a2b2

pzu bezpieczny 225x140

slaskie box

spokey.jpg 225PX

LOGO

Podziel się

FacebookMySpaceTwitterGoogle BookmarksLinkedinRSS Feed
czwartek, 07 wrzesień 2017 07:15

DZIECIAKI NEPALU

Dzieciaki w Nepalu to wdzięczny temat fotograficzny. Dlatego zamiast pisać, lepiej pokazać zdjęcia. Nie tylko wesołe, też te smutne, zmuszające do głębszej refleksji.
Oto mała próbka z mojego archiwum, z kilku różnych miast, himalajskich trekkingów oraz z Doliny Katmandu.
Opublikowano w Blog
poniedziałek, 04 wrzesień 2017 07:12

NEPAL: Dharahara - wieża, która zabiła 180 osób

25 kwietnia 2015 roku Nepal nawiedziło niszczycielskie trzęsienie ziemi o sile 7,8 stopni w skali Richtera. Wstrząsy wtórne też były silne. Oprócz tysięcy dramatów ludzkich, doszło do dramatycznych zniszczeń bezcennych zabytków, często wpisanych na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Dzisiaj wspomnę o jednym z nich.

Wieża Dharahara, miała drugą nazwę - Bhimsen. Wybudowano ją w 1832 roku, wraz z siostrzaną, trochę wyższą. Tą ostatnią rozebrano w 1934 roku, niższa, mierząca prawie równe 62 metry, przetrwała. Obie powstały dzięki mukhtijarowi Bhimsenowi Thapa, zaś inicjatorką była jego siostrzenica, królowa Lalit Tripura Sundari (to z kolei trzecia z używanych nazw wieży). Funkcja mukhtijara zbliżona jest do funkcji premiera w zachodnich demokracjach.

Dharahara liczyła 213 spiralnych schodów i była najwyższą budowlą w Nepalu. Tak naprawdę, dwie pozostałe wspomniane przeze mnie nazwy, nosiła ta wyższa wieża. Niższa, pełniła funkcję strażnicy wojskowej. Wyższa uległa zniszczeniu na skutek trzęsienia ziemi w 1934 roku, niższa także, choć w mniejszym stopniu. I tylko ją zdecydowano się odbudować, a później nazywać jak tą unicestwioną. Architektonicznie nawiązywała do islamskiego minaretu, a w środku była statua hinduistycznego boga Sziwy. Zaś na wejściu do wieży sceny z kamasutry.

Dharahara znajdowała się Katmandu, w części nepalskiej stolicy zwanej Sundhara, całkiem niedaleko ścisłego centrum i głównego skupiska zabytków przy Durbar Square.

Po trzęsieniu z 2015 roku władze państwowe postanowiły ją szybko odbudować, ale jak to w Nepalu - dużo się mówi, mało się robi. Pierwszy termin już minął, z kolejnymi będzie podobnie. Lecz plany odbudowy mam nadzieję, że kiedyś się ziszczą.

Świadomość, że kiedyś stałem na szczycie tej wieży, podziwiałem panoramę Katmandu i okolicznych gór, a teraz jej nie ma - najzwyczajniej sprawia smutek. A przeraża fakt, że Katmandu tracąc zabytek z listy UNESCO, utraciło przede wszystkim 180 istnień ludzkich, na skutek zawalenia wieży. Część ofiar była w środku, część na placu i ulicy.

Trzęsienie ziemi z 2015 roku zniszczyło lub uszkodziło wiele bezcennych zabytków. Licznym tymczasowo zabezpieczonym grozi zawalenie. Wystarczy nawet średnie trzęsienie ziemi w Dolinie Katmandu, by przestały istnieć. Skala napraw i odbudowy zniszczeń jest wielokrotnie poniżej potrzeb, które są ogromne. Nepal, jeden z najbiedniejszych krajów świata, który nie radzi sobie z codziennością, z pewnością nie poradzi sobie z odbudową i dbaniem o zabytki.

Jeśli czas pozwoli, w przyszłości postaram się przedstawić więcej podobnych przykładów - z przed i po trzęsieniu ziemi.

Na zdjęciach: Dharahara przed trzęsieniem ziemi w 2015 i po. Oraz stara ulotka informacyjna i bilet.

