a2b2

instargam res

red bull box 225x150

pzu bezpieczny 225x140

spokey.jpg 225PX

LOGO

Podziel się

FacebookMySpaceTwitterGoogle BookmarksLinkedinRSS Feed
Grzegorz Gawlik

Grzegorz Gawlik

GOUTER schronisko – Mont Blanc – informacje – ceny
  • wtorek, 17 lipiec 2018 |
  • Opublikowano w Blog |

Refuge du Gouter 3835m w obecnym kształcie funkcjonuje od 2014 roku. Jego wybudowanie pochłonęło 7,5 mln euro. Jest jednym z najnowocześniejszych schronisk i najbardziej przyjaznych środowisku naturalnemu. Pomieści 120 osób, choć pierwotnie obiekt miał być większy o 20 miejsc, ale na przeszkodzie stanęły względy finansowe. Efektowna bryła w kształcie elipsy pokryta jest stalą nierdzewną. Schronisko umiejscowiono nad ogromnym urwiskiem przez co oferuje wspaniałe widoki. Ma cztery poziomy, główne funkcje – noclegowo-restauracyjne – pełnią dwa środkowe.

Zwykle uruchamiane jest na przełomie maja i czerwca, zamykane na przełomie września i października.W tym czasie cierpi na nadmiar turystów, którzy chcieliby skorzystać z jego usług. W przeciwieństwie do starego schroniska, który ma być rozebrany gdy znajdą się pieniądze, w przypadku braku miejsc osoby bez rezerwacji nie mogą tutaj nocować. Stare schronisko jest niedostępne, jedynie na zimę udostępnia się pomieszczenie na ok. 20 osób.

O ile stare znajduje się w miejscu, gdzie kończy się Wielki Kuluar i ubezpieczona ścieżka. O tyle do nowego jest dalej o około 10 minut – skrajem lodowca. Na krótkim graniowym odcinku lodowaty wiatr może mieć bardzo dużą siłę. Nasza grupa musiała poczekać aż trochę osłabnie, by dało się przejść ten fragment, do tego mięliśmy bardzo zimowe warunki.

Schronisko Gouter udziela około 10.000 noclegów w sezonie, przy czym duża część klientów ogranicza się do jednego noclegu, mniejsza do dwóch. Rzadko śpi się tutaj dłużej. Na co pewnie wpływ mają ceny. Oraz trudności rezerwacyjne. Tysiące osób odchodzą z kwitkiem. Co mogą zrobić? Ci najsłabsi i nieprzygotowani – zawrócić i zejść do Tete Rousse 3165m. Sprawni, gdy jest dobra pogoda – mogą wejść na szczyt i zejść do Tete Rousse, a może w drodze powrotnej okaże się, iż miejsce w Gouterze się zwolniło. Ci przygotowani, z namiotem i śpiworem, mogą spróbować przenocować w rejonie schronu Vallot 4362m, lub w samym schronie – choć oficjalnie jednego i drugiego robić nie można.

Nie ma się co dziwić tej sytuacji. Każdego roku, jak podają lokalni urzędnicy, około 17 000 wspinaczy próbuje dotrzeć na Mont Blanc drogą przez Couloir du Gouter. Są dni, że do Goutera przychodzi nawet 300 osób. Choć trwają intensywne starania, by uzmysłowić wszystkim, że skończyły się czasy rozbijania namiotów i przyjmowania w schronisku wszystkich chętnych. Ta polityka skończyła się już paroma tragediami, a będzie ich znacznie więcej. Ludzie nie wpuszczeni do schroniska zwykle podejmują się zejścia kuluarem w dół, mimo że są zmęczeni i wściekli na to co ich spotkało, a w ciągu dnia kuluar jest jeszcze bardziej groźny a pogoda zwykle gorsza. Nie bez powodu nazywany jest korytarzem śmierci albo wąwozem śmierci. W ciągu dwudziestu lat zginęło na tym odcinku prawie 80 osób, rannych było trzy razy tyle. Inne możliwości, jak wejście tego samego dnia na Mont Blanc i zejście na dół, bądź nocleg w Vallocie – również znacznie zwiększają ryzyko tragedii.

REZERWACJE

Francuzi proces rezerwacyjny podzielili na – dostępny dla profesjonalistów i na ogólnodostępny. Z tego pierwszego trybu można skorzystać z niemal rocznym wyprzedzeniem. Przeznaczony jest dla przewodników z uprawnieniami, członków niektórych górskich klubów francuskich. Drugi tryb jest dla wszystkich pozostałych.Rezerwować można zwykle od połowy kwietnia, drugi główny dzień przyjmowania zgłoszeń jest w połowie maja. W praktyce okazuje się, że po kilku dniach, prawie wszytko od połowy czerwca do połowy września jest zarezerwowane. I system elektronicznej rezerwacji nie przyjmuje kolejnych zgłoszeń. Pozostają codzienne próby, plus posiłkowanie się telefoniczne, Gouter w sezonie na mejle zwykle nie odpowiada. Innymi słowy,droga przez mękę, z niewielkimi szansami powodzenia.

Podczas procesu rezerwacyjnego trzeba opłacić kartą płatniczą zaliczkę (depozyt). 40euro od osoby za noc, gdy pełna cena noclegu wynosi 60euro. Rezerwację można anulować najpóźniej na 2 dni przed datą przyjazdu. Wtedy zostaną nam zwrócone środki. Pomniejszone o kilkuprocentową opłatę administracyjną za każdy pojedynczy nocleg. Jeśli płaciliśmy w złotówkach przeliczanych na euro stracimy ponadto na różnicach kursowych. Gdy nie odwołamy rezerwacji w terminie, stracimy depozyt (zawsze można próbować złożyć reklamację). Rezerwacją zarządza się poprzez konto założone w systemie elektronicznym. Siła wyższa, czyli warunki atmosferyczne lub górskie (np. znaczne oberwania skał w Wielkim Kuluarze), mogą spowodować zamknięcie schroniska, bywało tak w przeszłości, wtedy otrzymamy zwrot pełnej kwoty.

Ryzyko utraty depozytu mobilizuje, by ją odwołać, ponieważ starta finansowa może być bardzo wysoka. Z drugiej strony, wyjazdu na Mont Blanc nie planuje się z kilkudniowym wyprzedzeniem. Dlatego ten system rezerwacyjny jest bardzo ułomny. Ponadto są duże problemy, gdy przyjeżdżamy z grupą, choćby tylko kilkuosobową. Nawet jeśli według systemu są jakieś wolne miejsca, to często się okazuje, że nie tyle ile potrzebujemy. I co robić? Zarezerwować z nadzieją, że kolejne się znajdą, co w przypadku Goutera jest wątpliwe? Odwołać wyjazd? Pojechać, licząc że po dojściu do schroniska jednak będą brakujące miejsca? Rezerwacyjny koszmar.

Do schroniska trzeba dojść do 17:00, bo później rezerwacja jest anulowana, chyba że wcześniej zadzwonimy i poinformujemy, że będziemy później. Czas kolacji to 18:30 i trzeba ją zamówić najlepiej podczas dokonywania rezerwacji noclegów (wtedy nawet jest możliwy posiłek wegetariański) lub zaraz po przyjściu do schroniska, lecz z odpowiednim wyprzedzeniem przed godziną posiłku.

