NAJBLIŻSZE PRELEKCJE PODRÓŻNICZE i INNE WYDARZENIA:

 19 sierpień - 7 wrzesień - Tanzania (Kilimandżaro, Serengeti, Ngorongoro, Zanzibar)

 24 wrzesień - XXII Festiwal Górski w Lądku Zdroju, o PROJEKCIE 100 WULKANÓW, w panelu w Wielkim Namiocie pomiędzy godz. 10 a 16. PROGRAM

 a2b2

portal gorski 225x150 box

slaskie box

spokey.jpg 225PX

LOGO

Podziel się

FacebookMySpaceTwitterGoogle BookmarksLinkedinRSS Feed
Etna (Mongibello) to najaktywniejszy i największy powierzchniowo wulkan Europy. Także najwyższy, bo dla mnie Elbrus jest w Azji. Wierzchołek jeszcze się trzyma, choć któż wie jak długo? Napiszę o nim wkrótce. Obecnie najwyższy punkt Etny to 3331m n.p.m. Poza tym kilkaset kraterów, w tym cztery szczytowe (główne), a i w ich obrębie można wypatrzeć serię mniejszych.

Przez tydzień pobytu obszedłem wszystkie szczytowe kratery, zrobiłem pomiary, dokumentację fotograficzną, filmową, pobrałem próbki law, dotarłem do najaktywniejszych miejsc. Bardzo dużo się zmieniło od mojego ostatniego pobytu w 2009 roku. Zapoznałem się także z kilkudziesięcioma innymi kraterami. Dziesiątki kilometrów przemierzyłem po lawach - od kilkusetletnich - do z przed dwóch miesięcy (z drugiej połowy kwietnia 2017). Spenetrowałem kilkadziesiąt grot i jaskiń, w tym jedną niezwykłą. O tym też niedługo napiszę. Główny obóz założyłem na wysokości 3190m, a więc prawie na szczycie. Po pierwszym tygodniu, kolejne dni kręciłem się po okolicy Etny.

Był to bardzo pracowicie spędzony czas. Pośród zakamarków tętniącej chęcią erupcji Etny. Zrealizowałem więcej niż zaplanowałem. Na Etnę będę z pewnością wracał. A teraz kilka podstawowych informacji o kraterach szczytowych Etny. Wszystkie są aktywne, z wszystkich wydobywają się liczne gazy wulkaniczne.

Krater Centralny (Central Crater, Cratere Centrale). Największy. Dzieli się na dwie duże części: Bocca Nuova i Voragine(mniejsza). Jego wysokości to 3240-3314m (do 3302m - pomiar 2009). Najniższa część jest od strony Sapienzy (skraj Bocca Nuova). Najwyższa część jest po przeciwległej stronie (rejon Voragine), w sąsiedztwie Krateru Północno-Wschodniego. Maksymalna głębokość to około 200m, obwód wzdłuż skraju krateru wynosi blisko 2km. W czerwcu 2017 pod wierzchołkiem znajdowało się jezioro płynnej lawy (istniało już w 2016). Ewentualna erupcja z tego miejsca, może sporo namieszać pod względem wysokości tego fragmentu Krateru Centralnego. Zilustruję temat w kolejnych artykułach.

Krater Północno-Wschodni (North-East Crater, Cratere di Nord-Est). Tutaj znajduje się najwyższy wierzchołek Etny, w sąsiedztwie Krateru Centralnego. Wynosi od lat 3331m n.p.m. (z błędem do 2 metrów, 3331m - pomiar 2009). Przy czym jego stan bardzo się pogorszył. Liczne ogromne spękania mogą spowodować, że zawali się do krateru. Średnie wysokości skraju krateru są najwyższe pośród wszystkich szczytowych kraterów Etny, w większości przekraczają 3300m n.p.m. (maksymalna głębokość krateru do ok. 200m, obwód ok. 800m). Przestrzeń pomiędzy nim, a Centralnym uległa dużym zmianom od 2009 roku i jest do tego bardzo aktywna. Przesmyk jest już naprawdę nieduży, jedna większa erupcja w tym miejscu i Krater Północno-Wschodni połączy się z Kraterem Centralnym.

Pomiędzy dwoma przedstawionymi przed chwilą kraterami, a dwoma kolejnymi, znajduje się wyraźna przełęcz je oddzielająca, o minimalnej wysokości 3233m n.p.m.

Krater Południowo-Wschodni (South-East Crater, Cratere di Sud-Est). Najniższy, do 3280m n.p.m. (3315m - pomiar 2009). Kiedyś był dosyć samotny i najmniej aktywny z okolicznych. Lecz poniżej, w jego zboczu wyrósł krater pasożytniczy, który przejął aktywność. A niedawno zdominował okolicę. Nazywa się: Nowy Krater Południowo-Wschodni. Między nim a opisywanym powstała przestrzeń o zbliżonej wysokości, pośród której są trzy młode kratery, które należałoby zaliczyć do Południowo-Wschodniego. Są aktywniejsze niż "krater-matka", o zbliżonej wielkości. Głębokość całej czwórki to ok. kilkanaście-pięćdziesiąt metrów. Właśnie "krater-matka" należy do tych najpłytszych, a jego obwód to ok. 250m. Te nowe mają zbliżone obwody. A zaliczając je do Krateru Południowo-Wschodniego, najwyższym punktem będzie piramidalne wzniesienie oddzielające je od Nowego Krateru Południowo-Wschodniego, które wynosi 3300m n.p.m. Czyli Krater Południowo-Wschodni to obecnie cztery wyróżniające się kratery.

