a2b2

instargam res

red bull box 225x150

pzu bezpieczny 225x140

spokey.jpg 225PX

LOGO

Podziel się

FacebookMySpaceTwitterGoogle BookmarksLinkedinRSS Feed

O wulkanach i nie tylko w mediach.

Tak się złożyło, że ledwo wróciłem z wulkanów, zaczęły wybuchać na większą skalę, w tym jeden z przeze mnie dopiero co odwiedzonych – gwatemalski Fuego. Dlatego gościłem w Wiadomościach TVP1 i TVP.INFO oraz w Wydarzeniach POLSATU. Były też materiały dla TVN24 i TVN24 Biznes i Świat. Mimo że wulkany są fascynujące na co dzień, media interesują się nimi zwykle gdy dzieje się coś groźnego. Ponadto, o wulkanach przygotowałem materiał dla TVP Katowice, a Magazyn NPM – Nad Poziom Morza zrobił ze mną duży wywiad o niebezpiecznej pasji zdobywania wulkanów (czerwcowe wydanie). Nie zabrakło radiowych opowieści na antenie TRÓJKI POLSKIEGO RADIA, o Kostaryce i Kazbeku.

Wszechstronność podróżnicza, działalność w branży turystycznej i prawniczej, skutkowały że oprócz wulkanów, część moich rozmów dotyczyła gór wysokich, pozyskiwania energii z zasobów naturalnych czy zmian przepisów prawnych w przedmiocie turystyki.

Z innych medialnych ciekawostek wspomnę artykuł o Projekcie 100 Wulkanów dla TTG Wiadomości Gospodarcze - Magazyn Samorządu Gospodarczego wydawanego przez Warszawską Izbę Gospodarczą.

Geologią i kolekcjonowaniem minerałów interesuję się od lat najmłodszych, w związku z tym dla Expressu Ilustrowanego – Gazety Targowej napisałem artykuł o skamieniałym lesie Gingko – na potrzeby 52. Wystawy i Giełdy Minerałów i Wyrobów Jubilerskich w Łodzi, która odbyła się w Hali Expo.

Niektóre materiały filmowe z ostatniej wyprawy trafiły ponadto do jednej z telewizyjnych firm producenckich w Wielkiej Brytanii.

Prelekcja podróżnicza w Gliwicach

Między wyjazdami odwiedziłem Miejską Bibliotekę w Gliwicach opowiadając o 13 latach PROJEKTU 100 WULKANÓW, w tym o niewiele wcześniej zakończonej wyprawie na wulkany Ameryki Centralnej. Będąc na południu Polski, przy okazji odwiedziłem bliskie mi Podbeskidzie.

Warszawski Spacer.

Gdy mam wolną chwilę eksploruję Warszawę, różne jej zakamarki. Tym razem padło na Port Czerniakowski, Wisłę pomiędzy Grubą Kaśką a Mostem Łazienkowskim. Jak również na tereny zielone na Solcu i Muzeum Narodowe przy Alejach Jerozolimskich.

Na zdjęciach: na początku te związane z mediami i z prelekcją w Gliwicach. Później rzeka Soła na Podbeskidziu z ogniskiem i pysznymi ciastami (brownie, jogurtowe, tiramisu, beza z bitą śmietaną i truskawką). W końcu Warszawa z Portem Czerniakowskim, Wisłą, Grubą Kaśką (ujęcie wody) i Muzeum Wojska Polskiego. Na końcu Plac Trzech Krzyży, Sejm i „Okrąglak” w budowie.

Opublikowano w Blog

5-ta Aleja (Fifth Avenue, 5th Ave)
Piąta Aleja być może jest najbardziej znaną ulicą świata, a z pewnością Stanów Zjednoczonych. Jedna z najważniejszych ulic handlowych świata, często na pierwszym miejscu pod względem cen wynajmu metra kwadratowego. Otoczona wysokościowcami bardzo podobna jest do sąsiednich.

Ciągnie się przez około 10 kilometrów od Parku Waszyngtona po Cieśninę Harlemską.

Times Square

Plac Times to taka brzydsza wersja londyńskiego Piccadilly Circus. Słynie z licznych reklam świetlnych oraz gigantycznej imprezy sylwestrowej. W okolicy mają swoje biura liczni przedstawiciele amerykańskiego świata mediów. Ów niezbyt duży plac położony w dzielnicy Midtown jest jednym z przykładów miejsca niezbyt urokliwego za to niesamowicie wypromowanego. Prawie każdy słyszał o Times Square.

Central Park

Wielki park miejski w Nowym Jorku (341 hektarów), powszechnie znany na całym świecie. Wzdłuż jednego boku ciągnie się 5ta Aleja. Na skraju są muzea, np. Museum Metropolitan of Art. Także zoo. Park stworzono na bagnach, dzisiaj jest mekką miłośników sportu i rekreacji. Alejki, skały, liczne drzewa, łąki, stawy. Jest co robić, a od strony Midtown ściana drapaczy chmur.

Nowojorskie metro

Metro w Nowym Jorku jest systemem rozbudowanym i starym (od 1904 roku). Trapią go typowe problemy w związku z tym. Ze względu na koszty prawie niemożliwe jest doprowadzenie torowisk, stacji, pociągów do standardów XXI wieku. Dlatego w wielu miejscach tego systemu nie jest przyjemnie. Zaniedbane i brudne stacje. Stare i podniszczone pociągi. Krzywe tory i wąskie perony. Właśnie dlatego w tylu amerykańskich filmach możemy zobaczyć nowojorskie metro nie jako symbol nowoczesności, tylko w roli postapokaliptycznej albo przynajmniej jako miejsce bliskie slumsom, miejsce dla przestępców i narkomanów. I coś w tym jest. Jamajscy grajkowie, rozdający jakieś ulotki, lądujące na podłodze. Bezdomni, pijani, nawołujący do wiary w Boga albo straszący końcem świata. Niezrównoważeni psychicznie – mówiący do siebie, dziwnie gestykulujący. Dużo czasu spędziłem w nowojorskim metrze i w dzień i w nocy, naoglądałem się różnych rzeczy.

Po przemieszczeniu się z metra w Waszyngtonie do metra w Nowym Jorku miałem uczucie jakbym się znalazł na innej planecie. Przeniósł z nowoczesnej stacji kosmicznej, do takiej zupełnie zapomnianej, która zaraz się rozsypie.

Linii jest tak dużo, że są problemy z ich policzeniem. Często pada liczba 36. Należy zdać sobie sprawę, że część z nich dawno temu wyłączono z ruchu i w użytku aktualnie jest 25 linii.

Oznakowanie jest na tyle problematyczne, że widziałem jak mieszańcy Nowego Jorku pojechali składem metra nie tam gdzie chcieli. Bo są pociągi lokalne (local train, powolne) i expresowe (express train). Te pierwsze zatrzymują się na wszystkich stacjach, te drugie na niektórych, czasami oddalonych od siebie o dziesięć kilometrów. Jest wiele doraźnych remontów i tymczasowych zamknięć stacji. Chociaż maszynista informuje, że na danej stacji pociąg się nie zatrzyma, często ze względu na hałas albo słabe nagłośnienie – nie słychać go.

Niektóre stacje są rozbudowane, mają po kilka peronów, zatrzymują się na nich składy różnych linii. A połapać się w nich nie tak łatwo, bo oznaczone są kolorami, literami, cyframi. System posiada prawie 500 stacji i prawie 400km długości, obecnie realizowane są około 2 miliardy przejazdów rocznie. Część tras przebiega po powierzchni. Metro działa całą dobę. Tak samo jak AirTrain JFK, który nie jest częścią systemu nowojorskiego metra. Ale ma za zadanie połączenie z nim lotniska JFK Kennedy`ego.

Informacje praktyczne. Liczba taryf i opcji w przedmiocie korzystania z nowojorskiego metra jest długa i skomplikowana. W zasadzie nie da się precyzyjnie napisać, że za jeden przejazd płaci się tyle i tyle. Są różne rodzaje kart, różne taryfy, do tego jeśli doładujemy kartę powyżej pewnej kwoty przejazdy mogą być tańsze. Można pracę doktorską napisać na ten temat. W dużym uproszczeniu jednorazowy przejazd metrem to 2,75-3usd, a w taryfie obniżonej (reduced fare) 1,35usd. Obniżona taryfa w niektórych przypadkach obejmuje przejazdy poza godzinami szczytu, a w niektórych – w godzinach szczytu. Oczywiście można kupić pakiety na ileś przejazdów, czy bilety tygodniowe albo miesięczne. Automat na stacji Sky Train na lotnisku JFK, za bilet w jedną stronę (sky train + metro) skasował 8,50usd, w tym była opłata za kartę plastikową wielokrotnego użytku (zdaje się że 1usd). Wszystkie dane pochodzą z wiosny 2018.

Na zdjęciach z końcówki marca: zdjęcia 1-4 to Piąta Aleja, 5-9 to Times Square. Na zdjęciach 10-16 Central Park, pozostałe to nowojorskie metro oraz tunel Queens-Midtown (ostatnie). Na jednym ze zdjęć metra widać dziewczyny z palmą podczas Niedzieli Palmowej.

Opublikowano w Blog
Wieczorem, w nocy, o poranku, obserwowałem erupcje Fuego ze skraju krateru Acatenango. Nadszedł czas na podejście bliżej tego pierwszego. Pogoda świetna, a poprzedni dzień tego nie zwiastował. Raczej obawiałem się gęstych chmur na wierzchołkach, które przyszły w końcu, ale w połowie dnia. Zejście do przełęczy pomiędzy wulkanami zajęło 45 minut, wysokość 3315m, a stratowałem z 3960m. Niezbyt gęsty las, skałki, żleby. Nie miałem większych trudności. Na przełęczy zauważyłem ścieżkę, która biegnie w moim kierunku. Dobrze, zaoszczędzę trochę czasu.

Tzw. punkt widokowy w masywie Fuego pojawił się podczas przeglądania map Google Earth. W interencie znalazłem też zdjęcia z tego miejsca. Tak się fajnie złożyło, że od strony Acatenango, ramię Fuego posiadało odchodzące od krateru spłaszczenia. Najniżej położone, największe z nich, oddzielone małą przełączką od wulkanu, "zagospodarowano" jako punkt widokowy. Nie chodzą tam turyści, bo niby nie wolno, niebezpiecznie. Ale miłośnicy adrenaliny pojawiają się tam. Z Acatenango przełęcz między wulkanami wydawała się bliżej. W praktyce spory odcinek do pokonania. Na punkcie widokowym GPS pokazywał 3595m, ale nie skalibrował się dobrze, bo trzymałem go w kieszeni. Później wysokość wzrosła do 3610m. Ale uciekając z tego rejonu zerknąłem na chwilę na ekran i wysokość tego miejsca była inna – 3630m z błędem do 5m.

Jestem do bólu pragmatyczny i twardo stąpam po ziemi. Może dlatego niektórzy nazywają mnie cyborgiem? Aczkolwiek słyszałem również o innych powodach. Zdarzają się jednak w moim życiu sytuacje, których do końca nie umiem wyjaśnić. Tyle razy cudem uniknąłem śmierci, że trudno nazwać to tylko szczęściem. Na Fuego też zdarzyło się coś, nie do końca dla mnie wytłumaczalnego. Choć przyjąłem wersję – że to tylko ciekawy zbieg okoliczności. Zawsze tak robię.

