a2b2

pzu bezpieczny 225x140

slaskie box

spokey.jpg 225PX

LOGO

Podziel się

FacebookMySpaceTwitterGoogle BookmarksLinkedinRSS Feed
Cztery kilo na wadze mniej, dwa zniszczone aparaty fotograficzne (z czterech zabranych), zniszczona kamera, buty, większość odzieży, spalone przez lawę kijki. Pięćdziesiąt siniaków i drugie tyle drobnych rozcięć skóry, kilka drobnych poparzeń, lekkie zatrucie gazami. Oznacza to wykonaną w krótkim czasie dobrą wulkaniczną pracę na Sycylii i Wyspach Liparyjskich.

Na początek o wulkanie-wyspie Stromboli. Jedynym europejskim wulkanie, na którym niemal każdy w łatwy sposób może sobie pooglądać lawę. Obok Etny, najaktywniejszym na kontynencie.

W tym artykule opiszę swoje poczynania na Stromboli, a w kolejnym jak to zrobić od strony turystycznej. Dla mojego PROJEKTU 100 WULKANÓW, wycieczka z przewodnikiem nie ma żadnego sensu, ale dla 99,9% osób, jest jak najbardziej wystarczająca. Do tego niedroga.

Dla mnie pół godziny czy godzina na szczycie Stromboli to strata czasu. Na wulkanach potrzebuję go znacznie więcej. Nawet na tak małych jak Stromboli. Dlatego w partiach szczytowych spędziłem 8 godzin (w dzień i w nocy), a cała eksploracja trwała 24 godziny, non stop.

Przy czym samemu nie wolno wchodzić na Stromboli, jedynie do około 400m, dalsza wędrówka to ryzyko 500 euro kary. Informują o tym tablice. Więc co robi Gawlik? Jak zwykle je ignoruje. Nie dlatego, że lubię. Nie mam innego wyjścia.

Po tylu latach tułaczki po wulkanach, to ja mogę robić włoskim przewodnikom i wulkanologom szkolenia z poruszania się po wulkanach, a nie oni mnie. Ich obecność byłaby balastem, bo w razie niebezpieczeństwa, nie tylko siebie będę musiał ratować, ale też takiego przewodnika. No i żaden przewodnik, za żadne pieniądze, nie pójdzie tam, gdzie ja chcę i nie będzie non stop wędrował przez 24 godziny. Innymi słowy, muszę działać samodzielnie. Lecz rzeczywiście, osoby bez doświadczenia, nie powinny chodzić po tak aktywnych wulkanach samotnie. 

Po przypłynięciu na Stromboli (terminal promowy Stromboli), oddaliłem się od terenów zamieszkanych, podszedłem kawałek do góry, gdzie w chaszczach postawiłem namiot i zostawiłem zbędne rzeczy. Z podręcznym plecakiem maszerowałem wzdłuż osuwiska Sciara del Fuoco. Obrywające się zbocza wulkanu, powodują raz na jakiś czas niewielkie lokalne tsunami.

W partiach szczytowych spędziłem osiem godzin, za dnia i w nocy, często zbaczając ze ścieżki. Starałem się unikać ludzi i przewodników, by nie wykłócać się z nimi. Ale za jedną ze skał natknąłem się na ekipę jakiejś francuskiej telewizji i ich przewodnika. Który zaczął od straszenia i machania znaczkiem, ale gdy dowiedział się co robię i od ilu lat, zupełnie odpuścił.

Może to nieskromne, choć zgodne z rzeczywistością, ale nie wiem czy na całym świecie znajdziemy pięćdziesiąt osób z tak dużym doświadczeniem wulkanicznym jak moje? Obejmującym głównie aktywne wulkany. Bardzo wątpię. A już nie mam wątpliwości, że nie ma drugiego człowieka na świecie, który tyle już nie miesięcy, ale lat, spędził samotnie włócząc się po wulkanach i je eksplorując. Do tego w taki hardcorowy sposób. Podejmując wielokrotnie decyzję, albo się uda albo zginę. Półśrodki i że się nie da - to nie mój świat. We wszystkich ważnych dla mnie sprawach jestem maksymalistą.

Na szczęście przez większość czasu spędzonego na Stromboli, czyniłem swoje działania w samotności. Śmieję się, że mam unikalne zdjęcia z wierzchołka, gdy jestem na nim tylko ja. Bo gdy nagle w ciągu dwóch godzin przez wierzchołek przewinęło się pół tysiąca ludzi, ciężko było znaleźć tam wolne miejsce.

Naliczyłem sześć istotniejszych otworów z lawą, w tym dwa większe. Jedno wyraźnie od strony Sciara del Fuoco. Erupcje były bardzo gwałtowne, krótkie, nieraz z hukiem, nieraz bez. Bywało, że miała miejsce jedna erupcja na godzinę, ale bywało, że i trzy. Cały czas wydobywały się ogromne ilości gazów, czasami zmieszanych z popiołem. Erupcjom towarzyszyło wyrzucanie bomb wulkanicznych. Opisałem właśnie charakterystykę tzw. erupcji strombolijskiej - ten wulkan i jego wybuchy posłużyły za uformowanie tego pojęcia. Można też powiedzieć, że to erupcje eksplozywne - gwałtowne, ale zdarzają się też efuzywne - wylewne, lawa spływa w dół zbocza. Na Stromboli samoistnie te ostatnie raczej nie występują, tylko mają charakter mieszany. Udało mi się dwa razy zaobserwować lawę schodzącą przez krótki czas do morza, szkoda że tylko za dnia. Raz z promu, a raz już podczas wulkanicznej wędrówki. Zjawisko było następstwem wybuchu z otworu od strony morza. Stromboli liczy według moich pomiarów 917-920m wysokości, inne źródła podają 924m (od dna morza 2700m). Nawet na szczycie temperatura ziemi miejscami jest znacznie podwyższona. Nie ma się co dziwić, bo według szacunków obecna faza erupcji trwa nieprzerwanie od około 2-3 tysięcy lat. Co kilka lat następują większe erupcje, ale nie bardzo duże. Co roku można mieć szczęście i trafić na pojedyncze wybuchy, większe, wyższe, dłuższe i co najważniejsze z mniejszą ilością wydobywających się gazów, które praktycznie eliminują szanse na zrobienie dobrych zdjęć. 

Choć wydaje się, że Stromboli to jeden większy krater, to tak naprawdę można wyróżnić trzy, mocno zdeformowane przez erupcje. Jeden jest dominujący, w nim były cztery otwory z lawą. Wierzchołek to fragment krateru, który przetrwał, reszta wpadła do morza. Kawałek od strefy aktywności, są równie wysokie fragmenty starego krateru.

Świetnie spędzony czas. Po powrocie do namiotu następnego dnia, przespałem się kilka godzin, by wyruszyć w dalszą drogę. Stromboli jest fajnym wulkanem, ale wolę znacznie większą Etnę, tam w rejonie kraterów szczytowych nie przewijają się setki ludzi na dobę.

Co ciekawe, gdy przyszła pierwsza grupa na szczyt, nikt się nie dziwił, że ja tam jestem. Później, różni przewodnicy myśleli, że jestem z ich grupy i mówili do mnie - idziemy na dół. Gdy schodziła ostatnia grupa, dwóch przewodników nie zauważyło, że zostałem na szczycie, mimo że minutę wcześniej mówili bym się szykował do zejścia. Zostałem znowu sam. Na tym przykładzie świetnie widać jak wyglądają takie masowe wycieczki na Stromboli i praca przewodników. Zaginął im członek z grupy, został na szczycie, dlaczego to ich nie zmartwiło? Ano dlatego, że grupy mają nawet po kilkadziesiąt osób i opiekunowie nie liczą ile mają osób. Jakaś choćby namiastka solidnej pracy wymagałaby sprawdzić liczebność w chwili startu wycieczki i przed zejściem w dół. Ale po co? Dla mnie super. Oby włoscy przewodnicy zawsze tak pracowali.

W drugiej części poświęconej wulkanowi Stromboli, napiszę o tym, jak niemal każdy może wejść na szczyt.

Na zdjęciach: wyspa i wulkan Stromboli. Mimo ogromnych ilości gazów parę zdjęć wyszło jako tako, choć nieźle się nakombinowałem (nie zawsze w bezpieczny sposób). 

Opublikowano w Blog
Pod koniec września 2017 odbyła się XXII edycja najstarszego w Polsce Festiwalu Górskiego im. Andrzeja Zawady w Lądku Zdroju. Impreza kilkudniowa, z rozmachem, na wielu arenach, z koncertami (np. Fisz Emade Tworzywo, Grubson). Sprofilowana na tematykę górską, na którą przypadkowych gości się nie zaprasza, a to dzisiaj rzadkie. Tradycyjnie, niezwykle ważnym elementem był pokazy filmów górskich.

