a2b2

red bull box 225x150

pzu bezpieczny 225x140

spokey.jpg 225PX

LOGO

Podziel się

FacebookMySpaceTwitterGoogle BookmarksLinkedinRSS Feed

Jako że Flores i Tikal są mocno turystyczne, funkcjonuje transport, który pozwala się przemieszczać bezpośrednio pomiędzy atrakcjami. Wielokrotnie droższy niż lokalny, ale szybki. W dużym autobusie do Belize City była nas ósemka, ludzi ze świata zachodniego, z czego jedynie w trójkę dojechaliśmy nad Morze Karaibskie. Reszta wysiadła po drodze.


Przekroczenie granicy nie było szybkie i przyjemne. W drugiej części. Bo część gwatemalska zajęła mi minutę, sprawnie, bez kolejek i bez opłat. Sympatycznie. Skwar niewyobrażalny, ludzie stoją na słońcu, a po stronie Belize czynne jedno z dwóch okienek i naburmuszony strażnik. Ale wykonywał czynności tak wolno jakby sabotował swoją pracę. Ponad godzinę stania w kolejce, a ludzi dużo nie było. Zapytałem pracownika informacji turystycznej, czemu to tak wolno idzie, czemu tylko jedno okienko jest otwarte? Odpowiedział mi, bo drugi pracownik graniczny pewnie śpi. I dodał z uśmiechem – to jest Belize. W tamtym momencie nie zdawałem sobie sprawy, jak celnie skonkludował swój kraj. Pewnie z lenistwa nikt nie pobrał ode mnie żadnej opłaty wjazdowej. Trzeba też było wypełnić pokaźny formularz graniczny. Wpisałem jak najczęściej to robię jakieś bzdury, tak nieczytelnie, że nawet nie widziałem co napisałem. Strażnik i tak na to nie spojrzał, przybił pieczątkę i położył na stosie podobnej makulatury. Zwykle wszędzie na świecie tak to właśnie wygląda. Potem jeszcze kolejny jegomość pytał co przewożę i mam do oclenia, ale nie chciało mu się zaglądać do bagażu. Jestem w Belize.

Belize to malutkie państwo i odstające na tle sąsiadów swoistą innością. Bliżej mu do krajów karaibskich, niż Ameryki Łacińskiej. Mieszanka kulturowo-etniczna, z wyraźną przewagą czarnoskórych mieszkańców. Językiem dominującym ciągle jest angielski, bo to była brytyjska kolonia. Lecz akcent czasami utrudnia w ich zrozumieniu.

Rys historyczny ostatnich kilku tysięcy lat. Majowie od ok. 1500r. p.n.e., potem Hiszpanie (1506-1862), Anglicy (1862-1981). Ostatnia data to uzyskanie niepodległości, chociaż symboliczną głową państwa pozostał władca Wielkiej Brytanii – obecnie królowa Elżbieta II, uwidoczniona też na lokalnej walucie (reprezentuje ją w Belize gubernator). Gwatemala nie była zadowolona z samodzielności Belize, uważała że to część ich kraju, zawładnięta kiedyś przez obcych. Do dzisiaj spór nie został rozwiązany, ale oba kraje współpracują ze sobą.

Odbyłem długi spacer po Belize City. Nie ma tutaj nic ciekawego. Wybrzeże brudne, betonowe, bez plaż. Teren słabo zagospodarowany. Rzeka Belize brudna. Tzw. Wyspa Ptaków – jedna wielka zaśmiecona ruina. Pojedyncze ciekawsze budynki to budynek sądu (Supreme Court) i plac przed nim (Battle Field), Government House – ale za płotem. Swing Bridge na rzece przy ujściu do morza – nic specjalnego, ale jest stary, z 1859r. i bardzo rzadkim dzisiaj przykładem ręcznego mostu obrotowego w ciągłym użyciu. W Polsce też mamy takie mosty, na przykład w Giżycku. Tzw. latarnia morska w Belize to niewielkie automatyczne urządzenie, za to ładny jest stamtąd zachód słońca. Jak dla mnie najciekawszym zabytkiem jest katedra: St. John`s. Namiastka Anglii w Belize. Zarazem najstarszy anglikański kościół w Ameryce Środkowej, z cegły, która była balastem na angielskich statkach. Wybudowany w latach 1812-1820.

Dwie rzeczy mnie zdziwiły. To że o 18:00 wiele sklepów była już pozamykana, w tym supermarkety, a niedziela to nie była. Oraz ilość akcji pt. one dollar.

W Belize City wielokrotnie razy więcej żebrano ode mnie pieniądze niż przez całą wyprawę począwszy od Panamy. Jednym ze sposobów jest – daj dolara. Na moje – nie – słyszałem – dlaczego? To zacząłem odpowiadać – idź do pracy, będziesz miał dolary. I to skutkowało końcem konwersacji. Poza tym prośba o datki na kościół, na jedzenie, na edukację, na wózek inwalidzki – i tak co chwilę. A w miejscu, gdzie zebrało się z dziesięciu cudzoziemców na oglądanie zachodu słońca, przeprowadzano na nas atak. Wszyscy chcieli pieniędzy. Nikt nie wyglądał na chorego ani niedołężnego, w większości to były młode osoby. Nic od nas nie dostali. Szybko tracę szacunek do państw i społeczeństw, które uważają, że najlepiej jest wyciągać rękę i mówić – daj dolara. Mnie dolarów nikt nie daje, muszę sobie na nie zapracować. Rozumiem, że w Belize jest gorąco. Rozumiem, że karaibski styl życia nie polega na pracy – tylko na paleniu trawki, leżeniu albo tańcach. Ten styl życia był mocno zauważalny, a woń marihuany czułem nieomal cały czas. Ale coś za coś. Albo ciągłe wakacje i brak kasy – ale bez żebractwa. Albo weźcie się ludzie do jakiejś roboty – nie będzie powodów do żebrania. Wasze największe miasto (była stolica) to jeden wielki niezagospodarowany syf i to w najlepszych nadmorskich fragmentach. W normalnych krajach są to miejsca, gdzie zbija się majątki. A tutaj rudery i śmieci.

Właśnie, stolicą kraju jest Belmopan, które nie ma nawet 20 tysięcy mieszkańców. Belize City ma niecałe 60 tysięcy, a cały kraj około 400 tysięcy. Belize jest bardzo zróżnicowane etnicznie: Latynosi pochodzenia hiszpańskiego, czarnoskórzy, których Anglicy sprowadzili jako niewolników, Majowie, uchodźcy z Salwadoru, kilka procent stanowią biali, kolejne kilka ludność z Azji Południowej. To nie wszyscy.

W Ameryce Łacińskiej, także w Belize, dominuje katolicyzm, ale w wielu różnych odmianach. Hucznie obchodzi się Wielkanoc. Na kilka tygodni przed już się świętuje, zdobi domy, kościoły. Odbywają się liczne procesje. Spotkania rodzinne.

Wyjeżdżając kołatała mi w głowie myśl, że niepodległość nie wyszła Belize na dobre. Jest tu drogo, widać dużo biedy. A styl życia – karaibski – nie zachęca mieszkańców do pracy. Wolą nic nie robić, bawić się i odpoczywać. I to nie jest głupie wbrew pozorom. Patrząc ile ludzi w Europie tyra i nigdy niczego się nie dorobią, każdego miesiąca walczą, by nie narobić długów. Lepiej nic nie mieć, leżeć pod palmą i cieszyć się życiem. Tylko u nas problem z tymi palmami i takim klimatem jak w Belize.

Informacje praktyczne. Na granicy Gwatemala – Belize nie pobrano żadnych opłat granicznych. Gniazdka elektryczne, takie jak w Gwatemali: dwa płaskie bolce. Czas w Belize: UTC minus 6. Waluta: dolar Belize = 0,5 dolara USA, a więc 2 za jeden amerykański. Bez problemów można płacić tymi drugimi, bo przelicznik jest bardzo wygodny. Światowe języki w użyciu: angielski dosyć powszechny (w tym kreolski bazujący na angielskim), także hiszpański. Ceny. Produkty spożywcze zwykle trochę droższe niż w Polsce, tak o ok. 25%. Dużo droższe noclegi i transport. Moim miejscem noclegu był: McKay`s Hostel, za nocleg zapłaciłem 32usd. Jedna z najlepszych cen w mieście. Obiekt nowy w internecie, to zwykle oznacza, że właściciel się stara. Tak też było. Cały dom, z trzema pokojami, które można wynająć, był do mojej dyspozycji. Dostałem największy pokój. Klimy nie było ale za to wentylatory, a w łazience wanna i podgrzewana woda pod prysznicem, co akurat w tym mieście konieczne nie było. Bardzo sympatyczna właścicielka przyniosła mi dwa piwa, sok, kilka butelek wody, banany, jabłka. A to wcale nie są tanie rzeczy w Belize. Zużyłem tylko tyle ile wypadało. W dużej kuchni była oczywiście lodówka, w małym ogólnodostępnym pokoju telewizor. Nie brakowało WIFI. Innymi słowy, zadowolony byłem z tego co dostałem w tej cenie. Autobus Belize City – Cancun kosztował dużo, 56usd lub 112 lokalnych dolarów (za ok. 530km). Ale ze względu na to, że funkcjonujący przede wszystkim z myślą o turystach. Dwa na dobę jechały na tej trasie – przed południem i wieczorem. Trasę obsługiwała meksykańska firma ADO, a to ważna informacja. Bo na dworcu autobusowym pobrano ode mnie 19 dolarów Belize, a 93 miałem zapłacić w autobusie. Tylko, że kierowca nie pobrał opłaty, po stronie meksykańskiej zatrzymał się w mieście, gdzie było biuro ADO i tam płaciło się resztę. Z ostrożności wymieniłem pieniądze na peso meksykańskie na granicy i zapłaciłem 712 pesos, ale zakładam, że dolary amerykańskie i Belize też by przyjęli. Byłoby szkoda gdybym został z tą walutą, a później byłby problem z wymianą. Nie wiem czy to prawda, ale wymieniacze waluty na granicy z Gwatemalą mówili, że dalej w Belize nie wymienię quetzales. Zwykle staram się przed granicą wydać całą posiadaną lokalną walutę, tak też było tym razem.

Podróżujący po Ameryce Centralnej, którzy odwiedzili Belize powtarzali to samo. Jest drogo na tle innych krajów regionu i karaibski luz.

W Belize są lasy tropikalne, wybrzeże Morza Karaibskiego, ruiny Majów. Ale to wszystko jest także w sąsiednich krajach, wyraźnie tańszych(zwłaszcza Meksyk).

Na zdjęciach z ok. 20 marca 2018: Keep your religion and sex-life in your bedroom. Help solve half the world`s problems (Zachowaj swoją religię i życie seksualne w swojej sypialni. Pomóż rozwiązać połowę problemów na świecie.) Cała ludzkość powinna się kierować tą zasadą, wtedy świat byłby dużo fajniejszy. Jego celność „wgniotła mnie w fotel”, gdy zobaczyłem tablicę na zaniedbanej Wyspie Ptaków w Belize City.
Na pozostałych zdjęciach lokalna waluta, piwo, lokalny fastfood, lokalna gazeta, ozdoby wielkanocne na domach. Belize City w centrum: z zabytkowym mostem Swing, katedrą St. John`s, Sądem Najwyższym, z Wyspą Ptaków, Morzem Karaibskim, rzeką Belize.
Opublikowano w Blog
Ci co śledzą moje podróże wiedzą, że wracanie z nich czasami zajmuje dużo czasu. Zdarzało się, że blisko miesiąc, co de facto przedłużało wyprawę. Tym razem na coś takiego nie mogłem sobie pozwolić. Ale z premedytacją kupiłem bilet powrotny z Nowego Jorku, gdy końcem wyprawy były wulkany Gwatemali. Na pokonanie tej „dziury” potrzebowałem tygodnia, ale to pozwoliło mi zobaczyć jeszcze kilka ciekawych miejsc, których zwykle bym nie odwiedził.

Podczas tej podróży nie spotkałem wielu turystów czy podróżników. Mniej niż się spodziewałem. Co bardzo cieszy. Ale wszyscy jak mówiłem, że będę w Gwatemali kwitowali to tekstem: do Flores i Tikal oczywiście jedziesz. A cóż to u licha jest? Internet… i już wiem. Flores to zabytkowe miasteczko na wyspie. Tikal duży zespół miejski Majów, ich stolica. Brak w planach odwiedzin tego miejsca wcale mnie nie zmartwił. Widziałem w życiu ponad tysiąc zabytkowych ruin, w dziesiątkach krajów, na wszystkich zamieszkanych kontynentach. Ileż można? Tylko jadąc do Cancun w Meksyku, skąd kupiłem bilet do Nowego Jorku, na mojej trasie było nie tylko Belize, ale także Flores.

W takim razie, jeśli będąc w Gwatemali nie można pominąć Tikal, to może jednak? Musiał się ziścić jeden warunek. Potrzebowałem nocnego autobusu, by dojechać o świcie, zobaczyć ruiny i następnego dnia wyruszyć do Belize. Dodatkowego dnia na Flores-Tikal nie miałem. Wszystko poszło po mojej myśli. Zrobiłem sobie wieczorny spacer po stolicy Gwatemali, a do Flores dojechałem dwie godziny przed czasem, o piątej rano. O piątej zero pięć miałem już bilet na wycieczkę do Tikal i bilet na autobus do Belize City na dzień następny. Nienawidzę marnować czasu na rzeczy nieistotne. Czas – nie ma nic cenniejszego.

Zdecydowałem się na popołudniowy wyjazd do Tikal, na tzw. zachód słońca, który miałem gdzieś. Wybrałem tą opcję, bo była droższa, tak samo jak wyjazd na wschód słońca. Idealna sytuacja to taka, gdy jestem tylko ja i nikogo więcej. Koszmarna sytuacja, gdy wokół mnie są tłumy ludzi. Tak się nie da zwiedzać. Skupić na zabytkach, ich historii. A jak wiadomo, prawie wszyscy turyści lubią zaliczać miejsca i oszczędzać pieniądze. By starczyło na tzw. pamiątki. To dlatego takie wzięcie mają okropne magnesy na lodówkę, których sprzedawcy w nieskończoność powtarzają – one dollar. Bo na tandetę i ohydztwo zaśmiecające domy i mieszkania, parę dolarów zawsze się znajdzie. Ale na dużo droższy bilet wstępu do tego samego miejsca – już nie. I chwała tym wszystkim ludziom za to. Bo mam szansę coś zobaczyć bez tłumów chodzących wokół mnie.

I tak było w istocie. Gdy moja grupa wchodziła, dużo ludzi wychodziło. Na ogromnym terenie przez resztę dnia było zaledwie czterdzieści osób.

