a2b2

red bull box 225x150

pzu bezpieczny 225x140

spokey.jpg 225PX

LOGO

Podziel się

FacebookMySpaceTwitterGoogle BookmarksLinkedinRSS Feed
Volcan de Pacaya słynie z rzek lawy. Lecz trafiłem na spokojny okres w jego działalności. Co ma dobre strony, bo pozwala się dostać w partie szczytowe wulkanu, które podczas erupcji są niedostępne. Postanowiłem wykorzystać okazję.

Przed 6:00 stałem już przed moim miejscem noclegu. Jak było przyjemnie. Guatemala Antigua jest na wysokościach 1500-1600m, więc rano i wieczorem jest przyjemnie chłodno. W dzień niefajnie upalnie. Oprócz mnie jechało jeszcze 7 osób, wszyscy z krajów anglojęzycznych. Ale nie było czasu do rozmowy, bo gdy po ponad godzinie jazdy znaleźliśmy się u bram parku, rozstaliśmy się. Oni mieli swojego przewodnika, ja swojego. Wysokość 1900m. Na zegarku 8:00.

50q opłaty parkowej i w drogę, bo jak dobrze pójdzie wrócę tym samym samochodem. Z ostrożności jednak zapłaciłem drugie 10usd na powrót o 18:00. Najważniejsze to zrobić na wulkanie to co mnie interesuje, czas powrotu był sprawą drugorzędną. Do pokonania ok. 650m przewyższenia fajną ścieżką, a potem powyżej lasu też szybko i bezproblemowo. Nad niewielkim kraterem, w którym stożkowaty otwór lawowy (de facto krater w kraterze), byliśmy po 75 minutach, szybkiego, ale bez przesady, marszu. Starczyło jeszcze czasu na kilka postojów fotograficznych.

Jak pisałem wcześniej, dostać się nad krater wulkanu Pacaya nie jest łatwo. I są obostrzenia. Mój przewodnik powiedział, że można przebywać 10minut, był cały czas w kontakcie z parkiem. Pobyt swój wydłużyłem do godziny i dziesięciu minut. Byliśmy już telefonicznie kilka razy wzywani do zejścia. Do tego nie ograniczyłem się do miejsca widokowego położonego z 50 metrów od otworu, z którego wylatuje lawa. Tylko chodziłem po świeżym polu lawowym bezpośrednio poniżej otworu, badałem temperaturę fumarol. Byłem chwilami w rejonie zagrożenia dostaniem kawałkiem płynnej lawy w głowę. I to przy tych malutkich wyrzutach. Nie chciałbym tam być, gdyby nastąpił większy. A co któryś taki był. Bardzo dobrze spędzony czas. Gimi, mój przewodnik, a tak naprawdę przykrywka przed formalnoprawnymi kłopotami, z daleka obserwował moje poczynania. Po czym stwierdził, że wariat ze mnie. On by nigdy tam nie poszedł. Dlaczego, bo niby w każdej chwili mogłem zginąć. Nie miałem takiego poczucia.

Z otworu lawowego Pacaya lawa wydobywała się nieprzerwanie. Były to niewielkie wyrzuty, mikroerupcje strombolijskie. Przerwy pomiędzy wyrzutami trwały: kilka – kilkanaście sekund. Co któraś miała większą siłę. Czasami następował wyrzut z wybuchem. Nawet podczas końcowego podchodzenia na wulkan dwukrotnie nastąpił grzmot, Gimi sugerował, że może być niebezpiecznie, zawróćmy. Z mojej strony taka możliwość nie istniała. Podczas pobytu na szczycie, też co około dwudziesty wyrzut miał silniejszy charakter, dwukrotnie nastąpił grzmot z wyrzutem niewielkiej ilości popiołów wulkanicznych. W tle większe wybuchy prezentował wulkan Fuego.

Lawa spadała po stożku wokół otworu, koło którego się kręciłem. Ale tylko raz zrobiło się bardzo niebezpiecznie. Trawersowałem go w dolnej partii, by przejść na jęzor zastygłej lawy. Zmierzyłem wcześniej laserem jego temperaturę, by nie wejść na płynną lawę, zastygłą tylko na powierzchni. W tym momencie nastąpił większy wyrzut lawy. Dzięki kilku gwałtownym skokom, znalazłem się poza polem rażenia. Na takim wulkanie zawsze istnieje ryzyko duże erupcji, bez ostrzeżenia. Biorę to pod uwagę, ale nie zniechęca mnie ten fakt przed kręceniem się w miejscach tak ryzykownych w jakim się znajdowałem.

Bardzo niewiele osób wchodzi w rejon wierzchołka. W te miejsca, w które wszedłem, nie wchodzi nikt, ale to normalne. Dziwi mnie jednak, że tak mało chętnych dociera w rejon szczytu, bo chociaż jest ryzyko, to miejsce do oglądania wyrzutów lawy z otworu jest fajne. I dostać się tutaj, to nieduży wysiłek. A Gimi narzekał, że ostatnio sporadycznie ktoś chce się tam dostać. Rzecz jasna poza nami nikogo nie było. A można nie tylko w dzień jak chciałem, ale też w nocy, gdy lawę lepiej widać, za to wulkan dużo gorzej.

Gdy wulkan Pacaya jest bardziej aktywny, spływają rzeki lawy, wtedy standardowa wycieczka może być naprawdę ciekawa. Tylko warto pobyć tam dłużej niż 30-60 minut jak oferują firmy wycieczkowe. Lecz w tym momencie była zupełnie bez sensu. Owszem, pewnie nikt nie miał poczucia oszukania, bo zapłacił jedynie 10 dolców za transport i przewodnika oraz zobaczył ze sporej odległości partie szczytowe Pacaya. Ale wyglądało to tak. Ludzie dochodzą do punktu widokowego i zastygłej lawy koło miejsca zwanego Lava Store. Robią parę fotek, dotkną lawy i wracają (przykładowe zdjęcia w galerii na końcu). Pacaya jest całkiem daleko, dużo wyżej, a szczyt kompletnie niewidoczny. Już ciekawsze widoki są na Fuego, Acatenango i Volcan de Aqua (aczkolwiek zdecydowanie najlepsze ze szczytu Pacaya). Które są dużo dalej, ale bardzo majestatycznie wyglądają. I cała taka piesza wycieczka trwa 2,5-3h. Z czego turystom wejście i zejście zajmie z 2-2,5h. Gdybym ja się wybrał na taką wycieczkę, załamałbym się, widząc jej bezsens. Na szczęście robiłem dużo ciekawsze rzeczy. Ale turyści wydawali się zadowoleni i bardzo zmęczeni. W drodze powrotnej wszyscy spali. Czym się tak zmęczyli?

Na Pacaya jak się dobrze rozegra można wejść bez przewodnika, tylko trzeba mieć więcej czasu niż ja, zapewniony jakiś transport, oraz najlepiej być rano, zanim zjadą się ludzie. Gdy myśmy po 10:00 schodzili, dużo grup startowało do góry. W tym leniwi na koniach, które można wynająć. 60usd, które zarobili Gimi i Rudolfo, choć jest sporą kwotą jak na lokalne warunki, uważam za dobrze wydane. Zaoszczędziłem dużo czasu, Gimi się nie wtrącał i wstrzymał telefonicznie odjazd mojego mikrobusa o 15 minut, dzięki czemu zdążyłem wrócić z tą samą grupą (szybkie zejście z wierzchołka pod samochód zajęło 45min). A na wulkanie zobaczyłem wszystko co chciałem i zrobiłem wszystko co chciałem. Poza tym chłopak był sympatyczny, wesoły, najlepszy lokalny przewodnik z jakim współpracowałem dotychczas podczas tej wyprawy, mimo że o wulkanach nie wiedział nic. Ale za to choć w minimalnym stopniu znał angielski.

Na dole chwilę rozmawiałem z Rodolfo i pytam, to jak to jest, czy można wchodzić na wulkan czy nie? To skomplikowane Gregorio. Mieszkam tutaj, jestem członkiem lokalnych stowarzyszeń, od dwudziestu lat świadczę usługi na Pacaya, mam swoje możliwości, znajomości. Okay, rozumiem. Nieważne, ważne, że osiągnąłem swoje cele. Oto namiary: przewodnik Rodolfo Pineda – mówi trochę po angielsku. Telefon 4895-2771, 5328-7595, email: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript. .

Po 12:00 wróciliśmy do Gwatemala Antigua, miałem dużo czasu na przygotowania do wyjazdu na Acetenango. Rzecz jasna, o 10usd za niewykorzystany transport się nie upominałem. Sam się zdecydowałem na takie zabezpieczenie, firma przygotowała dla mnie miejsce w samochodzie. Moją decyzją było nie skorzystanie z tego. Kierowcy oddałem niewykorzystany kwit podróżny i powiedziałem, że mogą kogoś na moje miejsce jeszcze zabrać i zarobić.

Wulkan Pacaya 2552m (stratowulkan) – jeden z trzech mocno aktywnych w Gwatemali (obok Santiaguito (Santa Maria) i Fuego). Jest w tym kraju ponadto kolejne sześć wulkanów, które wybuchły w ostatnich dwustu latach, zatem można je również traktować jako aktywne (czas pokaże, czy w przyszłości zakwalifikujemy je jako nieaktywne (uśpione, dormant), wygasłe, czy nadal aktywne). Jak wszystkie odwiedzone wulkany podczas tej wyprawy, począwszy od Kostaryki, Pacaya jest częścią: Arco Volcánico Centroamericano, czyli Środkowoamerykańskiego Łuku Wulkanicznego. Znajduje się na skraju potężnej kaldery wulkanicznej, a charakterystycznym elementem wulkanu Pacaya jest komora magmy położona blisko powierzchni. Co skutkuje częstymi wypływami lawy. Pacaya ma status wulkanu w ciągłej erupcji, bo lawa jest obecna stale na powierzchni. Lecz co jakiś czas następują większe i gwałtowniejsze erupcje. Przed moim przyjazdem miały takowe miejsce w 2016 roku i pod koniec 2017 roku. Stanowi niezwykle ciekawy przykład występowania różnorodnych erupcji, większości typów.

Słynie z erupcji typu hawajskiego (wylewnych, rzeki lawy), ale występują także strombolijskie (za sprawą pęcherzyków gazowych lawa wydostaje się z krateru, na skutek zjawiska podobnego do pęknięcia bańki mydlanej). Rzadko typu vulcanian (mocniejsza wersja stromblijskiej z bardziej lepką lawą) oraz typu pelean (charakterystyczne chmury popiołów i gazów opadające po zboczu). Zdarzają się też najgroźniejsze - piniańskie (vesuvian) – nazwa od drzewa: sosna pinia, bo chmura popiołów i gazów przybiera kształt korony tego drzewa (coś jak grzyb po wybuchu atomowym). Typową tego typu erupcją odznaczył się Wezuwiusz w 79r. n.e., niszcząc Pompeje. Charakterystyczne są ogromne i wysokie na wiele kilometrów chmury gazów i popiołów wulkanicznych oraz wyrzucanie nawet dwóch trzecich objętości lawy znajdującej się w komorze magmowej.

Oficjalna wysokość wulkanu Pacaya wynosi 2552m. Na aktywnych wulkanach parametr ten podlega częstym zmianom. W obie strony. Mój GPS wskazał wysokość 2585m z dokładnością do 5m. Dla bezpieczeństwa można przyjąć 2580m. Przypuszczam, że pomiar 2552m zrobiono lata temu i nikt go nie aktualizował. Urządzenie pomiarowe na szczycie, gdzie otwarta przestrzeń, miało dostęp do licznych satelitów. Dlatego wskazana wysokość wydaje się wiarygodna.

Ciekawostka. Pod wulkanem, w miejscowości San Vicente Pacaya (ok. 1700m n.p.m.) funkcjonuje nieduża elektrownia, wykorzystująca do produkcji energii gazy z wulkanu Pacaya. One mają około 500 stopni Celsjusza. Pobierane są z głębokości około 2 kilometrów.

Na zdjęciach: Wulkan Pacaya w różnych ujęciach, w tym otwór lawowy. Widoki na wulkany: de Agua 3760m, Acatenango 3976m, Fuego 3763m. Pod koniec jak wygląda turystyczne oglądanie Fuego, elektrownia geotermalna. Kawałki świeżej, niedawno zastygłej lawy. Kilka godzin na Pacaya, długie spodnie, i tak zawsze wyglądają nogi po kontakcie z sypkimi wulkanami.

Opublikowano w Blog
Gwatemala była ostatnim krajem wyprawy, w którym zamierzałem działać na wulkanach. Poobijany, bardzo zmęczony i jeszcze bardziej zadowolony z sukcesów, bo udało się znacznie więcej niż myślałem że się uda w tak krótkim czasie, miałem zamiar zmniejszyć obciążenia. Postanowiłem wyłączyć ambicje eksploracyjne i nie przemęczając się, pobawić w turystykę. Liczyłem, że skoro Gwatemala ma wulkany, robi po nich wycieczki, tą są organizowane z sensem i nie ma potrzeby samemu wybierać się na nie. Tylko wiem, że wycieczki wulkaniczne oferowane przez biura turystyczne wszędzie na świecie są zwykle bez sensu. Dla mnie strata czasu i pieniędzy. Już po kilku pytaniach zadanych w tutejszych biurach wiedziałem, że nie będzie luźnej końcówki. Trzeba to zrobić po swojemu.

