a2b2

instargam res

red bull box 225x150

pzu bezpieczny 225x140

spokey.jpg 225PX

LOGO

Podziel się

FacebookMySpaceTwitterGoogle BookmarksLinkedinRSS Feed
Wieczorem, w nocy, o poranku, obserwowałem erupcje Fuego ze skraju krateru Acatenango. Nadszedł czas na podejście bliżej tego pierwszego. Pogoda świetna, a poprzedni dzień tego nie zwiastował. Raczej obawiałem się gęstych chmur na wierzchołkach, które przyszły w końcu, ale w połowie dnia. Zejście do przełęczy pomiędzy wulkanami zajęło 45 minut, wysokość 3315m, a stratowałem z 3960m. Niezbyt gęsty las, skałki, żleby. Nie miałem większych trudności. Na przełęczy zauważyłem ścieżkę, która biegnie w moim kierunku. Dobrze, zaoszczędzę trochę czasu.

Tzw. punkt widokowy w masywie Fuego pojawił się podczas przeglądania map Google Earth. W interencie znalazłem też zdjęcia z tego miejsca. Tak się fajnie złożyło, że od strony Acatenango, ramię Fuego posiadało odchodzące od krateru spłaszczenia. Najniżej położone, największe z nich, oddzielone małą przełączką od wulkanu, "zagospodarowano" jako punkt widokowy. Nie chodzą tam turyści, bo niby nie wolno, niebezpiecznie. Ale miłośnicy adrenaliny pojawiają się tam. Z Acatenango przełęcz między wulkanami wydawała się bliżej. W praktyce spory odcinek do pokonania. Na punkcie widokowym GPS pokazywał 3595m, ale nie skalibrował się dobrze, bo trzymałem go w kieszeni. Później wysokość wzrosła do 3610m. Ale uciekając z tego rejonu zerknąłem na chwilę na ekran i wysokość tego miejsca była inna – 3630m z błędem do 5m.

Jestem do bólu pragmatyczny i twardo stąpam po ziemi. Może dlatego niektórzy nazywają mnie cyborgiem? Aczkolwiek słyszałem również o innych powodach. Zdarzają się jednak w moim życiu sytuacje, których do końca nie umiem wyjaśnić. Tyle razy cudem uniknąłem śmierci, że trudno nazwać to tylko szczęściem. Na Fuego też zdarzyło się coś, nie do końca dla mnie wytłumaczalnego. Choć przyjąłem wersję – że to tylko ciekawy zbieg okoliczności. Zawsze tak robię.

Fuego rano uspokoił się. Wcale mnie to nie cieszyło. Sympatycznie oglądało się erupcje. Ale z drugiej strony pojawiła się myśl, że może dzięki temu bliżej mnie dopuści do siebie. Znajdując się na przełęczy między nim a Acatenango doszło do dużej erupcji. Ucieszyłem się. Nie przyszło mi do głowy, że to być może wskazówka, ostrzeżenie. Gdy dotarłem na tzw. punkt widokowy było spokojnie. Pomyślałem, może wejdę na jeszcze jedno małe wybrzuszenie, całkiem blisko wierzchołka z kraterem. W sypkim rumoszu skalnym, po bokach widząc bomby wulkaniczne piąłem się do góry. Żadna czerwona lampka przed oczami się nie zapaliła - jak zwykle. Widziałem, że nad kraterem unoszą się i opadają do niego kawałki lawy. Kusiło podejść jeszcze wyżej. Szybkim marszem ruszyłem ostro do góry i w tym momencie doszło do potężnej erupcji. Nawet nie zdążyłem na nią dobrze spojrzeć, bo z mózgu dostałem krytyczny komunikat – uciekaj! Rzuciłem aparaty fotograficzne i jak wariat zacząłem biec w dół. Myślę, że w tamtej chwili nawet Usain Bolt mógł ze mną przegrać. Słyszałem jak kawałki lawy uderzają za mną o ziemię, po chwili niektóre zaczęły się turlać obok mnie. Sytuacja się uspokoiła, nic mi się nie stało. To było drugie, mocne ostrzeżenie. Jakby Fuego chciało mi powiedzieć, przesadziłeś. Nie pozwolę zrobić tobie ani kroku dalej. A jak spróbujesz jeszcze raz – zabiję. Chyba że była to śmiertelna zasadzka, z której się wyrwałem.

Gdyby nie pozostawione aparaty fotograficzne, z kartami pamięci, nie wiem czy bym znowu ruszył do góry? W moim przekonaniu nie miałem wyjścia. Musiałem to zrobić. Wróciłem po nie. Gdy wisiały na szyi, zszedłem kilka metrów zatrzymując się na malutkim wypłaszczeniu, ostatnim przed kraterem. Nie miałem wątpliwości, że próba pójścia wyżej to samobójstwo, a samobójcą nie jestem. Po prawdzie, miejsce w którym stałem nie było wiele bezpieczniejsze. Kask na głowie nie uratowałby mnie.

Nastąpiły dwie mniejsze erupcje w krótkim odstępie czasu. Widziałem jak rój lawy wylatuje z krateru, ale fragmenty najbliżej mniej spadały 10-15 metrów. A dzięki temu, że stałem na wypłaszczeniu turlały się na dół po obu jego stronach. Lecz przede wszystkim bardziej na północ, czyli po mojej prawej patrząc na wulkan.

Wybuch, który mnie zmusił do ucieczki, uświadomił, że bardziej niż na rejestracji erupcji muszę skupić się na własnym życiu. I nie spuszczać wierzchołka z oka, a zdjęcia jeśli już, robić trochę na oślep. Jakieś wyjdzie. Kolejny mocniejszy wybuch zastał mnie jednak nieprzygotowanego do ucieczki. Mogłem tylko odprowadzić wzrokiem, jak kilka kawałków lawy spadło 2-3 metry ode mnie. Wiedziałem w tamtej chwili, że muszę zabrać zabawki i się ewakuować. Bo czwartego ostrzeżenia nie będzie. I wtedy nastąpił ogromny grzmot. Przez ułamek sekundy widziałem ile kawałków lawy z wielką siłą wyleciało z krateru i jak duży słup popiołu i gazów rósł nad wulkanem. Takiej erupcji na Fuego wcześniej nie zaobserwowałem. Biegiem ruszyłem w dół. Kątem oka obserwowałem jak lawa uderza w miejsce, w którym chwilę wcześniej stałem, turla się obok mnie. Biegłem z całych sił.

Zatrzymałem się dopiero przed tzw. punktem widokowym. Gdy to uczyniłem, doszło do kolejnego dużego wybuchu. A jako, że wiatr w ostatnim kwadransie trochę się zmienił, część lawy znowu spadła na wypłaszczenie, na którym byłem przed chwilą. Nie miałem wątpliwości, trzeba opuścić partie szczytowe Fuego. Zresztą z dołu ku górze wędrowało dużo chmur. Znowu uratowało mnie kilka sekund i komunikat z mózgu, który kazał uciekać bez najmniejszej chwili zawahania.

Zaskoczyła mnie częstotliwość wybuchów i ich skala. Od wieczoru dnia poprzedniego nic takiego nie miało miejsca. Zanotowałem nawet godzinną przerwę między wybuchami. Chociaż ten punkt widokowy, gdy erupcje nie są duże, jest w miarę bezpieczny. I chciałem jeszcze na nim pozostać. Ale kolejna wiadomość z mojego centrum dowodzenia brzmiała, ani chwili dłużej, schodź na dół. Instynkt mnie jeszcze nigdy nie zawiódł, zawsze go słucham. Uratował mi nieraz życie. Bez wahania ruszyłem w dół. Fuego było już praktycznie w chmurach. Po dwóch minutach doszło do największej erupcji podczas mojego pobytu w rejonie wulkanu. Zabolały mnie uszy od huku, poczułem niewielką falę uderzeniową. Gorącą. Ziemia się zatrzęsła. I zdałem sobie sprawę, że kawałki lawy uderzyły w punkt widokowy. Przez chmury przedarła się ogromna czarna chmura. Zbocze też zadymione, pełne turlających się kawałków lawy. Przyśpieszyłem. Coś dziwnego się działo.

