a2b2

red bull box 225x150

pzu bezpieczny 225x140

spokey.jpg 225PX

LOGO

Podziel się

FacebookMySpaceTwitterGoogle BookmarksLinkedinRSS Feed
Wieczorem, w nocy, o poranku, obserwowałem erupcje Fuego ze skraju krateru Acatenango. Nadszedł czas na podejście bliżej tego pierwszego. Pogoda świetna, a poprzedni dzień tego nie zwiastował. Raczej obawiałem się gęstych chmur na wierzchołkach, które przyszły w końcu, ale w połowie dnia. Zejście do przełęczy pomiędzy wulkanami zajęło 45 minut, wysokość 3315m, a stratowałem z 3960m. Niezbyt gęsty las, skałki, żleby. Nie miałem większych trudności. Na przełęczy zauważyłem ścieżkę, która biegnie w moim kierunku. Dobrze, zaoszczędzę trochę czasu.

Tzw. punkt widokowy w masywie Fuego pojawił się podczas przeglądania map Google Earth. W interencie znalazłem też zdjęcia z tego miejsca. Tak się fajnie złożyło, że od strony Acatenango, ramię Fuego posiadało odchodzące od krateru spłaszczenia. Najniżej położone, największe z nich, oddzielone małą przełączką od wulkanu, "zagospodarowano" jako punkt widokowy. Nie chodzą tam turyści, bo niby nie wolno, niebezpiecznie. Ale miłośnicy adrenaliny pojawiają się tam. Z Acatenango przełęcz między wulkanami wydawała się bliżej. W praktyce spory odcinek do pokonania. Na punkcie widokowym GPS pokazywał 3595m, ale nie skalibrował się dobrze, bo trzymałem go w kieszeni. Później wysokość wzrosła do 3610m. Ale uciekając z tego rejonu zerknąłem na chwilę na ekran i wysokość tego miejsca była inna – 3630m z błędem do 5m.

Jestem do bólu pragmatyczny i twardo stąpam po ziemi. Może dlatego niektórzy nazywają mnie cyborgiem? Aczkolwiek słyszałem również o innych powodach. Zdarzają się jednak w moim życiu sytuacje, których do końca nie umiem wyjaśnić. Tyle razy cudem uniknąłem śmierci, że trudno nazwać to tylko szczęściem. Na Fuego też zdarzyło się coś, nie do końca dla mnie wytłumaczalnego. Choć przyjąłem wersję – że to tylko ciekawy zbieg okoliczności. Zawsze tak robię.

Fuego rano uspokoił się. Wcale mnie to nie cieszyło. Sympatycznie oglądało się erupcje. Ale z drugiej strony pojawiła się myśl, że może dzięki temu bliżej mnie dopuści do siebie. Znajdując się na przełęczy między nim a Acatenango doszło do dużej erupcji. Ucieszyłem się. Nie przyszło mi do głowy, że to być może wskazówka, ostrzeżenie. Gdy dotarłem na tzw. punkt widokowy było spokojnie. Pomyślałem, może wejdę na jeszcze jedno małe wybrzuszenie, całkiem blisko wierzchołka z kraterem. W sypkim rumoszu skalnym, po bokach widząc bomby wulkaniczne piąłem się do góry. Żadna czerwona lampka przed oczami się nie zapaliła - jak zwykle. Widziałem, że nad kraterem unoszą się i opadają do niego kawałki lawy. Kusiło podejść jeszcze wyżej. Szybkim marszem ruszyłem ostro do góry i w tym momencie doszło do potężnej erupcji. Nawet nie zdążyłem na nią dobrze spojrzeć, bo z mózgu dostałem krytyczny komunikat – uciekaj! Rzuciłem aparaty fotograficzne i jak wariat zacząłem biec w dół. Myślę, że w tamtej chwili nawet Usain Bolt mógł ze mną przegrać. Słyszałem jak kawałki lawy uderzają za mną o ziemię, po chwili niektóre zaczęły się turlać obok mnie. Sytuacja się uspokoiła, nic mi się nie stało. To było drugie, mocne ostrzeżenie. Jakby Fuego chciało mi powiedzieć, przesadziłeś. Nie pozwolę zrobić tobie ani kroku dalej. A jak spróbujesz jeszcze raz – zabiję. Chyba że była to śmiertelna zasadzka, z której się wyrwałem.

Gdyby nie pozostawione aparaty fotograficzne, z kartami pamięci, nie wiem czy bym znowu ruszył do góry? W moim przekonaniu nie miałem wyjścia. Musiałem to zrobić. Wróciłem po nie. Gdy wisiały na szyi, zszedłem kilka metrów zatrzymując się na malutkim wypłaszczeniu, ostatnim przed kraterem. Nie miałem wątpliwości, że próba pójścia wyżej to samobójstwo, a samobójcą nie jestem. Po prawdzie, miejsce w którym stałem nie było wiele bezpieczniejsze. Kask na głowie nie uratowałby mnie.

Nastąpiły dwie mniejsze erupcje w krótkim odstępie czasu. Widziałem jak rój lawy wylatuje z krateru, ale fragmenty najbliżej mniej spadały 10-15 metrów. A dzięki temu, że stałem na wypłaszczeniu turlały się na dół po obu jego stronach. Lecz przede wszystkim bardziej na północ, czyli po mojej prawej patrząc na wulkan.

Wybuch, który mnie zmusił do ucieczki, uświadomił, że bardziej niż na rejestracji erupcji muszę skupić się na własnym życiu. I nie spuszczać wierzchołka z oka, a zdjęcia jeśli już, robić trochę na oślep. Jakieś wyjdzie. Kolejny mocniejszy wybuch zastał mnie jednak nieprzygotowanego do ucieczki. Mogłem tylko odprowadzić wzrokiem, jak kilka kawałków lawy spadło 2-3 metry ode mnie. Wiedziałem w tamtej chwili, że muszę zabrać zabawki i się ewakuować. Bo czwartego ostrzeżenia nie będzie. I wtedy nastąpił ogromny grzmot. Przez ułamek sekundy widziałem ile kawałków lawy z wielką siłą wyleciało z krateru i jak duży słup popiołu i gazów rósł nad wulkanem. Takiej erupcji na Fuego wcześniej nie zaobserwowałem. Biegiem ruszyłem w dół. Kątem oka obserwowałem jak lawa uderza w miejsce, w którym chwilę wcześniej stałem, turla się obok mnie. Biegłem z całych sił.

Zatrzymałem się dopiero przed tzw. punktem widokowym. Gdy to uczyniłem, doszło do kolejnego dużego wybuchu. A jako, że wiatr w ostatnim kwadransie trochę się zmienił, część lawy znowu spadła na wypłaszczenie, na którym byłem przed chwilą. Nie miałem wątpliwości, trzeba opuścić partie szczytowe Fuego. Zresztą z dołu ku górze wędrowało dużo chmur. Znowu uratowało mnie kilka sekund i komunikat z mózgu, który kazał uciekać bez najmniejszej chwili zawahania.

Zaskoczyła mnie częstotliwość wybuchów i ich skala. Od wieczoru dnia poprzedniego nic takiego nie miało miejsca. Zanotowałem nawet godzinną przerwę między wybuchami. Chociaż ten punkt widokowy, gdy erupcje nie są duże, jest w miarę bezpieczny. I chciałem jeszcze na nim pozostać. Ale kolejna wiadomość z mojego centrum dowodzenia brzmiała, ani chwili dłużej, schodź na dół. Instynkt mnie jeszcze nigdy nie zawiódł, zawsze go słucham. Uratował mi nieraz życie. Bez wahania ruszyłem w dół. Fuego było już praktycznie w chmurach. Po dwóch minutach doszło do największej erupcji podczas mojego pobytu w rejonie wulkanu. Zabolały mnie uszy od huku, poczułem niewielką falę uderzeniową. Gorącą. Ziemia się zatrzęsła. I zdałem sobie sprawę, że kawałki lawy uderzyły w punkt widokowy. Przez chmury przedarła się ogromna czarna chmura. Zbocze też zadymione, pełne turlających się kawałków lawy. Przyśpieszyłem. Coś dziwnego się działo.

Gdy znowu znalazłem się na przełęczy między wulkanami, kolejny ogromny wybuch wstrząsnął okolicą, ale Fuego tonęło w chmurach. Słychać było jak duże kawałki lawy uderzają o ziemię, hałas turlania. Dziesięć minut później, gdy wspinałem się z powrotem na Acatenango miała jeszcze jedna bardzo mocna erupcja. A potem wulkan się uspokoił. Przez najbliższe dwie godziny miał miejsce tylko jeden grzmot, słabszy od wcześniejszych. Pewnie doszło również do jakichś małych erupcji w tym czasie, ale przez chmury nie było ich widać.

I jak po takiej przygodzie wyjaśnić to wszystko, poukładać sobie w głowie? Dlaczego Fuego stało się tak groźne, gdy do niego się zbliżyłem? Dlaczego uspokoiło się, gdy odszedłem? Akurat w tym momencie? Choć wszystko ma jakieś logiczne wytłumaczenie, to te pytania nadal siedzą w mojej głowie. Próbuję je przetrawić, znaleźć wyjaśnienie, uwierzyć w przypadek, ale całkowicie mi się to nie udaje. Nie pierwszy raz. Po kilkunastu latach wędrówek na wulkanach czuję z nimi bardzo bliską więź. Są jak moja rodzina. Czuję się wyjątkowo dobrze w ich towarzystwie. Zżyłem się z nimi. Mam poczucie, że znamy się nawzajem wyśmienicie. Nieraz wydawało mi się, że pozwalają mi na więcej, otwierają pewne drzwi do siebie, które zwykle są zamknięte. Ale gdy pojawiają się u mnie takie skojarzenia. Zaraz włącza się mój realizm, według którego nic nadprzyrodzonego nie istnieje. A ja jestem tylko bardziej zaawansowanym biologicznie tworem, który wskrzesiła natura, który natura też unicestwi – wcześniej lub później. I dalej nic absolutnie nie będzie. Świadomość istnienia skończy się wraz z moją śmiercią. Podoba mi się to rozwiązanie. Choć jeszcze bardziej spodobałaby mi się nieśmiertelność.

Po fragmencie bardziej opisowym, kilka danych i szczegółów technicznych. Ostatnie wypłaszczenie przed kraterem wg bardzo szybkiego pomiaru wynosiło 3678m n.p.m. z błędem do 14m, ale gdy GPS złapał więcej satelit zrobiło się 3693m z błędem do 4 metrów. Podobna sytuacja jak z punktem widokowym. Bardzo chciałem przekroczyć 3700m. I to się udało, mój podbieg, zakończony ucieczką, skończył się na 3705m n.p.m., w tym błąd pomiaru to 4-5m. Od najwyższego punkt krateru dzieliło mnie tylko 60 metrów różnicy poziomów, od najniższego jeszcze mniej. Stromy, krótki odcinek. Ale przy tej aktywności absolutnie nie do pokonania, bo nawet pomiędzy wybuchami z krateru wydobywały się kawałki lawy. Większość wpadała do środka, ale nie wszystkie. Gdybym zdecydował się iść dalej na pewno bym zginął. Po prawdzie, cudem nie zginąłem w miejscu do którego dotarłem.

O ile podejście z przełęczy na punkt widokowy powolnym tempem zajęło 40minut, o tyle zejście niecałe 30 minut. Natomiast powrotne wdrapanie się do krateru Acatenango 90minut. Wchodziłem inną trajektorią, nawet częściowo jakąś ścieżką. Podczas tego podejścia poczułem skalę wyeksploatowania organizmu na tej wyprawie. Szalone tempo, wielki wysiłek. Na wulkanach nie oszczędzałem się ani odrobinę, robiłem bardzo dobre czasy. W tym momencie to wszystko poczułem. I zdałem sobie sprawę, że kontuzje po wulkanie Poas nie zaleczyły się. Albo je odnowiłem uciekając z Fuego. Nie było kalkulacji zdrowotnych, tylko ile fabryka dała mocy, tak szybko zbiegałem w dół. Gdy emocje, adrenalina opadły, poczułem ból. Który towarzyszył mi przez prawie całą wyprawę. Na szczycie Acatenango nic nie było widać – chmury, wiatr, chłód. Zadanie wykonane, mogłem wracać do cywilizacji. I pomyśleć, że początkowo miałem udać się tutaj na komercyjną wycieczkę. Byłaby to największa głupota tej wyprawy. Na szczęście mój mózg jest mądrzejszy ode mnie i nie dopuścił do tego :).

Podczas mojego pobytu na wulkanach Acatenango i Fuego praktycznie cały czas byłem sam, a obawiałem się dużej ilości uczestników wycieczek turystycznych. Zimno i wiatr w partiach szczytowych skutecznie odstraszał. Gdy wędruję sobie przez pustkowia, gdzie jestem tylko ja i przyroda. Żadnej cywilizacji, żadnych strażników parkowych. Nie ma wtedy żadnych problemów. Wszystko jest proste. I tak lubię najbardziej.

Volcan de Fuego (Wulkan Ognia) – kilka informacji. Klasyczny stratowulkan. Podawana wysokość to 3763m, ale trzeba mieć świadomość, że erupcje mogły kilka metrów zabrać albo dołożyć. To bardzo aktywny wulkan, w ciągłej fazie erupcji. Lecz ostatnia duża erupcja (VEI 3) przed moim przyjazdem miała miejsce na początku maja 2017 roku. Występują na Fuego różne typy erupcji – strombolijskie, vulcanian (dominowały podczas mojego pobytu w masywie Fuego), pelean, piniańskie (więcej pisałem o nich dwa artykuły wcześniej: GWATEMALA – wulkan Pacaya 2580m – uwielbia pluć lawą).

Gdy poczytamy o początkach jego eksploracji pod koniec XIX wieku, zauważymy że niewiele się zmieniło od tamtego czasu. Trzeba było starać się o pozwolenie od gubernatora. Osobiście na takie bezsensowne elementy jak pozwolenie czasu nie miałem (i tak nikt by go nie dał). Przewodnicy nie chcieli iść, bo się bali, albo byli za słabo przygotowani na taką eskapadę. Dlatego nawet do głowy nie przyszło mi z jakiegoś skorzystać. Zresztą nawet jak to czynię, zawsze służą mi jako drogowskazy pozwalające zaoszczędzić czas i sposób obejścia kwestii formalnoprawnych. To jest ich jedyna rola. Gdy pierwsi eksploratorzy (Francuzi, Brytyjczycy) mieli szansę wejść na wierzchołek, najczęściej pokonywała ich pogoda (chmury) lub błędy lokalnej ludności zatrudnionej do pomocy. No i oczywiście erupcje wulkaniczne.