Przewodnik, sympatyczny młody chłopak, ze słabym i mało wyraźnym angielskim. Na starcie ubrudził sobie tyłek białym wapnem opierając się o murek. Miałem ochotę zrobić dokładnie to samo, był w cieniu, ale oczywiście wpierw sprawdziłem czy się nie ubrudzę. On tego nie zrobił. A właśnie takie drobiazgi są idealną wskazówką z kim mam do czynienia, czego się mogę spodziewać po człowieku? Kwadrans spaceru w grupie potwierdził, że jakość tej usługi jest niska i nic tu po mnie. Ulotniłem się na prywatne zwiedzanie. Ale grupa – białasów z zachodu – była „wredna” :). Nikt mu nie powiedział, że ma brudny tyłek, przynajmniej wapno świeciło w nocy i ci co szli za nim, nie zgubili się. Za to ja ponoć się zgubiłem. Byłem poszukiwany. Wiecznie to samo. Znałem godzinę odjazdu, więcej nie potrzebowałem. Bez problemów nocą dotarłem do drogi asfaltowej, bez czołówki i gotówki nigdzie się nie ruszam. Zresztą jaki to problem wykombinować jakiś transport i dojechać do Flores? Jakby co mogłem się przespać w mieście Majów na piramidzie albo w jakiejś lodgy, które są obok strefy archeologicznej. Pan przewodnik nie nastraszył mnie opowieściami o groźnych zwierzętach w dżungli. Miały nieraz okazję mnie zagryźć, ale tego nie zrobiły. Nawet tygrysy na Sumatrze. Nawet najbardziej jadowite węże - jak żararaka - spotkane w Amazonii. Dlatego uważam, że ryzyko spania w lasach tropikalnych jest niewielkie. Najgroźniejszym zwierzęciem, najbardziej nieprzewidywalnym i którego najlepiej unikać – jest człowiek. Więc w dżungli pod gołym niebem mogę spać, ale już w mieście pod gołym niebem zamieszkanym przez ludzi - nie, bo w tym drugim miejscu jest niebezpiecznie. Zwierzęta mają zasady, przewidywalne motywy swoich działań, ludzie tylko czasami.

Ale żeby była jasność, wiem że jestem indywidualistą, który wszystko chce robić inaczej niż inni i wiem, że dla innych mogę być tylko utrapieniem. Dlatego podróżuję sam. Wtedy jest tak jak ja chcę i nie robię nikomu problemów.

Może w końcu coś o wartości historycznej miasta Tikal. Dotychczasowe badania wykazały, że powstało w IV wieku p.n.e., w IV w. n.e. podbite przez państwo Teotihuacan, opuszczone do końca X w. n.e. Uważa się, że było stolicą Majów. I stolicą potężnego królestwa. Miasto prawdopodobnie nazywało się Yax Mutal, ale gazeta, która jako pierwsza pisała o tym miejscu nazwała je Tikal. Tak zostało i z punktu widzenia marketingu nazwa jest świetna.

Budowle są z wapienia, bo miasto wznosi się na małych wapiennych wzgórzach otoczonych niezbyt gęstym lasem tropikalnym, miejscami zabagnionym.

I to jest fascynujące, by w takim miejscu postawić tak wielkie miasto, tak dawno temu. Oraz zaopatrzyć w wodę. Służyły do tego zbiorniki na deszczówkę, bo opady są częste i duże. Co do liczby mieszkańców, szacunki bardzo się różnią, padają cyfry od 10 000 osób do nawet 120 000. Obszar to ok. 60km2. Lecz to wszystko nieprawda, najnowsze badania mówią, że mieszkało tutaj co najmniej 250 000 osób, a miasto było kilkukrotnie większe. Do tej pory odkopano tylko fragmenty.

Obecnie wyróżnia się sześć głównych świątyń-grobowców – piramid schodkowych. Najwyższa – czwórka - ma 70m wysokości i jest najwyższą prekolumbijską budowlą w obu Amerykach. Prawdopodobnie pierwotnie wyższa była Piramida Słońca w Teotihuacan mierząca ok. 75m, lecz w wyniku przebudowy albo zniszczenia świątyni na jej szczycie, dzisiaj mierzy 65,5m. Oprócz nich są liczne mniejsze piramidy, świątynie, pałace. Nie brakuje placów. W tym traktowany jako główny pomiędzy piramidami: jeden i dwa oraz północnym i centralnym akropolis. Są liczne stele – czyli pomniki nagrobne. Największe budowle powstały w naszej erze, w większości pomiędzy 700 a 800-tnym rokiem. Obszar parku archeologicznego jest potężny. Bez problemów można tam spędzić pół dnia i więcej. Na większość piramid i do większości budowli można wejść, po odrestaurowaniu (zwykle częściowym) prezentują się okazale.

Tikal, jak i inne miasta Majów, zbudowany jest zgodnie z kosmicznym porządkiem. Jak droga wschodzącego słońca, jak trajektoria Wenus. W ramach ciekawostki wspomnę, że dla Majów minerał o nazwie nefryt (zwykle zielony krzemian) był dużo cenniejszy od złota.

Majowie wynaleźli bardzo skomplikowane pismo. Dzięki temu co udało się rozszyfrować z inskrypcji, dowiedzieliśmy się o tzw. dynastii Królów Węży. Bardzo istotnej, bo przejęła władzę nad imperium Majów, a w 526 roku naszej ery podbiła Tikal. Największe z miast ich cywilizacji jak się uważa, także w świetle najnowszych odkryć. Choć to może ulec zmianie w przyszłości. Dynastia sukces na taką ogromną skalę zawdzięczała nie tylko wygranym wojnom, ale również umiejętnemu osadzaniu władców-marionetek w królestwach, sprytnie zaaranżowanym małżeństwom. Imperium obejmowało dzisiejsze tereny Meksyku, Belize i Gwatemali.

Tikal – ruiny oraz las tropikalny, to pierwszy Park Narodowy w Gwatemali, od 1979r. na liście światowego dziedzictwa UNESCO. Ciągle trwają prace przy jego odkrywaniu i oczyszczaniu z dżungli, także te rekonstrukcyjne. Większość prac prowadzą i finansują: USA oraz kraje Unii Europejskiej.

Wolałbym odkopywać nieodkryte ruiny, czołgać się w jakichś tunelach piramid, ale i tak było fajnie. Mnie szczególnie podobała się samotność pośród przemierzania Tikal. Mogłem pozaglądać w różne zakamarki, pokontemplować miejsca. Bez zgiełku i wrzasków. Za to w towarzystwie małp, papug i tukanów.

Zdecydowanie warto odwiedzić Tikal. Obok Teotihuacan i Chichen Itza uchodzi za najcenniejszy teren archeologiczny w tej części obu Ameryk. Na chwilę obecną. Bo posiadana już przez ludzi wiedza, uzyskana dzięki laserowemu skanowaniu terenu, wskazuje że w tropikalnej północnej Gwatemali do odkrycia są kolejne miasta Majów pokroju Tikal, a może nawet większe i cenniejsze? Tym samym dowiedzieliśmy się jak niewiele wiemy o Majach i Tikal.

Dzięki technologii laserowego mapowania (system LIDAR), zlokalizowano kilkadziesiąt tysięcy nieznanych budowli Majów, od niewielkich, po duże miasta, w tym pałace, piramidy. Wymieniona liczba nie jest pomyłką, a w tej technologii zeskanowano dopiero fragment terenów zamieszkałych przez Majów. Wiadomo, że odkryto dotąd tylko fragment Tikal, niedawno zlokalizowano nową piramidę, która po tysiącu lat z okładem jest zwykłym niewielkim pagórkiem. Wśród zdjęć w galerii pokazuję jak wygląda nieodsłonięta, nieodkopana piramida i nie poddana rekonstrukcji. Obserwując na innych zdjęciach udostępnione turystycznie obiekty, widać kolosalną różnicę. Niedaleko są cztery inne miasta Majów. Uaxactun- znane już wcześniej, przygotowane dla potrzeb turystyki, i nowe, większe, w początkowej fazie prac archeologicznych – Holmul,  Witzna i Xmakabatun („szmakabatun”). LIDAR pozwala obejrzeć powierzchnię ziemi jakby nie było lasu tropikalnego, widać zarysy budowli pozostawionych przez Majów. Ich miasta były samowystarczalne, a takie zespoły miast blisko siebie jak przed chwilą wymienione tworzyły megalopolis (wielkoprzestrzenne układy osadnicze łączące duże miasta i tereny peryferyjne wokół nich).

Królestwa Majów toczyły między sobą liczne wojny, dlatego ich terytoria były mocno ufortyfikowane. Na terenach zabagnionych uprawiano rolnictwo, ogromne tereny poddano melioracji. Między królestwami i miastami istniały drogi, starożytne autostrady.

Najnowsze badania dotyczące Majów, którzy pojawili się w Ameryce około 2000 lat p.n.e., świadczą że była to wielka cywilizacja, bardzo rozwinięta. I można ją stawiać obok starożytnego Egiptu i Chin. Jeśli do niedawna twierdzono, że liczyli maksymalnie dwa miliony osób, dzisiaj padają liczby dziesięć razy wyższe.

Departament Peten ze stolicą we Flores może być prawdziwą żyłą złota dla Gwatemali. Jeśli przeprowadzi się prace archeologiczne na większą skalę, będzie można poznawać Majów tygodniami. Organizować trekkingi i przeróżne formy zwiedzania zabytków. A przecież Gwatemala ma też inne atrakcje jak dostęp do dwóch oceanów i ciekawe wulkany. Tutejszy las tropikalny wbrew twierdzeniom archeologów jest niezbyt gęsty. Gdy zszedłem ze ścieżek, bez większych przeszkód poruszałem się po dżungli. By zobaczyć zabytki Majów, nie poddane pracom archeologicznym. Zwykle trzeba było się domyślać, że to fragmenty miasta. Gdyby taki las był na wulkanie Poas w Kostaryce nie szedłbym prawie cztery dni, tylko 4 godziny.

Zabytki Majów, które skrywa las tropikalny, będą odkrywane jeszcze przez sto, a raczej setki, lat. Chociaż naukowcy mają system LIDAR, szabrownicy nierzadko radzą sobie znacznie lepiej w odkrywaniu zabytków i ich plądrowaniu.

Ciekawostki.

Jezioro Peten Itza nad którym leży Flores, to spory akwen, podobnej wielkości jak nasze Śniardwy. I bardzo głębokie, do 165m (występuje tu kryptodepresja). Samo miasto było ostatnim bastionem Majów w walkach z Hiszpanami, podbitym dopiero w 1697 roku.

We Flores od razu zauważyłem, że jestem w miejscu turystycznym. Ponieważ „walizkowcy na kółkach” i „torbowcy” co najmniej zrównali się z „plecakowcami”. I cierpieli. Bo przenieść kilkaset metrów torbę albo jechać walizką po dziurawej ulicy łatwe nie jest, zwłaszcza gdy żar leje się z nieba. Dlatego uważam, że plecak to jeden z lepszych wynalazków, zapewniający mobilność. Nie potrafię podróżować ani z walizką ani z torbą – wkurzają mnie te przedmioty maksymalnie. Z plecakiem na plecach mam wolne ręce, szybko mogę się przemieszczać, żadne nierówności i schody mi niestraszne.

Informacje praktyczne. Autobus Quetzaltenango – Guatemala kosztował 70q (podróż 4,5h), a Guatemala – Flores 200q (podróż nocna 8h, choć miała trwać 10h, w dzień jest dłużej). W miastach często są korki.

Zabytkowe Flores na wyspie nie jest szczególnie urodziwe, ale sympatyczne i stanowi wyśmienity punkt startu do Tikal (ok. 60-70km, ok. 90 minut jazdy). Ceny podstawowej wycieczki bez biletu wstępu to 100-150q (transport i przewodnik). Dla przypomnienia: 1usd = ok. 7q (quetzales). Bilet wstępu dla cudzoziemca to 150q, a gdy obejmuje czas poza ogólnymi godzinami otwarcia (wschód i zachód słońca) dodatkowe 100q. Bilet kupiony po trzeciej popołudniu, ważny jest dnia następnego, muzeum dodatkowo płatne. Wokół strefy archeologicznej są miejsca noclegowe, można też sobie wykupić biwak (50q w tym namiot, coś do przykrycia). Ale ci którzy uczynią to z powodu wschodu albo zachodu słońca niech się przygotują na to, że rano są często mgły, a wieczorami chmury. Bilet wstępu do Uaxactun to 50q (dla Gwatemalczyków 5q).

W Tikal obywatele Gwatemali płacą od 5 do 10 razy mniej niż cudzoziemcy, a w niedziele mają wstęp za darmo. Wiem, że od strony organizacyjnej to bardzo trudne i uciążliwe, ale byłoby cudownie gdybyśmy stosowali w Europie zasadę wzajemności w stosunku do takich krajów. Skoro ja płacę za coś 30usd w Gwatemali, a lokalny człowiek 5usd. A w Europie bilet wstępu dla mnie kosztuje powiedzmy 20 euro. To niech taki Gwatemalczyk zapłaci 100 albo 120 euro. Niech poczuje jakie to miłe.

Na zdjęciach (z ok. 20 marca 2018): pierwsze trzy to zabytkowa część miasta Flores na wyspie oraz jezioro Peten Itza. Później stolica Majów w Tikal i jej najważniejsze świątynie (piramidy, Temple I, II, III, IV, V) oraz pałace, w tym stele nagrobne. Ponadto las tropikalny otaczający ruiny. Ostatnie dwa to przykładowe posiłki, strażnik pilnujący w mieście Xela lodziarni i baru, stolica Gwatemala wieczorem obok jednego z przystanków metrobusu, jak również zdjęcie młodej kobiety, które łączy tradycyjność (strój) z nowoczesnością (smartfon).

Opublikowano w Blog
Bezpieczeństwo w Ameryce Środkowej. Ministerstwo Spraw Zagranicznych ma stronę internetową Polak Za Granicą. Jeśli otworzymy zakładki krajów Ameryki Środkowej to pod względem bezpieczeństwa dowiemy się, że są to bardzo niebezpieczne kraje. Na każdym kroku kradną, napadają, mordują, porywają. Turystów w szczególności. Po przeczytaniu takich informacji każdy komu życie miłe powinien wykreślić te kraje ze swoich celów podróży. Ale problem polega na tym, że to co napisało ministerstwo to zwykłe bzdury. Często zresztą przekopiowane do kolejnych krajów regionu. Takie głupoty mógł napisać tylko ktoś kto nie ma pojęcia o krajach Ameryki Centralnej.

