a2b2

red bull box 225x150

pzu bezpieczny 225x140

spokey.jpg 225PX

LOGO

Podziel się

FacebookMySpaceTwitterGoogle BookmarksLinkedinRSS Feed
sobota, 30 lipiec 2016 10:28

Ruina zwana Tbilisi (Gruzja)

Gruzja to wakacyjny hit Polaków. A jednym z najczęściej odwiedzanych miejsc jest stolica kraju – Tbilisi. Gdyby trzeba było ją opisać jednym słowem, to najbardziej trafnym określeniem jest – ruina.

Stare Miasto i okolice

Niewielkie Stare Miasto fragmentami przypomina obraz jak po wojnie. Walące lub częściowo zawalone nieszczególnej urody kamienice. Spadające cegły. Bruk czy asfalt też nie wszędzie są standardem. Między tym wszystkim parę kościołów. Centralnego placu – Rynku – tutaj nie ma. Na dwóch najważniejszych tego typu miejscach rządzą samochody. Plac Wolności z charakterystycznym pomnikiem to ważna i ruchliwa arteria a plac przy moście Metechi nad rzeką Kurą również dostępny jest dla samochodów, i w większości pełni funkcję parkingu. Na dodatek, pieszy tutaj to ciągle intruz, którego należy rozjechać, dobrze zatem zachować ostrożność. Jednym z niewielu godnych uwagi fragmentów Starego Miasta jest meczet ze znajdującymi się po sąsiedzku tureckimi łaźniami. W okolicy jest trochę zieleni i ławek. Warto też się wybrać na tyły meczetu, gdzie krótki wąwóz kończy się urokliwym wodospadem.

Tuż nad Starym Miastem dobrze widoczne są ruiny twierdzy Narikala, której początki datowane są na schyłek ery starożytnej. Pośród nich, stoi kościół św. Mikołaja, natomiast sam teren jest dosyć zaniedbany i zaśmiecony. Niektóre fragmenty są w złym stanie technicznym, brak również zabezpieczeń przed upadkiem. Za to, widok na Tbilisi i otaczające góry, z pogranicza Wielkiego i Małego Kaukazu, bez wątpienia godny jest uwagi. Wieczorem mury są oświetlone. Na wzgórze, powyżej twierdzy i w okolice pomnika Matki Gruzji (Kartlis Deda), można się dostać jedną z najnowszych inwestycji w mieście, czyli kolejką linową.

Ulica Rustaveli i Puszkina

Od Placu Wolności zaczyna swój bieg reprezentacyjna ulica Tbilisi – Rustaveli. Znajdziemy tutaj najlepsze sklepy w gruzińskiej stolicy i kilka ciekawych obiektów. Jak budynek Parlamentu (jego siedzibę przeniesiono do miasta Kutaisi), opery, Rustaveli Teatru i parę  ciekawych kamienic. Na drugim biegunie są pędzące samochody po kilku pasach i co za tym idzie uciążliwy hałas. Jak na warunki dosyć brzydkiego miasta, jakim jest Tbilisi, Rustaweli jest ładną ulicą, chociaż szczególnych atrakcji nie należy się spodziewać. Może poza licznymi bezdomnymi i żebrakami proszącymi o datek. Co akurat powszechne w całym mieście. Tbilisi miałoby duże szanse wpisania pod tym względem, na listę rekordów Guinessa. Wynika to z faktu, że Gruzja to ciągle bardzo biedny i zaniedbany kraj. Co nie jest równoznaczne z niskimi cenami dla turystów.

Przebywając w rejonie Placu Wolności warto na chwilę odwiedzić ulicę Puszkina, na której nowocześnie wyeksponowano ruiny murów z czasów starożytnych. A idąc dalej w kierunku rzeki, dostrzeżemy nad brzegiem nietuzinkową potężną szklaną budowlę, siedzibę różnych instytucji publicznych.

Kura, katedra i Rike Park

Miasto przedziela na pół rzeka Kura (Mtkvari). Po drugiej stronie w stosunku do Starego Miasta możemy podziwiać pionowe skalne ściany nad rzeką, a na wierzchołku miejską zabudowę oraz średniowieczną świątynię Metechi. Nieopodal przy rzece rozpościera się słusznych rozmiarów Rike Park. To największa nowa inwestycja w mieście. W parku oprócz zieleni i fontann, znajduje się dolna stacja wspomnianej już kolejki linowej, efektowny szklany budynek teatru, a na Stare Miasto przedostaniemy się szklanym Mostem Pokoju – tylko dla pieszych. Za Parkiem wznosi się na wzgórzu Pałac Prezydencki z charakterystyczną szklaną kopułą. Niestety jego okolica to w dużej mierze walące się zaniedbane kamienice, ruiny i śmieci. W takiej samej scenerii położona jest największa świątynia miasta czyli katedra Sameba. Dominuje nad tą częścią miasta, w nocy można podziwiać iluminację świetlną.

Tbilisi dla zuchwałych

Stęsknieni za minioną epoką mogą odwiedzić ogromny bazar i dworzec marszrutek Didube. Marszrutka czyli marszrutnoje taksi czyli mikrobus, zwany też busem. Ten rodzaj transportu publicznego charakterystyczny jest dla Europy Wschodniej i Azji Centralnej. Ma swój niepowtarzalny klimat i atrakcyjne ceny. Bazar urzeka, jeśli to tak można określić, swoim chaosem. Brzydko, brudno, nierówno, bałagan, różnorodna tandeta na stoiskach. Mnóstwo ludzi. Można skosztować miejscowych pierożków czy szoarmy (inaczej kebab). Jeżeli komuś mało nieoczywistych turystycznych atrakcji, znajdzie ich więcej wieczorem koło Dworca Kolejowego. Tandetne budki, panie lekkich obyczajów, typki z pod ciemnej gwiazdy, słabe oświetlenie. A to wszystko w otoczeniu śmieci, walących się domów, nierównych ulic i chodników, jeżeli w ogóle są. Powszechnym krajobrazem Tbilisi oprócz gór i zamkniętych na tysiąc kłódek fabryk popadających w ruinę od czasów ZSRR, są tysiące bloków mieszkalnych. Takich samych jak w Polsce, ale jakby jeszcze w większej ilości. Do tego otoczenie zaniedbane i nietknięte od wielu lat. Miasto próbuje się podnieść, lecz na razie z marnymi skutkami. Skala remontów i inwestycji jest mikroskopijna w stosunku do potrzeb.

W poruszaniu się poza niewielkim Starym Miastem pomoże metro. Posiada dwie linie. Najstarszy fragment wozi pasażerów od blisko 50-ciu lat. Tutaj też czas się zatrzymał, za wyjątkiem biletów w postaci elektronicznych plastikowych kart.

Życie nocne w Tbilisi na tle dużych miast Europy wypada skromnie, ale bez wątpienia panuje europejska atmosfera. Gruzini zresztą są zachwyceni, gdy zalicza się ich właśnie do Europy a nie do Azji, mimo że zgodnie z przyjętą onegdaj przez Międzynarodową Unię Geograficzną umowną granicą, to już Azja. Nie należy się dziwić widokiem licznych flag Unii Europejskiej oraz nazwami placów: Plac Europejski albo Plac Unii Europejskiej. To obrazuje jakie mają marzenia, aczkolwiek gruzińska rzeczywistość im nie sprzyja. Od rodowitych mieszkańców można bowiem usłyszeć, że Tbilisi jest dzielnicą biedoty Baku – stolicy sąsiedniego Azerbejdżanu, bogatego w gaz i w ropę. 

Makaron

Chociaż niektórzy znają jeszcze język rosyjski, a inni nauczyli się trochę angielskiego, to dominuje język gruziński, którego alfabet przypomina wyglądem makaron. W Tbilisi jak i w całym kraju panuje moda, aby zamienić wszystkie rosyjskie napisy na gruzińskie oraz pozamieniać stare nazwy ulic czy miejscowości na gruzińskie. Dla turystów jest to utrudnienie. Mimo upływu czasu konflikt gruzińsko-rosyjski ciągle jest wyczuwalny, ale ryzyko wybuchu kolejnej wojny raczej niewielkie. Co nie zmienia faktu, że Kaukaz od setek lat to niestabilny rejon, a sytuacja potrafi się zmieniać dynamicznie.

Legenda

Gruzini lubią opowiadać turystom pewną legendę. Mimo różnych wersji brzmi ona mniej więcej tak. Wedle niej Bóg przydzielił terytoria narodom, a najpiękniejszy skrawek zostawił dla siebie. Gdy już nic nie było do rozdzielenia przyszli do niego Gruzini po swoją ziemię. Na co Bóg im odpowiedział, że całą ziemię oddał, a gdy to czynił Gruzini pili wino, nie interesując się niczym innym niż zabawą. Na co Gruzini odpowiedzieli, iż bawili się i pili na cześć Boga. Skoro tak, to zdecydował się oddać im swoją ziemię, I tak na tym najpiękniejszym skrawku świata powstała Gruzja. Niestety, w Tbilisi tego nie widać.

Gruzja, 2012

Opublikowano w Przewodniki Turystyczne

Powoli kończy się rok jubileuszowy PROJEKTU 100 WULKANÓW, ale nie kończy się ich zdobywanie w tym roku. Okrągłą dziesiątkę zakończę na wulkanach Ameryki Południowej i przeciągnę wyprawę do roku następnego. W związku z tym, poniższe tabele obejmują stan aktualny, który nie zmieni się do dnia startu wyprawy, w połowie listopada.

Dokonałem przeglądu tabel i je uaktualniłem. Podstawowe liczby mają się tak. Tabela nr 1 (główna) zawiera 39 wulkanów, w tym 27 aktywnych. Na tabelę nr 2 (pomocniczą) składa się 68 pozycji, w tym 7 wulkanów, które nie zasłużyły, by znaleźć się w tabeli głównej. Robiąc co jakiś czas przegląd projektu, zawsze dochodzę do wniosku, że któryś "nie zasłużył", aby być liczonym do tytułowej setki i przesuwam do drugiej tabeli. W której ponadto znajduje się wiele ciekawych miejsc wulkanicznych jak: pola gejzerów, pola geotermalne, pola wyziewów wulkanicznych, pola lawowe, jaskinie wulkaniczne, góry i jeziora pochodzenia wulkanicznego, pustynie wulkaniczne, wulkaniczne formacje skalne oraz kaniony, płaskowyże wulkaniczne, poboczne kratery wulkaniczne, wulkany błotne, zimne gejzery, kaldery wulkaniczne.

Ten okresowy zabieg przeglądu tabel nie jest przypadkowy. Gdy ten projekt skończę, w co głęboko wierzę, ma być najwyższej jakości. Innej opcji nie ma! Oto tabele: 

 01 TABELA 100 WULKANOW

02 TABELA 100 WULKANOW

03 TABELA 100 WULKANOW

04 TABELA 100 WULKANOW

05 TABELA 100 WULKANOW

06 TABELA 100 WULKANOW

07 TABELA 100 WULKANOW

08 TABELA 100 WULKANOW

09 TABELA 100 WULKANOW

010 TABELA 100 WULKANOW

011 TABELA 100 WULKANOW

012 TABELA 100 WULKANOW

Wulkaniczne fotografie można znaleźć m.in.: TUTAJ i TUTAJ.

A o tym, że jeżdżę nie tylko na wulkany można poczytać: TUTAJ i TUTAJ.

Opublikowano w Blog

Wyprawa 2012 – część azjatycka (była też część afrykańska (15-dniowa), może kiedyś znajdę czas, by i o niej coś napisać, zamieścić trochę zdjęć).

Pierwszy wpis tej relacji znajduje się: TUTAJ.

Czas trwania 46 dni

Liczba uczestników: 1

Odwiedzone kraje podczas wyprawy: Iran, Azerbejdżan, Turcja(dwa razy), Gruzja(trzy razy), Armenia, Ukraina, wody międzynarodowe Morza Czarnego, w minimalnym stopniu Rosja w rejonie Kazbeka.

Kilometry: 13 178km, w tym: autobusy i marszrutki (5152km, 46razy), samoloty (3800km, 2 razy, trzeci lot odwołany), pociągi-metro-tramwaje (2059km, 29razy), prom towarowy przez Morze Czarne (1030km, 1 raz), prywatne auta, taksówki (652km, 26razy), pieszo (485km(11 dni było tylko pieszych), razem 104 środki transportu w czasie 35 dni, podczas których z nich korzystałem.