Nie sposób wspomnieć o wszystkich, więc tylko kilka nazwisk, których środowisku górskiemu nie trzeba przedstawiać: Wojtek Kurtyka, Alex Txikon, Alex Honnold, Marcin Tomaszewski, Marek Raganowicz, Anna Czerwińska, Piotr Pustelnik czy ekipa związana z zimową wyprawą na K2 - m.in. Krzysztof Wielicki, Janusz Majer, Janusz Gołąb, Adam Bielecki. Nawet Gawlik się pojawił, a to niełatwa sprawa, bo zwykle nie ma mnie w kraju albo nie mam czasu. Bo wulkany i góry są najważniejsze - reszta to pierdoły, które się nie liczą. I właśnie dlatego wydłużyłem mój pobyt w Sudetach i odwiedziłem stare kąty. O czym niedługo napiszę. Jeszcze jedno, dawno tak się nie wytańczyłem. Bawiliśmy się na parkiecie nawet do świtu - świetny trening.

We Wrocławiu gościłem na zaproszenie Zespołu Szkół Salezjańskich, w ramach międzynarodowego projektu Erasmus - Wulkany Europy. Projekt ma na celu dostarczenie uczniom narzędzi do badania wulkanów, poszerzenie spojrzenia na problem wulkanów w Europie. Na spotkaniu oprócz polskich uczniów i nauczycieli, byli obecni przedstawiciele z Portugalii, Hiszpanii, Francji, Turcji i Włoch. Odwiedziłem także siedzibę szwedzkiej firmy Oriflame, z którą współpracuję w ramach serii produktów z kategorii Wellness. Oto krótki film z niedawnych konferencji Wellness by Oriflame:

Chociaż głównie włóczę się po innych kontynentach, to gdy mam okazję Europę też zwiedzam. A że na mojej trasie często są takie miasta jak Berlin czy Amsterdam, lubię sobie po nich pospacerować. Kilka zdjęć poniżej.

Poświęciłem życie podróżom, wspinaczkom, eksploracji. W głowie zebrało się sporo wiedzy i doświadczeń, więc w wolnych chwilach komentuję różne tematy z kategorii - świat, nauka i podróże. Ostatnio na przykład na antenie TVN24BiŚ o sensie wprowadzenia do "geograficznego obiegu" nowego kontynentu o nazwie Zelandia. To niepotrzebny pomysł, fragmenty rozmowy są: TUTAJ

Opublikowano w Blog
Od kilku lat funkcjonuje na polskim rynku ubezpieczenie - BEZPIECZNY POWRÓT- które powstało z inicjatywy środowiska górskiego we współpracy z PZU, iExpert.pl i PZA. Od tamtego czasu znacznie rozszerzono liczbę aktywności, a samo ubezpieczenie stopniowo się rozwija, dopasowując się do potrzeb osób ubezpieczonych.

Cofnijmy się jednak do czasów z przed kilku lat. Polskie ubezpieczenia obejmujące sporty i podróże wysokiego ryzyka, w tym kwalifikowane sporty górskie, były horrendalnie drogie. Dlatego środowisko górskie ratowało się wstępowaniem do zagranicznych towarzystw górskich jak Alpenverein w Austrii czy DAV w Niemczech. Oprócz członkowstwa dostawało się całoroczne ubezpieczenie górskie, a to wszystko w dobrej cenie. Lecz nie brakowało problemów z likwidacją szkód, też językowych, choćby w momencie zgłoszenia szkody.

Nie ma się też co oszukiwać, że prawie wszyscy zostawali członkami tylko dla ubezpieczenia, a nie ze względu na członkowstwo albo zniżki w alpejskich schroniskach. Gdy ubezpieczenie wygasło, a przedłużenie było niepotrzebne, mało kto zawracał sobie głowę dalszym członkowstwem i opłacaniem składek. Do czego członek był zobowiązany, a brak płatności to ryzyko windykacji. Dopiero formalne zakończenie członkowstwa zwalniało z obowiązku uiszczenia składki.

A przecież polskie środowisko górskie jest potężne i wszyscy narzekaliśmy, czemu w Polsce nie ma dobrego górskiego ubezpieczenia za rozsądne pieniądze. Tak zrodziło się ubezpieczenie BEZPIECZNY POWRÓT we współpracy z Polskim Związkiem Alpinizmu. Ono nie wymaga żadnego członkowstwa, żaden komornik nikogo nie będzie ścigał po wygaśnięciu obowiązywania ubezpieczenia. Zaś, członkowie klubów zrzeszonych w PZA, uzyskali 15% rabatu.

Gdy tylko się pojawiło, przeniosłem się z ubezpieczenia oferowanego przez Alpenverein na Bezpieczny Powrót. Co roku przedłużam je na kolejne dwanaście miesięcy, wiedząc że w razie potrzeby mogę liczyć na pomoc.

pzu bezpieczny 225x140

Ubezpieczenie obejmuje ponad 40 różnych aktywności w ramach rekreacyjnego uprawiania sportu, sportów ekstremalnych i wysokiego ryzyka, oraz wyczynowego uprawiania sportu, między innymi:

turystyka górska, ferraty i trekking, rekreacja - czy to Tatry Słowackie, trekking w Himalajach, spacer po Alpach albo wejście na Kilimandżaro.

alpiniści, wspinacze i grotołazi(wspinaczka jaskiniowa)  - wyjazdy indywidualne i grupowe, prywatne i zorganizowane przez kluby sportowe, w skały i w góry wysokie, wysokości do 6000m, a po rozszerzeniu nawet do 7600m n.p.m.

globtroterzy i podróżnicy - zagraniczna turystyka, i ta amatorska i ta bardziej kwalifikowana - ubezpieczenie obejmuje cały świat poza Arktyką i Grenlandią oraz Antarktydą.

narty, snowboard, w tym także poza trasami (freeride, skialpinizm, akrobacje)

rowerzyści - w tym kolarstwo górskie, downhill

biegi górskie, przełajowe i ultramaratony

kajakarstwo, canyoning, rafting

Ubezpieczenie obejmuje dowolną liczbę wyjazdów trwających do 8-tygodni każdy, a po rozszerzeniu nawet do 16-tygodni, i działa już w momencie rozpoczęcia podróży. Czyli od wyjścia do wejścia z domu na terytorium Polski. A zatem, choć przewidziane jest na zagraniczne wyjazdy, to działa już w momencie rozpoczęcia / zakończenia podróży w Polsce. Bo warunkiem jest Polska jako miejsce zamieszkania.

Ubezpieczenie można rozszerzyć na różne sposoby. Oprócz już wspomnianych, rozszerzenie może objąć koszty leczenia związane z zaostrzeniem lub powikłaniami choroby przewlekłej, o ryzyka wynikającego z aktów terroryzmudziałań wojennych lub stanu wyjątkowego. O Następstwa Nieszczęśliwych Wypadków (NNW), można rozszerzyć na rodzinę (do 5 osób), a także ubezpieczyć osobę niepełnoletnią (pakiet młodzieżowy). Wreszcie, możemy decydować co chcemy ubezpieczyć i na jaką wysokość. A to nie wszystko.

PZU to polska wiodąca firma ubezpieczeniowa, obsługa jest w języku polskim, tak samo wszelkie przepisy ubezpieczeniowe. Składkę można zapłacić jednorazowo lub w ratach.

Co bardzo ważne, ubezpieczenie obejmuje też akcję ratunkową z użyciem helikoptera, w tym poszukiwanie i ewakuację w sytuacji gdy samodzielnie tego nie można zrobić, także ze względu na gwałtowne i niespodziewane pogorszenie pogody, nagłą awarię niezbędnego sprzętu oraz na nagłe zachorowanie współuczestnika wyprawy, kiedy ubezpieczony nie może bezpiecznie powrócić do bazy lub znalazł się w warunkach uniemożliwiających mu samodzielne dotarcie na pierwotnie przewidzianą trasę lub miejsce docelowe wyprawy.

Podstawowy pakiet zapewnia ochronę w zakresie akcji ratunkowej, kosztów leczenia, kosztów transportu do kraju, odpowiedzialności cywilnej, pomocy prawnej, ubezpieczenia bagażu.

Jak działa ubezpieczenie? W razie wypadku należy skontaktować się z Centrum Pomocy PZU pod numerem +48 505 15 95 lub +48 22 566 55 44 (24h na dobę). Centrum w możliwe krótkim czasie organizuje wszelką niezbędną pomoc. Zalety ubezpieczenia:

 •         sprawdzony polski ubezpieczyciel – PZU SA

•          atrakcyjna cena w wariancie podstawowym i rozszerzonym

•          pakiety partnerskie i rodzinne

•          obsługa polisowa i szkodowa po polsku

•          ubezpieczenie jest rekomendowane przez PZA, GOPR, wspinaczy i  podróżników

•          możliwość zakupu polisy online: OBLICZ SKŁADKĘ

O ubezpieczeniu Bezpieczny Powrót czytaj też: TUTAJ.