Od Panamy po Meksyk czułem się bardzo bezpiecznie. Ani przez chwilę nie miałem poczucia zagrożenia kradzieżą czy napaścią. Podróżowałem sam, z dwoma plecakami, aparatami na szyi. Lokalnym transportem, niesprawdzonymi taksówkami, autostopem. Po dużych miastach i małych wioskach na końcu świata. W dzień i w nocy. Z paszportem i całą gotówką oraz z kartami płatniczymi przy sobie. Byłem idealnym celem do tego typu przestępstw.

Podczas spotkań z innymi osobami podróżującymi przez ten region nie słyszałem, by ktokolwiek został okradziony albo napadnięty. I czuł się zagrożony w jakikolwiek sposób.

Owszem, moje wieloletnie doświadczanie podróżnicze ma jakiś wpływ na unikanie problemów. Z pewnością nie jest to tak bezpieczny region jak wiele fragmentów Azji. W Ameryce Południowej bywałem w rejonach, które rzeczywiście są niebezpieczne, kradną, napadają. Rzecz jasna nie na wszystkich cudzoziemców. Ale do Ameryki Środkowej nie mam żadnych zastrzeżeń. Bardziej zagrożony kradzieżą lub napadem czuję się w Polsce, o takiej Barcelonie, gdzie tego typu zjawiska są na porządku dziennym, nie ma nawet po co się rozpisywać. W Niemczech, Francji i Włoszech liczba przestępstw seksualnych w miejscach publicznych wzrosła do przerażających rozmiarów. Zaś w takiej Wielkiej Brytanii liczba przestępstw na sto tysięcy mieszkańców jest większa niż w wielu afrykańskich państwach, powszechnie znanych z przestępczości. I takie dane na temat Europy można przytaczać jeszcze długo.

Uważam że strasznie ludzi jest głupie. Używanie szeregu ogólnych, odstraszających słów, oderwanych od rzeczywistości czyni stronę Polak Za Granicą niewiarygodną (nie tylko w przypadku Ameryki Środkowej). Proponuję jej twórcom wziąć plecak, przejechać dane kraje, a później o nich pisać.

W obecnych czasach dużo łatwiej stać się ofiarą przestępstwa w Europie niż w Ameryce Środkowej. W tym tych najgroźniejszych. Można wylecieć w powietrze podróżując autobusem, pociągiem czy metrem. Można zginąć od wybuchu na lotnisku, chyba że mamy pecha i zestrzelą samolot, którym lecimy. Bomby wybuchają na promenadach i plażach, na koncertach, imprezach sportowych i w muzeach. Można zostać zastrzelonym albo zadźganym nożem na ulicy, w klubie i restauracji. Albo rozjechanym przez samochód. I to zwykle w bardzo atrakcyjnych turystycznie miejscach.

Przy tym wszystkim Ameryka Środkowa to oaza spokoju i bezpieczeństwa.

Wszędzie na świecie należy zachować ostrożność, bo wszędzie można zostać okradzionym lub napadniętym. Prosta zasada.

A Ministerstwo Spraw Zagranicznych o większości krajów Ameryki Środkowej pisze tak:

Ameryka Środkowa to jedna z najbardziej niebezpiecznych części świata. W międzynarodowych statystykach zabójstw kraje regionu zajmują pierwsze miejsca. Nawet w uważanych za bezpieczniejsze państwach regionu z roku na rok zagrożenie przestępczością pospolitą i zorganizowaną systematycznie rośnie.

Biorąc powyższe pod uwagę, w całym regionie zaleca się rezygnację z podróży indywidualnych, w szczególności z wypraw pieszych, rowerowych, motocyklowych, a także własnym lub wynajętym samochodem. Bardzo często ofiarami napadów stają się zagraniczni turyści podróżujący wynajętymi busami. Bandyci z reguły wchodzą do pojazdu na stacjach benzynowych, podczas tankowania i postoju. Aby zminimalizować ryzyko, zaleca się podróżowanie samolotami i w większych, zorganizowanych grupach.

Podczas pobytu zalecane jest zachowanie następujących środków ostrożności:
- nie należy nosić przy sobie większej ilości gotówki i kart kredytowych (często są skanowane). Należy zabierać tylko niezbędną sumę pieniędzy a resztę zostawiać w hotelowym depozycie / sejfie;
- mieć przy sobie fotokopię paszportu, najlepiej poświadczoną urzędowo za zgodność z oryginałem;
- nie powinno się wyróżniać ubiorem i zachowaniem, aby nie przyciągać uwagi potencjalnych przestępców;
- wskazane jest unikanie poruszania się po mieście nocą;
- unikać noszenia pieniędzy, dokumentów i przedmiotów wartościowych w widocznych miejscach, szczególnie torbach i torebkach;
- mieć przy sobie numery telefonów do polskiego konsula w Meksyku i do konsulów honorowych w tych krajach. Dane te są dostępne na stronie internetowej Ambasady RP w Meksyku.

A na przykład o Kostaryce pisze tak:

Zagrożenie przestępczością jest bardzo wysokie, a w ostatnim okresie wzrosło. Zagrożenie dla turystów jest największe spośród całego regionu Ameryki Środkowej. Stosunkowo liczne są gangi młodocianych przestępców, związanych z rynkiem narkotyków i prostytucji. Poruszanie się w pojedynkę nie jest wskazane z powodu częstych napadów rabunkowych z bronią w ręku. Należy uważać także na licznych kieszonkowców. W trosce o bezpieczeństwo turystów władze miejscowe zalecają posługiwanie się kserokopią paszportu, w którą podróżujący powinni zaopatrzyć się jeszcze przed przyjazdem. Nie jest wymagane jej poświadczenie. Oryginały paszportów, służące tylko do przekroczenia granicy, powinny być właściwie zabezpieczone (depozyty hotelowe lub sejfy, skrytki bankowe. Kontrola antynarkotykowa jest bardzo rygorystyczna. Stosowane są prowokacje policyjne - należy stanowczo odmawiać osobom oferującym nawet najmniejsze ilości narkotyków. Miejscowi celnicy zwracają szczególną uwagę na podróżnych z Polski w związku z zatrzymaniami Polaków usiłujących przemycać narkotyki. Niebezpieczne rejony: Limón Centro, plaże kolo Puerto Viejo i Cahuita, San Jose po zmroku.

Opublikowano w Blog
Krótka, nieduża wyprawa, ale bardzo efektywna. Zdobycie i eksploracja 16 wulkanów w 26 dni w 4 państwach, z czego najdłuższa akcja górska na Poas w Kostaryce trwała 4 dni. Rekord świata! Ale wymagał intensywnej działalności prawie 24 godziny na dobę przez cały ten czas, bo na jeden wulkan średnio miałem 1,6 doby.

Cała wyprawa trwała 39 dni (luty-marzec), pokonałem 26.500km, odwiedziłem 9 krajów: Panama, Kostaryka, Nikaragua, Honduras, Salwador, Gwatemala, Belize, Meksyk, USA. Deniwelacja względna podejść na wulkany wystarczyłaby na dwukrotne wejście na Mount Everest z poziomu morza.

LISTA WULKANÓW z przynależnością do tabel PROJEKTU 100 WULKANÓW:
1) Irazu 3445m (pomiar własny), 3432m (dane internetowe), Kostaryka, aktywny, najwyższy w kraju – TABELA NR 2,
2) Turrialba 3340m, Kostaryka, aktywny, drugi co do wysokości w kraju, z noclegiem pod szczytem – TABELA NR 1,
3) Poas 2708m, Kostaryka, aktywny, 4-dniowe torowanie drogi przez dżunglę, maksymalna osiągnięta wysokość 2610m – TABELA NR 1,
4) Concepción ok. 1650-55m (pomiar własny), 1610m (dane internetowe), Nikaragua, aktywny, drugi co do wysokości w kraju – TABELA NR 2,
5) Masaya, 630m, Nikaragua, aktywny, działałem do wysokości 600m, trzy wizyty, w tym dwie nocne, dzienna wielogodzinna za sprawą możliwości skorzystania ze specjalnego pozwolenia i dotarcie do niedostępnych rejonów wulkanu – TABELA NR 1,
6) Momotombo 1312m (pomiar własny), 1297m (dane internetowe), Nikaragua, aktywny – TABELA NR 1,
7) Cerro Negro 715m (pomiar własny), 728m (dane internetowe), Nikaragua, aktywny – TABELA NR 2,
8) Telica 1061m, Nikaragua, aktywny, nieturystyczne wejście na sam wierzchołek i obejście prawie całego krateru – TABELA NR 1,
9) San Cristóbal 1795m (pomiar własny), 1745m (dane internetowe), Nikaragua, aktywny, najwyższy wulkan kraju – TABELA NR 2,
10) San Miguel (Chaparrastique) 2122m (pomiar własny), 2130m (dane internetowe), Salwador, aktywny, trzeci co do wysokości w kraju – TABELA NR 1
11) Santa Ana 2385m, Salwador, aktywny, najwyższy w kraju, wejście własną drogą w tym na wierzchołek – TABELA NR 2,
12) Pacaya 2580m (pomiar własny), 2552m (dane internetowe), Gwatemala, aktywny, wejście na wierzchołek i poruszanie się po terenach oficjalnie niedostępnych – TABELA NR 1,
13) Acatenango 3976m (Pico Mayor) i 3845m (Yepocapa, dane internetowe podają 3880m), Gwatemala, aktywny, trzeci co do wysokości w kraju, nocleg w kraterze na 3942m – TABELA NR 2,
14) Fuego 3763m, Gwatemala, aktywny, podejście do 3700m i gwałtowna ewakuacja na skutek erupcji – TABELA NR 1,
15) Tajumulco 4230m (pomiar własny), 4220m (dane internetowe), Gwatemala, uśpiony, najwyższy w kraju i w całej Ameryce Środkowej – TABELA NR 2,
16) Santa Maria 3777m - Santiaguito, Gwatemala, aktywny – TABELA NR 2.

Ponadto dwie jaskinie na wulkanach Masaya i Telica. Obserwacje licznych wulkanów na trasie przejazdu jak Izalco w Salwadorze czy Mombacho w Nikaragui. Po tej wyprawie Projekt 100 wulkanów w liczbach wygląda następująco: 58 wulkanów, w tym 40 aktywnych i 120 innych miejsc wulkanicznych w drugiej tabeli.

Wyprawa objęła też niewulkaniczne miejsca jak: Kanał Panamski i Panama City (stolica). San Jose – stolica Kostaryki, jeziora Cocibolca i Xolotlan w Nikaragui oraz miasta Masaya i Leon. Miasto San Lorenzo i Zatoka Fonseca w Hondurasie. Miasto Santa Ana w Salwadorze. Miasta Antigua Guatemala, Quetzaltenango, Flores oraz miasto Majów w Tikal – Gwatemala. Belize City w Belize. Meksyk: Cancun i wybrzeże Morza Karaibskiego z ruinami Majów w El Rey, El Meco i Ymail Luum. Miasto Valladolid, cenote Ik Kil, ruiny Majów w Chichen Itza – Meksyk. Waszyngton i Nowy Jork – USA.

Stopień realizacji wyprawy w stosunku do planu: 200% (dwieście procent). Innymi słowy, udało się wszystko co miało się udać i jeszcze raz tyle. Perfekcyjne przygotowanie zwykle kończy się perfekcyjnymi sukcesami. By tak było, muszę to robić sam. Normalny człowiek tak skrajnych obciążeń psychicznych i fizycznych nie wytrzyma.

Zapraszam do powyprawowego materiału przygotowanego dla: REDBULL.

Na zdjęciach: na pierwszym Kanał Panamski, a później wulkany zgodnie z powyższą listą, z przerwą na zachód słońca w Hondurasie i procesję pasyjną w Antigua Guatemala. Po wulkanach, piramida w Tikal, Belize City, Morze Karaibskie w Cancun, piramida w Chichen Itza. Następnie Waszyngton i Nowy Jork. Ostatnie trzy zdjęcia to panoramy wulkanów z Salwadoru, przywiezione kawałki lawy, oraz drobiazgi i papiery wydobyte z różnych zakamarków plecaków i ubrań po powrocie.

Opublikowano w Blog
Santa Maria 3777m jest klasycznym, wysokim stratowulkanem, o ciekawej historii. W XX wieku mięliśmy na Ziemi trzy erupcje o skali VEI 6 (Indeks Eksplozywności Wulkanicznej). Największe zanotowane w historii miały VEI 8 (skala nie jest zamknięta), a zatem szóstka to bardzo dużo. Jedna z erupcji miała miejsce na wulkanie Santa Maria w 1902r. (pozostałe, odrobinę silniejsze, to Pinatubo 1991r. i Novarupta 1912r.). Zginęło co najmniej 5000 osób. Bomby wulkaniczne zabijały nawet w odległości 15 kilometrów od wulkanu. Poerupcyjne epidemie chorób uśmierciły kolejne tysiące ludzi.

Istnieje jednak pewien problem z nazewnictwem. Wulkan Santa Maria przed erupcją z 1902 roku był nieaktywny od co najmniej 500 lat, może nawet kilka tysięcy. Był uważany przez ludność za wygasły, dlatego wielkiego trzęsienia ziemi z pierwszej połowy przedmiotowego roku nie skojarzyli z wulkanem i nadchodzącą wielką erupcją. Wybuch nie nastąpił w partiach szczytowych, tylko na flance południowo-zachodniej, od strony Oceanu Spokojnego. Rodzące się aktywne kratery pasożytnicze na zboczach wulkanów, których stare fragmenty są już wygasłe, to nic niezwykłego. Ale tutaj rozwaliło spory fragment zbocza, a erupcja była gigantyczna. Na zdjęciach z tamtego wydarzenia, stożek Santa Maria jest nienaruszony a ogromne chmury dymu wydobywają się z dolnych fragmentów masywu.

I tak powstał krater na wysokości zbliżonej do 2500m n.p.m. Kolejna erupcja, z 1922 roku, utworzyła w kraterze kopułę lawową, którą nazwano Santiaguito (tłumaczę ją sobie jako „mały święty”). Dzisiaj ma około 2550m n.p.m. Od tamtego czasu mocniejsze wybuchy w tym rejonie wystąpiły kilkunastokrotnie. Przed moim przyjazdem takie zjawisko nastąpiło w 2016 roku. Santiaguito jest stożkiem wulkanicznym i de facto samodzielnym bytem względem wulkanu Santa Maria. Nie jest typowym kraterem, jest to tzw. lava dome, czyli kopuła lawowa. Lawa jest rzadkim zjawiskiem na tym wulkanie, a wypływy jeszcze rzadsze. Do tego jest lepka. Niewielkie ilości lawy wydobywają się z komina wulkanicznego, szybko zastygają, wulkan rośnie. Wygląda to jak kopiec, albo zwarta kupa gruzu wyrzucona gdzieś na placu. Tylko że krater Santiaguito to nie koniec nazw, bo obok jest struktura, którą miejscowi nazwali Mirrador Santiaguito. Są to młode fragmenty, bo z ostatnich stu lat, z których jeszcze wydobywają się nikłe gazy. To kilka „lava dome” tylko w procesie wygasania, bo aktywna część wulkanu przesunęła się. Są odrobinę wyższe od Santiaguito. Żebyśmy mogli mówić o aktywności wulkanu Santa Maria sensu stricto, musiałoby dojść do kolejnej wielkiej erupcji, która zniszczyłaby obecny stożek wulkanu, a na tym miejscu utworzyłby się nowy krater. W chwili obecnej poprawniej byłoby uznać, że są to dwa osobne wulkany albo używać określenia wulkan/kompleks wulkaniczny Santa Maria – Santiaguito.

