NAJBLIŻSZE PRELEKCJE PODRÓŻNICZE i INNE WYDARZENIA:

W CZERWCOWYM numerze NPM – Magazyn Turystyki Górskiej 4-stronnicowy wywiad ze mną (str. 70-73). Kuba Terakowski wycisnął ze mnie dużo informacji. Szczerych, bolesnych, kontrowersyjnych. Biegnijcie do kiosków :)

 a2b2

red bull box 225x150

pzu bezpieczny 225x140

spokey.jpg 225PX

LOGO

Podziel się

FacebookMySpaceTwitterGoogle BookmarksLinkedinRSS Feed

Jakie jest najsłynniejsze miasto Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej? Ciężko wskazać, ale prawdopodobnie będzie to Nowy Jork (NYC). Najliczebniejsze miasto USA (ok. 9mln mieszkańców). Położone nad Atlantykiem. Liczba miejsc o których słyszał prawie każdy jest długa. W tym artykule poświęcę uwagę dwóm z nich.

World Trade Center (kompleks budynków Centrum Handlu Światowego)

11 września 2001 roku terroryści uderzyli porwanymi samolotami w dwie bliźniacze wieże, najwyższe w kompleksie World Trade Center. Ten straszny zamach obnażył jak słabe są Stany Zjednoczone oraz pokazał na jak szalone pomysły potrafią wpaść terroryści, realizując je w niezwykle spektakularny sposób. Po tej zbrodni postanowiono nie odbudowywać wież, tylko stworzyć jedno wielkie miejsce pamięci. Kontrowersyjny pomysł. Z jednej strony oddanie hołdu prawie trzem tysiącom ofiar jest zrozumiałe. Ale z drugiej takie upamiętnienie tej tragedii jest wielką nagrodą dla terrorystów. Ogromna strefa pamięci z muzeum wygląda jak pomnik ku chwale wielkiej bitwy. Tylko że wygrali  terroryści, a pomnik postawiły ofiary.

Odbudowanie bliźniaczych wież i przywrócenie terenu do stanu pierwotnego byłoby największą karą dla terrorystów. Dowodem, że to co zniszczą zawsze się odrodzi, więc ich wysiłek nie ma sensu. Na elewacji budynków można było wygrawerować nazwiska ofiar, stworzyć tablicę upamiętniającą. A po tym co zrobili Amerykanie nie zdziwię się, gdy terroryści będę próbować ponownych ataków, bo uznają że warto. W ten sposób mogą odcisnąć trwały ślad, nawet w najpotężniejszych państwach świata.

W miejscach dwóch wież są głębokie fontanny, czy baseny – jak nazywają te miejsca Amerykanie. Przyjęły kontury budynków. Wokół nich wygrawerowano nazwiska ofiar. Efektownie to wygląda. Jednak park stworzony obok jest nijaki i bez pomysłu. Do tego powstały nie do końca pasujące budynki – jak National September 11 Museum czy World Trade Center Transportation Hub w którym stacja metra i centrum handlowe.

Nie ukończono jeszcze wszystkich budynków i prac na tym terenie. Trwają choćby przy Liberty Park i kościele St. Nicholas Greek Orthodox – wcześniejszy znostał zniszoczny na skutek zawalenia jednej z wież (połduniowej czyli 2 WTC).

Najważniejszą budowlą jest najwyższy drapacz chmur USA, choć wcześniejsze wieże nie były wiele niższe. One World Trade Center (1 WTC) inaczej Freedom Tower (Wieża Wolności) ma 1776 stóp / 541 metrów wysokości z anteną, co ma symbolizować datę podpisania Deklaracji Niepodległości (1776r.). Budynek dominuje na Dolnym Manhattanie, w pobliżu rzeki Hudson i Górnej Zatoki. Znajduje się na nim punkt widokowy. Wysokościowiec z oddali prezentuje się dużo lepiej niż gdy stoi się przy nim.

Obecny teren WTC jest odwiedzany przez prawie wszystkich turystów goszczących w Nowym Jorku. Dlatego że doszło tutaj do zamachu i teren stał się swoistym pomnikiem. Organizowane są wycieczki (9/11 Ground Zero Tours). Stare wieże WTC często były prezentowane na amerykańskich filmach jako bardzo charakterystyczne budowle Nowego Jorku, czy tak samo będzie z nową wieżą WTC1?

Dwa Mosty: Brooklyn Bridge i Manhattan Bridge

Most Brookliński (Brooklyński) ukończono w 1883 roku, jest to obiekt wiszący o długości 1834m, wybudowany w stylu neogotyckim. Wraz z sąsiednim Manhattańskim często gości w amerykańskich filmach. Oba są podobne do siebie i obok siebie. Łączą Manhattan z Brooklynem u ujścia East River do Górnej Zatoki (Upper Bay).

Środkiem mostu, nad drogą poprowadzono kładkę dla pieszych i ścieżkę rowerową. Jest jednym z ciekawszych miejsc do obserwacji wschodu słońca nad Manhattanem. Most Brookliński był świadkiem zamachu terrorystycznego w 1994 roku, kiedy Libańczyk ostrzelał Żydów.

Stalowy wiszący Most Manhattański pasuje architektonicznie do bardziej znanego kamiennego sąsiada. Oddany został do użytku w 1909 roku. Ma długość 2089m.

Informacje praktyczne. Stany Zjednoczone są turystycznie drogim krajem. A Nowy Jork należy do najdroższych. Oczywiście są niskobudżetowe sposoby pobytu, ale to się zawsze wiąże z ograniczeniami. Jak nie mamy pieniędzy, to nie wjedziemy na dach Rockefeller Center, by podziwiać panoramę Manhattanu, ani nie zobaczymy przedstawienia na Broadway`u. Jestem zwolennikiem zasady, jak cię nie stać to nie jedź lub inaczej, jedź tam gdzie cię stać. Szkoda nawet niewielkich pieniędzy, gdy wyjazd ma polegać na zaliczeniu kraju albo miejsca. Dojechałem, ale nic nie zobaczyłem, bo nie miałem pieniędzy na noclegi, transport, bilety wstępu, przewodników itd. Czy to ma sens? By nocować w Nowym Jorku na Manhattanie i korzystać z jego atrakcji trzeba przeznaczyć przynajmniej 100usd na dobę. By mieć jakiś luz, a nie oglądać każdego dolara kilkukrotnie przed wydaniem, lepiej mieć 200usd. By mieć pewną swobodę przyda się przynajmniej 300usd na dobę. Jeśli oczekujemy pobytu o wysokim standardzie warto zagospodarować nie mniej niż tysiąc dolarów na dobę.

Nowy Jork jest obsługiwany przez 3 lotniska: John F. Kennedy International Airport, LaGuardia Airport, Newark Liberty International Airport. Łącznie obsługują ponad 130 mln pasażerów rocznie.

Na zdjęciach z końca marca: na pierwszych 13-tu Brooklyn Bridge i Manhattan Bridge, a potem tereny World Trade Center, z pomnikami na miejscu dwóch wież i charakterystyczną wieżą One WTC. Widzianą także z Mostu Brooklińskiego, okolic Statuy Wolności oraz z Rockefeller Center.

Opublikowano w Blog
Każdy widział mnóstwo amerykańskich filmów ze scenami z Waszyngtonu. Kapitol, Biały Dom, Mauzoleum Lincolna. Fajnie byłoby zobaczyć te miejsca na żywo, ale ze stolicą USA nigdy nie było mi po drodze. Dlatego kupując bilet lotniczy z Cancun do Nowego Jorku, zamiast bezpośredniego lotu, zdecydowałem się na przesiadkę w Waszyngtonie. Najdłuższą jaką znalazłem – prawie 10 godzin. W sam raz na czterogodzinny spacer po mieście. Tylko linia lotnicza zmieniła rozkład tego lotu i ucięła mi blisko trzy godziny. W tym momencie sens wizyty w amerykańskiej stolicy stopniał praktycznie do zera. Albowiem moim lotniskiem przesiadkowym nie było lotnisko Reagana, położone koło Pentagonu i w pobliżu najważniejszych budynków (obsługuje przede wszystkim loty krajowe). Tylko lotnisko międzynarodowe Dulles oddalone od centrum o blisko 50km.

