a2b2

pzu bezpieczny 225x140

slaskie box

spokey.jpg 225PX

LOGO

Podziel się

FacebookMySpaceTwitterGoogle BookmarksLinkedinRSS Feed
O istnieniu jeziora wiedziałem już rok wcześniej. Ta informacja wypłynęła, gdy przeglądałem raporty włoskich wulkanologów z INGV. Będąc na Etnie, nie omieszkałem zajrzeć w jego pobliże. Co nie zmienia faktu, że Etna sprawia mi od lat wielki zawód. Ostatnia porządna erupcja, z prawdziwego zdarzenia, długotrwała, miała miejsce 15 lat temu. Od tamtego czasu co roku występują liczne małe erupcyjki, niegodne większej uwagi. Za to, fascynujące jest jak Etna się zmienia dzięki nieustającej aktywności.

Dwa - trzy razy na dobę znajdowałem się w okolicy jeziora lawy. Badanie i obserwacje wulkanów to ciężka praca, choć wcale mnie nie męczy. Mój standardowy dzień podczas pobytu na Etnie wyglądał tak. Pobudka o 3:00 w nocy, bo płynną lawę wtedy widać najlepiej. W dzień czasami wcale. Po nastaniu dnia, kontynuacja eksploracji Etny. By popołudniu na chwilę wrócić do namiotu, rozbitego bardzo blisko kraterów szczytowych. Jedzenie, chwila na odpoczynek. I około 20:00 ciąg dalszy wulkanicznych prac. Powrót do namiotu przed 23:00, chwila snu, i o 3:00 w nocy rozpoczęcie kolejnej rundy, za cel obierając inne fragmenty wulkanu.  

Jeziora płynnej lawy są o tyle fascynujące, że jest to najgorętsza postać magmy wydobywającej się z wnętrza Ziemi. 1200 stopni Celsjusza robi wrażenie (jęzory lawowe spływające z wulkanów mają często "jedynie" temperaturę 300 - poniżej 200 stopni Celsjusza). Podchodziłem tak blisko jak to było możliwe. Teren wokół był bardzo niestabilny. Pęknięcia w kraterze. I fakt, że większa część jeziora jest skrywana pod stropem zastygłej lawy, na której stoję. Kilka podmuchów od strony jeziora zwaliło mnie z nóg. Myślałem, że płonę. Niesamowite uczucie. Potęga natury.

Jezioro płynnej lawy znajduje się w niewielkim kraterze, w otworze, na zboczu Centralnego Krateru, w części zwanej Voragine. Bardzo blisko Krateru Północno-Wschodniego. Na wysokości prawie 3300m, pod najwyższym punktem Krateru Centralnego o wysokości 3314m. Płynna lawa pod lawowym stropem biegnie w kierunku Krateru Północno-Wschodniego. Na przestrzeni lat w obu kraterach doszło do takich wycięć, że pas "ziemi" jest bardzo wąski. Spękany. Szczeliny są długie, szerokie, głębokie. Bez problemów do części nich może wpaść człowiek. Bliskość jeziora lawowego powoduje, że wydobywają się z nich toksyczne gazy a temperatura sięga kilkuset stopni Celsjusza. Gdy wpadałem do szczelin lodowcowych, za każdym razem udało mi się z nich wydostać żywym. Gdybym wpadł do takiej, szans na przeżycie nie miałbym żadnych. Wędrówka po tym terenie i w dzień i w nocy, wymagała bardzo dużej uwagi. Do tego liczne gazy. A te z jeziora lawowego były wybitnie toksyczne. Moja maska nie dawała rady. Kilka razy było naprawdę ciężko. Szczególnie w nocy musiałem się wspiąć na wyżyny mojej wiedzy i umiejętności w eksploracji wulkanów. Przy życiu trzymała mnie maska przeciwgazowa. Unoszące się gazy w świetle latarki czołowej ograniczały widoczność czasami do poniżej pół metra. A nie mogłem sobie pozwolić na chociaż jeden błędny krok. Już samo przechodzenie rozpadlin i pęknięć zmuszało do precyzji i szybkości. Kontakt z kilkusetstopniowymi temperaturami nie jest dobry dla ludzkiego ciała. Natura nie przystosowała nas do życia w takim otoczeniu. A szkoda.

Nachylenie stoku też stwarzało niebezpieczeństwo, że przy odrobinie pecha zlecę do jeziora płynnej lawy. No i ten strop - wytrzyma czy nie wytrzyma? W takich momentach czuję się jak samotny astronauta na jakiejś groźnej odległej planecie. NASA czasami publikuje zdjęcie pt.: samotny na Marsie łazik Curiosity. Niebieska kropka pośród bezkresnych wulkanicznych skał Czerwonej Planety. Gdyby NASA zrobiła zdjęcia mojej eksploracji wulkanów, byłoby podobnie. Gawlik-kropka, niekoniecznie niebieska, pośród law i pustyń wulkanicznych oraz dymiących kraterów. Cóż, skoro nie urodziłem się kilka tysięcy lat później, gdy mógłbym eksplorować kosmos, obce planety znalazłem sobie na Ziemi. Wiem że to może niezrozumiałe. Ale przebywając w scenerii, którą opisuję, byłem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.

Bardzo ciekawy jestem dalszych losów opisywanego jeziora płynnej lawy. Oraz tego co się może wydarzyć pomiędzy Kraterem Centralnym a Północno-Wschodnim? Kilka scenariuszy przychodzi mi do głowy. Każda większa erupcja z tego miejsca może spowodować, że przesmyk pomiędzy kraterami się zapadnie, a oba kratery się połączą. Wtedy pobliski najwyższy punkt Etny, w nienajlepszym stanie, również może się rozsypać. Ponadto istnieje realne zagrożenie, że lawa z jeziora zacznie spływać do jednego z kraterów albo nawet obu. W przyszłości wrócę to sprawdzić.

Zapraszam do artykułu RedBull: Grillowanie na wulkanie.

Na zdjęciach z 2009 i 2017: Krater Centralny i jezioro płynnej lawy, Krater Północno-Wschodni.

Opublikowano w Blog

 Wulkan Ijen - hardcorowa kopalnia siarki i niebieskie ognie, Indonezja / Kawah Ijen

Krótsza wersja - Kawah Ijen active volcano & sulfur mine & blue fire - Indonesia / Ijen wulkan-kopalnia

Więcej informacji w reportażu: W oparach siarki.

Opublikowano w Filmy

Aktywny wulkan Papandayan (Indonezja, Jawa) / Papandayan active volcano (Indonesia, Java)

Indonezja - aktywny wulkan Papandayan / Indonesia - Papandayan active volcano (SHORT VERSION)

Opublikowano w Filmy

Indonezja posiada ponad 130 aktywnych wulkanów. W jednym z nich na wyspie Jawa wydobywa się siarkę. Górnicy pracują w niezwykle ciężkich warunkach, pośród trujących gazów wulkanicznych, a urobek transportują na plecach.

Faith z miasta Banyuwangi, położonego na wschodnim wybrzeżu Jawy, odebrał mnie o pierwszej w nocy. Wyruszyliśmy z nad Oceanu Indyjskiego, a podróż mieliśmy zakończyć na wysokości 2000 m n.p.m. Cały czas do góry, na niewielkim motorze. Te 50 kilometrów po wąskich drogach miało kilka faz. Na dole, gdzie gorąco i wilgotno, podmuch mas powietrza podczas jazdy sprawiał nawet przyjemność. Ponad godzinę później marzłem. Temperatura znacznie spadła a wilgotność nie uległa większym zmianom. Lekko skostniały potrzebowałem dłuższej chwili, by dojść do siebie. Bardzo ucieszyła mnie perspektywa 4-kilometrowego marszu. „Do jedynego takiego miejsca na Ziemi” – jak zachwalał Faith. Nie tylko kierowca, ale przede wszystkim mój przewodnik. A tak naprawdę, od 16 lat górnik w niezwykłej kopalni w wulkanie Ijen, którego nazwę należy wymawiać „Idzien”. Mimo ukończonych 30 lat, wyglądał na więcej. Podczas marszu opowiadał jak nauczył się języka angielskiego: „Zmobilizowało mnie obcowanie z przybywającymi coraz liczniej turystami. Nie miałem książek ani słowników.” Wyłapywał to co słyszał, zapamiętywał, dopytywał. I chciał zawsze wiedzieć o czym śpiewają w anglojęzycznych piosenkach. Prosił czasami o tłumaczenie. Koledzy z pracy nieraz sobie z niego żartowali i pytali po co mu to? Przez kilkanaście lat i więcej wydobywania  tutejszej siarki nie opanowali nawet kilku wyrazów w języku Szekspira. Faith od początku wiedział po co to robi: „praca górnika jest ciężka, niebezpieczna i niezbyt dobrze płatna, chociaż jak na indonezyjskie warunki przyzwoita. Praca przewodnika jest płatna kilkukrotnie lepiej i znacznie lżejsza.”

Szliśmy dobrej jakości ścieżką do góry, noc miała się dobrze. „Nie mogliśmy wyruszyć rano?” – spytałem. „Nie, bo to co chciałem tobie pokazać, widać tylko w nocy.” Faith miał na myśli „blue fire” czyli niebieskie płomienie. Czym bliżej celu, tym mocniej śmierdziało zgniłymi jajami. Po czterdziestu minutach marszu znaleźliśmy się na skraju krateru wulkanu Ijen, chociaż ze względu na rozmiary prawdopodobnie lepszym określeniem wydaje się: na skraju kaldery. By się o tym przekonać musiałem poczekać do świtu. Tymczasem GPS wskazywał 2400 m n.p.m. Wyżej nie zamierzaliśmy wchodzić, mimo że okoliczne zbocza sięgały do 2800 m n.p.m., a najwyższy w kompleksie Ijen aktywny wulkan Raung to ponad 3300m n.p.m. Penetrując wąskim światłem latarki okolicę, zauważyłem napis w miejscowym języku Bahasa Indonesia oraz po angielsku. Zakazywał dalszej wędrówki i ostrzegał przed zejściem do krateru: „visitors are prohibited, going down on crater dangerous”.

Ostatnie kilkaset metrów pokonaliśmy schodząc w dół, dużo gorszą ścieżką niż wcześniej. To tutaj w kraterze znajdują się liczne ekshalacje wulkaniczne – fumarole. Mają kilkaset stopni Celsjusza i wydobywają się z nich: gazy, para wodna i siarka. Ta ostatnia płonąc, świeci na niebiesko. Zjawisko niezwykłe i efektowne. W jego obserwacji przeszkadzał niestabilny wiatr, kierujący na nas kłęby dymu o przejmującym zapachu siarkowodoru, czyli potocznych zgniłych jaj. Wtedy nie tylko nic nie było widać, ale również czym oddychać. Osoby bez gogli ochronnych i masek przeciwgazowych zostały zmuszone do szybkiej ucieczki.

Kopalnia siarki ściśle jest związana z wyziewami wulkanicznymi a górnicy pracują praktycznie przez całą dobę, w nocy z latarkami na głowach. Do fumarol przytknięto potężne rury, długie na 15-30 m. To nimi spływa siarka w bardziej przyjazne dla człowieka miejsca. W postaci płynnej ma kolor czerwony. Zastyga dopiero poniżej 118,9°C, w około 10 minut, i przybiera kolor żółty. Ten system zapewnia ciągłość w dostawie świeżej siarki, którą wydobywa się za pomocą ciężkich metalowych prętów. Uderzając w żółtą masę albo ją podważając. Rozbita na kawałki następnie ładowana jest do dwóch drewnianych koszy,  połączonych drewnianą belką. Urobek transportowany jest na plecach.

„W kopalni pracuje mniej więcej 400 górników, w ciągu doby 100-200, bo kopalnia jest za mała na większą liczbę” – tłumaczył Faith. Na jednej zmianie robią dwa kursy. Z parkingu, gdzie zostawiliśmy nasz motor, do pokonania są 4 km. Tam muszą dostarczyć wydobytą siarkę. Wpierw do pokonania mają niecały kilometr pod górę, a potem w dół, na początku stromo, później łagodniej. Po drodze następuje ważenie. A jest co dźwigać. Jednorazowo w koszach niosą 60-80kg siarki. Patrząc na nich – drobnych, szczupłych, niewysokich – aż trudno uwierzyć, że są wstanie udźwignąć taki ciężar. Ledwo go podniosłem i przeszedłem kilka metrów. A oni dwa razy dziennie wędrują z urobkiem, a potem „na lekko” muszą wrócić do krateru tą samą drogą. Po zważeniu dostają dokument, na podstawie którego zostaną im wypłacone pieniądze.