Erupcje na Santiaguito to najczęściej erupcje gazowo-popiołowe lub erupcje pary wodnej. Z kopuły lawowej cały czas wydobywają się gazy z dużą zawartością pary wodnej, ale kilka razy siarkowodór poczułem na szczycie Santa Maria. Podczas pobytu miała miejsca jedna, bardzo mała erupcja pary wodnej. Poza tym spokój. Słyszałem też kilkukrotnie małe lawiny skalne schodzące ze zbocza Santa Maria, który zniszczyła erupcja z 1902 roku. Widać też było pozostałości po laharach – lawinach błotnych, których ważnym składnikiem jest popiół wulkaniczny. By wystąpiły potrzebna jest woda. W tym rejonie świata może ona mieć tylko dwa źródła pochodzenia. Deszcze albo para wodna wydobywająca się podczas erupcji. Ewentualnie jezioro kraterowe, ale na Santiaguito go nie ma. Takie lawiny błotne, gorące, spływają bardzo szybko, niszcząc wszystko. W rejonach zabudowanych są bardzo niebezpieczne.

Na Mirrador Santiaguito i Krater Santiaguito można się całkiem łatwo dostać, o ile ktoś się nie boi. Ale po co jak można mieć dwa w jednym. Zdobyć Santa Maria i z pod szczytu obserwować Santiaguito. Widać cały krater, dużo lepiej, niż gdyby się na nim było. Wspaniałe miejsce do obserwowania erupcji, o ile nie byłaby za duża i wiatr nie wiałby w kierunku Santa Maria. Jest pewien minus. Wejście wymaga więcej czasu i wysiłku, a poza dniem może być chłodno.

Santa Maria jak inne wulkany od Pacaya po Tacana są częścią pasma zwanego Sierra Madre. Tutejsze wulkany mają genezę podobną do innych w Ameryce Centralnej. Słowem klucz jest – subdukcja – pomiędzy płytami tektonicznymi. W tym wypadku płyt: Cocos i Carribean. Subdukcja polega na wypychaniu i wciąganiu jednej płyty pod drugą. Te tarcia doprowadziły do powstania Wulkanicznego Łuku Ameryki Środkowej i ich ruchy odpowiadają za trzęsienia ziemi i erupcje wulkaniczne na tych terenach.

Kopuła lawowa Santiaguito jest w rzeczywistości zespołem kilku kopuł nakładających się na siebie. Ta najbardziej dymiąca i ciepła, jest zarazem wentylatorem, który miejscowi nazwali „bardzo oryginalnie” – El Caliente („Gorąca”). Wyróżnia się jeszcze kopuły o bardziej fantazyjnych nazwach: La Mitad („Połowa”), El Monje („Mnich”), El Brujo („Czarnoksiężnik”). Je również dobrze widać z Santa Maria, kolejno odchodzą od El Caliente. Właśnie ta trójka w nomenklaturze miejscowych określana jest jako Mirrador Santiaguito, a ja określiłem wyżej ów teren jako wygasający z niewielkimi wyziewami. Jak się przyjrzymy, są to kopuły lawowe, obok siebie, powoli zarastające. La Mitad ma obecnie podobną wysokość jak El Caliente. Przy niewielkiej aktywności wulkanicznej może stanowić punkt widokowy, choć dużo słabszy niż Santa Maria, w razie większej erupcji będzie w zasięgu jej pola rażenia. Ciekawe jak długo aktywna będzie kopuła El Caliente i czy kolejna powstanie w tej samej linii co cała czwórka?

Angel podjechał punktualnie, o 1:30 w nocy, z tym samym kierowcą. Tym razem strażnik jeszcze nie spał i szybko opuściłem hostel. Po pół godzinie jazdy byliśmy pod wulkanem. Miasto i okoliczne wioski spały. Start z wysokości 2400m, maksymalna wysokość 3777m. A więc prawie 1400m przewyższenia. Więcej niż kilkanaście godzin wcześniej na Tajumulco. Bo wejście na Santa Maria jest większym wyzwaniem niż na najwyższy wulkan Ameryki Centralnej. Choć w obu przypadkach mówi się, że wejście wymaga trzech godzin marszu. Na opisywanym wulkanie trzeba spełnić jeden warunek, by tak się stało. Być dosyć sprawnym. Wejście nie jest trudne, bo to stary wulkan, stromy, ale linia poprowadzenia ścieżki łagodzi ten fakt. Przy czym, przy aktywnych i naprawdę stromych stratowulkanach Santa Maria jest łatwa i niewymagająca. Pierwsza godzina jest łagodniejsza i trzeba zachować trochę czujności, bo odchodzą boczne ścieżki na okoliczne pola. Najstromszy odcinek, to ten końcowy. Prawie cała wędrówka odbywa się w lesie, ale wierzchołek jest łysy. Weszliśmy na szczyt w równiutkie trzy godziny, postojów było piętnaście minut. Oświetlone Quetzaltenango ładnie się prezentowało. Panował przyjemny chłód, wiatr nie był uciążliwy. Na zegarku piąta rano. Idealnie. Bo o szóstej miało już być jasno. GPS wskazywał 3782m z błędem do 5m, więc można przyjąć wysokość na poziomie 3777m, choć źródła internetowe podają 3772m.

Celowo dotarłem tutaj w nocy. Chciałem sprawdzić czy występuje żarzenie z aktywnej kopuły lawowej, a stwierdzić mogłem to tylko w nocy. Ale nie było, wulkan spokojny, trochę gazów z dominującą parą wodną. Pozostało poczekać do świtu, by zrobić kilka dziennych fotografii.

Wchodzenie na wierzchołki i punkty widokowe na tzw. wschód słońca jest zwykle przereklamowane. I nie ma potrzeby marznąć o świcie, lepiej przyjść kilka godzin później. Pogoda wtedy zwykle nadal jest dobra. Moja obecność o świcie na Santa Maria była skutkiem ubocznym. Przyjemnym. Bo widok aż po Fuego i Agua w pomarańczowych odcieniach był doskonały. Do tego wybuchy tego pierwszego. Dostojnie prezentowały się także wulkany Acatenango i Atitlan oraz z drugiej strony Tajumulco i Tacana. Nikogo poza mną i Angelem tutaj nie było, choć on spał za głazem. Turyści wyruszyli dopiero o poranku, by znaleźć się na wierzchołku w południe i później.

Bo jakoś tak jest, że tam gdzie warto być o wschodzie słońca zwykle nikogo nie ma, a tam gdzie to bez znaczenia, wszyscy startują na wschód słońca, bo ponoć jest ładnie. Właśnie ta dziwna zasada spowodowała, że nikt na wschód słońca się nie wybrał. I bardzo dobrze. Samotnie delektowałem się jednym z najwspanialszych wschodów słońca jaki widziałem. Gdy robiło się jasno nawet Santiaguito zrobiło mi niespodziankę, malutką ale zawsze, erupcją gazową. A potem słońce idealnie oświetliło aktywną kopułę lawową.

Po ponad dwóch godzinach zarządziłem zejście na dół. Angel w ogóle nie ingerował w to co robię i nie kwestionował długości pobytu na wierzchołku. Dostosował się do moich potrzeb. Zejście zajęło nam 1h45min, w tym 10 min postojów. Od połowy wulkanu zaczęliśmy mijać wchodzących. Połowa to Gwatemalczycy, połowa to zachodni turyści. Około 40 osób. Jedni i drudzy ledwo żywi, a przed nimi kawał drogi. Tempem jakim szli, nie mieli szans wejść na szczyt w trzy godziny. Ponadto zrobiło się nieprzyjemnie gorąco.

Zeszliśmy do wioski, odnaleźliśmy autobus, niżej aniżeli nasz nocny punkt startu, i przed 10:00 dojechaliśmy do Xela (Quetzaltenango). Pożegnałem się z Angelem. Zadowolony byłem z jego usług. Pozostało się przepakować i zorganizować sobie autobus do stolicy.

Wyprawa praktycznie dobiegła końca, nastał czas powrotu. Osiągnąłem dwa razy więcej niż liczyłem, że się uda, w bardzo krótkim czasie, ale zapłaciłem za to swoją cenę. 16 wulkanów w 26 dni.

Dygresja na koniec. Gwatemala próbuje walczyć ze śmieciami i sikaniem. Osiągnięcia mają w najlepszym wypadku mizerne, ale dobrze że próbują. Jeszcze kilka pokoleń nowych Gwatemalczyków i może coś z tego będzie? Na razie wszędzie śmieci mimo tabliczek przy drogach, by nie śmiecić, napisów w autobusach, by nie wyrzucać śmieci za okno. Tabliczki by nie sikać na ulicach, tylko w toaletach, też niewiele dają. Przykład. Antigua Gwatemala, pełno ludzi, lokalny mężczyzna skręca w boczną uliczkę. Odwraca się tyłem do ludzi z ulicy, którą szedł przed chwilą. I sika bez skrępowania. Wysypiska śmieci w masywie wulkanów Tajumulco i Santa Maria są sprawką Gwatemalczyków, może pomogli trochę sąsiedzi z Meksyku. Przedstawiciele krajów zachodnich to zupełnie inna kultura śmieciowa. Chodzenie po górach w takim syfie odpycha. I ciągle niezmiernie mnie dziwi próba palenia puszek po napojach, konserwach i rozbijanie szklanych butelek. Tak śmieci nie znikną.

Na zdjęciach (17.03.2018): wulkan Santa Maria z różnych ujęć, w tym wschód słońca w kierunku Fuego, Acatenango, Atitlan oraz w kierunku Tajumulco i Tacana. Ponadto kopuła lawowa Santiaguito i wygasające sąsiednie. Jak również widoki na Quetzaltenango .

Opublikowano w Blog
O istnieniu wulkanu Tajumulco wiedziałem, że to najwyższa góra Ameryki Środkowej. Jednak zdobyte informacje o nim mówiły jasno – kompletna strata czasu. Dlatego nie miałem w planie na niego wchodzić. Ale miłość do zdobywania górskich szczytów zwyciężyła. Mam w swojej kolekcji sporo ciekawych szczytów, jak choćby inny 4-tysięcznik– Kinabalu na Borneo. Postanowiłem dołożyć kolejny. Nie było żadnych problemów. Ale opinii nie zmieniłem – kompletna strata czasu. 

To nie jest nawet trekking, tylko nudny i krótki spacer na nijaki wulkan pośród śmieci. Wyzwanie górskie – zero do nieskończoności. Lokalne grube panie wchodzą sobie na niego z niemowlakami na obiad, co prezentuję na zdjęciach. Nie oszukujmy się – 4230m nie jest żadnym wyzwaniem. I nie piszę tego ze swojej perspektywy, osoby, która na niskie 6-tysięczniki po tylu latach działalności górskiej wchodzi bez aklimatyzacji, z buta. Bo mój organizm się przystosował. Tajumulco to nie jest wyzwanie dla nikogo, ani górskie, ani wysokościowe. Jedyna frajda to pochwalenie się, byłem na najwyższym wulkanie (górze) Ameryki Środkowej, która jest częścią Ameryki Północnej. W której zdobyłem dwa najwyższe wulkany. Pico de Orizaba 5629m – nic specjalnego. Szybka akcja górska, mały lodowiec, solo. Dobra zabawa. Dużo bardziej dumny jestem z samotnego nocnego wejścia trudną drogą na bardzo niebezpieczny drugi wulkan kontynentu – Popocatepetl 5424m. Przy obu, wejście na Tajumulco to jak spacer po parku.

Dobrym punktem startowym na Tajumulco jest duże miasto Quetzaltenango. Wysokogórskie, bo centrum jest na około 2350m n.p.m. Oficjalnej nazwy nikt używa. Zawsze słyszałem Xela („siela”). To od pierwotnej nazwy Xelaju („miasto pod dziesięcioma górami”), którą nadali Majowie, zakładając je w XIV wieku. Obecna nazwa jest związana z charakterystycznym na tym terenie ptakiem. Dojechanie tutaj z Guatemala Antigua nie jest łatwe. Minimum cztery przesiadki. Nie miałem czasu. Firmy turystyczne oferują dużo droższe, ale bezpośrednie przejazdy do Xela. Oferty w rejonie 250q (1usd = ok. 7q). Lecz jak na złość nie było chętnych na wyjazd następnego dnia rano po powrocie z Fuego, dopiero na popołudnie. Posiłkowałem się połowicznym rozwiązaniem (za 70q). Dojechałem turystycznym transportem do Los Encuentros (nie wiem gdzie reszta pasażerów jechała dalej), skąd dwoma lokalnymi autobusami do Xela (z przesiadką koło Cuatro Caminos). Ceny po kilka-dziesięć quetzales. Pokonałem zaledwie 170km, ale pół dnia minęło. Po drodze pięknie prezentowały się wulkany koło jeziora Atitlan, które chwilami było widoczne.

Z dworca autobusowego w Xela taksówką dotarłem do hostelu, który wydawał mi się najbardziej międzynarodowy. Potrzebowałem bowiem ofert turystycznych na wulkan Santa Maria i jeszcze jeden, nieplanowany… Tajumulco. Miałem bardzo mało czasu – 36 godzin. Musiałem się wspomóc lokalnymi ludźmi, którzy go zaoszczędzą.

O skrajnym zmęczeniu nie wspominając, w końcu w niewiele ponad trzy tygodnie eksplorowałem czternaście wulkanów. Santa Maria był na mojej liście rezerwowej, lubię jednak wykorzystać czas w danym rejonie wulkanicznym maksymalnie. Bo być może nigdy tu nie wrócę. Co zrobię teraz zostanie. Czego nie zrobię, nie zrobię pewnie nigdy. A Gwatemala wulkanicznie jest dla mnie średnio ciekawym krajem mimo słynnych wulkanów Pacaya i Fuego. Szkoda byłoby czasu i pieniędzy na powrót, chyba że doszłoby tutaj do jakichś fenomenalnych wulkanicznych zjawisk.

