portal gorski 225x150 box

slaskie box

spokey.jpg 225PX

LOGO

Podziel się

FacebookMySpaceTwitterGoogle BookmarksLinkedinRSS Feed

gejzer Strokkur, pole geotermalne w Geysir, Islandia

gejzer Old Faithful - Yellowstone, USA

gejzery El Tatio (Chile) & fumarole Sol de Manana (Boliwia)

Opublikowano w Filmy

FLATEY ferry & FLATEY island (Iceland) / Promem na baśniową wyspę Flatey (Islandia)

Opublikowano w Filmy

ICELAND Hvannadalshnukur climbing / Wspinaczka na najwyższą górę Islandii

Opublikowano w Filmy

ICELAND Eyjafjallajokull volcano climbing / Wspinaczka na wulkan Eyjafjallajokull, Islandia

Wulkan Eyjafjallajokull, Islandia - miejsce erupcji 2010 / Eyjafjallajokull volcano, Iceland

Eyjafjallajökull volcano- place of famous eruption 2010 (Iceland) / wulkaniczna Islandia - WERSJA KRÓTKA

Opublikowano w Filmy

Islandia - pole geotermalne - Hveravellir / Iceland geothermal area

Route F35 Kjalvegur (4x4) in Iceland (beginning of June) / Droga F35 w Islandii 4x4

Opublikowano w Filmy

Podróż przez półwysep Snaefellsnes, Islandia / Snaefellsnes peninsula, Iceland

Islandia - foka, pole lawowe i podmorski tunel / Snæfellsnes peninsula - Iceland

Islandia, zimowa droga nr 1 (Ring Road) w czerwcu, zachodni odcinek koło Bifrost

Islandia, Hvalfjordur - podmorski tunel, 5770m, minus 165m / Hvalfjordur tunnel

Opublikowano w Filmy

 

Reykjadalur hot springs (Hveragerdi) - Termalna dolina, południowa Islandia (Iceland).

Opublikowano w Filmy

Powoli kończy się rok jubileuszowy PROJEKTU 100 WULKANÓW, ale nie kończy się ich zdobywanie w tym roku. Okrągłą dziesiątkę zakończę na wulkanach Ameryki Południowej i przeciągnę wyprawę do roku następnego. W związku z tym, poniższe tabele obejmują stan aktualny, który nie zmieni się do dnia startu wyprawy, w połowie listopada.

Dokonałem przeglądu tabel i je uaktualniłem. Podstawowe liczby mają się tak. Tabela nr 1 (główna) zawiera 39 wulkanów, w tym 27 aktywnych. Na tabelę nr 2 (pomocniczą) składa się 68 pozycji, w tym 7 wulkanów, które nie zasłużyły, by znaleźć się w tabeli głównej. Robiąc co jakiś czas przegląd projektu, zawsze dochodzę do wniosku, że któryś "nie zasłużył", aby być liczonym do tytułowej setki i przesuwam do drugiej tabeli. W której ponadto znajduje się wiele ciekawych miejsc wulkanicznych jak: pola gejzerów, pola geotermalne, pola wyziewów wulkanicznych, pola lawowe, jaskinie wulkaniczne, góry i jeziora pochodzenia wulkanicznego, pustynie wulkaniczne, wulkaniczne formacje skalne oraz kaniony, płaskowyże wulkaniczne, poboczne kratery wulkaniczne, wulkany błotne, zimne gejzery, kaldery wulkaniczne.

Ten okresowy zabieg przeglądu tabel nie jest przypadkowy. Gdy ten projekt skończę, w co głęboko wierzę, ma być najwyższej jakości. Innej opcji nie ma! Oto tabele: 

 01 TABELA 100 WULKANOW

02 TABELA 100 WULKANOW

03 TABELA 100 WULKANOW

04 TABELA 100 WULKANOW

05 TABELA 100 WULKANOW

06 TABELA 100 WULKANOW

07 TABELA 100 WULKANOW

08 TABELA 100 WULKANOW

09 TABELA 100 WULKANOW

010 TABELA 100 WULKANOW

011 TABELA 100 WULKANOW

012 TABELA 100 WULKANOW

Wulkaniczne fotografie można znaleźć m.in.: TUTAJ i TUTAJ.

A o tym, że jeżdżę nie tylko na wulkany można poczytać: TUTAJ i TUTAJ.