Przebieg trasy: Londyn—Stansted(lotnisko)—Istambuł(lotnisko Sabiha Gokcen)—Van(lotnisko i miasto) i jezioro Van—Doğubayazıt—Wyżyna Armeńska i Ararat 5135m—granica turecko-irańska (Gurbulag-Bazargan)—Maku—Teheran—Reyneh—Demawend 5634m — Polur — Amol — Mahmoud Abad i Morze Kaspijskie—Teheran—Shahr-e Rey (dzielnica Teheranu)—Qom—Wielka Pustynia Słona z solniskami Namak i Hoz-e Soltan—Teheran—Tabriz—granica irańsko-turecka (Bazargan-Gurbulag)—Doğubayazıt—Wyżyna Armeńska—Kars—granica turecko-gruzińska (Posof/Turkgozu-Vale)—Mały Kaukaz—Tbilisi—Gruzińska Droga Wojenna—Wielki Kaukaz—Kazbegi(Stepantsminda)—Gergeti—Cminda Sameba—Kazbek 5033m—Cminda Sameba—Kazbegi—Gruzińska Droga Wojenna—Ananuri—Tbilisi—granica gruzińsko-azerska(przejście kolejowe koło Rustavi)—Baku—Morze Kaspijskie—wulkany błotne i petroglify w Qobustanie—Baku—granica azersko-gruzińska(przejście kolejowe koło Rustavi)—Tbilisi—granica gruzińsko-armeńska (Sadakhlo-Ptghavan)—Erywań—Wyżyna Armeńska—Mały Kaukaz—granica armeńsko-gruzińska (Ptghavan-Sadakhlo)—Tbilisi—Batumi—Poti—Prom towarowy Poti-Iljiczewsk (morskie przejścia graniczne w Poti(Gruzja) i Iljiczewsku(Ukraina))—Odessa—Kijów—Lwów—granica ukraińsko-polska (Szeginie-Medyka)—Przemyśl—Kraków—Katowice—Bytom

Zdobyte szczyty/ deniwelacja względna:

5634m – Demawend (wulkan potencjalnie aktywny - drzemiący, obecne fumarole), FILM: DEMAWEND.

Deniwelacja w górę: 3285m (2395-5634m) – wraz z niewielkimi dodatkowymi podejściami wynikającymi z przebiegu trasy (w tym spacer wokół i w kraterze), Z podejściem aklimatyzacyjnym i niewielkimi dodatkowymi podejściami na trasie 3505m. Największe jednodniowe podejście 1510m (obóz I 3025m – powyżej obozu II 4532m, większość trasy z dużym i ciężkim plecakiem), atak szczytowy 1410m (4250-5634m n.p.m. + dodatkowe podejścia wynikające z przebiegu trasy)

Deniwelacja w dół: 2940m- z dodatkowymi zejściami na trasie (zejście do 3025m, skąd samochodem), największe jednodniowe zejście 2635m (5634-3025m + niewielkie dodatkowe zejścia wynikające z przebiegu trasy).

5135m – Ararat (wulkan potencjalnie aktywny - drzemiący), FILM: ARARAT.

Deniwelacja w górę: 3015m (2170-5135m) – z niewielkimi dodatkowymi podejściami wynikającymi z przebiegu trasy. Największe jednodniowe podejście 1200m (masyw Araratu 2170m n.p.m. – obóz I 3345m n.p.m. + podejścia wynikające z przebiegu trasy, do tego z dużym i ciężkim plecakiem). Atak szczytowy 975m (4160m-5135m).

Deniwelacja w dół: 3185m- z dodatkowymi zejściami wynikającymi z przebiegu trasy (zejście do 2000m n.p.m.). Największe jednodniowe zejście: 3160m (5135-2000m + niewielkie zejścia wynikające z przebiegu trasy)- najwyższy wynik na wyprawie

5033m – Kazbek (wulkan potencjalnie aktywny - drzemiący), FILMY: KAZBEK 1KAZBEK 2.

Deniwelacja w górę: 3505m (1750-5033m) – z niewielkimi dodatkowymi podejściami wynikającymi z przebiegu trasy. Z podejściem aklimatyzacyjnym i niewielkimi podejściami wynikającymi przebiegu trasu: 4615m. Największe jednodniowe podejście 2040m (Kazbegi 1750m n.p.m. – schr. Bethlemi 3670m n.p.m. + podejścia wynikające z przebiegu trasy, do tego z dużym plecakiem). Atak szczytowy 1465m z dodatkowymi podejściami wynikającymi z przebiegu trasy (3670-5033m n.p.m.) – najwyższy wynik na wyprawie (niewiele mniej było na Demawendzie, gdzie jednak wyraźnie wyższe wartości bezwzględne).

Deniwelacja w dół: 4615m-  z dodatkowymi zejściami na trasie (dwa największe jednodniowe zejścia równe były dwóm największym jednodniowym podejściom: 2040 i 1465m).

Łącznie deniwelacja względna(pieszo) na powyższych wulkanach: w górę 11135m, w dół 10740m

Najistotniejsze miejsca geograficzne: Jezioro Van, Wyżyna Armeńska (trzykrotnie), Ararat, Góry Elburs z Demawendem, Morze Kaspijskie w Iranie i w Azerbejdżanie, Wielka Pustynia Słona z solniskami (Iran), Mały Kaukaz (Gruzja, Armenia, Azerbejdżan), Wielki Kaukaz z Kazbekiem, pustynne rejony Azerbejdżanu, wulkany błotne koło miejscowości Qobustan, Morze Czarne i rejs przez Morze Czarne (z Gruzji na Ukrainę).

Najistotniejsze miejsca i zabytki ze szczególnym uwzględnieniem dziedzictwa światowego: TURCJA: pałac Ishak Pasha (1784r. zakończenie budowy) koło Doğubayazıt; IRAN: Teheran m.in. z Pałacem Golestan, z Wielkim Bazarem i meczetem Imama Khomeiniego oraz innymi meczetami, wieżą Azadi,  Śródmieściem, dzielnicą Shahr-eRay(zamieszkałą już 6000 lat p.n.e.), gdzie sanktuarium Shah-Abdol-Azim i średniowieczna wieża Tughrul, Qom ze Starym Miastem, meczetami w tym pielgrzymkowym sanktuarium Fatimy al-Masumeh; GRUZJA: twierdza Ananuri, kościół/klasztor Cminda Sameba pod Kazbekiem(ok. 2200m n.p.m.), Stare Miasto w Tbilisi z twierdzą Narikala, nadmorska dzielnica w Batumi; AZERBEJDŻAN: Śródmieście i Stare Miasto w Baku z bulwarem nadmorskim i polami wydobycia ropy naftowej, minaretami, wieżami oraz murami obronnymi, z meczetem Bibi-Heybat, z efektownymi szklanymi wieżowcami jak Flame Towers, petroglify naskalne w Qobustanie (powstałe 5000-40000 lat temu) i rzymski kamień z inskrypcją z  I w n.e.; ARMENIA: Stare Miasto i Śródmieście Erywania, UKRAINA: Centrum Odessy i Kijowa, Stare Miasto we Lwowie.

Najistotniejsze odwiedzone i zwiedzone miasta na trasie: Van, Doğubayazıt(dwukrotnie), Teheran(trzykrotnie), Mahmoud Abad, Qom, Tbilisi(czterokrotnie), Kazbegi, Baku, Erywań, Batumi, Poti, Odessa, Kijów, Lwów,

Najniższe/najwyższe temperatury: do minus 15 stopni Celsjusza na Kazbeku / do +45 stopni Celsjusza w cieniu w Iranie (w słońcu nawet +70 stopni przy rozgrzanej ziemi)

Miejsca noclegu:

  • 33 – prywatne kwatery, schroniska, pensjonaty, hoteliki, hostele, campingi
  • 6 – samoloty, autobusy, pociągi
  • 3 – namiot
  • 3 – prom

Aktywności fizyczne na wyprawie:  wspinaczka wysokogórska, trekking, hikimg, pływanie w Morzu Kaspijskim, off road samochodami.

Przebieg wyprawy w skrócie: (12 wrzesień - 27 październik 2012):

1) Londyn - Stansted-Lotnisko, start lotu do Stambułu (lotnisko Sabiha-Gokcen, linia lotnicza Pegasus, ok. 3h).

2) Pobyt na lotnisku w Stambule i lot na lotnisko w Van (Pegasus, ok. 1h45min), Van, jezioro Van, przejazd górskimi drogami do Dogubeyazit, dotarcie do campingu Murat (ok. 1875m n.p.m., powyżej Dogubeyazit).

3) Dojazd pod Ararat, marsz z 2170m n.p.m. do 3345m n.p.m.- obóz I. (ok. 3h-3h30min marszu z przerwami i z dużym plecakiem), w nocy mróz -1°C, nocleg w namiocie.

4) Przejście z obozu I do obozu II na 4160m n.p.m. (2h30min marszu z przerwami i dużym plecakiem), w nocy -6,5°C, nocleg w namiocie.

5) Atak szczytowy na wulkan Ararat (5135m n.p.m., 16.09.2012), start o 1:30 w nocy, na szczyt z przerwami i niedużym plecakiem 5h, na szczycie ok. 30min, zejście do obozu II ok. 3h30min po lodowcu i śniegu oraz wulkanicznym rumowisku. Zejście z obozu II do I 1h30min, z obozu I do samochodu na 2000m n.p.m. długą i okrężną drogą z postojami ok. 5h (od obozu II z dużym plecakiem). Największy mróz to ok. -10ºC przed szczytem. Przejazd do campingu przez Dogubeyazit.

6) Pobyt i nocleg w Dogubeyazit ok. 1625m n.p.m., Wyżyna Armeńska.

7) Dogubeyazit, granica turecko-irańska (Gurbulag-Bazargan), dojazd do Maku, start autobusem do Teheranu.

8) Dojazd do Teheranu (ok. 1200m n.p.m., ok. 15mln mieszkańców). Dojazd przez góry Elburs do Reyneh (ok. 1975-2000m n.p.m.), dojazd pod Demawend na wysokość 2395m n.p.m. Pieszo z dużym plecakiem do obozu I na 3025m n.p.m. (Saheb(Sahib) al Zaman, spacerem, z długą przerwą na śniadanie niecałe 2h). Nocleg w baraku.

9) Przejście z obozu I do schroniska w obozie II (Bargah, 4250m n.p.m.), ok. 3h30min z przerwami i ciężkim plecakiem. Spacer aklimatyzacyjny do 4532m n.p.m.

10) Atak szczytowy na wulkan Demawend (5634m n.p.m., 21.09.2012), start o 4:45, mróz przed wschodem słońca -12,5ºC. 5h30min z przerwami i niewielkim plecakiem. Na szczycie 1h z obejściem krateru dookoła, z wejściem na okoliczne skałki, ze spacerem po lodowcu w kraterze, z obserwowaniem wyziewów wulkanicznych (fumarol). Zejście do obozu II 3h z licznymi przerwami na zdjęcia, bez pośpiechu. Zejście z obozu II do I, 1h15min z ciężkim plecakiem i przerwami. Dojazd samochodem terenowym do bazy alpinistycznej w Polur (Polour).

11) Przejazd przez góry Elburs z Polur do Amol i dalej do Mahmoud Abad nad Morze Kaspijskie.

12) Pobyt w Mahmoud Abad, kąpiel w Morzu Kaspijskim.

13) Przejazd z Mahmoud Abad do Teheranu przez góry Elburs, najwyższa wysokość na trasie ok. 2600m n.p.m., pobyt w Teheranie.

14) Pobyt w Teheranie, wędrówki po Śródmieściu.

15) Pobyt w Teheranie w tym zwiedzanie zabytków dzielnicy Shahr-e Rey.

16) Przejazd z Teheranu do Qom, Wielka Pustynia Słona z solniskami Namak i Hoz-e Soltan, pobyt w Qom

17) Pobyt w Qom, oglądanie szyickich modłów w Sanktuarium Fatima al-Ma'sumah, przejazd do Teheranu.

18) Pobyt w Teheranie, zwiedzanie miasta.

19) Pobyt w Teheranie, zwiedzanie miasta z Azadi Tower.

20) Pobyt w Teheranie i przejazd autobusami ku granicy z Turcją m.in. przez Tabriz.

21) Granica irańsko-turecka (Bazargan-Gurbulag), Doğubayazıt, przejazd przez Wyżynę Armeńską, granica turecko-gruzińska (Posof/Turkgozu-Vale), przejazd przez Mały Kaukaz do Tbilisi, przejazd Gruzińską Drogą Wojenną przez Wielki Kaukaz do Kazbegi(Stepantsminda).

22) Przejście z Kazbegi przez Gergeti i koło kościoła Cminda Sameba (ok. 2200m n.p.m.), następnie na przełęcz z kapliczką na 2950m n.p.m., przez lodowiec Gergeti na ponad 3000m n.p.m., dojście do schroniska Bethlemi (dawna stacja meteorologiczna, oficjalnie 3653m n.p.m., faktycznie około 3670m n.p.m.), deniwelacja bezwzględna 1750 – 3670m n.p.m.

23) Samotna próba ataku szczytowego (start 5:00) na Kazbek przez lodowiec Gergeti w tym lodowe plateau. Śnieżyca z piorunami i odwrót z 4572m n.p.m. Atak zimy.

24) Atak zimy - ciąg dalszy. Pobudka o 1:30 w nocy, sprawdzenie warunków pogodowych i powrót do Bethlemi, gdzie pobyt przez cały dzień. Tylko ja i gospodarz schroniska Georgij.

25) Mimo dalszego trwania ataku zimy o 1:30 pobudka, o 2:00 kolejna próba samotnego ataku szczytowego z niewielkim plecakiem. Bardzo trudne warunki atmosferyczne, ale stopniowa poprawa pogody. Na ok. 4300m n.p.m., wpadłem ok. 3 metry do szczeliny lodowcowej, jednej z wielu, ukrytej pod świeżym śniegiem. Wpadłem na fragment lodu, szczelina była dużo głębsza, trudno oszacować jak głęboka (minimum 10-15 metrów). Po wydostaniu na powierzchnię kontynuacja wspinaczki. Poprawa pogody, mnóstwo śniegu, po kolana i po pas. Torowanie drogi. Temperatura do minus 15ºC. Bardzo ciężko, końcówka to stroma ściana lodowa. Na szczycie wulkanu Kazbeka 5033m n.p.m. o 13:00, 06.10.2012. 11h, ale zważywszy na przeczekiwanie zamieści śnieżnej na trasie, wpadnięcie do szczeliny i bardzo wolne poruszanie się w „szczelinowym lesie” oraz torowanie drogi w kopnym śniegu, to nie było tak źle. Fakt bardzo długiej trasy w tym wypadku to detal. Po 30min zejście w dół po własnych śladach, pogoda dobra, dużo postojów na robienie zdjęć. Powrót do Bethlemi o 18:45 (5h15min). Wysokości 3670-5033-3670m. Impreza z Georgijem i szóstką Polaków, która doszła do schroniska.