Po wylądowaniu musiałem przerzucić mój bagaż główny na taśmę, by trafił na kolejny lot. Przejść odprawę graniczą. I dojechać do centrum. A następnie wrócić, by zdążyć na samolot do Nowego Jorku. To wszystko wykluczało praktycznie możliwość odbycia spaceru po Waszyngtonie.

Tylko co poradzę, że lubię ryzyko. Zresztą jakie to było ryzyko – żadne. Najwyżej nie zdążę na samolot. Odbiorę bagaż i albo kupię bilet na inny lot a może pojadę sobie pociągiem. Ponadto zawsze mogę skorzystać z taksówki na lotnisko, o ile nie będzie korków.

Samolot przyleciał punktualnie, z bagażem i z odprawą graniczną poszło szybko. Od wylądowania do momentu wsiadania do autobusu minęła godzina z niedużym kawałkiem. Od razu nastąpiło uczucie jak na innej planecie. Porządek, niezła organizacja, dobra wydolność pracowników. Coś nieosiągalnego w Meksyku, a lotnisko Cancun jak na Amerykę Łacińską całkiem sprawnie funkcjonuje. Choć z punktu widzenia Europejczyka odczucie może być zupełnie inne.

Lądując widziałem zaspy śnieżne, resztki śniegu w lesie. Bardzo się ucieszyłem. Miałem już tak dość upałów, że kilka stopni na plusie było najlepszym prezentem jaki mogłem dostać. Do centrum Waszyngtonu można dojechać publicznym transportem na kilka sposobów. Wybrałem opcję autobusu (5usd) do stacji metra linii silver: Wiehel-Reston East. W niedalekiej przyszłości linia ma być doprowadzona do lotniska. Tutaj automat za bilet na przejazd i plastikową kartę wielokrotnego użytku pobrał 10usd. Na stacji South Capitol znalazłem się po około półtorej godzinie od rozpoczęcia podróży z lotniska. Może tak ma być a może to awaria prądu, ale stacje metra były wybitnie słabo oświetlone. 

Na zegarku 17:45, najdalej o 19:45 musiałem rozpocząć powrót na lotnisko, bo samolot wystartować miał o 22:00. Dzięki przesunięciu czasu o godzinę (UTC minus 4), prawie cały spacer miałem odbyć jeszcze za dnia. A raczej marszobieg, bo do pokonania miałem blisko 15km. Dam radę.

Od pierwszego wejrzenia spodobało mi się w Waszyngtonie. Czysto. Porządne chodniki, ładne budynki, teren wokół zadbany. Bez żadnych okropnych bud, szyldów. Ludzi niewielu, pustki na ulicach. Jakże inaczej niż jeszcze rano. Zawsze tak mam po wyprawie poza zachodnie cywilizacje. Burdel i bałagan w niektórych krajach w pewnym momencie zaczyna być męczący. Lecz, gdy za długo jestem w świecie uporządkowanym, tęsknię za tym chaosem i zgiełkiem.

Dopadłem starej zaspy śnieżnej i delektowałem się zimnem śniegu. Temperatura poniżej 10 stopni Celsjusza bardzo mi odpowiadała. Na początek obszedłem sobie Kapitol (parlament – Izba Reprezentantów i Senat) podziwiając również gmachy Biblioteki Kongresu i Sądu Najwyższego. Po zejściu ze wzgórz ruszyłem parkiem – National Mall ku rzece Potomak. Tego dnia w stolicy odbywały się duże protesty przeciw dostępowi do broni palnej – przed Kapitolem i Białym Domem. O tej porze praktycznie już zakończone. Służby porządkowe dzielnie sprzątały teren. Osobliwy był niekończący się rząd toi toiów (toalet) z boku parku. Nie wygląda to estetycznie, lecz zwarzywszy że w tym miejscu przy różnych okazach potrafią się zebrać setki tysięcy ludzi, a nawet więcej, jest to uzasadnione. Po bokach mijałem okazałe budowle kulturalne – Narodowa Galeria Sztuki, Muzeum Smithsonian, Historii Naturalnej. I tak doszedłem do szpiczastej Kolumny Waszyngtona. Ogrodzonej barierkami, więc podejść pod sam obelisk nie było możliwości.

Tutaj skręciłem w kierunku Białego Domu (White House). Po drodze mijając ministerstwa, hotele, banki, teatry, muzea. Przed Białym Domem, odgrodzonym solidnie od deptaka (ul. Pensylwania) przy Parku Lafayette, trwały resztki protestów. Wróciłem w rejon pomnika Waszyngtona, podziwiając zachód słońca zbliżałem się do Mauzoleum Lincolna (Lincoln Memorial) przypominającego grecką budowlę. Przed nim znajduje się duży prostokątny staw oraz Mauzoleum II Wojny Światowej z fontannami. W tym miejscu i przed Białym Domem było więcej ludzi, poza tym przyjemnie pusto. W Mauzoleum Lincolna jest jego siedzący posąg, a gdy zwiedza się z przewodnikiem to miejsce, można zejść do jaskiń pod budowlą. Od Kapitolu do mauzoleum w linii prostej jest ponad 3,5 kilometra.

Kierując się ku rzece Potomak dzień praktycznie się skończył, a podświetlone Mauzoleum prezentowało się dostojnie. Za budowlą ludzie znikli, więc na moście Arlington Memorial poza mną nikogo nie było. Potomak w tym miejscu jest rzeką godną szacunku, z pewnością ma ponad pół kilometra szerokości. Mijały dwie godziny ekspresowego zwiedzania amerykańskiej stolicy. Tyle wystarczyło by mieć ochotę tutaj wrócić. Rekonesans zachęcił mnie, by wpaść tu w przyszłości na kilka dni. Zresztą chętnie zwiedziłbym niektóre stołeczne muzea.

Stolica mocarstwa czyli metro działa jeśli nie całą dobę, to przynajmniej do godzin nocnych. Logiczny wniosek, lecz błędny. Gdy zmrok już praktycznie zapadł doszedłem do stacji Arlington Cemetery za rzeką Potomak. Schody ruchome działały, ale drzwi do tunelu zamknięto. Bo na tym odcinku metro działa do okolic dziewiętnastej. Houston mamy problem. I tak wiedziałem, że powinienem wysiąść na ważniejszej stacji w zabudowanej okolicy, by dalej pojechać taksówką. Tutaj na pustkowiu wszystko wskazywało, że na samolot nie zdążę. Nagle nie wiadomo skąd pojawia się taksówka, trąbi na mnie, kierowca czuje, że jej potrzebuję. Pochodzi z Afganistanu, przyjechał do USA w 1980 roku z rodzicami.

Wiedziałem, że normalnie za kurs powinienem zapłacić 70-75usd, ale proszę kierowcę byśmy przejechali jeszcze koło Pentagonu, który jest w pobliżu. Ustaliłem z nim cenę za wszystko na 60usd. Przestraszył się, gdy postanowiłem zrobić nocne zdjęcie Pentagonowi przez okno. Mówił, że pełno tutaj funkcjonariuszy secret service, policji, mogą mnie aresztować. Nie złamałem prawa, niech próbują. Zrobiliśmy dwa kółka wokół budynku.

Droga na lotnisko była sprawna. Kontrola bezpieczeństwa też odbyła się w rozsądnym czasie. Nawet został kwadrans przed odlotem, by coś zjeść. Uświadomiłem sobie, że tego dnia zjadłem tylko paczkę ciastek na śniadanie w Meksyku, a piłem coś osiem godzin wcześniej. Takie drobiazgi jak jedzenie i picie mają dla mnie niewielkie znaczenie.

Lot do Nowego Jorku to tylko godzina z Waszyngtonu, dostarczyła trochę wrażeń. Bliskość oceanu i turbulencje nawet nie pozwoliły załodze pokładowej podać czegoś do picia. W niewielkim samolocie CRJ 700 (Bombardier) wstrząsy były mocno odczuwalne. W nagrodę otrzymałem piękny widok na Manhattan podczas lądowania na lotnisku LaGuardia.