Fuego rano uspokoił się. Wcale mnie to nie cieszyło. Sympatycznie oglądało się erupcje. Ale z drugiej strony pojawiła się myśl, że może dzięki temu bliżej mnie dopuści do siebie. Znajdując się na przełęczy między nim a Acatenango doszło do dużej erupcji. Ucieszyłem się. Nie przyszło mi do głowy, że to być może wskazówka, ostrzeżenie. Gdy dotarłem na tzw. punkt widokowy było spokojnie. Pomyślałem, może wejdę na jeszcze jedno małe wybrzuszenie, całkiem blisko wierzchołka z kraterem. W sypkim rumoszu skalnym, po bokach widząc bomby wulkaniczne piąłem się do góry. Żadna czerwona lampka przed oczami się nie zapaliła - jak zwykle. Widziałem, że nad kraterem unoszą się i opadają do niego kawałki lawy. Kusiło podejść jeszcze wyżej. Szybkim marszem ruszyłem ostro do góry i w tym momencie doszło do potężnej erupcji. Nawet nie zdążyłem na nią dobrze spojrzeć, bo z mózgu dostałem krytyczny komunikat – uciekaj! Rzuciłem aparaty fotograficzne i jak wariat zacząłem biec w dół. Myślę, że w tamtej chwili nawet Usain Bolt mógł ze mną przegrać. Słyszałem jak kawałki lawy uderzają za mną o ziemię, po chwili niektóre zaczęły się turlać obok mnie. Sytuacja się uspokoiła, nic mi się nie stało. To było drugie, mocne ostrzeżenie. Jakby Fuego chciało mi powiedzieć, przesadziłeś. Nie pozwolę zrobić tobie ani kroku dalej. A jak spróbujesz jeszcze raz – zabiję. Chyba że była to śmiertelna zasadzka, z której się wyrwałem.

Gdyby nie pozostawione aparaty fotograficzne, z kartami pamięci, nie wiem czy bym znowu ruszył do góry? W moim przekonaniu nie miałem wyjścia. Musiałem to zrobić. Wróciłem po nie. Gdy wisiały na szyi, zszedłem kilka metrów zatrzymując się na malutkim wypłaszczeniu, ostatnim przed kraterem. Nie miałem wątpliwości, że próba pójścia wyżej to samobójstwo, a samobójcą nie jestem. Po prawdzie, miejsce w którym stałem nie było wiele bezpieczniejsze. Kask na głowie nie uratowałby mnie.

Nastąpiły dwie mniejsze erupcje w krótkim odstępie czasu. Widziałem jak rój lawy wylatuje z krateru, ale fragmenty najbliżej mniej spadały 10-15 metrów. A dzięki temu, że stałem na wypłaszczeniu turlały się na dół po obu jego stronach. Lecz przede wszystkim bardziej na północ, czyli po mojej prawej patrząc na wulkan.

Wybuch, który mnie zmusił do ucieczki, uświadomił, że bardziej niż na rejestracji erupcji muszę skupić się na własnym życiu. I nie spuszczać wierzchołka z oka, a zdjęcia jeśli już, robić trochę na oślep. Jakieś wyjdzie. Kolejny mocniejszy wybuch zastał mnie jednak nieprzygotowanego do ucieczki. Mogłem tylko odprowadzić wzrokiem, jak kilka kawałków lawy spadło 2-3 metry ode mnie. Wiedziałem w tamtej chwili, że muszę zabrać zabawki i się ewakuować. Bo czwartego ostrzeżenia nie będzie. I wtedy nastąpił ogromny grzmot. Przez ułamek sekundy widziałem ile kawałków lawy z wielką siłą wyleciało z krateru i jak duży słup popiołu i gazów rósł nad wulkanem. Takiej erupcji na Fuego wcześniej nie zaobserwowałem. Biegiem ruszyłem w dół. Kątem oka obserwowałem jak lawa uderza w miejsce, w którym chwilę wcześniej stałem, turla się obok mnie. Biegłem z całych sił.

Zatrzymałem się dopiero przed tzw. punktem widokowym. Gdy to uczyniłem, doszło do kolejnego dużego wybuchu. A jako, że wiatr w ostatnim kwadransie trochę się zmienił, część lawy znowu spadła na wypłaszczenie, na którym byłem przed chwilą. Nie miałem wątpliwości, trzeba opuścić partie szczytowe Fuego. Zresztą z dołu ku górze wędrowało dużo chmur. Znowu uratowało mnie kilka sekund i komunikat z mózgu, który kazał uciekać bez najmniejszej chwili zawahania.

Zaskoczyła mnie częstotliwość wybuchów i ich skala. Od wieczoru dnia poprzedniego nic takiego nie miało miejsca. Zanotowałem nawet godzinną przerwę między wybuchami. Chociaż ten punkt widokowy, gdy erupcje nie są duże, jest w miarę bezpieczny. I chciałem jeszcze na nim pozostać. Ale kolejna wiadomość z mojego centrum dowodzenia brzmiała, ani chwili dłużej, schodź na dół. Instynkt mnie jeszcze nigdy nie zawiódł, zawsze go słucham. Uratował mi nieraz życie. Bez wahania ruszyłem w dół. Fuego było już praktycznie w chmurach. Po dwóch minutach doszło do największej erupcji podczas mojego pobytu w rejonie wulkanu. Zabolały mnie uszy od huku, poczułem niewielką falę uderzeniową. Gorącą. Ziemia się zatrzęsła. I zdałem sobie sprawę, że kawałki lawy uderzyły w punkt widokowy. Przez chmury przedarła się ogromna czarna chmura. Zbocze też zadymione, pełne turlających się kawałków lawy. Przyśpieszyłem. Coś dziwnego się działo.

Gdy znowu znalazłem się na przełęczy między wulkanami, kolejny ogromny wybuch wstrząsnął okolicą, ale Fuego tonęło w chmurach. Słychać było jak duże kawałki lawy uderzają o ziemię, hałas turlania. Dziesięć minut później, gdy wspinałem się z powrotem na Acatenango miała jeszcze jedna bardzo mocna erupcja. A potem wulkan się uspokoił. Przez najbliższe dwie godziny miał miejsce tylko jeden grzmot, słabszy od wcześniejszych. Pewnie doszło również do jakichś małych erupcji w tym czasie, ale przez chmury nie było ich widać.

I jak po takiej przygodzie wyjaśnić to wszystko, poukładać sobie w głowie? Dlaczego Fuego stało się tak groźne, gdy do niego się zbliżyłem? Dlaczego uspokoiło się, gdy odszedłem? Akurat w tym momencie? Choć wszystko ma jakieś logiczne wytłumaczenie, to te pytania nadal siedzą w mojej głowie. Próbuję je przetrawić, znaleźć wyjaśnienie, uwierzyć w przypadek, ale całkowicie mi się to nie udaje. Nie pierwszy raz. Po kilkunastu latach wędrówek na wulkanach czuję z nimi bardzo bliską więź. Są jak moja rodzina. Czuję się wyjątkowo dobrze w ich towarzystwie. Zżyłem się z nimi. Mam poczucie, że znamy się nawzajem wyśmienicie. Nieraz wydawało mi się, że pozwalają mi na więcej, otwierają pewne drzwi do siebie, które zwykle są zamknięte. Ale gdy pojawiają się u mnie takie skojarzenia. Zaraz włącza się mój realizm, według którego nic nadprzyrodzonego nie istnieje. A ja jestem tylko bardziej zaawansowanym biologicznie tworem, który wskrzesiła natura, który natura też unicestwi – wcześniej lub później. I dalej nic absolutnie nie będzie. Świadomość istnienia skończy się wraz z moją śmiercią. Podoba mi się to rozwiązanie. Choć jeszcze bardziej spodobałaby mi się nieśmiertelność.

Po fragmencie bardziej opisowym, kilka danych i szczegółów technicznych. Ostatnie wypłaszczenie przed kraterem wg bardzo szybkiego pomiaru wynosiło 3678m n.p.m. z błędem do 14m, ale gdy GPS złapał więcej satelit zrobiło się 3693m z błędem do 4 metrów. Podobna sytuacja jak z punktem widokowym. Bardzo chciałem przekroczyć 3700m. I to się udało, mój podbieg, zakończony ucieczką, skończył się na 3705m n.p.m., w tym błąd pomiaru to 4-5m. Od najwyższego punkt krateru dzieliło mnie tylko 60 metrów różnicy poziomów, od najniższego jeszcze mniej. Stromy, krótki odcinek. Ale przy tej aktywności absolutnie nie do pokonania, bo nawet pomiędzy wybuchami z krateru wydobywały się kawałki lawy. Większość wpadała do środka, ale nie wszystkie. Gdybym zdecydował się iść dalej na pewno bym zginął. Po prawdzie, cudem nie zginąłem w miejscu do którego dotarłem.

O ile podejście z przełęczy na punkt widokowy powolnym tempem zajęło 40minut, o tyle zejście niecałe 30 minut. Natomiast powrotne wdrapanie się do krateru Acatenango 90minut. Wchodziłem inną trajektorią, nawet częściowo jakąś ścieżką. Podczas tego podejścia poczułem skalę wyeksploatowania organizmu na tej wyprawie. Szalone tempo, wielki wysiłek. Na wulkanach nie oszczędzałem się ani odrobinę, robiłem bardzo dobre czasy. W tym momencie to wszystko poczułem. I zdałem sobie sprawę, że kontuzje po wulkanie Poas nie zaleczyły się. Albo je odnowiłem uciekając z Fuego. Nie było kalkulacji zdrowotnych, tylko ile fabryka dała mocy, tak szybko zbiegałem w dół. Gdy emocje, adrenalina opadły, poczułem ból. Który towarzyszył mi przez prawie całą wyprawę. Na szczycie Acatenango nic nie było widać – chmury, wiatr, chłód. Zadanie wykonane, mogłem wracać do cywilizacji. I pomyśleć, że początkowo miałem udać się tutaj na komercyjną wycieczkę. Byłaby to największa głupota tej wyprawy. Na szczęście mój mózg jest mądrzejszy ode mnie i nie dopuścił do tego :).

Podczas mojego pobytu na wulkanach Acatenango i Fuego praktycznie cały czas byłem sam, a obawiałem się dużej ilości uczestników wycieczek turystycznych. Zimno i wiatr w partiach szczytowych skutecznie odstraszał. Gdy wędruję sobie przez pustkowia, gdzie jestem tylko ja i przyroda. Żadnej cywilizacji, żadnych strażników parkowych. Nie ma wtedy żadnych problemów. Wszystko jest proste. I tak lubię najbardziej.

Volcan de Fuego (Wulkan Ognia) – kilka informacji. Klasyczny stratowulkan. Podawana wysokość to 3763m, ale trzeba mieć świadomość, że erupcje mogły kilka metrów zabrać albo dołożyć. To bardzo aktywny wulkan, w ciągłej fazie erupcji. Lecz ostatnia duża erupcja (VEI 3) przed moim przyjazdem miała miejsce na początku maja 2017 roku. Występują na Fuego różne typy erupcji – strombolijskie, vulcanian (dominowały podczas mojego pobytu w masywie Fuego), pelean, piniańskie (więcej pisałem o nich dwa artykuły wcześniej: GWATEMALA – wulkan Pacaya 2580m – uwielbia pluć lawą).