Lecz wpierw do tej Gwatemali trzeba było się dostać. Pieszo doszedłem do „dworca autobusowego” w Santa Ana. Tak naprawdę na kilku ulicach parkują autobusy jeżdżące w różne kierunki. Nie od razu znalazłem moje miejsce postoju, każdy zapytany mówił co innego. Ale dojechałem do Sonsonate, gdzie przesiadłem się do autobusu jadącego blisko wybrzeża Pacyfiku do granicy w La Hachadura, którą szybko pokonałem pieszo.

Od autobusu jadącego z Rivas do Managuy (Nikaragua) jestem jedynym cudzoziemcem podróżującym lokalnym transportem. A wygląda on tak, że do autobusu pakuje się tyle osób ile da radę. Setkę – no problem. Siedzenia często są tak zamontowane, że nie ma prawie przejścia pomiędzy, a dwuosobowe siedziska mają starczyć trzem osobą. Inni muszą stać. Upchane ludźmi autobusy do granic możliwości mają plus, nie trzeba się niczego trzymać na zakrętach. Za to sprzedawcy przeróżnych rzeczy mają problem, bo nie mają możliwości handlu. Wysiadający też nie mają łatwo, jak przepchać się przez tyle ludzi. Mój plecak na ogół ląduje na dachu, ale na krótszych odcinkach, dla lepszej mobilności, wolę opłacić dwa miejsca siedzące – dla mnie i plecaka. Gorzej później wyjść z moim dobytkiem z autobusu. Ale jest klimatycznie, autentycznie, lokalnie. Co lubię.

Będąc już w Gwatemali, potrzebowałem dwóch autobusów, by dostać się do Antigua Guatemala. Do Escuintla z odbiciem na trasie do Chiquimulilla. I kolejnego, już do celu. Właśnie zapadł zmrok (19:00). W podróży byłem od 9:00, przejechałem 270 km.

Zapisałem sobie jedną nazwę hostelu. A tu niespodzianka, brak miejsc. Trudno, hosteli i hoteli tutaj pełno, bo to bardzo turystyczne miejsce. No właśnie. Od razu chciałem stąd uciekać, gdy zobaczyłem spore liczby turystów, bary dla turystów itd. Nie lubię takich miejsc. Do tego sobota i jedna wielka pijacka impreza. To nie moje klimaty. W kolejnych hotelikach i hostelach wolnych prywatnych pokojów brak a dormitoria po 50-70 quetzales (q). 1 dolar to 7-7,2q. Niestety, obiekty prowadzone są przez lokalnych ludzi, więc jest totalne dziadostwo i brud, nie warty dolara. Od takich miejsc wolę sto razy bardziej namiot. Znajduję w końcu prywatne pokoje po 200-250q, wyglądają tak samo obskurnie jak dormitoria. Małe klitki, bez okna (lub z oknem na korytarz), jakby od pół roku nie sprzątane. Wybredny nie jestem, ale coś jest jednak nie tak, gdy europejskie psy mieszkają w warunkach o kilka klas lepszych, niż pokój dla ludzi za 30-40usd. Nikomu się tutaj nie chce nawet pomalować ścian i porządnie posprzątać.

Ląduję w końcu w sali kilkuosobowej za 50q. Ale szukając znalazłem po sąsiedzku niedrogi hotelik, który za 100q oferował prywatny pokój z łazienką. Zarezerwowałem na kolejną noc, bo na tą nie było miejsc. Warto tutaj poszukać, bo te szalone ceny w stosunku do oferowanego standardu to szybka próba dorobienia się na białasach. Ale trafią się przedsiębiorcy, którzy starają się zaoferować coś przyzwoitego za rozsądną cenę, tylko trzeba ich odnaleźć.

Co do atrakcji, jest ich w okolicy parę, samo miasto jest całkiem ciekawe. Są tu też dwa aktywne wulkany, które chciałem zobaczyć. Nie brakuje ofert, tylko wszystkie tego typu wycieczki, to zwykłe zaliczanie i to jeszcze byle jak. Choć niektórzy później piszą, że byli na wyprawie na wulkanie takim i takim. Smutne, ale obecnie taki mamy klimat, że zacytuję klasyka. Te sztampowe wycieczki są tanie, krótkie, dla turystów pewnie wystarczające. Dla mnie nie. Pytam w biurach turystycznych o coś bardziej profesjonalnego, dłuższego, na lepszym poziomie – brak. A coś tylko dla mnie, podsuwam pomysły – nikomu się nie chce. Trudno, o poranku będę szukał dalej czegoś ciekawszego.

Od 8:00 jestem na mieście, niektóre biura turystyczne już pootwierane, mimo niedzieli. Inne otworzą się popołudniu. Wszystkie oferują to samo. Poranna lub popołudniowa wycieczka pod wulkan Pacaya 70-80q + 50q bilet wstępu do parku(przyrodniczy teren chroniony). Oglądanie wulkanu Fuego z wulkanu Acatenango zazwyczaj 350q + 50q za wstęp do parku, ale można znaleźć też oferty po 250q + 50q (2-dniowy wyjazd (de facto ok. 24-godzinny), z wyżywieniem (trzy posiłki, woda), przewodnikiem, i sprzętem biwakowym). Tylko to nie ma sensu. Mam podejść pod Pacaya, przy tabliczce zrobić sobie zdjęcie z widokiem na wulkan? Albo jednego dnia podjechać i wejść do obozowiska na Acatenango, by o świcie ruszyć na wierzchołek, pobyć tam chwilę i zejść na dół? Nie chcę tak. Zapłacę, tylko wymyślcie coś lepszego. Mam trzy, w ostateczności cztery dni, na zrealizowanie tutaj swoich planów.

Pacaya krater. Nie da się, nie wolno, niebezpiecznie, park zabrania, policja pilnuje – słyszę. Acatenango dwie noce, ale na szczycie, a nie znacznie poniżej, i może podejście na punkt widokowy w masywie Fuego. Wszystko za skomplikowane. Na punkt widokowy na Fuego nie wolno, spać na szczycie Acatenango nie wolno. Po co ci dwie noce? A jak będzie zła pogoda – to potężne wulkany, nierzadko tonące w chmurach. Na szczęście na Acatenango można iść samemu, nie trzeba wykupywać usługi turystycznej, choć ponoć wszyscy tak robią. Bo w tym jest namiot, śpiwór, jedzenie, woda. A tam jest zimno, na co ja sprzętowo przygotowany jestem. Gdy chcę sam transport (start z jakąś grupą, z inną powrót) albo firmy nie chcą ze mną rozmawiać, czyli zarobić, albo mówią mi 400q. Pogłupieliście. Pojadę autobusem albo wezmę taksówkę.

Z Pacaya myślę, by zrobić jak z Telicą, jest tylko jeden problem, z punktu widokowego jest daleko do krateru. Nie zdążę wejść i dogonić grupy. W firmach turystycznych twierdzą, że policja pilnuje dostępu oraz rangersi. W jednym z biur mówią, że załatwią mi przewodnika i pójdę, kilka godzin trwają boje. Mamy ruszyć o trzeciej w nocy, póki nie ma ludzi i o świcie zejść. Przewodnik bierze 350q a transport będzie kosztował 700q. Czyli ok. 150usd. Bez przesady, półdniowa wycieczka kosztuje 10usd, a ja mam zapłacić piętnaście razy więcej. W innym biurze mówią, że ewentualnie mogliby mnie rano zawieść z grupą a wieczorem odebrać z grupą. I wtedy mogę próbować wejść, może mnie nikt nie zatrzyma, nie złapie – jest to jakieś rozwiązanie. Ale w jeszcze innym biurze twierdzą, że załatwią mi przewodnika i wyjazd oraz powrót z grupą i będzie to kosztować ok. 500q, z tego przewodnik 350q. Tyle mogę dać. Mam mało czasu, a chcę dużo zobaczyć i nie mogę sobie pozwolić na marnowanie dni na jakieś pozwolenia, poszukiwania ścieżek itp. Zwłaszcza pod koniec wyprawy, gdy każdy dzień jest na wagę złota. Uczciwą ceną byłoby 40usd za taką usługę, ale swój limit ustaliłem na 80usd. Jeśli więcej, zaryzykuję sam, może mnie nie złapią i uda mi się w jeden dzień ogarnąć temat. W takich sytuacjach jak ta stosuję technikę, którą nazywam: maksymalizowanie szansy na sukces. Polega ona na tym, że muszę zrobić wszystko, by się udało zrealizować cel w czasie którym dysponuję, koszty mają drugorzędne znaczenie. Skoro na Pacaya mam jeden dzień i ani sekundy więcej, to muszę uruchomić procedurę działania, która zmaksymalizuje szanse powodzenia. A więc znaleźć przewodnika, który pozwoli mi obejść pułapki, bo jak złapie mnie policja lub rangersi, czasu na drugą próbę, inną metodę wejścia – nie będzie.

Dlatego, kilka razy wracam do biura, czy udało się załatwić, raz odbijam się od zamkniętych drzwi. Słyszę w końcu: tak, ale na pozwolenie do krateru potrzeba dwóch dni. Dobra, w tym czasie pojadę na Acatenango, umów przewodnika na czwartek. Tylko do przewodnika nie można się dodzwonić, pół godziny prób i nic, umawiamy się, że wrócę za 2 godziny. I tak minęło pół dnia.

W międzyczasie przeniosłem się do zarezerwowanego pokoju w: Hostel La Quinta. I tu problem, bo dziewczyna, która rezerwowała, a kilka razy się upewniałem czy zrobiła rezerwację, bo jutro wracam, nie dokonała jej. I jej koleżanka rano mówi, że mojego pokoju za 100q nie ma, wszystkie zarezerwowano, ale nie dla mnie. Są pokoje bez łazienki. Niech będzie. Tylko toaleta z prysznicem jest dzielona wraz z gośćmi małej restauracji i innych podobnych pokoi. Cóż zrobić? Pokój kosztuje 85q. Ale ze względu na zaistniałą sytuację, dostanę za 75q. Ktoś może zauważył, że to bez sensu, iż pokój z łazienką kosztuje tylko dwa dolary więcej niż bez? Też tak myślałem, do czasu jak zobaczyłem pokoje. Te bez łazienki, duże, przestronne, te z łazienką – mikroklitki.

Moje dwa powroty do biura nie przyniosły rezultatu, przewodnik zapadł się pod ziemię. To nic dobrego nie wróży. I martwią mnie dwie rzeczy. Na ponad 30 biur, które odwiedziłem, w prawie wszystkich powiedzieli mi, że absolutnie nie można wchodzić na szczyt Pacaya, jest to zakazane i nikt się nie podejmie. Żaden park ani policja nie dadzą pozwolenia. Koniec kropka – byli bardzo stanowczy. To jakim cudem ten przewodnik-widmo załatwi pozwolenie i ze mną pójdzie? Coś mi tu nie pasuje.

Ruszam dalej szukać biura i słyszę – nie ma szans, nie ma szans. Aż trafiam do jakiegoś małego, swojskiego i… niby się nie da, ale poczekaj. Małżeństwo obdzwania znajomych. I znajdują mi przewodnika Rodolfo, który mieszka pod wulkanem i hoduje konie. I to nie za kilka dni, tylko jutro. Rozmawiają przy mnie z nim, targujemy cenę, bo zaczyna od 100usd (standardowa cena do podziału na kilka osób w grupie). Schodzimy do 60usd, plus 20usd za transport, bo z poranną grupą pojadę na wulkan, a z wieczorną z niego wrócę. Minęła piąta, cały dzień załatwiania chyba przyniósł zamierzony efekt. Auto odbierze mnie o szóstej rano. Idę do wcześniejszego biura podziękować za starania i odwołać ich kontynuację. A później obserwuję wielką procesję na ulicach Antiguy, jest niedziela.

Nie ma czasu do stracenia. Trzeba zrobić zakupy i przygotować się na wyjazd, oraz od razu kupić to co trzeba na Acatenango, by dzień później wystartować.

Antigua Guatemala to szczególne miasto. Od 1979r. roku znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO. Zachował się charakterystyczny kolonialny układ ulic, ciągi równoległe i prostopadłe. Znajdują się tutaj zabytki z XVII i XVIII w stylu tzw. baroku kolonialnego. Spacerując można zauważyć ruiny kościołów. To skutki dwóch trzęsień ziemi z 1773 roku. W 1776 roku zdecydowano się przenieść stolicę kraju w inne miejsce i tak powstało miasto Guatemala, zaledwie 30-40 kilometrów dalej. A do starej Guatemali dodano słowo Antigua, co znaczy… Stara Gwatemala. Choć początkowo wszyscy mieli opuścić miasto po trzęsieniach, podniosło się i dzisiaj jest ośrodkiem turystycznym. I rzeczywiście jak na ten region świata, jest ładnym miastem.