26) Zejście z Bethlemi przez lodowiec Gergeti, przełęcz 2950m, kościół Cminda Sameba, wieś Gergeti - do Kazbegi, gdzie pobyt.

27) Przejazd z Kazbegi do Tbilisi, gdzie pobyt. Gruzińska Droga Wojenna, Przełęcz Krzyżowa ok. 2400m n.p.m., twierdza Ananuri, pogranicze z Osetią Południową. 

28) Pobyt w Tbilisi, zwiedzanie miasta.

29) Pobyt w Tbilisi i start pociągu do Baku, przekroczenie granicy gruzińsko-azerskiej koło Rustavi.

30) Dojazd do Baku, pobyt w Baku (m.in. Stare Miasto) i nad Morzem Kaspijskim.

31) Qobustan z wulkanami błotnymi i petroglifami. Baku.

32) Pobyt w Baku 9zwiedzanie) i wieczorem wyjazd pociągu do Tbilisi

33) Dojazd do Tbilisi przez granicę azersko-gruzińską koło Rustavi, pobyt w Tbilisi.

34) Wyjazd do Erewania (Erywania) przez granicę armeńsko-gruzińską (Ptghavan-Sadakhlo). Przejazd przez Mały Kaukaz, koło wulkanu Aragats i przez Wyżynę Armeńską. Pobyt w Erewaniu.

35) Pobyt w Erewaniu i zwiedzanie.

36) Pobyt w Erewaniu i wyjazd do Tbilisi (granica armeńsko-gruzińska Sadakhlo-Ptghavan).

37) Pobyt w Tbilisi i wieczorem wyjazd do Batumi.

38) Pobyt w Batumi nad Morzem Czarnym i u podnóża Małego Kaukazu.

39) Pobyt w Batumi, kąpiel w morzu, przejazd do Poti, gdzie pobyt i oczekiwanie na prom z Gruzji na Ukrainę, który nie przypłynął, a miał wypłynąć następnego dnia

40) Pobyt w Poti i nad Morzem Czarnym. Dalsze oczekiwanie na prom.

41) Pobyt w Poti, przed północą zakwaterowanie na promie.

42) Rano, po dwóch dobach opóźnienia, wypłynięcie z portu Poti promem towarowym, cały dzień na Morzu Czarnym.

43) Na promie z Poti do Iljiczewska koło Odessy (Ukraina), popołudniu przepłynięcie koło Krymu.

44) Przed południem dopłynięcie do Portu w Iljiczewsku, długa odprawa celna, dojazd do Odessy. Z powodu braku miejsc w pociągach do Lwowa lub ewentualnie do Kijowa, dojazd do tego drugiego autobusem (wyjazd późnym wieczorem).

45) Dojazd do Kijowa, problemy z brakiem biletów na pociąg do Lwowa, co ostatecznie się udało i dojazd późnym wieczorem, gdzie pobyt na Starym Mieście.

46) Spacer po Starym Mieście we Lwowie, dojazd  marszrutką (2h30min) do granicy ukraińsko-polskiej (Szeginie-Medyka), długie przekraczanie granicy w błocie i ścisku, dojazd do Przemyśla i dalej do Krakowa, Katowic i do Bytomia, gdzie ok. 22:00 (niewiele ponad 300km z Przemyśla do Bytomia z przesiadkami w Krakowie i Katowicach w „jedyne” w 9 godzin z hakiem, w tym ponad 8 godzin samej jazdy).

  • Na zdjęciach:
  • 1-3) Wulkany: Ararat 5135m, Demawend 5634m, Kazbek 5033m – główne cele wyprawy, ale oprócz nich odwiedziłem kilkadziesiąt innych ciekawych miejsc.
  • 4) W kieszeniach zostało trochę drobnych banknotów i monet.
  • 5-6) Jak się dużo chodzi, obuwie kończy tak jak na zdjęciach. 
Opublikowano w Blog

Mogłem za nieduże pieniądze samolotem z Tbilisi do Warszawy dostać się w 3 godziny. Wybrałem jednak wersję 8-dniową i dużo bardziej męczącą oraz kosztowną.  W przeddzień wypłynięcia promu trzeba było dotrzeć do Poti, wcześniej kupić bilet – to jeden dzień. Prom się spóźnił o dwa dni – razem trzy dni. Potem płynął godzin 50 – mamy dni pięć. Szósty dzień spędziłem w Odessie i na staraniach by się stamtąd wydostać. Siódmy dzień witałem w Kijowie i kontynuowałem w pociągu do Lwowa. By pod koniec ósmego dnia dotrzeć do Polski, do domu.

Na promie spędziłem jednak ponad 60 godzin, bowiem od zaokrętowania do wypłynięcia minęło około 12-13 godzin. Prom nazywał się Greifswald, produkcji niemieckiej, dosyć stary ale zadbany. Prom towarowy. Używany przez niemieckie wojsko, potem pływał jako towarowy po Bałtyku, a około 2004 roku trafił na Morze Czarny i użytkowany jest przez ukraińskie linie. W ich ocenie to pawie nówka.

Skoro prom towarowy to i prymitywny, atrakcji tam żadnych nie ma. Posiłki przeciętne – 3 razy dziennie, obsługa zołzowata i to nie ważne czy stara czy młoda. Wszyscy hołdują klimat obsługi klientów z czasów ZSRR.  Prawie wszyscy pracownicy mięli też wyraźnie nadwymiarowe kilogramy – mało ruchu.

Na pokładzie tylko trochę ławek, mały bar z alkoholem i mini sklepik z artykułami chemicznymi przy recepcji(ceny w dolarach). Pasażerowie jednak dużo taniej zaopatrzyli się we wszystko co potrzebne na lądzie, więc na pokładzie nic nie kupowali.

Na promie znajdowały się dwa pokłady towarowe, gdzie tiry i wagony kolejowe, ale nie było kompletu. Prom średniej wielkości. Jeśli ktoś przyzwyczaił się do dużych europejskich promów pasażersko-towarowych z dobrym i obfitym jedzeniem czy z bogatą ofertą handlowo-rozrywkową. To na towarowych promach pływających na linii Gruzja-Ukraina o czymś takim nie ma co marzyć. Przyda się zrobić wcześniej zakupy na lądzie. Jakiś komputer czy tablet albo książka na pewno się przydadzą. Albo fajna ekipa, z którą można spędzić czas. Bez tego na statku jest nudno. Czas upływa od posiłku do posiłku. Na horyzoncie tylko morze, czasami delfiny i przez pewien czas górskie wybrzeże Krymu.

Do pokonania jest ciut ponad 1000km, a prom płynie z prędkością niewiele ponad 20km/h. Mimo późnej jesieni na wybrzeżu Gruzji były letnie klimaty. Na morzu się to zmieniło. Fale, wiatr i czym bliżej Odessy tym chłodniej. Dokładnie czym bliżej Iljiczewska, czyli portu towarowego koło Odessy.

Pasażerowie to byli prawie wyłącznie kierowcy tirów, poza tym trochę handlarzy a de facto przemytników i trochę osób jadących niby do przyjaciół i rodziny na Ukrainie, ale tak naprawdę chcących tam podjąć pracę i zostać lub przedostać się do Unii Europejskiej – najczęściej Polski – i prosić o azyl. Narodowościowo byli to głównie Gruzini, trochę Azerów i Ukraińców, oraz jeden Polak w mojej osobie. W sezonie turystycznym bywa więcej takich jak ja, którzy wybierają prom jako środek transportu, zwłaszcza Polaków i Ukraińców.

Moi współpasażerowie byli grupą bardzo jednorodną. Prawie wyłącznie mężczyźni. Bardzo zaniedbani. Ogromne brzuchy, twarze zniszczone przez życie, w tym alkohol. Nie przywiązujący wagi do ubioru i wyglądu. Trzydziestolatkowie wyglądali jakby mięli pięćdziesiąt lat. Smutny widok. Ale w większości byli sympatyczni choć co tu ukrywać - prymitywni. Nie mięliśmy za wiele tematów do rozmów. Choć jako jedyny turysta byłem ciekawostką. Ich tematy ograniczały się do alkoholu, dup (kobiet) i przygód za kierownicami swoich ciężarówek. Które zresztą namiętnie doglądali. Czas spędzali na piciu, paleniu w kajutach mimo zakazu i gadaniu o niczym. I na męczeniu mnie pytaniami typu: co mi odbiło, że wybrałem prom? Jak się żyje w Polsce? Jakie lubię kobiety? Jaki alkohol? I po co byłem w Gruzji?

Zwłaszcza jeden z moich starszawych, a może tylko zniszczonych, współtowarzyszy w kajucie był męczący niemiłosiernie. Codziennie kilka razy zadawał mi te same pytania. W tym czy obsługa komputera jest trudna i jak go w ogóle włączyć? Opowiadał jak walczył w Abchazji i Osetii, był ileś razy ranny – ale żadnej rany nie chciał pokazać. Chyba życie pomyliłeś z grą komputerową, chciałem mu odpowiedzieć, ale przecież on nawet nie potrafił włączyć komputera.  A chrapaniem obudziłby zmarłych. Jechał na Ukrainę z zamiarem podjęcia pracy bez zezwolenia. Już nawet jego koledzy kazali mu się zamknąć i przestać pociskać pierdoły. A mnie mówili, nie przejmuj się durakiem. Nie przejmowałem się, durak pozostanie durakiem – nic nie zrobisz.

Promy są też ważnym środkiem transportu dla przemytników. Kierowcy współpracują z „handlarzami”, bo w ciężarówkach można wiele ukryć, np. papierosów i dalej je przerzucić na zachód. Przewozić towar w walizkach nie ma sensu, bo to nieopłacalne i ukraińskie rentgeny lub psy towar wykryją. Odkąd Gruzja jest w stanie wojny z Rosją, to ukraińskie promy są głównym środkiem przerzutu towarów na Ukrainę, do Rumunii, czy Polski.

Trochę się wynudziłem na promie. Czasami pogadałem z Jurijem, który też się nudził. Prom dobił do portu w Iljiczewsku trzeciego dnia podróży przed południem. Było szaro i zimno. Na pokład weszły liczne służby ukraińskie. Ja nie miałem problemów, ale inni tak. Do wyjaśnienia zatrzymano jedyną rodzinę z małymi dziećmi, którą w końcu puszczono. A mojego wkurzającego współpasażera z kajuty zawrócono do Gruzji. Jego 200 dolarów obowiązkowego depozytu przydało się, miał za co wrócić z powrotem. Ukraińcy się na nim poznali. Zresztą widziałem jak dziwnie się zachowuje podczas kontroli i nie mogło to się skończyć inaczej. W kajucie bohater, przy pogranicznikach (strażnikach granicznych) w panice i strachu. A Ukraińcy wiedzą po co przypływa tutaj tylu Gruzinów, którzy tak jak my Polacy wiz nie potrzebują. ILICZEWSK MINIPo długiej odprawie zejście z pokładu i do rozlatującego się busa. Upchali nas jak sardynki a część naszych bagaży wrzucili na wózek widłowy. Jako że to port towarowy taki sam jak w Poti, to pasażerowie nie mogą się poruszać pieszo, muszą jechać. Dowieziono nas pod budynek znajdujący się kilkaset metrów dalej, gdzie dalsza część kontroli. Nikogo nie było, ukraińska straż graniczna miała wszystko gdzieś. Gdy pytaliśmy, czy ktoś nas oprawi i puści wolnym odpowiadali: może. Pełen luz, wszyscy się snują, ale nikt nic nie robi. Wśród straży granicznej było sporo młodych atrakcyjnych kobiet, a wkoło niemal sami mężczyźni. Wybrały więc taktykę kontaktu  w stylu pogardliwego rozkazywania i ignorowania. Ale parę tanich komplementów moich towarzyszy i jabłko w prezencie wystarczyły, by jednak się uśmiechnęły, pożartowały, zaczęły się bawić swoimi włosami i nawet pozwoliły zapalić światło w bardzo ciemnym pomieszczeniu. Dzięki wielkie. Przyszli też koledzy od rentgena, którzy zaczęli nas sprawdzać. Bardzo specyficzny klimat. Wszyscy mają wszystko gdzieś, trochę pokazania kto tu rządzi, budynki z czasów głębokiego ZSRR i zachowanie oraz maniery służb także. Wolę takie klimaty i takie zachowania niż bezład organizacyjny i chamstwo polskich służb granicznych na wschodnich granicach, którego doświadczam za każdym razem, gdy je przekraczam.