Fuego czasami bywa spokojny przez pewien czas. Wtedy można by zaryzykować wejście nawet na wierzchołek. Nie miałem takiej możliwości, erupcje były silne o dużej częstotliwości. I tak zaszalałem podchodząc bardzo blisko. Nie zmartwiła mnie zapora postawiona przez Fuego. Z najbliższej odległości mogłem obserwować erupcje, dosłownie je poczuć, kawałki lawy spadały obok mnie. Wspaniałe przeżycie. W zupełności mi wystarczyło, że Pacaya dopuściła mnie na sam wierzchołek i żadnej krzywdy nie wyrządziła. Tutaj delektowałem się wybuchami. Lecz nadal mam nadzieję, że będę mógł kiedyś zobaczyć erupcję o sile VEI 6 lub 7 (indeks eksplozywności wulkanicznej). To byłoby dopiero widowisko. Niszczycielska siła wulkanu na gigantyczną skalę. Niestety erupcja superwulkanu za mojego życia nie nastąpi.

Na zdjęciach (14-15marca): różne odsłony wulkanu Fuego, z pod krateru i z Acatenango, z przełęczy pomiędzy wulkanami. Jak się przyglądam niektórym z nich - dziwi mnie bardzo, że nie zginąłem. To już któraś taka przygoda.

Opublikowano w Blog
Volcan de Pacaya słynie z rzek lawy. Lecz trafiłem na spokojny okres w jego działalności. Co ma dobre strony, bo pozwala się dostać w partie szczytowe wulkanu, które podczas erupcji są niedostępne. Postanowiłem wykorzystać okazję.

Przed 6:00 stałem już przed moim miejscem noclegu. Jak było przyjemnie. Guatemala Antigua jest na wysokościach 1500-1600m, więc rano i wieczorem jest przyjemnie chłodno. W dzień niefajnie upalnie. Oprócz mnie jechało jeszcze 7 osób, wszyscy z krajów anglojęzycznych. Ale nie było czasu do rozmowy, bo gdy po ponad godzinie jazdy znaleźliśmy się u bram parku, rozstaliśmy się. Oni mieli swojego przewodnika, ja swojego. Wysokość 1900m. Na zegarku 8:00.

50q opłaty parkowej i w drogę, bo jak dobrze pójdzie wrócę tym samym samochodem. Z ostrożności jednak zapłaciłem drugie 10usd na powrót o 18:00. Najważniejsze to zrobić na wulkanie to co mnie interesuje, czas powrotu był sprawą drugorzędną. Do pokonania ok. 650m przewyższenia fajną ścieżką, a potem powyżej lasu też szybko i bezproblemowo. Nad niewielkim kraterem, w którym stożkowaty otwór lawowy (de facto krater w kraterze), byliśmy po 75 minutach, szybkiego, ale bez przesady, marszu. Starczyło jeszcze czasu na kilka postojów fotograficznych.

Jak pisałem wcześniej, dostać się nad krater wulkanu Pacaya nie jest łatwo. I są obostrzenia. Mój przewodnik powiedział, że można przebywać 10minut, był cały czas w kontakcie z parkiem. Pobyt swój wydłużyłem do godziny i dziesięciu minut. Byliśmy już telefonicznie kilka razy wzywani do zejścia. Do tego nie ograniczyłem się do miejsca widokowego położonego z 50 metrów od otworu, z którego wylatuje lawa. Tylko chodziłem po świeżym polu lawowym bezpośrednio poniżej otworu, badałem temperaturę fumarol. Byłem chwilami w rejonie zagrożenia dostaniem kawałkiem płynnej lawy w głowę. I to przy tych malutkich wyrzutach. Nie chciałbym tam być, gdyby nastąpił większy. A co któryś taki był. Bardzo dobrze spędzony czas. Gimi, mój przewodnik, a tak naprawdę przykrywka przed formalnoprawnymi kłopotami, z daleka obserwował moje poczynania. Po czym stwierdził, że wariat ze mnie. On by nigdy tam nie poszedł. Dlaczego, bo niby w każdej chwili mogłem zginąć. Nie miałem takiego poczucia.

Z otworu lawowego Pacaya lawa wydobywała się nieprzerwanie. Były to niewielkie wyrzuty, mikroerupcje strombolijskie. Przerwy pomiędzy wyrzutami trwały: kilka – kilkanaście sekund. Co któraś miała większą siłę. Czasami następował wyrzut z wybuchem. Nawet podczas końcowego podchodzenia na wulkan dwukrotnie nastąpił grzmot, Gimi sugerował, że może być niebezpiecznie, zawróćmy. Z mojej strony taka możliwość nie istniała. Podczas pobytu na szczycie, też co około dwudziesty wyrzut miał silniejszy charakter, dwukrotnie nastąpił grzmot z wyrzutem niewielkiej ilości popiołów wulkanicznych. W tle większe wybuchy prezentował wulkan Fuego.

Lawa spadała po stożku wokół otworu, koło którego się kręciłem. Ale tylko raz zrobiło się bardzo niebezpiecznie. Trawersowałem go w dolnej partii, by przejść na jęzor zastygłej lawy. Zmierzyłem wcześniej laserem jego temperaturę, by nie wejść na płynną lawę, zastygłą tylko na powierzchni. W tym momencie nastąpił większy wyrzut lawy. Dzięki kilku gwałtownym skokom, znalazłem się poza polem rażenia. Na takim wulkanie zawsze istnieje ryzyko duże erupcji, bez ostrzeżenia. Biorę to pod uwagę, ale nie zniechęca mnie ten fakt przed kręceniem się w miejscach tak ryzykownych w jakim się znajdowałem.

Bardzo niewiele osób wchodzi w rejon wierzchołka. W te miejsca, w które wszedłem, nie wchodzi nikt, ale to normalne. Dziwi mnie jednak, że tak mało chętnych dociera w rejon szczytu, bo chociaż jest ryzyko, to miejsce do oglądania wyrzutów lawy z otworu jest fajne. I dostać się tutaj, to nieduży wysiłek. A Gimi narzekał, że ostatnio sporadycznie ktoś chce się tam dostać. Rzecz jasna poza nami nikogo nie było. A można nie tylko w dzień jak chciałem, ale też w nocy, gdy lawę lepiej widać, za to wulkan dużo gorzej.

Gdy wulkan Pacaya jest bardziej aktywny, spływają rzeki lawy, wtedy standardowa wycieczka może być naprawdę ciekawa. Tylko warto pobyć tam dłużej niż 30-60 minut jak oferują firmy wycieczkowe. Lecz w tym momencie była zupełnie bez sensu. Owszem, pewnie nikt nie miał poczucia oszukania, bo zapłacił jedynie 10 dolców za transport i przewodnika oraz zobaczył ze sporej odległości partie szczytowe Pacaya. Ale wyglądało to tak. Ludzie dochodzą do punktu widokowego i zastygłej lawy koło miejsca zwanego Lava Store. Robią parę fotek, dotkną lawy i wracają (przykładowe zdjęcia w galerii na końcu). Pacaya jest całkiem daleko, dużo wyżej, a szczyt kompletnie niewidoczny. Już ciekawsze widoki są na Fuego, Acatenango i Volcan de Aqua (aczkolwiek zdecydowanie najlepsze ze szczytu Pacaya). Które są dużo dalej, ale bardzo majestatycznie wyglądają. I cała taka piesza wycieczka trwa 2,5-3h. Z czego turystom wejście i zejście zajmie z 2-2,5h. Gdybym ja się wybrał na taką wycieczkę, załamałbym się, widząc jej bezsens. Na szczęście robiłem dużo ciekawsze rzeczy. Ale turyści wydawali się zadowoleni i bardzo zmęczeni. W drodze powrotnej wszyscy spali. Czym się tak zmęczyli?

Na Pacaya jak się dobrze rozegra można wejść bez przewodnika, tylko trzeba mieć więcej czasu niż ja, zapewniony jakiś transport, oraz najlepiej być rano, zanim zjadą się ludzie. Gdy myśmy po 10:00 schodzili, dużo grup startowało do góry. W tym leniwi na koniach, które można wynająć. 60usd, które zarobili Gimi i Rudolfo, choć jest sporą kwotą jak na lokalne warunki, uważam za dobrze wydane. Zaoszczędziłem dużo czasu, Gimi się nie wtrącał i wstrzymał telefonicznie odjazd mojego mikrobusa o 15 minut, dzięki czemu zdążyłem wrócić z tą samą grupą (szybkie zejście z wierzchołka pod samochód zajęło 45min). A na wulkanie zobaczyłem wszystko co chciałem i zrobiłem wszystko co chciałem. Poza tym chłopak był sympatyczny, wesoły, najlepszy lokalny przewodnik z jakim współpracowałem dotychczas podczas tej wyprawy, mimo że o wulkanach nie wiedział nic. Ale za to choć w minimalnym stopniu znał angielski.

Na dole chwilę rozmawiałem z Rodolfo i pytam, to jak to jest, czy można wchodzić na wulkan czy nie? To skomplikowane Gregorio. Mieszkam tutaj, jestem członkiem lokalnych stowarzyszeń, od dwudziestu lat świadczę usługi na Pacaya, mam swoje możliwości, znajomości. Okay, rozumiem. Nieważne, ważne, że osiągnąłem swoje cele. Oto namiary: przewodnik Rodolfo Pineda – mówi trochę po angielsku. Telefon 4895-2771, 5328-7595, email: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript. .

Po 12:00 wróciliśmy do Gwatemala Antigua, miałem dużo czasu na przygotowania do wyjazdu na Acetenango. Rzecz jasna, o 10usd za niewykorzystany transport się nie upominałem. Sam się zdecydowałem na takie zabezpieczenie, firma przygotowała dla mnie miejsce w samochodzie. Moją decyzją było nie skorzystanie z tego. Kierowcy oddałem niewykorzystany kwit podróżny i powiedziałem, że mogą kogoś na moje miejsce jeszcze zabrać i zarobić.

Wulkan Pacaya 2552m (stratowulkan) – jeden z trzech mocno aktywnych w Gwatemali (obok Santiaguito (Santa Maria) i Fuego). Jest w tym kraju ponadto kolejne sześć wulkanów, które wybuchły w ostatnich dwustu latach, zatem można je również traktować jako aktywne (czas pokaże, czy w przyszłości zakwalifikujemy je jako nieaktywne (uśpione, dormant), wygasłe, czy nadal aktywne). Jak wszystkie odwiedzone wulkany podczas tej wyprawy, począwszy od Kostaryki, Pacaya jest częścią: Arco Volcánico Centroamericano, czyli Środkowoamerykańskiego Łuku Wulkanicznego. Znajduje się na skraju potężnej kaldery wulkanicznej, a charakterystycznym elementem wulkanu Pacaya jest komora magmy położona blisko powierzchni. Co skutkuje częstymi wypływami lawy. Pacaya ma status wulkanu w ciągłej erupcji, bo lawa jest obecna stale na powierzchni. Lecz co jakiś czas następują większe i gwałtowniejsze erupcje. Przed moim przyjazdem miały takowe miejsce w 2016 roku i pod koniec 2017 roku. Stanowi niezwykle ciekawy przykład występowania różnorodnych erupcji, większości typów.

Słynie z erupcji typu hawajskiego (wylewnych, rzeki lawy), ale występują także strombolijskie (za sprawą pęcherzyków gazowych lawa wydostaje się z krateru, na skutek zjawiska podobnego do pęknięcia bańki mydlanej). Rzadko typu vulcanian (mocniejsza wersja stromblijskiej z bardziej lepką lawą) oraz typu pelean (charakterystyczne chmury popiołów i gazów opadające po zboczu). Zdarzają się też najgroźniejsze - piniańskie (vesuvian) – nazwa od drzewa: sosna pinia, bo chmura popiołów i gazów przybiera kształt korony tego drzewa (coś jak grzyb po wybuchu atomowym). Typową tego typu erupcją odznaczył się Wezuwiusz w 79r. n.e., niszcząc Pompeje. Charakterystyczne są ogromne i wysokie na wiele kilometrów chmury gazów i popiołów wulkanicznych oraz wyrzucanie nawet dwóch trzecich objętości lawy znajdującej się w komorze magmowej.

Oficjalna wysokość wulkanu Pacaya wynosi 2552m. Na aktywnych wulkanach parametr ten podlega częstym zmianom. W obie strony. Mój GPS wskazał wysokość 2585m z dokładnością do 5m. Dla bezpieczeństwa można przyjąć 2580m. Przypuszczam, że pomiar 2552m zrobiono lata temu i nikt go nie aktualizował. Urządzenie pomiarowe na szczycie, gdzie otwarta przestrzeń, miało dostęp do licznych satelitów. Dlatego wskazana wysokość wydaje się wiarygodna.

Ciekawostka. Pod wulkanem, w miejscowości San Vicente Pacaya (ok. 1700m n.p.m.) funkcjonuje nieduża elektrownia, wykorzystująca do produkcji energii gazy z wulkanu Pacaya. One mają około 500 stopni Celsjusza. Pobierane są z głębokości około 2 kilometrów.

Na zdjęciach: Wulkan Pacaya w różnych ujęciach, w tym otwór lawowy. Widoki na wulkany: de Agua 3760m, Acatenango 3976m, Fuego 3763m. Pod koniec jak wygląda turystyczne oglądanie Fuego, elektrownia geotermalna. Kawałki świeżej, niedawno zastygłej lawy. Kilka godzin na Pacaya, długie spodnie, i tak zawsze wyglądają nogi po kontakcie z sypkimi wulkanami.

Opublikowano w Blog
Dzień po San Miguel moim zadaniem było dostać się do miasta Santa Ana na drugim końcu kraju. Niby tylko 200km, a zeszło ponad pół dnia. Pieszo i autobusem do dworca, skąd kolejnym do stolicy – San Salvador. Tam musiałem zmienić dworzec, więc na drugi skraj miasta dostałem się taksówką. Dalej znowu autobus do Santa Ana i taxi pod hostel, który polecił mi Morris. 

Wyprawa dobiegała końca, skrajnie intensywna, zmęczenie już potężne. Dlatego postanowiłem trochę spuścić z tonu. Tylko rzeczywistość moje postanowienie zignorowała, ale w tamtej chwili miałem jeszcze nadzieję. Santa Ana to wulkan turystyczny, liczyłem że w hostelu zorganizują mi wycieczkę. Tak się jednak nie stało, ale dostałem namiary jak się dostać pod wulkan. Okazało się, że więcej mieszkańców obiektu ma taki plan. W tym para bardzo sympatycznych Niemców, ale dziewczyna była polskiego pochodzenia. Umówiliśmy się, że następnego dnia pojedziemy razem, a co będzie dalej zobaczymy.

