portal gorski 225x150 box

slaskie box

spokey.jpg 225PX

LOGO

Podziel się

FacebookMySpaceTwitterGoogle BookmarksLinkedinRSS Feed
sobota, 30 lipiec 2016 06:27

LEPSZE NIŻ MEMY

Nie trzeba przerabiać zdjęć, dodawać komentarzy do nich. Wystarczy przyjrzeć się otaczającemu nas światu. Rzeczywistość potrafi być ciekawsza i śmieszniejsza. Oto garść propozycji, nie tylko z Polski. Niech każdy interpretuje jak chce.

Opublikowano w Blog

Jeżeli ktoś nie ma jeszcze pomysłu na tzw. długi sierpniowy weekend, mam ciekawą propozycję. Tytułowy plener jest spotkaniem pozytywnych ludzi i charakteryzuje się bardzo ciekawą formułą. To społeczna inicjatywa osób, którzy kochają podróże i chwała im za nią.

Każdy, podczas tych kilku dni, znajdzie coś dla siebie, bez względu jaki rodzaj aktywności uprawia i jakimi środkami transportu. Można śmiało przyjechać z całą rodziną.

Wspomniałem o formie Pleneru. Nie są to prelekcje podróżnicze, a rozmowa: podróżnik - dziennikarz. I nie polega ona na wystawianiu sobie laurek. Ani nie musi to być konwencjonalna rozmowa. Z założenia, podróżnik przemierza świat samotnie, co bardzo sie różni od grupowego podróżowania czy w parze. A dziennikarz podczas rozmowy, wyciąga na światło dzienne, nierzadko kontrowersyjne tematy, zadaje niewygodne pytania. Ma być nie za długo i ciekawie. Mnie przepytywał będzie Piotrek Tomza.

Oprócz tego, jest cała masa innych zajęć, spotkań. Szkolenia, pokazy, imprezy, rozmowy np. o motywacji. Są atrakcje dla dzieci. I wszyscy bardzo się starają, by Plener Podróżniczy trzymał wysoki poziom. Poza tym, fajnie, że ktoś pamięta o takich ludziach jak Kazimierz Nowak.

Jak było w latach poprzednich i jakie plany są na rok obecny, przeczytacie na: http://plenerpodrozniczy.pl/ i na facebooku.

FAQ:

Dlaczego warto przyjechać na Plener? Bo będzie bardzo fajnie.

Kim był Kazimierz Nowak? Polskim podróżnikiem, który wsławił się pokonaniem samotnie Afryki z północy na południe i z powrotem. 40 tys. km pokonał rowerem, pieszo, konno, czółnem, pociągiem i na wielbłądzie. Pasja go zabiła, gdy ledwo skończył 40 lat. Zmarł w Poznaniu w 1937 roku na zapalenie płuc, co było skutkiem wycieńczenia malarią. Z pewnością nie żałował swojego wyczynu i czuję, że zgodziłby się ze mną, że lepiej żyć krótko ale fajnie, po swojemu. Jeszcze lepiej  tak żyć, ale długo.

Akurat tak się złożyło, że tydzień po Plenerze będę w Afryce, w Tanzanii. Użyję jednak szybszego środka transportu, jakim jest samolot.

Gdzie leży Boruszyn? Około 50km na północny-zachód od Poznania, w województwie wielkopolskim, w gminie Połajewo. Lasy, łąki, pola, święty spokój. W pobliżu znajduje się Drawieński Park Narodowy - bory, jeziora, rzeki, bogata fauna. Z Boruszyna w 1931 roku w swoją 5-letnią podróż do Afryki wyruszył Kazimierz Nowak.

Zapraszam serdecznie do Boruszyna na dobrą zabawę, zwłaszcza że w tym roku Plener będzie dłuższy, za sprawą świątecznego dnia, który przypada w poniedziałek.

JAK BYŁO:

Wielkopolska, sympatyczna wieś Boruszyn. Lasy, pola, nieopodal płynąca Warta. Pieczarki na łące i dożynki w Młynkowie. To ważne. Ale najważniejsze, że przyjechała ekipa pozytywnych ludzi, kochających podróże - te większe i mniejsze. Nie zabrakło rozmów, opowieści, ognisk, muzyki i tańców, a niektórzy nawet zaliczyli bilard w miejscowej knajpie. Oprócz poważniejszych i mniej poważnych prelekcji oraz spotkań, odbyły się warsztaty, zabawy, gry terenowe, wystawa szkiców z podróży w stylu komiksowym autorstwa Marysi. Pokaźna reprezentacja najmłodszych również została objęta licznymi atrakcjami, z puszczaniem mega baniek mydlanych i grami na miejscowym boisku wyłącznie.

Dopisały rowery, nie obyło się bez wycieczki na dożynki w sąsiedniej miejscowości. W końcu, idea Pleneru w Boruszynie zaczęła się właśnie od tych jednośladów. A dokładnie od zakończenia sztafetowej podróży śladami podróżnika Kazimierza Nowaka, który tutaj mieszkał w latach 1925-1933. Choć nie tylko, przemieszczał się po Afryce właśnie rowerem.

Pogoda dopisała, niestrudzony Norbert (organizator) z ekipą, wszystko ogarnęli. Chwała im za to i Wszystkim Obecnym!. A poniżej trochę zdjęć. Tylko te grzeczne. :)

A na nich między innymi: Boruszyn, Młynkowo, szef Norbert, dom Kazimierza Nowaka, Subaru Libero Zdzicha czy Warta w Obornikach. Wcześniej jednak, odesłanie do filmu z ostatniej wulkanicznej wyprawy, który przygotowałem na Plener w Boruszynie:

Opublikowano w Blog
wtorek, 26 lipiec 2016 06:56

KATOWICE się zmieniają

Jeszcze nie tak dawno, gdy znajomi przyjeżdżający do Katowic, proponowali spacer po mieście, mogli otrzymać tylko zaproszenie na kawę. Nie było gdzie pójść. Dzisiaj już jest. Chociaż nie wszystkie prace są ukończone i przed miastem wiele podobnych wyzwań, to warto napisać o tym co się zmieniło. Wybrałem kilka miejsc, solidnie zilustrowanych pod tekstem.

Rynek i Rondo

Katowicki Rynek nigdy nie będzie miał klimatu rynku starego miasta. Dotąd był obskurnym asfaltowym placem z licznymi tramwajowymi torowiskami. Ludzie umawiali się: na "Placu z Tramwajami". One pozostały, ale asfalt zastąpił kamień. Wybudowano estetyczne przystanki. Rynek przebudowano. W zasadzie tworzy go kilka placów. Nazywa się je: Kwiatowym, Teatralnym i Obrońców Katowic, ale nikt tych określeń nie używa.

Główna część, najbardziej "rynkowa", z fontanną, drzewkami, ławkami. Druga część za torowiskiem pomiędzy ul. 3 Maja a Warszawską - płaska przestrzeń wykorzystywana do stawiania straganów, karuzel. Sztucznie odgrodzona niewysokim betonowo-szklanym budynkiem gastronomicznym. Już podczas budowy - jeszcze nie zakończonej - zmieniono koncepcję, i jeden lokal postanowiono przerobić na toaletę publiczną - lepiej późno niż wcale. O ile będzie bezpłatna, zapach moczu nie będzie się unosił nad Rynkiem i okolicznymi ulicami. Szkoda tylko, że budynek jest brzydki i wcale nie istniała potrzeba jego stawiania. Można było wykorzystać jakiś sąsiadujący obiekt, albo postawić na skraju tego wielkiego placu, a nie sztucznie go rozdzielać. Stało się, na razie nikt go nie zburzy, a po tym co było w tym miejscu - nic - i tak jest lepiej.