Dalsza kontrola także była klimatyczna. Obok wejścia plakat, że ukraińskie służby graniczne stosują standardy Unii Europejskiej i że pieniądze na szkolenia daje właśnie ona. Standardy Unii… ale chyba radzieckiej. Od lat podróżuję w te rejony i żadnych zmian nie zauważyłem, a granice na wschód od Polski przekraczałem już kilkadziesiąt razy. Nie zmienia to faktu, że służby graniczne w Iljiczewsku były dla mnie miłe, jedynie mój paszport zrobił trochę zamieszania: co to za gość, który ma tyle wiz z niemal całego świata. Musieli dokładnie to sprawdzić, przyszedł przełożony – działo się to jeszcze na statku – i powiedział, że jest wszystko w porządku. A na rentgenie wykryli sprzęt wspinaczkowy, musiałem kawałek go pokazać, bo myśleli że to broń. Jurijowi znaleźli jego zabytkowe rzeczy, które wiózł z Gruzji, ale miał na nie papiery to go puścili. A propos tych europejskich standardów, to mamy oto taką sytuację. Mały pokoik z rentgenem, bez kamer, dwóch pracowników służby granicznej i wszyscy wchodzą pojedynczo. No i co by było, gdyby znaleźli cos podejrzanego? Faktycznie czy wyimaginowanego. Otóż stworzono idealne warunki do wymuszania łapówek. Standardy europejskie jak diabli.

Od przycumowania promu do nabrzeża, aż do opuszczenia terenu portu minęły dwie godziny. W końcu. Pod budynkiem stały taksówki, więc zabraliśmy się jedną z nich z Jurijem do Odessy oddalonej o jakieś 20km. Port jest na zadupiu, ale pewnie przy głównej drodze niedaleko portu można złapać jakąś marszrutkę do Odessy. Kolejnym celem było złapać pociąg do Lwowa, a dla Jurija autobus do Kijowa.

Pozdrawiam

Gregor

O przeprawie przez Morze Czarne można poczytać również na stronie Onetu: Promem z Ukrainy do Gruzji wśród przemytników, handlarzy i kierowców tirów.

Na zdjęciach: przeprawa promem towarowym przez Morze Czarne z portu w Poti w Gruzji do portu w Iljiczewsku na Ukrainie. Wśród zdjęć są moi współpasażerowie a na przedostatnim zdjęciu widok na wybrzeże Krymu, jeszcze ukraińskiego.  

Opublikowano w Blog
Najwyższy czas dokończyć relację ze starszej wyprawy, tym wpisem rozpoczynam ostatnią część. Wcześniejszy wpis z opisywanej wyprawy znajduje się pod tym adresem: Batumi (Gruzja)
Poti – mój ostatni przystanek w Gruzji. Nieduże miasto (ok. 50tys. mieszk.) i największy port Gruzji, gdzie w 2008 roku prowadzone były działania wojenne, w tym na morzu.
016miniJak można by zareklamować Poti? Najbrzydsze miasto świata. Miasto bez przyszłości. Gdzie psy dupami szczekają. To po jaką cholerę się tam wybrałeś? Bo uwielbiam budownictwo z wielkiej płyty, biedę, brud, wieloletnie zaniedbania, obskurne bazary i atmosferę jakbym znajdował się na absolutnym końcu świata. A tak poważnie, to nie miałem wyjścia. Tu miał czekać na mnie prom do Iljiczewska koło Odessy na Ukrainie. No i czekał? Właśnie, że nie.

Ale po kolei. Już w Tbilisi miałem problemy z zakupem biletu na prom. Prom na pewno będzie płynął tylko nie wiadomo skąd i kiedy? Może z Batumi a może z Poti? Może tego dnia, może dwa dni później, tydzień wcześniej? Ale w końcu udało się to ustalić. Na bilecie był wskazany port i data. Skoro miałem wypłynąć rano, to zjawiłem się w Poti dzień wcześniej. Z Batumi dojechałem marszrutką, tak usyfioną jakimiś smarami, że do dzisiaj plamy nie zeszły z ubrań.

Trzeba było znaleźć nocleg. Przy porcie hotel jest, ale ceny jak w centrum Londynu. Znalazłem w końcu prywatną kwaterę. Ale wpadłem w drugą skrajność. Było bardzo tanio – co akurat nie było najważniejsze, ale zwierzęta w oborze nieraz mają lepiej niż ja w tym stęchłym pokoju chyba z czasów I Wojny Światowej. Trudno, nie w takich miejscach się spało, przemęczę się jedną noc. Zrzuciłem plecak i udałem się na odnalezienie biura, w którym chciałem potwierdzić datę wypłynięcia.

Teoretycznie mogłem się zjawić następnego dnia wcześnie rano w porcie z biletem, ale za długo podróżuję, by wychodzić potem na idiotę. Jestem w biurze zajmującym się sprzedażą biletów na prom i pytam: Prom przypłynął? Nie. Przypłynie? Tak. Kiedy? Powinien być jutro. I jutro wypłynie? Nie. A kiedy? Pewnie pojutrze rano. To kiedy mam się stawić na statek? Jutro wieczorem. O której? Około 22.

Fantastycznie. Nie marzyłem o niczym innym niż ugrzęznąć w jakimś Poti. Pocieszałem się tym, że niektórzy czekali na prom w Poti i tydzień w przeszłości. Więc dwie doby opóźnienia to pikuś. Najważniejszą informacją było, że prom wypłynął z Odessy. Gdyby tego nie uczynił, kolejny byłby za tydzień.

Wobec powyższego wiedziałem, że w moim miejscu noclegu dodatkowych 20 godzin nie przetrwam. To już lepiej rozbić się pod drzewem. Nie było łatwo, ale przy pomocy taksówkarzy znalazłem umiarkowany cenowo pensjonat(prywatny dom) niedaleko portu. Podjechałem taksówką pod moją pierwotną kwaterę, wziąłem tylko plecak i pod nowy adres. Pensjonat był dosyć prymitywny również, ale okay. Tylko tak jak i w pierwszym drzwi były nie zamykalne. Ale miało być bezpiecznie. Może i tak było, ale z prywatnością już gorzej. A to za sprawą pracownicy, która by sprawdzić czy jestem w pokoju, po prostu do niego wchodziła bez pukania. Nie znała  ni w ząb ani rosyjskiego ani angielskiego.

015miniW pensjonacie poznałem Jurija, takiego samego skazańca jak ja. Podobnie „zachwyconego” dłuższym postojem w Poti. Jurij był Ukraińcem, pewnie około 50-letnim, handlarzem dzieł sztuki. Mieszkaniec Jałty, ale z pochodzenia lwowiak. Całkiem nieźle mówił po polsku (pomieszkiwał zresztą trochę w Warszawie). Wspólnie więc spędzaliśmy czas. W Poti, oprócz blokowisk, rzeki Rioni i bazaru jest zaniedbany park, ze dwa kościoły i kapliczka, kilka przyzwoitych budynków, latarnia morska, morze, no i prymitywny port. W mieście nie ma plaż, a przy morzu jest trochę betonu, pasą się krowy, nie brakuje śmieci. Brzegi przed sztormem zostały umocnione kamieniami i jakimiś budowlanymi odpadami.

Mieszkać w takim mieście bez jakiejkolwiek przyszłości to istny dramat. Gdy widziałem młodych ludzi, było mi ich naprawdę żal. Bo co tutaj można robić? Tylko stąd uciec. Ale trzeba mieć jeszcze dokąd. Jurij wyglądał jak swój, ja jak turysta z aparatem. Jedyny w mieście, choć w sezonie są turyści, którzy korzystają z promu, głównie Polacy. Mój wygląd powodował, że młodzi znający trochę angielskiego zagadywali mnie. I każdy mówił, że nie tylko w Poti nie ma przyszłości, żadnych perspektyw, ale w całej Gruzji, że marzy im się ucieczka do Unii Europejskiej albo do USA. Gdybym tamtejszym dziewczynom zaproponował, że załatwię wizę i wezmę je do UE, to wszystkie by ze mną pojechały.

Jurij natomiast okazał się nie tylko ciekawym rozmówcą, ale też miłośnikiem dobrej kuchni, choć wegetariańskiej (co przydało się zwłaszcza na promie – oddawał mi swoje mięso, a ja jemu swoją porcję kefiru). Jako ignorant w kwestiach kulinarnych, chociaż potrafię gotować jak mi się zachce, to w praktyce, prędzej umrę z głodu niż coś ugotuję. To takie marnotrawstwo czasu. Tyle pracy. Po co? By po długim gotowaniu, zjeść w 10 czy 15 minut. Bez sensu. Chyba, że dla kogoś gotowanie to przyjemność, jak dla mnie chodzenie po górach – to rozumiem. Dlatego lubię spotykać na swojej drodze osoby, które mają inne podejście do gotowania i jedzenia. Jak Jurij. On kupował produkty, zlecał gotowanie pracownicy pensjonatu. Ona gotowała, a jedliśmy oboje. Jurij nie chciał pieniędzy ode mnie, za to ja zapłaciłem za taksówkę do portu.

Sporo rozmawialiśmy o sytuacji na Ukrainie (kończył się rok 2012, wtedy też powstał ten zapis). O tym jak nawet na wschodzie Ukrainy nie lubią prezydenta Janukowycza, bo wszyscy wiedzą, że on wraz z oligarchami, którzy wynieśli go na stanowisko, okrada Ukrainę. Rozmawialiśmy także o Polsce czy Rosji. Nie zabrakło tematu kobiet. Ja od lat nie ukrywam, że dla mnie Rosjanki są najpiękniejszymi kobietami na świecie, choć parę nacji depcze im po piętach. Co do Polek też mam niezmiennie ten sam stosunek, ogólnie są przeciętne, choć jak w każdej nacji są piękne wyjątki. Oberwało mi się już za to tysiąc razy i oberwie jeszcze pewnie parę tysięcy. Ale ja rzeczywistości nie zmienię i nie będę jej naciągał. Jednak to co Jurij powiedział, zrobiło na mnie wrażenie. Odważny człowiek. Powiedział: „Rosjanki są super, Ukrainki niezłe, ale Polki nieładne i nijakie”. No to chłopie pojechałeś. Ja za słowo „przeciętne”, dostanę co najwyżej po pysku. Prawda boli, nie tylko Polki, ale widocznie moją twarz również musi boleć. Ale jak ty powiesz Polkom, że są „nieładne i nijakie”, to nie tylko dostaniesz po pysku. Ale możesz nie wrócić żywy na swój Krym (celowo nie używam słowa Ukraina, o czym za chwilę). W Polsce poprawne politycznie jest posługiwanie się kłamstwem, że Polki są najpiękniejsze na świecie. Tak dla świętego spokoju mówią niemal wszyscy i łatwiej im się żyje wśród Polek z tego powodu. A już minimum przyzwoitości jest powiedzieć, że są piękne. Co mi przeszkadza tak mówić? Nie zwykłem kłamać i lubię się narażać. Może słowo „lubię” jest nieprawidłowe, ale faktem jest, że narażenie się to moja specjalność. Od kołyski się narażam ludziom, przyrodzie w górach. Kocham adrenalinę, nie lubię zakłamanej poprawności politycznej i nie znoszę siedzieć cicho gdy widzę nieprawidłowości. Konsekwencją tego jest narażanie się. Jednakże żadnych zmian nie przewiduję w tym temacie. A co z tym Krymem? No właśnie. Formalnie to Ukraina, jej autonomiczny region. Ale dla rodowitych mieszkańców Krymu, za wyjątkiem Tatarów, jest to Rosja. Krym to była Rosja, jest i zawsze będzie Rosja. Tak mówią. I przekazanie Krymu Ukraińskiej SRR ponad pól wieku temu uważa się za totalną głupotę i ogromny błąd. Tak uważają Rosjanie w Rosji i mieszkańcy Krymu, którzy nie utożsamiają się z Ukrainą. Zresztą na Krymie język ukraiński praktycznie nie jest używany, tylko rosyjski. Z kolei Tatarzy twierdzą, że Krym to ani Rosja ani Ukraina i musi na tych ziemiach powstać niepodległy Tatarstan. Jurij mówił, że Tatarzy nie są jeszcze zorganizowani, ale za 10-15 lat pojawi się problem Tatarów, ostro domagających się własnego państwa.

032 prom miniStrasznie nas wymęczył ten przymusowy pobyt w Poti. Z nudów można było umrzeć. Stawiliśmy się wieczorem przed biurem zgodnie z posiadanymi informacjami. Po niecałej godzinie ściśnięci w marszrutce wjechaliśmy na teren portu. Prymitywnego towarowego portu. Tam dwukrotne sprawdzanie paszportów przez mało rozgarnięte służby gruzińskie. A potem ponad godzinę stania na rampie i wdychania spalin wjeżdżających tirów. Standardy trzeciego świata. A wśród nas byli starsi ludzie, dzieci, choć większość to handlarze (przemytnicy) i osoby chcące podjąć nielegalną pracę na Ukrainie. Nasza grupa liczyła ledwie ze 20 osób. Cóż, czekała nas przecież podróż promem towarowym dla kierowców tirów, których większość, inni pasażerowie stanowili dodatek. O tej porze roku jednak tłumów nie było, tirów za dużo też nie. Po długim oczekiwaniu, zszedł jakiś wygolony gość z brzuchem i „złotym” łańcuchem na szyi oraz ostrym tonem w formie rozkazów, przekazał kilka komunikatów. Kiedy wejdziemy na prom, którędy, że miejscowi muszą mieć 200 dolarów na depozyt.

Przed północą byłem już w swojej kajucie. Miałem trzech współpasażerów, dwóch kierowców tirów i gościa chcącego szukać pracy na Ukrainie, ale oficjalnie jadącego na zaproszenie znajomych.