Dobrze, że Morris zarezerwował mi w hostelu łóżko – ostatnie jak się okazało, bo obiekt malutki – Pool House Hostel. W planie jest rozbudowa. A prowadzi je para – chłopak tutejszy, dziewczyna chyba z Kanady. I od razu taki obiekt wybija się ponad lokalny standard, komunikacja sprawna.

Santa Ana nie jest zbyt turystycznym miastem, na zorganizowane wycieczki ciężko liczyć, ale pod wulkan o tej samej nazwie odjeżdża rano z centrum autobus, o 7:30. Bilet nie kosztował nawet dolara (0,90), a przejazd trwał 2 godziny, bo to lokalny transport a i kawałek drogi (ok. 40 km).

Jeśli miasto jest na wysokości ok. 650m n.p.m., to my wysiedliśmy na 1800m n.p.m. Autobus jechał jeszcze kawałek wyżej. Ale z nami był Francuz, który stwierdził, że znalazł inną drogę, nie będzie trzeba płacić za bilet. Mapę miał w telefonie. Zrobiło się nas 9 osób, piątka z naszego hostelu. Lubię robić wszystko sam, bo wtedy jest tak jak powinno być. Nie lubię zdawać się na innych, bo to zwykle kończy się porażką. Ale co jakiś czas daję komuś szansę. Planowałem co prawda zapłacić za bilet wstępu 6USD (miejscowi jak zwykle płacą dużo mniej) i ścieżką sobie wejść na luzie. Rozumiem jednak, że dla ludzi którzy są w podróży pół roku, rok, albo więcej – każde kilka zaoszczędzonych dolarów robi różnicę.

Ruszamy za Francuzem, ale już na początku nie wie jak iść. Idziemy, wracamy, wchodzimy na coś co ma być niby ścieżką, ale nie biegnie ona do góry. I jest w niefajnym terenie dla niedoświadczonych. Jak to zwykle w grupie pojawią się różne opcje co robić? W końcu ktoś wpada na pomysł, by iść do góry korytem wyschniętej rzeki. Część osób protestuje. Na co ja, że spróbuję wejść na wulkan własną drogą, nie chciało mi się już wracać do głównej drogi. Pożegnałem niezdecydowane towarzystwo i przed siebie. By skręcić w las i do góry. Pożałowałem tej decyzji, bo znowu krzaki, chaszcze, gąszcz gałęzi. Nie tak jak na Poas w Kostaryce, ale przyjemnie nie było. Na kolanach, czołgając się, nawet mój mały plecak musiałem chwilami ciągnąć za sobą. Wyżej doszły trzymetrowe trawy, po których musiałem się jakoś przeciskać. Pot leje się z czoła, stare rany jeszcze nie zagojone, a tutaj nowe. San Miguel też zostawił kilka znaków na ciele. Zawsze to samo. Trzeba było już w autobusie pożegnać towarzystwo i zrobić po swojemu. A nie zaufać jakiemuś Francuzowi, którzy w takich sprawach zwykle są beznadziejni, o czym przekonałem się nieraz.

Skoro już wpakowałem się w te chaszcze, to jak taran brnąłem do góry, szkoda że nie wziąłem kasku. Miałem ochotę zawrócić, ale dałem sobie godzinę na wydostanie się na lepszy teren. Do krateru było blisko. I właśnie po godzinie szedłem już po niskich trawach przeplatanych ze skałami wulkanicznymi. Pół godziny później byłem na skraju krateru. Nikogo poza mną. Ale nadal była wczesna godzina.

Miała być lajtowa wycieczka, a zrobiła się ostra przeprawa. Który to już raz. Sporo czasu spędziłem wędrując skrajem krateru, obserwując jezioro na jego dnie i wchodząc na najwyższy punkt wulkanu. Pogoda dopisywała.

Para Niemców, wraz z parą kanadyjsko-australijską, również z naszego hostelu, pojawili się na skraju krateru około godzinę później. Reszty nie widziałem. Mijaliśmy się, gdy zszedłem ze szczytu i przekonałem ich, by też poszli. Wydostali się na krater wspomnianym korytem rzeki, w innym miejscu niż ja. Już nie pamiętam czy Kanadyjka czy Australijczyk powiedzieli, że zostawiłem ich mówiąc: cześć. A co ja z wami ślub brałem? Sprawnie podejmuję decyzje, nie marnuję czasu na pierdoły ani na bezsensowne gadanie. Nie dalibyście sobie rady w tych chaszczach - dodałem na koniec. Oczywiście ubrani byli w adidasy, krótkie spodenki, krótkie koszulki. Niemcy, pytali czy spotkamy się na dole? Usłyszeli ode mnie, być może, ale nie czekajmy na siebie i nie szukajmy.

Francuza i jedną z osób, która do nas dołączyła na starcie, spotkałem na punkcie widokowym, gdzie kończy się oficjalna ścieżka. Właśnie weszli. Blisko dwie godziny po mnie. Francuz był szczerze zdziwiony, że daliśmy radę, bo pokazałem gdzie jest pozostała czwórka. Pozostali uczestnicy zawrócili, nie wiem czy dotarli na wulkan, bo ich już nie spotkałem.

Wulkan Santa Ana jest ogromnym wulkanem. Zewnętrzny obwód ma z pewnością ponad 5km, a średnica ponad kilometr. Posiada aktywny krater z jeziorem i stare fragmenty krateru, już nieaktywne. Punkt widokowy jest w słabym miejscu do oglądania jeziora kraterowego. Najlepsze jest to, gdzie wydostałem się nad krater, od strony jeziora Coatepeque. Tylko z punktu widokowego, trzeba by przejść skrajem krateru z dziesięć minut, a nikomu się nie chce. Już wejście dla większości to straszna męczarnia. Na punkcie widokowym był policjant, pilnował, nie wiem, porządku, był na wypadek erupcji? Nie widziałem jednak, by komuś zabronił pójść skrajem krateru, choćby Francuz poszedł. Punkt widokowy jest na około 2270m wysokości, ale wierzchołek i najwyższy punkt Salwadoru jest dokładnie po przeciwległej stronie. Na szczycie byłem sam, później przekonałem czwórkę z hostelu, że warto wejść na najwyższy punkt kraju. Innych chętnych nie było. Bo to kawał drogi. Wraz z Francuzem na punkt widokowy doszło trochę grup, lokalnych i zagranicznych, ze 30 osób.

Do wizyty na tym wulkanie przekonały mnie zdjęcia lotnicze. Piękny krater z turkusowym jeziorem. Czy rzeczywistość spełniła moje oczekiwania? Ooo, tak. Santa Ana nie wybucha często, ostatnio w 2005 roku (dwie osoby zginęły, kilka zostało rannych). Z jednej strony krater ma nawet trzy pierścienie, ale z drugiej tylko jeden, skąd najlepiej widać niewielkie jezioro kraterowe. Ale piękne. Jakieś sto metrów poniżej. Bardzo intensywny, specyficzny kolor niebieskiego (turkusowego). I wydobywające się z wód gazy, które wyglądają jakby tworzyły fale na jeziorze. Bardzo efektowna sceneria. Jeden z lepszych wulkanicznych widoków jaki widziałem. Pocztówkowy.  Ale nie z punktu widokowego, stamtąd oglądanie jeziora jest bez sensu. Jezioro kraterowe wulkanu Poas było mniej niebieskie, poniszczone przez erupcje i wydobywało się z niego dużo więcej gazów. Groźna sceneria. Na Santa Ana wygląda to bardziej baśniowo, ale nie należy wulkanu lekceważyć. Jego maksymalna wysokość wg moich pomiarów to 2385m (2389m z błędem do 4m), oficjalnie podaje się 2381m. Wulkan jest częścią kaldery Coatepeque, której częścią jest duże jezioro kraterowe o tej samej nazwie (26km2).

Z punktu widokowego Santa Ana, bardzo dobrze widać wulkan Izalco (1950m n.p.m.), wraz z kraterem. Klasyczny stratowulkan pięknie się prezentuje, Salwador jest z niego dumny, nie wiem dlaczego? San Miguel i Santa Ana są dużo ciekawsze i wg mnie ładniejsze. Choć około połowy XX wieku Izalco był wybitnie aktywny, od końca 1966 roku śpi. Jest łatwo dostępny, ścieżka jest od strony przełęczy pomiędzy nim a sąsiednim wulkanem Santa Ana. Dzisiaj to nudny, zarastający wulkan. Chyba, że się obudzi. Teren ten objęty jest parkiem narodowym Cerro Verde.

Na dół wulkanu zszedłem oficjalną ścieżką, jednym z jej wariantów. Przy budynku strażników parkowych nikt ode mnie nic nie chciał, ale zauważyłem dyskryminujący zapis. Na wulkan nie mogą wchodzić osoby do 12 roku życia i powyżej 60 roku życia. Mam nadzieję że tej totalnej głupoty nikt nie weryfikuje. Nad krater bez problemów dojdzie sprawny 6-latek i 90-latek.

Doszedłem do drogi w miejscu, gdzie rano startowałem na wulkan. Szybko na stopa zabrał mnie radiowóz policyjny i zabierał też innych, na pakę terenówki. Zawieźli mnie do miasta El Congo, wysadzili koło autobusu jadącego do Santa Ana, gdzie dotarłem ponad dwie godziny przed zmrokiem. Bardzo mi się podoba, że w Ameryce Centralnej wozi się ludzi na pakach terenówek, ciężarówek, i że takich krajów jest więcej na świecie. Ten rodzaj transportu wielokrotnie bardzo mi pomógł. Bardzo nie podoba mi się, że w Europie tak nie można, a kary są drakońskie, gdy ktoś złamie zakaz. Uważam, że poza głównymi trasami, gdzie ciężko się poruszać bez własnego samochodu, taka forma transportu powinna być dozwolona. Jakby policzyć ile kilometrów spędziłem na pakach samochodów i innych pojazdów, w bagażnikach, na dachach, uzbierałyby się solidne tysiące. I włos nie spadł mi z głowy. Dlatego argument, że to niebezpieczne, uważam za bzdurę. I cieszy mnie, że w wielu krajach uważa się tak samo, nawet policja. Ale nie mam złudzeń, że w Europie coś się zmieni w tym względzie.

Na dzień następny celem było dojechać do Gwatemali.

Dwie ciekawostki.

W Salwadorze kultową potrawą są pupusas (jedna pupusa). Cienkie placuszki kukurydziane(tortille) a w środku: sery, kurczak i inne mięsa, warzywa, grzyby i wiele innych. Tanie i pyszne. Honduras też rości sobie prawa do narodzin potrawy.

Nie zaskakuje mnie to, ale mnóstwo osób w Ameryce Centralnej nie wie, że kraj taki jak Polska istnieje ani gdzie się znajduje. To nie tylko przypadłość tej części świata. Ale oczywiście są osoby, które nasz kraj kojarzą. Coraz rzadziej z Janem Pawłem II. Coraz częściej z piłką nożną, ale tylko raz ktoś wymienił Lewandowskiego, za to kilka osób gratulowało mi awansu naszej kadry na Mistrzostwa Świata w Rosji. I dodawało, że mamy dobrą drużynę.

Informacje praktyczne. Zatrzymałem się w hostelu Pool House, który rzeczywiście posiada mini basen. Jest to mały obiekt i ciasny, ale przytulny, z planami rozbudowy. Cena za łóżko w kilkuosobowym pokoju wynosiła 10usd. Innym obiektem użytkowanym przez cudzoziemców w Santa Ana jest Casa Verde. Samo miasto nie jest zbyt urodziwe, ale ma ładną katedrę i kilka ciekawych budynków. Ze względu na wysokość powyżej 600m n.p.m., rano i wieczorem nie jest tutaj gorąco, za to bardzo przyjemnie. W Santa Ana nie można było wymienić gwatemalskich quetzales. Na dolary. Na granicy, owszem. Dlatego tym co mieli problem pomogłem i kupiłem od nich gwatemalską walutę.

Na zdjęciach: moje wejście na wulkan Santa Ana oraz sam wulkan w wielu ujęciach, w tym jezioro kraterowe i wierzchołek oraz na dwóch zdjęciach jezioro Coatepeque. Przed zdjęciem z moją podobizną, jest fotografia jak widać kraterowe jezioro z oficjalnego punktu widokowego. Z kolei dalej jest widok na wulkan Izalco (trzy zdjęcia), a następnie znowu wulkan Santa Ana, policyjna podwózka, katedra w mieście Santa Ana oraz pupusas. Na ostatnim zdjęciu wulkan San Salvador(Quetzaltepec, ostatnia erupcja 1917r.), widziany ze stolicy… San Salvador.

Opublikowano w Blog
Motywacja, by wybrać się na ten wulkan była następująca. San Miguel (Chaparrastique) jest ogromnym stratowulkanem. Góruje nad okolicą, posiada imponujący krater, co widać na zdjęciach satelitarnych. Wybuchł całkiem niedawno przed moim przyjazdem, bo w 2016. I rzadko ktoś na niego wchodzi. Jest bardzo mało zdjęć z partii szczytowych w internecie. Aczkolwiek niektórzy mieszkańcy San Miguel chcą zrobić z niego atrakcję turystyczną, jak to uczyniono z wulkanem Santa Ana. Na drugim końcu tego niewielkiego kraju. Nic dobrego to nie wróży, bo każda ingerencja administracyjna w wulkan oznacza ograniczanie do niego dostępu. A tworzenie parków narodowych i rezerwatów jest tylko przykrywką do takich właśnie działań.

Chcąc zrobić dokumentację partii szczytowych i poziomu aktywności, wpierw jest zawsze ten sam problem. Jak się tam dostać? Czy są jakieś obostrzenia. Od razu zacząłem pytać Morrisa – właściciela mojego miejsca noclegowego. San Miguel to nie turystyczne miasto, stąd mówiący po angielsku człowiek i do tego nie lokalny – to duża radość. Bo od razu widać różnicę. Gdy lokalsi mówią nie wiem, nie da się, nie można. Morris od razu powiedział – nie ma problemu, załatwimy to. Wpierw zadzwonił do jakiegoś znajomego, który mógł posłużyć za 10usd jako przewodnik, ale nie mógł dnia następnego. To dobrze, taki gość oszczędza czas, ale rodzi zwykle problemy. Lokalni przewodnicy są beznadziejni i nie mają pojęcia o wulkanach. I musiałbym się użerać z ciągłymi tekstami – schodźmy już.

