a2b2

instargam res

red bull box 225x150

pzu bezpieczny 225x140

spokey.jpg 225PX

LOGO

Podziel się

FacebookMySpaceTwitterGoogle BookmarksLinkedinRSS Feed
Krótka, nieduża wyprawa, ale bardzo efektywna. Zdobycie i eksploracja 16 wulkanów w 26 dni w 4 państwach, z czego najdłuższa akcja górska na Poas w Kostaryce trwała 4 dni. Rekord świata! Ale wymagał intensywnej działalności prawie 24 godziny na dobę przez cały ten czas, bo na jeden wulkan średnio miałem 1,6 doby.

Cała wyprawa trwała 39 dni (luty-marzec), pokonałem 26.500km, odwiedziłem 9 krajów: Panama, Kostaryka, Nikaragua, Honduras, Salwador, Gwatemala, Belize, Meksyk, USA. Deniwelacja względna podejść na wulkany wystarczyłaby na dwukrotne wejście na Mount Everest z poziomu morza.

LISTA WULKANÓW z przynależnością do tabel PROJEKTU 100 WULKANÓW:
1) Irazu 3445m (pomiar własny), 3432m (dane internetowe), Kostaryka, aktywny, najwyższy w kraju – TABELA NR 2,
2) Turrialba 3340m, Kostaryka, aktywny, drugi co do wysokości w kraju, z noclegiem pod szczytem – TABELA NR 1,
3) Poas 2708m, Kostaryka, aktywny, 4-dniowe torowanie drogi przez dżunglę, maksymalna osiągnięta wysokość 2610m – TABELA NR 1,
4) Concepción ok. 1650-55m (pomiar własny), 1610m (dane internetowe), Nikaragua, aktywny, drugi co do wysokości w kraju – TABELA NR 2,
5) Masaya, 630m, Nikaragua, aktywny, działałem do wysokości 600m, trzy wizyty, w tym dwie nocne, dzienna wielogodzinna za sprawą możliwości skorzystania ze specjalnego pozwolenia i dotarcie do niedostępnych rejonów wulkanu – TABELA NR 1,
6) Momotombo 1312m (pomiar własny), 1297m (dane internetowe), Nikaragua, aktywny – TABELA NR 1,
7) Cerro Negro 715m (pomiar własny), 728m (dane internetowe), Nikaragua, aktywny – TABELA NR 2,
8) Telica 1061m, Nikaragua, aktywny, nieturystyczne wejście na sam wierzchołek i obejście prawie całego krateru – TABELA NR 1,
9) San Cristóbal 1795m (pomiar własny), 1745m (dane internetowe), Nikaragua, aktywny, najwyższy wulkan kraju – TABELA NR 2,
10) San Miguel (Chaparrastique) 2122m (pomiar własny), 2130m (dane internetowe), Salwador, aktywny, trzeci co do wysokości w kraju – TABELA NR 1
11) Santa Ana 2385m, Salwador, aktywny, najwyższy w kraju, wejście własną drogą w tym na wierzchołek – TABELA NR 2,
12) Pacaya 2580m (pomiar własny), 2552m (dane internetowe), Gwatemala, aktywny, wejście na wierzchołek i poruszanie się po terenach oficjalnie niedostępnych – TABELA NR 1,
13) Acatenango 3976m (Pico Mayor) i 3845m (Yepocapa, dane internetowe podają 3880m), Gwatemala, aktywny, trzeci co do wysokości w kraju, nocleg w kraterze na 3942m – TABELA NR 2,
14) Fuego 3763m, Gwatemala, aktywny, podejście do 3700m i gwałtowna ewakuacja na skutek erupcji – TABELA NR 1,
15) Tajumulco 4230m (pomiar własny), 4220m (dane internetowe), Gwatemala, uśpiony, najwyższy w kraju i w całej Ameryce Środkowej – TABELA NR 2,
16) Santa Maria 3777m - Santiaguito, Gwatemala, aktywny – TABELA NR 2.

Ponadto dwie jaskinie na wulkanach Masaya i Telica. Obserwacje licznych wulkanów na trasie przejazdu jak Izalco w Salwadorze czy Mombacho w Nikaragui. Po tej wyprawie Projekt 100 wulkanów w liczbach wygląda następująco: 58 wulkanów, w tym 40 aktywnych i 120 innych miejsc wulkanicznych w drugiej tabeli.

Wyprawa objęła też niewulkaniczne miejsca jak: Kanał Panamski i Panama City (stolica). San Jose – stolica Kostaryki, jeziora Cocibolca i Xolotlan w Nikaragui oraz miasta Masaya i Leon. Miasto San Lorenzo i Zatoka Fonseca w Hondurasie. Miasto Santa Ana w Salwadorze. Miasta Antigua Guatemala, Quetzaltenango, Flores oraz miasto Majów w Tikal – Gwatemala. Belize City w Belize. Meksyk: Cancun i wybrzeże Morza Karaibskiego z ruinami Majów w El Rey, El Meco i Ymail Luum. Miasto Valladolid, cenote Ik Kil, ruiny Majów w Chichen Itza – Meksyk. Waszyngton i Nowy Jork – USA.

Stopień realizacji wyprawy w stosunku do planu: 200% (dwieście procent). Innymi słowy, udało się wszystko co miało się udać i jeszcze raz tyle. Perfekcyjne przygotowanie zwykle kończy się perfekcyjnymi sukcesami. By tak było, muszę to robić sam. Normalny człowiek tak skrajnych obciążeń psychicznych i fizycznych nie wytrzyma.

Zapraszam do powyprawowego materiału przygotowanego dla: REDBULL.

Na zdjęciach: na pierwszym Kanał Panamski, a później wulkany zgodnie z powyższą listą, z przerwą na zachód słońca w Hondurasie i procesję pasyjną w Antigua Guatemala. Po wulkanach, piramida w Tikal, Belize City, Morze Karaibskie w Cancun, piramida w Chichen Itza. Następnie Waszyngton i Nowy Jork. Ostatnie trzy zdjęcia to panoramy wulkanów z Salwadoru, przywiezione kawałki lawy, oraz drobiazgi i papiery wydobyte z różnych zakamarków plecaków i ubrań po powrocie.

Opublikowano w Blog
O istnieniu wulkanu Tajumulco wiedziałem, że to najwyższa góra Ameryki Środkowej. Jednak zdobyte informacje o nim mówiły jasno – kompletna strata czasu. Dlatego nie miałem w planie na niego wchodzić. Ale miłość do zdobywania górskich szczytów zwyciężyła. Mam w swojej kolekcji sporo ciekawych szczytów, jak choćby inny 4-tysięcznik– Kinabalu na Borneo. Postanowiłem dołożyć kolejny. Nie było żadnych problemów. Ale opinii nie zmieniłem – kompletna strata czasu. 

To nie jest nawet trekking, tylko nudny i krótki spacer na nijaki wulkan pośród śmieci. Wyzwanie górskie – zero do nieskończoności. Lokalne grube panie wchodzą sobie na niego z niemowlakami na obiad, co prezentuję na zdjęciach. Nie oszukujmy się – 4230m nie jest żadnym wyzwaniem. I nie piszę tego ze swojej perspektywy, osoby, która na niskie 6-tysięczniki po tylu latach działalności górskiej wchodzi bez aklimatyzacji, z buta. Bo mój organizm się przystosował. Tajumulco to nie jest wyzwanie dla nikogo, ani górskie, ani wysokościowe. Jedyna frajda to pochwalenie się, byłem na najwyższym wulkanie (górze) Ameryki Środkowej, która jest częścią Ameryki Północnej. W której zdobyłem dwa najwyższe wulkany. Pico de Orizaba 5629m – nic specjalnego. Szybka akcja górska, mały lodowiec, solo. Dobra zabawa. Dużo bardziej dumny jestem z samotnego nocnego wejścia trudną drogą na bardzo niebezpieczny drugi wulkan kontynentu – Popocatepetl 5424m. Przy obu, wejście na Tajumulco to jak spacer po parku.

Dobrym punktem startowym na Tajumulco jest duże miasto Quetzaltenango. Wysokogórskie, bo centrum jest na około 2350m n.p.m. Oficjalnej nazwy nikt używa. Zawsze słyszałem Xela („siela”). To od pierwotnej nazwy Xelaju („miasto pod dziesięcioma górami”), którą nadali Majowie, zakładając je w XIV wieku. Obecna nazwa jest związana z charakterystycznym na tym terenie ptakiem. Dojechanie tutaj z Guatemala Antigua nie jest łatwe. Minimum cztery przesiadki. Nie miałem czasu. Firmy turystyczne oferują dużo droższe, ale bezpośrednie przejazdy do Xela. Oferty w rejonie 250q (1usd = ok. 7q). Lecz jak na złość nie było chętnych na wyjazd następnego dnia rano po powrocie z Fuego, dopiero na popołudnie. Posiłkowałem się połowicznym rozwiązaniem (za 70q). Dojechałem turystycznym transportem do Los Encuentros (nie wiem gdzie reszta pasażerów jechała dalej), skąd dwoma lokalnymi autobusami do Xela (z przesiadką koło Cuatro Caminos). Ceny po kilka-dziesięć quetzales. Pokonałem zaledwie 170km, ale pół dnia minęło. Po drodze pięknie prezentowały się wulkany koło jeziora Atitlan, które chwilami było widoczne.

Z dworca autobusowego w Xela taksówką dotarłem do hostelu, który wydawał mi się najbardziej międzynarodowy. Potrzebowałem bowiem ofert turystycznych na wulkan Santa Maria i jeszcze jeden, nieplanowany… Tajumulco. Miałem bardzo mało czasu – 36 godzin. Musiałem się wspomóc lokalnymi ludźmi, którzy go zaoszczędzą.

O skrajnym zmęczeniu nie wspominając, w końcu w niewiele ponad trzy tygodnie eksplorowałem czternaście wulkanów. Santa Maria był na mojej liście rezerwowej, lubię jednak wykorzystać czas w danym rejonie wulkanicznym maksymalnie. Bo być może nigdy tu nie wrócę. Co zrobię teraz zostanie. Czego nie zrobię, nie zrobię pewnie nigdy. A Gwatemala wulkanicznie jest dla mnie średnio ciekawym krajem mimo słynnych wulkanów Pacaya i Fuego. Szkoda byłoby czasu i pieniędzy na powrót, chyba że doszłoby tutaj do jakichś fenomenalnych wulkanicznych zjawisk.

Niestety hostel nie oferował żadnych wycieczek na dwie główne górskie atrakcje w okolicy. Mieli tylko ulotkę jednego z biur, mówiąc że jest bardzo drogie. Dali namiary na tańsze, które okazało się być w ruderze, zamkniętej na cztery spusty. Tego typu ułomności w tym regionie to standard. Recepcjonistka, lokalna dziewczyna, nie mówiła prawie po angielsku. Dlatego przez większość pobytu obsługiwał gości hiszpańskojęzyczny Amerykanin. Na widocznym miejscu była kartka, że szukają pracowników ze znajomością angielskiego. Nie wiem czemu w dwustutysięcznym mieście nikomu się nie chce nauczyć choćby komunikatywnie języka angielskiego i mieć prostą, luźną pracę, pewnie za lepsze pieniądze? Tak to jest w „bananowych republikach”.

Ruszyłem na miasto, nie brzydkie w centrum, ale ładne też nie było. Od razu oberwałem kolejnymi ułomnościami tego kraju. Xela nie jest miastem wybitnie turystycznym. Cudzoziemców było tutaj pewnie nie mniej niż 100, ale nie więcej niż 300. Lokalne biura turystyczne działają na zasadzie, że wyjazdy odbywają się od dwóch osób, tak kalkulują cenę. Gdy więcej uczestników, spada. We wspomnianym bardzo drogim biurze powiedzieli mi, że na Tajumulco musiałbym przeznaczyć minimum 200usd, a na Santa Maria 100usd. Wyjazd w pojedynkę. Bo transport, przewodnik, a właściciel dobrze płaci swoim pracownikom – tłumaczył. Chwalebne. Tylko dlatego nie masz klientów. Bo o co pytałem, robiąc mu test, na żadne atrakcje nie miał ani jednego klienta, na tydzień naprzód. Nie dam 300usd za coś, co zrobiłbym sam za góra 50usd, gdybym miał czas. Mój budżet ustaliłem na 100 + 50usd. Byleby szybko.

Odwiedziłem kolejny hostel połączony z biurem podróży, gdzie recepcjonistą był Amerykanin i to samo – brak chętnych, ale normalniejsze ceny. Tajumulco kosztowało 900q za dwie osoby i 500 za Santa Maria. Około 130usd i ok. 70usd. Jest niemożliwe, by na 100-300 turystów w mieście nie było drugiego chętnego na Tajumulco czy Santa Maria. To w zasadzie dwie główne atrakcje okolicy. Uczy tu się hiszpańskiego, są plantacje kawy, indiańska kultura, termalne źródła. Lecz Santa Maria jest wypromowana, a Tajumulco szczyci się tytułem najwyższej góry Ameryki Środkowej.

Niestety lenistwo, brak edukacji, nieumiejętność zarabia pieniędzy w tej części świata, skutkują tym, że w takim mieście jak Xela firmy turystyczne nie współpracują ze sobą. Nie stworzyły wspólnego systemu obsługi turystów i dzielenia się zyskami. Tracą w ten sposób mnóstwo pieniędzy.

Wiem czego chcę i zawsze znajdę sposób by to dostać, w takiej cenie jaką gotowy jestem zapłacić. Znam się na swojej robocie. 99% turystów nie wie czego chce, na niczym im szczególnie nie zależy i nie zapłacą 200usd za Tajumulco ani 100usd za Santa Maria. Jedną czwartą – jedną trzecią tych cen owszem, więcej nie. Ponieważ większość turystów w tej części świata to backpackarsi czyli „plecakowcy”. Chcą zwiedzać świat, ale mają bardzo ograniczone budżety. Taka podróż i tak generuje spore koszty, więc nie mogą sobie pozwolić na wydanie 200usd za półdniową wycieczkę. Bogaci ludzie do takiego syfu i złej organizacji jaki oferują kraje Ameryki Środkowej nie przyjadą. Kraje te, poza pojedynczymi miejscami, obiektami, nie mają oferty na poziomie jakiego oczekują. Ale lokalna społeczność myśli, że wszyscy w krajach zachodnich zarabiają grube tysiące euro albo dolarów nic nie robiąc. Przyjedźcie, popracujcie miesiąc za tysiąc euro, zobaczcie jakie mamy koszty utrzymania, a uciekniecie do siebie w mgnieniu oka. Dużo wygodniej leżeć pod palmą i zarobić od czasu do czasu parę groszy, niż harować za tysiąc euro czy dwa w Europie.

Reasumując, nie bez przyczyny wiele krajów Azji, kiedyś biednych, dzisiaj bardzo szybko się bogaci, a o Ameryce Środkowej słyszymy, gdy dochodzi tam do jakiejś tragedii. W Azji wiedzą, że używanie mózgu i współpraca pozwalają zarobić. Także w turystyce. Tutaj dopiero się uczą, ale marnie im idzie.

Pozostało mi ruszyć na miasto i liczyć na szczęście. W tym momencie wiedziałem, że nie chcę być dołączony do grupy. Chcę to zrobić sam, wg własnego pomysłu i dostępnego czasu. Potrzebuję tylko kogoś kto mi go zaoszczędzi, bo wie jak szybko dojechać i wrócić. Spacerując trafiłem na malutkie biuro o słabej marketingowo nazwie Ut`Z Kolb`Al. Bardzo swojskie miejsce połączone z małą szwalnią. W Europie nikomu do głowy nie przyszłoby zamówić w nim usługi, ale w takich krajach, takie miejsca mają nieraz najlepszą ofertę i właściciela z głową. Który nie mówi nie da się albo 200usd, tylko potrafi zrealizować uczciwie zamówienie. 68-letni właściciel „Jhinio” zdziwił mnie, bo mówił trochę po angielsku. Powiedziałem czego potrzebuję, w tym rozsądnej ceny. Da się zrobić - usłyszałem. Tajumulco za 500q (70usd), Santa Maria za 290q (40usd). Biorę. Pojedzie ze mną jego syn Angel ("Anhel"). Podjedzie po mnie o 4:45 rano następnego dnia. Wrócimy popołudniu, a o 1:30 w nocy kolejnego dnia pojedziemy na Santa Maria. Nie przez przypadek wybrałem noc, ale o tym w kolejnym artykule. Pięknie. Zdążę wykonać zadanie w 36 godzin, zorganizować ekspresowe pranie. Przepakować się, wyrzucić sprzęt, który ledwo zipie i już nie będzie mi potrzebny. Wystartować do stolicy – Gwatemali. Ale po co, napiszę w swoim czasie.

Patrząc na mapę wszystko wydawało się proste. Dojadę lokalnym transportem do miasta San Marcos, skąd drogą blisko wulkanu Tajumulco, którą można dojechać do miejscowości o tej samej nazwie. Biegnie ona blisko partii szczytowych, więc start marszu powinien być z okolic 3000m wysokości. Kilka godzin akcji górskiej i powrót. Tyle w teorii. Nie miałem jednak czasu na pomyłkę. Gdyby ta teoria się nie sprawdziła, nie mógłbym wydłużyć pobytu ani spróbować jeszcze raz. To ryzyko miał zlikwidować Angel. Inne biura turystyczne bredziły coś, że trzeba minimum dwóch dni, że dojazd jest trudny, dlatego sam transport musi kosztować 150 dolarów. Nie uwierzyłem. W Gwatemali naciągaczy nie brakuje.