Za budynkiem jest dalsza część placu. A tam sztuczna rzeka (rodzaj fontanny), imitująca płynącą pod ziemią Rawę. Obecnie ściek. Może kiedyś ziszczą się marzenia Katowiczan o prawdziwych bulwarach nadrzecznych? W upalne dni kąpią się w sztucznej Rawie dzieciaki. Wokół są zamontowane na stałe ładne leżaki, a na lato stawiane palmy, wypożyczone z gliwickiej Palmiarni. Są kwiaty, pomnik Harcerzy Września 1939. Na prawo od tej części, patrząc w kierunku Spodka, za torowiskiem, jest niewielki plac przed Teatrem Śląskim. Z kolei, za fragmentem ze sztuczną rzeką, po drugiej stronie ul. Skargi jest jeszcze fragment placu z odrobiną zieleni i małą fontanną, stanowiącą swoiste przedłużenie sztucznej Rawy.

W końcu Katowice mają centralny plac, gdzie chce się przyjść, usiąść. Otacza go różnorodna zabudowa, od ciekawych modernistycznych gmachów jak Pawilon Handlowy Skarbek, poprzez znajdującą się na skraju piękną secesyjną kamienicę (przy Młyńskiej i Pocztowej), kończąc na przeważających budowlanych paskudztwach jak Dom Handlowy Zenit, który po odświeżeniu elewacji nie wygląda wiele lepiej, zresztą jej dużą część zajmuje ohydna reklama. Jeszcze gorzej prezentuje się część zabudowy od strony alei Korfantego. Z tym problemem niełatwo sobie poradzić. Potrzeba czasu i pieniędzy. Cóż, nie od razu Kraków zbudowano.

Trasę wzdłuż alei Korfantego od Rynku do Spodka również poddano renowacji, dzięki czemu przyjemniej się tamtędy chodzi. Po jednej stronie stoi słynna Superjednostka. Ogromny blok mieszkalny, długi na blisko 200m, wysoki na ok 60m. Wybitnie swoją "urodą" przypomina czasy PRL-u. Po drugiej stronie jest równie "urodziwy" budynek Hotelu Katowice a obok przyjemny niewielki Park Powstańców Śląskich, z pomnikiem im poświęconym, oraz kolejnym - z Jerzym Ziętkiem na postumencie. Pod słynnym katowickim Rondem już od jakiegoś czasu funkcjonuje tunel samochodowy, który wyprowadził ruch tranzytowy, a dzięki pieszym przejściom, łatwo dostaniemy się pod Spodek, po jego drugiej stronie. Na samym Rondzie, stoi nowoczesny półkolisty budynek, pełniący funkcje kulturalno-gastronomiczne, jest mała fontanna, trochę zieleni, przystanek tramwajowy.

Rejon ulic: 3 Maja i Stawowej

Po przebudowie, na ul. 3 Maja pozostały tramwaje, ale piesi znacznie zyskali. Powstało centrum handlowe, połączone z przebudowanym Dworcem Kolejowym. Prawdą jest, że elewacja owego centrum nie porywa, a od strony ulicy Słowackiego wygląda okropnie. Prawdą jest, że tunel wybudowany pod ulicą Dworcową, jest wąski, nieprzyjemny, a wjazd z niego na piętrowy parking źle zaprojektowano. Wreszcie, prawdą jest, że hala dworcowa została bardzo pomniejszona na rzecz centrum handlowego i jest za ciasna, a miejsc siedzących jest bardzo niewiele, do tego niewygodne. Za to, przeładowanie punktami gastronomicznymi jest znaczne. Też bym wolał, żeby to zostało zrobione raz a dobrze. Ale za późno. Muszę jednak przyznać, że i tak jest lepiej niż było.

Prostopadła do ul. 3 Maja, ul. Stawowa, nadal jest deptakiem, prowadzi prosto do głównego wejścia Dworca Kolejowego, chociaż przydworcowa część nazywa się Placem Szewczyka. Niewielki plac jest przed samym wejściem. Z drugiej strony, Stawowa zamieniła się w krótki deptak, przed nowym, niezbyt ładnym, budynkiem Centrum Handlowego, za którym odnowiony został Skwer Przyjaciół z Miszkolca. Jest gdzie usiąść, fontanna, kawałek odkrytej Rawy. Otoczenie psuje dworzec autobusowy, obsługujący połączenia dalekobieżne. Nic się tutaj nie zmieniło od lat. Obraz nędzy i rozpaczy, okropna wizytówka miasta, zalewana wodą po większych opadach. Nawet w najbiedniejszych krajach świata już czegoś takiego się nie spotyka. Chociaż słyszę od lat o budowie nowego dworca, nic się nie dzieje. W każdym bądź razie i tak trzeba docenić zmianę otoczenia. Jeszcze nie tak dawno wszystko w okolicy wyglądało jak ten nieszczęsny dworzec.

Okolice Rynku i Mariacka.

Rynek odnowiony, część sąsiednich uliczek zamieniono w deptaki. Najbardziej spektakularna okazała się przebudowa ulicy Mariackiej (znajduje się po przeciwległej stronie Rynku w stosunku do ul. 3 Maja). Nienajlepsza reputacja, pełno samochodów, straszne zaniedbania - tak było. A teraz, główna imprezowa ulica Katowic, z atrakcyjnym wizualnie neogotyckim kościołem Niepokalanego Poczęcia NMP (1862-1870r.), na jej końcu. W ślad za Mariacką, kilka sąsiednich uliczek wyłączono z ruchu samochodowego. Jest gdzie się przejść, usiąść. Ogromna zmiana i oby tak dalej.

Za tymi działaniami trzeba jeszcze dostosować sygnalizację świetlną w ścisłym centrum, by piesi nie stali jak kołki minutami, by pokonać 3-metrową ulicę. Powinno być tak jak w Hong Kongu, naciskam guzik, i najwyżej 3 sekundy później mam zielone światło. I warto przypilnować, by po deptakowych ulicach jeździło mniej samochodów i mniej parkowało. Takie, wydawałoby się drobiazgi, psują dużą część wykonanej pracy, za grube miliony.

Strefa Kultury

Niektórzy narzekają, że obiekty, które tam wybudowano można było umiejscowić w różnych częściach miasta, ożywiając je. A tak wszystko zawarto w jednym. Dobrze się stało. Strefa jest blisko ścisłego centrum i Rynku, śmiało można tam dojść piechotą i przyjemnie pospacerować. A tego Śródmieściu Katowic brakowało.

Przy okazji, zyskano miejsce, gdzie odbywają się liczne imprezy, koncerty. Co ma swoje plusy i minusy. Plusem jest łatwa dostępność, minusem głośna muzyka, tłumy ludzi i tony śmieci. Wtedy nie jest to miejsce do spacerowania. Teren koncertowy jest ogrodzony barierkami i rozdziela Strefę Kultury na dwie części. Chcąc się przedostać z jednej na drugą, napotkałem płot. Spytałem pracowników obsługujących koncerty, jak z pod gmachu Orkiestry Symfonicznej mam się dostać do Muzeum Śląskiego? Powiedzieli z rozbrajająca szczerością, że nie ma jak, bo nikt o tym nie pomyślał. Poradzili, że koło płotu, przy skarpie, jest wąski przesmyk. Skorzystałem z niego. Po deszczu, błotniste miejsce, nie wszędzie równe, przy znacznym spadku terenu. Pewnie ktoś musi zlecieć z tej skarpy, zrobić sobie krzywdę, pozwać odpowiedzialnego za ten stan rzeczy do sądu i wywalczyć odszkodowanie, by właściwe osoby ruszyły mózgownicą. Ten brak ludzkiego pomyślunku zawsze mnie przeraża. Skoro stawiamy barykadę przez wszystkie chodniki, to na czas koncertów (kilka miesięcy w roku), wybudujmy jakieś przejście - tymczasowe, bezpieczne, oznaczone. Tak nakazywałaby logika, z którą u nas jest słabo. 