Opublikowano w Blog
6 czerwca, dzień 15. Samolot linii Germanwings z Keflaviku do Dusseldorfu punktualnie wystartował o 00:50. Jest to tania linia należąca do Lufthansy. Obie mają wspólny system rezerwacyjny. Mogłem lecieć o szóstej rano Lufthansą bezpośrednio do Frankfurtu, zamiast dotrzeć do tego miasta przez Dusseldorf, lecz nie chcąc zarywać całej nocy, miałem okazję trzy godziny zdrzemnąć się w samolocie. Minusem Germanwingsa był serwis pokładowy. O ile większa "siostra" oferuje normalny posiłek na takiej trasie jak ta, o tyle ta mniejsza, mikro kanapkę i coś do picia. Lot trwał 3 godziny 20 minut, po przesunięciu zegarka o dwie godziny, była 6:00 z groszami.

Germanwings pod koniec marca 2015 "zaliczył" jedną z najbardziej dramatycznych katastrof lotniczych w historii lotnictwa. Drugi pilot, Andreas Lubitz, mający problemy psychiczne, popełnił zbiorowe samobójstwo. Rozbił samolot wysoko we francuskich Alpach, zginęło 150 osób (wszyscy na pokładzie). Samolot leciał z Barcelony do Dusseldorfu. Mój lot kończył się w tym samym mieście, tym samym modelem samolotu - Airbusem A320. Chociaż pierwszy pilot feralnego lotu 9525, próbował przy pomocy toporka ratunkowego, dostać się do kokpitu, nie miał szans, bo drzwi zgodnie z wytycznymi zabezpieczone były antyterrorystycznie, gdyż nikt nie przewidział tego, że pilot roztrzaska samolot. Według nowych wytycznych, w kabinie pilotów, muszą przebywać zawsze co najmniej dwie osoby.

Kolejny lot do Frankfurtu miałem za ponad 3 godziny, Lufthansą. Po wylądowaniu spojrzałem na tablicę odlotów, przy moim locie widniał radosny napis: cancelled (odwołany). Chwilę później otrzymałem smsa z tą samą informacją. Lecąc na Islandię wymaltretowało mnie katowickie lotnisko, w drodze powrotnej postanowiła uczynić podobnie Lufthansa. Wielkie dzięki. Wiecznie jakieś jaja z tymi samolotami i lotniskami. Ponad sto lat od wymyślenia lotnictwa pasażerskiego jest najwyższy czas, by usprawnić szybkie przemieszczanie się i uczynić bardziej przyjazne pasażerom. Wypadałoby się przesiąść z samolotów na coś lepszego i szybszego, a odprawy przyśpieszyć przynajmniej kilkukrotnie oraz zdecydowani uprościć. Niestety, na razie nie widać światełka w tunelu w tym temacie.

Udałem się do service center Lufthansy ("okienko" nr 1) i stanąłem do kolejki. Gdy dostałem się do stanowiska obsługi po jakimś kwadransie usłyszałem, że mam udać się do beltu (taśmy/karuzeli bagażowej), po bagaż i wrócić do nich. Zszedłem piętro niżej do hali z beltami (2). Tam gdzie miał zostać dostarczony mój plecak i innych "szczęśliwców" zmierzających do Frankfurtu, nic nie było. Poszedłem do człowieka od beltów (3) i tłumaczę o co chodzi. On mnie kieruje do informacji Lufthansy na końcu hali, gdzie się udaję (4). Stamtąd kierują mnie z powrotem na górę, ale muszę wyjść z części tranzytowej do hali odlotów. Znajduję ticket office Lufthansy, ustawiam się w kolejce (5). Kolejny kwadrans w plecy. Kobieta przebukowuje mój bilet na późniejszy lot, ale nie ma możliwości jego wydruku. Mam przejść na drugi koniec hali do innego punktu obsługi Lufthansy, tam mi wydrukują (6). Znowu kolejka, drukują oraz informują, że mam zejść do beltu nr 1, odebrać bagaż. Schodzę na dół, ale nie mogę przedostać się do hali beltów. Sprzątaczka władająca angielskim i dobrze poinformowana, kieruje mnie na koniec korytarza do punktu informacji Lufthansy przy beltach (7). Tłumaczę jaka jest sytuacja, otwierają mi specjalne przejście i mogę wejść do hali. Dotarłem do taśmy nr 1 (8). Leży koło niej trochę bagaży, w tym mój. Solidnie zapakowany plecak w worku transportowym muszę wypakować, by założyć na plecy. Wracam na górę do punktu odwiedzin nr 6 (ale to moje "okienko" nr 9). Chwilę stoję w kolejce i nadaję od nowa bagaż. Dostaję nowy bilet bagażowy. Muszę przejść ponowną kontrolę bezpieczeństwa (10). Na szczęcie nie ma kolejki, strefa kontroli rozbudowana, obsługa miła i nie upierdliwa. Poszło bardzo sprawnie. Pozostało czekać na lot.