Na tej wyprawie funkcjonuję niemal 24 godziny na dobę. Chyba ani raz nie spałem ośmiu godzin. I tak miało być nadal. Oto skutki, gdy wyprawę dwumiesięczną z powodu ograniczeń czasowych robi się w miesiąc. A oprócz planu głównego, za wszelką cenę chce się dołożyć tematy rezerwowe i tematy, których w ogóle nie brałem pod uwagę. Zawsze to samo, mimo że zawsze mówię sobie, następnym razem nie będę gonił jak szalony. Będzie jakiś dzień odpoczynku. Nie udaje mi się to nigdy. Może następnym razem?

O 4:30 siedziałem już przed hostelem. Prawie cały obudziłem. Wieczorem zgłaszałem, że będę musiał w środku nocy wyjść, ochraniarz będzie – dowiedziałem się. Ale hostel zamknięty, żywej duszy. Waląc ostro pięściami w drzwi obudziłem ochraniarza, i przy okazji pół ulicy, otworzył mi. Na dworze fantastyczne 10 stopni Celsjusza, wspaniały chłód. W dzień nawet na wysokości 2350m było stanowczo za gorąco dla mnie.

Angel wynajął jakiegoś kolegę ze zdezolowanym samochodem, podrzucił nas na dworzec autobusowy, skąd o piątej rano odjeżdżał pierwszy autobus do San Marcos. Po dwóch godzinach przesiedliśmy się do kolejnego, miał jechać godzinę. Wysadzić nas przy odbiciu drogi do miejscowości Tajumulco. Po drodze doszło jednak do stłuczki. Standard tutaj. Na środku, w tym miejscu szutrowej drogi, stał gość i dokonywał pomiarów, bo miała być wyasfaltowana. Żadnych tabliczek, znaków ostrzegawczych o prowadzonych pracach. Mimo że górski zakręt. Autobus jechał ostro do góry, na dół jeszcze szybciej taksówka. Nikt nie zatrąbił przed zakrętem, autobus musiał zjechać na przeciwległy pas, by wyminąć człowieka stojącego na drodze. Mimo prób ucieczki obu pojazdów, nie było szans na uniknięcie stłuczki. Taksówkarz był pewien, że za zakrętem nie będzie żadnej niespodzianki. Błąd. Autobus prawie nie ucierpiał. Osobówka straciła zderzak, rozwalony błotnik, uszkodzona maska i światło, pęknięta przednia szyba. Nikomu się nic nie stało i straciliśmy tylko 20minut. Panowie się jakoś dogadali.

Piękny dzień na górską wycieczkę. Wysokość 3050m. Wierzchołek Tajumulco na wyciągnięcie ręki. Start. Ścieżka banalna, zresztą pół kilometra do góry szutrową drogą. Potem łagodnie przez las, by ostatnie dwieście metrów było bardziej strome, po skałach. Ale jeśli grube Indianki z dzieckiem na plecach bez problemów sobie tam radziły, o żadnej trudności mówić nie można. I oto jest, wierzchołek najwyższej góry Ameryki Środkowej. Blisko granicy z Meksykiem, na której znajduje się drugi pod względem wysokości szczyt w tej części świata - doskonale widoczny wulkan – Tacana 4060m o stożkowatym kształcie (stratowulkan). Jest nim również Tajumulco, ale znacznie brzydszym. No właśnie, najwyższa góra Ameryki Środkowej jest brzydka i zaśmiecona, bo Gwatemalczycy i Meksykanie lubią tutaj robić eskapady z biwakiem. Zostawiając po sobie śmietnisko, co wygląda okropnie. Czy oni naprawdę nie rozumieją, że puszki i szkło się nie pali? A plastik rzucony pod drzewo nie zniknie?

Na szczycie Indianie jedli sobie obiad. Na którym też mały krater, brzydki i z różnymi napisami z kamieni zrobionymi na dnie. Niektórzy farbami zapaskudzili skały. Na drugim, niższym wierzchołku jest niewielka okrągła budowla, można się w niej schronić, a pod skalnym wierzchołkiem betonowe słupy jakiejś budowli, może schroniska, którego albo nigdy nie wybudowano albo zniszczono. Dla lokalnych Indiach najwyższe wulkany w Gwatemali mają mistyczne znaczenie. Dlatego się tam wspinają, spożywają posiłki, wnoszą kwiaty.

Widoki przyzwoite, bez szału, widać było m.in. wulkan Santa Maria. Przy dobrej przejrzystości powietrza widać nawet Fuego. Angel, bardzo sympatyczny chłopak, przygotował nam śniadanie – bułki hamburgerowe, żółty ser, szynka, warzywa, soczki. Jego ojciec mówił trochę po angielsku, syn, pracujący jako przewodnik, praktycznie zero. Naprawdę tak trudno nauczyć się 200 słów po angielsku? Chłopak ma potencjał, ale nie zrobi kariery, nie zarobi, jeśli nie nauczy się języka i nie zacznie czynnie działać by rozwinąć firmę. Wspomniane drogie biuro, którego nazwy celowo nie wymieniam, by nie robić mu reklamy, ma bardzo wysokie ceny, ale ma coś jeszcze. Wszędzie poroznosiło swoje ulotki, ma oznakowaną siedzibę w centrum miasta. Grupa 3-4 osobowa, może się skusić na ich ofertę, bo przy tylu osobach cena zaczyna być akceptowalna. Do Angela można trafić tylko przez przypadek, czyli rzadko.

Tajumulco ma status wulkanu uśpionego. Brak dowodów na erupcje w naszych czasach, choć są informacje, niepotwierdzone, o erupcjach w XVII i XVIII wieku. Gdyby potwierdziła się któraś z nich, można by mówić, że wulkan jest aktywny. Bo w geologii 200-300 lat to chwila. Brak oznak aktywności wulkanicznej na wulkanie. Ze względu na wysokość w partiach szczytowych pojawia się mróz, sporadycznie śnieg. Charakterystyczne są mgły i zachmurzenie. Oficjalnie ma 4220m, lecz mój GPS pokazywał około 4235m, z błędem 4-5m.

Wejście na Tajumulco zajęło nam 2h40min, w tym 30 minut postojów. Średnim, miarowym tempem. Na szczycie spędziliśmy godzinę. Nawet na ponad 4000m i pomimo wyraźnie odczuwalnego wiatru, nie było zimno. Zwłaszcza siadając za jakimś głazem. Na dół schodziliśmy 1h30min z dwoma mikropostojami. Angel się dziwił, że tak sprawnie sobie radzę, nie potrzebując odpoczynków. I to pomimo cały czas kontuzjowanego prawego kolana, o czym nie wiedział. Przyzwyczaił się do turystów, którzy z wielkim trudem wchodzą na takie Tajumulco, bo na co dzień nigdzie nie chodzą, nie ruszają się, tylko siedzą, leżą i śmieciowo się odżywiają.

Gdy ruszaliśmy w dół, nadeszły chmury. Powrót wyglądał podobnie, jak przyjazd tutaj. O 16:30 byłem już w hostelu. Taką wycieczkę można łatwo zorganizować samemu, jest tania, jeden dzień śmiało wystarczy.

Ciekawostka. Mieszkańcy Ameryki Środkowej są lekomanami, jak my Polacy. Chyba najwięcej aptek widziałem w Nikaragui. Wiele działa jak fast foody, szybko dowiozą zamówione leki.

Informacje praktyczne. Ceny lokalnych autobusów na krótkich odcinkach to 3-10q, na dłuższych zwykle 10-25q. W Gwatemali jest wiele górskich, bardzo krętych dróg, trzeba mocno się trzymać, by nie latać po autobusie. Hostel Black Cat (Cato Negro) w Quetzaltenango: 55q sala kilkuosobowa z bardzo dobrym śniadaniem, prywatny pokój 120q. Jak na gwatemalskie warunki – przyzwoity. Ogólnoświatowe fastfoody droższe niż w Polsce, ceny w kawiarniach podobne. W supermarketach trochę drożej niż u nas.

Wymiana waluty od Panamy do Gwatemali, ze świadomością, że w tym pierwszym kraju oraz w Salwadorze walutą jest dolar amerykański. Nie ma kantorów. Walutę można wymienić albo na granicy albo w banku. Na granicach szybka sprawa, a kurs niewiele niższy niż bankowy. W banku wymiana waluty to niezłe utrapienie. Wymiana może być długa lub bardzo długa i zawsze trzeba mieć paszport. Bywają duże kolejki. Posłużę się przykładem gwatemalskim. Wymiana waluty zajęła mi równą godzinę. Wpierw chwilę stałem przed bankiem, bo było w nim za dużo ludzi. Potem strażnik-wpuszczacz pozwolił mi przejść przez drzwi. Stanąłem w korytarzu. Później drugi pan strażnik-wpuszczacz umożliwił mi wejście do banku. Byłem siódmy w kolejce. W międzyczasie otrzymałem reprymendę, że w banku nie wolno korzystać z telefonu, trzeba schować. Gdy już dotarłem do okienka, pani bankierka wklepywała coś kilka minut, m.in. z mojego paszportu. I co ważne, gdy drugi raz przychodzi się do tego samego oddziału, nic nie trwa krócej. Ponadto jeśli chcemy wymienić 150usd, a damy 200, to nie ma takiej możliwości. Albo 200 albo 100 albo zgodne 150, bo pięćdziesiątki wydać nie chcieli. Kserowanie paszportu, wydruki, podanie nazwy hotelu. I mogłem się ustawić w drugiej kolejce, do drugiego okienka, byłem około 10. Tam sprawdzanie paszportu, wydruków które dostałem w pierwszym okienku i wreszcie wypłata pieniędzy. Potem panowie wpuszczaczo-wypuszczacze, umożliwili mi wyjście z banku. Oczywiście bankomaty są. W całkiem sporej liczbie.

Na zdjęciach: lokalny autobus, tabliczka by sikać w toalecie, miasto Quetzaltenango, w tym typowy chodnik w Ameryce Centralnej. Najważniejsze są samochody, chodniki często nie nadają się do użytku. Ponadto stłuczka w drodze do Tajumulco i sam wulkan w różnych ujęciach wraz z rodziną indiańską (16.03.2018). Widać też wulkan Tacana 4060m.

Opublikowano w Blog
Wieczorem, w nocy, o poranku, obserwowałem erupcje Fuego ze skraju krateru Acatenango. Nadszedł czas na podejście bliżej tego pierwszego. Pogoda świetna, a poprzedni dzień tego nie zwiastował. Raczej obawiałem się gęstych chmur na wierzchołkach, które przyszły w końcu, ale w połowie dnia. Zejście do przełęczy pomiędzy wulkanami zajęło 45 minut, wysokość 3315m, a stratowałem z 3960m. Niezbyt gęsty las, skałki, żleby. Nie miałem większych trudności. Na przełęczy zauważyłem ścieżkę, która biegnie w moim kierunku. Dobrze, zaoszczędzę trochę czasu.

Tzw. punkt widokowy w masywie Fuego pojawił się podczas przeglądania map Google Earth. W interencie znalazłem też zdjęcia z tego miejsca. Tak się fajnie złożyło, że od strony Acatenango, ramię Fuego posiadało odchodzące od krateru spłaszczenia. Najniżej położone, największe z nich, oddzielone małą przełączką od wulkanu, "zagospodarowano" jako punkt widokowy. Nie chodzą tam turyści, bo niby nie wolno, niebezpiecznie. Ale miłośnicy adrenaliny pojawiają się tam. Z Acatenango przełęcz między wulkanami wydawała się bliżej. W praktyce spory odcinek do pokonania. Na punkcie widokowym GPS pokazywał 3595m, ale nie skalibrował się dobrze, bo trzymałem go w kieszeni. Później wysokość wzrosła do 3610m. Ale uciekając z tego rejonu zerknąłem na chwilę na ekran i wysokość tego miejsca była inna – 3630m z błędem do 5m.

Jestem do bólu pragmatyczny i twardo stąpam po ziemi. Może dlatego niektórzy nazywają mnie cyborgiem? Aczkolwiek słyszałem również o innych powodach. Zdarzają się jednak w moim życiu sytuacje, których do końca nie umiem wyjaśnić. Tyle razy cudem uniknąłem śmierci, że trudno nazwać to tylko szczęściem. Na Fuego też zdarzyło się coś, nie do końca dla mnie wytłumaczalnego. Choć przyjąłem wersję – że to tylko ciekawy zbieg okoliczności. Zawsze tak robię.

Fuego rano uspokoił się. Wcale mnie to nie cieszyło. Sympatycznie oglądało się erupcje. Ale z drugiej strony pojawiła się myśl, że może dzięki temu bliżej mnie dopuści do siebie. Znajdując się na przełęczy między nim a Acatenango doszło do dużej erupcji. Ucieszyłem się. Nie przyszło mi do głowy, że to być może wskazówka, ostrzeżenie. Gdy dotarłem na tzw. punkt widokowy było spokojnie. Pomyślałem, może wejdę na jeszcze jedno małe wybrzuszenie, całkiem blisko wierzchołka z kraterem. W sypkim rumoszu skalnym, po bokach widząc bomby wulkaniczne piąłem się do góry. Żadna czerwona lampka przed oczami się nie zapaliła - jak zwykle. Widziałem, że nad kraterem unoszą się i opadają do niego kawałki lawy. Kusiło podejść jeszcze wyżej. Szybkim marszem ruszyłem ostro do góry i w tym momencie doszło do potężnej erupcji. Nawet nie zdążyłem na nią dobrze spojrzeć, bo z mózgu dostałem krytyczny komunikat – uciekaj! Rzuciłem aparaty fotograficzne i jak wariat zacząłem biec w dół. Myślę, że w tamtej chwili nawet Usain Bolt mógł ze mną przegrać. Słyszałem jak kawałki lawy uderzają za mną o ziemię, po chwili niektóre zaczęły się turlać obok mnie. Sytuacja się uspokoiła, nic mi się nie stało. To było drugie, mocne ostrzeżenie. Jakby Fuego chciało mi powiedzieć, przesadziłeś. Nie pozwolę zrobić tobie ani kroku dalej. A jak spróbujesz jeszcze raz – zabiję. Chyba że była to śmiertelna zasadzka, z której się wyrwałem.

Gdyby nie pozostawione aparaty fotograficzne, z kartami pamięci, nie wiem czy bym znowu ruszył do góry? W moim przekonaniu nie miałem wyjścia. Musiałem to zrobić. Wróciłem po nie. Gdy wisiały na szyi, zszedłem kilka metrów zatrzymując się na malutkim wypłaszczeniu, ostatnim przed kraterem. Nie miałem wątpliwości, że próba pójścia wyżej to samobójstwo, a samobójcą nie jestem. Po prawdzie, miejsce w którym stałem nie było wiele bezpieczniejsze. Kask na głowie nie uratowałby mnie.

Nastąpiły dwie mniejsze erupcje w krótkim odstępie czasu. Widziałem jak rój lawy wylatuje z krateru, ale fragmenty najbliżej mniej spadały 10-15 metrów. A dzięki temu, że stałem na wypłaszczeniu turlały się na dół po obu jego stronach. Lecz przede wszystkim bardziej na północ, czyli po mojej prawej patrząc na wulkan.

Wybuch, który mnie zmusił do ucieczki, uświadomił, że bardziej niż na rejestracji erupcji muszę skupić się na własnym życiu. I nie spuszczać wierzchołka z oka, a zdjęcia jeśli już, robić trochę na oślep. Jakieś wyjdzie. Kolejny mocniejszy wybuch zastał mnie jednak nieprzygotowanego do ucieczki. Mogłem tylko odprowadzić wzrokiem, jak kilka kawałków lawy spadło 2-3 metry ode mnie. Wiedziałem w tamtej chwili, że muszę zabrać zabawki i się ewakuować. Bo czwartego ostrzeżenia nie będzie. I wtedy nastąpił ogromny grzmot. Przez ułamek sekundy widziałem ile kawałków lawy z wielką siłą wyleciało z krateru i jak duży słup popiołu i gazów rósł nad wulkanem. Takiej erupcji na Fuego wcześniej nie zaobserwowałem. Biegiem ruszyłem w dół. Kątem oka obserwowałem jak lawa uderza w miejsce, w którym chwilę wcześniej stałem, turla się obok mnie. Biegłem z całych sił.

Zatrzymałem się dopiero przed tzw. punktem widokowym. Gdy to uczyniłem, doszło do kolejnego dużego wybuchu. A jako, że wiatr w ostatnim kwadransie trochę się zmienił, część lawy znowu spadła na wypłaszczenie, na którym byłem przed chwilą. Nie miałem wątpliwości, trzeba opuścić partie szczytowe Fuego. Zresztą z dołu ku górze wędrowało dużo chmur. Znowu uratowało mnie kilka sekund i komunikat z mózgu, który kazał uciekać bez najmniejszej chwili zawahania.