Szczegółowe regulacje dotyczące ubezpieczenia BEZPIECZNY POWRÓT znajdują się w dokumentach: Ogólne Warunki Ubezpieczenia. Klauzule dodatkowe. Załączniku nr 1_PZA. Tabela Uszczerbków na zdrowiu. 

Opublikowano w Blog
Na Uhuru Peak 5895m potrafi stanąć rocznie nawet ponad pięćdziesiąt tysięcy osób. Ale już u podnóża sąsiedniego krateru Reusch, który tak samo jak Uhuru, stanowi część wulkanu Kibo, są to setki ludzi w skali roku. Na skraj krateru wdrapie się może połowa z nich. Ale na dół do krateru, na jego drugą stronę, do występujących wyziewów siarkowodoru nie dotrze nikt. Jedynie taki Gawlik i wcześniej może paru badaczy. W niektórych miejscach był tylko Gawlik. Bo kocha wulkany, a wysokość 5700-5800m nie należy do dużych. Na tej wysokości można śmiało biegać. Tylko zadyszka jest trochę większa.

A w tym wszystkim najbardziej fascynujące jest to, że można być pierwszym człowiekiem w historii stojącym w danym miejscu, kiedy kilometr dalej, co roku można spotkać pięćdziesiąt tysięcy "człowieków". Ten kilometr bowiem czyni wielką różnicę. Powoduje, że można coś wartościowego zbadać, odkryć, zrobić unikalne zdjęcia i takie też poczynić obserwacje. Dlatego, choć unikam, to nie skreślam turystycznych wulkanów. Nawet tam, styl, jakość, pomysł, mogą dać więcej niż tylko osobistą satysfakcję dotarcia do konkretnego miejsca. Inna rzecz, że innych zadowala wejście na Uhuru i nie mają potrzeby, ochoty, czy siły, by zrobić coś inaczej, niż te pięćdziesiąt tysięcy ludzi.

Stojąc na Uhuru Peak (5895m) widać jedynie zewnętrzny pierścień krateru Reusch (najmłodsza część Kibo). Widok ładny, ale mocno ograniczony. Zejście skalnym terenem do podnóża krateru (5730m, inner cone), wymaga następnie podejścia na obrzeże pierwszego pierścienia. Krater Reush ma 3 pierścienie, a całe Kibo 4 pierścienie (od strony Kenii de facto 2). Uhuru, to zachowany fragment czwartego pierścienia, reszta nie dotrwała do naszych czasów. Nie widać z niego krateru, ponieważ owy pierścień (drugi w kolejności) wypiętrzył się niewiele niżej niż Uhuru.

Po drodze do krateru można przywitać się z resztkami lodowca Furtwangler, albo podejść do największego lodowca zwanego Północnym Polem Lodowym (North Icefield). W 1880 roku, lodowce Kilimandżaro miały powierzchnię około 20 kilometrów kwadratowych, obecnie półtora kilometra. Znikną do końca stulecia, a w przytoczonym roku, najwyższy wulkan Afryki był pokryty czapą lodową.

Krater Reusch w najwyższym punkcie osiąga 5853m. Lecz z niego też nie zobaczymy dna krateru. Musimy pokonać jeszcze dwa pierścienie na zasadzie góra-dół, by stanąć na skraju ostatniego, nad urwiskiem (czyli od Uhuru jest to trzeci pierścień). To znowu wysokość w granicach 5730m. Natomiast najsilniejsze wyziewy wulkaniczne zlokalizowałem na wschodniej flance zewnętrznego pierścienia Reusch.

Na końcu ostatniego pierścienia, nad dnem krateru, staje jedna osoba na ileś lat. Chociaż ostatnio zawyżam te statystyki. Większość tanzańskich przewodników nigdy nie była ani na krawędzi krateru Reusch ani na ostatnim pierścieniu (chociaż na Uhuru byli od stu do kilkuset razy). A tylko podczas jednego z wejść zabrałem tam dwóch lokalnych przewodników, by dowiedzieli się więcej o swoim wulkanie. Byli bardzo podekscytowani. Zawyżam też liczbę osób, które stają na skraju krateru Reusch, bo jeśli ktoś z uczestników wyjazdów ze mną, ma siłę i chęć, zabieram ich tam. Co roku tacy śmiałkowie się znajdują. Ale już jestem jedynym człowiekiem od wielu lat, i jednym z nielicznych w historii, który przyjrzał się wyziewom wulkanicznym z różnych stron krateru. Nawet tanzańscy przewodnicy nie mięli siły tego zrobić i bali się, że ulegną zatruciu, że może ich poparzyć jakiś kwas. Namawiałem ich, mówiłem że nic im się nie stanie - bo to malutkie i chłodne wyziewy - ale bezskutecznie. Zmęczenie i strach były silniejsze. Ale przynajmniej swoją siłą i ryzykanctwem, jak twierdzili, wzbudziłem ich szacunek.

Na zdjęciach próbka ujęć krateru Reusch, wulkanu Kibo i lodowców Kilimandżaro. 

Opublikowano w Blog
Każdego roku kilkadziesiąt tysięcy osób maszeruje ku mitycznemu wierzchołkowi Kilimandżaro. Co w nim takiego jest, że przyciąga jak magnes?

Na pewno nie uroda, bo Uhuru nie jest wybitnym wzniesieniem, tylko płaskim, a jedynym charakterystycznym punktem jest drewniana tablica postawiona przez człowieka. Sam masyw Kilimandżaro prezentuje się dostojnie i to jest pewnie ten magnes, tak samo jak świadomość, że w Afryce wyżej już się nie da. Wokół tropikalne lasy, dzikie zwierzęta, i nagle, wyrasta ogromny samotny masyw Kilimandżaro. Stratowulkan czyli stożek, z dużym płaskim zakończeniem, z niewielkimi lodowcami. W ciągu kilku dni można przenieść się z nieznośnych tropikalnych klimatów w równie nieznośne polarne. Gdzie mróz, wiatr, w pobliżu lśnią lodowce.

I tutaj doszliśmy do kwestii nazwy Kilimandżaro (Kilimanjaro, Kilima-njaro, po niemiecku Kilima-Ndscharo). Do dzisiaj powstało wiele teorii skąd ta nazwa i co ona oznacza. Nawet nie ma pewności czy jest w języku suahili, używanym na tych terenach. Z popularniejszych tłumaczeń oznacza: Lśniąca Góra, Niedostępna Góra. Kilimanjaro w ogóle może być nazwą przypadkową. Bo prawdopodobnie tym słowem lokalni mieszkańcy wskazywali jak jest trudna do zdobycia, a odkrywcy z dalekich lądów uznali, że to nazwa góry.

Wracając do lśnienia, ono również przyciąga zdobywców. Nie od dzisiaj wiadomo, że dni lodowców Kilimandżaro są policzone. Zostało ich już niewiele, znikają w szybkim tempie. Jeśli będą topniały w dotychczasowym, do końca wieku ich nie będzie.

Z Kilimandżaro wiąże się kilka nazw. Oprócz tej podstawowej, dosyć znane są: Kibo i Uhuru. O co w tym chodzi? Kilimandżaro to rozległy wulkaniczny masyw składający się z trzech wulkanów: Kibo, Mawenzi 5148m (trzecia góra Afryki) i Shira 3980-4005m. Uhuru Peak 5895m - najwyższy punkt Kilimandżaro - to część wulkanu Kibo. Mówi się o kraterze Kibo, choć tak naprawdę Kibo ze względu na rozmiary zasługuje na nazwę - kaldera. W której znajduje się krater i nazywa się Reusch. Uhuru to najwyższy punkt kaldery Kibo. Od strony Tanzanii zachował się skalisty, skrajny względem krateru, fragment pierścienia kaldery. Nie pokonały go erupcje wulkaniczne ani procesy wietrzenia oraz erozji.

A czy Kibo, najmłodsza część Kilimandżaro, jest wulkanem aktywnym? Nie. Szacuje się, że ostatnia erupcja miała miejsce około 150-200 tysięcy lat temu. Na zboczach (w kraterze) występują niewielkie, niezbyt ciepłe wyziewy siarkowodoru, dlatego niektórzy twierdzą, że jest to wulkan uśpiony, drzemiący. Ja się skłaniam do twierdzenia, że wygasły. Zbyt dużo czasu minęło od ostatniej erupcji, by uważać inaczej. A wyziewy wulkaniczne na wygasłych wulkanach to nic nadzwyczajnego. Kibo nie jest tzw. superwulkanem, brak też informacji aby pod nim znajdowała się komora płynnej magmy. Proces od ostatniej erupcji do zaniku wszelkich objawów minionej aktywności może trwać miliony lat. Ale już dużo wcześniej wiadomo, że wulkan wygasł i nie wybuchnie. Prawdą jest jednak, że nigdy nie ma całkowitej pewności, że zmiany w skorupie ziemskiej, ruchy płyt tektonicznych, zjawiska sejsmiczne, nie wskrzeszą na danym terenie aktywności wulkanicznej. Ale gdybyśmy to ostatnie zdanie potraktowali jako kluczowe, trzeba byłoby zlikwidować kategorię: wulkany wygasłe. Bo żadnego wulkanu za taki nie moglibyśmy uznać. Obecnie, dwa inne wulkany w sąsiedztwie Kilimandżaro wykazują się współczesną aktywnością wulkaniczną. Meru 4566m, choć ostatnia erupcja miała miejsce w 1910 roku. Oraz Ol Doinyo Lengai 2954m - ostatnie znaczące erupcje miały miejsce w latach 2006-2007, później minimalne zjawiska zaobserwowano w 2010 i w 2013 roku.