Nowy Krater Południowo-Wschodni (New South-East Crater, Nuovo Cratere di Sud-Est). Powstał jako krater pasożytniczy, jak podają włoscy wulkanolodzy - w 1971 roku. Już w 2009 roku, ze względu na aktywność był mocno widoczny. Znacznie poniżej Krateru Południowo-Wschodniego. Można było przypuszczać, że jego erupcje zniszczą ten krater i go zastąpią. Stało się jednak, póki co, inaczej. Krater po erupcjach 2011-2013 bardzo urósł i usadowił się obok. Jego maksymalna wysokość wynosi 3300m (czerwiec 2017). Sprawiły to bardzo niebezpieczne erupcje strombolijskie. Gwałtowne wyrzuty lawy, która szybko zastygając, spadała wokół krateru jako bomby wulkaniczne i drobny materiał piroklastyczny. Krater jest bardzo duży, bardzo aktywny, to najaktywniejszy tak duży obszar na Etnie (głębokość może przekraczać 100m, obwód ok. 800m). Wszystko jest tak sypkie, popękane, kruche, że jedna erupcja i wysokość może się zmienić. Dużo wysiłku mnie kosztowała eksploracja tego terenu. Absolutny brak atmosfery do oddychania, temperatury na granicy ludzkiej wytrzymałości, fumarole mające po kilkaset stopni Celsjusza. Mnóstwo siarki, bardzo niestabilny teren, urwiska, osuwałem się kilka razy. I widoczność czasami ograniczona do zera. Ekstremalnie nieprzyjazna planeta - ale za to tak kocham wulkany.

Należy pamiętać, że przedstawione dane i parametry na tak aktywnym wulkanie jak Etna ulegają ciągłym zmianom. Jeszcze dwie liczby. Skrajne punkty kraterów szczytowych na osi północny-zachód - południowy-wschód oddalone są od siebie w linii prostej o około 1,3km (Krater Centralny-Bocca Nuova - Nowy Krater Południowo-Wschodni). Na osi zachodnio-południowej - wschodnio-północnej prawie 1 kilometr w linii prostej (Krater Centralny-Bocca Nuova - Krater Północno-Wschodni).

Na zdjęciach: każdemu kraterowi poświęciłem po pięć zdjęć, dorzuciłem pięć zdjęć "krajobrazowych", ogólniejszych. Do tego pięć zdjęć Etny w zimowej scenerii z listopada 2009, dla kontrastu. Na końcu mapka z rozmieszczeniem kraterów. 

Opublikowano w Blog
O istnieniu jeziora wiedziałem już rok wcześniej. Ta informacja wypłynęła, gdy przeglądałem raporty włoskich wulkanologów z INGV. Będąc na Etnie, nie omieszkałem zajrzeć w jego pobliże. Co nie zmienia faktu, że Etna sprawia mi od lat wielki zawód. Ostatnia porządna erupcja, z prawdziwego zdarzenia, długotrwała, miała miejsce 15 lat temu. Od tamtego czasu co roku występują liczne małe erupcyjki, niegodne większej uwagi. Za to, fascynujące jest jak Etna się zmienia dzięki nieustającej aktywności.

Dwa - trzy razy na dobę znajdowałem się w okolicy jeziora lawy. Badanie i obserwacje wulkanów to ciężka praca, choć wcale mnie nie męczy. Mój standardowy dzień podczas pobytu na Etnie wyglądał tak. Pobudka o 3:00 w nocy, bo płynną lawę wtedy widać najlepiej. W dzień czasami wcale. Po nastaniu dnia, kontynuacja eksploracji Etny. By popołudniu na chwilę wrócić do namiotu, rozbitego bardzo blisko kraterów szczytowych. Jedzenie, chwila na odpoczynek. I około 20:00 ciąg dalszy wulkanicznych prac. Powrót do namiotu przed 23:00, chwila snu, i o 3:00 w nocy rozpoczęcie kolejnej rundy, za cel obierając inne fragmenty wulkanu.  

Jeziora płynnej lawy są o tyle fascynujące, że jest to najgorętsza postać magmy wydobywającej się z wnętrza Ziemi. 1200 stopni Celsjusza robi wrażenie (jęzory lawowe spływające z wulkanów mają często "jedynie" temperaturę 300 - poniżej 200 stopni Celsjusza). Podchodziłem tak blisko jak to było możliwe. Teren wokół był bardzo niestabilny. Pęknięcia w kraterze. I fakt, że większa część jeziora jest skrywana pod stropem zastygłej lawy, na której stoję. Kilka podmuchów od strony jeziora zwaliło mnie z nóg. Myślałem, że płonę. Niesamowite uczucie. Potęga natury.

Jezioro płynnej lawy znajduje się w niewielkim kraterze, w otworze, na zboczu Centralnego Krateru, w części zwanej Voragine. Bardzo blisko Krateru Północno-Wschodniego. Na wysokości prawie 3300m, pod najwyższym punktem Krateru Centralnego o wysokości 3314m. Płynna lawa pod lawowym stropem biegnie w kierunku Krateru Północno-Wschodniego. Na przestrzeni lat w obu kraterach doszło do takich wycięć, że pas "ziemi" jest bardzo wąski. Spękany. Szczeliny są długie, szerokie, głębokie. Bez problemów do części nich może wpaść człowiek. Bliskość jeziora lawowego powoduje, że wydobywają się z nich toksyczne gazy a temperatura sięga kilkuset stopni Celsjusza. Gdy wpadałem do szczelin lodowcowych, za każdym razem udało mi się z nich wydostać żywym. Gdybym wpadł do takiej, szans na przeżycie nie miałbym żadnych. Wędrówka po tym terenie i w dzień i w nocy, wymagała bardzo dużej uwagi. Do tego liczne gazy. A te z jeziora lawowego były wybitnie toksyczne. Moja maska nie dawała rady. Kilka razy było naprawdę ciężko. Szczególnie w nocy musiałem się wspiąć na wyżyny mojej wiedzy i umiejętności w eksploracji wulkanów. Przy życiu trzymała mnie maska przeciwgazowa. Unoszące się gazy w świetle latarki czołowej ograniczały widoczność czasami do poniżej pół metra. A nie mogłem sobie pozwolić na chociaż jeden błędny krok. Już samo przechodzenie rozpadlin i pęknięć zmuszało do precyzji i szybkości. Kontakt z kilkusetstopniowymi temperaturami nie jest dobry dla ludzkiego ciała. Natura nie przystosowała nas do życia w takim otoczeniu. A szkoda.