Wobec powyższego Morris powiedział: zawiozę cię pod wulkan i sobie sam pójdziesz. Naprawdę tak łatwo, bez problemów? Nikt nie będzie rzucał mi kłód pod nogi jak zwykle?

Naprawdę. Pomiędzy 9 a 10 rano Morris wysadził mnie ok 10-12km od San Miguel na wysokości 800m n.p.m., choć twierdził że startuje się z 1200m (droga RN16S). I powiedział: idź prosto do góry, a jak się zgubisz to spróbuj zapytać lokalsa, którzy pracują na polach uprawnych (do 1500m). Gdyby ktoś cię zaczepiał, chciał pieniądze, mów że jesteś z USA, bo Ameryki się tutaj boją. Nie mów, zwłaszcza policji, że idziesz na wulkan, bo tutejsi ludzie i urzędnicy mają hopla na tym punkcie. Nie tak dawno wybuchł i uważają, że jest bardzo niebezpieczny i nikt nie powinien się do niego zbliżać. Zawsze to samo utrapienie – bardzo ograniczeni ludzie.

Pogoda świetna, ale czasu nie za dużo. Do pokonania ponad 1300m przewyższenia. Wpierw wędrówka szutrową drogą pomiędzy polami. I trasa nie była wcale taka łatwa, musieli pomóc okoliczni mieszkańcy. Choć na początku tak pomogli – każdy mówił, by iść w inną stronę i inną drogą, że stwierdziłem: wybiorę tą drogę, która prowadzi do góry. Wyżej pomoc dwa razy się przydała na rozstajach dróg. Samochodem terenowym można dojechać do 1480m. Ale uwaga, na wulkan prowadzi kilka ścieżek, choć może to za duże słowo. Bo jak droga się skończyła, ścieżka nie była ścieżką. W każdym razie jakby jej od dawna nikt nie używał i musiałem się sporo namęczyć przeciskając przez las i chaszcze, aż zszedłem do sypkiego żlebu. Po stromym i sypkim materiale piroklastycznym szło się dużo lepiej. Końcówka do krateru była twarda, a wysokość na skraju 2010m. Podejście zajęło mi 2h30min. Całkiem sprawnie. Była mniej więcej 12:00, miałem sporo czasu na działalność w rejonie krateru. Spędziłem tam cztery godziny. Krater San Miguel robi wrażenie, czułem się trochę jak na obcej, nieprzyjaznej planecie. Szarej, zakurzonej, zadymionej. Jest tutaj potężny krater zewnętrzny, postrzępiony, o dobrych kilku kilometrach obwodu. Miejscami jest też krater wewnętrzny, z głębi którego wydobywały się toksyczne gazy i właśnie nad jego skraj wpierw poszedłem. Wielki wulkan i tylko Gawlik – tak lubię.

Obejście krateru dookoła nie było wcale takie łatwe, góra dół, nawet drobne elementy wspinaczki. Włócząc się po partiach szczytowych pokonałem około 400m deniwelacji. Wybrałem się oczywiście na wierzchołek, mój GPS zmierzył 2126m z dokładnością do 4m (wg Wikipedii 2130m). Dokonałem mnóstwa obserwacji i San Miguel muszę przyznać, jest wulkanem budzącym grozę swoją surowością w rejonie kraterów. Jego erupcje są niezwykle efektowne.

Od Nikaraguy obserwuję częste pożary lasów i krzaków. Patrzę, a z boku krateru, za nim, unosi się snop gęstego dymu. To nie erupcja, ale poszedłem sprawdzić. To paliły się las i krzaki. Mnóstwo dymu na potężnym obszarze. Pojawiło się dla mnie nowe zagrożenie, ten pożar jest może kilometr od mojej trasy zejścia, a wiatr wieje w tym kierunku. Ogień potrafi się przenosić z ogromną prędkością. Głupio byłoby zginąć na wulkanie od pożaru lasu. Dokończyłem to co chciałem i w dół. Najgorszy krzaczasto-leśny obszar starałem się pokonać jak najszybciej. Nie uciekłbym stąd przed ogniem i dymem. Wkoło unosił się zapach palonego drewna, a wulkan po przeciwległej stronie przełęczy był jakby za mgłą.

Półtorej godziny zajęło mi zanim doszedłem do drogi (wybiła 17:30), trochę w innym miejscu niż startowałem. Szybko złapałem autostop i znalazłem się przy głównej drodze, cztery kilometry od obiektu, w którym nocowałem. Na autobus też nie czekałem długo. Gdy zmrok praktycznie zapadł dotarłem do celu. Morris był w szoku, że mi się udało, nie spodziewał się. Koniecznie chciał oglądać zdjęcia i chwytał się za głowę. Jemu też Chaparrastique wydawał się niebezpieczny. Przez cały wieczór i poranek był podekscytowany moim wejściem, prosił o wszelkie informacje. Bo ma zamiar popularyzować wulkan, by San Miguel zaczęli odwiedzać nie tylko pojedynczy turyści. Tak na marginesie, ludzie zwożący mnie z pod wulkanu dziwili się nie tylko, że ośmieliłem się wejść na niego, ale że samotnie, wydawało im się niewiarygodne. Rozumiem, my biali mamy często opinię nieporadnych i chcących zawsze gotowego, czyli pełnej usługi turystycznej. Jak robimy coś sami, miejscowym wydaje się, że zaraz zrobimy sobie krzywdę. I Morris wspominał, że ze dwa lata wcześniej kilku Niemców zgubiło się na wulkanie i trzeba było ich szukać.

Morris, pół Hiszpan, pół Salwadorczyk, który pół roku spędza w Hiszpanii stwierdził, że Ameryka Centralna to w dużej mierze „bananowe republiki”. W których króluje lenistwo oraz głupota. Tutejsi ludzie chcą mieć pieniądze, ale nie chcą pracować. On sam nieraz mówił różnym osobom, które prosiły o jałmużnę, przyjdź, dam ci zarobić. Nikt się nie zjawił. Salwador przypomina Nikaraguę pod względem rozwoju i zamożności. Morris opowiadał, że w kraju żyje 6mln osób, a kolejne 4mln w USA, które ślą rodzinom pieniądze. Największą bolączką Salwadoru jest dramatycznie niski poziom edukacji, dodał. Przez to kraj wolno się rozwija. I powiedział też o tym, o czym słyszę w wielu biednych krajach. Uważają w nich, że od pracowania i zarabiania pieniędzy są biali, którzy powinni się z nimi podzielić, czyli dać.

Jestem tolerancyjną osobą, lecz nic nie poradzę, że fakty mówią, iż jak się biały za coś bierze, zwykle widać różnicę. Świetnym przykładem jest porównanie mojego noclegu w San Lorenzo i w San Miguel – obiekt prowadzony przez lokalnych właścicieli i przez Europejczyka. Jakoś tak jest, że nam białym się chce, myślimy, podnosimy kwalifikacje, standardy, dbamy o jakość, zadowolenie klienta. Co nie jest powszechne na świecie. Zawsze się zastanawiam w podobnych sytuacjach, czemu ludzie z Ameryki Centralnej nie potrafią prowadzić pensjonatu o takim standardzie? Co im w tym przeszkadza? Czasami wystarczyłoby trochę świeżej farby, by było widać różnicę. A najciekawsze jest to, że w samej Ameryce Centralnej zgadzają się z tym, co napisałem w tym akapicie. Muszę jeszcze wyjaśnić pewien szczegół, pisząc o białych, mam na myśli nie tyle kolor skóry, ile poziom rozwoju, cywilizacji. Oprócz dużej części Europy, USA, Kanady, Australii i Nowej Zelandii, wysokie standardy oferują też takie „nie białe” kraje jak Japonia czy Korea Południowa.

Informacje praktyczne. Salwador. Czas: UTC minus 6. Waluta: dolar amerykański. Ceny, chyba najtańszy kraj na tej wyprawie, a wystartowałem z Panamy. Trochę taniej niż w Polsce, transport publiczny także. Zatrzymałem się w Guest House Europa, który widoczny jest w internecie, ale na budynku była tylko mała karteczka z boku. Taksówkarz szukał i szukał. Za to w środku jak na tą część świata bardzo fajne warunki, bo prowadzi go Morris, w połowie Hiszpan. Bardzo dobre ceny, a ja dostałem jeszcze rabat i za prywatny pokój z łazienką, na przyzwoitym poziomie zapłaciłem 13usd za noc (w Hondurasie za totalny syf 15usd w obiekcie, który nazywał się hotelem a nie guest housem). Do tego w cenie śniadanie i schłodzona woda w nieograniczonych ilościach, a także pyszne pomarańcze. Jest internet, przestronnie, hamaki i bardzo mało ludzi, bo obiekt mało znany. Widać, że lokal prowadzi przedstawiciel świata zachodniego, widać że sprzątają go przedstawiciele Ameryki Łacińskiej. Tak sobie, czyli i tak nieźle jak na tutejsze warunki. Ale w Europie za taką jakość pracy, szybko się ją traci. Trzeba by stać ciągle nad głową pracownika, by efekt był zadowalający. Minusem były wiatraki (to standard tutaj) a nie klimatyzacja i duży hałas z ulicy, także w nocy – ale nie można mieć wszystkiego. Ludzie jak w całej Ameryce Środkowej – sympatyczni, pomocni i praktycznie nie-anglojęzyczni.

Na zdjęciach: granica Honduras - Salwador, profesjonalne ekspresowe szycie spodni na pośladku, wiele ujęć wulkanu San Miguel (Chaparrastique) – podejście, krater, wierzchołek, zejście. Zdjęcie z gęstym dymem pod koniec galerii to pożar lasu. A na początku zdjęcie nr 6 przedstawia widok na wulkan Chinameca, a na poprzedzającym chaszcze, które musiałem pokonać.

Opublikowano w Blog
Wejście na Momotombo i dotarcie tego samego dnia do Leon okazało się kluczowe. Z jednej strony był to ekstremalnie intensywny czas, ale z drugiej udała się ważna rzecz. W ciągu trzech dni byłem na wulkanie Momotombo, Cerro Negro, Telica i San Cristóbal. Jeszcze tego trzeciego dnia dotarłem do Hondurasu. Myślałem, że zajmie mi to wszystko 5 dni, i tak byłoby intensywnie. A wystarczyły 3 dni. Ostre tempo, ale odzyskałem dwa dni, które nadmiarowo zużyłem na Poas. Wyprawa jest krótka, skrajnie intensywna, każdy dzień jest na wagę złota. Choć jest to okupione znacznym zmęczeniem i chronicznym niedospaniem.

Przed trzecią w nocy już nie spałem, a punktualnie o czwartej odebrano mnie na San Cristóbal. Niewiele wcześniej położyłem się spać. Ale jak to na wyprawie, musi być ciężko. Nie ma że bolą jeszcze różne części ciała po Poas i organizm nie ma nawet dnia na regenerację. Musi sobie jakoś radzić.

Dojazd zajął tyle samo czasu co pod Telicę, chociaż to dalej, ale trochę mniej szutru i lepszy. Zatrzymaliśmy się na farmie pomiędzy wulkanami San Cristóbal i Chomco. Tutaj uiszcza się jakąś opłatę, chyba właścicielom farmy, ponadto wulkan jest rezerwatem. Wstawał dzień, wysokość 700m. Ruszamy do góry. Wpierw ścieżką przez las, potem pomiędzy krzakami, a potem po sypkim rumoszu wulkanicznym. W zasadzie każdy jak chce, lecz pod koniec widać zarysowania „zygzaka”. Bo na najwyższy wulkan Nikaraguy czasami się wchodzi. Od razu na sam wierzchołek, gdzie tak wiało, że z trudem trzymałem się na nogach.

Wejście jest fajne. Bo krótkie, ostro do góry, prawie cały czas w cieniu, więc człowiek się nie przegrzeje. Szedłem sobie powoli krok za krokiem. Po mnie 10-15 minut na szczyt dotarła para Niemców, przewodnik kolejne 15minut później, a jego kolega dalsze 10. Chłopaki byli zdziwieni naszym tempem. Wszedłem w 2h30min. GPS na szczycie wskazał 1795m (plus/minus 5m), czyli około 50 metrów więcej, niż oficjalne dane. 

Ze względu na wiatr, znalazłem nam miejsce na zboczu, bliżej krateru. Spędziliśmy tutaj godzinę. Podziwialiśmy dymiący krater San Cristóbal, w oddali Telicę. Prawie na szczycie rozłożył się ciekawy zwierzak – kinkajou czyli kinkażu żółty z rodziny szopowatych. Zimno nikomu nie było, robiło się wręcz za ciepło. Skacząc po rumoszu skalnym w godzinę dotarłem pod samochód. Reszta wyraźnie później. Ale dlatego, że mieli buty trekkingowe, ale i krótkie spodenki. Stąd ciągle wsypywały im się kamienie do butów i ciągle je wyciągali. Długie spodnie, nie zmusiły mnie ani raz do wyjmowania kamyków z buta.

Poszło nam wyjątkowo sprawie i po chwili odpoczynku, mogliśmy rozpocząć powrót. San Cristóbal jest wulkanem aktywnym, wybuchł w 2016 roku i wielokrotnie wcześniej. Duże ilości gazów, toksycznych, świadczą, że lawa jest blisko krateru, może nawet widoczna w nocy. Ów stratowulkan obniża się w kierunku Telici, jest duży aktywny krater i fragmenty starego krateru. Podczas większych erupcji ewakuuje się okolicznych mieszkańców.

Ekipa zostawiła mnie koło dworca autobusowego w Chinandega. Właśnie odjeżdżał mikrobus do granicy w Guasaule. Przeszedłem ją pieszo. Szybko i sprawnie. Po stronie Nikaraguy prześwietlili mi bagaż, pobrali opłatę wyjazdową 2usd, a Honduras 3usd – wjazdową. Miałem szczęście, bo udało się złapać mikrobus jadący przez interesujące mnie miasto – San Lorenzo.

Taka ciekawostka mi się przypomniała. W Masaya spotkałem chłopaka, fana metalu. Mówił, że Polska ma dobre grupy, lubi Behemotha.

Na zdjęciach: różne ujęcia wulkanu San Cristóbal, w tym jedno z Telici, zresztą ją dymiącą w dali też widać na jednym zdjęciu. Fajny zwierzak kinkajou także jest.