Procesja, którą oglądałem na ulicach Antiguy zastanowiła mnie. Ogromna, pełna przepychu, mnóstwo ludzi. To nie mogła być zwykła uroczystość. I nie była. W sposób niezamierzony stałem się świadkiem jednej z największych atrakcji miasta. Takie procesje odbywają się tylko w okresie pasyjnym (Wielkiego Postu). Część turystów specjalnie przylatuje tutaj, by móc taką procesję zobaczyć. Która po wyznaczonej trasie maszeruje od rana, by wieczorem dojść do centrum miasta, do kościoła o ile mnie nazwa nie myli – La Merced.

Trzy ciekawostki.
Jedna z ulubionych zabaw ludności w Ameryce Centralnej jest taka. Wodę, napoje, owoce, przekąski kupuje się w plastikowych woreczkach. Gdy są puste miejscowi je nadmuchują, wiążą i zgniatają, by wywołać wystrzał. Mają z tego mnóstwo uciechy. Także starsze osoby.

Jeśli chodzi o turystów jakich spotykam w Ameryce Środkowej, dominują trzy grupy językowe: niemieckojęzyczna, anglojęzyczna i francuskojęzyczna. I praktycznie wszyscy zmierzają w przeciwnym kierunku niż ja, z Meksyku do Panamy.

Ze względu na turystów, centrum Antigua Guatemala jest sprzątane i śmieci jest dużo mniej niż zwykle tutaj. Koszy na śmieci jednak nie ma, więc zdesperowani turyści w końcu nie wytrzymują i wyrzucają puste butelki czy papierki po lodach na ulicę. Poza sprzątanym centrum królują śmieci.

Informacje praktyczne. Wyjazd z Salvadoru i wjazd do Gwatemali. Uczyniłem to pieszo przez przejście graniczne w La Hachadura. Moje piesze przekraczanie przejść jest dużo szybsze i wygodniejsze niż wcześniejsze autokarowe. Jestem sam na tych przejściach, w sensie cudzoziemiec. Wszyscy mili i pomocni. Ktoś mi tutaj opowiadał, że Nikaragua, Honduras i Salwador mają jakieś porozumienie graniczne. Jednym z jego skutków, jest wbijanie nie dwóch, a jednej pieczątki do paszportu. Za co im chwała, bo mój paszport nawet połowy swojej ważności nie dożył, a już prawie nie ma w nim miejsca na pieczątki i wizy. Sam wskazuję palcem i proszę gdzie mi mają wbijać. Żeby jakimś cudem przetrwał on do końca roku, bo nie mam czasu wyrobić nowego. Nikt ode mnie na granicy nie chciał żadnej opłaty, nie sprawdzał bagażu, nie kazał wypełniać durnych formularzy. Jedyna uciążliwość to piesze pokonanie granicy w upale i kurzu. W tym wypadku był to jakiś kilometr. Czas UTC minus 6. Waluta: quetzal, quetzales. 1 dolar to 7-7,2q. Z odwiedzonych przeze mnie krajów Ameryki Środkowej, stosunkowo najmniej chętnie przyjmują w Gwatemali amerykańskie dolary.

Ceny w Guatemala Antigua. Dziwne. Jak pójdziemy tam, gdzie są lokalsi, jest w porządku. Ceny zbliżone do polskich (zwykle trochę wyższe), choć kurczak z rożna kosztuje 10usd. Tam gdzie turyści, czasami można się zdziwić, bo mała kanapka potrafi kosztować 7usd a nieduża pizza 15usd. Wyjaśnił mi to jeden bardzo starszy pan, Amerykanin, emerytowany lekarz, który przygruchał sobie gwatemalską kobietę w średnim wieku i tutaj mieszka – Antigua jest najdroższym miastem w Gwatemali, nastawionym na oskubanie turystów z pieniędzy.

Na zdjęciach: przejście graniczne, mleko kokosowe z kawałkami kokosów, kolashanpan – ohydny napój jak z saturatora z czasów Polski Ludowej, autobusowe granie i handel. Od ósmego zdjęcia Guatemala Antigua i dworzec autobusowy, stare miasto w tym sikający lokalny mężczyzna, handlarze, w tym strażnik z karabinem pilnujący butiku ze strojami kąpielowymi i ubraniami (nawet banki w Polsce nie są tak dobrze strzeżone). Na dwóch zdjęciach widać wulkan, to Volcan de Agua 3760m n.p.m. Są też dwa kościoły, jeden ruina po trzęsieniu ziemi w XVIII wieku, drugi to La Merced. Kilka zdjęć przedstawia słynną procesję Wielkopostną (11 marzec). Końcówka to m.in. mikro arbuz i czekolada z cukrem, którą wrzuca się do gorącej wody i… mamy czekoladę do picia.

Opublikowano w Blog
Dzień po San Miguel moim zadaniem było dostać się do miasta Santa Ana na drugim końcu kraju. Niby tylko 200km, a zeszło ponad pół dnia. Pieszo i autobusem do dworca, skąd kolejnym do stolicy – San Salvador. Tam musiałem zmienić dworzec, więc na drugi skraj miasta dostałem się taksówką. Dalej znowu autobus do Santa Ana i taxi pod hostel, który polecił mi Morris. 

Wyprawa dobiegała końca, skrajnie intensywna, zmęczenie już potężne. Dlatego postanowiłem trochę spuścić z tonu. Tylko rzeczywistość moje postanowienie zignorowała, ale w tamtej chwili miałem jeszcze nadzieję. Santa Ana to wulkan turystyczny, liczyłem że w hostelu zorganizują mi wycieczkę. Tak się jednak nie stało, ale dostałem namiary jak się dostać pod wulkan. Okazało się, że więcej mieszkańców obiektu ma taki plan. W tym para bardzo sympatycznych Niemców, ale dziewczyna była polskiego pochodzenia. Umówiliśmy się, że następnego dnia pojedziemy razem, a co będzie dalej zobaczymy.

Dobrze, że Morris zarezerwował mi w hostelu łóżko – ostatnie jak się okazało, bo obiekt malutki – Pool House Hostel. W planie jest rozbudowa. A prowadzi je para – chłopak tutejszy, dziewczyna chyba z Kanady. I od razu taki obiekt wybija się ponad lokalny standard, komunikacja sprawna.

Santa Ana nie jest zbyt turystycznym miastem, na zorganizowane wycieczki ciężko liczyć, ale pod wulkan o tej samej nazwie odjeżdża rano z centrum autobus, o 7:30. Bilet nie kosztował nawet dolara (0,90), a przejazd trwał 2 godziny, bo to lokalny transport a i kawałek drogi (ok. 40 km).

Jeśli miasto jest na wysokości ok. 650m n.p.m., to my wysiedliśmy na 1800m n.p.m. Autobus jechał jeszcze kawałek wyżej. Ale z nami był Francuz, który stwierdził, że znalazł inną drogę, nie będzie trzeba płacić za bilet. Mapę miał w telefonie. Zrobiło się nas 9 osób, piątka z naszego hostelu. Lubię robić wszystko sam, bo wtedy jest tak jak powinno być. Nie lubię zdawać się na innych, bo to zwykle kończy się porażką. Ale co jakiś czas daję komuś szansę. Planowałem co prawda zapłacić za bilet wstępu 6USD (miejscowi jak zwykle płacą dużo mniej) i ścieżką sobie wejść na luzie. Rozumiem jednak, że dla ludzi którzy są w podróży pół roku, rok, albo więcej – każde kilka zaoszczędzonych dolarów robi różnicę.

Ruszamy za Francuzem, ale już na początku nie wie jak iść. Idziemy, wracamy, wchodzimy na coś co ma być niby ścieżką, ale nie biegnie ona do góry. I jest w niefajnym terenie dla niedoświadczonych. Jak to zwykle w grupie pojawią się różne opcje co robić? W końcu ktoś wpada na pomysł, by iść do góry korytem wyschniętej rzeki. Część osób protestuje. Na co ja, że spróbuję wejść na wulkan własną drogą, nie chciało mi się już wracać do głównej drogi. Pożegnałem niezdecydowane towarzystwo i przed siebie. By skręcić w las i do góry. Pożałowałem tej decyzji, bo znowu krzaki, chaszcze, gąszcz gałęzi. Nie tak jak na Poas w Kostaryce, ale przyjemnie nie było. Na kolanach, czołgając się, nawet mój mały plecak musiałem chwilami ciągnąć za sobą. Wyżej doszły trzymetrowe trawy, po których musiałem się jakoś przeciskać. Pot leje się z czoła, stare rany jeszcze nie zagojone, a tutaj nowe. San Miguel też zostawił kilka znaków na ciele. Zawsze to samo. Trzeba było już w autobusie pożegnać towarzystwo i zrobić po swojemu. A nie zaufać jakiemuś Francuzowi, którzy w takich sprawach zwykle są beznadziejni, o czym przekonałem się nieraz.

Skoro już wpakowałem się w te chaszcze, to jak taran brnąłem do góry, szkoda że nie wziąłem kasku. Miałem ochotę zawrócić, ale dałem sobie godzinę na wydostanie się na lepszy teren. Do krateru było blisko. I właśnie po godzinie szedłem już po niskich trawach przeplatanych ze skałami wulkanicznymi. Pół godziny później byłem na skraju krateru. Nikogo poza mną. Ale nadal była wczesna godzina.

Miała być lajtowa wycieczka, a zrobiła się ostra przeprawa. Który to już raz. Sporo czasu spędziłem wędrując skrajem krateru, obserwując jezioro na jego dnie i wchodząc na najwyższy punkt wulkanu. Pogoda dopisywała.

Para Niemców, wraz z parą kanadyjsko-australijską, również z naszego hostelu, pojawili się na skraju krateru około godzinę później. Reszty nie widziałem. Mijaliśmy się, gdy zszedłem ze szczytu i przekonałem ich, by też poszli. Wydostali się na krater wspomnianym korytem rzeki, w innym miejscu niż ja. Już nie pamiętam czy Kanadyjka czy Australijczyk powiedzieli, że zostawiłem ich mówiąc: cześć. A co ja z wami ślub brałem? Sprawnie podejmuję decyzje, nie marnuję czasu na pierdoły ani na bezsensowne gadanie. Nie dalibyście sobie rady w tych chaszczach - dodałem na koniec. Oczywiście ubrani byli w adidasy, krótkie spodenki, krótkie koszulki. Niemcy, pytali czy spotkamy się na dole? Usłyszeli ode mnie, być może, ale nie czekajmy na siebie i nie szukajmy.

Francuza i jedną z osób, która do nas dołączyła na starcie, spotkałem na punkcie widokowym, gdzie kończy się oficjalna ścieżka. Właśnie weszli. Blisko dwie godziny po mnie. Francuz był szczerze zdziwiony, że daliśmy radę, bo pokazałem gdzie jest pozostała czwórka. Pozostali uczestnicy zawrócili, nie wiem czy dotarli na wulkan, bo ich już nie spotkałem.

Wulkan Santa Ana jest ogromnym wulkanem. Zewnętrzny obwód ma z pewnością ponad 5km, a średnica ponad kilometr. Posiada aktywny krater z jeziorem i stare fragmenty krateru, już nieaktywne. Punkt widokowy jest w słabym miejscu do oglądania jeziora kraterowego. Najlepsze jest to, gdzie wydostałem się nad krater, od strony jeziora Coatepeque. Tylko z punktu widokowego, trzeba by przejść skrajem krateru z dziesięć minut, a nikomu się nie chce. Już wejście dla większości to straszna męczarnia. Na punkcie widokowym był policjant, pilnował, nie wiem, porządku, był na wypadek erupcji? Nie widziałem jednak, by komuś zabronił pójść skrajem krateru, choćby Francuz poszedł. Punkt widokowy jest na około 2270m wysokości, ale wierzchołek i najwyższy punkt Salwadoru jest dokładnie po przeciwległej stronie. Na szczycie byłem sam, później przekonałem czwórkę z hostelu, że warto wejść na najwyższy punkt kraju. Innych chętnych nie było. Bo to kawał drogi. Wraz z Francuzem na punkt widokowy doszło trochę grup, lokalnych i zagranicznych, ze 30 osób.

