NAJBLIŻSZE PRELEKCJE PODRÓŻNICZE i INNE WYDARZENIA:

 19 sierpień - 7 wrzesień - Tanzania (Kilimandżaro, Serengeti, Ngorongoro, Zanzibar)

 24 wrzesień - XXII Festiwal Górski w Lądku Zdroju, o PROJEKCIE 100 WULKANÓW, w panelu w Wielkim Namiocie pomiędzy godz. 10 a 16. PROGRAM

 a2b2

portal gorski 225x150 box

slaskie box

spokey.jpg 225PX

LOGO

Podziel się

FacebookMySpaceTwitterGoogle BookmarksLinkedinRSS Feed
Dlaczego wybrałem West Yellowstone? Bo wjazd do parku znajduje się 200 metrów od miasteczka. Żaden inny wjazd nie oferuje takiej możliwości, a na przykład od południa z Jackson, do parku jest 90km kilometrów. W zimie to ma znaczenie, gdyż dotarcie do kaldery jest znacznie droższe w takim przypadku. Ponadto, nawet w zimie utrzymywana jest przejezdność dróg do West Yellowstone i położone jest ono w takim miejscu, że blisko stąd do najciekawszych termalnych rejonów parku i na północ i na południe.

Miasteczko położone na 2040m n.p.m. ma przez ten fakt klimat okołobiegunowy. Nawet podczas ciepłych krótkich lat, zdarzają się dni z temperaturą kilku stopni Celsjusza, a w zimie bije się tutaj amerykańskie rekordy przekraczające minus 50 stopni Celsjusza.

W West Yellowstone jest więcej skuterów śnieżnych aniżeli samochodów. Zaś firmy je wypożyczające, co roku wymieniają na nowe, sprzedając niezbyt drogo. Ma to rzecz jasna wpływ na cenę wynajmu. Do parku nie można było wjechać indywidualnie na skuterze, trzeba było z przewodnikiem. Zorganizowane wyjazdy, około 8-godzinne, zaczynały się od 260USD, korzystając z większych pojazdów, o połowę taniej.

Gdy nastał świt (28.02), zrobiłem przejażdżkę po okolicy, by rozgrzać wnętrze samochodu i roztopić napoje zamarznięte na kość. W nocy rządził solidny mróz. Krok następny polegał na ustaleniu jak mogę dostać się do interesujących mnie trzech pół gejzerów: Norris, Midway i Upper. W zimie to nie takie proste. Miałem szczęście, że była przeciętna, chociaż miejscami było nawet trzy metry śniegu w parku. U progu marca. Gdyby była ciężka, moją amerykańską przygodę zakończyłbym na West Yellowstone.

W lecie po parku można poruszać się własnym samochodem, w zimie się nie da i co najgorsze nie pozwalają wynająć skutera śnieżnego, by samemu jeździć po parku. Trzeba dołączyć się do grupy, na dwie trasy funkcjonujące w zimie albo wynająć sobie prywatnego przewodnika. Jakiś tysiąc dolców za dzień. A w grupie jak przed chwilą pisałem, najtaniej także nie jest. Sęk w tym, że żadna z tych dwóch tras, nie obejmowała Midway Geyser Basin i Norris Geyser Basin. Podobna rzecz miała się z tańszymi wyjazdami - snowcoach`ami. Kiedyś to były tylko pojazdy z gąsienicami, od kilku lat również ze specjalnymi potężnymi oponami. Po testach, które wypadły pomyślnie, opony dopuszczono jakieś trzy lata wcześniej do zimowego użytku w Yellowstone. Snowcoach`e w zależności od rodzaju, mieszczą od około 10 do ponad 20 osób. Te większe pojazdy w zimie jeździły tak jak snowmobiles (skutery śnieżne), tylko na tych dwóch trasach. Z innych miejscowości i wjazdów do parku, możliwości były jeszcze mniejsze, a ceny wyższe, bo i więcej kilometrów do pokonania.

Poszukiwania zacząłem o parkowego visitor center. Zebrałem informacje, opinie, adresy firm turystycznych. W kolejnych godzinach odwiedziłem ich kilkanaście. Pewnie wszystkie w mieście. Wszędzie słyszałem, że nie ma szans na odwiedziny Norris i Midway. Chyba, że... przekonam przewodnika. Tak się bowiem składało, że obie trasy biegły koło moich miejsc zainteresowań. Cele główne były inne, akurat dla mnie mniej interesujące. Pomyślałem, że nawet jeśli przewodnik nie zgodzi się na postój tam gdzie chcę, to niech mnie wysadzi i odbierze w drodze powrotnej. O ile wyjazdy do Upper Geyser Basin organizowane były codziennie, gdyż tam znajduje się najsłynniejszy yellowstoński gejzer, o tyle do Great Canyon of the Yellowstone, tylko co kilka dni. Po drodze jest Norris Geyser Basin. Akurat taki wyjazd był kolejnego dnia. Zapłaciłem za oba z postanowieniem, że żadna siła mnie nie powstrzyma, abym zobaczył  to co chcę. Wiele tysięcy kilometrów pokonałem, by się tutaj dostać. Nie ma, że się nie da. Może u Amerykanów się nie da, u mnie, Polaka, da się wszystko. Przywykłem, że w mojej pasji napotykam mnóstwo problemów i ciągle słyszę, że się nie da, nie wolno, zakazane, niebezpieczne. I jakoś zawsze stawiam na swoim. Czasami po ciężkich walkach. Taki już mój wredny i paskudny charakter. Pewnie fajnie byłoby, gdyby chociaż raz coś przyszło łatwo. Ale widocznie to niemożliwe.

Z informacji praktycznych. Polecam zawsze odwiedzić przynajmniej kilka biur. Okazywało się bowiem, że ten sam wyjazd potrafił być droższy o 50% od najtańszej oferty. A co ciekawe, fizycznie woziła klientów z większości biur ta sama firma. Ci co płacili za wyjazd 130USD i ci co płacili 200USD, jechali razem, tym samym pojazdem. Bilet do Parku Yellowstone kosztował 15USD na tydzień. Aby go dostać fizycznie do ręki, trzeba poprosić. W zimie ludzie brali jeden wyjazd i na tym kończyli zwiedzanie, więc biura nie dawały biletów.

Gdy wszystko pozałatwiałem, wynająłem pokój. 110USD z podatkiem i śniadaniem. To jedna z najniższych możliwych cen, w lecie jest dużo drożej, ale działają wtedy znacznie tańsze campingi. Po czterech noclegach w "kompaktowej" toyocie yaris uznałem, że warto się wykąpać, ogolić, spakować już na wyjazd do Polski i naładować sprzęt elektroniczny. Ale tu dramatu nie było, zawsze część elektroniki mam na niezawodne baterie paluszki jednorazowego użytku. Podróżuję po to, by działać, a nie spędzać połowę wyprawy na ładowaniu sprzętu - nieważne czy z gniazdka, czy z urządzeń solarnych. Ale widzę jak ludzie, co dwa dni robią dzień przerwy - na ładowanie. Policzcie ile by takich dni było podczas 112-dniowej wyprawy? Nie poświęciłem specjalnie na ładowanie ani godziny podczas wyprawy. Albo ładowałem sprzęt w nocy albo używałem paluszków.

Strasznie wkurzało mnie w Stanach, że w wielu miejscach ceny podawane były bez podatku. Ale do ostatecznej ceny był doliczany. Na przykład wspomniany pokój miał kosztować 100 dolarów. Człowiek ma zgodne pieniądze, a podatek wszystko zmienia. Nie znam jego szczegółów, czy jest to lokalny podatek, nie mniej odniosłem wrażenie, że w różnych stanach jest on różny i także rodzaj towaru, usługi, ma wpływ na jego wysokość. W każdym bądź razie, dziennie to było od kilku do ponad dwudziestu USD. Amerykanie potrafią skomplikować najprostsze rzeczy.

Jestem totalnym ignorantem pod względem jedzenia i spania. Na wyprawie, mogę miesiąc jeść po trzy batony dziennie popijając wodą. I nic więcej nie potrzebuję. Mogę spać gdziekolwiek, wszędzie się wyśpię. Dlatego gdy porównam nocleg za 110USD do noclegu we własnym śpiworze w yarisie. To dla mnie różnica jest niewielka. Odrobinę wygodniej jest w hotelu, ale przynajmniej 100 dolarów ze 110 jest wyrzucone w błoto. Nie potrafię docenić łóżka hotelowego. Wolę spać w aucie, w namiocie albo pod drzewem, a pieniądze  wydać na coś co ma sens. Spanie w hotelach sensu nie ma. Dla mnie to marnotrawienie pieniędzy, bo łóżko z pościelą i ciepły prysznic nie jest wart ani 100USD ani 100zł. 8 noclegów w yarisie, nawet przy minus 15 stopniach, nie sprawiało mi najmniejszych problemów. Było mi ciepło i całkiem wygodnie. I tak od wczesnego poranka do późnego wieczora byłem w ruchu, na dworze.

Do zmroku spędzałem czas na wycieczce w okolicach West Yellowstone oraz na spacerze po mieście. Wieczorem pakowanie i oglądanie w tv jak kandydaci partyjni się produkują przed "superwtorkiem", by zostać oficjalnymi kandydatami na prezydenta USA. Superwtorek, który przypadł na dzień 1 marca, jest dniem, kiedy w największej liczbie stanów odbywają się prawybory, na których wybierani są delegaci na konwencje partyjne, podczas których nominuje się oficjalnych kandydatów na prezydenta. Wieczorem zaś miałem okazję obejrzeć na żywo galę z wręczania Oscarów.

W drugiej połowie dnia prószył śnieg, rano czekało mnie odśnieżania auta (29 luty), spadło kilka centymetrów. I pakowanie. Kolejne cztery noce planowałem spędzić w "kompaktowej" toyocie yaris. Następnym razem wynajmę tira, to może dadzą mi pick up`a. Zjadłem śniadanie, zdałem klucze i przed ósmą byłem gotowy do drogi - prawda, że miałem fascynujący poranek, godny opisywania :). Nieważne. Ważne, że pogoda zapowiadała się bardzo dobra.

Podjechał specjalnie przygotowany snowcoach na wielkich oponach, z kierowcą Gramem. Główny cel wycieczki: Wielki Kanion Yellowstone (Grand Canyon of Yellowstone). Dziewiątka innych pasażerów zachwycona tym faktem, ja nie bardzo. Kanion  i wodospady mnie nie bardzo interesowały, widziałem tysiąc kanionów i tysiące wodospadów. Prawie wszystkie do siebie podobne. Mnie interesowało pole gejzerów Norris, koło którego mieliśmy przejeżdżać, a czego nie było w planie wycieczki.

Do Parku Yellowstone wjechaliśmy poprzez West Entrance (wjazd zachodni), do skrzyżowania w Madison mięliśmy ok. 25km wzdłuż rzeki Madison. Na drodze i w jej pobliżu towarzyszyła nam ponad setka bizonów, których w USA szacuje się nawet do 30 milionów. Rzekę Madison zamieniliśmy na Gibbon, poruszając się skrajem aktywnej kaldery wulkanicznej. Robiliśmy postoje, by obserwować zwierzęta, lecz pierwszy termalny postój nastąpił koło Beryl Spring (część Gibbon Geyser Basin). Obok źródła wydobywają się silne wyziewy wulkaniczne (fumarole lub solfatary). Samo źródło ma 91 stopni Celsjusza. Przy pokonywanej drodze nr 89 jest więcej termalnych źródeł, w tym jedno z bardzo efektownym kolorowym stożkiem mineralnym (z algami), miejscowi o nim mówią czasami "Czekoladowe Źródło". Takie kolory dominują. Od Madison do skrzyżowania w Norris jest kolejne 25km, gdzie skręca się w Norris Canyon Rd. Wysokości dochodziły do 2530m. W Canyon Village, gdzie jest visitor center i stacja benzynowa oraz hotel, czynne latem, skręciliśmy w Grand Loop Rd.

Park Yellowstone zimą wyglądał zjawiskowo. Pełno śniegu, bizony, dymy z nad termalnych terenów. Lasy, góry do ponad 3000m. I niewiele ludzi. Oprócz mnie w pojedzie byli samy Amerykanie. Oni jak i mieszkańcy West Yellowstone powtarzali jak mantrę, nie przyjeżdżaj tutaj w lecie. Jest okropnie, miliony turystów. Nie trzeba mi tego tłumaczyć. Pewnie trochę przesadzali, ale kocham dziką przyrodę i najszczęśliwszy jestem, gdy poza mną nie ma nikogo. Ewentualnie zwierzęta. Amerykańscy turyści celowo wybrali zimę, chcieli w spokoju zwiedzać Yellowstone, poczuć surowy klimat, dzikość tych rejonów. W lecie to niemożliwe.

Dojechaliśmy do tutejszego Wielkiego Kanionu (Grand Canyon of Yellowstone), którym płynie rzeka Yellowstone. Ma on ok. 39km długości, skalne ściany sięgają 240-370m wysokości. Czerwonawo-żółtawe odcienie skał spowodowane są licznymi związkami siarki i działalnością hydrotermalną. Największą atrakcją kanionu jest  Górny i Dolny Wodospad (Lower Falls 94m wys., Upper Falls 33m wys.). Ładne to wszystko, ale widziałem mnóstwo takich miejsc, w tym znacznie piękniejsze. Do wodospadów ze skrzyżowania w Norris jest tutaj lekko ponad 20km. Po zobaczeniu kanionu i wodospadów, pojechaliśmy jeszcze kawałek w kierunku Yellowstone Lake, skąd był efektowny widok na spore połacie parku w zimowej scenerii (subalpejska dolina Hayden). Do tego mróz i lodowaty wiatr. Ta pogoda odstraszała Amerykanów od wyjścia na zewnątrz. Wychodzili, szybka fotka i z powrotem. A to wszystko ku mojej wielkiej radości, bo uzgodniłem z przewodnikiem, że jeżeli będzie czas odwiedzimy pole gejzerów Norris. Dzięki surowej pogodzie i słabej odporności Amerykanów, mięliśmy dużo czasu.

I pojechaliśmy w drodze powrotnej do Norris Geyser Basin. Bardzo wolno, bo snowcoach`e mogą poruszać się z prędkością maksymalną do 25mil/h, skutery śnieżne do 35mil/h. Może rzeczywiście jakieś ograniczenia tego typu są uzasadnione na tamtych terenach, ale co najmniej te obowiązujące są o połowę za niskie. Kierowcy niestety ich przestrzegają do bólu precyzyjnie.

Pole geotermalne, bo nie tylko gejzerów, w Norris, jest najgorętszym obszarem termalnym w Yellowstone. Do tego najstarszym (ma co najmniej 115 000lat) i o ogromnej geotermalnej dynamice. Temperatury dochodzą do 237 stopni Celsjusza (ustalono to w wykonanych odwiertach). Wody są kwaśne (np. 3,5 PH), występują tu rzadkie gejzery kwasowe. Z tego powodu pracownicy parkowi zalecają, by teren ten zwiedzać pod okiem doświadczonym pracowników parku, bo jest niebezpiecznie. Tym jednak bym się nie przejmował, dla Amerykanów wszystko jest niebezpieczne. W 2003 roku nastąpiły tak duże zmiany w Norris Geyser Basin, iż doprowadziły do czasowego zamknięcia niektórych szlaków. Powstały nowe fumarole a niektóre gejzery stały tak się tak gorące, że zamiast wody zaczęła się wydobywać tylko para wodna z domieszką gazów. W 2004 roku na tym polu zginął bizon, który zatruł się wdychaniem toksycznych gazów geotermalnych.

Pole gejzerów otoczone jest gęstym lasem, ale same termalne tereny są bezleśne, termalna woda plus kwasy, zniszczyła trochę drzew. Jedne źródła zaprzestają aktywności, inne znajdują ujście na powierzchni w innym miejscu. Algi, bakterie, tlenki żelaza, siarczany, siarka, krzemionka - to wszystko osadza się w źródłach, niewielkich jeziorach, w potokach, tworząc mozaikę kolorów od niebieskiego, poprzez zielony, żółty, kończąc na czerwonym albo białym.

Wpierw poszliśmy do Porcelain Basin. Znajduje się tam cała seria źródeł, nieraz w formie jeziorek, gejzerów - mało efektownych, ekshalacje wulkaniczne. Przykładowe nazwy: Porcelain Springs, Pinwheel Geyser, Congress Pool, Huricane Vent, Constant i Whirligig Geyser, Ledge Geyser, Black Growler Steam Vent. Widziałem takich miejsc dziesiątki. Kolorowe jeziorka są ładne, ale nudne. Dlatego wyrwałem się towarzystwu i pobiegłem do Basin Back. Minąłem Emerald Spring, drzewa wokół niego "porastały" prześliczne sople. Cel: gejzer Steamboat. Widać było, że od ostatniego opadu śniegu nikt tędy nie szedł. Steamboat, to najwyżej obecnie wybuchający aktywny gejzer na świecie. Tylko rzadko  i nieregularnie. Ostatnią główną erupcję miał 3 września 2014 roku. Mają one po 300 stóp (91m) wysokości, a czasami nawet dochodzą do 400 stóp. Przerwy w takich erupcjach mogą wynieść nawet kilkadziesiąt lat (wynoszą 1 rok - 50 lat). Na co dzień, wielokrotnie w ciągu doby, wybucha na wysokość od 3 do 12 metrów. Dodatkowo, w zimie wydobywało się z niego mnóstwo pary wodnej o lekkim zapachu siarki. Nasz kierowca-przewodnik Gram wiedział o moim wypadzie, musiał mnie jednak ściągać z pole gejzerów, bo czas było jechać.

Szacuje się, że w Yellowstone jest około 10 tysięcy geotermalnych miejsc. Naliczono się 1283 gejzerów, z których aktywnych w ciągu roku jest 465. Liczby duże, ale rzeczywistość mniej optymistyczna. Po pierwsze problemy z definicją, co to jest gejzer? W oczywistych sytuacjach problem nie istnieje, ale jest mnóstwo miejsc, które tak naprawdę są termalnymi źródłami, a niektórzy próbują je podpinać pod gejzery. O gejzerach pisałem m.in.: TUTAJ.  Po drugie, większość gejzerów wybucha na wysokość kilku centymetrów do pół metra. Potrzeba dużo wyobraźni, by coś takiego traktować jak gejzer. Nawet gdy spełnia warunki definicji. Warto by jeszcze dodać, że pole gejzerów Norris znajduje się na północno-zachodnim skraju kaldery Yellowstone. Jak również, że ciepłota pola uzasadniona jest pęknięciami pierścienia, pęknięciami w skraju kaldery, pod którą jest ogromna komora płynnej lawy.

Zanim opuściliśmy park, obserwowaliśmy bizony i zrobiliśmy postój przy wodospadzie Gibbon (26m). Po 17:00 powróciliśmy do West Yellowstone. Tamtejszym obyczajem jest dawanie napiwków kierowcom-przewodnikom. Amerykanie na głowę dawali zazwyczaj po 30-50USD. Stać ich. Za postój w Norris Geyser Basin też dałem odpowiedni napiwek. Gram w ciągu ośmiu godzin z napiwków miał tyle, ile miliony Polaków nie mają przez miesiąc ciężkiej pracy. Ale był świetny i zasłużył.

Wspaniały dzień. By rozgrzać auto zrobiłem kolejną wycieczkę po okolicy. Zeszło trochę czasu, a potem do śpiwora i spać. W yarisce oczywiście.

NA ZDJĘCIACH:

1-33) miasteczko West Yellowstone (stan Montana), w tym: miasteczko o północy-prószył śnieg (fot. 1), nad ranem po mroźnej nocy (fot. 2-3), WY zasypane śniegiem (fot. 4-5, 15-20), visitor center Parku Yellowstone w WY (fot. 6-9), w Stanach McDonald`s musi być wszędzie (fot. 10), muzeum zasypane śniegiem i zamknięte (fot. 11), tłumy na ulicach (fot. 21-25), poranek dnia drugiego (fot. 31-33).

34-83 i 87) Yellowstone National Park, w tym: Beryl Spring (fot. 34-35), "Czekoladowe Źródło" (fot. 36-37), snowcoach (fot. 38), bizony (fot. 40-42), odmiana kaczki (fot. 43), w sercu parku (fot. 47-48), kojot (fot. 50), Great Canyon & Lower Falls (fot. 52-59), Gibbon Fall (fot. 60-61), Norris Geyser Basin (fot. 62-78, w tym: fot 67. - solfatary, fot. 72-73 - Emerald Spring, fot. 74-78 - Steamboat Geyser), West Entrance w WY (fot. 82-83), Upper Falls - Great Canyon (fot. 87).

84-86) Obrzeża West Yellowstone.

Opublikowano w Blog

Piątego lutego późnym wieczorem dotarłem z Bogoty do Mexico City, a o poranku dnia następnego pojechałem do miasteczka Amecameca de Juarez (ok. 2400-2500m n.p.m.). W Mexico City w centrum i w metrze jak zwykle było pełno policji, za to w Amecameca spokojnie, targ na głównym placu i słabe widoki, ze względu na przejrzystość powietrza, na wulkany Popocatepetl 5424m (aktywny) i Iztaccíhuatl 5230m (wym. Istaksiwatl, nieaktywny).