Niestety hostel nie oferował żadnych wycieczek na dwie główne górskie atrakcje w okolicy. Mieli tylko ulotkę jednego z biur, mówiąc że jest bardzo drogie. Dali namiary na tańsze, które okazało się być w ruderze, zamkniętej na cztery spusty. Tego typu ułomności w tym regionie to standard. Recepcjonistka, lokalna dziewczyna, nie mówiła prawie po angielsku. Dlatego przez większość pobytu obsługiwał gości hiszpańskojęzyczny Amerykanin. Na widocznym miejscu była kartka, że szukają pracowników ze znajomością angielskiego. Nie wiem czemu w dwustutysięcznym mieście nikomu się nie chce nauczyć choćby komunikatywnie języka angielskiego i mieć prostą, luźną pracę, pewnie za lepsze pieniądze? Tak to jest w „bananowych republikach”.

Ruszyłem na miasto, nie brzydkie w centrum, ale ładne też nie było. Od razu oberwałem kolejnymi ułomnościami tego kraju. Xela nie jest miastem wybitnie turystycznym. Cudzoziemców było tutaj pewnie nie mniej niż 100, ale nie więcej niż 300. Lokalne biura turystyczne działają na zasadzie, że wyjazdy odbywają się od dwóch osób, tak kalkulują cenę. Gdy więcej uczestników, spada. We wspomnianym bardzo drogim biurze powiedzieli mi, że na Tajumulco musiałbym przeznaczyć minimum 200usd, a na Santa Maria 100usd. Wyjazd w pojedynkę. Bo transport, przewodnik, a właściciel dobrze płaci swoim pracownikom – tłumaczył. Chwalebne. Tylko dlatego nie masz klientów. Bo o co pytałem, robiąc mu test, na żadne atrakcje nie miał ani jednego klienta, na tydzień naprzód. Nie dam 300usd za coś, co zrobiłbym sam za góra 50usd, gdybym miał czas. Mój budżet ustaliłem na 100 + 50usd. Byleby szybko.

Odwiedziłem kolejny hostel połączony z biurem podróży, gdzie recepcjonistą był Amerykanin i to samo – brak chętnych, ale normalniejsze ceny. Tajumulco kosztowało 900q za dwie osoby i 500 za Santa Maria. Około 130usd i ok. 70usd. Jest niemożliwe, by na 100-300 turystów w mieście nie było drugiego chętnego na Tajumulco czy Santa Maria. To w zasadzie dwie główne atrakcje okolicy. Uczy tu się hiszpańskiego, są plantacje kawy, indiańska kultura, termalne źródła. Lecz Santa Maria jest wypromowana, a Tajumulco szczyci się tytułem najwyższej góry Ameryki Środkowej.

Niestety lenistwo, brak edukacji, nieumiejętność zarabia pieniędzy w tej części świata, skutkują tym, że w takim mieście jak Xela firmy turystyczne nie współpracują ze sobą. Nie stworzyły wspólnego systemu obsługi turystów i dzielenia się zyskami. Tracą w ten sposób mnóstwo pieniędzy.

Wiem czego chcę i zawsze znajdę sposób by to dostać, w takiej cenie jaką gotowy jestem zapłacić. Znam się na swojej robocie. 99% turystów nie wie czego chce, na niczym im szczególnie nie zależy i nie zapłacą 200usd za Tajumulco ani 100usd za Santa Maria. Jedną czwartą – jedną trzecią tych cen owszem, więcej nie. Ponieważ większość turystów w tej części świata to backpackarsi czyli „plecakowcy”. Chcą zwiedzać świat, ale mają bardzo ograniczone budżety. Taka podróż i tak generuje spore koszty, więc nie mogą sobie pozwolić na wydanie 200usd za półdniową wycieczkę. Bogaci ludzie do takiego syfu i złej organizacji jaki oferują kraje Ameryki Środkowej nie przyjadą. Kraje te, poza pojedynczymi miejscami, obiektami, nie mają oferty na poziomie jakiego oczekują. Ale lokalna społeczność myśli, że wszyscy w krajach zachodnich zarabiają grube tysiące euro albo dolarów nic nie robiąc. Przyjedźcie, popracujcie miesiąc za tysiąc euro, zobaczcie jakie mamy koszty utrzymania, a uciekniecie do siebie w mgnieniu oka. Dużo wygodniej leżeć pod palmą i zarobić od czasu do czasu parę groszy, niż harować za tysiąc euro czy dwa w Europie.

Reasumując, nie bez przyczyny wiele krajów Azji, kiedyś biednych, dzisiaj bardzo szybko się bogaci, a o Ameryce Środkowej słyszymy, gdy dochodzi tam do jakiejś tragedii. W Azji wiedzą, że używanie mózgu i współpraca pozwalają zarobić. Także w turystyce. Tutaj dopiero się uczą, ale marnie im idzie.

Pozostało mi ruszyć na miasto i liczyć na szczęście. W tym momencie wiedziałem, że nie chcę być dołączony do grupy. Chcę to zrobić sam, wg własnego pomysłu i dostępnego czasu. Potrzebuję tylko kogoś kto mi go zaoszczędzi, bo wie jak szybko dojechać i wrócić. Spacerując trafiłem na malutkie biuro o słabej marketingowo nazwie Ut`Z Kolb`Al. Bardzo swojskie miejsce połączone z małą szwalnią. W Europie nikomu do głowy nie przyszłoby zamówić w nim usługi, ale w takich krajach, takie miejsca mają nieraz najlepszą ofertę i właściciela z głową. Który nie mówi nie da się albo 200usd, tylko potrafi zrealizować uczciwie zamówienie. 68-letni właściciel „Jhinio” zdziwił mnie, bo mówił trochę po angielsku. Powiedziałem czego potrzebuję, w tym rozsądnej ceny. Da się zrobić - usłyszałem. Tajumulco za 500q (70usd), Santa Maria za 290q (40usd). Biorę. Pojedzie ze mną jego syn Angel ("Anhel"). Podjedzie po mnie o 4:45 rano następnego dnia. Wrócimy popołudniu, a o 1:30 w nocy kolejnego dnia pojedziemy na Santa Maria. Nie przez przypadek wybrałem noc, ale o tym w kolejnym artykule. Pięknie. Zdążę wykonać zadanie w 36 godzin, zorganizować ekspresowe pranie. Przepakować się, wyrzucić sprzęt, który ledwo zipie i już nie będzie mi potrzebny. Wystartować do stolicy – Gwatemali. Ale po co, napiszę w swoim czasie.

Patrząc na mapę wszystko wydawało się proste. Dojadę lokalnym transportem do miasta San Marcos, skąd drogą blisko wulkanu Tajumulco, którą można dojechać do miejscowości o tej samej nazwie. Biegnie ona blisko partii szczytowych, więc start marszu powinien być z okolic 3000m wysokości. Kilka godzin akcji górskiej i powrót. Tyle w teorii. Nie miałem jednak czasu na pomyłkę. Gdyby ta teoria się nie sprawdziła, nie mógłbym wydłużyć pobytu ani spróbować jeszcze raz. To ryzyko miał zlikwidować Angel. Inne biura turystyczne bredziły coś, że trzeba minimum dwóch dni, że dojazd jest trudny, dlatego sam transport musi kosztować 150 dolarów. Nie uwierzyłem. W Gwatemali naciągaczy nie brakuje.

Na tej wyprawie funkcjonuję niemal 24 godziny na dobę. Chyba ani raz nie spałem ośmiu godzin. I tak miało być nadal. Oto skutki, gdy wyprawę dwumiesięczną z powodu ograniczeń czasowych robi się w miesiąc. A oprócz planu głównego, za wszelką cenę chce się dołożyć tematy rezerwowe i tematy, których w ogóle nie brałem pod uwagę. Zawsze to samo, mimo że zawsze mówię sobie, następnym razem nie będę gonił jak szalony. Będzie jakiś dzień odpoczynku. Nie udaje mi się to nigdy. Może następnym razem?

O 4:30 siedziałem już przed hostelem. Prawie cały obudziłem. Wieczorem zgłaszałem, że będę musiał w środku nocy wyjść, ochraniarz będzie – dowiedziałem się. Ale hostel zamknięty, żywej duszy. Waląc ostro pięściami w drzwi obudziłem ochraniarza, i przy okazji pół ulicy, otworzył mi. Na dworze fantastyczne 10 stopni Celsjusza, wspaniały chłód. W dzień nawet na wysokości 2350m było stanowczo za gorąco dla mnie.

Angel wynajął jakiegoś kolegę ze zdezolowanym samochodem, podrzucił nas na dworzec autobusowy, skąd o piątej rano odjeżdżał pierwszy autobus do San Marcos. Po dwóch godzinach przesiedliśmy się do kolejnego, miał jechać godzinę. Wysadzić nas przy odbiciu drogi do miejscowości Tajumulco. Po drodze doszło jednak do stłuczki. Standard tutaj. Na środku, w tym miejscu szutrowej drogi, stał gość i dokonywał pomiarów, bo miała być wyasfaltowana. Żadnych tabliczek, znaków ostrzegawczych o prowadzonych pracach. Mimo że górski zakręt. Autobus jechał ostro do góry, na dół jeszcze szybciej taksówka. Nikt nie zatrąbił przed zakrętem, autobus musiał zjechać na przeciwległy pas, by wyminąć człowieka stojącego na drodze. Mimo prób ucieczki obu pojazdów, nie było szans na uniknięcie stłuczki. Taksówkarz był pewien, że za zakrętem nie będzie żadnej niespodzianki. Błąd. Autobus prawie nie ucierpiał. Osobówka straciła zderzak, rozwalony błotnik, uszkodzona maska i światło, pęknięta przednia szyba. Nikomu się nic nie stało i straciliśmy tylko 20minut. Panowie się jakoś dogadali.

Piękny dzień na górską wycieczkę. Wysokość 3050m. Wierzchołek Tajumulco na wyciągnięcie ręki. Start. Ścieżka banalna, zresztą pół kilometra do góry szutrową drogą. Potem łagodnie przez las, by ostatnie dwieście metrów było bardziej strome, po skałach. Ale jeśli grube Indianki z dzieckiem na plecach bez problemów sobie tam radziły, o żadnej trudności mówić nie można. I oto jest, wierzchołek najwyższej góry Ameryki Środkowej. Blisko granicy z Meksykiem, na której znajduje się drugi pod względem wysokości szczyt w tej części świata - doskonale widoczny wulkan – Tacana 4060m o stożkowatym kształcie (stratowulkan). Jest nim również Tajumulco, ale znacznie brzydszym. No właśnie, najwyższa góra Ameryki Środkowej jest brzydka i zaśmiecona, bo Gwatemalczycy i Meksykanie lubią tutaj robić eskapady z biwakiem. Zostawiając po sobie śmietnisko, co wygląda okropnie. Czy oni naprawdę nie rozumieją, że puszki i szkło się nie pali? A plastik rzucony pod drzewo nie zniknie?

Na szczycie Indianie jedli sobie obiad. Na którym też mały krater, brzydki i z różnymi napisami z kamieni zrobionymi na dnie. Niektórzy farbami zapaskudzili skały. Na drugim, niższym wierzchołku jest niewielka okrągła budowla, można się w niej schronić, a pod skalnym wierzchołkiem betonowe słupy jakiejś budowli, może schroniska, którego albo nigdy nie wybudowano albo zniszczono. Dla lokalnych Indiach najwyższe wulkany w Gwatemali mają mistyczne znaczenie. Dlatego się tam wspinają, spożywają posiłki, wnoszą kwiaty.

Widoki przyzwoite, bez szału, widać było m.in. wulkan Santa Maria. Przy dobrej przejrzystości powietrza widać nawet Fuego. Angel, bardzo sympatyczny chłopak, przygotował nam śniadanie – bułki hamburgerowe, żółty ser, szynka, warzywa, soczki. Jego ojciec mówił trochę po angielsku, syn, pracujący jako przewodnik, praktycznie zero. Naprawdę tak trudno nauczyć się 200 słów po angielsku? Chłopak ma potencjał, ale nie zrobi kariery, nie zarobi, jeśli nie nauczy się języka i nie zacznie czynnie działać by rozwinąć firmę. Wspomniane drogie biuro, którego nazwy celowo nie wymieniam, by nie robić mu reklamy, ma bardzo wysokie ceny, ale ma coś jeszcze. Wszędzie poroznosiło swoje ulotki, ma oznakowaną siedzibę w centrum miasta. Grupa 3-4 osobowa, może się skusić na ich ofertę, bo przy tylu osobach cena zaczyna być akceptowalna. Do Angela można trafić tylko przez przypadek, czyli rzadko.

Tajumulco ma status wulkanu uśpionego. Brak dowodów na erupcje w naszych czasach, choć są informacje, niepotwierdzone, o erupcjach w XVII i XVIII wieku. Gdyby potwierdziła się któraś z nich, można by mówić, że wulkan jest aktywny. Bo w geologii 200-300 lat to chwila. Brak oznak aktywności wulkanicznej na wulkanie. Ze względu na wysokość w partiach szczytowych pojawia się mróz, sporadycznie śnieg. Charakterystyczne są mgły i zachmurzenie. Oficjalnie ma 4220m, lecz mój GPS pokazywał około 4235m, z błędem 4-5m.

Wejście na Tajumulco zajęło nam 2h40min, w tym 30 minut postojów. Średnim, miarowym tempem. Na szczycie spędziliśmy godzinę. Nawet na ponad 4000m i pomimo wyraźnie odczuwalnego wiatru, nie było zimno. Zwłaszcza siadając za jakimś głazem. Na dół schodziliśmy 1h30min z dwoma mikropostojami. Angel się dziwił, że tak sprawnie sobie radzę, nie potrzebując odpoczynków. I to pomimo cały czas kontuzjowanego prawego kolana, o czym nie wiedział. Przyzwyczaił się do turystów, którzy z wielkim trudem wchodzą na takie Tajumulco, bo na co dzień nigdzie nie chodzą, nie ruszają się, tylko siedzą, leżą i śmieciowo się odżywiają.

Gdy ruszaliśmy w dół, nadeszły chmury. Powrót wyglądał podobnie, jak przyjazd tutaj. O 16:30 byłem już w hostelu. Taką wycieczkę można łatwo zorganizować samemu, jest tania, jeden dzień śmiało wystarczy.

Ciekawostka. Mieszkańcy Ameryki Środkowej są lekomanami, jak my Polacy. Chyba najwięcej aptek widziałem w Nikaragui. Wiele działa jak fast foody, szybko dowiozą zamówione leki.