Do wizyty na tym wulkanie przekonały mnie zdjęcia lotnicze. Piękny krater z turkusowym jeziorem. Czy rzeczywistość spełniła moje oczekiwania? Ooo, tak. Santa Ana nie wybucha często, ostatnio w 2005 roku (dwie osoby zginęły, kilka zostało rannych). Z jednej strony krater ma nawet trzy pierścienie, ale z drugiej tylko jeden, skąd najlepiej widać niewielkie jezioro kraterowe. Ale piękne. Jakieś sto metrów poniżej. Bardzo intensywny, specyficzny kolor niebieskiego (turkusowego). I wydobywające się z wód gazy, które wyglądają jakby tworzyły fale na jeziorze. Bardzo efektowna sceneria. Jeden z lepszych wulkanicznych widoków jaki widziałem. Pocztówkowy.  Ale nie z punktu widokowego, stamtąd oglądanie jeziora jest bez sensu. Jezioro kraterowe wulkanu Poas było mniej niebieskie, poniszczone przez erupcje i wydobywało się z niego dużo więcej gazów. Groźna sceneria. Na Santa Ana wygląda to bardziej baśniowo, ale nie należy wulkanu lekceważyć. Jego maksymalna wysokość wg moich pomiarów to 2385m (2389m z błędem do 4m), oficjalnie podaje się 2381m. Wulkan jest częścią kaldery Coatepeque, której częścią jest duże jezioro kraterowe o tej samej nazwie (26km2).

Z punktu widokowego Santa Ana, bardzo dobrze widać wulkan Izalco (1950m n.p.m.), wraz z kraterem. Klasyczny stratowulkan pięknie się prezentuje, Salwador jest z niego dumny, nie wiem dlaczego? San Miguel i Santa Ana są dużo ciekawsze i wg mnie ładniejsze. Choć około połowy XX wieku Izalco był wybitnie aktywny, od końca 1966 roku śpi. Jest łatwo dostępny, ścieżka jest od strony przełęczy pomiędzy nim a sąsiednim wulkanem Santa Ana. Dzisiaj to nudny, zarastający wulkan. Chyba, że się obudzi. Teren ten objęty jest parkiem narodowym Cerro Verde.

Na dół wulkanu zszedłem oficjalną ścieżką, jednym z jej wariantów. Przy budynku strażników parkowych nikt ode mnie nic nie chciał, ale zauważyłem dyskryminujący zapis. Na wulkan nie mogą wchodzić osoby do 12 roku życia i powyżej 60 roku życia. Mam nadzieję że tej totalnej głupoty nikt nie weryfikuje. Nad krater bez problemów dojdzie sprawny 6-latek i 90-latek.

Doszedłem do drogi w miejscu, gdzie rano startowałem na wulkan. Szybko na stopa zabrał mnie radiowóz policyjny i zabierał też innych, na pakę terenówki. Zawieźli mnie do miasta El Congo, wysadzili koło autobusu jadącego do Santa Ana, gdzie dotarłem ponad dwie godziny przed zmrokiem. Bardzo mi się podoba, że w Ameryce Centralnej wozi się ludzi na pakach terenówek, ciężarówek, i że takich krajów jest więcej na świecie. Ten rodzaj transportu wielokrotnie bardzo mi pomógł. Bardzo nie podoba mi się, że w Europie tak nie można, a kary są drakońskie, gdy ktoś złamie zakaz. Uważam, że poza głównymi trasami, gdzie ciężko się poruszać bez własnego samochodu, taka forma transportu powinna być dozwolona. Jakby policzyć ile kilometrów spędziłem na pakach samochodów i innych pojazdów, w bagażnikach, na dachach, uzbierałyby się solidne tysiące. I włos nie spadł mi z głowy. Dlatego argument, że to niebezpieczne, uważam za bzdurę. I cieszy mnie, że w wielu krajach uważa się tak samo, nawet policja. Ale nie mam złudzeń, że w Europie coś się zmieni w tym względzie.

Na dzień następny celem było dojechać do Gwatemali.

Dwie ciekawostki.

W Salwadorze kultową potrawą są pupusas (jedna pupusa). Cienkie placuszki kukurydziane(tortille) a w środku: sery, kurczak i inne mięsa, warzywa, grzyby i wiele innych. Tanie i pyszne. Honduras też rości sobie prawa do narodzin potrawy.

Nie zaskakuje mnie to, ale mnóstwo osób w Ameryce Centralnej nie wie, że kraj taki jak Polska istnieje ani gdzie się znajduje. To nie tylko przypadłość tej części świata. Ale oczywiście są osoby, które nasz kraj kojarzą. Coraz rzadziej z Janem Pawłem II. Coraz częściej z piłką nożną, ale tylko raz ktoś wymienił Lewandowskiego, za to kilka osób gratulowało mi awansu naszej kadry na Mistrzostwa Świata w Rosji. I dodawało, że mamy dobrą drużynę.

Informacje praktyczne. Zatrzymałem się w hostelu Pool House, który rzeczywiście posiada mini basen. Jest to mały obiekt i ciasny, ale przytulny, z planami rozbudowy. Cena za łóżko w kilkuosobowym pokoju wynosiła 10usd. Innym obiektem użytkowanym przez cudzoziemców w Santa Ana jest Casa Verde. Samo miasto nie jest zbyt urodziwe, ale ma ładną katedrę i kilka ciekawych budynków. Ze względu na wysokość powyżej 600m n.p.m., rano i wieczorem nie jest tutaj gorąco, za to bardzo przyjemnie. W Santa Ana nie można było wymienić gwatemalskich quetzales. Na dolary. Na granicy, owszem. Dlatego tym co mieli problem pomogłem i kupiłem od nich gwatemalską walutę.

Na zdjęciach: moje wejście na wulkan Santa Ana oraz sam wulkan w wielu ujęciach, w tym jezioro kraterowe i wierzchołek oraz na dwóch zdjęciach jezioro Coatepeque. Przed zdjęciem z moją podobizną, jest fotografia jak widać kraterowe jezioro z oficjalnego punktu widokowego. Z kolei dalej jest widok na wulkan Izalco (trzy zdjęcia), a następnie znowu wulkan Santa Ana, policyjna podwózka, katedra w mieście Santa Ana oraz pupusas. Na ostatnim zdjęciu wulkan San Salvador(Quetzaltepec, ostatnia erupcja 1917r.), widziany ze stolicy… San Salvador.

Opublikowano w Blog
Motywacja, by wybrać się na ten wulkan była następująca. San Miguel (Chaparrastique) jest ogromnym stratowulkanem. Góruje nad okolicą, posiada imponujący krater, co widać na zdjęciach satelitarnych. Wybuchł całkiem niedawno przed moim przyjazdem, bo w 2016. I rzadko ktoś na niego wchodzi. Jest bardzo mało zdjęć z partii szczytowych w internecie. Aczkolwiek niektórzy mieszkańcy San Miguel chcą zrobić z niego atrakcję turystyczną, jak to uczyniono z wulkanem Santa Ana. Na drugim końcu tego niewielkiego kraju. Nic dobrego to nie wróży, bo każda ingerencja administracyjna w wulkan oznacza ograniczanie do niego dostępu. A tworzenie parków narodowych i rezerwatów jest tylko przykrywką do takich właśnie działań.

Chcąc zrobić dokumentację partii szczytowych i poziomu aktywności, wpierw jest zawsze ten sam problem. Jak się tam dostać? Czy są jakieś obostrzenia. Od razu zacząłem pytać Morrisa – właściciela mojego miejsca noclegowego. San Miguel to nie turystyczne miasto, stąd mówiący po angielsku człowiek i do tego nie lokalny – to duża radość. Bo od razu widać różnicę. Gdy lokalsi mówią nie wiem, nie da się, nie można. Morris od razu powiedział – nie ma problemu, załatwimy to. Wpierw zadzwonił do jakiegoś znajomego, który mógł posłużyć za 10usd jako przewodnik, ale nie mógł dnia następnego. To dobrze, taki gość oszczędza czas, ale rodzi zwykle problemy. Lokalni przewodnicy są beznadziejni i nie mają pojęcia o wulkanach. I musiałbym się użerać z ciągłymi tekstami – schodźmy już.

Wobec powyższego Morris powiedział: zawiozę cię pod wulkan i sobie sam pójdziesz. Naprawdę tak łatwo, bez problemów? Nikt nie będzie rzucał mi kłód pod nogi jak zwykle?

Naprawdę. Pomiędzy 9 a 10 rano Morris wysadził mnie ok 10-12km od San Miguel na wysokości 800m n.p.m., choć twierdził że startuje się z 1200m (droga RN16S). I powiedział: idź prosto do góry, a jak się zgubisz to spróbuj zapytać lokalsa, którzy pracują na polach uprawnych (do 1500m). Gdyby ktoś cię zaczepiał, chciał pieniądze, mów że jesteś z USA, bo Ameryki się tutaj boją. Nie mów, zwłaszcza policji, że idziesz na wulkan, bo tutejsi ludzie i urzędnicy mają hopla na tym punkcie. Nie tak dawno wybuchł i uważają, że jest bardzo niebezpieczny i nikt nie powinien się do niego zbliżać. Zawsze to samo utrapienie – bardzo ograniczeni ludzie.

Pogoda świetna, ale czasu nie za dużo. Do pokonania ponad 1300m przewyższenia. Wpierw wędrówka szutrową drogą pomiędzy polami. I trasa nie była wcale taka łatwa, musieli pomóc okoliczni mieszkańcy. Choć na początku tak pomogli – każdy mówił, by iść w inną stronę i inną drogą, że stwierdziłem: wybiorę tą drogę, która prowadzi do góry. Wyżej pomoc dwa razy się przydała na rozstajach dróg. Samochodem terenowym można dojechać do 1480m. Ale uwaga, na wulkan prowadzi kilka ścieżek, choć może to za duże słowo. Bo jak droga się skończyła, ścieżka nie była ścieżką. W każdym razie jakby jej od dawna nikt nie używał i musiałem się sporo namęczyć przeciskając przez las i chaszcze, aż zszedłem do sypkiego żlebu. Po stromym i sypkim materiale piroklastycznym szło się dużo lepiej. Końcówka do krateru była twarda, a wysokość na skraju 2010m. Podejście zajęło mi 2h30min. Całkiem sprawnie. Była mniej więcej 12:00, miałem sporo czasu na działalność w rejonie krateru. Spędziłem tam cztery godziny. Krater San Miguel robi wrażenie, czułem się trochę jak na obcej, nieprzyjaznej planecie. Szarej, zakurzonej, zadymionej. Jest tutaj potężny krater zewnętrzny, postrzępiony, o dobrych kilku kilometrach obwodu. Miejscami jest też krater wewnętrzny, z głębi którego wydobywały się toksyczne gazy i właśnie nad jego skraj wpierw poszedłem. Wielki wulkan i tylko Gawlik – tak lubię.

Obejście krateru dookoła nie było wcale takie łatwe, góra dół, nawet drobne elementy wspinaczki. Włócząc się po partiach szczytowych pokonałem około 400m deniwelacji. Wybrałem się oczywiście na wierzchołek, mój GPS zmierzył 2126m z dokładnością do 4m (wg Wikipedii 2130m). Dokonałem mnóstwa obserwacji i San Miguel muszę przyznać, jest wulkanem budzącym grozę swoją surowością w rejonie kraterów. Jego erupcje są niezwykle efektowne.

Od Nikaraguy obserwuję częste pożary lasów i krzaków. Patrzę, a z boku krateru, za nim, unosi się snop gęstego dymu. To nie erupcja, ale poszedłem sprawdzić. To paliły się las i krzaki. Mnóstwo dymu na potężnym obszarze. Pojawiło się dla mnie nowe zagrożenie, ten pożar jest może kilometr od mojej trasy zejścia, a wiatr wieje w tym kierunku. Ogień potrafi się przenosić z ogromną prędkością. Głupio byłoby zginąć na wulkanie od pożaru lasu. Dokończyłem to co chciałem i w dół. Najgorszy krzaczasto-leśny obszar starałem się pokonać jak najszybciej. Nie uciekłbym stąd przed ogniem i dymem. Wkoło unosił się zapach palonego drewna, a wulkan po przeciwległej stronie przełęczy był jakby za mgłą.

Półtorej godziny zajęło mi zanim doszedłem do drogi (wybiła 17:30), trochę w innym miejscu niż startowałem. Szybko złapałem autostop i znalazłem się przy głównej drodze, cztery kilometry od obiektu, w którym nocowałem. Na autobus też nie czekałem długo. Gdy zmrok praktycznie zapadł dotarłem do celu. Morris był w szoku, że mi się udało, nie spodziewał się. Koniecznie chciał oglądać zdjęcia i chwytał się za głowę. Jemu też Chaparrastique wydawał się niebezpieczny. Przez cały wieczór i poranek był podekscytowany moim wejściem, prosił o wszelkie informacje. Bo ma zamiar popularyzować wulkan, by San Miguel zaczęli odwiedzać nie tylko pojedynczy turyści. Tak na marginesie, ludzie zwożący mnie z pod wulkanu dziwili się nie tylko, że ośmieliłem się wejść na niego, ale że samotnie, wydawało im się niewiarygodne. Rozumiem, my biali mamy często opinię nieporadnych i chcących zawsze gotowego, czyli pełnej usługi turystycznej. Jak robimy coś sami, miejscowym wydaje się, że zaraz zrobimy sobie krzywdę. I Morris wspominał, że ze dwa lata wcześniej kilku Niemców zgubiło się na wulkanie i trzeba było ich szukać.