Opublikowano w Blog
Cerro Negro jest wulkanem aktywnym, wybuchł w 1999 roku. Objęty jest rezerwatem, a możliwość zjeżdżania na deskach zawdzięczamy w dużej mierze wiatrowi. Z pewnych miejsc wywiał drobny rumosz wulkaniczny i pozostawił kamienie oraz skały. A w pewne miejsca ową drobnicę naniósł.

Dzięki temu powstała jedna z najsłynniejszych atrakcji turystycznych Nikaraguy – volcanoboarding. Ale by zjechać, wpierw trzeba się namęczyć. Czyli wejść na wulkan. Marsz rozpoczyna się z około 450m n.p.m., a wierzchołek jest na 715m n.p.m. (pomiary GPS). Zjeżdża się na specjalnych deskach – drewno pokryte blachą. Ciężkie. Ale można zatrudnić miejscowych, którzy za parę dolarów wniosą nam deskę. Nie mniej, na szczyt nikt nas nie wniesie. I dobrze, bo są ciekawe wulkaniczne widoki. Pola lawowe, kratery. Działają nawet niewielkie fumarole. Jeden mały krater jest pod wierzchołkiem, a drugi, znacznie większy i nieforemny, oraz otwarty z jednej strony, stanowi główną część wulkanu. Wprawne oko zauważy dwa małe kratery w polu lawowym, zaraz po przyjeździe pod wulkan.

Po wejściu na szczyt, następuje ubranie się w kombinezony, które dają firmy organizujące wycieczki. Wypożyczają też gogle. Od nas zależy jak szybko zjedziemy na dół, jak bardzo będziemy hamować nogami. Warto nie hamować, wtedy frajda ze zjazdu w dół jest rzeczywista. Zabawa trwa krótko, wejście dłużej. Szkoda, że nie zbudują krótkiej kolejki linowej i baru na dole, bo upał potężny. Wtedy można by zjeżdżać cały dzień, z przerwami na schłodzenie i posiłki. A tak po jednym zjeździe już nikt nie wchodzi drugi raz, zwłaszcza że ścieżkę poprowadzono okrężną drogą, by łatwiej się wchodziło.

Dojazd z miasta Leon zajmuje około godzinę. Płaciłem 30USD. W tym transport, anglojęzyczni opiekuni, wstęp do rezerwatu, potrzebny ekwipunek, a po powrocie cola albo piwo. Wystartowałem porannym kursem, o 8:00, powrót nastąpił przed 14:00. Drugi kurs zaczyna się właśnie o 14:00 i kończy wieczorem.

Korzystałem z usług dużej firmy volcanodaynicaragua.com, która zatrudnia wolontariuszy z USA, Kanady, Europy – jako przewodników. W uproszczeniu: biali ludzie świadczą usługi dla białych ludzi. I od razu widać różnicę, bo jest profesjonalnie. Nie wiem kto wpadł w Nikaragui na taki pomysł, ale szacunek, strzał w dziesiątkę. Smutne jest jednak to, że Nikaragua nie potrafi wyszkolić własnych przewodników mówiących choć trochę po angielsku i zapewniających znośną obsługę. Przez to traci pieniądze. Ci przewodnicy z którymi byłem na volcanoboardingu (sandboardingu), Telice, San Cristobal przyznali, że nikt ich nie szkolił, nie weryfikował. W razie erupcji wulkanu nic by nie pomogli. Na przykład przewodnik na San Cristobal, był dopiero trzeci raz, o wulkanach nic nie wiedział. Ale dał mi pełną swobodę, a rób sobie chłopie co chcesz. I ta atmosfera, luzu, swobody – tak powinno być. Zupełnie inny klimat niż z lokalsami. Turyści, a było ich całkiem sporo, byli bardzo zadowoleni, że obsługa jest taka jakby byli w Europie czy w USA. Lokalni ludzie zostali tylko zatrudnieni jako kierowcy, czy do czynności typu zanieś, przynieś. Tak jest, bo oni są najzwyczajniej leniwi. I nie chce im się podnieść kwalifikacji. Nawet odbiór z hostelu na moje wyjazdy był punktualny co do minuty, aż się zdziwiłem. Ponadto podpisuje się oświadczenie, że świadomi jesteśmy ryzyka, a firma nie bierze odpowiedzialności w razie jakiegoś wypadku lub zdarzenia. Tak powinno być.

Kiedyś jeździłem na snowboardzie po piaskach pustyni Atakama w Chile, teraz przyszedł czas na zjazd z wulkanu. Cerro Negro to ładny, młody wulkan, w długim paśmie wulkanicznym. Niedaleko stąd do wulkanów Momotomnbo, Telica i San Cristobal, oraz licznych wygasłych wulkanów. Przed 1999 rokiem wybuchał całkiem często.

Na drugą część tego samego dnia wybrałem się na wycieczkę na wulkan Telica.

Na zdjęciach: wulkan Cerro Negro i volcanoboarding. Jak również widoki na wulkany Santa Klara, Telica (dymiący), San Cristobal, Las Pilas. Na końcu dwa zdjęcia z miasta Leon.

Opublikowano w Blog
niedziela, 11 marzec 2018 05:58

Wulkan Momotombo 1312m – symbol NIKARAGUY

Opuszczam miasto Masaya. Taksówką do dworca autobusowego, autobusem do Managuy. Taksówką na inny dworzec, skąd autobusem do La Paz Centro. I kolejnym do Puerto Momotombo nad jeziorem Xolotlan. Wylądowałem na plaży, szybko poszło. Mam jeszcze pół dnia na zorganizowanie sobie noclegu i wejścia na wulkan. Tymczasem podziwiam go z nad jeziora, mocno dymi. Wody wzburzone, silny wiatr. Ale i tak skwar nieziemski, 36-38 stopni C w cieniu.

Puerto Momotombo miało lepsze momenty. Mini promenadę, zaniedbana. Wulkaniczna plaża, brudna, pojedyncze bary co najwyżej sprzedadzą piwo i colę. Ale klientów brak. Z hoteli ostał się jeden, trzy kilometry od jeziora. Kupić coś normalnego do jedzenia nie sposób. A miejsce ma potencjał. Potrzeba promocji. Wulkan Momotombo, jezioro Xolotlan. Blisko stąd na wulkan Cerro Negro, do Managuy i paru okolicznych rezerwatów. To mógłby być nieduży ośrodek turystyczny, w którym ludzie zatrzymają się na noc albo dwie. Fajna atmosfera, jak na końcu świata.

Ledwo przyjechałem, a od razu zaczynają się schody, jakżeby inaczej. Wpierw wróciłem się 3 kilometry do hotelu (wioska Miralago). Ale nikogo nie ma. Po czasie udało się znaleźć właścicielkę i wynająć pokój. Za 300 cordoba (10usd) był nawet pokój z działającą klimatyzacją, co tutaj w ogóle jest rzadkie. Królują wiatraki. Po włączeniu z dysz wydobyły się wszystkie możliwe bakterie i mikroorganizmy, czyszczenie klimatyzacji to nie w tym kraju. Internetu brak. Jestem jedynym gościem. Typowy prymitywny lokalny hotelik – Hotelito Momotombo.

Będąc nad jeziorem stwierdziłem, że najlepsze wejście jest za elektrownią geotermalną Momotombo, która korzysta z gorących wód wulkanu. Ale by się dostać w tamto miejsce potrzebuję pozwolenia do uzyskania w La Paz Centre. Stracę na te formalności co najmniej dzień, więc pozostaje albo znaleźć jakiegoś przewodnika, który to ogarnie albo iść na pełnym nielegalu, inną drogą. Na przełaj, do góry. Od świtu do nocy. W miasteczku nikt nie potrafi mi wskazać przewodnika, znalazłem chętnego, który byłby gotowy mnie rano podwieźć pod wulkan, to jakieś 7km. Ostatecznie rodzina właścicielki hotelu twierdzi, że znajdzie mi przewodnika, umawiamy się na 18:00. A tu nic. Jednak wieczorem pojawił się Sandro. Mówi, że on bierze 20usd, transport 30usd. Niech będzie, byleby jutro, szkoda czasu. On, że nie, że jutro to załatwi pozwolenie, a pojutrze możemy iść. Nie przyjacielu, jutro wieczorem muszę być w mieście Leon. Rzecz jasna nie zna ani słowa po angielsku, a ja skromne podstawy hiszpańskiego. Po różnych kombinacjach, staje na tym, że wyruszymy o 11:00 i damy radę.

Tak też się dzieje. Jedziemy starym terenowym Mitsubishi właściciela pobliskiego sklepiku. Gdyby Sandro miał motocykl, zarobiłby na podwózce, ale ma tylko rower. Jego ekwipunek to gumiaki, dżinsy i w czymś co ma być plecakiem, butelka jakby po oleju, ale na wodę. Przekraczamy bramę rezerwatu i elektrowni. Wpisujemy się do książki. Pogoda super, gazów wulkanicznych dużo, rano nawet dotarły do Puerto Momotombo. Auto nie daje rady podjechać do końca drogi, do tego przegrzewa się silnik. Idziemy, a kierowca na nas poczeka. Jest 12:20. I tak jest dobrze, blisko 20 godzin trwało znalezienie przewodnika i organizowanie wejścia. Nie wiadomo było czy się uda. Trzymałem rękę na pulsie. Jednocześnie za daleko wszystko zaszło, by powiedzieć, dajcie sobie spokój, sam pójdę, będzie prościej i szybciej.

Sandro się dziwi, że dotrzymuję mu kroku, a nawet chciałbym iść szybciej i nie chcę odpoczywać. Na wulkan wchodzimy łukiem, widać że kiedyś do pewnego momentu była tutaj znakowana trasa. Widoki coraz lepsze i na wulkan i na jezioro. W dole niewielka elektrownia geotermalna. Rozpoczynamy ostateczne podejście do góry. Dochodzimy do skałki, jakieś 20min przed szczytem i Sandro mówi koniec. Chodzi się tylko dotąd, nigdy wyżej. On był kilkanaście razy tutaj, na wierzchołku nigdy. Chyba oszalałeś. Zakładam kask, przygotowuję maskę, rękawiczki i do góry. Ku jego niezadowoleniu, ale bardzo nie protestował. On zostanie na skałce, boi się i nie ma maski. Erupcja może nastąpić w każdej chwili. Też mi nowina na aktywnym wulkanie. Narzeka, że jak z elektrowni przez lornetkę zauważą, że wschodzę na szczyt, może mieć kłopoty. Trudno i tak tam muszę wejść.

Końcówka to stwardniały rumosz wulkaniczny, sypki, nachylenie już spore. Ale całkiem sprawnie wspiąłem się na wierzchołek, GPS pokazał 1318m n.p.m. z błędem do 6m. Widoki efektowne, gazów pełno, bardzo toksyczne. Oznacza to, że lawa jest bardzo blisko krateru, może nawet w nocy byłoby ją widać. Krater z drugiej strony jest jakby ucięty, schodzi nisko, z tamtej strony następują wypływy lawy. Wokół mnie siarka i fumarole o temperaturze około 100 stopni C. Bardzo aktywny, efektowny wulkan. Żadnych śladów bytności człowieka. Nie zakładam, że nigdy nikogo tutaj nie było, ale to bardzo rzadkie zdarzenie. Po półgodzinie ruszam w dół, ale w pewnym momencie schodzę na bardziej sypki teren, bo skacząc po drobnym materiale piroklastycznym jest znacznie szybciej. Wołam przewodnika, by do mnie dołączył. Bardzo się interesuje jak było na szczycie, prosi o pokazanie zdjęć.

Na wulkan wystartowaliśmy z wysokości 300m n.p.m. Po 2h15minutach osiągnęliśmy wspomnianą skałkę, skąd ruszyłem sam. Zejście ze szczytu do samochodu zajęło mi 1h15min. Sandro ciągle się dziwił, że wulkan nie sprawia mi żadnych problemów i mam takie tempo. Dobrze się na niego wchodziło. A widoki nie wiem czy nie ciekawsze niż z Concepción. Za to wejście wyraźnie mniej męczące. Pewnym zagrożeniem są kamienie turlające się z partii szczytowych, trzeba zachować czujność.

Kierowcy przez kilka godzin nawet nie chciało się obrócić samochodu do zjazdu w dół, spał. Przed 17:00 jestem w hoteliku. Szybkie dopakowanie i rikszą motorową do La Paz Centre. Ale wcześniej Sandro powiedział, że muszę mu dołożyć 10usd, na opłatę parkową. Dobrze, to miał być twój napiwek. Może będzie, a może rzeczywiście pójdzie na opłatę. Z kolei gospodarz hoteliku skasował mnie jeszcze 100 cordoba, ok. 3usd, za przetrzymanie rzeczy w pokoju. A powtórzę byłem jedynym klientem. Niech im będzie, załatwili przewodnika, nie będę się kłócił.

Kilka zdań o wulkanie Momotombo. Piękny stratowulkan. Góruje nad jeziorem Managua (Xolotlan), które przekracza tysiąc kilometrów powierzchni a lustro wody jest na 39m n.p.m. Momotomnbo to symbol Nikargui, jest na banknocie, zapałkach, butelkach piwa, freskach, obrazach, w wierszach. Jego słynna erupcja z 1610 roku, zniszczyła miasto Leon, teraz to nijakie ruiny Leon Viejo w Puerto Momotombo. A miasto Leon przeniesiono około 40km na zachód. Ostatnia erupcja przed moim przyjazdem miała miejsce na początku 2016 roku. Oficjalnie podaje się wysokość 1297m, ale mój GPS zmierzył 1318m, z dokładnością do 6m. Mam dużą satysfakcję, że jestem jedną z pojedynczych co najwyżej osób, która kiedykolwiek była na wierzchołku wulkanu, który uchodzi za bardzo groźny.

Z La Paz Centre dojechałem autobusem do Leon, skąd rikszą rowerową kazałem się zawieźć do pierwszego lepszego hostelu. Już było dawno po zmroku. Załatwiłem sobie od razu wycieczkę na volcanoboarding na wulkanie Cerro Negro, na poranek dnia następnego. Mogłem pójść na kolację.

Podczas wycieczki na Cerro Negro, pracownicy firmy turystycznej powiedzieli, że mieli kiedyś w ofercie Momotombo, wejście do pewnego momentu, ale już nie mają, bo władze zamknęły wulkan. Dziwli się nie tylko temu, że byłem na skraju krateru, ale że w ogóle udało mi się dostać w masyw wulkanu.