Nachylenie stoku też stwarzało niebezpieczeństwo, że przy odrobinie pecha zlecę do jeziora płynnej lawy. No i ten strop - wytrzyma czy nie wytrzyma? W takich momentach czuję się jak samotny astronauta na jakiejś groźnej odległej planecie. NASA czasami publikuje zdjęcie pt.: samotny na Marsie łazik Curiosity. Niebieska kropka pośród bezkresnych wulkanicznych skał Czerwonej Planety. Gdyby NASA zrobiła zdjęcia mojej eksploracji wulkanów, byłoby podobnie. Gawlik-kropka, niekoniecznie niebieska, pośród law i pustyń wulkanicznych oraz dymiących kraterów. Cóż, skoro nie urodziłem się kilka tysięcy lat później, gdy mógłbym eksplorować kosmos, obce planety znalazłem sobie na Ziemi. Wiem że to może niezrozumiałe. Ale przebywając w scenerii, którą opisuję, byłem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.

Bardzo ciekawy jestem dalszych losów opisywanego jeziora płynnej lawy. Oraz tego co się może wydarzyć pomiędzy Kraterem Centralnym a Północno-Wschodnim? Kilka scenariuszy przychodzi mi do głowy. Każda większa erupcja z tego miejsca może spowodować, że przesmyk pomiędzy kraterami się zapadnie, a oba kratery się połączą. Wtedy pobliski najwyższy punkt Etny, w nienajlepszym stanie, również może się rozsypać. Ponadto istnieje realne zagrożenie, że lawa z jeziora zacznie spływać do jednego z kraterów albo nawet obu. W przyszłości wrócę to sprawdzić.

Zapraszam do artykułu RedBull: Grillowanie na wulkanie.

Na zdjęciach z 2009 i 2017: Krater Centralny i jezioro płynnej lawy, Krater Północno-Wschodni.

Opublikowano w Blog
Grill, węgiel drzewny i rozpałkę kupiłem w Katanii u stóp Etny. Chleb również. Kiełbasę przywiozłem z Polski, bo najlepsza. Tak samo musztardę. Od południowej strony Etny wzdłuż rozpadliny Dell Bove, przechodząc obok Krateru Centralnego, przedostałem się na północny stok, rozbijając na kilka dni obóz na wysokości 3190m. Dziesięć minut spacerkiem od wspomnianego krateru oraz od Krateru Północno-Wschodniego.

Oprócz aktualizacji pomiarów i badań, podczas tego spontanicznego wyjazdu, postanowiłem spełnić swoje marzenie. Zrobić sobie grilla na skraju krateru dymiącej Etny. Może komuś wydaje się to dziwne, mnie - ani trochę. Oprócz sprzętu, zapasu wody i jedzenia, wniosłem pudło z grillem i worek z węglem drzewnym.

Pomysł i marzenie zarazem, zrodziło się w mojej głowie w 2009 roku, podczas pierwszego pobytu tutaj. Powiedziałem sobie, że następnym razem będę podziwiał groźną Etnę i piknikował, smażąc kiełbaski. Nie sądziłem wtedy, że owe plany będą czekały prawie osiem lat na realizację. Liczne inne wyjazdy stały ciągle na przeszkodzie. Aż do teraz.

Za miejsce pikniku wybrałem największy Krater Centralny (część zwaną Voragine). Ze względu na wiatr, musiałem zejść trochę do środka. Skwar, gazy, ale jakie widoki. Efektowny ogromny krater, z jeziorkiem płynnej lawy, oddalonym o pięć minut marszu. A po lewej stronie najwyższy punkt Etny na skraju Krateru Północno-Wschodniego. Spokojnie rozpaliłem grill, upiekłem kiełbaski. Zjadłem z chlebem, musztardą, popiłem colą, ruszając na dalszą część badań wulkanicznych. Grill zniosłem i wyrzuciłem dopiero na dole, w mieście Randazzo.

Kolejnego dnia postanowiłem spróbować upiec kiełbaski w oparciu o fumarole - rodzaj gorących wyziewów wulkanicznych. Znowu wybrałem Krater Centralny, z amfiteatralnym widokiem (tym razem część Bocca Nuova). Kiełbasę udało się zagrzać, ale mocno przesiąkła siarką.

To był najwspanialszy grill w moim życiu. Tylko ja i Etna. Oto zdjęcia. 

Ale wcześniej dwa filmy z grillowania: ETNA GRILL 1 i ETNA GRILL 2.

Opublikowano w Blog
piątek, 23 czerwiec 2017 06:01

WELLNESS w Himalajach

Niedawno powróciłem z sześciotygodniowego pobytu w Nepalu, gdzie z dwoma grupami przeszliśmy fajne trekkingi. Wokół Manaslu i do bazy pod Annapurną, z wejściem na punkt widokowy Poon Hill. Wielokrotnie przekraczaliśmy wysokości 4-5 tysięcy m n.p.m. W wyjeździe towarzyszyły mi produkty Wellness by Oriflame. Zdrowe, naturalne, w sposób przemyślany pod względem składu przygotowane.