Niewielkim pocieszeniem jest fakt, że wszyscy mają problemy z rezerwowaniem schroniska. Nawet miliarder Sir Richard Branson, właściciel firmy Virgin. Gdy dotarł do działającego jeszcze starego schroniska z około dziesięcioosobową grupą, okazało się że nie ma zarezerwowanych aż tylu miejsc. Pojawiła się propozycja, by go przenocować w budowanym nowym schronisku, ale władze gminy, która zarządza tym terenem, nie zgodziły się. Branson wszedł na szczyt, zszedł na stronę włoską, skąd zabrał go helikopter. Dodam, że w starym schronisku przyjmowano wszystkich, więc spało w nim nawet 150 osób, gdy przewidziane było na 100, a za nim, po drugiej stronie zaśnieżonej grani Aiguille du Gouter (do 3863 m), było miejsce gdzie rozbijało się namioty.

Obecnie potrzeba szczęścia, by mieć rezerwację. Tego szczęście można szukać nawet kilka lat. Albo zabrać namiot, śpiwór i zrobić swoje. Ewentualnie w dobę wejść i zejść z Tete Rousse na Mont Blanc.

CO OFERUJE GOUTER

Nocleg kosztuje 60euro od osoby. Co jest w cenie? Dach nad głową – i nic więcej. Ciasne pokoje, piętrowe łóżka. Ale jest pościel i dostępne są dla wszystkich plastikowe klapki, bo nie wolno chodzić w butach. Ręcznik trzeba mieć własny. Sprzęt musi być zostawiony w dużym pomieszczeniu zaraz za drzwiami wejściowymi. Jest też jadalnia z restauracją. Nie ma pryszniców ani bieżącej wody, ani kuchni by sobie gotować samemu, a w budynku nie wolno. Przy czym podczas naszego pobytu, gdy było pusto, obsługa nie protestowała gdy ktoś gotował na swoim palniku w malutkiej kuchni przylegającej do jadalni. Śnieg przynosiło się z dworu. Nie ma WIFI, a zasięg telefonii komórkowej słaby i chwilowy, nie ma możliwości ładowania sprzętu, choć kilka gniazdek znaleźliśmy, działały, więc korzystaliśmy z nich. Ze względu na ostrą zimę i brak wody, bardzo ograniczony był dostęp do toalet, ale to była anomalia. Schronisko trzyma dobry poziom, ale przecież jest nowe. Ciekawe w jakim będzie stanie po próbie czasu sięgającej 15-20 lat.

CENY

Cena noclegu jest wysoka, wspomniane 60euro, a zniżki minimalne. Dla posiadaczy kart członkowskich jak Alpenverein albo Klubu Wysokogórskiego zrzeszonego w UIAA przysługuje w śmiesznej wysokości – 5 euro za nocleg (55euro). Członkowie FFCAM (francuskiej federacji alpinistycznej) mają podobną, a przewodnicy UIAGM/IVBV tylko trochę większą. Choć strona internetowa podaje, że opłata lokalna wynosi 0,40euro, to w praktyce pobierano 0,75euro za dobę.

Śniadanie kosztowało 16euro, obiad 32euro – bez napojów. Przy czym oba posiłki składają się z zestawów. Zupa, drugie danie deser. Płatki z mlekiem, ser, wędlina, chleb. Śniadanie może być o 2:00 w nocy, bo zwykle po nim startuje się na Mont Blanc, albo rano, zdaje się, że o 8:00. Na noc jadalnia jest zamykana, chyba o 21:00.

Trochę przykładów cen, widocznych również na zdjęciach: malutka babeczka (mufinka) 3euro, ciastko odrobinę większe 4 euro, kawałek tarty 7 euro, a ciasta jabłkowego (typu tarta) 10euro. Baton 4euro, paczuszka orzeszków 5euro, czekolada 6euro. Dania z makaronem 15-17euro, omlety 12-16euro, zupa 11euro. Litr wrzątku 6euro, pół litra 4euro, szklanka herbaty 4euro, niezbyt duża kawa albo czekolada do picia4 euro. Woda gazowana 1,5l 7,5euro, a niegazowana 7euro. Puszka coli 5euro, a powerade 7euro. Mała puszka piwa 6euro, duża 9euro, a piwo Mont Blanc 9euro. Wino: kieliszek 5euro, 0,25l 8euro, 0,5l 12euro, butelka 24euro, a szampana 45euro. Według karty, zamówienia można składać pomiędzy 9:00 a 16:00.

Jeśli chcielibyśmy oprócz noclegu mieć pełne wyżywienie, z przekąskami, jakimś piwem, winem, napojami, trzeba przeznaczyć na dobę 200 euro.

Teoretycznie można płacić kartą, w praktyce nierzadko terminal nie działa, więc trzeba mieć gotówkę.

W roku 2019 cena za nocleg ma wynosić 65 euro, śniadanie z obiadem w zestawie 49,25 euro, depozyt przy dokonywanej rezerwacji 45 euro. Nocleg bez rezerwacji – tylko gdy będą miejsca – 85 euro. Innymi słowy, kara za brak rezerwacji, zachęcająca do biwakowania w masywie Mont Blanc z własnym sprzętem. Osoby, które wielokrotnie próbowały bezskutecznie z powodu braku miejsc dokonać rezerwacji, na pewno się ucieszą, gdy przyjdzie im zapłacić 85 euro.

CIEKAWOSTKI

Grań Aiguille du Gouter słynie z huraganowych wiatrów, dlatego nowy Gouter może wytrzymać wiatr wiejącynawet 300 km/h. Prąd pozyskiwany jest z solarów, ale awaryjnie można go uzyskać używając agregatów na olej.

Obsługa schroniska, jak i jedzenie, paliwo, dowożone są helikopterami.

Polacy stanowią jedną z najliczniejszych nacji co roku zdobywających Mont Blanc.

Kiedy otwarto nowe schronisko Gouter? Dobre pytanie, bo w internecie pada dużo różnych dat. Budowę rozpoczęto po zimie 2010 i oficjalne otwarcie miało mieć miejsce we wrześniu 2012. Ale udostępnione wspinaczom od sezonu 2013. Problemy techniczne przy budowie opóźniły oddanie do użytku. W lecie 2011 roku ukończono bryłę budynku. Można znaleźć informacje, że już w lecie 2012 roku nowy Gouter został uruchomiony i przyjmował wspinaczy w ograniczonym zakresie. Kolejne daty mówią o otwarciu na koniec czerwca 2013, ale czasami jest mowa o ukończeniu budowy, ale nie wszystkich prac wykończeniowych. Kolejną datą jako oficjalnego otwarcia jest początek września 2014, a dla alpinistów od czerwca 2015 – w pełnym zakresie.

Wszystkie informacje pochodzą z roku 2018. W przyszłości mogą ulec zmianie.

NA ZDJĘCIACH: Schronisko Gouter – wewnątrz i na zewnątrz oraz widoki w jego sąsiedztwie. Na jednym zdjęciu jest stare schronisko. Na innych z kolei topienie śniegu oraz przeczekiwanie załamania pogody przy rumie Khukri przywiezionym z Nepalu.

Refuge Tete Rousse to zwykle pierwszy nocleg w drodze na Mont Blanc od strony francuskiej. Schronisko jest położone na wysokości 3165m n.p.m, inne dane mówią o 3167m n.p.m. Ale nie trzeba w nim spać, można nieodpłatnie w namiocie. Powyżej, za obserwatorium meteorologicznym jest teren gdzie można się rozbić. Są toalety nad urwiskiem, a obok niewielki lodowiec Tete Rousse. Powinno się wpisać do zeszytu w schronisku w przypadku biwakowania.

Osoby wybierające schronisko muszą pamiętać o wcześniejszej rezerwacji. Istnieje system elektroniczny, można telefonicznie, czasami mejlowo, chyba że jest informacja na stronie schroniska, że nie można (http://refugeteterousse.ffcam.fr/).