Opublikowano w Blog
piątek, 23 czerwiec 2017 06:01

WELLNESS w Himalajach

Niedawno powróciłem z sześciotygodniowego pobytu w Nepalu, gdzie z dwoma grupami przeszliśmy fajne trekkingi. Wokół Manaslu i do bazy pod Annapurną, z wejściem na punkt widokowy Poon Hill. Wielokrotnie przekraczaliśmy wysokości 4-5 tysięcy m n.p.m. W wyjeździe towarzyszyły mi produkty Wellness by Oriflame. Zdrowe, naturalne, w sposób przemyślany pod względem składu przygotowane.

Cieszy, że coraz więcej ludzi chce spędzać aktywnie czas, myśli o zdrowym stylu życia i wie, że warto na to wydać pieniądze, bo się opłaca. Coraz częściej aktywnie żyją ludzie, którzy niedawno byli tak zaniedbani, iż krótki spacer sprawiał problem. A przecież w każdym wieku można przy umiarkowanym wysiłku zmienić diametralnie samego siebie na lepsze. Wystarczy zrewidować trochę nawyków żywieniowych, dołączyć jakąkolwiek aktywność fizyczną, a będą efekty. Pod warunkiem konsekwencji w działaniu.

A w tym wszystkim mogą pomóc produkty zdrowej żywności wymyślone i przebadane przez naukowców-lekarzy w Szwecji. Słusznie doszli do wniosku, że  niesprawiedliwe jest, aby tylko ich pacjenci mogli uzupełniać swoją dietę o nie. Poszukali zatem firmy, szwedzkiej rzecz jasna, która mogłaby zająć się dystrybucją. Padło na globalną markę, jaką jest Oriflame. I tak obok szeroko rozumianych kosmetyków, dołączyła seria wellness: Wellness by Oriflame. Stopniowo rozwijana, ale jak to Szwedzi, działają powoli. Liczy się jakość a nie ilość. A że moda na zdrową żywność i dbanie o siebie dotarła także do Polski, wysokiej klasy produkty cieszą się coraz większym zainteresowaniem. Do zdrowego stylu życia Szwedów nam jeszcze daleko, ale postęp jest. Coraz więcej osób zamiast kupić 6 pączków za 5 złotych, woli kupić zdrowego, niskokalorycznego i wartościowego odżywczo batona. Niektórzy też się już nauczyli czytać opakowania i pilnować jakości tego co wrzucają do swojego organizmu. Różne piękne napisy o zdrowiu na opakowaniu potrafią mieć niewiele wspólnego z rzeczywistością. Wspaniałe reklamy suplementów diety, że za 19,99zł masz sto cudownych tabletek zdrowia, również można włożyć między bajki. Jakość musi kosztować. W jednym produkcie kwasy tłuszczowe omega3 mogą być zupełnie bezwartościowe, podłej jakości składniki. W innym, odwrotnie, będą należycie spełniały swoją rolę. Warto być dociekliwym, czytać opakowania, sprawdzać. I zawsze pamiętać, że sama zdrowa żywność czy suplementy diety do bycia zdrowym nie wystarczą.

To jest tak jak z samochodem. Wszyscy wiemy, że by dobrze i bezawaryjnie nam służył, trzeba wlewać do silnika wysokiej jakości olej i regularnie go wymieniać. Wszyscy też wiemy, że Volvo musi dużo kosztować, bo to wysokiej klasy i bardzo bezpieczne samochody. Niestety w Polsce, lepiej dbamy o swoje samochody niż o siebie. Wolimy wlać najlepszy i najdroższy olej silnikowy, a do własnego żołądka wpakować jakieś śmieci. Dzięki temu silnik samochodowy będzie długo sprawny bez remontu, a nasz organizm będzie wymagał ingerencji lekarzy, często chirurgów. Tylko samochód dużo łatwiej naprawić, niż awarię w skomplikowanym systemie organów wewnętrznych człowieka.

Na zdjęciach trochę ujęć z Nepalu.

Opublikowano w Blog
W samym tytule dwa trudne słowa, to co będzie dalej? Z pewnością tylko gorzej. I być może jeszcze dużo tekstu - o zgrozo? Wiem, w dzisiejszych czasach coraz bardziej przeraża każde trudne słowo i tekst większy niż kilka zdań. Ale obiecuję, że tym razem będzie krótko. I bez zbędnych mądrych wyrazów.