Moim celem był ten pierwszy, o ile jego aktywność pozwoli dostać się na szczyt. Często zadawane jest mi pytanie o zasady PROJEKTU 100 WULKANÓW? Przede wszystkim różnorodność. W przypadku wulkanów drzemiących i nieaktywnych stanięcie na szczycie jest ważne, w przypadku aktywnych, których musi być co najmniej połowa, osiągnięcie szczytu jest sprawą drugorzędną. Celem nadrzędnym jest zbliżenie się do miejsca najaktywniejszego, kluczowego dla jego aktywności. Często jest to wierzchołek, gdzie znajduje się krater, ale nie zawsze. Jeszcze lepiej, gdy wulkan jest w fazie erupcji i nie mogę wejść na niego. Nieczęsto trafia się na takie zjawisko. Obserwacja erupcji nie jest klasyfikowana jako zdobycie/eksploracja wulkanu i nie trafia do głównej tabeli, tylko do tabeli pomocniczej, gdzie również mniej istotne wulkany i inne miejsca/zjawiska wulkaniczne.

Popocatepetl w dniach 25-26 stycznia 2016 zaliczył dosyć dużą erupcję i od tego dnia codziennie dochodziło do mniejszych wybuchów. CENAPRED (Narodowe Centrum Przeciwdziałania Katastrofom) utrzymywał alert: Yellow Phase 2. System ostrzegawczy odnośnie Popocatepetl (tzw. semaforo de alerta volcanica) jest stanowczo przekombinowany i obejmuje aż 7 poziomów, dwa zielone gdy wulkan nie wykazuje żadnej aktywności lub minimalną, trzy żółte, pierwszy gdy wulkan wyrzuca sporo gazów, aktywny jest sejsmicznie, drugi (yellow phase 2), gdy już mówimy o fazie erupcji, dochodzi do wybuchów, wyrzucany jest popiół, materiały piroklastyczne - zasięg erupcji jest niewielki, obejmuje jedynie masyw wulkanu. Trzeci poziom żółty to erupcja o poziomie średnim do dużego. Kolor czerwony w fazie pierwszej to duża erupcja z chmurą popiołów wyrzucaną kilka kilometrów w górę między innymi, a faza druga to erupcja duża lub ekstremalna, zagrażająca poważnie okolicznej ludności.

A więc mamy alarm żółty w fazie drugiej. Każdej doby notowane jest po kilkadziesiąt niewielkich trzęsień ziemi, po kilkanaście-kilkadziesiąt niewielkich wybuchów i wyrzutów popiołów lub/i materiałów piroklastycznych. Zalecenia są takie:

CENAPRED emphasizes that people SHOULD NOT go near the volcano, especially near the crater, due to the hazard caused by ballistic fragments. 

This type of activity is included within the scenarios Volcanic Traffic Light Yellow Phase 2.
The scenarios foreseen for this phase are:
1. Explosive activity of low to intermediate level.
2. Ash fall in nearby towns.
3. Possibility of short range pyroclastic flows and mudflows .
Special emphasis is placed on the following recommendations:
1. Continue the safety radius of 12 km, so staying in that area is not allowed.
2. Keep the controlled traffic between Santiago Xalitzintla and San Pedro Nexapa through Paso de Cortés.
3. Civil Protection authorities, keep your preventive procedures, in accordance with their operational plans.
4. People, be alert to the official information disseminated.
In case of ashfall, address the following recommendations:
• Cover nose and mouth with a wet handkerchief or face mask.
• Clean eyes and throat with pure water.
• Avoid contact lenses to reduce eye irritation.
• Close windows or cover them up, and stay indoors as much as possible.
Popocatepetl Volcano monitoring is performed continuously 24 hours a day. Any change in activity will be reported in due course.

Obserwując wulkan z Amecameci, wieczorem widok się poprawił, dużo gazów wydobywało się z krateru, ale nie wyglądało to na tyle niebezpiecznie, by nie spróbować dostać się na wierzchołek. Spakowałem sprzęt i poszedłem spać, z nastawieniem na ostrą wulkaniczną przeprawę w ciągu kolejnych kilkudziesięciu godzin.

Zanim wyjechałem na wyprawę, wypytwałem różnych ludzi z rejonu Popocatepetl (Popo), w tym polskich misjonarzy, Polaków mieszkających w Meksyku, lokalnych przewodników. I wszyscy twierdzili to samo, na Popo się nie wchodzi, jest aktywny, niebezpieczny i permamentnie zamknięty dla ruchu turystycznego. Dla mnie to żadne argumenty. Gdybym się przejmował takimi rzeczami nigdy nie zakończyłbym PROJEKTU 100 WULKANÓW. Jedyną pomoc jaką znalazłem, to marne zdjęcie wulkanu z zaznaczonymi trasami, ostrą prosto do góry i dłuższą, łagodniejszą, prowadzącą do najniższych partii krateru. Obie wychodzące od Tlamacas.

O poranku 7 lutego opuściłem hotel przy głównym placu i taksówką wyruszyłem do Tlamacas. Niestety można było dojechać jedynie do Paso de Cortes ok. 3670m, 25km od Amecameci. Dalsze 5km do Tlamacas było zamknięte. Przygotowałem się na problemy z lokalnymi służbami, dlatego czekan, kask itp. ukryłem w plecaku, ubrałem się cały na czarno. Pierwotny plan miałem taki, tego dnia dojdę do 4000m z kawałkiem, rozbiję mój namiot za 10 dolarów kupiony w Chile, a o poranku dnia następnego stanę na szczycie Popo i wieczorem wrócę do Amecameci. Po minucie pobytu na przełęczy pomiędzy Popo a Iztaccíhuatl wiedziałem, że z moich planów nici. Ze dwudziestu turystów i pięćdziesięciu wojskowych, policjantów federalnych i górskich. Latający helikopter wokół wulkanu. W budynku parku narodowego służby ratunkowe. Wszyscy tutaj z powodu aktywności Popocatepetl. Nazywam to odstawianiem szopki przez władze, które chcą pokazać jak dbają o społeczeństwo. Przy takich erupcjach jak 25-26 stycznia, mogą tylko sobie patrzeć, nie mają nic do roboty, a gdyby doszło do katastrofalnej, to służby potrzebne są w wioskach i w miastach, a nie na niezamieszkałej przełęczy.

Zaraz gdy przyjechałem, szybko zrzuciłem plecak i ukryłem za samochodem na parkingu. Zrobiłem kilka zdjęć, przyjrzałem się sytuacji i szybko z plecakiem ruszyłem w dół, wzdłuż drogi, żlebem okresowej rzeki. Wyraźny kawałek poniżej przełęczy (ok. 3640m), gdy nie jechał żaden samochód, udałem się do góry, lasem, niestety niezbyt gęstym, pełnym wysokich traw, a na początku musiałem pokonać płot z drutu kolczastego.

Na wulkan zamierzałem wystartować po zmroku, więc powoli posuwałem się do góry. Wybierałem bardziej gęste fragmenty lasu, głębokie żleby, byleby nie poruszać sie na otwartej przestrzeni. Wypatrywałem, czy gdzieś nie czai się jakiś żołnierz, policjant. Był moment, gdy nad fragmentem lasu, gdzie sie znajdowałem, krążył wojskowy helikopter, leżałem wtedy w głębokiej trawie. Na 4000m kończył się las, zaczynały się łąki. W Tlamacas i powyżej przełęczy Cortes jest sporo różnych anten, budynków, służb. Nie mogłem przez łąki iść za dnia, bo byłbym świetnie widoczny. Ponadto duża część mojego podejścia na wulkan była świetnie widoczna z Paso de Cortes. Zostawiłem depozyt niepotrzebnych rzeczy w lesie i z linii ostatnich drzew obserwowałem wulkan, okolicę, czekałem na zmrok. Ściemniać zaczęło się po 18:00, wtedy wyruszyłem, momentami się czołgając lub wędrując na kolanach. Musiałem pokonać płot i przejść szutrową drogę. Przedostałem się za wzgórze, na skraj głębokiej i stromej doliny, stąd nie było mnie widać od strony przełęczy.

Już po zapadnięciu zmroku przedostałem się do masywu Popocatepetl, nawet w dolnej partii natrafiłem na ścieżkę. Nie używałem czołówki. Ubrany na czarno. Nikt nie mógł mnie zobaczyć. Na wszelki wypadek wziąłem śpiwór, gdybym się gdzieś pogubił i musiał czekać do świtu. Noc była ciemna, ale nie bardzo, gwiazdy, ale bez księżyca. Ścieżka jak szybko się zaczęła, tak szybko się skończyła, zaczęło sie strome i nieprzyjemne rumowisko skalne. Płaty śniegu, skałki. Raków nie wziąłem, bo w mojej ocenie z Amecameci, nie były niezbędne, większość śniegów i lodów pokrytych było popiołem wulkanicznym i drobnym materiałem piroklastycznym.

Zważywszy na okoliczności nocnej wędrówki bez oświetlenia, lepiej byłoby mi iść łagodniejszym zboczem, i od najniższej części krateru dojść do najwyższej. Ale ze względów bezpieczeństwa nie mogłem tak zrobić. Aktywna część krateru znajduje się w dolnej części i gdy dochodzi do wybuchów, w pierwszej kolejności materiał piroklastyczny wyrzucany jest na zbocze od niższej strony krateru. Gazy i popiół też prawie zawsze wyrzucane są w tym kierunku i tak wieją wiatry, w kierunku miasta Puebla. Moja trasa okazała się koszmarem. Bardzo stromo. Raz sypko, że więcej się osuwałem niż posuwałem do góry. Raz ziemia twarda jak skała, zlodzona. Przydałyby się raki. Do tego kilka płatów śniegu do pokonania. Szło się fatalnie i wolno, a moje kontuzjowane stopy bolały jak diabli. Dotarłem na ramię Popo i powoli piąłem się w górę. Teren stał się mocno skalisty. Przekroczyłem 4500m. Gdy dochodziłem do 4900m, stanąłem nad urwiskiem. Zła droga. Ale z góry przyjrzałem się ostatniej partii podejścia, mimo ciemności. Zszedłem 200m deniwelacji względnej w dół i bardzo nieprzyjemnym trawersem ominąłem skalisty teren, by ruszyć do góry bardzo stromym i zlodzonym zboczem. Bez raków było ciężko, ale dawałem jakoś radę.

Pomyłka kosztowała mnie dwie godziny, ale w końcu dotarłem do ostatniego podejścia, jeszcze stromszego niż wcześniejsze, obok resztek lodowca. Ocieplenie klimatu i erupcje Popo zrobiły swoje. Największy meksykański lodowiec jest na Orizabie, a mini lodowiec też na przełęczy pod wierzchołkiem Iztaccíhuatl. Sypko było tylko momentami, wtedy stałem w miejscu. W pozostałej części zmrożone zbocze nie pozwalało się prawie posuwać do przodu, często pod niewielką ilością materiałów piroklastycznych był lód. Te kamyki zachowywały się jak kulki rozsypane na podłodze. Leżałem nieraz. Na jednym z przystanięć, jeszcze przed świtem, zostawiłem gps, wróciłem po niego, jakoś po ciemku znalazłem, ale straciłem ponad pół godziny. Na samym końcu musiałem pokonać fragmencik lodowca (mini ścianka), wyrąbałem sobie stopnie czekanem. Wierzchołek osiągnąłem ok 8:00 rano (08.02.2016), a przed świtem zanotowałem temperaturę minus 9 stopni Celsjusza.

Z krateru wydobywało się mnóstwo gazów, dominował siarkowodór, nie było wiele widać. Zresztą gdy dochodziłem do szczytu, zaatakowała mnie chmura gazu (wiatr zmienił kierunek), w pośpiechu zakładałem maskę, google i kask. El Popo oferuje świetne widoki, m.in. na Iztaccíhuatl. Na szczycie byłem jakieś pół godziny, słyszałem dwa wybuchy z krateru. Na szczęście ich niewielka siła nie zagroziła mi w żaden sposób, taki wybuch jak 25 stycznia zmiótłby mnie w sekundę.

Przyznam, że miałem okazję być na szczytach lub w kraterach wulkanów bardziej aktywnych niż Popocatepetl. Czułem się całkiem bezpiecznie na El Popo. O ile można się tak czuć na aktywnym wulkanie. Nawet tzw. turystyczne aktywne wulkany potrafią pokazać swoją moc, jak wulkan Ontake w Japonii w 2014 roku. Niespodziewana erupcja zabiła 54-ch turystów. Chociaż Popo jest generalnie zamkniętym wulkanem, to od czasu do czasu ktoś na niego wchodzi, bardzo rzadko ale jednak. Jest to drugi co do wysokości wulkan Ameryki Północnej i druga góra Meksyku (piąta góra Ameryki Północnej). Do niedawna najaktywniejszy wulkan Meksyku, często sie mówiło, że nawet całego kontynentu. Nie mniej w Meksyku Popo ma konkurenta, wulkan Colima, ostatnio aktywniejszy od Popo, ale akurat początek roku należy do Popocatepetl. Wulkan Colima trochę odpuścił.

Schodząc, miałem świadomość, że jestem widoczny z wszystkich okolicznych anten i nadajników oraz z Paso de Cortes. Spodziewałem się u podnóża czekających na mnie panów z karabinami, ale nie zamierzałem nic im ułatwiać. Nie da się realizować pasji zdobywania aktywnych wulkanów we współpracy z lokalnymi służbami, bo to zawsze oznacza brak współpracy i kłopoty. Świetnym przykładem jest wulkan Villarrica z początku wyprawy. Od czasu do czasu podejmuję próby współpracy i zawsze tego żałuję. Najlepiej robić swoje, wchodzić na wulkan, niech miejscowe służby się martwią co ze mną zrobić. Pytanie o pozwolenie to jedna z najgłupszych rzeczy jaką mógłbym zrobić. Odpowiedź zawsze brzmi: nie. W różnych zakątkach świata biały człowiek postrzegany jest przez pryzmat turysty-plażowicza, w japonkach, chwiejący się od nadmiaru alkoholu. Biały człowiek na aktywnym wulkanie, równa się kłopoty, a jego śmierć to negatywny przekaz medialny i starty w turystyce. Dlatego za wszelką cenę niech sie trzyma z daleka od wulkanu. Ale na wulkanach w krajach białych ludzi jest podobnie. Nie wolno. Bo niebezpiecznie. Też mi argument. Wymyśliłem sobie karkołomny PROJEKT 100 WULKANÓW, połowa musi być aktywna i zamierzam go zrealizować, o ile jakiś wulkan mnie nie unicestwi wcześniej. Aktywnych wulkanów mam na koncie ponad 30 i przyznam szczerze, że najbardziej mnie rajcują. Do problemów z różnymi służbami, w tym z wojskiem i policją jestem przyzwyczajony. Do ich omijania np. przez dżunglę też. Jeśli mają mnie złapać, to po zdobyciu wulkanu, wtedy mi wszystko jedno.

Zejście z Popocatepetl było gorsze niż wejście. Jeden z najcięższych wulkanów pod tym względem na jakim byłem. Pierwszy fragment jest tak stromy, że ledwo utrzymywałem sie na nogach. Tylko na nim wywaliłem się ponad 50 razy, ale to drozbiazg. Gorzej, że miałem ześlizgnięcia po 20 metrów i nie mogłem sie zatrzymać. A lawa cięła ubranie i skórę jak noże. Całe nogi i ręce pocięte, posiniaczone, krew. Ból palców u stóp nawet trudno opisać. Okropny. Ale co nas nie zabije to nas wzmocni, jak mówią. W dół schodziłem chyba jeszcze wolniej niż do góry. Raki, by się bardzo przydały. Kolejny odcinek również dostarczył mi ponad 50 upadków, ześlizgnięć, zjazdów. Że nic sobie nie skręciłem, nie zerwałem żadnego więzadła, bardzo dziwne, okazji miałem co niemiara. Drugi odcinek za mną, kilka godzin w plecy, słońce grzeje. Najchętniej bym się położył i czekał na jakiś helikopter, ale jak na złość, wojskowi tego dnia nie latali. Trzeba było zejść na własnych nogach. Trzeci odcinek, trochę łagodniejszy również dał mi popalić. Gdzieś o 17:00 dotarłem do traw i łagodniejszego zejścia. Wracałem tą samą trasą. Mało wygodną, ale z daleka od widoku z rejonu Paso de Cortes. Nikt na mnie nie czekał, nikt nie chciał mnie zwieść choćby radiowozem do Amecameci.

Doszedłem do depozytu o 18:00, szybko wrzuciłem wszystko do plecaka i mając jeszcze pół godziny dnia biegiem ruszyłem w dół, ku drodze z Paso de Cortes. Bieganie żlebami to zły pomysł, bo wpadałem do jakichś dziur, na korzeniach się wywracałem, prawie wbiłem sobie w kolano kawałek drzewa. Z czołówką na łbie nie było lepiej. Minęła 20:00, gdy w końcu witałem asfaltową drogę. Noc, zero pojazdów. Jakieś 23-24km do Amecameci. Za mną nieprzespana noc i jakieś 30parę godzin na nogach, a wchodzenia i schodzenia na El Popo ponad 24 godziny. Na myśl o schodzeniu do Amecameci, nie miałem tęgiej miny. Ale szedłem w dół. Na 3600m jechał samochód w moim kierunku, zacząłem machać, minął mnie, ale po chwili zatrzymał. A w nim pracownicy metra w Mexico City - Joel i Gary, oraz pies (suka) - Maja. Podwieźli mnie do Amecameci. Miałem wielkie szczęście, bo aż do miasta na drodze nie było żadnego samochodu. Chłopaki nie mogli uwierzyć, że wszedłem na El Popo, pokazywałem zdjęcia, opowiadałem. Wiele razy mi gratulowali.

Do hotelu dotarłem po 21:00, zimny prysznic (bo brak ciepłej wody) i spać. Kolejnego dnia planowałem sie dostać pod inny wulkan - Orizaba, najwyższy w Meksyku i w Ameryce Północnej. Już kiedyś to pisałem, ale zapomniałem do planu wpisać jakiekolwiek dni odpoczynku, więc zapierniczam jak bolid firmuły jeden, ledwo żywy, ale jeszcze żywy.

Na Popocatepetl pokonałem całkiem sporą deniwelację względną, w górę 2210m, a w dół 2250m. Bez odpoczynku.

W kolejnych dniach w Meksyku, gdy mówiłem, że wszedłem na Popocatepetl, wszyscy zaraz mówili - byłeś na Paso de Cortes. Nie, na szczycie. Niemożliwe. Wulkan jest zamknięty, w fazie erupcji, tam nikt nie chodzi. Dopiero zdjęcia przekonywały niedowiarków, a potem traktowali mnie jakbym dokonał czegoś niemożliwego. Bohatera ze mnie robili, a ja wszedłem tylko na 30któryś aktywny wulkan. Przewodnicy, których spotkałem pod Orizabą, żaden z nich nie był na Popo, niedowierzali również, że wszedłem i nikt mnie nie aresztował do tego. A za co? Wszedłem tylko sobie na aktywny wulkan.

Każdy chciał oglądać zdjęcia z masywu, ze szczytu. Oglądający, nigdy wcześniej nie widzieli takich zdjęć. Bardzo byłem i jestem zdziwiony reakcją Meksykanów. Gdy tylko dowiadują się, że byłem na El Popo, na samej górze, nie dają mi spokoju. I pytają, nie bałeś się? W takich miejscach nie ma czasu na strach. Trzeba wyostrzyć wszystkie zmysły w temacie przetrwania i gotowości do ucieczki. Gdybym sie bał, tak klasycznie, jeden z ponad 30-stu zdobytych aktywnych wulkanów zabiłby mnie. A tak, póki co mam się dobrze.

Popocatepetl dostarczył mi adrenaliny, wrażeń, bólu i radości. Świetny wulkan, na którego szczycie mało kto staje. To są wyzwania, które uwielbiam. Fajnie być na przykład jednym z kilkunastu czy z kilkudziesięciu ludzi, którzy byli kiedykolwiek na szczycie danego wulkanu. Bycie jednym z tysięcy już tak nie cieszy.

Krótki film z Popocatepetl jest: TUTAJ.

Pomiary GPS i zaznaczona droga wejściowa - znajdują się w galerii pod tekstem: PROJEKT 100 WULKANÓW po wyprawie 2015/2016 do Ameryki Południowej i Północnej.

English short note: Popocatepetl 5624m and Pico de Orizaba 5629m - the two highest volcanoes in North America in five days, and during the eruption of Popocatepetl.

