowym momencie osiągając 5165 m (Larke Pass, choć dane internetowe wahają się w przedziale 5100-5200 m). Kończy, nawet na ok. 800m, choć zwykle z osad położonych na wysokościach: 2100 m (Dharapani), 1400 m (Chyamche), czy 1100 m (Syange) – zjeżdża się jeepami, ewentualnie lokalnym autobusem.

Powolny marsz, choć niektóre odcinki dzienne są długie, pozwala na stopniową i bardzo dobrą aklimatyzację. Którą można jeszcze ulepszyć, robiąc bardzo fajne jednodniowe wycieczki w bok. Do starej bazy pod Manaslu (Manaslu BC, ok. 4200 m ) albo nawet do aktualnej bazy na 4850 m – skąd obecnie atakuje się ten ośmiotysięcznik. W okolicy jest piękne lodowcowej jezioro Birendra (ok. 3630 m) i nad nim lodowiec Manaslu oraz wspaniałe widoki na himalajskie szczyty. Można też zrobić wycieczkę aklimatyzacyjną na jedną z tybetańskich przełęczy 5000-5200 m, czyli znaleźć się na granicy Nepalu z Chinami. Podziwiać panoramę Tybetu, lodowce, jak Fukang. Można zbierać skamieniałe muszle amonitowe, zwane tutaj saligramami.

Przed pokonaniem najwyższego punktu – Przełęczy Larke (Larkya) – dociera się do obozu Dharmashala (ok. 4450 m), niedaleko lodowca Syacha i północnych fragmentów Manaslu. Tu ma miejsce najwyższy nocleg – w kamiennym prymitywnym powiedzmy schronisku albo w namiotach zorganizowanych przez właścicieli schroniska. Na szlak wyrusza się przed wschodem słońca, by około południa po przejściu przełęczy, odpoczywać już po drugiej stronie w Bimtang (Bimthang) na wysokości 3700 m (pod boczną moreną lodowca o tej samej nazwie). Podejście jest łagodne, zejście w początkowej fazie umiarkowanie strome. Po bokach przełęczy są pasma Pawar Himal do ok. 6500 m i Larke Himal do ok. 6249 m.

Oto kilka innych atrakcji, oprócz wspomnianych, jakie można spotkać na trekkingu. Już samo obcowanie z Nepalczykami jest ciekawe, obserwowanie jak żyją, jak mieszkają, jak uprawiają swoje poletka. A na tym trekkingu można spotkać różne ciekawe grupy etniczne, których w Nepalu jest mnóstwo. Choćby osady, w których mieszka tybetański lud Bhotiya albo bardzo muzykalni Gurungowie, kiedyś znani z brytyjskich oddziałów Ghurków. Nad wioską Lho (ok. 3200 m) jest duży buddyjski klasztor i bardzo długa ściana modlitewnych murków mani. A widok na klasztor i Manaslu za plecami jest absolutnie spektakularny. Klasztorów na trekkingu jest więcej, czasami są w nich ogromne młynki modlitewne. Do niektórych wiosek wejdziemy przez buddyjskie bramy kani. Wyżej w górach można spotkać dzikie owce i kozice. Ponadto, nie zabraknie rzek lodowcowych, wiszących mostów, wspaniałych dolin oraz wodospadów. No i oczywiście himalajskich zlodowaconych szczytów.

Trekking pozwala zobaczyć Manaslu z dwóch stron (8156-8163 m według różnych źródeł) oraz szereg gór zaliczanych do Manaslu Himal, Annapurna Himal i pomniejszych pasm. Z ciekawszych szczytów można wspomnieć o pobocznych szczytach Manaslu – od Manaslu North 7157m po Manaslu East 7992m, Nadi Chuli 7871 m, Nemjung 7140 m, Himlung 7126 m, Gyahi Kang 7074 m, Thulagi 7059 m, Kang Guru 6981 m, Panbari 6905 m, Chombi 6704 m, Phungi 6538 m, Kechakyu 6358 m, Samdo 6335 m, Naike Peak 6211 m.

Wspomnę jeszcze, że od Dharapani (ok. 2100 m), wkracza się na trekking Wokół Annapurny. Można stąd zjechać jeepami do Besi Sahar. Z obu krańców trekkingu wokół Manaslu trwa budowa jezdnych dróg szutrowych, ale jedynie do początkowych miejscowości.

W każdej lodgy (lodge) na trasie jest jadalnia, wyżej w górach ogrzewana wieczorami. Miejscami jest WIFI – zazwyczaj marne. Za ładowanie elektroniki się płaci, ale nie zawsze ta usługa jest dostępna. Sieci komórkowe działają co najwyżej w dolnych partiach. W lodgach są sklepiki, w których kupimy jedzenie, napoje, artykuły przemysłowe (w tym papier toaletowy, szczoteczka do zębów) czasami też pamiątki. A w dolnych partiach warzywa i owoce. Wśród zwykle kilkudziesięciu pozycji w menu, często przygotowanych pod turystę, można popróbować różnych lokalnych potraw. Wszędzie da się zamówić prysznic, niżej coraz częściej jest gazowy, wyżej dostaje się wiadro z gorącą wodą. A wysoko prysznic grozi przeziębieniem albo chorobą.  

Ceny. Co roku ulegają zmianom, a sposób organizacji trekkingu może być tak różnorodny, że rozrzut kwot jest ogromny. Zależy od wielu czynników. Czy weźmiemy przewodnika, czy dodatkowo tragarza. Czy będziemy samodzielnie filtrować wodę czy kupować butelkowaną. Czy częściowo będziemy się żywić tym co weźmiemy ze sobą, czy tylko w lodgach. Co będziemy jeść. Ile razy kupimy piwo czy colę. A wiadomo – czym wyżej tym drożej. Dlatego na całodzienne wyżywienie i nocleg na dole można wydać 20-40 dolarów a wysoko w górach 40-80. A jak ktoś będzie bardzo rozrzutny, nawet kilka razy tyle. Bo tam wyżej butelka piwa kosztuje ok. 10 dolarów, a litr wrzątku czy mała butelka coli - 5 dolarów. Innymi słowy, nie ma sensu podawać cen, bo już w chwili ich pisania, będą nieaktualne albo niedopasowane do trekkingu jaki sobie zorganizuje ktoś inny.

Pogoda. Na dole subtropikalny klimat, już powyżej 2000m, poranki i wieczory chłodne, a powyżej 3000m, w nocy, może być niewielki mróz. Gdy jest słonecznie i nie wieje wiatr, nawet w Dharmashala można przyjemnie odpoczywać na słońcu. Przed wschodem słońca w drodze na Larke Pass temperatury zazwyczaj wynoszą od minus 2-3 stopni do minus 7-8 stopni Celsjusza. Przez cały trekking może nie spaść kropla deszczu czy śniegu, ale z popołudniowym opadem trzeba się liczyć. To Himalaje. Zdarzają się całodziennie niemal bezchmurne dni, ale zwykle około południa znacznie ich przybywa na niebie.

Żaden specjalny sprzęt nie jest wymagany, ale warto zabrać kijki trekkingowe, na wszelki wypadek można zabrać tzw. raczki. Oprócz wygodnych butów i odpowiednich ubrań. Plus tak oczywiste rzeczy jak śpiwór (skrajnej nocy może być lekko minusowa temperatura), okulary przeciwsłoneczne czy krem z filtrem. A jeśli nasz główny plecak niesie targarz, warto mieć na plecach jakiś mały, z zapasem wody.