Jeśli tak ma wyglądać niemiecka organizacja pracy, to współczuję. W tej historii przede wszystkim sobie. Dwie godziny zajęła ta cała operacja i pokonałem odległości liczone w kilometrach.

Zamiast o 8:30, miałem wylecieć od 10:20. Jako powód odwołania lotu podano silnie burze nad Frankfurtem. Lotów odwołanych było więcej. Lufthansą targają ostatnio strajki, obawiałem się tego, burz które mnie uziemią, nie. Z Frankfurtu do Katowic miałem odlecieć zgodnie z planem o 12:35. Duże lotnisko w Dusseldorfie obsługujące 20kilka mln pasażerów rocznie, świeciło pustkami. Było miło oraz przestronnie. I gorąco, na zewnątrz 30 stopni Celsjusza. Islandia żegnała mnie standardowo, temperaturą poniżej 10 stopni, ze względu na limity bagażowe, ubrany byłem na warunki islandzkie. Przed 10:00 pojawiła się informacja, że lot został przesunięty na 10:45. Wobec tego poszedłem na śniadanie. Jedzenie na lotniskach jest koszmarnie drogie, ale po islandzkich cenach, wydawało się tanie. Za kiełbasę na ciepło i dobrą kawę kilkanaście euro - jak za darmo. Takie odczucie. Minęła 10:45, nikt nic nie wie. Co dalej? Kolejny termin, to 11:00, a później 11:30. Już wiem, że nie zdążę na samolot z Frankfurtu o 12:35. Po praktycznie nieprzespanej nocy nie tryska się energią, Lufthansa okazała się słabo zorganizowana i nie wysiliła się, by dać jakiś voucher na posiłek, co robią dobre linie w takich przypadkach. Ekspresy do bezpłatnej kawy przy gate`ach stały, ale kawy nie dawały - przypadek czy standard? Nowy termin wylotu: 12:45. Męczące są takie historie, ale najbardziej mi przeszkadzało, że nie mogę zdjąć butów, w których jestem od ponad doby. W mokrych butach. One na tym wyjeździe notorycznie były mokre i nie miałem okazji ich wysuszyć. Efekt, strasznie się zaśmierdziały. Nie chciałem innym zaserwować takich zapachów, więc się męczyłem w dużych trekkingowych butach.

12:45 okazała się właściwą godzinę, a lot bardzo krótki, 40 minut. Lufthansa nie dała ani łyka wody czy mikro kanapki. Zamiast lądować w Katowicach, planowo po 14:00, dotarłem do Frankfurtu nad Menem. Potężnego lotniska obsługującego 60mln pasażerów. W samolocie poinformowano, że mój lot do Katowic przełożono na 16:40 (rebooked). Pewności jednak nie mam. Udaję się do punktu serwisowego Lufthansy i staję w długiej kolejce. Gdy nadchodzi moja kolej, jedyny obsługujący punkt pracownik, nie może wydrukować biletu, ale informuje, że pewnie jest tak jak powiedziano w samolocie, mam udać się do bramki na drugim końcu lotniska. W przypadku takiego molocha zajmuje to sporo czasu. Przy bramce nie ma żadnego pracownika, idę do innej, obsługującej inny lot. Tam mi drukują nową kartę pokładową. Mam prawie dwie godziny do wylotu. Idę na obiad. Miał być domowy, jest lotniskowy. Samolot odjechał od rękawa przed 17:00 i długo się wlókł na właściwą drogę startową. Sam lot trwał 65 minut. Na pokładzie zaserwowano mini kanapkę i coś do picia. Nie dziwiłoby to, gdyby nie fakt, że wielu pasażerów utkwiło na różnych niemieckich lotniskach rano i podróż opóźniła się w wielu przypadkach o 4-6 godzin. Lufthansa tym samym zmusiła podróżnych do nieplanowanych wydatków, nie dając nic od siebie. Przeprosinami za opóźnienie człowiek się nie naje. To wszystko nieważne, lecę do domu. Był moment, kiedy mój powrót tego dnia stał się wątpliwy. Obawiałem się o plecak, ale nie zaginął, dotarł do Katowic. Nie tak dawno wylatując z londyńskiego Heathrow polskim LOT-em zgubiono mój bagaż i miałem przez to sporo problemów. Nie chciałbym przerabiać podobnej historii drugi raz w ciągu jednego roku.