Zaskoczyła mnie częstotliwość wybuchów i ich skala. Od wieczoru dnia poprzedniego nic takiego nie miało miejsca. Zanotowałem nawet godzinną przerwę między wybuchami. Chociaż ten punkt widokowy, gdy erupcje nie są duże, jest w miarę bezpieczny. I chciałem jeszcze na nim pozostać. Ale kolejna wiadomość z mojego centrum dowodzenia brzmiała, ani chwili dłużej, schodź na dół. Instynkt mnie jeszcze nigdy nie zawiódł, zawsze go słucham. Uratował mi nieraz życie. Bez wahania ruszyłem w dół. Fuego było już praktycznie w chmurach. Po dwóch minutach doszło do największej erupcji podczas mojego pobytu w rejonie wulkanu. Zabolały mnie uszy od huku, poczułem niewielką falę uderzeniową. Gorącą. Ziemia się zatrzęsła. I zdałem sobie sprawę, że kawałki lawy uderzyły w punkt widokowy. Przez chmury przedarła się ogromna czarna chmura. Zbocze też zadymione, pełne turlających się kawałków lawy. Przyśpieszyłem. Coś dziwnego się działo.

Gdy znowu znalazłem się na przełęczy między wulkanami, kolejny ogromny wybuch wstrząsnął okolicą, ale Fuego tonęło w chmurach. Słychać było jak duże kawałki lawy uderzają o ziemię, hałas turlania. Dziesięć minut później, gdy wspinałem się z powrotem na Acatenango miała jeszcze jedna bardzo mocna erupcja. A potem wulkan się uspokoił. Przez najbliższe dwie godziny miał miejsce tylko jeden grzmot, słabszy od wcześniejszych. Pewnie doszło również do jakichś małych erupcji w tym czasie, ale przez chmury nie było ich widać.

I jak po takiej przygodzie wyjaśnić to wszystko, poukładać sobie w głowie? Dlaczego Fuego stało się tak groźne, gdy do niego się zbliżyłem? Dlaczego uspokoiło się, gdy odszedłem? Akurat w tym momencie? Choć wszystko ma jakieś logiczne wytłumaczenie, to te pytania nadal siedzą w mojej głowie. Próbuję je przetrawić, znaleźć wyjaśnienie, uwierzyć w przypadek, ale całkowicie mi się to nie udaje. Nie pierwszy raz. Po kilkunastu latach wędrówek na wulkanach czuję z nimi bardzo bliską więź. Są jak moja rodzina. Czuję się wyjątkowo dobrze w ich towarzystwie. Zżyłem się z nimi. Mam poczucie, że znamy się nawzajem wyśmienicie. Nieraz wydawało mi się, że pozwalają mi na więcej, otwierają pewne drzwi do siebie, które zwykle są zamknięte. Ale gdy pojawiają się u mnie takie skojarzenia. Zaraz włącza się mój realizm, według którego nic nadprzyrodzonego nie istnieje. A ja jestem tylko bardziej zaawansowanym biologicznie tworem, który wskrzesiła natura, który natura też unicestwi – wcześniej lub później. I dalej nic absolutnie nie będzie. Świadomość istnienia skończy się wraz z moją śmiercią. Podoba mi się to rozwiązanie. Choć jeszcze bardziej spodobałaby mi się nieśmiertelność.

Po fragmencie bardziej opisowym, kilka danych i szczegółów technicznych. Ostatnie wypłaszczenie przed kraterem wg bardzo szybkiego pomiaru wynosiło 3678m n.p.m. z błędem do 14m, ale gdy GPS złapał więcej satelit zrobiło się 3693m z błędem do 4 metrów. Podobna sytuacja jak z punktem widokowym. Bardzo chciałem przekroczyć 3700m. I to się udało, mój podbieg, zakończony ucieczką, skończył się na 3705m n.p.m., w tym błąd pomiaru to 4-5m. Od najwyższego punkt krateru dzieliło mnie tylko 60 metrów różnicy poziomów, od najniższego jeszcze mniej. Stromy, krótki odcinek. Ale przy tej aktywności absolutnie nie do pokonania, bo nawet pomiędzy wybuchami z krateru wydobywały się kawałki lawy. Większość wpadała do środka, ale nie wszystkie. Gdybym zdecydował się iść dalej na pewno bym zginął. Po prawdzie, cudem nie zginąłem w miejscu do którego dotarłem.

O ile podejście z przełęczy na punkt widokowy powolnym tempem zajęło 40minut, o tyle zejście niecałe 30 minut. Natomiast powrotne wdrapanie się do krateru Acatenango 90minut. Wchodziłem inną trajektorią, nawet częściowo jakąś ścieżką. Podczas tego podejścia poczułem skalę wyeksploatowania organizmu na tej wyprawie. Szalone tempo, wielki wysiłek. Na wulkanach nie oszczędzałem się ani odrobinę, robiłem bardzo dobre czasy. W tym momencie to wszystko poczułem. I zdałem sobie sprawę, że kontuzje po wulkanie Poas nie zaleczyły się. Albo je odnowiłem uciekając z Fuego. Nie było kalkulacji zdrowotnych, tylko ile fabryka dała mocy, tak szybko zbiegałem w dół. Gdy emocje, adrenalina opadły, poczułem ból. Który towarzyszył mi przez prawie całą wyprawę. Na szczycie Acatenango nic nie było widać – chmury, wiatr, chłód. Zadanie wykonane, mogłem wracać do cywilizacji. I pomyśleć, że początkowo miałem udać się tutaj na komercyjną wycieczkę. Byłaby to największa głupota tej wyprawy. Na szczęście mój mózg jest mądrzejszy ode mnie i nie dopuścił do tego :).

Podczas mojego pobytu na wulkanach Acatenango i Fuego praktycznie cały czas byłem sam, a obawiałem się dużej ilości uczestników wycieczek turystycznych. Zimno i wiatr w partiach szczytowych skutecznie odstraszał. Gdy wędruję sobie przez pustkowia, gdzie jestem tylko ja i przyroda. Żadnej cywilizacji, żadnych strażników parkowych. Nie ma wtedy żadnych problemów. Wszystko jest proste. I tak lubię najbardziej.

Volcan de Fuego (Wulkan Ognia) – kilka informacji. Klasyczny stratowulkan. Podawana wysokość to 3763m, ale trzeba mieć świadomość, że erupcje mogły kilka metrów zabrać albo dołożyć. To bardzo aktywny wulkan, w ciągłej fazie erupcji. Lecz ostatnia duża erupcja (VEI 3) przed moim przyjazdem miała miejsce na początku maja 2017 roku. Występują na Fuego różne typy erupcji – strombolijskie, vulcanian (dominowały podczas mojego pobytu w masywie Fuego), pelean, piniańskie (więcej pisałem o nich dwa artykuły wcześniej: GWATEMALA – wulkan Pacaya 2580m – uwielbia pluć lawą).

Gdy poczytamy o początkach jego eksploracji pod koniec XIX wieku, zauważymy że niewiele się zmieniło od tamtego czasu. Trzeba było starać się o pozwolenie od gubernatora. Osobiście na takie bezsensowne elementy jak pozwolenie czasu nie miałem (i tak nikt by go nie dał). Przewodnicy nie chcieli iść, bo się bali, albo byli za słabo przygotowani na taką eskapadę. Dlatego nawet do głowy nie przyszło mi z jakiegoś skorzystać. Zresztą nawet jak to czynię, zawsze służą mi jako drogowskazy pozwalające zaoszczędzić czas i sposób obejścia kwestii formalnoprawnych. To jest ich jedyna rola. Gdy pierwsi eksploratorzy (Francuzi, Brytyjczycy) mieli szansę wejść na wierzchołek, najczęściej pokonywała ich pogoda (chmury) lub błędy lokalnej ludności zatrudnionej do pomocy. No i oczywiście erupcje wulkaniczne.

Fuego czasami bywa spokojny przez pewien czas. Wtedy można by zaryzykować wejście nawet na wierzchołek. Nie miałem takiej możliwości, erupcje były silne o dużej częstotliwości. I tak zaszalałem podchodząc bardzo blisko. Nie zmartwiła mnie zapora postawiona przez Fuego. Z najbliższej odległości mogłem obserwować erupcje, dosłownie je poczuć, kawałki lawy spadały obok mnie. Wspaniałe przeżycie. W zupełności mi wystarczyło, że Pacaya dopuściła mnie na sam wierzchołek i żadnej krzywdy nie wyrządziła. Tutaj delektowałem się wybuchami. Lecz nadal mam nadzieję, że będę mógł kiedyś zobaczyć erupcję o sile VEI 6 lub 7 (indeks eksplozywności wulkanicznej). To byłoby dopiero widowisko. Niszczycielska siła wulkanu na gigantyczną skalę. Niestety erupcja superwulkanu za mojego życia nie nastąpi.

Na zdjęciach (14-15marca): różne odsłony wulkanu Fuego, z pod krateru i z Acatenango, z przełęczy pomiędzy wulkanami. Jak się przyglądam niektórym z nich - dziwi mnie bardzo, że nie zginąłem. To już któraś taka przygoda.

Opublikowano w Blog
Volcan de Pacaya słynie z rzek lawy. Lecz trafiłem na spokojny okres w jego działalności. Co ma dobre strony, bo pozwala się dostać w partie szczytowe wulkanu, które podczas erupcji są niedostępne. Postanowiłem wykorzystać okazję.

Przed 6:00 stałem już przed moim miejscem noclegu. Jak było przyjemnie. Guatemala Antigua jest na wysokościach 1500-1600m, więc rano i wieczorem jest przyjemnie chłodno. W dzień niefajnie upalnie. Oprócz mnie jechało jeszcze 7 osób, wszyscy z krajów anglojęzycznych. Ale nie było czasu do rozmowy, bo gdy po ponad godzinie jazdy znaleźliśmy się u bram parku, rozstaliśmy się. Oni mieli swojego przewodnika, ja swojego. Wysokość 1900m. Na zegarku 8:00.

50q opłaty parkowej i w drogę, bo jak dobrze pójdzie wrócę tym samym samochodem. Z ostrożności jednak zapłaciłem drugie 10usd na powrót o 18:00. Najważniejsze to zrobić na wulkanie to co mnie interesuje, czas powrotu był sprawą drugorzędną. Do pokonania ok. 650m przewyższenia fajną ścieżką, a potem powyżej lasu też szybko i bezproblemowo. Nad niewielkim kraterem, w którym stożkowaty otwór lawowy (de facto krater w kraterze), byliśmy po 75 minutach, szybkiego, ale bez przesady, marszu. Starczyło jeszcze czasu na kilka postojów fotograficznych.

Jak pisałem wcześniej, dostać się nad krater wulkanu Pacaya nie jest łatwo. I są obostrzenia. Mój przewodnik powiedział, że można przebywać 10minut, był cały czas w kontakcie z parkiem. Pobyt swój wydłużyłem do godziny i dziesięciu minut. Byliśmy już telefonicznie kilka razy wzywani do zejścia. Do tego nie ograniczyłem się do miejsca widokowego położonego z 50 metrów od otworu, z którego wylatuje lawa. Tylko chodziłem po świeżym polu lawowym bezpośrednio poniżej otworu, badałem temperaturę fumarol. Byłem chwilami w rejonie zagrożenia dostaniem kawałkiem płynnej lawy w głowę. I to przy tych malutkich wyrzutach. Nie chciałbym tam być, gdyby nastąpił większy. A co któryś taki był. Bardzo dobrze spędzony czas. Gimi, mój przewodnik, a tak naprawdę przykrywka przed formalnoprawnymi kłopotami, z daleka obserwował moje poczynania. Po czym stwierdził, że wariat ze mnie. On by nigdy tam nie poszedł. Dlaczego, bo niby w każdej chwili mogłem zginąć. Nie miałem takiego poczucia.

Z otworu lawowego Pacaya lawa wydobywała się nieprzerwanie. Były to niewielkie wyrzuty, mikroerupcje strombolijskie. Przerwy pomiędzy wyrzutami trwały: kilka – kilkanaście sekund. Co któraś miała większą siłę. Czasami następował wyrzut z wybuchem. Nawet podczas końcowego podchodzenia na wulkan dwukrotnie nastąpił grzmot, Gimi sugerował, że może być niebezpiecznie, zawróćmy. Z mojej strony taka możliwość nie istniała. Podczas pobytu na szczycie, też co około dwudziesty wyrzut miał silniejszy charakter, dwukrotnie nastąpił grzmot z wyrzutem niewielkiej ilości popiołów wulkanicznych. W tle większe wybuchy prezentował wulkan Fuego.

Lawa spadała po stożku wokół otworu, koło którego się kręciłem. Ale tylko raz zrobiło się bardzo niebezpiecznie. Trawersowałem go w dolnej partii, by przejść na jęzor zastygłej lawy. Zmierzyłem wcześniej laserem jego temperaturę, by nie wejść na płynną lawę, zastygłą tylko na powierzchni. W tym momencie nastąpił większy wyrzut lawy. Dzięki kilku gwałtownym skokom, znalazłem się poza polem rażenia. Na takim wulkanie zawsze istnieje ryzyko duże erupcji, bez ostrzeżenia. Biorę to pod uwagę, ale nie zniechęca mnie ten fakt przed kręceniem się w miejscach tak ryzykownych w jakim się znajdowałem.

Bardzo niewiele osób wchodzi w rejon wierzchołka. W te miejsca, w które wszedłem, nie wchodzi nikt, ale to normalne. Dziwi mnie jednak, że tak mało chętnych dociera w rejon szczytu, bo chociaż jest ryzyko, to miejsce do oglądania wyrzutów lawy z otworu jest fajne. I dostać się tutaj, to nieduży wysiłek. A Gimi narzekał, że ostatnio sporadycznie ktoś chce się tam dostać. Rzecz jasna poza nami nikogo nie było. A można nie tylko w dzień jak chciałem, ale też w nocy, gdy lawę lepiej widać, za to wulkan dużo gorzej.

Gdy wulkan Pacaya jest bardziej aktywny, spływają rzeki lawy, wtedy standardowa wycieczka może być naprawdę ciekawa. Tylko warto pobyć tam dłużej niż 30-60 minut jak oferują firmy wycieczkowe. Lecz w tym momencie była zupełnie bez sensu. Owszem, pewnie nikt nie miał poczucia oszukania, bo zapłacił jedynie 10 dolców za transport i przewodnika oraz zobaczył ze sporej odległości partie szczytowe Pacaya. Ale wyglądało to tak. Ludzie dochodzą do punktu widokowego i zastygłej lawy koło miejsca zwanego Lava Store. Robią parę fotek, dotkną lawy i wracają (przykładowe zdjęcia w galerii na końcu). Pacaya jest całkiem daleko, dużo wyżej, a szczyt kompletnie niewidoczny. Już ciekawsze widoki są na Fuego, Acatenango i Volcan de Aqua (aczkolwiek zdecydowanie najlepsze ze szczytu Pacaya). Które są dużo dalej, ale bardzo majestatycznie wyglądają. I cała taka piesza wycieczka trwa 2,5-3h. Z czego turystom wejście i zejście zajmie z 2-2,5h. Gdybym ja się wybrał na taką wycieczkę, załamałbym się, widząc jej bezsens. Na szczęście robiłem dużo ciekawsze rzeczy. Ale turyści wydawali się zadowoleni i bardzo zmęczeni. W drodze powrotnej wszyscy spali. Czym się tak zmęczyli?

Na Pacaya jak się dobrze rozegra można wejść bez przewodnika, tylko trzeba mieć więcej czasu niż ja, zapewniony jakiś transport, oraz najlepiej być rano, zanim zjadą się ludzie. Gdy myśmy po 10:00 schodzili, dużo grup startowało do góry. W tym leniwi na koniach, które można wynająć. 60usd, które zarobili Gimi i Rudolfo, choć jest sporą kwotą jak na lokalne warunki, uważam za dobrze wydane. Zaoszczędziłem dużo czasu, Gimi się nie wtrącał i wstrzymał telefonicznie odjazd mojego mikrobusa o 15 minut, dzięki czemu zdążyłem wrócić z tą samą grupą (szybkie zejście z wierzchołka pod samochód zajęło 45min). A na wulkanie zobaczyłem wszystko co chciałem i zrobiłem wszystko co chciałem. Poza tym chłopak był sympatyczny, wesoły, najlepszy lokalny przewodnik z jakim współpracowałem dotychczas podczas tej wyprawy, mimo że o wulkanach nie wiedział nic. Ale za to choć w minimalnym stopniu znał angielski.

Na dole chwilę rozmawiałem z Rodolfo i pytam, to jak to jest, czy można wchodzić na wulkan czy nie? To skomplikowane Gregorio. Mieszkam tutaj, jestem członkiem lokalnych stowarzyszeń, od dwudziestu lat świadczę usługi na Pacaya, mam swoje możliwości, znajomości. Okay, rozumiem. Nieważne, ważne, że osiągnąłem swoje cele. Oto namiary: przewodnik Rodolfo Pineda – mówi trochę po angielsku. Telefon 4895-2771, 5328-7595, email: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript. .

Po 12:00 wróciliśmy do Gwatemala Antigua, miałem dużo czasu na przygotowania do wyjazdu na Acetenango. Rzecz jasna, o 10usd za niewykorzystany transport się nie upominałem. Sam się zdecydowałem na takie zabezpieczenie, firma przygotowała dla mnie miejsce w samochodzie. Moją decyzją było nie skorzystanie z tego. Kierowcy oddałem niewykorzystany kwit podróżny i powiedziałem, że mogą kogoś na moje miejsce jeszcze zabrać i zarobić.