Na liście pasażerów byli prawie sami Gruzini i Azerowie, paru Ormian, paru Ukraińców i ja. Mieszkańcy Kaukazu musieli zostawić w depozycie po 200 dolarów, gdyby Ukraińcy ich cofnęli. Te pieniądze miały być na bilet powrotny do Gruzji. A służby ukraińskie nierzadko cofają z powrotem na prom. Wiedzą, że wiele osób z biednej Gruzji chce zostać na Ukrainie czy spróbować przedostać się dalej na zachód.

Prom miał wypłynąć następnego dnia rano, pozostało więc pójść spać. Kajuty były w dobrym standardzie, z pełnym węzłem sanitarnym. Gorzej było z moimi współpasażerami, u których dbanie o higienę było mało istotnym elementem.

Kończąc ten wpis, jeszcze o jednym.

W Gruzji moją uwagę zwróciły bardzo częste pytania czy w Gruzji jest fajnie, czy Gruzja ci się podoba? I co ja mam odpowiedzieć tubylcowi? Nawet jeśli odpowiedź byłaby negatywna, wypada przytaknąć oraz dodać: fajnie i ładnie. A jaka Gruzja jest w rzeczywistości? Dla mnie bardzo przeciętna. Podkreślam zwrot „dla mnie”. Już tyle miejsc i rzeczy w życiu widziałem, że ciężko na mnie zrobić wrażenie. Przypuszczam, że dla kogoś kto nigdy nie opuścił Polski i pojedzie do Gruzji, to przynajmniej przyrodą będzie zachwycony. A co ja mogę powiedzieć o przyrodzie Gruzji? Jest w porządku, ale znam setki miejsc na świecie atrakcyjniejszych pod tym względem. Choćby Andy, Pamir, Tien Szan, Himalaje czy Alpy albo Góry Skandynawskie. Morza i oceany. Zamiast gruzińskich nijakich głównie kamienistych plaż, wolę  wybrzeża Pacyfiku i Atlantyku w Ameryce Południowej albo choćby Morze Śródziemne. Owszem, Gruzja ma i ciepłe w lecie morze, i południowe owoce i zlodowacone góry. Jeden mały kraj posiada to wszystko. Ale takie owoce jak rosną w Gruzji, Brazylijczycy, Afrykanie czy mieszkańcy ciepłych rejonów Azji wyrzuciliby do kosza uznając za mało jadalne (zbyt kwaśne i słabo rozwinięte), a krajów ze zlodowaconymi górami i morzem, w którym można się wykąpać nie brakuje.  Przykłady z własnych podróży: sąsiedni Azerbejdżan i Rosja, Chile, Argentyna, czy Peru, które ma wszystko wyłącznie z Amazonią. Chiny, Indie. Ale po co w ogóle szukać tak daleko? Hiszpania, Francja, Włochy albo Norwegia, w której wodach, w południowo-zachodniej części kraju, też śmiało można się w lecie kąpać. I te wymienione kraje oferują atrakcyjniejsze góry i morza czy oceany niż Gruzja. Do tego są zazwyczaj dużo bardziej zadbane, ładniejsze architektonicznie i nie w każdym przypadku droższe. A miasta Gruzji, architektura? Jak dla mnie to w ogóle nie ma o czym mówić. Gruzja ma brzydkie miasta i mało ciekawe zabytki architektury. Znajdzie się kilka cennych, ale jak to się ma do miast i zabytków Hiszpanii, Francji, Włoch, Chin, Indii czy Peru? Nijak. Rozumiem, że Gruzini kochają swój kraj, uważają za piękny, chcą przekonać innych, że to najpiękniejszy kraj świata. Mają do tego prawo. Choć nie podobało mi się, że często lekceważąco i z góry patrzyli na swoich sąsiadów, jako kraje pod każdym względem mniej atrakcyjne. Co jest nieprawdą.

Dla mnie Gruzja, to obiektywnie kraj przyrodniczo ładny, ale w skali świata nic szczególnego, a jeśli chodzi o miasta i zabytki- słaby. To moja prywatna ocena. Pewnie za dużo już w życiu widziałem i trudno mnie czymś zachwycić. Jak dodamy do tego gruzińskie zacofanie, biedę, syf, marną infrastrukturę, drożyznę, to Gruzja wypada niekorzystnie. Oczywiście znam legendę, jak Pan Bóg rozdzielił ziemię pośród wszystkie narody, ale zapomniał o Gruzinach. Dla siebie Wszechmogący zostawił najpiękniejszy skrawek ziemi czyli dzisiejszą Gruzję. Gdy Gruzini upomnieli się o jakiś kawałek ziemi dla siebie, to Bóg im powiedział, że gdy ją rozdzielał, to wtedy ich nie było, albowiem pili wino i biesiadowali. I nie ma im czego dać. Gruzini na to, że pili za Boga, jego zdrowie. Skoro tak, to Bóg postanowił im oddać swój najpiękniejszy skrawek - Gruzję. Jednak to tylko bajka. Aaaaa, i żeby było ciekawiej, powtarzana jest w wielu krajach świata, którym nie najlepiej się wiedzie.

Na zdjęciach: Poti z centrum miasta, bazarem i brzegiem morza. Na trzecim zdjęciu owoc hurma, na ostatnim obiad przyrządzony na zlecenie Jurija, a w środku młodzież z Poti.  

Opublikowano w Blog
piątek, 06 luty 2015 20:40

FILMY: Wulkan Kazbek 5033m - Kaukaz

Wulkan Kazbek 5033 m, Gruzja/Rosja, Kaukaz / Kazbek Volcano 5033 m, Caucasus Mountains, Georgia/Russia

Kazbek Volcano 503 m, Caucasus Mount., Georgia/Russia / Wulkan Kazbek 5033 m, Kaukaz, Gruzja/Rosja - SHORT VERSION

Opublikowano w Filmy
środa, 04 luty 2015 10:09

Batumi (Gruzja)

Z Batumi było tak samo jak z Erewaniem. Nie planowałem, ale skoro był czas i budżet wyprawy miał się dobrze – to się wybrałem. Tyle razy słyszałem jaki to wspaniały nadmorski kurort, piękne miasto, promenada, plaże.

I dałem się nabić w butelkę. Po cholerę spędziłem pół nocy w marszrutce z Tbilisi. Do tego tam, gdzie miał być mój hostel, nie było go, żadnej tabliczki, informacji, nikt nic nie wiedział. Nie to nie, znalazłem nocleg obok w prywatnej kwaterze. U sympatycznej rodziny, część pochodziła z Turcji (granica jest na rogatkach Batumi), więc powitali mnie turecką kolacją, w tym zupą podobną do naszej pomidorowej.

Warto też wspomnieć, że taksówkarze polują w Batumi na turystów proponując szalone ceny. Nieraz pięć razy takie jak w Tbilisi, dlatego trzeba z nimi ostro. A argumenty, że w Tbilisi jeżdżą na gazie a my tutaj na ropie czy benzynie, ignorować. A najlepiej chodzić jak ja, piechotą. Batumi mimo że liczy ok. 180 000 mieszańców, to w rzeczywistości nieduże miasto.

A ponadto ani ładne, ani klimatyczne. Promenada. Jedna wielka przeciętność. Azerowie by ją zaraz wyburzyli i zbudowali nową. Plaża. Marna. Chyba że ktoś lubi kamieniste plaże, jakie nad Morzem Czarnym spotkamy choćby w Soczi bądź na Krymie. Ja wolę Copacabanę w Rio de Janeiro. Na pocieszenie dodam, że Batumi i tak lepiej prezentuje się od Tbilisi. Za to ceny europejskie.

Nie rozumiem zatem dlaczego tak wiele osób zachwyca się Batumi. Ale powtórzę się, może za dużo w życiu widziałem. Jest mnóstwo przykładów, gdy coś się ludziom podoba a mnie nie. Widocznie jestem wybredny. Takim wyśmienitym przykładem jest Wilno. Jedna z brzydszych stolic jaką widziałem (spośród kilkudziesięciu). A niemal wszystkich tak zachwyca. Czym? Chyba jedynie wspomnieniem i tęsknotą, że to była kiedyś Polska. A może powinienem pójść do okulisty, czy co? Zapomniałem, przecież byłem. I z moim wzrokiem jest nieźle. To niech lepiej pójdą do okulisty ci, których Wilno czy Batumi zachwyca.

Może być też tak, że to wszystko przez piosenkę Filipinek o Batumi - zdaje się, że z przed ponad pół wieku. Jej słabszą wersję nagrała ostatnio niejaka Natalia Lesz. Tylko jeśli na teledysku tych pierwszych nie widać Batumi, to na teledysku tej ostatniej i owszem. Reżyser teledysku jednak mocno się nakombinował, by Batumi nie pokazać. Kadry drzew, z dachu budowanego wysokościowca, z powietrza, z nad morza niedaleko Batumi. I w kółko ujęcia tych samych miejsc, które akurat są zadbane. Tylko tak skadrowane, by nie było za dużo widać. W ten sposób to i z Katowic czy z Sosnowca można zrobić jedne z najpiękniejszych miast świata.

Dlatego już w tym miejscu zapraszam do poniższej galerii zdjęć oraz linka do reportażu o Batumi z kolejnymi zdjęciami. Tam pokazuję dwie strony Batumi. Tą turystyczną, nadmorską. I tą, w której żyją zwykli mieszkańcy Batumi.

Ale do rzeczy. Betonowa promenada jest przeciętna, ale spełnia swoją rolę. Jest dosyć długa, biegnie przy niej ścieżka rowerowa. Jest też system znany z wielu miast, wypożyczania rowerów prosto z ulicy. W centrum nadmorskiej dzielnicy znajdziemy trochę restauracji, klubów i sklepów, także przy promenadzie. O tej porze roku – późnojesiennej –  już w większości zamkniętych. Jest krótkie bezpłatne molo. Wzdłuż promenady kilka boisk dla różnych dyscyplin, znajdzie się porządny plac zabaw. W centralnej części znajdziemy też park i kilka fontann, w tym grającą wieczorami. Trwały w tym rejonie prace remontowane na ulicach i chodnikach. W centrum jest kilka zadbanych i odrestaurowanych ulic z kamienicami, jest główny plac, przy którym w budowie były ostatnie budynki. Jest też parę mniejszych placów. Wieczorem fragmenty miasta są ładnie podświetlone. Przy morzu wybudowano ostatnio kilka wysokościowców, głównie przeznaczonych na hotele. Dalej od ścisłego centrum buduje się trochę brzydkich blokowatych wielopiętrowych apartamentowców. Jest również charakterystyczny wysokościowiec z hotelem Sheraton i kasynem, nowo wybudowana tzw. wieża-alfabet. Młyńskie koło. Parę pomników, głównie kiczowatych. Blisko centrum jest port i kolejka linowa na najbliższą niedużą górę, gdyż Batumi leży nie tylko nad Morzem Czarnym, ale także w górach Małego Kaukazu.  Był oddany do użytku nowy punkt informacji turystycznej blisko morza – mała budka. Znajdziemy ponadto trochę przyjemnych miejsc, gdzie można coś zjeść czy napić się miejscowego piwa na powietrzu. Ale nawet w tych miejscach siedzą babuszki, sprzedające jakieś dziadostwo lub brzydkie pamiątki prosto z chodnika. Albo prażony słonecznik, co jeszcze dwadzieścia kilka lat temu było powszechne w Polsce, tak jak jest to obecnie powszechne w Gruzji.

Kawałek od ścisłego centrum znajdziemy delfinarium i małe jezioro. W Batumi jest także ogród botaniczny a kawałek od miasta rezerwaty przyrody. Nadmorska dzielnica jest zadbana, całkiem ładna i prezentuje się na pewno lepiej niż centrum Tbilisi. Nie brakuje jednak nawet w tym ścisłym centrum komunistycznych bloków, ich ruin, czy ruin kamienic albo pustych niezagospodarowanych jeszcze przestrzeni. Można stać przy jakiejś ruderze, a za nią szklane eleganckie hotele. To się pewnie zmieni w najbliższych latach, bo Batumi się buduje. Przyciąga pieniądze i inwestycje, w przeciwieństwie do Tbilisi. Tak jak wielu Polaków ma sentyment do Batumi, to tak samo jest chyba u Rosjan, których tutaj dużo. Batumi chętnie odwiedzają również Turcy, bo mają po sąsiedzku granicę oraz Ormianie lubiący tutaj także się zabawić.

By przejść się promenadą, pobyć chwilę nad morzem, zwiedzić nadmorską dzielnicę wystarczą dwie godziny. Poza nadmorskimi terenami Batumi wygląda jak Tbilisi. Jeden wielki rozpiździel i wieloletnie zaniedbania. Obskurne komunistyczne bloki, których nikt nie remontował od dziesiątek lat. Zawalone i walące się domy. Brak asfaltu i chodników lub w takim stanie jakby od stu lat nikt ich nie remontował. Pełno śmieci. Obskurne bazary i uliczny handel jak w najbiedniejszych krajach świata. Ziemiste place służące za parkingi, postoje marszrutek i punkty usługowe, gdzie można na przykład naostrzyć siekierę. Dworzec autobusowy lata świetności też miał kilkadziesiąt lat temu. Dzisiaj obraz nędzy i rozpaczy. Smród, bezdomni i totalny syf. Zresztą w  tej „zwykłej” części Batumi biedni i żebracy to powszechny widok.