„780 rupii indonezyjskich za kilogram, czyli jakieś siedem setnych amerykańskiego dolara. Na dzień w zależności od górnika będzie to jakieś osiem-jedenaście dolarów”. Przy czym kopalnia sprzedaje siarkę po 8000 rupii za kilogram, siedem dziesiątych dolara” – wyjaśniał Faith. Słysząc te słowa, skrzywiłem się i krótko oznajmiłem: „przecież to wyzysk w czystej postaci”. „Mylisz się” – usłyszałem w odpowiedzi. – „W Indonezji jest duże bezrobocie, ale powiedzmy, że średni zarobek to jakieś 100 dolarów miesięcznie. Pracując w kopalni Ijen górnicy mają średnio po 200 dolarów. To dobra praca za dobre pieniądze. A można dorobić na zdjęciach, które pozwalamy robić turystom, sprzedając im ładne kawałki siarki, niektórzy nawet robią z niej odlewy zwierząt i nie tylko.” Tak jak Faith dorabiają tylko nieliczni, bo mało kto  tutaj włada angielskim czy innym językiem obcym. W charakterze przewodnika można zarobić dziennie 10 – 100 dolarów, w zależności jacy trafią się klienci i jak dobrze potrafią się targować. Stawka zazwyczaj wynosi znacznie poniżej 50 dolarów i można ją rozłożyć na kilkuosobową grupę. „Zarobić też można pracując jako kierowca, ale trzeba mieć samochód, bo zachodni turyści niewielkim motorkiem, tak jak ty, nie pojadą” – mój towarzysz dalej tłumaczył. – „Oni oczekują komfortu.” Wynajęcie samochodu z kierowcą z okolicznych miejscowości to koszt od 50 dolarów wzwyż, co także można podzielić na kilka osób. Skuter lub mały motor, bo na motocykle Indonezyjczyków nie stać, to wydatek 15-30 dolarów z kierowcą. „Tylko żebyś mnie dobrze zrozumiał – kontynuował Faith – sezon tutaj jest krótki, od czerwca do końca września, mimo że wakacyjne temperatury panują przez cały rok. W lipcu i sierpniu bywa, że jako przewodnik pracuję dwa, trzy razy w tygodniu, ale zdarza się także raz na dwa tygodnie, poza sezonem, może z raz na miesiąc. Do tego erupcje wulkanu, wtedy kopalnia jest zamknięta, turystów się nie dopuszcza. A potrafią trwać do kilku miesięcy. W latach 2010-2012 kopalnia była zamykana co roku z powodu niewielkich erupcji albo z powodu zagrożenia erupcją.”

Nastał dzień, niebieski ogień znikł na rzecz czerwonego. To drobinki wyrzucanej z otworów w ziemi roztopionej siarki mieszały się z dymem. W zależności od kierunku wiatru, opary gazowe to wypełniały całą kalderę, to wydostawały się wartkim strumieniem 100-200 metrów nad jej najwyższe fragmenty. Jedni górnicy kończyli pracę, inni zaczynali. Faith wszystkich znał, witał się z nimi.

Zeszliśmy nad termalne jezioro kraterowe poniżej kopalni, po drodze mijając niewielkie gorące źródła. Jego turkusowe wody wydają się przyjazne – nic bardziej mylnego, to tak naprawdę rozcieńczony kwas siarkowy. Pod wodą znajduje się komin wulkaniczny, który uaktywnia się co jakiś czas. Jezioro w wulkanie Ijen ma kilometr średnicy i uważane jest za największe kwaśne jezioro świata. Ph wody wynosi zaledwie około 0,5, czyli tyle ile kwas w akumulatorach.

Po powrocie do kopalni zwróciłem uwagę na mocno żółte skały. Byłem przekonany, że to siarka, ale mój przewodnik wyprowadził mnie z błędu: „to tylko wiatr osadził na nich jej drobinki”. Przetarłem ręką i rzeczywiście, pod niewielką ilością żółtego pyłu wyłoniła się szara skała. W międzyczasie dołączył do nas Durahman, zaintrygowany moją wścibskością. Jedyny biały człowiek w kopalni, który wszędzie zagląda, wszystkiego dotyka. Dlaczego? Durahman w kopalni przepracował dotąd ponad 10 lat. Mając niecałe trzydzieści lat wyglądał starzej. Posługiwał się pojedynczymi angielskimi wyrazami. Zanim do nas podszedł, dusił się w kłębach gazu. Tylko nieliczni górnicy posiadają maski przeciwgazowe, częściej chusty. „Ale w nich się źle pracuje” – krótko skwitował Durahman.

„Nie boicie się o zdrowie, przecież te gazy są szkodliwe?” – to było bardziej stwierdzenie z mojej strony, aniżeli pytanie. – „To nieprawda, wszystko jest okay” – padła stanowcza odpowiedź, po czym Durahman wrócił do pracy. Chwilę później mój przewodnik wyjaśniał: „dyrektor kopalni sprowadził tutaj lekarzy, robili badania i powiedzieli, że gaz nie jest szkodliwy dla ludzi.” „Siarkowodór jest szkodliwy” – przerwałem. – „Lekarze powiedzieli, że nie ma zagrożenia” – Faith nie zostawił miejsca na polemikę.

 „Ilu lat dożywają górnicy?” – nie dałem za wygraną. – „Różnie, 40, 50, 60 lat. Ale to nie przez kopalnię. W Indonezji życie jest trudne, tutaj mało kto dożywa późnej starości. Siarkowodór naprawdę nie jest szkodliwy, uwierz mi.” Jakoś nie mogłem. Z fumarol wydobywa się związek pary wodnej i gazów, siarkowodór jest jednym z dominujących. I jak dobrze pamiętam ze szkolnych lekcji chemii, to gaz trujący, w większych stężeniach śmiertelny. Nie przekonałbym jednak tutaj nikogo, chociaż co chwilę widziałem jak kaszlący górnicy uciekali z gęstego dymu, który nagle zmienił kierunek i dotarł do ich miejsc pracy.

Ubrudzeni i przesiąknięci siarką po kilku godzinach ruszyliśmy w drogę powrotną, zostawiając górników miarowo uderzających metalowymi prętami w zastygłą siarkę. Minęliśmy po drodze kolejnych z wypchanymi koszami oraz tych z pustymi schodzących na dół. To była niezwykła wizyta w niezwykłym miejscu. Ile jest czynnych wulkanów, gdzie z dna krateru wydobywa się siarkę w oparach gazów? Poza Ijen, nie słyszałem o żadnym. Ekscytujące widoki zakłócała myśl o ludziach tu pracujących. Jakkolwiek na zarobki nie narzekają i chcą wierzyć, że pracują w zdrowych warunkach, to na pierwszy rzut oka widać, że tak nie jest. Nędzne pieniądze, za jedną z najcięższych prac jakie można sobie w ogóle wyobrazić. Gdyby wymiar sprawiedliwości któregokolwiek z państw karał taką pracą największych przestępców, w Europie uznalibyśmy to za okrucieństwo. Ale górnicy z Ijen pracują dobrowolnie. Paradoksalnie, należą do lokalnej elity. O lepiej płatną pracę w Indonezji nie jest łatwo bez wykształcenia i gdy poza siłą fizyczną, nie ma się wiele do zaoferowania. Kopalnia jest bardzo prymitywna, a zasady bezpieczeństwa to fikcja. Górnicy sami muszą zadbać o siebie. Trujące gazy uszkadzają drogi oddechowe, po latach pracy zabijają. Ciężary niszczą kręgosłup i nogi. Do tego palące słońce i ryzyko erupcji wulkanu.

Faith odpalił swój niewielki motor i ruszyliśmy w dół. Z surowych wulkanicznych krajobrazów, przenieśliśmy się w krainę bogatych w faunę i florę lasów tropikalnych oraz licznych pól uprawnych – kawy, bananów i ryżu. Wulkaniczna gleba jest żyzna. Ludzie mieszkają i uprawiają swoje pola nawet w strefach zagrożenia erupcją. I nie chcą słyszeć, że przez toksyczność wulkanu Ijen, miejscowe ziemie i wody zawierają połowę tablicy Mendelejewa.

Dojechaliśmy do miasta Banyuwangi, gdzie nastał czas pożegnania. Faith świetnie się spisał. Dzień później miał wrócić do kopalni już jako górnik. Gdy zauważył, że ciągle rozmyślam nad tym co widziałem i nie potrafię zrozumieć jak można być zadowolonym z takiej pracy, postanowił mnie pocieszyć. „Nie przejmuj się. W Indonezji człowiek jest tani. Taniej kupić człowieka niż nowy samochód.”

IX.2013

FILM z wulkanu Ijen - WERSJA DŁUGA

FILM  z wulkanu Ijen - WERSJA KRÓTKA

Fragment bloga opisujący wizytę w wulkanie Ijen (Kawah Ijen) znajduje się: TUTAJ.

Bardziej rozbudowana wersja artykułu oraz napisana w drugiej osobie znajduje się:TUTAJ.

Na zdjęciach: wulkan-kopalnia siarki Ijen (Kawah Ijen) – górnicy i ich praca, mój przewodnik Faith, „kwitek” z ważenia siarki”, blue fire(zdjęcia robione przez bardzo gęsty dym), widok na kalderę wulkanu, siarka w formie stałej i roztopionej, termalne i toksyczne jezioro w kraterze, fumarole. Pod koniec galerii wulkan Raung i plantacja kawy.

Opublikowano w Reportaż

SUKCESY SPORTOWE, EKSPLORACYJNE I NAUKOWE. Zdobyte góry i wulkany oraz inne miejsca wulkaniczne, obserwacja wulkanów (wszystko samotnie, bez wsparcia i łączności, często własnymi drogami):

1) 6962m - Aconcagua - 18.12.2015 - Andy - najwyższa góra Ameryki Południowej i Argentyny, w trudnych warunkach zimowych, przez Dolinę Horcones - aklimatyzacja przed wulkanami. Film ze zdobywania jest tutaj: ACONCAGUA 6962m - samotnie na najwyższą górę Ameryki Południowej.

Planowy nocleg na 6300m w masywie Aconcagui nie zdarzył się prawdopodobnie od lat, wszyscy śpią niżej.

2) 6896m - nieaktywny(uśpiony) wulkan Ojos del Salado, Puna de Atacama (Andy) - najwyższy wulkan świata, druga góra Andów, najwyższy szczyt Chile:

            29.12.2015 - wierzchołek chilijski

            01.01.2016 - wierzchołek argentyński

            03.01.2016 - wierzchołek argentyński z noclegiem na 6820m

      ● eksploracja wulkanów Ojos del Salado oraz Lllullaillaco, w tym dotarcie na pole geotermalne w masywie wulkanu Ojos na ok. 6500m, pozwoliła zdobyć dowody, że najwyższym aktywnym wulkanem świata jest Llullaillaco a nie Ojos del Salado.

       ● wędrówka po masywie wulkanu Ojos del Salado, zarówno po stronie argentyńskiej jak i chilijskiej, pozwoliła odnaleźć 6 jezior na wysokościach 6350 - 6510m (5 po stronie argentyńskiej, 1 po stronie chilijskiej). Trzy z nich są na większej wysokości, niż dotychczas uznawane za najwyżej położone, znajdujące się w masywie Ojosa i ujęte w powyższej liczbie. Położone jest na wysokości 6395m, a trzy położone wyżej odpowiednio na: 6420m, 6460m, 6510m. Przynajmniej jedno z nich można uznać za pełnoprawne jezioro, to znajdujące się na  wysokości 6460m (po stronie chilijskiej). Jest największe z tej trójki, zasilane przez lodowce i termalne wody z pola geotermalnego, a więc nie zamarznie do ziemi w zimie. Pozostałe dwa też wcale nie muszą i mogą spełniać kryteria definicji jeziora. Więcej informacji: Wulkan Ojos del Salado - najwyżej położone jeziora świata. FILM: Wszystkie NAJ wulkanu Ojos del Salado 6896m.

         ●  wędrówka i obserwacje największych lodowców w masywie Ojosa del Salado.

Argentyński wierzchołek Ojosa del Salado zdobywany jest bardzo rzadko i sporadycznie w pojedynkę. To, że byłem na nim dwukrotnie w ciągu 3 dni, jest ewenementem (a w ciągu 6 dni 3 razy na wierzchołku - też spore osiągnięcie). Świadomy a nie awaryjny nocleg na wysokości 6820m, jest jednym z rekordowych noclegów w Ameryce Południowej i poza Azją (przynajmniej w ostatnich latach). Dotarcie na pole geotermalne na ok. 6460-6500m, prawdopodobnie, a raczej na pewno, jest to najwyżej położone takie pole na świecie. Prawie nikt tam nie był przede mną.