Wulkan Pacaya 2552m (stratowulkan) – jeden z trzech mocno aktywnych w Gwatemali (obok Santiaguito (Santa Maria) i Fuego). Jest w tym kraju ponadto kolejne sześć wulkanów, które wybuchły w ostatnich dwustu latach, zatem można je również traktować jako aktywne (czas pokaże, czy w przyszłości zakwalifikujemy je jako nieaktywne (uśpione, dormant), wygasłe, czy nadal aktywne). Jak wszystkie odwiedzone wulkany podczas tej wyprawy, począwszy od Kostaryki, Pacaya jest częścią: Arco Volcánico Centroamericano, czyli Środkowoamerykańskiego Łuku Wulkanicznego. Znajduje się na skraju potężnej kaldery wulkanicznej, a charakterystycznym elementem wulkanu Pacaya jest komora magmy położona blisko powierzchni. Co skutkuje częstymi wypływami lawy. Pacaya ma status wulkanu w ciągłej erupcji, bo lawa jest obecna stale na powierzchni. Lecz co jakiś czas następują większe i gwałtowniejsze erupcje. Przed moim przyjazdem miały takowe miejsce w 2016 roku i pod koniec 2017 roku. Stanowi niezwykle ciekawy przykład występowania różnorodnych erupcji, większości typów.

Słynie z erupcji typu hawajskiego (wylewnych, rzeki lawy), ale występują także strombolijskie (za sprawą pęcherzyków gazowych lawa wydostaje się z krateru, na skutek zjawiska podobnego do pęknięcia bańki mydlanej). Rzadko typu vulcanian (mocniejsza wersja stromblijskiej z bardziej lepką lawą) oraz typu pelean (charakterystyczne chmury popiołów i gazów opadające po zboczu). Zdarzają się też najgroźniejsze - piniańskie (vesuvian) – nazwa od drzewa: sosna pinia, bo chmura popiołów i gazów przybiera kształt korony tego drzewa (coś jak grzyb po wybuchu atomowym). Typową tego typu erupcją odznaczył się Wezuwiusz w 79r. n.e., niszcząc Pompeje. Charakterystyczne są ogromne i wysokie na wiele kilometrów chmury gazów i popiołów wulkanicznych oraz wyrzucanie nawet dwóch trzecich objętości lawy znajdującej się w komorze magmowej.

Oficjalna wysokość wulkanu Pacaya wynosi 2552m. Na aktywnych wulkanach parametr ten podlega częstym zmianom. W obie strony. Mój GPS wskazał wysokość 2585m z dokładnością do 5m. Dla bezpieczeństwa można przyjąć 2580m. Przypuszczam, że pomiar 2552m zrobiono lata temu i nikt go nie aktualizował. Urządzenie pomiarowe na szczycie, gdzie otwarta przestrzeń, miało dostęp do licznych satelitów. Dlatego wskazana wysokość wydaje się wiarygodna.

Ciekawostka. Pod wulkanem, w miejscowości San Vicente Pacaya (ok. 1700m n.p.m.) funkcjonuje nieduża elektrownia, wykorzystująca do produkcji energii gazy z wulkanu Pacaya. One mają około 500 stopni Celsjusza. Pobierane są z głębokości około 2 kilometrów.

Na zdjęciach: Wulkan Pacaya w różnych ujęciach, w tym otwór lawowy. Widoki na wulkany: de Agua 3760m, Acatenango 3976m, Fuego 3763m. Pod koniec jak wygląda turystyczne oglądanie Fuego, elektrownia geotermalna. Kawałki świeżej, niedawno zastygłej lawy. Kilka godzin na Pacaya, długie spodnie, i tak zawsze wyglądają nogi po kontakcie z sypkimi wulkanami.

Opublikowano w Blog
Gwatemala była ostatnim krajem wyprawy, w którym zamierzałem działać na wulkanach. Poobijany, bardzo zmęczony i jeszcze bardziej zadowolony z sukcesów, bo udało się znacznie więcej niż myślałem że się uda w tak krótkim czasie, miałem zamiar zmniejszyć obciążenia. Postanowiłem wyłączyć ambicje eksploracyjne i nie przemęczając się, pobawić w turystykę. Liczyłem, że skoro Gwatemala ma wulkany, robi po nich wycieczki, tą są organizowane z sensem i nie ma potrzeby samemu wybierać się na nie. Tylko wiem, że wycieczki wulkaniczne oferowane przez biura turystyczne wszędzie na świecie są zwykle bez sensu. Dla mnie strata czasu i pieniędzy. Już po kilku pytaniach zadanych w tutejszych biurach wiedziałem, że nie będzie luźnej końcówki. Trzeba to zrobić po swojemu.

Lecz wpierw do tej Gwatemali trzeba było się dostać. Pieszo doszedłem do „dworca autobusowego” w Santa Ana. Tak naprawdę na kilku ulicach parkują autobusy jeżdżące w różne kierunki. Nie od razu znalazłem moje miejsce postoju, każdy zapytany mówił co innego. Ale dojechałem do Sonsonate, gdzie przesiadłem się do autobusu jadącego blisko wybrzeża Pacyfiku do granicy w La Hachadura, którą szybko pokonałem pieszo.

Od autobusu jadącego z Rivas do Managuy (Nikaragua) jestem jedynym cudzoziemcem podróżującym lokalnym transportem. A wygląda on tak, że do autobusu pakuje się tyle osób ile da radę. Setkę – no problem. Siedzenia często są tak zamontowane, że nie ma prawie przejścia pomiędzy, a dwuosobowe siedziska mają starczyć trzem osobą. Inni muszą stać. Upchane ludźmi autobusy do granic możliwości mają plus, nie trzeba się niczego trzymać na zakrętach. Za to sprzedawcy przeróżnych rzeczy mają problem, bo nie mają możliwości handlu. Wysiadający też nie mają łatwo, jak przepchać się przez tyle ludzi. Mój plecak na ogół ląduje na dachu, ale na krótszych odcinkach, dla lepszej mobilności, wolę opłacić dwa miejsca siedzące – dla mnie i plecaka. Gorzej później wyjść z moim dobytkiem z autobusu. Ale jest klimatycznie, autentycznie, lokalnie. Co lubię.

Będąc już w Gwatemali, potrzebowałem dwóch autobusów, by dostać się do Antigua Guatemala. Do Escuintla z odbiciem na trasie do Chiquimulilla. I kolejnego, już do celu. Właśnie zapadł zmrok (19:00). W podróży byłem od 9:00, przejechałem 270 km.

Zapisałem sobie jedną nazwę hostelu. A tu niespodzianka, brak miejsc. Trudno, hosteli i hoteli tutaj pełno, bo to bardzo turystyczne miejsce. No właśnie. Od razu chciałem stąd uciekać, gdy zobaczyłem spore liczby turystów, bary dla turystów itd. Nie lubię takich miejsc. Do tego sobota i jedna wielka pijacka impreza. To nie moje klimaty. W kolejnych hotelikach i hostelach wolnych prywatnych pokojów brak a dormitoria po 50-70 quetzales (q). 1 dolar to 7-7,2q. Niestety, obiekty prowadzone są przez lokalnych ludzi, więc jest totalne dziadostwo i brud, nie warty dolara. Od takich miejsc wolę sto razy bardziej namiot. Znajduję w końcu prywatne pokoje po 200-250q, wyglądają tak samo obskurnie jak dormitoria. Małe klitki, bez okna (lub z oknem na korytarz), jakby od pół roku nie sprzątane. Wybredny nie jestem, ale coś jest jednak nie tak, gdy europejskie psy mieszkają w warunkach o kilka klas lepszych, niż pokój dla ludzi za 30-40usd. Nikomu się tutaj nie chce nawet pomalować ścian i porządnie posprzątać.

Ląduję w końcu w sali kilkuosobowej za 50q. Ale szukając znalazłem po sąsiedzku niedrogi hotelik, który za 100q oferował prywatny pokój z łazienką. Zarezerwowałem na kolejną noc, bo na tą nie było miejsc. Warto tutaj poszukać, bo te szalone ceny w stosunku do oferowanego standardu to szybka próba dorobienia się na białasach. Ale trafią się przedsiębiorcy, którzy starają się zaoferować coś przyzwoitego za rozsądną cenę, tylko trzeba ich odnaleźć.

Co do atrakcji, jest ich w okolicy parę, samo miasto jest całkiem ciekawe. Są tu też dwa aktywne wulkany, które chciałem zobaczyć. Nie brakuje ofert, tylko wszystkie tego typu wycieczki, to zwykłe zaliczanie i to jeszcze byle jak. Choć niektórzy później piszą, że byli na wyprawie na wulkanie takim i takim. Smutne, ale obecnie taki mamy klimat, że zacytuję klasyka. Te sztampowe wycieczki są tanie, krótkie, dla turystów pewnie wystarczające. Dla mnie nie. Pytam w biurach turystycznych o coś bardziej profesjonalnego, dłuższego, na lepszym poziomie – brak. A coś tylko dla mnie, podsuwam pomysły – nikomu się nie chce. Trudno, o poranku będę szukał dalej czegoś ciekawszego.

Od 8:00 jestem na mieście, niektóre biura turystyczne już pootwierane, mimo niedzieli. Inne otworzą się popołudniu. Wszystkie oferują to samo. Poranna lub popołudniowa wycieczka pod wulkan Pacaya 70-80q + 50q bilet wstępu do parku(przyrodniczy teren chroniony). Oglądanie wulkanu Fuego z wulkanu Acatenango zazwyczaj 350q + 50q za wstęp do parku, ale można znaleźć też oferty po 250q + 50q (2-dniowy wyjazd (de facto ok. 24-godzinny), z wyżywieniem (trzy posiłki, woda), przewodnikiem, i sprzętem biwakowym). Tylko to nie ma sensu. Mam podejść pod Pacaya, przy tabliczce zrobić sobie zdjęcie z widokiem na wulkan? Albo jednego dnia podjechać i wejść do obozowiska na Acatenango, by o świcie ruszyć na wierzchołek, pobyć tam chwilę i zejść na dół? Nie chcę tak. Zapłacę, tylko wymyślcie coś lepszego. Mam trzy, w ostateczności cztery dni, na zrealizowanie tutaj swoich planów.

Pacaya krater. Nie da się, nie wolno, niebezpiecznie, park zabrania, policja pilnuje – słyszę. Acatenango dwie noce, ale na szczycie, a nie znacznie poniżej, i może podejście na punkt widokowy w masywie Fuego. Wszystko za skomplikowane. Na punkt widokowy na Fuego nie wolno, spać na szczycie Acatenango nie wolno. Po co ci dwie noce? A jak będzie zła pogoda – to potężne wulkany, nierzadko tonące w chmurach. Na szczęście na Acatenango można iść samemu, nie trzeba wykupywać usługi turystycznej, choć ponoć wszyscy tak robią. Bo w tym jest namiot, śpiwór, jedzenie, woda. A tam jest zimno, na co ja sprzętowo przygotowany jestem. Gdy chcę sam transport (start z jakąś grupą, z inną powrót) albo firmy nie chcą ze mną rozmawiać, czyli zarobić, albo mówią mi 400q. Pogłupieliście. Pojadę autobusem albo wezmę taksówkę.

Z Pacaya myślę, by zrobić jak z Telicą, jest tylko jeden problem, z punktu widokowego jest daleko do krateru. Nie zdążę wejść i dogonić grupy. W firmach turystycznych twierdzą, że policja pilnuje dostępu oraz rangersi. W jednym z biur mówią, że załatwią mi przewodnika i pójdę, kilka godzin trwają boje. Mamy ruszyć o trzeciej w nocy, póki nie ma ludzi i o świcie zejść. Przewodnik bierze 350q a transport będzie kosztował 700q. Czyli ok. 150usd. Bez przesady, półdniowa wycieczka kosztuje 10usd, a ja mam zapłacić piętnaście razy więcej. W innym biurze mówią, że ewentualnie mogliby mnie rano zawieść z grupą a wieczorem odebrać z grupą. I wtedy mogę próbować wejść, może mnie nikt nie zatrzyma, nie złapie – jest to jakieś rozwiązanie. Ale w jeszcze innym biurze twierdzą, że załatwią mi przewodnika i wyjazd oraz powrót z grupą i będzie to kosztować ok. 500q, z tego przewodnik 350q. Tyle mogę dać. Mam mało czasu, a chcę dużo zobaczyć i nie mogę sobie pozwolić na marnowanie dni na jakieś pozwolenia, poszukiwania ścieżek itp. Zwłaszcza pod koniec wyprawy, gdy każdy dzień jest na wagę złota. Uczciwą ceną byłoby 40usd za taką usługę, ale swój limit ustaliłem na 80usd. Jeśli więcej, zaryzykuję sam, może mnie nie złapią i uda mi się w jeden dzień ogarnąć temat. W takich sytuacjach jak ta stosuję technikę, którą nazywam: maksymalizowanie szansy na sukces. Polega ona na tym, że muszę zrobić wszystko, by się udało zrealizować cel w czasie którym dysponuję, koszty mają drugorzędne znaczenie. Skoro na Pacaya mam jeden dzień i ani sekundy więcej, to muszę uruchomić procedurę działania, która zmaksymalizuje szanse powodzenia. A więc znaleźć przewodnika, który pozwoli mi obejść pułapki, bo jak złapie mnie policja lub rangersi, czasu na drugą próbę, inną metodę wejścia – nie będzie.

Dlatego, kilka razy wracam do biura, czy udało się załatwić, raz odbijam się od zamkniętych drzwi. Słyszę w końcu: tak, ale na pozwolenie do krateru potrzeba dwóch dni. Dobra, w tym czasie pojadę na Acatenango, umów przewodnika na czwartek. Tylko do przewodnika nie można się dodzwonić, pół godziny prób i nic, umawiamy się, że wrócę za 2 godziny. I tak minęło pół dnia.

W międzyczasie przeniosłem się do zarezerwowanego pokoju w: Hostel La Quinta. I tu problem, bo dziewczyna, która rezerwowała, a kilka razy się upewniałem czy zrobiła rezerwację, bo jutro wracam, nie dokonała jej. I jej koleżanka rano mówi, że mojego pokoju za 100q nie ma, wszystkie zarezerwowano, ale nie dla mnie. Są pokoje bez łazienki. Niech będzie. Tylko toaleta z prysznicem jest dzielona wraz z gośćmi małej restauracji i innych podobnych pokoi. Cóż zrobić? Pokój kosztuje 85q. Ale ze względu na zaistniałą sytuację, dostanę za 75q. Ktoś może zauważył, że to bez sensu, iż pokój z łazienką kosztuje tylko dwa dolary więcej niż bez? Też tak myślałem, do czasu jak zobaczyłem pokoje. Te bez łazienki, duże, przestronne, te z łazienką – mikroklitki.

Moje dwa powroty do biura nie przyniosły rezultatu, przewodnik zapadł się pod ziemię. To nic dobrego nie wróży. I martwią mnie dwie rzeczy. Na ponad 30 biur, które odwiedziłem, w prawie wszystkich powiedzieli mi, że absolutnie nie można wchodzić na szczyt Pacaya, jest to zakazane i nikt się nie podejmie. Żaden park ani policja nie dadzą pozwolenia. Koniec kropka – byli bardzo stanowczy. To jakim cudem ten przewodnik-widmo załatwi pozwolenie i ze mną pójdzie? Coś mi tu nie pasuje.

Ruszam dalej szukać biura i słyszę – nie ma szans, nie ma szans. Aż trafiam do jakiegoś małego, swojskiego i… niby się nie da, ale poczekaj. Małżeństwo obdzwania znajomych. I znajdują mi przewodnika Rodolfo, który mieszka pod wulkanem i hoduje konie. I to nie za kilka dni, tylko jutro. Rozmawiają przy mnie z nim, targujemy cenę, bo zaczyna od 100usd (standardowa cena do podziału na kilka osób w grupie). Schodzimy do 60usd, plus 20usd za transport, bo z poranną grupą pojadę na wulkan, a z wieczorną z niego wrócę. Minęła piąta, cały dzień załatwiania chyba przyniósł zamierzony efekt. Auto odbierze mnie o szóstej rano. Idę do wcześniejszego biura podziękować za starania i odwołać ich kontynuację. A później obserwuję wielką procesję na ulicach Antiguy, jest niedziela.

Nie ma czasu do stracenia. Trzeba zrobić zakupy i przygotować się na wyjazd, oraz od razu kupić to co trzeba na Acatenango, by dzień później wystartować.

Antigua Guatemala to szczególne miasto. Od 1979r. roku znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO. Zachował się charakterystyczny kolonialny układ ulic, ciągi równoległe i prostopadłe. Znajdują się tutaj zabytki z XVII i XVIII w stylu tzw. baroku kolonialnego. Spacerując można zauważyć ruiny kościołów. To skutki dwóch trzęsień ziemi z 1773 roku. W 1776 roku zdecydowano się przenieść stolicę kraju w inne miejsce i tak powstało miasto Guatemala, zaledwie 30-40 kilometrów dalej. A do starej Guatemali dodano słowo Antigua, co znaczy… Stara Gwatemala. Choć początkowo wszyscy mieli opuścić miasto po trzęsieniach, podniosło się i dzisiaj jest ośrodkiem turystycznym. I rzeczywiście jak na ten region świata, jest ładnym miastem.

Procesja, którą oglądałem na ulicach Antiguy zastanowiła mnie. Ogromna, pełna przepychu, mnóstwo ludzi. To nie mogła być zwykła uroczystość. I nie była. W sposób niezamierzony stałem się świadkiem jednej z największych atrakcji miasta. Takie procesje odbywają się tylko w okresie pasyjnym (Wielkiego Postu). Część turystów specjalnie przylatuje tutaj, by móc taką procesję zobaczyć. Która po wyznaczonej trasie maszeruje od rana, by wieczorem dojść do centrum miasta, do kościoła o ile mnie nazwa nie myli – La Merced.