Elektroniczny system rezerwacyjny działa słabo. Doskonale pokazuje to opisywany pobyt w masywie Mont Blanc. Według systemu nie było wolnych miejsc na termin naszego wyjazdu. Ale po wymianie emaili i rozmowie telefonicznej ze schroniskiem (po angielsku), oczekiwana liczba łóżek się znalazła. Na miejscu okazało się, że schronisko jest puste. Rozumiem, totalna zima. Rozumiem, że wiele osób zamawiało noclegi w kwietniu po uruchomieniu procesu rezerwacyjnego (i pewnie rezerwacji nie odwołało). Ale inni chcący zrobić rezerwację, otrzymywali komunikat: brak miejsc. A w Alpach często nie funkcjonuje zasada, że schronisko musi przyjąć każdego choćby na podłogę. Nie ma miejsc, radź sobie sam. Gdy tymczasem turyści zwykle nie mają namiotów i śpiworów.

Podczas procesu rezerwacji nie jest pobierana żadna opłata, swój pobyt trzeba potwierdzić na 3 dni przed przyjazdem – telefonicznie. Jeśli tego nie zrobimy rezerwacja staje się nieważna. Warto też podać szacunkowo godzinę, o które przybędzie się do schroniska. Zwłaszcza gdy planujemy późne dojście, bo może się okazać, że schronisko sprzedało łóżko innym turystom. W sezonie letnim przy dobrej pogodzie z reguły jest w pełni obłożone, dlatego oczekiwanie że jakieś miejsce się znajdzie bez rezerwacji nie jest dobrym pomysłem. Tete Rousse posiada 74 łóżka.

System rezerwacyjny zwykle startuje 1 kwietnia. Zakładając konto na stronie internetowej, możemy zarządzać rezerwacją, zmieniać.

Przy dokonywaniu rezerwacji noclegów warto od razu zamówić sobie śniadanie lub/i obiad, wydawany zwykle wieczorem. Tutaj nie ma wyboru, ale obiad jest czterodaniowy w tym deser (27euro), a śniadanie – płatki, mleko, jakiś ser, wędlina, chleb – 12 euro. Napoje nie są wliczone w cenę. Posiłki mogą być wegetariańskie (tylko trzeba schronisko o tym uprzedzić).

Cena noclegu to 47,5 euro za osobę. Przy czym uznawane są karty klubów alpejskich. Pewnie nie wszystkich, ale Alpenverein działa, tak samo legitymacja członkowska Polskich Klubów Wysokogórskich zrzeszonych w PZA. Wtedy otrzymamy 50% zniżki. Zniżki różnej wielkości są dla dzieci w różnym wieku, także dla grup co najmniej 9-osobowych. Lokalny podatek za dobę pobytu to 0,40 euro. Według cennika na 2019 rok, ceny noclegów wzrosną o 5 euro.

Termin otwarcia schroniska zależny jest od warunków śniegowych, zwykle następuje pod koniec maja, a zamykane jest na przełomie września i października.

Standard Tete Rousse jest dobry, ostatni kapitalny remont miał miejsce w 2003 roku. W schronisku nie ma pryszniców ani WIFI, ale można złapać lepiej lub gorzej zasięg telefonii komórkowej. Nie ma też możliwości naładowania telefonu czy aparatu fotograficznego, więc warto zabrać powerbank. Ponadto brak bieżącej wody, brak kuchni, by sobie coś ugotować, a w budynku nie wolno. Brak możliwości płacenia kartą płatniczą.

Nie trzeba zabierać klapek (papci), bo są ogólnodostępne plastikowe chodaki. Ani śpiworów, bo jest pościel. Chyba że ktoś woli własny sprzęt. Po schronisku nie wolno chodzić w butach.

Wszystkie informacje pochodzą z roku 2018. W przyszłości mogą ulec zmianie.

Na zdjęciach: Na pierwszy zdjęciach schronisko Tete Rousse i bezpośrednie sąsiedztwo na zewnątrz. Na trzecim zdjęciu jest miejsce, gdzie rozbija się namioty. W drugiej części wnętrza schroniska. W tym sala wstępna z szafkami, jadalnia i sypialnia.

CENY z ostatnich trzech zdjęć: ciepły napój 4-6 euro, ale mikro kawa 2 euro, dodatek miodu lub mleka 0,5 euro. Wino: od 4 euro za lampkę do 24 euro za 1 litr. Piwo, najczęściej 33cl (330ml): 6-8euro. Zimne napoje (w tym energetyk), najczęściej 50cl (500ml): 4-8 euro (coca cola puszka 33cl 5 euro). Omlety, pasta: 12-18 euro. Kanapka 10 euro, sałatka 15 euro, Talerz serów: 18 euro. Deser – mały kawałek brownie lub tarty 5-6euro (pieczone na miejscu). Popołudniowa przekąska (brunch) 15 euro. Woda 1,5l: 6euro (litr gazowanej też 6 euro), małe chipsy, batony: 3-5 euro Chleb (500g): 7 euro. Litr wrzątku: 5 euro. Produkty do schroniska dowożone są helikopterem.

Rok 2012 był wyjątkowy dla wimbledońskich kortów. Oprócz tradycyjnego turnieju Wielkiego Szlema (Grand Slam), stanowił arenę olimpijską- LONDYN 2012. Wyjątkowy też dla nas Polaków dzięki temu, że Agnieszka Radwańska osiągnęła swój największy sukces w karierze czyli finał w grze pojedynczej pań. Przegrała z Sereną Wiliams, której zdjęcie jest w galerii poniżej.

Co roku na przełomie czerwca lub lipca albo w lipcu odbywa się jeden z turniejów Wielkiego Szlema, w Wielkiej Brytanii, w dzielnicy Londynu – Wimbledon. Odbywający się na kortach trawiastych cieszy się chyba największą estymą pośród czterech turniejów Szlema. W Anglii, a zwłaszcza w Londynie, ów tenisowy turniej jest dużym wydarzeniem, które chce zobaczyć więcej osób, niż jest dostępnych miejsc. Na szczęście organizatorzy nie wszystkie bilety sprzedają w przedsprzedaży. Podczas zawodów każdego dnia jest do nabycia pula biletów. Ale wiąże się to zwykle ze staniem w długiej kolejce, nieraz wielogodzinnej. Niektórzy na łąkach, na których zbiera się tak kolejka, nocują w namiotach.

O ile jest dobra pogoda czekanie przekształca się w piknik, ale w Londynie bywa z nią różnie. Zanim zostaniemy wpuszczeni na teren mistrzostw (The Championships - Wimbledon), należy przejść kontrolę podobną do tych na lotniskach. Ośrodek tenisowy posiada kilkadziesiąt kortów, ale Wimbledon odbywa się zwykle na osiemnastu, w tym na Korcie Centralnym (Centre Court), o pojemności 15.000 widzów i z zasuwanym dachech.

W roku 2012 Agnieszka Radwańska przyćmiła słabe występy Polaków na kortach Wimbledonu, docierając do finału (Serena pokonała ją w trzech setach). Jej siostra Urszula Radwańska już w pierwsze rundzie przegrała z Mariną Erakovic, a Jerzy Janowicz nawet nie przeszedł kwalifikacji, tym samym nie zagrał w turnieju głównym. Natomiast Łukasz Kubot odpadł w drugiej rundzie z wybitnym tenisistą singlowym Marinem Ciliciem. Panowie zrehabilitowali się rok później docierając do ćwierćfinału Wimbledonu, w którym Janowicz pokonał Kubota, osiągając historyczny sukces (przegrał następnie z Andym Murrayem). Agnieszce Radwańskiej w 2013 roku też poszło bardzo dobrze, dotarła do półfinału, który przegrała po trzysetowej walce z Sabine Lisicki.