Ustalenie, że Ojos del Salado nie jest aktywny, tylko co najwyżej uśpiony, oraz dotarcie do 6-ciu najwyżej położonych jezior świata po obu stronach granicy(nikt tego wcześniej nie zrobił) i odkrycie nowego najwyżej położonego jeziora świata to duże osiągnięcia na skalę międzynarodową.

Prawie nikt nie chodził i nie widział z bliska największych lodowców w masywie Ojosa del Salado zarówno po stronie argentyńskiej jak i chilijskiej. Ich pokrywa się zmniejsza.

3) 6800m - wygasły wulkan Pissis, Puna de Atacama (Andy), Argentyna - drugi co do wysokości wulkan świata, trzecia góra Andów:

            18.01.2016 - wierzchołek Pissis 1 6800m, zejście w śnieżycy

            19.01.2016 - wierzchołek Upame 6799m (Pissis 2), w śnieżycy

            19.01.2016 - dwa wierzchołki Ejercito Argentino (Pissis 3) 6795m i 6792m, w śnieżycy

         ● wędrówka po największym lodowcu tej części Andów i na płaskowyżu Puna de Atacama (jedno z najsuchszych miejsc na Ziemi) - Glaciar de los  Argentinos.

Na wulkan Pissis wchodzi rocznie od zera poprzez kilka do kilkunastu osób. Sporadycznie więcej, ale ciężko to zweryfikować, bo nie ma statystyk. Wg zeszytu na szczycie Pissis, byłem pierwszą osobą na wierzchołku w 2016 roku.

Ponoć od pierwszego zdobycia przez Polaków w 1937 roku do 1985 (inna wersja do 1994 roku) nikogo nie było na szczycie za sprawą braku możliwości dojazdu. Samotne wejścia na ten wulkan są niezwykle rzadkie, więc było to duże osiągnięcie. A zdobycie trzech najwyższych wierzchołków, samotnie, w dużej mierze własnymi drogami, w ciągu dwóch dni, to prawdopodobnie jedyne takie osiągnięcie w historii zdobywania wulkanu Pissis. Na Pissis 2 i Pissis 3(dwuwierzchołkowy) praktycznie nikt nie wchodzi. Prawdopodobnie nigdy nie było na nim Polaków.

Niewiele osób chodziło po największym lodowcu tej części Andów - de los Argentinos.

4) 6755m - aktywny wulkan Llullaillaco, Puna de Atacama (Andy), Chile/Argentyna - najwyższy aktywny wulkan świata, czwarty co do wysokości, wg różnych wersji 5-7 góra Andów(najpewniej szósta):

            09.01.2016 - wierzchołek główny 6755m

            09.01.2016 - wierzchołek 6580m

          ● wędrówka po największym lodowcu masywu od strony chilijskiej.

Zdobycie - wraz z badaniami wulkanologicznymi i odkrywaniem najwyższych jezior - w niewiele ponad miesiąc trzech najwyższych gór Ameryki Południowej oraz wulkanu Llullaillaco - 3 lub 4 wulkan świata, 5 lub 6 lub 7 góra Ameryki Południowej (wraz z dodatkowym wierzchołkiem o wysokości 6580m). A w tym wszystkim, trzykrotne stanięcie na drugiej górze kontynentu - Ojosie del Salado - w tym dwukrotnie od strony argentyńskiej i nocleg na 6820m. Jak również wejście na trzy najwyższe wierzchołki trzeciej góry - Pissis - w tym przez trawers lodowca de los Argentinos. To osiągnięcie bez precedensu. Do tego samotnie i w świetnym stylu.

5) 5629m - nieaktywny wulkan Orizaba - 11.02.2016 - Kordyliera Wulkaniczna, Meksyk - najwyższy wulkan i trzecia góra Ameryki Północnej, najwyższa góra Meksyku, wędrówka po największym lodowcu Meksyku - Gran Glaciar Norte.

Zdobycie dwóch najwyższych wulkanów Ameryki Północnej, samotnie, w ciągu 5 dni, to wydarzenie bez precedensu.

6) 5424m - aktywny wulkan Popocatepetl - 09.02.2016 - Kordyliera Wulkaniczna, Meksyk, w fazie trwania erupcji - jeden z najaktywniejszych i drugi co do wysokości wulkan w Ameryce Północnej, piąta góra kontynentu. Wędrówka po zanikającym, ale drugim co do wielkości lodowcu Meksyku. FILM: Popocatepetl.

Na Popocatepetl zazwyczaj nie wchodzi nikt w ciągu roku, jedynie od czasu do czasu ktoś pojawi się na szczycie, zazwyczaj w jego spokojniejszych fazach aktywności. Nie znalazłem żadnej informacji, by jakiś Polak był wcześniej na nim. Tak samo jak na Pissis 2 i Pissis 3. Ponadto wejście na wierzchołek samotnie, w takim stylu i przy wulkanie w fazie erupcji, to duży sukces.

Odrobina historii: Pierwszym Europejczykiem, który zdobył szczyt wulkanu był Diego de Ordas. Ten hiszpański podróżnik i konkwistador urodził się w 1480 roku w Hiszpanii. W 1519 roku, wraz z dwoma towarzyszami, wspiął się na szczyt wulkanu Popocatépetl. W uznaniu jego zasług cesarz Karol V Habsburg wydał dekret zezwalający mu na używanie herbu z wizerunkiem wulkanu. (za www.histmag.org).

7) 5420-5390m - wygasła Caldera del Inca Pillo (Corona del Inca) - 24.01.2016 - Puna de Atacama (Andy), Argentyna - najwyżej położone na świecie jezioro kalderowe (lustro wody ok. 5200m).

Dotarcie do El Volcancito i Caldery Inca Pillo to nieczęste wydarzenie, a przez człowieka z poza Argentyny lub Chile, niezwykle rzadkie.

8) 4621m - wygasły wulkan Sierra Negra - 12.02.2016 - Kordyliera Wulkaniczna, Meksyk - na szczycie największy na świecie teleskop milimetrowy, piąta góra Meksyku.

Poza pracującymi tam naukowcami i robotnikami, bardzo rzadko ludzie udają się na szczyt Sierra Negra.

9) 4336m - obserwacja z nienazwanej góry aktywnego wulkanu Sangay 5230m - 31.01.2016 - Andy, Ekwador.

Niewielu ludzi z poza Ekwadoru, mogło zobaczyć z tak bliska wulkan Sangay.

10) ok. 4200m - El Volcancito - 23.01.2016 - Puna de Atacama (Andy), Argentyna - źródło mineralne w kształcie stożka wulkanicznego (ok. 7m wys.).

11) 2847m - aktywny wulkan Villarrica - 24.11.2015, Patagonia (Andy), Chile - jeden z najaktywniejszych w Ameryce Południowej, w trudnych warunkach zimowych + jaskinia i pola lawowe.

Od erupcji wulkanu Villarrica w marcu 2015 wulkan był zamknięty, otwarto go około tygodnia przed moim przyjazdem. Byłem pierwszą osobą na szczycie od wielu miesięcy. Ponadto jako wyjątek, dostałem prawo zdobywania go samotnie, a nie w zorganizowanej grupie.

12) 2800m - aktywny wulkan Paricutin - 17.02.2016 - Kordyliera Wulkaniczna, Meksyk + pola lawowe i zniszczone przez żywioł miejscowości.

Jeden z najmłodszych wulkanów świata i jeden z najsłynniejszych wulkanów XX wieku.

13) ok. 2600m - wygasłe kratery i jeziora kraterowe Aljojuca i San Miguel Tecuitlapa - 12.02.2016 - Kordyliera Wulkaniczna, Meksyk.

Niewiele osób z poza Meksyku je widziało.

14) 2530m-1620m - aktywny superwulkan Yellowstone - do 2805m - 28.02-02.03.2016 - Kaldera Yellowstone, USA, w warunkach zimowych - pola gejzerów, pola geotermalne, fumarole i solfatary, kaldera, skały wulkaniczne, kaniony, wodospady. FILM: gejzer Old Faithful.

W zimie w Yellowstone praktycznie nie ma turystów z poza USA, jestem w tej niewielkiej grupce, która miała okazję zobaczyć park w tym czasie.

15) ok. 1910-1780m - nieaktywne Craters of the Moon - 27.02.2016 - płaskowyż Snake River, USA, w warunkach zimowych - seria nieaktywnych stożków wulkanicznych i ogromne pole lawowe,

Wędrówka po Craters of the Moon zimą przez człowieka z poza USA nie zdarza się często.

16) 1800-1500m - obserwacja bardzo aktywnego wulkanu Colima 3800m z miejscowości: Guzman, Colima, San Antonio i z La Yerbabuena - 14-16.02.2016 - Kordyliera Wulkaniczna, Meksyk.

Niewielu ludzi z poza Meksyku miało okazję z dwóch stron i z tak bliska zobaczyć wulkan Colima.

17) 1150-800m - obserwacja aktywnego wulkanu St. Helens 2549m od południa i północy - 25-26.02.2016 - Góry Kaskadowe (Kordyliery), USA,  w warunkach zimowych + jaskinia wulkaniczna Ape (4000m) - najdłuższa w kontynentalnej Ameryce i trzecia w Ameryce Północnej.

Obserwacja wulkanu St. Helens zimą przez cudzoziemca to rzadkie zjawisko.

18) 510m - wygasły wulkan Terevaka - 29.11.2015 - Wyspa Wielkanocna, Chile - najmłodszy i najwyższy wulkan wyspy, tarczowy + jaskinia wulkaniczna i pola lawowe + wulkaniczne posągi moai.

19) 365m - wygasły wulkan Poike - 01.12.2015 - Wyspa Wielkanocna, Chile, tarczowy.

20) 324m - wygasły wulkan Rano Kau - dwukrotnie: 28.11 i 3.12.2015 - Wyspa Wielkanocna, Chile, tarczowy.

21) 280m - wygasły wulkan Tuutapu - 29.11.2015 - Wyspa Wielkanocna, Chile.

22) ok.250m - Ginkgo - spetryfikowany las w polu lawowym - 03.03.2016 - niedaleko zbiornika Wanapum na rzece Kolumbia w stanie Waszyngton, USA.

Jeden z najwspanialszych przykładów takiego lasu na Ziemi.

23) ok. 150m - krater wygasłego wulkanu Ranu Raraku wraz z posągami moai (zbudowanymi z tufów wulkanicznych) - 01.12.2015 -  Wyspa Wielkanocna, Chile.

Jest niewielu ludzi, którzy byli na wszystkich najważniejszych wulkanach Wyspy Wielkanocnej.

24) ponadto mnóstwo drobniejszych rzeczy.

Zrobienie tylu i takich rzeczy w 112 dni na trzech kontynentach, to także nie lada wyczyn. Nie mam wątpliwości, że nikt czegoś takiego nie zrobił przede mną, nie wymyślił sobie takiej wyprawy. Bardzo szczegółowy, napięty i precyzyjny plan, został zrealizowany w 100%, a nawet ponad - dołożyłem trochę rzeczy, kosztem tytanicznego wysiłku.

I jeszcze pewien szczegół, który robi różnicę - samotna eksploracja i zdobywanie, bez wsparcia i bez łączności, często własnymi drogami i w "rajdowym" tempie.

Po tylu latach działalności podróżniczej potrafię ocenić to, co zrobiłem. Jestem bardzo wobec siebie wymagający i krytyczny. Rzadko się chwalę, nawet gdy jest czym. Lecz tym razem, bez cienia fałszywej skromności napiszę, że ta wyprawa górsko-podróżniczo-badawcza, pod względem osiągnięć, była jedną z najwybitniejszych polskich wypraw w ostatnich kilkudziesięciu latach. A PROJEKT 100 WULKANÓW jest jedynym takim na świecie. Polak potrafi!

Jeśli ktoś ma jakieś ciekawe informacje, gdzieś się pomyliłem, piszcie na Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript. , poprawię, sprostuję.

Podsumowanie części wyprawy po Ameryce Południowej znajduje się: TUTAJ.

Podsumowanie części wyprawy po Ameryce Północnej znajduje się: TUTAJ.