Trzy ciekawostki.
Jedna z ulubionych zabaw ludności w Ameryce Centralnej jest taka. Wodę, napoje, owoce, przekąski kupuje się w plastikowych woreczkach. Gdy są puste miejscowi je nadmuchują, wiążą i zgniatają, by wywołać wystrzał. Mają z tego mnóstwo uciechy. Także starsze osoby.

Jeśli chodzi o turystów jakich spotykam w Ameryce Środkowej, dominują trzy grupy językowe: niemieckojęzyczna, anglojęzyczna i francuskojęzyczna. I praktycznie wszyscy zmierzają w przeciwnym kierunku niż ja, z Meksyku do Panamy.

Ze względu na turystów, centrum Antigua Guatemala jest sprzątane i śmieci jest dużo mniej niż zwykle tutaj. Koszy na śmieci jednak nie ma, więc zdesperowani turyści w końcu nie wytrzymują i wyrzucają puste butelki czy papierki po lodach na ulicę. Poza sprzątanym centrum królują śmieci.

Informacje praktyczne. Wyjazd z Salvadoru i wjazd do Gwatemali. Uczyniłem to pieszo przez przejście graniczne w La Hachadura. Moje piesze przekraczanie przejść jest dużo szybsze i wygodniejsze niż wcześniejsze autokarowe. Jestem sam na tych przejściach, w sensie cudzoziemiec. Wszyscy mili i pomocni. Ktoś mi tutaj opowiadał, że Nikaragua, Honduras i Salwador mają jakieś porozumienie graniczne. Jednym z jego skutków, jest wbijanie nie dwóch, a jednej pieczątki do paszportu. Za co im chwała, bo mój paszport nawet połowy swojej ważności nie dożył, a już prawie nie ma w nim miejsca na pieczątki i wizy. Sam wskazuję palcem i proszę gdzie mi mają wbijać. Żeby jakimś cudem przetrwał on do końca roku, bo nie mam czasu wyrobić nowego. Nikt ode mnie na granicy nie chciał żadnej opłaty, nie sprawdzał bagażu, nie kazał wypełniać durnych formularzy. Jedyna uciążliwość to piesze pokonanie granicy w upale i kurzu. W tym wypadku był to jakiś kilometr. Czas UTC minus 6. Waluta: quetzal, quetzales. 1 dolar to 7-7,2q. Z odwiedzonych przeze mnie krajów Ameryki Środkowej, stosunkowo najmniej chętnie przyjmują w Gwatemali amerykańskie dolary.

Ceny w Guatemala Antigua. Dziwne. Jak pójdziemy tam, gdzie są lokalsi, jest w porządku. Ceny zbliżone do polskich (zwykle trochę wyższe), choć kurczak z rożna kosztuje 10usd. Tam gdzie turyści, czasami można się zdziwić, bo mała kanapka potrafi kosztować 7usd a nieduża pizza 15usd. Wyjaśnił mi to jeden bardzo starszy pan, Amerykanin, emerytowany lekarz, który przygruchał sobie gwatemalską kobietę w średnim wieku i tutaj mieszka – Antigua jest najdroższym miastem w Gwatemali, nastawionym na oskubanie turystów z pieniędzy.

Na zdjęciach: przejście graniczne, mleko kokosowe z kawałkami kokosów, kolashanpan – ohydny napój jak z saturatora z czasów Polski Ludowej, autobusowe granie i handel. Od ósmego zdjęcia Guatemala Antigua i dworzec autobusowy, stare miasto w tym sikający lokalny mężczyzna, handlarze, w tym strażnik z karabinem pilnujący butiku ze strojami kąpielowymi i ubraniami (nawet banki w Polsce nie są tak dobrze strzeżone). Na dwóch zdjęciach widać wulkan, to Volcan de Agua 3760m n.p.m. Są też dwa kościoły, jeden ruina po trzęsieniu ziemi w XVIII wieku, drugi to La Merced. Kilka zdjęć przedstawia słynną procesję Wielkopostną (11 marzec). Końcówka to m.in. mikro arbuz i czekolada z cukrem, którą wrzuca się do gorącej wody i… mamy czekoladę do picia.

Opublikowano w Blog
Nie tylko piękny to trekking, ale też bardzo zróżnicowany. W artykule skupię się na największych przyrodniczych atrakcjach w mojej subiektywnej ocenie. Wybrałem pięć. Równorzędnych.

1) SUBTROPIKALNY LAS z górskimi rzekami i wodospadami. Na trekkingu kilkukrotnie jest okazja, by go podziwiać. Przed Ghorepani. Pomiędzy: Ghorepani a Tadapani, Sinuwa a Doban oraz w okolicach Jhinu Danda. W jego wyższych partiach wiosną kwitną rododendrony (np. las rododendronowy w okolicach Poon Hill i Ghorepani), a niżej przez cały rok inne drzewa. Uprawia się tutaj banany i arbuzy. Aż trudno uwierzyć, że nad głowami sterczą zlodowacone szczyty.

2) POON HILL (3193m, z wieżą widokową 3210m). Słynny widok oferuje panoramę na Dhaulagiri Himal, i po drugiej stronie rzeki Kali Gandaki, na Annapurna Himal. Najlepiej widać Dhaulagiri I (8167m) i Annapurnę Południową (7219m). Dobrze także Annapurnę I (8091m), Nilgiri (do 7061m), Hiunchuli (6441m), Tukuche (6920m), Dhaulagiri II (7751m), Gurja (7193m). O świcie zwykle jest bezchmurne niebo, słońce zaczyna oświetlać szczyty, w tym dwa ośmiotysięczniki. Poon Hill to jeden z najwspanialszych himalajskich punktów widokowych, bardzo łatwo dostępny. Nad dużą miejscowością – Ghorepani. Ale nawet tam na górze, w chłodzie poranka, można sobie kupić ciepłą herbatę i podziwiać najwyższe góry świata.

W opisie trekkingu do Bazy pod Annapurną, który umieściłem w zakładce „artykuły”, wspomniałem o pierwszych zdobywcach Annapurny I. W tym miejscu zatem będzie o pierwszych zdobywcach Dhaulagiri I. Miało to miejsce w maju 1960 roku podczas wyprawy szwajcarskiej. Szczyt zdobyli: Kurt Diemberger, Peter Diener, Ernest Forrer, Albin Schelbert i nepalscy Szerpowie – Nawang Dorje, Nyima Dorje, a dziesięć dni później Michel Vaucher oraz Hugo Weber. Polacy pierwszy raz na szczycie stanęli dwadzieścia lat później, również w maju, w osobach Wojtka Kurtyki i Ludwika Wilczyńskiego.

3) MODI KHOLA – GÓRNA CZĘŚĆ DOLINY. Od turystycznej osady Himalaya do Południowego Lodowca Annapurny. Wąska, skalista, z wodospadami. Wyżej lodowce i piękne skalne wierzchołki. Po bokach do blisko 7000m a na horyzoncie nawet do 7500m (Gangapurna 7454m, Annapurna III 7555m). Czuć tutaj prawdziwą wysokogórską atmosferę, a z rejonu Machapuchare Base Camp (ok. 3700m) rozpościera się niezapomniany widok na dolinę.

4) ODCINEK MACHAPUCHARE BASE CAMP – ANNAPURNA BASE CAMP. Krótki, po skręceniu w lewo z doliny Modi Khola. Sedno trekkingu. Za plecami dostojnie prezentuje się święta góra Nepalczyków - Machapuchare (6993m), na którą nie wolno się wspinać. Po lewej masyw Hiunchuli, po prawej morena Południowego Lodowca Annapurny, za nim Tharpu Chuli (5695m) i Singu Chuli (6501m), a dalej rejon Tare Kang (Glacier Dome, 7069-7140m). Z przodu upragniona Baza pod Annapurną (4130m). Nazwa: Południowe Sanktuarium Annapurny wynika nie tylko z położenia, ale także z rozłożenia szczytów. Jak w teatrze stojąc na scenie i patrząc na widownię. Tuż pod nogami jest potężny Południowy Lodowiec oraz czorteny modlitewne, w tym ofiar Annapurny. A po bokach szczyty od Annapurny Południowej, poprzez Bharha Chuli (7647m), Annapurna I (8091m, od drugiej strony względem Poon Hill), po Roc Noir (7485m). Tutaj czuć potęgę gór i widać ich nieskazitelne piękno.

5) JHINU DANDA HOT SPRINGS – czyli gorące źródła. Bez nich, byłaby to turystyczna wioska jakich wiele. Lecz niedaleko, przy korycie Modi Khola, tryskają termalne źródła i utworzono tu niewielkie kąpielisko. W którym można posiedzieć i odpocząć. Obok głośno szumi wspomniana lodowcowa rzeka, po bokach rośnie gęsty las. Nie widać stąd cywilizacji. Odwiedziny tego miejsca mogą być wspaniałym zwieńczeniem trekkingu do Bazy pod Annapurną dla jednych, początkiem trekkingu, dla drugich.

W dziale artykuły można znaleźć więcej informacji o trekkingu.

Na zdjęciach przykładowe zdjęcia z kilku wyjazdów.

Opublikowano w Blog
Czartowska Skała 468m, zwana jest czasami Małą Ostrzycą, stanowi jedno z najwyższych wzniesień na Pogórzu Kaczawskim. Oferuje widok na Sudety w tym Karkonosze i Nizinę Śląską. Nie przeczy temu fakt, że wzgórze jest płaskie i bardzo łatwo dostępne.

Wierzchołek to pozostałość czopa nefelinitowego, zastygła lawa (magma), która zatkała komin wulkaniczny. Jedna z legend głosi, że skała zaczopowała wejście do piekieł. Co jak widać, z punktu widzenia geologicznego zawiera ziarno prawdy.

Około 20 mln lat temu działał tutaj aktywny wulkan. Dzisiaj Czartowska Skała jest wzgórzem pochodzenia wulkanicznego (nekiem) i częścią tzw. Krainy Wygasłych Wulkanów.

Obecny krajobraz to efekt erozji i działającego tutaj kiedyś kamieniołomu, przed II Wojną Światową. Pomnik przyrody nieożywionej od 1991 roku.

Choć powszechnie mówi się, że Czartowska Skała jest bazaltowa, to nie do końca. Zbudowana jest z bazanitu (bogata w oliwin odmiana bazaltu) i tefrytu (wylewna skała magmowa o wyglądzie bazaltu, zbudowana głównie z plagioklazu, piroksenu, nefelinu i amfibolu). Ale mówiąc o magmie bazaltowej, nie popełniamy błędu. Od niedawna mamy metody badawcze, które pozwalają bardzo precyzyjnie rozróżnić rodzaj skały. Bazalt to zasadowa skała wylewna, drobnoziarnista, twarda, trudnościeralna. Jej głębinowym odpowiednikiem jest gabro. Skład mineralogiczny bazaltu zbliżony jest do tefrytu.

Struktura skalna Czartowskiej Skały ma około 200m na 130m, a nachylenie kolumn 40-65 stopni, choć miejscami są prawie poziome. O kilkunastu metrach długości i ok. 15-25cm szerokości ścianek, ok. 20cm średnicy. Lawa o temperaturze około 1000 stopni Celsjusza zastygając na powierzchni, zmniejszała swoją objętość, pękała. W klasycznej postaci – równomierne stygnięcie - tworząc sześciokątne słupy (na Czartowskiej Skale są też cztero- i pięcio- boczne). Ich ułożenie jest prostopadłe do powierzchni ochładzającej się lawy, a wiec nieprzypadkowe. Przez miliony lat, bardziej miękkie fragmenty skał wulkanicznych uległy erozji i wietrzeniu, przetrwały tylko te najtwardsze.

Czartowska Skała (czasami pod nazwą Czartowskie Skały) jest częścią Parku Krajobrazowe Chełmy. Słynie on z cennych reliktów działalności wulkanicznej – staro paleozoicznej, permskiej oraz trzeciorzędowej.

Czartowska Skała to nie jedyny nek w okolicy, bo nekami są: Rataj, Bazaltowa Góra (wieża widokowa na szczycie), koło wsi Sichów, Radogost (wieża widokowa na szczycie). Innymi okolicznymi pamiątkami powulkanicznymi są: pokrywa lawowa Mszana, lawy poduszkowe w wąwozach: Myśliborski, Siedmicki, Lipa. Porfiry Swarnej i Popielowej.

Co to jest nek? To tzw. twardzielec, pozostałość skał, które były wypełnieniem komina dawnego wulkanu. Można powiedzieć, że to rdzeń wulkanu. Zachowany jego fragment, zwykle jego środkowa albo dolna część.

Jak się dostać do Czartowskich Skał? Drogą nr 365 można dojechać bardzo blisko skały. Jest tabliczka kierująca do niej i widać ją kilkaset metrów dalej na horyzoncie. Położona jest pomiędzy Muchowem a Myślinowem, niecałe 7km od Myśliborza, najbliższym większym miastem jest Jawor. Inna opcja, to dojazd i dojście z drugiej strony, ze wsi Pomocne.

Na zdjęciach: Czartowska Skała i ruiny w Nowej Wsi Wielkiej. 

Opublikowano w Blog
poniedziałek, 20 listopad 2017 06:49

ETNA - wspaniały wulkan, wspaniały cel badawczy

Podczas drugiej wizyty na Etnie w 2017 roku postawiłem sobie jeszcze bardziej karkołomne zadania niż poprzednio:

-- Ustalenie wielkości komory magmowej w zboczu Krateru Centralnego (ona istnieje tam od przynajmniej dziesiątek lat, tak samo otwór lawowy, choć w różnej postaci, np. znalazłem w źródłach włoskich wulkanologów, że otwór lawy istniał w tym miejscu w 1998 roku),

-- Jeszcze bardziej wnikliwe zbadanie najmłodszego obszaru szczytowego w rejonie kraterów Południowo-Wschodnich, 

-- Odnalezienie największego powierzchniowego mikrolodowca w masywie Etny (największy lodowiec masywu w grocie Del Gelo przemierzałem kilka miesięcy wcześniej),

-- Próba obejścia wszystkich kraterów głównych i pobocznych w rejonie kraterów szczytowych,

-- Pogłębiona eksploracja doliny Del Leone,

-- Cała seria drobniejszych celów.

Jak wielka jest komora płynnej magmy w zboczu Krateru Centralnego? Chciałem to sprawdzić. Niebezpieczne zadanie, ale okazało się wykonalne. A wnioski intrygujące. Nad komorą zawalił się kawałek stropu i mamy odsłonięte jezioro płynnej lawy, o którym pisałem po czerwcowym pobycie. Tym razem udało mi się podejść na 3 metry od brzegu. Spękania, skrajnie trujące gazy i temperatura na granicy ludzkiej wytrzymałości - lądowanie na Marsie będzie łatwiejsze i bezpieczniejsze. Tam aktywnych wulkanów nie ma (chociaż niektórzy w NASA ciągle mają nadzieję). Dla mnie, mojego mózgu, ciała, takie chwile stanowią wspaniałe doświadczenie, naukę. Coś fenomenalnego. Odbiór takich momentów przez ludzki organizm jest niesamowity. Absolutne uczucie jakbym znalazł się na bardzo odległej planecie, odkrywał ją. Sam jeden.

Ale wrócę do wniosków. Ta powierzchniowa komora jest bardzo rozległa, kilkadziesiąt razy większa niż jezioro lawowe. Gdy byłem tak blisko, w każdej chwili mógł wystrzelić z niego rój bomb wulkanicznych, jak to ma miejsce na Stromboli. To byłby mój koniec. Ale obserwacje tego miejsca w czerwcu i teraz, oszacowanie jak wysoki jest brzeg, dawały realną nadzieję, że nic takiego sie nie stanie. Komora sięga aż samego szczytu Krateru Centralnego, dochodzi w pobliże Północno-Wschodniego Krateru. Jest ogromna. W nocy zlokalizowałem około dziesięć otworów w stropie, który bardziej popękał od mojego ostatniego pobytu. Niektóre tak niewielkie, że z trudem było je zauważyć. A musiałem bardzo uważać. Zwłaszcza w dzień. Zwykły otwór, z którego nawet się nie dymi. Ale włóżmy tam rękę i na dzień dobry mamy spotkanie z temperaturą 500 stopni Celsjusza. Szkoda ręki. Aluminiowy kijek pokryty lakierem w sekundę zaczynał się palić, mój termometr spożywczy w ułamku sekundy padł, bo temperatura za wysoka. Cały czas istniało ryzyko, że strop się pode mną zawali i wpadnę do lawy o temperaturze 1200 stopni Celsjusza. Szybka bezbolesna śmierć. Lecz nie to okazało się najbardziej niebezpieczne. Podczas pobytu Etna była wyjątkowo spokojna, emitowała jak na nią bardzo niewiele gazów. Dzięki temu mogłem zejść w niższe partie Krateru Centralnego, pod jezioro lawy. I w tym momencie doszło do dużej erupcji gazowej. Ledwo udało mi się z tego wydostać, a erupcja trwała ponad 30 godzin. Ale bez ryzyka nie ma sukcesów, a bez skrajnego ryzyka nie osiąga się pionierskich sukcesów. A te ostatnie z każdym rokiem kręcą mnie coraz bardziej. Fascynujące jest bowiem dokonywać pierwotnych odkryć, docierać w nieznane człowiekowi miejsca, ustalać nowe rzeczy, robić coś jako pierwszy człowiek w historii. Powielanie tego co zostało zrobione nigdy mnie nie interesowało.