Na trekking potrzebne są pozwolenia do: Manaslu Conservation Area, Manaslu Restricted Area (bo to tzw. teren zamknięty, z ograniczonym dostępem) oraz do Annapurna Conservation Area. Ponadto trzeba się zarejestrować w systemie TIMS.

Wszyscy chodzą trekking od Arughat (ok. 500 m) do Besi Sahar (ok. 750 m, końcowy odcinek pokonuje się samochodem lub autobusem). W zależności jak rozłoży się trasę, zwykle potrzeba 13-16 dni. Na upartego, gdy ktoś zamiast podziwiać widoki chce gonić, można ten czas mocno skrócić.

Dla kogo jest ten trekking? Dla zdrowych osób w wieku od kilkunastu do ponad 80 lat. Jeśli ktoś potrafi przejść po górach kilkanaście – dwadzieścia kilka kilometrów dziennie w niższych partiach. Kilka – piętnaście kilometrów w wyższych. Przynajmniej przeciętnie znosi duże wysokości, a wg nauki, prawie każdy człowiek poradzi sobie z wysokościami do 6000 m n.p.m. Ponadto umiarkowany mróz mu niestraszny, tak samo jak smaczne ale niewysublimowane jedzenie oraz turystyczne warunki noclegów. Ponadto niezbędne jest poczucie humoru, umiejętność nie marudzenia, nie narzekania, i dbania o dobrą atmosferę w grupie. Jak również świadomość, że to Himalaje, trekking, i nie wszystko da się przewidzieć. A każda przygoda powinna być przyjmowana z radością.

Na zdjęciach TREKKING WOKÓŁ MANASLU.

Opublikowano w Przewodniki Turystyczne
czwartek, 07 wrzesień 2017 07:15

DZIECIAKI NEPALU

Dzieciaki w Nepalu to wdzięczny temat fotograficzny. Dlatego zamiast pisać, lepiej pokazać zdjęcia. Nie tylko wesołe, też te smutne, zmuszające do głębszej refleksji.
Oto mała próbka z mojego archiwum, z kilku różnych miast, himalajskich trekkingów oraz z Doliny Katmandu.
Opublikowano w Blog
poniedziałek, 04 wrzesień 2017 07:12

NEPAL: Dharahara - wieża, która zabiła 180 osób

25 kwietnia 2015 roku Nepal nawiedziło niszczycielskie trzęsienie ziemi o sile 7,8 stopni w skali Richtera. Wstrząsy wtórne też były silne. Oprócz tysięcy dramatów ludzkich, doszło do dramatycznych zniszczeń bezcennych zabytków, często wpisanych na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Dzisiaj wspomnę o jednym z nich.

Wieża Dharahara, miała drugą nazwę - Bhimsen. Wybudowano ją w 1832 roku, wraz z siostrzaną, trochę wyższą. Tą ostatnią rozebrano w 1934 roku, niższa, mierząca prawie równe 62 metry, przetrwała. Obie powstały dzięki mukhtijarowi Bhimsenowi Thapa, zaś inicjatorką była jego siostrzenica, królowa Lalit Tripura Sundari (to z kolei trzecia z używanych nazw wieży). Funkcja mukhtijara zbliżona jest do funkcji premiera w zachodnich demokracjach.

Dharahara liczyła 213 spiralnych schodów i była najwyższą budowlą w Nepalu. Tak naprawdę, dwie pozostałe wspomniane przeze mnie nazwy, nosiła ta wyższa wieża. Niższa, pełniła funkcję strażnicy wojskowej. Wyższa uległa zniszczeniu na skutek trzęsienia ziemi w 1934 roku, niższa także, choć w mniejszym stopniu. I tylko ją zdecydowano się odbudować, a później nazywać jak tą unicestwioną. Architektonicznie nawiązywała do islamskiego minaretu, a w środku była statua hinduistycznego boga Sziwy. Zaś na wejściu do wieży sceny z kamasutry.

Dharahara znajdowała się Katmandu, w części nepalskiej stolicy zwanej Sundhara, całkiem niedaleko ścisłego centrum i głównego skupiska zabytków przy Durbar Square.

Po trzęsieniu z 2015 roku władze państwowe postanowiły ją szybko odbudować, ale jak to w Nepalu - dużo się mówi, mało się robi. Pierwszy termin już minął, z kolejnymi będzie podobnie. Lecz plany odbudowy mam nadzieję, że kiedyś się ziszczą.

Świadomość, że kiedyś stałem na szczycie tej wieży, podziwiałem panoramę Katmandu i okolicznych gór, a teraz jej nie ma - najzwyczajniej sprawia smutek. A przeraża fakt, że Katmandu tracąc zabytek z listy UNESCO, utraciło przede wszystkim 180 istnień ludzkich, na skutek zawalenia wieży. Część ofiar była w środku, część na placu i ulicy.

Trzęsienie ziemi z 2015 roku zniszczyło lub uszkodziło wiele bezcennych zabytków. Licznym tymczasowo zabezpieczonym grozi zawalenie. Wystarczy nawet średnie trzęsienie ziemi w Dolinie Katmandu, by przestały istnieć. Skala napraw i odbudowy zniszczeń jest wielokrotnie poniżej potrzeb, które są ogromne. Nepal, jeden z najbiedniejszych krajów świata, który nie radzi sobie z codziennością, z pewnością nie poradzi sobie z odbudową i dbaniem o zabytki.

Jeśli czas pozwoli, w przyszłości postaram się przedstawić więcej podobnych przykładów - z przed i po trzęsieniu ziemi.

Na zdjęciach: Dharahara przed trzęsieniem ziemi w 2015 i po. Oraz stara ulotka informacyjna i bilet.

Opublikowano w Blog
Tytuł może grafomański, ale oddaje w sposób skondensowany zakres wyjazdu. Na rozgrzewkę białoruski Brześć z Twierdzą Brzeską, Moskwa z Kremlem, zabytkowym metrem, Placem Czerwonym, Arbatem. Sankt Petersburg z Newą i Newskim Prospektem, Pałacem Zimowym, Zatoką Fińską Morza Bałtyckiego. Z podmiejskim Puszkinem w którym pałac Jekaterynowski z kopią bursztynowej komnaty, oraz Jeziorem Ładoga koło Szlisselburga. A potem w kierunku celów najistotniejszych. Na początek Syberia.

Po czterodobowej imprezie w pociągu na linii Transsyberyjskiej witał Irkuck z Angarą i drewnianą zabytkową zabudową. A dosłownie chwilę później Listwianka z Bajkałem – jadąc lokalnym mikrobusem z prędkością do 160km/h była to naprawdę chwila, mogłem napisać testament przed wyjazdem. Bajkał nie był najistotniejszy w całym wyjeździe, ale nie zabrakło ognisk nad jeziorem, wędzonego na gorąco omula, nerp, a nade wszystko Kolei Krugobajkalskiej. Niewiele ponad 100 kilometrów, ponad 7 godzin jazdy - ale nic w tym dziwnego, jeśli zwykły kursowy pociąg robił postoje, by zjeść szaszłyka, wykąpać się w Bajkale o temperaturze około 5°C, pojeździć na rowerach wodnych, pooglądać tunele, góry.