Amonity to podgromada wymarłych głowonogów, które występują w skałach pochodzenia morskiego, z okresu od dewonu do końca kredy. Inaczej mówiąc, są to bardzo stare żyjątka o najczęściej spiralnych muszlach. W Polsce obficie występują w wielu miejscach, np. na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej, w kredach koło Lublina czy w Górach Świętokrzyskich. Autorem nazwy jest Pliniusz Starszy, rzymski mędrzec z I w n.e.

Można je znaleźć także w Nepalu, w Himalajach. Nazywa się je tam saligramami (saligrama, śaligrama, eng. shaligram, shila). Najbardziej znane są odmiany czarne występujące w rejonie rzeki Kali Gandaki, słynącej z tego, że płynie w najgłębszej dolinie świata, pomiędzy ośmiotysięcznikami - Annapurną i Dhaulagiri.

Przywiozłem onegdaj z tamtego rejonu piękne okazy, prezentowane na zdjęciach. Warto zwrócić uwagę na okaz w kształcie kuli (fot. 1 i 2), który składa się z trzech rozbieralnych części  (fot. 3). Saligramy z Kali Gandaki to jedna z popularnych pamiątek z Nepalu, które można kupić w wielu miejscach (fot. 6).

Podczas ostatniej bytności w Nepalu znalazłem Saligramy w bardzo ciekawym i niespodziewanym miejscu (fot. 7). Nie tak ładne jak z rejonu Kali Gandki. Za to na wysokości 5000m n.p.m. w rejonie przełęczy Lajing, gdzie znajduje się granica Nepalu z chińskim Tybetem. To jest kolejny dowód, że w tym rejonie miliony lat temu był ocean, a wypiętrzenie Himalajów wyniosło jego dno nawet na tak potężną wysokość.

Nepalskie amonity wg geologów mają 140 - 165 milionów lat. Otoczone są czarnym węglanowym kamieniem (zdarzają się też białe). Saligramy znajdowane w Nepalu i w Indiach mają szczególne znaczenie dla wyznawców hinduizmu. Przyjmują, że są one jednym z wcieleń boga Wisznu.

Podczas pobytu w Nepalu nie zapomniałem o Zakładzie Gleboznawstwa i Teledetekcji Gleb Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu i zebrałem porcję próbek (fot 8). Wraz z dokumentacją fotograficzną i niezbędnymi informacjami z miejsc ich pobrania.

Jednym z minerałów charakterystycznych dla Himalajów Nepalu jest czarna sól, choć w praktyce jest bardziej czerwona (fot 9). Nazywa się Kala Namak i używana jest jako przyprawa m.in. w Indiach, Pakistanie oraz w Nepalu (można ją kupić). Uzyskuje się ją także syntetycznie. Za kolor odpowiada siarczek żelaza, jest też siarczek sodu i chlorek sodu, siarczan sodu, wodorosiarczan sodu. I co bardzo ważne, siarkowodór. On odpowiada za zapach zgniłych jaj, potęgowany gdy sól się zamoczy.

Moja pasja geologiczna powoduje, że chodząc po górach przyglądam się skałom, kamieniom. Nie inaczej było w Himalajach.  Co można zobaczyć na fotografiach 10-15.

To by było na tyle.

Na zdjęciach: saligramy, próbki ziemi, czarna sól, różne nepalskie fragmenty skał. 

Opublikowano w Blog
niedziela, 21 maj 2017 06:42

Po NEPALU

Podróże to poznawanie ludzi. Skoro spędziłem niedawno w Nepalu blisko 6 tygodni, nie mogło zabraknąć nowych znajomości czy spotkań ze znajomymi. Nie inaczej było tym razem, a niektóre chwile zostały uwiecznione na zdjęciach.

Na pierwszych dwóch w Annapurna Base Camp 4130m (ABC) pozuję z turystkami z Nepalu i z Indii. Na kolejnym, w tym samym miejscu, jestem z Basią, Darkiem, Kumarem (po lewej) i Nabinem. Fotografia nr 4 to ja i Debbie z Hong Kongu. Odbywaliśmy trekking do ABC niemal równolegle. A że weseli z nas ludzie, świetnie dogadywaliśmy się spotykając w różnych miejscach na trasie. Na zdjęciu nr 5 jestem w towarzystwie kierownika hoteliku w Ghorepani 2860m, niedaleko słynnego punktu widokowego Poon Hill 3210m.  