Gdy znowu znalazłem się na przełęczy między wulkanami, kolejny ogromny wybuch wstrząsnął okolicą, ale Fuego tonęło w chmurach. Słychać było jak duże kawałki lawy uderzają o ziemię, hałas turlania. Dziesięć minut później, gdy wspinałem się z powrotem na Acatenango miała jeszcze jedna bardzo mocna erupcja. A potem wulkan się uspokoił. Przez najbliższe dwie godziny miał miejsce tylko jeden grzmot, słabszy od wcześniejszych. Pewnie doszło również do jakichś małych erupcji w tym czasie, ale przez chmury nie było ich widać.

I jak po takiej przygodzie wyjaśnić to wszystko, poukładać sobie w głowie? Dlaczego Fuego stało się tak groźne, gdy do niego się zbliżyłem? Dlaczego uspokoiło się, gdy odszedłem? Akurat w tym momencie? Choć wszystko ma jakieś logiczne wytłumaczenie, to te pytania nadal siedzą w mojej głowie. Próbuję je przetrawić, znaleźć wyjaśnienie, uwierzyć w przypadek, ale całkowicie mi się to nie udaje. Nie pierwszy raz. Po kilkunastu latach wędrówek na wulkanach czuję z nimi bardzo bliską więź. Są jak moja rodzina. Czuję się wyjątkowo dobrze w ich towarzystwie. Zżyłem się z nimi. Mam poczucie, że znamy się nawzajem wyśmienicie. Nieraz wydawało mi się, że pozwalają mi na więcej, otwierają pewne drzwi do siebie, które zwykle są zamknięte. Ale gdy pojawiają się u mnie takie skojarzenia. Zaraz włącza się mój realizm, według którego nic nadprzyrodzonego nie istnieje. A ja jestem tylko bardziej zaawansowanym biologicznie tworem, który wskrzesiła natura, który natura też unicestwi – wcześniej lub później. I dalej nic absolutnie nie będzie. Świadomość istnienia skończy się wraz z moją śmiercią. Podoba mi się to rozwiązanie. Choć jeszcze bardziej spodobałaby mi się nieśmiertelność.

Po fragmencie bardziej opisowym, kilka danych i szczegółów technicznych. Ostatnie wypłaszczenie przed kraterem wg bardzo szybkiego pomiaru wynosiło 3678m n.p.m. z błędem do 14m, ale gdy GPS złapał więcej satelit zrobiło się 3693m z błędem do 4 metrów. Podobna sytuacja jak z punktem widokowym. Bardzo chciałem przekroczyć 3700m. I to się udało, mój podbieg, zakończony ucieczką, skończył się na 3705m n.p.m., w tym błąd pomiaru to 4-5m. Od najwyższego punkt krateru dzieliło mnie tylko 60 metrów różnicy poziomów, od najniższego jeszcze mniej. Stromy, krótki odcinek. Ale przy tej aktywności absolutnie nie do pokonania, bo nawet pomiędzy wybuchami z krateru wydobywały się kawałki lawy. Większość wpadała do środka, ale nie wszystkie. Gdybym zdecydował się iść dalej na pewno bym zginął. Po prawdzie, cudem nie zginąłem w miejscu do którego dotarłem.

O ile podejście z przełęczy na punkt widokowy powolnym tempem zajęło 40minut, o tyle zejście niecałe 30 minut. Natomiast powrotne wdrapanie się do krateru Acatenango 90minut. Wchodziłem inną trajektorią, nawet częściowo jakąś ścieżką. Podczas tego podejścia poczułem skalę wyeksploatowania organizmu na tej wyprawie. Szalone tempo, wielki wysiłek. Na wulkanach nie oszczędzałem się ani odrobinę, robiłem bardzo dobre czasy. W tym momencie to wszystko poczułem. I zdałem sobie sprawę, że kontuzje po wulkanie Poas nie zaleczyły się. Albo je odnowiłem uciekając z Fuego. Nie było kalkulacji zdrowotnych, tylko ile fabryka dała mocy, tak szybko zbiegałem w dół. Gdy emocje, adrenalina opadły, poczułem ból. Który towarzyszył mi przez prawie całą wyprawę. Na szczycie Acatenango nic nie było widać – chmury, wiatr, chłód. Zadanie wykonane, mogłem wracać do cywilizacji. I pomyśleć, że początkowo miałem udać się tutaj na komercyjną wycieczkę. Byłaby to największa głupota tej wyprawy. Na szczęście mój mózg jest mądrzejszy ode mnie i nie dopuścił do tego :).

Podczas mojego pobytu na wulkanach Acatenango i Fuego praktycznie cały czas byłem sam, a obawiałem się dużej ilości uczestników wycieczek turystycznych. Zimno i wiatr w partiach szczytowych skutecznie odstraszał. Gdy wędruję sobie przez pustkowia, gdzie jestem tylko ja i przyroda. Żadnej cywilizacji, żadnych strażników parkowych. Nie ma wtedy żadnych problemów. Wszystko jest proste. I tak lubię najbardziej.

Volcan de Fuego (Wulkan Ognia) – kilka informacji. Klasyczny stratowulkan. Podawana wysokość to 3763m, ale trzeba mieć świadomość, że erupcje mogły kilka metrów zabrać albo dołożyć. To bardzo aktywny wulkan, w ciągłej fazie erupcji. Lecz ostatnia duża erupcja (VEI 3) przed moim przyjazdem miała miejsce na początku maja 2017 roku. Występują na Fuego różne typy erupcji – strombolijskie, vulcanian (dominowały podczas mojego pobytu w masywie Fuego), pelean, piniańskie (więcej pisałem o nich dwa artykuły wcześniej: GWATEMALA – wulkan Pacaya 2580m – uwielbia pluć lawą).

Gdy poczytamy o początkach jego eksploracji pod koniec XIX wieku, zauważymy że niewiele się zmieniło od tamtego czasu. Trzeba było starać się o pozwolenie od gubernatora. Osobiście na takie bezsensowne elementy jak pozwolenie czasu nie miałem (i tak nikt by go nie dał). Przewodnicy nie chcieli iść, bo się bali, albo byli za słabo przygotowani na taką eskapadę. Dlatego nawet do głowy nie przyszło mi z jakiegoś skorzystać. Zresztą nawet jak to czynię, zawsze służą mi jako drogowskazy pozwalające zaoszczędzić czas i sposób obejścia kwestii formalnoprawnych. To jest ich jedyna rola. Gdy pierwsi eksploratorzy (Francuzi, Brytyjczycy) mieli szansę wejść na wierzchołek, najczęściej pokonywała ich pogoda (chmury) lub błędy lokalnej ludności zatrudnionej do pomocy. No i oczywiście erupcje wulkaniczne.

Fuego czasami bywa spokojny przez pewien czas. Wtedy można by zaryzykować wejście nawet na wierzchołek. Nie miałem takiej możliwości, erupcje były silne o dużej częstotliwości. I tak zaszalałem podchodząc bardzo blisko. Nie zmartwiła mnie zapora postawiona przez Fuego. Z najbliższej odległości mogłem obserwować erupcje, dosłownie je poczuć, kawałki lawy spadały obok mnie. Wspaniałe przeżycie. W zupełności mi wystarczyło, że Pacaya dopuściła mnie na sam wierzchołek i żadnej krzywdy nie wyrządziła. Tutaj delektowałem się wybuchami. Lecz nadal mam nadzieję, że będę mógł kiedyś zobaczyć erupcję o sile VEI 6 lub 7 (indeks eksplozywności wulkanicznej). To byłoby dopiero widowisko. Niszczycielska siła wulkanu na gigantyczną skalę. Niestety erupcja superwulkanu za mojego życia nie nastąpi.

Na zdjęciach (14-15marca): różne odsłony wulkanu Fuego, z pod krateru i z Acatenango, z przełęczy pomiędzy wulkanami. Jak się przyglądam niektórym z nich - dziwi mnie bardzo, że nie zginąłem. To już któraś taka przygoda.

Opublikowano w Blog
Volcan de Pacaya słynie z rzek lawy. Lecz trafiłem na spokojny okres w jego działalności. Co ma dobre strony, bo pozwala się dostać w partie szczytowe wulkanu, które podczas erupcji są niedostępne. Postanowiłem wykorzystać okazję.

Przed 6:00 stałem już przed moim miejscem noclegu. Jak było przyjemnie. Guatemala Antigua jest na wysokościach 1500-1600m, więc rano i wieczorem jest przyjemnie chłodno. W dzień niefajnie upalnie. Oprócz mnie jechało jeszcze 7 osób, wszyscy z krajów anglojęzycznych. Ale nie było czasu do rozmowy, bo gdy po ponad godzinie jazdy znaleźliśmy się u bram parku, rozstaliśmy się. Oni mieli swojego przewodnika, ja swojego. Wysokość 1900m. Na zegarku 8:00.