Jakie obiekty znajdziemy w Strefie Kultury? Najbliżej centrum miasta jest słynny Spodek (1964-1971r.). Kiedyś niemal jedyna tak duża hala widowiskowa w Polsce (do 11500 miejsc). Dzisiaj jedna z wielu, ale o niepowtarzalnym kształcie, który może się podobać. Obok, znajduje się Międzynarodowe Centrum Kongresowe (2011-2015r.), największa sala mieści do 10000 osób. Połączone zostało ze Spodkiem. Powstało na terenach poprzemysłowych, jak wszystkie obiekty o których napiszę za chwilę (na terenie byłej kopalni Katowice, węgiel wydobywała do 1999r.). Centrum Kongresowe, kształtem ma przypominać bryłę węgla, na części budynków są tarasy z trawy, alejki, ławki. Ogólnodostępne i bardzo popularne wśród Katowiczan. Ciekawe i ładne miejsce. Od strony Ronda, przed Spodkiem i Centrum Kongresowym jest duży plac, czasami wykorzystywany jako parking. Bezwzględnie potrzebny jest podziemny. Wystarczy ten teren trochę przebudować, a będzie "drugim rynkiem", tętniącym życiem. Nie zasługuje on na bycie parkingiem ani pustą niewykorzystaną przestrzenią.

Obok trwa budowa. Na miejscu brzydkiego PRL-owskiego biurowca mają powstać dwie nowe szklane wieże (nazywać się mają KTW). Budowane etapami, bo jest to komercyjne przedsięwzięcie. Właśnie rozpoczęły się prace przy niższym wieżowcu, o wysokości 55m. Drugi, ma mieć 117m i postać trzech brył, przy czym środkowa będzie przesunięta, a budynek będzie wyglądał jak klocki postawione jeden na drugim. Założenie jest takie, by było klasycznie, ale elegancko i wszystko współgrało z otoczeniem. Na efekty prac trochę poczekamy.

Po drugiej stronie ulicy Olimpijskiej, nad którą możemy przejść kładką, wybudowano Narodową Orkiestrę Symfoniczną Polskiego Radia (NOSPR, 2012-2014r.). Klasyczna, efektowna bryła, muzyczne dzieło sztuki wewnątrz. Przed głównym wejściem jest Plac Wojciecha Kilara z fontanną, z drugiej strony, żywopłotowy labirynt, a przy jednym z boków szeroka aleja, z kolejną fontanną. Główna sala mieści 1800 osób, kameralna 300.

Kawałek za NOSPR-em znajduje się Muzeum Śląskie. Nowy gmach powstał w latach 2011-2014. Otwarcie nastąpiło w 2015 roku. Serce muzeum ulokowano pod ziemią, na powierzchni jest kilka szklanych niedużych budynków. Niektórzy mogą sobie wyobrazić, że są to bryły lodu albo kryształy wyrastające z ziemi. A wokół zieleń. Zagospodarowano część pokopalnianych budynków, jak wieżę wyciągową Warszawa II (obecnie punkt widokowy), budynek maszynowni, magazyn odzieży. Całość, to oryginalna i atrakcyjna koncepcja architektoniczna. Po sąsiedzku, zostało jeszcze sporo pokopalnianych obiektów, w tym kolejna wieża wyciągowa. W przyszłości teren ten ma być zagospodarowany, m.in. na potrzeby muzeum. Trwają prace.

W całej Strefie Kultury znajdziemy aleje, ścieżki, place, ławki, zieleń, drobną architekturę, jak mały amfiteatr, fontanny, czy pomnik. Jest kilka kawiarni i restauracji. Podziemne parkingi, jak i naziemne.

Warto zwrócić uwagę, że po drugiej stronie wielopasmowej i ruchliwej Alei Roździeńskiego, znajdują się główne obiekty Uniwersytetu Śląskiego (UŚ). Dostaniemy się tam ładnym pieszym mostem. Z nowszych inwestycji uniwersyteckich w tym miejscu, warto wspomnieć o ciekawym architektonicznie gmachu Biblioteki Akademickiej(2008-2012r., dla UŚ i Uniwersytetu Ekonomicznego).  I o zamknięciu dla samochodów ulicy Bankowej, pomiędzy Rektoratem a Wydziałem Nauk Społecznych, gdzie stworzono niewielki plac.

Dolina 3 Stawów

Od Rynku dzieli ten rekreacyjny teren na tyle nieduża odległość, że można pokonać ją pieszo (2km). Stawów jest więcej niż tytułowa liczba, do tego leśne tereny. W sąsiedztwie autostrada A4. Jest miejsce do kąpieli z plażą, można wypożyczyć rowery wodne, spacerować, odwiedzić restaurację. Są ścieżki rowerowe i stacja roweru miejskiego (system wypożyczalni).

Nikiszowiec

Nikt nie przyjedzie dla zwiedzania Śródmieścia Katowic, są lepsze miejsca w Polsce, ale nigdzie nie ma takiego robotniczego osiedla jak Nikiszowiec (w  granicach Katowic od 1960r.). Dla niego warto przyjechać, chociaż dzieli je od centrum kilka kilometrów. Jest to największa architektoniczna atrakcja stolicy województwa śląskiego. Osiedle nie jest duże, ale małe też nie. Dla jednego budynku nikt by tutaj nie zawitał, ale dla całej harmonijnej serii ślicznych ceglanych, z podwórkami, placem, parkiem, kościołem, już tak. Bardzo fajne miejsce na spacer, jest gdzie usiąść na kawę i kupić pamiątki(w Centrum Zimbardo). Absolutna perełka miasta, w końcu doceniona i coraz lepiej turystycznie zagospodarowana. 

Zabytkowe osiedle robotnicze powstało w latach 1911-1919. Trzykondygnacyjne domy mieszkalne z czerwonej cegły są zamknięte pierścieniowo. Poszczególne kwartały są połączone budynkiem mieszkalnym z tzw. nadwieszką, czyli zadaszonym mostkiem z podcieniami. Innymi słowy, zamiast parteru mamy przejście pod budynkiem - ulicę, chodniki. Ładne architektonicznie, z filarami, półkolistymi sklepieniami. Osiedle tworzy spójną całość, zarówno pod względem ułożenia budynków oraz ulic, jak również dzięki ich wyglądowi i użyciu jednolitego budulca. Zastosowano wiele detali architektonicznych, w środku kwartałów znajdziemy place, skwerki (kiedyś dominowały tam komórki, chlewiki). Jak z lotu ptaka spoglądamy na średniowieczne miasta, widzimy charakterystyczny układ ulic. Podobne wrażenie będziemy mięli w przypadku Nikiszowca, chociaż to znacznie młodsze budownictwo. Gdy coś się robi w sposób przemyślany, estetyczny, obroni się bez względu na datę budowy. Tworząc takie osiedle, nawet pomyślano, by wnęki okienne i parapety były pomalowane na czerwony jednolity kolor. Patrząc na charakteryzującą się bezguściem, współczesną architekturę mieszkaniową, możemy pomarzyć o jakości przestrzenno-architektonicznej, w jakiej mieszkali robotnicy na przełomie XIX i XX wieku.