A więc dwie skrajności. Bogactwo i przepych dla nielicznych. Bieda, syf i brzydota dla większości. I to kilka ulic od głównego placu w nadmorskiej dzielnicy. Bardzo smutny obrazek. A jakieś remonty, budowy trwają tylko w tej turystycznej części. Jeszcze trochę lat, inwestycji oraz remontów i będzie ona  prezentowała solidne zachodnioeuropejskie standardy. Ale większość Batumi będzie nadal wyglądała jak po wojnie. Nawet najbardziej zaniedbane miejsca w Polsce tak nie wyglądają, a Batumi to jedno z najbogatszych miast Gruzji.

Wielu mieszkańców tych terenów niechętnie przyznaje się do Gruzji. Batumi jest bowiem stolicą autonomicznej republiki Adżarii, która jeszcze kilkanaście lat temu znajdowała się de facto poza kontrolą Tbilisi. Dopiero groźba interwencji zbrojnej zmusiła Adżarię do podporządkowania się Gruzji. Której wielu tu miłością nie darzy delikatnie mówiąc. Mieszkańcy tych terenów nierzadko podkreślają, że oni bez Gruzji świetnie sobie poradzą a Gruzja bez nich nie. Ta ostatnia jest jednak zdesperowana po utracie Abchazji i Osetii Południowej, zatrzymać Adżarię w swoich granicach, za wszelką cenę. I na razie jest spokój.

Adżaria ma sporo racji twierdząc, że może sobie poradzić bez Gruzji. Leży nad morzem, ma pełnomorski port i międzynarodowe lotnisko. Graniczy z Turcją. Jest atrakcyjna turystycznie. Batumi jest jednym z najbardziej znanych nadmorskich kurortów w basenie Morza Czarnego i ośrodkiem akademickim. Uprawia się tu m.in. herbatę, winogrona, cytrusy. Wilgotny i ciepły klimat powoduje, że jest to naturalny klimat dla palm, bambusów czy eukaliptusów. Wydobywa się też w Adżarii ropę, a jeszcze więcej wysyła z portu w Batumi. Ropę z Azerbejdżanu. Zainwestowano tutaj ostatnio sporo pieniędzy w kolej i drogi, budując m.in. tunele.

Jeden dzień mi w zupełności wystarczył na zapoznanie się z Batumi. Kolejnego dnia opuściłem miasto, uprzednio kąpiąc się w morzu. O tej porze roku czyniły to pojedyncze osoby. Dla miejscowych bowiem było już zimno. Temperatura powietrza w dzień znacznie powyżej 20 stopni plus duża wilgotność i temperatura wody jakieś 22-24 stopnie. Dla mnie idealne warunki do morskich kąpieli. W Polsce o takiej temperaturze morza w lecie możemy zazwyczaj tylko pomarzyć, w Batumi  woda była już za chłodna dla wielu. 

Pozdrawiam

Gregor

Zapraszam do reportażu o Batumi, przedstawiającego skrajności tego miasta, oraz do porcji zdjęć, innych od tych poniżej. Artykuł znajduje się: Ech Batumi.  

Ciąg dalszy relacji znajduje się pod tym tytułem: Ostatki w Gruzji i Poti – miasto bez przyszłości.

Na zdjęciach: Batumi – reprezentacyjna dzielnica nadmorska i jej bezpośrednie sąsiedztwo. W praktyce wszystkie fotografie pochodzą z  tego samego niewielkiego obszaru. 

Opublikowano w Blog
W poprzednim tekście pisałem o radzeniu sobie z policją i strażnikami w Azerbejdżanie, że trzeba nieraz być aktorem. Czasami blefować, udawać, być twardym graczem. Takie jest życie dociekliwego podróżnika, który jeździ w niekoniecznie przychylne dla cudzoziemców miejsca. Przy okazji przygód w Baku, przypomniała mi się jedna z podobnych historii z 2007 roku, którą raczyłem opisać w dzienniku z podróży. Podczas kolejnej wizyty na Kaukazie, pojawiły się niespotykane wcześniej utrudnienia z uzyskaniem meldunku, jego brak, skończył się pewną, mało przyjemną przygodą. 

Fragmenty:

(…) Nie mieliśmy meldunku. Codziennie mijaliśmy wielokrotnie liczne służby, w tym milicję – nie było żadnych problemów. Nikt nas nie chciał kontrolować. I straciłem czujność. W mojej głowie była myśl, że skoro do tej pory nie było problemów, to nie będzie ich już przez ostatnie dwie godziny w Mineralnych Wodach.

Idąc na targowisko koło dworca kolejowego, przy którym budka-posterunek milicji, pomyślałem sobie: a jeśli nas milicja zatrzyma – nieeeee, teraz to już nie. W tym czasie Justyna miała podobne myśli: kręcimy się koło posterunku milicji, czuję kłopoty. Mogliśmy zrobić zakupy gdzieś indziej, ale mało nam było atrakcji i postanowiliśmy „poszukać” kłopotów. Co więcej, to targowisko w przeszłości było dwukrotnie wysadzane w powietrze przez czeczeńskich separatystów, zresztą jak setki innych miejsc na Kaukazie. Targowiska, dworce, domy handlowe, ruchliwe deptaki, publiczny transport – są to miejsca, których powinno się nadal unikać na Kaukazie. Chociaż ja zawsze wychodzę z założenia, że nie po to gdziekolwiek jadę, by siedzieć zamknięty w czterech ścianach, najwyżej zginę od bomby czy kuli, ewentualnie noża. Trudno. Byleby szybko, bez męczarni.

Dochodzimy do targowiska, w tym momencie z posterunku wychodzi młody milicjant (wtedy jeszcze nie było policji w Rosji). Wyróżniamy się trekkingowym ubiorem – widać, że jesteśmy z zagranicy a nie miejscowymi. Od razu nas zauważa. Prosi byśmy podeszli.
- O cholera, będą kłopoty – pomyślałem sobie, Justyna pewnie coś podobnego.
- Milicjant 1: Proszę pokazać paszporty – udajemy, że nie widzimy go i nie wiemy, że się do nas zwraca, wtedy milicjant staje na wprost nas i jeszcze raz prosi o paszporty. Zaczyna je oglądać. Zauważa brak meldunku – kartki z nim lub wbitego do dokumentu, ale pyta – macie meldunek?
- Ja: Jaki meldunek?
- Milicjant 1: Wy nie wiecie, że u nas trzeba meldunek? – w paszportach mieliśmy inne wizy rosyjskie, więc pewnie wiemy według niego. Ale gdybyśmy nawet mięli meldunek, to rosyjski milicjant i tak znalazłby lub wymyślił powód, by dzięki nam dorobić sobie do pensji. Co nie zmienia faktu, że strasznie głupio się mu podłożyliśmy.
- Ja: Nie, nie wiedzieliśmy
- Milicjant 1: Nie uzyskiwaliście nigdy meldunku? – pił do naszych wcześniejszych wiz.
- Justyna, Ja: Nie. – to była nasza taktyka i szansa na obniżenie kosztów tego spotkania. Gdybyśmy odpowiedzieli inaczej, że mimo wiedzy nie uzyskaliśmy meldunku, nasza pozycja byłaby słabsza.
- Milicjant 1: Chodźcie za mną. – weszliśmy do budki-posterunku, cały czas trzymał nasze paszporty. Po wejściu do środka niby zaczął nas sprawdzać w komputerze, w jakimś programie pracującym na DOS-ie. Było to komiczne, bo to nie był program do wyszukiwania danych czy sprawdzania meldunków, zresztą na Kaukazie aż tak zinformatyzowani jeszcze nie są. – Mówicie po rosyjsku?
- Ciut Ciut – odpowiedzieliśmy. Byłem świadom, że bez „specjalnej” opłaty się nie obejdzie. Ponoć standardem za brak meldunku jest 100 dolarów od osoby. To jeden z ulubionych sposobów miejscowej milicji na dorabianie do pensji. Wpierw zrobić wszystko, by meldunku nie dać, a potem za jego brak skasować pieniądze. Gdybyśmy musieli, było nas stać na taką kwotę zwłaszcza, że za niecałe dwie godziny odjeżdżał nam pociąg, a bilety na następny mogły być dopiero za kilka lub kilkanaście dni. Jednak 100 dolarów to sporo pieniędzy. Istniał też wariant mniej optymistyczny – lecz mało prawdopodobny – że nas zatrzymają na dłużej.
- Milicjant 1: To macie meldunek? – zaczęliśmy niby szukać. Justyna zaczęła wyciągać papiery i dała mu pismo od ratowników górskich z Terskoł. Milicjant zaczął to oglądać. Gdybyśmy mieli meldunek z Tyrnyauzu problemu by nie było, ponieważ w Mineralnych nie przebywaliśmy dłużej niż 72 godziny, ale nie mieliśmy. Milicjant 1 po chwili stwierdził – to nie jest meldunek. Musimy was zatrzymać.
- Ja: Ale my mamy pociąg zaraz, musimy jechać do domu, do pracy.
- Milicjant 1: Pokażcie. – z obawami dałem mu bilet. – Nie pojedziecie tym pociągiem, oddadzą wam pieniądze za bilety. Zawieziemy was – nie określił dokładnie miejsca – i zapłacicie sztraf (grzywna – jako forma kary).
- Ja, Justyna: - Ale my musimy pojechać tym pociągiem. Justyna mówiła dalej: my nie wiedzieliśmy o meldunku, musimy wracać do pracy i na studia. Nie mamy czasu tutaj dłużej zostać. Dalej razem mówiliśmy, że kończymy wakacje i mamy resztki pieniędzy oraz prosiliśmy, by nas puścił. I któż wie, czy by się to nie udało, ale wtedy wszedł drugi młody milicjant.
- Milicjant 2: Co się dzieje?
- Milicjant 1: Nie mają meldunku i mają o drugiej pociąg.
- Milicjant 2: To nie pojadą tym pociągiem, to jest kara co najmniej 2000 rubli od człowieka – ok. 80 dolarów.
Przez kolejne dwie minuty Justyna i ja na zmianę mówiliśmy, że myśleliśmy, iż ten kwit od ratowników to jest meldunek, że u ich kolegi milicjanta wymienialiśmy dolary po przyjeździe z Kijowa i nic nie mówił o meldunku, że gdybyśmy wiedzieli to byśmy mieli meldunek. Że teraz nocujemy i jesteśmy zameldowani w hotelu „Kaukaz” (ale nie mieliśmy meldunku z czasu poprzedzającego przyjazd do Mineralnych). Mówiliśmy, że musimy wracać, prosiliśmy. Sytuacja była i straszna i poważna i zarazem komiczna. A milicjanci swoje, tak się nie da, na pewno nie pojedziecie tym pociągiem, musicie zapłacić grzywnę.
- Milicjant 1: Jesteście małżeństwem?
- Justyna: Prawie. – potwierdziłem, choć nie wiedzieliśmy do czego zmierza to pytanie. Taka odpowiedź wydawała się jednak lepszym rozwiązaniem, mimo że niezgodna z rzeczywistością.
- Milicjant 1: To niech pani zostawi nas samych z mężem. – Justyna z obawami wyszła. Drugi Milicjant zamknął drzwi za nią. Usiadłem naprzeciwko pierwszego milicjanta, bo do tej pory stałem a siedziała Justyna. Za mną stanął drugi milicjant. Atmosfera była niesamowita. Kaukaz, posterunek milicji. Pokój, półmrok, bo przez małe zasłonięte okienko niewiele docierało światła. Biurko i paląca się na nim lampka. Dwóch milicjantów, na stole nasze paszporty. I nie wiadomo co się zaraz stanie. Atmosfera jak z filmu. Spoglądałem na zegarek, czas uciekał, chociaż nie było jeszcze tragicznie.
- Milicjant 1: Ty wiesz, że musicie zapłacić grzywnę. 2000 rubli od osoby i na pewno nie pojedziecie tym pociągiem. Musimy was przewieźć, to może długo potrwać. – Cały czas nie mówił gdzie, ani nie tłumaczył dlaczego.
- Ja: Wiem, ale naprawdę nie wiedzieliśmy o meldunku, rok temu nikt od nas ich nie chciał. – To była prawda, przebywaliśmy w odludnych miejscach, gdzie nie miał kto nam meldunku dać. – Czyli płacę 4000 rubli, dajecie mi kwit i możemy iść na pociąg.
- Milicjant 1: Tutaj nie bardzo, musielibyśmy was przewieźć.
- Ja: To jedźmy, szkoda czasu.
- Milicjant 1: Ale na pociąg nie zdążycie.
-Ja: Trudno, bardzo byśmy chcieli dzisiaj, ale ostatecznie możemy pojechać następnym, za dwa dni.
- Milicjant 1: Jak będą bilety. Grisza, po co tak nerwowo, nasi koledzy mają dość roboty, załatwimy to na miejscu.
-Ja: Świetnie, wypełnij kwit, potem podejdziemy do bankomatu. – Wiedziałem, że nie chodzi tutaj o żaden kwit, tylko znaleźliśmy się w typowej sytuacji w tej części świata. W tak zwanej sytuacji bez wyjścia. Nikt nas na żaden większy posterunek nie zawiezie, nikt nam żadnego oficjalnego sztrafu nie da, ale nikt też nas nie puści tak po prostu. Chociażby mogli. Dlatego nie zdziwiła mnie odpowiedź:
- Milicjant 1: Kwit jest niepotrzebny, ale nie macie meldunku, więc nie możemy was tak po prostu puścić. Rozumiesz?
- Ja: To znaczy?
- Milicjant 2: Musicie zapłacić karę! – nie miałem wątpliwości, że czekają, aż zaproponuję im pieniądze. Ponadto czułem cały czas dyskomfort ze stojącym za moimi plecami milicjantem. Nie wiedziałem co on może zrobić, a mógł dużo. Rzecz jasna, wyproszenie Justyny z posterunku nie było przypadkowe w tej historii.
- Milicjant 1: Grisza, musisz zapłacić sto dolarów.
- Ja: Za dwie osoby. – Milicjant 1 trochę zaskoczony, po chwili milczenia i spojrzeniu na drugiego milicjanta powiedział – Tak. – Chciał powiedzieć, że za osobę pewnie te 100 dolarów, ale chciałem go koniecznie uprzedzić, by to było za dwie. Nadal dużo, ale już do przełknięcia. Dlatego nie odpuszczałem. – To za dużo, my studenci, mało zarabiamy, wracamy do domu, mamy mało pieniędzy.
Milicjant 1: Przed chwilą chciałeś płacić 4000 rubli.
Ja: Mówiliście, że musimy gdzieś jechać, wypełniać jakieś papiery i tyle zapłacić.
- Milicjant 1: Żartowaliśmy. Wy w Unii dużo zarabiacie, wódkę po koleżeńsku moglibyście postawić. Ile możesz dać? – podsunął mi kartkę i długopis bym napisał. W tym momencie wiedziałem, że jak się dogadamy, to dostaniemy paszporty i zdążymy na pociąg.
- Ja: Napisałem 20 dolarów z zaznaczeniem w formie klamerki, że za dwójkę ludzi. Ryzykowałem, że się wkurzą. Skoro są ludzie którzy płacą po 100 dolarów za osobę, a ja na wstępie stargowałem do 50 dolarów, to nagle wyskakując z kwotą 10 dolarów za osobę, trochę przeginałem. Ale czasami w szaleństwie jest metoda.
- Milicjant 1: Nie żartuj Grisza. – roześmiał się.
- Milicjant 2: Ile napisał?
- Milicjant 1: 20 $ za ich dwoje.
- Milicjant 2: Nie ma mowy!
- Milicjant 1: To Grisza ile możesz dać?
- Ja: Napisałem.
- Milicjant 1: Nie, nie, tyle. – napisał na kartce 100 $.
- Ja: Za dużo. – podkreśliłem długopisem 20 $.
- Milicjant 1: My się chyba nie rozumiemy. – ja ich świetnie rozumiałem. – 100 dolarów, to nie jest dużo. – nie reagowałem, powiedzmy, że myślałem, wtedy milicjant 1 przekreślił 100 dolarów i napisał 90 $ i spytał. – W porządku?
- Ja: Nie, nie mam tyle przy sobie.
- Milicjant 2: Dobra, my mamy czas, a wam pociąg ucieknie. To was będzie kosztować dużo drożej. A jak coś wam się stanie z paszportami, to dopiero będziecie mięli kłopoty. Ty nie rozumiesz, że nie masz wyjścia jak się zgodzić na naszą propozycję!? – mówił podenerwowanym głosem, z papierosem w gębie.
- Milicjant 1: Spokojnie Władimir. – zwrócił się do kolegi. – Grisza, zrozum, wy nie macie meldunku, a ja mam wasze paszporty. 80 dolarów, teraz dobrze? W porządku? – napisał na kartce.
- Ja: Nie w porządku, za dużo. – W tym czasie zdenerwowany drugi milicjant podszedł do zasłoniętego okna zobaczyć czy nic się nie dzieje, czy jakiś ich kolega nie chce wejść. Zdawałem sobie sprawę, że z jednej strony obaj milicjanci sami chcą uzyskać pieniądze, ale z drugiej wiedziałem, że jak pojawi się trzeci, to też będzie chciał. To oni rozdawali karty, nie ja. To czy wrócimy w terminie do domu zależało od nich. A paszporty mogli nam zniszczyć lub zabrać – taki świat, dziki wschód. Tam trzeba grać ich kartami, nie ma innego wyjścia. Tego typu wymuszenia są na porządku dziennym.
- Milicjant 1: No to ile możesz dać, napisz? – Podsunął mi kartkę i długopis.
- Ja: A 20 dolarów to za mało? – Te metody targowania świetnie sprawdzały się w Chinach. Zamiast schodzić ze stu yuanów po 5 po 10, od razu proponowałem 20, sprzedawca, że nie ma mowy. Odchodziłem, rezygnując z zakupu, wtedy on podchodził do mnie i mówił, że się zgadza na 20 yuanów. Postanowiłem ten sam patent zastosować w Rosji.
- Milicjant 1: 20 $, nie ma mowy. Grisza bądź poważny. To jest dobra cena. – wskazał na napisane właśnie 80$.
- Ja: 30 dolarów, więcej nie mamy! - Przekreśliłem wcześniejszą kwotę i napisałem nową. Milicjant 1 spojrzał na drugiego, który:
- Milicjant 2: Nie, nie, nie! – i nerwowym krokiem zaczął za mną chodzić.
- Ja: My nie mamy więcej, wracamy do domu. My Polacy i Rosjanie jesteśmy Słowianami, my przyjaciele, 30 dolarów to dobra cena. – nastąpiła chwila ciszy.
- Milicjant 2: Nie! – kolejna chwila ciszy, w tym czasie zaciągnął się papierosem i dmuchnął w moją stronę. Wyczekiwanie. Niepewność. Cisza.
- Milicjant 1: Dobra, dawaj te 30 dolarów, tylko szybko zanim kolega się wścieknie! – Milicjant 2 stał z tyłu i nic nie mówił. Z wewnętrznej kieszeni z paska wyciągnąłem drobne 30 dolarów (na takich wyprawach zawsze trzeba mieć drobne dolary), których miałem oczywiście więcej, ale milicjanci tego nie widzieli. Położyłem na stole. Milicjant 1 trzymał już nasze paszporty w ręce. Prawie mu je wyrwałem, a on zabrał dolary i powiedział. – Bierz paszporty i idź stąd szybko! – bez słowa wstałem i wyszedłem z posterunku, koło którego stała Justyna i powiedziałem:
- Ja: Chodźmy stąd zanim się rozmyślą. – szybkim krokiem zaczęliśmy się oddalać od posterunku w kierunku naszego hotelu. 200 metrów dalej gdy znikaliśmy za rogiem ulicy Justyna spytała. – ile musiałeś zapłacić?
- Ja: 30 dolarów za nas oboje.
- Justyna: To super, myślałam, że dużo więcej.
Potem mówiła, iż bała się o mnie. Nie wiedziała co się ze mną dzieje w środku. Nie wiedziała czy ma wejść. W końcu jakieś dziesięć minut trwała ta cała rozmowa sam na sam. Opowiedziałem jak wszystko wyglądało. Doszliśmy do wniosku, że milicjanci uznali zapewne, iż takie sprawy załatwia się z facetami, więc wyprosili Justynę. W ten sposób też zbudowali przewagę nade mną. Oboje wymieniliśmy się myślami z chwili przed zatrzymaniem, że zdawaliśmy sobie sprawę, iż kręcenie się koło posterunku milicji nie jest rozsądne. Z własnej głupoty wpakowaliśmy się w to całe zdarzenie. Aczkolwiek płacąc za fikcyjne noclegi, by uzyskać meldunek, kosztowałoby to nas znacznie więcej. (….)