6 i 7 to zdjęcia, na których zaprzyjaźniam się z innymi gatunkami. To bardzo ważne, bo jak kiedyś oficjalnie odwiedzą nas kosmici, bo nieoficjalnie robią to na co dzień jak twierdzą niektórzy, będę przygotowany. Na zdjęciu nr 8 jestem w Annapurna BC i robię selfie z Janii z Finlandii. Trafiła tam przeze mnie, albo dzięki mnie. Janii planowała z Ghorepani zejść w doliny, ale przekonałem ją, że skoro ma czas, warto się wybrać do bazy pod Annapurną. Bo to ładne miejsce, sam trekking też. Bardzo mi dziękowała, że ją namówiłem. Obok selfie z Anetą w Katmandu, z którą nie możemy spotkać się w Polsce, ale w Tanzanii albo w Nepalu - jak najbardziej. Na dole w towarzystwie kierowniczki Sabity w jednej z lodge`y w rejonie Annapurny, i jej zaufanej pomocnicy Ihary (po prawej). Zawsze trzeba mieć nadzieję, że własny urok osobisty pozwoli trochę obniżyć ceny. A poza tym to fajne i wesołe dziewczyny. Ostatnia ćwiartka zdjęcia, to Larke Pass w rejonie Manaslu (ok. 5150m), w towarzystwie Justyny.  Na dziewiątym zdjęciu pozujemy z Chandra w Dharmashala przed Larke Pass, na wysokości 4470m. Chandra pełni w różnych hotelikach i lodge`ach na trasie Manaslu Circuit funkcję kierownika. Zawsze mogę na niego liczyć.

10-tka, to hotel w Kathmandu i od lewej: Bogdan, Piotrek, Gregor, Passang, Ania, Marzena, Waldek, za nim Passang, obok Justyna, Dupa i Tenzing. Wszyscy świetnie poradzili sobie z wymagającym trekkingiem wokół Manaslu i wysokościami przekraczającymi pięć tysięcy metrów n.p.m. Ostatnie dwa zdjęcia (11 i 12) zostały zrobione w Katmandu. Gokul, na pierwszym z nich, był kilka razy w Polsce, był także na szczycie Everestu, a na co dzień zajmuje się turystyką. Z kolei N.B. ma swój sklep ze sprzętem outdoorowym na Thamelu. Jak trzeba coś kupić albo wypożyczyć, zawsze jest na miejscu.

Na początek z Nepalu tyle. A czy będzie coś więcej? Mam nadzieję, jeśli tylko czas pozwoli, a z nim mam ciągłe problemy, bo doba jest stanowczo za krótka na ilość moich codziennych zadań. :)

Pozdrawiam chwilowo z Polski.

Gregor

Opublikowano w Blog

Porcja fotografii zwłaszcza przyrodniczych, z sześciu kontynentów, z muzyką w tle. Taka współczesna diaporama, czyli slideshow. 
Opublikowano w Filmy
Chociaż kojarzony jestem przede wszystkim z wulkanami, moja działalność podróżniczo - sportowa składa się z wielu różnych elementów, aktywności. Brak czasu nie pozwala o wielu z nich opowiedzieć, ani napisać. Dlatego dzisiaj krótko o innych górach, nie będących wulkanami. Je też uwielbiam i w nich bywam. Gdybym chciał zliczyć wszystkie zdobyte górskie szczyty, byłoby ich z tysiąc. Więc wspomnę o 10 najwyższych dotychczas osiągniętych wzniesieniach, istotniejszych. Oto one:

7134 metrów - Pik Lenina / Avicenna Peak (choć GPS wskazał 7146m n.p.m., Pamir, Kirgistan/Tadżykistan). Przyjechałem bardzo zmotywowany, bo biłem swój kolejny rekord wysokości. Przygotowany byłem na ciężką walkę. A wszystko poszło banalnie łatwo - podejście aklimatyzacyjne zakończyło się zdobyciem szczytu. Cała akcja górska zajęła 13 dni (z aklimatyzacyjnymi wyskokami w bok), zakończyła się w pierwszych dniach sierpnia. Nie wszyscy mięli takie odczucia. Podczas mojego pobytu góra pochłonęła życie jednej osoby, kilka zostało rannych (szczeliny lodowcowe, choroba wysokościowa, lawina). Nikły procent atakujących Lenina osiągnął wierzchołek. Zupełnie nie wiem dlaczego?

Mogłoby się wydawać, że na tej górze miał miejsce mój najwyższy nocleg, ale nie. Dużo wyższe noclegi i to w pokaźnej liczbie, miałem na andyjskich wulkanach, najwyższy na 6820m - masyw Ojosa del Salado (nawet na Aconcagui "strzeliłem" sobie nocleg na 6300m, na Leninie tylko 6130m).