Użyłem wcześniej sformułowania "od strony Tanzanii", co wymaga wyjaśnienia. Cały masyw znajduje się właśnie w tym kraju, ale od północy, u podnóża, przebiega granica z Kenią. Wiele wspaniałych widoków na Kili (potoczne określenie) oferuje właśnie Kenia.

Ile czasu zajmuje wejście na Kilimandżaro? Drogi zostały tak powytyczane, by cała górska przygoda trwała od 5 do 9 dni. Najpopularniejsze to Marangu (Coca Cola Route) 5-6dni oraz Machame (Whiskey Route) 6-7dni.  

Zrozumiałe jest, że wszyscy, którzy ruszają w masyw Kilimandżaro, stawiają sobie za cel Uhuru Peak 5895m, czyli Szczyt Wolności w języku Suahili (gdy Tanzania była częścią Niemieckiej Afryki Wschodniej obowiązywała nazwa Kaiser-Wilhelm Spitze). Dach Afryki, góra zaliczana do Korony Ziemi - to działa na wyobraźnię. Zwykle po wejściu, starcza sił tylko na kilka zdjęć i w dół. A szkoda.

Bo chociaż Uhuru Peak jest najwyższym punktem wulkanu Kilimandżaro, to najciekawsze rzeczy kryją się w kraterze wulkanu Kibo - czego z wierzchołka nie widać. A o czym napiszę w następnym artykule.

Na zdjęciach masyw Kilimandżaro. 

Opublikowano w Blog
Nasz Pamirowy (PAMIR.PL) wyjazd do Tanzanii powoli dobiega końca. Na początek w komplecie zdobyliśmy najwyższy punkt wulkanu Kilimanjaro – Uhuru Peak 5895m. Z częścią grupy dotarłem do krateru Kibo i jednego z lodowców. Prawie wszyscy też wspięli się na szczyt wulkanicznej skały Lava Tower 4670m.
Pogoda dopisywała przez cały czas zarówno na Dachu Afryki, jak i na safari po wspaniałych parkach: Serengeti i Ngorongoro. Widzieliśmy dziesiątki różnych zwierząt, w tym dwa razy rzadkiego lamparta. Ponadto m.in. lwy, gepardy, hieny, szakale, słonie, hipopotamy, bawoły, guźce, gnu i różne antylopy, zebry, żyrafy, strusie, orły, marabuty, sępy, inne kolorowe ptaki, jak i jaszczurki. Zwierzęta towarzyszyły nam także w miejscach naszych noclegów. Odwiedziliśmy też wioskę masajską.
Trzecim epizodem wyjazdu, jest właśnie trwający wypoczynek na rajskiej wyspie Zanzibar. Hotel, plaża, Ocean Indyjski, baseny, pyszne lokalne jedzenie i atrakcje jak rafy koralowe, plantacje przypraw czy historyczne Stone Town. Po wzmożonym wysiłku należy się chwila wypoczynku.
Opublikowano w Blog
Korzystając z chwili przerwy między wyprawami skorzystałem z zaproszeń do kilku audycji telewizyjnych i radiowych. O Projekcie 100 wulkanów, nie pierwszy razy, napisał National Geographic. Link do artykułu jest tutaj:

Polak od 11 lat realizuje wyjątkowy projekt. Zamierza odwiedzić 100 wulkanów.

10 sierpnia zapraszam o 22:30 do TVP Polonia, gdzie w programie Halo Polonia poopowiadam o PROJEKCIE 100 WULKANÓW. Materiał można obejrzeć: Tutaj - od 26 minuty.

Miałem też przyjemność kolejny raz gościć w programie Pokaż nam Świat, prowadzonym przez Kubę Poradę, na antenie TVN24BiS. Emisja nastąpi w sobotę i niedzielę - 12-13 sierpnia (sobota 9:30 i 16:30 oraz niedziela 10:00 i 16:30). Będzie między innymi o grillu na Etnie. Dlat tych co nie mogli obejrzeć programu, nic straconego, dostępny jest: Grzegorz Gawlik - Pokaż nam Świat.

W sobotę również (12.08), o 19:30, na antenie Jedynki Polskiego Radia, poopowiadam o wulkanach w audycji dla dzieci (Jedynka Dzieciom - audycja Programu 1) w rozmowie Joanną Ficińską (3 części będzie można usłyszeć na antenie, 4-tą odsłuchać na stronie internetowej Polskiego Radia).

Natomiast 14 sierpnia około 14:00 na antenie Czwórki Polskiego Radia porozmawiam z Anną Hardej o wulkanach i podróżach (audycja Dajesz Radę).  Nie interesują mnie miejsca, w które każdy może się dostać. Pociągają mnie te, do których ciężko dotrzeć - mówi w Czwórce Grzegorz Gawlik, zafascynowany geologią prawnik, podróżnik, himalaista oraz zdobywca wulkanów (więcej informacjie jest na stronie Polskiego Radia: TUTAJ (plik audio jest po lewej stronie)).

Potem pozostanie mi chwila na pakowanie i w drogę do Tanzanii - Kilimandżaro - Serengeti - Ngorongoro - Zanzibar (PAMIR.PL).

Gdy już będę w Tanzanii, na 22-go sierpnia, po godzinie 15:00 zaplanowana jest emisja, w Trójce Polskiego Radia, rozmowy przeprowadzonej przez Pawła Drozda -  audycja Świat z lotu Drozda. Materiał zarejestrowaliśmy przed samym wylotem do Afryki. Rozmawialiśmy między innymi o ostatnich dokonaniach w PROJEKCIE 100 WULKANÓW. Posłuchać można go: TUTAJ (lewy górny róg).

A co z tą Pragą? Czas nie pozwala pisać o wszystkim co robię, o wszystkich wyjazdach. Lecz czasami próbuję przemycić jakieś drobnostki. Pragę w tym roku odwiedziłem już po raz czwarty i powiem - Pragi nigdy za dużo. Jest przepiękna. Przy każdej nadarzającej się okazji odwiedzam czeską stolicę, prezentując poniżej kilka zdjęć.

Najbliższa i jedna z nielicznych okazji do posłuchania mnie na żywo nastąpi na najstarszym w Polsce - Festiwalu Górskim w Lądku Zdroju 24 września, edycja XXII (21-24.09). O ile żaden lew w Tanzanii mnie nie pożre :). Serdecznie zapraszam (Wielki Namiot, panel pomiędzy godz. 10 a 16, program jest  TUTAJ).

Na zdjęciach: materiały z TVN24, TVP Polonia, z Polskiego Radia, National Geographic,  trochę zdjęć z Warszawy, w tym Jezioro Czerniakowskie, Stare Miasto, Wisła, Stadion Narodowy przed Memoriałem Kamili Skolimowskiej i dla porównania w okresie zimowym. A także kilka zdjęć z czeskiej Pragi. 

Opublikowano w Blog

Jezioro płynnej lawy w zboczu Krateru Centralnego wulkanu Etna (Sycylia, Włochy).

Opublikowano w Filmy
Tytuł może grafomański, ale oddaje w sposób skondensowany zakres wyjazdu. Na rozgrzewkę białoruski Brześć z Twierdzą Brzeską, Moskwa z Kremlem, zabytkowym metrem, Placem Czerwonym, Arbatem. Sankt Petersburg z Newą i Newskim Prospektem, Pałacem Zimowym, Zatoką Fińską Morza Bałtyckiego. Z podmiejskim Puszkinem w którym pałac Jekaterynowski z kopią bursztynowej komnaty, oraz Jeziorem Ładoga koło Szlisselburga. A potem w kierunku celów najistotniejszych. Na początek Syberia.

Po czterodobowej imprezie w pociągu na linii Transsyberyjskiej witał Irkuck z Angarą i drewnianą zabytkową zabudową. A dosłownie chwilę później Listwianka z Bajkałem – jadąc lokalnym mikrobusem z prędkością do 160km/h była to naprawdę chwila, mogłem napisać testament przed wyjazdem. Bajkał nie był najistotniejszy w całym wyjeździe, ale nie zabrakło ognisk nad jeziorem, wędzonego na gorąco omula, nerp, a nade wszystko Kolei Krugobajkalskiej. Niewiele ponad 100 kilometrów, ponad 7 godzin jazdy - ale nic w tym dziwnego, jeśli zwykły kursowy pociąg robił postoje, by zjeść szaszłyka, wykąpać się w Bajkale o temperaturze około 5°C, pojeździć na rowerach wodnych, pooglądać tunele, góry.