Na zdjęciach:

  • 1) Kolejna próba reanimacji dziurawych butów, Popocatepetl moją pracę zniszczył po kilku godzinach,
  • 2-4) Przełęcz Paso de Cortes i Popocatepetl 5424m oraz policja i wojsko, których był dużo więcej niż pokazują zdjęcia,
  • 5) Wulkan Iztaccíhuatl 5230m z Paso de Cortes,
  • 6) Teren w jakim się poruszałem na początku wędrówki,
  • 7) Popocatepetl widziany z 4000m, czekam na zmrok,
  • 8) Wstaje dzień, a ja prawie na szczycie,
  • 9-19) Wierzchołek Popocatepetl 5424m, widać krater i gazy się wydobywające z niego, na kilku zdjęciach też wulkan Iztaccíhuatl,
  • 20-21) Resztki lodowca w masywie Popocatepetl,
  • 22-31) Zejście z Popocatepetl, na części zdjęć widać którędy schodziłem, ale zdjęcia i tak nie oddają jak było stromo i ciężko,
  • 32-33) Joel (z lewej) i Gary, oraz Maja,
  • 34) Moje spodnie zewnętrzne, całe tak wyglądają, jak ten fragment na tyłku, reszta sprzetu ma się podobnie, często trzyma się tylko na srebrnej taśmie,
  • 35-39) Na głównym i przy głównym placu w Amecameca de Juarez (koło Mexico City).
Opublikowano w Blog

Część chilijsko-argentyńska, która trwała 82 dni, była kluczowa jeśli chodzi o cele wyprawy. Kosztem gigantycznego wysiłku udało się zrealizować więcej niż planowałem.

STYL JEST BARDZO WAŻNY, MOŻE NAJWAŻNIEJSZY. Przywiązuję wagę do tego w jakim stylu osiągam moje podróżnicze, wulkaniczne i górskie cele. Wejście na górę może być bezwartościowe od strony wyczynowej, poza własną satysfakcją stanięcia na szczycie. Ale może też być zrobione ambitnie, wg wytyczonych trudnych do osiągnięcia zasad. Wtedy to coś więcej niż sukces osobisty. Coś, co zyskuje uznanie przynajmniej środowiska górskiego. Dlatego bardzo się staram, by moja działalność była samodzielna, by wytyczone reguły gry były ambitne. Nigdy nie chodzę na łatwiznę. Tylko wtedy mam satysfakcję z własnych osiągnięć. A bardzo trudno mnie samego zadowolić w podróżniczej działalności.

Jako że wszystkich interesuje to co najwyższe, zacznę od najwyższych zdobyczy.

---- ACONCAGUA 6962m, Argentyna, Andy (w planie wyprawy cel dodatkowy - aklimatyzacja przed wulkanami), na szczycie 18.12.2015, samotnie, w warunkach zimowych, drogą przez Dolinę Horcones. Start pieszy z 2890m, koniec na 2720m, pokonana podczas akcji górskiej deniwelacja względna w górę: 7420m, w dół: 7670m.

Aconcagua to najwyższy szczyt Ameryki Południowej i poza Azją, najwyższa góra Argentyny.

---- Wulkan OJOS DEL SALADO ok. 6896-6900m, Chile/Argentyna, Andy (Puna de Atacama), wulkan uśpiony, (w planie cel główny), na szczycie trzy razy: 29.12.2015 - wierzchołek chilijski, 01.01.2016 i 03.01.2016 - wierzchołek argentyński, samotnie, na wierzchołek argentyński własnymi drogamiNajwyższy nocleg wyprawy na 6820m po stronie argentyńskiej. Start: 5180m, koniec: 5260m, deniwelacja względna w górę: 3830m, w dół: 3735m. FILM: Wszystkie NAJ wulkanu Ojos del Salado 6896m.

---- Odnalazłem wyziewy wulkaniczne (solfatary) w masywie Ojosa na prawie 6500m i udało się ustalić, że wulkan nie zasługuje na miano aktywnego, co najwyżej uśpionego. Zerealizowałem cele dodatkowe (z nawiązką): dotarłem do 6-ciu najwyżej położonych jezior na świecie pomiędzy 6350 a 6510m oraz przyjrzałem się z bliska największym lodowcom w masywie Ojosa, także  po nich wędrując. Dni działalności 27.12.2015-04.01.2016.

Ojos del Salado jest najwyższym wulkanem na Ziemi, drugą górą Ameryki Południowej oraz najwyższym szczytem Chile, bardzo rzadko odwiedzanym od strony argentyńskiej.

---- Wulkan PISSIS 6800m, Argentyna, Andy (Puna de Atcama), wulkan wygasły, (nie było w planie), na szczycie trzech najwyższych wierzchołków: 18.01.2016 - Pissis 1 (6800m), 19.01.2016 - Pissis 2 (Upame, 6799m) i Pissis 3 (Ejercito Argentino, 6795m - wierzchołek wyższy, 6792m - wierzchołek niższy). Samotnie, na Pissis 1 końcowy fragment własną drogą, Pissis 2 i Pissis 3 - własnymi drogami, w oba dni wędrówka podczas burz śnieżnych. Start i koniec: 4570m, deniwelacja w górę i w dół 3647m.

Pissis jest drugim co do wysokości wulkanem na Ziemi i trzecią górą Ameryki Południowej (zdobycie trzech najwyższych szczytów kontynentu podczas jednej wyprawy to jest coś). Niezwykle rzadko zdobywany, a wierzchołki Pissis 2 i Pissis 3 - praktycznie nigdy.

---- Wulkan Llullaillaco 6755m, Chile/Argentyna, Andy (Puna de Atacama), wulkan aktywny, (cel główny), na szczycie 09.01.2016, tego samego dnia wierzchołek 6580m, którego nie było w planie, samotnie, w górnych partiach własną drogą. Start: 4425m, koniec: 4160m, deniwelacja względna w górę 2525m, w dół 2890m.

Najwyższy aktywny wulkan na Ziemi, najwyższe stanowisko archeologiczne na świecie, ze względu na kilka szczytów o podobnej wysokości jest pomiędzy 5 a 7 górą Ameryki Południowej, a z wulkanem Bonete konkuruje o miano trzeciego wulkanu świata (w najgorszym wypadku jest czwartym). Jedno z najbardziej suchych miejsc na Ziemi. Rzadko zdobywany.

---- Lodowce wulkanu Pissis, największe na wybitnie suchym płaskowyżu Puna de Atacama (cel dodatkowy), 17-19.01.2016 - wędrówka po największymGlaciar de los Argentinos (na wysokościach 5800-6050m + obserwacja z wszystkich stron, w tym z rejonu szczytu Pissis).

---- Jezioro kalderowe Inca Pillo (Caldera del Inca Pillo), lustro wody na ok. 5200m, najwyższa osiągnięta wysokość podczas podróży przez kalderę 5420m, obserwacja jeziora z 5390m, Argentyna, Andy (Puna de Atacama), cel dodatkowy, 24.01.2016, dojazd autem 4x4, najwyżej na świecie położone jezioro kalderowe pomiędzy wulkanami Pissis i Bonete, rzadko odwiedzane przez ludzi.Chile

---- Podróże po wulkanicznym płaskowyżu wysokogórskim Puna de Atacama (Andy), Chile/Argentyna, 27.12.2015-24.01.2016, z widokami na liczne 5-cio i 6-cio -tysięczne wulkany, liczne duże jeziora i salary na wysokościach do 4500m, przełęcze do ponad 4700m, przejazdy na wysokościach ponad 5000m, obserwacje lokalnej fauny i flory. Często wymagane auto 4x4. Jedno z najsuchszych miejsc na Ziemi, średnie wysokości wynoszą ok. 4500m.

---- El Volcancito ok. 4200m, Argentyna, Andy (Puna de Atacama), cel dodatkowy, 23.01.2016, dojazd autem 4x4, źródło z kilkumetrowym stożkiem mineralnym (ok. 7m), rzadko odwiedzany cud natury.

---- Wulkan Villarrica 2847m, Chile, jeden z najaktywniejszych wulkanów Ameryki Południowej w północnej Patagonii (Andy). Na szczycie 24.11.2015, samotnie, w ekstremalnych zimowych warunkach (po kilku próbach). W planie tzw. dodatek, czyli coś mniej istotnego niż cel dodatkowy. Start z wysokości 200m, koniec na 900m, deniwelacja względna w górę 4725m, w dół 4625m.

----- Wulkany Wyspy Wielkanocnej i posągi moai, Chile, Polinezja, Oceania, w planie tzw. dodatek, dni 26.11-04.12 2015Wulkany tarczowe: Terevaka ok. 510m, Rano Kau ok. 324m (dwukrotnie), Poike ok. 365m oraz wulkan Tuutapu ok. 280 i krater Rano Raraku, wszystkie samotnie, tak samo jak kilkanaście innych miejsc wulkanicznych, np. lawy, jaskinia Ana Te Pahu. Własnymi drogami wejście na Terevaka, Poike i Tuutapu. Początek i koniec podejść zazwyczaj na wysokości kilkudziesięciu metrów n.p.m. Łączna deniwelacja względna w górę i w dół: 2100m. 

Wyspa Wielkanocna (Rapa Nui) jest jedną z najbardziej odizolowanych zamieszkanych wysp na świecie, do najbliższej zamieszkałej wyspy jest ok. 2100km (Pitcairn), a do kontynentu Ameryki Południowej ok. 3600km (pod tym względem ustępuje jedynie wyspom Tristan da Cunha).

---- Dodatkowo do tej części wyprawy doliczam obserwację wulkanu Sangay w Ekwadorze, Andy,  (cel dodatkowy), z nienazwanej góry o wysokości 4336m niedaleko wioski Alao (31.01.2016, ale pobyt w dniach 30.01-01.02 2016). Start i koniec 3160m, deniwelacja względna w górę i w dół 1326m. Sangay zaliczany jest do najaktywniejszych wulkanów Ameryki Południowej, niewiele osób miało możliwość choćby zobaczenia wulkanu, położonego w trudno dostępnym terenie.

  • PONAD PLAN (najważniejsze rzeczy) - LISTA:
  • argentyński wierzchołek Ojosa dela Salado i to dwa razy oraz nocleg prawie na jego szczycie
  • zamiast zidentyfikowania jednego wysokiego jeziora w masywie Ojosa del Salado, zidentyfikowanie sześciu jezior
  • wejście na trzy najwyższe wierzchołki wulkanu Pissis
  • wejście na dodatkowy wierzchołek 6580m w masywie Llullaillaco
  • zobaczenie około 10-ciu jezior na Puna de Atacama w Chile i w Argentynie, na wysokościach zwykle przekraczających 4000m
  • wejście na dodatkowy wulkan Tuutapu na Wyspie Wielkanocnej i zobaczenie licznych dodatkowych miejsc wulkanicznych
  • wycieczka do powstającej kopalni miedzi i złota w pobliżu La Sereny i wycieczka wzdłuż wybrzeża niedaleko La Sereny
  • silą rzeczy liczne obserwacje Puna de Atacama, w drodze na i z wulkanów
  • krótki rafting koło Pucon
  • jaskinia wulkaniczna w masywie Villarrici i oględziny skutków jednej z erupcji
  • trochę zwiedzania Santiago de Chile, głównie miejsc poświęconych Ignacemu Domeyko
  • do tej części wyprawy doliczam też krótkie zwiedzanie: Riobamby i Quito w Ekwadorze (lista UNESCO, średnia wysokość 2850m - druga najwyżej położona stolica na świecie, po boliwijskim La Paz 3650m(chociaż stolicą konstytucyjną Boliwii jest Sucre ok. 2800m)) oraz Bogoty w Kolumbii (średnia wysokość 2640m - trzecia najwyżej położona stolica na świecie, największe miasto w Andach - ok. 10mln mieszk.(zespół miejski)

 Taki przed wyprawą ustaliłem poziom satysfakcji z realizacji planu z części chilijsko-argentyńskiej:

 PLAN MINIMUM, który mnie usatysfakcjonuje:

1) Wulkany Wyspy Wielkanocnej (Chile)

2) Poszukiwania aktywności wulkanu Ojos del Salado 6891m (Chile, Argentyna)

3) Poszukiwania aktywności wulkanu Llullaillaco 6739m (Chile, Argentyna)

 

PLAN REALNY, ale TRUDNY, który uczyni mnie szczęśliwym:

1) Rejon Villarrica ok. 2850m (Chile)

2) Wulkany Wyspy Wielkanocnej

3) Aklimatyzacja na Aconcagui 6962m (ewentualnie na innej odpowiednio wysokiej górze) (Argentyna lub Chile)

4) Poszukiwania aktywności wulkanu Ojos del Salado 6891m oraz przyjrzenie się tamtejszym niewielkim lodowcom oraz zbiornikowi wodnemu położnemu na wysokości 6390m

5) Rejon wulkanu Pissis 6793m (Argentyna, Chile) albo wulkan Sangay ok. 5300m (Ekwador)

6) Poszukiwania aktywności wulkanu Llullaillaco 6739m

 

PLAN MAKSIMUM jest planem NIEREALNYM, ale i tak o niego powalczę :) .

1) Rejon Villarrica ok. 2850m

2) Wulkany Wyspy Wielkanocnej

3) Aklimatyzacja na Aconcagui 6962m

4) Poszukiwania aktywności wulkanu Ojos del Salado 6891m oraz przyjrzenie się tamtejszym niewielkim lodowcom oraz zbiornikowi wodnemu położnemu na wysokości 6390m

5) Rejon wulkanu Pissis 6793m

6) Poszukiwania aktywności wulkanu Llullaillaco 6739m

7) Rejon wulkanu Sangay ok. 5300m 

 

PLAN PONAD MAKSIMUM czyli SCIENCE FICTION - tak do tej pory kończyły się moje wyprawy, 100% to za mało. Jednakże tym razem zawiesiłem sobie poprzeczkę tak wysoko, a wyprawa da mi tak niemiłosiernie w kość, że osiągnąć ten poziom będzie mission impossible. Co nie znaczny, że nie spróbuję :).

 

Poziom realizacji części chilijsko-argentyńskiej wyprawy: PONAD MAKSIMUM czyli SCIENCE FICTION.

 

Podsumowanie części meksykańsko-amerykańskiej znajduje się: TUTAJ.

 

Na zdjęciach:

1) wulkan Villarrica

2) skutki erupcji - masyw Villarrica

3) wulkan Rano Kau, Wyspa Wielkanocna

4) Aconcagua z Plaza de Mulas

5) w powstającej kopalni miedzi w pobliżu La Sereny

6) wulkan Ojos del Salado

7) solfatary w masywie wulkanu Ojos del Salado

8) niewielkie jezioro w masywie Ojosa del Salado na wysokości blisko 6500m

9) lodowiec w masywie Ojosa del Salado, ok. 6300-6400m

10) wulkan Llullaillaco

11) laguna Verde ok. 4300m, niedaleko przeł San Francisco

12) wulkan Pissis

13) glaciar De Los Argentinos w masywie Pissis

14) El Volcancito

15) jezioro kalderowe Inca Pillo

16) chilijska Puna de Atacama z Ojosa del Salado

17) wulkan Sangay

Opublikowano w Blog
środa, 03 luty 2016 00:35

El Volcancito & Caldera del Inca Pillo

22 stycznia przygotowałem się do popołudniowego wyjazdu. Zostawiłem rzeczy w residencial, odbyłem spacer po Copiapo, pożegnałem się z ludźmi z informacji turystycznej i pisałem bloga w kawiarence internetowej. Tak w ogóle Residencial Nueva Chanarcillo (av. Rodriguez 540), w której mieszkałem, jest świetnie położona, w centrum, wszędzie blisko. Bardzo mi to ułatwiło pobyt w Copiapo.

Daniel miał mi rano dać znać, o której ruszam w trasę. Sam bardzo chciał jechać, ale miał inny wyjazd na głowie. Zapomniał jednak przekazać informacje, jego telefon nie odpowiadał. Dopiero popłudniu odnalazł mnie Alvaro z informacją, że wyjeżdżamy ok. 19:00. Tą trasę teoretycznie można zrobić w jeden dzień, ale myśmy jechali tam pierwszy raz, dlatego dla większego spokoju zaplanowaliśmy półtora dnia. Daniel miał w planach wrzucić te miejsca do swojej oferty. Natomiast Alvaro tak jak ja wypatrzył na mapach satelitarnych te miejsca i bardzo chciał do nich dotrzeć. Po miesiącu pojawiłem się ja i jego pragnienie mogło się ziścić. Odpowiadał za przygotowanie trasy GPS.

Wyruszyliśmy z Copiapo po 19:00 w składzie: Luis (Lucio), Alvaro, Gulieta i ja. Luis jest mechanikiem w Hertz, sprawnie załatwił papierologię graniczną. Oprócz tego, że wyjazd był jego pracą, to także weekendową wycieczką. Dla Guliety również to była wycieczka. Początkowy odcinek prowadził doliną Copiapo pełną górskich winnic. Już prawie zapadł zmrok, gdy skręciliśmy w szutrową drogę nr 33 prowadzącą do Paso Pircas Negras 4164-66m. Jest to górska wąska droga, często niszczona przez osuwiska, spadające głazy. Trwały liczne prace naprawcze. Miałem w ogóle szczęście, bo ponoć dwa tygodnie wcześniej, droga była jeszcze zamknięta. Luis bardzo sprawnie prowadził. Na biwak pod gołym niebem zatrzymaliśmy się na wysokości 2060m, było po 23:00.

Z tym wyjazdem było sporo zamieszania. Tytułowe miejsca miały być połączone z lodowcami wulkanu Pissis. Ale okazało się to niewykonalne. Z Pissis do kaldery w linii prostej jest może 20-30km, do Volcancito trochę dalej, za to jest blisko głównej drogi i ok. 5-10km w linii prostej od granicy z Chile. Juan twierdził, że nie da się połączyć Pissis z tymi miejscami, które są oddalone od niego o 700 (siedemset) kilometrów jazdy i do tego w innej prowincji - La Rioja. Podczas pobytu w rejonie Puna de Atacama ze 200 razy słyszałem, że coś się nie da albo jest za trudne. Ręcę mi opadały. Gdyby to była Europa albo Azja, byłaby i droga oraz powszechna wiedza jak dojechać z Pissis do tych miejsc. Same lokalne firmy turystyczne, by się o to postarały, bo to oznacza zarobek. W Chile i w Argentynie nic się nikomu nie chce, nic się nie da, wszystko jest za trudne, za męczące. Nikt nie wpadnie na pomysł, by sprawdzić możliwość dojazdu. Jestem pewien, że istnieje taka możliwość - dotarcia z pod Pissis przez Puna de Atacama dobrym autem 4x4 do kaldery i Volcancito. I nie jest to wtedy 700km głównymi drogami, tylko kilkadziesiąt kilometrów off roadu.

Tylko o czym ja mówię. Skoro taki Juan ma toyotę hilux, świetne opony, przystosowane auto do pokonywania głębokiej wody i na dobrej drodze mówi, że jest bardzo trudna. 90% trasy pod Pissis dałoby się przejechać samochodem osobowym. Takie 90% pokonywałem choćby w Norwegii oplem vectra o obniżonym zawieszeniu. W tym niewielkie rzeki lodowcowe, gdy woda wlewała się prawie do środka. Do tego nie miałem opony zapasowej, bo pierwszego dnia jedna padła na niemieckiej autostradzie. Pokonałem podczas tamtego wyjazdu blisko 11 000km. Dało się. Auto w pełni sprawne wróciło do Polski. Więc krew mnie zalewa, gdy ktoś ma toyotę hilux, którą można zrobić prawie wszystko i na zwykłej szutrowej drodze mówi, że jest ciężka. Auto off roadowe jest do jeżdżenia poza drogami jakimikolwiek, ale dla Chilijczyków i Argentyńczyków zjazd z drogi to takie wyzwanie jak lot na Księżyc.  

A zatem opcja, by dotrzeć tam od strony Argentyny odpadała. Jako, że oba miejsca są bardzo blisko Chile i w pobliżu biegną bardzo dobre drogi, jest przejście graniczne, namówiłem Daniela na zorganizowanie takiej eskapady. To jest podobna odległość z Copiapo jak do przeł. San Francisco, jakieś 300km w jedną stronę, może z groszami. Daniel okazał się jedynym człowiekiem, który nie mówił - nie da się, za trudne.

Nastał 23 styczeń, wczesna pobudka i o ósmej byliśmy już w drodze. Coraz wyżej. Wspaniałe pustynne widoki. Wysokość przekraczająca 4200m i w końcu granica na przeł. Pircas Negras 4164m. Niedaleko za granicą skręciliśmy w lewo na wąską szutrową drogę, by po ok. 10km dotrzeć do El Volcancito. Wysokość oscylowała w okolicach 4200m (najwyższy punkt dnia przekroczył 4400m). 