Cieszy, że coraz więcej ludzi chce spędzać aktywnie czas, myśli o zdrowym stylu życia i wie, że warto na to wydać pieniądze, bo się opłaca. Coraz częściej aktywnie żyją ludzie, którzy niedawno byli tak zaniedbani, iż krótki spacer sprawiał problem. A przecież w każdym wieku można przy umiarkowanym wysiłku zmienić diametralnie samego siebie na lepsze. Wystarczy zrewidować trochę nawyków żywieniowych, dołączyć jakąkolwiek aktywność fizyczną, a będą efekty. Pod warunkiem konsekwencji w działaniu.

A w tym wszystkim mogą pomóc produkty zdrowej żywności wymyślone i przebadane przez naukowców-lekarzy w Szwecji. Słusznie doszli do wniosku, że  niesprawiedliwe jest, aby tylko ich pacjenci mogli uzupełniać swoją dietę o nie. Poszukali zatem firmy, szwedzkiej rzecz jasna, która mogłaby zająć się dystrybucją. Padło na globalną markę, jaką jest Oriflame. I tak obok szeroko rozumianych kosmetyków, dołączyła seria wellness: Wellness by Oriflame. Stopniowo rozwijana, ale jak to Szwedzi, działają powoli. Liczy się jakość a nie ilość. A że moda na zdrową żywność i dbanie o siebie dotarła także do Polski, wysokiej klasy produkty cieszą się coraz większym zainteresowaniem. Do zdrowego stylu życia Szwedów nam jeszcze daleko, ale postęp jest. Coraz więcej osób zamiast kupić 6 pączków za 5 złotych, woli kupić zdrowego, niskokalorycznego i wartościowego odżywczo batona. Niektórzy też się już nauczyli czytać opakowania i pilnować jakości tego co wrzucają do swojego organizmu. Różne piękne napisy o zdrowiu na opakowaniu potrafią mieć niewiele wspólnego z rzeczywistością. Wspaniałe reklamy suplementów diety, że za 19,99zł masz sto cudownych tabletek zdrowia, również można włożyć między bajki. Jakość musi kosztować. W jednym produkcie kwasy tłuszczowe omega3 mogą być zupełnie bezwartościowe, podłej jakości składniki. W innym, odwrotnie, będą należycie spełniały swoją rolę. Warto być dociekliwym, czytać opakowania, sprawdzać. I zawsze pamiętać, że sama zdrowa żywność czy suplementy diety do bycia zdrowym nie wystarczą.

To jest tak jak z samochodem. Wszyscy wiemy, że by dobrze i bezawaryjnie nam służył, trzeba wlewać do silnika wysokiej jakości olej i regularnie go wymieniać. Wszyscy też wiemy, że Volvo musi dużo kosztować, bo to wysokiej klasy i bardzo bezpieczne samochody. Niestety w Polsce, lepiej dbamy o swoje samochody niż o siebie. Wolimy wlać najlepszy i najdroższy olej silnikowy, a do własnego żołądka wpakować jakieś śmieci. Dzięki temu silnik samochodowy będzie długo sprawny bez remontu, a nasz organizm będzie wymagał ingerencji lekarzy, często chirurgów. Tylko samochód dużo łatwiej naprawić, niż awarię w skomplikowanym systemie organów wewnętrznych człowieka.

Na zdjęciach trochę ujęć z Nepalu.

Opublikowano w Blog
Z zabytkową Elektrociepłownią Szombierki w Bytomiu, jest jak z obrazem "Dama z gronostajem" Leonarda da Vinci. Tak jak w ostatnich latach prawie niemożliwe było zobaczyć ten obraz w rodzinnym Krakowie (mnie się udało w Londynie), tak prawie niemożliwe było zwiedzenie elektrociepłowni. Poprzedni właściciel nie pozwalał, uzasadniając to względami bezpieczeństwa. Nowy, zlitował się nad miłośnikami obiektów przemysłowych, i na Industriadę 2017 udostępnił fragmenty (święto promujące Szlak Zabytków Techniki Województwa Śląskiego). 700 rezerwacji rozeszło się w jeden dzień. Mnóstwo osób nieświadomych tego faktu bezskutecznie czekało na możliwość wejścia do środka. To pokazuje potencjał obiektu, także możliwość zarabiania na biletach już teraz, mimo złego stanu. Przyda sie każdy grosz.

Kompleks budynków zaprojektowali znani architekci Georg i Emil Zillmannowie, a lampy Peter Berens ("zabijają" się o nie kolekcjonerzy).

Pierwszy rozruch elektrowni nastąpił w 1920 roku. W 1944 roku jej moc wynosiła 92MW (4 turbozespoły, 23 kotły). W latach 70-tych przekształcono ją w elektrociepłownię (moc do 158MW). W 1998 roku zakończyła wytwarzać energię elektryczną. Później okazjonalnie odbywały się tam imprezy kulturalne (np. przedstawienia teatralne) i sportowe (np. gale boksu). A to dzięki ogromnej hali, w której kiedyś znajdowały się maszyny. Do niedawna pełniła także rolę źródła rezerwowo-szczytowego systemu ciepłowniczego Bytomia, gdyż działały tutaj 2 kotły energetyczne, 1 kocioł ciepłowniczy i 1 turbozespół. Na przełomie 2016 i 2017 roku, producent energii i ciepła firma Fortum, sprzedała obiekt prywatnej spółce Rezonator, wygaszając ostatecznie dotychczasową działalność. Ceny nie podano, nie była to złotówka, ale raczej symboliczna. Samo utrzymanie obiektu jest kosztowne, nie mówiąc o remontach. Rezonator ma ambitne plany, mówi się o studiu nagrań, parku muzycznym, centrum rozrywki, teatrze 3D.  Nie mówi się, skąd na to weźmie pieniądze. Oby nie były wirtualne i obiekt przetrwał.