Sajany – góry podzielone na Sajany Zachodnie i Wschodnie, ciągnące się przez około 1650km, dzikie, piękne, współcześnie zlodowacone – nie można było ich nie odwiedzić. Choć dotarcie w nie, nie było najłatwiejsze – było świeżo po powodzi. Ponadto jazda w 6 osób(wraz z miejscowym kierowcą), z ogromnymi plecakami, w nissanie micra, przez kilka godzin po wyboistej drodze nie należała do komfortowych. Ale to wszystko było nieważne. Cel – najwyższa góra Sajanów: Munku Sardyk (3491m n.p.m., po buriacku Wieczna Góra). Wysoka woda nie pozwoliła ruszyć w góry korytem Białego Irkutu, próby pokonania rzeki mogły się skończyć tragicznie – nie zabrakło porwania przez wodę. Trzeba było poszukać innej drogi – udało się taką znaleźć – okrężną, ale widoki zapierały dech w piersiach.

Emocji dostarczało pokonywanie kolejnych zboczy, szczytów, stromych dolin, rzek, wodospadów, płatów śniegu, fragmentów lasu, torfowisk, tundry górskiej. Co jakiś czas prezentowała się skalno-lodowa ściana Munku Sardyk – nie do pomylenia z niczym innym w tym rejonie. Ogromne przestrzenie, przepiękne góry, raz skaliste, raz bardziej o charakterze płaskowyżu – a przede wszystkim dzikie.

Po dwóch dniach ostrej wędrówki udało się dotrzeć nad lodowcowe jezioro Egoj(Echo, 2613m.n.p.m.), po którym pływał jeszcze lód - w środku lata - a wkoło królowały skaliste szczyty z lodowcem i Munku Sardyk na czele. Tylko nad jeziorem można było rozbić namiot w miarę bezpiecznie ze względu na lawiny skalne i spadające głazy. Po przetrwaniu załamania pogody, nastał w końcu słoneczny i bezchmurny poranek, mroźny. Można zatem było zaatakować najwyższy szczyt Sajanów, surowy, majestatyczny, niebezpieczny i całkiem trudny. Rumowisko skalne, z głazami miejscami o wielkości samochodów, płaty wiecznego śniegu. Droga przez lodowiec i wzdłuż niego była zbyt ryzykowna, na powierzchni lodowca widniała świeża nieduża lawina, po ostatnich opadach śniegu. Co jakiś czas spadały po nim kamienie i głazy z ogromną prędkością. Zostać uderzonym takim to niechybna śmierć, więc wprowadziłem nasz trzyosobowy zespół (ja i dwie koleżanki) na boczną grań i nią pięliśmy się do góry.

Wędrówka tą drogą nie była łatwiejsza, była dłuższa, ale uniknęliśmy czegoś na co nie mieliśmy wpływu – spadających kamieni. Duża część trasy prowadziła po rumowiskach skalnych o bardzo dużym nachyleniu, głazy były ruchome, nieraz trzeba było odskakiwać przed którymś przez nas poruszonym. Żleby miejscami były wypełnione żwirem i mniejszymi kamieniami, było to wszystko dosyć plastyczne, osuwaliśmy się, trzeba było bardzo uważać, bo kilkadziesiąt stopni nachylenia wróżyło tragedią w razie większego osunięcia.  

Od około 3000 metrów wkroczyliśmy na świeży śnieg (oblodzenie skał i kamieni sięgało niżej). Jezioro Egoj było lazurową kropeczką, nasze namioty ledwie widocznymi punkcikami. Zahaczaliśmy też o fragmenty lodowca. Moja rola polegała na tym, by przejść trudniejsze odcinki na „żywca” i zrzucić linę towarzyszkom wyprawy, by mogły pokonać przy jej asekuracji trudniejszy odcinek. Były naprawdę dzielne i świetnie zniosły tą wędrówkę. Charakter wyjazdu nie pozwolił zabrać sprzętu wspinaczkowego. Trudny teren, duże nachylenie, spore oblodzenie i sytuacje zachwiania na występach skalnych, poślizgnięcia na płytach skalnych. Osunięcia na rumowiskach tak sypkich, że nie dało się ustać, też na śniegu, lodzie, a wkoło setki metrów przepaści. Fragmenty skał chwytane w ręce nieraz w nich pozostawały, erozja była mocno posunięta. Gdybyśmy nie mięli kilkunastu metrów liny, sprezentowanej w dolinie od Rosjan, przez kilka miejsc dziewczyn bym nie przeprowadził, ponadto dodawała ona trochę komfortu psychicznego.

Ostatnie dwieście metrów wspinaczki było wymagające i gdyby nie lina poręczowa, mogłoby nam się nie udać wejść na szczyt, a w każdym razie ryzyko byłoby graniczące z szaleństwem.  Lina była w stanie budzącym duże wątpliwości. Dosyć stara, cienka, a nade wszystko w wielu miejscach poprzecierana o skały, bądź włókna były tak rozciągnięte, że zwiastowały rychłe przerwanie. Pewności co do stanu montażu lin też nie można było mieć. Decyzja o powierzeniu siebie linie byłaby głupotą, jej zerwanie przy oparciu na niej całego ciężaru, to rychła śmierć. Trzeba było szukać też innych miejsc, gdzie można było oprzeć nogę, rękę, jednak bez tej liny byłoby znacznie trudniej niż z nią, zwłaszcza że wszystko było oblodzone. Udało się jednak pokonać najtrudniejsze fragmenty, a ostatnie kilkadziesiąt metrów to skały i ogromne głazy, dosyć stabilne, łatwe do pokonania, choć wymagające pewnej zwinności.

Dotarliśmy na szczyt najwyższej góry Sajanów, na granicy rosyjsko-mongolskiej. Dla tych widoków warto było ryzykować. Niepokoiły tylko szybko zbierające się kłębiaste chmury tuż nad głowami. One niczego dobrego nie zwiastowały. Wejście od strony mongolskiej na Munkusia, jak pieszczotliwie nazwaliśmy Munku Sardyk, jest łatwe, od strony rosyjskiej o charakterze alpinistycznym – przynajmniej fragmentami, ale cały przekrój trasy jest dużo trudniejszy. Na szczycie jest metalowy krzyż, trochę metalowych tabliczek i inne drobiazgi, ponieważ to święta góra Buriatów. Od strony rosyjskiej jest przepiękny widok na potężny fragment Sajanów, które miejscami mają charakter alpejski, miejscami charakter płaskowyżu, widać głębokie doliny, małe lodowce, a w dole oko jeziora Egoj. Od strony mongolskiej pejzaż jest łagodniejszy, a przy dobrej pogodzie widać ogromne jezioro Chubsuguł.

Pogoda w Sajanach zmienia się szybciej niż powszechna opinia, że pogoda w górach zmienia się szybko. Błyskawicznie pojawiły się kłębiaste chmury, w ciągu dziesięciu minut rozpętała się burza śnieżna. Widoczność spadła prawie do zera.