Czym jest El Volcancito? Dobre pytanie. Argentyńczycy mówią - gejzer. Może i był to gejzer ileś tysięcy lat temu, ale niekoniecznie. Bez wątpienia jest to jednak unikalna formacja, bardzo efektowna. Stożek ma wysokość około 5 metrów, może niewiele więcej. Przypomina wulkan, stąd pewnie nazwa. A na szczycie, w "kraterze," znajduje się jezioro o średnicy ok. 3m. Sięga aż po brzegi stożka, jak również do jego podstawy, czyli jest całkiem głębokie. Stożek zbudowany jest z osadów mineralnych, a jezioro istnieje dzięki żródle go zasilającym. Woda spływa po zboczu i co istotne, jest zimna. A więc raczej gejzer to nigdy nie był, sąsiednie źródła, nie tak efektowne, są również zimne. Wszystko wskazuje na to, że przez tysiące lat osadzały się minerały ze źródła powoli budując stożek. Widocznie były sprzyjające warunki do powstania takiej formy. Dużo mniejsze stożki-źródła(ale bez zbiorników wodnych), można zobaczyć koło nieodległej Laguny Brava. Woda w El Volcancito ma kolor niebieskawo-zielony, jest dużo białego osadu, ale niezbyt słonego. Prawdziwy cud natury, bardzo rzadko odwiedzany przez ludzi. Dobrze ponad godzinę spędziliśmy na miejscu.

Wróciliśmy do głównej drogi, kierując się ku kalderze. Już całkiem w głębi Argentyny czekała nas odprawa graniczna - chilijsko-argentyńska. To miejsce nazywa się Barrancas Blancas ok. 4050m. Byliśmy jedynymi ludźmi na przejściu. W normalnych krajach przejazd przez granicę zająłby nam maksymalnie 10minut, a my straciliśmy 90minut. Luis miał świetnie przygotowane wszystkie papiery, ale pogranicznikom się nie śpieszyło. Siedzi na zadupiu w pokojach z 10 osób i udają, że pracują, przekładając papiery z kupki na kupkę. Żałuję, że w jednym oku nie mam kamery, bo to trzeba było nagrać. Ci ludzie tak wolno wykonywali każdą czynność, że aż niewiarygodne. Do tego zadawali tak głupie pytania, że zastanawiałem się czy to nie jest jakaś ukryta kamera. Ile macie apartów fotograficznych, jakie marki, jakie modele? Biurokracja w Chile i w Argentynie to jest absolutny koszmar, porównywalny z biurokracją w Polsce i w Unii Europejskiej.

To nie koniec wytykania miejscowych absurdów. Bowiem jakiś idiota wymyślił, że granica będzie czynna tylko od 9:00 do 17:00. Z tejże granicy do jakiegokowliek miasta jest kilka godzin jazdy. Gdybym stawił się o 9:00 na granicy i został odprawiony nawet w 5 minut. I chciałbym pojechać coś kupić w Copiapo. To nie mam żadnych szans tego samego dnia wrócić do Argentyny. Skoro pogranicznicy mieszkają na granicy, to powinna być otwarta od 6:00 do 22:00. To są normalne godziny pracy. Czas otwarcia granicy mocno pokrzyżował nam plany. Tak naprawdę, powinniśmy wcześnie rano wyjechać i zacząć od kaldery, w drodze powrotnej zahaczając o Volcancito. Do którego notabene można póki co dotrzeć bez kontroli granicznej, mimo że jest w Argentynie.

 Na granicy zjawiliśmy się o 12:00, odjechaliśmy po 13:30, pogranicznicy nawet nie wiedzieli co to Volcancito, a o kalderze bardzo niewiele. Myśmy wiedzieli, że sam dojazd off roadową drogą do kaldery to 3h. Wiadome zatem było, że nie wrócimy przed zamknięciem granicy i będziemy musieli wydłużyć wycieczkę o jeden dzień. Ale jeszcze nie traciliśmy nadziei. Za posterunkiem granicznym zaczyna się asfaltowa droga, czyli znowu Argentyńczycy górą. Wyasfaltowali drogę, a po stronie chilijskiej zero asfaltu, ale trzeba przyznać, że mają trudniejsze warunki geologiczne. Asfalt był kiedyś do samej granicy, ale zostały resztki na tym fragmencie. Blisko skrętu do kaldery, koło kamiennego ponad 100-letniego refugio, spotkaliśmy dwóch Argentyńczyków, znających drogę. Jak to tutejsi, zaczęli opowiadać jaka jest trudna. Nastraszyli Luisa, który powiedział, że jak taka będzie, to nie jedziemy. Ciągle jakieś problemy i sytuacje awaryjne. Zbyt blisko celu się znajdowałem, by rezygnować. Wierzyłem jednak, że jak zwykle droga będzie całkiem znośna. To tylko takie gadanie ludzi, dla których wszystko jest trudne. Tym Argentyńczykom powinienem dać w mordę za psucie atmosfery i straszenie.

Wróciliśmy do granicy, by poinformować, że zamiast tego dnia, wrócimy następnego. A pogranicznicy zamiast powiedzieć: dzięki, znowu chcieli jakieś papiery i straciliśmy kolejne pół godziny. Następnie pojechaliśmy nad Lagunę Brava ok. 4280m. Duża , ale niezbyt urodziwa. Obok znajdował się podobny kamienny schron, do wspomnianego, i odsłonięty grób przy nim.

Zapowiadała się zimna i wietrzna noc, ale Gulieta nie chciała spać obok trupa. Przekonałem ją, że lepiej w refugio obok trupa, niż na zewnątrz. Z Pissis zostało mi trochę jedzenia, które bardzo się przydało. Następnego dnia rano, byłem umówiony z Martą w La Serenie, ale nie miałem jej jak poinformować, że będę dzień później.

24 styczeń.  W nocy strasznie wiało, ale co gorsze, rano wiatr nie ustał. Luis dostał drgawek i na chwilę zasłabł. Alvaro miał podręczny tlen, a potem wzięliśmy dużą butlę z auta, z profesjonalnym oprzyrządowaniem. Luisowi przytrafiło się coś takiego pierwszy raz. W końcu byliśmy na wysokości 4340m. Ja byłem zaaklimatyzowany, Alvaro ciut, ale reszta nie. Gdy Luis doszedł do siebie, kontynuowaliśmy plan dnia. Alvaro z tym tlenem mnie zaskoczył, ja nigdy nie biorę, a sam się włóczę po górach wysokich.

Wyjechaliśmy po 8:00, po niecałych 10km skręciliśmy w szutrową drogę, do pokonania mięliśmy jak się okazało 43km. Dzień wcześniej wszyscy nam odradzali jazdę jednym samochodem mówiąc, że dla bezpieczństwa powinny jechać co najmniej dwa. Pierwsze 20km to przyzwoita szutrowa droga. Później był bardziej sypki fragment. Jechaliśmy doliną, w dużej mierze korytem rzeki, przybierającej na sile w ciągu dnia, gdy topniały śniegi. Luis działał prawidłowo, wpierw myślał, potem działał. Tylko to myślenie i szukanie rozwiązania zajmowało za dużo czasu. Sypkie miejsce, stoimy. Z Alvaro przyglądamy się dalszej trasie. Według mnie ryzyko zakopania się jest szczątkowe, jedźmy. Ale stoimy. W końcu okazało się, że bez problemu przejechaliśmy. Na trasie do kaldery jedzie się głównie szerokim korytem rzeki, podłoże jest twarde, zamarznięte. Jest kilka zwężeń, 4-5, gdzie jest trochę kamieni, głazów, jest trudniej. Ale są to krótkie odcinki. Z Alvaro naprowadzaliśmy Luisa. Z tych 43km, ze trzy są trudniejsze, reszta bez problemów (należy jednak pamietać, że koryto rzeki podlega ciągłym zmianom). Nie mniej, przy tych trudniejszych odcinkach, gdy Luis myślał jak przejechać, spoglądał na mnie z miną - Gregorio, powiedz, że zawracamy. Nie było jednak takiej opcji. Mieliśmy świetny, mocny, samochód, a trasa wcale nie była bardzo trudna. Przeciętna. Przejeżdzałem takie dużo mniej terenowymi samochodami, jak suzuki grand vitara i suzuki jimny.

Ponad 3h jechaliśmy. Najwyższy punkt na trasie wyniósł 5420m, a miejsce postoju 5390m. Kaldera prezentowała się fenomenalnie (jest jeszcze rzadziej odwiedzana od Volcancito). Wspaniałe widoki. Pissis 6800m i Bonete ok. 6750-60m na wyciągnięcie ręki. Lodowce, penitenty. Dużych rozmiarów kaldera. W najniżej położonym jej miejscu, znajduje się jezioro zwane Inca Pillo (Corona del Inca). Jest to najwyżej położone jezioro kalderowe na świecie. Lustro wody na blisko 5200m (inne dane 5150m, powierzchnia ok 1,8km2). W podziwnianiu widoków poza samochodem przeszkadzał huraganowy wiatr, wiejący 80-100km/h. Ciężko się było utrzymać na nogach. Do tego mróz. Spędziliśmy tam pół godziny. Coś pogoda od mojego pobytu na Pissis zaczęła się psuć. Charakterystyczne są w tym rejonie bliżej lutego ataki złej pogody, nazywa się to Invierno Boliviano (Invierno Andino) czyli Boliwijska Zima.

Polacy ostatnio upodobali sobie nurkowanie w wysoko położonych jeziorach na Puna de Atacama i Altiplano. Być może ciekawym celem do nurkowania jest właśnie jezioro kalderowe Inca Pillo. W internecie są zdjęcia ludzi z akwalungiem nad jeziorem, ale nie wiem co zdziałali? Co do głębokości, to gdzieś czytałem o 350-ciu metrach. To niemożliwe. Ale głębokość z pewnością jest konkretna. 

Powrót do asfaltu zajął nam 45minut. Jak się zna drogę, jest szybciej. Przed ostatnim trudniejszym miejscem spotkaliśmy sześć argentyńskich prawie terenówek. To znaczy, były to głównie luksusowe terenówki o dosyć niskim zawieszeniu oraz dacia duster. Kierowcy nie mięli doświadczenia za kółkiem 4x4, wynajęli przewodnika. Jeżeli kierowcy bez doświadczenia są wstanie dojechać do Inca Pillo i dacia duster, to jak można mówić o bardzo trudnej off roadowej drodze. Byłby wielki wstyd, gdybyśmy nie dojechali tam toyotą hilux.

Na granicy zjawiliśmy się o 13:00, tracąc godzinę na odprawę. Wszyscy chcieli oglądać zdjęcia kaldery i Volcancito. Gdy mogliśmy jechać dalej, nie wiem kto wpadł na pomysł, by zamiast przejechać przejście graniczne, cofnąć się 50m i zjeść śniadanie. Efekt, gdy znowu podjechaliśmy na przejście, wpierw musieliśmy tłumaczyć, że jesteśmy już odprawieni. A potem przyszedł człowiek od przewożonych dóbr, roślin i jedzenia. Musieliśmy wypełniać formularze, dalej kontrola auta i pół godziny w plecy, kolejne.

W końcu możemy jechać do Copiapo, jazda do wieczora. Za to wspaniałe widoki, zakup pysznego koziego sera od miejscowych rolników. Mimo dziwnie czynnej granicy, można tą trasę zrobić w jeden dzień, tylko trzeba być o 9:00 na granicy i zacząć od kaldery. Za dodatkowy dzień używania auta trzeba było zapłacić 60 000pesos. Ekipa była jednak na tyle fajna, że podzieliliśmy koszt na cztery osoby. Tak w ogóle, tylko dlatego, że był weekend, reszta towarzyszy mogła wydłużyć pobyt o jeden dzień.

Udało się wszystko, wszelakie plany główne i ewentualne, przewidziane na rejon Puna de Atacama zostały zrealizowane. Byłem wykończony, ale szczęśliwy. Udało się bardzo dużo osiągnąć. W części chilijsko-argentyńskiej wyprawy, pięciokrotnie wjeżdżałem lub wchodziłem na teren tego pierwszego kraju i czterokrotnie na teren tego drugiego (plu ileś razy na granicy z oby państw). Dorobiłem się też nowych przezwisk: Polska Bestia i Polska Maszyna - za sprawą żelaznej konsekwencji, nieustępliwości i nie odpuszczaniu niczego. Do tego w niewiele ponad 30 dni stanąłem na Aconcagui 6962m (w zimowych warunkach), Ojosie del Salado 6896m (trzy razy), Llullaillaco 6755m (plus wierzchołek 6580m) i Pissis 6800m (trzy wierzchołki). Działałem jak maszyna, stąd przezwisko.

25 styczeń. Rano skończyłem się pakować na długą podróż, wyrzuciłem połamany namiot. Nowiutki, a nie przterwał nawet wyprawy. Za to w markecie kupiłem awaryjnie nowy, jakiś badziew za 10usd. Jak na Chile, cena niespotykana. W południe ruszyłem do La Sereny, czyli w kierunku przeciwnym do zamierzonego. Nie bez przyczyny, u Marty Zygman czekała na mnie przesyłka od Redbulla. Copiapo żegnało mnie gęstymi chmurami, jakich tutaj przez miesiąc nie widziałem, nad ranem nawet trochę padał deszcz, co tutaj jest rzadkością. W marcu 2015 ulewy trwały 4 dni - ewenement - na skutek czego doszło do powodzi w Copiapo, zostały zniszczone liczne drogi, i zginęlo kilkanaście osób.

W La Serenie, zanim spotkałem się z Martą, kupiłem bilet autobusowy do Arici na godzinę 23:30, ostatnie miejsce -  trwa okres tutejszych wakacji. Miło spędziłem kilka godzin u Marty i Martina, by następnie ruszyć na północ. Autobus przyjechał z godzinnym opoźnieniem.

RÓŻNOŚCI

Przy drogach w Chile jest wyjątkowo dużo rozbudowanych krzyży, namiastek grobowców, ołtarzyków - to upamiętnienie ofiar wypadków "na bogato".

Bardzo dużo osób, w tym urzędnicy z Copiapo, prosiło mnie o zdjęcia z odwiedzonych miejsc w rejonie Puna de Atacama. Czyżby deficyt w tym temacie?

Na koniec trochę cen. Na każdy wyjazd w góry, robiłem zakupy w markecie. Niewiele kupując, płaciłem po 40 000 - 50 000 pesos, czyli ok 60-70usd.  Przypomnę, że 1 dolar to ok. 700pesos. Pan tarde (coś jak duża bułka) 380p, kawałek ciasta z brzoskwinią 850p, 4 x AAA duracell 3200p, 8 x AA duracell 5000p, coca-cola zero 1,5l 1250p, empanada (mięso lub warzywa w cieście) 900p, 6 bułek hot-dogowych 1430p, paczka ciastek typu pieguski 1160p, chaparita (parówka z żołtym serem w cieście) 740p, czekolada milka 1160p, 6 małych soczków 1160p, pudełko chipsów ziemniaczanych 1300p, woda 6litrów 1350p, 3 małe puszki tuńczyka 130g 2400p, 3 twixy 1290p, woda 1,5l 630p, salami 125g 2360p, 100g szynki z kurczaka 2100p, 150g żółtego sera 1470p, rolka srebrnej taśmy przemysłowej 4000p.

Pozdrawiam z Quito. Gregor.

  • Na zdjęciach:
  • 1-5) W drodze do Volcancito, biwak na 2060m i nazwa przejścia granicznego Barrancas Blancas, graniczna przełęcz Pircas Negras 4164m.
  • 6-11) El Volcancito.
  • 12-13) Przejście graniczne (aduana) Barrancas Blancas (wacamy do Chile), ok  4050m.
  • 14) Ci Argentyńczycy nastraszyli Luisa na temat drogi do Inca Pillo.
  • 15-20) Refugio koło Laguna Brava, ok  4340m, obok był grób, na ostatnim zdjęciu podawanie tlenu Luisowi.
  • 21-28) Dojazd do Caldera Inca Pillo i najwyżej położone jezioro calderowe na świecie, na zdjęciu 023 masyw Pissis, a na 024 Bonete ok. 6750-6760m.  
  • 29-35) Wracamy do Copiapo, na jednym ze zdjęć pyszny kozi ser, na  fot 31 jestem z Luisem, 32 z Alvaro, 35 z Gulietą.
  • 36) Podczas procesu pakowania, przed wyjazdem w góry.
  • 37) Kolacja po powrocie z gór (zostało jeszcze na śniadanie).
  • 38-45) Copiapo, fragmenty, na jednym ze zdjęć z dziewczynami z  Sernatur (inf. turystyczna).
  • 46) La Serena, Marta Zygman gotuje.
  • 47) Red Bull wiedząc, że większość elektroniki, którą wziąłem na wyprawę, już padła, postanowił mnie doposażyć, wysyłając do Marty trochę sprzętu. Wielkie dzięki. Ale mam nadzieję, że macie świadomość, że dla mnie i wulkanów "zabicie" kamery gopro, to żaden problem :). W ostatnich 10ciu latach wykończyliśmy wspólnie ponad 50 (pięćdziesiąt) aparatów i kamer, chociaż dbam o nie jak mogę.
Opublikowano w Blog

Jestem w mieście Riobamba w Ekwadorze, w drodze do kolumbijskiej Bogoty. Jakimś cudem udało mi się wygospodarować trzy dni i zobaczyć trudno dostępny wulkan Sanagy. By zobaczyć go przez chwilę pomiędzy chmurami, musiałem wspiąć się na "pagórek" o wysokości 4336m. Kolejny przystanek - Quito.

13-14.01- jeden dzień nie wystarczył na zorganizowanie transportu pod Pissis. To były dwa dni ciężkiej pracy. Z Danielem się nie dogadałem co do transportu do granicy. Zszedł z 480 000pesos do 320 000pesos, ale to i tak za dużo, nie mniej cały czas negocjowaliśmy . Dał mi jednak namiary na gościa z firmy argentyńskiej, który zgodził się mnie zawieźć pod Pissis od granicy. Z Martą ustalaliśmy z nim warunki. Cena 900USD. Drogo? Alternatywy nie było. Żadna firma z Copiapo nie chciała mnie tam zawieźć, a luźne ceny jakie padały wynosiły 2mln pesos. Tłumaczyli to problemami z papierologią związaną z wjazdem do Argentyny. A tak naprawdę powodem było - lenistwo. Tylko jedna wypożyczalnia aut była gotowa pozwolić mi wjechać do Argentyny, ale za dobę chcieli blisko 200 000pesos. Rozmawiałem m.in. z Erzio z firmy Puna de Atacama, gwiazdą turystyki w Copiapo. Tak się zaprezentował - szef miejscowego stowarzyszenia turystycznego, naukowiec, dobry angielski etc. Powiedział, że dzień użycia auta z kierowcą to 500usd. Miał zadzwonić, ale tego nie zrobił. Oboje wiedzieliśmy, że jego ceny, by mnie zabiły. Mówił, że myślał o tych miejscach, które mnie interesują, by wrzucić do swojej oferty. Jeszcze jednym pomysłem był przewodnik z Bahia Inglesa, który za pensję 70 000pesos, zgodził się jechać, ale przyznał, że nie ma pojęcia o tych miejscach. Marta z kolei załatwiła transport do granicy i z powrotem za 200 000pesos. A jak to się skończyło, piszę poniżej.

Te dni wtykorzystałem również na pranie. Wszystko było strasznie brudne i przepocone. W residencial prania zrobić nie mogłem, ale znalazłem firmę obsługującą hotele. Za ponad 10usd wyprali mi ponad 3kg ubrań.

Musiałem też naprawić buty. W Chile kupić proste rzeczy jest często trudno, np. dobry klej czy srebrną taśmę przemysłową. Ale znalazłem szewca, który za 10usd zgodził się coś podziałać z butami. Prosiłem, może być brzydko, ale solidnie, a zroibili ładnie, ale niesolidnie. Na czubki butów nakleili używając niewiele kleju delikatną skórę, i o zgrozo, przykleili ją do podeszwy. Po 10 minutach marszu na Pissis, skóra odpadła, a dziur w butach szewc nawet nie tknął.  

15.01 - żebym miał tani przejazd do granicy, Daniel musiał mnie dołączyć do Adiny, Niemki, któraz zrobiła sobie turystyczny wypad, a do Chile przyjechała na wymianę studencką, jest nauczycielką. Było coś po 10:00 gdy wyruszyliśmy wraz z Hareli i Gabrielem. Cel, refugio koło Laguny Santa Rosa (Park Narodowy Nevado Tres Cruces). To była moja trzecia wizyta, wliczając rok 2010. Dosyć sprawnie dotarliśmy na miejsce. Miałem czas obejść jezioro, salar, poprzyglądać się flamingom. W refugio, ok. 3775m, było pełno ludzi, głównie USA. Pełno, tzn. kilka osób,  bo  refugio jest małe. Znalazłem jednak dla siebie miejsce. Gabriel wrócił do Copiapo, a Hareli z Adiną, postanowiły zrobić sobie biwak w śpiworach na zewnątrz.