Chociaż Pik Lenina trudno traktować jako ambitne wyzwanie, góra zapisała się w historii alpinizmu wybitnie tragicznie. Za sprawą dwóch pamiętnych tragedii. W 1974 roku w rejonie wierzchołka zmarły wszystkie członkinie radzieckiej kobiecej wyprawy. 8 ofiar. Przyczyna: załamanie pogody. Natomiast w 1990 roku na obóz drugi, położony na ok. 5200m, zeszła lawina, którą wywołało trzęsienie ziemi. Uchodzi za największą wysokogórską tragedię, bo zginęły 43 osoby.

6962m - Aconcagua (Andy, Argentyna) - najwyższa góra Ameryki Południowej i poza Azją. Dla wielu samodzielny cel. W moim przypadku był to dodatek do wulkanicznej wyprawy. By później sprawnie działać na dużych wysokościach, aklimatyzacyjnie i samotnie wszedłem sobie właśnie na Aconcaguę od strony doliny Horcones. W grudniu, przy bardzo zimowej pogodzie, kiedy na 6000m i powyżej w nocy temperatury przekraczały minus 30 stopni Celsjusza, a odczuwalne dochodziły do minus 50.

6181m - Island Peak (Imja Tse, Himalaje, Khumbu Himal, Nepal) - niewysoka, szybka w zdobyciu, ale bardzo ładnie położona góra. Pod południową ścianą Lhotse, niedaleko Makalu i Ama Dablam, otoczona lodowcami. Był październik, a po dojściu pod górę, wystarczył jeden dzień, by wejść i zejść. 

6145m - Razdielna (Razdielnaja, Razdelnaya Peak, Pamir, Kirgistan) - szczyt, który pokonuje się na drodze klasycznej prowadzącej na Pik Lenina. Umiejscowiony jest tam obóz III (C1), z którego najczęściej atakuje się wyższego siedmiotysięcznego sąsiada. Oddzielony od Razdielnej przełęczą o wysokości 6065m.

6088m - Huayna Potosi (Andy, Boliwia) - piękna piramidalna góra obok La Paz i w sąsiedztwie jeziora Titicaca. Na upartego można o świcie wyruszyć z La Paz, podjechać kawałek, wejść na szczyt, i wieczorem świętować sukces ponownie w La Paz. Chcąc się nacieszyć widokami, piękną pokrywą lodowcową, spędziłem w masywie 3 dni, był maj.

5645m - Kala Pattar (ramię Pumori, Himalaje, Khumbu Himal, Nepal) - najbardziej znany na świecie punkt widokowy na Mount Everest (po tybetańsku Czomolungma, a nepalsku Sagarmatha). Sympatyczna skałka w wysokogórskim otoczeniu. Prowadzi na nią łatwa ścieżka.

Jeszcze tego samego październikowego dnia odwiedziłem Everest Base Camp 5360m, bo to blisko, niżej, a ścieżka nawet na lodowcu Khumbu - bezproblemowa.

5520m - przełęcz Kongma (Kongma La, Himalaje, Khumbu Himal, inne źródła podają 5535-40m) - po zdobyciu Island Peak przez przełęcz i lodowiec Khumbu doszedłem do trasy prowadzącej pod Everest. Okolica ta obejmuje wspaniałe widoki na Himalaje, są też tutaj jeziora i małe lodowce. Swego czasu, nocleg prawie na samej przełęczy, był moim najwyższym.

5360m - przełęcz Cho (Cho La, Himalaje, Khumbu Himal, inne źródła podają 5420m) - pokonałem ją, jak również największy nepalski lodowiec Ngozumpa, w drodze na inny słynny punkt widokowy na Everest - Gokyo. Na przełęczy jest niewielki lodowiec.

5360m - Gokyo Ri (Gokyo Peak, Himalaje, Khumbu Himal, Nepal) - niezbyt wybitny szczyt, za to oferujący wybitne widoki na Eeverest, Makalu, a po drodze także na Cho Oyu i serię błękitnych jezior oraz lodowiec Ngozumpa. Mount Everest z tej perspektywy również prezentuje się okazale.