  • Na zdjęciach:
  • 1-7) Aconcagua 6962m, Andy, Argentyna.
  • 8-23) wulkan Ojos del Salado 6896m, Chile, Argentyna, w tym najwyższe jeziora świata, lodowce i pole geotermalne na prawie 6500m.
  • 24-26) wulkan Llullaillaco 6755m, Chile/Argentyna.
  • 27-32) płaskowyż wysokogórski Puna de Atacma, Chile i Argentyna.
  • 33-39) wulkan Pissis 6800m, Argentyna, w tym największy lodowiec masywu i penitenty.
  • 40) Puna de Atacama w Argentynie, południowy fragment.
  • 41) źródło El Volcancito, Puna de Atacama, Argentyna.
  • 42-45) jezioro i kaldera - del Inca Pillo, Argentyna.
  • 46) kozi ser od rolników z Puna de Atacama, Chile.
  • 47-50) wulkan Sangay i Park Narodowy Sangay, Ekwador.
  • 51-55) wulkan Popocatepetl 5424m, Meksyk.
  • 56-58) wulkan Pico de Orizaba 5629m, Meksyk.
  • 59) wulkan Sierra Negra 4621m, Meksyk.
  • 60) tradycyjne magazyny na kukurydzę, Meksyk.
  • 61) krater Aljojuca, Meksyk.
  • 62) krater San Miguel Tecuitlapa, Meksyk.
  • 63-64) wulkan Colima, Meksyk.
  • 65-68) wulkan Villarrica 2847m, Chile.
  • 69-70) wulkan Paricutin 2800m, Meksyk.
  • 71-72) wulkan St. Helens, USA.
  • 73) jaskinia Ape, koło wulkanu St. Helens, USA.
  • 74-75) Craters of the Moon, USA.
  • 76-77) Gingko - spetryfikowany las, USA.
  • 78-92) Kaldera (superwulkan) Yellowstone i Park Narodowy Yellowstone, USA.
  • 93-99) Wyspa Wielkanocna (Rapa Nui) - wulkany i posągi moaj, Chile.
  • 100) Puna de Atakama koło Laguny Santa Rosa, Chile.
  • 101) Podziękowanie dla partnerów wyprawy.
Opublikowano w Blog
Dlaczego wybrałem West Yellowstone? Bo wjazd do parku znajduje się 200 metrów od miasteczka. Żaden inny wjazd nie oferuje takiej możliwości, a na przykład od południa z Jackson, do parku jest 90km kilometrów. W zimie to ma znaczenie, gdyż dotarcie do kaldery jest znacznie droższe w takim przypadku. Ponadto, nawet w zimie utrzymywana jest przejezdność dróg do West Yellowstone i położone jest ono w takim miejscu, że blisko stąd do najciekawszych termalnych rejonów parku i na północ i na południe.

Miasteczko położone na 2040m n.p.m. ma przez ten fakt klimat okołobiegunowy. Nawet podczas ciepłych krótkich lat, zdarzają się dni z temperaturą kilku stopni Celsjusza, a w zimie bije się tutaj amerykańskie rekordy przekraczające minus 50 stopni Celsjusza.

W West Yellowstone jest więcej skuterów śnieżnych aniżeli samochodów. Zaś firmy je wypożyczające, co roku wymieniają na nowe, sprzedając niezbyt drogo. Ma to rzecz jasna wpływ na cenę wynajmu. Do parku nie można było wjechać indywidualnie na skuterze, trzeba było z przewodnikiem. Zorganizowane wyjazdy, około 8-godzinne, zaczynały się od 260USD, korzystając z większych pojazdów, o połowę taniej.

Gdy nastał świt (28.02), zrobiłem przejażdżkę po okolicy, by rozgrzać wnętrze samochodu i roztopić napoje zamarznięte na kość. W nocy rządził solidny mróz. Krok następny polegał na ustaleniu jak mogę dostać się do interesujących mnie trzech pół gejzerów: Norris, Midway i Upper. W zimie to nie takie proste. Miałem szczęście, że była przeciętna, chociaż miejscami było nawet trzy metry śniegu w parku. U progu marca. Gdyby była ciężka, moją amerykańską przygodę zakończyłbym na West Yellowstone.

W lecie po parku można poruszać się własnym samochodem, w zimie się nie da i co najgorsze nie pozwalają wynająć skutera śnieżnego, by samemu jeździć po parku. Trzeba dołączyć się do grupy, na dwie trasy funkcjonujące w zimie albo wynająć sobie prywatnego przewodnika. Jakiś tysiąc dolców za dzień. A w grupie jak przed chwilą pisałem, najtaniej także nie jest. Sęk w tym, że żadna z tych dwóch tras, nie obejmowała Midway Geyser Basin i Norris Geyser Basin. Podobna rzecz miała się z tańszymi wyjazdami - snowcoach`ami. Kiedyś to były tylko pojazdy z gąsienicami, od kilku lat również ze specjalnymi potężnymi oponami. Po testach, które wypadły pomyślnie, opony dopuszczono jakieś trzy lata wcześniej do zimowego użytku w Yellowstone. Snowcoach`e w zależności od rodzaju, mieszczą od około 10 do ponad 20 osób. Te większe pojazdy w zimie jeździły tak jak snowmobiles (skutery śnieżne), tylko na tych dwóch trasach. Z innych miejscowości i wjazdów do parku, możliwości były jeszcze mniejsze, a ceny wyższe, bo i więcej kilometrów do pokonania.

Poszukiwania zacząłem o parkowego visitor center. Zebrałem informacje, opinie, adresy firm turystycznych. W kolejnych godzinach odwiedziłem ich kilkanaście. Pewnie wszystkie w mieście. Wszędzie słyszałem, że nie ma szans na odwiedziny Norris i Midway. Chyba, że... przekonam przewodnika. Tak się bowiem składało, że obie trasy biegły koło moich miejsc zainteresowań. Cele główne były inne, akurat dla mnie mniej interesujące. Pomyślałem, że nawet jeśli przewodnik nie zgodzi się na postój tam gdzie chcę, to niech mnie wysadzi i odbierze w drodze powrotnej. O ile wyjazdy do Upper Geyser Basin organizowane były codziennie, gdyż tam znajduje się najsłynniejszy yellowstoński gejzer, o tyle do Great Canyon of the Yellowstone, tylko co kilka dni. Po drodze jest Norris Geyser Basin. Akurat taki wyjazd był kolejnego dnia. Zapłaciłem za oba z postanowieniem, że żadna siła mnie nie powstrzyma, abym zobaczył  to co chcę. Wiele tysięcy kilometrów pokonałem, by się tutaj dostać. Nie ma, że się nie da. Może u Amerykanów się nie da, u mnie, Polaka, da się wszystko. Przywykłem, że w mojej pasji napotykam mnóstwo problemów i ciągle słyszę, że się nie da, nie wolno, zakazane, niebezpieczne. I jakoś zawsze stawiam na swoim. Czasami po ciężkich walkach. Taki już mój wredny i paskudny charakter. Pewnie fajnie byłoby, gdyby chociaż raz coś przyszło łatwo. Ale widocznie to niemożliwe.

Z informacji praktycznych. Polecam zawsze odwiedzić przynajmniej kilka biur. Okazywało się bowiem, że ten sam wyjazd potrafił być droższy o 50% od najtańszej oferty. A co ciekawe, fizycznie woziła klientów z większości biur ta sama firma. Ci co płacili za wyjazd 130USD i ci co płacili 200USD, jechali razem, tym samym pojazdem. Bilet do Parku Yellowstone kosztował 15USD na tydzień. Aby go dostać fizycznie do ręki, trzeba poprosić. W zimie ludzie brali jeden wyjazd i na tym kończyli zwiedzanie, więc biura nie dawały biletów.

Gdy wszystko pozałatwiałem, wynająłem pokój. 110USD z podatkiem i śniadaniem. To jedna z najniższych możliwych cen, w lecie jest dużo drożej, ale działają wtedy znacznie tańsze campingi. Po czterech noclegach w "kompaktowej" toyocie yaris uznałem, że warto się wykąpać, ogolić, spakować już na wyjazd do Polski i naładować sprzęt elektroniczny. Ale tu dramatu nie było, zawsze część elektroniki mam na niezawodne baterie paluszki jednorazowego użytku. Podróżuję po to, by działać, a nie spędzać połowę wyprawy na ładowaniu sprzętu - nieważne czy z gniazdka, czy z urządzeń solarnych. Ale widzę jak ludzie, co dwa dni robią dzień przerwy - na ładowanie. Policzcie ile by takich dni było podczas 112-dniowej wyprawy? Nie poświęciłem specjalnie na ładowanie ani godziny podczas wyprawy. Albo ładowałem sprzęt w nocy albo używałem paluszków.

Strasznie wkurzało mnie w Stanach, że w wielu miejscach ceny podawane były bez podatku. Ale do ostatecznej ceny był doliczany. Na przykład wspomniany pokój miał kosztować 100 dolarów. Człowiek ma zgodne pieniądze, a podatek wszystko zmienia. Nie znam jego szczegółów, czy jest to lokalny podatek, nie mniej odniosłem wrażenie, że w różnych stanach jest on różny i także rodzaj towaru, usługi, ma wpływ na jego wysokość. W każdym bądź razie, dziennie to było od kilku do ponad dwudziestu USD. Amerykanie potrafią skomplikować najprostsze rzeczy.

Jestem totalnym ignorantem pod względem jedzenia i spania. Na wyprawie, mogę miesiąc jeść po trzy batony dziennie popijając wodą. I nic więcej nie potrzebuję. Mogę spać gdziekolwiek, wszędzie się wyśpię. Dlatego gdy porównam nocleg za 110USD do noclegu we własnym śpiworze w yarisie. To dla mnie różnica jest niewielka. Odrobinę wygodniej jest w hotelu, ale przynajmniej 100 dolarów ze 110 jest wyrzucone w błoto. Nie potrafię docenić łóżka hotelowego. Wolę spać w aucie, w namiocie albo pod drzewem, a pieniądze  wydać na coś co ma sens. Spanie w hotelach sensu nie ma. Dla mnie to marnotrawienie pieniędzy, bo łóżko z pościelą i ciepły prysznic nie jest wart ani 100USD ani 100zł. 8 noclegów w yarisie, nawet przy minus 15 stopniach, nie sprawiało mi najmniejszych problemów. Było mi ciepło i całkiem wygodnie. I tak od wczesnego poranka do późnego wieczora byłem w ruchu, na dworze.

Do zmroku spędzałem czas na wycieczce w okolicach West Yellowstone oraz na spacerze po mieście. Wieczorem pakowanie i oglądanie w tv jak kandydaci partyjni się produkują przed "superwtorkiem", by zostać oficjalnymi kandydatami na prezydenta USA. Superwtorek, który przypadł na dzień 1 marca, jest dniem, kiedy w największej liczbie stanów odbywają się prawybory, na których wybierani są delegaci na konwencje partyjne, podczas których nominuje się oficjalnych kandydatów na prezydenta. Wieczorem zaś miałem okazję obejrzeć na żywo galę z wręczania Oscarów.

W drugiej połowie dnia prószył śnieg, rano czekało mnie odśnieżania auta (29 luty), spadło kilka centymetrów. I pakowanie. Kolejne cztery noce planowałem spędzić w "kompaktowej" toyocie yaris. Następnym razem wynajmę tira, to może dadzą mi pick up`a. Zjadłem śniadanie, zdałem klucze i przed ósmą byłem gotowy do drogi - prawda, że miałem fascynujący poranek, godny opisywania :). Nieważne. Ważne, że pogoda zapowiadała się bardzo dobra.

Podjechał specjalnie przygotowany snowcoach na wielkich oponach, z kierowcą Gramem. Główny cel wycieczki: Wielki Kanion Yellowstone (Grand Canyon of Yellowstone). Dziewiątka innych pasażerów zachwycona tym faktem, ja nie bardzo. Kanion  i wodospady mnie nie bardzo interesowały, widziałem tysiąc kanionów i tysiące wodospadów. Prawie wszystkie do siebie podobne. Mnie interesowało pole gejzerów Norris, koło którego mieliśmy przejeżdżać, a czego nie było w planie wycieczki.