Dość nadźwigałem się plecaka na tej wyprawie i nie chciałem sobie już nim zawracać głowy. Dlatego wymyśliłem, że od razu przewiozę go na lotnisko JFK, zostawię w przechowalni bagażu. Na resztówkę wyjazdu wszystko miałem w podręcznym plecaku. Pomiędzy lotniskami miałem się przemieścić metrem. Gdzie jak gdzie, ale w Nowym Jorku powinno kursować całą dobę. Lecz dostałem dziwną propozycję od pracownika lotniska. Poczekaj, pomożemy ci. Okazało się, że kilkanaście osób chce dojechać na Manhattan na dworzec kolejowy, bo mają pociąg. A w drodze powrotnej podrzucą mnie pod Terminal 4 JFK, choć to zupełnie nie po drodze. Zapłaciliśmy wszyscy po 17usd za bilety i w drogę. Z Manhattanu na JFK byłem jedynym pasażerem.

Amerykanie pod względem bezpieczeństwa po ataku 9/11 (2001) osiągnęli poziom groteski. Wyśmienitym przykładem jest moje zostawienie bagażu w przechowalni na lotnisku JFK w Nowym Jorku. Kwit do wypełnienia, zdjęcie, skan paszportu. Potem pracownik kazał otworzyć plecak. Otworzyłem. Marudzi, że nic nie zobaczy, bo mały otwór. Co ja ci na to poradzę, to jest plecak. Muszę zadzwonić do szefa czy możemy go przyjąć – słyszę. Może będziesz musiał wszystko wyjąć. Zapomnij – stanowczo odpowiedziałem. I nie mogłem się powstrzymać przed komentarzem – macie najgłupsze zasady przyjmowania bagaży na świecie. Jak się gość wściekł. Odłożył słuchawkę, bo szef nie odbierał. I na mnie, że terroryści są wszędzie, że to bezpieczeństwo. Że mogę mieć w plecaku bombę, że w każdym bagażu za jego plecami może być bomba i może wylecieć w powietrze w każdej chwili. Od razu zauważyłem, że człowiek ma już jakieś zaburzenia psychiczne na tym tle i powinien natychmiast zmienić pracę. Słysząc te brednie zakołatała – który to już raz – myśl, co za popieprzony kraj, co za popieprzeni ludzie. Przerwałem gwałtownie jego wrzaski i jak zwykle spokojnie i powoli udzieliłem merytorycznej odpowiedzi. Człowieku, ten bagaż sprawdzono dzisiaj na lotniskach w Meksyku, w Waszyngtonie i w Nowym Jorku. Bomby nie znaleziono. Ty nie masz żadnej umiejętności by rozpoznać bombę, nawet jakbym ją miał. Więc nie opowiadaj bredni tylko daj mi kwit i nie marnuj mojego czasu. A minęło już 20 minut jak próbowałem go zostawić. Przyznam szczerze, że brałem pod uwagę, że gość wyrzuci mnie z przechowalni na zbity pysk. Ale zamilkł. Położył plecak na półce i dał mi kwit mówiąc: do widzenia. Niewiarygodne. Są jeszcze ludzie na których merytoryczne argumenty działają. Co do cen, kryteriami są wielkość bagażu w calach i czas. Na dobę w zależności o tychże cali ceny wahały się pomiędzy 6 a 20 usd (za niewymiarowe przedmioty indywidualna wycena). 70-litrowy plecak znajdzie się w kategorii 15-20usd za dobę.

Na zdjęciach Waszyngton 24-go marca: tzw. Sky Train na lotnisku Dulles, stacja metra Południowy Kapitol, sam Kapitol w różnych odsłonach plus Sąd Najwyższy (Supreme Court), Biblioteka Kongresu, Pomnik II Wojny Światowej oraz jeden z budynków rządowych. Wóz policyjny chroniący amerykański parlament i akcja policyjna w pobliżu oraz telewizyjny wóz transmisyjny. Dalej Narodowa Galeria Sztuki z toi toiami przed nim, Pomnik Waszyngtona, Biały Dom z ochroną Secret Service, Park Lafayette, ulica Pensylwania. National Mall (park) z „basenem” i Mauzoleum Lincolna. Na końcu rzeka Potomak i budynek Pentagonu.

Pod koniec galerii widać też pozostałości po proteście, który odbył się 24 marca. Nie był to byle jaki protest, o nazwie: March For Our Lives (Marsz za nasze życia). Ponoć największy od czasów wojny w Wietnamie. Odbył się w wielu miastach nie tylko w USA, ale w samym Waszyngtonie zebrało się wg różnych szacunków od kilkuset tysięcy to miliona osób. Zwłaszcza młodych. Żądaniem protestu było ograniczenie dostępu do broni palnej, gdyż Stany Zjednoczone targane są częstymi masakrami przy jej użyciu. Zdrowie i życie są ważniejsze niż prawo dostępu do broni palnej, czas na zmiany – głosiły transparenty. Według mediów, w czasie protestu Donald Trump odpoczywał na swoim polu golfowym na Florydzie. Za to protesty poprzez twitter wsparł były prezydent Barack Obama z żoną.

Opublikowano w Blog
Będąc w Cancun, na Jukatanie, jedna wycieczka jest obowiązkowa - do Chichen Itza. Z braku czasu musiałem wykupić wycieczkę w biurze turystycznym, wiedząc że zadowolony z niej nie będę. Czasami trzeba się poświęcić. Gdybym miał czas, wynająłbym samochód i zrobił po swojemu, wtedy byłoby dopiero porządnie. Nie mniej, te atrakcje nie miały dla mnie większego znaczenia, dlatego było mi wszystko jedno.

Pierwszego dnia przyjechałem za późno, by wykupić jakąś wycieczkę do Chichen Itza ("cziczen itza"), chociaż gdybym bardzo chciał, mogłem zrobić to przez internet. Kolejnego dnia kupiłem wycieczkę w pierwszym napotkanym biurze, niedaleko dworca autobusowego. Cena 45USD wydała mi się rozsądna. A czas jest cenniejszy od pieniędzy. Wolałem go spędzić na zwiedzaniu.

O 6:00 rano stawiłem się przed biurem, chociaż była możliwość odbioru z hotelu. Miałem niedaleko. Od początku działo się to, czego się spodziewałem. Czyli próby zdobycia dodatkowych pieniędzy przez organizatorów. Jak zapłacisz 10usd będziesz miał nielimitowaną wodę, sok, piwo, a w Chichen Itza puszka kosztuje 4usd – słyszałem. Jak zapłacisz dodatkowe 5 usd dostaniesz na śniadanie kawę i drożdżówkę. Jak zapłacisz 20 usd dostaniesz butelkę z alkoholem, ale na nim będzie Twoje zdjęcie jako etykieta. Za 30usd będzie koszulka z Chichen Itza i twoim imieniem, a za 50usd srebrny naszyjnik z twoim imieniem. Turyści nie potrafią odmawiać i prawie wszyscy na te propozycje przystali, niektórzy zwiększając koszt wyjazdu o ponad 100 procent. Zawsze wiem czego chcę a czego nie i nie mam problemów mówić: nie jestem zainteresowany. Napoje wydawał w małych kubeczkach kierowca autobusu, rozlewał z dużych butelek, trzymanych w lodówce turystycznej. Czyli jedząc lunch, zwiedzając ruiny Majów albo kąpiąc się w cenote – były niedostępne. Tylko przy autobusie na postojach. Piwa nie lubię, przez cały dzień wypiłem pół litra wody, więcej nie potrzebowałem. Śniadanie polegało na okropnej kawie z saszetki, mleku w proszku i mini croissancie. Za darmo bym nie skorzystał, zresztą wartość tej usługi nie wynosiła nawet dolara. Alkohol w butelce 250ml o smaku jakiegoś płynu leczniczego, wielokrotnie przepłacony. Koszulka warta może pięć usd, do tego brzydka, a srebro to stal posrebrzana.

Chociaż na miejscu zbiórki byłem o wspomnianej szóstej rano, zanim pozbieraliśmy ludzi z Zona Hotelera zrobiła się ósma. Organizacja od początku była słaba. Dwa razy się przesiadałem do innych autobusów, by trafić do siedziby firmy organizatora. Tam jak w fabryce, były różne kolejki, znakowanie rąk etykietami. Zebrani ludzie jechali na różne wycieczki. Nadgorliwi pracownicy ustawiali ludzi, przesuwali, mówili gdzie mają później stanąć. Traktując jak więźniów. Takie działania, które nie mają żadnego uzasadnienia, są dla mnie nie do przyjęcia. Dlatego pracowników ignorowałem i udawałem, że ich nie słyszę. Skoro nie potrafią zorganizować wycieczki w sposób cywilizowany, kulturalny, to muszą ponieść tego konsekwencje. Aczkolwiek inni pozwalali się przestawiać jak pachołki. Ich sprawa.