Morris, pół Hiszpan, pół Salwadorczyk, który pół roku spędza w Hiszpanii stwierdził, że Ameryka Centralna to w dużej mierze „bananowe republiki”. W których króluje lenistwo oraz głupota. Tutejsi ludzie chcą mieć pieniądze, ale nie chcą pracować. On sam nieraz mówił różnym osobom, które prosiły o jałmużnę, przyjdź, dam ci zarobić. Nikt się nie zjawił. Salwador przypomina Nikaraguę pod względem rozwoju i zamożności. Morris opowiadał, że w kraju żyje 6mln osób, a kolejne 4mln w USA, które ślą rodzinom pieniądze. Największą bolączką Salwadoru jest dramatycznie niski poziom edukacji, dodał. Przez to kraj wolno się rozwija. I powiedział też o tym, o czym słyszę w wielu biednych krajach. Uważają w nich, że od pracowania i zarabiania pieniędzy są biali, którzy powinni się z nimi podzielić, czyli dać.

Jestem tolerancyjną osobą, lecz nic nie poradzę, że fakty mówią, iż jak się biały za coś bierze, zwykle widać różnicę. Świetnym przykładem jest porównanie mojego noclegu w San Lorenzo i w San Miguel – obiekt prowadzony przez lokalnych właścicieli i przez Europejczyka. Jakoś tak jest, że nam białym się chce, myślimy, podnosimy kwalifikacje, standardy, dbamy o jakość, zadowolenie klienta. Co nie jest powszechne na świecie. Zawsze się zastanawiam w podobnych sytuacjach, czemu ludzie z Ameryki Centralnej nie potrafią prowadzić pensjonatu o takim standardzie? Co im w tym przeszkadza? Czasami wystarczyłoby trochę świeżej farby, by było widać różnicę. A najciekawsze jest to, że w samej Ameryce Centralnej zgadzają się z tym, co napisałem w tym akapicie. Muszę jeszcze wyjaśnić pewien szczegół, pisząc o białych, mam na myśli nie tyle kolor skóry, ile poziom rozwoju, cywilizacji. Oprócz dużej części Europy, USA, Kanady, Australii i Nowej Zelandii, wysokie standardy oferują też takie „nie białe” kraje jak Japonia czy Korea Południowa.

Informacje praktyczne. Salwador. Czas: UTC minus 6. Waluta: dolar amerykański. Ceny, chyba najtańszy kraj na tej wyprawie, a wystartowałem z Panamy. Trochę taniej niż w Polsce, transport publiczny także. Zatrzymałem się w Guest House Europa, który widoczny jest w internecie, ale na budynku była tylko mała karteczka z boku. Taksówkarz szukał i szukał. Za to w środku jak na tą część świata bardzo fajne warunki, bo prowadzi go Morris, w połowie Hiszpan. Bardzo dobre ceny, a ja dostałem jeszcze rabat i za prywatny pokój z łazienką, na przyzwoitym poziomie zapłaciłem 13usd za noc (w Hondurasie za totalny syf 15usd w obiekcie, który nazywał się hotelem a nie guest housem). Do tego w cenie śniadanie i schłodzona woda w nieograniczonych ilościach, a także pyszne pomarańcze. Jest internet, przestronnie, hamaki i bardzo mało ludzi, bo obiekt mało znany. Widać, że lokal prowadzi przedstawiciel świata zachodniego, widać że sprzątają go przedstawiciele Ameryki Łacińskiej. Tak sobie, czyli i tak nieźle jak na tutejsze warunki. Ale w Europie za taką jakość pracy, szybko się ją traci. Trzeba by stać ciągle nad głową pracownika, by efekt był zadowalający. Minusem były wiatraki (to standard tutaj) a nie klimatyzacja i duży hałas z ulicy, także w nocy – ale nie można mieć wszystkiego. Ludzie jak w całej Ameryce Środkowej – sympatyczni, pomocni i praktycznie nie-anglojęzyczni.

Na zdjęciach: granica Honduras - Salwador, profesjonalne ekspresowe szycie spodni na pośladku, wiele ujęć wulkanu San Miguel (Chaparrastique) – podejście, krater, wierzchołek, zejście. Zdjęcie z gęstym dymem pod koniec galerii to pożar lasu. A na początku zdjęcie nr 6 przedstawia widok na wulkan Chinameca, a na poprzedzającym chaszcze, które musiałem pokonać.

Opublikowano w Blog
Honduras stanowił dla mnie jedynie kraj tranzytowy w drodze do Salwadoru. Tutaj jest kilka wygasłych wulkanów, ale wolę aktywne. Na nocleg zatrzymałem się w mieście San Lorenzo, położonym na skraju zatoki Fonseca (Golfo de Fonseca, Pacyfik). W tym miejscu pełnej meandrów pośród lasów namorzynowych i wysepek.

O świcie byłem na najwyższym wulkanie Nikaraguy – San Cristóbal, a popołudniu już w San Lorenzo w Hondurasie. Zatrzymałem się w pierwszym napotkanym hotelu – Perla del Pacifico. Nazwa to żart wysokiego kalibru. Obskurny obiekt, jak większość w tej części Ameryki Centralnej. A tam, gdzie nie ma turystów z obcych krajów, znalezienie czegokolwiek lepszego jest zwykle niemożliwe. Obskurny malutki pokój za 15 usd, brak internetu, nie działająca spłuczka, problemy z wodą (albo brak albo napełnienie wiadra zajęłoby pół godziny). Ale wspomnę, że ze względu na upały tutaj jest tylko jeden kurek z wodą lecącą ze zbiornika, ma nawet wieczorem dobre 20 stopni C. Innymi słowy, bydło w Europie mieszka w lepszych warunkach, niż oferują tutejsze hoteliki. Nie jestem wybredny, ale aż dziw bierze, że takie obiekty ciągle funkcjonują i w takiej ilości. Co z tego, że dziewczyny pracujące w hotelu miłe, jak nawet nie potrafiły wskazać kawiarenki internetowej, tłumacząc że jest ileś kilometrów dalej i muszę wziąć taxi. Kiedy kawiarenka funkcjonowała 5 minut spacerem od „hotelu”, co ustaliłem w minutę pytając przechodniów na ulicy.

Honduras zrobił na mnie jeszcze biedniejsze wrażenie niż Nikaragua. Świetnie widać to na przykładzie śmieci. Tutaj się wszystko wyrzuca przez okno auta, autobusu (takich krajów na świecie jest pokaźna liczba). W sklepie kupujesz batonika, od razu papierek na ziemię. Zatoka Fonseca zaśmiecona. Generalnie czułem się jak na wielkim wysypisku śmieci. Notabane, problem z nimi mają wszystkie kraje Ameryki Centralnej (więcej - Łacińskiej).

Ponadto Honduras jest przykładem państwa policyjnego. Na krótkim odcinku trasy od granicy, miały miejsce dwie kontrole,ze sprawdzaniem bagaży i dokumnetów. 

Byłem tutaj jedynym białym człowiekiem i szybko stałem się atrakcją miasteczka. Zagadywano mnie, było bardzo sympatycznie. By podziwiać zachód słońca wybrałem się do największej tutejszej atrakcji – La Cabana, czyli tutejszego terenu rekreacyjnego nad zatoką. Restauracje, mikro plaża, a woda gorąca jak zupa. Widok na lasy namorzynowe i wspaniały zachód słońca. Europejski standard to nie jest, ale w końcu to Honduras. Szkoda, że nawet tutaj nie brakowało śmieci.

Rano z radością opuściłem hotel. Cel – miasto San Miguel w Salwadorze. Mała dygresja. W Ameryce Środkowej pytając na przykład jak daleko jest dokądś, nie warto wierzyć w odpowiedzi. Jedna trzecia jest poprawna, jedna trzecia błędna, jedna trzecia dramatycznie błędna. Więc jak rano zapytałem dziewczynę na recepcji, jak daleko jest do przystanku autobusowego, skąd dojadę do granicy? Usłyszałem – 10 kilometrów. W praktyce były 3, które pokonałem taksówką. Tutejsi ludzie nie potrafią powiedzieć po prostu: nie wiem. Wolą wprowadzić w błąd, ale coś odpowiedzieć. 

Autobusem dojechałem do granicy w Amatillo, skąd dwoma autobusami do San Miguel i taksówką do hostelu. W tej części świata cieszy, że komunikacja publiczna dociera prawie wszędzie, szkoda że trwa to całkiem długo. W praktyce pokonanie niewiele ponad 100km, zajęło pół dnia. Za to przekroczenie granicy było bardzo sprawne – piesze.

Informacje praktyczne. W tekście poświęconym wulkanowi San Cristóbal opisałem przekraczanie granicy i opłaty wjeżdżając do Hondurasu z Nikaraguy. Więc powtarzał się nie będę. Na granicy: Honduras – Salwador, nikt nie pobierał ode mnie żadnej opłaty, było szybko, bez problemów i formalności. Waluta w Hondurasie to Lempira, za dolara płacili 23 lempiras (w banku), a za wymianę 100 cordoba – 75 empiras (na granicy). Ceny jedzenia, napojów, wydały mi się trochę niższe jak w Polsce, a transportu publicznego wyraźnie mniejsze. Strefa czasowa: UTC minus 6.

Na zdjęciach: od granicy do San Lorenzo, gdzie zachód słońca nad zatoką Fonseca. Na jednym ze zdjęć prysznic w moim pokoju hotelowym.

Opublikowano w Blog
Wejście na Momotombo i dotarcie tego samego dnia do Leon okazało się kluczowe. Z jednej strony był to ekstremalnie intensywny czas, ale z drugiej udała się ważna rzecz. W ciągu trzech dni byłem na wulkanie Momotombo, Cerro Negro, Telica i San Cristóbal. Jeszcze tego trzeciego dnia dotarłem do Hondurasu. Myślałem, że zajmie mi to wszystko 5 dni, i tak byłoby intensywnie. A wystarczyły 3 dni. Ostre tempo, ale odzyskałem dwa dni, które nadmiarowo zużyłem na Poas. Wyprawa jest krótka, skrajnie intensywna, każdy dzień jest na wagę złota. Choć jest to okupione znacznym zmęczeniem i chronicznym niedospaniem.

Przed trzecią w nocy już nie spałem, a punktualnie o czwartej odebrano mnie na San Cristóbal. Niewiele wcześniej położyłem się spać. Ale jak to na wyprawie, musi być ciężko. Nie ma że bolą jeszcze różne części ciała po Poas i organizm nie ma nawet dnia na regenerację. Musi sobie jakoś radzić.

Dojazd zajął tyle samo czasu co pod Telicę, chociaż to dalej, ale trochę mniej szutru i lepszy. Zatrzymaliśmy się na farmie pomiędzy wulkanami San Cristóbal i Chomco. Tutaj uiszcza się jakąś opłatę, chyba właścicielom farmy, ponadto wulkan jest rezerwatem. Wstawał dzień, wysokość 700m. Ruszamy do góry. Wpierw ścieżką przez las, potem pomiędzy krzakami, a potem po sypkim rumoszu wulkanicznym. W zasadzie każdy jak chce, lecz pod koniec widać zarysowania „zygzaka”. Bo na najwyższy wulkan Nikaraguy czasami się wchodzi. Od razu na sam wierzchołek, gdzie tak wiało, że z trudem trzymałem się na nogach.

Wejście jest fajne. Bo krótkie, ostro do góry, prawie cały czas w cieniu, więc człowiek się nie przegrzeje. Szedłem sobie powoli krok za krokiem. Po mnie 10-15 minut na szczyt dotarła para Niemców, przewodnik kolejne 15minut później, a jego kolega dalsze 10. Chłopaki byli zdziwieni naszym tempem. Wszedłem w 2h30min. GPS na szczycie wskazał 1795m (plus/minus 5m), czyli około 50 metrów więcej, niż oficjalne dane. 

Ze względu na wiatr, znalazłem nam miejsce na zboczu, bliżej krateru. Spędziliśmy tutaj godzinę. Podziwialiśmy dymiący krater San Cristóbal, w oddali Telicę. Prawie na szczycie rozłożył się ciekawy zwierzak – kinkajou czyli kinkażu żółty z rodziny szopowatych. Zimno nikomu nie było, robiło się wręcz za ciepło. Skacząc po rumoszu skalnym w godzinę dotarłem pod samochód. Reszta wyraźnie później. Ale dlatego, że mieli buty trekkingowe, ale i krótkie spodenki. Stąd ciągle wsypywały im się kamienie do butów i ciągle je wyciągali. Długie spodnie, nie zmusiły mnie ani raz do wyjmowania kamyków z buta.

Poszło nam wyjątkowo sprawie i po chwili odpoczynku, mogliśmy rozpocząć powrót. San Cristóbal jest wulkanem aktywnym, wybuchł w 2016 roku i wielokrotnie wcześniej. Duże ilości gazów, toksycznych, świadczą, że lawa jest blisko krateru, może nawet widoczna w nocy. Ów stratowulkan obniża się w kierunku Telici, jest duży aktywny krater i fragmenty starego krateru. Podczas większych erupcji ewakuuje się okolicznych mieszkańców.