Do Parku Yellowstone wjechaliśmy poprzez West Entrance (wjazd zachodni), do skrzyżowania w Madison mięliśmy ok. 25km wzdłuż rzeki Madison. Na drodze i w jej pobliżu towarzyszyła nam ponad setka bizonów, których w USA szacuje się nawet do 30 milionów. Rzekę Madison zamieniliśmy na Gibbon, poruszając się skrajem aktywnej kaldery wulkanicznej. Robiliśmy postoje, by obserwować zwierzęta, lecz pierwszy termalny postój nastąpił koło Beryl Spring (część Gibbon Geyser Basin). Obok źródła wydobywają się silne wyziewy wulkaniczne (fumarole lub solfatary). Samo źródło ma 91 stopni Celsjusza. Przy pokonywanej drodze nr 89 jest więcej termalnych źródeł, w tym jedno z bardzo efektownym kolorowym stożkiem mineralnym (z algami), miejscowi o nim mówią czasami "Czekoladowe Źródło". Takie kolory dominują. Od Madison do skrzyżowania w Norris jest kolejne 25km, gdzie skręca się w Norris Canyon Rd. Wysokości dochodziły do 2530m. W Canyon Village, gdzie jest visitor center i stacja benzynowa oraz hotel, czynne latem, skręciliśmy w Grand Loop Rd.

Park Yellowstone zimą wyglądał zjawiskowo. Pełno śniegu, bizony, dymy z nad termalnych terenów. Lasy, góry do ponad 3000m. I niewiele ludzi. Oprócz mnie w pojedzie byli samy Amerykanie. Oni jak i mieszkańcy West Yellowstone powtarzali jak mantrę, nie przyjeżdżaj tutaj w lecie. Jest okropnie, miliony turystów. Nie trzeba mi tego tłumaczyć. Pewnie trochę przesadzali, ale kocham dziką przyrodę i najszczęśliwszy jestem, gdy poza mną nie ma nikogo. Ewentualnie zwierzęta. Amerykańscy turyści celowo wybrali zimę, chcieli w spokoju zwiedzać Yellowstone, poczuć surowy klimat, dzikość tych rejonów. W lecie to niemożliwe.

Dojechaliśmy do tutejszego Wielkiego Kanionu (Grand Canyon of Yellowstone), którym płynie rzeka Yellowstone. Ma on ok. 39km długości, skalne ściany sięgają 240-370m wysokości. Czerwonawo-żółtawe odcienie skał spowodowane są licznymi związkami siarki i działalnością hydrotermalną. Największą atrakcją kanionu jest  Górny i Dolny Wodospad (Lower Falls 94m wys., Upper Falls 33m wys.). Ładne to wszystko, ale widziałem mnóstwo takich miejsc, w tym znacznie piękniejsze. Do wodospadów ze skrzyżowania w Norris jest tutaj lekko ponad 20km. Po zobaczeniu kanionu i wodospadów, pojechaliśmy jeszcze kawałek w kierunku Yellowstone Lake, skąd był efektowny widok na spore połacie parku w zimowej scenerii (subalpejska dolina Hayden). Do tego mróz i lodowaty wiatr. Ta pogoda odstraszała Amerykanów od wyjścia na zewnątrz. Wychodzili, szybka fotka i z powrotem. A to wszystko ku mojej wielkiej radości, bo uzgodniłem z przewodnikiem, że jeżeli będzie czas odwiedzimy pole gejzerów Norris. Dzięki surowej pogodzie i słabej odporności Amerykanów, mięliśmy dużo czasu.

I pojechaliśmy w drodze powrotnej do Norris Geyser Basin. Bardzo wolno, bo snowcoach`e mogą poruszać się z prędkością maksymalną do 25mil/h, skutery śnieżne do 35mil/h. Może rzeczywiście jakieś ograniczenia tego typu są uzasadnione na tamtych terenach, ale co najmniej te obowiązujące są o połowę za niskie. Kierowcy niestety ich przestrzegają do bólu precyzyjnie.

Pole geotermalne, bo nie tylko gejzerów, w Norris, jest najgorętszym obszarem termalnym w Yellowstone. Do tego najstarszym (ma co najmniej 115 000lat) i o ogromnej geotermalnej dynamice. Temperatury dochodzą do 237 stopni Celsjusza (ustalono to w wykonanych odwiertach). Wody są kwaśne (np. 3,5 PH), występują tu rzadkie gejzery kwasowe. Z tego powodu pracownicy parkowi zalecają, by teren ten zwiedzać pod okiem doświadczonym pracowników parku, bo jest niebezpiecznie. Tym jednak bym się nie przejmował, dla Amerykanów wszystko jest niebezpieczne. W 2003 roku nastąpiły tak duże zmiany w Norris Geyser Basin, iż doprowadziły do czasowego zamknięcia niektórych szlaków. Powstały nowe fumarole a niektóre gejzery stały tak się tak gorące, że zamiast wody zaczęła się wydobywać tylko para wodna z domieszką gazów. W 2004 roku na tym polu zginął bizon, który zatruł się wdychaniem toksycznych gazów geotermalnych.

Pole gejzerów otoczone jest gęstym lasem, ale same termalne tereny są bezleśne, termalna woda plus kwasy, zniszczyła trochę drzew. Jedne źródła zaprzestają aktywności, inne znajdują ujście na powierzchni w innym miejscu. Algi, bakterie, tlenki żelaza, siarczany, siarka, krzemionka - to wszystko osadza się w źródłach, niewielkich jeziorach, w potokach, tworząc mozaikę kolorów od niebieskiego, poprzez zielony, żółty, kończąc na czerwonym albo białym.

Wpierw poszliśmy do Porcelain Basin. Znajduje się tam cała seria źródeł, nieraz w formie jeziorek, gejzerów - mało efektownych, ekshalacje wulkaniczne. Przykładowe nazwy: Porcelain Springs, Pinwheel Geyser, Congress Pool, Huricane Vent, Constant i Whirligig Geyser, Ledge Geyser, Black Growler Steam Vent. Widziałem takich miejsc dziesiątki. Kolorowe jeziorka są ładne, ale nudne. Dlatego wyrwałem się towarzystwu i pobiegłem do Basin Back. Minąłem Emerald Spring, drzewa wokół niego "porastały" prześliczne sople. Cel: gejzer Steamboat. Widać było, że od ostatniego opadu śniegu nikt tędy nie szedł. Steamboat, to najwyżej obecnie wybuchający aktywny gejzer na świecie. Tylko rzadko  i nieregularnie. Ostatnią główną erupcję miał 3 września 2014 roku. Mają one po 300 stóp (91m) wysokości, a czasami nawet dochodzą do 400 stóp. Przerwy w takich erupcjach mogą wynieść nawet kilkadziesiąt lat (wynoszą 1 rok - 50 lat). Na co dzień, wielokrotnie w ciągu doby, wybucha na wysokość od 3 do 12 metrów. Dodatkowo, w zimie wydobywało się z niego mnóstwo pary wodnej o lekkim zapachu siarki. Nasz kierowca-przewodnik Gram wiedział o moim wypadzie, musiał mnie jednak ściągać z pole gejzerów, bo czas było jechać.

Szacuje się, że w Yellowstone jest około 10 tysięcy geotermalnych miejsc. Naliczono się 1283 gejzerów, z których aktywnych w ciągu roku jest 465. Liczby duże, ale rzeczywistość mniej optymistyczna. Po pierwsze problemy z definicją, co to jest gejzer? W oczywistych sytuacjach problem nie istnieje, ale jest mnóstwo miejsc, które tak naprawdę są termalnymi źródłami, a niektórzy próbują je podpinać pod gejzery. O gejzerach pisałem m.in.: TUTAJ.  Po drugie, większość gejzerów wybucha na wysokość kilku centymetrów do pół metra. Potrzeba dużo wyobraźni, by coś takiego traktować jak gejzer. Nawet gdy spełnia warunki definicji. Warto by jeszcze dodać, że pole gejzerów Norris znajduje się na północno-zachodnim skraju kaldery Yellowstone. Jak również, że ciepłota pola uzasadniona jest pęknięciami pierścienia, pęknięciami w skraju kaldery, pod którą jest ogromna komora płynnej lawy.

Zanim opuściliśmy park, obserwowaliśmy bizony i zrobiliśmy postój przy wodospadzie Gibbon (26m). Po 17:00 powróciliśmy do West Yellowstone. Tamtejszym obyczajem jest dawanie napiwków kierowcom-przewodnikom. Amerykanie na głowę dawali zazwyczaj po 30-50USD. Stać ich. Za postój w Norris Geyser Basin też dałem odpowiedni napiwek. Gram w ciągu ośmiu godzin z napiwków miał tyle, ile miliony Polaków nie mają przez miesiąc ciężkiej pracy. Ale był świetny i zasłużył.

Wspaniały dzień. By rozgrzać auto zrobiłem kolejną wycieczkę po okolicy. Zeszło trochę czasu, a potem do śpiwora i spać. W yarisce oczywiście.

NA ZDJĘCIACH:

1-33) miasteczko West Yellowstone (stan Montana), w tym: miasteczko o północy-prószył śnieg (fot. 1), nad ranem po mroźnej nocy (fot. 2-3), WY zasypane śniegiem (fot. 4-5, 15-20), visitor center Parku Yellowstone w WY (fot. 6-9), w Stanach McDonald`s musi być wszędzie (fot. 10), muzeum zasypane śniegiem i zamknięte (fot. 11), tłumy na ulicach (fot. 21-25), poranek dnia drugiego (fot. 31-33).

34-83 i 87) Yellowstone National Park, w tym: Beryl Spring (fot. 34-35), "Czekoladowe Źródło" (fot. 36-37), snowcoach (fot. 38), bizony (fot. 40-42), odmiana kaczki (fot. 43), w sercu parku (fot. 47-48), kojot (fot. 50), Great Canyon & Lower Falls (fot. 52-59), Gibbon Fall (fot. 60-61), Norris Geyser Basin (fot. 62-78, w tym: fot 67. - solfatary, fot. 72-73 - Emerald Spring, fot. 74-78 - Steamboat Geyser), West Entrance w WY (fot. 82-83), Upper Falls - Great Canyon (fot. 87).

84-86) Obrzeża West Yellowstone.

Opublikowano w Blog
Tekst ten zacząłem pisać po powrocie z Ojosa del Salado. Priorytetem była jednak organizacja transportu na Llullaillaco, stąd od rana do wieczora działałem w tym kierunku. A Chile w tym temacie jest trudne i drogie. Około 30 razy zaczynałem pisać ten tekst, stąd nie wiem czy się trzyma k..y Ale jest. Często było tak, że zasiadałem do kawiarenki internetowej, a po trzech minutach był telefon, że ktoś ma dla mnie jakąś propozycję i musimy się spotkać. I biegłem. Ciąg dalszy nastąpił po Llullaillaco i dalsze problemy transportowe nie pozwoliły skupić się na pisaniu. Z tego samego powodu - dramatyczny brak czasu - tekst jest długi i  w jednym kawałku. Nie było czasu go podzielić. 

27.12.2015 - z Manuelem umówiłem się na 9:00, do pokonania mięliśmy jakieś 280km, z czego off road, to ostatnie 25km. Gdy przyjechał, pojechaliśmy jeszcze po kanistry i telefon satelitarny. Bardzo się dziwił, że jadę sam, bez żadnego wsparcia, bez telefonu satelitarnego. Wszyscy się tutaj dziwią, a ja nie widzę w tym nic dziwnego. Jak będę działał mądrze, to wrócę cały i zdrowy, jeśli nie, to wiadomo... nie wrócę. Tak eksplorowali świat pionierzy i ten styl bardzo mi się podoba, chociaż oni rzadko działali w pojedynkę.

Jedziemy. Tą drogę pokonywałem prawie sześć lat wcześniej, robiąc rekonesans przed realizacją projektu tej wyprawy. Manuel nie oszczędzał paliwa w toyocie hilux, gaz do dechy. Tak lubię. Koło Laguny Santa Rosa i Salaru Maricunga, gdy mięliśmy skręcić w lewo, pojechał prosto. Sugerowałem, że to zła droga, ale Manuel był pewien swego. Okay, minęło trochę czasu, może jest nowa droga, mnie się pomyliło. Ale nie. Po 70km dojechaliśmy do części mieszkalnej kopalni metali Maricunga, na około 4300m n.p.m. Sprawa wydawała się prosta. Zawrócić. Manuel jednakże przez 40min. ustalał telefonicznie trasę. Po czym wróciliśmy te 70km i skręciliśmy w prawo. Tracąc 3 godziny i sporo paliwa, na szutrowej i trochę wyboistej drodze, na której Manuel próbował urwać któreś koło.