Wylatując na Islandię  z Katowic, samolot korzystał ze starej drogi startowej, dosyć dziurawej. Lądowałem już na nowej, dłuższej. Starą przekształcono w drogę kołowania. Ta inwestycja była bardzo potrzebna lotnisku. Zdziwiło mnie tylko, że lądowanie na nowej betonowej drodze odczuciami nie różniło się od starej. Tak samo trzęsło, jakby były nierówności.

Katowice-Pyrzowice przywitały mnie koszmarnym upałem. Niedawno chodziłem po lodowcach i nagle przeniosłem się w tropiki. Po wyjściu z samolotu na płytę postojową uderzyła fala gorącego powietrza. Nie lepiej było wewnątrz lotniska. O ile w Dusseldorfie była wielka hala z taśmami do odbioru bagaży, pewnie jedna z kilku, o tyle w Katowicach wpuszczono nas do niewielkiego pomieszczenia. Niektórzy mają większe salony w domach. A w nim dwie malutkie taśmy bagażowe. Przy jednej tłum ludzi, przy drugiej ustawili się pasażerowie mojego lotu. Gorąco, straszny ścisk. Między taśmami znajdowały sie wózki transportowe, ale żeby z nich skorzystać, trzeba było je przenieść nad głowami pasażerów albo przeprosić dziesiątki osób. Masakra. Ludzie się wściekali. To pomieszczenie w terminalu B jest za małe do obsługi pasażerów jednego lotu, a co dopiero dwóch.

Choć samolot znajdował sie mniej niż sto metrów od niego, upłynęło ze dwadzieścia minut zanim taśma ruszyła. I kolejne dziesięć, gdy odbierałem swój bagaż. Z trudem przecisnąłem się przez tłum, potem jeszcze jakieś wąskie korytarze, aż w końcu opuściłem terminal, kierując się ku mojemu parkingowi. Katowickie lotnisko, które obsłużyło w 2014 roku rekordowe prawie 2,7mln pasażerów ma trzy terminalne, malutki i starszawy terminal A, większy, kompletnie niewydarzony, dosyć nowy terminal B, oraz nieduży terminal C, wzorowany na terminalu A (na początku czerwca jeszcze nie był otwarty, trwały prace wykończeniowe). Oby terminal C był tylko wzorowany na architekturze zewnętrznej terminalu A, a w środku zadbano o współczesne standardy. Obecnie lotnisko może obsłużyć 6mln pasażerów. Problem w tym, że terminale są małe, nieprzyjaźnie zaprojektowane dla pasażerów. Jest ciasno i niewygodnie. I to mimo, że liczba pasażerów nigdy nie zbliżyła się do maksymalnej przepustowości terminali. Wtedy byłby dramat. Wielka szkoda, że katowickie lotnisko oferuje tak niski komfort podróżowania.

Szkoda również, że władze lotniska nie zdecydowały się na zatrudnienie firmy projektowej specjalizującej się w terminalach lotniczych, posiadającej międzynarodowe uznanie. Porządny terminal, z możliwością dobudowywania w  tym samym stylu kolejnych segmentów katowickiemu lotnisku jest bardzo potrzebny. Można by w nieodległej przyszłości zburzyć obecne terminale A i B, zastępując takimi segmentami. Ale już za późno, pewnie przez kilkadziesiąt lat pasażerowie będą się męczyć w obecnych terminalach. Mam świadomość, że porządny terminal kosztuje dużo więcej od byle jakiego, ale to się opłaca. Przyjazne i funkcjonalne terminalne są wizytówką lotnisk i mają ogromne znaczenie dla jego postrzegania i chęci latania z niego. Więcej o katowickim lotnisku pisałem: Jedno lotnisko dla Krakowa i Katowic.