W końcu mogliśmy wyjechać. Do Valladolid było blisko 200km bardzo dobrymi drogami. Łącznie mięliśmy pokonać ok. 500km. W autobusie zapełnionym w ponad połowie, mniej więcej po równo było: białasów, Azjatów z Japonii lub okolic, oraz Meksykanów na wakacjach.

Valladolid to stare kolonialne miasto. Podobne do innych tego typu, nic ciekawego. Postój trwał pół godziny. W centrum jest główny parkowy plac, a obok wielki kościół – Iglesia de San Servacio. 40 kilometrów dalej jest cenote Ik Kil. Bardzo turystyczna, gdzie dużo ludzi. W zamian jest solidnie zagospodarowana. Tutaj postój wynosił godzinę. To właśnie dyskwalifikuje takie wycieczki. Bo polegają na zaliczaniu, z zegarkiem w ręce, zmuszają do pośpiechu. Takie zwiedzanie nie ma sensu. Dlatego zwykle organizuję sobie wszystko sam.

Cóż to jest cenote? To studnia krasowa w wapieniu, bardzo charakterystyczna na półwyspie Jukatan. Połączona z wodami gruntowymi zapewnia bardzo czystą wodę. Dla Majów były to podstawowe źródła pozyskiwania wody. Wokół nich budowali swoje miasta. Dodatkowo wierzyli oni, że prowadzą w zaświaty. Rytualnie składano w nich ofiary z ludzi. Dzisiaj często służą jako baseny kąpielowe, można w nich nurkować. Cenote Ik-Kil uchodzi za jedną z najpiękniejszych. Głębokość do lustra wody to 18 metrów, gdzie schodzi się tunelem wydrążonym w skale. Woda ma głębokość wg różnych źródeł 40-50m. Majowie składali w niej ofiary dla bóstwa deszczowego Chaaka. Na dnie znaleziono ludzkie szkielety i biżuterię. Ściany częściowo są porośnięte roślinnością. Ładne miejsce, a woda nie za ciepła, nie za zimna. Kilkukrotnie odbyły się tutaj zawody Red Bull Cliff Diving World Series, czyli skoków do wody ze skraju cenote.

Wokół cenote są restauracje, sklepy, miejsca noclegowe, przebieralnia, przechowalnia rzeczy, toalety, można wypożyczyć kamizelkę ratunkową, bo jak mówią napisy: kąpiel jest na własną odpowiedzialność. Żeby tak na spokojnie sobie tam popływać, przebrać, ubrać, wystarczą dwie godziny.

Jednak zanim odwiedziliśmy cenote, zatrzymaliśmy się na lunch w cenie wycieczki. Oczywiście obok wielkiego sklepu z pamiątkami i oczywiście lunch nie obejmował napojów. Straciliśmy tutaj dwie godziny, zainteresowanie sklepem było niewielkie. Osobiście nawet do niego nie wszedłem, kupowanie badziewia mnie nie interesuje. Wolałem poleżeć pod palmą. Przed sklepem pokazywano kawałki wulkanicznego obsydianu i wyroby z niego. Co akurat w tej części Meksyku jest bez sensu, bo tutaj nie ma wulkanicznych skał, tylko wapień. Obsydian występuje w okolicach Teotihuacan, w zupełnie innej części kraju.

Gonitwa na takich wycieczkach wymuszona jest ich organizacją. Rano grupa zbierana była przez trzy godziny. Dobra organizacja skróciłaby procedurę poniżej godziny. Dwugodzinny lunch zamiast czterdziestu pięciu minut, nie był przypadkowy. Chodziło o zakupy pamiątek, na czym zyskują też organizatorzy wyjazdu. Tracą klienci. Bo gdy organizator zmarnował pół dnia potem trzeba gonić.

Z Ik Kil do kompleksu archeologicznego Chichen Itza jest kilka kilometrów. Tu następowała kulminacja wycieczki i ostatni turystyczny jej punkt.

Jakość usług przewodnickich w Ameryce Środkowej jest niska. W zasadzie przewodnicy nadają się tylko jako drogowskazy. Jestem przyzwyczajony do zupełnie innych standardów. Dlatego niczego dobrego nie spodziewałem się na tej wycieczce. Ale nie spodziewałem się, że będzie aż tak źle. Starszy pan, który non stop mówił, już od wyjazdu z Cancun. Niestety miał bardzo ograniczony zasób angielskich słów i ciągle powtarzał to samo. Nie przekazując żadnej wiedzy, same bzdety. Dosyć szybko zaczął się irytować, bo nikt go nie słuchał. Jedni słuchali muzyki, inni rozmawiali. Prosił o ciszę, bo może ktoś chce posłuchać o czym mówi. Nikt nie chciał. Strasznie irytujący. Na wycieczkę po Chichen Itza większość zabrała od niego bilety i poszła na samodzielne zwiedzanie. Nie chcąc słuchać jego opowieści. Zresztą regularnie przypominał, że na koniec wycieczki można mu zostawić napiwek. Nie widziałem, by ktokolwiek mu dał. Ów człek sprawił mi dodatkowy problem. Podawał inny czas niż wskazywał mój zegarek. Ja miałem piętnastą, on mówił, że jest czternasta. Jeśli mamy odjechać za godzinę czy dwie łatwo dotrzymać terminu. Ale ja miałem następnego dnia lot do Waszyngtonu. I ta godzina robiła różnicę. Inni pasażerowie też zdziwieni. Lecz o poranku nie byłem ani za wcześnie ani za późno na start przedmiotowej wycieczki. Mimo to, na wszelki wypadek po powrocie poszedłem zapytać na dworcu autobusowym – która jest godzina? Spytałem przechodnia i jeszcze sprawdziłem w internecie. Mój czas był prawidłowy. Ale dupek-przewodnik i tak namieszał. Albo niech ci ludzie się wyszkolą do obsługi zachodnich turystów albo lepiej niech ich nie będzie, sam kierowca autobusu wystarczy.

Jesteśmy w Chichen Itza, czas na zwiedzanie – dwie godziny. By zaliczyć i zrobić kilka fotek – wystarczy. By zwiedzić - to absolutnie za mało. Aby na spokojnie obejść cały teren, poczytać informacje, potrzeba z czterech godzin. Ale pasjonat Majów bez problemów będzie chciał tutaj być cały dzień. Udało mi się obejść cały teren w dwie godziny, ale był to marsz bez chwili wytchnienia. Przy czym większość turystów to zaliczacze i wystarczy im obejście głównej piramidy. Po pół godzinie już się nudzą.

Ceny biletów różnią się dla cudzoziemców i miejscowych, ale różnica nie jest tak skrajna jak w Tikal w Gwatemali. Dużo ludzi, to i kolejka do wejścia była długa. Lecz jeden z uczestników mojej wycieczki stwierdził: dzisiaj jest spokojnie, tłumów nie ma. Kilka lat wcześniej doświadczył prawdziwego turystycznego oblężenia Chichen Itza. W ostatnich latach odwiedza to miejsce blisko trzy miliony osób rocznie.

Chichen Itza to duże miasto funkcjonujące pomiędzy 600 a 1200 – rokiem naszej ery (niektóre źródła podają, że zamieszkiwane było do około 1500 roku). Znajduje się na Północnej Nizinie Majów, na Jukatanie. Słynie z różnorodności architektonicznej. Mieszkały w nim liczne grupy etniczne Majów (przede wszystkim) i Tolteków (później), w tym lud Itza, od których wzięło nazwę.

Dzisiaj oglądamy zagospodarowane i odrestaurowane ruiny, ale zanim się to stało teren był zniszczony i zarośnięty. Aczkolwiek tutejsze lasy tropikalne nie są gęste, jest sucho.