Ekipa zostawiła mnie koło dworca autobusowego w Chinandega. Właśnie odjeżdżał mikrobus do granicy w Guasaule. Przeszedłem ją pieszo. Szybko i sprawnie. Po stronie Nikaraguy prześwietlili mi bagaż, pobrali opłatę wyjazdową 2usd, a Honduras 3usd – wjazdową. Miałem szczęście, bo udało się złapać mikrobus jadący przez interesujące mnie miasto – San Lorenzo.

Taka ciekawostka mi się przypomniała. W Masaya spotkałem chłopaka, fana metalu. Mówił, że Polska ma dobre grupy, lubi Behemotha.

Na zdjęciach: różne ujęcia wulkanu San Cristóbal, w tym jedno z Telici, zresztą ją dymiącą w dali też widać na jednym zdjęciu. Fajny zwierzak kinkajou także jest.

Opublikowano w Blog
Dopiero co wróciłem z volcanoboardingu a już ruszałem na wulkan Telica. Szalone tempo. Nawet nie miałem czasu na chwilę wrócić do hostelu po kask i lepszą maskę. Dojazd pod wulkan zajął półtorej godziny, z tego godzinę szutrami. To jest zwykle mój największy problem – dostać się pod wulkan. Wynajęcie prywatnego transportu byłoby czasochłonne, dużo trudniejsze i droższe, niż podłączyć się do wycieczki. Zapłaciłem 35usd. Miała polegać na oglądaniu krateru i zachodu słońca.

Postój nastąpił na wysokości 660m. Kilka firm przywiozło swoje grupy. Pod krater podchodzi się łatwą ścieżką, około godzinę, spacerowo. Z Telici wydobywa się dużo bardzo toksycznych gazów, a to oznacza, że lawa jest blisko. Mówi się, że to taka gorsza wersja wulkanu Masaya, pod względem obserwacji lawy.

Skraj krateru zbudowany jest z wulkanicznego zlepieńca, który w każdej chwili może się oberwać. Nie ma żadnych barierek ochronnych, tak lubię. Chociaż turyści nie zdają sobie sprawy z tego o czym napiszę trochę później. Nawet jakiś lokalny człowiek wniósł małą lodówkę i sprzedawał napoje po 50 cordoba (blisko 2 dolary).

Punkt widokowy znajduje się praktycznie tam, gdzie krater jest najniżej. Mnie interesował też wierzchołek. Ruszyłem stromym, stwardniałym, ale kruszącym się zboczem. Wpierw do spłaszczenia w partiach szczytowych krateru, a potem jeszcze spory kawałek na najwyższy punkt. Fragmenty przy kraterze były spękane. Znalazłem się ze 200 metrów wyżej niż punkt widokowy. Piękny zachód słońca, gazy. Fragment starego krateru, w formie półki, pod szczytem. GPS wskazał 1065m z dokładnością do 4m. Czyli wszystko się zgadza, jego wysokość to 1061m. Chwilę zabawiłem w tej partii Telici. Oferowała wspaniałą panoramę wulkaniczną od San Cristobal po Momotombo. W internecie nie znalazłem żadnych zdjęć z wierzchołka.

Ruszyłem w dół. Blisko punktu widokowego patrzę, a tu się wspina pomocnik z naszej firmy, chłopak z Nikaraguy. Po mnie, jak się okazuje. Rzecz jasna na szczyt żadnej ścieżki nie było i widać, że tam się nie chodzi. Ale gdybyśmy zapytali turystów czy mięliby ochotę, pewnie wszyscy powiedzieliby że nie, bo po co się męczyć. Chłopak sobie zupełnie nie radził, mnie próbował coś sugerować, którędy mam schodzić. Mimo, że znajdował się przed najstromszym fragmentem, to zadanie go przerastało. Szybko swoimi technikami zszedłem do ścieżki i czekałem na biedaka. Zszedł przestraszony, zmęczony, spocony. I zdziwiony – po co tam poszedłem? Dla mnie to oczywiste. Chciałem zobaczyć jak najwięcej wulkanu Telica, a partie szczytowe okazały się ciekawe oraz widokowe. Dziwi się, że skaczę po skałach, nie widać po mnie cienia zmęczenia, jakiegokolwiek strachu. Bo niby po czym? Ty tego nie wiesz, ale dla mnie to chleb powszedni. Gdyby ustalano rekord świata, kto ile kilometrów przeszedł po wulkanach, miałbym spore szanse na zwycięstwo. Nasz przewodnik, zdaje się że z USA, nie robi najmniejszej uwagi, za to chce bardzo zobaczyć zdjęcia i czy Telica naprawdę ma tyle wysokości ile mówią. On na szczycie nigdy nie był. Pokazuję. Zresztą wiedział czym się zajmuję jeśli chodzi o wulkany, nie powinien się dziwić.

Wszyscy zmienili miejsce pobytu, teraz jesteśmy kawałek od krateru, by obserwować zachód słońca. Jest tutaj mała jaskinia z licznymi nietoperzami, wąwóz. Widok na inne wulkany. A także na pożar lasu w dole. Dostajemy od firmy kanapki i orzeszki.

Podchodzi do mnie kanadyjska para. Wiekowo około 50-tki. Z gościem chwilę rozmawiamy o Vancouver, w którym byłem. Ale nagle kobieta rozpoczyna z zaskoczenia tyradę na mnie. Za moje wejście na szczyt Telici. Wariatka czy co? Nie, Kanadyjka. Nie zdziwiłem się. Mówię, że Kanadyjczycy to Francuzi Ameryki Północnej. Jedni i drudzy są upierdliwi i mądralińscy.

Żeby było bardziej żenująco, kobieta robi z siebie totalną idiotkę. Pokazuje, że intelekt, to nie jest jej mocna strona. To mi coraz bardziej doskwiera. Trudno znaleźć osobę, z którą można porozmawiać na poziomie, merytorycznie, która ma jakąś wiedzę, szersze spojrzenie na świat, na jakiś konkretny temat. W takich sytuacjach jak ta, nigdy nie wdaję się w dyskusję, bo to bez sensu. Jak ktoś nic nie rozumie, patrzy bardzo wąsko, tylko ze swojego punktu widzenia, szkoda mojego wysiłku, by coś tłumaczyć.

Słyszę więc, jaką głupotę zrobiłem, jak niebezpieczne to było, moje wejście na szczyt. Że tam nie wolno. Że nasz przewodnik mógł mieć kłopoty, gdyby coś mi się stało. I tak dobre pięć minut. Z grzeczności szedłem obok niej, słuchałem, ale nie odezwałem się ani słowem. Wkurzona Kanadyjka w końcu pyta: czy rozumiem po angielsku? Moja spokojna odpowiedź: not for you (nie dla ciebie). Nie odezwała się już ani słowem. Poszła do męża, który nie chciał brać w tym udziału.

A co ja jej mogłem wyjaśnić, a czego by i tak nie zrozumiała? Zacznijmy od tego, że ona nie wiedziała kim jestem i czym się zajmuję oraz jakie mam doświadczenie na wulkanach. Zakładanie z góry, że wszyscy są tacy sami jak ona, nie jest mądre. Nigdy i nigdzie nie było powiedziane, że nie można wchodzić na szczyt Telici. Podpisałem oświadczenie, że firma nie odpowiada za nic, jeśli cokolwiek stanie mi się na wulkanie. Równie dobrze mogłem spać do krateru z punktu widokowego albo złamać sobie nogę. Punkt widokowy na Telice w razie erupcji jest niebezpieczny. Jest nisko, więc bomby wulkaniczne mogą tam dolecieć. Skraj wulkanu jest sypki, w razie erupcji, wstrząsu, 2-3 metry od razu mogą wpaść do krateru i wszyscy znajdujący się tam ludzie. Paradoksalnie wchodząc na szczyt i będąc na szczycie, byłem najbezpieczniejszy z wszystkich znajdujących się osób w masywie wulkanu. Bo to bezpieczne miejsce, oddalone od krateru. Oczywiście przewodnicy i turyści w razie dużej erupcji nie mięliby pojęcia co zrobić – zginęliby. A ja bym się uratował. Bo wiem co robić, bo miałem odpowiednie buty, nie najlepszą z zabranych, ale miałem maskę przeciwgazową. Długie spodnie, gogle, rękawiczki i wybitną umiejętność chodzenia po skałach wulkanicznych. A ona i inni, w adidaskach (niektórzy w sandałach), krótkie spodenki, krótkie koszulki, zero jakiegokolwiek ekwipunku. Zero doświadczenia wulkanicznego, nawet na ścieżce się potykali i chodzili koszmarnie wolno, bo nie potrafili inaczej. I ktoś taki, patrzący tylko ze swojego punktu widzenia, wie lepiej co zrobiłem, co wolno, co było bezpieczne. Nie lubię kompromitować ludzi, najlepszym wyjściem było zachować milczenie. Ten sam chłopak, przewodnik, zapomniałem imienia, był ze mną i kilkoma osobami na San Cristobal kolejnego dnia, ale na wyciecze, jako uczestnik. I nadal nie wspomniał ani słowem o Telice. A więc z jego punktu widzenia wszystko było w porządku. Ale nie z punktu widzenia jednej niezrównoważonej psychicznie Kanadyjki. Bywa.

Po zachodzie słońca, już po zmroku, wróciliśmy nad krater, by spróbować dojrzeć lawę. Dlatego na nocne oglądanie Telici trzeba mieć latarkę. Nie zdziwię nikogo, że większość osób korzystała z latarki w telefonie. Chciałbym widzieć jak w chwili erupcji wulkanu, z takim oświetleniem, gdy pełno gazów i nie ma atmosfery do oddychania, w adidaskach i pół nago, próbują się uratować.

Nad kraterem spotkałem ponownie Lucasa z Niemiec, z którym wchodziłem na Concepción. Chciał zobaczyć lawę i bardzo się dziwił, gdy mu powiedziałem, że przegapił wulkan do oglądania lawy – Masaya. Nie słyszał o nim. Zasugerowałem cofnięcie się, to nie tak daleko. A lawę udało nam się dojrzeć, lecz tylko malutkie nieliczne czerwone kropki w dole krateru. Na Masaya jest więcej lawy niż dymów, na Telice na odwrót, dlatego często w ogóle nie dojrzy się lawy. Za dużo gazów.

Wulkan Telica jest aktywny i całkiem często wybucha, ostatni raz przed moim przyjazdem w 2015 roku. Gdyby był w Kostaryce, nigdy nie można byłoby się nawet zbliżyć do niego (pisałem o tym kilka artykułów wcześniej).

Powrót trwał półtorej godziny, choć nasi kierowcy pedału gazu nie oszczędzali. Chwilę po 21:00 dotarliśmy do Leon. Kanadyjka próbowała na mnie naskarżyć w biurze firmy po przyjeździe, to też charakterystyczne dla tego narodu (i Francuzów). Ale ktoś jej odpowiedział: tak, Gregory, nasz specjalista od wulkanów, on wszędzie wchodzi. Uśmiechy na naszych twarzach. Kobieta kolejny raz się zdziwiła i wściekła wyszła z biura. Wszystkiego najlepszego Kanadyjko, chillout i nie wtrącaj się w nie swoje sprawy.

Ostatni wulkan w Nikaragui, który chciałem zobaczyć z bliska to San Cristobal, najwyższy w tym kraju, aktywny. By była jasność, zakomunikowałem firmie, że chcę wejść na szczyt. Usłyszałem – tak będzie. Pasowało mi, że jestem sam i że zapłacę za to 100usd. Tak naprawdę chodziło o sam transport, ale on byłby droższy, niż forma wycieczki, bo potrzeba znajomości drogi i auta 4x4. Okazało się, że dołączyła dwójka Niemców i mam zapłacić 70usd. Okay, niech tylko mnie dowiozą, a potem i tak zrobię swoje. Nikt mnie nie powstrzyma. Ustaliłem, że w drodze powrotnej odstawią mnie w mieście Chinandega, więc na czas zbiórki o czwartej rano, muszę być już spakowany. Mogłem pójść na kolację, drobne zakupy spożywcze i pakować się do hostelu. Noc zapowiadała się krótka.

Na zdjęciach: wulkan Telica z różnych ujęć, w tym z nad dolnych partii krateru i z samego szczytu. Widać pasmo wulkanów, aż po Momotombo, a na prawie nocnym zdjęciu, w tle jest San Cristóbal. Nie zabrakło zachodu słońca, jaskini, płonącego lasu, a w samej końcówce skorpiona. I czarnego zdjęcia z czerwonymi kropkami – to lawa.