Trzeba było uciekać, bo po pierwsze nie mieliśmy sprzętu na wspinaczkę w stricte warunkach zimowych(letnią zresztą też), a po drugie było pewne, że lada chwila w najwyższy szczyt, z metalowymi elementami, zaczną uderzać pioruny. Widoczność bardzo ograniczona, opad intensywny, w chwilę pod nogami było biało. Huk burzy budził respekt. Pioruny rzeczywiście jeden po drugim „atakowały” wierzchołek. Następnie schodziły ramionami, w tym przez nas. Co jakiś czas uderzał w nas prąd. Na szczęście trwałej krzywdy nam nie zrobił, ale włosy stawały dęba, a ruch rękami powodował dźwięki, jakie słyszy się przy liniach średniego i wysokiego napięcia. Ucieczka ze szczytu była trochę szaleńcza, jednak najtrudniejsze miejsca przechodziliśmy przy użyciu liny.

Mokrzy, brudni, ze zdartymi dłońmi od skał, doszliśmy do podnóża lodowca, skąd do jeziora było już blisko. Pogoda gwałtownie się poprawiła, niebo znów świeciło błękitem. Doszliśmy do namiotów, a to nie był koniec wędrówki na ten dzień. Czas naglił, nastąpiło więc żmudne pakowanie i ruszyliśmy w dół. Szliśmy bardzo szybko, bo zbliżała się noc. Udało nam się zejść do pierwszych drzew, na ok. 2100m n.p.m. Rozbiliśmy się na krzakach z czołówkami na głowach przed północą, a wcześniej nie zabrakło przeprawy przez sporą w tym miejscu rzekę. O poranku kontynuowaliśmy zejście kanionem Białego Irkutu, dziesięć razy przeprawiając się przez rzekę. Bywało niebezpiecznie.

W nocy tego samego dnia dotarliśmy, choć nie bez trudu, w okolice miejscowości Żemczug w Dolinie Tunkińskiej u podnóża Sajanów Wschodnich. Po to, by następnego dnia spędzić kilka godzin w termalnym błotnistym kąpielisku obok rzeki Irkut, zaprzyjaźniając się z krowami. Zajadając bliny, arbuzy i pozy (pierogi z  mielonym mięsem przyrządzane na parze, w Mongolii nazywają się buzy). Nie zabrakło błota, krowich placków, eleganckich samochodów i Rosjanek ubranych w najmodniejsze stroje bikini.

Wieczorem byliśmy już jednak w Sludiance, a rano jechaliśmy w kierunku Ułan Ude, stolicy Buriacji. Po zobaczeniu największego pomnika Lenina i zjedzeniu paru szoarm(czyli kebabów)) oraz morożenoje, następny przystanek był w Nauszkach na granicy rosyjsko-mongolskiej. Po nocy na dworcu, jednej z kilku podczas wyjazdu, udało się wjechać do Mongolii, gdzie po niemalże bitwie z Mongołami - w przeciwieństwie do Bitwy pod Legnicą w 1241 roku - wygranej - udało się kupić bilety z Suche Bator do Ułan Bator, jadąc koleją Transmongolską. Podróżowaliśmy na całej trasie tylko wagonami plackartnymi (bezprzedziałowe sypialne) i obszczij (miejsca siedzące) nie licząc elektriczek (miejsca siedzące) – bo tak jest najfajniej.

W Ułan Bator zamieszkaliśmy blisko buddyjskiego klasztoru Gandan. Zajęliśmy się załatwianiem uaz-a z kierowcą, a jako że mieliśmy ambitny plan, nikt nie chciał z nami pojechać. Lecz w końcu się udało. Już pierwszego dnia zrozumieliśmy, dlaczego nasz organizator transportu pytał nas, czy zgadzamy się, by kierowca jechał skrótami. Kolejny raz wrócił temat – dlaczego my –  głupcy – nie spisaliśmy przed wyjazdem testamentów. Jazda w uaz-ie, w wersji bus, po stepach, z prędkością okresowo 110km/h to jedyne doznanie w swoim rodzaju, trzeba było bardzo się starać by nie stracić zębów – a pasy – co to w ogóle jest? Nasz kierowca Baska każdego dnia nam udowadniał, że nie ma dla niego rzeczy niemożliwych i tam gdzie nikt nie przejedzie on da radę. Kaniony, góry, błota, rzeki, pustynia – wszystko da się przejechać – nieważne że wszyscy inni pokonują dany odcinek pieszo – on nas zawiezie, nie pozwoli nam użyć nóg, a to że kilka razy po drodze prawie się zabijemy - drobny szczegół. Godne najwyższego podziwu było również to, gdy na stepach i terenach pustynnych we wszystkich kierunkach przecinały się nikłe polne drogi, a on wiedział i w dzień i w nocy którą trzeba pojechać.

Podczas przejażdżki po Mongolii nie zabrakło pustyni Gobi (w dzień temperatury przekraczały +50°C, w nocy spadały do +30°C), Ałtaju Gobijskiego z małym lodowcem w dolinie Jolyn Am i kanionami. Potężnych wydm Chongoryn, jaj i kości dinozaurów, kanionów z czerwonego piaskowca w Bajandzag koło Bulgan. Nocy na pustyni pod gołym niebem w towarzystwie jak się okazało skorpionów i pośród karłowatych drzew saksaułów. Odwiedzaliśmy różne miejscowości jak Dalandzadgad czy Tsetserleg. Byliśmy w klasztorze Erdeni Dzu w Charchorin, śpiąc pod samymi murami. W klasztorze Ongiin Khid na pustyni Gobi, w położonym na skałach klasztorze Tuvken.

Odwiedziliśmy wulkaniczne jezioro Terkhiin Tsagaan (lustro wody na 2060m) i czwartorzędowy, ale już wygasły wulkan Khorgo (Chorgo, ok. 2400m) z polami lawowymi. Nie powstrzymałem się od zejścia na dno krateru, kilkaset metrów w dół. Spadanie na powierzchni niewielkiej lawiny z pumeksu i ostrej lawy to bardzo ekscytujące przeżycie.

W górach Changajskich spaliśmy w jurcie (inaczej ger) u rodziny kierowcy, cała wioska przygotowała dla nas sporo atrakcji. Oprócz spożywania licznych smakołyków, które wszyscy poza mną przypłacili zatruciem, robiliśmy wiele świetnych rzeczy. Jak przejażdżki na zwierzętach. Konie końmi, ale mnie najlepiej jeździło się na jaku. Chodziliśmy w tradycyjnych strojach del i uczyliśmy się miejscowych pieśni. Braliśmy udział w zapasach – narodowym sporcie, bez szans na sukces. Nawet małe dzieci znają techniki, by przewrócić dorosłego. Podobnie było w zawodach w strzelaniu z procy. Graliśmy w kości, chyba z wielbłąda. Są cztery kości, regulamin gry. Też nie mieliśmy szans. Zaganialiśmy na koniach jaki do wioski. Imponujące jak tam wszyscy celnie strzelają i jak jeżdżą na koniach, od najmłodszych lat.