Informacje praktyczne. Ceny lokalnych autobusów na krótkich odcinkach to 3-10q, na dłuższych zwykle 10-25q. W Gwatemali jest wiele górskich, bardzo krętych dróg, trzeba mocno się trzymać, by nie latać po autobusie. Hostel Black Cat (Cato Negro) w Quetzaltenango: 55q sala kilkuosobowa z bardzo dobrym śniadaniem, prywatny pokój 120q. Jak na gwatemalskie warunki – przyzwoity. Ogólnoświatowe fastfoody droższe niż w Polsce, ceny w kawiarniach podobne. W supermarketach trochę drożej niż u nas.

Wymiana waluty od Panamy do Gwatemali, ze świadomością, że w tym pierwszym kraju oraz w Salwadorze walutą jest dolar amerykański. Nie ma kantorów. Walutę można wymienić albo na granicy albo w banku. Na granicach szybka sprawa, a kurs niewiele niższy niż bankowy. W banku wymiana waluty to niezłe utrapienie. Wymiana może być długa lub bardzo długa i zawsze trzeba mieć paszport. Bywają duże kolejki. Posłużę się przykładem gwatemalskim. Wymiana waluty zajęła mi równą godzinę. Wpierw chwilę stałem przed bankiem, bo było w nim za dużo ludzi. Potem strażnik-wpuszczacz pozwolił mi przejść przez drzwi. Stanąłem w korytarzu. Później drugi pan strażnik-wpuszczacz umożliwił mi wejście do banku. Byłem siódmy w kolejce. W międzyczasie otrzymałem reprymendę, że w banku nie wolno korzystać z telefonu, trzeba schować. Gdy już dotarłem do okienka, pani bankierka wklepywała coś kilka minut, m.in. z mojego paszportu. I co ważne, gdy drugi raz przychodzi się do tego samego oddziału, nic nie trwa krócej. Ponadto jeśli chcemy wymienić 150usd, a damy 200, to nie ma takiej możliwości. Albo 200 albo 100 albo zgodne 150, bo pięćdziesiątki wydać nie chcieli. Kserowanie paszportu, wydruki, podanie nazwy hotelu. I mogłem się ustawić w drugiej kolejce, do drugiego okienka, byłem około 10. Tam sprawdzanie paszportu, wydruków które dostałem w pierwszym okienku i wreszcie wypłata pieniędzy. Potem panowie wpuszczaczo-wypuszczacze, umożliwili mi wyjście z banku. Oczywiście bankomaty są. W całkiem sporej liczbie.

Na zdjęciach: lokalny autobus, tabliczka by sikać w toalecie, miasto Quetzaltenango, w tym typowy chodnik w Ameryce Centralnej. Najważniejsze są samochody, chodniki często nie nadają się do użytku. Ponadto stłuczka w drodze do Tajumulco i sam wulkan w różnych ujęciach wraz z rodziną indiańską (16.03.2018). Widać też wulkan Tacana 4060m.

Opublikowano w Blog
Wieczorem, w nocy, o poranku, obserwowałem erupcje Fuego ze skraju krateru Acatenango. Nadszedł czas na podejście bliżej tego pierwszego. Pogoda świetna, a poprzedni dzień tego nie zwiastował. Raczej obawiałem się gęstych chmur na wierzchołkach, które przyszły w końcu, ale w połowie dnia. Zejście do przełęczy pomiędzy wulkanami zajęło 45 minut, wysokość 3315m, a stratowałem z 3960m. Niezbyt gęsty las, skałki, żleby. Nie miałem większych trudności. Na przełęczy zauważyłem ścieżkę, która biegnie w moim kierunku. Dobrze, zaoszczędzę trochę czasu.

Tzw. punkt widokowy w masywie Fuego pojawił się podczas przeglądania map Google Earth. W interencie znalazłem też zdjęcia z tego miejsca. Tak się fajnie złożyło, że od strony Acatenango, ramię Fuego posiadało odchodzące od krateru spłaszczenia. Najniżej położone, największe z nich, oddzielone małą przełączką od wulkanu, "zagospodarowano" jako punkt widokowy. Nie chodzą tam turyści, bo niby nie wolno, niebezpiecznie. Ale miłośnicy adrenaliny pojawiają się tam. Z Acatenango przełęcz między wulkanami wydawała się bliżej. W praktyce spory odcinek do pokonania. Na punkcie widokowym GPS pokazywał 3595m, ale nie skalibrował się dobrze, bo trzymałem go w kieszeni. Później wysokość wzrosła do 3610m. Ale uciekając z tego rejonu zerknąłem na chwilę na ekran i wysokość tego miejsca była inna – 3630m z błędem do 5m.

Jestem do bólu pragmatyczny i twardo stąpam po ziemi. Może dlatego niektórzy nazywają mnie cyborgiem? Aczkolwiek słyszałem również o innych powodach. Zdarzają się jednak w moim życiu sytuacje, których do końca nie umiem wyjaśnić. Tyle razy cudem uniknąłem śmierci, że trudno nazwać to tylko szczęściem. Na Fuego też zdarzyło się coś, nie do końca dla mnie wytłumaczalnego. Choć przyjąłem wersję – że to tylko ciekawy zbieg okoliczności. Zawsze tak robię.

Fuego rano uspokoił się. Wcale mnie to nie cieszyło. Sympatycznie oglądało się erupcje. Ale z drugiej strony pojawiła się myśl, że może dzięki temu bliżej mnie dopuści do siebie. Znajdując się na przełęczy między nim a Acatenango doszło do dużej erupcji. Ucieszyłem się. Nie przyszło mi do głowy, że to być może wskazówka, ostrzeżenie. Gdy dotarłem na tzw. punkt widokowy było spokojnie. Pomyślałem, może wejdę na jeszcze jedno małe wybrzuszenie, całkiem blisko wierzchołka z kraterem. W sypkim rumoszu skalnym, po bokach widząc bomby wulkaniczne piąłem się do góry. Żadna czerwona lampka przed oczami się nie zapaliła - jak zwykle. Widziałem, że nad kraterem unoszą się i opadają do niego kawałki lawy. Kusiło podejść jeszcze wyżej. Szybkim marszem ruszyłem ostro do góry i w tym momencie doszło do potężnej erupcji. Nawet nie zdążyłem na nią dobrze spojrzeć, bo z mózgu dostałem krytyczny komunikat – uciekaj! Rzuciłem aparaty fotograficzne i jak wariat zacząłem biec w dół. Myślę, że w tamtej chwili nawet Usain Bolt mógł ze mną przegrać. Słyszałem jak kawałki lawy uderzają za mną o ziemię, po chwili niektóre zaczęły się turlać obok mnie. Sytuacja się uspokoiła, nic mi się nie stało. To było drugie, mocne ostrzeżenie. Jakby Fuego chciało mi powiedzieć, przesadziłeś. Nie pozwolę zrobić tobie ani kroku dalej. A jak spróbujesz jeszcze raz – zabiję. Chyba że była to śmiertelna zasadzka, z której się wyrwałem.

Gdyby nie pozostawione aparaty fotograficzne, z kartami pamięci, nie wiem czy bym znowu ruszył do góry? W moim przekonaniu nie miałem wyjścia. Musiałem to zrobić. Wróciłem po nie. Gdy wisiały na szyi, zszedłem kilka metrów zatrzymując się na malutkim wypłaszczeniu, ostatnim przed kraterem. Nie miałem wątpliwości, że próba pójścia wyżej to samobójstwo, a samobójcą nie jestem. Po prawdzie, miejsce w którym stałem nie było wiele bezpieczniejsze. Kask na głowie nie uratowałby mnie.

Nastąpiły dwie mniejsze erupcje w krótkim odstępie czasu. Widziałem jak rój lawy wylatuje z krateru, ale fragmenty najbliżej mniej spadały 10-15 metrów. A dzięki temu, że stałem na wypłaszczeniu turlały się na dół po obu jego stronach. Lecz przede wszystkim bardziej na północ, czyli po mojej prawej patrząc na wulkan.

Wybuch, który mnie zmusił do ucieczki, uświadomił, że bardziej niż na rejestracji erupcji muszę skupić się na własnym życiu. I nie spuszczać wierzchołka z oka, a zdjęcia jeśli już, robić trochę na oślep. Jakieś wyjdzie. Kolejny mocniejszy wybuch zastał mnie jednak nieprzygotowanego do ucieczki. Mogłem tylko odprowadzić wzrokiem, jak kilka kawałków lawy spadło 2-3 metry ode mnie. Wiedziałem w tamtej chwili, że muszę zabrać zabawki i się ewakuować. Bo czwartego ostrzeżenia nie będzie. I wtedy nastąpił ogromny grzmot. Przez ułamek sekundy widziałem ile kawałków lawy z wielką siłą wyleciało z krateru i jak duży słup popiołu i gazów rósł nad wulkanem. Takiej erupcji na Fuego wcześniej nie zaobserwowałem. Biegiem ruszyłem w dół. Kątem oka obserwowałem jak lawa uderza w miejsce, w którym chwilę wcześniej stałem, turla się obok mnie. Biegłem z całych sił.

Zatrzymałem się dopiero przed tzw. punktem widokowym. Gdy to uczyniłem, doszło do kolejnego dużego wybuchu. A jako, że wiatr w ostatnim kwadransie trochę się zmienił, część lawy znowu spadła na wypłaszczenie, na którym byłem przed chwilą. Nie miałem wątpliwości, trzeba opuścić partie szczytowe Fuego. Zresztą z dołu ku górze wędrowało dużo chmur. Znowu uratowało mnie kilka sekund i komunikat z mózgu, który kazał uciekać bez najmniejszej chwili zawahania.

Zaskoczyła mnie częstotliwość wybuchów i ich skala. Od wieczoru dnia poprzedniego nic takiego nie miało miejsca. Zanotowałem nawet godzinną przerwę między wybuchami. Chociaż ten punkt widokowy, gdy erupcje nie są duże, jest w miarę bezpieczny. I chciałem jeszcze na nim pozostać. Ale kolejna wiadomość z mojego centrum dowodzenia brzmiała, ani chwili dłużej, schodź na dół. Instynkt mnie jeszcze nigdy nie zawiódł, zawsze go słucham. Uratował mi nieraz życie. Bez wahania ruszyłem w dół. Fuego było już praktycznie w chmurach. Po dwóch minutach doszło do największej erupcji podczas mojego pobytu w rejonie wulkanu. Zabolały mnie uszy od huku, poczułem niewielką falę uderzeniową. Gorącą. Ziemia się zatrzęsła. I zdałem sobie sprawę, że kawałki lawy uderzyły w punkt widokowy. Przez chmury przedarła się ogromna czarna chmura. Zbocze też zadymione, pełne turlających się kawałków lawy. Przyśpieszyłem. Coś dziwnego się działo.

Gdy znowu znalazłem się na przełęczy między wulkanami, kolejny ogromny wybuch wstrząsnął okolicą, ale Fuego tonęło w chmurach. Słychać było jak duże kawałki lawy uderzają o ziemię, hałas turlania. Dziesięć minut później, gdy wspinałem się z powrotem na Acatenango miała jeszcze jedna bardzo mocna erupcja. A potem wulkan się uspokoił. Przez najbliższe dwie godziny miał miejsce tylko jeden grzmot, słabszy od wcześniejszych. Pewnie doszło również do jakichś małych erupcji w tym czasie, ale przez chmury nie było ich widać.

I jak po takiej przygodzie wyjaśnić to wszystko, poukładać sobie w głowie? Dlaczego Fuego stało się tak groźne, gdy do niego się zbliżyłem? Dlaczego uspokoiło się, gdy odszedłem? Akurat w tym momencie? Choć wszystko ma jakieś logiczne wytłumaczenie, to te pytania nadal siedzą w mojej głowie. Próbuję je przetrawić, znaleźć wyjaśnienie, uwierzyć w przypadek, ale całkowicie mi się to nie udaje. Nie pierwszy raz. Po kilkunastu latach wędrówek na wulkanach czuję z nimi bardzo bliską więź. Są jak moja rodzina. Czuję się wyjątkowo dobrze w ich towarzystwie. Zżyłem się z nimi. Mam poczucie, że znamy się nawzajem wyśmienicie. Nieraz wydawało mi się, że pozwalają mi na więcej, otwierają pewne drzwi do siebie, które zwykle są zamknięte. Ale gdy pojawiają się u mnie takie skojarzenia. Zaraz włącza się mój realizm, według którego nic nadprzyrodzonego nie istnieje. A ja jestem tylko bardziej zaawansowanym biologicznie tworem, który wskrzesiła natura, który natura też unicestwi – wcześniej lub później. I dalej nic absolutnie nie będzie. Świadomość istnienia skończy się wraz z moją śmiercią. Podoba mi się to rozwiązanie. Choć jeszcze bardziej spodobałaby mi się nieśmiertelność.

Po fragmencie bardziej opisowym, kilka danych i szczegółów technicznych. Ostatnie wypłaszczenie przed kraterem wg bardzo szybkiego pomiaru wynosiło 3678m n.p.m. z błędem do 14m, ale gdy GPS złapał więcej satelit zrobiło się 3693m z błędem do 4 metrów. Podobna sytuacja jak z punktem widokowym. Bardzo chciałem przekroczyć 3700m. I to się udało, mój podbieg, zakończony ucieczką, skończył się na 3705m n.p.m., w tym błąd pomiaru to 4-5m. Od najwyższego punkt krateru dzieliło mnie tylko 60 metrów różnicy poziomów, od najniższego jeszcze mniej. Stromy, krótki odcinek. Ale przy tej aktywności absolutnie nie do pokonania, bo nawet pomiędzy wybuchami z krateru wydobywały się kawałki lawy. Większość wpadała do środka, ale nie wszystkie. Gdybym zdecydował się iść dalej na pewno bym zginął. Po prawdzie, cudem nie zginąłem w miejscu do którego dotarłem.

O ile podejście z przełęczy na punkt widokowy powolnym tempem zajęło 40minut, o tyle zejście niecałe 30 minut. Natomiast powrotne wdrapanie się do krateru Acatenango 90minut. Wchodziłem inną trajektorią, nawet częściowo jakąś ścieżką. Podczas tego podejścia poczułem skalę wyeksploatowania organizmu na tej wyprawie. Szalone tempo, wielki wysiłek. Na wulkanach nie oszczędzałem się ani odrobinę, robiłem bardzo dobre czasy. W tym momencie to wszystko poczułem. I zdałem sobie sprawę, że kontuzje po wulkanie Poas nie zaleczyły się. Albo je odnowiłem uciekając z Fuego. Nie było kalkulacji zdrowotnych, tylko ile fabryka dała mocy, tak szybko zbiegałem w dół. Gdy emocje, adrenalina opadły, poczułem ból. Który towarzyszył mi przez prawie całą wyprawę. Na szczycie Acatenango nic nie było widać – chmury, wiatr, chłód. Zadanie wykonane, mogłem wracać do cywilizacji. I pomyśleć, że początkowo miałem udać się tutaj na komercyjną wycieczkę. Byłaby to największa głupota tej wyprawy. Na szczęście mój mózg jest mądrzejszy ode mnie i nie dopuścił do tego :).