To nie był jednak koniec naszych kłopotów. Kilkanaście godzin później w pociągu do Kijowa (nasza trasa w obie strony przebiegała przez tereny, gdzie obecnie trwa wojna pomiędzy Ukrainą a prorosyjskimi separatystami/Rosją).

(…) Celnik rosyjski zabrał nam paszporty i zaczęła się powtórka z historii. Gdzie są meldunki!? Spojrzeliśmy z Justyną na siebie – z pełnym zrozumieniem, że czas na kolejną szopkę. Wpierw zaczęliśmy się zgrywać, że nie wiemy o co chodzi i nie rozumiemy słowa registrancja. Celnik więc pokazał nam kwitek od innego z podróżnych. Wtedy Justyna przystąpiła do dzieła i wyciągnęła nieśmiertelny kwit od ratowników górskich z Terskoł. Śmiać się nam chciało, że musimy robić z siebie takich kretynów, ale zachowywaliśmy powagę. To było wymagające zadanie aktorskie. Celnik powiedział, że co mu za bzdury dajemy. A my, że nie rozumiemy. Miny skończonych idiotów, rozłożone ręce, my nie panimaju. Udawaliśmy zresztą strasznie zaspanych. Koło celnika pojawił się kolejny. Pierwszy z nich dalej pyta: czy mówimy po rosyjsku? – nie, znamy kilka słów. Próbował po angielsku, my że nie znamy. Nawet coś tam zaczął po niemiecku – my, że ni w ząb. Facet zaczął się wściekać i tłumaczyć po raz kolejny: musicie okazać meldunek.

Dołączyła do kompletu celniczka. My dalej, że nie wiemy o co chodzi, nie rozumiemy. A w paszportach kilka rosyjskich wiz. Minuty uciekają. Zaczęło nam się wydawać, iż pociąg nie może ruszyć, bo nie wiedzą co z nami zrobić. Kolejne pytania, czy nie wiemy, że w Rosji potrzebne są meldunki? Przecież mamy wizy - odpowiedzieliśmy. Ale trzeba też meldunek. A co to jest? Jak to nie wiecie?! Gdybyśmy wiedzieli to byśmy mięli. Staraliśmy się stworzyć atmosferę i wrażenie nie bardzo rozumiejących o co chodzi i mających trudności z wysłowieniem. Na zasadzie „Kali kochać Kali lubić”. W międzyczasie próbowaliśmy pokazać jakieś różne głupie papiery, które wynaleźliśmy w saszetkach, ale celnik widząc np. mój rachunek ze sklepu muzycznego tylko coraz bardziej się wściekał i darł się na nas. Wszyscy wkoło byli cicho, ale wnikliwie się przyglądali, jak zakończy się ta historia. Tak po prawdzie miałem kserokopię meldunku z Kaukazu z wcześniejszego pobytu, ale nie mogłem tego ujawnić. Celnicy między sobą rozmawiali, wściekli byli, po czym znów pytanie gdzie mamy meldunek? Tłumaczyli jak wygląda i jak to możemy nie wiedzieć, że trzeba go mieć? A my z kamienną powagą: nie wiedzieliśmy – po raz co najmniej dziesiąty. My turyści i nam mówili, że wystarczy wiza. Celnik straszył nas karą finansową za brak meldunku i wbiciem pieczątek zakazu wjazdu do Rosji. Nie wiedział co z nami zrobić. Z jednej strony był na granicy, by kazać nam zabrać rzeczy, wywalić z pociągu i zabrać na posterunek. Pociąg by pojechał a my byśmy się tłumaczyli. Z drugiej strony, był świadom ile to przysporzy mu pracy, papierkowej roboty i w gruncie rzeczy kłopotów. Dwójka idiotów z zagranicy nie ma meldunku i tyle z nimi problemów.

Nie wiem ile czasu minęło, ale myślę, że nawet 30 minut, kiedy wściekły, niemal czerwony celnik wbił pieczątki do paszportów i z dużą siłą rzucił nimi w nas. Przeklinając pod nosem. Wkurzony odszedł. Chwilę później pociąg ruszył. Tylko odeszli, z Justyną wybuchliśmy śmiechem, będąc pełnym podziwu dla naszych talentów aktorskich (zamiast na prawo trzeba było iść do szkoły aktorskiej, chociaż prawnik też powinien umieć być dobrym aktorem). Rosjanie i Ukraińcy kiwali głowami z podziwem. Rozgorzała dyskusja. Okazało się wtedy, że wszyscy mają meldunki. I Ukraińcy, którzy byli w górach Kaukazu. I Rosjanie. Wszyscy, tylko nie dwójka Polaków. Sąsiedzi z wagonu opowiadali jak załatwiali te meldunki, jak są ważne. Jak dużo mieliśmy szczęścia, jakie mogliśmy mieć kłopoty, że nawet mogli nas zamknąć. Byli pod wrażeniem naszego spokoju i zauważyli naszą ściemę, wiedzieli, iż nasz rosyjski jest lepszy niż okazaliśmy to celnikom. Młoda Rosjanka opowiadała, jak ktoś z rodziny do niej przyjechał, nie załatwił sobie meldunku i musiał zapłacić milicjantom. Nie było zmiłuj.

Opowiedzieliśmy dlaczego nie załatwiliśmy meldunku. Będąc na właściwym posterunku w Tyrnyauzie, milicjanci poinformowali nas o zmianach przepisów. Kazali uzyskać potwierdzenie opłaconych noclegów i z odpowiednim kwitem wrócić do nich, gdy będziemy wracać. Informację, że przecież będziemy spać w namiocie na lodowcu i niby skąd mamy mieć potwierdzenia, skwitowali: to wasz problem. Stwierdzenie, że nas nie będzie z dziesięć dni, a meldunek musimy mieć po 72 godzinach, skomentowali: ryzyko, że ktoś w górach będzie chciał sprawdzić meldunek jest niewielkie. Zaproponowane rozwiązanie było dla nas zbyt kłopotliwe i uznaliśmy, że w razie czego taniej nas wyjdzie dogadanie się z milicją, przy okazji zaoszczędzimy sporo czasu. Nie przewidzieliśmy tylko, że aż tak będą się czepiać na granicy. Podczas wcześniejszych podróży po Rosji, kiedy zazwyczaj też nie mieliśmy meldunku, na granicy nikt nas o niego nie pytał. Rosja i Azja centralna to inny świat pod względem procedur i kontaktów ze służbami milicyjnymi i podobnymi. System jest tak skonstruowany, by płacić różne nieoficjalne sztrafy. Nie da się inaczej. Ta sytuacja jest de facto usankcjonowana przez te państwa. Ot, taki rodzaj lokalnych podatków. Wszyscy wiedzą, że zarobki są niskie, więc pracownicy służb muszą sobie jakoś dorobić. Wymyślając coraz bardziej absurdalne przepisy i obostrzenia. I trzeba płacić. Czy to milicji, celnikom, strażnikom na lotniskach albo właścicielom ośrodków wczasowych, by dali papiery do meldunku, a oni i tak część później odpalają milicji. „Czeski film”.