Gdy poczytamy o początkach jego eksploracji pod koniec XIX wieku, zauważymy że niewiele się zmieniło od tamtego czasu. Trzeba było starać się o pozwolenie od gubernatora. Osobiście na takie bezsensowne elementy jak pozwolenie czasu nie miałem (i tak nikt by go nie dał). Przewodnicy nie chcieli iść, bo się bali, albo byli za słabo przygotowani na taką eskapadę. Dlatego nawet do głowy nie przyszło mi z jakiegoś skorzystać. Zresztą nawet jak to czynię, zawsze służą mi jako drogowskazy pozwalające zaoszczędzić czas i sposób obejścia kwestii formalnoprawnych. To jest ich jedyna rola. Gdy pierwsi eksploratorzy (Francuzi, Brytyjczycy) mieli szansę wejść na wierzchołek, najczęściej pokonywała ich pogoda (chmury) lub błędy lokalnej ludności zatrudnionej do pomocy. No i oczywiście erupcje wulkaniczne.

Fuego czasami bywa spokojny przez pewien czas. Wtedy można by zaryzykować wejście nawet na wierzchołek. Nie miałem takiej możliwości, erupcje były silne o dużej częstotliwości. I tak zaszalałem podchodząc bardzo blisko. Nie zmartwiła mnie zapora postawiona przez Fuego. Z najbliższej odległości mogłem obserwować erupcje, dosłownie je poczuć, kawałki lawy spadały obok mnie. Wspaniałe przeżycie. W zupełności mi wystarczyło, że Pacaya dopuściła mnie na sam wierzchołek i żadnej krzywdy nie wyrządziła. Tutaj delektowałem się wybuchami. Lecz nadal mam nadzieję, że będę mógł kiedyś zobaczyć erupcję o sile VEI 6 lub 7 (indeks eksplozywności wulkanicznej). To byłoby dopiero widowisko. Niszczycielska siła wulkanu na gigantyczną skalę. Niestety erupcja superwulkanu za mojego życia nie nastąpi.

Na zdjęciach (14-15marca): różne odsłony wulkanu Fuego, z pod krateru i z Acatenango, z przełęczy pomiędzy wulkanami. Jak się przyglądam niektórym z nich - dziwi mnie bardzo, że nie zginąłem. To już któraś taka przygoda.

Opublikowano w Blog
Motywacja, by wybrać się na ten wulkan była następująca. San Miguel (Chaparrastique) jest ogromnym stratowulkanem. Góruje nad okolicą, posiada imponujący krater, co widać na zdjęciach satelitarnych. Wybuchł całkiem niedawno przed moim przyjazdem, bo w 2016. I rzadko ktoś na niego wchodzi. Jest bardzo mało zdjęć z partii szczytowych w internecie. Aczkolwiek niektórzy mieszkańcy San Miguel chcą zrobić z niego atrakcję turystyczną, jak to uczyniono z wulkanem Santa Ana. Na drugim końcu tego niewielkiego kraju. Nic dobrego to nie wróży, bo każda ingerencja administracyjna w wulkan oznacza ograniczanie do niego dostępu. A tworzenie parków narodowych i rezerwatów jest tylko przykrywką do takich właśnie działań.

Chcąc zrobić dokumentację partii szczytowych i poziomu aktywności, wpierw jest zawsze ten sam problem. Jak się tam dostać? Czy są jakieś obostrzenia. Od razu zacząłem pytać Morrisa – właściciela mojego miejsca noclegowego. San Miguel to nie turystyczne miasto, stąd mówiący po angielsku człowiek i do tego nie lokalny – to duża radość. Bo od razu widać różnicę. Gdy lokalsi mówią nie wiem, nie da się, nie można. Morris od razu powiedział – nie ma problemu, załatwimy to. Wpierw zadzwonił do jakiegoś znajomego, który mógł posłużyć za 10usd jako przewodnik, ale nie mógł dnia następnego. To dobrze, taki gość oszczędza czas, ale rodzi zwykle problemy. Lokalni przewodnicy są beznadziejni i nie mają pojęcia o wulkanach. I musiałbym się użerać z ciągłymi tekstami – schodźmy już.

Wobec powyższego Morris powiedział: zawiozę cię pod wulkan i sobie sam pójdziesz. Naprawdę tak łatwo, bez problemów? Nikt nie będzie rzucał mi kłód pod nogi jak zwykle?

Naprawdę. Pomiędzy 9 a 10 rano Morris wysadził mnie ok 10-12km od San Miguel na wysokości 800m n.p.m., choć twierdził że startuje się z 1200m (droga RN16S). I powiedział: idź prosto do góry, a jak się zgubisz to spróbuj zapytać lokalsa, którzy pracują na polach uprawnych (do 1500m). Gdyby ktoś cię zaczepiał, chciał pieniądze, mów że jesteś z USA, bo Ameryki się tutaj boją. Nie mów, zwłaszcza policji, że idziesz na wulkan, bo tutejsi ludzie i urzędnicy mają hopla na tym punkcie. Nie tak dawno wybuchł i uważają, że jest bardzo niebezpieczny i nikt nie powinien się do niego zbliżać. Zawsze to samo utrapienie – bardzo ograniczeni ludzie.

Pogoda świetna, ale czasu nie za dużo. Do pokonania ponad 1300m przewyższenia. Wpierw wędrówka szutrową drogą pomiędzy polami. I trasa nie była wcale taka łatwa, musieli pomóc okoliczni mieszkańcy. Choć na początku tak pomogli – każdy mówił, by iść w inną stronę i inną drogą, że stwierdziłem: wybiorę tą drogę, która prowadzi do góry. Wyżej pomoc dwa razy się przydała na rozstajach dróg. Samochodem terenowym można dojechać do 1480m. Ale uwaga, na wulkan prowadzi kilka ścieżek, choć może to za duże słowo. Bo jak droga się skończyła, ścieżka nie była ścieżką. W każdym razie jakby jej od dawna nikt nie używał i musiałem się sporo namęczyć przeciskając przez las i chaszcze, aż zszedłem do sypkiego żlebu. Po stromym i sypkim materiale piroklastycznym szło się dużo lepiej. Końcówka do krateru była twarda, a wysokość na skraju 2010m. Podejście zajęło mi 2h30min. Całkiem sprawnie. Była mniej więcej 12:00, miałem sporo czasu na działalność w rejonie krateru. Spędziłem tam cztery godziny. Krater San Miguel robi wrażenie, czułem się trochę jak na obcej, nieprzyjaznej planecie. Szarej, zakurzonej, zadymionej. Jest tutaj potężny krater zewnętrzny, postrzępiony, o dobrych kilku kilometrach obwodu. Miejscami jest też krater wewnętrzny, z głębi którego wydobywały się toksyczne gazy i właśnie nad jego skraj wpierw poszedłem. Wielki wulkan i tylko Gawlik – tak lubię.

Obejście krateru dookoła nie było wcale takie łatwe, góra dół, nawet drobne elementy wspinaczki. Włócząc się po partiach szczytowych pokonałem około 400m deniwelacji. Wybrałem się oczywiście na wierzchołek, mój GPS zmierzył 2126m z dokładnością do 4m (wg Wikipedii 2130m). Dokonałem mnóstwa obserwacji i San Miguel muszę przyznać, jest wulkanem budzącym grozę swoją surowością w rejonie kraterów. Jego erupcje są niezwykle efektowne.

Od Nikaraguy obserwuję częste pożary lasów i krzaków. Patrzę, a z boku krateru, za nim, unosi się snop gęstego dymu. To nie erupcja, ale poszedłem sprawdzić. To paliły się las i krzaki. Mnóstwo dymu na potężnym obszarze. Pojawiło się dla mnie nowe zagrożenie, ten pożar jest może kilometr od mojej trasy zejścia, a wiatr wieje w tym kierunku. Ogień potrafi się przenosić z ogromną prędkością. Głupio byłoby zginąć na wulkanie od pożaru lasu. Dokończyłem to co chciałem i w dół. Najgorszy krzaczasto-leśny obszar starałem się pokonać jak najszybciej. Nie uciekłbym stąd przed ogniem i dymem. Wkoło unosił się zapach palonego drewna, a wulkan po przeciwległej stronie przełęczy był jakby za mgłą.

Półtorej godziny zajęło mi zanim doszedłem do drogi (wybiła 17:30), trochę w innym miejscu niż startowałem. Szybko złapałem autostop i znalazłem się przy głównej drodze, cztery kilometry od obiektu, w którym nocowałem. Na autobus też nie czekałem długo. Gdy zmrok praktycznie zapadł dotarłem do celu. Morris był w szoku, że mi się udało, nie spodziewał się. Koniecznie chciał oglądać zdjęcia i chwytał się za głowę. Jemu też Chaparrastique wydawał się niebezpieczny. Przez cały wieczór i poranek był podekscytowany moim wejściem, prosił o wszelkie informacje. Bo ma zamiar popularyzować wulkan, by San Miguel zaczęli odwiedzać nie tylko pojedynczy turyści. Tak na marginesie, ludzie zwożący mnie z pod wulkanu dziwili się nie tylko, że ośmieliłem się wejść na niego, ale że samotnie, wydawało im się niewiarygodne. Rozumiem, my biali mamy często opinię nieporadnych i chcących zawsze gotowego, czyli pełnej usługi turystycznej. Jak robimy coś sami, miejscowym wydaje się, że zaraz zrobimy sobie krzywdę. I Morris wspominał, że ze dwa lata wcześniej kilku Niemców zgubiło się na wulkanie i trzeba było ich szukać.

Morris, pół Hiszpan, pół Salwadorczyk, który pół roku spędza w Hiszpanii stwierdził, że Ameryka Centralna to w dużej mierze „bananowe republiki”. W których króluje lenistwo oraz głupota. Tutejsi ludzie chcą mieć pieniądze, ale nie chcą pracować. On sam nieraz mówił różnym osobom, które prosiły o jałmużnę, przyjdź, dam ci zarobić. Nikt się nie zjawił. Salwador przypomina Nikaraguę pod względem rozwoju i zamożności. Morris opowiadał, że w kraju żyje 6mln osób, a kolejne 4mln w USA, które ślą rodzinom pieniądze. Największą bolączką Salwadoru jest dramatycznie niski poziom edukacji, dodał. Przez to kraj wolno się rozwija. I powiedział też o tym, o czym słyszę w wielu biednych krajach. Uważają w nich, że od pracowania i zarabiania pieniędzy są biali, którzy powinni się z nimi podzielić, czyli dać.

Jestem tolerancyjną osobą, lecz nic nie poradzę, że fakty mówią, iż jak się biały za coś bierze, zwykle widać różnicę. Świetnym przykładem jest porównanie mojego noclegu w San Lorenzo i w San Miguel – obiekt prowadzony przez lokalnych właścicieli i przez Europejczyka. Jakoś tak jest, że nam białym się chce, myślimy, podnosimy kwalifikacje, standardy, dbamy o jakość, zadowolenie klienta. Co nie jest powszechne na świecie. Zawsze się zastanawiam w podobnych sytuacjach, czemu ludzie z Ameryki Centralnej nie potrafią prowadzić pensjonatu o takim standardzie? Co im w tym przeszkadza? Czasami wystarczyłoby trochę świeżej farby, by było widać różnicę. A najciekawsze jest to, że w samej Ameryce Centralnej zgadzają się z tym, co napisałem w tym akapicie. Muszę jeszcze wyjaśnić pewien szczegół, pisząc o białych, mam na myśli nie tyle kolor skóry, ile poziom rozwoju, cywilizacji. Oprócz dużej części Europy, USA, Kanady, Australii i Nowej Zelandii, wysokie standardy oferują też takie „nie białe” kraje jak Japonia czy Korea Południowa.