Główna część miasta ma powierzchnię 5km2, a najważniejszym budynkiem jest piramida Kukulkana, świątynia, której Hiszpanie nadali nazwę El Castillo (Zamek). Z niedawnych odkryć wiemy, że pod świątynią jest cenote. Do tego momentu znano cztery cenote, które zaopatrywały miasto w wodę. Najbardziej znana to Cenote Sagrado (Święta Studnia, Święta Cenote), do której składano ofiary z ludzi. Na dnie oprócz ich szczątków znaleziono wyroby ze złota i jadeitu.

Zrekonstruowana schodkowa piramida Kukulkana prezentuje się okazale, ma prawie 30 metrów wysokości, nie można na nią wchodzić. Kukulkan bóstwo-wąż Majów to odpowiednik Quetzalcoatla u Azteków. Chichen Itza jest na liście światowego dziedzictwa UNESCO od 1988 roku, a w 2007 roku obiekt został uznany za jeden z siedmiu nowych cudów świata. W nawiązaniu do siedmiu starożytnych cudów świata. Bez piramidy Kukulkana z pewnością by tak nie było. Ona dominuje. Reszta miasta przy niej wygląda dosyć mizernie. W niektóre fragmenty turyści nie zaglądają w ogóle.

W tej części Ameryki wyróżniłbym trzy najcenniejsze miasta-stanowiska archeologiczne: najstarsze Teotihuacan (kultura Teotihuacanu, Aztekowie, Toltekowie), Tikal (Majowie), Chichen Itza (Majowie, Toltekowie). Są też najbardziej znane i najlepiej rozegrane marketingowo. Jeśli chodzi o atrakcyjność turystyczną, ustawiłbym je w tej samej kolejności. Czy w przyszłości dołączy do nich kolejne? Niewykluczone. Muszę przyznać, że Chichen Itza przy dwóch pierwszych stanowiskach prezentuje się co najwyżej przeciętnie. Gwatemalskie Tikal, bo dwa pozostałe miejsca to Mkesyk, doceniłbym dodatkowo za położenie blisko natury, w lesie tropikalnym, z dala od współczesnych miast i miasteczek. Nie jest też jeszcze zadeptane przez turystów jak Teotihuacan i Chichen Itza.

Ale żeby nie było, że w Chichen Itza jest tylko piramida Kukulkana (Kukulcana), wspomnę o paru innych obiektach. Świątynia Wojowników (Templo de los Guerreros) z licznymi kolumnami, nawiązująca do sztuki Tolteków. Juego de Pelota czyli wielkie boisko do mezoamerykańskiej piłki nożnej. Nieduża piramida Osario, El Caracol – świątynia-obserwatorium astronomiczne, zdobione świątynie Las Monjas.

Albo platformy: Orłów i Jaguarów ze schodami z czterech stron i z panelami, na których tytułowe zwierzęta pochłaniają ludzkie serca. Złowieszczo przedstawia się platforma CzaszekTzompantli, Platforma de los Craneos. Widać tutaj wpływ centralnego płaskowyżu meksykańskiego. Jednak w przeciwieństwie do stolicy Azteków - Tenochtitlan (dzisiaj miasto Meksyk), tutaj czaszki zostały nabite pionowo. Rzecz jasna wymienione obiekty stanowią tylko cząstkę znajdujących się w Chichen Itza.

Warto dodać, że do biletu żadnej mapy się nie dostaje, a te umieszczone na tablicach są marnej jakości, często zniszczone. Inne oznakowanie oraz napisy informacyjne także pozostawiają dużo do życzenia. Najwyższy czas na poważne zmiany w tym zakresie, ale w Meksyku trudno się tego spodziewać.

Oprócz zabytków na terenie strefy archeologicznej jest pełno stoisk z pamiątkami. Coś do picia i słodkiego do jedzenia również można kupić. Pamiątki to zwykle straszliwa tandeta. A najbrzydsze badziewia kosztują – one dollar – magnesy na lodówkę, małe figurki z tworzywa. Ten tekst słychać cały czas. Ale nawet turyści powoli chyba mają dość takiej oferty. Wielu kupujących nie było a sprzedawcy byli rozgoryczeni i zdenerwowani. Niemal na siłę próbowali przekonać do zakupu i nie rozumieli braku zainteresowania ofertą. Przecież jest tak tanio. Nigdy takiego dziadostwa nie kupuję, w ogóle nie przywożę pamiątek z wyjazdów. Sporadycznie pojedyncze rzeczy. I jeśli już to jedynym kryterium jest jakość, a nie cena. Wychodzę z założenia że czym mniej zagracone mieszkanie, tym szybciej można je posprzątać. Ponadto w Chichen Itza jest mnóstwo podróbek. Nie tylko większość jest „made in china”, ale za srebro robi żelazo, szkło za onyks albo obsydian, a sztuczne tworzywa za kamień użyty do rzeźbienia.

Gdy opuszczałem Chichen Itza, do zmroku brakowało blisko dwóch godzin. Wejście było już zamknięte (bilety sprzedawano do 16:00). Powrót trwał dosyć długo, gdyż centrum Cancun było ostatnim przystankiem wysadzania uczestników. Na zegarku widniała godzina 21:00.

Ciekawostki. Każdy słyszał, że dinozaury prawdopodobnie wymarły na skutek uderzenia dużej asteroidy albo komety w Ziemię, około 66-65 milionów lat temu. Dzisiaj prawie wszyscy naukowcy się z tym zgadzają. A uderzenie miało miejsce na terenie obejmującym dzisiejszy fragment półwyspu Jukatan i Zatoki Meksykańskiej. Krater Chicxulub (od nazwy miasta) po upadku asteroidy o szerokości 10-15km miał około 150km średnicy i 20km głębokości.

Gdy pisałem o kanale Panamskim przedstawiłem, gdzie biegnie granica pomiędzy Ameryką Południową a Ameryką Północną, którą od Panamy na północ nazywa się też Środkową albo Centralną (ale niezmiennie jest częścią Północnej). W takim razie gdzie owa środkowa część się kończy na tejże północy? Najpowszechniej przyjmuje się że w Meksyku, na zwężeniu za półwyspem Jukatan, on sam jest w Ameryce Środkowej. Niektórzy jednak uważają, że na zwężeniu przed Półwyspem Jukatan w Gwatemali albo na granicy Meksyku z Belize i Gwatemalą. Patrząc na mapę, pierwsza wersje jest najsensowniejsza.

Przez prawie całą wyprawę nie padał deszcz, za wyjątkiem Kostaryki. A więc gdy byłem w Cancun minął już miesiąc od ostatniego deszczu i do końca wyprawy również nie padało. Dopiero w Polsce tego doświadczyłem. I cieszyłem się jak dziecko, bo upały Ameryki Centralnej były dla mnie trudne do wytrzymania.

Informacje praktyczne. Ceny. Autobus z terminala ADO w Cancun na lotnisko 78pesos (1usd = ok. 17 pesos) i ok. 40-50min jazdy, a taksówka ok. 30usd (niecałe 20km). Ktoś mi mówił, że musiał zapłacić 30usd opłaty wylotowej. Ale większe linie lotnicze wszystkie opłaty mają w cenie biletu, więc jest to raczej wyjątek niż reguła.

Bilet wstępu do cenote Ik Kil 80pesos, a do Chichen Itza 254pesos (dla meksykanów 168pesos ,ale dzieci i starsze osoby za darmo). Całodniowa wycieczka obejmująca Valladoid, cenote Ik Kil, strefę archeologiczną Chichen Itza – kosztowała 45usd (w tym transport, przewodnik, bilety wstępu, lunch).

W centrum Cancun jednym z miejsc kupowania pamiątek jest duży teren zwany Mercado 28. Jest tam sporo sklepów i niezliczona ilość produktów zwykle niskiej jakości. Ale ceny już takie nie są. Widziałem brzydkie magnesy na lodówkę po 10-15usd. Ceny tych samych rzeczy między sklepami potrafią różnić się o ponad 100 procent. Trzeba być czujnym i się targować, a najlepiej nie kupować takiego badziewia, bo po co?

W strefie Zona Hotelera (kilometry hoteli nad Morzem Karaibskim) również można zaopatrzyć się w pamiątki.