50q opłaty parkowej i w drogę, bo jak dobrze pójdzie wrócę tym samym samochodem. Z ostrożności jednak zapłaciłem drugie 10usd na powrót o 18:00. Najważniejsze to zrobić na wulkanie to co mnie interesuje, czas powrotu był sprawą drugorzędną. Do pokonania ok. 650m przewyższenia fajną ścieżką, a potem powyżej lasu też szybko i bezproblemowo. Nad niewielkim kraterem, w którym stożkowaty otwór lawowy (de facto krater w kraterze), byliśmy po 75 minutach, szybkiego, ale bez przesady, marszu. Starczyło jeszcze czasu na kilka postojów fotograficznych.

Jak pisałem wcześniej, dostać się nad krater wulkanu Pacaya nie jest łatwo. I są obostrzenia. Mój przewodnik powiedział, że można przebywać 10minut, był cały czas w kontakcie z parkiem. Pobyt swój wydłużyłem do godziny i dziesięciu minut. Byliśmy już telefonicznie kilka razy wzywani do zejścia. Do tego nie ograniczyłem się do miejsca widokowego położonego z 50 metrów od otworu, z którego wylatuje lawa. Tylko chodziłem po świeżym polu lawowym bezpośrednio poniżej otworu, badałem temperaturę fumarol. Byłem chwilami w rejonie zagrożenia dostaniem kawałkiem płynnej lawy w głowę. I to przy tych malutkich wyrzutach. Nie chciałbym tam być, gdyby nastąpił większy. A co któryś taki był. Bardzo dobrze spędzony czas. Gimi, mój przewodnik, a tak naprawdę przykrywka przed formalnoprawnymi kłopotami, z daleka obserwował moje poczynania. Po czym stwierdził, że wariat ze mnie. On by nigdy tam nie poszedł. Dlaczego, bo niby w każdej chwili mogłem zginąć. Nie miałem takiego poczucia.

Z otworu lawowego Pacaya lawa wydobywała się nieprzerwanie. Były to niewielkie wyrzuty, mikroerupcje strombolijskie. Przerwy pomiędzy wyrzutami trwały: kilka – kilkanaście sekund. Co któraś miała większą siłę. Czasami następował wyrzut z wybuchem. Nawet podczas końcowego podchodzenia na wulkan dwukrotnie nastąpił grzmot, Gimi sugerował, że może być niebezpiecznie, zawróćmy. Z mojej strony taka możliwość nie istniała. Podczas pobytu na szczycie, też co około dwudziesty wyrzut miał silniejszy charakter, dwukrotnie nastąpił grzmot z wyrzutem niewielkiej ilości popiołów wulkanicznych. W tle większe wybuchy prezentował wulkan Fuego.

Lawa spadała po stożku wokół otworu, koło którego się kręciłem. Ale tylko raz zrobiło się bardzo niebezpiecznie. Trawersowałem go w dolnej partii, by przejść na jęzor zastygłej lawy. Zmierzyłem wcześniej laserem jego temperaturę, by nie wejść na płynną lawę, zastygłą tylko na powierzchni. W tym momencie nastąpił większy wyrzut lawy. Dzięki kilku gwałtownym skokom, znalazłem się poza polem rażenia. Na takim wulkanie zawsze istnieje ryzyko duże erupcji, bez ostrzeżenia. Biorę to pod uwagę, ale nie zniechęca mnie ten fakt przed kręceniem się w miejscach tak ryzykownych w jakim się znajdowałem.

Bardzo niewiele osób wchodzi w rejon wierzchołka. W te miejsca, w które wszedłem, nie wchodzi nikt, ale to normalne. Dziwi mnie jednak, że tak mało chętnych dociera w rejon szczytu, bo chociaż jest ryzyko, to miejsce do oglądania wyrzutów lawy z otworu jest fajne. I dostać się tutaj, to nieduży wysiłek. A Gimi narzekał, że ostatnio sporadycznie ktoś chce się tam dostać. Rzecz jasna poza nami nikogo nie było. A można nie tylko w dzień jak chciałem, ale też w nocy, gdy lawę lepiej widać, za to wulkan dużo gorzej.

Gdy wulkan Pacaya jest bardziej aktywny, spływają rzeki lawy, wtedy standardowa wycieczka może być naprawdę ciekawa. Tylko warto pobyć tam dłużej niż 30-60 minut jak oferują firmy wycieczkowe. Lecz w tym momencie była zupełnie bez sensu. Owszem, pewnie nikt nie miał poczucia oszukania, bo zapłacił jedynie 10 dolców za transport i przewodnika oraz zobaczył ze sporej odległości partie szczytowe Pacaya. Ale wyglądało to tak. Ludzie dochodzą do punktu widokowego i zastygłej lawy koło miejsca zwanego Lava Store. Robią parę fotek, dotkną lawy i wracają (przykładowe zdjęcia w galerii na końcu). Pacaya jest całkiem daleko, dużo wyżej, a szczyt kompletnie niewidoczny. Już ciekawsze widoki są na Fuego, Acatenango i Volcan de Aqua (aczkolwiek zdecydowanie najlepsze ze szczytu Pacaya). Które są dużo dalej, ale bardzo majestatycznie wyglądają. I cała taka piesza wycieczka trwa 2,5-3h. Z czego turystom wejście i zejście zajmie z 2-2,5h. Gdybym ja się wybrał na taką wycieczkę, załamałbym się, widząc jej bezsens. Na szczęście robiłem dużo ciekawsze rzeczy. Ale turyści wydawali się zadowoleni i bardzo zmęczeni. W drodze powrotnej wszyscy spali. Czym się tak zmęczyli?

Na Pacaya jak się dobrze rozegra można wejść bez przewodnika, tylko trzeba mieć więcej czasu niż ja, zapewniony jakiś transport, oraz najlepiej być rano, zanim zjadą się ludzie. Gdy myśmy po 10:00 schodzili, dużo grup startowało do góry. W tym leniwi na koniach, które można wynająć. 60usd, które zarobili Gimi i Rudolfo, choć jest sporą kwotą jak na lokalne warunki, uważam za dobrze wydane. Zaoszczędziłem dużo czasu, Gimi się nie wtrącał i wstrzymał telefonicznie odjazd mojego mikrobusa o 15 minut, dzięki czemu zdążyłem wrócić z tą samą grupą (szybkie zejście z wierzchołka pod samochód zajęło 45min). A na wulkanie zobaczyłem wszystko co chciałem i zrobiłem wszystko co chciałem. Poza tym chłopak był sympatyczny, wesoły, najlepszy lokalny przewodnik z jakim współpracowałem dotychczas podczas tej wyprawy, mimo że o wulkanach nie wiedział nic. Ale za to choć w minimalnym stopniu znał angielski.

Na dole chwilę rozmawiałem z Rodolfo i pytam, to jak to jest, czy można wchodzić na wulkan czy nie? To skomplikowane Gregorio. Mieszkam tutaj, jestem członkiem lokalnych stowarzyszeń, od dwudziestu lat świadczę usługi na Pacaya, mam swoje możliwości, znajomości. Okay, rozumiem. Nieważne, ważne, że osiągnąłem swoje cele. Oto namiary: przewodnik Rodolfo Pineda – mówi trochę po angielsku. Telefon 4895-2771, 5328-7595, email: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript. .

Po 12:00 wróciliśmy do Gwatemala Antigua, miałem dużo czasu na przygotowania do wyjazdu na Acetenango. Rzecz jasna, o 10usd za niewykorzystany transport się nie upominałem. Sam się zdecydowałem na takie zabezpieczenie, firma przygotowała dla mnie miejsce w samochodzie. Moją decyzją było nie skorzystanie z tego. Kierowcy oddałem niewykorzystany kwit podróżny i powiedziałem, że mogą kogoś na moje miejsce jeszcze zabrać i zarobić.