A jak będzie w 2016 roku, podczas właśnie rozpoczętej 130-tej edycji tego najstarszego (od 1877r.) i najbardziej prestiżowego turnieju tenisowego, odbywającego się na wimbledońskich kortach trawiastych?

Poniższe zdjęcia zostały opublikowane w 2012 roku na portalu Interia360, który już nie istnieje. Przeniosłem je zatem na własną stronę internetową, dopisując krótki tekst.

Na zdjęciach: Urszula Radwańska, Serena Wiliams, Łukasz Kubot, Marion Bartoli, Grigor Dimitrov oraz Kevin Anderson. W 2012 roku obaj panowie byli uważani za wielkie talenty, które potwierdzili, bo są w czołówce rankingu ATP. 

Na kolejnych zdjęciach jest kolejka po bilety na Wimbledon. Kolejka się kończy tam, gdzie pracownik Wimbledonu trzyma znak „end of queue” (koniec kolejki). Następnie są korty Wimbledonu z kortami nr 2 i 3, z widokiem na Kort Centralny, a wprawne oko na jednym ze zdjęć zobaczy w oddali wieżowce londyńskiego centrum finansowego. Wśród tych zdjęć jest tablica upamiętniająca najdłuższy mecz, który trwał 11 godzin 5 minut (John Isner – Nicolas Mahut 2010). Jak również klasyczny obrazek zasuwania kortu płachtą z powodu opadów deszczu.

Ostatnie zdjęcia to Urszula Radwańska i Łukasz Kubot w akcji. O ile pamiętam, Urszula Radwańską z siostrą Agnieszką w parze dotarły do trzeciej rundy debla na Wimbledonie 2012. Na widocznej fladze Wimbledonu jest nazwisko Petry Kvitovej, która mistrzostwa Anglii wygrała w 2011 roku. Po zawodach 2012 na fladze pojawiła się Serena Wiliams, która w finale pokonała Agnieszkę Radwańską.

MONT BLANC powyżej schroniska Gouter – atak szczytowy
  • środa, 04 lipiec 2018 |
  • Opublikowano w Blog |

Prawie całą zimę spędziłem w Afryce i Ameryce Centralnej – było gorąco. Dlatego z radością przyjąłem totalną zimę w Alpach u progu lata. Brakowało mi takich mrozów, zasp śnieżnych. Ucieszyłem się jako jedyny.

Otwarte w 2014 roku nowe schronisko Gouter na wysokości 3835m świeciło pustkami. I to pomimo, że według internetowego systemu rezerwacyjnego nie było już dostępnych miejsc. Samemu schronisku poświęcę osoby artykuł, teraz wspomnę że system rezerwacyjny jest daleki od ideału.

Zgodnie z zasadami nie wolno rozbijać namiotów w rejonie schroniska Gouter. Trzeba spać w nim. A na 2018 rok cena wynosiła 60 euro za nocleg. W praktyce część osób rusza na szczyt w nocy już z Tete Rousse albo biwakuje w Vallocie (schron nie do nocowania) lub w jego okolicach. Myśmy rezerwacje posiadali, ale nie było o nią łatwo, bo niby wszystkie miejsca zarezerwowano. Gdy później okazuje się, że jesteśmy jedyną grupą (8 osób + para Polaków na 120 miejsc) – jest to irytujące i niezrozumiałe. Kolejnego dnia dołączyła druga grupa, też Polska. Rezerwacja jest niezbędna, bo schronisko nie przenocuje, gdy nie ma miejsc.

Tak jak Tete Rousse otwarto tuż przed naszym przyjazdem, podobnie było z Gouterem. A niespodziewana ekstremalna zima zaowocowała brakiem wody, nie działającymi toaletami oraz trwającymi jeszcze drobnymi pracami remontowymi. Przez cały pobyt nie udało się uruchomić wody pozyskiwanej z lodowca, na szczęście pojedyncze toalety nam udostępniono.

Gdy dotarliśmy do schroniska, mięliśmy czas by się przygotować i wyspać przed planowanym nocnym atakiem szczytowym. Prognozy były optymistyczne jak na tą porę roku, za wyjątkiem nocnych opadów śniegu. Jednak z doświadczenia wiem, że kierowanie się prognozami atmosferycznymi w górach nie ma większego sensu. Nie sprawdzają się. Nawet te profesjonalne. Trzeba postawić na rzeczywistość. Czyli albo danego dnia będą warunki do działalności górskiej albo nie. Poza tym znajomość konkretnych gór pozwala ocenić pogodę i zjawiska atmosferyczne jakie mogą nastąpić. Nie przez przypadek w Himalaje Nepalu jeździ się środkiem naszej wiosny i jesieni a na Aconcaguę środkiem europejskiej zimy. Powszechnie też wiadomo, że w rejonie Mont Blanc czy kaukaskiego Elbrusa w sezonie letnim występują popołudniowe burze. I tak dalej.

ATAK SZCZYTOWY NR 1

O drugiej w nocy śniadanie, założenie sprzętu, przygotowanie lin, by po czwartej rano wyjść ze schroniska. Bez większych nadziei. Przez noc spadło ponad 30 centymetrów świeżego śniegu, który nadal padał. Widoczność niewielka. Przynajmniej będzie podejście aklimatyzacyjne.

Do naszej ośmioosobowej grupy dołączył Polak, jego kolega źle się czuł (doskwierała mu wysokość) i został w schronisku. Podzieliliśmy się na dwa zespoły. Czekało nas torowanie drogi i poruszanie się tylko w oparciu o GPS, bo nic nie było widać. Na szczęście nasz nowy towarzysz miał fajny ślad w swoim urządzeniu.

Od Goutera do szczytu wędruje się po lodowcu. Jest znacznie łagodniej niż na Kuluarze, poza końcówką. Szczelin lodowcowych zwykle jest niewiele i są niewielkie, ale brak widoczności jest dużym zagrożeniem, bo można się zgubić. Ogromne pole lodowe, które nie ma wyrazistych punktów orientacyjnych. Po bokach klasycznej drogi są urwiska lub bogate w szczeliny lodowce. Górne partie Mont Blanc to przykład wspaniałego zlodowaconego obszaru, znacznych rozmiarów, ze spłaszczeniami (plateau). Niewiele mamy takich miejsc w Europie, a alpejskie lodowce całkiem szybko topnieją. W warunkach które zastaliśmy, mogliśmy się poczuć jak w rejonach polarnych. Bezkresna biel, lodowce, sypiący śnieg, wiejący wiatr, mgła, chmury, brak ludzkich śladów, bardzo niska temperatura.

Poruszając się powoli do góry w głębokim śniegu wspinaliśmy się na Dome du Gouter (4306m), praktycznie przechodząc przez szczyt. Droga prowadząca do Vallota nie biegnie prosto, tylko na trasie jest kilka zakrętów. Pomyłka może drogo kosztować. Nastał dzień, ale warunki się nie poprawiły.