Gdyby w Bytomiu doszła do skutku połowa wielkich inwestycji zapowiadanych przez władze miasta w ostatnim dwudziestoleciu, miasto byłoby drugą Warszawą. Do skutku nie doszła żadna z nich. Stąd Bytomianie słusznie podchodzą do tematu. Póki nie zobaczą, nie uwierzą.

Jeszcze kilka ciekawostek dotyczących elektrociepłowni. W 1925 roku na wieży elektrowni zamontowano czterostronny zegar marki Siemens und Halske, sprzężony z 54-ma zegarami działającymi w zakładzie. Którymi sterował jeden elektryczny zegar-matka. Nie tylko Siemens dostarczał maszyny, także czeska, a wtedy czechosłowacka Skoda. Elektrociepłownia posiada 3 kominy o wysokości 120 metrów każdy. W szczytowym okresie zatrudniała ponad 900 osób. Inwestorem była niemiecka spółka należąca do Joanny Gryzik, głównej spadkobierczyni majątku po Karolu Goduli.

Bytom to ma pecha... do ludzi zarządzających miastem. Najstarsze miasto Aglomeracji Górnośląskiej i Zagłębiowskiej, starsze od Krakowa. W czasach średniowiecznych jedyne liczące się w tej części Śląska, przespało kilkaset kolejnych lat. Chwilę chwały przeżywało jeszcze za czasów niemieckich na początku XX wieku, a później zaczęło zjeżdżać pochylnią w dół. Jeszcze trochę i będzie mieszkało tutaj o połowę mniej osób, w stosunku do maksymalnej liczby, która wynosiła ok. 240 tysięcy. Od przemian ustrojowych 1989-1990, Bytom doświadcza niekończącej się serii porażek i upadków. Aby miasto stanęło na nogi, potrzeba miliardów złotych i geniusza biznesowego pokroju Warena Buffetta.

Gdyby patrzeć na historię, to aż dziw bierze, że Bytom nie jest miastem wojewódzkim. Że głównymi akademickimi miastami są Katowice, Gliwice, Sosnowiec i Zabrze(słynna kardiochirurgia), a Bytom to niemal akademicka pustynia.

Bytom nie zgodził się na kolej wiedeńsko-warszawską, płacąc za to wysoką cenę. Na chwilę zagłuszoną przynależnością do Niemiec. Kiedy powstał tutaj jeden z najnowocześniejszych oraz najefektowniejszych dworców kolejowych w Europie, na którym zatrzymywało się mnóstwo pociągów. Dzisiaj jest dworcem-widmo. Aż trudno uwierzyć, że w latach 30-tych XX wieku, jeździł z Bytomia do Berlina, dwa razy na dobę, pociąg o nazwie Latający Ślązak, który 510km pokonywał w 4 godziny 30 minut, na wielu odcinkach poruszając się z prędkością 160 kilometrów na godzinę.

Gospodarcza pustynia. W Bytomiu zamknięto mnóstwo kopalń, hut, wielkich zakładów przemysłowych. Nie potrafiono przyciągnąć nowych dużych inwestorów, w przeciwieństwie do wielu innych miast aglomeracji, z Gliwicami i Tychami na czele. 

Z miasta uciekły nawet Zakłady Odzieżowe "Bytom", bo nikt o nie powalczył. Została tylko nazwa, zbyt mocno znana, by ją zmienić. Choć obserwując jak wpierw zlikwidowano produkcję, a potem przeniesiono siedzibę, byłoby to na rękę właścicielom, gdyby tylko było możliwe. Bytom bowiem, powszechnie źle się kojarzy. We wszystkich rankingach na temat sytuacji miast zawsze jest na końcu stawki, chociaż okoliczne miasta potrafią być w czołówce. Lecz nawet w obecnym stanie nie zasługuje na tak złą opinię. Ciągle pośród licznych zabytków, czuć tutaj wielkomiejską potęgę minionych lat.

Bytom przespał także moment, by stać się miastem turystycznym. By posiadać na swoim terenie atrakcję rozpoznawalną w Polsce. Ikonę, do której ciągną turyści nie tylko krajowi. A patrząc na potęgę przemysłową miasta, aż trudno uwierzyć, że nikt nie potrafił tego wykorzystać. Sąsiedzi potrafili. Tarnowskie Góry mają turystyczne sztolnie związane z wydobyciem rud srebra. Zabrze, sztolnie związane z górnictwem węglowym oraz muzeum. Gliwice słynną radiostację, Tychy znany browar, a Katowice osiedle robotnicze Nikiszowiec. Praktycznie w każdym mieście Górnego Śląska i Zagłębia są zagospodarowane zabytki górnicze, hutnicze, przemysłowe, z zachowanymi maszynami, udostępnione do zwiedzania. W Bytomiu - nie ma.

I nie widać kandydatów, które mogłyby w przyszłości dorównać największym przemysłowym atrakcjom, już istniejącym. Najpoważniejsze ku temu szanse ma Elektrociepłownia Szombierki, ale... W Bytomiu zawsze jakieś jest. Ogromny, charakterystyczny obiekt, jest w tak fatalnym stanie, że tylko patrzeć kiedy jego fragmenty zaczną się walić. Mnóstwo bezcennych urządzeń rozkradziono, wywieziono, sprzedano. Kilka budżetów Bytomia potrzeba, by ten obiekt powrócił do czasów świetności, na ile to możliwe. Co w warunkach miasta wiecznie pogrążonego w kryzysie jest fantasmagorią. Z innych atrakcji, które mogłyby wyrosnąć ponad miejską rozpoznawalność, wymieniłbym trzy. Ich skala nie jest wielka, ale są to obiekty charakterystyczne. Zabytkowy pokopalniany szyb Krystyna - stojąca ruina. Wąskotorówka z parowozownią - w marnym stanie, tylko dzięki grupce pasjonatów w ogóle jeszcze istnieje. Bytomski dolomitowy "kanion" z labiryntem starych sztolni po wydobyciu rud srebra na pograniczu z Tarnowskimi Górami. Niestety teren jest bardzo zaniedbany, niezagospodarowany, a sztolnie niedostępne dla zwiedzających.