Informacje praktyczne. Salwador. Czas: UTC minus 6. Waluta: dolar amerykański. Ceny, chyba najtańszy kraj na tej wyprawie, a wystartowałem z Panamy. Trochę taniej niż w Polsce, transport publiczny także. Zatrzymałem się w Guest House Europa, który widoczny jest w internecie, ale na budynku była tylko mała karteczka z boku. Taksówkarz szukał i szukał. Za to w środku jak na tą część świata bardzo fajne warunki, bo prowadzi go Morris, w połowie Hiszpan. Bardzo dobre ceny, a ja dostałem jeszcze rabat i za prywatny pokój z łazienką, na przyzwoitym poziomie zapłaciłem 13usd za noc (w Hondurasie za totalny syf 15usd w obiekcie, który nazywał się hotelem a nie guest housem). Do tego w cenie śniadanie i schłodzona woda w nieograniczonych ilościach, a także pyszne pomarańcze. Jest internet, przestronnie, hamaki i bardzo mało ludzi, bo obiekt mało znany. Widać, że lokal prowadzi przedstawiciel świata zachodniego, widać że sprzątają go przedstawiciele Ameryki Łacińskiej. Tak sobie, czyli i tak nieźle jak na tutejsze warunki. Ale w Europie za taką jakość pracy, szybko się ją traci. Trzeba by stać ciągle nad głową pracownika, by efekt był zadowalający. Minusem były wiatraki (to standard tutaj) a nie klimatyzacja i duży hałas z ulicy, także w nocy – ale nie można mieć wszystkiego. Ludzie jak w całej Ameryce Środkowej – sympatyczni, pomocni i praktycznie nie-anglojęzyczni.

Na zdjęciach: granica Honduras - Salwador, profesjonalne ekspresowe szycie spodni na pośladku, wiele ujęć wulkanu San Miguel (Chaparrastique) – podejście, krater, wierzchołek, zejście. Zdjęcie z gęstym dymem pod koniec galerii to pożar lasu. A na początku zdjęcie nr 6 przedstawia widok na wulkan Chinameca, a na poprzedzającym chaszcze, które musiałem pokonać.

Opublikowano w Blog
Wejście na Momotombo i dotarcie tego samego dnia do Leon okazało się kluczowe. Z jednej strony był to ekstremalnie intensywny czas, ale z drugiej udała się ważna rzecz. W ciągu trzech dni byłem na wulkanie Momotombo, Cerro Negro, Telica i San Cristóbal. Jeszcze tego trzeciego dnia dotarłem do Hondurasu. Myślałem, że zajmie mi to wszystko 5 dni, i tak byłoby intensywnie. A wystarczyły 3 dni. Ostre tempo, ale odzyskałem dwa dni, które nadmiarowo zużyłem na Poas. Wyprawa jest krótka, skrajnie intensywna, każdy dzień jest na wagę złota. Choć jest to okupione znacznym zmęczeniem i chronicznym niedospaniem.

Przed trzecią w nocy już nie spałem, a punktualnie o czwartej odebrano mnie na San Cristóbal. Niewiele wcześniej położyłem się spać. Ale jak to na wyprawie, musi być ciężko. Nie ma że bolą jeszcze różne części ciała po Poas i organizm nie ma nawet dnia na regenerację. Musi sobie jakoś radzić.

Dojazd zajął tyle samo czasu co pod Telicę, chociaż to dalej, ale trochę mniej szutru i lepszy. Zatrzymaliśmy się na farmie pomiędzy wulkanami San Cristóbal i Chomco. Tutaj uiszcza się jakąś opłatę, chyba właścicielom farmy, ponadto wulkan jest rezerwatem. Wstawał dzień, wysokość 700m. Ruszamy do góry. Wpierw ścieżką przez las, potem pomiędzy krzakami, a potem po sypkim rumoszu wulkanicznym. W zasadzie każdy jak chce, lecz pod koniec widać zarysowania „zygzaka”. Bo na najwyższy wulkan Nikaraguy czasami się wchodzi. Od razu na sam wierzchołek, gdzie tak wiało, że z trudem trzymałem się na nogach.

Wejście jest fajne. Bo krótkie, ostro do góry, prawie cały czas w cieniu, więc człowiek się nie przegrzeje. Szedłem sobie powoli krok za krokiem. Po mnie 10-15 minut na szczyt dotarła para Niemców, przewodnik kolejne 15minut później, a jego kolega dalsze 10. Chłopaki byli zdziwieni naszym tempem. Wszedłem w 2h30min. GPS na szczycie wskazał 1795m (plus/minus 5m), czyli około 50 metrów więcej, niż oficjalne dane. 

Ze względu na wiatr, znalazłem nam miejsce na zboczu, bliżej krateru. Spędziliśmy tutaj godzinę. Podziwialiśmy dymiący krater San Cristóbal, w oddali Telicę. Prawie na szczycie rozłożył się ciekawy zwierzak – kinkajou czyli kinkażu żółty z rodziny szopowatych. Zimno nikomu nie było, robiło się wręcz za ciepło. Skacząc po rumoszu skalnym w godzinę dotarłem pod samochód. Reszta wyraźnie później. Ale dlatego, że mieli buty trekkingowe, ale i krótkie spodenki. Stąd ciągle wsypywały im się kamienie do butów i ciągle je wyciągali. Długie spodnie, nie zmusiły mnie ani raz do wyjmowania kamyków z buta.

Poszło nam wyjątkowo sprawie i po chwili odpoczynku, mogliśmy rozpocząć powrót. San Cristóbal jest wulkanem aktywnym, wybuchł w 2016 roku i wielokrotnie wcześniej. Duże ilości gazów, toksycznych, świadczą, że lawa jest blisko krateru, może nawet widoczna w nocy. Ów stratowulkan obniża się w kierunku Telici, jest duży aktywny krater i fragmenty starego krateru. Podczas większych erupcji ewakuuje się okolicznych mieszkańców.

Ekipa zostawiła mnie koło dworca autobusowego w Chinandega. Właśnie odjeżdżał mikrobus do granicy w Guasaule. Przeszedłem ją pieszo. Szybko i sprawnie. Po stronie Nikaraguy prześwietlili mi bagaż, pobrali opłatę wyjazdową 2usd, a Honduras 3usd – wjazdową. Miałem szczęście, bo udało się złapać mikrobus jadący przez interesujące mnie miasto – San Lorenzo.

Taka ciekawostka mi się przypomniała. W Masaya spotkałem chłopaka, fana metalu. Mówił, że Polska ma dobre grupy, lubi Behemotha.

Na zdjęciach: różne ujęcia wulkanu San Cristóbal, w tym jedno z Telici, zresztą ją dymiącą w dali też widać na jednym zdjęciu. Fajny zwierzak kinkajou także jest.

Opublikowano w Blog
Trzeba nazywać się Grzegorz Gawlik, by z premedytacją wymyślić taką głupotę, która do tego sprawiła mi tyle radości. Podstawowe założenie: albo się uda albo się zabiję. Drugie: nikt w historii nie wpadł na taką durnotę i jej nie zrealizował.

Zostały mi jeszcze dwa dni na Kostarykę. Zrobiłem już ponad normę, ale postanowiłem zostać zgodnie z planem. Bo mam nadzieję, że nie będę miał już nigdy powodu tutaj przyjeżdżać. Z taką ilością czasu, mogłem się wybrać na trzeci wulkan koło San Jose – Poas. Zamknięty oczywiście. Ale wykonując taki sam patent jak na Turrialbie, z noclegiem – powinno się udać.

Lecz wpadłem na inny, genialny pomysł. Od kilku lat nie szedłem przez las tropikalny torując sobie drogę, to czemu nie zrobić tego tutaj? Tylko dwa dni mogą nie starczyć, ale spróbuję.

Jak wymyśliłem, tak zrobiłem. Dojechałem autobusem do Alajuela i dalej do Fraijanes (razem ok. 50km). Za autobusy na odcinkach 10-20km płaciłem po 350-1050 colones, a przypomnę że za dolara dawali 560. Gdy dojechałem do celu minęło już pół dnia. Mając mapę offline i gps w telefonie, wpierw ruszyłem przez pastwiska. Potem czekały mnie 3km z groszami w linii prostej przez las tropikalny. Z miejsca gdzie wysiadłem asfaltem do parku miałem 10km. Moją trasą podobnie.

Wpierw lawirowałem drogami szutrowymi pomiędzy hacjendami i pastwiskami, by mnie nikt nie zauważył. Biały człowiek z dwoma plecakami, potem mniejszy włożyłem do drugiego, podejrzana sprawa. W tym mniejszym miałem trzy aparaty i trochę różnego drobnego badziewia.

Przez pastwiska pod górę jakoś się szło, aczkolwiek czemu ktoś je grodził drutem kolczastym co 50 metrów, nie wiem. Wystartowałem z ok. 1950m n.p.m., zszedłem do 1850m i do góry. Krater, w miejscu w którym miałem się znaleźć miał mieć niecałe 2500m. Na wysokości ok. 2000m skończyły się resztki zabagnionych pastwisk. Wybrałem trajektorię od strony południowo-wschodniej, choć być może lepiej byłoby od strony wschodniej. Najlepiej byłoby wystartować jednakże od zachodu, bo ilość lasów tropikalnych na tej orientacji jest minimalna. Lecz w obu przypadkach musiałbym wynająć samochód, zostawić przy drodze, w to miejsce nie planowałem już wracać. Pozostała moja opcja. Trudna, ale wykonalna – jak się zdawało.

Są lasy tropikalne absolutnie nie do przebrnięcia. Ten, gdzie się znalazłem był temu bliski, ale nie dam rady paru kilometrów? A może potem będzie lepiej? Uda się wędrować jakąś doliną potoku? Nadzieja matką głupich, a ja ją zawsze mam. Powalczmy. Co prawda jest wilgotno i mokro, zaraz zacznie lać a do zmroku mam dwie godziny. A czy miałem maczetę? Po co? Musiałbym mieć ich ze sto, plus jakieś urządzenie laserowe niszczące przede mną przeszkody. Ale miałem rękawiczki. Tylko nie ubrałem. Bo lubię siebie testować. Jakie ekstremalności wytrzyma mój organizm, kiedy ręce będą jedną wielką raną i nie będę mógł działać bez ochrony na dłonie. Podczas swojego życia sporo zrobiłem takich testów i mam sporą wiedzę o sobie, która bardzo pomaga. Za to ubrałem kask. Trzeba czymś taranować dżunglę, a zakuty łeb najlepszy. Tylko wszedłem w półmrok drzew lunął deszcz. Po godzinie byłem tak mokry jak dzień wcześniej na Turrialbie, z majtkami wyłącznie. Miałem ambitny plan pokonania do 22:00 pięciuset metrów. Pierwsze pięćdziesiąt pokonałem w godzinę. Gęsty las tropikalny, krzaki, w tym bardzo kolące – ile one mi bólu sprawiły! Do tego niezliczona ilość połamanych drzew. Raz górą, raz środkiem, raz dołem czołgając się. Nieraz musiałem zdjąć plecak, który nasiąkł wodą i błotem i pewnie przekroczył 20 kilogramów. Do tego same wąskie wąwozy. Stromo w dół, stromo w górę. Gdy przed zmrokiem dotarłem do jakiegoś potoku, cieszyłem się, że przyśpieszę.