Wulkan Pacaya 2552m (stratowulkan) – jeden z trzech mocno aktywnych w Gwatemali (obok Santiaguito (Santa Maria) i Fuego). Jest w tym kraju ponadto kolejne sześć wulkanów, które wybuchły w ostatnich dwustu latach, zatem można je również traktować jako aktywne (czas pokaże, czy w przyszłości zakwalifikujemy je jako nieaktywne (uśpione, dormant), wygasłe, czy nadal aktywne). Jak wszystkie odwiedzone wulkany podczas tej wyprawy, począwszy od Kostaryki, Pacaya jest częścią: Arco Volcánico Centroamericano, czyli Środkowoamerykańskiego Łuku Wulkanicznego. Znajduje się na skraju potężnej kaldery wulkanicznej, a charakterystycznym elementem wulkanu Pacaya jest komora magmy położona blisko powierzchni. Co skutkuje częstymi wypływami lawy. Pacaya ma status wulkanu w ciągłej erupcji, bo lawa jest obecna stale na powierzchni. Lecz co jakiś czas następują większe i gwałtowniejsze erupcje. Przed moim przyjazdem miały takowe miejsce w 2016 roku i pod koniec 2017 roku. Stanowi niezwykle ciekawy przykład występowania różnorodnych erupcji, większości typów.

Słynie z erupcji typu hawajskiego (wylewnych, rzeki lawy), ale występują także strombolijskie (za sprawą pęcherzyków gazowych lawa wydostaje się z krateru, na skutek zjawiska podobnego do pęknięcia bańki mydlanej). Rzadko typu vulcanian (mocniejsza wersja stromblijskiej z bardziej lepką lawą) oraz typu pelean (charakterystyczne chmury popiołów i gazów opadające po zboczu). Zdarzają się też najgroźniejsze - piniańskie (vesuvian) – nazwa od drzewa: sosna pinia, bo chmura popiołów i gazów przybiera kształt korony tego drzewa (coś jak grzyb po wybuchu atomowym). Typową tego typu erupcją odznaczył się Wezuwiusz w 79r. n.e., niszcząc Pompeje. Charakterystyczne są ogromne i wysokie na wiele kilometrów chmury gazów i popiołów wulkanicznych oraz wyrzucanie nawet dwóch trzecich objętości lawy znajdującej się w komorze magmowej.

Oficjalna wysokość wulkanu Pacaya wynosi 2552m. Na aktywnych wulkanach parametr ten podlega częstym zmianom. W obie strony. Mój GPS wskazał wysokość 2585m z dokładnością do 5m. Dla bezpieczeństwa można przyjąć 2580m. Przypuszczam, że pomiar 2552m zrobiono lata temu i nikt go nie aktualizował. Urządzenie pomiarowe na szczycie, gdzie otwarta przestrzeń, miało dostęp do licznych satelitów. Dlatego wskazana wysokość wydaje się wiarygodna.

Ciekawostka. Pod wulkanem, w miejscowości San Vicente Pacaya (ok. 1700m n.p.m.) funkcjonuje nieduża elektrownia, wykorzystująca do produkcji energii gazy z wulkanu Pacaya. One mają około 500 stopni Celsjusza. Pobierane są z głębokości około 2 kilometrów.

Na zdjęciach: Wulkan Pacaya w różnych ujęciach, w tym otwór lawowy. Widoki na wulkany: de Agua 3760m, Acatenango 3976m, Fuego 3763m. Pod koniec jak wygląda turystyczne oglądanie Fuego, elektrownia geotermalna. Kawałki świeżej, niedawno zastygłej lawy. Kilka godzin na Pacaya, długie spodnie, i tak zawsze wyglądają nogi po kontakcie z sypkimi wulkanami.

Opublikowano w Blog
sobota, 11 listopad 2017 14:28

WULKAN ETNA - zabawy z LAWĄ (FILMY)

Opublikowano w Filmy
poniedziałek, 11 grudzień 2017 06:11

ETNA poniżej 3000m - też jest ciekawa

Bez wątpienia najciekawsze z punktu widzenia aktywności wulkanicznej są partie szczytowe Etny. Ale poniżej też jest mnóstwo atrakcji. O wielu z nich już pisałem - jaskinie (np. Grotta del Gelo), kratery (setki), pola lawowe (kilkaset kilometrów kwadratowych), doliny (jak Valle del Bove). Tym razem dorzucę kolejną garść informacji.

Zagłębiem turystycznym Etny jest odcinek pomiędzy Rifugio Sapienza (ok. 1900m) a Torre del Filosofo (ok. 2900m). Jest tutaj hotel górski, kilka barów i restauracji. Kolejka gondolowa (Funivia dell Etna) i kilka wyciągów narciarskich. Kratery pasożytnicze licznie odwiedzane przez turystów oraz punkty widokowe na partie szczytowe Etny. Prawie cały ruch turystyczny odbywa się właśnie tutaj - od południa. Może i dobrze, bo w innych fragmentach Etny jest spokój. Niewielu turystów a miejscami nie ma ich wcale. Co nie oznacza, że w jej masywie nie ma schronów turystycznych, czy schronisk w niższych partiach. Jest także drugi ośrodek narciarski - od północy (Etna Nord, Piano Provenzana, Linguaglossa - Etna Nord). Są ścieżki, fragmentami niemal o charakterze szlaków, a drogi szutrowe wykorzystywane są przez rowerzystów.

Dużo turystyki jest u podnóża Etny, z wszystkich stron. Sam wulkan jest w tle. Zabytkowe miasteczka, starożytne zabytki, winnice, kaniony, wiejska sielanka, oraz linia kolejowa obiegająca ten największy europejski wulkan (poświęcę jej uwagę w kolejnym wpisie).

Zdjęcia w załączonej galerii pokazują rejon Rifugio Sapienza oraz Torre del Filosofo, jak również północny ośrodek narciarski - Etna Nord. Do tego pola lawowe, kratery, krzyż poświęcony Sabrinie Pilara sfotografowany w listopadzie 2009 roku i październiku 2017 roku. Do tego widok na Etnę z miasteczka Linguaglossa, a także rzeki zastygłej lawy z ostatniej dużej erupcji.

Właśnie, już tyle lat od niej minęło. W latach 2001-2002, lawa spływała z różnych stron Etny, schodząc poniżej 1000m n.p.m. Zniszczyła ośrodki narciarskie na południu i północy, zagrażała niektórym wioskom. Skala erupcji nie była tak duża jak choćby w latach 80-tych XX wieku, ale poważna. Od tego czasu to co sie dzieje na Etnie, to drobne erupcyjki. Nawet bardzo długi ciąg erupcji z lat 2008-2009, to skromne zjawiska. A ja od lat czekam na potężny wielomiesięczny i wielopunktowy wybuch Etny. Ciągle wierzę, że się doczekam. Uwielbiam niszczycielską siłę wulkanów. Nie pocztówkowe niegroźne wybuchy i wypływy lawy. Obserwacja jak wulkan zmienia krajobrazy - to dopiero atrakcja.

Dla takiego pasjonata wulkanów jak ja, zamieszkiwanie Europy nie jest najlepszym pomysłem. Wulkanów mało, aktywnych jeszcze mniej, a wybuchających znikoma ilość. Do tego czynią to rzadko. Ale może dlatego karkołomność mojego wulkanicznego projektu czyni go jeszcze ciekawszym i bardziej wartościowym. Gdybym był Indonezyjczykiem, w swoim kraju miałbym sto kilkadziesiąt aktywnych wulkanów, co najmniej kilka zawsze w fazie erupcji. A tak muszę się namęczyć, naczekać, naszukać zjawisk wulkanicznych, które mnie interesują. Zwykle poza Europą. Lecz, czasami czym trudniej tym lepiej.  

Opublikowano w Blog
poniedziałek, 20 listopad 2017 06:49

ETNA - wspaniały wulkan, wspaniały cel badawczy

Podczas drugiej wizyty na Etnie w 2017 roku postawiłem sobie jeszcze bardziej karkołomne zadania niż poprzednio:

-- Ustalenie wielkości komory magmowej w zboczu Krateru Centralnego (ona istnieje tam od przynajmniej dziesiątek lat, tak samo otwór lawowy, choć w różnej postaci, np. znalazłem w źródłach włoskich wulkanologów, że otwór lawy istniał w tym miejscu w 1998 roku),

-- Jeszcze bardziej wnikliwe zbadanie najmłodszego obszaru szczytowego w rejonie kraterów Południowo-Wschodnich, 

-- Odnalezienie największego powierzchniowego mikrolodowca w masywie Etny (największy lodowiec masywu w grocie Del Gelo przemierzałem kilka miesięcy wcześniej),

-- Próba obejścia wszystkich kraterów głównych i pobocznych w rejonie kraterów szczytowych,

-- Pogłębiona eksploracja doliny Del Leone,

-- Cała seria drobniejszych celów.