16.01 - Daniel miał mnie dowieźć na 12:00 do granicy, chociaż Juan z argentyńskiej firmy chciał na dziewiątą. Niestety Daniel spóźniał się i przyjechał przed 11:00. Wpierw musieliśmy popędzić na granicę(do pograniczników), oddaloną grubo ponad 50km (może blisko 100km) od faktycznej granicy. Poszło szybko, bo nikogo nie było. I gaz do dechy, z krótkim postojem przy posterunku policji obok Laguny Verde. Na granicznej przeł. San Francisco 4726m czekał już Juan. Męczył Martę, czy na pewno przyjedziemy. Mówił, że czekałby jeszcze godzinę, była 13:00. Od Argentyny jest piękny asfalt, Chilijczycy też obiecali wyasfaltować drogę, ale marnie im idzie, a jakość asfaltu jest marna. Zjechaliśmy do przejścia granicznego. By Juan mógł dojechać ze 20-30km do przełęczy, musiał wypełnić mnóstwo papierów. Następnie gaz do dechy i w dół pośród pięknych widoków. Nad głowami dużo chmur, bardziej wilgotno, to i więcej roślinności, w stosunku do strony chilijskiej, na którą chmury przechodzą rzadko. Na ok. 3330m, zgodnie ze znakiem skręciliśmy ku Pissis. Czekało nas 90km jazdy off roadowej (ok 3h). Od granicznej przełęczy do tego miejsca było zdaje się ponad 100km.

Toyota Hilux Juana, była jego własnością, opowiadał że ma opony na kamienie za 1800 dolarów. Mimo, że droga była dobra, narzekał że trudna i niszczy samochód. Dla Chilijczyków i Argentyńczyków wszystko jest trudne. Narzekał, że wróci nocą do domu, że bolą go plecy, że chyba będzie musiał poszukać dodatkowego kierowcy i takie tam. Fajny facet, ale zawsze mnie wkurza, gdy płacę i ktoś jeszcze narzeka. A jego usługa kosztowała mnie 900USD, ponoć specjalna cena dla mnie i Daniela, z którym planowali nawiązać współpracę. Daniel, który początkowo chciał prawie 500 000pesos, ostatecznie zgodził się na 180 000. Trasa pod Pissis jest przepiękna, góry, jeziora, zwierzęta, wysokości do 4700m. Pytałem Juana, czemu nie zrobi 2-dniowej wycieczki z noclegiem w Pissis Base Camp. Powinien mieć taką w ofercie. Stwierdził, że to fantastyczny pomysł. Jak zwykle Gawlik przyjechał i organizuje trasy turystyczne miejscowym biurom. A tak w ogóle, Juan pierwszy raz miał za klienta Polaka.

Posługiwał się słabo komunikatywnie angielskim, ale wystaczająco, mówił że zawiezie mnie na 5000m do Camp1, co cieszyło, bo BC jest na 4500m z kawałkiem. Na obietnicy się skończyło, skończyliśmy na 4570m, ale rzeczywiście dalej nie ma drogi. 3,5h jechaliśmy. Było po 18:00, Juan miał mnie odebrać 21 stycznia. Trzeba przyznać, że był profesjonalnie przygotowany - telefon satelitarny, tlen, narzędzia, woda zapasowa itd.

Za nisko było na nocleg, więc zostawiłem depozyt z wodą i jedzeniem, bo w BC wody nie było i do 20:00 jeszcze maszerowałem doliną. Pokonałem spory odcinek i nocowałem na 4890m, już blisko masywu Pissis. Poza za mną nie było żywej duszy.

17.01 - Odwiedzając masyw Pissis chciałem przyjerzeć się miejscowym lodowcom, największym na Puna de Atacama, dzięki ukształtowaniu wulkanu i większej wilgotności po stronie argentyńskiej. Nie planowałem zdobywać szczytu, ale postanowiłem spróbować, mimo potężnego zmęczenia wcześniejszą górską działalnością. Pogoda dopisywała. Na 5050m widziałem ślady kół samochodu, a na 5400m stał terenowy ford, słabszy niż auto Juana. A więc jak się chce, to można. Auto zniknęło, czyli odjechało jakieś 2h później, żadnych ludzi nie widziałem.

Na trasie miałem do pokonania niewielkie penitenty, nie było stromo do 5700m. Wspaniałe widoki na Pissis, lodowce, w tle Ojos del Salado i Nevado Tres Cruces. Chociaż Pissis jest bardzo blisko chilijskiej granicy, to musiałem dotrzeć tutaj naokoło. Nie szło mi się dobrze, powoli, wieczorem gdy dotarłem do 6000m i nie widziałem żadnych szans na jakieś miejsce na rozbicie namiotu. Zabrałem się za budowę platformy, co zajęło mi godzinę, do 19:00. Wysokość 6010m, obok lodowca. Wzmógł się wiatr i przy stawianiu namiotu złamał się pałąk. Musiałem się trochę nakombinować, zanim namiot jakoś stał i dało się w nim spać.

18.01- PISSIS 1 - ATAK SZCZYTOWY. Pissis jest ważną górą dla nas Polaków, bo jako pierwsi w 1937 roku zdobyli go Polacy - Jan Szczepański i Stefan Osiecki. Podobnie jest z Ojosem del Salado, w tym samym roku, jako pierwsi zdobyli go - Szczepański i Justyn Wojsznis. Jeśli Ojos jest najwyższym wulkanem na Ziemi i drugą górą Ameryki Południowej, to Pissis odpowiednio drugim wulkanem i trzecią górą. Pissis to wulkan wygasły, który ponoć od 1937 do 1985 roku nie był zdobywany, za sprawą braku dojazdu (wg niektórych źródeł do 1994 roku).

W nocy był blisko 15-stopniowy mróz, na trasę ruszyłem po 8:00. Pogoda dopisywała. Zmęczenie powodowało, że szedłem siłą woli, wolno. Tylko fragmentami istniała namiastka ścieżki, resztę szedłem trajektorią własnego autorstwa. Mobilizowałem się w ten sposób, że jeszcze kilka godzin i następnego dnia schodzę do BC, będę odpoczywał. Na rozległy wierzchołek dotarłem po 7 godzinach, gdzie spędziłem około godzinę. Niebo bardzo się zachmurzyło i rozpoczęła się śnieżyca, zamieniona w burzę śnieżną. To był pierwszy opad, od blisko miesiąca trwania wyprawy.

Wiatr, dużo śniegu, grzmoty nad głową, a potem nad namiotem. Cały zostałem naelektryzowany. Spadło ponad 5cm śniegu. Do namiotu dotarłem po 1h45min schodzenia, o 18:05, a na szczyt dotarłem o 15:20. Trasa od namiotu wyglądała następująco: stromo sypkim zboczem do 6300m, potem łagodniej do ponad 6500, a potem ruszyłem na główny wierzchołek po kamieniach i skałkach.

GPS garmin na wierzchołku pokazywał wysokość 6808m, z błędem 6 metrów, a holux 6805m, z błędem 5m. Przyjmuję więc wysokość Pissis 1 na 6800m. Wulkan ma ok. 10 wierzchołków, z których kolejne dwa mają prawie taką samą wysokość, położone są po drugiej stronie lodowca. Nie dawały mi one spokoju podczas zejścia, wydawały się nawet wyższe, postanowiłem to zweryfikować kolejnego dnia, zamiast schodzić na dół. 18 grudnia byłem na szczycie Aconcaguy, miesiąc później na Pissis.

Pissis wg najczęstszych danych ma wysokość 6793-6795m, Pissis 2 (Upame) 6791m, a Pissis 3 (Ejercito Argentino) 6789m. 

19.01- ATAK SZCZYTOWY NA PISSIS 2 i PISSIS 3. Wyruszyłem chwilę przed 8:00 wiedząc, że czeka mnie dużo dłuższa trasa niż poprzedniego dnia i wrócę do namiotu późno w nocy. Wpierw przetrawersowałem w dół Glaciar de los Argentinos, przyglądając się po drodze szczelinom lodowcowym, co na Puna de Atacama, jest ewenementem. Straciłem prawie 200m wysokości. Moja trasa przez lodowiec miała jakieś 2km. Po drugiej stronie lodowca było ciężkie strome i sypkie podejście. Cała trasa była mojego autorstwa. Śnieg z poprzedniego dnia szybko topniał. Niestety przybywało chmur, a moje tempo było wolne, resztkami sił piąłem się do góry.

Po 17:00 dotarłem na Upame (Pissis 2). Zaczynała się burza śnieżna. Upame jest dużo ciekawszym wierzchołkiem od Pissis 1. Stożek wulkaniczny, lawy. W partii szczytowej uderzał we mnie prąd, bolało. Mimo późnej godziny i faktu, że w godzinę przybyło 10cm śniegu, ruszyłem na Pissis 3. Stary i nowy śnieg tworzył zaspy, czasami powyżej kolan. Pod nim były kamienie, co chwilę leżałem. Widoczność była bardzo słaba, wiał porywisty wiatr. Działalność w takich warunkach na wysokościach 6600-6800m do łatwych nie należy. Zszedłem do przełęczy i ruszyłem stromym terem do góry. Dotarłem na oba wierzchołki Pissis 3, z drugiego schodziłem po 20:00. Brakowało godziny do pełnego zmroku.

GPS garmin na Upame (Pissis 2) pokazywał wysokość 6806m z błędem 6m, a holux 6805-6806m z błędem 7m. Dlatego przyjmuję, że ma 6799m. Ejercito Argentino (Pissis 3) ma dwa wierzchołki, na wyższym garmin pokazywał wysokość 6808m z błędem 5-6m, a holux 6800-6801m z błędem 6m. Niższy wg garmina ma 6799-6801m z błędem 8m. Przyjmuję, że Pissis 3 ma 6795m (drugi wierzochołek 6792m). Tak naprawdę różnice są tak minimalne, że nie wiadomo, który wierzchołek jest najwyższy, dla pewności warto zdobyć wszystkie trzy. Mimo dużego wysiłku. Przydałby się jakiś profesjonalny pomiar wierzchołków Pissis, który rozwiałby wątpliwości.

Pod śniegiem było pełno głazów, do tego bardzo ślisko. Ponad 20cm świeżego śniegu. Kilkadziesiąt razy upadłem, a ze 20 tak porządnie, cud iż sobie nic nie skręciłem ani nie połamalem. Natomiast siniaków przybywało. W nocy się rozpogodziło, księżyc zastępował latarkę. Dotarłem do lodowca i ruszyłem nim do góry. Namiot witałem o 2:00 w nocy. Cały dzień marszu w śniegu, skutkował mokrymi butami, do tego w nocy spory mróz i założone raki na lodowcu. Efekt, niewielkie odmrożenia stóp.

Co biorę na atak szczytowy jak opisany: duży plecak z funkcją awaryjnego śpiwora, termos 0,5l z herbatą, aparaty, kamery, zapasowe baterie, inną drobną elektronikę (ale nie pulsoksymetr, bo on rozleciał się na Aconcagui), jedzenia ciut, zapasowe rękawiczki i skarpety. Kask, raki, czekan, kijki, ubiór na sobie, wypchane kieszenie różnymi drobiazgami.

20.01- dopiero po 12:00 się zebrałem i ruszyłem w dół. Miałem fazy, 500m deniwelacji w godzinę, a potem 40min postoju. Stopy strasznie dostały w kość, mimo ich oszczędzania, powstały rany. Do dzisiaj z nimi walczę, dają mi nieźle w kość a jest 2 luty.

Przed 18:00 zameldowałem sie w Pissis Base Camp 4570m. Rozbiłem namiot, co z uszkodzonym stelażem latwe nie było i odkopałem nietknięty depozyt wodno-żywnościowy.  Wycisnąłem z siebie wszystkie soki w ciągu minionego miesiąca.

21.01- Codzienne rozpakowywanie się i rozbijanie, a potem składanie było strasznie uciążliwe. Do tego ponad 20-kilogramowy plecak. Tego poranka czekało mnie ostatnie górskie pakowanie na dłuższy czas. Leniwie to robiłem. Suszyłem rzeczy.

Juan mówił, że wyjedzie o 5 rano, więc obliczyłem jego przyjazd na 10. I tak się stało, tylko Juan wyjechał o 2:45, ale wybrał zły skrót i się zakopał. 2h machał łopatą. Towarzyszył mu starszy sympatyczny mężczyzna - Juan Carlos, pierwszy raz w tym miejscu. O 10:30 wystartowaliśmy ku Chile, do asfaltu docierając po 3,5h. Wspaniałe widoki (m.in. jeziora tzw. Balcon del Monte Pissis), świetna pogoda. Nawet condora widziałem.

Dosyć dużo straciliśmy czasu na granicy argentyńskiej - idiotyczna biurokracja. Na przeł. San Francisco, Daniel z Hareli czekali juz 90 minut. Z postojami, wieczorem dotarliśmy do Copiapo (o 21:00). W samochodzie Daniel mówił, że wyjazd do El Volcancito i Caldery Inca Pillo, na następny dzień jest gotowy. Bardzo mnie to cieszyło,  bałem się bowiem kolejnych kłopotów. Organizacja transportu na wulkany kosztowała mnie mnóstwo pracy, o pieniądzach nie wspominając. Wykonałem kilkaset czynności - telefony, emaile, rozmowy, chodzenie po firmach. Kolejną setkę czynności wykonała Marta, której pomoc była bardzo cenna - WIELKIE DZIEKI! Daniel podał cenę ostatniego elementu "układanki" w rejonie Puna de Atacama. 260 000pesos (1 dolar to ok 700 pesos). Trzy razy go pytałem o tą kwotę, a Daniel martwił się, że znowu będę narzekał - za dużo. A właśnie było na odwrót. Przyzwyczajony do milionów pesos, grubych setek dolarów, które wydawałem ostatnio, zdziwiłem się, że cena jest tak rozsądna. Przyjąłem ją bez protestu.

Pozostało zaopiekować się stopami, które mają jak zwykle na wulkanicznej wyprawie niezły sajgon. Zrobić nowe zakupy, przepakować się i być gotowym na wyjazd popołudniu 22 stycznia. 

Jeśli ktoś będzie na płaskowyżu Puna de Atacama w rejonie Copiapo lub Fiambala/Tinogasta po argentyńskiej stronie, polecam skorzystanie z następujących firm turystycznych:

Daniel Alfaro Araya Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript. , komórka 56996814242, stacjonarny (09) 96814242, Copiapo, Chile. Facebook: Andes de Atacama.

Tinogasta Aventura (tinogastaventura.com.ar), Juan Antonio Roger, Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript. , tel. (03837) 421056 lub 15524901 lub 15403721, Tinogasta, Argentyna.

Zapraszam rówież do czytania artykułów o wyprawie na stronie REDBULL.COM.

P.S. Paczka wysłana z Chile 2 tygodnie temu dotarła w nienaruszonym stanie do domu. Szybko.  

English short note:  Pissis (to 6800m) - the second highest volcano in the world, the third mountain of the Andes. In two days I stood on the three highest peaks of almost the same height (in difficult winter conditions). Hike through the largest glacier of this part of the Andes and on the plateau of the Puna de Atacama (one of the driest places on Earth) - Glaciar de los Argentinos.

  • Na zdjęciach:
  • 1-4) Laguna Santa Rosa, ok 3770m,
  • 5) podróżować można i tak, terenowym domem na kółkach,
  • 6)  Nevado Tres Cruces, ok.  6740-55m,
  • 7) Argentyna, wulkan Pissis ok.  6800m, na prawo od lodowca główny wierzchołek, na lewo, dwa mu dorównujące (Upame i Ejercito Argentino),
  • 8)  vicunie,
  • 9) największy lodowiec  w  masywie Pissis - Glaciar de los Argentinos, faktyczny lodowiec zaczyna się na wysokości ok. 5300m, chociaż połączony z płatami śniegu sięgał poniżej 5000m, ale płaty częściowo stopnieją.
  • 10) panorama okolic Pissis, Puna de Atacama,
  • 11) Gregor na wierzchołku Pissis 1,
  • 12) rejon szczytu Pissis 1,
  • 13) po zdobyciu Pissis 1, wieczorem namiot wyglądał zimowo, 6010m,
  • 14)  w środku zdjęcia wierzchołek Pissis 1,
  • 15-16) szczelina lodowcowa i penitenty,
  • 17-20) wierzchołek i okolice Pissis 2 (Upame), ok. 6800m,
  • 21-22) wierzchołki Pissis 3 (Ejercito Argentino), ok. 6800m,
  • 23-24) podczas zejścia do Base Campu,
  • 25-28) podczas 90km off roadu z Pissis BC, na zdjęciach Juan i jego starszy kolega Juan Carlos,
  • 29) Laguna Verde ok. 4300m, już po stronie chilijskiej,
  • 30) od lewej: Hareli, Gregor, Daniel, Gabriel,
  • 31) powrót do Copiapo,
  • 32-33) skojarzenia są wiadome, ale to tylko zakręty,
  • 34) choinka w moim residencial,
  • 35) Chilijczycy nie mają w zwyczaju odstawiać marketowych wózków na swoje miejsce.
Opublikowano w Blog
Tekst ten zacząłem pisać po powrocie z Ojosa del Salado. Priorytetem była jednak organizacja transportu na Llullaillaco, stąd od rana do wieczora działałem w tym kierunku. A Chile w tym temacie jest trudne i drogie. Około 30 razy zaczynałem pisać ten tekst, stąd nie wiem czy się trzyma k..y Ale jest. Często było tak, że zasiadałem do kawiarenki internetowej, a po trzech minutach był telefon, że ktoś ma dla mnie jakąś propozycję i musimy się spotkać. I biegłem. Ciąg dalszy nastąpił po Llullaillaco i dalsze problemy transportowe nie pozwoliły skupić się na pisaniu. Z tego samego powodu - dramatyczny brak czasu - tekst jest długi i  w jednym kawałku. Nie było czasu go podzielić. 

27.12.2015 - z Manuelem umówiłem się na 9:00, do pokonania mięliśmy jakieś 280km, z czego off road, to ostatnie 25km. Gdy przyjechał, pojechaliśmy jeszcze po kanistry i telefon satelitarny. Bardzo się dziwił, że jadę sam, bez żadnego wsparcia, bez telefonu satelitarnego. Wszyscy się tutaj dziwią, a ja nie widzę w tym nic dziwnego. Jak będę działał mądrze, to wrócę cały i zdrowy, jeśli nie, to wiadomo... nie wrócę. Tak eksplorowali świat pionierzy i ten styl bardzo mi się podoba, chociaż oni rzadko działali w pojedynkę.

Jedziemy. Tą drogę pokonywałem prawie sześć lat wcześniej, robiąc rekonesans przed realizacją projektu tej wyprawy. Manuel nie oszczędzał paliwa w toyocie hilux, gaz do dechy. Tak lubię. Koło Laguny Santa Rosa i Salaru Maricunga, gdy mięliśmy skręcić w lewo, pojechał prosto. Sugerowałem, że to zła droga, ale Manuel był pewien swego. Okay, minęło trochę czasu, może jest nowa droga, mnie się pomyliło. Ale nie. Po 70km dojechaliśmy do części mieszkalnej kopalni metali Maricunga, na około 4300m n.p.m. Sprawa wydawała się prosta. Zawrócić. Manuel jednakże przez 40min. ustalał telefonicznie trasę. Po czym wróciliśmy te 70km i skręciliśmy w prawo. Tracąc 3 godziny i sporo paliwa, na szutrowej i trochę wyboistej drodze, na której Manuel próbował urwać któreś koło.

Chilijczycy zainwestowali w drogę i niewiele brakuje, by do granicznej przełęczy San Francisco była asfaltowa. Manuel nie wiedział, gdzie skręcić na Ojosa, ale ja wiedziałem. Zostało jakieś 25km do Refugio Atacama. W połowie drogi mój kierowca zaczął panikować. Że mało paliwa, że miejscami droga jest kamienista, że już późno. I najchętniej, by mnie wysadził, bym poszedł piechotą. Po moim trupie. Ale na 5180m tak się zawiesił, że nic nie dało się zrobić. Musi wracać, bo prawie piąta, bo paliwa mało. Wziął kanister, by uzupełnić paliwo. Postanowiłem mu pomóc, bo jakoś nieporadnie to robił. W nagrodę za pomoc, zamiast w lejek, chlusnął paliwem na moje spodnie. Pierwszej nocy musiałem wystawić je za namiot, bo naćpałbym się oparami.

Manuel zawraca, zostawiając mnie jakiś kilometr od Refugio Atacama 5260m, z plecakiem i workiem z jedzeniem, butlą z wodą. Świetnie. Miałem nadzieję, że podrzuci mnie do Refugio Tejos 5825m, oficjalnie 5837m, a on nie dał rady nawet do Atacamy. Jestem pewien, że jest pierwszym kierowcą w historii, który dysponując tak dobrą terenówką, nie dowiózł człowieka do Refugio Atacama.   

Musiałem zrobić dwa kursy, by wszystko przenieść do Atacamy. Refugio to tak naprawdę mały barak. Było całkiem sporo ludzi, komercyjnych firm z ich dużymi namiotami. Z obsługą klientów mogło być ze 20 osób, co jak na Ojosa dużo. Rozbiłem namiot na 5260m, część jedzenia ukryłem w zbudowanym kopcu z kamieni. W nocy na zewnątrz było -7 stopni C.