Opublikowano w Blog
Cerro Negro jest wulkanem aktywnym, wybuchł w 1999 roku. Objęty jest rezerwatem, a możliwość zjeżdżania na deskach zawdzięczamy w dużej mierze wiatrowi. Z pewnych miejsc wywiał drobny rumosz wulkaniczny i pozostawił kamienie oraz skały. A w pewne miejsca ową drobnicę naniósł.

Dzięki temu powstała jedna z najsłynniejszych atrakcji turystycznych Nikaraguy – volcanoboarding. Ale by zjechać, wpierw trzeba się namęczyć. Czyli wejść na wulkan. Marsz rozpoczyna się z około 450m n.p.m., a wierzchołek jest na 715m n.p.m. (pomiary GPS). Zjeżdża się na specjalnych deskach – drewno pokryte blachą. Ciężkie. Ale można zatrudnić miejscowych, którzy za parę dolarów wniosą nam deskę. Nie mniej, na szczyt nikt nas nie wniesie. I dobrze, bo są ciekawe wulkaniczne widoki. Pola lawowe, kratery. Działają nawet niewielkie fumarole. Jeden mały krater jest pod wierzchołkiem, a drugi, znacznie większy i nieforemny, oraz otwarty z jednej strony, stanowi główną część wulkanu. Wprawne oko zauważy dwa małe kratery w polu lawowym, zaraz po przyjeździe pod wulkan.

Po wejściu na szczyt, następuje ubranie się w kombinezony, które dają firmy organizujące wycieczki. Wypożyczają też gogle. Od nas zależy jak szybko zjedziemy na dół, jak bardzo będziemy hamować nogami. Warto nie hamować, wtedy frajda ze zjazdu w dół jest rzeczywista. Zabawa trwa krótko, wejście dłużej. Szkoda, że nie zbudują krótkiej kolejki linowej i baru na dole, bo upał potężny. Wtedy można by zjeżdżać cały dzień, z przerwami na schłodzenie i posiłki. A tak po jednym zjeździe już nikt nie wchodzi drugi raz, zwłaszcza że ścieżkę poprowadzono okrężną drogą, by łatwiej się wchodziło.

Dojazd z miasta Leon zajmuje około godzinę. Płaciłem 30USD. W tym transport, anglojęzyczni opiekuni, wstęp do rezerwatu, potrzebny ekwipunek, a po powrocie cola albo piwo. Wystartowałem porannym kursem, o 8:00, powrót nastąpił przed 14:00. Drugi kurs zaczyna się właśnie o 14:00 i kończy wieczorem.

Korzystałem z usług dużej firmy volcanodaynicaragua.com, która zatrudnia wolontariuszy z USA, Kanady, Europy – jako przewodników. W uproszczeniu: biali ludzie świadczą usługi dla białych ludzi. I od razu widać różnicę, bo jest profesjonalnie. Nie wiem kto wpadł w Nikaragui na taki pomysł, ale szacunek, strzał w dziesiątkę. Smutne jest jednak to, że Nikaragua nie potrafi wyszkolić własnych przewodników mówiących choć trochę po angielsku i zapewniających znośną obsługę. Przez to traci pieniądze. Ci przewodnicy z którymi byłem na volcanoboardingu (sandboardingu), Telice, San Cristobal przyznali, że nikt ich nie szkolił, nie weryfikował. W razie erupcji wulkanu nic by nie pomogli. Na przykład przewodnik na San Cristobal, był dopiero trzeci raz, o wulkanach nic nie wiedział. Ale dał mi pełną swobodę, a rób sobie chłopie co chcesz. I ta atmosfera, luzu, swobody – tak powinno być. Zupełnie inny klimat niż z lokalsami. Turyści, a było ich całkiem sporo, byli bardzo zadowoleni, że obsługa jest taka jakby byli w Europie czy w USA. Lokalni ludzie zostali tylko zatrudnieni jako kierowcy, czy do czynności typu zanieś, przynieś. Tak jest, bo oni są najzwyczajniej leniwi. I nie chce im się podnieść kwalifikacji. Nawet odbiór z hostelu na moje wyjazdy był punktualny co do minuty, aż się zdziwiłem. Ponadto podpisuje się oświadczenie, że świadomi jesteśmy ryzyka, a firma nie bierze odpowiedzialności w razie jakiegoś wypadku lub zdarzenia. Tak powinno być.

Kiedyś jeździłem na snowboardzie po piaskach pustyni Atakama w Chile, teraz przyszedł czas na zjazd z wulkanu. Cerro Negro to ładny, młody wulkan, w długim paśmie wulkanicznym. Niedaleko stąd do wulkanów Momotomnbo, Telica i San Cristobal, oraz licznych wygasłych wulkanów. Przed 1999 rokiem wybuchał całkiem często.

Na drugą część tego samego dnia wybrałem się na wycieczkę na wulkan Telica.

Na zdjęciach: wulkan Cerro Negro i volcanoboarding. Jak również widoki na wulkany Santa Klara, Telica (dymiący), San Cristobal, Las Pilas. Na końcu dwa zdjęcia z miasta Leon.

Opublikowano w Blog
niedziela, 11 marzec 2018 05:58

Wulkan Momotombo 1312m – symbol NIKARAGUY

Opuszczam miasto Masaya. Taksówką do dworca autobusowego, autobusem do Managuy. Taksówką na inny dworzec, skąd autobusem do La Paz Centro. I kolejnym do Puerto Momotombo nad jeziorem Xolotlan. Wylądowałem na plaży, szybko poszło. Mam jeszcze pół dnia na zorganizowanie sobie noclegu i wejścia na wulkan. Tymczasem podziwiam go z nad jeziora, mocno dymi. Wody wzburzone, silny wiatr. Ale i tak skwar nieziemski, 36-38 stopni C w cieniu.

Puerto Momotombo miało lepsze momenty. Mini promenadę, zaniedbana. Wulkaniczna plaża, brudna, pojedyncze bary co najwyżej sprzedadzą piwo i colę. Ale klientów brak. Z hoteli ostał się jeden, trzy kilometry od jeziora. Kupić coś normalnego do jedzenia nie sposób. A miejsce ma potencjał. Potrzeba promocji. Wulkan Momotombo, jezioro Xolotlan. Blisko stąd na wulkan Cerro Negro, do Managuy i paru okolicznych rezerwatów. To mógłby być nieduży ośrodek turystyczny, w którym ludzie zatrzymają się na noc albo dwie. Fajna atmosfera, jak na końcu świata.

Ledwo przyjechałem, a od razu zaczynają się schody, jakżeby inaczej. Wpierw wróciłem się 3 kilometry do hotelu (wioska Miralago). Ale nikogo nie ma. Po czasie udało się znaleźć właścicielkę i wynająć pokój. Za 300 cordoba (10usd) był nawet pokój z działającą klimatyzacją, co tutaj w ogóle jest rzadkie. Królują wiatraki. Po włączeniu z dysz wydobyły się wszystkie możliwe bakterie i mikroorganizmy, czyszczenie klimatyzacji to nie w tym kraju. Internetu brak. Jestem jedynym gościem. Typowy prymitywny lokalny hotelik – Hotelito Momotombo.

Będąc nad jeziorem stwierdziłem, że najlepsze wejście jest za elektrownią geotermalną Momotombo, która korzysta z gorących wód wulkanu. Ale by się dostać w tamto miejsce potrzebuję pozwolenia do uzyskania w La Paz Centre. Stracę na te formalności co najmniej dzień, więc pozostaje albo znaleźć jakiegoś przewodnika, który to ogarnie albo iść na pełnym nielegalu, inną drogą. Na przełaj, do góry. Od świtu do nocy. W miasteczku nikt nie potrafi mi wskazać przewodnika, znalazłem chętnego, który byłby gotowy mnie rano podwieźć pod wulkan, to jakieś 7km. Ostatecznie rodzina właścicielki hotelu twierdzi, że znajdzie mi przewodnika, umawiamy się na 18:00. A tu nic. Jednak wieczorem pojawił się Sandro. Mówi, że on bierze 20usd, transport 30usd. Niech będzie, byleby jutro, szkoda czasu. On, że nie, że jutro to załatwi pozwolenie, a pojutrze możemy iść. Nie przyjacielu, jutro wieczorem muszę być w mieście Leon. Rzecz jasna nie zna ani słowa po angielsku, a ja skromne podstawy hiszpańskiego. Po różnych kombinacjach, staje na tym, że wyruszymy o 11:00 i damy radę.

Tak też się dzieje. Jedziemy starym terenowym Mitsubishi właściciela pobliskiego sklepiku. Gdyby Sandro miał motocykl, zarobiłby na podwózce, ale ma tylko rower. Jego ekwipunek to gumiaki, dżinsy i w czymś co ma być plecakiem, butelka jakby po oleju, ale na wodę. Przekraczamy bramę rezerwatu i elektrowni. Wpisujemy się do książki. Pogoda super, gazów wulkanicznych dużo, rano nawet dotarły do Puerto Momotombo. Auto nie daje rady podjechać do końca drogi, do tego przegrzewa się silnik. Idziemy, a kierowca na nas poczeka. Jest 12:20. I tak jest dobrze, blisko 20 godzin trwało znalezienie przewodnika i organizowanie wejścia. Nie wiadomo było czy się uda. Trzymałem rękę na pulsie. Jednocześnie za daleko wszystko zaszło, by powiedzieć, dajcie sobie spokój, sam pójdę, będzie prościej i szybciej.

Sandro się dziwi, że dotrzymuję mu kroku, a nawet chciałbym iść szybciej i nie chcę odpoczywać. Na wulkan wchodzimy łukiem, widać że kiedyś do pewnego momentu była tutaj znakowana trasa. Widoki coraz lepsze i na wulkan i na jezioro. W dole niewielka elektrownia geotermalna. Rozpoczynamy ostateczne podejście do góry. Dochodzimy do skałki, jakieś 20min przed szczytem i Sandro mówi koniec. Chodzi się tylko dotąd, nigdy wyżej. On był kilkanaście razy tutaj, na wierzchołku nigdy. Chyba oszalałeś. Zakładam kask, przygotowuję maskę, rękawiczki i do góry. Ku jego niezadowoleniu, ale bardzo nie protestował. On zostanie na skałce, boi się i nie ma maski. Erupcja może nastąpić w każdej chwili. Też mi nowina na aktywnym wulkanie. Narzeka, że jak z elektrowni przez lornetkę zauważą, że wschodzę na szczyt, może mieć kłopoty. Trudno i tak tam muszę wejść.

Końcówka to stwardniały rumosz wulkaniczny, sypki, nachylenie już spore. Ale całkiem sprawnie wspiąłem się na wierzchołek, GPS pokazał 1318m n.p.m. z błędem do 6m. Widoki efektowne, gazów pełno, bardzo toksyczne. Oznacza to, że lawa jest bardzo blisko krateru, może nawet w nocy byłoby ją widać. Krater z drugiej strony jest jakby ucięty, schodzi nisko, z tamtej strony następują wypływy lawy. Wokół mnie siarka i fumarole o temperaturze około 100 stopni C. Bardzo aktywny, efektowny wulkan. Żadnych śladów bytności człowieka. Nie zakładam, że nigdy nikogo tutaj nie było, ale to bardzo rzadkie zdarzenie. Po półgodzinie ruszam w dół, ale w pewnym momencie schodzę na bardziej sypki teren, bo skacząc po drobnym materiale piroklastycznym jest znacznie szybciej. Wołam przewodnika, by do mnie dołączył. Bardzo się interesuje jak było na szczycie, prosi o pokazanie zdjęć.

Na wulkan wystartowaliśmy z wysokości 300m n.p.m. Po 2h15minutach osiągnęliśmy wspomnianą skałkę, skąd ruszyłem sam. Zejście ze szczytu do samochodu zajęło mi 1h15min. Sandro ciągle się dziwił, że wulkan nie sprawia mi żadnych problemów i mam takie tempo. Dobrze się na niego wchodziło. A widoki nie wiem czy nie ciekawsze niż z Concepción. Za to wejście wyraźnie mniej męczące. Pewnym zagrożeniem są kamienie turlające się z partii szczytowych, trzeba zachować czujność.

Kierowcy przez kilka godzin nawet nie chciało się obrócić samochodu do zjazdu w dół, spał. Przed 17:00 jestem w hoteliku. Szybkie dopakowanie i rikszą motorową do La Paz Centre. Ale wcześniej Sandro powiedział, że muszę mu dołożyć 10usd, na opłatę parkową. Dobrze, to miał być twój napiwek. Może będzie, a może rzeczywiście pójdzie na opłatę. Z kolei gospodarz hoteliku skasował mnie jeszcze 100 cordoba, ok. 3usd, za przetrzymanie rzeczy w pokoju. A powtórzę byłem jedynym klientem. Niech im będzie, załatwili przewodnika, nie będę się kłócił.