Familoki w Nikiszowcu, czyli budynki wielorodzinne przeznaczone dla pracowników przemysłu ciężkiego i ich rodzin, to perełka pośród tego typu osiedli. A znajdziemy je w każdym większym mieście Aglomeracji Górnośląskiej. Sercem dzielnicy jest Plac Wyzwolenia, przy którym stoi kościół św. Anny (neobarokowy, na planie krzyża, z wspaniałymi organami), obok jest skwer Emila i Georga Zillmanów (architektów osiedla), a część budynków wokół niego posiada podcienie, które chronią przed deszczem albo słońcem. Tego typu osiedle było niemal samowystarczalne, z własnym szpitalem, szkołą, punktami usługowymi. Na niespełna 8 hektarach, mogło osiedlić się ponad 8 tysięcy ludzi.

Na Nikiszu, jak powszechnie się mówi o tym miejscu, organizowane są jarmarki rękodzielnicze, a po sąsiedzku są częściowo zabytkowe obiekty ciągle fedrującej kopalni Wieczorek. Także lodowisko Jantor. Zmiany ustrojowe i gospodarcze mocno odcisnęły swoje piętno w Nikiszowcu. Ten fragment miasta nie miał dobrej reputacji i uchodził za niebezpieczny. Zmieniło się to jednak zdecydowanie na plus.

Niedaleko stąd do zabytkowej cechowni i łaźni kopalni Wieczorek (obecnie Galeria Szyb Wilson) i robotniczego osiedla w Giszowcu.

Katowice są stosunkowo młodym miastem (od 1865r.), dlatego trudno spodziewać się w nim klimatu starości. Co nie zmienia faktu, że wojewódzkie miasto powinno jakoś wyglądać. I zaczyna.

Czekam, aż ktoś podejmie odważną decyzję i znajdzie na jej realizację środki - schowanie torów kolejowych w centrum pod ziemię. Rozdzielają one serce miasta niemal jak mur, na pół. To jest potrzebne Katowicom. Zresztą tak samo jak schowanie drogi nr 79 pod centrum Chorzowa, bo biegnie ona estakadą nad Rynkiem, czy generalny remont torowisk kolejowych w rejonie Bytomia, by tamtejszy dworzec przestał być dworcem-widmo. Nie chce się wierzyć, że jeszcze w XX wieku, co chwilę zatrzymywał się tutaj pociąg pasażerski, a w latach 30-tych do Berlina podróż trwała niewiele ponad cztery godziny.

Opublikowano w Blog

Podgórze i Cricoteka

Podgórze, kiedyś samodzielne miasto, dzisiaj część Krakowa. Położone nad brzegiem Wisły, z miszmaszem architektonicznym. Są ładne uliczki z knajpkami, ale też zaniedbane, z dziurami po wyburzonych budynkach. Jest plac zwany Rynkiem Podgórskim z kościołem św. Józefa (1905-1909r.), słynący z eleganckiego frontu i charakterystycznej wieży. Trochę ładnych kamienic, ale również coraz więcej nieciekawych architektonicznie współczesnych budynków mieszkalnych i biurowych. Z tutejszego Rynku, do Głównego, przez Kazimierz, są dwa kilometry z groszami.

Nowy budynek Cricoteki (2014) stanowi jedną z największych atrakcji dzielnicy.  Jak na konserwatywny Kraków, pomysł śmiały, ale świetny. Zagospodarowano tereny dawnej elektrowni podgórskiej. Są to niewielkie acz ładne obiekty i komin. A nad nimi zbudowano "kosmiczny" betonowo-stalowy budynek, w którego suficie odbijają się zabudowania elektrowni. Oby więcej takiej architektury w Polsce. Obiekt położony jest nad samą Wisłą, w pobliżu pieszego mostu, którym dojdziemy na Kazimierz i na Stare Miasto. Jednym z najważniejszych zadań Cricoteki jest upowszechnianie dorobku artystycznego Tadeusza Kantora, XX-wiecznego polskiego malarza, reżysera, grafika, animatora kulturalnego.

Z ciekawszych innych miejsc w Podgórzu, warto wspomnieć o forcie wieżowym Benedykt i Kopcu Krakusa.

Zalew Zakrzówek

Fantastyczne miejsce, całkiem blisko centrum Krakowa (4 km od Rynku Głównego). Teren po kopalni wapienia zalano w 1990 roku, tworząc niezwykle malowniczy zalew. W kamieniołomie krótko pracował Karol Wojtyła w czasie II Wojny Światowej. Zbiornik ma do 32m głębokości, przejrzystą wodę i nadaje się świetnie do nurkowania. Są też dobre warunki do pływania i opalania, mimo dużego zaniedbania terenu. Skalne otoczenie kamieniołomu jest efektowne i urokliwe. W pobliżu są tzw. Skałki Twardowskiego, powstałe w wyniku eksploatacji górniczej. Dostępność do zalewu i skalnych urwisk jest ograniczona. Płot, krzaki, chaszcze. Ale są wydeptane ścieżki i dziury w płocie. W jednym miejscu nawet teren do kąpieli, jak dobrze widziałem, chyba z obsługą ratowniczą (poniżej zdjęcie). Działa centrum nurkowe. Status tego miejsca nie jest wyjaśniony. Lokalne władze raz się nim chwalą, innym razem najchętniej zakazałyby się zbliżania.

Trzeba skończyć ze swoistą obłudą i udostępnić teren zwiedzającym, z informacją, że jeśli nie zachowamy ostrożności, może być to dla nas niebezpieczne. Kamieniołom i jezioro są śliczne. Gdyby porobiono profesjonalne ścieżki, zejścia nad jezioro, punkty widokowe - byłoby idealnie. Ale na to potrzeba czasu i pieniędzy. Nie mniej, łatanie dziur w płocie, by nikt nie zbliżał się do krawędzi jeziora, jest bez sensu. Bo zaraz powstają nowe. Działanie przeciwko ludziom nie przyniesie żadnych skutecznych efektów. Skoro lokalna społeczność, i nie tylko, chce mieć dostęp do tego terenu, to nikt ich nie powstrzyma, chyba że teren zostanie otoczony polem minowym. Jeśli nie, zabranianie i grodzenie jest idiotyczne i nieskuteczne.

W upalny dzień w rejonie skał i nad samą wodą było dużo osób. Opalali się, kąpali. Strome zejścia i przepaście nie są w stanie w tym przeszkodzić. Ryzyko utonięcia również. Nigdy nie zaaprobuję postawy "mądralińskich władz", które wiedzą wszystko lepiej (w rzeczywistości zwykle gorzej). Są skały, ktoś spadł - zamknijmy teren. Jest woda, ktoś utonął - zakażmy się kąpać. Ktoś zleciał w górach ze szlaku - zamknijmy go. I tak dalej. Tam gdzie skały, góry, woda, zawsze ginęli ludzie i zawsze będą ginąć. Jak w każdym gatunku, są mądrzejsze i głupsze osobniki. Mające szczęście lub pecha. Za błędy pojedynczych osób, nie może odpowiadać cała populacja i z tego powodu ponosić negatywnych konsekwencji. 