Podczas wyprawy między innymi piliśmy wielokrotnie kumys(ajrak) – ohydztwo, którego z gościnności nie można było odmówić – gorsza jest tylko chińska ryżowa wódka i rosyjski napój gazowany o nazwie selenga. Piliśmy mongolską wódkę archi robioną z destylowanego kumysu, jedliśmy pyszne buzy(buudze) i chuuszury - rodzaj pierogów i placków z mięsem. Piliśmy herbatę z mlekiem jaka, jedliśmy placki z masłem jaka, ciastka maślane, ser arul świeży i wysuszony, pewnie z mleka jaka, i cukierki zrobione z arulu (ser ten leczy i chroni zęby). Jedliśmy burunduka - odmianę wiewiórki – więcej kości niż mięsa niezbyt smacznego, jak i zupę nie wiadomo z czego, ale tak tłustą, że zjedzenie stanowiło wyczyn. Wszystko było przygotowywane w jurcie, na piecu umiejscowionym centralnie, który służy także jako ogrzewanie.

Po powrocie do Ułan Bator ruszyliśmy ku Chinom. Grzechem było nie odwiedzić Pekinu, położonego o rzut kamieniem. Problem z biletami zmusił nas do fortelu – kupienia biletów na najbliższej stacji za Ułan Bator(na każdą stację przypada jakaś pula biletów). Nauczeni doświadczeniem zabarykadowaliśmy się przy kasie, by kupić jako pierwsi, i mimo nacisku Mongołów, dopięliśmy swego. A potem dwudziestogodzinna jazda podczas burzy piaskowej(piasek był wszędzie), w pociągu przeludnionym o tysiąc procent. Przekraczanie granicy też dostarczyło emocji. 14 osób ściśniętych w uaz-ie i wielki korek

Znaleźliśmy się w Chinach, w Erlian, witała nas sztuczna tęcza przed terminalem granicznym i bardzo zadbane miasto, choć i graniczne po mongolskiej stronie - Zamyn Uud, prezentowało się całkiem nieźle jak na umiejscowienie na pustyni Gobi.

W granicznym Erlian zaatakowali nas kierowcy autobusów, każdy chciał sobie nas wydrzeć dla siebie. Po targowaniu – w Mongolii norma, w Chinach obowiązek – wsiedliśmy do niezłego autobusu z łóżkami leżącymi i wygodnie przez noc dotarliśmy do Pekinu. Gorąco, duszno, wilgotność do 100% (i tak przez cały pobyt), stojąc, siedząc, pot ściekał po nas ciurkiem. Na Chińczykach nie robiło to większego wrażenia, dla nas to był kolejny ostry klimat po wysokogórskim i zimowym w Sajanach, poprzez pustynny i upalny ale suchy na pustyni Gobi.

W Pekinie nie zabrakło odwiedzin placu Tiananmen(Bramy Niebiańskiego Spokoju), Zakazanego Miasta, Pałacu Letniego, Pałacu Niebios. Wędrówek dziennych i nocnych po starodawnych tradycyjnych dzielnicach – hutongach, w praktyce dla biednych współczesnych mieszkańców. Ilość ludzi w Pekinie robiła wrażenie, jak i rozwój technologiczny. Imponujące konstrukcje, tunele, mosty, autostrady. Szybkie pociągi, drapacze chmur, zaawansowane systemy metra, a to wszystko okraszone wbrew stereotypom dużą wolnością ludzi.

Wpadliśmy z wizytą do Qinhuangdao nad Morzem Żółtym (Zatoka Liaotuńska), zwiedziliśmy pobliskie zabytki, m.in. Mur Chiński w Shanhaiguan. Także w Badaling, niedaleko Pekinu. Mur Chiński to stanowczo przereklamowana atrakcja.  

Nadszedł w końcu czas powolnego powrotu. Do Manzhouli na pograniczu z Mongolią i Rosją, czekało nas 30 godzin jazdy na siedząco w pociągu. To i tak nieźle, bo w Mongolii bywało na stojąco. Chińskie pociągi oferują spektrum wrażeń. Jedne są bardzo szybkie, klimatyzowane, eleganckie, płynące a nie jeżdżące po torach. Są też gorsze, wolniejsze i przeludnione. Najdłuższą trasę przyszło nam spędzić w tych drugich. Mieliśmy na szczęście wykupione miejsca, ale wkoło stało pełno ludzi. Przysiadali na chwilę, gdy ktoś wstawał do toalety. Pociąg jechał przez Harbin, niecałe 200km od granicy z Koreą Północną i 500km od Władywostoku. Jechaliśmy tzw. koleją Transmandżurską.

Manzhouli to takie chińskie Las Vegas na prowincji, duże miasto na stepie, w dzikiej bezdrzewnej okolicy. Wieżowce, kolorowe i oświetlone miasto, eleganckie hotele, dużo budynków w budowie, w tym wysokościowców. Kwitnące przygraniczne miasto, gdzie pełno Rosjan na zakupach i w imprezowym nastroju.

W końcu siedzieliśmy w autobusie do Zabajkalska, skąd po przekroczeniu granicy prywatnym autem osobowym o funkcji taksówki, w sześć osób całą noc jechaliśmy do Czyty. Przywitała nas syberyjskim chłodem, czasem plus osiem godzin w stosunku do Polski, ale cała kolej rosyjska jeździ według czasu moskiewskiego. Z Czyty przez Irkuck i Moskwę w kilka dni dotarliśmy do Brześcia, a następnie do Terespola. Skąd trzeba było jeszcze kilkuset kilometrów i około dziesięciu godzin, by znaleźć się w domu, po jakże udanej wyprawie. Podróż powrotna trwała 11 dni, pokonaliśmy ponad 10 tysięcy kilometrów. Łącznie podczas całego 50-dniowego wyjazdu, dwa tygodnie spędziliśmy w pociągach, lądem przejechaliśmy ponad 26 000km.                                                                                             

(skrócona wersja artykułu z 2006roku)

W galerii niewielka porcja przykładowych zdjęć z wyprawy: 

Opublikowano w Przewodniki Turystyczne
Spojrzałem na mapę w poszukiwaniu zakątka ciekawego, ale jeszcze stosunkowo dzikiego, mając świadomość że jest kwestią niedługiego czasu, kiedy dzikich zakątków praktycznie już nie będzie. Nawet tereny polarne przeżywają okres wzmożonej eksploracji, a za tym zawsze idzie utrata przynajmniej części walorów pierwotnych takiego miejsca.

Mój wybór padł na góry Ural i tereny za kołem podbiegunowym północnym. Pierwszym punktem było miasto Salechard, stolica Jamalsko-Nienieckiego Okręgu Autonomicznego, którego obszar to niemal dziesięciokrotność obszaru Republiki Czeskiej(trzy i pół Polski). Liczy zaledwie 40tys. mieszk., ale obok Moskwy i Petersburga uchodzi za najbogatsze i najdroższe miasto Rosji. Położone jest za rzeką Ob, już w Azji, wkoło otoczone przez jej rozlewiska i zabagnioną tundrę(która przez 10 miesięcy w roku jest zamarznięta). Mimo to, miasto robi wrażenie – lśni nowością, zbudowane jest z najdroższych materiałów budowlanych, zadbane, nawet udało się wprowadzić krzaki brzozy o wysokości około 2-3 metrów. Jeżdżą najnowsze i najdroższe samochody, które pewnie nigdy nie wyjechały poza rogatki, bo nie ma tam dróg, tylko bezkresne bagno, pod którym wieczna marzłoć (na ogół zaczyna się od kilkudziesięciu centymetrów do metra pod ziemią). By tam dojechać potrzeba około czterech dni, pokonuje się ponad 4tys. km i kilka stref czasowych. Taki sam czas jest np. w Pakistanie.