Czasami brnąc po pas w wodzie, przedzierając się przez krzaki, zwalone drzewa, szybko się rozczarowałem stając przed wodospadzikiem 10-metrowym. Pionowym, nie do pokonania. Glina, mchy. Zapadł już zmrok. Musiałem się cofnąć i w ogóle poszukać jakiegoś wyjścia na zbocze. Gdy jest dzień można dojrzeć jakieś alternatywne przejścia przez las, może lepsze. A tak musiałem w czołówce iść przed siebie. Koszmarnie wolno, wydzierając każdy metr. Pojawiło się zwątpienie. Do 22:00 (w 6h) przeszedłem w linii prostej około 500 metrów – to był plan minimum. Lecz w tym lesie telefon nie mógł złapać sygnału GPS i nie byłem pewny czy idę dobrze. Nie mniej wszystko wskazywało, że tak. Mozolnie, na kolanach, czołgając się, jak małpa po zwalonych drzewach, rzadko kiedy na stojąco, wspinałem się to w górę, to ześlizgiwałem się w dół na różne sposoby. Trafiłem na kilka bardzo wąskich wąwozów, którymi okresowo płynie woda. Ale były strasznie zarośnięte i zawalone drzewami. A zwykle kończyło się, że po bokach były 10-metrowe gliniane ściany. I trzeba było się cofać. Moja trasa była tak pokręcona, że nie do powtórzenia.

Na dzień pierwszy chciałem dostać się do czegoś co wyglądało na mapie jak większa dolina rzeczna. Gdy zaczynałem w nią spadać, uratowałem się uderzając w jakiś konar. Na dzisiaj starczy. Wspiąłem się. Znalazłem kawałeczek miejsca na namiot. Wszystko przemoczone, wilgoć, wspaniałe głosy dżungli i wysokość 2120m n.p.m. Koszmarnie zmęczony, ręce już mocno poranione. Tylko wsunąłem się do wilgotnego śpiwora i usnąłem. Z potężnymi wątpliwościami, że chyba wybrałem niewykonalną misję. Nawet grupa ludzi, by nie dała rady. Nie znam nikogo, kto by tego dnia sobie poradził. Po godzinie tak ekstremalnej przeprawy każdy by zawrócił. Ale jestem uparty jak zodiakalny byk.

A dzikie zwierzęta? Już tyle razy spałem w dżunglach, miałem kontaktów z niebezpieczną zwierzyną, że nie miałem wielkich obaw. Zresztą łamiąc drzewa, wiele spróchniałych, wyrywając krzaki, upadając kilkaset razy, robiłem tyle hałasu, że wszystkie złe zwierzątka wypłoszyłem. Z wężami i pająkami wyłącznie. Choć zerkałem czy zamiast liany nie chwytam jakiegoś gada. A propos słowa „dżungla”, generalnie jest przeznaczone dla części lasów tropikalnych w Azji, ale jest ono wygodne, dlatego będę używał.

Budzik nastawiłem na 5:00. Wkładanie mokrych rzeczy i zabłoconych miłe nie jest, ale ubieranie w stu procentach mokrych, jest jeszcze mniej sympatyczne. Poranny chłód nie pomagał, ale po kwadransie było znośnie. O 7:00 rozpocząłem marsz, żart. Czołganie. Wpierw jak małpa zszedłem na dno rzeki. Już teraz mogę napisać, że gimnastyki nie muszę żadnej uprawiać przez najbliższy rok i nawet nie posądzałem siebie o pozycje, które potrafię przyjąć. A skąd miałem tyle siły w rękach i w nogach, też nie wiem.

Jestem na dnie rzeki wyglądającej obiecująco. 100 metrów pokonałem w pół godziny. Brnąc w wodzie, w błocie, po kamieniach. Połamałem kijki, potłukłem kolana i inne części ciała. Rękawiczek nadal nie miałem. Ale kask to był strzał w dziesiątkę. Codziennie oszczędzał mi co najmniej tuzin dziur w głowie i dwieście siniaków. Cały czas uderzałem nim w coś. Spadałem na głowę do dziur, w niewielkie przepaście. Klinowałem się w krzakach, pomiędzy konarami drzew. Spadałem nogami w dół, na brzuchu, na plecach. Setki upadków każdego dnia, a dużą część trasy pokonywałem na kolanach. Upadków bolesnych nie brakowało, kolana przyjmowały niewyobrażalne pozycje. Że jeszcze się trzymały na swoim miejscu. A propos miejsca, to nie miałem już wyjścia, odwrotu nie było, pozostało iść tylko do krateru. Łapiąc w ciągu dnia dwa-trzy razy sygnał GPS, który pokazywał, że poruszam się w dobrym kierunku. Ale ekstremalnie wolno.

Rzeka szybko zakończyła się pionowym wodospadem, po którym wejść nie mogłem, musiałem wrócić w las. A takie miałem nadzieje. Można się załamać. Właśnie. Nie wiem skąd mam tyle siły fizycznej. Ani psychicznej. Nie miałem chwili załamania, mobilizowałem, że muszę iść szybciej. Chociaż bywały fragmenty lasu, gdy pokonywałem 10m na godzinę i to jeszcze zwykle w kierunku nie optymalnym. A walka polegała ciągle na bardzo stromym wchodzeniu do góry lub bardzo stromym schodzeniu. Oczywiście - schodzeniu - w cudzysłowie. I oczywiście nie miałem żadnych namiarów do służb ratunkowych, czy ambasady. Po co? Albo się uda, albo zostanę tu na zawsze. Lubię takie wybory.

Pod koniec dnia, szedłem u podnóża starego krateru wulkanicznego wypełnionego wodą – Botos. Momentami po pas w błocie. Przestraszyłem się, że mnie wciągnie, potem bardzo stromo w dół potokiem. Ale cudem udawało się pokonywać kolejne przeszkody. Trochę wspinaczki. Albo wskakiwania do jeziorek pod wodospadami, z ogromnym plecakiem, który ważył już chyba tonę. Wiedziałem, że jestem w beznadziejnej sytuacji, ale tylko walka do przodu mnie uratuje. A mogłem podejść asfaltem pod Poas, po zmroku obejść strażników, rozbić się blisko krateru. Rano poprzyglądać się i podobną metodą wydostać się z parku. Jedna tysięczna skala trudności, w porównaniu z tym co sobie wymyśliłem.

Po zmroku ruszyłem wspinaczkowym zboczem do góry, gdyby nie połamane drzewa oraz koszmarne krzaki, nie byłbym w stanie pokonać ani metra. To była niemal pionowa ściana z chwytami, typu połamane drzewo. Nie mniej, o 19:00 znalazłem się na przełączce z przepaściami po bokach. Ciemno, nie wiem co dalej. Z tak wielkim plecakiem pokonanie nawet małego przesmyku to wędrówka liną nad przepaścią. Na dół. Ale nie wiem którędy wszedłem. Przepaściście. Znowu do góry i rozbijam między przepaściami namiot, w miejscu, które kompletnie się do tego nie nadaje. Mokry, brudny, rozwalone spodnie, kurtka, inne sprzęty. Dłonie to jedna rana – jutro założę rękawiczki. Ale tego dnia padało mało. Nie mniej wędrówka rzekami i wilgotny las zrobiły swoje. Pod dużym skosem próbuję ułożyć się do snu, ale znowu się nie wyśpię. W dżunglach wiem, że namiot jest lepszym rozwiązaniem niż spanie pod drzewem. Nagle zjeżdżam w dół. Wyskakuję z namiotu i łapię go w ostatniej chwili. Śmierć w namiocie w lesie tropikalnym, bo namiot zsunął się w przepaść. Słabe. Podczas erupcji miałaby sens, ale tak nie. Wymyśliłem patent, pół namiotu będzie na jedną stronę przepaści, pół na drugą stronę, zrównoważę ciężary i może chwilę się prześpię i nie zlecę w nocy.

Dzień numer trzy, nie zleciałem, żyję. A z miejsca, gdzie jestem widzę kolejne duże osuwisko. Jestem kilometr w linii prostej od krateru Poas. Dzisiaj muszę się do niego dostać i choćby do północy dotrzeć na skraj cywilizacji. Jeden warunek. Zastać nad kraterem chociaż resztkę dnia. Jakoś schodzę na dno koszmarnego potoku i próbuję schodzić nim w dół, by gdzieś odbić w lewo.

Co jadłem, co piłem? Woda była, nawet pierwszy raz uzupełniając zapas wrzuciłem tabletki odkażające, ale potem już mi się nie chciało, piłem ustami wodę z potoków, nawet tą trochę zasiarczoną. Nie rozumiem tego, ale podczas takich extremów, gdy pracują wszystkie mięśnie, mózg analizuje tyle rzeczy i podejmuje tyle decyzji, nie chce mi się zwykle jeść. Wmuszałem w siebie coś na śniadanie i nic nie jadłem do kolejnego śniadania. Zjadałem może 500 kalorii, a w tych warunkach traciłem dobre 7000-10000 na dobę. Uprawiam wysokogórskie zabawy i one fizycznie są dużo łatwiejsze.

Tysięczny raz się rozczarowałem na tej przeprawie. Nagle stanąłem nad dwoma progami w dół, razem ze 20 metrów, nie do zejścia. A zbocza bardzo strome. Jak ominąć kolejną przeszkodzę. Niewyobrażalnym wysiłkiem wspiąłem się na zbocze, potem ostro w dół i jak zwykle tylko jedno miejsce dawało szansę na zejście na dno doliny, bo wkoło zbyt przepaściście. Z duszą na ramieniu udało się, znowu. Ale nie dość, że lasy coraz gorsze, to coraz trudniejsze przeszkody. A do krateru mam 800 metrów. W dół nie mogę już iść, kolejne przeszkody, do góry też nie, bo osuwiska. Ruszyłem ledwo cieknącym potokiem do góry – jedyna opcja. Ale po 50 metrach staję przed około 5 metrowym wyschniętym wodospadem. Udało się go pokonać z plecakiem i kolejny. Ale jest następny, trudny. Przepaście wokół mają już po dobre 20 metrów. Raczej nie dałbym rady zejść w dół, do góry jakoś sobie poradziłem. Sytuacja bez wyjścia. Co zrobić, by pokonać problem, ale się nie zabić?

I jak pokonam kolejną trudniejszą przeszkodę, skąd wiem, że nie będzie następnej? Cienkie rękawiczki pod którymi jedna rana. Potłuczony, poobijany, obolały. Trzeci dzień walczę. I pogarszam swoją sytuację. O ilościach uderzeń, upadkach, można mówić już w tysiącach. Kolana są tak potłuczone, że nie wiem czemu jeszcze pracują? Nie potrafię wytłumaczyć jakim cudem nic poważnie sobie nie uszkodziłem. Nawet oczy dostały kilka razy mocne uderzenia. I jakim cudem mam w sobie tyle siły?