Informacje praktyczne. Hostel Flamencos w Leon, w którym spałem miał takie oto ceny, pokój prywatny 14usd, dormitorium 5usd. Ceny w Nikaragui. Transport publiczny wyraźnie tańszy niż w Polsce, w sklepach ceny podobne lub niższe. Na przykład w Puerto Momotombo, miasteczku nieturystycznym, półlitrowa cola czy lód kosztowały 20 i 15 cordoba, ale już w Leon odpowiednio 30 i 25 (30-31 cordoba = 1USD). Od wjazdu do Nikaraguy nastąpiła zmiana pogody. Zero deszczu, potężne upały. Nad jeziorami i na wulkanach silny wiatr. Bardziej pustynne krajobrazy.

Na zdjęciach: wulkan Momotombo, jezioro Xolotlan, elektrownia Momotombo, i na ostatnim riksza motorowa.

Opublikowano w Blog
Wulkan (kompleks wulkaniczny) Santiago – Masaya, bardziej znany pod powszechnie używaną drugą nazwą, jest jednym z niewielu miejsc na świecie, gdzie można zawsze zobaczyć płynną lawę w jednym z kraterów. I to taką w postaci szalejących fal, aczkolwiek hen daleko w dole krateru.

Z pod wulkanu Concepcion szybko dostałem się do miasta Masaya, prom 1h15min (50 cordoba), z przystani od razu autobus do Managua przez Masaya (75 cordoba i ok. 90min jazdy). Przechodzili przez niego sprzedawcy, więc można było się zaopatrzyć w jedzenie. Masaya to niezbyt ciekawe miasto, co tutaj jest standardem. Jest też świetnym przykładem, że nie potrafi wykorzystać swojego wulkanu ani jeziora pod nim o tej samej nazwie. Prawie wszyscy przyjeżdżają na wulkan z Granady albo z Managuy, które są w pobliżu. Mnie ucieszyło, że znikli turyści. Kilka bladych twarzy spotkałem przez cały dzień spacerów po mieście. W którym pełno sklepów z ciuchami, ale spożywczaka czasami znaleźć niełatwo, a lody jeszcze trudniej. A one, obok owoców i coli, to mój codzienny jadłospis. Czasami uzupełniony kurczakiem. Fastfoodów tutaj również pełno, ale pojawia się na ulicy lokalne jedzenie, co cieszy – tacos, szaszłyki.

Jako że Masaya jest parkiem narodowym, dostęp do niego jest bardzo reglamentowany. Od szerokiego otwarcia dla turystyki sporo lat temu, do absolutnego minimum dostępności – obecnie. Ludzie mogą przebywać tylko przy parkingu, który jest nowy, jak i droga.

Właściciel hostelu California, w którym się zatrzymałem, znał dobrze angielski, bo 10 lat pracował w Kanadzie, jeszcze lepiej znał francuski, bo więcej lat spędził we Francji. Jego syn, około pełnoletni, po angielsku czy francusku – kompletne zero. Gdyby przez rok nauczył się 360 słówek, mógłby w każdej podstawowej sprawie się porozumieć z anglojęzycznym rozmówcą. Ale się nie chce. W każdym bądź razie, zamówiłem sobie tatę jako kierowcę na oglądanie wieczorne wulkanu.

Chciałem zobaczyć go i za dnia i w nocy, jednym ciągiem, ale się nie da. Bo park otwierają o 8:00 czy 9:00, zamykają około 16:00, otwierają ponownie około 17:00 i zamykają całkowicie o 19:30. Nad kraterem można przebywać maksymalnie 15 minut, a na parkingu może być maksymalnie 60 osób, jak jest więcej, czekają w kolejce kilka kilometrów wcześniej. Na szczęście jadąc na samą końcówkę, było pusto, kilkanaście osób. Dzięki temu miałem 45 minut na spokojne oglądanie lawy, zanim strażnik mnie odgonił od kamiennego płotu. Za kurs płaciłem mojemu kierowcy po 20USD, a bilet wjazdowy kosztuje 10USD, za dnia 100 cordoba, bo wtedy lawy nie widać. Postanowiłem tutaj wrócić jeszcze dwa razy dnia następnego. Z nad wulkanu Masaya cały czas unoszą się kłęby toksycznych gazów, widać je świetnie choćby z miasta o tej samej nazwie. Rzadko nadciągają nad parking. Turyści oczywiście przygotowani nie są na takie atrakcje.

Masaya – Santiago kompleks wulkaniczny jest bardzo ciekawy geologicznie, bo ma cechy kaldery, ale też wulkanu tarczowego. Krater w którym obserwuje się lawę, nosi nazwę Santiago i jest częścią jednego wielkiego krateru w ramach którego wyodrębnia się trzy jednostki. Oprócz wspomnianej, Nindiri Crater i San Pedro Crater. Obok jest wygasły duży krater – San Fernando. Lawa w Santiago była kiedyś dużo wyżej, ale i obecnie to ciekawe miejsce do podziwiania aktywności wulkanicznej. Sporadycznie wypływa z wulkanu, ostatni raz w 1772 roku. Za to częściej dochodzi do wybuchów, część aktywna wulkanu Masaya podlega ciągłym zmianom. Wysokości nad poziom morza dochodzą do 630m, podczas moich wędrówek działałem do 600m.

Kolejnego dnia o poranku stawiłem się w parku z nadzieją, że pozwolą podejść mi pod wygasły krater San Fernando. Jest 5 min asfaltem od parkingu. Jak na dłoni, w dużo bezpieczniejszym miejscu niż aktywny krater. Ale strażnik, że nie ma mowy, trzeba mieć specjalne pozwolenie. Mówi jednak ważną rzecz, że obok pracują wulkanolodzy z UK i z USA. Gdyby oni mnie dołączyli do swojej grupy, mógłbym się tam dostać. Zagadałem, przyjęli mnie bez problemów. Tutaj wielkie podziękowania dla profesor Hazel Rymer z Open University w Wielkiej Brytanii. Nie robiła żadnych przeszkód, bardzo sympatyczna, dala mi swobodę i jeszcze przekazała sporo ciekawych informacji. Żywo zainteresowała się moim projektem 100 wulkanów. Jego skala i dotychczasowe efekty wywarły na niej i pozostałych spore wrażenie. Poprosiła o zdjęcia z kilku miejsc. Wraz z nią byli też nestorzy, którzy działali tutaj kilkadziesiąt lat temu. Ode mnie dowiedzieli się, że te wszystkie miejsca, które przez kilka godzin odwiedzaliśmy przy kraterach, są niedostępne dla turystów. Kiedyś były. Wszyscy przyznali, że zamykanie ścieżek, dróg na Masaya - to głupota. Byli zszokowani, że nie można podejść pod zarośnięty krater San Fernando. Czy do jaskini, którą odwiedziliśmy pod koniec, od drugiej strony aktywnego krateru. Zachowały się nawet do niej betonowe schody. To wszystko kiedyś było bezpieczne, a nagle przestało? Ponoć jakiś prezydent pozamykał. Zawsze to samo. Jakiemuś kretynowi naród dał władzę, którą wykorzystuje nie tam gdzie powinien.

Miałem wielkie szczęście, bo widziałem krater z różnych stron, w tym z przeciwległej, w stosunku do parkingu, Byłem nad San Fernando, w efektownej jaskini wulkanicznej. Wysoka, szeroka, z małymi stalaktytami lawy, powstałymi, gdy zastygała. Pełna nietoperzy. Do tego spotkaliśmy ogromną iguanę.

Ekipa robiła dokumentację fotograficzną i badała grawitację, porównując z wcześniejszymi pomiarami. Czyli jak przepływy lawy ją zmieniają. Lokalni naukowcy nie interesowali się pracami, choć byli bardzo sympatyczni. Wielką ciekawostką po drugiej stronie krateru, gdzie częściej wieje wiatr i opadają gazy z drobinkami materiału piroklastycznego, była delikatna pajęczyna na ziemi, złożona ze szkła wulkanicznego. Pani profesor stwierdziła, że to niezwykle rzadkie zjawisko. Kilka razy je widziałem, ale nie na tak dużą skalę. Pełno skrzyżowanych ze sobą w różnych konfiguracjach czarnych świecących nitek. To szkło wulkaniczne nie jest niczym innym jak rodzajem lawy, istnieje dla niego nazwa – Włosy Pele (hawajskiej bogini wulkanów). Występuje na bardzo aktywnych wulkanach.

Pani profesor przyznała, że oni też muszą starać się o pozwolenia i wcale nie jest to łatwe i szybkie. Rozmawialiśmy o wulkanach Kostaryki. Wszyscy orzekli, że zamykanie tamtejszych wulkanów, zwłaszcza Poas, to głupota. I to jest piękna historia. Lokalne władze zamykają wulkany, ograniczają do nich dostęp. A wulkanolodzy z uznanych ośrodków naukowych mówią, że to głupota i wulkany powinny być pootwierane. Ale czy takiego prezydenta Nikaraguy czy Kostaryki interesuje zdanie naukowców? Nie. Oni lubią pokazać, że mogą zamknąć, bo taką mają ochotę.

Pół dnia spędziłem na wulkanie Masaya, mój kierowca już dawno odjechał i bardzo dobrze. Bez problemów dostałem się do granic parku i do miasta. By wieczorem wrócić na kolejne oglądanie lawy. Tym razem było sporo ludzi, oczekiwanie na wjazd, ale i tak przeciągnąłem wszystko do pół godziny.

Trzy wizyty na wulkanie, w tym kluczowa w dzień, która pozwoliła mi zobaczyć niedostępne obecnie miejsca, pozwala śmiało włączyć wulkan Masaya do głównej tabeli Projektu 100 Wulkanów. Właściciel mojego hostelu, który był setki razy na nim, gość pewnie dobrze około 60-tki, zazdrościł mi, bo sam nigdy tych miejsc nie widział. Gdy go zapytałem, dlaczego tak skrajnie reglamentują dostęp do wulkanu, bo kiedyś była duża swoboda, odpowiedział: bo teraz jest park narodowy. I to jest kwintesencja tego o czym piszę podczas tej wyprawy. Po to tworzy się parki narodowe na wulkanach, by zamykać do nich dostęp albo maksymalnie utrudnić i ograniczyć. To ani potrzebne ani mądre.

Dodam, że w drodze pod Masaya, już na terenie parku, jest małe muzeum, które opowiada o wulkanach, geologii, badaczach tych terenów, znalezionych zabytkowych przedmiotach, faunie i florze. Można na chwilę się zatrzymać.

Informacje praktyczne: Hostal Kalifornia, w którym się zatrzymałem, to proste miejsce noclegowe, które dominują w Nikaragui, prywatne małe pokoje kosztowały po 10-15USD.

Na zdjęciach: miasto Masaya i widoczny z niego wulkan z wraz z jeziorem Masaya. Kompleks wulkaniczny Masaya – Santiago, dzień i w nocy. Na jednym ze zdjęć jest profesor Hazel, jaskinia wulkaniczna, iguana i „włosy Pele”, jak również parking przy kraterze.  Ponadto zarośnięty krater San Fernando i pole lawy z 1772 roku.

Opublikowano w Blog
Jestem w Nikaragui. Jak wspomniałem w poprzednim tekście, opłata wjazdowa wyniosła 14USD (główna trasa San Jose – Managua). Chociaż miałem bilet do przed chwilą wymienionej stolicy, wysiadłem w Rivas. Od razu można było zauważyć, że Nikaragua jest biedniejsza od Kostaryki. Zaatakowali mnie kierowcy, choć bardziej pasuje słowo naciągacze. Oferując ze niecałe 10 kilometrów do portu podwózkę za dziesiątki dolarów. Uciekłem od nich i za cztery dolary rikszą rowerową oraz motorem dotarłem do celu (pewnie i tak przepłaciłem, ale szkoda czasu by zaoszczędzić dolara). Bilet na prom kosztował 50 cordoba i w drogę przez potężne jezioro Cocibolca (Lake Nicaragua).

Po godzinie płynięcia po wzburzonym jeziorze byłem w miejscowości Moyogalpa na wyspie Ometepe. W pierwszym napotkanym hotelu zrzuciłem swój bagaż. Może 50 metrów od portu. Dałem rzeczy do prania, poszedłem na spacer oraz zakupy.

Trochę mnie zaniepokoiła spora liczba turystów. Dotąd ich prawie nie było, a tutaj pół statku to cudzoziemcy, na własną rękę organizujący sobie podróż.

Zatem mój wypoczynkowy dzień wyglądał tak. Większość dnia w podróży. Na dworze skwar. Upierdliwe przejście graniczne. Dojazd do promu, dotarcie na wyspę i zorganizowanie sobie wyjścia na wulkan. Wypocząłem jak diabli. W temperaturach blisko 40 stopni C w cieniu.

Wyspa Ometepe skrywa dzisiaj dwa wulkany, które kiedyś pewnie były samodzielnymi wulkanami-wyspami, ale na skutek erupcji i spływających law połączyły się. Wyższy to wulkan Concepción 1610m n.p.m., drugi to Maderas 1394m. Mnie interesował jedynie ten pierwszy. Objęty jest rezerwatem i oficjalnie samemu wchodzić nie wolno. Ale jak się troszkę pokombinuje, da się. Oczywiście tablice straszą karami policyjnymi za wchodzenie bez przewodnika. Wynika to z tego jak mi tłumaczono, że turyści często mieli wypadki i problemy gdy sami wchodzili.

Nikaragua stosuje inne podejście odnośnie wulkanów aniżeli Kostaryka, ale ma tendencje w jej stylu, co świetnie będzie można zauważyć na przykładzie wulkanu Masaya. Na szczęście jest biedniejszym krajem i nie może sobie pozwolić na zamykanie wulkanów, nawet się chwali na koszulkach, że jest krajem wulkanów. Dlatego generalnie jest wymóg wchodzenia z przewodnikami na wulkany. Którzy są mało profesjonalni, ale tani. Są też opłaty parkowe za wstęp. Na Concepción cena wynosiła 25USD od osoby – w tym transport, opłata parkowa i przewodnik.