Sajany – góry podzielone na Sajany Zachodnie i Wschodnie, ciągnące się przez około 1650km, dzikie, piękne, współcześnie zlodowacone – nie można było ich nie odwiedzić. Choć dotarcie w nie, nie było najłatwiejsze – było świeżo po powodzi. Ponadto jazda w 6 osób(wraz z miejscowym kierowcą), z ogromnymi plecakami, w nissanie micra, przez kilka godzin po wyboistej drodze nie należała do komfortowych. Ale to wszystko było nieważne. Cel – najwyższa góra Sajanów: Munku Sardyk (3491m n.p.m., po buriacku Wieczna Góra). Wysoka woda nie pozwoliła ruszyć w góry korytem Białego Irkutu, próby pokonania rzeki mogły się skończyć tragicznie – nie zabrakło porwania przez wodę. Trzeba było poszukać innej drogi – udało się taką znaleźć – okrężną, ale widoki zapierały dech w piersiach.

Emocji dostarczało pokonywanie kolejnych zboczy, szczytów, stromych dolin, rzek, wodospadów, płatów śniegu, fragmentów lasu, torfowisk, tundry górskiej. Co jakiś czas prezentowała się skalno-lodowa ściana Munku Sardyk – nie do pomylenia z niczym innym w tym rejonie. Ogromne przestrzenie, przepiękne góry, raz skaliste, raz bardziej o charakterze płaskowyżu – a przede wszystkim dzikie.

Po dwóch dniach ostrej wędrówki udało się dotrzeć nad lodowcowe jezioro Egoj(Echo, 2613m.n.p.m.), po którym pływał jeszcze lód - w środku lata - a wkoło królowały skaliste szczyty z lodowcem i Munku Sardyk na czele. Tylko nad jeziorem można było rozbić namiot w miarę bezpiecznie ze względu na lawiny skalne i spadające głazy. Po przetrwaniu załamania pogody, nastał w końcu słoneczny i bezchmurny poranek, mroźny. Można zatem było zaatakować najwyższy szczyt Sajanów, surowy, majestatyczny, niebezpieczny i całkiem trudny. Rumowisko skalne, z głazami miejscami o wielkości samochodów, płaty wiecznego śniegu. Droga przez lodowiec i wzdłuż niego była zbyt ryzykowna, na powierzchni lodowca widniała świeża nieduża lawina, po ostatnich opadach śniegu. Co jakiś czas spadały po nim kamienie i głazy z ogromną prędkością. Zostać uderzonym takim to niechybna śmierć, więc wprowadziłem nasz trzyosobowy zespół (ja i dwie koleżanki) na boczną grań i nią pięliśmy się do góry.

Wędrówka tą drogą nie była łatwiejsza, była dłuższa, ale uniknęliśmy czegoś na co nie mieliśmy wpływu – spadających kamieni. Duża część trasy prowadziła po rumowiskach skalnych o bardzo dużym nachyleniu, głazy były ruchome, nieraz trzeba było odskakiwać przed którymś przez nas poruszonym. Żleby miejscami były wypełnione żwirem i mniejszymi kamieniami, było to wszystko dosyć plastyczne, osuwaliśmy się, trzeba było bardzo uważać, bo kilkadziesiąt stopni nachylenia wróżyło tragedią w razie większego osunięcia.  

Od około 3000 metrów wkroczyliśmy na świeży śnieg (oblodzenie skał i kamieni sięgało niżej). Jezioro Egoj było lazurową kropeczką, nasze namioty ledwie widocznymi punkcikami. Zahaczaliśmy też o fragmenty lodowca. Moja rola polegała na tym, by przejść trudniejsze odcinki na „żywca” i zrzucić linę towarzyszkom wyprawy, by mogły pokonać przy jej asekuracji trudniejszy odcinek. Były naprawdę dzielne i świetnie zniosły tą wędrówkę. Charakter wyjazdu nie pozwolił zabrać sprzętu wspinaczkowego. Trudny teren, duże nachylenie, spore oblodzenie i sytuacje zachwiania na występach skalnych, poślizgnięcia na płytach skalnych. Osunięcia na rumowiskach tak sypkich, że nie dało się ustać, też na śniegu, lodzie, a wkoło setki metrów przepaści. Fragmenty skał chwytane w ręce nieraz w nich pozostawały, erozja była mocno posunięta. Gdybyśmy nie mięli kilkunastu metrów liny, sprezentowanej w dolinie od Rosjan, przez kilka miejsc dziewczyn bym nie przeprowadził, ponadto dodawała ona trochę komfortu psychicznego.

Ostatnie dwieście metrów wspinaczki było wymagające i gdyby nie lina poręczowa, mogłoby nam się nie udać wejść na szczyt, a w każdym razie ryzyko byłoby graniczące z szaleństwem.  Lina była w stanie budzącym duże wątpliwości. Dosyć stara, cienka, a nade wszystko w wielu miejscach poprzecierana o skały, bądź włókna były tak rozciągnięte, że zwiastowały rychłe przerwanie. Pewności co do stanu montażu lin też nie można było mieć. Decyzja o powierzeniu siebie linie byłaby głupotą, jej zerwanie przy oparciu na niej całego ciężaru, to rychła śmierć. Trzeba było szukać też innych miejsc, gdzie można było oprzeć nogę, rękę, jednak bez tej liny byłoby znacznie trudniej niż z nią, zwłaszcza że wszystko było oblodzone. Udało się jednak pokonać najtrudniejsze fragmenty, a ostatnie kilkadziesiąt metrów to skały i ogromne głazy, dosyć stabilne, łatwe do pokonania, choć wymagające pewnej zwinności.

Dotarliśmy na szczyt najwyższej góry Sajanów, na granicy rosyjsko-mongolskiej. Dla tych widoków warto było ryzykować. Niepokoiły tylko szybko zbierające się kłębiaste chmury tuż nad głowami. One niczego dobrego nie zwiastowały. Wejście od strony mongolskiej na Munkusia, jak pieszczotliwie nazwaliśmy Munku Sardyk, jest łatwe, od strony rosyjskiej o charakterze alpinistycznym – przynajmniej fragmentami, ale cały przekrój trasy jest dużo trudniejszy. Na szczycie jest metalowy krzyż, trochę metalowych tabliczek i inne drobiazgi, ponieważ to święta góra Buriatów. Od strony rosyjskiej jest przepiękny widok na potężny fragment Sajanów, które miejscami mają charakter alpejski, miejscami charakter płaskowyżu, widać głębokie doliny, małe lodowce, a w dole oko jeziora Egoj. Od strony mongolskiej pejzaż jest łagodniejszy, a przy dobrej pogodzie widać ogromne jezioro Chubsuguł.

Pogoda w Sajanach zmienia się szybciej niż powszechna opinia, że pogoda w górach zmienia się szybko. Błyskawicznie pojawiły się kłębiaste chmury, w ciągu dziesięciu minut rozpętała się burza śnieżna. Widoczność spadła prawie do zera.

Trzeba było uciekać, bo po pierwsze nie mieliśmy sprzętu na wspinaczkę w stricte warunkach zimowych(letnią zresztą też), a po drugie było pewne, że lada chwila w najwyższy szczyt, z metalowymi elementami, zaczną uderzać pioruny. Widoczność bardzo ograniczona, opad intensywny, w chwilę pod nogami było biało. Huk burzy budził respekt. Pioruny rzeczywiście jeden po drugim „atakowały” wierzchołek. Następnie schodziły ramionami, w tym przez nas. Co jakiś czas uderzał w nas prąd. Na szczęście trwałej krzywdy nam nie zrobił, ale włosy stawały dęba, a ruch rękami powodował dźwięki, jakie słyszy się przy liniach średniego i wysokiego napięcia. Ucieczka ze szczytu była trochę szaleńcza, jednak najtrudniejsze miejsca przechodziliśmy przy użyciu liny.

Mokrzy, brudni, ze zdartymi dłońmi od skał, doszliśmy do podnóża lodowca, skąd do jeziora było już blisko. Pogoda gwałtownie się poprawiła, niebo znów świeciło błękitem. Doszliśmy do namiotów, a to nie był koniec wędrówki na ten dzień. Czas naglił, nastąpiło więc żmudne pakowanie i ruszyliśmy w dół. Szliśmy bardzo szybko, bo zbliżała się noc. Udało nam się zejść do pierwszych drzew, na ok. 2100m n.p.m. Rozbiliśmy się na krzakach z czołówkami na głowach przed północą, a wcześniej nie zabrakło przeprawy przez sporą w tym miejscu rzekę. O poranku kontynuowaliśmy zejście kanionem Białego Irkutu, dziesięć razy przeprawiając się przez rzekę. Bywało niebezpiecznie.