Pokonując najtrudniejsze przeszkody, które mogły się zakończyć fatalnie, a było ich kilkadziesiąt, przyjąłem strategię minimalizowania tragedii. Czasami widziałem trochę łatwiejsze miejsce. Ale gdybym spadł, odpadł, skończyłbym 20 metrów niżej. Jeśli nie śmierć od razu, to szybko. A musiałem zachować pełną sprawność. Dlatego pokonywałem trudniejsze odcinki, ale z ryzykiem spadku 5-10 metrów. I najlepiej by nie było całkiem pionowo. Sam byłem zdziwiony, kolejny raz, tym co mi się udawało. Mokry, brudny, zmęczony, z dużym plecakiem. Pokonywałem kilkumetrowe żleby wspinając się i wiedząc, że w dół nie zejdę. Nawet raz w glinie i mchu stosowałem zapieraczkę z plecakiem i udało się pokonać 5 metrowy wyschnięty wodospad. Na bardzo stromych gliniastych kilkumetrowych fragmentach, nożem wydłubywałem stopnie. Bez plecaka byłoby łatwiej, ale go miałem. Musiałem szybko zrobić 5-7 kroków i się nie poślizgnąć, bo trup. Bywało, że podczas wspinaczki kawałki skało-glin zostawały mi w rękach. Na plecach plecak, spadam do tyłu, ze 4 metry, ale nie. Jakimś cudem potrafiłem się czegoś złapać i wspiąć się z dobytkiem. Ręce i nogi z wysiłku drżały mi nieraz. Wielokrotne poślizgi, niewielkie upadki, wycofania. Ciągła działalność pod ekstremalnym stresem. W przypadku niepowodzenia w realizacji decyzji, skończyłoby się dramatycznie - śmiercią. Wiedziałem o tym, jak również to, że muszę podjąć próbę wydostania się z kolejnej pułapki i będę miał tylko jedną szansę. Aż do kolejnej pułapki.

Wysiłek psychiczny i fizyczny niewyobrażalny. Wymyśliłem sobie jedno z większych szaleństw w życiu, a mogłem dostać się nad krater, pokonując niecały kilometr asfaltem. Wiem, że rodzina będzie to czytać i nieźle oberwę, ale prawdy nie zmienię. Tak było. 20 razy dziennie decydowanie o życiu czy śmierci nie jest łatwe. Ale przecież nie usiądę i się nie poddam.

Miałem małą nadzieję, że wyżej las będzie przerzedzony, ale nic z tego. Było coraz gorzej. Na granicy mojej rezygnacji. Bo nie da się przejść takiego lasu. Ściana chaszczy, krzaków, kolców, połamanych drzew. Nawet bez plecaka nie do pokonania, a on był strasznym utrudnieniem. A zawrócić nie mogę. Na dokładkę tego trzeciego dnia prawie cały czas padało, przeszła burza. Trzeci dzień mokry od stóp do głowy, ubłocony, poraniony, nie mogący złapać sygnału GPS. I chyba sobie uszkodziłem płuca podczas jednego z upadków. 

Drugą noc spędziłem na wysokości 2440m, a trzecią na 2400m. Rozbiłem się w żlebie wyschniętego potoku, którego pokonywanie było tradycyjną mordęgą. Wąski, wszystko zawalone chaszczami, drzewami. Jakimś cudem, oczywiście po zmroku, udało mi się znaleźć miejsce, gdzie dało się krzywo postawić namiot. Od pół dnia nie miałem łączności GPS, ale na moje oko krater powinien być 100 metrów ode mnie, tylko po ciemku nic na to nie wskazywało. W ciągu kolejnego dnia w linii prostej pokonałem 900 metrów, przez 12 godzin.

Dzień czwarty. Sygnału GPS nadal nie łapię. Ubieram kolejny raz okropne mokre i brudne ubranie, z wielką dziurą w spodniach na poranionym tyłku. Rękami mogę mało co zrobić, same rany, na opuszkach też. Zapięcie czy zasunięcie czegokolwiek – prawie niewykonalne. Ubranie się – też sztuka. Ruszam o 7:00 jak mi się wydaje.

Dziwiło mnie, że gdy wstaję o 5:00, jeszcze tak długo jest ciemno. Okazało się, że nie przestawiłem w telefonie godziny z Panamy i tak naprawdę wstaję o 4:00, a na trasę ruszam nie o 7:00, tylko o 6:00. Tego dnia się zreflektowałem. W 20 minut pokonałem 50 metrów, świetny wynik i po lewej stronie widzę kamienisto-ziemiste zbocze, które mogę pokonać. To musi być krater. 10 minut później siedzę na skraju krateru aktywnego wulkanu Poas. I mam gdzieś, czy po drugiej stronie namierza mnie jakaś kamera czy strażnik.

Udało się, kolejny cud w moim życiu. Przede mną parujące jezioro kraterowe, jestem na wysokości 2470m. Poas dochodzi do 2708m n.p.m., ale to stare porośnięte lasem zbocza po drugiej stronie. Poas bowiem to bardzo rozczłonkowany na szczycie wulkan i poniszczony. Sam aktywny krater też, ostatnia erupcja miała miejsce w kwietniu 2017 roku i od tego czasu wulkan zamknięto. A sama erupcja była efektowna, ale nie niebezpieczna dla oglądających, których ewakuowano. Poas znany jest z erupcji freatycznych, w których bierze udział woda. Oprócz popiołów, gazów, bomb i bloków wulkanicznych, wydobywają się wtedy duże ilości pary wodnej. Erupcje te nie są zwykle silne.

Gdybym dostał się turystycznie na wulkan, nie mógłby trafić do tabeli głównej Projektu 100 Wulkanów. Ale w tych okolicznościach trafi. Zwłaszcza, że zdjęcia od strony, gdzie wszedłem na krater są unikalne. Bo co najwyżej pojawia się tam raz na ileś lat jakiś wulkanolog. Dosyć długo się wszystkiemu przyglądałem, było chłodno a ja ociekający wodą z każdego zakątka ubrania. Były też fajne miejsca uderzeń bomb wulkanicznych. Punkt widokowy, z drugiej strony miejsca gdzie się znajdowałem, jest dużo bardziej oddalony od krateru, a ja byłem bardzo blisko jego serca. W razie erupcji, nawet freatycznej, prawdopodobnie bym zginął, ale punkt widokowy jest na tyle oddalony, że oglądanie takich erupcji jest bezpieczne. Trzeba tylko zwrócić uwagę na kierunek wiatru.

Czas jednak było się stąd wydostać. Do punktu widokowego czekało mnie jeszcze kilka godzin bardzo trudnej wędrówki. Jest on w wysokim punkcie obramowania krateru, który kończy się urwiskiem. Musiałem je pokonać. Poas nie dał mi nic za darmo, ani na chwilę nic nie ułatwił. Musiałem zachować najwyższą koncentrację, by nie zabić się tego czwartego dnia. I się pośpieszyć na wypadek deszczu, wtedy bym zbocza nie pokonał, a chmur nie brakowało. Pokonałem z dziesięć trudnych stromych żlebów, między nimi szedłem stromym eksponowanym zboczem. Zaliczyłem sporo upadków, poślizgnięć. Kilka razy niewiele brakowało bym zjechał ponad 100 metrów w dół Ekstremalny wysiłek. A znowu zacząłem starać się by kamera na maszcie mnie nie uchwyciła i by jak najrzadziej było mnie widać z punktu widokowego. Tempo na szczęście miałem świetne. W 3 godziny pokonałem kilometr bardzo eksponowanego terenu, dochodząc do 2610m. Prawie cała trasa była po niebezpiecznym i sypkim wulkanicznym zboczu, lecz trochę okropnych krzaków również napotkałem.

Jestem na punkcie widokowym, żywej duszy tutaj nie ma, wysokość około 2580m, informacja, że można tu przebywać 20 minut, kolejne obostrzenie, które mnie nie dotyczy. Żyję, w jednym kawałku. Nic sobie nie urwałem, nie złamałem. Niewiarygodne. Stwierdzam, że ten punkt widokowy jest bardzo bezpieczny. Głupotą jest jego zamykanie. Betonem ruszam do wyjścia. Gdy widzę bramę wchodzę las. Najfajniejszy jaki w masywie wulkanu Poas spotkałem. 50 metrów pokonałem w 10 minut, przeszkód było mało. Jestem na wielkiej i opustoszałej części parkingowej. Maszeruję asfaltem. W nocy spałem w leginsach i polarze i te rzeczy ubrałem, bo w reszcie to tragedia. Resztką wody opłukałem twarz z błota i poperfumowałem się. A na plecak założyłem pokrowiec przeciwdeszczowy, który był w niezłej formie. Wyglądałem jak namiastka człowieka. Minęło już dawno południe, lał deszcz. Znowu. Wszystko mi jedno. Po dwóch-trzech kilometrach od parkingu trafiam na wysoką i samotną bramę, tak zabudowaną, że nawet ją obejść trudno. Ale po mojej przeprawie przez dżunglę i z nią dam sobie radę. Kawałek dalej stoi terenówka, droga zagrodzona słupkami, widzę budynek po lewej stronie. Nieważne, idę twardo, Nikogo nie ma, bo budynek poniżej drogi, ale tutaj na pewno są strażnicy. Przy pierwszym szlabanie od strony krateru nie było pewnie nikogo. Bo cały teren, miejsca piknikowe, budynki wjazdowe przed parkingiem, wszystko było opustoszałe, niszczało.

Gdy mijałem terenówkę parkową, podeszło do niej trzech Amerykanów, rozczarowanych jednym z wielu napisów - cerrado. Podjechały też dwa auta, zaczęły zawracać. Szybko jeden złapałem. W środku był pełen, ale wzięli mnie na pakę i Amerykanów też. Co za szczęście. Zawieźli nas 12km, na koniec miejscowości Fraijanes. To nic, że lało. W sklepiku zamówiłem mój poekstremalny zestaw: lód cola i banan.

Jakieś straty sprzętowe? Aparat fotograficzny (mam jeszcze trzy), czołówka, kijki trekkingowe, spodnie, kurtka goretex, pokrowiec na karimatę, kask (popękał podczas jednego z upadków). Trochę drobnej odzieży się rozsypało, nowe buty trekkingowe wyglądają jakby miały z pięć lat. Dosyć mocno ucierpiał namiot, ale kilka nocy jeszcze przetrwa, drobne uszczerbki ma plecak, ale i tak spisał się fantastycznie.

Jakieś straty zdrowotne? Są. W Nikaragui zrobiłem badanie, poinformuję o wynikach.

Po godzinie jechałem do Alajuela. Po chwili przerwy znowu lało. Do San Jose dotarłem przed zachodem słońca. Kolejne godziny poświęciłem na wymianę vouchera, o którym pisałem, na bilet do Nikaraguy. Jedzenie. Wieczorny spacer, w mokrych butach, a co mi tam. I gdy byłem pod stadionem w „kostarykańskim Central Parku”, który poza kształtem niewiele ma wspólnego z oryginalnym, zauważam że idzie za mną jakiś mężczyzna. Okazało się, że to strażnik, a ja za blisko podszedłem płotu Stadionu Narodowego. Wyście w tej Kostaryce naprawdę pogłupieli. Zwykli ludzie świetni, ale część urzędową trzeba wysłać do psychiatryka. Wyobraźcie sobie, że nie możecie podejść pod Stadion Narodowy w Warszawie, w zwykły, nie imprezowy dzień, a nawet za przebywanie blisko płotu jesteście inwigilowani.