Salechard swoje bogactwo zawdzięcza przede wszystkim złożom gazu i ropy, to w J.-N. Okręgu znajduje się półwysep Jamał, skąd dociera gaz do Polski. Salechard słynie też z tego, że znajduje się dokładnie na kole podbiegunowym północnym(równoleżnik +66°33’), tak samo jak Fort Yukon na Alasce i Rovaniemi w Finlandii. Z tymże, jest najrzadziej odwiedzany(prawie wcale) z tych trzech miast ze względu na trudny dojazd, chociaż poprawia tą kwestię nowoczesne lotnisko. By dostać się do Salechardu drogą naziemną trzeba pokonać m.in. bardzo rozległe obszary tajgi, lasotundry, tundry, góry Uralu Polarnego wyrastające osobnymi masywami. Oraz rzekę Ob w Labytnangi, blisko ujścia do Morza Karskiego, mającą szerokość w tamtym miejscu około 2,5km(a długość jej przekracza 4tys.km). Na końcu jeszcze posterunek miejscowych służb, uważnie pilnujących, by nikt niepożądany nie dostał się na teren Okręgu.

Kolejnym punktem wyprawy była Workuta, położona w europejskiej części Rosji. Leży w pobliżu 67 równoleżnika, 160km na północ od koła podbiegunowego północnego, Liczy ok. 70tys. mieszk. (na początku XXI wieku jeszcze wyraźnie ponad 100 tysięcy), wydobywa się tam m.in. węgiel kamienny. Miasto robi bardzo przygnębiające wrażenie. Wkoło bagnista tundra, płaty śniegu, mimo drugiej połowy lipca, temperatura tylko kilka stopni powyżej zera, pociąg z bezkresnej tundry wjeżdża nagle w blokowisko. Domy na palach, bo tundra zabiera i niszczy każdy kawałek ziemi o którym człowiek zapomni. Nawet dwumetrowy odcinek między chodnikiem a drogą jest zawładnięty przez bagno. Drzew oczywiście nie ma, nawet za wielu większych krzaków brzozy. Domy odrapane, wiele opuszczonych, rozbiera je trudny klimat. Tam tak samo jak w wielu miejscach Rosji, na głównym placu króluje zadbany pomnik Lenina. Workuta to miasto senne i ponure, jakby zapomniane przez wszystkich, leży w autonomicznej republice Komi, znacznie większej niż obszar Polski, tak samo jak najwyższa góra Uralu, znajdująca się w paśmie Subpolarnym.

W lecie trudno dostać się w Ural Subpolarny, przez tundrę i tajgę przejść się w zasadzie nie da, gdyż podmokłość terenu, stopień zarośnięcia, ogromna ilość owadów, powodują że dziennie w takim terenie można przejść od 1 do kilku kilometrów i nie ma suchego miejsca by się położyć. A z Inty w pobliże najwyższej góry Uralu- Narodnej(Narodnaja, 1895m n.p.m.) jest około 150km. Technicznie nie da się nawet zabrać jedzenia na tak długi czas, a po drodze jest też do pokonania duża górska rzeka- Kożim, wymagająca na ogół przepłynięcia.

Drugim sposobem jest wynajęcie helikoptera, ale to bardzo kosztowne. Wreszcie trzecim sposobem, stosowanym praktycznie zawsze, jest przejazd specjalnym samochodem (np. typu ural, czy gąsienicowym) do kopalni kwarcu Żelannaja w pobliżu Narodnej (dwa-trzy dni marszu od niej), biegnie tam jedyna utwardzona droga. Przejazd z Inty pod kopalnię trwa nie krócej niż 6 godzin, na trasie jest spora rzeka, droga miejscami to głębokie błoto, bardzo nierówna, chociaż tak jak o linie kolejowe w tym rejonie, dba się o tą drogę, by istniała, a wymaga to ciągłej pracy. Trudny teren powoduje, że nie ma żadnych osad ludzkich. Transport w góry jest dosyć trudny, a bywa że i kosztowny, setki dolarów za kurs samochodu w jedną stronę(trzeba się targować).

Teren Uralu Subpolarnego zawarty jest w Parku Narodowym Yugyd-va, utworzonym w 1994r., wpisany jest na listę UNESCO, liczy 1,9mln ha. Znajduje się tam około 40 małych lodowców i setki płatów wiecznego śniegu, setki rzek i potoków, także 800 górskich jezior. Góry te są pełne endemicznych roślin, rzadkich zwierząt, ale najbardziej charakterystyczna i egzotyczna w stosunku do Polski jest obecność renifera, który jest hodowany na obszarach polarnych przez ludy koczownicze: Komi, Nieńców, Chantów- ubierają się i mieszkają w podobnej zabudowie jak Indianie z kontynentów amerykańskich(oczywiście pisząc w dużym uproszczeniu). Góry te słyną też z rzek zasobnych w ryby i dziesiątek odmian minerałów, kryształy kwarcu nierzadko osiągają wagę kilku ton. Ural to góry z pogranicza Azji i Europy, umowna granica biegnie u wschodniego podnóża gór.

Rejon Narodnej jest odwiedzany coraz liczniej, ale wystarczy wejść w boczną dolinę, a nie spotka się innego człowieka, wkoło tylko góry, śnieg, rzeki, jeziora, ogromne rumowiska skalne, bagna, tundra, torfowiska, czasami trudne do przebrnięcia krzaki i tajga. Wszystko ogromne, przestrzenie są niesamowite. W razie wypadku na pomoc nie ma co liczyć, bo dotarcie do źródła pomocy zajmuje wiele dni. Na przykład Kaukaz w porównaniu z Uralem, to główna ulica stolicy dużego europejskiego kraju, aczkolwiek Kaukaz i tak jest nieporównywalnie dzikszy od Tatr czy Alp.  

Góry Uralu mają bardzo zróżnicowany charakter, płaskie potężne grzbiety górskie, w formie rumowisk skalnych, ale także nie brakuje gór o charakterze alpejskim, skalistych, z licznymi kotłami, w których nierzadko małe lodowce. Jest jednak jeden duży minus, świat ten ogląda się zza moskitiery, ilość komarów i muszek, jest ogromna, człowiek jest nimi oblepiony.

Krótki okres wegetacji powoduje, że życie przez dwa miesiące w roku jest tam bardzo intensywne. Mrozy zimą wynoszą często 40 — 50 stopni Celsjusza. Owady bardzo dokuczają, gryzą nawet przez gruby materiał, a chemia działa na nie krótko. Stąd nawet mimo grzejącego potężnie słońca, trzeba być potężnie ubranym, zakryć jak najwięcej ciała, a nad głową i tak bzyczą co najmniej setki komarów, szukając okazji do wbicia się w ciało. Skutecznie je znajdują. Dużym problemem jest spożywanie posiłków czy załatwianie potrzeb fizjologicznych w ich gromadnym towarzystwie.