Jak wielka jest komora płynnej magmy w zboczu Krateru Centralnego? Chciałem to sprawdzić. Niebezpieczne zadanie, ale okazało się wykonalne. A wnioski intrygujące. Nad komorą zawalił się kawałek stropu i mamy odsłonięte jezioro płynnej lawy, o którym pisałem po czerwcowym pobycie. Tym razem udało mi się podejść na 3 metry od brzegu. Spękania, skrajnie trujące gazy i temperatura na granicy ludzkiej wytrzymałości - lądowanie na Marsie będzie łatwiejsze i bezpieczniejsze. Tam aktywnych wulkanów nie ma (chociaż niektórzy w NASA ciągle mają nadzieję). Dla mnie, mojego mózgu, ciała, takie chwile stanowią wspaniałe doświadczenie, naukę. Coś fenomenalnego. Odbiór takich momentów przez ludzki organizm jest niesamowity. Absolutne uczucie jakbym znalazł się na bardzo odległej planecie, odkrywał ją. Sam jeden.

Ale wrócę do wniosków. Ta powierzchniowa komora jest bardzo rozległa, kilkadziesiąt razy większa niż jezioro lawowe. Gdy byłem tak blisko, w każdej chwili mógł wystrzelić z niego rój bomb wulkanicznych, jak to ma miejsce na Stromboli. To byłby mój koniec. Ale obserwacje tego miejsca w czerwcu i teraz, oszacowanie jak wysoki jest brzeg, dawały realną nadzieję, że nic takiego sie nie stanie. Komora sięga aż samego szczytu Krateru Centralnego, dochodzi w pobliże Północno-Wschodniego Krateru. Jest ogromna. W nocy zlokalizowałem około dziesięć otworów w stropie, który bardziej popękał od mojego ostatniego pobytu. Niektóre tak niewielkie, że z trudem było je zauważyć. A musiałem bardzo uważać. Zwłaszcza w dzień. Zwykły otwór, z którego nawet się nie dymi. Ale włóżmy tam rękę i na dzień dobry mamy spotkanie z temperaturą 500 stopni Celsjusza. Szkoda ręki. Aluminiowy kijek pokryty lakierem w sekundę zaczynał się palić, mój termometr spożywczy w ułamku sekundy padł, bo temperatura za wysoka. Cały czas istniało ryzyko, że strop się pode mną zawali i wpadnę do lawy o temperaturze 1200 stopni Celsjusza. Szybka bezbolesna śmierć. Lecz nie to okazało się najbardziej niebezpieczne. Podczas pobytu Etna była wyjątkowo spokojna, emitowała jak na nią bardzo niewiele gazów. Dzięki temu mogłem zejść w niższe partie Krateru Centralnego, pod jezioro lawy. I w tym momencie doszło do dużej erupcji gazowej. Ledwo udało mi się z tego wydostać, a erupcja trwała ponad 30 godzin. Ale bez ryzyka nie ma sukcesów, a bez skrajnego ryzyka nie osiąga się pionierskich sukcesów. A te ostatnie z każdym rokiem kręcą mnie coraz bardziej. Fascynujące jest bowiem dokonywać pierwotnych odkryć, docierać w nieznane człowiekowi miejsca, ustalać nowe rzeczy, robić coś jako pierwszy człowiek w historii. Powielanie tego co zostało zrobione nigdy mnie nie interesowało.

Kratery Południowo-Wschodnie. Etna przyszła mi z pomocą. W czerwcu ilość gazów była tak potężna, że niewiele widziałem. Tym razem mogłem spokojnie przyjrzeć się wszystkiemu, wyłącznie z dnem Nowego Krateru Południowo-Wschodniego.

Mikrolodowce Etny. Szybko znikają. Te do których dotarłem w 2009 roku w rejonie Torre del Filosofo stopniały. Pod przełęczą, oddzielającą Kratery Południowo-Wschodnie od pozostałych, są dwa. Choć jeden w mocnej fazie zaniku. Zważywszy, że to południowa strona Etny i tak jest nieźle. A czym są mikrolodowce w mojej definicji? Niepełnoprawnymi lodowcami. Pojęcia: płat wiecznego śniegu, pole firnowe - są zbyt mało precyzyjne, a co najważniejsze nic nie mówią przeciętnemu człowiekowi. A sztuką jest mówić/pisać o nauce, tak, by być zrozumiałym. A nie zachowywać się jak kretyn, który nauczył się paru trudnych słówek. A że każdy zna słowo "lodowiec" i "mikro", bez wyjaśnień mniej więcej zorientuje się o czym mowa. A żeby więcej, to jest tak. Mikrolodowiec to twór lodowy, płat lub pole. Które nie jest w stanie stopnieć w ciągu roku. Więcej, jest to twór wieloletni. O przynajmniej kilku metrach grubości. Gęstość lodu nie ma większego znaczenia, choć zazwyczaj jest to jakiś stan pośredni pomiędzy zamarzniętym śniegiem a lodem lodowcowym, który jest bardzo mocno zbity (ma niewielką gęstość).

O największym lodowcu Etny w grocie del Gelo pisałem niedawno. Tym razem miałem nadzieję na znalezienie największego mikrolodowca na powierzchni. Chcąc solidnie spenetrować Valle del Leone, liczyłem, że właśnie tam, od północy są na to szanse. Czy sie udało? Za chwilę napiszę. Lecz wpierw ciekawostka. Mikrolodowiec, uformował się na dnie starego Krateru Południowo-Wschodniego. Ten teren to obecnie cztery kratery, a ten najstarszy, jeszcze dosyć aktywny w 2009, dzisiaj na tyle się ochłodził, że śnieg po zimie nie był w stanie stopnieć. Do tego erupcje z sąsiednich kraterów pokryły go rumoszem skalnym, a więc zatrzymały słońce i proces topnienia. I tak w jednym z kraterów bardzo aktywnego wulkanu, uformował się niewielki płat zlodowaciałego śniegu. Którego kiedyś nie było. Jak długo przetrwa w dużej mierze zależy od aktywności Etny.

Pod przełęczą od strony Valle del Leone znalazłem to czego szukałem. Pokryty popiołem wulkanicznym mikrolodowiec. Tylko od strony czoła widać było lód o kilkumetrowej grubości. On pewnie kiedyś był większy, ale w ostatnich kilkudziesięciu latach z pobliskiego otworu wydobywała się lawa. Dzisiaj tworzy zastygły jęzor, a obok jest właśnie mikrolodowiec. Największy w masywie Etny. Około 50 metrów długości i blisko 20 metrów szerokości. Przysypany popiołem wulkanicznym, co zapewniło mu przetrwanie.

Obejście wszystkich kraterów szczytowych Etny. Za sprawą młodego Nowego Krateru Południowo-Wschodniego, niezbyt trudne zadanie, okazało się prawie niewykonalnym. Obejście krateru Północno-Wschodniego, najwyższego, nie nastręcza większych trudności, jedynie w rejonie wierzchołka trzeba uważać na kilka szczelin, z których wydobywają się gazy. Podczas moich pobytów na Etnie uczyniłem to kilkukrotnie. Krater Centralny w połowie jest bardzo łatwy do obejścia, w drugiej połowie trudniejszy, za sprawą licznych wyziewów wulkanicznych z krateru, w tym z jego obramowania. Dosyć młodym utrudnieniem jest komora lawowa i pęknięcia oraz szczeliny, z których wydobywają się gazy i powietrze o temperaturze nawet ponad 500 stopni Celsjusza. Trzeba uważać. Plus ryzyko zawalenia sie stropu nad komorą. Nie mniej taki spacer robiłem ponad 20 razy.

Przejście wokół starego Krateru Południowo-Wschodniego też nie stanowi większego wyzwania. Ale już sąsiednie młode kratery, wąskie, sypkie, strome i dymiące - wymagają trochę uwagi. W tej chwili są częścią Krateru Południowo-Wschodniego. Kilkukrotnie pokonywałem tą część szczytową Etny.  