28.12 - korzystając ze słońca, dopiero w południe ruszyłem do góry, po blisko 4h z odpoczynkami osiągając z 25-kilogramowym plecakiem Refugio Tejos 5825m. Bardzo długo, chociaż inni bez oplecaka szli dłużej. Pogoda dopisywała, a w refugio, większym od Atacamy, tłumy. Jest tam  6 niewielkich schroniskowych łóżek, stolik i pomieszczenie z podłogą, gdzie spałem wraz chilijskim przewodnikiem i jego trzema klientami z USA, pochodzenia hinduskiego. Sami komercyjni i ja jeden indywidualista. Dosyć standardowa sytuacja. A w niej, nierzadko bywa, że przewodnicy są niesympatyczni, bo nie dałem im zarobić. Tym razem jednak wszyscy byli wybitnie sympatyczni, a gdy opowiedziałem o projekcie 100 wulkanów, zasypali mnie pytaniami i czekają na książkę po zakończeniu projektu. Chyba na 10 książek, materiałów jest ogrom. 

29.12 - plan dnia - podejście aklimatyzacyjne do 6500m i powrót. Ale na 6500 stwierdziłem, że czuję się świetnie i idę dalej. Tylko z tym chodzeniem był problem, wlekłem się masakrycznie. 9 godzin szedłem na szczyt (chilijski), docierając tam o 17:00, co przy świetnej pogodzie, niezbyt silnym wietrze, nie stanowiło problemu. Wszyscy ruszali na szczyt, przez cały mój pobyt, o 2-4 nad ranem, czego nie rozumiem do końca. Klienci komercyjni na Ojosie nie są odpowiednio długo aklimatyzowani, ze względu na specyfikę tego miejsca, wysokogórski płaskowyż Puna de Atacama. Dlatego chodzą wolno i chcą tego samego dnia jeśli nie znaleźć się w Copiapo, to przynajmniej na ok. 4300m. Autem dowozi się ich, i odbiera, zazwyczaj, do Refugio Tejos. Ale mimo to, lepiej wyruszyć, gdy już świeci słońce, a na Ojosie to czuć, aniżeli marznąć przez większość trasy, gdy jest minus kilkanaście stopni. O 7:00 w refugio było minus 10 stopni C. 

Gdy ciemno się robi po 21:00, jest cały dzień na zdobywanie szczytu. Ja dodatkowo musiałem stosować ten zabieg, by bardziej nie odmrozić palców u stóp. Były pod specjalnym nadzorem. Na Aconcagui dawał mi się we znaki jeszcze wypadek na wulkanie Villarrica, na Ojosie pamiątka z Akonki. 

Na 6750m znajduje się niewielki krater wypełniony mini lodowcem. W połowie otoczony skałkami, poddanymi silnej erozji. To właśnie na nich są wierzchołki - chilijski i argentyński. Mają tą samą wysokość, róznica jest nie większa niż metr. Przyjmuje się, że stanięcie na którymkolwiek z nich, jest równoznaczne ze zdobyciem Ojosa del Salado. 

Od strony chilijskiej jest świetnie widoczna ścieżka i nie ma większych trudności. Podejście jest strome, ale nie bardzo strome. Jest trochę sypko, potem trochę kamieni. A utrudnienia są dwa. Pokonanie albo ominięcie specyficznego lokalnego niewielkiego lodowca i skalna końcówka przed wierzchołkiem. W pierwszym przypadku, w wąskim miejscu, trzeba było zrobić kilka kroków przez niewielkie penitenty. Raki były niepotrzebne. W drugim, kilkadziesiąt metrów jest mocno eksponowane, są liny poręczowe. Trochę wspinaczki. Gdyby ten teren znajdował się na tysiącu metrów, powiedzielibyśmy, że łatwy. Ale on jest na prawie 6900m n.p.m., gdzie mało tlenu i duże zmęczenie. Przy odrobinie pecha można się zabić. Na przykład na trasie z Horcones na Aconcaguę, nie ma tak trudnego miejsca. 

Sam wierzchołek jest niewielki, erozja go pewnie będzie stopniowo obniżać. Gdy się dobrze nachylić, widać wydobywające się gazy wulkaniczne w dole. Po godzinie, ruszyłem z powrotem. Pogoda dopisywała, w Tejos znalazłem się o 20:00 (po dwóch godzinach). Ponoć tylko 30% osób wchodzi na szczyt, nie wiem czy to nie zaniżona liczba. Co prawda, z trzech amerykańskich hindusów tylko jeden dotarł na wierzchołek po kilkunastu godzinach, pozostali nawet nie spróbowali. Ale inne ekipy raczej w większości wchodziły na szczyt. Gdy jest dobrze widoczna ścieżka, nie trzeba myśleć, tylko iść. Brak trudności, poza wysokością. Wtedy zdobywanie takiej góry jest bardzo łatwe.

30.12 - skoro dzień wcześniej zdobyłem Ojosa zamiast tego, postanowiłem wykorzystać go aklimatyzacyjnie i na odpoczynek. Wychodziłem tylko na krótkie spacery, siusiu i po wodę. Zwolniło się dla mnie jedno łóżko. Pogoda bardzo dobra.

Ojos del Salado jest najwyższym wulkanem na świecie. Najczęściej podaje się wysokość 6896m. Moje gpsy poprzedniego dnia szalały, pokazując nawet 6925m, najczęściej 6910m. Kiedyś uważano, że jest najwyższą górą kontynentu, mierzącą ponad siedem tysięcy metrów. Część świata naukowego, uważa go za najwyższy aktywny wulkan Ziemi. Przyjechałem zweryfikować czy są ku temy podstawy i skonfrontować z innym kandydatem do tego tytułu - wulkanem Llullaillaco. W chwili pisania tego tekstu oba wulkany za mną i po wstępnej analizie, mogę ocenić, który z nich zasługuje na ten tytuł. Poświęcę temu zagadnieniu osobny tekst. Warto jeszcze wspomnieć, że kiedyś Aconcaguę uważano za najwyższy wulkan. To nie jest prawda, ale faktem jest, że w jej masywie znajdziemy sporo siarki i skały wulkaniczne. Znalazłem wiele przykładów. 

31.12 - gdy słońce już świeciło ruszyłem autorską drogą na stronę argentyńską. Szukać aktywności wulkanicznej i przy okazji zweryfikować istnienie najwyżej położonego jeziora na śwecie. Idąc na przełaj napotykałem ramiona wulkanu, skały. Zero ścieżki. Dostałem w kość idąc z dużym plecakiem. Ale przyjrzałem się skałom, niewielkim miejscom, gdzie kiedyś były niewielkie wyziewy wulkaniczne. Rozbiłem się na wysokości 6315m koło niewielkiego pola penitentów. W nocy było na zewnątrz ponad minus 15 stopni, ale bardzo słaby wiatr. Tak spędziłem Sylwestra.

01.01.2016 - na ten dzień zaplanowałem wejście na argentyński wierzchołek Ojosa del Salado, na którym kiedyś były wyziewy wulkaniczne. Ponadto z niego dobrze widać obecnie działające wyziewy i wysoko położone jeziora. Teoretycznie ze strony argentyńskiej są drogi na szczyt, tylko fizycznie ich nie ma, bo prawie nikt nie wchodzi na wierzchołek z tej strony. Natomiast zaznaczone na mapach w internecie wyglądają efektownie. Wybrałem autorską drogę. Prosto do góry, po głazach i skałach, pomiędzy lodowczykami, platami śniegu i penitentów. Najlepsza droga do wejścia na szczyt jest taka, jaką opiszę kolejnego dnia oraz ta z drugiej części przedmiotowego dnia.

Moja droga okazała się karkołomna. Nieźle mi dała w kość. Wystartowałem chwilę po 9:00, a na szczyt dotarłem o 15:30, gdzie spędziłem godzinę. Chłodny wiatr wiał jedynie ok. 30km/h. Widok z wierzchołka spełnił wszystkie moje oczekiwania, zlokalizowałem wszystko co mnie interesowało. Z chilijskiej strony nie ma wejścia na wierzchołek argentyński, poręczówek. Teren jest skalny, ale można wejść. Jest sypko, stromo, ale jak ktoś ma pojęcie o wspinaczce i zdrowy rozsądek, bez problemu da radę. Od strony argentyńskiej końcówka jest dużo mniej skalna i łatwiejsza, ale utrudnieniem jest brak ścieżki, przynajmniej w okresie, gdy ja tam byłem. Trzeba wybrać własną trajektorię, a ona może być łatwiejsza niż od strony chilijskiej, ale także dużo trudniejsza - bardziej stroma, z wielkimi głazami, niewielkimi skałkami, małymi lodowcami i płatami firnowymi. Na tym wierzchołku gpsy wskazywały wyskość z 5-7 metrowym błędem: 6896-6902m. Jak już wspomniałem, oba wierzchołki są praktycznie takiej samej wysokości.

W opisie może się wydaje wszystko takie łatwe i szybkie. Wszedłem, zdobyłem, zbadałem. Okupione to jest jednak gigantycznym wysiłkiem. Poruszanie sie po wyznaczonych ścieżkach jest proste, nie trzeba myśleć, trzeba iść. Gdy robi się autorską trasę, procesory mózgowe muszą cały czas intensywnie wszystko analizować i podejmować decyzje.

Na dół schodziłem łukiem, omijając większość skał i głazów. Teren był sypki, co przeszkadza przy wchodzeniu, ale przy schodzeniu czasami pomaga. Zlokalizowałem kilka wysokich jezior. Czekały na mnie kolejnego dnia. Jedno, największe, na ok. 6350m, częściowo "zbadałem" już tego dnia. Sprawdziłem wysokość, zmierzyłem mniej więcej dlugość i szerokość, zlustrowałem położenie (krater) i ewentualną głębokość. Wszystkie jeziora były skute lodem. A do tego schodził największy lodowiec po stronie argentynskiej Ojosa (i ponoć w całym masywie). To nie są duże lodowce. Ale z kilometr szedłem (sam lodowiec jest dużo wiekszy niż moje przejście). W rakach, chociaż jest płaski. Fragmenty były bardzo zlodzone. 

Tutejsze lodowce są specyficzne i nie przypominają klasycznych. Są stosunkowo niewielkie, ale co bardzo charakterystyczne - cienkie. 2-3 metry, kilka metrów, 10 metrów, to już gruby lodowiec. Ale udało mi się wypatrzyć najgrubszy tutejszy lodowiec, po stronie chilijskiej, grubością może siegnął nawet 30m. Szczelin nie ma, ale powierzchnię zajmują często pola penitentów, koszmarne do pokonywania. Oprócz tego pojawiają się przetopienia, że widać skały oraz dziwne roztopienia - dziury i zagłębienia ze świecącym lodem. Tylko fragmentami jest zbity na powierzchni lód. Bardzo źle się chodzi po tutejszych lodowcach.

Nikt do końca nie wie jak powstają penitenty(śniegi pokutne), lodowe lub śnieżne szpikulce, których tysiące, między nimi dziury. Wysokość penitentów i głębokość dziur może sięgać od 10cm do kilku metrów. Można je spotkać w różnych miejscach świata, ale te z Ameryki Południowej są najsłynniejsze. Pustynny klimat Puna de Atacama, niewielkie opady, wysoko położona granica wiecznego śniegu - skutuje, że takie mamy tutaj śniegi i lodowce. Co ciekawe, sąsiednie masywy były bardziej zaśnieżone niż Ojos. Pierwsze penitenty można było spotkać na ok 5000m n.p.m.

Do namiotu dotarłem po 20:00, gdy już atakował solidny mróz. Bardzo owocny dzień i drugi raz na szczycie Ojosa del Salado, tym razem po stronie argentyńskiej.

02.02 - wysokim jeziorom poświęcę następny tekst, gdzie będą dokładne informacje. Teraz krótko. Rano spakowałem cały dobytek i ruszyłem doliną do góry. Dokończyłem obserwacje jeziora nr 1 na ok. 6350m. Sądzę, że może mieć kilkanaście metrów głębokości, tylko wpierw trzeba byłoby rozbić grubą taflę lodu. Nieopodal jest płytkie jeziorko na ok. 6360m. Przepływowe, strumyk z lodowca je zasila, z niego też wypływa strumień.

Następnie znowu pokonałem lodowiec i w pobliskim kraterze dotarłem do niewielkiego jeziora zasilanego z niedużego lodowca. Lustro wody(lodu) znajdowało się na wysokości ciut przekraczającej 6400m n.p.m. Kolejny punkt to jezioro uważane dotąd za najwyżej położone na świecie. Na ok 6390m. Po linii brzegowej widać spore wahnięcia poziomu lustra wody, gpsy wskazały ok. 6395m. Jezioro jest w zagłębieniu, większe od dwóch, o których wspomniałem przed chwilą i głębsze. Ma z pewnością dobre kilka metrów. Jak wszystkie było bardzo zalodzone. I tak minęło ponad pół dnia. 

Na resztę plan był taki, że przejdę przez przełęcz pod wierzchołkiem liczącą ok. 6700mi po drugiej stronie przenocuję, by rano mieć blisko do pola geotermalnego z fumarolami (czy to rzeczywiście fumarole, miało się dopiero potwierdzić). Idąc całkiem wygodną doliną do góry i mijając płaty śniegu, dotarłem do miejsca, które zaintrygowało mnie dzień wcześniej z wierzchołka. Mianowicie w zagłębieniu przy niewielkim lodowcu, jak nic było niewielkie jeziorko. Gps-y wskazywały trochę ponad 6500m wysokości (to chyba światowy rekord). Postój w tym miejscu zaważył na tym, że gdy dotarłem do przełęczy i to w jej górnej części przekraczajacej 6700m, za późno było na schodzenie w dół. Nie widziałem po drugiej stronie ani miejsca na namiot ani śniegu do topienia. Wiał dosyć silny lodowaty wiatr, czasami o zapachu siarkowodoru. Mijała 19:00, byłem przy argentyńskim szczycie. Wiedziałem, że bliżej niego są miejsca na rozbicie namiotu i resztki zimowego śniegu. I tam się udałem. O 20:00 w resztkach słońca, rozbilem namiot, przyniosłem śnieg. Gps wskazał wysokość ok. 6820m n.p.m. Nie stanowiło to dla mnie problemu, czułem się świetnie, chociaż wszystkie czynności przychodziły trudniej i wolniej.

03.01 - rano stwierdziłem, że skoro jestem prawie na argentyńskim wierzchołku Ojosa, to wejdę na szczyt po raz trzeci. Postawiłem sobie namiot w świetnym miejscu do ataku szczytowego. Wejście, krótki pobyt i zejście do namiotu, zajęły mi godzinę. Tak naprawdę można spać prawie na samiutkim wierzchołku, tylko nie ma tam śniegu i wieje. Rano na szczycie było lodowato, między 9 a 10. Nieprzyjemnie, popołudniu, podczas poprzednich pobytów, było dużo fajniej. 

Następnie pakowanie, zejście do przełęczy i dalej do pola geotermalnego. Zapach siarkowodoru był coraz silniejszy, a wokół sporo siarki. Pole znajduje się na wysokościach 6460-70m - jego zasadnicza część. Kiedyś było większe i siegało trochę wyżej. Resztki" sięgają wysokości 6500m. Obok niego jest całkiem spore jezioro na wysokosci ok. 6460m. Zasilane niewielkim ternmalnym strumieniem, co nie miało wpływu na to, że było solidnie zalodzone, a zasilały je przede wszystkim niewielkie lodowce. Nie mniej termalna woda, nie pozwalała mu całkowicie zmarznąć, nawet w zimie.

I tutaj ciekawostka. O tym jeziorze, jak i o kilku innych, o których pisałem mało kto wie. O ekshalacjach(wyziewach) wulkanicznych wiedza istnieje, ale nikt kogo pytałem przy nich nie był. Natomiast wszyscy są przekonani, że są one po stronie argentyńskiej, kiedy wszystkie mapy, którte posiadam pokazują, że pole jak i jezioro, są po stronie chilijskiej. Granica biegnie bowiem przełęczą o której pisałem i dalej przez wysokie wzniesienia rozbudowanego masywu Ojosa. Jako kolejną ciekawostkę dodam, że tutaj bito rekordy jak najwyższego podjazdu samochodem i motocyklem. Osiągnięto coś około 6700m, ale nie na głównym wierzchołku. Więcej można poczytać w Wikipedii.

Kilka godzin spędziłem w rejonie pola geotermalnego i jeziora. Chodząc, sprawdzajac, mierząc, przyglądając się. Na pole geotermalne składa sie spora liczba termalnych źródeł, jeden duży wyziew wulkaniczny i kilkanaście bardzo małych. Nie są to jednak fumarole tylko solfatary. Co prawda, często traktuje się je jako odmianę fumarol, oraz ta ostatnia nazwa jest dosyć znana, w przeciwieństwie do solfatar. To rozróżnienie jest jednak bardzo ważne. Zarówno wyziewy jak i źródła mają temperaturę 70-80 stopni Celsjusza. To nawet jak na solfatary słabo, bo często uważa się, że powinny mieć przynajmniej 100 stopni (fumarole od ok. 300). Poniżej 100 stopni mają mofety. Jednakże wielkość pola, ilość gazów i pary wodnej, siła wydobywania z ziemi, pozwalają mowić o solfatarach. Zresztą osobiście uważam, że mofeta to zimny rodzaj ekshalacji, znacznie poniżej 50 stopni.

Owszem, wysokość blisko 6500m n.p.m., ma wpływ na ciepłotę wyziewów wulkanicznych. Gdyby były kilka kilometrów niżej, z pewnością byłyby cieplejsze, ale z drugiej strony sam płaskowyż Atakama jest w tym rejonie na ponad czterech tysiącach metrów. Największym problemem są definicje, ale powszechnie przyjęte jest, że fumarola to 300-1000°, ewentualnie 200-800°C. Wyziewom z Ojosa, do tych liczb bardzo daleko. Oczywiście jak przeszukamy internet znajdziemy informacje, że wszystkie wyziewy to fumarole albo, że ich temperatura zaczyna się od 70°C. Nie są to jednak wiarygodne źródła. Jedynym badaniem, które mogłoby przyznać Ojosowi miano wulkanu aktywnego, byłoby ustalenie, czy znajduje się pod nim czynna komora wulkaniczna? Czyli komora płynnej magmy. Ale i tutaj jest pewien haczyk. Jest pewne, że ostatnia erupcja nastąpiła około 1500 lat temu. A zatem taka płynna komora zaświadczyłaby, że wulkan nie jest wygasły, że może wybuchnąć. Ale obecnie jest uśpiony. Kilka chłodnych wyziewów i brak innych dowodów aktywności, to stanowczo za mało, by uznać Ojos del Salado za aktywny. Z drugiej strony, gdyby Ojos wykazywał aktywność w innych sferach, to nawet chłodne wyziewy nie stałyby na przeszkodzie uznania jego aktywności. Więcej informacji można znaleźć: Najwyższy AKTYWNY wulkan świata - Ojos del Salado czy Llullaillaco?

Więc mamy solfatary, charakterystyczne zjawisko dla wulkanów wygasających albo drzemiących (spotykane są czasami nawet na wulkanach uznanych za wygasłe). A Ojos ostatni raz wybuchł ok. 700 roku n.e., z błędem do 300 lat. Niby coś niewielkiego działo się w 1993 roku, ale nie ma na to dowodów. Gdzieś z posterunku policji, ktoś widział pył albo gaz w rejonie Ojosa. Równie dobrze, mógł to być wir powietrza unoszący piasek albo chmura albo absolutnie nic. A że tutejsi policjanci są mało rozgarnięci, o czym przekonałem się nieraz, wiara w ich słowa, jest na poziomie wiary w Marsjan. Jak zestawimy ostatnią potwierdzoną erupcję Ojosa i chłodne solfatary widać, że traktowanie go jako najwyższego aktywnego wulkanu świata, jest mocno naciągane. Co ciekawe, w rejonie pola geotermalnego nie znalazłem śladu żadnej bytności człowieka, a to może być atrakcja turystyczna.

Co do jeziora, jest ono wielkością porównywalne z tym na ok. 6395m, ale mniejsze od tego na wysokosci ok 6350m. Dużo czasu tu spędziłem, zrobiło się późno, a przede mną kawał drogi. Rozpocząłem długi i stromy trawers masywu z wysokości ponad 6500, kierując się ku Refugio Tejos. Od tej strony Ojos był mocniej zlodowacony, wśród lodowcwów jeden miał grubość ok. 30m, co jest rzadko tutaj spotykane.

Nie wiem ile razy wywaliłem się podczas trawersu, dużo, ale w końcu dotarłem w rejon ścieżki prowadzącej na szczyt. Podszedłem do 6200m i w dół. W refugio zameldowalem się o 19:30. Nie było żywej duszy. Wziąłem zostawiony depozyt i w dół do Refugio Atacama 5260m, co zajęło mi 90minut. Właśnie zapadł zmrok. Namiot pomógł mi rozstawiać Niemiec, uznał że po takim wysiłku pomoc jest mi potrzebna. Było też dwóch innych Niemców i nikogo więcej. Samodzielnie tutaj dotarli, wynajętymi samochodami. Po ciemku poszedłem szukać depozytu, zwłaszcza wody. Znalazłem, ale kopiec z kamieni był rozwalony, zniknęło całe jedzenie, za wyjątkiem puszki tuńczyka. I temu komuś nie smakowały płatki śniadaniowe, rozwalone wszędzie, za to gruszki znikły. Zostala woda, cola i sok. To nie był człowiek, bo zabrałby wszystko, tylko jakieś zwierzę. Silne.  Może puma, straszą mnie nią tutaj cały czas, albo vicunia, lis. Albo jeszcze jakieś inne.