Fragment tekstu, który zaraz nastąpi, zaanonsowałem w pierwszym wpisie z wyjazdu na Islandię - TUTAJ - dotyczy łapanek przez policję. Na lotnisko nie można wjechać bez zapłacenia 5zł, nie można też się wycofać zgodnie z przepisami, gdy dojedziemy do bramek. Trzeba albo zapłacić albo ryzykować mandat. Czyli nielegalnie zawrócić lub cofnąć i przejechać kilkadziesiąt metrów pod prąd przez "fałszywe" trójkątne rondo. Nieopodal niego za drzewem stał radiowóz policji. Ci co go zauważyli grzecznie wjeżdżali na teren lotniska, bo najniższy mandat wyniesie więcej niż 5zł. Ci co nie zauważyli, wysadzili ludzi, zawracali przed bramkami, a następnie byli "proszeni" przez policję.

Odebrałem samochód i autostradą A1 ruszyłem do Bytomia. Jak zwykle pustą. Kończy się w polu przy lotnisku i szybko kolejny odcinek nie powstanie. Ruch jest niewielki, bo tranzytowo w tym miejscu jest średnio atrakcyjna, a lotnisko jest zbyt małe, by generowało większy ruch. Co ciekawe, odcinek oddany trzy lata wcześniej do użytku ma liczne zagłębienia i wypukłości, muldy. Ktoś tu coś spartolił. A autostrada kosztowała ogromne pieniądze. Do domu dotarłem około 19:30. Prysznic, rozpakowywanie, pranie. Standard. Tak zakończyła się kolejna wizyta na Islandii.

Dane statystyczne z obu pobytów na Islandii i przbieg trasy można zobaczyć: TUTAJ i TUTAJ.

Dziękuję jeśli komuś chciało się przeczytać zapiski z Islandii.

Pozdrawiam

Grzegorz Gawlik

  • Na zdjęciach:
  • 1-3) Lawa w Islandii jest wszędzie, a Islandczycy i tak potrafią ją wcisnąć turystom. Nie za darmo. Teksty o "kawałku żywej ziemi", "o kawałku lawy z krainy ognia i lodu" - dobrze się sprzedają. Chyba muszę otworzyć lawowy biznes :).
  • 4-6) Lotnisko w Keflaviku.
  • 7-14) Lotnisko w Dusseldorfie.
  • 15-21) Lotnisko we Frankfurcie.
  • 22-25) Lotnisko w Katowicach, fragment nowej drogi startowej oraz taśmy bagażowe w terminalu B.
  • 26-30) Pamiątki z Islandii i reklamówka z najtańszej sieci supermarketów w tym kraju. 
Opublikowano w Blog
Za kolejny przystanek obrałem sporą miejscowość nad dużym jeziorem o wspólnej nazwie - Laugarvatn. Znajduje się tutaj jedno z najsłynniejszych kąpielisk termalnych w tej części Islandii - Fontana. Niewielkie ale nowoczesne, nad jeziorem, z dostępem do niego. Bilet normalny to 3400 koron (ok. 95zł), są różne zniżki. Nie zabawiłem tutaj długo, bo czas oddania samochodu naglił. Na ostatni przystanek wybrałem Pingvellir (Thingvellir). Na końcowym odcinku drogi nr 36, która biegnie przez zagajnik, prędkość ograniczono do 50km/h. Pewnie ze względu na zakręty i brak pobocza, ale tak naprawdę droga pozwala na bezpieczną jazdę ze znacznie większą prędkością. Thingvellir jest obowiązkowym punktem islandzkiej turystyki. Rok wcześniej wędrowałem tędy w paskudnej pogodzie, teraz mimo przeciętnej, mogłem zobaczyć w pełnej okazałości jezioro Thingvallavatn, największe naturalne na Islandii(84km2 pow., do 114m głęb.). Lecz nie ono stanowi główną atrakcję. To miejsce jak i cały Park Narodowy Thingvellir znajdują się od 2004 roku na liście światowego dziedzictwa UNESCO. To jedyne takie miejsce, obok dostępnej jedynie dla badaczy, wulkanicznej wyspy Surtsey (na liście od 2008). Zobaczymy tutaj jedno z najbardziej spektakularnych pęknięć tektonicznych między Ameryką Północną i Eurazją. W tym miejscu również założono islandzki parlament (Althing) w 930 r. n.e., który  obradował w Thingvellir do 1798r. Ledwo znalazłem miejsce na parkingu, takie były tłumy. Zrobiłem sobie półtoragodzinny spacer i niezmiennie najbardziej podobał mi się wodospad Oxararfoss na rzece Oxara i sąsiadujące z nim pęknięcie tektoniczne. W rejonie Thingvellir część pęknięć została zalana wodą, organizowane są do nich wycieczki na nurkowanie.