Największe wyzwanie stanowił Nowy Krater Południowo-Wschodni. Chociaż kilka razy pokonałem większość jego skrajnych partii, to pozostawał mi jeden fragment do przejścia. Już te przebyte części, miejscami strome, wąskie, sypkie, pełne gazów i siarki zmusiły mnie do pewnego wysiłku. Ale podczas czerwcowego pobytu musiałem zrezygnować z ostatniej części krateru - która jest urwiskiem. Jest to teren pomiędzy Kraterem Południowo-Wschodnim, a Nowym Kraterem Południowo-Wschodnim od strony Torre del Filosofo. By przejść ten fragment musiałem uciec do pewnego niestandardowego zabiegu. W czerwcu nie pozwoliły mi na to ogromne ilości gazów, które uniemożliwiły prześwietlenie wzrokiem terenu. Tym razem okazało się to możliwe.

Patent polegał na tym, że musiałem zeskoczyć z urwiska 2-3 metry, na bardzo stromy i ruchomy piarg. Po zeskoku miałem w małej lawinie złożonej z kruchego materiału piroklastycznego zjechać około 10 metrów, wydostać się z lawiny kilkoma skokami, by dostać się pod skalny komin. Ze względu na skrajną kruchość terenu nie miało znaczenia, że jestem sam, nie mam sprzętu wspinaczkowego ani partnera, partnerów do pomocy. W tych warunkach na nic by to się zdało. Sprzętu nie dało się użyć. Wszystko czego się dotknęło, zostawało w rękach. Musiałem pokonać kominem pięć metrów. Co to jest te kilka metrów wspinaczki? Na tak sypkim i kruchym wulkanie - bardzo dużo. Odpadnięcie skończyłoby się źle, bo zleciałbym do żlebu i nawet jeśli bym sobie większej krzywdy nie zrobił, to zjazd dwieście metrów z lawiną skalną, nieuchronną, mógł być nawet śmiertelnym zagrożeniem.

Pokonanie komina to nie był koniec, bo pozostawało jeszcze przejście 20 metrów bardzo stromego i sypkiego terenu. Jeden zły krok i lecę w dół, nawet kilkaset metrów. W skrajnym wypadku z wysokości 3300m, można się znaleźć na 3000m.

Czemu podjąłem takie ryzyko? Niezupełnie było to bezmyślne. Robiłem już takie rzeczy i zawsze się udawało, choć nie zawsze za pierwszą próbą. Uznałem wyzwanie za wykonalne. A nagroda była cenna. Nie mam żadnych wątpliwości, że jestem pierwszym człowiekiem na Ziemi, który obszedł wszystkie kratery szczytowe Etny w aktualnym stanie. Fajne uczucie. Lubię takie wyzwania. Lubię rywalizować z przyrodą. Lubię być pierwszy. Co prawda udało mi się to również w roku 2009, tylko że wtedy Nowy Krater Południowo-Wschodni, był niewielką dziurą, umiejscowioną 300 metrów niżej niż teraz i jej obejście było znacznie łatwiejsze.

Opisywany fragment, to miejsce niewielkiej acz widowiskowej erupcji z wiosny 2017. Lawa tryskała wysoko i długim jęzorem schodziła w dół, w rejon Torre del Filosofo i dalej do Valle del Bove. To właśnie podczas tej erupcji zostało rannych kilku dziennikarzy BBC. Dlaczego? Brak doświadczenia, wyobraźni, logicznego myślenia. Oczywistym jest, że jak lawa o temperaturze setek stopni Celsjusza, zetknie się ze śniegiem albo lodem - dojdzie do nagłej reakcji. Swoistego wybuchu, na skutek którego kawałki lawy wystrzelą w powietrze, pojawi sie gorący popiół wulkaniczny i bardzo toksyczne gazy. Z tego co słyszałem, mieli oni lokalnego przewodnika. Ale skutki jego pracy absolutnie mnie nie dziwią. Doświadczenie i umiejętności tzw. przewodników wulkanicznych, są tylko odrobinę większe niż ekipy BBC. Gdybym popełniał podczas realizacji Projektu 100 Wulkanów tak proste błędy jak oni, zabiłbym się ze sto razy.

By pokazać jak rozległy jest teren szczytowy, obejście wszystkich kraterów wraz z pokonaniem przełęczy oddzielającej Krater Centralny i Północno-Wschodni od Południowo-Wschodnich Kraterów - to prawie sześć kilometrów

Opublikowano w Blog
poniedziałek, 23 październik 2017 06:21

Włoski Wulkan Stromboli - każdy może zobaczyć lawę

Jest około dziesięć wulkanów na świecie, które w stały i łatwy sposób oferują możliwość zobaczenia lawy - niemal każdemu turyście. Można spotkać na nich tłumy. Druga dziesiątka oferuje też niemal zawsze możliwość zobaczenia lawy, ale wymaga znacznie większego wysiłku, co zwykle turystów zniechęca. W Europie mamy dwa wulkany w stałej fazie erupcji, które umożliwiają zobaczenie lawy. Z pierwszej grupy wulkanów, łatwych i niewymagających większego wysiłku -Stromboli 920m n.p.m. Do drugiej grupy zalicza się - Etna 3331m n.p.m. Wulkan dużo wyższy, większy, o bardzo rozbudowanych partiach szczytowych. Łatwą obserwację lawy oferuje tylko podczas niektórych erupcji. Tym razem skupię się jednak na Stromboli, który znajduje się około 100 kilometrów od Etny. Ważne, kolejne aktywne wulkany, oferujące łatwe oglądanie lawy, znajdują się tysiące kilometrów od Europy, na innych kontynentach. Chociaż dostanie się na nie, nie jest trudne, to kosztowne.

Ile kosztuje wycieczka z przewodnikiem na Stromboli? Sam się nie dowiadywałem, bo i tak bym nie skorzystał. Ale rozmawiając z ludźmi na promie, padały kwoty: 25, 28, 30, 35 euro. Dużo firm na wyspie Stromboli, a także firmy z sąsiednich wysp oraz z Sycylii, oferują takie wycieczki.

Będąc już pod wulkanem, starty są popołudniu, by jeszcze chwilę czasu na szczycie spędzić za dnia, więcej po zmroku, kiedy najlepiej widać lawę. Następnie zejście w dół. Niektóre firmy startują jeszcze za dnia, tak, aby po zmroku dojść do celu. Druga pora startów następuje pomiędzy 3-4 w nocy, by po ciemku dotrzeć na szczyt, a za dnia wrócić do wiosek od strony Przystani Promowej Stromboli. Od strony niewielkiej wioski Ginostra, po drugiej stronie wulkanu, też jest ścieżka, ale nie wiem czy funkcjonuje tam jakaś firma organizująca wejścia.

Wejście na szczyt to około 3 godziny, zejście około 2 godziny, pobyt na szczycie 30-90 minut. I właśnie, nie wszystkie firmy wprowadzają na sam szczyt, niektóre kończą wędrówkę tuż pod. Jedne pozwalają klientom być 30 minut na szczycie, inne nawet trzy razy tyle, to ma znaczenie.

Grupy bywają duże, w największej naliczyłem 41 osób i dwóch przewodników, 20-30 osób to często standard. Efekt, jak wejdzie 5-10 takich grup w tym samym czasie, nie tylko nie ma miejsca na szczycie i w okolicach, ale nawet ciężko dopchać się do robienia zdjęć. Koszmar.

A przewodnicy... nie liczmy na to, że w razie większej erupcji nam w czymkolwiek pomogą. Jeden czy dwóch ludzi, z nikłym doświadczeniem wulkanologicznym, polegającym na chodzeniu ścieżką w górę i w dół, nie jest żadną gwarancją bezpieczeństwa. To że przejdą jakieś szkolenie, mają krótkofalówkę i przypną sobie znaczek do piersi, nic nie oznacza. Tak w ogóle nie są w stanie zapanować nad grupą kilkudziesięciu osób, nie mają pojęcia kto jest w ich grupie (czytaj wcześniejszy artykuł na blogu). Bo ludzi widzą tylko przez chwilę, a część wejść w ogóle rozpoczyna się w nocy. W razie poważnej erupcji należy liczyć tylko na siebie. Stromboli i wulkaniczne usługi turystyczne to jedynie maszynka do zarabiania pieniędzy (tak samo jak i na Etnie). Dlatego są tablice straszące karą 500 euro, za samowolne wejście bez przewodnika.