W przeciwieństwie do wcześniej odwiedzonych krajów w Meksyku są kantory, dzięki czemu łatwo wymienić pieniądze. Niestety są wybitnie pazerne i oferują bardzo słaby kurs. Niektóre sklepy z pamiątkami oferowały przeliczenie 1usd na 20 pesos. Na granicy z Belize handlujący walutą oferowali 18 pesos. Sklepy i restauracje oferowały 17,50-18 pesos, banki 17,50 pesos. Kantory 17-17,30 pesos. Przy czym jak zerknąłem z ciekawości na stronę banku narodowego Meksyku wyceniał jednego dolara na 18,6 pesos. Na szczęście w Cancun i na Jukatanie wszędzie bez problemów można płacić dolarami amerykańskimi. Nawet w małym lokalnym spożywczaku. Dużo gorzej było z kursem walutowym euro, ponieważ rozpiętość w kantorach wahała się od 19 do 23 pesos za 1 euro.

Na zdjęciach z ostatnich dni marca: wpierw cenote Ik Kil, potem jedno z Valladoid i reszta z Chichen Itza z piramidą Kukulkana na czele. 

Opublikowano w Blog

Belize City. Przyjechał autobus do Cancun. Liczba pasażerów wynosiła 14 osób, same białasy, bo drogie bilety. Dwóch meksykańskich kierowców nie mówiło wcale po angielsku, nikt w autobusie nie mówił płynnie po hiszpańsku. Dlatego od razu powstało zamieszanie. Większość osób wysiadała na trasie, w miejscach turystycznych. Kierowca tak gestykulował i używał słów w taki sposób, że zainteresowani zrozumieli, że to nie ich autobus. Zaczęli wysiadać i zabierać swoje bagaże. Kierowca zaczął ich łapać, dając jednak do zrozumienia, że to właściwy autobus. O co chodziło, nikt nie miał pojęcia? Gdy znowu komplet znalazł się w autobusie, nie nauczony doświadczeniem z przed kwadransa kierowca jeszcze raz rozpoczął wywód, z którego można było wywnioskować, że autobus nie zatrzyma się w miejscach pośrednich pomiędzy Belize City a Cancun. Ludzie zgłupieli, niektórzy się śmiali, zaczęli wysiadać z autobusu. Udali się do sklepiku, w którym przy okazji kupuje się bilety, by zapytać o co chodzi? Zamieszanie totalne. Kierowca biegał, próbował ludzi znowu zaprowadzić do autobusu. Najprostsze anglojęzyczne pytanie pozostawało bez odpowiedzi. Niektórzy nieźle go opieprzyli, dobrze że tego nie rozumiał. Ale na opieprz zasłużył. W głupszy sposób sprawy rozegrać nie było można.

Ale to nie był koniec, a czas odjazdu dawno już minął. Kierowca poprosił nas wszystkich o wysiadkę. Trzeba było sporej wyobraźni, by zrozumieć, że chodzi mu o pogrupowanie bagaży według destynacji. Może o to mu wcześniej chodziło? Absurd polegał na tym, że w wielkim luku, wszystkie bagaże leżały obok siebie i nie miało żadnego znaczenia, gdzie kto wysiada. Każdy mógł w sekundę wyciągnąć swój bagaż. Ludzie nie wiedzieli o co chodzi, przesuwali swoje bagaże według niezrozumiałych sugestii kierowcy. W części do Cancun było sześć walizek plus mój plecak. Lecz do Cancun dojechałem jako jedyna osoba, taki paradoks.

Jedziemy. W autobusie był telewizor, więc kierowcy puszczali filmy. Wszystkie z hiszpańskim lektorem, bo Latynosi nie lubią czytać napisów. To że nikt z pasażerów nie zna hiszpańskiego, drobiazg. Choć można było ustawić napisy angielskie, panowie tego nie zrobili. A może nie potrafili? W końcu na autobusowym wyświetlaczu królował rok 2010, miesiąc, dzień i godzina również zupełnie nie pasowały.

Do dzisiaj „mam traumę” po oglądaniu filmów w hiszpańskojęzycznych autobusach. Podczas jednej z wypraw do Ameryki Południowej, w 2010 roku, byłem zmuszony do wielokrotnego oglądania filmu Avatar. Jako że podstawowym środkiem transportu był autobus i spędziłem w nich wiele godzin, łącznie – dni. Kilkanaście razy albo i więcej karano mnie nim, czasami dwa razy podczas jednego przejazdu. Kobiety płakały ze wzruszenia a ja błagałem w myślach, by mnie ktoś zastrzelił. Koszmarny, długi i nudny film.

Tym razem Avatara nie musiałem oglądać, ale coś równie okropnego. Jakiś film z mapetami. Drugi kierowca, który siedział przede mną był nim zachwycony. Nie odrywał oczu od ekranu i głośno się śmiał. A ja się zastanawiałem gdzie jestem? Ukryta kamera, zakład psychiatryczny na kółkach? Kolejny film z pirackiej płyty, które tutaj wszędzie można kupić, poważniejszy, z czasów drugiej wojny światowej, nie wzbudził najmniejszego zainteresowania u kierowcy. Przerzucił się na jakieś hiszpańskojęzyczne bzdury na smartfonie, jeszcze gorsze od mapetów. I uchachany był cały czas. Co roku powstają liczne filmy jak to ludzie zamieniają się z zombie i miałem właśnie takie odczucie. Koszmarnie antyintelektualna papka filmowo-telewizyjna robi z ludzi takich zombie. Oglądanie zabija szare komórki i później pojawia się wrażenie, że człowiek żyje wśród zastraszająco rozszerzającej się epidemii zamieniającej ludzi w bezmózgie stwory. Przerażająca świadomość.

Pozostali pasażerowie mieli zdaje się podobne odczucie. Skupiali się na wszystkim, tylko nie na oglądaniu filmów. Ale gdy kierowca przy mapetach wybuchał śmiechem, oni również. Tylko śmiali się z głupkowatego śmiechu kierowcy, który myślał, że cieszą się tak jak on zabawną sceną w mapetach. Też miałem niezły ubaw. Bardzo lubię obserwować z boku ludzi, świat. Jak się zachowują, co i jak mówią, wypatrywać nawet tych drobnych gestów, które tak dużo mówią o człowieku. Zawsze interesowała mnie psychologia i gdy jeszcze byłem czynnym prawnikiem, powtarzałem – prawnik musi być dobrym psychologiem. Umiejętność psychologicznego rozpracowywania ludzi przyniosła mi wiele sukcesów, także w sprawach beznadziejnych. Brakuje mi tego czasami. Ale bycia podróżnikiem „na pełen etat” nie da się połączyć z byciem prawnikiem nawet „na ćwierć etatu”.

Po poważnym filmie znowu na ekranie pojawiła się jakaś durna bajka, kierowca odłożył smartfon, skupił się na dużym ekranie. W międzyczasie kierowca fizycznie prowadzący autobus puścił sobie muzykę, takie lokalne disco-polo. Gdybym był zainteresowany filmem, nie słyszałbym lektora.

Granica Belize – Meksyk. Asfaltowo-betonowa bez lokalnych klimatów. Żadnych sprzedawców, sklepików. Jedynie kilka osób gotowych służyć za kantory. Prawdopodobnie granicy nie da się pokonać pieszo. Punkty graniczne dzielą 2-3 kilometry szerokimi i obetonowanymi drogami. Ale widziałem, że niektórzy pokonywali granicę taksówkami. Wpierw Belize. Tylko nasz autobus, ale odprawa trwała długo – bo to Belize i chillout, który w Europie nazywamy lenistwem albo brakiem wydajności. Belize turystów żegna efektownie – opłatą wyjazdową w wysokości 40 lokalnych dolarów albo 20 amerykańskich. I nie ważne czy w Belize byłeś pięć godzin czy tydzień. Od Panamy poszalał podobnie tylko jeden kraj – Nikaragua, pobierająca na wjeździe 14usd.