W pokrapującym deszczu opuściłem tą jedną z większych islandzkich atrakcji. Szybko dotarłem do Reykjaviku, tankowanie do pełna i punktualnie o 14:00 zdałem samochód. Przez dobę rozciągającą się na dwa dni przejechałem 278km. Zostało mi pół dnia do wylotu, postanowiłem wydać resztę pieniędzy w centrum Reykjaviku a zostało mi ich całkiem sporo - jakim cudem?. Nieważne, starczyłoby na kilka steków z wieloryba. Wpierw jednak oddałem plecak do przechowalni bagażu w terminalu BSI, cena 1000 koron (27-28zł). Następne godziny spędziłem spacerując po Reykjaviku, uliczkach, ulicach handlowych, koło kościoła Hallgrímskirkja, można wejść na wieżę za chyba 800 koron, skąd  panorama na miasto. Za darmo można obejrzeć Reykjavik z punktu widokowego w budynku Pearl (Perlan). Raz świeciło słońce, raz było szaro albo padał deszcz. Islandzka norma. Można sobie kupić za 100zł koszulkę z nadrukiem w kształcie zegara informującego, że na Islandii pogoda zmienia się co pięć minut. Właśnie, chciałem kupić jakieś pamiątki, ale w tutejszych sklepach jest typowe badziewie, tylko dziesięć razy droższe niż gdzie indziej. Magnesiki, kubeczki, breloczki, maskotki, figurki i tak dalej. Specjalnością islandzką są wyroby z wełny. Pewnie się narażę, ale 99% osób, która przywiozła sobie wełniane wyroby z Islandii, z dumą opowiadając, że wydali na przykład 500-600zł na sweter z najlepszej islandzkiej wełny, wcale nie przywiozła swetra z islandzkiej wełny. Pisałem już w tej relacji parę razy, że Islandczycy to sprytne marketingowo skubańce. Prawie wszystkie wyroby wełniane sprzedawane na Islandii wytworzone są z wełny z Europy kontynentalnej, w tym z Łotwy i Polski. Patent polega na tym, że na metkach jest flaga islandzka i napis made in Iceland (wyprodukowano w Islandii). Pisze też, że wyrób jest z wełny, ale nie pisze skąd jest wełna. Podczas moich pobytów na Islandii miałem okazję porozmawiać z kilkoma sprzedawcami i uczciwie przyznali, że islandzkiej wełny jest niewiele i poznamy ją po tym, że sklep chwali się, iż to islandzka wełna i dlatego wyrób jest droższy, czasami dwa razy, od tego z wełny sprowadzonej. Ponadto zdecydowana większość wyrobów wełnianych jest wytwarzana maszynowo. Na wyrobie musi pisać, że to handmade (wyrób ręczne robiony) i pozostaje zaufać sprzedawcy, że nie oszukuje. Takie wyroby ręczne wyglądają inaczej niż robione maszynowo, czuć w rękach, zazwyczaj są też droższe. Kupując w dużych sklepach turystycznych, sieciówkach, porozrzucanych po Islandii, jak igły w stogu siana przyjdzie nam szukać wyrobu całkowicie islandzkiego, ręcznie robionego. Ale jeżeli zboczymy z głównych traktów, zatrzymamy się w mniejszych miejscowościach, znajdziemy lokalne sklepiki, zwłaszcza na północy wyspy. Miejsca, gdzie miejscowe babuszki ręcznie wszystko robią z miejscowej wełny. Nie dostaniemy paragonu, nie będzie metki, ale dostaniemy świetny towar. Takie miejsce udało się znaleźć naszej ekipie w roku 2014 na półwyspie Vatnsnes, przy drodze nr 711 jadąc na północ od skały Hvitserkur. Więcej o pamiątkach z Islandii pisałem: LAWA I SWETRY

W kwestii wełnianych wyrobów jest i tak lepiej, bo różne koszulki i makatki pochodzą wyłącznie z Azji albo Europy Środkowo-Wschodniej. A kosztują jakby ręcznie ktoś je dziergał na Islandii. Ale uwaga, nie wszystkie wełniane wyroby są produkowane w Islandii, można znaleźć na metkach tylko informację, że zaprojektowano w Islandii.