W nocy panował kilkustopniowy mróz.

Osoby wybierające się na Ojos del Salado pewnie interesuje od której strony jest taniej? I tak, na przełomie roku 2015 i 2016 nie funkcjonowało jak kilka lat wcześniej płatne pozwolenie na wejście od strony chilijskiej (pobierała je firma Aventurismo i kosztowało około 150-160USD). Lecz nawet gdyby ono funkcjonowało, bezpłatna strona argentyńska i tak byłaby droższa, ze względu na wyższe koszty transportu. Chyba, że zrobi się to tak jak ja. I jeszcze jedna kwestia. Od strony chilijskiej, wejście jest dużo bardziej banalne - wyraźna szeroka ścieżka, poręczówki, ludzie, schrony. Tego wszystkiego nie ma od strony argentyńskiej - na czas gdy ja tam byłem - przez co jest ciekawiej i w sumie trudniej. No i od strony argentyńskiej jest większość jezior uchodzących za najwyżej położone na świecie. 

04.01 - dzień powrotu do Copiapo, po bardzo owocnej działalności na Ojosie. Leniwie rozpocząłem pakowanie. Było słonecznie, ale wiał bardzo nieprzyjemny chłodny wiatr. Jorge przyjechał przed 12:00, gdy kończyłem się pakować. Manuel mógł tylko w grudniu pomóc. Z Jorge przyjechał dla towarzystwa Ruven. Zasady finansowe mięliśmy ustalone takie same. 45 tys. pesos wypłaty plus mniej więcej drugie tyle - paliwo. Manuel szalał za kierownicą, Jorge był jego przeciwieństwem. Do tego miał problem z odczytaniem drogi, więc pomagał mu Ruven. Komicznie to wygladało. 

Poprosiłem byśmy na chwilę podjechali do Laguny Verde, na co Jorge, że nie mamy paliwa. Nie wziął żadnego zapasu. Co za agenci. Manuel pomylił drogę, a ten nie wziął żadnej rezerwy. Zresztą Jorge strasznie się nabijał z Manuela za pomylenie trasy. Przekonałem go, że to tylko kilkanaście kilometrów w jedną stronę. Marudził, pytał, gdzie to jezioro. Ale jechał, wolno. Gdy kazałem mu zjechać na klif nad laguną, nie widząc co jest przed nim, nagle przyśpieszył i niewiele brakowało, byśmy zlecieli z klifu (ok. 4350m n.p.m.). Chłopaki nie byli tutaj nigdy w życiu, więc smartfonami robili sobie fotki. Zresztą pod Ojosem też byli pierwszy raz. Pół życia i nie być tutaj, nie rozumiem.

Za tą wolną i dziwną jazdę Jorge został ukarany, przez opatrzność. Za Laguną Santa Rosa, na blisko 4000m n.p.m. dosłownie spalił oponę w hiluxie. Jak to zrobił, wie tylko on. Chłopaki z moją niewielką pomocą wymieniali koło przez godzinę. Mięli lewarek chyba nie z hiluxa a z deawoo tico. Podstawialiśmy kamienie, kombinowali, jak podnieść koło ze spaloną oponą. A pomocy znikąd. Na całej górskiej trasie może spotkaliśmy dwa samochody. Taka opona to koszt 300USD, ale ta spalona już i tak była strasznie zużyta.

Do Copiapo wjeżdżaliśmy po 17:00, po pokonaniu ok. 300km. Przez całą drogę próbowałem wypytać Jorge o Llullaillaco, ale on sobie tą nazwę podśpiewywał, nie chcąc nic zadeklarować. Potrzebowałem potwierdzenia, że pojutrze startujemy. Powiedział jedynie, że nie zna drogi. A w Copiapo uciekł, nie biorąc pieniędzy i mówiąc, że Marta mi wszystko wyjaśni. Płaciłem Ruvenowi, który podwiózł mnie do mojego residencial.

Okazało się, że niewiele brakowało, by Marta musiała mnie odbierać z pod Ojosa. Chłopaki zrezygnowali, twierdząc że to zbyt trudne, męczące, niebezpieczne, że nowa robota na horyzoncie. Zostałem na lodzie, bo 6 stycznia miałem startować na Llullu. Jeszcze tego dnia z Martą rozpoczęliśmy akcję poszukiwania transportu. Ja w Copiapo, ona z pozycji La Sereny. Wziąłem tylko prysznic i do pracy. Kolacja i odpoczynek musiały poczekać. Zawsze pod górę na wyprawach, nic nie przychodzi łatwo.

Powstał problem, ale też przyszła ulga. Widząc co wyprawiają Manuel i Jorge, jak jeżdżą, jak są nieprzygotowani, byłem pewien, że z Llullu byłaby piękna katastrofa. Straciłbym czas, pieniądze i utknął gdzieś w połowie drogi. Fajne chłopaki, by pójść na piwo, mam nadzieję, że są lepszymi górnikami, ale tam gdzie potrzeba inwencji własnej, nie dają rady. Oni przyzwyczajeni są, że do kopalni jadą dobrą drogą, gdzie wszystko jest zorganizowane i wiadome. Ten prosty dojazd do Ojosa dał im jednak w kość. Ale dali radę, cena dobra, zawieźli i odebrali. Co nie zmienia faktu, że jak sobie o nich wspomnę, zaraz pojawia mi się w myślach słowo - pierdoły. 

5 stycznia miałem zająć się praniem, przepakowaniem, zakupami, przygotowaniami do wyjazdu, a wieczorem napisać coś na bloga. Wszystko jednak wzięło w łeb. Cel nadrzędny - szukanie transportu na LLullaillaco, co w Chile nie jest łatwe. Nie dość, że ceny koszmarne, to tutejszym ludziom jakby się nic nie chciało i zawsze znajdą sto przeszkód, by czegoś nie zrobić albo powiedzieć, że się nie da. Zero własnej  inwencji. Strasznie są wkurzający.

Kolejny wpis poświecę wysokim jeziorom w masywie Ojosa del Salado.

pozdrawiam

Gregor

FILM: Wszystkie NAJ wulkanu Ojos del Salado 6896m.

English short note: Ojos del Salado 6896m -  the highest volcano in the world, the second highest mountain of the Andes. I climbed to the summit three times over six days, two times from the Argentinian side. The highest overnight stay at 6820 m. I found the uppermost lake in the world and the geothermal field.

Na zdjęciach: mój cel czyli Ojos del Salado, Manuel, penitenty, Refugio Tejos, krater i wierzchołek chilijski. Od 11-go zdjęcia strona argentyńska - widok na Ojosa, wierzchołek(w tle na jednym zdjęciu chilijski), największy lodowiec, namiot na 3820m. Od zdjęcia 20-go powrót do Chile - pole geotermalne i solfatary, najgrubszy lodowiec. Dalej Laguna Verde, Nevado Tres Cruces, salar przy Lagunie Santa Rosa, spalona opona oraz Jorge(z lewej) i Ruven w akcji. Na koniec - świąteczne akcenty w Copiapo. 

Opublikowano w Blog

Londyn to piękne miasto. Można tu przyjechać z biurem podróży, odwiedzić pracującą rodzinę bądź przyjaciół czy skorzystać z tanich linii lotniczych i niedrogich hosteli na miejscu. Ale co zrobić gdy Londyn już zwiedzimy? Możliwości jest wiele. Oto jedna z nich. W sam raz na jednodniową wycieczkę.

Windsor

Z centrum Londynu do zamku Windsor jest około 35 kilometrów. Ten jeden z najbardziej znanych brytyjskich zamków należy do rodziny królewskiej. Królowa Elżbieta II spędza tutaj często weekendy, choć narzeka na hałas samolotów z pobliskiego lotniska Heathrow. Zarzuca się też zamkowi, jak i miasteczku, że architektonicznie nie prezentują nic nadzwyczajnego. Wszystko jest ładne, zadbane, ale takich miejsc w Wielkiej Brytanii jest całe mnóstwo. Może to i prawda, ale Windsor odegrał ogromne znaczenie w historii Anglii i Wielkiej Brytanii. A pretendentów do tego miana już tak wielu nie ma.

Zamek jest rezydencją królów angielskich od 1110 roku. Zbudowany został na wzgórzu w sąsiedztwie rzeki Tamizy w latach 1070-1086, potem wielokrotnie rozbudowywany i przebudowywany. Uchodzi za największy zamieszkany zamek świata. Malkontenci twierdzą, iż wręcz przytłacza swoją kamienną bryłą. Warto jednak odwiedzić miejsce, gdzie od blisko tysiąca lat dzieje się historia Wielkiej Brytanii, Europy i świata.

Budowla ma 800m długości i 19 baszt. Wewnątrz murów obronnych są place i dziedzińce, a także ogrody. Jeden z piękniejszych ogrodów i widoków na zamek znajduje się od strony wschodniej. W centralnym punkcie góruje okrągła wieża – The Round Tower. Zbudowano ją za czasów króla Anglii Henryka II Plantageneta w XII wieku.

Poniżej nie sposób przegapić okazałej kaplicy św. Jerzego. Jej obecny późnogotycki wygląd zawdzięczamy królowi Edwardowi IV, który panował w II poł. XV wieku. W podziemiach są liczne grobowce, w niektórych pochowani zostali królowie. Nie koronowano ich tutaj, ponieważ miejscem koronacji jest londyńskie Opactwo Westminsterskie. Za to kaplica była świadkiem na przestrzeni wieków wielu ślubów w aktualnie panującej rodzinie królewskiej. Tutaj też nadaje się uroczyście jeden z najstarszych orderów na świecie – Order Podwiązki – najwyższe cywilne i wojskowe odznaczenie w Wielkiej Brytanii. Przyznawane jest od 1348 roku. Starszy jest tylko papieski Order Chrystusa. Ten kto otrzymuje order staje się Rycerzem Podwiązki i może posługiwać się tytułem szlacheckim „Sir”.

W Windsorze są prywatne apartamenty królowej niedostępne dla zwiedzających, ale niektóre pałacowe komnaty można zobaczyć. Pełne przepychu, cennych obrazów, broni i pamiątek militarnych. Część mieszkalną zamku chronią grube mury obronne z basztami i bramami, a bezpieczeństwa pilnuje Straż Królewska (Queen`s Guard). Znana przede wszystkim ze swoich czerwonych mundurów i wysokich czapek z niedźwiedziego futra.

Jeżeli ktoś nie lubi zamków, to pod miastem znajduje się Legoland (w zimie nieczynny). W tym parku rozrywki zbudowano karuzele, zjeżdżalnie i wiele miniatur londyńskich oraz brytyjskich charakterystycznych budowli. Jest tylko pytanie, czy można zobaczyć wszystkie jego ponad 50 atrakcji i jednocześnie tego samego dnia odwiedzić kolejne cele niniejszej wycieczki: Oxford i Stonehenge? To co najmniej wątpliwe.

Oxford

Jeśli nie udało się odbyć spaceru nad Tamizą w Londynie albo w Windsorze, kolejna okazja czeka w Oxfordzie, oddalonym o niecałe 70 kilometrów od zamku i około 90 kilometrów od brytyjskiej stolicy. Rzeka, która w Londynie jest szeroka i poddana dodatkowo kilkumetrowym pływom morskim, za rogatkami miasta znacznie maleje. A w Oxfordzie jest już nieduża acz ciągle żeglowna, z progami wodnymi i śluzami. Jednakże Oxford słynnie przede wszystkim z najstarszego uniwersytetu świata. Chociaż to bardzo nieścisłe określenie, które wprowadza w błąd. W cywilizacji zachodniej jest bowiem drugim najstarszym uniwersytetem, po Bolońskim. Francuzi twierdzą, że wcześniej też powstał Uniwersytet Paryski. Bez wątpienia Uniwersytet Oxfordzki jest najstarszy w świecie anglojęzycznym. Jako datę powstania przyjmuje się 1167 rok, choć są źródła, że być może było to nawet około 100 lat wcześniej. Stąd nieraz formułowana wersja o najstarszym uniwersytecie. Nie można jednak pominąć faktu, iż w świecie arabskim uniwersytety funkcjonowały już w IX wieku naszej ery. Ponadto w starożytności, jak i we wczesnym średniowieczu, także w Europie, funkcjonowały szkoły, które w swoich czasach miały rangę dzisiejszych uniwersytetów.

Oxford odwiedzają co roku miliony turystów. Tyle samo co Kraków, mimo że jest od niego mniejszy pięciokrotnie. Stosunkowo niedawno zyskał nową atrakcję. Był bowiem jednym z miejsc, gdzie kręcono filmy o Harrym Potterze, stanowiące ekranizację książek J.K. Rowling. Rozreklamowały one Oxford ponownie. Wielu turystów przyjeżdża tutaj tylko z tego względu. A przecież Oxford był planem także dla innych filmów, wskazując przykładowo „Jutro nie umiera nigdy” (seria o Jamesie Bondzie), „102 Dalmatyńczyki” czy „X-Men: Pierwsza klasa”.

Serię o młodym czarodzieju Harrym Potterze kręcono w budynkach Uniwersytetu Oxfordzkiego. Słynna sala z filmów, gdzie odbywały się uroczystości z suto zastawionymi stołami znajduje się w Christ Church na terenie New College zbudowanego w 1546r. przez Henryka VIII Tudora. The Great Hall – bo tak się nazywa, na filmie robi wrażenie ogromnej sali. W rzeczywistości jest dużo mniejsza. Sceny kręcono również przed wejściem do sali, gdzie są przepięknie zdobione sklepienia i w pobliskich krużgankach, liczących sobie nawet do 1000 lat. Inną cenną budowlą Oxfordu jest biblioteka Bodleian z XV i XVI wieku. Tu też znajdowała się biblioteka Hogwartu, w której uczył się Potter. A przed teatrem Sheldonian z XVII wieku na chodniku, na jednym niewielkim jego fragmencie, można zauważyć wygrawerowaną błyskawicę. Dokładnie taki sam znak jak blizna na czole Harry`ego Pottera, którą zawdzięcza swojemu wrogowi – Lordowi Valdemortowi.

Nie mniej, Oxford jest atrakcyjnym miastem i bez historii o Harrym Potterze. Pełny eklektycznych budynków. Ulic i uliczek idealnych do spacerów. Przyjemnie jest usiąść w jednej z kafejek. Poczuć klimat starego uniwersyteckiego miasta. Być może przy okazji minie nas przyszły premier Wielkiej Brytanii, prezydent jakiegoś kraju, laureat Nagrody Nobla, pisarz, poeta czy nawet święty albo kardynał. Od setek lat bowiem uniwersytecki Oxford przyciąga wielu wybitnych studentów.

W Oxfordzie również miłośnicy malarstwa nie będą się nudzić. W muzeach uniwersyteckich są dzieła: Rafaela, Rubensa, Michała Anioła, Renoira, Rembrandta, Leonarda da Vinci, van Dycka. W uniwersyteckich bibliotekach także znajdują się skarby, jak pierwszy opublikowany zbiór dzieł Szekspira (tzw. pierwsze folio), Magna Carta czyli Wielka Karta Swobód z 1215 roku. Pierwsze wydanie Biblii Gutenberga czy odręczne notatki Newtona. Ponadto to właśnie w Oxfordzie studiowali tak wybitni pisarze jak C.S. Lewis autor choćby „Opowieści z Narnii”, J.R.R. Tolkien autor m.in. „Władcy Pierścieni”, „Hobbita” i „Historii Śródziemna” oraz wybitny powieściopisarz Oscar Wilde.

Po zakończeniu wędrówki pośród pięknej architektury warto usiąść w jednym z licznych zadbanych parków. A że miasto nie jest duże, to w większość miejsc dotrzemy pieszo albo wypożyczonym rowerem.

Stonehenge

Z Oxfordu do Stonehenge jest około 100km. Ten słynny megalityczny krąg znajduje się w południowej Anglii koło miasta Salisbury. Z gwarnego, pełnego turystów i studentów Oxfordu, przeniesiemy się na angielską prowincję. Niewysokie wzgórza, dużo zieleni i w końcu jest. Grupa ustawionych w charakterystyczny sposób skalnych głazów (megalitów) w kształcie kręgu w urokliwej wiejskiej scenerii. Niby nic a robi wrażenie. Zwłaszcza, że najstarsze fragmenty kręgu datowane są na około 3000 lat p.n.e. (epoka neolitu). Najmłodsze na 1600 lat p.n.e. (epoka brązu). Wiadomo jednak dokładnie, że to miejsce już 3100 lat p.n.e. było używane jako swoista świątynia. Świadczą o tym odkryte tu grobowce. Sanktuarium Stonehenge było prawdopodobnie miejscem kultu słońca i księżyca. Mogło też pełnić funkcje astronomiczne. Krąg stracił na znaczeniu około 1500 roku p.n.e.

Jest to typowy kromlech, czyli krąg zbudowany z pionowych kamieni. Otoczony wałami ziemnymi. Kolejne kręgi kamieni budowano nawet w kilkusetletnich odstępach. Badania wykazały, że kamieni było 80. Do czasów dzisiejszych zachowało się tylko 47. Zbudowane są z różnorodnych skał. W większości zostały ociosane. Wewnątrz kamiennego kręgu jest głaz o nazwie Altar. Jest to fragment ołtarza, obecnie przewrócony. A w zewnętrznym i wewnętrznym kręgu znajdziemy trylity. Zbudowane są one z trzech głazów. Na dwóch pionowych położony został trzeci poziomy. Jedne tworzą swoiste bramy, przez które można przejść. W innych przypadkach głazy pionowe zostały postawione tak blisko siebie, że istnieje między nimi tylko niewielka przerwa. W każdym przypadku zwieńczeniem jest poziomy potężny głaz. Z kolei na początku alei prowadzącej do Stonehenge, w niedużej odległości od kręgu, stoi samotny pionowy kamień, nazwany Heelstone.

Ten słynny megalityczny krąg jest wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Ze względu na nieduże rozmiary do zwiedzenia wystarczy niecała godzina. Natomiast przy dobrej pogodzie wschód lub zachód słońca z panoramą megalitycznych głazów robi niesamowite wrażenie.

Stonehenge położone jest około 150km od Londynu i około 13km od centrum niedużego miasta Salisbury. W tym ostatnim największą atrakcją jest katedra zbudowana w latach 1220-1320. Najbliższą większą miejscowością jest Amesbury, położone 3 kilometry od kręgu.

W sąsiedztwie megalitów znajduje się parking, punkt obsługi turystów ze sklepem, barem i toaletami. Także kasy gdzie kupimy bilety. W rejon kręgów prowadzi przejście podziemne pod lokalną drogą. Powrót samochodem lub autobusem do Londynu zajmuje około 2 godziny.

Kilka informacji praktycznych

Jak zrealizować wycieczkę? Najlepiej samochodem, który bez problemu wynajmiemy w Londynie. Równie dobrym pomysłem jest wykupić wycieczkę w jednym z biur podróży. Wtedy nie tylko zyskamy przewodnika, ale będziemy mogli się wyłącznie skupić na zwiedzaniu. Na upartego można też komunikacją publiczną. W tym ostatnim wypadku jednak będziemy musieli mądrze rozwiązać to logistycznie. W zależności czy chcielibyśmy zobaczyć wschód czy zachód słońca w Stonehenge musimy podjąć decyzję od którego miejsca zaczynamy. Przy czym jeśli ktoś chciałby wejść pomiędzy głazy Stonehenge, musi wykupić ją w biurze, które posiada stosowne zezwolenie. Takie zwiedzanie możliwe jest tylko przed otwarciem dla publiczności Stonehenge i po zamknięciu. A więc podczas wschodu lub zachodu słońca. I jeszcze jedna rzecz. Nawet wtedy nie można dotykać głazów, czego pilnują strażnicy. Koszt wycieczki Windsor-Oxford-Stonehenge z biurem podróży, to zazwyczaj od 50 do 100 funtów brytyjskich (z Londynu). Warto poszukać promocji, bo one pozwalają na oszczędności. Cena obejmuje transport, przewodnika i bilety wstępu. Wycieczki w okolicach 80-100 funtów zazwyczaj oferują prywatne zwiedzanie Stonehenge z wejściem do kręgu. W pozostałych przypadkach pozostaje podziwianie z pewnej odległości zgodnie z wytyczoną ścieżką. Promocji najlepiej szukać w internecie wpisując nazwy konkretnych biur jeśli je znamy lub słowa-klucze dotyczące wycieczki. Także bilet do Legolandu taniej kupimy przez internet niż na miejscu. Należy jednak pamiętać, że obiekt ten jest zamknięty od listopada do 15 marca. Również bilety na komunikację publiczną po najlepszych cenach kupimy za pośrednictwem internetu. Do Windsoru, Oxfordu i Salisbury położonego 13km od Stonehenge można dojechać pociągiem z Londynu. Istnieje też komunikacja autokarowa. Z Salisbury do Stonehenge kursują kilka-kilkanaście razy dziennie, w zależności od pory roku, autobusy wycieczkowe (w sezonie zazwyczaj w godzinach 10:00-19:00).