Kratery Południowo-Wschodnie. Etna przyszła mi z pomocą. W czerwcu ilość gazów była tak potężna, że niewiele widziałem. Tym razem mogłem spokojnie przyjrzeć się wszystkiemu, wyłącznie z dnem Nowego Krateru Południowo-Wschodniego.

Mikrolodowce Etny. Szybko znikają. Te do których dotarłem w 2009 roku w rejonie Torre del Filosofo stopniały. Pod przełęczą, oddzielającą Kratery Południowo-Wschodnie od pozostałych, są dwa. Choć jeden w mocnej fazie zaniku. Zważywszy, że to południowa strona Etny i tak jest nieźle. A czym są mikrolodowce w mojej definicji? Niepełnoprawnymi lodowcami. Pojęcia: płat wiecznego śniegu, pole firnowe - są zbyt mało precyzyjne, a co najważniejsze nic nie mówią przeciętnemu człowiekowi. A sztuką jest mówić/pisać o nauce, tak, by być zrozumiałym. A nie zachowywać się jak kretyn, który nauczył się paru trudnych słówek. A że każdy zna słowo "lodowiec" i "mikro", bez wyjaśnień mniej więcej zorientuje się o czym mowa. A żeby więcej, to jest tak. Mikrolodowiec to twór lodowy, płat lub pole. Które nie jest w stanie stopnieć w ciągu roku. Więcej, jest to twór wieloletni. O przynajmniej kilku metrach grubości. Gęstość lodu nie ma większego znaczenia, choć zazwyczaj jest to jakiś stan pośredni pomiędzy zamarzniętym śniegiem a lodem lodowcowym, który jest bardzo mocno zbity (ma niewielką gęstość).

O największym lodowcu Etny w grocie del Gelo pisałem niedawno. Tym razem miałem nadzieję na znalezienie największego mikrolodowca na powierzchni. Chcąc solidnie spenetrować Valle del Leone, liczyłem, że właśnie tam, od północy są na to szanse. Czy sie udało? Za chwilę napiszę. Lecz wpierw ciekawostka. Mikrolodowiec, uformował się na dnie starego Krateru Południowo-Wschodniego. Ten teren to obecnie cztery kratery, a ten najstarszy, jeszcze dosyć aktywny w 2009, dzisiaj na tyle się ochłodził, że śnieg po zimie nie był w stanie stopnieć. Do tego erupcje z sąsiednich kraterów pokryły go rumoszem skalnym, a więc zatrzymały słońce i proces topnienia. I tak w jednym z kraterów bardzo aktywnego wulkanu, uformował się niewielki płat zlodowaciałego śniegu. Którego kiedyś nie było. Jak długo przetrwa w dużej mierze zależy od aktywności Etny.

Pod przełęczą od strony Valle del Leone znalazłem to czego szukałem. Pokryty popiołem wulkanicznym mikrolodowiec. Tylko od strony czoła widać było lód o kilkumetrowej grubości. On pewnie kiedyś był większy, ale w ostatnich kilkudziesięciu latach z pobliskiego otworu wydobywała się lawa. Dzisiaj tworzy zastygły jęzor, a obok jest właśnie mikrolodowiec. Największy w masywie Etny. Około 50 metrów długości i blisko 20 metrów szerokości. Przysypany popiołem wulkanicznym, co zapewniło mu przetrwanie.

Obejście wszystkich kraterów szczytowych Etny. Za sprawą młodego Nowego Krateru Południowo-Wschodniego, niezbyt trudne zadanie, okazało się prawie niewykonalnym. Obejście krateru Północno-Wschodniego, najwyższego, nie nastręcza większych trudności, jedynie w rejonie wierzchołka trzeba uważać na kilka szczelin, z których wydobywają się gazy. Podczas moich pobytów na Etnie uczyniłem to kilkukrotnie. Krater Centralny w połowie jest bardzo łatwy do obejścia, w drugiej połowie trudniejszy, za sprawą licznych wyziewów wulkanicznych z krateru, w tym z jego obramowania. Dosyć młodym utrudnieniem jest komora lawowa i pęknięcia oraz szczeliny, z których wydobywają się gazy i powietrze o temperaturze nawet ponad 500 stopni Celsjusza. Trzeba uważać. Plus ryzyko zawalenia sie stropu nad komorą. Nie mniej taki spacer robiłem ponad 20 razy.

Przejście wokół starego Krateru Południowo-Wschodniego też nie stanowi większego wyzwania. Ale już sąsiednie młode kratery, wąskie, sypkie, strome i dymiące - wymagają trochę uwagi. W tej chwili są częścią Krateru Południowo-Wschodniego. Kilkukrotnie pokonywałem tą część szczytową Etny.  

Największe wyzwanie stanowił Nowy Krater Południowo-Wschodni. Chociaż kilka razy pokonałem większość jego skrajnych partii, to pozostawał mi jeden fragment do przejścia. Już te przebyte części, miejscami strome, wąskie, sypkie, pełne gazów i siarki zmusiły mnie do pewnego wysiłku. Ale podczas czerwcowego pobytu musiałem zrezygnować z ostatniej części krateru - która jest urwiskiem. Jest to teren pomiędzy Kraterem Południowo-Wschodnim, a Nowym Kraterem Południowo-Wschodnim od strony Torre del Filosofo. By przejść ten fragment musiałem uciec do pewnego niestandardowego zabiegu. W czerwcu nie pozwoliły mi na to ogromne ilości gazów, które uniemożliwiły prześwietlenie wzrokiem terenu. Tym razem okazało się to możliwe.

Patent polegał na tym, że musiałem zeskoczyć z urwiska 2-3 metry, na bardzo stromy i ruchomy piarg. Po zeskoku miałem w małej lawinie złożonej z kruchego materiału piroklastycznego zjechać około 10 metrów, wydostać się z lawiny kilkoma skokami, by dostać się pod skalny komin. Ze względu na skrajną kruchość terenu nie miało znaczenia, że jestem sam, nie mam sprzętu wspinaczkowego ani partnera, partnerów do pomocy. W tych warunkach na nic by to się zdało. Sprzętu nie dało się użyć. Wszystko czego się dotknęło, zostawało w rękach. Musiałem pokonać kominem pięć metrów. Co to jest te kilka metrów wspinaczki? Na tak sypkim i kruchym wulkanie - bardzo dużo. Odpadnięcie skończyłoby się źle, bo zleciałbym do żlebu i nawet jeśli bym sobie większej krzywdy nie zrobił, to zjazd dwieście metrów z lawiną skalną, nieuchronną, mógł być nawet śmiertelnym zagrożeniem.

Pokonanie komina to nie był koniec, bo pozostawało jeszcze przejście 20 metrów bardzo stromego i sypkiego terenu. Jeden zły krok i lecę w dół, nawet kilkaset metrów. W skrajnym wypadku z wysokości 3300m, można się znaleźć na 3000m.

Czemu podjąłem takie ryzyko? Niezupełnie było to bezmyślne. Robiłem już takie rzeczy i zawsze się udawało, choć nie zawsze za pierwszą próbą. Uznałem wyzwanie za wykonalne. A nagroda była cenna. Nie mam żadnych wątpliwości, że jestem pierwszym człowiekiem na Ziemi, który obszedł wszystkie kratery szczytowe Etny w aktualnym stanie. Fajne uczucie. Lubię takie wyzwania. Lubię rywalizować z przyrodą. Lubię być pierwszy. Co prawda udało mi się to również w roku 2009, tylko że wtedy Nowy Krater Południowo-Wschodni, był niewielką dziurą, umiejscowioną 300 metrów niżej niż teraz i jej obejście było znacznie łatwiejsze.

Opisywany fragment, to miejsce niewielkiej acz widowiskowej erupcji z wiosny 2017. Lawa tryskała wysoko i długim jęzorem schodziła w dół, w rejon Torre del Filosofo i dalej do Valle del Bove. To właśnie podczas tej erupcji zostało rannych kilku dziennikarzy BBC. Dlaczego? Brak doświadczenia, wyobraźni, logicznego myślenia. Oczywistym jest, że jak lawa o temperaturze setek stopni Celsjusza, zetknie się ze śniegiem albo lodem - dojdzie do nagłej reakcji. Swoistego wybuchu, na skutek którego kawałki lawy wystrzelą w powietrze, pojawi sie gorący popiół wulkaniczny i bardzo toksyczne gazy. Z tego co słyszałem, mieli oni lokalnego przewodnika. Ale skutki jego pracy absolutnie mnie nie dziwią. Doświadczenie i umiejętności tzw. przewodników wulkanicznych, są tylko odrobinę większe niż ekipy BBC. Gdybym popełniał podczas realizacji Projektu 100 Wulkanów tak proste błędy jak oni, zabiłbym się ze sto razy.

By pokazać jak rozległy jest teren szczytowy, obejście wszystkich kraterów wraz z pokonaniem przełęczy oddzielającej Krater Centralny i Północno-Wschodni od Południowo-Wschodnich Kraterów - to prawie sześć kilometrów

Opublikowano w Blog
Dlaczego wybrałem West Yellowstone? Bo wjazd do parku znajduje się 200 metrów od miasteczka. Żaden inny wjazd nie oferuje takiej możliwości, a na przykład od południa z Jackson, do parku jest 90km kilometrów. W zimie to ma znaczenie, gdyż dotarcie do kaldery jest znacznie droższe w takim przypadku. Ponadto, nawet w zimie utrzymywana jest przejezdność dróg do West Yellowstone i położone jest ono w takim miejscu, że blisko stąd do najciekawszych termalnych rejonów parku i na północ i na południe.

Miasteczko położone na 2040m n.p.m. ma przez ten fakt klimat okołobiegunowy. Nawet podczas ciepłych krótkich lat, zdarzają się dni z temperaturą kilku stopni Celsjusza, a w zimie bije się tutaj amerykańskie rekordy przekraczające minus 50 stopni Celsjusza.

W West Yellowstone jest więcej skuterów śnieżnych aniżeli samochodów. Zaś firmy je wypożyczające, co roku wymieniają na nowe, sprzedając niezbyt drogo. Ma to rzecz jasna wpływ na cenę wynajmu. Do parku nie można było wjechać indywidualnie na skuterze, trzeba było z przewodnikiem. Zorganizowane wyjazdy, około 8-godzinne, zaczynały się od 260USD, korzystając z większych pojazdów, o połowę taniej.

Gdy nastał świt (28.02), zrobiłem przejażdżkę po okolicy, by rozgrzać wnętrze samochodu i roztopić napoje zamarznięte na kość. W nocy rządził solidny mróz. Krok następny polegał na ustaleniu jak mogę dostać się do interesujących mnie trzech pół gejzerów: Norris, Midway i Upper. W zimie to nie takie proste. Miałem szczęście, że była przeciętna, chociaż miejscami było nawet trzy metry śniegu w parku. U progu marca. Gdyby była ciężka, moją amerykańską przygodę zakończyłbym na West Yellowstone.

W lecie po parku można poruszać się własnym samochodem, w zimie się nie da i co najgorsze nie pozwalają wynająć skutera śnieżnego, by samemu jeździć po parku. Trzeba dołączyć się do grupy, na dwie trasy funkcjonujące w zimie albo wynająć sobie prywatnego przewodnika. Jakiś tysiąc dolców za dzień. A w grupie jak przed chwilą pisałem, najtaniej także nie jest. Sęk w tym, że żadna z tych dwóch tras, nie obejmowała Midway Geyser Basin i Norris Geyser Basin. Podobna rzecz miała się z tańszymi wyjazdami - snowcoach`ami. Kiedyś to były tylko pojazdy z gąsienicami, od kilku lat również ze specjalnymi potężnymi oponami. Po testach, które wypadły pomyślnie, opony dopuszczono jakieś trzy lata wcześniej do zimowego użytku w Yellowstone. Snowcoach`e w zależności od rodzaju, mieszczą od około 10 do ponad 20 osób. Te większe pojazdy w zimie jeździły tak jak snowmobiles (skutery śnieżne), tylko na tych dwóch trasach. Z innych miejscowości i wjazdów do parku, możliwości były jeszcze mniejsze, a ceny wyższe, bo i więcej kilometrów do pokonania.

Poszukiwania zacząłem o parkowego visitor center. Zebrałem informacje, opinie, adresy firm turystycznych. W kolejnych godzinach odwiedziłem ich kilkanaście. Pewnie wszystkie w mieście. Wszędzie słyszałem, że nie ma szans na odwiedziny Norris i Midway. Chyba, że... przekonam przewodnika. Tak się bowiem składało, że obie trasy biegły koło moich miejsc zainteresowań. Cele główne były inne, akurat dla mnie mniej interesujące. Pomyślałem, że nawet jeśli przewodnik nie zgodzi się na postój tam gdzie chcę, to niech mnie wysadzi i odbierze w drodze powrotnej. O ile wyjazdy do Upper Geyser Basin organizowane były codziennie, gdyż tam znajduje się najsłynniejszy yellowstoński gejzer, o tyle do Great Canyon of the Yellowstone, tylko co kilka dni. Po drodze jest Norris Geyser Basin. Akurat taki wyjazd był kolejnego dnia. Zapłaciłem za oba z postanowieniem, że żadna siła mnie nie powstrzyma, abym zobaczył  to co chcę. Wiele tysięcy kilometrów pokonałem, by się tutaj dostać. Nie ma, że się nie da. Może u Amerykanów się nie da, u mnie, Polaka, da się wszystko. Przywykłem, że w mojej pasji napotykam mnóstwo problemów i ciągle słyszę, że się nie da, nie wolno, zakazane, niebezpieczne. I jakoś zawsze stawiam na swoim. Czasami po ciężkich walkach. Taki już mój wredny i paskudny charakter. Pewnie fajnie byłoby, gdyby chociaż raz coś przyszło łatwo. Ale widocznie to niemożliwe.

Z informacji praktycznych. Polecam zawsze odwiedzić przynajmniej kilka biur. Okazywało się bowiem, że ten sam wyjazd potrafił być droższy o 50% od najtańszej oferty. A co ciekawe, fizycznie woziła klientów z większości biur ta sama firma. Ci co płacili za wyjazd 130USD i ci co płacili 200USD, jechali razem, tym samym pojazdem. Bilet do Parku Yellowstone kosztował 15USD na tydzień. Aby go dostać fizycznie do ręki, trzeba poprosić. W zimie ludzie brali jeden wyjazd i na tym kończyli zwiedzanie, więc biura nie dawały biletów.

Gdy wszystko pozałatwiałem, wynająłem pokój. 110USD z podatkiem i śniadaniem. To jedna z najniższych możliwych cen, w lecie jest dużo drożej, ale działają wtedy znacznie tańsze campingi. Po czterech noclegach w "kompaktowej" toyocie yaris uznałem, że warto się wykąpać, ogolić, spakować już na wyjazd do Polski i naładować sprzęt elektroniczny. Ale tu dramatu nie było, zawsze część elektroniki mam na niezawodne baterie paluszki jednorazowego użytku. Podróżuję po to, by działać, a nie spędzać połowę wyprawy na ładowaniu sprzętu - nieważne czy z gniazdka, czy z urządzeń solarnych. Ale widzę jak ludzie, co dwa dni robią dzień przerwy - na ładowanie. Policzcie ile by takich dni było podczas 112-dniowej wyprawy? Nie poświęciłem specjalnie na ładowanie ani godziny podczas wyprawy. Albo ładowałem sprzęt w nocy albo używałem paluszków.

Strasznie wkurzało mnie w Stanach, że w wielu miejscach ceny podawane były bez podatku. Ale do ostatecznej ceny był doliczany. Na przykład wspomniany pokój miał kosztować 100 dolarów. Człowiek ma zgodne pieniądze, a podatek wszystko zmienia. Nie znam jego szczegółów, czy jest to lokalny podatek, nie mniej odniosłem wrażenie, że w różnych stanach jest on różny i także rodzaj towaru, usługi, ma wpływ na jego wysokość. W każdym bądź razie, dziennie to było od kilku do ponad dwudziestu USD. Amerykanie potrafią skomplikować najprostsze rzeczy.

Jestem totalnym ignorantem pod względem jedzenia i spania. Na wyprawie, mogę miesiąc jeść po trzy batony dziennie popijając wodą. I nic więcej nie potrzebuję. Mogę spać gdziekolwiek, wszędzie się wyśpię. Dlatego gdy porównam nocleg za 110USD do noclegu we własnym śpiworze w yarisie. To dla mnie różnica jest niewielka. Odrobinę wygodniej jest w hotelu, ale przynajmniej 100 dolarów ze 110 jest wyrzucone w błoto. Nie potrafię docenić łóżka hotelowego. Wolę spać w aucie, w namiocie albo pod drzewem, a pieniądze  wydać na coś co ma sens. Spanie w hotelach sensu nie ma. Dla mnie to marnotrawienie pieniędzy, bo łóżko z pościelą i ciepły prysznic nie jest wart ani 100USD ani 100zł. 8 noclegów w yarisie, nawet przy minus 15 stopniach, nie sprawiało mi najmniejszych problemów. Było mi ciepło i całkiem wygodnie. I tak od wczesnego poranka do późnego wieczora byłem w ruchu, na dworze.