Na Uralu pogoda zmienia się znacznie gwałtowniej niż u nas w Tatrach. Prawie bezchmurne niebo jest wstanie zakryć się w ciągu godziny chmurami, z których sypnie śniegiem. Śpiąc na wysokości 300-400m n.p.m. zanotowałem kilka razy spore przymrozki. Poprzedniego dnia słońce spaliło mi twarz, a w nocy zamarzła woda w butelce. Noce - nie ma ich, o tej porze roku panuje tam dzień polarny. Ciekawym doświadczeniem było żyć prawie trzy tygodnie bez nocy i do tego zmieniać strefy czasowe. Nawet gdy w porze nocnej niebo jest całe zachmurzone, pada deszcz/śnieg, to jest tylko szaro. Po Uralu śmiało można wędrować przez całą dobę. Gdy noc jest mroźna, można odpocząć od komarów. Dzień polarny zaczyna się już dobę jazdy pociągiem od Moskwy na północ. Na Uralu słońce mocno świeciło o trzeciej nad ranem, bardziej na północ jeszcze wcześniej i było przez całą dobę jeszcze jaśniej. Nawet w Sankt Petersburgu czuje się bliskość obszarów polarnych, bo robi się tam ciemno (ale nie bardzo ciemno) około północy.

Ural jest przepiękny, jeszcze dziki, ale nie wolno zapomnieć o odpowiednim ekwipunku i ilości jedzenia, nietrudno się tam zgubić. Całe Tatry mieszczą się bez przeszkód w jednej dolinie. Wszystko trzeba liczyć w dniach, a szczyt odległy jakby się zdawało o kilka godzin, okazuje się, że jest dwa dni drogi od nas, gdyż nie ma tam żadnych szlaków, a teren jest bardzo trudny i zdradliwy. Wędrówka po ciężkim rumowisku, bagnach, przez krzaki, tundrę, w niższych partiach przez tajgę, po śniegu. Często trzeba omijać bardzo strome kotły polodowcowe, które np. nagle się pojawiają na płaszczyźnie szczytowej, bywa ich cała seria. W słońcu jest ciepło, ale gdy go nie ma temperatura niewiele przekracza 0 stopni Celsjusza. Załamania pogody bywają gwałtowne i długotrwałe.

Mój atak szczytowy na Narodną od podnóża, trwał aż kilka dni, z powodu mrozu sięgającego –10 stopni, porywistego wiatru, który prawie zniszczył namiot i obfitych opadów śniegu. Wędrówka w chmurach, które są tam często bardzo nisko, we mgle, po zaśnieżonym i oblodzonym bardzo trudnym technicznie rumowisku skalnym -  męczące i trudne zajęcie. Bardzo łatwo się połamać. A wiatr potęguje uczucie zimna, organizm szybko traci ciepło, niektóre płaty śniegu i lodowce są na tyle strome, że trzeba dużego wysiłku, by przez nie przejść bez żadnej asekuracji. Ale dla Uralu warto – są to niesamowite góry. One, wraz z wszystkimi kolorami wiecznie jasnego nieba, ich potęga, dzikość - wprawiły mnie w niebywałe szczęście.

Po tych pięknych przeżyciach trzeba jeszcze wyjść z gór. Dojście do wspomnianej kopalni kwarcu to jeden dzień(doba)-trzy dni z okolic Narodnej. Potem musiałem czekać 5 dni na jakikolwiek transport, by dotrzeć do Inty – trzeba być na to przygotowanym, tam człowiek może liczyć tylko na siebie. Można mieć szczęście i czekać kilka godzin, a można czekać i tydzień. Przez 5 dni nie było żadnego środka transportu, a wędrówka przez Ural to wielodniowy marsz(a plecak pełny minerałów waży). Transport też nie był bezpieczny, bo na podskakującej, ubłoconej, potężnej ciężarówce przewożącej kwarc.

Rosja to specyficzny kraj, ale ludzie są bardzo życzliwi, bezinteresownie potrafią wykazać dużą pomoc. Mówi się o gościnności Polaków, ale nie ma nawet porównania co do gościnności Rosjan z rejonów oddalonych od Moskwy. Rosja to też wieczna walka o bilety kolejowe, o co nie jest wcale tak łatwe. Liczne kontrole licznych służb policyjnych, na ogół miłe, ale trzeba wiedzieć co powiedzieć, co pokazać, a czego nie. Rosja to także sytuacje, gdy ludzie chcą szybko zarobić, dotyczy to zwłaszcza kwestii transportu i wymiany walut.

Podczas tej podróży spotykałem się na każdym kroku z ogromnym zdziwieniem, po co tam przyjechałem, mogąc równie dobrze pojechać do Hiszpanii czy Włoch. Wielu Rosjan nie rozumiało po co pcham się do Salechardu, Workuty, w góry, było to dla nich nielogiczne. Pchać się tam gdzie zimno, pusto, komary, pełno wody, dziko, w miastach ponuro. Wreszcie jechać tyle dni – to rzecz niepojęta, ale jednocześnie byli pełni podziwu, że chciało mi się tam dotrzeć, że zwiedzam Rosję, podoba mi się ich kraj. Bardzo ich ciekawiło co w Polsce, w Europie, kwestie finansowe. Okolice Workuty to jeszcze Europa, ale wielu jej mieszkańców przez całe życie z niej się nie ruszyło, nie wiedzą co się dzieje w Moskwie, a co dopiero gdzieś indziej.

Wyjazd nie ograniczał się tylko do zwiedzania dzikich zakątków, bo przy okazji można zawsze zobaczyć coś więcej, nawet zbaczając z głównej trasy ten tysiąc kilometrów. Dlatego kolejny raz odwiedziłem Moskwę i Mińsk, miałem okazję zwiedzić Sankt Petersburg i słynny pałac w miasteczku Carskie Sioło (Puszkin). Także największe europejskie jezioro - Ładoga i Wilno.

Po powrocie do domu, niemal tak samo egzotyczna jak wyjazd okazała się możliwość wykąpania się, ciepła woda, łóżko, domowe jedzenie, wreszcie obecność nocy już o 21:00.

Warto podróżować na rosyjską północ i wschód, póki ludzi nie za dużo, a przyroda w dobrej kondycji – to nie będzie trwało wiecznie.

Poniżej trochę skanów  zdjęć z podróży (2003r.).

Opublikowano w Przewodniki Turystyczne
piątek, 23 czerwiec 2017 06:01

WELLNESS w Himalajach

Niedawno powróciłem z sześciotygodniowego pobytu w Nepalu, gdzie z dwoma grupami przeszliśmy fajne trekkingi. Wokół Manaslu i do bazy pod Annapurną, z wejściem na punkt widokowy Poon Hill. Wielokrotnie przekraczaliśmy wysokości 4-5 tysięcy m n.p.m. W wyjeździe towarzyszyły mi produkty Wellness by Oriflame. Zdrowe, naturalne, w sposób przemyślany pod względem składu przygotowane.

Cieszy, że coraz więcej ludzi chce spędzać aktywnie czas, myśli o zdrowym stylu życia i wie, że warto na to wydać pieniądze, bo się opłaca. Coraz częściej aktywnie żyją ludzie, którzy niedawno byli tak zaniedbani, iż krótki spacer sprawiał problem. A przecież w każdym wieku można przy umiarkowanym wysiłku zmienić diametralnie samego siebie na lepsze. Wystarczy zrewidować trochę nawyków żywieniowych, dołączyć jakąkolwiek aktywność fizyczną, a będą efekty. Pod warunkiem konsekwencji w działaniu.