Nie wiem też dlaczego w miejscu, gdzie znajduje się centrum nurkowe, jest wszystko skrzętnie ogrodzone, by osoby postronne nie mogły bezpiecznie dostać się nad wodę? To samo dotyczy zakazu wjazdu w sąsiedztwo kamieniołomu, gdzie asfaltowa droga i pełno miejsc do parkowania? Szkoda, że tak atrakcyjne miejsce jest tak słabo zagospodarowane.

Zamek Rabsztyn koło Olkusza

Wystarczy zjechać 3 kilometry z drogi nr 94 w Olkuszu, by znaleźć się pod zamkiem we wsi Rabsztyn. W zalesionej i pagórkowatej okolicy. Pamiętam, jak jeszcze w nie tak odległych czasach, stan zachowania ruin był mizerny, wszystko zarośnięte chaszczami. Miejsce tylko dla pasjonatów. Obecnie, zamek częściowo zrekonstruowano, nadal trwają prace. Wstęp jest płatny (5zł bilet normalny VII.2016), w zamian możemy obejrzeć niewielką wystawę i udać się na punkty widokowe w odbudowanej zamkowej wieży. Jest fragment fosy i most. A wzgórze zamkowe urozmaicają wapienne skałki. Miejsce w sam raz na godzinną przerwę w podróży. Chyba, że odbywa się jakaś większa impreza, typu turniej rycerski. Wtedy godzina nie wystarczy.

Ten XIV-wieczny zamek znajduje się na słynnym szlaku Orlich Gniazd (warowni i zamków jurajskich). Był to obiekt znacznych rozmiarów, posiadający część dolną, średnią i górną. W XVII wieku dobudowano renesansowe pałacowe fragmenty, likwidując częściowo jego charakter obronny. Przed czasami króla Kazimierza Wielkiego miał postać drewnianą.

Nieopodal położony jest rezerwat  przyrody "Pazurek" - ciekawa flora, skały oraz Januszkowa Góra 449m z licznymi jaskiniami (obszar Natura 2000).

Zdjęcia przedstawiają opisane miejsca. 

Opublikowano w Blog
Niedawno pisałem o wizycie w Europejskim Centrum Solidarności (ECS) w Gdańsku. Nie minęły trzy tygodnie, a odwiedziłem je ponownie, za sprawą bursztynowej wystawy czasowej (otwartej 11 lipca 2016). Zobaczyć ją wcale nie było łatwo, bo niektórzy pracownicy ECS bronią dostępu do zwiedzania.

Przy poprzedniej wizycie wspominałem, że nie było gdzie zostawić plecaka i trochę niechętnie, ale sprzedający bilet zgodził się bym zostawił plecak w "klatce" na rzeczy uczniów ze szkół. Tym razem historia się powtórzyła. Zamówione przez ECS w potężnej ilości malutkie schowki jak zwykle w większości stały puste, a miejsca gdzie mógłbym zostawić 30paro-litrowy plecak nie było. Podchodzę do kasy, chcę kupić bilet (10zł) i padają słowa: ale musi pan zostawić plecak. Oczywiście, odpowiadam. Tam są szafki - słyszę i od razu kwituję to słowami, że mój plecak się do nich nie zmieści. Proszę jednocześnie o otwarcie "klatki" jak poprzednim razem, ale skoro są w niej plecaki uczniów, to się nie da - stwierdza kasjerka. Ale druga klatka jest pusta - nie daję za wygraną. Nie można - pada w odpowiedzi, a po chwili: w takim razie nie może pan zobaczyć wystawy, do widzenia. Czy ja śnię, czy to się dzieje naprawdę? Przyjeżdżam z Katowic, by zobaczyć wystawę, ECS zmarnował pieniądze na w większości bezużyteczne szafki i dlatego nie mogę jej zobaczyć, mam wrócić do Katowic. Dla kasjerki to oczywiste. Przecież nic się nie dzieje. W takich sytuacjach "nóż się otwiera w kieszeni". Bezczelność i chamstwo! Na szczęście dziewczyny, które wydają system audio, pozwoliły mi zostawić plecak u siebie. Odwiedziłem setki muzeów w dziesiątkach krajów, ale tylko w Polsce mi się zdarzają takie historie. Gdzie indziej nawet jak przyjeżdżam z dwoma plecakami, jednym 100-litrowym, drugim 40-litrowym, nie ma żadnego problemu bym je zostawił. W Polsce wiecznie ktoś wymyśla jakiś kretyński problem. Wiadomo, że muzea są deficytowe, trzeba do nich dopłacać z publicznych pieniędzy (za takie też je zbudowano). Wydawałoby się, że każdy klient jest na wagę złota i należy o niego dbać. Ale nie w Europejskim Centrum Solidarności w Gdańsku.

Chociaż w ostatnim czasie zatrudniono w polskich muzeach trochę młodych, bardziej rozgarniętych i empatycznych ludzi, to jednak cały czas dominują takie persony jak pani kasjerka. Nieprzyjemne, niegrzeczne, leniwe i obrażone na cały świat, że muszą pracować (stałem w długiej kolejce do kasy, bo tak sprawna była obsługa), oraz czerpiące przyjemność w uprzykrzaniu życia zwiedzającym jak tylko się da. Nigdy takiego podejścia nie rozumiałem i nigdy nie zrozumiem. Nie ma nic wspólnego z ludzką solidarnością.

Aż się wierzyć nie chce, że w turystycznym mieście jakim jest Gdańsk, gdzie dużo ludzi przemieszcza się z bagażami i oczywistym jest, że niektórzy po drodze z/na lotnisko/dworzec kolejowy, będą chcieli odwiedzić ECS, nikt nie pomyślał o tak prozaicznej rzeczy, jak możliwość zostawienia bagażu. Gigantyczny gmach, za gigantyczne pieniądze, ale nie ma miejsca, by zostawić płaszcz albo walizkę czy plecak.

Po walce, udało mi się dostać bilet do ręki na wystawę. Chcę na nią wejść, ale pracownica informuje mnie, że muszę zostawić aparat, który mam w pokrowcu, bo nie wolno robić zdjęć. Gdzie mam zostawić? Proszę zostawić na podłodze, ja tutaj stoję. Minutę później kobiety nie ma, a na podłodze torebki, saszetki, aparaty, każdy może podejść i sobie wziąć. Nieliczni zwiedzający wystawę, ze zdziwieniem kładą swoje rzeczy na podłodze przy wejściu, pytając czy nikt nie ukradnie? Słyszą, że nie. Tylko chętnych na oglądanie niewielu i pracownica regularnie znika, nawet na dwie minuty, zostawiając rzeczy bez opieki. Ludzie zamiast oglądać wyroby bursztynowe zerkają, czy ich torebka jeszcze leży na podłodze. To się nazywa wzorcowa organizacja wystawy!

Jestem przy artystycznych wyrobach bursztynowych, minęło pół godziny od wejścia do muzeum. Nie można robić zdjęć, pytam zatem pracownicę, która pilnuje ekspozycji, o jakąś broszurę z opisem prezentowanych przedmiotów, z miniaturowymi chociaż zdjęciami. Nie ma - pada odpowiedź.  W takim razie i tak robię smartfonem kilka zdjęć wystawy i tabliczek z opisami. Przybiega do mnie owa pracownica z krzykiem, pretensjami i żądaniem ich skasowania. Usłyszała ode mnie: dostanę broszurę z informacją o wystawie, skasuję zdjęcia. Pokazuje mi jedyny eksponat, na którego fotografowanie zgodził się właściciel ekspozycji. Wybrał do tego obiekt najmniej atrakcyjny, nudny, nijaki - wyglądający jak kawałek ściany w łazience. Kilku zwiedzających dołączyło się do komentowania, że zakaz fotografowania jest bez sensu, bo bursztynowi od zdjęć nic się nie stanie.