Rozumiem Belize. W kraju, w którym głównym celem mieszkańców jest nic nie robić, trzeba jakoś pozyskać pieniądze. Dla turystów to bolesne, dla Belize zbawienne. Ale tylko pozornie. Opinia, zgodna z prawdą, że kraj jest drogi i pobiera dużą opłatę na granicy, zniechęca wielu turystów do przyjazdu tutaj. Skoro mogą to samo zobaczyć za dużo mniejsze pieniądze w sąsiednich krajach, po co tutaj przyjeżdżać. Belize można pominąć. Gwatemala z Meksykiem ma granicę. Gdyby lokalne władze były mądre – zniosłyby tą opłatę albo drastycznie obniżyły. Dopilnowałyby, aby ceny noclegów, transportu, biletów wstępu nie były wysokie. Lepiej zorganizowały usługi turystyczne. Wtedy, w nagrodę, przyjechałoby tutaj wielu turystów, którzy zostawiliby sporo pieniędzy. A to diametralnie mogłoby poprawić ekonomię tego małego, ledwie 400-tysięcznego państwa. Póki co, krąży opinia w świecie, że Belize jest drogie i lepiej je omijać. I większość turystów przemierzających Amerykę Centralną tak właśnie robi. A ci co odwiedzili Belize, tak jak ja uważają, że nie ma tutaj po co przyjeżdżać ponownie. A do Meksyku czy Gwatemali, owszem.

Długo trwało zanim dotarłem do okienka, by móc uiścić 20usd i dostać pieczątkę do paszportu. Urzędnik miał permanentnie namalowane na twarzy jak mu się źle pracuje, jak tego nie chce, jak go to męczy. I nie miał mi wydać reszty z 100usd. Powiedział bym poszedł do wymieniacza walut. Zwariowałeś, nie muszę płacić jeśli nie masz mi wydać – powiedziałem. A potem może mam od nowa stanąć w kolejce? – pomyślałem sobie. Próbujemy swoich sił. Ja się nie ruszam, on nic nie robi. Nie minęła minuta, gdy zmiękł, poprosił jakąś koleżankę, która wzięła ode mnie 100 usd i poszła rozmienić.

Możemy jechać na wielką meksykańską granicę. Jest nas komplet, ale czy na pewno? Kierowca miał w zwyczaju 2-3 razy liczyć pasażerów. Raptem 14 osób. I miał z tym duże problemy. Policzył dwa razy i jedziemy, ale jest nas 12 osób. Krzyknęliśmy, że to jeszcze nie wszyscy. Poczekał.

Granica ogromnych rozmiarów, ale wybitnie pusta. Więc pójdzie szybko? Nie w Meksyku. Biurokracja i zła organizacja wydłużą wszystko.

Po stronie meksykańskiej pracownica służb granicznych na małym stoliku sprawdzała nasze podręczne bagaże. Dokładnie udawała pracę. I bardzo dobrze. Otwieraliśmy nasze plecaki, zaglądała i szliśmy dalej. Przy okazji pytała czy mamy jakieś produkty żywnościowe, bo przewóz jest zakazany. W praktyce było to marnowanie czasu, bo nic sprawdzić nie mogła, gdyby chciała to zrobić dokładnie, pół dnia byśmy tam spędzili. Bezsensowna praca, ale jak ktoś jej za to płaci, rozumiem że nie protestuje.

Musieliśmy też wypełnić formularze celne, idiotyczne i nikomu niepotrzebne. Ale niektóre państwa nie mogą się z nimi rozstać. Jeden z pasażerów miał już wypełniony i wydrukowany. Lecz inna pracownica granicy, gdy jej wręczał, zakwestionowała go. Po angielsku ni w ząb. Właściciel druku jej tłumaczył co na nim jest. Ona, że tutaj zaznaczył przekroczenie granicy samolotem, on jej pokazuje, że zaznaczył lądem. Ona, że samolotem. Kłócą się. Nie chce go puścić. Znika z tym formularzem, chodzi po pokojach. Potem na korytarzu zbiera się konsylium nad zupełnie nieistotnym świstkiem papieru. By po kwadransie człowieka puścić, mówiąc że wszystko jest w porządku. Z punktu widzenia obserwatora traci się jakikolwiek respekt przed takimi urzędnikami, bo w głowie pojawia się komunikat: co za debile, kto ich tu zatrudnił i tym podobne.

Dalej jeden z naszych kierowców powiedział byśmy weszli do autobusu. Zanim to się stało, drugi kierowca kazał nam zawrócić i zabrać bagaże. Wszystkie. Okazało się, że czeka nas rentgen. Niektórym kazano przejść z bagażem na bok, do dokładniejszej kontroli. Która wyglądała tak jak wcześniej. Gdy pracownicy zobaczyli po otwarciu plecaków, że nie da się ich skontrolować bez wypakowania, odpuścili. Nasz autobus podjechał. Wkładamy do luku bagaże, ale biegnie jeden z kierowców i każe wyciągać. Nikt nie rozumie o co chodzi, ale dobrze. Wyciągnęliśmy. Przez pięć minut nic się nie działo, po czym mogliśmy ponownie załadować bagaże. Idziemy do autobusu, wchodzimy. Drugi kierowca krzyczy, że nie wolno. Wychodzimy, śmiejemy się. Bo cała procedura kontroli i w Belize i w Meksyku była żałosna, a do tego nasi kierowcy koniecznie chcący wyjść na głupków. Po pięciu minutach, gdy się nic nie działo, możemy wejść do autobusu. Gdy usiedliśmy, kierowca nas znowu wyprasza. Ponieważ ponownie chce, byśmy ułożyli swoje bagaże według miejsca wysiadki. A ja ponownie napiszę, że było tyle miejsca iż każdy mógł te bagaże położyć obok siebie i łatwo później wyjąć. W końcu jesteśmy w Meksyku.

Gdy podczas jednego wysadzania pasażerów zapytałem kierowcę, czy mam chwilę by kupić wodę i coś do jedzenia. Usłyszałem, jasne, na luzie, mamy czas. Ale drugi kierowca kilka metrów dalej do mnie, gdzie idziesz, odjeżdżamy. Wracam z nim do autobusu, ale on nie wchodzi do niego, tylko idzie gdzieś dalej. No to pytam jeszcze raz tego samego kierowcy ile mamy czasu? Mamy czas, idź, kupuj. Poszedłem. Zajęło mi to trzy minuty. Drugi kierowca mimo że palił i do odjazdu się nie śpieszył, marudził gdzie ja się włóczę. Fajne chłopaki, ale zupełnie nierozgarnięci. Przynajmniej potrafili kierować autobusem.

Turyści z krajów zachodnich to ciągle zdecydowanie największa grupa turystów (w niedalekiej przyszłości pokonają nas Azjaci). Dlatego na świecie próbują przypodobać się nam i świadczyć usługi na oczekiwanym przez nas poziomie. Próbują. Bo zwykle im nie wychodzi. Nie inaczej było z usługą przejazdu z Belize do Cancun. Kierowcy nie wpadli na pomysł, by zrobić podczas tej wielogodzinnej podróży postój na posiłek. W autobusie jest toaleta, wystarczy. Sami zatrzymywali się przy drodze kupując w dużych ilościach lokalny alkohol, owoce. O pasażerach nie pomyśleli. A nie każdy kupił sobie jedzenie i wodę na całodzienną podróż. Pobranie opłaty za bilet skomplikowano. Część pobierana w Belize, część w Meksyku. Nie wiadomo jakie waluty przygotować do płacenia? Pasażerowie byli skołowani. I w dwóch biurach w dwóch kolejkach oraz w dwóch krajach trzeba było stać, aby opłacić bilet. Panowie kierowcy rzecz jasna żadnym rozkładem jazdy się nie przejmowali. Lepiej było na przykład zatrzymywać się dziesięć razy, by za ostatnim kupić taki alkohol jaki potrzebują, tracąc na wcześniejsze postoje dwadzieścia minut. W Cancun – jako jedyny pasażer - znalazłem się z ponad 2-godzinnym opóźnieniem, co skomplikowało moje plany. Przy czym droga pozwalała skrócić czas przejazdu względem rozkładu. Do tego musiałem przesunąć zegarek do przodu o godzinę z powodu zmiany strefy czasowej.