W nocy tego samego dnia dotarliśmy, choć nie bez trudu, w okolice miejscowości Żemczug w Dolinie Tunkińskiej u podnóża Sajanów Wschodnich. Po to, by następnego dnia spędzić kilka godzin w termalnym błotnistym kąpielisku obok rzeki Irkut, zaprzyjaźniając się z krowami. Zajadając bliny, arbuzy i pozy (pierogi z  mielonym mięsem przyrządzane na parze, w Mongolii nazywają się buzy). Nie zabrakło błota, krowich placków, eleganckich samochodów i Rosjanek ubranych w najmodniejsze stroje bikini.

Wieczorem byliśmy już jednak w Sludiance, a rano jechaliśmy w kierunku Ułan Ude, stolicy Buriacji. Po zobaczeniu największego pomnika Lenina i zjedzeniu paru szoarm(czyli kebabów)) oraz morożenoje, następny przystanek był w Nauszkach na granicy rosyjsko-mongolskiej. Po nocy na dworcu, jednej z kilku podczas wyjazdu, udało się wjechać do Mongolii, gdzie po niemalże bitwie z Mongołami - w przeciwieństwie do Bitwy pod Legnicą w 1241 roku - wygranej - udało się kupić bilety z Suche Bator do Ułan Bator, jadąc koleją Transmongolską. Podróżowaliśmy na całej trasie tylko wagonami plackartnymi (bezprzedziałowe sypialne) i obszczij (miejsca siedzące) nie licząc elektriczek (miejsca siedzące) – bo tak jest najfajniej.

W Ułan Bator zamieszkaliśmy blisko buddyjskiego klasztoru Gandan. Zajęliśmy się załatwianiem uaz-a z kierowcą, a jako że mieliśmy ambitny plan, nikt nie chciał z nami pojechać. Lecz w końcu się udało. Już pierwszego dnia zrozumieliśmy, dlaczego nasz organizator transportu pytał nas, czy zgadzamy się, by kierowca jechał skrótami. Kolejny raz wrócił temat – dlaczego my –  głupcy – nie spisaliśmy przed wyjazdem testamentów. Jazda w uaz-ie, w wersji bus, po stepach, z prędkością okresowo 110km/h to jedyne doznanie w swoim rodzaju, trzeba było bardzo się starać by nie stracić zębów – a pasy – co to w ogóle jest? Nasz kierowca Baska każdego dnia nam udowadniał, że nie ma dla niego rzeczy niemożliwych i tam gdzie nikt nie przejedzie on da radę. Kaniony, góry, błota, rzeki, pustynia – wszystko da się przejechać – nieważne że wszyscy inni pokonują dany odcinek pieszo – on nas zawiezie, nie pozwoli nam użyć nóg, a to że kilka razy po drodze prawie się zabijemy - drobny szczegół. Godne najwyższego podziwu było również to, gdy na stepach i terenach pustynnych we wszystkich kierunkach przecinały się nikłe polne drogi, a on wiedział i w dzień i w nocy którą trzeba pojechać.

Podczas przejażdżki po Mongolii nie zabrakło pustyni Gobi (w dzień temperatury przekraczały +50°C, w nocy spadały do +30°C), Ałtaju Gobijskiego z małym lodowcem w dolinie Jolyn Am i kanionami. Potężnych wydm Chongoryn, jaj i kości dinozaurów, kanionów z czerwonego piaskowca w Bajandzag koło Bulgan. Nocy na pustyni pod gołym niebem w towarzystwie jak się okazało skorpionów i pośród karłowatych drzew saksaułów. Odwiedzaliśmy różne miejscowości jak Dalandzadgad czy Tsetserleg. Byliśmy w klasztorze Erdeni Dzu w Charchorin, śpiąc pod samymi murami. W klasztorze Ongiin Khid na pustyni Gobi, w położonym na skałach klasztorze Tuvken.

Odwiedziliśmy wulkaniczne jezioro Terkhiin Tsagaan (lustro wody na 2060m) i czwartorzędowy, ale już wygasły wulkan Khorgo (Chorgo, ok. 2400m) z polami lawowymi. Nie powstrzymałem się od zejścia na dno krateru, kilkaset metrów w dół. Spadanie na powierzchni niewielkiej lawiny z pumeksu i ostrej lawy to bardzo ekscytujące przeżycie.

W górach Changajskich spaliśmy w jurcie (inaczej ger) u rodziny kierowcy, cała wioska przygotowała dla nas sporo atrakcji. Oprócz spożywania licznych smakołyków, które wszyscy poza mną przypłacili zatruciem, robiliśmy wiele świetnych rzeczy. Jak przejażdżki na zwierzętach. Konie końmi, ale mnie najlepiej jeździło się na jaku. Chodziliśmy w tradycyjnych strojach del i uczyliśmy się miejscowych pieśni. Braliśmy udział w zapasach – narodowym sporcie, bez szans na sukces. Nawet małe dzieci znają techniki, by przewrócić dorosłego. Podobnie było w zawodach w strzelaniu z procy. Graliśmy w kości, chyba z wielbłąda. Są cztery kości, regulamin gry. Też nie mieliśmy szans. Zaganialiśmy na koniach jaki do wioski. Imponujące jak tam wszyscy celnie strzelają i jak jeżdżą na koniach, od najmłodszych lat.

Podczas wyprawy między innymi piliśmy wielokrotnie kumys(ajrak) – ohydztwo, którego z gościnności nie można było odmówić – gorsza jest tylko chińska ryżowa wódka i rosyjski napój gazowany o nazwie selenga. Piliśmy mongolską wódkę archi robioną z destylowanego kumysu, jedliśmy pyszne buzy(buudze) i chuuszury - rodzaj pierogów i placków z mięsem. Piliśmy herbatę z mlekiem jaka, jedliśmy placki z masłem jaka, ciastka maślane, ser arul świeży i wysuszony, pewnie z mleka jaka, i cukierki zrobione z arulu (ser ten leczy i chroni zęby). Jedliśmy burunduka - odmianę wiewiórki – więcej kości niż mięsa niezbyt smacznego, jak i zupę nie wiadomo z czego, ale tak tłustą, że zjedzenie stanowiło wyczyn. Wszystko było przygotowywane w jurcie, na piecu umiejscowionym centralnie, który służy także jako ogrzewanie.

Po powrocie do Ułan Bator ruszyliśmy ku Chinom. Grzechem było nie odwiedzić Pekinu, położonego o rzut kamieniem. Problem z biletami zmusił nas do fortelu – kupienia biletów na najbliższej stacji za Ułan Bator(na każdą stację przypada jakaś pula biletów). Nauczeni doświadczeniem zabarykadowaliśmy się przy kasie, by kupić jako pierwsi, i mimo nacisku Mongołów, dopięliśmy swego. A potem dwudziestogodzinna jazda podczas burzy piaskowej(piasek był wszędzie), w pociągu przeludnionym o tysiąc procent. Przekraczanie granicy też dostarczyło emocji. 14 osób ściśniętych w uaz-ie i wielki korek

Znaleźliśmy się w Chinach, w Erlian, witała nas sztuczna tęcza przed terminalem granicznym i bardzo zadbane miasto, choć i graniczne po mongolskiej stronie - Zamyn Uud, prezentowało się całkiem nieźle jak na umiejscowienie na pustyni Gobi.

W granicznym Erlian zaatakowali nas kierowcy autobusów, każdy chciał sobie nas wydrzeć dla siebie. Po targowaniu – w Mongolii norma, w Chinach obowiązek – wsiedliśmy do niezłego autobusu z łóżkami leżącymi i wygodnie przez noc dotarliśmy do Pekinu. Gorąco, duszno, wilgotność do 100% (i tak przez cały pobyt), stojąc, siedząc, pot ściekał po nas ciurkiem. Na Chińczykach nie robiło to większego wrażenia, dla nas to był kolejny ostry klimat po wysokogórskim i zimowym w Sajanach, poprzez pustynny i upalny ale suchy na pustyni Gobi.

W Pekinie nie zabrakło odwiedzin placu Tiananmen(Bramy Niebiańskiego Spokoju), Zakazanego Miasta, Pałacu Letniego, Pałacu Niebios. Wędrówek dziennych i nocnych po starodawnych tradycyjnych dzielnicach – hutongach, w praktyce dla biednych współczesnych mieszkańców. Ilość ludzi w Pekinie robiła wrażenie, jak i rozwój technologiczny. Imponujące konstrukcje, tunele, mosty, autostrady. Szybkie pociągi, drapacze chmur, zaawansowane systemy metra, a to wszystko okraszone wbrew stereotypom dużą wolnością ludzi.

Wpadliśmy z wizytą do Qinhuangdao nad Morzem Żółtym (Zatoka Liaotuńska), zwiedziliśmy pobliskie zabytki, m.in. Mur Chiński w Shanhaiguan. Także w Badaling, niedaleko Pekinu. Mur Chiński to stanowczo przereklamowana atrakcja.  