5360m - Everest Base Camp  (Himalaje, Khumbu Himal, Nepal) - to w zasadzie jedenasta pozycja, ale o takiej samej wysokości jak dwie wcześniejsze. Łatwa, płaska ścieżka, lodowiec Khumbu i widok na słynny Ice Fall oraz Nuptse. Wspaniała wysokogórska atmosfera. Choć akurat Everestu z BC nie widać.

Podane wysokości są według własnych pomiarów GPS.

Dla porównania, wulkanów o wysokościach 5000m - 6896m (najwyższy wulkan Ojos del Salado) zdobyłem 21.

Po wulkanach chodzę najczęściej samotnie, po górach wysokich również.

8000m? Pewnie kiedyś się wybiorę. Większość sprzętu już jest.

Malutka galeria zdjęć:

Opublikowano w Blog
Gdy słyszę o kolejnym filmie o górach wysokich czy o górskiej tragedii, ogarnia mnie sceptycyzm. Zazwyczaj od strony fabularnej są słabe i tandetne. Realizując na co dzień pasję zdobywania gór wysokich, łatwo dostrzegam błędy w scenariuszu, realizacji i wiarygodności filmu. Z tych powodów z obawami wybrałem się do kina Imax na EVEREST 3D.
Przy czym już na początku muszę wyjaśnić, że tego problemu nie mają osoby nie podzielające pasji górskiej. I zazwyczaj wyżej oceniają tego typu filmy aniżeli ludzie zawładnięci zdobywaniem górskich szczytów. Nie widzą błędów, niedorzeczności, naciąganych scen i scenerii górskich. Dla nich to kino przygodowe, a nie film z ułomnościami, które niszczą przyjemność oglądania.

A jak na tym tle wypada brytyjsko-amerykański EVEREST 3D? Jest dobrze.

                EVEREST POSTER

W filmie zekranizowano wydarzenia z 1996 roku, z kulminacją w dniach 10-11 maja. Kilka grup komercyjnych zdobywało najwyższą ziemską górę od strony Nepalu, gdy nagle zaatakowała burza w dzień ataku szczytowego. Zginęło osiem osób, a w całym roku 1996 - dwanaście. Przez następne kilkanaście lat nie było tak tragicznego sezonu na "dachu świata". Który kiedyś nosił nazwę Szczytu XV, a w 1865 roku na cześć walijskiego geodety i kartografa sir George`a Everesta otrzymał nazwę Mount Everest (w Tybecie to Czomolungma a po nepalsku Sagarmatha).

Skoro film oparto na faktach, tragicznych, od początku wiemy, że happy endu nie będzie.

Autorzy od pierwszych scen, trochę sobie kpią z uczestników wypraw komercyjnych na Everest, jak również z wyjadaczy-organizatorów - zarośniętych luzaków, ze szklaneczką czegoś mocniejszego w ręku i ze stosunkiem lekceważącym do swoich klientów. Wymowna jest scena, w której uczestników wyprawy na Everest trzeba dopiero uczyć jak zakładać raki, bo niektórzy nigdy ich nie mięli na nogach. Przy czym, część miała wcześniej doświadczenie z wysokościami 7000 - 8000 metrów, niektórzy walczą kolejny raz o Everest.

Nie zapomniano o przedstawieniu jakie komercyjne szaleństwo dosięgło najwyższą górę świata. Ludzie płacą dziesiątki tysięcy dolarów (w filmie pada kwota 65 tysięcy usd), by stać w korkach podczas pokonywania kolejnych etapów na przygotowanej dla nich specjalnie trasie. Pokazano, jak bardzo bywają nieprzygotowani i zależni od obsługi wyprawy - nieraz sterowani jak zwierzęta na smyczy. A w wyższych partiach przy życiu trzyma ich jedynie maska z tlenem.

Zaś dla firm-organizatorów najważniejszy jest dobry zarobek, a najlepszą reklamę zapewni liczba wprowadzonych klientów na szczyt i brak ofiar śmiertelnych. Niestety, Himalaje potrafią być nieprzyjazne i ten biznes zepsuć.

Rok 1996 był jednym z pierwszych, w którym komercyjnie na szerszą skalę zdobywano Everest. Dzisiaj, 20 lat później, skala procederu jest niebotycznie większa, a z Nepalu docierają informacje o kłótniach przy linach i drabinkach, wysokich płatnościach za korzystanie z nich i wrogości wobec samodzielnych alpinistów (grupa prawie na wymarciu), którzy nie chcą działać komercyjnie i płacić miejscowym tyle ile oczekują.