Pracownica tłumaczyła to tym, że właściciel kolekcji zakazał, bo nie lubi pokazywać swoich dzieł i chce zachować ich prywatność. To po co je wypożyczył na wystawę? I dlaczego władze ECS na tak niekorzystne dla zwiedzających żądania właściciela przystały? W czasach, gdy każdy ma smartfon z przyzwoitym aparatem fotograficznym i szał robienia zdjęć ma się w najlepsze, zakazywanie fotografowania jest utopią.

Jeszcze jakoś można byłoby zrozumieć, gdyby Lucjan Myrta - twórca bursztynowych mebli, obrazów, rzeźb i właściciel brył z inkluzjami owadów - udostępnił do fotografowania jedno z największych swoich dzieł. Na przykład bursztynowy skarbiec (szkatułę), ważący 825kg i reklamowany jako największy zachowany bursztynowy obiekt na świecie. Lecz tego nie zrobił. Oj, nieładnie panie Lucjanie.

Co z tego, że bursztyn piękny i wielobarwny, niektóre wyroby z niego wspaniałe, jak po tylu przykrych sytuacjach, satysfakcja z oglądania pozostała niewielka. Druga wizyta w ECS i drugi raz pozostał niesmak. 

P.S.

Jeżeli chcemy, by żyło się nam lepiej, nie powinniśmy przyjmować postawy: nie da się, nie chce mi się, nie mam czasu - tylko próbować poprawić to co nie funkcjonuje jak należy. Każdy drobny gest w tym temacie jest ważny. Dlatego zwróciłem uwagę ECS na niedociągnięcia. Otrzymałem przeprosiny i wyjaśnienie: naszym usprawiedliwieniem jest fakt, że jesteśmy młodą instytucją i cały czas się jeszcze uczymy - również obsługi klienta.

Wierzę, że z tej nauki będą pozytywne efekty. 

Opublikowano w Blog
Słyszeliście o Muzeum Emigracji w Gdyni? Mogliście nie słyszeć, bo to nowa instytucja kultury. W mieście, w którym bardzo dużo się dzieje na tym polu. Udostępnione zostało zwiedzającym w maju 2015 roku. Jest kolejnym przykładem, prezentowanym ostatnio przeze mnie na blogu, młodego polskiego muzeum, ciekawie zaaranżowanego. Mimo poważnej tematyki. Wśród której są postacie o doniosłym znaczeniu, jak Ignacy Domejko - między innymi o nim opowiadałem na podróżniczej prelekcji, zorganizowanej przez tą placówkę. Jak również zwykli Polscy obywatele, którzy wyemigrowali za chlebem czy uciekając przed wojną.

Na ile się dało wystawa ma charakter interaktywny, są sporej wielkości eksponaty i dużo ciekawostek. Dokładne zwiedzenie wymaga około dwóch godzin. W budynku jest też mała restauracja i księgarnia. Właśnie, lokalizacja nie jest przypadkowa. Muzeum Emigracji mieści się w budynku Dworca Morskiego z 1933 roku przy Nabrzeżu Francuskim, w gdyńskim porcie (ul. Polska 1). Około 2,5-3 kilometry od ścisłego centrum Gdyni, obok Kapitanatu Portu. W okresie międzywojennym był miejscem tranzytowym dla wielu polskich emigrantów.

W Polsce nie ma drugiego takiego muzeum, dodatkową atrakcją jest sąsiedztwo drogi wodnej w pobliżu wejścia do portu, skąd można oglądać statki. Niektóre z nich, jak wielkie wycieczkowce cumują obok muzeum. Łatwo się tutaj dostać pieszo, samochodem czy miejskim autobusem.

Poniżej próbka zdjęć, po całość zapraszam do Gdyni (http://www.polska1.pl/).

Opublikowano w Blog
12 lipca na 4 dni wpłynął do portu w Gdyni okręt dowodzenia typu Blue Ridge - USS Mount Whitney z VI Floty Stanów Zjednoczonych, na co dzień operujący na Morzu Śródziemnym. Jego wymiary to 194m długości i prawie 33m szerokości. Zwodowany został w 1970 roku i pływa na nim 600 marynarzy. Rozwija prędkość 23 węzłów. USA posiadają dwa okręty tego typu. Szkoda, że Amerykanie ukryli go przed światem przy Polskim Nabrzeżu. Mogli zacumować w jakimś miejscu, by możliwe było jego zobaczenie. Stanowiłoby to sporą atrakcję dla turystów i mieszkańców Gdyni. Okręt jednak dosyć dobrze schowano przed światem poza momentem wpłynięcia i wypłynięcia z portu. Przed Gawlikiem jednak nie da się nic ukryć i chociaż nie było łatwo, lał deszcz, udało mi się zobaczyć USS Mount Whitney. Tak na marginesie, ulewy z 14 lipca - gdy poszukiwałem okrętu - dosyć mocno pozalewały Trójmiasto, paraliżując komunikację.

Nazwa Mount Whitney jest mi bliska ze względu na górską pasję, albowiem odnosi się do najwyższego szczytu w tzw. kontynentalnej części USA (liczonej bez Alaski i wysp). Znajduje się w Kalifornii i mierzy 4421m. Ta granitowa góra została nazwana na cześć XIX-wiecznego geologa Josiaha Whitneya.

Amerykański okręt ukryto, ale w sąsiedztwie Muzeum Emigracji i Kapitanatu Portu jest miejsce skąd widać kawałek portu, w tym wojennego, oraz wpływające i wypływające statki.

O ile Gdańsk jest miastem starym, zabytkowym, o tyle Gdynia dopiero w 2026 roku będzie świętowała stulecie nadania praw miejskich. Za to w centrum Gdyni znajdziemy nadmorską plażę, praktycznie ciągnącą się aż po dzielnice Gdańska. Będąc w centrum tego ostatniego, niełatwo dostać się do morza, bo przeszkadza w tym Martwa Wisła, port, i odległość trochę za duża jak na spacer.

Gdy przyjechałem do Gdyni piękna pogoda przyciągnęła licznych plażowiczów, gdy nadeszły czarne chmury wraz z ulewą, plaża opustoszała w chwilę. Miałem przeczucie, że tak to może wyglądać, dlatego w ostatniej chwili przepakowałem się do plecaka wykonanego z materiału wodoodpornego i dodatkowo chronionego wbudowanym pokrowcem przeciwdeszczowym. Spokey Moonwalker (38-litrowy) jest dobrym wyborem na kilkudniowe wyjazdy. Posiada pas piersiowy i biodrowy, kilka kieszeni oraz siatkę między nim a plecami, dzięki której nie przepocimy koszulki.

Moda w Polsce na młyńskie (diabelskie) koła nie ustaje. Wszyscy pozazdrościli Londynowi jego słynnego London Eye. W Gdańsku stoi na Starym Mieście, w Gdyni obok plaży, Skweru Kościuszki i Mola Południowego (stawiane są sezonowo). Każda większa impreza, festiwal, też dzisiaj musi mieć takie koło. Szkoda tylko, że ceny są nieadekwatne do skali atrakcji, za wysokie. Skutkuje to tym, że często stoją zamiast się kręcić, albo w większości przewożą puste powietrze.