Podczas mojego pobytu na wulkanach Acatenango i Fuego praktycznie cały czas byłem sam, a obawiałem się dużej ilości uczestników wycieczek turystycznych. Zimno i wiatr w partiach szczytowych skutecznie odstraszał. Gdy wędruję sobie przez pustkowia, gdzie jestem tylko ja i przyroda. Żadnej cywilizacji, żadnych strażników parkowych. Nie ma wtedy żadnych problemów. Wszystko jest proste. I tak lubię najbardziej.

Volcan de Fuego (Wulkan Ognia) – kilka informacji. Klasyczny stratowulkan. Podawana wysokość to 3763m, ale trzeba mieć świadomość, że erupcje mogły kilka metrów zabrać albo dołożyć. To bardzo aktywny wulkan, w ciągłej fazie erupcji. Lecz ostatnia duża erupcja (VEI 3) przed moim przyjazdem miała miejsce na początku maja 2017 roku. Występują na Fuego różne typy erupcji – strombolijskie, vulcanian (dominowały podczas mojego pobytu w masywie Fuego), pelean, piniańskie (więcej pisałem o nich dwa artykuły wcześniej: GWATEMALA – wulkan Pacaya 2580m – uwielbia pluć lawą).

Gdy poczytamy o początkach jego eksploracji pod koniec XIX wieku, zauważymy że niewiele się zmieniło od tamtego czasu. Trzeba było starać się o pozwolenie od gubernatora. Osobiście na takie bezsensowne elementy jak pozwolenie czasu nie miałem (i tak nikt by go nie dał). Przewodnicy nie chcieli iść, bo się bali, albo byli za słabo przygotowani na taką eskapadę. Dlatego nawet do głowy nie przyszło mi z jakiegoś skorzystać. Zresztą nawet jak to czynię, zawsze służą mi jako drogowskazy pozwalające zaoszczędzić czas i sposób obejścia kwestii formalnoprawnych. To jest ich jedyna rola. Gdy pierwsi eksploratorzy (Francuzi, Brytyjczycy) mieli szansę wejść na wierzchołek, najczęściej pokonywała ich pogoda (chmury) lub błędy lokalnej ludności zatrudnionej do pomocy. No i oczywiście erupcje wulkaniczne.

Fuego czasami bywa spokojny przez pewien czas. Wtedy można by zaryzykować wejście nawet na wierzchołek. Nie miałem takiej możliwości, erupcje były silne o dużej częstotliwości. I tak zaszalałem podchodząc bardzo blisko. Nie zmartwiła mnie zapora postawiona przez Fuego. Z najbliższej odległości mogłem obserwować erupcje, dosłownie je poczuć, kawałki lawy spadały obok mnie. Wspaniałe przeżycie. W zupełności mi wystarczyło, że Pacaya dopuściła mnie na sam wierzchołek i żadnej krzywdy nie wyrządziła. Tutaj delektowałem się wybuchami. Lecz nadal mam nadzieję, że będę mógł kiedyś zobaczyć erupcję o sile VEI 6 lub 7 (indeks eksplozywności wulkanicznej). To byłoby dopiero widowisko. Niszczycielska siła wulkanu na gigantyczną skalę. Niestety erupcja superwulkanu za mojego życia nie nastąpi.

Na zdjęciach (14-15marca): różne odsłony wulkanu Fuego, z pod krateru i z Acatenango, z przełęczy pomiędzy wulkanami. Jak się przyglądam niektórym z nich - dziwi mnie bardzo, że nie zginąłem. To już któraś taka przygoda.

Opublikowano w Blog

Na wulkany Acatenango – Fuego wyruszyłem w jednym pakiecie, ale zasługują na dwa osobne artykuły. Na początek ten wyższy – Acatenango 3976m, który jest bramą do Fuego 3763m. Dzień wcześniej zebrałem informacje jak się mam pod niego dostać we własnym zakresie. Pierwszy autobus zawiózł mnie przez Parramos do Chimaltenango. Tam każdy zapytany mieszkaniec mówił, że kolejny mam łapać w innym miejscu. Dlatego pytałem w każdym napotkanym autobusie, czy jedzie w moim kierunku.

Drugi miał mnie wyrzucić koło Zaragozy, ale się zepsuł na trasie. Do celu podrzucił mnie inny autobus, na stopa. Skąd mikrobusem do miasteczka Acatenango. Pojazd był maksymalnie upchany wraz z dachem. Ojciec-kierowca pracował z około 10-letnim synem, który pobierał opłaty. Nawet podczas jazdy potrafił się poruszać pomiędzy dachem a wnętrzem samochodu. W tej części świata praca dzieci to nic niezwykłego. A zarobki marne, bo bilet kosztował niecałe pół dolara a litr benzyny prawie dolara.

Dalej pojawił się problem, gdyż jakiś mikrobus, który dowiózłby mnie do La Soledad miał się pojawić za godzinę-półtorej. A czas miał znaczenie. Wystartowałem przed 8:00, chciałem moje cele osiągnąć w pełne dwa dni. W rezerwie trzymałem trzeci dzień, ale bardzo nie chciałem z niego skorzystać, bo wpadł mi do głowy pomysł z innym wulkanem.

Wynająłem w takim razie rikszę motorową. Niby wg cennika miałem zapłacić 15usd, ale ludzie, to jest Gwatemala a nie Nowy Jork. Za 8-9km cena musi być niższa. Skończyło się na 10usd. Dla motorikszy jazda pod górę była ciężkim zadaniem, ale o 11:00 znalazłem się na starcie podejścia na wulkan Acatenango. GPS wskazywał 2440m n.p.m. Turystyczne grupy były już na trasie, a prawie wszyscy schodzący już ruszyli do Antigua Guatemala. Wystartowałem o 11:15, z plecakiem ważącym około 25kg. Oprócz pełnego ekwipunku biwakowego, wulkanologicznego, miałem siedem litrów płynów na ewentualne trzy dni i dwa kilogramy ciastek jedzenia. Czekało mnie podejście na wysokość 3976m, czyli półtora kilometra przewyższenia. Turystom się mówi, że podejście do obozu na nocleg, zajmuje pięć godzin. Tylko oni nie noszą bagażu, poza zwykle małym plecakiem. Dlatego musiałem się liczyć, że moje podejście zajmie znacznie więcej czasu. Do tego na wierzchołek.

Zapamiętałem co mówiła pewna para, która była na takiej wycieczce. Podejście jest strome, dlatego warto wypożyczyć wystrugane kije, które oferują miejscowi u początku trasy. Nie skorzystałem. I zdziwiłem się podczas podejścia, które okazało się łagodne. Postrzeganie tym samych rzecz przez ludzi może być różne. Dla jednego łagodne podejście, dla innego strome. Jeśli ktoś nigdy nie był na żadnym wulkanie, zwłaszcza na klasycznym stratowulkanie (wulkanie stożkowym), może mieć takie odczucie. Brak mu doświadczenia. Jednak jeżeli ktoś był na wulkanie typu Concepción w Nikaragui nie będzie miał żadnych wątpliwości, że podejście na Acatenango jest łagodne. Jedynie sama końcówka z przełęczy pomiędzy wierzchołkami jest może nie stroma, ale bardziej wymagająca. Po prostu ścieżkę tak poprowadzono, by każdy sobie dał z nią radę i się nie przemęczył. Podobna historia przytrafiła mi się z opinią odnośnie cen w Gwatemali. Inna para, spotkana w Salwadorze, twierdziła że Gwatemala jest trochę tańsza. A wg mnie jest odwrotnie, Salwador jest tańszy. Różni ludzie, różne doświadczenia, różne odczucia.

Szedłem powoli, ale konsekwentnie, odpoczywając co godzinę. Bardzo mnie zdziwiło, że do połowy podejścia wyprzedziłem wszystkie grupy. Ale widząc je, cieszyłem się, że nie zdecydowałem się na coś takiego. Nie było ich dużo, największa to było kilkanaście osób. Ale szli masakrycznie wolno. Do tego lokalni przewodnicy popełniali banalne błędy. Jak na siłę trzymanie grupy razem. Przez to ci szybsi, musieli co minutę, dwie, się zatrzymywać i czekać na resztę. Tracąc czas, który mogli poświęcić na oglądanie Acatenango i Fuego. Do tego są miejsca sypkie, a tam gdzie dużo ludzi, dużo kurzu. Idąc sam, tego problemu nie miałem. I zawsze mnie zastanawia czemu ludzie to robią? Duża część ewidentnie była nieprzygotowana na taki wysiłek. Mieli problem zrobić 50 kroków bez odpoczynku. Tempo nie na 5 godzin, a na 10 godzin podejścia. Męczyli się okropnie i zatruwali wędrówkę tym sprawniejszym, którzy grzecznie słuchali się przewodników. Ja bym się nie słuchał. Skoro zapłaciłem, mam prawo wymagać, by tempo marszu było chociaż na średnim poziomie. Dlaczego mam iść 10 godzin, skoro mogę iść 5? Dlaczego mam ponosić konsekwencje czyjegoś lenistwa i braku przygotowania oraz głupiej decyzji, by wybrać się na taką wycieczkę? Nie ze mną te numery.

Na wierzchołku znalazłem się po 4h40min, z czego przerw było z 40-60min (trzy dłuższe postoje i kilka przystanięć). Zegarek wskazywał 15:55. Bez wielkiego plecaka można ten czas znacznie skrócić. Po drodze przy parkowym posterunku wykupiłem bilet za 50q. Nikt nie robił żadnych problemów, że idę sam. W tym miejscu, oraz w jednym niżej i w jednym wyżej (na ok. 3200m), można było kupić coś do picia, owoce, coś do jedzenia. Przypuszczam, że w obozowiskach też coś można kupić, ale do żadnego nie dotarłem, nie miałem takiej potrzeby. Pogoda najlepsza nie była, już w połowie trasy szedłem we mgle i w gęstych chmurach, które zwiastowały deszcz, a którego nie było. Za to zrobiło się fantastycznie chłodno.

Końcówkę zamiast łagodniejszą ścieżką, pokonałem idąc na przełaj, wprost do góry. I oto jestem. Na szczycie Acatenango 3976m n.p.m. W którego okolicach są drobne wyziewy wulkaniczne. Ciepłe, składające się głównie z pary wodnej. Wulkan wygląda jakby był uśpiony, może nawet w fazie wygasania, ale ostatnia erupcja pozwala go śmiało zakwalifikować jako aktywny. Miała miejsce w 1972 roku.

Na ścieżce zorganizowano miejsca postojowe, aż do przełęczy między wierzchołkami biegnie w lesie. Wyżej rzadszym, a na samym początku są pola uprawne (między innymi kawy i kwiatów ozdobnych). Nawet przy słonecznej pogodzie należy wziąć pod uwagę, że w miejscu startu będzie gorąco, ale w partiach szczytowych chłodno, tym bardziej jeśli będzie mocny wiatr. A jak dojdą mgły i chmury, będzie zimno. Tzw. obozowiska firm turystycznych są wyraźnie poniżej szczytu, mniej lub bardziej od strony wulkanu Fuego.

6 trupów na Acatenango w styczniu 2017r. Dla mnie takie tragedie są niezrozumiałe. Mówię o nich: głupia śmierć. Łatwa do uniknięcia przy odrobinie instynktu samozachowawczego. Osoby bez doświadczenia i przygotowania potrafią pozbawić się życia w tak banalnych sytuacjach, że aż trudno uwierzyć.

Spotkani turyści wchodzący na wulkan tradycyjnie byli w krótkich koszulkach, krótkich spodenkach, adidasy. Część swoje rzeczy niosła w reklamówkach i workach na śmieci. Założę się, że wielu z nich nie miało żadnych ciepłych ubrań. I z tymi sześcioma ofiarami było zapewne podobnie. Do tego zrobili jedną z najgłupszych rzeczy jaką mogli zrobić – zaufali lokalnym przewodnikom i uwierzyli w ich profesjonalizm. A ci ludzie poza znajomością trasy, nie mają żadnej wiedzy i żadnych umiejętności. Nigdy nie powierzyłbym im swojego życia ani nigdy w sytuacji awaryjnej nie zdał się na nich. Bo chcę żyć, a nie zginąć w głupi sposób.

Najczęściej w artykułach internetowych z tamtego wydarzenia pisze się o grupie 12 osób z Gwatemali i Salwadoru, z których szóstka zmarła w partiach szczytowych Acatenango. Sześć osób hospitalizowano. Pojawiają się też informacje, że to były dwie grupy, że więcej osób uratowano. Jak również, że ewakuowano obozowiska agencji turystycznych, których pracownicy nie poradzili sobie z sytuacją.

W każdym bądź razie, zmarli dostali się tam z lokalnym przewodnikiem. Zaskoczyła ich pogoda, co na takich wysokościach jest normalne. Mgła, chmury, skraplanie, drastyczne obniżenie temperatury w nocy. Przewodnik nie dopilnował, by zabezpieczyli namioty przed wiatrem, więc je przesuwał i niszczył. Odradził uczestnikom schodzenie w dół, bo się zgubią. Skutek – 6 osób zmarło z wychłodzenia, 6 osób doznało hipotermii. Nie mieli odpowiedniego sprzętu biwakowego ani ciepłych ubrań i zrobili wielką głupotę, która kosztowała ich życie. Posłuchali przewodnika. Ścieżka na Acatenango jest szeroka i wyraźna. Ale nawet tam gdzie jej nie ma, las nie jest gęsty, można sobie poradzić wędrując przez niego. Nawet w nocy. Gdyby ruszyli w dół, przeżyliby. Po pierwsze ruch, a więc byłoby cieplej, po drugie z każdym sto metrów niżej temperatura by rosła, wiatr zanikł. Już kilometr niżej byłoby na tyle ciepło, że ryzyko wychłodzenia spadłoby na niski poziom, a dwa kilometry niżej mogliby chodzić w krótkim rękawku. Półtora kilometra poniżej szczytu są już wioski, w których można się schronić, 2-3 godziny marszu. Najgłupsze co mogli zrobić to pozostać w partiach szczytowych Acatenango. Przerażają mnie takie śmierci. Skoro można się było tak łatwo uratować, czemu ludzie tego nie robią w podobnych sytuacjach?