EVEREST warto oglądać z perspektywy dwóch płaszczyzn. Fabularnej opowieści. I nasuwających się licznych pytań. Czy warto ryzykować życiem dla gór? Kiedy się wycofać? Jaka jest rola i odpowiedzialność organizatorów oraz przewodników wypraw komercyjnych? Czy można liczyć na współpracę i pomoc pomiędzy konkurującymi ze sobą firmami? Czy ulegać namowom klientów, którzy koniecznie chcą wejść na szczyt, nawet gdy wszystko wskazuje, że są za słabi? Wreszcie. Po co ludzie jeżdżą na Everest? Czy ma to głębszy sens, czy jest to tylko kwestia posiadania pieniędzy i chęci zaimponowania? Czy ma to jakąkolwiek jeszcze górską wartość? - gdy tysiące osób rocznie atakują górę, tworzą się korki na głównych drogach wspinaczkowych, liczba zdobywców niedługo przekroczy 10 tysięcy, a dzienny rekord to jakieś 150 osób na szczycie, na którym bywały już 13-letnie dzieci i 80-letni dziadkowie.

Płaszczyzna fabularna imponuje jakością zdjęć, zwłaszcza panoram i zbliżeń ludzi walczących z górą. Zadbano nawet o lód na kołnierzach kurtek i przekonywujące pokazanie odmrożeń. Film kręcono we Włoszech, Islandii i w Nepalu, jak również w studiach w Wielkiej Brytanii. Część aktorów trenowała techniki wspinaczkowe w USA. Odtworzono sprzęt jaki był używany 20 lat temu, nie zabrakło lokowania produktu jednej ze znanych marek. Niektórym przydługa może się wydać walka z górą i umieranie. Poświęcono temu wiele scen. Uczestnicy nie giną, spadając jeden po drugim, do szczeliny, przepaści czy zdmuchnięci przez lawinę. Giną powoli, a na ich śmierć składa się nieraz wiele kuriozalnych zdarzeń. Jeden krok dzieli ich od śmierci albo kilkadziesiąt od namiotu, który uratuje im życie. Dzięki telefonii satelitarnej można uczestniczyć w walce o życie albo w umieraniu bliskiej osoby.  Leżąc w wygodnym ciepłym łóżku, tysiące kilometrów od Everestu.

Sama wyprawa zaczyna się niewinnie, na lotnisku w Katmandu. Humory dopisują, a traktowany ulgowo pod względem finansowym dziennikarz, ma zapewnić darmową reklamę po powrocie. Żona organizatora wyprawy jest w ciąży, przyszły ojciec marzy o córeczce o imieniu Sarah. Ekipa delektując się widokami, dociera do bazy pod Everestem na lodowcu Khumbu. Z wysokości 5634 m mają do pokonania ponad trzy kilometry różnicy poziomów, słynnym, postrzępionym lodospadem, a w ostatniej fazie czeka ich atak szczytowy z Przełęczy Południowej (7906 m n.p.m.), znajdującej się pomiędzy Everestem a Lhotse. Trafiają do tzw. strefy śmierci, gdzie tlenu w powietrzu jest bardzo niewiele, a każdy krok ogromnym wysiłkiem.

Na ekranie śledzimy proces aklimatyzacji uczestników wyprawy, jak odpoczywają w bazie głównej, jak osiągają kolejne bazy. W dniu ataku szczytowego nic nie zwiastuje tragedii, niektórym udaje się stanąć na Evereście (8848 m n.p.m.). Niedługo później wszyscy walczą z górą, samym sobą i straszną śnieżną burzą. Rozpoczyna się część filmu, poświęcona próbom zejścia z góry w bezpieczne miejsce oraz próbom zorganizowania akcji ratunkowej. Dostarcza ona silnych emocji i wzruszeń.

Ludzie w ekstremalnych warunkach zachowują się różnie, jednych ogarnia szaleństwo, innych rezygnacja, a kolejni próbują przetrwać i przeżyć. Przebywający w bazie głównej próbują im pomóc, lecz mają bardzo ograniczone możliwości.  Wkrada się bezradność i można tylko czekać na wieści z gór. Film kończy się w bezpiecznych, ciepłych i słonecznych sceneriach, ale skład ekipy uległ drastycznej zmianie.