Współpasażerowie w pociągu świetnie nas rozumieli. Chociaż Ukraińcy, którzy byli trekkingowo na Kaukazie przyznali, że zapłacili za „lewe” kilkanaście noclegów w ośrodku wczasowym i na tej podstawie w drodze powrotnej do Mineralnych Wód załatwili sobie meldunki (a spali jak my, pod namiotami). Wyszło na to, że „biedni” Ukraińcy nie szczędzili pieniędzy na meldunek, a „bogaci” Polacy ze względów czasowo-formalnościowo-oszczędnościowych go olali. Ale Polak potrafi. Dysputa trwała długo, zostaliśmy z Justyną bohaterami całego plackartnego wagonu. Byliśmy jednak świadomi jak po cienkiej linie stąpaliśmy – nie z własnej woli – i że mogło być różnie, a kary wysokie. I pieczątka w paszporcie o zakazie wjazdu na 5 lat. Ale znowu wszystko rozeszło się po kościach. (…)

Gregor

Na zdjęciach: Niniejszy wpis to tylko dygresja, dlatego zdjęcia pochodzą z relacjonowanej wyprawy po Turcji, Iranie, Azerbejdżanie, Gruzji, Armenii i Ukrainie (2012). A na nich porównanie gruzińskiego pociągu relacji Tbilisi-Baku i azerskiego relacji Baku-Tbilisi.

Różnice pomiędzy poziomem zamożności Azerbejdżanu i Gruzji, są takie same jak różnice pomiędzy pociągiem gruzińskim a azerskim.
Zdjęcia: 1, 3, 5, 7 – pociąg gruziński.
Zdjęcia: 2, 4, 6, 8 – pociąg azerski.

Opublikowano w Blog
Ludzkość posiada wybitnych artystów, ale i tak nikt z żyjących nie dorówna naturze.

Odświeżona galeria „NATURA JEST ARTYSTĄ” znajduje się: TUTAJ.

Przy okazji zapraszam na:

2015-01-08 Sala audytoryjna Parnassos godz. 17:00

Spotkania podróżnicze w Bibliotece Śląskiej: "Azja i Australia. Na krańcu świata" - prelekcja Grzegorza Gawlika - podróżnika, alpinisty, dziennikarza i fotografa, autora sensacyjnej książki "Kamień zagłady". Organizatorzy: Śląskie Stowarzyszenie Podróżnicze GARUDA i Biblioteka Śląska.

Opublikowano w Blog
wtorek, 07 październik 2014 09:49

Ech Batumi (Gruzja)

Gruzja ostatnio robi furorę wśród polskich turystów. Jedni są nią zachwyceni. Morze, zabytki, przyroda Kaukazu. Drudzy wręcz przeciwnie. Najłagodniej określają to słowami: nic specjalnego. I dodają, że tą gruzińską euforią zostali wprowadzeni w błąd, bo to strasznie przereklamowany kraj. Batumi to jeden z przedmiotów tego sporu.

Wstęp

Batumi, ech Batumi śpiewały kiedyś Filipinki, a niedawno Natalia Lesz. A w jakiej kondycji jest dzisiaj ów słynny czarnomorski kurort?  I co ma do zaoferowania?

W Polsce Gruzja i Batumi darzone są sentymentem. Jedni pamiętają, że w czasach realnego socjalizmu to były miejsca, gdzie można było swobodnie pojechać. A niewiele było wtedy takich miejsc. Innych przekonuje współczesna historia, zwłaszcza ta najnowsza, gdy malutka Gruzja próbowała stawić czoła potężnej Rosji.

Samolotem dotrzemy tu w takim samym czasie jak na południe Hiszpanii, a jednak to będzie zupełnie inny świat. Egzotyczny. Niespokojny Kaukaz. Azja, z czym trudno pogodzić się Gruzinom. Oni chcą wierzyć, że są w Europie. Nie ma tu jeszcze tłumów turystów. A my Polacy nie potrzebujemy wiz, wystarczy paszport.

Acapulco czy Batumi?

Jednak dzisiaj, kiedy przed nami stoi otworem cały świat, czy warto wybrać się do Batumi? Zamiast do Monte Carlo, na Wyspy Kanaryjskie czy Costa Bravę albo do Acapulco lub Rio de Janeiro? Jeśli przyzwyczajony jesteś do standardów najlepszych europejskich czy światowych kurortów, to Batumi nie przypadnie tobie do gustu. Jednak jeśli jesteś zmęczony basenem Morza Śródziemnego i okolicami, a Acapulco czy Rio są za drogie, to wakacje w Batumi mogą być udane.

Musisz być jednak świadom kilku rzeczy. Batumi wcale nie jest tanie. Plaża jest kamienista, jak choćby w Soczi czy na Krymie. Do tego Gruzja to ciągle bardzo biedny kraj, co widać. Tylko fragmenty Batumi próbują nawiązać do europejskich standardów. Z turystów zagranicznych dominują  Polacy i Rosjanie, ci drudzy też czują jakiś sentyment do tego miejsca.

Dwa światy: świat pierwszy

Nie zdziwi nikogo, że reprezentacyjna dzielnica jest przy morzu. Które w lecie ma solidne dwadzieścia kilka stopni Celsjusza. Brzeg to kamienista plaża o szerokości kilkudziesięciu metrów. Następnie betonowy bulwar z palmami i ścieżką rowerową. Nic specjalnego, ale spełnia swoją rolę. Przy bulwarze znajdziemy kilka boisk, trochę sklepów, restauracji, dyskotek. Jest też krótkie bezpłatne molo. W pobliżu bulwaru znajduje się park z jeziorem i fontannami. Największa wieczorem tryska w takt muzyki. Jest delfinarium i kilka bardzo charakterystycznych budowli. Wieża alfabetu gruzińskiego. Latarnia morska. Dwa charakterystyczne wysokościowce. W jednym mieści się kasyno i hotel Sheraton. A drugi, 200-metrowy, niedawno oddany co do użytku, pełni między innymi funkcje uniwersyteckie. W górnej części tego ostatniego z dwóch stron zamontowano karuzele: małe młyńskie koła, co czyni ten budynek jedynym w swoim rodzaju. Dużo większą tego typu karuzelę znajdziemy na lądzie przy morzu. W okolicy natrafimy też na kilka niższych szklanych budynków z przeznaczeniem na hotele i urzędy.

Oprócz intensywnie budowanej nowoczesnej szklanej architektury w Batumi istnieje coś na kształt niewielkiego starego miasta. W dużej mierze odnowionego. Choć niektóre budynki są jeszcze w budowie lub wymagają remontu. Spotkamy tutaj także puste zarośnięte krzakami przestrzenie, które czekają na zabudowę. Jak i wstawki obskurnych bloków i innych nieciekawych budowli. Rekompensują to dwa ładne place z fontannami, kilka spektakularnych gmachów i zabytkowe kamienice przy sąsiednich uliczkach. Szczególnie warto zwrócić uwagę na budynki teatru i uniwersytetu czy na charakterystyczny pomnik bogini Medei. W tej części miasta napotkamy liczne restauracje i kafejki, niektóre z ogródkami na zewnątrz. A wieczorem możemy spodziewać się efektownej iluminacji świetlnej najważniejszych budynków oraz palm.

Batumi nie ominął pomysł na budowanie wysokich apartamentowców. Większość jest po prostu brzydka, ale kilka posiada walory architektoniczne. Zabytków jak na około 150-letnie miasto jest niewiele. Kilka ciekawych kościołów, w tym turecki meczet. Zresztą Turcja rozpoczyna się zaraz za miastem. Do tego trochę mniej lub bardziej udanych pomników, zwłaszcza wzdłuż nadmorskiego bulwaru. Jest oczywiście port, ale przede wszystkim towarowy, więc turystycznie mało atrakcyjny. A na pobliską górę zbudowano niedawno kolejkę linową. Bo należy wiedzieć, że Batumi to nie tylko Morze Czarne, ale również góry Małego Kaukazu.

Niewielu pewnie zainteresuje muzeum przedstawiające historię Adżarii – autonomicznego regionu w granicach Gruzji, ale ogród botaniczny dla większości będzie atrakcyjny. Tak samo jak park narodowy i kilka rezerwatów w okolicy Batumi. Można w nich podziwiać i egzotyczną ciepłolubną roślinność i liczne gatunki ptaków. To wszystko są jednak dodatki do podstawowej funkcji miasta, a zawiera się ona w dwóch dumnych słowach: nadmorski kurort. Chyba trochę na wyrost, ale w tej części Morza Czarnego nic lepszego nie znajdziemy.

Dwa światy: świat drugi

Batumi 400pxWiększość Batumi nie ma nic wspólnego z nadmorskim kurortem. Tej części miasta nie zobaczymy na widokówkach. Zaniedbane obskurne bloki i walące się domy. Chodniki i ulice bez utwardzenia lub nie remontowane od czasów budowy kilkadziesiąt lat wcześniej. Obskurne bazary i stoiska na ulicach, chodnikach oraz na wszelakiej wolnej przestrzeni. W tym uliczne punkty usługowe, gdzie można na przykład naostrzyć siekierę. Mnóstwo biedy, żebracy. Bałagan i brud. Aż trudno uwierzyć, że to jest to samo miasto. Nie ma nic wspólnego z nadmorską sielanką, mimo że z morzem sąsiaduje. W takim Batumi żyje większość jego mieszkańców. Jak w głębokim ZSRR, z tą różnicą, że wtedy jednak się dbało o zabudowę, ulice, chodniki, porządek. Było to brzydkie, ale zadbane. Od czasów rozpadu ZSRR w biednej Gruzji nie ma pieniędzy nawet na zwykłą konserwację. Ma to jednak swój specyficzny klimat. I takie właśnie Batumi sąsiaduje z tym zadbanym, odnowionym, w budowie. A plany są ambitne. Ma powstać więcej szklanych wieżowców, a nadmorska turystyczna dzielnica ma być jeszcze atrakcyjniejsza. I pewnie w następnych latach to się ziści. Jest bowiem jeszcze sporo terenów do zagospodarowania. A Batumi jest jednym z nielicznych miejsc w Gruzji, gdzie coś się dzieje, buduje.

W sezonie jest tu gwarnie. Dużo ludzi, koncertów i innych imprez. Wycieczki po morzu, rowerowe. Po sezonie, jesienią, wszystko pustoszeje. Choć nadal temperatura powietrza i morza jest bardzo zachęcająca. Atutem bez wątpienia są gościnni Gruzini, choć może lepiej napisać Adżarowie. Mało też jest miejsc na świecie, gdzie Polskę i Polaków tak lubią jak tutaj. Nieraz można usłyszeć, że jesteśmy bratnimi narodami.

Będąc szczerym, Batumi nie jest porywającym miastem. Nie ma tu nic nadzwyczajnego, a sporo przeciętności. Jednak inność tego miejsca dla wielu może być atrakcyjna. Inność w stosunku do ogromnych europejskich i północnoafrykańskich bezosobowych hoteli. Gdzie wszystko piękne, zadbane ale sztuczne. Podobne do siebie. Jeśli ktoś zmęczony jest czymś takim i nie straszna mu biedna Gruzja, jak również niewygodne kamieniste plaże, to może Batumi jest właściwym celem na wakacje. Jest to miasto ciągle zapóźnione pod względem infrastruktury, atrakcji i zorganizowanej turystyki. A mimo tego wielu turystów przyjeżdża tutaj właśnie dla trudnego do zdefiniowania klimatu, specyficznej atmosfery. Takiej mieszanki Azji, czasów ZSRR i nowoczesności. 

  • Na zdjęciach:
  • 1) Morze Czarne w Batumi,
  • 2) fragment 200 metrowego szklanego wieżowca w pobliżu morza o funkcjach uniwersyteckich, hotelowych, handlowych, rozrywkowych i apartamentowych,
  • 3) hotel Sheraton w nadmorskiej dzielnicy
  • 4-5) niewielkie Stare Miasto niedaleko morza,
  • 6) młyńskie koło przy morzu,
  • 7-9) Śródmieście Batumi w sąsiedztwie morza i Starego Miasta. 
Opublikowano w Reportaż
Strona 1 z 3

nationalgeographic box

red bull 225x150

TOKFM box

iexpert 225X150px

stopka plecak

LogoStopka

stopka plecak

Strona używa informacji zapisanych za pomocą… plików cookies w celu dostosowania do indywidualnych potrzeb użytkowników. Jeżeli tego nie akceptujesz zmień ustawienia przeglądarki dotyczą…ce cookies. Więcej informacji można znaleźć‡ w naszej Polityce prywatności.