Krzyże i symboliczne groby tych ofiar znalazłem w kraterze Acatenango i jego bezpośrednich okolicach. I pewnie po tej tragedii postawiono tabliczkę o zakazie biwakowania tutaj. I bardzo dobrze. Ponieważ osoby wchodzące na Acatenango nie mają doświadczenia, zwykle sprzętu a przedstawiciele Ameryki Łacińskiej dodatkowo pozostawiają po sobie śmietnik. Po moim pobycie nie zostaje żaden ślad, najmniejszy śmieć, nierzadko znoszę cudze. Rozbiłem się na dnie krateru, obok częściowo zrujnowanego niewielkiego schronu (refugio Dr Axel Carranza), który chronił mnie przed wiatrem. Namiot, choć kupiony za 10usd w Walmarcie, świetnie sobie radził. To już kolejny ten sam typ namiotu jaki biorę na wyprawę (regularnie je niszczę, potem kupuję nowe). Na wysokogórskie i bardziej zimowe wyprawy, biorę ekspedycyjny sprzęt. Na takie lajtowe temperaturowo-wiatrowo biorę najsłabszy, bo wystarczy. A ten namiot ma jedną gigantyczną zaletę. Jest idealny dla jednej osoby i waży niewiele ponad kilogram. Spałem już w nim przy minus 10 stopniach, chociaż producent pisze że jest tylko na lato. Choć uszkodziłem go na wulkanie Poas, naprawiłem na ile się dało, dobrze zabezpieczyłem przed wiatrem. Ubrań również miałem niewiele i śpiwór na +10 stopni, ale znam swój organizm. Z takim sprzętem spokojnie mogłem nocować przy zerze stopni Celsjusza i wietrze do 50km/h. Gdyby było trzeba, bez strat zdrowotnych, ale i bez spokojnie spędzonej nocy, mogłem funkcjonować do minus dziesięciu stopni Celsjusza. GPS jako wysokość mojego noclegu wskazał 3942m. Generalnie rozbijanie namiotu w kraterze aktywnego wulkanu nie jest bezpieczne, ale akurat ten na Acatenango od dawna nie wykazał aktywności wulkanicznej.

Historia schronu im. Axela Carranzy w kraterze Acatenango jest następująca. Pomysł postawienia czegoś takiego był już przed tragedią z początku stycznia 2017, ale nie było pieniędzy. Osoby wchodzące na wulkan to niemal wyłącznie turyści nie posiadający żadnych umiejętności, doświadczenia górskiego ani nawet ubrań. Dla człowieka gór Acatenango to zabawa. Dla niedoświadczonego turysty może być śmiertelną pułapką.

Jednym z inicjatorów postawienia schronu była Gwatemalka Barbara Padilla, która w 2016 roku zdobyła Mount Everest. Po śmierci sześciu osób udało się zgromadzić fundusze. W końcówce marca 2017 złożono schron, który jest zbudowany z paneli chłodniczych.

Na moje oko ma 5-6 m długości, ze 4 m szerokości, około 2 m wysokości. Na leżąco zmieści się tam jakieś 6-8 osób, na siedząco nawet dwa razy tyle. Zainstalowano panel słoneczny, który miał dawać światło. Niestety minął rok, a refugio jest już uszkodzone, częściowo zniszczone ludzką ręką. Jego żywotność przewidziano na 30 lat, ale przy takim stopniu dewastacji, nie dożyje tego terminu (zniszczone oświetlenie + uszkodzony panel słoneczny, wyrwana i skradziona część drzwi, szpary w łączeniach, wiele mniejszych uszkodzeń + rdza). Jakość schronu i montażu wysoka nie była.

Dr. Axel Carranza był jedną z ofiar stycznia 2017, a jednym z głównych sponsorów schronu, jego pacjent. Inne konsekwencje tragedii, to wydanie przewodnika na temat zdobywania 37 wulkanów Gwatemali. Postanowiono też stworzyć regulacje wchodzenia na Acatenango, w rozumieniu reglamentacje. Za co zapłacą tacy jak ja, wrzuceni do wora – turyści bez doświadczenia. Moje wejście pokazuje, że jeszcze żadnych ograniczeń nie wprowadzono. Nadzieją jest też wielkość Acatenango. Ktoś tak zdeterminowany jak ja, znajdzie drogę na szczyt, omijającą posterunek parkowy i reglamentacje.

Po dojściu na Acatenango rozważałem nocleg w schronie, nie musiałbym stawiać namiotu. Ale pomyślałem sobie, może turyści będą chcieli się tutaj schować przed zimnem. Trzeba zostawić im miejsce. A ja lubię spać w namiocie.

Wulkan (stratowulkan) Acatenango ma dwa wierzchołki. Wyższy 3976m – Pico Mayor i niższy 3845m – Yepocapa (Tres Hermanas, w internecie podają 3880m). Oddziela je niewielka przełęcz. Wyższy wierzchołek ma ładny okrągły krater pokryty popiołem wulkanicznym i bardzo drobnym materiałem piroklastycznym. Jest płaski i łatwo dostępny. To z jego skraju najlepiej obserwować wulkan Fuego. Z drugiej strony szczytu jest nieforemny krater przypominający rozpadlinę. Z kolei na niższym wierzchołku można obserwować resztki płaskiego nieforemnego krateru. Dwie ostatnie erupcje nastąpiły: w latach 1924-1927 niedaleko Pico Mayor (na północ od niego) oraz w 1972 roku w rejonie przełęczy pomiędzy Pico Mayor a Yepocapa (stąd ta rozpadlina). Acatenango wraz z wulkanem Fuego tworzy kompleks wulkaniczny zwany La Horqueta.

Po rozbiciu namiotu w kraterze, gdzie wiatr tak nie doskwierał jak na jego pierścieniu, wierzyłem, że końcówka dnia pogodowo pozwoli obejrzeć mi kilka erupcji wulkanu Fuego. Mgła, chmury, niewiele widać, ale nadzieją był wiatr. Co kwadrans wyglądałem z namiotu. Temperatura spadała, dzień się kończył. Na takie tropikalne wyprawy nie biorę nigdy palnika do gotowania. Nie stanowi dla mnie przeszkody nie pić miesiąc nic ciepłego. W Polsce herbatę piję może kilkanaście razy w roku, a kawę uzupełniam w połowie kubka mlekiem z lodówki. W zimie na ulicy dużo łatwiej można mnie spotkać z lodem w ręce niż z ciepłym napojem. Taki już jestem zimnolubny.  Dlatego upały i wilgotność w Ameryce Środkowej były dla mnie koszmarem, który przeklinałem każdego dnia. A zimno na Acatenango sprawiło mi wielką radość. I doskonale wiem, że inni uważaliby zupełnie odwrotnie.

Poza mną tutaj nie było nikogo. Spokój, tylko odgłosy wiatru i wybuchów Fuego. Po siedemnastej zaczęło się rozpogadzać. Ruszyłem na skraj krateru. Piękne kłębiaste chmury z cudownym zachodem słońca. Wierzchołek Fuego jeszcze nie był widoczny, ale chmury popiołów wulkanicznych ponad nim już tak. W końcu sam szczyt też się odsłonił. Skraj krateru Acatenango jest bez wątpienia najlepszym punktem widokowym na niższy o ponad 200 metrów wulkan Fuego. Zimno, wieje, ale warto się trochę pomęczyć. Poskakać by się rozgrzać. I obserwować wybuchy Fuego. Po półtorej godzinie wróciłem do namiotu, świetnie spędzony czas. Kolejne wyjście zaplanowałem na północ. Wypiłem trochę przyjemnie zimnej wody, zjadłem paczkę ciastek i odpoczywałem. Nawet jak się zdrzemnąłem, co któraś, mocniejsza i głośniejsza erupcja Fuego, budziła mnie.

O północy wychodząc z namiotu zmierzyłem temperaturę. Krater przed nim miał temperaturę + 0,3-0,5 stopnia Celsjusza. W namiocie wynosiła +1,8-2,0 stopnie Celsjusza. Pogoda dopisywała. Fuego kilkukrotnie wybuchł efektownie. Półtorej – dwie godziny siedziałem na skraju krateru. Następne wyjście z namiotu ustaliłem na piątą rano. Jeszcze przed wschodem słońca. Bezchmurnie, kilka erupcji w ciągu dwóch godzin. Były one nieregularne co do czasu jak i skali. Podczas moich obserwacji ta częstotliwość była następująca. Raz co 20 minut, zdarzyła się przerwa godzinna, albo że w ciągu 20 minut były trzy, czy co pół godziny. Większość to były malutkie wyrzuty popiołów, gazów i lawy. Wręcz nudne, po którymś obejrzeniu. Co trzecia, czasami co piąta były średnie. Przez sześć godzin oglądania ze dwie oceniłbym jako duże w stosunku do wszystkich pozostałych. Za to każdy wyrzut trwał krótko, od kilku sekund do trzydziestu.

Spodziewałem się, że wraz ze wschodem słońca, na wierzchołku Acatenango pojawią się turyści, którzy spali gdzieś niżej w obozach. Powinno ich być około 40. Przyszli ścieżką z boku, częściowo od strony wulkanu Fuego. Ale raptem może 20 osób. Niektórzy bardzo lekko ubrani, bo nie wzięli na swoje wakacje nic ciepłego i dosłownie po kilku minutach zeszli z jednym z lokalnych przewodników na dół. Najzimniejsza część dnia, wiatr. Nie zobaczyli najmniejszego wybuchu. Pozostali doszli na szczyt i wrócili, byli może w rejonie krateru 15minut i trzęsąc się z zimna uciekali na dół. Mogli zobaczyć tylko jeden wybuch Fuego w tym czasie. Wcześniej ani później nikt nie pojawił się na szczycie.

Przeraziło mnie, że miałbym zapłacić za udział w takim dziadostwie. Z mojego punktu widzenia, miłośnika wulkanów, taka wycieczka jest zupełnie bez sensu. Gdybym się na nią zdecydował, straciłbym dwa dni, bo musiałbym ruszyć jeszcze raz, sam. A nie miałem czterech dni na Acatenango. Intuicja znowu mnie nie zwiodła. Połowie ludzi nie chciało się nawet wejść na szczyt Acatenango. I zaraz mieli schodzić w dół, by o 10-11 odjechać do Guatemala Antigua. Ich wycieczka trwała 26-28 godzin. Na oglądanie Fuego mieli bardzo niewiele czasu i nie robili tego z najlepszych widokowo miejsc. Ale przynajmniej było tanio, bo ceny takich wycieczek zaczynają się od 35usd. Dla mnie najważniejsza zawsze jest jakość. Wolałbym zapłacić 350usd, ale za coś naprawdę dobrego. Więcej o cenach wycieczek na Acatenango, by obserwować Fuego, pisałem dwa artykuły wcześniej (GWATEMALA - Antigua Guatemala (UNESCO) – w otoczeniu słynnych wulkanów).

Poranek spędziłem na Acatenango, obszedłem sobie krater. Później spakowałem się, zostawiając duży plecak w schronie, a z małym ruszając ku wulkanowi Fuego – o czym w kolejnym artykule. Gdy świeciło słońce, nawet na szczycie Acatenango było całkiem przyjemnie pod względem odczuć temperatury. Po powrocie z Fuego przed 14:00, wierzchołek tonął w chmurach, zrobiło się chłodno, widoczność niewielka, ale poprawiła się wyraźnie niecałe 200 metrów niżej. Schodząc, odwiedziłem drugi krater wulkanu – Yepocapa. Na dobre ku cywilizacji wystartowałem o 15:00. Osiągnąłem z nawiązką wszystkie swoje cele, byłem bardzo usatysfakcjonowany.

Nocleg na Acatenango, podejście pod wierzchołek Fuego, jakieś 36 godzin akcji górskiej, w tym blisko 24 godziny aktywnej działalności w rejonach szczytowych obu wulkanów – to robi wielką różnicę w stosunku do tego, co oferują biura turystyczne.

Dzięki temu, że ścieżkę poprowadzono łagodnie, nawet z ciężkim plecakiem dobrze się schodzi, nie obciążając za bardzo kolan (poza tym ubyło wody i jedzenia). Z wierzchołka do drogi asfaltowej dostałem się w 90minut, średnim tempem, postojów było z 10 minut. Jeszcze w połowie drogi spotykałem grupy wchodzące na Acatenango. Przy tak słabym przygotowaniu to normalne, że część turystów do obozów dociera po zmroku. Tracąc cały dzień. Wyjeżdżają rano z Antigua, po ciemku docierają do obozu. Ledwo żywi. Coś zjedzą i spać, nawet nie ma siły oglądać Fuego, a po to tu przyszli. Zmęczenie i zimno powoduje, że spora część nie wchodzi nawet na szczyt wulkanu i zaraz po śniadaniu schodzą na dół. Też długo. By być o 10-12 przy drodze, muszą wystartować wcześnie. Na podziwianie Fuego podczas takiej wycieczki czasu pozostają szczątkowe ilości, dodatkowo ograniczone przez zmęczenie, zimno, i dla wielu całkiem sporą już wysokość.

Schodząc popołudniu nic do picia na trasie nie można było kupić, budka strażników parkowych zamknięta, przy asfalcie pustki. Jakiś autobus powinien jechać, ale na tym odcinku nie za często. Pozostał autostop, który wiele razy na tej wyprawie już bardzo mi pomógł. Około piąty samochód po kwadransie zabrał mnie. Jak zazwyczaj była to stara zdezolowana terenówka. Kierowca zwiózł mnie marną szutrową drogą do San Miguel Duenas, skąd sprawnie około 19:00 dojechałem do Antigua Guatemala.

Na zdjęciach (13-14 marca): solidnie uzbrojony strażnik pilnuje sklepu spożywczego i kilku sąsiednich w Chimaltenango. Riksza motorowa, którą dojechałem do La Soledad. Ścieżka na Acatenango i turystka z grupą idąca do góry. Dalej partie szczytowe, w tym widok na Acatenango z Fuego, mój plecak na wierzchołku, wyziewy wulkaniczne, mój namiot i schron w kraterze. Następnie niektóre symboliczne groby ofiar ze stycznia 2017, wspaniały zachód słońca i wybuchy wulkanu Fuego (więcej zdjęć w kolejnym artykule). Na zdjęciach również panorama w kierunku Meksyku, krater, schron, główny wierzchołek. Ostatnie trzy zdjęcia to widok na drugi wierzchołek Acatenango - Yepocapa i sam szczyt tonący w chmurach.

Opublikowano w Blog

nationalgeographic box

red bull 225x150

TOKFM box

iexpert 225X150px

stopka plecak

LogoStopka

stopka plecak

Strona używa informacji zapisanych za pomocą… plików cookies w celu dostosowania do indywidualnych potrzeb użytkowników. Jeżeli tego nie akceptujesz zmień ustawienia przeglądarki dotyczą…ce cookies. Więcej informacji można znaleźć‡ w naszej Polityce prywatności.