Zresztą jakość ich pracy jest taka a nie inna. Nie słyszałem, by ktokolwiek z przewodników udzielił informacji o wulkanie, o jego historii, aktywności. Niektórzy "błyskotliwi" mówią, by nie podchodzić za blisko krateru - i wyznaczają nogą linię - bo to oznacza śmierć - głośną się śmiejąc jak to fajnie zagadali. Ich angielski też bywa słaby. Turyści robią zdjęcia, oni rozmawiają ze sobą, tak to mniej więcej wygląda.

Na szczyt są 3 trasy, ale przewodnicy używają ich na zasadzie jednokierunkowości. Dwie prowadzą od strony połączonych wiosek San Vicenzo i San Bartolo, jedna od strony Osservatorio (restauracja). Czwarta ścieżka jak już wspomniałem biegnie od strony Ginostry

Dobrze, że są takie usługi turystyczne, bo przecież większość ludzi nie ma pojęcia o wulkanach, nie jest przygotowana, by wejść nawet na taki jak Stromboli 917-920m (inne źródła podają 923-924m). Nie mają obuwia, odzieży, kasku, latarki, nie mają doświadczenia w samodzielnym chodzeniu po wulkanie. Oczywiście firmy wszystko wypożyczą albo sprzedadzą - kurtki, spodnie, buty, kijki, ochraniacze (stuptuty), nawet znajdą się - czapka i rękawiczki. Wypożyczą też obowiązkowy kask i latarkę czołową. Co ciekawe, nie dadzą żadnych masek, bo to koszt (przynajmniej ludzie, którzy z takich usług skorzystali, a z którymi rozmawiałem, nie dostali). Użyteczna maska jednorazowa, czy wielorazowa z wymiennymi filtropochłaniaczami razy tak ogromna liczba turystów, to koszty, które mogłyby zniechęcić do wykupienia wycieczki. I chociaż wiatr często omija wierzchołek, podczas mojego długiego pobytu, kilka razy szczyt pokrył się bardzo toksycznym gazem i maska była niezbędna. Bez maski trzeba byłoby natychmiast zbiegać  w dół. Blisko szczytu są ze cztery niewielkie mini schrony, takie betonowe przystanki autobusowe. Skryje się za nimi niewiele osób, z kilkuset, które często tam są. Gdyby w tym czasie doszło do prawdziwej dużej erupcji, która objęłaby szczyt, trupów i rannych byłoby wielu (zwłaszcza przez panikę i chaos). Na szczęście, otwory lawowe są znacznie poniżej zachowanego fragmentu krateru, a erupcyjki zwykle niewielkie i miłe dla oka. Chociaż Stromboli od dwóch-trzech tysięcy lat utrzymuje obecną aktywność, większe erupcje są stosunkowo rzadkie.

Na samym szczycie nawet w lecie potrafi być chłodno, już kawałek poniżej jest przyjemnie, ale tam na górze niekoniecznie. Widziałem osoby, w krótkich spodenkach, rękawach, błagające przewodników, by już schodzić. 10-15 stopni Celsjusza, noc, wiatr - może być zimno, zwłaszcza kobietom. Jakie buty? -przynajmniej adidasy. Chociaż oczywiście najlepsze są buty trekkingowe.

Erupcje można też oglądać od strony morza, od urwiska Sciara del Fuoco, organizowane są wycieczki łodziami. Czasami spadają nim kawałki lawy lub wręcz spływa ona do morza (Tyrreńskiego).

Na Wyspę Stromboli nie pływa dużo promów i bywają w sezonie od wiosny do jesieni problemy z biletami (brak miejsc), dlatego warto wykupić bilet powrotny od razu po przyjeździe albo nawet wcześniej. Na wyspy Liparyjskie startuje się z Milazzo na Sycylii (niedaleko Mesyny), rzadko, ale z Neapolu też coś pływa. Nie ma problemów, by przemieszczać się promami pomiędzy wyspami. Nie są tanie, od około 20 do 30 euro za odcinek, ale są. Z Milazzo na Stromboli to ok. 65km w linii prostej.

Na wyspie są też hotele, pensjonaty - nieduże, sklepy. Także wulkaniczne plaże i przez niemal pół roku ciepłe morze. Ceny oczywiście wyższe, od tych na stałym lądzie. Nie ma tutaj samochodów, ale są skutery i swoiste meleksy do przewozu zaopatrzenia oraz turystów z bagażami.

Wyspa Stromboli, zwana też Ginostrą, jest najbardziej północną z siedemnastu Wysp Liparyjskich. Czwartą co do wielkości. Z Milazzo szybkim promem, płynie się 3 godziny.

Na zdjęciach: wulkan-wyspa Stromboli, Wyspy Liparyjskie, Morze Tyrreńskie, Włochy.

Opublikowano w Blog
Cztery kilo na wadze mniej, dwa zniszczone aparaty fotograficzne (z czterech zabranych), zniszczona kamera, buty, większość odzieży, spalone przez lawę kijki. Pięćdziesiąt siniaków i drugie tyle drobnych rozcięć skóry, kilka drobnych poparzeń, lekkie zatrucie gazami. Oznacza to wykonaną w krótkim czasie dobrą wulkaniczną pracę na Sycylii i Wyspach Liparyjskich.

Na początek o wulkanie-wyspie Stromboli. Jedynym europejskim wulkanie, na którym niemal każdy w łatwy sposób może sobie pooglądać lawę. Obok Etny, najaktywniejszym na kontynencie.

W tym artykule opiszę swoje poczynania na Stromboli, a w kolejnym jak to zrobić od strony turystycznej. Dla mojego PROJEKTU 100 WULKANÓW, wycieczka z przewodnikiem nie ma żadnego sensu, ale dla 99,9% osób, jest jak najbardziej wystarczająca. Do tego niedroga.

Dla mnie pół godziny czy godzina na szczycie Stromboli to strata czasu. Na wulkanach potrzebuję go znacznie więcej. Nawet na tak małych jak Stromboli. Dlatego w partiach szczytowych spędziłem 8 godzin (w dzień i w nocy), a cała eksploracja trwała 24 godziny, non stop.

Przy czym samemu nie wolno wchodzić na Stromboli, jedynie do około 400m, dalsza wędrówka to ryzyko 500 euro kary. Informują o tym tablice. Więc co robi Gawlik? Jak zwykle je ignoruje. Nie dlatego, że lubię. Nie mam innego wyjścia.

Po tylu latach tułaczki po wulkanach, to ja mogę robić włoskim przewodnikom i wulkanologom szkolenia z poruszania się po wulkanach, a nie oni mnie. Ich obecność byłaby balastem, bo w razie niebezpieczeństwa, nie tylko siebie będę musiał ratować, ale też takiego przewodnika. No i żaden przewodnik, za żadne pieniądze, nie pójdzie tam, gdzie ja chcę i nie będzie non stop wędrował przez 24 godziny. Innymi słowy, muszę działać samodzielnie. Lecz rzeczywiście, osoby bez doświadczenia, nie powinny chodzić po tak aktywnych wulkanach samotnie. 

Po przypłynięciu na Stromboli (terminal promowy Stromboli), oddaliłem się od terenów zamieszkanych, podszedłem kawałek do góry, gdzie w chaszczach postawiłem namiot i zostawiłem zbędne rzeczy. Z podręcznym plecakiem maszerowałem wzdłuż osuwiska Sciara del Fuoco. Obrywające się zbocza wulkanu, powodują raz na jakiś czas niewielkie lokalne tsunami.

W partiach szczytowych spędziłem osiem godzin, za dnia i w nocy, często zbaczając ze ścieżki. Starałem się unikać ludzi i przewodników, by nie wykłócać się z nimi. Ale za jedną ze skał natknąłem się na ekipę jakiejś francuskiej telewizji i ich przewodnika. Który zaczął od straszenia i machania znaczkiem, ale gdy dowiedział się co robię i od ilu lat, zupełnie odpuścił.

Może to nieskromne, choć zgodne z rzeczywistością, ale nie wiem czy na całym świecie znajdziemy pięćdziesiąt osób z tak dużym doświadczeniem wulkanicznym jak moje? Obejmującym głównie aktywne wulkany. Bardzo wątpię. A już nie mam wątpliwości, że nie ma drugiego człowieka na świecie, który tyle już nie miesięcy, ale lat, spędził samotnie włócząc się po wulkanach i je eksplorując. Do tego w taki hardcorowy sposób. Podejmując wielokrotnie decyzję, albo się uda albo zginę. Półśrodki i że się nie da - to nie mój świat. We wszystkich ważnych dla mnie sprawach jestem maksymalistą.