Polacy to fajny naród, ale trochę paskudnych wad mamy. Jedna z nich nazywa się: bezmyślność. Jej dedykuję kolejne zdania i zdjęcie zamieszczone w galerii. Wyruszając pociągiem z Katowic na Pomorze okazało się, że przy tym samym peronie wyznaczono odjazd dwóch różnych pociągów PKP Intercity do Gdyni. Jeden miał odjechać o 6:34, a drugi o 6:43. Już te liczby i ten sam peron uczyniły zamieszanie. Jednakże pociąg z godziny 6:34 przyjechał z około 10-minutowym opóźnieniem i podstawiono go na tor, z którego miał odjechać pociąg z godziny 6:43. Na peron wtoczyły się praktycznie o tej samej porze, różnił je numer, niektóre stacje pośrednie, cena biletu i czas dotarcia na miejsce. Tłumy ludzi zaczęły wchodzić do obu. Wielu do złych pociągów. Niektórzy to zauważyli i biegiem ruszyli do drugiego. Gdy mój odjeżdżał, widziałem sporo osób, które wybiegały z sąsiedniego, zauważywszy błąd, ale nie dostali się już do pociągu, na który posiadali bilet. Nikt w PKP nie wpadł na pomysł, by odjeżdżały z różnych peronów. Nikt nie wpadł na pomysł, aby dwa pociągi jadące do Gdyni rozdzielić choćby godzinną przerwą. Później jest tak, że w jednym momencie jadą dwa składy, a przez kolejne godziny pustka. W drodze powrotnej też było ciekawie. Wykupiłem bilet przy stoliku i oknie, by móc pracować, podłączyć komputer do prądu. Ale podstawiono jakiś starszawy skład zastępczy, który zmarnował mi cały dzień. Już w Gdańsku miał 10 minut opóźnienia. Ponadto iluś pasażerów musiało jechać 9 godzin bez wody i jedzenia, bo w tym zastępczym nie było żadnej gastronomii. O czym dowiedzieli się, gdy pociąg ruszył. Tak samo jak o tym, że mają siadać gdzie jest miejsce, bo to zupełnie inny skład, z inną numeracją. I tak jest cały czas. Wizyta kilka dni wcześniej w Warszawie również skończyła się 65-minutowym opóźnieniem w drodze do, i 20-minutowym, wracając na Śląsk. Wywalczenie od PKP jakiegokolwiek zwrotu za bilet, rekompensaty, stanowi drogę przez mękę, bo taka jest filozofia firm, gdy są monopolistami.

Korzystając z PKP nie sposób się nudzić, nigdy nie wiesz co cię spotka.

Opublikowano w Blog
Niedawno ukazało się specjalne wydanie Magazynu WYPRAWY 4x4, poświęcone Toyocie Hilux. A w nim relacje z sześciu kontynentów jak Hilux radzi sobie w terenie, oraz historia modelu. Mnie przypadła Ameryka Południowa. Nie ulega wątpliwości, że ta świetna terenówka posiada już status legendy. Jeździłem nią wielokrotnie na różnych kontynentach i nigdy mnie nie zawiodła. Wszędzie gdzie jestem słyszę, że na poważny off road muszę koniecznie wziąć Toyotę Hilux. Niejednokrotnie sukces wyprawy zależy od niezawodności transportu, dlatego nieraz jeszcze wsiądę za kierownicę Hiluxa.
Napięty grafik i nieprzyzwoicie krótko trwająca doba nie pozwalają na częste wpisy o moich bieżących poczynaniach, ponieważ teksty turystyczno-podróżnicze mają pierwszeństwo. Nie mniej, cały czas dużo sie dzieje. Tylko w ostatnich tygodniach opowiadałem o podróżach w Beskidach, Sudetach, Gdańsku, Gdyni, Katowicach czy w Bielsku Białej, a niedługo będę w Wielkopolsce. Moje zdjęcia można było oglądać w Katowicach, Bytomiu, a obecnie niewielką próbkę w Muzeum Ognia w Żorach. Oprócz różnych działań medialnych, z satysfakcją wziąłem udział w kampanii promującej województwo śląskie, zorganizowanej przez Urząd Marszałkowski.
W międzyczasie udało mi się wpaść na Bałkany - nadejdzie dzień, że o tym napiszę :). A do końca roku czekają mnie jeszcze wizyty w Afryce i w Azji. Sporo różnych rzeczy jest w przygotowaniu. Jak się tak zastanowić, to od kilkunastu lat nie miałem dnia wolnego, w którym bym nic nie robił. I dobrze mi z tym, bo nic mnie tak nie męczy, jak odpoczywanie. 

Dziękuję Bartkowi i Gosi za wykonanie części poniższych zdjęć.

Opublikowano w Blog

Wieś Złatna (600-800m n.p.m.), położona w Beskidzie Żywieckim, w gminie Ujsoły, posiada dosyć rzadką atrakcję jak na polskie warunki. Odkryto tutaj w wodach siarkowodór. Są źródła i Śmierdzący Potok, gdyż jego zapach przypomina zgniłe jaja. Siarkowodór to trujący gaz, który dobrze rozpuszcza się w wodzie. W naturze występuje w wyniku rozkładu beztlenowego białek. Spotkamy go w szambach, kopiąc studnie, a także "puszczając bąki" - częścią składową tych gazów jest również siarkowodór. To bardzo charakterystyczny gaz na terenach aktywnych wulkanicznie. Natomiast w Złatnej jego obecność spowodowana jest strefą uskokową w piaskowcach magurskich.

Śmierdzący Potok wypływa z pod Boraczego Wierchu (1244 m ) i wpada do Bystrej. Jego wody zasilane są m.in. ze źródeł siarkowo-wodorowych. Zmierzając do górnej części Złatnej, w części zwanej Cerla, odbijając w lewo w jedną z szutrowych leśnych dróg, dojdziemy do źródełka Barbara (póki co, brak jakiejś tabliczki). Otoczone zostało kamienną studzienką i przykryte altanką, która pełni również funkcję kapliczki. Stąd pojawiająca się nazwa: Źródła Matki Boskiej. Oprócz siarkowodoru w wodzie wykryto niewielkie ilości metanu, jonów sodowych, wodorowęglanowych i chlorkowych. Posiada ona właściwości lecznicze. Źródło nie jest duże ani wydajne, lecz bez wątpienia stanowi geologiczną ciekawostkę.

Z innych atrakcji. Ze Złatnej dostaniemy się szlakami górskimi na Halę Lipowską i Rysiankę, jak również na Krawców Wierch. Słowacja jest po sąsiedzku. Potok Bystra nadaje się na kąpiele, a w górnej części miejscowości, są sztuczne kaskady, świetnie się do tego nadające. Koło zabytkowej leśniczówki można skorzystać z pola namiotowego. Są też obiekty o charakterze pensjonatów i ośrodków wypoczynkowych.

Położenie w Parku Krajobrazowym Beskidu Żywieckiego (obszar Natura 2000), pozwala spotkać tutaj czasami wilki i niedźwiedzie oraz wędrować po resztkach prastarej Puszczy Karpackiej. W Złatnej zachowały się niewielkie pozostałości po hucie szkła, a sama nazwa związana jest z aluwialnym złotem, które ponoć znaleziono w potoku Bystra (w śladowych ilościach).

A co mnie przywiodło do Złatnej?  Nie pierwszy raz zresztą. Spotkanie z przyjaciółmi  i bardzo efektowna impreza zorganizowana przez Bartka vel Głodzia, której szczątkowe materiały zamieściłem w galerii zdjęć. Skoro nasze coroczne spotkanie ma charakter prywatny, to i zdjęcia takie pozostaną.