Do zmroku spędzałem czas na wycieczce w okolicach West Yellowstone oraz na spacerze po mieście. Wieczorem pakowanie i oglądanie w tv jak kandydaci partyjni się produkują przed "superwtorkiem", by zostać oficjalnymi kandydatami na prezydenta USA. Superwtorek, który przypadł na dzień 1 marca, jest dniem, kiedy w największej liczbie stanów odbywają się prawybory, na których wybierani są delegaci na konwencje partyjne, podczas których nominuje się oficjalnych kandydatów na prezydenta. Wieczorem zaś miałem okazję obejrzeć na żywo galę z wręczania Oscarów.

W drugiej połowie dnia prószył śnieg, rano czekało mnie odśnieżania auta (29 luty), spadło kilka centymetrów. I pakowanie. Kolejne cztery noce planowałem spędzić w "kompaktowej" toyocie yaris. Następnym razem wynajmę tira, to może dadzą mi pick up`a. Zjadłem śniadanie, zdałem klucze i przed ósmą byłem gotowy do drogi - prawda, że miałem fascynujący poranek, godny opisywania :). Nieważne. Ważne, że pogoda zapowiadała się bardzo dobra.

Podjechał specjalnie przygotowany snowcoach na wielkich oponach, z kierowcą Gramem. Główny cel wycieczki: Wielki Kanion Yellowstone (Grand Canyon of Yellowstone). Dziewiątka innych pasażerów zachwycona tym faktem, ja nie bardzo. Kanion  i wodospady mnie nie bardzo interesowały, widziałem tysiąc kanionów i tysiące wodospadów. Prawie wszystkie do siebie podobne. Mnie interesowało pole gejzerów Norris, koło którego mieliśmy przejeżdżać, a czego nie było w planie wycieczki.

Do Parku Yellowstone wjechaliśmy poprzez West Entrance (wjazd zachodni), do skrzyżowania w Madison mięliśmy ok. 25km wzdłuż rzeki Madison. Na drodze i w jej pobliżu towarzyszyła nam ponad setka bizonów, których w USA szacuje się nawet do 30 milionów. Rzekę Madison zamieniliśmy na Gibbon, poruszając się skrajem aktywnej kaldery wulkanicznej. Robiliśmy postoje, by obserwować zwierzęta, lecz pierwszy termalny postój nastąpił koło Beryl Spring (część Gibbon Geyser Basin). Obok źródła wydobywają się silne wyziewy wulkaniczne (fumarole lub solfatary). Samo źródło ma 91 stopni Celsjusza. Przy pokonywanej drodze nr 89 jest więcej termalnych źródeł, w tym jedno z bardzo efektownym kolorowym stożkiem mineralnym (z algami), miejscowi o nim mówią czasami "Czekoladowe Źródło". Takie kolory dominują. Od Madison do skrzyżowania w Norris jest kolejne 25km, gdzie skręca się w Norris Canyon Rd. Wysokości dochodziły do 2530m. W Canyon Village, gdzie jest visitor center i stacja benzynowa oraz hotel, czynne latem, skręciliśmy w Grand Loop Rd.

Park Yellowstone zimą wyglądał zjawiskowo. Pełno śniegu, bizony, dymy z nad termalnych terenów. Lasy, góry do ponad 3000m. I niewiele ludzi. Oprócz mnie w pojedzie byli samy Amerykanie. Oni jak i mieszkańcy West Yellowstone powtarzali jak mantrę, nie przyjeżdżaj tutaj w lecie. Jest okropnie, miliony turystów. Nie trzeba mi tego tłumaczyć. Pewnie trochę przesadzali, ale kocham dziką przyrodę i najszczęśliwszy jestem, gdy poza mną nie ma nikogo. Ewentualnie zwierzęta. Amerykańscy turyści celowo wybrali zimę, chcieli w spokoju zwiedzać Yellowstone, poczuć surowy klimat, dzikość tych rejonów. W lecie to niemożliwe.

Dojechaliśmy do tutejszego Wielkiego Kanionu (Grand Canyon of Yellowstone), którym płynie rzeka Yellowstone. Ma on ok. 39km długości, skalne ściany sięgają 240-370m wysokości. Czerwonawo-żółtawe odcienie skał spowodowane są licznymi związkami siarki i działalnością hydrotermalną. Największą atrakcją kanionu jest  Górny i Dolny Wodospad (Lower Falls 94m wys., Upper Falls 33m wys.). Ładne to wszystko, ale widziałem mnóstwo takich miejsc, w tym znacznie piękniejsze. Do wodospadów ze skrzyżowania w Norris jest tutaj lekko ponad 20km. Po zobaczeniu kanionu i wodospadów, pojechaliśmy jeszcze kawałek w kierunku Yellowstone Lake, skąd był efektowny widok na spore połacie parku w zimowej scenerii (subalpejska dolina Hayden). Do tego mróz i lodowaty wiatr. Ta pogoda odstraszała Amerykanów od wyjścia na zewnątrz. Wychodzili, szybka fotka i z powrotem. A to wszystko ku mojej wielkiej radości, bo uzgodniłem z przewodnikiem, że jeżeli będzie czas odwiedzimy pole gejzerów Norris. Dzięki surowej pogodzie i słabej odporności Amerykanów, mięliśmy dużo czasu.

I pojechaliśmy w drodze powrotnej do Norris Geyser Basin. Bardzo wolno, bo snowcoach`e mogą poruszać się z prędkością maksymalną do 25mil/h, skutery śnieżne do 35mil/h. Może rzeczywiście jakieś ograniczenia tego typu są uzasadnione na tamtych terenach, ale co najmniej te obowiązujące są o połowę za niskie. Kierowcy niestety ich przestrzegają do bólu precyzyjnie.

Pole geotermalne, bo nie tylko gejzerów, w Norris, jest najgorętszym obszarem termalnym w Yellowstone. Do tego najstarszym (ma co najmniej 115 000lat) i o ogromnej geotermalnej dynamice. Temperatury dochodzą do 237 stopni Celsjusza (ustalono to w wykonanych odwiertach). Wody są kwaśne (np. 3,5 PH), występują tu rzadkie gejzery kwasowe. Z tego powodu pracownicy parkowi zalecają, by teren ten zwiedzać pod okiem doświadczonym pracowników parku, bo jest niebezpiecznie. Tym jednak bym się nie przejmował, dla Amerykanów wszystko jest niebezpieczne. W 2003 roku nastąpiły tak duże zmiany w Norris Geyser Basin, iż doprowadziły do czasowego zamknięcia niektórych szlaków. Powstały nowe fumarole a niektóre gejzery stały tak się tak gorące, że zamiast wody zaczęła się wydobywać tylko para wodna z domieszką gazów. W 2004 roku na tym polu zginął bizon, który zatruł się wdychaniem toksycznych gazów geotermalnych.

Pole gejzerów otoczone jest gęstym lasem, ale same termalne tereny są bezleśne, termalna woda plus kwasy, zniszczyła trochę drzew. Jedne źródła zaprzestają aktywności, inne znajdują ujście na powierzchni w innym miejscu. Algi, bakterie, tlenki żelaza, siarczany, siarka, krzemionka - to wszystko osadza się w źródłach, niewielkich jeziorach, w potokach, tworząc mozaikę kolorów od niebieskiego, poprzez zielony, żółty, kończąc na czerwonym albo białym.

Wpierw poszliśmy do Porcelain Basin. Znajduje się tam cała seria źródeł, nieraz w formie jeziorek, gejzerów - mało efektownych, ekshalacje wulkaniczne. Przykładowe nazwy: Porcelain Springs, Pinwheel Geyser, Congress Pool, Huricane Vent, Constant i Whirligig Geyser, Ledge Geyser, Black Growler Steam Vent. Widziałem takich miejsc dziesiątki. Kolorowe jeziorka są ładne, ale nudne. Dlatego wyrwałem się towarzystwu i pobiegłem do Basin Back. Minąłem Emerald Spring, drzewa wokół niego "porastały" prześliczne sople. Cel: gejzer Steamboat. Widać było, że od ostatniego opadu śniegu nikt tędy nie szedł. Steamboat, to najwyżej obecnie wybuchający aktywny gejzer na świecie. Tylko rzadko  i nieregularnie. Ostatnią główną erupcję miał 3 września 2014 roku. Mają one po 300 stóp (91m) wysokości, a czasami nawet dochodzą do 400 stóp. Przerwy w takich erupcjach mogą wynieść nawet kilkadziesiąt lat (wynoszą 1 rok - 50 lat). Na co dzień, wielokrotnie w ciągu doby, wybucha na wysokość od 3 do 12 metrów. Dodatkowo, w zimie wydobywało się z niego mnóstwo pary wodnej o lekkim zapachu siarki. Nasz kierowca-przewodnik Gram wiedział o moim wypadzie, musiał mnie jednak ściągać z pole gejzerów, bo czas było jechać.

Szacuje się, że w Yellowstone jest około 10 tysięcy geotermalnych miejsc. Naliczono się 1283 gejzerów, z których aktywnych w ciągu roku jest 465. Liczby duże, ale rzeczywistość mniej optymistyczna. Po pierwsze problemy z definicją, co to jest gejzer? W oczywistych sytuacjach problem nie istnieje, ale jest mnóstwo miejsc, które tak naprawdę są termalnymi źródłami, a niektórzy próbują je podpinać pod gejzery. O gejzerach pisałem m.in.: TUTAJ.  Po drugie, większość gejzerów wybucha na wysokość kilku centymetrów do pół metra. Potrzeba dużo wyobraźni, by coś takiego traktować jak gejzer. Nawet gdy spełnia warunki definicji. Warto by jeszcze dodać, że pole gejzerów Norris znajduje się na północno-zachodnim skraju kaldery Yellowstone. Jak również, że ciepłota pola uzasadniona jest pęknięciami pierścienia, pęknięciami w skraju kaldery, pod którą jest ogromna komora płynnej lawy.

Zanim opuściliśmy park, obserwowaliśmy bizony i zrobiliśmy postój przy wodospadzie Gibbon (26m). Po 17:00 powróciliśmy do West Yellowstone. Tamtejszym obyczajem jest dawanie napiwków kierowcom-przewodnikom. Amerykanie na głowę dawali zazwyczaj po 30-50USD. Stać ich. Za postój w Norris Geyser Basin też dałem odpowiedni napiwek. Gram w ciągu ośmiu godzin z napiwków miał tyle, ile miliony Polaków nie mają przez miesiąc ciężkiej pracy. Ale był świetny i zasłużył.

Wspaniały dzień. By rozgrzać auto zrobiłem kolejną wycieczkę po okolicy. Zeszło trochę czasu, a potem do śpiwora i spać. W yarisce oczywiście.

NA ZDJĘCIACH:

1-33) miasteczko West Yellowstone (stan Montana), w tym: miasteczko o północy-prószył śnieg (fot. 1), nad ranem po mroźnej nocy (fot. 2-3), WY zasypane śniegiem (fot. 4-5, 15-20), visitor center Parku Yellowstone w WY (fot. 6-9), w Stanach McDonald`s musi być wszędzie (fot. 10), muzeum zasypane śniegiem i zamknięte (fot. 11), tłumy na ulicach (fot. 21-25), poranek dnia drugiego (fot. 31-33).

34-83 i 87) Yellowstone National Park, w tym: Beryl Spring (fot. 34-35), "Czekoladowe Źródło" (fot. 36-37), snowcoach (fot. 38), bizony (fot. 40-42), odmiana kaczki (fot. 43), w sercu parku (fot. 47-48), kojot (fot. 50), Great Canyon & Lower Falls (fot. 52-59), Gibbon Fall (fot. 60-61), Norris Geyser Basin (fot. 62-78, w tym: fot 67. - solfatary, fot. 72-73 - Emerald Spring, fot. 74-78 - Steamboat Geyser), West Entrance w WY (fot. 82-83), Upper Falls - Great Canyon (fot. 87).

84-86) Obrzeża West Yellowstone.

Opublikowano w Blog

Piątego lutego późnym wieczorem dotarłem z Bogoty do Mexico City, a o poranku dnia następnego pojechałem do miasteczka Amecameca de Juarez (ok. 2400-2500m n.p.m.). W Mexico City w centrum i w metrze jak zwykle było pełno policji, za to w Amecameca spokojnie, targ na głównym placu i słabe widoki, ze względu na przejrzystość powietrza, na wulkany Popocatepetl 5424m (aktywny) i Iztaccíhuatl 5230m (wym. Istaksiwatl, nieaktywny).

Moim celem był ten pierwszy, o ile jego aktywność pozwoli dostać się na szczyt. Często zadawane jest mi pytanie o zasady PROJEKTU 100 WULKANÓW? Przede wszystkim różnorodność. W przypadku wulkanów drzemiących i nieaktywnych stanięcie na szczycie jest ważne, w przypadku aktywnych, których musi być co najmniej połowa, osiągnięcie szczytu jest sprawą drugorzędną. Celem nadrzędnym jest zbliżenie się do miejsca najaktywniejszego, kluczowego dla jego aktywności. Często jest to wierzchołek, gdzie znajduje się krater, ale nie zawsze. Jeszcze lepiej, gdy wulkan jest w fazie erupcji i nie mogę wejść na niego. Nieczęsto trafia się na takie zjawisko. Obserwacja erupcji nie jest klasyfikowana jako zdobycie/eksploracja wulkanu i nie trafia do głównej tabeli, tylko do tabeli pomocniczej, gdzie również mniej istotne wulkany i inne miejsca/zjawiska wulkaniczne.

Popocatepetl w dniach 25-26 stycznia 2016 zaliczył dosyć dużą erupcję i od tego dnia codziennie dochodziło do mniejszych wybuchów. CENAPRED (Narodowe Centrum Przeciwdziałania Katastrofom) utrzymywał alert: Yellow Phase 2. System ostrzegawczy odnośnie Popocatepetl (tzw. semaforo de alerta volcanica) jest stanowczo przekombinowany i obejmuje aż 7 poziomów, dwa zielone gdy wulkan nie wykazuje żadnej aktywności lub minimalną, trzy żółte, pierwszy gdy wulkan wyrzuca sporo gazów, aktywny jest sejsmicznie, drugi (yellow phase 2), gdy już mówimy o fazie erupcji, dochodzi do wybuchów, wyrzucany jest popiół, materiały piroklastyczne - zasięg erupcji jest niewielki, obejmuje jedynie masyw wulkanu. Trzeci poziom żółty to erupcja o poziomie średnim do dużego. Kolor czerwony w fazie pierwszej to duża erupcja z chmurą popiołów wyrzucaną kilka kilometrów w górę między innymi, a faza druga to erupcja duża lub ekstremalna, zagrażająca poważnie okolicznej ludności.

A więc mamy alarm żółty w fazie drugiej. Każdej doby notowane jest po kilkadziesiąt niewielkich trzęsień ziemi, po kilkanaście-kilkadziesiąt niewielkich wybuchów i wyrzutów popiołów lub/i materiałów piroklastycznych. Zalecenia są takie:

CENAPRED emphasizes that people SHOULD NOT go near the volcano, especially near the crater, due to the hazard caused by ballistic fragments. 

This type of activity is included within the scenarios Volcanic Traffic Light Yellow Phase 2.
The scenarios foreseen for this phase are:
1. Explosive activity of low to intermediate level.
2. Ash fall in nearby towns.
3. Possibility of short range pyroclastic flows and mudflows .
Special emphasis is placed on the following recommendations:
1. Continue the safety radius of 12 km, so staying in that area is not allowed.
2. Keep the controlled traffic between Santiago Xalitzintla and San Pedro Nexapa through Paso de Cortés.
3. Civil Protection authorities, keep your preventive procedures, in accordance with their operational plans.
4. People, be alert to the official information disseminated.
In case of ashfall, address the following recommendations:
• Cover nose and mouth with a wet handkerchief or face mask.
• Clean eyes and throat with pure water.
• Avoid contact lenses to reduce eye irritation.
• Close windows or cover them up, and stay indoors as much as possible.
Popocatepetl Volcano monitoring is performed continuously 24 hours a day. Any change in activity will be reported in due course.

Obserwując wulkan z Amecameci, wieczorem widok się poprawił, dużo gazów wydobywało się z krateru, ale nie wyglądało to na tyle niebezpiecznie, by nie spróbować dostać się na wierzchołek. Spakowałem sprzęt i poszedłem spać, z nastawieniem na ostrą wulkaniczną przeprawę w ciągu kolejnych kilkudziesięciu godzin.

Zanim wyjechałem na wyprawę, wypytwałem różnych ludzi z rejonu Popocatepetl (Popo), w tym polskich misjonarzy, Polaków mieszkających w Meksyku, lokalnych przewodników. I wszyscy twierdzili to samo, na Popo się nie wchodzi, jest aktywny, niebezpieczny i permamentnie zamknięty dla ruchu turystycznego. Dla mnie to żadne argumenty. Gdybym się przejmował takimi rzeczami nigdy nie zakończyłbym PROJEKTU 100 WULKANÓW. Jedyną pomoc jaką znalazłem, to marne zdjęcie wulkanu z zaznaczonymi trasami, ostrą prosto do góry i dłuższą, łagodniejszą, prowadzącą do najniższych partii krateru. Obie wychodzące od Tlamacas.