A w tym wszystkim mogą pomóc produkty zdrowej żywności wymyślone i przebadane przez naukowców-lekarzy w Szwecji. Słusznie doszli do wniosku, że  niesprawiedliwe jest, aby tylko ich pacjenci mogli uzupełniać swoją dietę o nie. Poszukali zatem firmy, szwedzkiej rzecz jasna, która mogłaby zająć się dystrybucją. Padło na globalną markę, jaką jest Oriflame. I tak obok szeroko rozumianych kosmetyków, dołączyła seria wellness: Wellness by Oriflame. Stopniowo rozwijana, ale jak to Szwedzi, działają powoli. Liczy się jakość a nie ilość. A że moda na zdrową żywność i dbanie o siebie dotarła także do Polski, wysokiej klasy produkty cieszą się coraz większym zainteresowaniem. Do zdrowego stylu życia Szwedów nam jeszcze daleko, ale postęp jest. Coraz więcej osób zamiast kupić 6 pączków za 5 złotych, woli kupić zdrowego, niskokalorycznego i wartościowego odżywczo batona. Niektórzy też się już nauczyli czytać opakowania i pilnować jakości tego co wrzucają do swojego organizmu. Różne piękne napisy o zdrowiu na opakowaniu potrafią mieć niewiele wspólnego z rzeczywistością. Wspaniałe reklamy suplementów diety, że za 19,99zł masz sto cudownych tabletek zdrowia, również można włożyć między bajki. Jakość musi kosztować. W jednym produkcie kwasy tłuszczowe omega3 mogą być zupełnie bezwartościowe, podłej jakości składniki. W innym, odwrotnie, będą należycie spełniały swoją rolę. Warto być dociekliwym, czytać opakowania, sprawdzać. I zawsze pamiętać, że sama zdrowa żywność czy suplementy diety do bycia zdrowym nie wystarczą.

To jest tak jak z samochodem. Wszyscy wiemy, że by dobrze i bezawaryjnie nam służył, trzeba wlewać do silnika wysokiej jakości olej i regularnie go wymieniać. Wszyscy też wiemy, że Volvo musi dużo kosztować, bo to wysokiej klasy i bardzo bezpieczne samochody. Niestety w Polsce, lepiej dbamy o swoje samochody niż o siebie. Wolimy wlać najlepszy i najdroższy olej silnikowy, a do własnego żołądka wpakować jakieś śmieci. Dzięki temu silnik samochodowy będzie długo sprawny bez remontu, a nasz organizm będzie wymagał ingerencji lekarzy, często chirurgów. Tylko samochód dużo łatwiej naprawić, niż awarię w skomplikowanym systemie organów wewnętrznych człowieka.

Na zdjęciach trochę ujęć z Nepalu.

Opublikowano w Blog
niedziela, 21 maj 2017 06:42

Po NEPALU

Podróże to poznawanie ludzi. Skoro spędziłem niedawno w Nepalu blisko 6 tygodni, nie mogło zabraknąć nowych znajomości czy spotkań ze znajomymi. Nie inaczej było tym razem, a niektóre chwile zostały uwiecznione na zdjęciach.

Na pierwszych dwóch w Annapurna Base Camp 4130m (ABC) pozuję z turystkami z Nepalu i z Indii. Na kolejnym, w tym samym miejscu, jestem z Basią, Darkiem, Kumarem (po lewej) i Nabinem. Fotografia nr 4 to ja i Debbie z Hong Kongu. Odbywaliśmy trekking do ABC niemal równolegle. A że weseli z nas ludzie, świetnie dogadywaliśmy się spotykając w różnych miejscach na trasie. Na zdjęciu nr 5 jestem w towarzystwie kierownika hoteliku w Ghorepani 2860m, niedaleko słynnego punktu widokowego Poon Hill 3210m.  

6 i 7 to zdjęcia, na których zaprzyjaźniam się z innymi gatunkami. To bardzo ważne, bo jak kiedyś oficjalnie odwiedzą nas kosmici, bo nieoficjalnie robią to na co dzień jak twierdzą niektórzy, będę przygotowany. Na zdjęciu nr 8 jestem w Annapurna BC i robię selfie z Janii z Finlandii. Trafiła tam przeze mnie, albo dzięki mnie. Janii planowała z Ghorepani zejść w doliny, ale przekonałem ją, że skoro ma czas, warto się wybrać do bazy pod Annapurną. Bo to ładne miejsce, sam trekking też. Bardzo mi dziękowała, że ją namówiłem. Obok selfie z Anetą w Katmandu, z którą nie możemy spotkać się w Polsce, ale w Tanzanii albo w Nepalu - jak najbardziej. Na dole w towarzystwie kierowniczki Sabity w jednej z lodge`y w rejonie Annapurny, i jej zaufanej pomocnicy Ihary (po prawej). Zawsze trzeba mieć nadzieję, że własny urok osobisty pozwoli trochę obniżyć ceny. A poza tym to fajne i wesołe dziewczyny. Ostatnia ćwiartka zdjęcia, to Larke Pass w rejonie Manaslu (ok. 5150m), w towarzystwie Justyny.  Na dziewiątym zdjęciu pozujemy z Chandra w Dharmashala przed Larke Pass, na wysokości 4470m. Chandra pełni w różnych hotelikach i lodge`ach na trasie Manaslu Circuit funkcję kierownika. Zawsze mogę na niego liczyć.

10-tka, to hotel w Kathmandu i od lewej: Bogdan, Piotrek, Gregor, Passang, Ania, Marzena, Waldek, za nim Passang, obok Justyna, Dupa i Tenzing. Wszyscy świetnie poradzili sobie z wymagającym trekkingiem wokół Manaslu i wysokościami przekraczającymi pięć tysięcy metrów n.p.m. Ostatnie dwa zdjęcia (11 i 12) zostały zrobione w Katmandu. Gokul, na pierwszym z nich, był kilka razy w Polsce, był także na szczycie Everestu, a na co dzień zajmuje się turystyką. Z kolei N.B. ma swój sklep ze sprzętem outdoorowym na Thamelu. Jak trzeba coś kupić albo wypożyczyć, zawsze jest na miejscu.

Na początek z Nepalu tyle. A czy będzie coś więcej? Mam nadzieję, jeśli tylko czas pozwoli, a z nim mam ciągłe problemy, bo doba jest stanowczo za krótka na ilość moich codziennych zadań. :)

Pozdrawiam chwilowo z Polski.

Gregor

Opublikowano w Blog

Porcja fotografii zwłaszcza przyrodniczych, z sześciu kontynentów, z muzyką w tle. Taka współczesna diaporama, czyli slideshow. 
Opublikowano w Filmy
Strona 1 z 15

nationalgeographic box

red bull 225x150

TOKFM box

iexpert 225X150px

stopka plecak

LogoStopka

stopka plecak

Strona używa informacji zapisanych za pomocą… plików cookies w celu dostosowania do indywidualnych potrzeb użytkowników. Jeżeli tego nie akceptujesz zmień ustawienia przeglądarki dotyczą…ce cookies. Więcej informacji można znaleźć‡ w naszej Polityce prywatności.