Takie podejście jest do przyjęcia pod warunkiem, że nie ma żadnych innych obostrzeń. Płacisz i wschodzisz. Czasami jest to bardzo wygodne, a bywa niezbędne. Na przykład, gdy chcę wejść na wulkan z licznymi lodowcami i szczelinami na trasie, sam szukam przewodnika, by było się z kim związać liną. Już wpadałem do szczelin podczas samotnych wspinaczek. Udawało mi się nie zabić, wyjść z nich i kontynuować wędrówkę. Ale to skrajne rozwiązanie, którego staram się unikać. Przewodnik może być też świetnym sposobem zamiast załatwiania specjalnych pozwoleń. Nieraz się umawiałem, idziesz ze mną, ale ja muszę zrobić to i to, dostaniesz podwójną stawkę. I robiłem co chciałem a przewodnik na mnie czekał, albo wręcz odpoczywał w połowie wulkanu. Znacznie gorzej jest, gdy nie zna angielskiego. Wtedy stawiam jegomościa przed faktem dokonanym, gdy idę w miejsce, oficjalnie nie przeznaczone do wędrówki (jak kilka dni później na wulkan Momotombo). Coś tam krzyczy, macha, ale nie ma wyjścia jak na mnie poczekać, bo iść zwykle nikt w takie miejsca nie ma ochoty.

Concepción to nie był dla mnie istotny wulkan do projektu, ale jest prześliczny. Bardzo stromy stratowulkan, na wyspie, zwykle u szczytu pokryty płaszczykiem chmur. Po bardziej płaskich stratowulkanach, taki klasyczny był w sam raz na rozgrzewkę. I wyśmienity na badanie medyczne. W jakim stanie jestem po wulkanie Poas. Które kontuzje są poważne, które nie. Czy powinienem odwiedzić szpital. Ale gdzie tam. Mając poważniejsze urazy nigdy nawet lekarza nie odwiedziłem na wyprawie, kontynuując ją. Więc z takimi duperelami też nie pójdę. Wyniki badań były bardzo szybkie. Większość z niezliczonych stłuczeń, naciągnięć, ran – jest niegroźna. Do tygodnia o nich zapomnę. Problemem jest spuchnięte i obolałe prawe kolano, które uszkodziłem już na Turrialbie. I potwierdziło się to, co przeczuwałem. Chyba stłukłem sobie płuco albo płuca, bo przy dużym wysiłku, bolało, gorzej mi się oddychało. W dżungli kilka razy w drzewo przywaliłem mocno klatką piersiową. Nie mniej żebra się nie ruszają, krwią nie pluję, więc to nic wielkiego. Są szanse, że do dwóch tygodni i kolano i płuca dojdą do siebie. Jak nic nie napiszę, znaczy że doszły. A wejście na Concepción okazało się wspaniałą rehabilitacją dla kolana. Naciągnięte i spięte mięśnie, ścięgna, wiązadła, trochę popuściły. Ale podczas zejścia założyłem na wszelki wypadek ortezę stabilizacyjną. Kolejnego skręcenia w tak krótkim czasie kolano nie wytrzyma. Byłoby po wyprawie. Muszę je trochę oszczędzić, chociaż lewe też boli na skutek odniesionych urazów.

Nastał dzień wejścia na wulkan, ale wcale wielu chętnych nie było. Zbiórka o 6:30, a po wpisaniu się do książki wejść, start o 7:30. Na trasie były 3 grupy, łącznie 18 osób. Standardowa piesza wycieczka zajmuje 8-9 godzin. Do pokonania jest około półtora kilometra przewyższania, stromym zboczem. Nie ma nic ekstremalnego, ale jest co wschodzić i schodzić. Podłoże twarde. Stromy stożkowy wulkan daje popalić. Do około tysiąca metrów idzie się w lesie, następuje wypłaszczenie, gdzie mocno wieje i dalej coraz bardziej stromo aż na szczyt. W tym po skałach.

Za przewodników pracowało dwóch młodych chłopaków nie znających ani słowa po angielsku, a nikt z uczestników hiszpańskiego nie znał. Dlatego szef firmy przyjechał z nami, by powiedzieć kilka zdań po angielsku.

Większość takich przewodników w różnych zakątkach świata pracuje podobnie – źle. Od początku zaczęli iść bardzo szybko, a ja od początku to zignorowałem idąc własnym tempem. Pozostali patrzyli za mną. Jeszcze nie wystartowaliśmy, a on został z tyłu. Nie minęła połowa drogi, gdy część grupy była już za mną z tyłu. Gdy zrobiło się stromo, ja ciągle szedłem tym samym tempem, bez odpoczynków. A oni dwadzieścia szybkich kroków i łapanie oddechu. Na wypłaszczeniu w rejonie 1000m n.p.m. było bardzo chłodno, wiało, skraplały się chmury, ale nie był to deszcz. Aż trudno uwierzyć, że na dole gorąc trudny do wytrzymania, a po dwóch godzinach marszu - zimno. Tutaj wyszedł kolejny błąd przewodników. Bo jedna dziewczyna została już mocno z tyłu z jednym z nich. Drugi postanowił czekać. Długo. Wszyscy strasznie przemarzli, poza mną, bo ja byłem przygotowany. Dobre buty, długie spodnie, polar. A większość z pozostałych uczestników - adidasy, krótkie spodenki, koszulki, trzęśli się z zimna. Nie przewidzieli, że tak właśnie będzie, co łatwe było do przewidzenia. Nikt im też nie powiedział. Ale nawet się nie dziwię tej beztrosce ludzi, którzy o wulkanach i górach nie mają pojęcia. Ten samotny stratowulkan kumuluje chmury, nieraz przez cały dzień wiszą efektownie nad szczytem. A moi towarzysze pytali czym będą oddychać, skoro tam jest tyle dymu. Na szczęście to tylko chmury. A skoro myśleli o dymie, czemu nie pomyśleli o maskach przeciwgazowych?

W końcu mogliśmy ruszyć dalej, stromo do góry, ale ścieżka jest tak pomyślana, że jeśli wiatr wieje standardowo co do kierunku, to nie przeszkadza zbytnio. Chłód też nie, bo jest duży wysiłek. Dopiero na szczycie, gdzie zwykle są chmury i nic nie widać, jest znowu bardzo zimno. Niezmiennie szedłem swoim tempem, przewodnicy się nie wtrącali, choć na początku chcieli. W efekcie byłem u celu o 11:00, pół godziny przed pierwszymi osobami z grupy. Wyprzedziłem w międzyczasie kolejną, trzy dziewczyny, których przewodnik marudził, że idę sam, tu skały i ścieżka słabo widoczna, chmury, niewiele widać. Oczywiście wszystko było łatwe i wyraźne, ale rozumiem, że nie miał pojęcia kto go wyprzedza – człowiek gór i wulkanów. Oficjalna wysokość to 1610m, ale mój GPS uparcie pokazywał ok. 1655m z kilkumetrowym błędem. A w punkcie startu ok. 150m, choć oficjalnie powinno być ok. 100m.

Nie zmęczyłem się bardzo, pozostali umierali ze zmęczenia. Bo ciągle szli jak przewodnik, który odstawiał popisy – wbiegając bez koszulki.

Fajne chłopaki ci „przewodnicy”, tylko kompletnie nie rozumieją swojej pracy. Z ich zachowania, twarzy, oczu, bije po prostu głupota. Osiągnęli maksymalny poziom w swojej karierze zawodowej. Z takim podejściem dalej nie zajdą. Trzeba by się pouczyć angielskiego i postawić sobie za cel zadowolenie klientów, pod nich przybrać tempo. Wyświadczyć wysokiej jakości usługę. Wzbudzić respekt i szacunek.

Ponad godzinę spędziłem na wierzchołku, ale widać dużo nie było – chmury. Za to czasami był wyczuwalny zapach siarkowodoru z niewielkich fumarol, które są w kraterze. Oficjalnie można na nim być 15 minut, ale nikt nie poganiał, poza zimnem. Zejście tą samą drogą. Stromo. Przydałyby się rękawiczki, kijki – ale nikt nie ma. Plastrów na rany od chwytania się ostrawej lawy też. Miałem rękawiczki, ale nie było potrzeby użycia, miałem resztki jednego z kijków, ale rozleciał się podczas wejścia całkowicie. Wyschły mi w końcu całkowicie buty trekkingowe, choć ich zapach pozostał średni.

Na wypłaszczeniu, na którym rano było tak chłodno, teraz świeciło słońce, a wiatr przyjemnie chłodził. Godzinę tam leżeliśmy. A ja pewnie dłużej, bo szedłem własnym tempem, czyli powoli ale szybciej od pozostałych, którzy na tej powierzchni nie czuli się pewnie. Poniżej wierzchołka przejaśniło się i były fajne widoki, ale gdyby wszystko się działo godzinę później, byłoby jeszcze lepiej. Na Concepción z tego co zauważyłem, lepsza pogoda jest w drugiej połowie dnia i nie trzeba startować tak wcześnie. Lepiej trochę później, i tak zejdzie się przed zmrokiem. Oczywiście istnieje ryzyko całodniowej złej pogody na wulkanie, taką zastałem kolejnego dnia.

W dół nie idzie się szybko, nawet w części leśnej, aż do wypłaszczenia przy starym potężnym drzewie, jest sporo stromych stopni. Jedną z atrakcji tego fragmentu były małpy, ptaki i motyle. Cała wędrówka zajęła nam 8 godzin 45 minut, ale trzy długie odpoczynki zajęły około dwie i pół godziny. Na dole upał był nie do wytrzymania. Nad jeziorem szykował się powoli kolejny cudny zachód słońca.

Kilka informacji geograficznych. Wulkan Concepción ostatnią erupcję zanim tu przyjechałem miał w 2015 roku. Wyspa Ometepe ma 276km kwadratowych i jest największą na jeziorze Cocibolca. Które z kolei jest największe w Ameryce Centralnej, pochodzenia tektonicznego (8264km2). Lustro wody jest na prawie 33m n.p.m., a głębokość dochodzi do 26m. Nikaragua chce mieć swój kanał pomiędzy oceanami, w tym przez to jezioro.

Informacje praktyczne. Czas UTC minus 6. Gniazdka elektryczne – dwa płaskie bolce. Waluta: Cordoba = 30-31 za dolara. Choć w wielu miejscach można płacić dolarami. Na wyspie Ometepe spałem w hotelu The Landing. Prosty, ale fajna sala restauracyjna, sympatyczna właścicielka. Zorganizowała mi pranie rzeczy po wulkanie Poas i wejście na wulkan. Ceny noclegów to 15USD za pokój prywatny i chyba 8USD za pokój kilkuosobowy. Bez problemów na Ometepe można wypożyczyć skutery. Promy pływają często.

Na zdjęciach: na pierwszym granica z Kostaryką, potem wulkaniczne motywy. A dalej wulkan Concepcion i jezioro Cocibolca. Pod koniec galerii także prom i wulkan widziany z miejscowości Moyogalpa.

Opublikowano w Blog
Idąc od strony wulkanu Irazu, wpierw zszedłem jakieś 900m deniwelacji, było trochę falowania terenu. Mały depozyt zostawiłem w San Jose, ale duży plecak i mały z elektroniką miałem ze sobą. Jak zwierzę juczne, lecz bez dramatu. Ciepły klimat, brak lodowców, to i mniej sprzętu do noszenia. Jedzenia i picia też, cywilizacja niedaleko. Zbliżając się do granic parku narodowego Turrialba musiałem zachować ostrożność. Z jednej strony, kto normalny szedłby nocą na wulkan. Nikt mnie nie wyczekiwał. Z drugiej, biały człowiek z tak dużym plecakiem, po coś się tutaj znalazł. A jest tutaj tylko wulkan Turrialba. Kiedyś atrakcja turystyczna, od lat teren zamknięty.

Pnąc się do góry, w skraplającej mgle, wpierw schowałem się w zaroślach przed motorem, a potem nie zdążyłem, bo nie miałem gdzie, przed terenówką. Zatrzymała się. A ja jakby nigdy nic ruszyłem przed siebie. Gdyby złapali mnie strażnicy, zawieźliby mnie pewnie do San Jose, byleby nie było ryzyka, że wybieram się na Turrialbę.

Maszerowałem drogą szutrową, po zmroku, dla niewidoczności, bez oświetlenia. Będąc blisko ostatnich zabudowań przed wejściem do parku, musiałem uważać na oświetlenie nad drogą i ewentualnych ludzi. Przez pastwiska, co chwilę zagrodzone płotami, nie miałem ochoty maszerować.

Czuję, że ktoś mnie obserwuje, ale nie widzę. Nagle wychodzi mężczyzna i pyta czy wszystko w porządku. A przecież jest dwudziesta, zmrok zapadł dwie godziny temu, a to prawie koniec świata. Już czułem klęskę mojej wędrówki, odpowiedziałem, że todo bien i niewzruszony szedłem dalej. Zero problemów. Została jeszcze jedna przeszkoda, ze szlabanem, wysokość około 2700m. Szlaban to tak naprawdę taśma nad drogą, ale wkoło oświetlenie, w domach słychać ludzi. Obejdę ów fragmencik pastwiskiem. Tak zrobiłem, ciemno, płoty z drutem kolczastym. Prawie sukces, ale tu lecę w dół. Rów, z półtora metra głębokości. Dziwnie wygięło mi kolano, krzywo upadłem na stopę tej samej nogi – prawej. Coś chrupnęło wyżej i niżej. Na koniec zaorałem kawałek rowu ustami. Na szczęście ziemia wulkaniczna ma dużo mikroelementów i mało kalorii. Ale najważniejsze to cisza, krzyczeć z bólu nie można, by nikt mnie nie usłyszał. Ostatecznie przywalony zostałem plecakiem.

Znowu początek wyprawy i znowu zapowiada się kontuzja i koniec. Tak jest u mnie często, tylko jakimś zrządzeniem losu te kontuzje mnie nie unieruchamiają. Warto poszukać w wyszukiwarce na stronie, opisu karkołomnego zdobycia wulkanu Villarrica w Patagonii. Który miał być rozgrzewką, a prawie się zabiłem, a do tego siłą mnie ściągano z niego.

Kolano boli, stopa boli, ale wszystko się zgina. Jakoś dojdę, potem parę dni pokuśtykam i będzie dobrze. Nawet nie użyłem żadnego medykamentu. Skręcone kolano, potłuczona stopa – kto by się takimi pierdołami przejmował.