O poranku 7 lutego opuściłem hotel przy głównym placu i taksówką wyruszyłem do Tlamacas. Niestety można było dojechać jedynie do Paso de Cortes ok. 3670m, 25km od Amecameci. Dalsze 5km do Tlamacas było zamknięte. Przygotowałem się na problemy z lokalnymi służbami, dlatego czekan, kask itp. ukryłem w plecaku, ubrałem się cały na czarno. Pierwotny plan miałem taki, tego dnia dojdę do 4000m z kawałkiem, rozbiję mój namiot za 10 dolarów kupiony w Chile, a o poranku dnia następnego stanę na szczycie Popo i wieczorem wrócę do Amecameci. Po minucie pobytu na przełęczy pomiędzy Popo a Iztaccíhuatl wiedziałem, że z moich planów nici. Ze dwudziestu turystów i pięćdziesięciu wojskowych, policjantów federalnych i górskich. Latający helikopter wokół wulkanu. W budynku parku narodowego służby ratunkowe. Wszyscy tutaj z powodu aktywności Popocatepetl. Nazywam to odstawianiem szopki przez władze, które chcą pokazać jak dbają o społeczeństwo. Przy takich erupcjach jak 25-26 stycznia, mogą tylko sobie patrzeć, nie mają nic do roboty, a gdyby doszło do katastrofalnej, to służby potrzebne są w wioskach i w miastach, a nie na niezamieszkałej przełęczy.

Zaraz gdy przyjechałem, szybko zrzuciłem plecak i ukryłem za samochodem na parkingu. Zrobiłem kilka zdjęć, przyjrzałem się sytuacji i szybko z plecakiem ruszyłem w dół, wzdłuż drogi, żlebem okresowej rzeki. Wyraźny kawałek poniżej przełęczy (ok. 3640m), gdy nie jechał żaden samochód, udałem się do góry, lasem, niestety niezbyt gęstym, pełnym wysokich traw, a na początku musiałem pokonać płot z drutu kolczastego.

Na wulkan zamierzałem wystartować po zmroku, więc powoli posuwałem się do góry. Wybierałem bardziej gęste fragmenty lasu, głębokie żleby, byleby nie poruszać sie na otwartej przestrzeni. Wypatrywałem, czy gdzieś nie czai się jakiś żołnierz, policjant. Był moment, gdy nad fragmentem lasu, gdzie sie znajdowałem, krążył wojskowy helikopter, leżałem wtedy w głębokiej trawie. Na 4000m kończył się las, zaczynały się łąki. W Tlamacas i powyżej przełęczy Cortes jest sporo różnych anten, budynków, służb. Nie mogłem przez łąki iść za dnia, bo byłbym świetnie widoczny. Ponadto duża część mojego podejścia na wulkan była świetnie widoczna z Paso de Cortes. Zostawiłem depozyt niepotrzebnych rzeczy w lesie i z linii ostatnich drzew obserwowałem wulkan, okolicę, czekałem na zmrok. Ściemniać zaczęło się po 18:00, wtedy wyruszyłem, momentami się czołgając lub wędrując na kolanach. Musiałem pokonać płot i przejść szutrową drogę. Przedostałem się za wzgórze, na skraj głębokiej i stromej doliny, stąd nie było mnie widać od strony przełęczy.

Już po zapadnięciu zmroku przedostałem się do masywu Popocatepetl, nawet w dolnej partii natrafiłem na ścieżkę. Nie używałem czołówki. Ubrany na czarno. Nikt nie mógł mnie zobaczyć. Na wszelki wypadek wziąłem śpiwór, gdybym się gdzieś pogubił i musiał czekać do świtu. Noc była ciemna, ale nie bardzo, gwiazdy, ale bez księżyca. Ścieżka jak szybko się zaczęła, tak szybko się skończyła, zaczęło sie strome i nieprzyjemne rumowisko skalne. Płaty śniegu, skałki. Raków nie wziąłem, bo w mojej ocenie z Amecameci, nie były niezbędne, większość śniegów i lodów pokrytych było popiołem wulkanicznym i drobnym materiałem piroklastycznym.

Zważywszy na okoliczności nocnej wędrówki bez oświetlenia, lepiej byłoby mi iść łagodniejszym zboczem, i od najniższej części krateru dojść do najwyższej. Ale ze względów bezpieczeństwa nie mogłem tak zrobić. Aktywna część krateru znajduje się w dolnej części i gdy dochodzi do wybuchów, w pierwszej kolejności materiał piroklastyczny wyrzucany jest na zbocze od niższej strony krateru. Gazy i popiół też prawie zawsze wyrzucane są w tym kierunku i tak wieją wiatry, w kierunku miasta Puebla. Moja trasa okazała się koszmarem. Bardzo stromo. Raz sypko, że więcej się osuwałem niż posuwałem do góry. Raz ziemia twarda jak skała, zlodzona. Przydałyby się raki. Do tego kilka płatów śniegu do pokonania. Szło się fatalnie i wolno, a moje kontuzjowane stopy bolały jak diabli. Dotarłem na ramię Popo i powoli piąłem się w górę. Teren stał się mocno skalisty. Przekroczyłem 4500m. Gdy dochodziłem do 4900m, stanąłem nad urwiskiem. Zła droga. Ale z góry przyjrzałem się ostatniej partii podejścia, mimo ciemności. Zszedłem 200m deniwelacji względnej w dół i bardzo nieprzyjemnym trawersem ominąłem skalisty teren, by ruszyć do góry bardzo stromym i zlodzonym zboczem. Bez raków było ciężko, ale dawałem jakoś radę.

Pomyłka kosztowała mnie dwie godziny, ale w końcu dotarłem do ostatniego podejścia, jeszcze stromszego niż wcześniejsze, obok resztek lodowca. Ocieplenie klimatu i erupcje Popo zrobiły swoje. Największy meksykański lodowiec jest na Orizabie, a mini lodowiec też na przełęczy pod wierzchołkiem Iztaccíhuatl. Sypko było tylko momentami, wtedy stałem w miejscu. W pozostałej części zmrożone zbocze nie pozwalało się prawie posuwać do przodu, często pod niewielką ilością materiałów piroklastycznych był lód. Te kamyki zachowywały się jak kulki rozsypane na podłodze. Leżałem nieraz. Na jednym z przystanięć, jeszcze przed świtem, zostawiłem gps, wróciłem po niego, jakoś po ciemku znalazłem, ale straciłem ponad pół godziny. Na samym końcu musiałem pokonać fragmencik lodowca (mini ścianka), wyrąbałem sobie stopnie czekanem. Wierzchołek osiągnąłem ok 8:00 rano (08.02.2016), a przed świtem zanotowałem temperaturę minus 9 stopni Celsjusza.

Z krateru wydobywało się mnóstwo gazów, dominował siarkowodór, nie było wiele widać. Zresztą gdy dochodziłem do szczytu, zaatakowała mnie chmura gazu (wiatr zmienił kierunek), w pośpiechu zakładałem maskę, google i kask. El Popo oferuje świetne widoki, m.in. na Iztaccíhuatl. Na szczycie byłem jakieś pół godziny, słyszałem dwa wybuchy z krateru. Na szczęście ich niewielka siła nie zagroziła mi w żaden sposób, taki wybuch jak 25 stycznia zmiótłby mnie w sekundę.

Przyznam, że miałem okazję być na szczytach lub w kraterach wulkanów bardziej aktywnych niż Popocatepetl. Czułem się całkiem bezpiecznie na El Popo. O ile można się tak czuć na aktywnym wulkanie. Nawet tzw. turystyczne aktywne wulkany potrafią pokazać swoją moc, jak wulkan Ontake w Japonii w 2014 roku. Niespodziewana erupcja zabiła 54-ch turystów. Chociaż Popo jest generalnie zamkniętym wulkanem, to od czasu do czasu ktoś na niego wchodzi, bardzo rzadko ale jednak. Jest to drugi co do wysokości wulkan Ameryki Północnej i druga góra Meksyku (piąta góra Ameryki Północnej). Do niedawna najaktywniejszy wulkan Meksyku, często sie mówiło, że nawet całego kontynentu. Nie mniej w Meksyku Popo ma konkurenta, wulkan Colima, ostatnio aktywniejszy od Popo, ale akurat początek roku należy do Popocatepetl. Wulkan Colima trochę odpuścił.

Schodząc, miałem świadomość, że jestem widoczny z wszystkich okolicznych anten i nadajników oraz z Paso de Cortes. Spodziewałem się u podnóża czekających na mnie panów z karabinami, ale nie zamierzałem nic im ułatwiać. Nie da się realizować pasji zdobywania aktywnych wulkanów we współpracy z lokalnymi służbami, bo to zawsze oznacza brak współpracy i kłopoty. Świetnym przykładem jest wulkan Villarrica z początku wyprawy. Od czasu do czasu podejmuję próby współpracy i zawsze tego żałuję. Najlepiej robić swoje, wchodzić na wulkan, niech miejscowe służby się martwią co ze mną zrobić. Pytanie o pozwolenie to jedna z najgłupszych rzeczy jaką mógłbym zrobić. Odpowiedź zawsze brzmi: nie. W różnych zakątkach świata biały człowiek postrzegany jest przez pryzmat turysty-plażowicza, w japonkach, chwiejący się od nadmiaru alkoholu. Biały człowiek na aktywnym wulkanie, równa się kłopoty, a jego śmierć to negatywny przekaz medialny i starty w turystyce. Dlatego za wszelką cenę niech sie trzyma z daleka od wulkanu. Ale na wulkanach w krajach białych ludzi jest podobnie. Nie wolno. Bo niebezpiecznie. Też mi argument. Wymyśliłem sobie karkołomny PROJEKT 100 WULKANÓW, połowa musi być aktywna i zamierzam go zrealizować, o ile jakiś wulkan mnie nie unicestwi wcześniej. Aktywnych wulkanów mam na koncie ponad 30 i przyznam szczerze, że najbardziej mnie rajcują. Do problemów z różnymi służbami, w tym z wojskiem i policją jestem przyzwyczajony. Do ich omijania np. przez dżunglę też. Jeśli mają mnie złapać, to po zdobyciu wulkanu, wtedy mi wszystko jedno.

Zejście z Popocatepetl było gorsze niż wejście. Jeden z najcięższych wulkanów pod tym względem na jakim byłem. Pierwszy fragment jest tak stromy, że ledwo utrzymywałem sie na nogach. Tylko na nim wywaliłem się ponad 50 razy, ale to drozbiazg. Gorzej, że miałem ześlizgnięcia po 20 metrów i nie mogłem sie zatrzymać. A lawa cięła ubranie i skórę jak noże. Całe nogi i ręce pocięte, posiniaczone, krew. Ból palców u stóp nawet trudno opisać. Okropny. Ale co nas nie zabije to nas wzmocni, jak mówią. W dół schodziłem chyba jeszcze wolniej niż do góry. Raki, by się bardzo przydały. Kolejny odcinek również dostarczył mi ponad 50 upadków, ześlizgnięć, zjazdów. Że nic sobie nie skręciłem, nie zerwałem żadnego więzadła, bardzo dziwne, okazji miałem co niemiara. Drugi odcinek za mną, kilka godzin w plecy, słońce grzeje. Najchętniej bym się położył i czekał na jakiś helikopter, ale jak na złość, wojskowi tego dnia nie latali. Trzeba było zejść na własnych nogach. Trzeci odcinek, trochę łagodniejszy również dał mi popalić. Gdzieś o 17:00 dotarłem do traw i łagodniejszego zejścia. Wracałem tą samą trasą. Mało wygodną, ale z daleka od widoku z rejonu Paso de Cortes. Nikt na mnie nie czekał, nikt nie chciał mnie zwieść choćby radiowozem do Amecameci.

Doszedłem do depozytu o 18:00, szybko wrzuciłem wszystko do plecaka i mając jeszcze pół godziny dnia biegiem ruszyłem w dół, ku drodze z Paso de Cortes. Bieganie żlebami to zły pomysł, bo wpadałem do jakichś dziur, na korzeniach się wywracałem, prawie wbiłem sobie w kolano kawałek drzewa. Z czołówką na łbie nie było lepiej. Minęła 20:00, gdy w końcu witałem asfaltową drogę. Noc, zero pojazdów. Jakieś 23-24km do Amecameci. Za mną nieprzespana noc i jakieś 30parę godzin na nogach, a wchodzenia i schodzenia na El Popo ponad 24 godziny. Na myśl o schodzeniu do Amecameci, nie miałem tęgiej miny. Ale szedłem w dół. Na 3600m jechał samochód w moim kierunku, zacząłem machać, minął mnie, ale po chwili zatrzymał. A w nim pracownicy metra w Mexico City - Joel i Gary, oraz pies (suka) - Maja. Podwieźli mnie do Amecameci. Miałem wielkie szczęście, bo aż do miasta na drodze nie było żadnego samochodu. Chłopaki nie mogli uwierzyć, że wszedłem na El Popo, pokazywałem zdjęcia, opowiadałem. Wiele razy mi gratulowali.

Do hotelu dotarłem po 21:00, zimny prysznic (bo brak ciepłej wody) i spać. Kolejnego dnia planowałem sie dostać pod inny wulkan - Orizaba, najwyższy w Meksyku i w Ameryce Północnej. Już kiedyś to pisałem, ale zapomniałem do planu wpisać jakiekolwiek dni odpoczynku, więc zapierniczam jak bolid firmuły jeden, ledwo żywy, ale jeszcze żywy.

Na Popocatepetl pokonałem całkiem sporą deniwelację względną, w górę 2210m, a w dół 2250m. Bez odpoczynku.

W kolejnych dniach w Meksyku, gdy mówiłem, że wszedłem na Popocatepetl, wszyscy zaraz mówili - byłeś na Paso de Cortes. Nie, na szczycie. Niemożliwe. Wulkan jest zamknięty, w fazie erupcji, tam nikt nie chodzi. Dopiero zdjęcia przekonywały niedowiarków, a potem traktowali mnie jakbym dokonał czegoś niemożliwego. Bohatera ze mnie robili, a ja wszedłem tylko na 30któryś aktywny wulkan. Przewodnicy, których spotkałem pod Orizabą, żaden z nich nie był na Popo, niedowierzali również, że wszedłem i nikt mnie nie aresztował do tego. A za co? Wszedłem tylko sobie na aktywny wulkan.

Każdy chciał oglądać zdjęcia z masywu, ze szczytu. Oglądający, nigdy wcześniej nie widzieli takich zdjęć. Bardzo byłem i jestem zdziwiony reakcją Meksykanów. Gdy tylko dowiadują się, że byłem na El Popo, na samej górze, nie dają mi spokoju. I pytają, nie bałeś się? W takich miejscach nie ma czasu na strach. Trzeba wyostrzyć wszystkie zmysły w temacie przetrwania i gotowości do ucieczki. Gdybym sie bał, tak klasycznie, jeden z ponad 30-stu zdobytych aktywnych wulkanów zabiłby mnie. A tak, póki co mam się dobrze.

Popocatepetl dostarczył mi adrenaliny, wrażeń, bólu i radości. Świetny wulkan, na którego szczycie mało kto staje. To są wyzwania, które uwielbiam. Fajnie być na przykład jednym z kilkunastu czy z kilkudziesięciu ludzi, którzy byli kiedykolwiek na szczycie danego wulkanu. Bycie jednym z tysięcy już tak nie cieszy.

Krótki film z Popocatepetl jest: TUTAJ.

Pomiary GPS i zaznaczona droga wejściowa - znajdują się w galerii pod tekstem: PROJEKT 100 WULKANÓW po wyprawie 2015/2016 do Ameryki Południowej i Północnej.

English short note: Popocatepetl 5624m and Pico de Orizaba 5629m - the two highest volcanoes in North America in five days, and during the eruption of Popocatepetl.

Na zdjęciach:

  • 1) Kolejna próba reanimacji dziurawych butów, Popocatepetl moją pracę zniszczył po kilku godzinach,
  • 2-4) Przełęcz Paso de Cortes i Popocatepetl 5424m oraz policja i wojsko, których był dużo więcej niż pokazują zdjęcia,
  • 5) Wulkan Iztaccíhuatl 5230m z Paso de Cortes,
  • 6) Teren w jakim się poruszałem na początku wędrówki,
  • 7) Popocatepetl widziany z 4000m, czekam na zmrok,
  • 8) Wstaje dzień, a ja prawie na szczycie,
  • 9-19) Wierzchołek Popocatepetl 5424m, widać krater i gazy się wydobywające z niego, na kilku zdjęciach też wulkan Iztaccíhuatl,
  • 20-21) Resztki lodowca w masywie Popocatepetl,
  • 22-31) Zejście z Popocatepetl, na części zdjęć widać którędy schodziłem, ale zdjęcia i tak nie oddają jak było stromo i ciężko,
  • 32-33) Joel (z lewej) i Gary, oraz Maja,
  • 34) Moje spodnie zewnętrzne, całe tak wyglądają, jak ten fragment na tyłku, reszta sprzetu ma się podobnie, często trzyma się tylko na srebrnej taśmie,
  • 35-39) Na głównym i przy głównym placu w Amecameca de Juarez (koło Mexico City).
Opublikowano w Blog
Strona 1 z 4

nationalgeographic box

red bull 225x150

TOKFM box

iexpert 225X150px

stopka plecak

LogoStopka

stopka plecak

Strona używa informacji zapisanych za pomocą… plików cookies w celu dostosowania do indywidualnych potrzeb użytkowników. Jeżeli tego nie akceptujesz zmień ustawienia przeglądarki dotyczą…ce cookies. Więcej informacji można znaleźć‡ w naszej Polityce prywatności.