A swoją drogą, dziwię się czemu władze miast Górnego Śląska i Zagłębia nie starają się wspólnie o wpisanie najcenniejszych obiektów związanych z przemysłem na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO? Jedynie Tarnowskie Góry podjęły próby odnośnie swoich kopalń rud srebra i ołowiu. Skoro mogą być na liście porozrzucane w różnych miejscach obiekty jak Drewniane kościoły południowej Małopolski czy stosunkowo młoda Hala Stulecia we Wrocławiu. To na terenach przemysłowych województwa śląskiego też znajdziemy wybitnie cenne okazy.

Uzupełnienie (09.VII.2017):

W dniu 9 lipca 2017 roku, podczas odbywającej się w Krakowie 41. sesji Komitetu Światowego Dziedzictwa, na Listę światowego dziedzictwa UNESCO, zostały wpisane wyrobiska i szyby górnicze po kopalniach rud srebra, cynku i ołowiu w Tarnowskich Górach. Jest to 15. polski obiekt na liście. Łącznie wpisano 28 obiektów w Tarnowskich Górach i w przygranicznych częściach Bytomia oraz Zbrosławic. W tych dwóch ostatnich gminach jednakże, żaden obiekt nie jest udostępniony turystycznie. Zatem póki co, profity z wpisania na listę UNESCO zbierać będą tylko Tarnowskie Góry. Inicjator starań o znalezienie się na liście.

Na zdjęciach Elektrociepłownia Szombierki.

Opublikowano w Blog
Jeden tydzień, 5 miast, w kolejności: Kraków, Wrocław, Giżycko, Warszawa Toruń. Mnóstwo fantastycznych ludzi, pozytywnej energii. Jedni żyją wellness, inni są w trakcie metamorfozy, jeszcze inni zaczynają swoją drogę o zdrowie i wygląd. Nie szukają wymówek, tylko biorą życie w swoje ręce. W każdym wieku można przy umiarkowanym wysiłku zmienić diametralnie samego siebie na lepsze. Wystarczy zrewidować trochę nawyków żywieniowych, dołączyć jakąkolwiek aktywność fizyczną, a będą efekty. Pod warunkiem konsekwencji w działaniu.

Oriflame pierwszy raz zorganizował w Polsce, w osobie Tomka Kalinowskiego (Wellness Manager), konferencje poświęcone tylko produktom Wellness. Które notabene idą w parze z kosmetykami Oriflame. W obu przypadkach chodzi o to samo - by być zadbanym, zdrowym, dobrze wyglądać i dobrze się czuć samym ze sobą.

Kilkusetosobowe sale konferencyjne w Krakowie, Wrocławiu, Warszawie i Toruniu zgromadziły komplety. Było dynamicznie, ciekawie. Zdrowo. Takie też przekąski, owoce, warzywa, zdrowe produkty serii Wellness by Oriflame (koktajle, batony, zupy). Tomek włożył mnóstwo pracy, ale otrzymał zasłużone gratulacje. Konferencje zakończyły się sukcesem. A zasiadający na widowni często pokonywali setki kilometrów, by wziąć udział. Była to wymagająca publiczność.

Wystąpienia miały dwojaki charakter. Stali goście w osobach: Eli Lange (Psychodietetyk), Tomka Kozłowskiego (Skoczek spadochronowy, który skoczył ze stratosfery, psycholog, ratownik GOPR) Łukasza Kolasińskiego (Trener personalny) i Grzegorza Gawlika (Podróżnik i organizator wypraw, który realizuje m.in. Projekt 100 Wulkanów). Oraz opowieści, prezentowane na każdej konferencji przez inne osoby, jak w praktyce wygląda życie w stylu wellness. W jaki sposób funkcjonować, by być zdrowym łącząc to z licznymi codziennymi obowiązkami. Co i jak jeść, jak suplementować mądrze dietę, jaką aktywność fizyczną uprawiać. Jak siebie przekonać, że trzeba wygospodarować czas na zdrowe życie, odżywianie i że to jest naprawdę najważniejsze. O ile zależy nam na dobrym i długim życiu. Niektóre metamorfozy przed-po Wellness były niesamowite. Zdjęcia nie kłamią, a osoby na nich były nie do poznania. Wysiłek się opłacił. Nie zabrakło również tematów marketingowo-sprzedażowych, pokazujących jaką furorę zaczynają robić produkty Wellness by Oriflame.

Podczas wspomnianego tygodnia odwiedziłem też Mazury, dokładnie Giżycko, gdzie odbywało się Seminarium Szkoleniowe Oriflame. Poświęcone życiu w tylu wellness. Udałem się tam z innymi miłośnikami gór, podróży i zdrowego stylu życia - Ewą Janiec i Andrzejem Kaczmarkiem, a gospodarzem była Lena Skrodzka. Po szkoleniu, nie zabrakło wycieczki statkiem po jeziorze Kisajno a wieczorem zabawy tanecznej. A jak wiadomo, taniec to fantastyczna gimnastyka.

No i moje męskie oko nie przegapiło faktu obecności tylu wspaniałych kobiet. Na wszystkich konferencjach i seminariach. Z którymi mam kilkaset zdjęć. Skłamałbym, gdybym zaprzeczył, że nie sprawiło mi to radości :). Dzięki Dziewczyny!

Na zdjęciach niewielka próbka tego co działo się w Krakowie, Wrocławiu, Giżycku, Warszawie i w Toruniu.