Na szczęście przez większość czasu spędzonego na Stromboli, czyniłem swoje działania w samotności. Śmieję się, że mam unikalne zdjęcia z wierzchołka, gdy jestem na nim tylko ja. Bo gdy nagle w ciągu dwóch godzin przez wierzchołek przewinęło się pół tysiąca ludzi, ciężko było znaleźć tam wolne miejsce.

Naliczyłem sześć istotniejszych otworów z lawą, w tym dwa większe. Jedno wyraźnie od strony Sciara del Fuoco. Erupcje były bardzo gwałtowne, krótkie, nieraz z hukiem, nieraz bez. Bywało, że miała miejsce jedna erupcja na godzinę, ale bywało, że i trzy. Cały czas wydobywały się ogromne ilości gazów, czasami zmieszanych z popiołem. Erupcjom towarzyszyło wyrzucanie bomb wulkanicznych. Opisałem właśnie charakterystykę tzw. erupcji strombolijskiej - ten wulkan i jego wybuchy posłużyły za uformowanie tego pojęcia. Można też powiedzieć, że to erupcje eksplozywne - gwałtowne, ale zdarzają się też efuzywne - wylewne, lawa spływa w dół zbocza. Na Stromboli samoistnie te ostatnie raczej nie występują, tylko mają charakter mieszany. Udało mi się dwa razy zaobserwować lawę schodzącą przez krótki czas do morza, szkoda że tylko za dnia. Raz z promu, a raz już podczas wulkanicznej wędrówki. Zjawisko było następstwem wybuchu z otworu od strony morza. Stromboli liczy według moich pomiarów 917-920m wysokości, inne źródła podają 924m (od dna morza 2700m). Nawet na szczycie temperatura ziemi miejscami jest znacznie podwyższona. Nie ma się co dziwić, bo według szacunków obecna faza erupcji trwa nieprzerwanie od około 2-3 tysięcy lat. Co kilka lat następują większe erupcje, ale nie bardzo duże. Co roku można mieć szczęście i trafić na pojedyncze wybuchy, większe, wyższe, dłuższe i co najważniejsze z mniejszą ilością wydobywających się gazów, które praktycznie eliminują szanse na zrobienie dobrych zdjęć. 

Choć wydaje się, że Stromboli to jeden większy krater, to tak naprawdę można wyróżnić trzy, mocno zdeformowane przez erupcje. Jeden jest dominujący, w nim były cztery otwory z lawą. Wierzchołek to fragment krateru, który przetrwał, reszta wpadła do morza. Kawałek od strefy aktywności, są równie wysokie fragmenty starego krateru.

Świetnie spędzony czas. Po powrocie do namiotu następnego dnia, przespałem się kilka godzin, by wyruszyć w dalszą drogę. Stromboli jest fajnym wulkanem, ale wolę znacznie większą Etnę, tam w rejonie kraterów szczytowych nie przewijają się setki ludzi na dobę.

Co ciekawe, gdy przyszła pierwsza grupa na szczyt, nikt się nie dziwił, że ja tam jestem. Później, różni przewodnicy myśleli, że jestem z ich grupy i mówili do mnie - idziemy na dół. Gdy schodziła ostatnia grupa, dwóch przewodników nie zauważyło, że zostałem na szczycie, mimo że minutę wcześniej mówili bym się szykował do zejścia. Zostałem znowu sam. Na tym przykładzie świetnie widać jak wyglądają takie masowe wycieczki na Stromboli i praca przewodników. Zaginął im członek z grupy, został na szczycie, dlaczego to ich nie zmartwiło? Ano dlatego, że grupy mają nawet po kilkadziesiąt osób i opiekunowie nie liczą ile mają osób. Jakaś choćby namiastka solidnej pracy wymagałaby sprawdzić liczebność w chwili startu wycieczki i przed zejściem w dół. Ale po co? Dla mnie super. Oby włoscy przewodnicy zawsze tak pracowali.

W drugiej części poświęconej wulkanowi Stromboli, napiszę o tym, jak niemal każdy może wejść na szczyt.

Na zdjęciach: wyspa i wulkan Stromboli. Mimo ogromnych ilości gazów parę zdjęć wyszło jako tako, choć nieźle się nakombinowałem (nie zawsze w bezpieczny sposób). 

Opublikowano w Blog
Valle del Leone, to druga z wyrazistych dolin Etny. Nie tak jak Valle del Bove, ale jednak. Zresztą, gdy kończy się del Leone, zaczyna się urwisko del Bove. Położona na północnych stokach, biegnie w kierunku wschodnim. Poniżej krateru Północno-Wschodniego i Kraterów Południowo-Wschodnich. Po jej drugiej stronie, za niewielkim grzbietem (ok. 2850m n.p.m.), skrywa się Osservatorio Etneo czyli Obserwatorium Wulkanologiczne (2820m n.p.m.).

Ryzyko jego zniszczenia przez erupcje Etny praktycznie nie istnieje. Kilka kopulastych budynków, solary, ale obserwatorium zastałem zamknięte na cztery spusty. Widać, że dawno tu nikogo nie było. Za to spotkałem kilku Włochów, którzy zrobili sobie wycieczkę z ośrodka narciarskiego Linguaglossa znajdującego się poniżej. Poczęstowali mnie orzeszkami i grappą własnej produkcji.

Na zdjęciach: Valle del Leone, Obserwatorium Wulkanologiczne i kilka przykładów urządzeń sejsmicznych w masywie Etny, których jest znacznie więcej. Ostatnie trzy zdjęcia pochodzą z listopada roku 2009.

Opublikowano w Blog
środa, 09 sierpień 2017 06:22

ETNA - rozpadlina Valle del Bove

Valle del Bove jest największą wyrwą w masywie Etny. Pośród setek kraterów, pól lawowych, niewielkich dolin i dolinek, nie ma nic bardziej wyrazistego niż dolina del Bove. Lepiej ją charakteryzuje słowo rozpadlina. Jest to bowiem wielka dziura w zboczu Etny. Urwiska z trzech stron, dno łagodnie opada na wschód, ku Morzu Jońskiemu.

Dolina (Valle) del Bove zmienia się i to nie tylko na skutek erozji i wietrzenia. Zdarza się, że na dnie rodzi się krater z którego wypływa lawa. Spływa też do doliny podczas erupcji z kraterów szczytowych Etny. W perspektywie tysięcy lat, wielu tysięcy, ta wyrwa zostanie zalana przez lawę i będzie wyglądała jak pozostałe zbocza Etny.

A nie byle jaka to wyrwa. Zajmuje 37 kilometrów kwadratowych, ma ok. 18km obwodu, a ściany przepaści mają wysokość 400 - 1000 metrów. Jej górne partie przekraczają 2600m n.p.m., dolne schodzą poniżej 1000m n.p.m. Średnica to 5,5 - 7 km, długość ok. 7 - 10 km. Szacuje się powstanie tej depresji na 80.000 - 64.000 lat temu, a obecny kształt uzyskała 10.000 - 5.000 lat temu. Przyjmuje się, że duży wpływ miała seria potężnych trzęsień ziemi w dziewiątym tysiącleciu przed naszą erą (wtedy miała ulec zniszczeniu mityczna kraina-wyspa Atlantyda). Obecny stożek szczytowy Etny jest młodszy niż powstanie doliny del Bove, uformował się ok. 34.000 tysięcy lat temu (podlega ciągłym przeobrażeniom).

O ile są ścieżki nad skraj Valle del Bove - jak Sentiero Schiena Dell Assino niedaleko Sapienzy - to nie ma ich na nieprzyjaznym dnie, pokrytym lawą. Nie mniej można się tam dostać od strony morza, a także z różnych miejsc położonych wyżej.

Na zdjęciach Valle del Bove i jej bezpośrednie okolice:

Opublikowano w Blog
Strona 1 z 4

nationalgeographic box

red bull 225x150

TOKFM box

iexpert 225X150px

stopka plecak

LogoStopka

stopka plecak

Strona używa informacji zapisanych za pomocą… plików cookies w celu dostosowania do indywidualnych potrzeb użytkowników. Jeżeli tego nie akceptujesz zmień ustawienia przeglądarki dotyczą…ce cookies. Więcej informacji można znaleźć‡ w naszej Polityce prywatności.