Nie udało mi się wydać wszystkich pieniędzy. Coś zjadłem, kupiłem parę drobiazgów, w tym wełnianą ręcznie robioną czapkę, w jakimś sklepiku na uboczu. Pozostało wymienić korony na euro. Lecz bank już zamknięty, kantorów nie ma. Walutę można wymienić niekorzystnie tylko w informacji turystycznej przy placu Ingolfstorg i w terminalu BSI, ale uwaga, tylko inne waluty na korony, nie w drugą stronę. To kolejny patent marketingowy Islandczyków. Utrudnić do maksimum możliwość wymiany koron na inną walutę. Turysto wydaj wszystko u nas, na miejscu. Banków jest mało, nawet w stolicy, pracują krótko. Pozostało jeszcze lotnisko, tam jest kantor.

Nie śpieszyło mi się, dlatego postanowiłem przetestować autobus miejski linii 55 wożący na lotnisko w Keflaviku. Czerwona budka znajduje się przed terminalem BSI. Wyjechałem około 18:30. Koszt to 1600 koron (4 kartoniki, prawie 45zł), prywatni przewoźnicy są niewiele drożsi: 1950-2500koron i wożą bezpośrednio do celu, o połowę krócej (w tej wyższej cenie nawet z dowozem mikrobusem do hotelu). Co istotne, autobus 55 w weekendy startuje z oddalonego od centrum miejsca, do którego trzeba dojechać innym autobusem. Na szczęście był piątek i mogłem przetestować tą opcję. Autobus jechał 80 minut, między innymi przez Hafnarfjordur. Przy głównej drodze do lotniska, nr 41, nie ma przystanków. Autobus zjeżdża z drogi i przystanki są zaraz poniżej, przy rondach. Następnie wraca na 41, która jest jedyną częściowo dwupasmową drogą w obu kierunkach na Islandii, oprócz dróg w samym Reykjaviku i okolicach. Kierowca wysadził mnie przed wejściem do terminala. Jeszcze jedna informacja, nie jest obowiązkiem islandzkiego kierowcy komunikacji publicznej chowanie bagaży do luku i wydawanie. Jeżeli luk nie jest otwierany automatycznie, nie jest też jego obowiązkiem, otwieranie luku. To są zadania pasażera albo dobrej woli kierowcy. U prywatnych przewoźników, kierowcy na ogół pomagają w tych czynnościach.

Zostało mi kilka godzin do wylotu. Postanowiłem wymienić korony na euro w kantorze. Ale pracownica powiedziała, że nie mogę. Jak to nie mogę? W Reykjaviku nie mogłem, w kantorze na lotnisku też nie mogę? Nie. Ale dociekając, uzyskałem zapewnienie, że po przejściu kontroli bezpieczeństwa też jest kantor. Na pewno będzie otwarty i na pewno wymienię korony. Oby, bo co zrobię z nimi w Polsce? Za takie postępowanie Islandczyków, zaparłem się i postanowiłem, najwyżej je spalę w domu w kominku, ale nie wydam już ani korony. Międzynarodowe lotnisko w Keflaviku, które obsłuży w 2015 roku pewnie 3,5 mln pasażerów, jest spore. Panował luz, chilloutowa atmosfera. Nie ma tu wiele miejsc siedzących, ale od czego jest podłoga. Nie ma też wielu punktów handlowych. Seria wylotów miała rozpocząć się po północy, wśród nich był mój. Spokojnie nadałem bagaż rejestrowany i odebrałem bilety. Jeszcze lepiej poszło z kontrolą bezpieczeństwa. Ludzi sporo, ale żadnych kolejek. Miło, przestronnie. Nikt nie kazał mi wyciągać nic z plecaka podręcznego, całego wypchanego elektroniką - aparaty, kamera, kable i tak dalej. Cała operacja trwała mniej niż pięć minut. Jak fajnie. Wypoczęty, w dobrym humorze mogłem czekać na wylot, zamiast wytłamszony i wymęczony przez lotnisko i jego służby, co zdarza się czasami. Znalazłem kantor. Dobrze, że nie wydałem reszty koron w Reykjaviku, niecałe 100 euro które otrzymałem, mogłem spożytkować podczas perturbacji, które spotkały mnie kolejnego dnia.

Część lotniska po kontroli bezpieczeństwa jest przestronna. Są sklepy, bary, ławy z gniazdkami, gdzie można podładować sprzęt. Najlepsze lotniska mają specjalne systemy z licznymi gniazdkami, gdzie można uzupełnić braki energii. Czas powoli płynął, noc nie nadchodziła, bo nie mogła. Ale w połowie sierpnia o tej porze jest już praktycznie ciemno. Minęła północ.