Morze Śródziemne blisko a n 4250m n.p.m. termometr wskazywał minus 15 stopni Celsjusza, u progu czerwca, w dzień, po ósmej rano. Temperatura odczuwalna wynosiła minus 25 stopni. Nieźle. Takie temperatury miałem o poranku na siedmiotysięcznym Piku Lenina, startując z obozu trzeciego 6130m na przełomie lipca i sierpnia. A w środku dnia mogłem się opalać na wierzchołku. Blanc tymczasem pokazywał swoje groźne oblicze. Dając do zrozumienia że nie jest taką banalną górką jak wielu twierdzi. Dla mnie super. Całe życie w górach, mało co robi na mnie wrażenie. Coraz rzadziej doświadczam adrenaliny na wysokim poziomie. Bo gdy inni twierdzą, że są ekstremalnie złe warunki, moje stanowisko zwykle jest takie – jaka dobra pogoda. Te bardzo przesunięte u mnie granice ekstremalności zabierają mi zwykle dużą część frajdy z eksploracji gór. Choćby taki Pik Lenina 7134m, jedno z najłatwiejszych wejść w moim życiu, a to już było jakiś czas temu. Zero trudności, wysiłek też prawie zerowy. A miała być taka wielka wymagająca górska przygoda. Wróciłem wtedy z Pamiru mocno rozczarowany. I na Blancu nie spodziewałem się większych atrakcji, raczej nudy i zarazem dobrego treningu. A tutaj miła niespodzianka, dużo cięższe warunki niż na takim Piku Lenina. Wymagające wysiłku i koncentracji.

Nic nie widać, sypie śnieg, w bardziej odsłoniętych miejscach silny wiatr. Blisko przełęczy (Col du Dome) za którą znajduje się krótkie strome podejście do Vallota zapadła decyzja o odwrocie. Dalsza wędrówka nie miała najmniejszego sensu, mimo że GPS pokazywał ok. 500m w linii prostej do schronu. Znajdowaliśmy się na wysokości około 4250m.

Chcieliśmy wrócić po śladach, ale ich już nie było. Wiatr wszystko zawiał, nawet głębokie wyrwy. I po godzinie znowu robiliśmy nową ścieżkę, tym razem w dół, skupiając się na danych satelitarnych, ale one były mało dokładne przez pogodę. Podczas zejścia odrobinę wpadłem do szczeliny lodowcowej zasypanej przez śnieg, w partiach szczytowych Dome du Gouter. Jedną nogś wpadłem po pas, drugą po kolano, ale mało kto nawet to zauważył, bo po chwili byłem już za szczeliną. Zawalona śniegiem, pozwoliła łatwo się wydostać. Blisko Goutera trochę się przejaśniło, gdzie dotarliśmy około 10:30. Zmęczeni. Bo marsz w takich warunkach był wyczerpujący. Dodatkowo zmagałem się kolejny dzień z kontuzją kolana. Zaciskając zęby udawałem że nic nie boli. Aczkolwiek kopny śnieg dla tej kontuzji był koszmarem, bo musiałem mocno zginać i podnosić kolana.

Mięliśmy prawie cały dzień przed sobą. Pojawiły się głosy, by dać sobie spokój, ale zdecydowaliśmy się jeszcze raz zawalczyć. Nasz nowy kolega i jego towarzysz zeszli w dół, ale z drugiej strony przyszła grupa Polaków, tak jak my około ośmioosobowa, oraz jeszcze czwórka i dwójka Polaków. Doszło kilku Francuzów, głównie przewodników czekających na swoje grupy, Hiszpan, Brytyjski instruktor. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że te warunki pogodowe i śnieżne, szanse wejścia na szczyt ograniczyły praktycznie do zera. Nagrodą była działalność górska w prawdziwych zimowych warunkach, bardzo wymagających.

Popołudniu na trochę się rozpogodziło. Czas spędzaliśmy na spaniu, jedzeniu, rozmowach.

ATAK SZCZYTOWY NR 2

Powtórka z historii. O drugiej śniadanie, przygotowanie się do wyjścia i start (data: 30 maj). Wcześniej niż poprzedniego dnia, bo około 3:30 w nocy. Znowu przybyło świeżego śniegu, ale dobra widoczność napawała lekkim optymizmem. Ruszyliśmy za silną męską polską grupą, która doszła dzień wcześniej. Miała też dobry GPS. Ślad w moim urządzeniu się zapisywał, a poza tym poprzedniego dnia pobrałem punkty z urządzenia wspomnianego polskiego wspinacza.

Kopny śnieg, pogarszająca się widoczność, wzmagający się wiatr i towarzyszący mu opad śniegu walący po oczach. Mięliśmy problemy z dojściem do Vallota. Momentami nie było nic widać. Obie grupy połączyły siły. Trochę torowałem drogę, ale nie mogłem obciążać kolana przesadnym tempem. Ostatnie strome podejście do schronu Vallot zrobiliśmy na wprost do góry (w lecie zygzakiem biegnie ścieżka). Trochę się rozpogodziło, wysokość 4362m. Niewielki budyneczek z duraluminium ma służyć w sytuacjach awaryjnych. Jest zimny, nieprzyjemny i zwykle w środku zaśmiecony. Poniżej jest budynek stacji meteorologicznej.

Po krótkim odpoczynku wystartowaliśmy w obie grupy. Z tej drugiej jedna osoba została w schronie – miała dość. Pogoda trochę lepsza, ale na grani Bosses mocny wiatr. Duża ekspozycja wymuszała znaczną koncentrację. Wokół przepaście. Nie dało się iść szybko. Pokonaliśmy dwa lodowe „wzgórza” granią (L'arrete des Bosses). Przed nami był grzbiet Rocher de la Tournette, a za nim wierzchołek Mont Blanc. GPS wskazywał 4600m n.p.m. Tylko znowu ta pogoda. I ogromne ilości śniegu.

Co dalej. Brak ścieżki, przepaść, świeże duże nawisy śniegu. Bardzo trudne i niebezpieczne warunki. Te nawisy stworzyły barierę. Druga grupa uznając, że nie da się ich pokonać, a ryzyko śmiertelnego wypadku jest zbyt duże, zawróciła.

A my? Poświęciliśmy chwilę na zastanowienie. Nie ma się czym chwalić, ale przechodziłem trudniejsze miejsca, solo, bez asekuracji. Bo musiałem, chcąc się wydostać na bezpieczniejszy teren. Bez potrzeby i realnego sensu takiej przeprawy, nie robię tego. Mam świadomość, że każdy błąd w takim miejscu grozi śmiercią. To że ileś razy się udało, nie oznacza że uda się kolejny.

Podjąłbym się prowadzenia naszej czwórki na linie, albo z naszej ósemki wybrał tych, którzy gotowi byli podjąć walkę, gdyby spełniony został jeden warunek. Dobra widoczność wierzchołka i jakiś tam z niego widok. Niestety Mont Blanc cały czas był w chmurach, już powyżej miejsca gdzie się znajdowaliśmy królowały mgła i chmury. Zero widoczności. Do tego silny lodowaty wiatr i padający śnieg. W takich warunkach ryzykowanie życiem nie miało najmniejszego sensu. A satysfakcja dojścia w tych warunkach tak wysoko i tak była znaczna. Zrobiliśmy wszystko co było możliwe. Fajnie powalczyliśmy. Ekstremalna zima i warunki atmosferyczne nikogo w tych dniach nie wpuściły na wierzchołek.