Przy okazji testowałem śpiwór Spokey ultralight 1000, który świetnie nadaje się na letnie górskie, i nie tylko, wypady. Jest niewielki, a worek kompresyjny jeszcze pozwala zmniejszyć jego objętość. Wraz z nim waga wynosi ok. 1,1kg, a zakres temperatur jest następujący: komfort: plus 5-13 stopni Celsjusza, skrajne temperatury użytkowania to przedział: minus 2 / plus 18 stopni Celsjusza. Wypełnienie: microfibre, materiał zewnętrzny: diamond ripstop. Pomieści osoby do 190cm wzrostu (wymiar 220x80x50cm, mumia). Kilka zdjęć poniżej (dzięki Pati za zdjęcia).

Geopark Glinka w gminie Ujsoły, kilka kilometrów od Złatnej, powstał w byłym, niewielkim, kamieniołomie piaskowca magurskiego. Jest stosunkową nową inwestycją. W niewielkim zakresie uruchomioną w 2011 roku, w kolejnych latach rozbudowaną za pieniądze z Unii Europejskiej.

Na miłośnikach ekstremalnych doznań, tutejsza tyrolka nie zrobi wrażenia, ale pozostałym użytkownikom się spodoba. Jest długa na 220m i przebiega nad kamieniołomem, w tym nad fragmentem basenu. Chociaż prędkość nie jest duża, wysokość także (może ponad 20m), to w tym wypadku jest to atutem. Prawie każdy znajdzie w sobie odwagę, by zjechać na linie, w specjalnej uprzęży i kasku. Uwaga, wymóg jest taki, by być ubranym w koszulkę i spodnie/spodenki oraz obuwie, które nie spadnie podczas zjazdu.

Baseny są dwa, jeden płytki dla dzieci (30x10m, 0,3m głęb.), drugi dla pływających (110x30m, od 1,6 do 2,5m głęb.). Często pojawia się zarzut chłodnej wody, ale po chwili można się przyzwyczaić. We fragmenty basenu wchodzą podesty, z których można skakać, ale nie wiadomo dlaczego, ratownicy nie pozwalali na główkę, mimo że do wody jest z metr wysokości? Małą niedoróbką okazały się niektóre metalowe drabinki do wejścia/wyjścia z basenu - krótkie, nie najlepiej zainstalowane (np. krzywo, albo ruszające się).

Plaża na razie jest fikcją, to tak naprawdę klepisko trawiasto-kamieniste, z zagłębieniami. Można się rozłożyć, ale trawa jest słabej jakości, miejscami jej nie ma, są kamienie, a w zagłębieniach po burzy stoi woda. Może w kolejnych latach ktoś o to zadba i będzie piękny, równy trawnik?

Park linowy ma kilka poziomów trudności. Świetna zabawa dla dorosłych i dzieci, w sąsiedztwie skał kamieniołomu. Sztuczna ścianka wspinaczkowa - do 17 metrów wysokości. Jest plac zabaw dla dzieci i boisko do siatkówki plażowej. W drewnianych budkach można się przebrać i skorzystać z prysznica. Dosyć powszechne niezadowolenie budziło rozwiązanie kwestii toalet. Dwa bezpłatne mało przyjemne i szpecące toj toje, lepsza toaleta w budynku za złotówkę.

Nie zabrakło małej gastronomii, szkoda tylko, że plac wyłożono betonowymi kostkami z dziurami, po których źle chodzi się boso, a basen obok. Kto będzie ubierał buty, by kupić sobie loda czy zapiekankę? W budynku Geoparku też można coś zjeść, znajduje się tam również niewielka sala konferencyjna. W koronie kamieniołomu jest ścieżka prowadząca do tyrolki, ale można ją potraktować spacerowo. Do wynajęcia czekają wiaty z paleniskiem i grillem. Przed kamieniołomem jest parking, a raczej klepisko. W upalne dni stanowczo niewystarczający. Plusem, że póki co, jest bezpłatny.

W Geoparku od czasu do czasu organizowane są ogólnodostępne imprezy - występy, koncerty, pokazy, ze zniżkami na atrakcje. Zdarzają się też zamknięte, gdy obiekt jest nieczynny, dlatego warto przed przyjazdem zajrzeć na www.geopark.com.pl.

Przykładowe ceny (lato 2016). Tyrolka 12zł, wejście na basen 12zł (po 18:00 6zł), ścianka wspinaczkowa 35zł za jedno przejście z osobą zatrudnioną w Geoparku, która będzie asekurowała. Wynajęcie wiaty grillowej 40zł, a z drewnem 100zł. 3 poziomy parku linowego to 30zł, a małego dla dzieci (2 poziomy) 15zł. Za bilet na wszystkie atrakcje trzeba zapłacić 60zł (ulgowy 50zł), a gdy przejście na ściance wspinaczkowej chcemy z asekuracją, trzeba dopłacić 15zł. Od powyższych cen są zniżki dla grup, dużych rodzin, dzieci, emerytów. Zniżki w zależności od tego z ilu atrakcji się korzysta, przez ile dni, ile razy. Można wykupić pakiety rodzinne. Na stronie internetowej Geoparku cennika nie zamieszczono. Czynny jest od 10:00 do 21:00, a bar do 22:00.

Zawsze mnie bardzo cieszą takie inicjatywy jak Geopark w Glince. Zagospodarowano miejsce poprzemysłowe, z którym nie wiadomo było co zrobić. Góry, tereny turystyczne, więc dobrze, że ktoś poszedł tym tropem i stworzył nową atrakcję - dla przyjezdnych i miejscowych. Śmiało można tam spędzić cały dzień. Oby więcej takich pomysłów. Co prawda, nie jest tanio i teren nie jest jeszcze odpowiednio zadbany, są niedoróbki do poprawy, ale park działa, w upalne dni przyciąga tłumy. Liczę na jego dalszy rozwój. 

Opublikowano w Blog
W Warszawie trwa Szczyt NATO, na którym obecny jest Prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej (USA) - Barack Obama. Przyleciał do Polski specjalnie przygotowanym dla prezydenckich potrzeb Jumbo Jetem. Gdy Prezydent jest na pokładzie nosi on kryptonim Air Force One. Wracając wczoraj wieczorem z Belgradu, miałem okazję go zobaczyć, co ilustruję na poniższych zdjęciach.
Prezydent USA dysponuje obecnie dwoma samolotami VC-25A, które mogą funkcjonować jako Air Force One. Są to przygotowane na specjalne zamówienie wersje cywilne samolotu Boeing 747-2G4B "Jumbo Jet". Są luksusowe, posiadają systemy obrony, najnowocześniejsze systemy łączności. Prezydent może zarządzać krajem i podejmować wszelkie decyzje z jego pokładu.
Do Warszawy przyleciała liczna amerykańska delegacja kilkoma samolotami, w tym dwoma Jumbo Jetami, oprócz prezydenckiego o numerze 28000, także drugim o numerze 50125. Stacjonują na lotnisku Chopina w Warszawie.
Zdjęcia zostały zrobione przez okno w samolocie.
Opublikowano w Blog
Strona 1 z 2

nationalgeographic box

red bull 225x150

TOKFM box

iexpert 225X150px

stopka plecak

LogoStopka

stopka plecak

Strona używa informacji zapisanych za pomocą… plików cookies w celu dostosowania do indywidualnych potrzeb użytkowników. Jeżeli tego nie akceptujesz zmień ustawienia przeglądarki dotyczą…ce cookies. Więcej informacji można znaleźć‡ w naszej Polityce prywatności.