Jestem w parku narodowym. Znowu ciemno. Cicho i szybko oddalam się od zabudowań szutrową drogą, nadal bez oświetlenia i na czarno. Zwłaszcza, że mgły ustąpiły. Po drodze napotkałem kilka zabudowań, pustych. Oraz zamkniętą bramę z budką strażnika – od dawna nieużywane. Przeszedłem bokiem. Od strony mojego wejścia pola uprawne są do ok. 2700m wysokości, a pastwiska miejscami do 3100m. Cel dnia był taki, by iść do 22:00, najlepiej przekroczyć 3000m i rozbić namiot w ustronnym miejscu. Udało się, o 22:00 stawiałem mój mikro namiocik za 10USD z Walmartu na 3120m n.p.m. Potem nocne wyjście na wulkan. Nie ma szans. Mgła, chmury, pada deszcz. Nic nie widać. Nastawiłem budzik na 4:00, z nadzieją poprawy pogody. Nie poprawiła się. Nawet jak wejdę na wulkan, nic nie zobaczę. Zresztą gdy nic nie widać na wulkan, zwłaszcza w fazie erupcji, nie powinno się wchodzić. Co wiem, ale nigdy się nie stosuję. Argument jest zawsze ten sam, moje życie, mogę robić co chcę i w taki sam sposób się zabić. Co pół godziny sprawdzam, pogoda bez zmian. Lecz o szóstej, mgły i chmury się rozstąpiły, wyszło słońce, budzi się dzień. Cudownie. Od razu ruszam do góry. Tylko coś prawa noga boli. Zanim ją rozruszałem, był już skraj krateru. I widoczne zabezpieczenia turystyczne z przed lat - płoty. Droga szutrowa dochodzi dotąd, a kawałek dalej na wierzchołku są anteny i kamera skierowana na wulkan. Co też zawsze biorę pod uwagę wchodząc. Na wielu z nich są kamery, nie chciałbym być przez taką uchwycony, bo mogłoby to zwiastować kłopoty.

Obraz jest taki, obramowanie zewnętrzne krateru z wyrwami, a do tego jedne fragmenty młode, inne stare, zarośnięte. Faktycznie są trzy kratery, jeden wypełniony nieforemnym jeziorkiem, drugi w zboczu – aktywny. A trzeci (zewnętrzny) jakby krater-matka, zawierający dwa mniejsze. Z tego aktywnego mocno buchają gazy, acha, dno wypełnia płynna lawa. Coś podobnego jak otwór lawowy na Etnie, o którym pisałem kilka miesięcy wcześniej. Oglądam, robię zdjęcia. Pięć minut później nadciągają mgły, chmury i deszcz. Nie przez przypadek Tiurralba jest tak bogata w wodę.

Liczę, że się przejaśni, wchodzę pod anteny na wierzchołek. Jest zimno, kilka stopni Celsjusza, pada i wieje. Walczyłem cztery godziny, ale gdy nawet majtki przemokły całkowicie doszedłem do wniosku – nie przejaśni się. Miałem i tak szczęście, bo mogłem nic nie zobaczyć. Wróciłem do namiotu. W deszczu go złożyłem i coś o dwunastej start na dół. Padało nieustannie, wszystko przemokło, nawet to co miało być nieprzemakalne. Niesamowite, jak w pięć minut z cudownej pogody zrobił się koszmar.

Wulkan Turrialba mierzy 3340m n.p.m. (mój GPS pokazał 3344m z błędem do 4m). Przyjmuje się, iż od 2010 roku jest w ciągłej fazie erupcji. Jedna z większych, wybuchowych, nastąpiła w 2014 roku. Nad wulkanem królował piękny pióropusz popiołów. Przez prawie 10 ostatnich lat park jest zamknięty dla zwiedzających, co widać po niszczejących np. tablicach informacyjnych. Ale można próbować zrobić tak jak ja.

Wiedząc jak wygląda tzw. brama parkowa, gdzie jest strażnik, zdobyłem się na sposób, stosowany nieraz. Obok niej była ciekawa zarastająca chałupa. Nagle się przy niej znalazłem i udaję, że robię zdjęcia, a deszcz mi nie przeszkadza. Ze stróżówki wybiegł strażnik, krzycząc – cerrado cerrado (zamknięte). Ja, że wiem, chciałem tylko zrobić zdjęcia tej ciekawej szopy w ruinie koło szlabanu. W porządku. Strażnik nawet nie zauważył skąd przyszedłem. Ale nie omieszkał mnie poinformować, że Turrialba to bardzo niebezpieczny wulkan, gdybym wszedł na górę, natychmiast bym zginął. Dodał, że już od sześciu lat park jest zamknięty dla zwiedzających i nie planuje się na razie ponownego otwarcia.

Strażnicy parkowi w Kostaryce mają ładne mundury, wypasione terenówki, ale wiedzy o wulkanach za grosz. Strażnik pod wulkanem Irazu, uzasadniając zamknięcie wulkanu - Poas - w kwietniu 2017 roku, powiedział tak. W tamtym roku wulkan był niespokojny, teraz jest cicho, jak tak dalej będzie to może go niedługo otworzymy. Zależy nam na bezpieczeństwie turystów. I w tym momencie trzeba sobie zdać sprawę, że to gigantyczna bzdura. Skoro wulkan wybuchł w 2017. Krzywdy nikomu nie zrobił, a był dostępny turystycznie. To ryzyko, że tą krzywdę zrobi staje się minimalne. Skoro gazy i lawa znalazły ujście, mają swobodną możliwość wydostawania się, ryzyko dużej erupcji jest bliskie zeru. Gdy wulkan się uspokoi, wtedy jego niebezpieczeństwo wzrasta, a w Kostaryce wtedy zamierza się otwierać wulkany dla turystów. Gazy i lawa kumulują swoją energię pod powierzchnią, aż pewnego dnia gwałtownie wybuchną. Jak to miało miejsce na wulkanie Ontake w 2014 roku w Japonii, gdy zginęły na skutek nagłej, niespodziewanej erupcji, 63 osoby. Dużo bezpieczniej jest, gdy lawa i gazy mają permanentne ujście. Nie przez przypadek turystycznymi wulkanami w ciągłej fazie erupcji lawowej są takie wulkany jak: Erta Ale (Etiopia), Stromboli (Włochy), Ambrym (Vanuatu) czy Masaya (Nikaragua). Widoki są spektakularne, a ryzyko dużej erupcji minimalne. Dokładnie taka sama sytuacja jest na wulkanie Turrialba, gdzie jest krater z płynną lawą. Właśnie teraz jest najbezpieczniej dla turystyki, zwłaszcza że punkty widokowe są daleko od krateru (tak samo jak na wulkanie Poas).

Argumenty Kostarykańczyków, że wulkan musi być zamknięty, bo w razie nagłej erupcji może nie uda im się ewakuować turystów, to kolejna głupota. Każdy kto wybiera się oglądać aktywny wulkan musi brać pod uwagę, że może zginąć na skutek erupcji. I robi to na własną odpowiedzialność. Nawet jeśli ryzyko jest niewielkie, to jest.

Bez względu czy aktywny wulkan jest spokojny czy nie, żaden park nie jest w stanie zagwarantować bezpieczeństwa ani skutecznej ewakuacji. Dlatego zamykanie wulkanu z takich właśnie powodów to głupota w czystej postaci. A dla nie zamożnej Kostaryki utrata gigantycznych pieniędzy, o co się piekli lokalna społeczność i słusznie. Wulkan Poas był jednym z dwóch najchętniej odwiedzanych parków narodowych w Kostaryce. Teraz pozostaje zamknięty. W Kostaryce nigdy nie wiadomo kiedy wulkan zamkną, kiedy otworzą, dlatego nie można sobie planować wakacji w Kostaryce z oglądaniem wulkanów. Kupimy bilet, przylecimy i odbijemy się od szlabanu – szkoda czasu, pieniędzy i nerwów. A tak się składa, że najfajniejsze wulkany w Kostaryce są zamknięte.

Jak ktoś jest idiotą, trudno to zmienić, a Kostarykańczycy w kwestii wulkanów są idiotami.

Kochają USA i zgapili od nich umieszczanie licznych głupich tabliczek ostrzegawczych i zakazujących. Niebezpiecznie, nie wolno, nie parkuj, zwolnij, zamknięte… Ale co ciekawe, nikt nie przejmuje się wożeniem ludzi na pace vanów, po drogach publicznych. Sam skorzystałem z takiej podwózki. Generalnie, ludzie w Kostaryce są bardzo sympatyczni, pomocni, przyjaźni. Za wyjątkiem tych debili co decydują o zamykaniu parków narodowych. USA osiągnęły pod względem reglamentacji dostępu do parków narodowych oraz rezerwatów maksimum abstrakcji. Choć ja wolę nazywać rzeczy po imieniu. Maksimum głupoty. Kostaryko nie idź tą drogą, to zła droga, donikąd. Głupiego prawa w końcu zaczyna się masowo nie przestrzegać i przestaje szanować.

Ale wróćmy do tematu – schodzę z Turrialby. Mam do pokonania ponad 10 kilometrów w dół do La Pastory, te 4 godziny na szczycie skomplikowały mój powrót, ale gdyby była dobra pogoda, też tyle bym tam spędził. Przemoczony doszczętnie, kuśtykając, nagle słyszę duży samochód jadący w dół. To nie deja vu. Zatrzymuję, kierowca zgadza się zwieźć mnie do La Pastory. To nagroda za cierpliwość na szczycie i przemoczone majtki. Oszczędzam dobre dwie godziny marszu jak nie trzy i sporo wysiłku. A deszcz nie ustaje. Na miejscu, gdzie wysokość to ponad 1600m, kilometr mniej niż wejście do parku, słyszę że autobus będzie za półtorej godziny. Ale jest tu kawiarnia i sklepik.

Potem co? Autobus do Cartago, następnie do San Jose, trochę pieszo i około 18:00 docieram do hostelu. Pranie, suszenie, mycie, przepakowanie, jedzenie, przygotowanie się do kolejnego wulkanu i rano ciąg dalszy. Na sen zostało z pięć godzin. W tym momencie w Kostaryce osiągnąłem więcej aniżeli chciałem, a miałem jeszcze dwa dni.

Ktoś może zapyta, a czemu nie próbuję uzyskać pozwoleń? Nieraz o tym pisałem. Bywa że nie da się. Ale rozwiązanie, że wiele miesięcy naprzód mam się tym zajmować, to nie dla mnie. Przez uniwersytety, ambasady, dyrektorów parków, ministerstwa. Jakieś pisma, ustalenia. Mnóstwo pracy i czasu, marnowanie pieniędzy, a efekt nigdy nie jest pewny. Potem ustalenie daty, przydzielenie mi jakiegoś strażnika do opieki, który by mi nigdy nie pozwolił nocować pod szczytem Turrialby. To nie jest żadne rozwiązanie. A takie, przyjeżdżam i załatwiam też nie. Bo na ogół traci się 2-4dni i efekt jest mizerny, a potem jak ktoś mnie złapie na wulkanie, trudniej będzie się wykręcić. No i co w sytuacji, gdy odwiedzam kilka krajów i dwadzieścia parków? Nie mam wyjścia, muszę działać jak działam. Idealnie byłoby co najwyżej zakomunikować komuś, że idę na wulkan i załatwione. Ale to nie w dzisiejszych chorych sformalizowanych czasach.

A w jaki sposób dotarłem do celu? Cały czas staram się na wyczucie. Ale wspomagam się amatorskimi metodami. Ładuję na telefon mapę danego regionu, najczęściej nienajlepszą, a że telefon ma gps, to jest w stanie pokazać gdzie jestem i w jakim kierunku zmierzam. Więc nawet jak nie widzę drogi, to wiem że zbliżam się do wulkanu. Choć bywa, że przez większość dnia gps nie potrafi złapać sygnału. Wtedy pozostaje intuicja. Ciągle mam nadzieję, że cały ten internet i świat cyfrowy trafi szlag. :) I w takim świecie bez problemu sobie poradzę. A wy?

Ale nie, świat cyfrowy ma też dobre strony, chociaż powoli staje się takim złodziejem czasu, traconym na bezużyteczne rzeczy. Zaczyna to przypominać przerost formy nad treścią. A jak widzę ile w internecie, w tym na tzw. poważnych portalach jest bzdur, nieistotnych materiałów, błędów, kłamstw i niedoróbek. To myślę sobie jednak – to musi się kiedyś rozlecieć. Przeszedłem swoistą drogę, TV zamieniłem na internet, a że w nim znalezienie czegoś na poziomie jest trudne i czasochłonne, z radością coraz częściej wyłączam router, wifi, nic nie czytam, bo prawie wszystko to „głupota dnia”, „news dnia” pt. Zosia, narzeczona nieznanego sportowca X mówi, że najlepszą kapustę jadła w Pekinie. A na wyprawach bez sieci jestem szczęśliwy i myślę sobie, że te orangutany, które czasami oglądam, niedługo przegonią nas w poziomie inteligencji i staną się gatunkiem najbardziej rozwiniętym… chyba że do nich też dotrze internet. Ale sam skażony już nim zostałem. Bo poczuwam się jednak pisać tego bloga, skoro zacząłem. Tylko zawsze przedkładam jakość nad szybkość publikacji. Choć w dzisiejszych czasach powinno być na odwrót. Tyle dygresji.

Kilka informacji praktycznych- KOSTRYKA. Gniazdka elektryczne to dwa płaskie bolce. Gdzie spałem? Hostel del Paseo, ale to przypadek, nienajlepszy. Był bardzo blisko miejsca skąd dojechałem autobusem i skąd wyjeżdżałem. Położony w centrum, widać że po jakimś remoncie. Dwie z trzech recepcjonistek bardzo sympatyczne. Można zostawić bagaż do przechowania, z czego korzystałem. Dają trzy różnej wielkości ręczniki, za to ciepłej wody dwa na trzy noclegi nie miałem. Ceny od 8USD do 50USD za pokój prywatny. Ale ściany cienkie, część pokoi bez klimatyzacji i zrobione w środku budynku, a więc bez okien. Kuchnia dla tych co lubią sami gotować niedostępna, tylko dla pracowników, którzy rano odpłatnie serwują śniadanie. Brak w ofercie wycieczek czy w ogóle wiedzy u pracowników na ten temat. Innymi słowy, można się przespać, ale gdybym świadomie a nie z marszu wybierał miejsce noclegu, wybrałbym inny obiekt.

Na zdjęciach: na pierwszy Turrialba z wulkanu Irazu. Potem masyw wulkanu Turrialba z aktywnym kraterem, na koniec miejscowość La Pastora.

Opublikowano w Blog
Strona 1 z 7

nationalgeographic box

red bull 225x150

TOKFM box

iexpert 225X150px

stopka plecak

LogoStopka

stopka plecak

Strona używa informacji zapisanych za pomocą… plików cookies w celu dostosowania do indywidualnych potrzeb użytkowników. Jeżeli tego nie akceptujesz zmień ustawienia przeglądarki dotyczą…ce cookies. Więcej informacji można znaleźć‡ w naszej Polityce prywatności.