Aktorzy grający w EVEREŚCIE przyznawali, że gra w ujemnych temperaturach jest trudna. By poczuć jak oddycha się na ośmiu tysiącach metrów bez maski tlenowej, zostali umieszczeni w specjalnej komorze. Islandzki reżyser Baltasar Kormákur, który nazywa siebie - reżyserem ekstremalnym przyznał, że nie narażał ekipy na utratę życia, ale chciał, by poczuli ból. Dzięki temu wyszedł mu dobry film w trudnym gatunku. O tragedii, która doczekała się wcześniej kilku książek i filmu dokumentalnego, a po prawie dwudziestu latach - fabularnego.

Obsada. Jason Clarke jako Rob Hall (organizator i lider wyprawy, himalaista), Keira Knightley jako Jan Arnold, ciężarna żona Roba Halla, Jake Gyllenhaal jako Scott Fischer (lider konkurencyjnej wyprawy, który łączy siły z ekipą Roba, himalaista), Emily Watson jako Helen Wilton (szefowa w bazie głównej), Elizabeth Debicki jako doktor Caroline Mackenzie, Michael Kelly jako Jon Krakauer (dziennikarz z Outside, klient), John Hawkes jako Doug Hansen (listonosz, klient), Josh Brolin jako Beck Weathers (lekarz, klient), Naoko Mori jako Yasuko Namba (Everest miał być ostatnim szczytem do Korony Ziemi, klientka), Ingvar Eggert Sigurdsson jako Anatolij Bukriejew (wybitny himalaista kazachskiego pochodzenia). I inni.

Na koniec. Niestety, Polacy też doświadczyli wielkiej tragedii w masywie Everestu - po zdobyciu góry trudną zachodnią granią. 27 maja 1989 roku podczas zejścia w rejonie przełęczy Lho La (6006 m) zeszła lawina, na skutek której zginęli wybitni Polscy himalaiści: Mirosław "Falco" Dąsal, Mirosław Gardzielewski, Andrzej Heinrich, Wacław Otręba, Eugeniusz Chrobak. Przeżył tylko Andrzej Marciniak (zginął w 2009 roku w Tatrach), a w akacji ratowniczej kluczowe role odegrali między innymi: Artur Hajzer, Reinhold Messner, Gary Ball, Szerpowie oraz Rob Hall, jeden z głównych bohaterów filmu EVEREST.

Gatunek według producenta: Thriller akcji

Czas trwania: 121 minut

Koszt produkcji: 65 mln USD

W kinach: od 18 września 2015 (brak informacji o ograniczeniach wiekowych)

Na zdjęciach Nepal: Mount Everest 8848m n.p.m. z Kala Pattar i Gokyo Ri, lodowiec Khumbu, Ice Fall (lodospad) lodowca Khumbu, Everest Base Camp, narodowy nepalski ptak danphe i Szerpowie. 

Opublikowano w Blog
Ludzkość posiada wybitnych artystów, ale i tak nikt z żyjących nie dorówna naturze.

Odświeżona galeria „NATURA JEST ARTYSTĄ” znajduje się: TUTAJ.

Przy okazji zapraszam na:

2015-01-08 Sala audytoryjna Parnassos godz. 17:00

Spotkania podróżnicze w Bibliotece Śląskiej: "Azja i Australia. Na krańcu świata" - prelekcja Grzegorza Gawlika - podróżnika, alpinisty, dziennikarza i fotografa, autora sensacyjnej książki "Kamień zagłady". Organizatorzy: Śląskie Stowarzyszenie Podróżnicze GARUDA i Biblioteka Śląska.

Opublikowano w Blog
wtorek, 09 grudzień 2014 11:09

W POWIETRZU – galeria zdjęć odświeżona

Galeria ta, to przykład, że lecąc rejsowym samolotem, ewentualnie helikopterem, i mając mały aparat w kieszeni, można zrobić ciekawe zdjęcia. Jest tylko jeden warunek, trzeba mieć miejsce przy oknie.

Galeria „W POWIETRZU” znajduje się tutaj: TUTAJ.

Opublikowano w Blog
Strona 1 z 3

nationalgeographic box

red bull 225x150

TOKFM box

iexpert 225X150px

stopka plecak

LogoStopka

stopka plecak

Strona używa informacji zapisanych za pomocą… plików cookies w celu dostosowania do indywidualnych potrzeb użytkowników. Jeżeli tego nie akceptujesz zmień ustawienia przeglądarki dotyczą…ce cookies. Więcej informacji można znaleźć‡ w naszej Polityce prywatności.