Pozostało wrócić do Goutera. Ale takie łatwe to nie było. Minęliśmy Vallota i utknęliśmy w gęstej mgle, ślady dawno zasypało i zawiało. Znowu wzmożona koncentracja i powoli do przodu, wpierw w górę, potem w dół. O 11:30 byliśmy na miejscu. Zostało dużo czasu, by zejść jeszcze do Tete Rousse, ale poza mną nikt nie miał siły ani chęci. A na resztę dnia i noc chmury zwiastowały kolejne opady śniegu. Druga Polska grupa po odpoczynku ruszyła w dół, myśmy się zdecydowali na jeszcze jeden nocleg. Chciałem przekonać ekipę na zejście, ale pogoda zniszczyła moją argumentację. Wiatr, sypiący śnieg, chmury, chwilami tylko przejaśnienia. Prawdą jest jednak, że kuluarem lepiej schodzić wypoczętym, jednakże warunki pogodowe na nim też mają znaczenie. Gdyby się rozpogodziło, świeży opad stopiło słońce, lepiej było zejść tego dnia. Rozmiękczony śnieg byłby bardziej męczący ale też bezpieczniejszy podczas zejścia, łatwiej było zrobić w nim stopnie. Następnego ranka na zamrożonym kuluarze po kolejnych opadach śniegu mogło być tylko trudniej.

Po 8-godzinnej akcji górskiej mięliśmy prawie cały dzień na regenerację i przygotowania do zejścia w dół. Atmosfera grozy na myśl o kuluarze była duża. Nikt nie miał za bardzo ochoty na wędrówkę nim. Widok przez okna schroniska optymistyczny nie był. Niektórzy marzyli… a jakby nas tak helikopter zwiózł na dół.

W lecie zwyczajowe wejście na Mont Blanc z Goutera zajmuje 4-5 godzin, powrót trochę mniej. Jak jest naprawdę dobra pogoda, można wystartować za dnia, niekoniecznie w nocy. Za Dome du Gouter dochodzi granica włoska, a trajektoria wejścia raz biegnie po jednej stronie granicy, raz po drugiej. Przy czym są drobne spory terytorialne. Włosi uważają, że wierzchołek Mont Blanc jest tylko ich, Francuzi tak samo. Potocznie przyjmuje się, że to szczyt graniczny.

AKLIMATYZACJA

Pisanie o aklimatyzacji przy Mont Blanc jest trochę na wyrost. Prawie każdy jest w stanie wejść na górę bez specjalnych podejść i noclegów aklimatyzacyjnych. Nocleg w Tete Rousse, Gouterze, szczyt, i w dół (zakładając wybór drogi francuskiej). Nie zalecam postępować tak jak ja to czynię, gdy np. w Andach znad oceanu w ciągu jednego dnia przenoszę się na ponad 6000m (do ponad 5000m używając samochodu), albo wchodzę na sześciotysięczniki „z buta”. Z doliny na szczyt, z pojedynczymi noclegami. Ale nie ma powodu też przesadzać w drugą stronę. Czyli przeprowadzać długiej aklimatyzacji tam gdzie nie ma takiej konieczności.

Na Mont Blanc nie ma. Prawie każdy poradzi sobie bez problemów. Jest jednak pewien niewielki procent ludzi, którzy gorzej od większości się aklimatyzują, gorzej reagują na zmniejszenie ilości tlenu w powietrzu. Im nawet Mont Blanc może sprawić trudność. W naszej grupie nie mięliśmy takich problemów, ale też każdy miał pewne doświadczenie wysokogórskie. Nie mniejsze niż 4000m, większość 5000-6000m, a niektórzy około i ponad 7000m wysokości. Pulsoksymetr w Gouterze wskazywał nasycenie krwi tlenem od trochę ponad 90% do niecałych 80%. A więc wszyscy przeszli pomiar pozytywnie.

Gdyby stosować się do medycznych zaleceń odnośnie aklimatyzacji, zrobiłaby się z Mont Blanc wyprawa wielodniowa. A to dosyć niska góra. Co nie oznacza, że osoby gorzej znoszące wysokość, nie mogą czuć się źle, a nawet doznać choroby wysokogórskiej. Najlepszym doradcą w tym temacie jest doświadczenie. Gdy znamy swój organizm, wiemy jaka góra wymaga od nas aklimatyzacji i kiedy ryzykujemy chorobę wysokogórską.

TŁUMY NA MONT BLANC

Szacuje się, że rocznie na Mont Blanc próbuje wejść pomiędzy 25 a 40 tysięcy osób. Prawie wszyscy w lecie. Duża część jest zupełnie do tego nieprzygotowana albo nie traktuje zdobywania góry poważnie. Pierwsze trudności ich zniechęcają. Dlatego procent wejść nie jest duży. Najczęściej padają liczby 30-50% wchodzących. Co daje w praktyce liczby od niecałych 10.000 do 20.000 wejść rocznie. Choć inne szacunki mówią, że prób wejścia jest około dziesięć - kilkanaście tysięcy, a szczyt zdobywa 5000 - 8000 osób rocznie. Nie zmienia to faktu, że na szczycie były 10-letnie dzieci, jak i osoby bliskie setki. Najpopularniejszą drogą, jest ta przez Gouter, ale na Mont Blanc dróg wspinaczkowych jest oczywiście więcej. 

LICENCJONOWANI PRZEWODNICY na Mont Blanc

Kilku moich znajomych w ostatnich latach korzystało z usług przewodników z uprawnieniami i bardzo źle oceniło ich jakość. Uwagi były następujące. Przewodnik miał codziennie nową grupę, więc na atak szczytowy był fragment jednego dnia. Gonił ludzi jak wariat, a jak grupa czy ktoś z grupy trochę odstawał tempem marszu, zawracał. Miał sztywno wyznaczone godziny o której trzeba być na szczycie, o której zejść, mimo że pogoda pozwalała wydłużyć czas marszu dwukrotnie. Brak zrozumienia, że klient nie ma takiej kondycji jak przewodnik. Brak zrozumienia, że klient nie ma takiego doświadczenia jak przewodnik i czasami trzeba mu pomóc albo doradzić, a nie poganiać jak bydło. Brak jakiejkolwiek relacji pomiędzy przewodnikiem a uczestnikami traktowanymi jak skarbonki. Brak indywidualnego podejścia do klienta. Niemożliwość z powodu złej pogody wydłużenia wejścia o jeden dzień (odpłatnie), bo przewodnik ma już kolejną grupę (a są limity ilu można prowadzić ludzi na szczyt, nieprzestrzegane zresztą często przez przewodników). Bardzo zła relacja ceny do jakości usług. W zależności od wariantu, ilości dni, zakresu usług, koszt wchodzenia na Mont Blanc z lokalnym przewodnikiem z uprawnieniami kosztował moich znajomych od znacznie ponad 1000 euro, do ponad 2000 euro (na osobę), większość nie zdobyła szczytu. Przewodnicy w dwa miesiące chcą zarobić na rok utrzymania siebie i rodziny.

Na zdjęciach: nasza ekipa od lewej: Kamil, Agnieszka, Jurek, Grzegorz, Ewa, Maciek, Faraon, Piotrek (fot. 1). Następnie schronisko Gouter i odcinek do Vallota. Na dwóch zdjęciach schron Vallot, a potem podejście za nim. Pod koniec kilka widokowych fotografii z okolic Goutera. A ostatnie trzy, z nocnymi ujęciami z aparatu Agnieszki.

MONT BLANC – Grand Couloir – moc emocji na Wielkim Kuluarze
  • czwartek, 28 czerwiec 2018 |
  • Opublikowano w Blog |

Grand Couloir (Couloir du Gouter, Mont Blanc Grand Couloir) ma opinię najbardziej niebezpiecznego i najtrudniejszego odcinka podczas zdobywania Mont Blanc na normalnej drodze francuskiej. Inne nazwy: Żleb Śmierci i Kuluar Rolling Stones. W lecie spadają z niego kamienie, w zimie lawiny albo lawiny i kamienie.