Nadszedł w końcu czas powolnego powrotu. Do Manzhouli na pograniczu z Mongolią i Rosją, czekało nas 30 godzin jazdy na siedząco w pociągu. To i tak nieźle, bo w Mongolii bywało na stojąco. Chińskie pociągi oferują spektrum wrażeń. Jedne są bardzo szybkie, klimatyzowane, eleganckie, płynące a nie jeżdżące po torach. Są też gorsze, wolniejsze i przeludnione. Najdłuższą trasę przyszło nam spędzić w tych drugich. Mieliśmy na szczęście wykupione miejsca, ale wkoło stało pełno ludzi. Przysiadali na chwilę, gdy ktoś wstawał do toalety. Pociąg jechał przez Harbin, niecałe 200km od granicy z Koreą Północną i 500km od Władywostoku. Jechaliśmy tzw. koleją Transmandżurską.

Manzhouli to takie chińskie Las Vegas na prowincji, duże miasto na stepie, w dzikiej bezdrzewnej okolicy. Wieżowce, kolorowe i oświetlone miasto, eleganckie hotele, dużo budynków w budowie, w tym wysokościowców. Kwitnące przygraniczne miasto, gdzie pełno Rosjan na zakupach i w imprezowym nastroju.

W końcu siedzieliśmy w autobusie do Zabajkalska, skąd po przekroczeniu granicy prywatnym autem osobowym o funkcji taksówki, w sześć osób całą noc jechaliśmy do Czyty. Przywitała nas syberyjskim chłodem, czasem plus osiem godzin w stosunku do Polski, ale cała kolej rosyjska jeździ według czasu moskiewskiego. Z Czyty przez Irkuck i Moskwę w kilka dni dotarliśmy do Brześcia, a następnie do Terespola. Skąd trzeba było jeszcze kilkuset kilometrów i około dziesięciu godzin, by znaleźć się w domu, po jakże udanej wyprawie. Podróż powrotna trwała 11 dni, pokonaliśmy ponad 10 tysięcy kilometrów. Łącznie podczas całego 50-dniowego wyjazdu, dwa tygodnie spędziliśmy w pociągach, lądem przejechaliśmy ponad 26 000km.                                                                                             

(skrócona wersja artykułu z 2006roku)

W galerii niewielka porcja przykładowych zdjęć z wyprawy: 

Opublikowano w Przewodniki Turystyczne
Spojrzałem na mapę w poszukiwaniu zakątka ciekawego, ale jeszcze stosunkowo dzikiego, mając świadomość że jest kwestią niedługiego czasu, kiedy dzikich zakątków praktycznie już nie będzie. Nawet tereny polarne przeżywają okres wzmożonej eksploracji, a za tym zawsze idzie utrata przynajmniej części walorów pierwotnych takiego miejsca.

Mój wybór padł na góry Ural i tereny za kołem podbiegunowym północnym. Pierwszym punktem było miasto Salechard, stolica Jamalsko-Nienieckiego Okręgu Autonomicznego, którego obszar to niemal dziesięciokrotność obszaru Republiki Czeskiej(trzy i pół Polski). Liczy zaledwie 40tys. mieszk., ale obok Moskwy i Petersburga uchodzi za najbogatsze i najdroższe miasto Rosji. Położone jest za rzeką Ob, już w Azji, wkoło otoczone przez jej rozlewiska i zabagnioną tundrę(która przez 10 miesięcy w roku jest zamarznięta). Mimo to, miasto robi wrażenie – lśni nowością, zbudowane jest z najdroższych materiałów budowlanych, zadbane, nawet udało się wprowadzić krzaki brzozy o wysokości około 2-3 metrów. Jeżdżą najnowsze i najdroższe samochody, które pewnie nigdy nie wyjechały poza rogatki, bo nie ma tam dróg, tylko bezkresne bagno, pod którym wieczna marzłoć (na ogół zaczyna się od kilkudziesięciu centymetrów do metra pod ziemią). By tam dojechać potrzeba około czterech dni, pokonuje się ponad 4tys. km i kilka stref czasowych. Taki sam czas jest np. w Pakistanie.

Salechard swoje bogactwo zawdzięcza przede wszystkim złożom gazu i ropy, to w J.-N. Okręgu znajduje się półwysep Jamał, skąd dociera gaz do Polski. Salechard słynie też z tego, że znajduje się dokładnie na kole podbiegunowym północnym(równoleżnik +66°33’), tak samo jak Fort Yukon na Alasce i Rovaniemi w Finlandii. Z tymże, jest najrzadziej odwiedzany(prawie wcale) z tych trzech miast ze względu na trudny dojazd, chociaż poprawia tą kwestię nowoczesne lotnisko. By dostać się do Salechardu drogą naziemną trzeba pokonać m.in. bardzo rozległe obszary tajgi, lasotundry, tundry, góry Uralu Polarnego wyrastające osobnymi masywami. Oraz rzekę Ob w Labytnangi, blisko ujścia do Morza Karskiego, mającą szerokość w tamtym miejscu około 2,5km(a długość jej przekracza 4tys.km). Na końcu jeszcze posterunek miejscowych służb, uważnie pilnujących, by nikt niepożądany nie dostał się na teren Okręgu.

Kolejnym punktem wyprawy była Workuta, położona w europejskiej części Rosji. Leży w pobliżu 67 równoleżnika, 160km na północ od koła podbiegunowego północnego, Liczy ok. 70tys. mieszk. (na początku XXI wieku jeszcze wyraźnie ponad 100 tysięcy), wydobywa się tam m.in. węgiel kamienny. Miasto robi bardzo przygnębiające wrażenie. Wkoło bagnista tundra, płaty śniegu, mimo drugiej połowy lipca, temperatura tylko kilka stopni powyżej zera, pociąg z bezkresnej tundry wjeżdża nagle w blokowisko. Domy na palach, bo tundra zabiera i niszczy każdy kawałek ziemi o którym człowiek zapomni. Nawet dwumetrowy odcinek między chodnikiem a drogą jest zawładnięty przez bagno. Drzew oczywiście nie ma, nawet za wielu większych krzaków brzozy. Domy odrapane, wiele opuszczonych, rozbiera je trudny klimat. Tam tak samo jak w wielu miejscach Rosji, na głównym placu króluje zadbany pomnik Lenina. Workuta to miasto senne i ponure, jakby zapomniane przez wszystkich, leży w autonomicznej republice Komi, znacznie większej niż obszar Polski, tak samo jak najwyższa góra Uralu, znajdująca się w paśmie Subpolarnym.

W lecie trudno dostać się w Ural Subpolarny, przez tundrę i tajgę przejść się w zasadzie nie da, gdyż podmokłość terenu, stopień zarośnięcia, ogromna ilość owadów, powodują że dziennie w takim terenie można przejść od 1 do kilku kilometrów i nie ma suchego miejsca by się położyć. A z Inty w pobliże najwyższej góry Uralu- Narodnej(Narodnaja, 1895m n.p.m.) jest około 150km. Technicznie nie da się nawet zabrać jedzenia na tak długi czas, a po drodze jest też do pokonania duża górska rzeka- Kożim, wymagająca na ogół przepłynięcia.

Drugim sposobem jest wynajęcie helikoptera, ale to bardzo kosztowne. Wreszcie trzecim sposobem, stosowanym praktycznie zawsze, jest przejazd specjalnym samochodem (np. typu ural, czy gąsienicowym) do kopalni kwarcu Żelannaja w pobliżu Narodnej (dwa-trzy dni marszu od niej), biegnie tam jedyna utwardzona droga. Przejazd z Inty pod kopalnię trwa nie krócej niż 6 godzin, na trasie jest spora rzeka, droga miejscami to głębokie błoto, bardzo nierówna, chociaż tak jak o linie kolejowe w tym rejonie, dba się o tą drogę, by istniała, a wymaga to ciągłej pracy. Trudny teren powoduje, że nie ma żadnych osad ludzkich. Transport w góry jest dosyć trudny, a bywa że i kosztowny, setki dolarów za kurs samochodu w jedną stronę(trzeba się targować).

Teren Uralu Subpolarnego zawarty jest w Parku Narodowym Yugyd-va, utworzonym w 1994r., wpisany jest na listę UNESCO, liczy 1,9mln ha. Znajduje się tam około 40 małych lodowców i setki płatów wiecznego śniegu, setki rzek i potoków, także 800 górskich jezior. Góry te są pełne endemicznych roślin, rzadkich zwierząt, ale najbardziej charakterystyczna i egzotyczna w stosunku do Polski jest obecność renifera, który jest hodowany na obszarach polarnych przez ludy koczownicze: Komi, Nieńców, Chantów- ubierają się i mieszkają w podobnej zabudowie jak Indianie z kontynentów amerykańskich(oczywiście pisząc w dużym uproszczeniu). Góry te słyną też z rzek zasobnych w ryby i dziesiątek odmian minerałów, kryształy kwarcu nierzadko osiągają wagę kilku ton. Ural to góry z pogranicza Azji i Europy, umowna granica biegnie u wschodniego podnóża gór.