Chilijczycy zainwestowali w drogę i niewiele brakuje, by do granicznej przełęczy San Francisco była asfaltowa. Manuel nie wiedział, gdzie skręcić na Ojosa, ale ja wiedziałem. Zostało jakieś 25km do Refugio Atacama. W połowie drogi mój kierowca zaczął panikować. Że mało paliwa, że miejscami droga jest kamienista, że już późno. I najchętniej, by mnie wysadził, bym poszedł piechotą. Po moim trupie. Ale na 5180m tak się zawiesił, że nic nie dało się zrobić. Musi wracać, bo prawie piąta, bo paliwa mało. Wziął kanister, by uzupełnić paliwo. Postanowiłem mu pomóc, bo jakoś nieporadnie to robił. W nagrodę za pomoc, zamiast w lejek, chlusnął paliwem na moje spodnie. Pierwszej nocy musiałem wystawić je za namiot, bo naćpałbym się oparami.

Manuel zawraca, zostawiając mnie jakiś kilometr od Refugio Atacama 5260m, z plecakiem i workiem z jedzeniem, butlą z wodą. Świetnie. Miałem nadzieję, że podrzuci mnie do Refugio Tejos 5825m, oficjalnie 5837m, a on nie dał rady nawet do Atacamy. Jestem pewien, że jest pierwszym kierowcą w historii, który dysponując tak dobrą terenówką, nie dowiózł człowieka do Refugio Atacama.   

Musiałem zrobić dwa kursy, by wszystko przenieść do Atacamy. Refugio to tak naprawdę mały barak. Było całkiem sporo ludzi, komercyjnych firm z ich dużymi namiotami. Z obsługą klientów mogło być ze 20 osób, co jak na Ojosa dużo. Rozbiłem namiot na 5260m, część jedzenia ukryłem w zbudowanym kopcu z kamieni. W nocy na zewnątrz było -7 stopni C.

28.12 - korzystając ze słońca, dopiero w południe ruszyłem do góry, po blisko 4h z odpoczynkami osiągając z 25-kilogramowym plecakiem Refugio Tejos 5825m. Bardzo długo, chociaż inni bez oplecaka szli dłużej. Pogoda dopisywała, a w refugio, większym od Atacamy, tłumy. Jest tam  6 niewielkich schroniskowych łóżek, stolik i pomieszczenie z podłogą, gdzie spałem wraz chilijskim przewodnikiem i jego trzema klientami z USA, pochodzenia hinduskiego. Sami komercyjni i ja jeden indywidualista. Dosyć standardowa sytuacja. A w niej, nierzadko bywa, że przewodnicy są niesympatyczni, bo nie dałem im zarobić. Tym razem jednak wszyscy byli wybitnie sympatyczni, a gdy opowiedziałem o projekcie 100 wulkanów, zasypali mnie pytaniami i czekają na książkę po zakończeniu projektu. Chyba na 10 książek, materiałów jest ogrom. 

29.12 - plan dnia - podejście aklimatyzacyjne do 6500m i powrót. Ale na 6500 stwierdziłem, że czuję się świetnie i idę dalej. Tylko z tym chodzeniem był problem, wlekłem się masakrycznie. 9 godzin szedłem na szczyt (chilijski), docierając tam o 17:00, co przy świetnej pogodzie, niezbyt silnym wietrze, nie stanowiło problemu. Wszyscy ruszali na szczyt, przez cały mój pobyt, o 2-4 nad ranem, czego nie rozumiem do końca. Klienci komercyjni na Ojosie nie są odpowiednio długo aklimatyzowani, ze względu na specyfikę tego miejsca, wysokogórski płaskowyż Puna de Atacama. Dlatego chodzą wolno i chcą tego samego dnia jeśli nie znaleźć się w Copiapo, to przynajmniej na ok. 4300m. Autem dowozi się ich, i odbiera, zazwyczaj, do Refugio Tejos. Ale mimo to, lepiej wyruszyć, gdy już świeci słońce, a na Ojosie to czuć, aniżeli marznąć przez większość trasy, gdy jest minus kilkanaście stopni. O 7:00 w refugio było minus 10 stopni C. 

Gdy ciemno się robi po 21:00, jest cały dzień na zdobywanie szczytu. Ja dodatkowo musiałem stosować ten zabieg, by bardziej nie odmrozić palców u stóp. Były pod specjalnym nadzorem. Na Aconcagui dawał mi się we znaki jeszcze wypadek na wulkanie Villarrica, na Ojosie pamiątka z Akonki. 

Na 6750m znajduje się niewielki krater wypełniony mini lodowcem. W połowie otoczony skałkami, poddanymi silnej erozji. To właśnie na nich są wierzchołki - chilijski i argentyński. Mają tą samą wysokość, róznica jest nie większa niż metr. Przyjmuje się, że stanięcie na którymkolwiek z nich, jest równoznaczne ze zdobyciem Ojosa del Salado. 

Od strony chilijskiej jest świetnie widoczna ścieżka i nie ma większych trudności. Podejście jest strome, ale nie bardzo strome. Jest trochę sypko, potem trochę kamieni. A utrudnienia są dwa. Pokonanie albo ominięcie specyficznego lokalnego niewielkiego lodowca i skalna końcówka przed wierzchołkiem. W pierwszym przypadku, w wąskim miejscu, trzeba było zrobić kilka kroków przez niewielkie penitenty. Raki były niepotrzebne. W drugim, kilkadziesiąt metrów jest mocno eksponowane, są liny poręczowe. Trochę wspinaczki. Gdyby ten teren znajdował się na tysiącu metrów, powiedzielibyśmy, że łatwy. Ale on jest na prawie 6900m n.p.m., gdzie mało tlenu i duże zmęczenie. Przy odrobinie pecha można się zabić. Na przykład na trasie z Horcones na Aconcaguę, nie ma tak trudnego miejsca. 

Sam wierzchołek jest niewielki, erozja go pewnie będzie stopniowo obniżać. Gdy się dobrze nachylić, widać wydobywające się gazy wulkaniczne w dole. Po godzinie, ruszyłem z powrotem. Pogoda dopisywała, w Tejos znalazłem się o 20:00 (po dwóch godzinach). Ponoć tylko 30% osób wchodzi na szczyt, nie wiem czy to nie zaniżona liczba. Co prawda, z trzech amerykańskich hindusów tylko jeden dotarł na wierzchołek po kilkunastu godzinach, pozostali nawet nie spróbowali. Ale inne ekipy raczej w większości wchodziły na szczyt. Gdy jest dobrze widoczna ścieżka, nie trzeba myśleć, tylko iść. Brak trudności, poza wysokością. Wtedy zdobywanie takiej góry jest bardzo łatwe.

30.12 - skoro dzień wcześniej zdobyłem Ojosa zamiast tego, postanowiłem wykorzystać go aklimatyzacyjnie i na odpoczynek. Wychodziłem tylko na krótkie spacery, siusiu i po wodę. Zwolniło się dla mnie jedno łóżko. Pogoda bardzo dobra.

Ojos del Salado jest najwyższym wulkanem na świecie. Najczęściej podaje się wysokość 6896m. Moje gpsy poprzedniego dnia szalały, pokazując nawet 6925m, najczęściej 6910m. Kiedyś uważano, że jest najwyższą górą kontynentu, mierzącą ponad siedem tysięcy metrów. Część świata naukowego, uważa go za najwyższy aktywny wulkan Ziemi. Przyjechałem zweryfikować czy są ku temy podstawy i skonfrontować z innym kandydatem do tego tytułu - wulkanem Llullaillaco. W chwili pisania tego tekstu oba wulkany za mną i po wstępnej analizie, mogę ocenić, który z nich zasługuje na ten tytuł. Poświęcę temu zagadnieniu osobny tekst. Warto jeszcze wspomnieć, że kiedyś Aconcaguę uważano za najwyższy wulkan. To nie jest prawda, ale faktem jest, że w jej masywie znajdziemy sporo siarki i skały wulkaniczne. Znalazłem wiele przykładów. 

31.12 - gdy słońce już świeciło ruszyłem autorską drogą na stronę argentyńską. Szukać aktywności wulkanicznej i przy okazji zweryfikować istnienie najwyżej położonego jeziora na śwecie. Idąc na przełaj napotykałem ramiona wulkanu, skały. Zero ścieżki. Dostałem w kość idąc z dużym plecakiem. Ale przyjrzałem się skałom, niewielkim miejscom, gdzie kiedyś były niewielkie wyziewy wulkaniczne. Rozbiłem się na wysokości 6315m koło niewielkiego pola penitentów. W nocy było na zewnątrz ponad minus 15 stopni, ale bardzo słaby wiatr. Tak spędziłem Sylwestra.

01.01.2016 - na ten dzień zaplanowałem wejście na argentyński wierzchołek Ojosa del Salado, na którym kiedyś były wyziewy wulkaniczne. Ponadto z niego dobrze widać obecnie działające wyziewy i wysoko położone jeziora. Teoretycznie ze strony argentyńskiej są drogi na szczyt, tylko fizycznie ich nie ma, bo prawie nikt nie wchodzi na wierzchołek z tej strony. Natomiast zaznaczone na mapach w internecie wyglądają efektownie. Wybrałem autorską drogę. Prosto do góry, po głazach i skałach, pomiędzy lodowczykami, platami śniegu i penitentów. Najlepsza droga do wejścia na szczyt jest taka, jaką opiszę kolejnego dnia oraz ta z drugiej części przedmiotowego dnia.

Moja droga okazała się karkołomna. Nieźle mi dała w kość. Wystartowałem chwilę po 9:00, a na szczyt dotarłem o 15:30, gdzie spędziłem godzinę. Chłodny wiatr wiał jedynie ok. 30km/h. Widok z wierzchołka spełnił wszystkie moje oczekiwania, zlokalizowałem wszystko co mnie interesowało. Z chilijskiej strony nie ma wejścia na wierzchołek argentyński, poręczówek. Teren jest skalny, ale można wejść. Jest sypko, stromo, ale jak ktoś ma pojęcie o wspinaczce i zdrowy rozsądek, bez problemu da radę. Od strony argentyńskiej końcówka jest dużo mniej skalna i łatwiejsza, ale utrudnieniem jest brak ścieżki, przynajmniej w okresie, gdy ja tam byłem. Trzeba wybrać własną trajektorię, a ona może być łatwiejsza niż od strony chilijskiej, ale także dużo trudniejsza - bardziej stroma, z wielkimi głazami, niewielkimi skałkami, małymi lodowcami i płatami firnowymi. Na tym wierzchołku gpsy wskazywały wyskość z 5-7 metrowym błędem: 6896-6902m. Jak już wspomniałem, oba wierzchołki są praktycznie takiej samej wysokości.

W opisie może się wydaje wszystko takie łatwe i szybkie. Wszedłem, zdobyłem, zbadałem. Okupione to jest jednak gigantycznym wysiłkiem. Poruszanie sie po wyznaczonych ścieżkach jest proste, nie trzeba myśleć, trzeba iść. Gdy robi się autorską trasę, procesory mózgowe muszą cały czas intensywnie wszystko analizować i podejmować decyzje.

Na dół schodziłem łukiem, omijając większość skał i głazów. Teren był sypki, co przeszkadza przy wchodzeniu, ale przy schodzeniu czasami pomaga. Zlokalizowałem kilka wysokich jezior. Czekały na mnie kolejnego dnia. Jedno, największe, na ok. 6350m, częściowo "zbadałem" już tego dnia. Sprawdziłem wysokość, zmierzyłem mniej więcej dlugość i szerokość, zlustrowałem położenie (krater) i ewentualną głębokość. Wszystkie jeziora były skute lodem. A do tego schodził największy lodowiec po stronie argentynskiej Ojosa (i ponoć w całym masywie). To nie są duże lodowce. Ale z kilometr szedłem (sam lodowiec jest dużo wiekszy niż moje przejście). W rakach, chociaż jest płaski. Fragmenty były bardzo zlodzone. 

Tutejsze lodowce są specyficzne i nie przypominają klasycznych. Są stosunkowo niewielkie, ale co bardzo charakterystyczne - cienkie. 2-3 metry, kilka metrów, 10 metrów, to już gruby lodowiec. Ale udało mi się wypatrzyć najgrubszy tutejszy lodowiec, po stronie chilijskiej, grubością może siegnął nawet 30m. Szczelin nie ma, ale powierzchnię zajmują często pola penitentów, koszmarne do pokonywania. Oprócz tego pojawiają się przetopienia, że widać skały oraz dziwne roztopienia - dziury i zagłębienia ze świecącym lodem. Tylko fragmentami jest zbity na powierzchni lód. Bardzo źle się chodzi po tutejszych lodowcach.