90% trasy pomiędzy schroniskami Tete Rousse a Gouter to Wielki Kuluar, który zaczyna się na ok. 3300m n.p.m., a kończy na ok. 3800m n.p.m. Na moje oko najbardziej strome fragmenty dochodzą do 50 stopni. Innymi słowy, jest stromo. Przejście skaliste nie jest szczególnie trudne, tym bardziej że w wielu miejscach są stalowe liny (nawet dwukierunkowe), w które można się wpiąć. Zima zmienia diametralnie postać rzeczy.

Na początku trzeba przetrawersować ów kuluar, jakieś 50-75 metrów, w lecie jest stalowa lina do asekuracji. To ów osławiony fragment kuluaru. Potem żebrem na prawo od niego trzeba się wspinać do góry. Ale jak ktoś bardzo chce lewym, nieubezpieczonym – też można.

Nie podzielam opinii, że to newralgiczne miejsce jest bardziej niebezpieczne niż inne mu podobne. Co roku giną tu ludzie, ale statystycznie tak musi być. Na kilkadziesiąt tysięcy przejść rocznie (padają liczby 30, 40 tysięcy), wypadki są nieuniknione. Zwłaszcza że dużą część z tej liczby stanowią amatorzy, ludzie bez doświadczenia.

Czas na relację jak wygląda kuluar w warunkach zimowych (mimo końca maja), gdy na trasie zamiast tłumów i kolejek jest całkowicie pusto.

Kuluar W GÓRĘ

Od Tete Rousse (3167m) wpierw łagodnie do góry skrajem niewielkiego lodowca o tej samej nazwie. Dochodząc do skał widzieliśmy świeże lawiny. Codziennie miały miejsce obfite opady śniegu. Ścieżka iluzoryczna i poza naszą ośmioosobową grupą dwie inne osoby – Polacy.

Po krótkim coraz bardziej stromym dolnym odcinku kuluaru, trzeba go przetrawersować. Duże nachylenie, pełno śniegu, oczywiście brak stalowej liny asekuracyjnej w tych warunkach. Koncentracja i możliwie szybki przemarsz. Ryzyko upadku duże - a skutki byłyby nie do pozazdroszczenia lub wręcz tragiczne. Tak samo gdyby dostać kawałkiem skały w kask albo zostać uderzonym lawiną śnieżną. Na butach raki, w ręce czekan wbijany do końca styliska. Coś co w lecie jest dosyć łatwe i szybkie. W takich warunkach jest czasochłonne i trudne.

Beż żadnego incydentu przetrawersowaliśmy kuluar. I co dalej? Normalnie w wielu miejscach są stalowe liny, ludzie idący tam gdzie my, jakieś kropki farby na skałach. Lecz w tych warunkach musieliśmy sobie często wymyślić własną trajektorię wejścia. Zbliżoną do tej klasycznej. Nachylenie duże, świeży śnieg i stary. Niżej rozmiękczony, wyżej zmrożony. Pogarszająca się pogoda i kolejne opady. Prawdziwe zimowe wyzwanie, nie dla amatorów.

Na plecach nadal bardzo ciężkie plecaki. Asekuracja tylko przy użyciu czekana i raków. Jeden zły krok i zjeżdżasz lub lecisz w dół. Trudno byłoby się zatrzymać w takich warunkach. Śmiertelne zagrożenie. W razie wypadku helikopter by nie przyleciał. Pogoda zakłócała też łączność komórkową, raz była, raz nie.

Wchodząc uświadamialiśmy sobie, że tędy będziemy musieli zejść. Na razie nie bardzo wiedzieliśmy jak, ale ambitna grupa się nie zraziła. Na nasze szczęście, końcówka przed starym schroniskiem Gouter, pozwalała się wpiąć w stalowe liny. Duże nachylenie, plus wiatr odsłoniły je. Nie wszystkie, ale ich obecność pomogła.

Stare schronisko jest nieczynne, w zimie udostępnia się tam awaryjnie jedno pomieszczenie. Są plany by je rozebrać, tylko ponoć brak funduszy. Nie spełnia norm bezpieczeństwa i użytkowane już nie będzie. Od września 2014 roku jest nowe schronisko Gouter, o kosmicznym obłym wyglądzie.

Wiatr. Zapomniałbym, skupiłem się na opadach śniegu. Nie pozwolił nam się wydostać nad stare schronisko. Łby chciało nam urwać. Przewracało. Piździawica solidna, musieliśmy się schronić przy murach i czekać. Komfort… a cóż to takiego, skakanie, klaskanie, pozwalało utrzymać względną ciepłotę. Niby do celu zostało 10 minut, ale przy takiej zimie nie było to proste.

Kruszynką nie jestem, plecak potężny, ruszyłem jako pierwszy. Zwieje mnie albo nie. A po wejściu na śniegowo-lodową grań zlecieć można albo do kuluaru albo lodowcem na drugą stronę. Aczkolwiek jest ona na tyle szeroka i płaska, że gdy nie wieje, jest dosyć bezpiecznie. To skraj potężnej ściany lodowców wśród których jest lodowiec Taconnaz. Przed samym schroniskiem należy ruszyć w prawo, w dół, bo prosto to trajektoria ataku szczytowego. Ścieżki brak, zamontowana zwykle w tym miejscu lina, pod śniegiem. Urwisko blisko, niejeden wpina się w tą linę. Bo oczywiście mięliśmy uprzęże wspinaczkowe na sobie, taśmy i karabinki przygotowane do wpinania się tam, gdzie była możliwość.

Ufff, jesteśmy w schronisku Gouter, w którym pusto. Pogoda paskudna. Wysokość 3835m. Obiekt położony na skraju urwiska oferuje wspaniałe widoki, ale nie dzisiaj. Warto by jeszcze wspomnieć o której godzinie wystartowaliśmy? Nie wcześnie. Gdzieś około 9:00, a może nawet trochę po. Bez przekonania startowaliśmy, bo warunki i pogoda nie napawały optymizmem. W lecie zwykle rusza się skoro świt, z nadziejami na mniejsze ryzyko spadających kuluarem kamieni.

Przyjmuje się, że wejście w lecie zajmuje 4-5 godzin, zmieściliśmy się w tym czasie. Więc gdy nie ma śniegu i kolejek, można wejść znacznie szybciej. To w końcu raptem 600m przewyższenia i niewielkie wysokości.

Kuluar W DÓŁ

Zwykle zejście w dół zajmuje mniej czasu niż wejście do góry, ale nie w tym przypadku. Mogliśmy wystartować w drogę powrotną dzień wcześniej, po ataku szczytowym. Czasu było aż nadto. Ale poza mną nikt nie miał siły ani chęci, i znowu ta pogoda. Gdyby była dobra i nie spadłaby świeża porcja śniegu – może bym przekonał resztę ekipy. Ale nie miałem argumentów. Chmury, śnieg, wiatr. Istniało jednak ryzyko, że następnego dnia będzie dużo gorzej.

Z dwóch grup – obie polskie – tylko jedna zdecydowała się schodzić po ataku szczytowym. Cóż, ceny w Gouterze są bardzo wysokie, czemu poświęcę wkrótce uwagę na blogu. Zostaliśmy na noc w praktycznie pustym schronisku. Bo w tych warunkach nikt do góry nie wchodził. Prawdziwa zima prawie w lecie.