Liczyłem, że z Belize będzie transport, który pozwoli mi do Cancun dojechać w godzinach popołudniowych. Nie było. Ale pozostała nadzieja, że dojadę w godzinach wczesnowieczornych. Nie spełniła się. Dojechałem przed 22:00 (przed 23:00 po zmianie czasu). Dzięki temu, że celowo blisko dworca wynalazłem sobie nocleg, po szybkim dojechaniu do niego taksówką, mogłem podjąć próbę szukania wycieczki do Chichen Itza na następny dzień. Mój hotelik nie oferował niestety takiej usługi. A Cancun okazało się pozamykane o tej porze. Praktycznie wszystko zamknięte i to w centrum miasta. Prawie zero ludzi na ulicach. Do tego koszmarnie brzydko. Rozczarowałem się. Po takim mieście spodziewałem się całonocnego życia i że nawet o północy będę mógł wykupić wycieczki, które mnie interesują. Trzeba być przygotowanym na takie okoliczności. Byłem. Dwa dni przewidziałem na pobyt. Jeden miał być na Chichen Itza, drugi na spacer po Cancun i solidne przepakowanie.

Ten dziwny dzień dobiegł do końca. Nic nie zwiastowało, że będzie taki. Dzień jak z filmu „Głupi i Głupszy”. Zdarzają się co jakiś czas. Po takim dniu zawsze mam wątpliwości, czy aby na pewno człowiek jest najinteligentniejszą rasą na naszej planecie?

Kolejny raz w Meksyku, ale w Cancun i na Jukatanie mnie jeszcze nie było. Miasto powstało nad Atlantykiem, jako przeciwwaga dla Acapulco znajdującego się nad Pacyfikiem. Jest to młode miasto, wybitnie turystyczne, liczy ok. 750tys.mieszk. Szczególnie chętnie przylatują tu Amerykanie. Mają blisko, USA zaczyna się już po drugiej stronie Zatoki Meksykańskiej, a z Waszyngtonu to zaledwie trzy godziny lotu.

Samo miasto jest brzydkie, a główną jego atrakcją są piaszczyste plaże nad Morzem Karaibskim. Wzdłuż którego ciągnie się tzw. Zona Hotelera. Czyli 20-kilometrowy pas nowoczesnych hoteli pomiędzy morzem a laguną Nichupte. Wybudowano je na wąskim przesmyku, odgrodzonym od miasta laguną. Jakby zupełnie osobny byt, z centrami rozrywki, handlowymi, sklepami, restauracjami. Ciepłe Morze Karaibskie, lazurowa woda, biały piasek. Ale także lasy namorzynowe, namiastka dzikiej przyrody, zdarza się spotkać tam nawet krokodyla. Są też ruiny Majów. Najsłynniejsze to El Rey. Niewielkie miasto z okresu 1200-1500r. n.e. Ale sympatyczne, przy odrobinie szczęścia można być jedynym zwiedzającym. Kamienne ruiny w tym niewielka piramida, palmy, liczne iguany. W pobliżu jest publiczna plaża.

Osiem kilometrów dalej idąc w kierunku centrum są niewielkie ruiny Yamil Lu`um (Templo del Alacran). Trudno je znaleźć, nawet miejscowi ich nie znają. Ponieważ są przy plaży, na terenie hotelu. Dostęp do nich jest od strony morza, chociaż sznur odgradzający posiadał tabliczkę, by nie przechodzić. Od drogi nie ma dojścia, bo jest ciąg hoteli. Trzeba znaleźć lukę, wejście na plażę. Takie znajduje się blisko posterunku policji, całkiem niedaleko „diabelskiego koła”. Ruiny pochodzą z poklasycznego okresu 1200-1500r. n.e. Można odnieść wrażenie, że właściciele hoteli chętnie by ten teren zrównali z ziemią i je rozbudowali. Bez problemów z terenu ruin przez hotel dostałem się do drogi, udając jego mieszkańca. W ich sąsiedztwie są baseny, więc łatwo wtopić się w tłum.

Ruiny El Meco oddalone są o 25km od ruin El Rey, od centrum Cancun o jakieś siedem kilometrów na północ. Wielkością są niewiele mniejsze od El Rey (które są po drugiej stronie miasta), ale zdecydowanie rzadziej odwiedzane przez turystów, bo na uboczu. W okolicy jest niewiele hoteli, a zatoka mniej urokliwa do kąpieli i odpoczynku, plaże dużo słabsze. To popularne miejsce wypoczynku mieszkańców miasta. Naprzeciwko jest Isla Mujeres. El Meco powstało w okresie klasycznym (300-600r. n.e.). Miejscowość ta funkcjonowała do ok. 1500 r. n.e. Najwyższy piramidalny budynek (świątynia) ma 12,5 m wysokości i jest najwyższą budowlą Majów na północnym wybrzeżu stanu Quintana Roo. Spokojne miejsce, po którym biegają iguany.

Żeby na spokojnie odwiedzić przedstawione ruiny i spędzić chwilę na plaży i w morzu, dzień w zupełności wystarczy. Są taksówki, można wynająć samochód, ale na tej trasie bardzo łatwo poruszać się autobusami i mikrobusami.

Informacje praktyczne. Przejazd Belize City – Cancun: ok. 530km, ok. 9-11h, cena 112 dolarów Belize / 56usd (drogi są dobre, zwłaszcza w Meksyku widać, że wjechało się do kraju dużo bogatszego niż większość w Ameryce Centralnej). Opłata wyjazdowa z Belize: 20usd (40 dolarów Belize), Meksyk nie pobierał żadnej opłaty. Gniazdka elektryczne w Meksyku: dwa płaskie bolce (takie są w całej Ameryce Centralnej, także w USA). Czas: UTC minus 5 (w Belize minus 6). Waluta: pesos meksykańskie: 17-17,50 za 1usd. Wszędzie można płacić amerykańskimi dolarami. Walutę można wymienić w kantorach. Ceny noclegów: rozrzut jest ogromny, ale łóżka w hostelach można mieć już za 5-6usd, a prywatny pokój (z łóżkiem małżeńskim, łazienką, klimatyzacją, TV i czasami z prostym śniadaniem) za 14-15usd. W mojej ocenie Meksyk to najtańszy kraj Ameryki Centralnej. Tak jak we wszystkich krajach tej części świata, w przypadku Polaków wystarczy paszport, nie ma wiz.

El Rey, El Meco – bilety wstępu 3usd ((lub 55pesos), Yamil Luum bezpłatnie). Autobus z centrum do El Rey 12pesos, mikrobus z centrum do El Meco 10pesos. Dwa kilometry taksówką 4usd. W Cancun czynne całą dobę są liczne sieciowe małe markety, gdzie można przy okazji zjeść coś fastfoodowego, napić się kawy (7-eleven, Circle K). Mając 3-10usd jest bardzo dużo możliwości posilenia się w lokalnych knajpkach i w światowych fastfoodach (tańsza, zdrowsza i smaczniejsza jest ta pierwsza opcja). Przekąska uliczna typu lód, kawałek owocu, garść orzeszków 0,5-1usd. Ceny w sklepach, marketach – trochę niższe niż w Polsce. Bardzo atrakcyjne ceny ma walmart w swoich hipermarketach. Ceny w miejscach turystycznych są kilkukrotnie wyższe.

Na zdjęciach z trzeciej dekady marca - Cancun: Zona Hotelera i Morze Karaibskie oraz kolejno ruiny Majów: Yamil Luum, El Rey, El Meco. Później śródmieście Cancun.

I wreszcie ostatnie zdjęcie. Gość z dupą – nie mogłem się powtrzymać przed jego zrobieniem. Pan US Army z tyłkiem na wierzchu wyglądał wybitnie komicznie. Często widzę, wszędzie na świecie, że kobieta wygląda co najmniej normalnie, a jej facet pokracznie za sprawą nieumiejętnego doboru garderoby oraz sposobu jej noszenia. Drogie panie, zadbajcie o swoich facetów, by nie robili z siebie, a przy okazji z was – pośmiewiska.

Opublikowano w Blog

nationalgeographic box

red bull 225x150

TOKFM box

iexpert 225X150px

stopka plecak

LogoStopka

stopka plecak

Strona używa informacji zapisanych za pomocą… plików cookies w celu dostosowania do indywidualnych potrzeb użytkowników. Jeżeli tego nie akceptujesz zmień ustawienia przeglądarki dotyczą…ce cookies. Więcej informacji można znaleźć‡ w naszej Polityce prywatności.