Opublikowano w Blog
piątek, 09 czerwiec 2017 05:37

Lubelszczyzna - Chełm i Lublin

Praca pracą. Prelekcje prelekcjami. Ale zawsze znajdę czas na zwiedzanie i wycieczki. Tym razem padło na Lubelszczyznę. Poniższy tekst poświęcę miastu Chełm z dodatkiem Lublina. 
Chełm (prawa miejskie z 1392r.). Całkiem spore miasto pomiędzy Lublinem a Zamościem, 20km od granicy z Ukrainą. Turystycznie niedocenione tak jak na to zasługuje. Jest tutaj bowiem sporo zabytków, w tym kilka wyjątkowych. Bazylika Narodzenia Najświętszej Maryi Panny na wzgórzu niedaleko Rynku. Ogromny kościół z XVIII wieku, kiedyś katedra. Otoczony wianuszkiem budynków, gdzie m.in. Dom Pielgrzyma i barokowa Brama Uściługska, najstarsza zachowana do dzisiaj budowla miasta, pochodząca z ok. 1616 r. Innym efektownym zabytkiem jest dzwonnica z ok. 1878 r. (obecnie też wieża widokowa). Jej wysokość to około 40 m, a największy dzwon waży 3 tony. Za dzwonnicą, obok parku, wznosi się Góra Zamkowa, o której za chwilę.

Na miejscu bazyliki w średniowieczu (połowa XIIIw.) stała cerkiew wybudowana przez Daniela Romanowicza. Zachowały się mury z tamtych okresów w podpiwniczeniu. Fragmencik można oglądać przez szybę w podłodze bazyliki. Trwają prace nad przygotowaniem podziemi do zwiedzania (prawdopodobnie w 2018 r.). Dzięki archeologom, miałem przyjemność je zwiedzić w trakcie prac. W podziemiach znaleziono zabytkowe trumny, między innymi jednego z biskupów.

Bardzo cenne jest także późnobarokowe antepedium (1720-1750r) ze srebrnej blachy (antepedium - bogato zdobione zakrycie lub zasłona mensy ołtarza chrześcijańskiego). Przedstawia scenę hołdu składanego Matce Boskiej Chełmskiej po bitwie pod Beresteczkiem w 1651r.

Obok bazyliki wznosi się Góra Zamkowa (Góra Chełmska, 237m n.p.m.), na której odkryto wczesnośredniowieczne grodzisko - używa się nazwy Wysoka Górka. Później, około 1236 na grodzisku Daniel Halicki (Romanowicz) wzniósł zamek. Budowlę odsłonięto podczas prac archeologicznych. Zachowało się całkiem sporo murów, ale ze względu na brak środków finansowych, by udostępnić to miejsce turystycznie, ruiny zasypano. Świetnie je pokazuje stojąca obok makieta ze zdjęciami. Oby kiedyś znalazły się pieniądze na odsłonięcie skarbów tego wzgórza. Na jego wierzchołku wzniesiono nieduży kopiec (1928r.), jest też krzyż (1998r.). Wysoka Górka stanowi sztuczne wzniesienie, o wysokości ok. 15m, ponad naturalne sąsiednie wzgórze. Oferuje widok na Chełm i bazylikę z dzwonnicą.

Po sąsiedzku można zauważyć stary, zaniedbany cmentarz prawosławny (założony w 1867r.). Znajdują sie tutaj zabytkowe nagrobki, a także grób Filipa Filipczuka (1869-1940r.), pierwszego premiera Ukrainy (Ukraińskiej Republiki Ludowej). Nierzadko odwiedzają go mieszkańcy Ukrainy, do których niegdyś te tereny należały

Kilka minut marszu od bazyliki znajduje się Rynek, gdzie rekonstrukcja zabytkowej studni i zarys stojącego tutaj kiedyś ratusza. Brak środków finansowych nie pozwolił na więcej, nie mniej, przez przeszklone fragmenty rynku pokazano także zabytkowe podpiwniczenia. Wokół placu stoją kamieniczki i bardzo blisko bezcenny zabytek - Kościół Rozesłania św. Apostołów w Chełmie (1753-1763). Nie został on nigdy zniszczony, a wewnątrz cały pokryty jest wspaniałymi polichromiami (freskami), które od wybudowania były tylko kilka razy odnawiane. Wystrój kościoła jest również bogaty.

Zresztą Chełm stoi kościołami i to wielowyznaniowymi (niektóre pochodzą z XVII-XVIIIw.). Do dzisiejszych czasów zachowała się tylko część i nie zawsze pełnią funkcje religijne. Zespół Klasztorny Reformatów, Klasztor Bazylianów, Klasztor Ojców Pijarów, Pałac Biskupów Greckokatolickich, budynki seminariów, Mała Synagoga (inną, XVI-wieczną zniszczyli Niemcy w 1942r.), cerkiew św. Jana Teologa. I inne.

Kolejną, niezwykle cenną atrakcją, stanowiącą ewenement na skalę europejską, jest Zabytkowa Kopalnia Kredy. Podziemna trasa liczy niecałe dwa kilometry, zaś samych korytarzy są dziesiątki kilometrów, na kilku poziomach.

Właśnie tutaj jest jedno z nielicznych miejsc w Europie, gdzie występuje kreda pisząca. Pokłady mają nawet kilkaset metrów grubości, ale warto wspomnieć, że obok pobliskiej cementowni jest również kopalnia odkrywkowa.

Sztolnie kopano już w XIII wieku. Sprytni mieszkańcy Chełma, by nie płacić danin królowi, budowali po cichu, w piwnicach, wejścia do swoich prywatnych kopalni. Łączyły się one z kopalniami sąsiadów i tak pod starym miastem powstały labirynty. Dzisiaj udostępnione do zwiedzania. Bardzo ciekawe. Wewnątrz starszy duch Bieluch.