Kilka zdań o wulkanie Momotombo. Piękny stratowulkan. Góruje nad jeziorem Managua (Xolotlan), które przekracza tysiąc kilometrów powierzchni a lustro wody jest na 39m n.p.m. Momotomnbo to symbol Nikargui, jest na banknocie, zapałkach, butelkach piwa, freskach, obrazach, w wierszach. Jego słynna erupcja z 1610 roku, zniszczyła miasto Leon, teraz to nijakie ruiny Leon Viejo w Puerto Momotombo. A miasto Leon przeniesiono około 40km na zachód. Ostatnia erupcja przed moim przyjazdem miała miejsce na początku 2016 roku. Oficjalnie podaje się wysokość 1297m, ale mój GPS zmierzył 1318m, z dokładnością do 6m. Mam dużą satysfakcję, że jestem jedną z pojedynczych co najwyżej osób, która kiedykolwiek była na wierzchołku wulkanu, który uchodzi za bardzo groźny.

Z La Paz Centre dojechałem autobusem do Leon, skąd rikszą rowerową kazałem się zawieźć do pierwszego lepszego hostelu. Już było dawno po zmroku. Załatwiłem sobie od razu wycieczkę na volcanoboarding na wulkanie Cerro Negro, na poranek dnia następnego. Mogłem pójść na kolację.

Podczas wycieczki na Cerro Negro, pracownicy firmy turystycznej powiedzieli, że mieli kiedyś w ofercie Momotombo, wejście do pewnego momentu, ale już nie mają, bo władze zamknęły wulkan. Dziwli się nie tylko temu, że byłem na skraju krateru, ale że w ogóle udało mi się dostać w masyw wulkanu.

Informacje praktyczne. Hostel Flamencos w Leon, w którym spałem miał takie oto ceny, pokój prywatny 14usd, dormitorium 5usd. Ceny w Nikaragui. Transport publiczny wyraźnie tańszy niż w Polsce, w sklepach ceny podobne lub niższe. Na przykład w Puerto Momotombo, miasteczku nieturystycznym, półlitrowa cola czy lód kosztowały 20 i 15 cordoba, ale już w Leon odpowiednio 30 i 25 (30-31 cordoba = 1USD). Od wjazdu do Nikaraguy nastąpiła zmiana pogody. Zero deszczu, potężne upały. Nad jeziorami i na wulkanach silny wiatr. Bardziej pustynne krajobrazy.

Na zdjęciach: wulkan Momotombo, jezioro Xolotlan, elektrownia Momotombo, i na ostatnim riksza motorowa.

Opublikowano w Blog
Wulkan (kompleks wulkaniczny) Santiago – Masaya, bardziej znany pod powszechnie używaną drugą nazwą, jest jednym z niewielu miejsc na świecie, gdzie można zawsze zobaczyć płynną lawę w jednym z kraterów. I to taką w postaci szalejących fal, aczkolwiek hen daleko w dole krateru.

Z pod wulkanu Concepcion szybko dostałem się do miasta Masaya, prom 1h15min (50 cordoba), z przystani od razu autobus do Managua przez Masaya (75 cordoba i ok. 90min jazdy). Przechodzili przez niego sprzedawcy, więc można było się zaopatrzyć w jedzenie. Masaya to niezbyt ciekawe miasto, co tutaj jest standardem. Jest też świetnym przykładem, że nie potrafi wykorzystać swojego wulkanu ani jeziora pod nim o tej samej nazwie. Prawie wszyscy przyjeżdżają na wulkan z Granady albo z Managuy, które są w pobliżu. Mnie ucieszyło, że znikli turyści. Kilka bladych twarzy spotkałem przez cały dzień spacerów po mieście. W którym pełno sklepów z ciuchami, ale spożywczaka czasami znaleźć niełatwo, a lody jeszcze trudniej. A one, obok owoców i coli, to mój codzienny jadłospis. Czasami uzupełniony kurczakiem. Fastfoodów tutaj również pełno, ale pojawia się na ulicy lokalne jedzenie, co cieszy – tacos, szaszłyki.

Jako że Masaya jest parkiem narodowym, dostęp do niego jest bardzo reglamentowany. Od szerokiego otwarcia dla turystyki sporo lat temu, do absolutnego minimum dostępności – obecnie. Ludzie mogą przebywać tylko przy parkingu, który jest nowy, jak i droga.

Właściciel hostelu California, w którym się zatrzymałem, znał dobrze angielski, bo 10 lat pracował w Kanadzie, jeszcze lepiej znał francuski, bo więcej lat spędził we Francji. Jego syn, około pełnoletni, po angielsku czy francusku – kompletne zero. Gdyby przez rok nauczył się 360 słówek, mógłby w każdej podstawowej sprawie się porozumieć z anglojęzycznym rozmówcą. Ale się nie chce. W każdym bądź razie, zamówiłem sobie tatę jako kierowcę na oglądanie wieczorne wulkanu.

Chciałem zobaczyć go i za dnia i w nocy, jednym ciągiem, ale się nie da. Bo park otwierają o 8:00 czy 9:00, zamykają około 16:00, otwierają ponownie około 17:00 i zamykają całkowicie o 19:30. Nad kraterem można przebywać maksymalnie 15 minut, a na parkingu może być maksymalnie 60 osób, jak jest więcej, czekają w kolejce kilka kilometrów wcześniej. Na szczęście jadąc na samą końcówkę, było pusto, kilkanaście osób. Dzięki temu miałem 45 minut na spokojne oglądanie lawy, zanim strażnik mnie odgonił od kamiennego płotu. Za kurs płaciłem mojemu kierowcy po 20USD, a bilet wjazdowy kosztuje 10USD, za dnia 100 cordoba, bo wtedy lawy nie widać. Postanowiłem tutaj wrócić jeszcze dwa razy dnia następnego. Z nad wulkanu Masaya cały czas unoszą się kłęby toksycznych gazów, widać je świetnie choćby z miasta o tej samej nazwie. Rzadko nadciągają nad parking. Turyści oczywiście przygotowani nie są na takie atrakcje.

Masaya – Santiago kompleks wulkaniczny jest bardzo ciekawy geologicznie, bo ma cechy kaldery, ale też wulkanu tarczowego. Krater w którym obserwuje się lawę, nosi nazwę Santiago i jest częścią jednego wielkiego krateru w ramach którego wyodrębnia się trzy jednostki. Oprócz wspomnianej, Nindiri Crater i San Pedro Crater. Obok jest wygasły duży krater – San Fernando. Lawa w Santiago była kiedyś dużo wyżej, ale i obecnie to ciekawe miejsce do podziwiania aktywności wulkanicznej. Sporadycznie wypływa z wulkanu, ostatni raz w 1772 roku. Za to częściej dochodzi do wybuchów, część aktywna wulkanu Masaya podlega ciągłym zmianom. Wysokości nad poziom morza dochodzą do 630m, podczas moich wędrówek działałem do 600m.

Kolejnego dnia o poranku stawiłem się w parku z nadzieją, że pozwolą podejść mi pod wygasły krater San Fernando. Jest 5 min asfaltem od parkingu. Jak na dłoni, w dużo bezpieczniejszym miejscu niż aktywny krater. Ale strażnik, że nie ma mowy, trzeba mieć specjalne pozwolenie. Mówi jednak ważną rzecz, że obok pracują wulkanolodzy z UK i z USA. Gdyby oni mnie dołączyli do swojej grupy, mógłbym się tam dostać. Zagadałem, przyjęli mnie bez problemów. Tutaj wielkie podziękowania dla profesor Hazel Rymer z Open University w Wielkiej Brytanii. Nie robiła żadnych przeszkód, bardzo sympatyczna, dala mi swobodę i jeszcze przekazała sporo ciekawych informacji. Żywo zainteresowała się moim projektem 100 wulkanów. Jego skala i dotychczasowe efekty wywarły na niej i pozostałych spore wrażenie. Poprosiła o zdjęcia z kilku miejsc. Wraz z nią byli też nestorzy, którzy działali tutaj kilkadziesiąt lat temu. Ode mnie dowiedzieli się, że te wszystkie miejsca, które przez kilka godzin odwiedzaliśmy przy kraterach, są niedostępne dla turystów. Kiedyś były. Wszyscy przyznali, że zamykanie ścieżek, dróg na Masaya - to głupota. Byli zszokowani, że nie można podejść pod zarośnięty krater San Fernando. Czy do jaskini, którą odwiedziliśmy pod koniec, od drugiej strony aktywnego krateru. Zachowały się nawet do niej betonowe schody. To wszystko kiedyś było bezpieczne, a nagle przestało? Ponoć jakiś prezydent pozamykał. Zawsze to samo. Jakiemuś kretynowi naród dał władzę, którą wykorzystuje nie tam gdzie powinien.

Miałem wielkie szczęście, bo widziałem krater z różnych stron, w tym z przeciwległej, w stosunku do parkingu, Byłem nad San Fernando, w efektownej jaskini wulkanicznej. Wysoka, szeroka, z małymi stalaktytami lawy, powstałymi, gdy zastygała. Pełna nietoperzy. Do tego spotkaliśmy ogromną iguanę.

Ekipa robiła dokumentację fotograficzną i badała grawitację, porównując z wcześniejszymi pomiarami. Czyli jak przepływy lawy ją zmieniają. Lokalni naukowcy nie interesowali się pracami, choć byli bardzo sympatyczni. Wielką ciekawostką po drugiej stronie krateru, gdzie częściej wieje wiatr i opadają gazy z drobinkami materiału piroklastycznego, była delikatna pajęczyna na ziemi, złożona ze szkła wulkanicznego. Pani profesor stwierdziła, że to niezwykle rzadkie zjawisko. Kilka razy je widziałem, ale nie na tak dużą skalę. Pełno skrzyżowanych ze sobą w różnych konfiguracjach czarnych świecących nitek. To szkło wulkaniczne nie jest niczym innym jak rodzajem lawy, istnieje dla niego nazwa – Włosy Pele (hawajskiej bogini wulkanów). Występuje na bardzo aktywnych wulkanach.

Pani profesor przyznała, że oni też muszą starać się o pozwolenia i wcale nie jest to łatwe i szybkie. Rozmawialiśmy o wulkanach Kostaryki. Wszyscy orzekli, że zamykanie tamtejszych wulkanów, zwłaszcza Poas, to głupota. I to jest piękna historia. Lokalne władze zamykają wulkany, ograniczają do nich dostęp. A wulkanolodzy z uznanych ośrodków naukowych mówią, że to głupota i wulkany powinny być pootwierane. Ale czy takiego prezydenta Nikaraguy czy Kostaryki interesuje zdanie naukowców? Nie. Oni lubią pokazać, że mogą zamknąć, bo taką mają ochotę.

Pół dnia spędziłem na wulkanie Masaya, mój kierowca już dawno odjechał i bardzo dobrze. Bez problemów dostałem się do granic parku i do miasta. By wieczorem wrócić na kolejne oglądanie lawy. Tym razem było sporo ludzi, oczekiwanie na wjazd, ale i tak przeciągnąłem wszystko do pół godziny.

Trzy wizyty na wulkanie, w tym kluczowa w dzień, która pozwoliła mi zobaczyć niedostępne obecnie miejsca, pozwala śmiało włączyć wulkan Masaya do głównej tabeli Projektu 100 Wulkanów. Właściciel mojego hostelu, który był setki razy na nim, gość pewnie dobrze około 60-tki, zazdrościł mi, bo sam nigdy tych miejsc nie widział. Gdy go zapytałem, dlaczego tak skrajnie reglamentują dostęp do wulkanu, bo kiedyś była duża swoboda, odpowiedział: bo teraz jest park narodowy. I to jest kwintesencja tego o czym piszę podczas tej wyprawy. Po to tworzy się parki narodowe na wulkanach, by zamykać do nich dostęp albo maksymalnie utrudnić i ograniczyć. To ani potrzebne ani mądre.

Dodam, że w drodze pod Masaya, już na terenie parku, jest małe muzeum, które opowiada o wulkanach, geologii, badaczach tych terenów, znalezionych zabytkowych przedmiotach, faunie i florze. Można na chwilę się zatrzymać.

Informacje praktyczne: Hostal Kalifornia, w którym się zatrzymałem, to proste miejsce noclegowe, które dominują w Nikaragui, prywatne małe pokoje kosztowały po 10-15USD.

Na zdjęciach: miasto Masaya i widoczny z niego wulkan z wraz z jeziorem Masaya. Kompleks wulkaniczny Masaya – Santiago, dzień i w nocy. Na jednym ze zdjęć jest profesor Hazel, jaskinia wulkaniczna, iguana i „włosy Pele”, jak również parking przy kraterze.  Ponadto zarośnięty krater San Fernando i pole lawy z 1772 roku.

Opublikowano w Blog
Strona 1 z 2

nationalgeographic box

red bull 225x150

TOKFM box

iexpert 225X150px

stopka plecak

LogoStopka

stopka plecak

Strona używa informacji zapisanych za pomocą… plików cookies w celu dostosowania do indywidualnych potrzeb użytkowników. Jeżeli tego nie akceptujesz zmień ustawienia przeglądarki dotyczą…ce cookies. Więcej informacji można znaleźć‡ w naszej Polityce prywatności.