Zejść trzeba było. Kolejnego dnia po śniadaniu wystartowaliśmy mogąc oglądać najładniejsze panoramy podczas całej naszej eskapady. Idealne nie były przez chmury, ale w porównaniu z tym co było wcześniej – bardzo dobre. Oblodzony stromy Wielki Kuluar nie napawał optymizmem. Czuć było w powietrzu świadomość czyhających niebezpieczeństw. Zejść w dół w takim terenie jest dużo trudniejsze niż do góry. W początkowej fazie posiłkowaliśmy się stalowymi poręczówkami. Co nie znaczy, że szło szybko i nie wymagało skupienia. Później utrzymywały nas na powierzchni tylko raki i czekan. Jeden zły krok i lecisz, zjeżdżasz, źle kończysz. Trzeba było to zrobić. Za wiele nie myśleć. Skoncentrować się na każdym kroku, aby był poprawny i w miarę stabilny.

W tych warunkach jedni szli szybciej, inni wolniej. Kluczowe było bezpieczeństwo a nie czas. Pomimo chmur, które nadciągnęły. A później śnieżycy. Wiatr w mniej osłoniętych miejscach przypominał o sobie. Zostałem z wolniejszą częścią grupy, aby im pomóc. Adrenalina na wysokim poziomie. Gdy trwający opad pokrył szczątkowo widoczną ścieżkę zrobiło się jeszcze ciekawiej. Czyli bardziej niebezpiecznie.

Pusto w górach, gdzie te tłumy co roku zmierzające na Mont Blanc? Bardzo powoli obniżaliśmy wysokość. Z którą podczas wyjazdu nikt nie miał problemów. Pierwszej części grupy zejście z Goutera do Tete Rouse zajęło około 5 godzin, drugiej około 7 godzin. Bardzo długo, ale warunki zimowe zmuszały do bardzo daleko posuniętej ostrożności.

Ostatnim emocjonującym momentem jest trawers kuluaru, nas czekały jednak dwa momenty. Drugi to świeże lawiniska schodzące ze ścian pod Gouterem, koło których musieliśmy przejść za trawersem. Z Nadzieją, że w tym czasie żadna góra śniegu na nas nie zleci.

Oprócz naszej grupy na dół schodził Hiszpan, który wyprzedził nas w końcowej fazie zejścia i ruszył na trawers. Pomyślałem sobie, ekstra, zrobi ścieżkę, będziemy mięli łatwiej. Intensywny opad bardzo szybko zasypał ślady pierwszej części naszej grupy. Trzeba było zrobić przejście na nowo w bardzo niebezpiecznych warunkach. Pierwsza część grupy jak później opowiadała, miała duże opory, by pokonać trawers. Moja część też, lecz nie myślałem w ten sposób. Jest bardzo trudno, ale nie jest to niewykonalne zadanie, trzeba to zrobić.

Hiszpan wolno się poruszał, nogi mu drżały, przerażenie w oczach i szybko utknął w kuluarze. Bardzo stromo, słaba przyczepność raków. Należało je wbijać kilkukrotnie by trzymały. Nici ze ścieżki, którą sobie przejdziemy. Wziąłem sprawy w swoje ręce i zacząłem torować. Wiedząc, że osoby które zostały ze mną najchętniej poczekałyby aż śnieg w kuluarze stopnieje. Czyli tak do sierpnia. Moim zadaniem było zrobić przyzwoitą ścieżkę, by były stopnie. Kawał roboty w oczekiwaniu na lawinę lub kawałek skały, który zleci na mnie. Ale może będę miał szczęście?

Śnieg wali z powietrza i z kuluaru. Rzeki sypkiego śniegu. Może to i lepsze niż woda? Ale ich pokonywanie łatwe nie było. Doszedłem do Hiszpana, minąłem go, a on z radością zszedł na wyrąbywaną rakami moją ścieżkę. Wbicie czekana do końca, kilka uderzeń rakami i kolejny krok zrobiony. Wolno to szło, a miejsce należało do tych, by jak najszybciej z niego uciec. Robienie ścieżki w tych warunkach trwało długo, 20-30minut. Ale udało się. Czekałem na resztę po drugiej stronie kuluaru, wyraźnie ich obserwując. Dobrze, że ruszyli, a nie powiedzieli – nie idę. Patrzyli się w śnieg przed sobą, ani do góry ani na dół. Może i dobrze. Złowrogi żleb nad nimi, skąd coś mogło zlecieć, i taki sam pod nimi, gdzie mogli spaść. Hiszpan jak doszedł do mnie, był tak szczęśliwy, dziękował mi za pomoc, skakał z radości. Utkwił w kuluarze i ze strachu nie wiedział co robić, długo by się nie utrzymał. Cóż, zejście nim w tych warunkach ocierało się o pewien stopień ekstremalności. Łatwo było się zabić.

Ze świadomością że najgorsze za nami zbliżaliśmy się do niewidocznego schroniska Tete Rousse. Ścieżką przez lawiniska, potem zapadając się czasami po uda w śniegu. I w końcu jest nasz pośredni cel. Bo główny to powrót do cywilizacji, jeszcze 2200m różnicy poziomów, dopiero pokonaliśmy 600m. Najtrudniejsze, ale kolejny odcinek w tych warunkach łatwy też nie miał być. Chwila odpoczynku w Tete Rousse Refuge i w dół.Ufff, wszyscy tutaj dotarli bezpiecznie.

Są dwie filozofie zdobywania gór.

Ludzie, którzy kochają góry, sam pobyt w nich i wędrówkę uważają za sedno przyjemności. Czym ciekawiej, czym trudniej, tym lepiej. Górska walka, przełamywanie własnych barier – to jest najpiękniejsze. A gdy przy okazji zdobędzie się wymarzony szczyt, tym lepiej. Ale gdy mają do wyboru łatwe banalne wejście na szczyt albo walkę w trudnych warunkach bez jego zdobycia – wybierają to drugie. Uważają że nauka, sprawdzenie swoich umiejętności psychicznych, fizycznych, technicznych, to jest największa wartość górskiej przygody. Tak samo jak walka z bardzo trudnymi warunkami atmosferycznymi. Gdy się nie uda, można ponowić próbę, o ile po drodze człowiek się nie zabije. Tak mówią osoby, dla których góry są sednem życia. Ale jest też druga grupa.

Ludzie dla których cel jest tylko jeden – wierzchołek, osiągnięty w najłatwiejszy i najszybszy sposób. Oni wybiorą najdogodniejszy termin na zdobywanie góry, najłatwiejszą drogę, zatrudnią gdy trzeba pomocników. Byle się pochwalić byłem na szczycie, a jak nie ma znaczenia. Chcą zaliczyć szczyt, bo samo chodzenie po górach, bez jego osiągnięcia jest bez sensu. Nie zależy im na sprawdzeniu siebie, podniesieniu umiejętności, stawieniu czoła trudnościom. Można i tak.

A Ty do której grupy się zaliczasz?

Na zdjęciach z końcówki maja: Podejście z Tete Rousse do Goutera Wielkim Kuluarem. Widać trasę, stare schronisko i grań pomiędzy nim a nowym. Pozostałe zdjęcia obejmują zejście kuluarem z Goutera do Tete Rousse, w tym słynny jego trawers. Jest też zaznaczona nasza trasa i nawet zdjęcie Grzegorza Gawlika we własnej osobie :).

Strona 1 z 134

nationalgeographic box

red bull 225x150

TOKFM box

iexpert 225X150px

stopka plecak

LogoStopka

stopka plecak

Strona używa informacji zapisanych za pomocą… plików cookies w celu dostosowania do indywidualnych potrzeb użytkowników. Jeżeli tego nie akceptujesz zmień ustawienia przeglądarki dotyczą…ce cookies. Więcej informacji można znaleźć‡ w naszej Polityce prywatności.