Miękka kreda, chłonąca wodę, nie pozwala budować ciężkich obiektów na powierzchni. W przeszłości stropy sztolni czasami ulegały zawaleniu, np. do jednej z nich wpadła ciężarówka. Od dawna w Chełmie kredy głębinowo się nie wydobywa, za to niedługo niedaleko miasta ma powstać nowa kopalnia - węgla kamiennego.

Wejście do kredowych podziemi znajduje się bardzo blisko Rynku, obok kościoła Rozesłania św. Apostołów. Jest sklepik z pamiątkami. A w okolicach wprawne oko zauważy wały ziemne, czyli rodzaj murów obronnych. W Chełmie nie były one nigdy murowane.

Kończąc powoli wspomnę, że Chełm oferuje na bardzo wysokim poziomie, oraz bardzo rozbudowaną, ofertę kulturalną. Jakiej pozazdrościć mogą mu dużo większe miasta.

Nie brakuje dużych imprez, czasami wielodniowych i co ważne, z precyzyjnie dobranym repertuarem i gośćmi. Na przykład Dni Kultury Chrześcijańskiej, rozbudowana Noc Muzeów, czy Chełm - Miasto Dobrych Duchów, podczas imprezy bije się rekord w ilości zgromadzonych w jednym miejscu duchów. W mieście działa wiele ciekawych instytucji, jak Muzeum Ziemi Chełmskiej, jest sala widowiskowa, kino. Wszystko na dobrym poziomie.

Jadąc drogą nr 12 od strony Lublina, przed Chełmem, po prawej stronie stoją ruiny średniowiecznej wieży w Stołpiu. Najczęściej podaje się, że powstała w XIII wieku, ale nie brakuje głosów, że może nawet w X-XI wieku (może ją mylą z mizernymi ruinami Wieży w Białawinie na terenie Chełma, prawdopodobnie z XI wieku). Zaś legenda głosi, że kredowymi tunelami z Chełma można się dostać właśnie do wieży.

Lublin. Największe polskie miasto na wschód od Wisły, obchodzi w roku 2017 siedemsetlecie nadania praw miejskich (1317r.). Słynie z ładnego Starego Miasta i bardzo starych zabytków, nawet z XII i XIII wieku. Na zdjęciach w poniższej galerii można zobaczyć Zamek Królewski z donżonem (basztą) i kaplicą św. Trójcy - na dziedzińcu. Pięknie organy w Katedrze i Bramę Krakowską oraz ulicę Krakowskie Przedmieście. Także Rynek, uliczki i Plac po Farze z ruinami fundamentów średniowiecznego kościoła św. Michała Archanioła. Na jednym ze zdjęć także nowoczesny stadion - Lublin Arena (niedaleko dworca kolejowego).

Na zdjęciach: Chełm i Lublin (od fot. nr 23), miejsca opisane w artykule.

Opublikowano w Blog
niedziela, 04 czerwiec 2017 06:00

SPOKEY w HIMALAJACH

W Nepalu dwa trekkingi mają miano najpopularniejszych - do bazy pod Everestem i wokół Annapurny. A przecież w tym kraju możliwości trekkingowych jest całe mnóstwo i niekoniecznie dwa wymienione przed chwilą są najciekawsze. Ale z pewnością są zadeptywane przez ogromną liczbę turystów.

Dlatego podczas ostatniej wizyty w Nepalu wędrowałem mniej popularnymi trasami. Jako ambasadora marki Spokey, tam mnie jeszcze nie było. Wpierw, prześliczny trekking do bazy pod południową ścianą Annapurny (Annapurna BC 4130-4140m). Z wejściem na punkt widokowy Poon Hill (3210m). Trasa nie jest długa ani trudna, do tego nawet w bazie śpi się pod dachem a nie w namiocie. Kwitnące rododendrony (wiosną), Południowy Lodowiec Annapurny, termalne źródła w Jhinu Danda, a przede wszystkim widok na liczne himalajskie szczyty, na przykład: Annapurna I, Dhaulagiri I, Dhaulagiri II, Annapurna South, Tukuche, Machhapuchhare, Ganggapurna, Annapurna III, Roc Noir, Hiun Chuli, Bharha Chuli.

Drugi trekking był znacznie bardziej wymagający. Trasa wokół Manaslu (Manaslu Circuit) jest dla dobrych piechurów, którym niestraszna wysokość ponad 5000m. Do tego można robić fajne skoki w bok np. do bazy pod Manaslu, nawet tej wysuniętej, na 4860m. Po drodze jest piękne lodowcowe jezioro Birendra 3630m i srogi lodowiec Manaslu. Można się udać na przełęcz za którą rozpoczyna się Tybet, jak Lajing 5045m. Są piękne widokowo osady turystyczne Dharmashala i Bimtang oraz etnicznie tybetańskie wioski z licznymi buddyjskimi świątyniami. W końcu jest przełęcz Larke osiągająca 5150m wysokości i widoki na Manaslu I, Nadi Chuli, Himal Chuli, a nawet na Annapurna Himal. Liczne wiszące mosty i lodowcowe rzeki jak Budhi Gandaki Nadi, również są.

Oto porcja zdjęć z obu trekkingów:

Opublikowano w Blog

nationalgeographic box

red bull 225x150

TOKFM box

iexpert 225X150px

stopka plecak

LogoStopka

stopka plecak

Strona używa informacji zapisanych za pomocą… plików cookies w celu dostosowania do indywidualnych potrzeb użytkowników. Jeżeli tego nie akceptujesz zmień ustawienia przeglądarki dotyczą…ce cookies. Więcej informacji można znaleźć‡ w naszej Polityce prywatności.