Nikt do końca nie wie jak powstają penitenty(śniegi pokutne), lodowe lub śnieżne szpikulce, których tysiące, między nimi dziury. Wysokość penitentów i głębokość dziur może sięgać od 10cm do kilku metrów. Można je spotkać w różnych miejscach świata, ale te z Ameryki Południowej są najsłynniejsze. Pustynny klimat Puna de Atacama, niewielkie opady, wysoko położona granica wiecznego śniegu - skutuje, że takie mamy tutaj śniegi i lodowce. Co ciekawe, sąsiednie masywy były bardziej zaśnieżone niż Ojos. Pierwsze penitenty można było spotkać na ok 5000m n.p.m.

Do namiotu dotarłem po 20:00, gdy już atakował solidny mróz. Bardzo owocny dzień i drugi raz na szczycie Ojosa del Salado, tym razem po stronie argentyńskiej.

02.02 - wysokim jeziorom poświęcę następny tekst, gdzie będą dokładne informacje. Teraz krótko. Rano spakowałem cały dobytek i ruszyłem doliną do góry. Dokończyłem obserwacje jeziora nr 1 na ok. 6350m. Sądzę, że może mieć kilkanaście metrów głębokości, tylko wpierw trzeba byłoby rozbić grubą taflę lodu. Nieopodal jest płytkie jeziorko na ok. 6360m. Przepływowe, strumyk z lodowca je zasila, z niego też wypływa strumień.

Następnie znowu pokonałem lodowiec i w pobliskim kraterze dotarłem do niewielkiego jeziora zasilanego z niedużego lodowca. Lustro wody(lodu) znajdowało się na wysokości ciut przekraczającej 6400m n.p.m. Kolejny punkt to jezioro uważane dotąd za najwyżej położone na świecie. Na ok 6390m. Po linii brzegowej widać spore wahnięcia poziomu lustra wody, gpsy wskazały ok. 6395m. Jezioro jest w zagłębieniu, większe od dwóch, o których wspomniałem przed chwilą i głębsze. Ma z pewnością dobre kilka metrów. Jak wszystkie było bardzo zalodzone. I tak minęło ponad pół dnia. 

Na resztę plan był taki, że przejdę przez przełęcz pod wierzchołkiem liczącą ok. 6700mi po drugiej stronie przenocuję, by rano mieć blisko do pola geotermalnego z fumarolami (czy to rzeczywiście fumarole, miało się dopiero potwierdzić). Idąc całkiem wygodną doliną do góry i mijając płaty śniegu, dotarłem do miejsca, które zaintrygowało mnie dzień wcześniej z wierzchołka. Mianowicie w zagłębieniu przy niewielkim lodowcu, jak nic było niewielkie jeziorko. Gps-y wskazywały trochę ponad 6500m wysokości (to chyba światowy rekord). Postój w tym miejscu zaważył na tym, że gdy dotarłem do przełęczy i to w jej górnej części przekraczajacej 6700m, za późno było na schodzenie w dół. Nie widziałem po drugiej stronie ani miejsca na namiot ani śniegu do topienia. Wiał dosyć silny lodowaty wiatr, czasami o zapachu siarkowodoru. Mijała 19:00, byłem przy argentyńskim szczycie. Wiedziałem, że bliżej niego są miejsca na rozbicie namiotu i resztki zimowego śniegu. I tam się udałem. O 20:00 w resztkach słońca, rozbilem namiot, przyniosłem śnieg. Gps wskazał wysokość ok. 6820m n.p.m. Nie stanowiło to dla mnie problemu, czułem się świetnie, chociaż wszystkie czynności przychodziły trudniej i wolniej.

03.01 - rano stwierdziłem, że skoro jestem prawie na argentyńskim wierzchołku Ojosa, to wejdę na szczyt po raz trzeci. Postawiłem sobie namiot w świetnym miejscu do ataku szczytowego. Wejście, krótki pobyt i zejście do namiotu, zajęły mi godzinę. Tak naprawdę można spać prawie na samiutkim wierzchołku, tylko nie ma tam śniegu i wieje. Rano na szczycie było lodowato, między 9 a 10. Nieprzyjemnie, popołudniu, podczas poprzednich pobytów, było dużo fajniej. 

Następnie pakowanie, zejście do przełęczy i dalej do pola geotermalnego. Zapach siarkowodoru był coraz silniejszy, a wokół sporo siarki. Pole znajduje się na wysokościach 6460-70m - jego zasadnicza część. Kiedyś było większe i siegało trochę wyżej. Resztki" sięgają wysokości 6500m. Obok niego jest całkiem spore jezioro na wysokosci ok. 6460m. Zasilane niewielkim ternmalnym strumieniem, co nie miało wpływu na to, że było solidnie zalodzone, a zasilały je przede wszystkim niewielkie lodowce. Nie mniej termalna woda, nie pozwalała mu całkowicie zmarznąć, nawet w zimie.

I tutaj ciekawostka. O tym jeziorze, jak i o kilku innych, o których pisałem mało kto wie. O ekshalacjach(wyziewach) wulkanicznych wiedza istnieje, ale nikt kogo pytałem przy nich nie był. Natomiast wszyscy są przekonani, że są one po stronie argentyńskiej, kiedy wszystkie mapy, którte posiadam pokazują, że pole jak i jezioro, są po stronie chilijskiej. Granica biegnie bowiem przełęczą o której pisałem i dalej przez wysokie wzniesienia rozbudowanego masywu Ojosa. Jako kolejną ciekawostkę dodam, że tutaj bito rekordy jak najwyższego podjazdu samochodem i motocyklem. Osiągnięto coś około 6700m, ale nie na głównym wierzchołku. Więcej można poczytać w Wikipedii.

Kilka godzin spędziłem w rejonie pola geotermalnego i jeziora. Chodząc, sprawdzajac, mierząc, przyglądając się. Na pole geotermalne składa sie spora liczba termalnych źródeł, jeden duży wyziew wulkaniczny i kilkanaście bardzo małych. Nie są to jednak fumarole tylko solfatary. Co prawda, często traktuje się je jako odmianę fumarol, oraz ta ostatnia nazwa jest dosyć znana, w przeciwieństwie do solfatar. To rozróżnienie jest jednak bardzo ważne. Zarówno wyziewy jak i źródła mają temperaturę 70-80 stopni Celsjusza. To nawet jak na solfatary słabo, bo często uważa się, że powinny mieć przynajmniej 100 stopni (fumarole od ok. 300). Poniżej 100 stopni mają mofety. Jednakże wielkość pola, ilość gazów i pary wodnej, siła wydobywania z ziemi, pozwalają mowić o solfatarach. Zresztą osobiście uważam, że mofeta to zimny rodzaj ekshalacji, znacznie poniżej 50 stopni.

Owszem, wysokość blisko 6500m n.p.m., ma wpływ na ciepłotę wyziewów wulkanicznych. Gdyby były kilka kilometrów niżej, z pewnością byłyby cieplejsze, ale z drugiej strony sam płaskowyż Atakama jest w tym rejonie na ponad czterech tysiącach metrów. Największym problemem są definicje, ale powszechnie przyjęte jest, że fumarola to 300-1000°, ewentualnie 200-800°C. Wyziewom z Ojosa, do tych liczb bardzo daleko. Oczywiście jak przeszukamy internet znajdziemy informacje, że wszystkie wyziewy to fumarole albo, że ich temperatura zaczyna się od 70°C. Nie są to jednak wiarygodne źródła. Jedynym badaniem, które mogłoby przyznać Ojosowi miano wulkanu aktywnego, byłoby ustalenie, czy znajduje się pod nim czynna komora wulkaniczna? Czyli komora płynnej magmy. Ale i tutaj jest pewien haczyk. Jest pewne, że ostatnia erupcja nastąpiła około 1500 lat temu. A zatem taka płynna komora zaświadczyłaby, że wulkan nie jest wygasły, że może wybuchnąć. Ale obecnie jest uśpiony. Kilka chłodnych wyziewów i brak innych dowodów aktywności, to stanowczo za mało, by uznać Ojos del Salado za aktywny. Z drugiej strony, gdyby Ojos wykazywał aktywność w innych sferach, to nawet chłodne wyziewy nie stałyby na przeszkodzie uznania jego aktywności. Więcej informacji można znaleźć: Najwyższy AKTYWNY wulkan świata - Ojos del Salado czy Llullaillaco?

Więc mamy solfatary, charakterystyczne zjawisko dla wulkanów wygasających albo drzemiących (spotykane są czasami nawet na wulkanach uznanych za wygasłe). A Ojos ostatni raz wybuchł ok. 700 roku n.e., z błędem do 300 lat. Niby coś niewielkiego działo się w 1993 roku, ale nie ma na to dowodów. Gdzieś z posterunku policji, ktoś widział pył albo gaz w rejonie Ojosa. Równie dobrze, mógł to być wir powietrza unoszący piasek albo chmura albo absolutnie nic. A że tutejsi policjanci są mało rozgarnięci, o czym przekonałem się nieraz, wiara w ich słowa, jest na poziomie wiary w Marsjan. Jak zestawimy ostatnią potwierdzoną erupcję Ojosa i chłodne solfatary widać, że traktowanie go jako najwyższego aktywnego wulkanu świata, jest mocno naciągane. Co ciekawe, w rejonie pola geotermalnego nie znalazłem śladu żadnej bytności człowieka, a to może być atrakcja turystyczna.

Co do jeziora, jest ono wielkością porównywalne z tym na ok. 6395m, ale mniejsze od tego na wysokosci ok 6350m. Dużo czasu tu spędziłem, zrobiło się późno, a przede mną kawał drogi. Rozpocząłem długi i stromy trawers masywu z wysokości ponad 6500, kierując się ku Refugio Tejos. Od tej strony Ojos był mocniej zlodowacony, wśród lodowcwów jeden miał grubość ok. 30m, co jest rzadko tutaj spotykane.

Nie wiem ile razy wywaliłem się podczas trawersu, dużo, ale w końcu dotarłem w rejon ścieżki prowadzącej na szczyt. Podszedłem do 6200m i w dół. W refugio zameldowalem się o 19:30. Nie było żywej duszy. Wziąłem zostawiony depozyt i w dół do Refugio Atacama 5260m, co zajęło mi 90minut. Właśnie zapadł zmrok. Namiot pomógł mi rozstawiać Niemiec, uznał że po takim wysiłku pomoc jest mi potrzebna. Było też dwóch innych Niemców i nikogo więcej. Samodzielnie tutaj dotarli, wynajętymi samochodami. Po ciemku poszedłem szukać depozytu, zwłaszcza wody. Znalazłem, ale kopiec z kamieni był rozwalony, zniknęło całe jedzenie, za wyjątkiem puszki tuńczyka. I temu komuś nie smakowały płatki śniadaniowe, rozwalone wszędzie, za to gruszki znikły. Zostala woda, cola i sok. To nie był człowiek, bo zabrałby wszystko, tylko jakieś zwierzę. Silne.  Może puma, straszą mnie nią tutaj cały czas, albo vicunia, lis. Albo jeszcze jakieś inne.

W nocy panował kilkustopniowy mróz.

Osoby wybierające się na Ojos del Salado pewnie interesuje od której strony jest taniej? I tak, na przełomie roku 2015 i 2016 nie funkcjonowało jak kilka lat wcześniej płatne pozwolenie na wejście od strony chilijskiej (pobierała je firma Aventurismo i kosztowało około 150-160USD). Lecz nawet gdyby ono funkcjonowało, bezpłatna strona argentyńska i tak byłaby droższa, ze względu na wyższe koszty transportu. Chyba, że zrobi się to tak jak ja. I jeszcze jedna kwestia. Od strony chilijskiej, wejście jest dużo bardziej banalne - wyraźna szeroka ścieżka, poręczówki, ludzie, schrony. Tego wszystkiego nie ma od strony argentyńskiej - na czas gdy ja tam byłem - przez co jest ciekawiej i w sumie trudniej. No i od strony argentyńskiej jest większość jezior uchodzących za najwyżej położone na świecie. 

04.01 - dzień powrotu do Copiapo, po bardzo owocnej działalności na Ojosie. Leniwie rozpocząłem pakowanie. Było słonecznie, ale wiał bardzo nieprzyjemny chłodny wiatr. Jorge przyjechał przed 12:00, gdy kończyłem się pakować. Manuel mógł tylko w grudniu pomóc. Z Jorge przyjechał dla towarzystwa Ruven. Zasady finansowe mięliśmy ustalone takie same. 45 tys. pesos wypłaty plus mniej więcej drugie tyle - paliwo. Manuel szalał za kierownicą, Jorge był jego przeciwieństwem. Do tego miał problem z odczytaniem drogi, więc pomagał mu Ruven. Komicznie to wygladało. 