Do pierwszej w nocy zeszło mi wstępne płukanie z błota rzeczy i pakowanie. Znowu w hostelu nie było ciepłej wody, a bardzo by się tym razem przydała. O piątej rano miałem być przy autobusie.

Wśród wszystkich wspomnianych uciążliwości w oglądaniu wulkanów w Ekwadzorze – jest jeszcze jeden. Pogoda. Dużo chmur, mgieł, deszcze. Świetnym przykładem może być opis wejścia na wulkan Turrialba. Istnieje duże ryzyko, że włożony trud w zdobywanie wulkanu, nie zostanie wynagrodzony, bo nic ze szczytu, z nad krateru, widać nie będzie.

Podkreślę jeszcze raz, w Kostaryce nie rozumieją, że ludzie po to chcą oglądać aktywne wulkany, by móc obserwować ich aktywność, zwłaszcza erupcje. Aktywny wulkan na którym nic się nie dzieje, dla przeciętnego człowieka jest zupełnie nieciekawy. Dlatego setki, tysiące osób na dobę w sezonie wchodzą na Stromboli, dlatego tysiące osób zjeżdżają na erupcje Etny i niejednokrotnie stoją metr od płynącej lawy. W Kostaryce nie do pomyślenia. Cały wulkan z otuliną byłby zamknięty, dla świętego spokoju na co najmniej kilka lat.

Jeśli ktoś chce mieć świadomość z jakim extremum miałem do czynienia, niech kiedyś sam przejdzie chociaż przez jeden dzień taki las tropikalny o podobnym ukształtowaniu terenu. Na pewno skieruje mnie do wariatkowa. Ale wiem, że chętnych nie będzie. Bo spotkałem się z opinią, że w Ekwadorze narzekają na wysokie opłaty wstępu do parków narodowych, ale chwalą, że są tam na przykład betonowe ścieżki, z których ogląda się las tropikalny. Narzekania były też na tłumy. I ktoś płaci pieniądze za to, by iść przez kawałek lasu betonową ścieżką i opowiadać potem, że chodził po dżungli, w tłumie ludzi? Naprawdę? Nikt nie musi robić takich ekstremalnych rzeczy jak ja, ale podziwianie dzikiej przyrody z betonowej ścieżki nie ma nic wspólnego z dziką przyrodą.

Mój dzień odpoczynku po Poas wyglądał tak, by dostać się pod wulkan Concepcion w Nikaragui na wyspie Ometepe. Pobudka po 4:00, od 6:00 osiem godzin w najciaśniejszym autobusie świata. Ale tak to jest jak upycha się w takiej linii jak Tica Bus 60 siedzeń zamiast 40 plus toaletę. Nogi miałem pod kątem prostym plecy też, a kolanami dociskałem blachy, łączącej poprzedzające siedzenia, by nie dało się rozłożyć foteli.

Spostrzeżenie. Czym bliżej granicy z Nikaraguą, tym lasy coraz rzadsze. Nie mogły być takie na Poas?

WYJAZD Z KOSTARYKI, WJAZD DO NIKARAGUY. W tym pierwszym kraju na pożegnanie skasowali mnie opłatą 8-dolarową, a w tym drugim na powitanie 14-dolarową. Panował na granicy niezły bajzel. Trzeba było dla Nikaragui przerzucić bagaże przez rentgen (i oddać formularz celny), za to strażnik zebrał wszystkie paszporty i przyniósł podbite. Widziałem, że niektóre osoby z Panamy (Panamczycy) musiały okazać książeczkę szczepień zaświadczającą o szczepieniu przeciwko żółtej febrze. Przeprawa graniczna trwała 2 godziny w koszmarnym upale, a dojazd do niej cztery, bez żadnego postoju.

I na koniec, moje pokiereszowane ręce - wszędzie były atrakcją. Kto mi to zrobił? Gdzie ja sobie to zrobiłem? Trzeba wzmacniać własną odporność na ból.

Wiem, to był długi tekst, ale równie dobrze, z tych czterech dni mógłbym napisać książkę, tyle przeżyć i przygód.

Na zdjęciach: przeprawa przez tropikalny las, wulkan Poas, w tym punkt widokowy i brama wjazdowa. Na ostatnim zdjęciu moje trochę poranione nogi.

Opublikowano w Blog
Przed podróżą do Ameryki Środkowej przebywałem w Tanzanii. Był to udany wyjazd i warto mu poświęcić kilka zdań. Cała grupa Pamir.pl, która zdecydowała się wyruszyć na szczyt Kilimandżaro – Uhuru Peak 5895m, osiągnęła swój cel. Jak zwykle – chce się napisać. Nie mniej, warto podkreślić, że dla większości Uczestników dotychczasowy rekord wysokości oscylował w granicach 2500-3000m. To dowód, że jak wyjazd jest dobrze przygotowany, a ekipa sprawna i zdeterminowana – można się pokusić o tak wielki sukces.

Tym większy, że miał on kilka smaczków. Jako lider wyjazdów, zawsze wszystkich dopinguję i dostarczam dodatkowych atrakcji, czasami męczących :). Dlatego zbieraliśmy piękne obsydiany na wysokości 3900m, byliśmy w jaskini i na kilku skałach, z Lava Tower (4690m) wyłącznie. A w niższych partiach podziwialiśmy tropikalną przyrodę, wodospady, zwierzęta.

Nawet udało mi się przekonać jednego z naszych dzielnych zdobywców - Mariusza Niedzielę - na bardzo męczący wysokogórski spacer. Co prawda, oberwało mi się później, że moje słowne lawiranctwo wprowadziło go w błąd i gdyby znał rzeczywistość, nie zdecydowałby się. Ale przyznał, że jest bardzo szczęśliwy z efektów tej wycieczki. A ja się cieszę, że moje prawnicze umiejętności artykulacji, ciągle mają się dobrze.

Zdobycie Uhuru Peak 5895m jest fajne, ale widoki z niego są takie sobie. Najciekawsze znajdziemy wewnątrz kaldery wulkanu Kibo (część Kilimandżaro). To jednak wymaga pewnego wysiłku, bo wysokości oscylują pomiędzy 5700-5850m. Tym razem zaproponowałem odwiedziny Wschodniego Lodowca Kilimandżaro (Eastern Icefield). Jest on dosyć daleko położony od Uhuru. Ale jeśli na wierzchołku rocznie potrafi stanąć ponad 50 000 osób, to na tym lodowcu w całej historii podbojów Kilimandżaro było od kilku do kilkudziesięciu, głównie naukowców. To robi różnicę. Mariusz będzie pokazywał wnukom zdjęcia jak chodził po lodowcu, ale wtedy już go pewnie nie będzie. Roztopi się.

Już teraz Wschodni Lodowiec jest rozczłonkowany, niektóre fragmenty niedługo znikną. Dlatego wędrówka po nim, była świetną przygodą. O ile, South Icefield (Południowy Lodowiec, Południowe Pole Lodowe) jest blisko ścieżki na Uhuru, a North Icefield (Północny Lodowiec) jest widoczny ze szczytu i budzi zainteresowanie, bo jest największy. O tyle, Eastern Icefield jest na uboczu i po drodze donikąd. Tylko takiemu wariatowi jak ja, choć wolę słowo pasjonat, przychodzą do głowy takie pomysły. I nigdy ich nie żałuję. Bo choć Wschodnie Pole Lodowe jest niewielkie, to ciągle jest trzecim kompleksem lodu pod względem powierzchni na Kilimandżaro. Umiejscowionym od strony Kenii, z dobrym widokiem na Mawenzi. By uzmysłowić sobie jak niewiele zostało z czapy lodowej na najwyższej górze Afryki, trzeba wiedzieć, że Lodowiec Północny ma już mniej niż kilometr kwadratowy powierzchni i skurczył się o około 90% względem jego pierwotnej wielkości. To dotyczy całego lodu na Kilimandżaro. Część naukowców uważa, że cały lód z góry zniknie do 2040 roku, jeśli klimat się nie ochłodzi. Ja uważam, że resztki lodowców mogą utrzymać się dłużej.

Będąc na lodowcu, odwiedziliśmy też pobliski Reusch Krater (część wulkanu Kibo) i to ze strony nieodwiedzanej. Z drugiej strony, pod Uhuru, dnem krateru biegnie ścieżka jednej z dróg "wspinaczkowych" i czasami turysta się tam pojawi. Jeśli ma siłę, wejdzie na skraj krateru. Natomiast od strony Lodowca Wschodniego próżno szukać śladów stóp. Tam się po prostu nie chodzi, bo po co? Wysoko, mało tlenu, zmęczenie, daleko. Cóż poradzę, że mnie takie miejsca najbardziej kręcą. A widok na krater od tej strony jest bardzo interesujący, pod zewnętrznym pierścieniem dymią solfatary. Innymi słowy, z Mariuszem odbyliśmy fajną kilkugodzinną wycieczkę. Tylko my i wulkan, oraz świadomość że prawie nikt tutaj nie był i nie widział tego wszystkiego.

Gdy jest czas i chęć, będąc u podnóża Kilimandżaro, też mam różne wycieczki do zaoferowania. Tym razem odwiedziliśmy dwa miejsca.

Wodospad Materuni – duży, wysoki (ok. 150m), spadający z wulkanicznego klifu. Położony w pięknej tropikalnej scenerii. Pośród pól uprawnych kawy, bananów, awokado. Można się pod nim wykąpać.

Kikuletwa (Chemka) Hot Springs - to nie do końca termalne źródła, i bardzo dobrze. Gdy na zewnątrz upały, warto się ochłodzić. Woda pochodzi z masywu Kilimandżaro, jest w sam raz do kąpieli. Sceneria – bajkowa. Figowce i ich pokręcone korzenie. Lazurowa rzeka i jeziorka. Można tutaj coś zjeść, wypożyczyć koło – dętkę do pływania. Nawet jest szansa na masaż. Są również palmy, a w pobliżu dostojne baobaby.

Safari w parkach Serengeti oraz Ngorongoro spełniło wszelkie oczekiwania. Nie tylko pogoda cały czas dopisywała, ale zobaczyliśmy rzadkie zwierzęta jak nosorożce i lamparta (czyli najrzadsze zwierzęta z tzw. Wielkiej Piątki Afryki). Ponadto, polowanie gepardów na guźca, ogromne stado słoni i niezliczone ilości zebr, żyraf czy gnu. Łącznie ze sto gatunków różnych zwierząt – mniejszych i większych. Nie zabrakło wizyty w wiosce masajskiej.

Wspomnę jeszcze o jednej rzeczy. Uczestnicy wyjazdów na Kilimandżaro przygotowując się, czytają różne internetowe informacje osób, które weszły lub próbowały wejść na górę. I co bardzo ciekawe, po wyjeździe kwitują dosadnie jakość tychże informacji. Najłagodniejsze padające określenia brzmią: „bzdury” albo „ten ktoś nigdy nie był na Kilimandżaro”. O czym to świadczy? Odczucia podczas zdobywania tak wysokiej samotnie stojącej góry są tak bardzo indywidualne, że czytanie internetowych relacji wielkiego sensu nie ma. A na pewno lepiej się nimi nie sugerować. Abstrahując od licznych fałszów i przekłamań w tych zapiskach, bez własnych doświadczeń nie sposób ich zweryfikować.

Poniżej próbka zdjęć z ostatniego wyjazdu do Tanzanii.