  • Na zdjęciach:
  • 1) Zamek Windsor, The Norman Gate przed wejście do Górnego Zamku, na zdjęciu Straż Królewska (Queen`s Guard),
  • 2) Zamek Windsor, The Quadrangle, Górny Zamek,
  • 3) Zamek Windsor Kaplica św. Jerzego,
  • 4) Oxford, Bridge of Sighs,
  • 5) Oxford, The Great Hall w Christ Church na terenie New College, także jadalnia w Harrym Potterze,
  • 6) Oxford, blizna Harry`ego Pottera (błyskawica) przy Teatrze Sheldonian,
  • 7) Oxford, New College,
  • 8) Krąg megalityczny Stonehenge niedaleko Salisbury,
  • 9) Stonehenge.
Opublikowano w Przewodniki Turystyczne
Czego to już nie jadłem. Pająki, węże, krokodyle, żółwie, małpy, kangury, skorpiony, robaki, penis byka, zarodek kaczki, wiewiórki, piranie, termity i wiele innych nie-tradycyjnych w zachodniej kulturze zwierząt albo ich części. Ale zgniłe mięso rekina?
Już słowo „zgniłe” napawało mnie obawami, chociaż w szczelnie zamkniętym pudełku białawe kawałki mięsa nie wyglądały źle. Siedząc wieczorem  w kuchni jednego z hosteli w Reykjaviku miałem nadzieję, że będę sam podczas tego … posiłku.

Otworzyłem pudełko i prawie… zwymiotowałem. Smród niewyobrażalny. Natychmiast je zamknąłem. Apetyt straciłem. Dobrze, że nikogo nie było w pomieszczeniu. Po minucie ponowiłem próbę, ale znowu dopadł mnie odruch wymiotny. Poddać się? Nigdy, to nie w moim stylu! Trzecia próba, smród jak ze śmiercionośnej broni chemicznej. Wziąłem kawałek mięsa do ręki, by po chwili zacząć go gryźć. Smak. O niebo lepszy niż zapach. Ale smaczne to to nie było. Pogryzłem, przełknąłem. Zamknąłem pudełko.

W kuchni pojawiły się dwie Niemki rzucając na wejściu pytanie, co tutaj tak okropnie śmierdzi? Odpowiedziałem: zgniły rekin, może chcecie spróbować. Nie, nie, obrzydliwe – usłyszałem w odpowiedzi. Na dalszą konsumpcję przeniosłem się chwilę później do… toalety. Przy czym uprzedzę w tym miejscu, że to co my – ludzie – zostawiamy w postaci stałej w muszli klozetowej zupełnie nie śmierdzi w porównaniu z Hakarlem. Otworzyłem pudełko z islandzkim przysmakiem i znowu ten odruch wymiotny. Ale jakby co, muszlę klozetową miałem pod nosem. Papierem toaletowym zatkałem dziurki w nosie i mogłem spokojnie zabrać się za jedzenie drugiego kawałka mięsa. Tym razem spokojniej gryzłem, przeżuwałem. Zdania nie zmieniłem, nic dobrego. Zresztą ryby i owoce morza to nigdy nie były mile widziane potrawy na moim talerzu. Stwierdziłem, że wystarczy tej degustacji. Resztę rekina spuściłem w muszli klozetowej, a dobrze zamknięte pudełko trafiło do śmietnika. Maskonur był smaczniejszy (o jego degustacji przeczytacie: TUTAJ).

Hakarl w wymowie brzmi mniej więcej jak „haukardl” i na Islandii pochodzi z rekina grenlandzkiego. Od wyłowienia do momentu konsumpcji mija zwyczajowo 5-6 miesięcy. Tyle potrzeba czasu, by zgniłe mięso rekina stało się… przysmakiem. Istnieje prozaiczny powód dlaczego nie jada się świeżych rekinów. Ich mięso jest trujące za sprawą dużego stężenia mocznika i innych szkodliwych związków chemicznych. Dzisiaj jest możliwe usunięcie z ciała rekinów tego co szkodliwe przy wykorzystaniu nowoczesnych technologii, ale w przeszłości jedynym na to sposobem było poddanie fermentacji i gniciu. Plusem tego ostatniego jest również długa zdatność do spożycia. Islandczycy uwielbiają oglądać jak turyści zmagają się z hakarlem, który obecnie rzadko gości na ich stołach. Widok wykrzywionych twarzy i odruchów wymiotnych dla miejscowych jest bezcenny.

Na zdjęciach:
001) pudełko o wadze 100g i długiej przydatności do spożycia widocznej na zdjęciu kosztowało w lokalnym markecie 800koron, czyli jakieś 23zł,
002) zgniłe mięso rekina,
003) moja degustacja hakarlu w toalecie.

Opublikowano w Blog
piątek, 18 lipiec 2014 08:08

Kazbek – pogoda bez zmian (Gruzja)

Nie cierpię nic nie robić. A czekanie w górach na poprawę pogody to jest to co czasami mnie dopada. Tylko co w takim prymitywnym schronisku można robić? Absolutnie nic. W pokoju termometr wskazywał 4 stopnie Celsjusza. Za wiele gotować nie mogłem, bo nie miałem za dużo gazu. Jedzenia zresztą też. Z muzyką było podobniebo baterie należało oszczędzać. W czołówce były 3 paluszki AAA, jeszcze w dobrym stanie, ale zapas musi być, a w zapasie miałem dwie plus jedną prawie nową w playerze mp3. By siedzieć za zimno, leżeć w śpiworze koszmarnie nudno. Więc co chwilę się snułem po okolicy schroniska mimo paskudnej pogody. Poprawiłem system uzyskiwania wody. Na który składa się płat firnowy śniegu. Nie jest wstanie całkowicie stopnieć przez lato. Z niego przez zardzewiałą rurę płynie strużka wody. Aczkolwiek w praktyce tylko kapała. Napełnianie butelki przez pól godziny było uciążliwe, zatem sprawiłem, że woda znowu zaczęła płynąć. Zwiedziłem także cale schronisko, w tym pokój, gdzie zostały śpiwory i rzeczy po wspinaczach, którzy nie wrócili z Kazbeka. Zginęli. Tak się dzieje praktycznie co roku. Kazbek jest dużo mniej popularny niż nieodległy Elbrus, ale jest też od niego trudniejszy za sprawą znacznie większej liczby szczelin, czasami szerokich, które należy pokonać oraz końcówka jest stromsza od najstromszego odcinka na Elbrusie.

Wieczorem zawitałem do Georgija, by zapłacić za drugą noc i przy okazji trochę się ogrzać przy piecu. W schronisku byliśmy tylko my dwaj. Ale Georgij powiedział, że ja u niego płacił nie będę. Super, ale dlaczego? Widać, że jesteś prawdziwym człowiekiem gór. Takich dzisiaj już prawie nie ma. Prawie wszyscy wymarli. Więc jak ja mogę od ciebie brać pieniądze. Do tego widać, że porządny z ciebie człowiek. Dziengi eta nie wsie. Wino czy wódka? Wódka. Wina nie trawię. A i z wódką czy piwem marnie sobie radzę, nie lubię bowiem alkoholu. Nie smakuje mi, żaden. Taki ze mnie dziwny Polak. Ale wiadomo, czasami trzeba. A nieraz nawet dużo. Więc raz na jakiś czas daję radę. Georgij przyniósł dwulitrową butelkę po fancie, domowo robionej wódki na bazie jabłek. Do tego wędlina, ser, chleb, chałwa, herbata. No to biesiadujemy. Mój rosyjski jest marny, ale jakoś sobie radzę.

Georgij był na Kazbeku jakieś 150 razy, w zimie lubi skitoury. Poza schroniskiem pracuje w różnych częściach Gruzji, m.in. jako nurek. Lubi realizować projekty. Czyli na przykład skupić się na pracy przez miesiąc lub dwa, zarobić i potem miesiąc lub dwa nic nie robić – otdichac – jak na wschodzie mówią. Ma żonę, dzieci, ale nie wyobraża sobie pracy od 8 do 16 w biurze. Zabiłoby go to. Gdy rozmawialiśmy o relacjach gruzińsko-rosyjskich to mówił. Że na linii zwykłych ludzi nie ma problemu, jest normalnie. A reszta to polityka. A polityka go mało obchodzi. Zresztą w tym rejonie wszystkie spory wyjaśnia się stwierdzeniem: „to polityka” i dodaje: na poziomie zwykłych ludzi jest w porządku.

Opowiadał też, że jak przychodzą tutaj Polacy (dużo nas co roku na Kazbeku), czy ludzie ze wschodniej Europy, to i zajrzą, pogadają, napiją się herbaty, piwa czy wódki. Ale gdy przychodzą turyści z zachodu, z bogatej Europy czy z Izraela. Wtedy jedyny kontakt to kwestia zapłacenia za pobyt, potem zamykają się w swoich pokojach i nie chcą mieć z otoczeniem kontaktu. W ich mniemaniu, skoro mają pieniądze, mogą wszystko i wszystko za pomocą pieniądza załatwią. Są najważniejsi. Nie rozumieją, iż są miejsca, gdzie ich pieniądze nic nie znaczą i są ludzie, którzy ich pieniądze mają gdzieś. Nie mają do tego obycia z górami, najczęściej. Pełno sprzętu, a po górach chodzić nie potrafią. Są nieporadni i oczekują, że wszystko będzie idealnie. Pogoda, wygodna ścieżka. A gdy pojawiają się trudności, problemy, to panikują i odpuszczają. Są bardzo słabi psychicznie. To nie są ludzie gór, tylko zwykli turyści, którzy niepotrzebnie w tych górach się znaleźli.

To prawda. Mam podobne obserwacje. Są od nich pozytywne wyjątki, ale taka tendencja jest mocno widoczna. Na pewno w takiej Gruzji problem asymilacji westmenów z otoczeniem wynika też z kompletnego braku znajomości języka rosyjskiego, który cały czas w Gruzji jest znany. Coraz słabiej, u młodych często wcale – gruziński to jak język kosmitów – ale jednak ciągle w Gruzji obecny. A zachodni cudzoziemcy nie znają rosyjskiego zazwyczaj w ogóle. A więc z takim Georgijem nie porozmawiają. Przykład z Kazbegi. Z rozbawieniem się przyglądam jak para z Niemiec próbuje po angielsku dogadać się z taksówkarzem, że chcą go wynająć na następny poranek, by zawiózł ich do kościoła Cminda Sameba, ale chcą zapłacić teraz połowę a drugą jutro. A taksówkarz, rozumie tylko jak mówią Cminda Sameba. Mijają minuty, ale nie potrafią się dogadać. Podszedłem, kilka wyrazów po rosyjsku i sprawa załatwiona. A Niemcy dozgonnie wdzięczni i narzekający, że nie mogą się tu kompletnie dogadać w najprostszej sprawie. Ludzie znają rosyjski, ale nie angielski. Georgij opowiadał też, że celowo nie ma nic na szczycie Kazbeka – nic informującego, że to szczyt i na lodowcu powyżej 4200m npm żadnych wbitych tyczek orientacyjnych czy ostrzegających przed szczelinami, a pod szczytem na stromym odcinku żadnych lin poręczowych. Dzięki temu wejście jest trudniejsze, bardziej ambitne. Lub trzeba dysponować własnym sprzętem. Takie udogodnienia jak wspomniane są coraz częstsze na popularnych górach i drogach, montowane z myślą o turystach wyjazdów komercyjnych i westmenach, wśród których jest wielu niedoświadczonych i słabo przygotowanych osób. Do tego część z nich po prostu nie nadaje się na takie wyjazdy, ale szpan przed kolegami i koleżankami w pracy, przed znajomymi, jest ważniejszy.

Po wypiciu większości butelki i miłych rozmowach, czas było się zbierać. Co prawda Georgij sprawdził pogodę w laptopie i na Kazbeku kolejnego dnia miała być paskudna, ale prognozy nie zawsze się sprawdzają. Stąd przygotowałem sprzęt, herbatę, budzik na 1:30 i dopiero w nocy miałem ocenić czy ruszam na szczyt, czy nie ma żadnych szans na powodzenie. Georgij na wszelki wypadek dał mi krótkofalówkę do kontaktu z nim.

Może wyjaśnię w tym miejscu, że zdobywanie trudnych szczytów solo i gdy nie ma innych osób w danym rejonie to nie do końca u mnie zamierzone działanie. Ono wynika z zastanej na górze rzeczywistości. Jak na Kazbeku. Jestem sam i nie mam wyjścia jak sam powalczyć o szczyt. A Kazbek jest górą, którą można zdobyć samemu, nie jest potrzebny partner do wspinaczki, choć bardzo przydatny. Pod jednym warunkiem, że byłby sensowny. Bo niewłaściwy partner do chodzenia po górach, to dużo większe zagrożenie niż chodzenie samemu po górach. Taka osoba musi mieć odpowiednie przygotowanie fizyczne, odpowiednią psychikę i doświadczenie. Gdy się da, współpracuję z innymi osobami przy zdobywaniu gór, ale przywykłem już, że często zdobywam szczyty solo. I do tego poza mną nikt danego dnia nie zdobywa góry. Niejednokrotnie sprawia mi to wielką satysfakcję. Stąd podjęcie próby zdobycia Kazbeka solo było dla mnie absolutnie czymś zwyczajnym.

Budzik zadzwonił punktualnie. Środek nocy. Wychodzę przed schronisko. Lodowaty bardzo silny wiatr, sypiący śnieg, pełno chmur nad głową, solidny mróz. Pozostaje iść tylko dalej spać.

Nastał poranek i zapowiadał się strasznie długi i nudny dzień. Pogoda niezmiennie była zła. Bardzo silny wiatr, dużo chmur, przelotne opady śniegu i tylko chwilami przebijało się słońce. Kibicowałem innym górskim zapaleńcom, bo Georgij wspominał, że jutro zamyka na zimę schronisko, a pojutrze schodzi na dół. Chyba, że przyjdą ludzie. Więc ludzie chodźcie. Cały dzień to leżałem w śpiworze, sprawdzałem pogodę na zewnątrz, czasami odwiedzałem Georgija. Temperatura w schronisku w najcieplejszym momencie dnia osiągnęła 6 stopni Celsjusza. Znalazłem w schronisku polski tygodnik opiniotwórczy, którego czytanie pozwoliło przetrwać ten dzień. W trakcie jego trwania przez lornetkę zauważyliśmy dwie grupy zmierzające do schroniska: jedna 3-osobowa, druga 6-osobowa. Ta pierwsza ledwo żywa dotarła tuż przed zmrokiem, ta druga bardzo wolno poruszała się po lodowcu. Dwóch Izraelczyków i Niemiec oznajmili, że rano zwijają się na dół. A szóstka szła i szła. Wybrali dziwną trajektorię wędrówki, w tym między szczelinami. Na szczęście byli związani liną. Do schroniska nie dotarli, rozbili się zaraz za lodowcem. Tak byli zmęczeni jak później opowiadali. Pewnie nie wszyscy, ale działali prawidłowo, bo poruszali się tempem najwolniejszego oraz nie zignorowali najbardziej zmęczonych. Byli to Polacy jak się później okazało. Trójka bardziej doświadczonych i trójka mniej doświadczonych. Połączyli wspólnie siły zdaje się, że jeszcze w Polsce. Rozbili się ok. 40 minut od schroniska, było po 20:00, a zmrok zapadł przed 19:00. Lodowiec jednak cały czas był dobrze widoczny.

Jeśli wiatr z okolic schroniska wywiał w dół większość napadanego w ostatnie dwa dni śniegu, to patrząc na kierunek wiatru i drugą część drogi na Kazbek, wszystko wskazywało, że cały świeży śnieg z górnych partii góry znalazł się właśnie na trasie wejścia. A to oznaczało, że nie tylko nie będzie śladu po ścieżce, ale że będzie to mordercza wędrówka w głębokim śniegu. Z wyznaczaniem od nowa drogi na szczyt. Dwa dni wcześniej Kazbek był letnią górą, zero świeżego śniegu w okolicy, a teraz zapowiadało się zimowe wejście. Tym samym mocno się mobilizowałem wiedząc, że muszę bardzo sprawnie wyruszyć, iść możliwie szybko, bo w drugiej partii góry ugrzęznę w śniegu na wiele godzin. Pamiętając choćby jak na Elbrusie wiele lat temu podczas burzy śnieżnej brnąłem samotnie momentami po pas w śniegu wiedziałem, że mimo najlepszej formy szybkość będzie bardzo niewielka, bo nie ma w takich warunkach inne opcji. Chyba żebym miał rakiety śnieżne z dobrymi kolcami albo chociaż skitoury, ale nie miałem.

Wieczorem znowu przygotowałem wszystko na atak szczytowy, ale Georgij mnie uspokajał. Wrócisz Grisza do śpiwora jak poprzedniej nocy. Będzie padał śnieg. Dopiero popołudniu poprawi się pogoda i dopiero następny dzień będzie dobry na atak szczytowy. Być może, ale trzeba trzymać rękę na pulsie. Nie potrzebuję idealnej pogody, tylko przyzwoitą. A w górach nie można stracić żadnej szansy na zdobycie szczytu, bo to często kończy się tym, że długie załamanie pogody zmusza do rezygnacji z góry. Każdy dzień czekania wpływa też negatywnie nie tylko na zapas jedzenia i gazu, ale również na motywację. A to znacznie obniża szanse na zdobycie później szczytu.

Pozdrawiam

Gregor

Na zdjęciach:  01) jeżeli komuś zdjęcie toalety ilustrujące niniejszy wpis nie wystarczyło, proszę bardzo, jeszcze jedno, 02) główny korytarz w schronisku Bethlemi, ok. 3670m, 03) Bethlemi - pokój w którym spałem, 04) „źródełko” zamarzło, pozostało topienie śniegu, 05) w jadalni – Polaków co roku na Kazbeku nie brakuje, 06) pokój, w którym pozostały śpiwory po zmarłych w masywie Kazbeka, swoiste miejsce pamięci, kapliczka, 07) „źródełko” przed zamarznięciem, powyżej schroniska, 08) Georgij – gospodarz Bethlemi podczas mojego pobytu, 09) wulkaniczne skały powyżej schroniska, przed lodowym plateau.

Opublikowano w Blog

Zapraszam do kolejnego materiału prasowego o mojej pasji, zamieszczonego w Magazynie Śląskiego Superego – HILDA (nr 2/2014 lipiec), strona 14-15, wersja PDF znajduje się: TUTAJ.

Magazyn Hilda to nowy projekt, któremu przyświeca następujący cel: Chcemy ukazać lokalną rzeczywistość poprzez rzetelne artykuły i kierować je do ludzi aktywnych społecznie, sportowo oraz do ludzi o otwartych umysłach. Poprzez nasz magazyn pragniemy też kreować nowych idoli. Ludzi, którzy wnoszą w ten region, na co dzień, coś więcej niż tylko swoje 5 minut. Ludzi, którzy zmieniają oblicze Śląska.

A kim jest Hilda?

Superbohaterka Hilda jest kobietą o blond włosach i błękitnych oczach. Ubiera błękitne spodnie i słoneczny podkoszulek z wyhaftowanym sercem. Pełnym błękitu. Na ramiona zarzuca czarny płaszcz z wysokim kołnierzem, aby móc niezauważoną wyruszyć na nocny patrol. Z ręki nie wypuszcza telefonu, by być zawsze dostępną, gdy coś się dzieje. Każdą informację skrzętnie notuje. Opisuje wydarzenia, które widziała oraz zapowiada nadchodzące. Uwielbia się dobrze bawić i zdrowo zjeść. Codziennie biega dla przyjemności oraz by jej wszystkie nadprzyrodzone moce  utrzymywać w dobrej kondycji. Czasem zobaczycie ją przelatującą nad miastem, czasem wmieszaną w tłum. Zawsze gotową aby nieść pomoc i walczyć o prawa tych, którzy jej potrzebują.

Informacje pochodzą ze strony: www.hilda.com.pl.

ZAPRASZAM DO CZYTANIA

Opublikowano w Blog
Strona 1 z 3

nationalgeographic box

red bull 225x150

TOKFM box

iexpert 225X150px

stopka plecak

LogoStopka

stopka plecak

Strona używa informacji zapisanych za pomocą… plików cookies w celu dostosowania do indywidualnych potrzeb użytkowników. Jeżeli tego nie akceptujesz zmień ustawienia przeglądarki dotyczą…ce cookies. Więcej informacji można znaleźć‡ w naszej Polityce prywatności.