Rejon Narodnej jest odwiedzany coraz liczniej, ale wystarczy wejść w boczną dolinę, a nie spotka się innego człowieka, wkoło tylko góry, śnieg, rzeki, jeziora, ogromne rumowiska skalne, bagna, tundra, torfowiska, czasami trudne do przebrnięcia krzaki i tajga. Wszystko ogromne, przestrzenie są niesamowite. W razie wypadku na pomoc nie ma co liczyć, bo dotarcie do źródła pomocy zajmuje wiele dni. Na przykład Kaukaz w porównaniu z Uralem, to główna ulica stolicy dużego europejskiego kraju, aczkolwiek Kaukaz i tak jest nieporównywalnie dzikszy od Tatr czy Alp.  

Góry Uralu mają bardzo zróżnicowany charakter, płaskie potężne grzbiety górskie, w formie rumowisk skalnych, ale także nie brakuje gór o charakterze alpejskim, skalistych, z licznymi kotłami, w których nierzadko małe lodowce. Jest jednak jeden duży minus, świat ten ogląda się zza moskitiery, ilość komarów i muszek, jest ogromna, człowiek jest nimi oblepiony.

Krótki okres wegetacji powoduje, że życie przez dwa miesiące w roku jest tam bardzo intensywne. Mrozy zimą wynoszą często 40 — 50 stopni Celsjusza. Owady bardzo dokuczają, gryzą nawet przez gruby materiał, a chemia działa na nie krótko. Stąd nawet mimo grzejącego potężnie słońca, trzeba być potężnie ubranym, zakryć jak najwięcej ciała, a nad głową i tak bzyczą co najmniej setki komarów, szukając okazji do wbicia się w ciało. Skutecznie je znajdują. Dużym problemem jest spożywanie posiłków czy załatwianie potrzeb fizjologicznych w ich gromadnym towarzystwie.

Na Uralu pogoda zmienia się znacznie gwałtowniej niż u nas w Tatrach. Prawie bezchmurne niebo jest wstanie zakryć się w ciągu godziny chmurami, z których sypnie śniegiem. Śpiąc na wysokości 300-400m n.p.m. zanotowałem kilka razy spore przymrozki. Poprzedniego dnia słońce spaliło mi twarz, a w nocy zamarzła woda w butelce. Noce - nie ma ich, o tej porze roku panuje tam dzień polarny. Ciekawym doświadczeniem było żyć prawie trzy tygodnie bez nocy i do tego zmieniać strefy czasowe. Nawet gdy w porze nocnej niebo jest całe zachmurzone, pada deszcz/śnieg, to jest tylko szaro. Po Uralu śmiało można wędrować przez całą dobę. Gdy noc jest mroźna, można odpocząć od komarów. Dzień polarny zaczyna się już dobę jazdy pociągiem od Moskwy na północ. Na Uralu słońce mocno świeciło o trzeciej nad ranem, bardziej na północ jeszcze wcześniej i było przez całą dobę jeszcze jaśniej. Nawet w Sankt Petersburgu czuje się bliskość obszarów polarnych, bo robi się tam ciemno (ale nie bardzo ciemno) około północy.

Ural jest przepiękny, jeszcze dziki, ale nie wolno zapomnieć o odpowiednim ekwipunku i ilości jedzenia, nietrudno się tam zgubić. Całe Tatry mieszczą się bez przeszkód w jednej dolinie. Wszystko trzeba liczyć w dniach, a szczyt odległy jakby się zdawało o kilka godzin, okazuje się, że jest dwa dni drogi od nas, gdyż nie ma tam żadnych szlaków, a teren jest bardzo trudny i zdradliwy. Wędrówka po ciężkim rumowisku, bagnach, przez krzaki, tundrę, w niższych partiach przez tajgę, po śniegu. Często trzeba omijać bardzo strome kotły polodowcowe, które np. nagle się pojawiają na płaszczyźnie szczytowej, bywa ich cała seria. W słońcu jest ciepło, ale gdy go nie ma temperatura niewiele przekracza 0 stopni Celsjusza. Załamania pogody bywają gwałtowne i długotrwałe.

Mój atak szczytowy na Narodną od podnóża, trwał aż kilka dni, z powodu mrozu sięgającego –10 stopni, porywistego wiatru, który prawie zniszczył namiot i obfitych opadów śniegu. Wędrówka w chmurach, które są tam często bardzo nisko, we mgle, po zaśnieżonym i oblodzonym bardzo trudnym technicznie rumowisku skalnym -  męczące i trudne zajęcie. Bardzo łatwo się połamać. A wiatr potęguje uczucie zimna, organizm szybko traci ciepło, niektóre płaty śniegu i lodowce są na tyle strome, że trzeba dużego wysiłku, by przez nie przejść bez żadnej asekuracji. Ale dla Uralu warto – są to niesamowite góry. One, wraz z wszystkimi kolorami wiecznie jasnego nieba, ich potęga, dzikość - wprawiły mnie w niebywałe szczęście.

Po tych pięknych przeżyciach trzeba jeszcze wyjść z gór. Dojście do wspomnianej kopalni kwarcu to jeden dzień(doba)-trzy dni z okolic Narodnej. Potem musiałem czekać 5 dni na jakikolwiek transport, by dotrzeć do Inty – trzeba być na to przygotowanym, tam człowiek może liczyć tylko na siebie. Można mieć szczęście i czekać kilka godzin, a można czekać i tydzień. Przez 5 dni nie było żadnego środka transportu, a wędrówka przez Ural to wielodniowy marsz(a plecak pełny minerałów waży). Transport też nie był bezpieczny, bo na podskakującej, ubłoconej, potężnej ciężarówce przewożącej kwarc.

Rosja to specyficzny kraj, ale ludzie są bardzo życzliwi, bezinteresownie potrafią wykazać dużą pomoc. Mówi się o gościnności Polaków, ale nie ma nawet porównania co do gościnności Rosjan z rejonów oddalonych od Moskwy. Rosja to też wieczna walka o bilety kolejowe, o co nie jest wcale tak łatwe. Liczne kontrole licznych służb policyjnych, na ogół miłe, ale trzeba wiedzieć co powiedzieć, co pokazać, a czego nie. Rosja to także sytuacje, gdy ludzie chcą szybko zarobić, dotyczy to zwłaszcza kwestii transportu i wymiany walut.

Podczas tej podróży spotykałem się na każdym kroku z ogromnym zdziwieniem, po co tam przyjechałem, mogąc równie dobrze pojechać do Hiszpanii czy Włoch. Wielu Rosjan nie rozumiało po co pcham się do Salechardu, Workuty, w góry, było to dla nich nielogiczne. Pchać się tam gdzie zimno, pusto, komary, pełno wody, dziko, w miastach ponuro. Wreszcie jechać tyle dni – to rzecz niepojęta, ale jednocześnie byli pełni podziwu, że chciało mi się tam dotrzeć, że zwiedzam Rosję, podoba mi się ich kraj. Bardzo ich ciekawiło co w Polsce, w Europie, kwestie finansowe. Okolice Workuty to jeszcze Europa, ale wielu jej mieszkańców przez całe życie z niej się nie ruszyło, nie wiedzą co się dzieje w Moskwie, a co dopiero gdzieś indziej.

Wyjazd nie ograniczał się tylko do zwiedzania dzikich zakątków, bo przy okazji można zawsze zobaczyć coś więcej, nawet zbaczając z głównej trasy ten tysiąc kilometrów. Dlatego kolejny raz odwiedziłem Moskwę i Mińsk, miałem okazję zwiedzić Sankt Petersburg i słynny pałac w miasteczku Carskie Sioło (Puszkin). Także największe europejskie jezioro - Ładoga i Wilno.

Po powrocie do domu, niemal tak samo egzotyczna jak wyjazd okazała się możliwość wykąpania się, ciepła woda, łóżko, domowe jedzenie, wreszcie obecność nocy już o 21:00.

Warto podróżować na rosyjską północ i wschód, póki ludzi nie za dużo, a przyroda w dobrej kondycji – to nie będzie trwało wiecznie.

Poniżej trochę skanów  zdjęć z podróży (2003r.).

Opublikowano w Przewodniki Turystyczne
Strona 1 z 9

nationalgeographic box

red bull 225x150

TOKFM box

iexpert 225X150px

stopka plecak

LogoStopka

stopka plecak

Strona używa informacji zapisanych za pomocą… plików cookies w celu dostosowania do indywidualnych potrzeb użytkowników. Jeżeli tego nie akceptujesz zmień ustawienia przeglądarki dotyczą…ce cookies. Więcej informacji można znaleźć‡ w naszej Polityce prywatności.