Opublikowano w Blog
Nie tylko piękny to trekking, ale też bardzo zróżnicowany. W artykule skupię się na największych przyrodniczych atrakcjach w mojej subiektywnej ocenie. Wybrałem pięć. Równorzędnych.

1) SUBTROPIKALNY LAS z górskimi rzekami i wodospadami. Na trekkingu kilkukrotnie jest okazja, by go podziwiać. Przed Ghorepani. Pomiędzy: Ghorepani a Tadapani, Sinuwa a Doban oraz w okolicach Jhinu Danda. W jego wyższych partiach wiosną kwitną rododendrony (np. las rododendronowy w okolicach Poon Hill i Ghorepani), a niżej przez cały rok inne drzewa. Uprawia się tutaj banany i arbuzy. Aż trudno uwierzyć, że nad głowami sterczą zlodowacone szczyty.

2) POON HILL (3193m, z wieżą widokową 3210m). Słynny widok oferuje panoramę na Dhaulagiri Himal, i po drugiej stronie rzeki Kali Gandaki, na Annapurna Himal. Najlepiej widać Dhaulagiri I (8167m) i Annapurnę Południową (7219m). Dobrze także Annapurnę I (8091m), Nilgiri (do 7061m), Hiunchuli (6441m), Tukuche (6920m), Dhaulagiri II (7751m), Gurja (7193m). O świcie zwykle jest bezchmurne niebo, słońce zaczyna oświetlać szczyty, w tym dwa ośmiotysięczniki. Poon Hill to jeden z najwspanialszych himalajskich punktów widokowych, bardzo łatwo dostępny. Nad dużą miejscowością – Ghorepani. Ale nawet tam na górze, w chłodzie poranka, można sobie kupić ciepłą herbatę i podziwiać najwyższe góry świata.

W opisie trekkingu do Bazy pod Annapurną, który umieściłem w zakładce „artykuły”, wspomniałem o pierwszych zdobywcach Annapurny I. W tym miejscu zatem będzie o pierwszych zdobywcach Dhaulagiri I. Miało to miejsce w maju 1960 roku podczas wyprawy szwajcarskiej. Szczyt zdobyli: Kurt Diemberger, Peter Diener, Ernest Forrer, Albin Schelbert i nepalscy Szerpowie – Nawang Dorje, Nyima Dorje, a dziesięć dni później Michel Vaucher oraz Hugo Weber. Polacy pierwszy raz na szczycie stanęli dwadzieścia lat później, również w maju, w osobach Wojtka Kurtyki i Ludwika Wilczyńskiego.

3) MODI KHOLA – GÓRNA CZĘŚĆ DOLINY. Od turystycznej osady Himalaya do Południowego Lodowca Annapurny. Wąska, skalista, z wodospadami. Wyżej lodowce i piękne skalne wierzchołki. Po bokach do blisko 7000m a na horyzoncie nawet do 7500m (Gangapurna 7454m, Annapurna III 7555m). Czuć tutaj prawdziwą wysokogórską atmosferę, a z rejonu Machapuchare Base Camp (ok. 3700m) rozpościera się niezapomniany widok na dolinę.

4) ODCINEK MACHAPUCHARE BASE CAMP – ANNAPURNA BASE CAMP. Krótki, po skręceniu w lewo z doliny Modi Khola. Sedno trekkingu. Za plecami dostojnie prezentuje się święta góra Nepalczyków - Machapuchare (6993m), na którą nie wolno się wspinać. Po lewej masyw Hiunchuli, po prawej morena Południowego Lodowca Annapurny, za nim Tharpu Chuli (5695m) i Singu Chuli (6501m), a dalej rejon Tare Kang (Glacier Dome, 7069-7140m). Z przodu upragniona Baza pod Annapurną (4130m). Nazwa: Południowe Sanktuarium Annapurny wynika nie tylko z położenia, ale także z rozłożenia szczytów. Jak w teatrze stojąc na scenie i patrząc na widownię. Tuż pod nogami jest potężny Południowy Lodowiec oraz czorteny modlitewne, w tym ofiar Annapurny. A po bokach szczyty od Annapurny Południowej, poprzez Bharha Chuli (7647m), Annapurna I (8091m, od drugiej strony względem Poon Hill), po Roc Noir (7485m). Tutaj czuć potęgę gór i widać ich nieskazitelne piękno.

5) JHINU DANDA HOT SPRINGS – czyli gorące źródła. Bez nich, byłaby to turystyczna wioska jakich wiele. Lecz niedaleko, przy korycie Modi Khola, tryskają termalne źródła i utworzono tu niewielkie kąpielisko. W którym można posiedzieć i odpocząć. Obok głośno szumi wspomniana lodowcowa rzeka, po bokach rośnie gęsty las. Nie widać stąd cywilizacji. Odwiedziny tego miejsca mogą być wspaniałym zwieńczeniem trekkingu do Bazy pod Annapurną dla jednych, początkiem trekkingu, dla drugich.

W dziale artykuły można znaleźć więcej informacji o trekkingu.

Na zdjęciach przykładowe zdjęcia z kilku wyjazdów.

Opublikowano w Blog

Regularnie jestem pytany, czy kolejne przejście tego samego trekkingu mnie nie nudzi? Mógłbym odpowiedzieć – to moja praca. Ale nie, nie nudzi. A jak zacznie, wybiorę inne trekkingi. Ich nie brakuje. Wielokrotne pokonywanie tych samych tras ma swoje plusy. Za każdym razem dostrzegam nowe rzeczy, pogłębiam swoje obserwacje. Widzę jak zmienia się dany fragment – w tym wypadku – Nepalu. Jak cofają się lodowce, jaka na przestrzeni lat jest pogoda, temperatura. A gdy mogę przy okazji pokazać komuś fajny kawałek świata, to sprawia mi to radość.

Na blogu piszę głównie o wulkanach, chociaż materiałów z niewulkanicznych wyjazdów są terabajty. Niewykorzystane. Kolejne terabajty materiałów, które nie ujrzały nigdy światła dziennego, dotyczą samych wulkanów. Powód prozaiczny - brak czasu, którego nie da się rozciągnąć.

Ale w ramach odskoczni od wulkanicznych tematów, dzisiaj parę zdań o bardzo fajnym trekkingu wokół Manaslu. Ósma góra świata, nosząca też nazwę Kutang, co w tybetańskim nawiązuje do płaskiego miejsca jakie jest pod szczytem. Ten płaskowyż jest charakterystyczny dla Manaslu i rozegrała się tam niejedna górska tragedia. Górę zwano też Peakiem XXX, a obecna nazwa w starym indyjskim języku oznacza Góra Ducha. Najczęściej podaje się wysokość 8156-8157m. Manaslu jest pomiędzy Dhaulagiri 8167m a Nanga Parbat 8126m. Całe pasmo górskie jest wyraźnie wyodrębnione od sąsiednich – Annapurna Himal, Himlung Himal, Kutang Himal i Ganesh Himal.

Atutem trekkingu wokół Manaslu jest niewielka liczba turystów, jeszcze, i przyzwoite warunki pobytowo-noclegowe, już. Kiedyś chodziło się tutaj z namiotami. Piechur ma też poczucie, że znalazł się w sercu gór, daleko od cywilizacji, a to nawet w Himalajach coraz trudniejsze.

Można podziwiać Manaslu z dwóch stron. Najsłynniejsze widoki są z Lho (z klasztorem buddyjskim na pierwszym tle), z okolic Samagaon i z Bimtang.

Atrakcjami są wioski tybetańskich ludów, wodospady, lodowcowe jezioro Birendra, do którego obrywają się kawałki lodowca Manaslu. Wielokrotnie przechodzi się mostami nad rzekami lodowcowymi jak Budhi Gandaki Nadi i Marsyangdi Nadi. Ich doliny raz są wąskie, skaliste, innym razem szerokie, oferujące efektowną panoramę Himalajów.

Niżej można obserwować uprawy ryżu i bananów, wyżej jęczmienia i kukurydzy. Wiosną napotkamy kwitnące rododendrony, a jesienią kwitną inne gatunki drzew. Trafiają się drzewa limonkowe i z pomidorami drzewnymi. Rosną tu też jabłka. A z warzyw uprawia się między innymi paprykę, kapustę czy ziemniaki.

Najwyższym punktem trekkingu jest przełęcz Larke (Larkya La/Bhanjyang – te ostatnie słowa po nepalsku i tybetańsku oznaczają - przełęcz). Choć dane co do wysokości podaje się różne, to najwyższe fragmenty na ścieżce są na wysokości 5145-5165m n.p.m. A ten kluczowy punkt jest w innym miejscu niż tablica informacyjna i ogromne ilości flag modlitewnych. Kawałek dalej. Przełęcz jest szeroka i płaska. Po bokach są zlodowacone 6-tysięczniki, między innymi pasma Larke Himal, które przytulone jest do Manaslu. Z drugiej strony jest grupa górska Himlung, w części najbliżej przełęczy zwana Pawar Himal. Wędrówka w tym rejonie biegnie morenami, po bokach są niewielkie lodowce, a schodząc mocno w dół z przełęczy, rozciąga się piękna panorama na fragment Annapurna Himal.

Cały trekking od Arughat do Besi Sahar zajmuje około dwa tygodnie, a powolne zdobywanie wysokości ma zbawienny wpływ na proces aklimatyzacji.

Najlepsze miesiące na jego realizację to kwiecień, maj, październik, listopad, choć tak naprawdę może być to trekking całoroczny. Z najmniej przyjaznym okresem pomiędzy połową grudnia a połową lutego. Śnieg, mróz, wiatr i nieprzetarta ścieżka mogą wtedy sprawić trudności. Ale jeśli ktoś chodzi w zimie po wyższych partiach polskich gór, nie będzie zaskoczony warunkami. Dodatkowym utrudnieniem będzie oczywiście wysokość.

Trekking wokół Manaslu można sobie urozmaicić odbiciami do Doliny Tsum, albo do bazy pod Manaslu czy na którąś z tybetańskich pięciotysięcznych przełęczy. Poprawi to proces aklimatyzacji i dostarczy wspaniałych wysokogórskich przeżyć.

Na koniec wypada wspomnieć o pierwszych zdobywcach Manaslu 8156m. Od początku bardzo chcieli go zdobyć Japończycy, próbowali kilka razy, aż na początku maja 1956 roku na szczycie stanęli: Toshio Imanishi (Japończyk) i Gyaltsen Norbu (Nepalczyk, Szerpa). Od strony lodowca Manaslu i wioski Samagaon. Polacy na szczycie zameldowali się w 1984 roku, ale było to pierwsze zimowe wejście (pierwsza połowa stycznia). Dokonali tego Maciej Berbeka i Ryszard Gajewski.

Więcej informacji o Trekkingu wokół Manaslu można znaleźć w dziale: artykuły.

Oto mała próbka zdjęć z kilku wyjazdów

Opublikowano w Blog
Strona 1 z 12

nationalgeographic box

red bull 225x150

TOKFM box

iexpert 225X150px

stopka plecak

LogoStopka

stopka plecak

Strona używa informacji zapisanych za pomocą… plików cookies w celu dostosowania do indywidualnych potrzeb użytkowników. Jeżeli tego nie akceptujesz zmień ustawienia przeglądarki dotyczą…ce cookies. Więcej informacji można znaleźć‡ w naszej Polityce prywatności.