Islandia w ostatnich latach stała się popularna wśród polskich turystów lubiących aktywny wypoczynek i piękną przyrodę. Zazwyczaj dysponujemy dużo mniejszymi budżetami niż turyści z bogatych krajów, dla których Islandia też jest droga. Ma to swoje konsekwencje. Z wielu islandzkich atrakcji trzeba zrezygnować. Ograniczone środki finansowe mocno ograniczają możliwości zwiedzania Islandii. Co nie oznacza, że trzeba z tego kraju zrezygnować, aż do czasu gdy zgromadzi się więcej funduszy. Jak ktoś jest uparty i mu zależy, może za umiarkowane pieniądze coś ciekawego podziałać na lodowej wyspie, zwłaszcza jak połączy się siły w kilkuosobową grupę odnośnie wynajęcia samochodu. Jeden duży problem ubył. Kiedyś samo dostanie się na Islandię było bardzo drogie. Koszt samolotu był porównywalny z kosztami lotów w niektóre rejony Azji. Teraz możliwości jest znacznie więcej. Pojawiają się nowe. Najpopularniejsze ze względu na ceny linie niekoniecznie startujące z Polski to AirBerlin, EasyJet, Germanwings, Lufthansa, Norwegian, SAS, Wowair. Od niedawna także Wizzair latający z Gdańska. Największą islandzką linią lotniczą jest Icelandair, która ma dosyć drogie bilety, ale latając tradycyjnymi przewoźnikami, czasami polecimy właśnie nią, na podstawie umów codeshare (kupujemy bilet u jednego przewoźnika, a lecimy różnymi liniami). Tak jest na przykład w przypadku SAS-a. W roku 2014, w głównym sezonie, za lot SAS-em z Warszawy (przesiadka w Kopenhadze), nasza ekipa płaciła około 1270zł za bilet w obie strony, z bagażem rejestrowanym (23kg). W roku 2015 Lufthansą z Katowic z przesiadką m.in. we Frankfurcie, płaciłem 820zł, z bagażem rejestrowanym (23kg) i posiłkami na pokładzie. Lufthansa oferowała tak dobre ceny z kilku polskich lotnisk, w tym także na lipiec i sierpień. Wizzairem z Gdańska polecimy jeszcze taniej, o ile zrezygnujemy z bagażu rejestrowanego.

Chociaż Islandia jest jednym z najdroższych krajów do zwiedzania, będzie zyskiwała na popularności. Nie tylko za sprawą magicznej przyrody i tańszych lotów. Jest jednym z najbezpieczniejszych miejsc na Ziemi. A erupcje wulkanów? Przy człowieku, to drobiazg. Najniebezpieczniejszym stworzeniem świata jest człowiek. Z przyrodą można się "dogadać". Islandia na razie daleko trzyma się od terroryzmu, wojen i brutalnej przestępczości - wynalazków naszej cywilizacji. To będzie przyciągało turystów. Niewiele jest tak bezpiecznych krajów na świecie.

Siedzę na lotnisku, czas powrotu. Zawsze smutna chwila. Bez względu jak jestem zmęczony i spłukany, zawsze kombinuję jak najpóźniej zakończyć wyprawę. Teraz się nie dało, ale zdarzało mi się wracać do domu dwa tygodnie, okrężna drogą, wybierałem i kupowałem dziwne bilety lotnicze, nie po drodze. Taki moment to również czas pierwszych podsumowań. Wykonałem 200% normy. Udało się wszystko to co musiało i wszystko to co miało się nie udać.

Film o magicznej Islandii można zobaczyćTUTAJ.

  • Na zdjęciach:
  • 1-3) Miejscowość i jezioro Laugarvatn oraz termalne kąpielisko Fontana.
  • 4-22) Thingvellir.
  • 23-40) Reykjavik.
Opublikowano w Blog
Strona 1 z 7

nationalgeographic box

red bull 225x150

TOKFM box

iexpert 225X150px

stopka plecak

LogoStopka

stopka plecak

Strona używa informacji zapisanych za pomocą… plików cookies w celu dostosowania do indywidualnych potrzeb użytkowników. Jeżeli tego nie akceptujesz zmień ustawienia przeglądarki dotyczą…ce cookies. Więcej informacji można znaleźć‡ w naszej Polityce prywatności.