Poprosiłem byśmy na chwilę podjechali do Laguny Verde, na co Jorge, że nie mamy paliwa. Nie wziął żadnego zapasu. Co za agenci. Manuel pomylił drogę, a ten nie wziął żadnej rezerwy. Zresztą Jorge strasznie się nabijał z Manuela za pomylenie trasy. Przekonałem go, że to tylko kilkanaście kilometrów w jedną stronę. Marudził, pytał, gdzie to jezioro. Ale jechał, wolno. Gdy kazałem mu zjechać na klif nad laguną, nie widząc co jest przed nim, nagle przyśpieszył i niewiele brakowało, byśmy zlecieli z klifu (ok. 4350m n.p.m.). Chłopaki nie byli tutaj nigdy w życiu, więc smartfonami robili sobie fotki. Zresztą pod Ojosem też byli pierwszy raz. Pół życia i nie być tutaj, nie rozumiem.

Za tą wolną i dziwną jazdę Jorge został ukarany, przez opatrzność. Za Laguną Santa Rosa, na blisko 4000m n.p.m. dosłownie spalił oponę w hiluxie. Jak to zrobił, wie tylko on. Chłopaki z moją niewielką pomocą wymieniali koło przez godzinę. Mięli lewarek chyba nie z hiluxa a z deawoo tico. Podstawialiśmy kamienie, kombinowali, jak podnieść koło ze spaloną oponą. A pomocy znikąd. Na całej górskiej trasie może spotkaliśmy dwa samochody. Taka opona to koszt 300USD, ale ta spalona już i tak była strasznie zużyta.

Do Copiapo wjeżdżaliśmy po 17:00, po pokonaniu ok. 300km. Przez całą drogę próbowałem wypytać Jorge o Llullaillaco, ale on sobie tą nazwę podśpiewywał, nie chcąc nic zadeklarować. Potrzebowałem potwierdzenia, że pojutrze startujemy. Powiedział jedynie, że nie zna drogi. A w Copiapo uciekł, nie biorąc pieniędzy i mówiąc, że Marta mi wszystko wyjaśni. Płaciłem Ruvenowi, który podwiózł mnie do mojego residencial.

Okazało się, że niewiele brakowało, by Marta musiała mnie odbierać z pod Ojosa. Chłopaki zrezygnowali, twierdząc że to zbyt trudne, męczące, niebezpieczne, że nowa robota na horyzoncie. Zostałem na lodzie, bo 6 stycznia miałem startować na Llullu. Jeszcze tego dnia z Martą rozpoczęliśmy akcję poszukiwania transportu. Ja w Copiapo, ona z pozycji La Sereny. Wziąłem tylko prysznic i do pracy. Kolacja i odpoczynek musiały poczekać. Zawsze pod górę na wyprawach, nic nie przychodzi łatwo.

Powstał problem, ale też przyszła ulga. Widząc co wyprawiają Manuel i Jorge, jak jeżdżą, jak są nieprzygotowani, byłem pewien, że z Llullu byłaby piękna katastrofa. Straciłbym czas, pieniądze i utknął gdzieś w połowie drogi. Fajne chłopaki, by pójść na piwo, mam nadzieję, że są lepszymi górnikami, ale tam gdzie potrzeba inwencji własnej, nie dają rady. Oni przyzwyczajeni są, że do kopalni jadą dobrą drogą, gdzie wszystko jest zorganizowane i wiadome. Ten prosty dojazd do Ojosa dał im jednak w kość. Ale dali radę, cena dobra, zawieźli i odebrali. Co nie zmienia faktu, że jak sobie o nich wspomnę, zaraz pojawia mi się w myślach słowo - pierdoły. 

5 stycznia miałem zająć się praniem, przepakowaniem, zakupami, przygotowaniami do wyjazdu, a wieczorem napisać coś na bloga. Wszystko jednak wzięło w łeb. Cel nadrzędny - szukanie transportu na LLullaillaco, co w Chile nie jest łatwe. Nie dość, że ceny koszmarne, to tutejszym ludziom jakby się nic nie chciało i zawsze znajdą sto przeszkód, by czegoś nie zrobić albo powiedzieć, że się nie da. Zero własnej  inwencji. Strasznie są wkurzający.

Kolejny wpis poświecę wysokim jeziorom w masywie Ojosa del Salado.

pozdrawiam

Gregor

FILM: Wszystkie NAJ wulkanu Ojos del Salado 6896m.

English short note: Ojos del Salado 6896m -  the highest volcano in the world, the second highest mountain of the Andes. I climbed to the summit three times over six days, two times from the Argentinian side. The highest overnight stay at 6820 m. I found the uppermost lake in the world and the geothermal field.

Na zdjęciach: mój cel czyli Ojos del Salado, Manuel, penitenty, Refugio Tejos, krater i wierzchołek chilijski. Od 11-go zdjęcia strona argentyńska - widok na Ojosa, wierzchołek(w tle na jednym zdjęciu chilijski), największy lodowiec, namiot na 3820m. Od zdjęcia 20-go powrót do Chile - pole geotermalne i solfatary, najgrubszy lodowiec. Dalej Laguna Verde, Nevado Tres Cruces, salar przy Lagunie Santa Rosa, spalona opona oraz Jorge(z lewej) i Ruven w akcji. Na koniec - świąteczne akcenty w Copiapo. 

Opublikowano w Blog
Pole geotermalne Hveravellir położone jest około 650m n.p.m., w północnej części Kjolur i w rejonie pola lawowego Kjalhraun (z ok 5800r. p.n.e.). Stanowi część nieaktywnego obecnie systemu wulkanicznego Langjokull (zarazem drugiego co do wielkości islandzkiego lodowca, ok. 953km2). Aczkolwiek w tym rejonie tak naprawdę jest kilka systemów wulkanicznych, często w specjalistycznych źródłach traktuje się rejon Hveravellir jako taki system, którego główna część jest pod lodowcem Langjokull na wysokości ok. 1360m n.p.m. Stanowi potencjalnie aktywny teren wulkaniczny, dzięki źródłom geotermalnym i fumarolom, oraz ze względu na fakt najmłodszej erupcji w tym rejonie ok. 950 roku naszej ery (potężnej, szacowane na VEI 6). W systematyce islandzkich wulkanów Hveravellir to wulkan centralny we wschodnim systemie wulkanicznym Langjokull.

Tutejsze pole geotermalne często jest reklamowane jako najpiękniejsze na Islandii. Ale bez przesady. Z pewnością jest ciekawe. Wokół źródeł zbudowano drewnianą ścieżkę, umieszczono tabliczki z nazwami. Jest kilka źródeł-basenów termalnych np. Raudihver, Graenihver, Blahver(Blue Geysir, najefektowniejszy), Fagrihver, są fumarole, np. Oskurhóll (Oskurhver), i niewielkie tryskające termalne źródła np. Eyvindarhver. Najbardziej charakterystyczne dla tego miejsca są: wspomniana fumarola. Niewielki mineralny stożek, z którego wydobywają się gazy i para wodna, oraz źródła-baseny termalne z błękitną wodą, często obudowane minerałami i wznoszące się ponad okoliczny teren. Blahver czasami mocniej wyrzuca wodę, od kilku do kilkudziesięciu centymetrów, co go w pewien sposób upodabnia do gejzeru. Z infrastruktury jest tutaj niewielkie schronisko, pole namiotowe i niewielkie termalne kąpielisko - czynne w lecie i czasami w zimie podczas zorganizowanych wyjazdów (można oglądać zorzę polarną). Zimna woda doprowadzana jest gumowymi rurami z potoków, by po wymieszaniu z gorącą, nadawała się do kąpieli. Ponadto w sąsiedztwie jest stacja meteorologiczna.

Pole geotermalne Hveravellir to cel niejednego turysty. Jest atrakcyjne, chociaż jak często można usłyszeć, wszystkie pola tego typu są podobne do siebie. To prawda, trzeba zagłębić się w szczegóły, by dostrzegać różnice. Część osób dociera tutaj wprowadzona w błąd, przez mapy, ulotki i pracowników informacji turystycznych. Na Islandii obecnie jest jeden działający gejzer Strokkur w Geysir, któremu towarzyszy kilka nieczynnych. Ale Islandczycy naciągają rzeczywistość i twierdzą, że gejzery są jeszcze w Deildartunguhver, i właśnie w Hveravellir. Mocno naciągana historia. Są to pola geotermalne ze źródłami geotermalnymi. W Deildartunguhver jest najbardziej wydajne termalne źródło na Islandii, tryskające nieprzerwanie na około pół metra do góry. Nie jest gejzerem. A co jest? Napiszę o tym później, gdy dojadę do Geysir.

Droga F35 (35), to najkrótsza możliwość dotarcia z północy na południe Islandii (i odwrotnie), chociaż umiejscowienie ogranicza użyteczność tego traktu. Zachodnia część wyspy, szutrowo-off roadowa, zamknięta przez ponad pół roku. Tak naprawdę z Reykjaviku do północnego krańca F35 szybciej można dojechać jedynką aniżeli 35-tką. Stopniowo przerabia się ją z off-roadowej na szutrową, spore fragmenty na północy i południu już są takie. By szybko się przedostać z północy na południe najlepiej byłoby przerobić dużą trudniejsza drogę F26, najsłynniejszą na linii północ-południe, z której korzystałem rok wcześniej (film: F26 (4x4) Sprengisandur, w wersji rozszerzonej: ICELAND 4x4 - Pórsmork, Laki, F26-interior, Askja, Landmannalaugar, więcej filmów z Islandii można znaleźć na moim kanale youtube: TUTAJ). Tylko wtedy Interior nie byłby już ten sam. Ekonomicznego sensu ponadto brak. Wyasfaltowanie F26 budowa mostów, zimowe odśnieżanie i utrzymanie, wybudowanie jakieś infrastruktury, jak choćby parkingi czy stacja benzynowa, pochłonęłyby majątek. Dobrze jest jak jest, byleby Islandczycy dali sobie spokój z zamykaniem dróg, a zamiast tego poprzestali na ostrzeżeniach i rzetelnych informacjach.

Zima trwała długo, lecz dojechanie niewiele ponad 10km od Hveravellir nie stanowiło większego problemu. Zatem, gdyby Islandczycy nie byli tak leniwi, to zrobiliby następująco. Dopuścili dojazd autem do miejsca, gdzie zostawiłem Suzuki Jimny, a w miejscu szlabanu zostawili informację jak wygląda sytuacja. Dokąd można dojechać i jakie są warunki na ostatnich pieszych jedenastu kilometrach. Mało kto by się zdecydował na taką wycieczkę, ale ci którym naprawdę zależy, podjęliby wyzwanie. A tak oficjalny urzędowy przekaz był taki. Droga F35 jest nieprzejezdna i nie ma żadnych szans dostania się do Hveravellir. Chyba, że helikopterem. Islandia jest bardzo drogim krajem dla wszystkich co chcą ten kraj solidnie pozwiedzać. Nawet dla najbogatszych nacji świata. Skoro już płacą tutaj horrendalne pieniądze za wszystko, powinni liczyć przynajmniej na to, że miejscowe władze zrobią wszystko, by turyści mogli zobaczyć to na czym im zależy. A tego nie robią. Spotkałem sporo ludzi, którzy wynajęli terenówki, by wjechać w Interior, a ode mnie dowiedzieli się, że jest zamknięty, że panuje tam zima. W takiej sytuacji zadowoliłby ich choćby przejazd fragmentem Interioru, ale władze go nie udostępniły. Prawdę powiedziawszy, to gdyby koparka popracowała parę godzin, umożliwiłaby swobodny dojazd autom osobowym do miejsca, gdzie zostawiłem samochód na F35 (35). Jednakże drogę do Hveravellir od północy udostępniono dopiero 26 czerwca, a odcinek od południa otwarto 3 lipca. Zarządca dróg, Vegagerdin, dysponuje danymi o otwarciu dróg off roadowych na przestrzeni wielu lat wstecz. Udostępnia tabele z danymi z ostatnich pięciu lat, co roku aktualizowanymi. I tak w latach 2009-2013, drogę nr 35 od północy (od Blonduvirkjun) do Hveravellir najwcześniej otwarto 26 maja, najpóźniej 22 czerwca, średnio 8 czerwca. Drogę od południa (od Gulfoss) najwcześniej otwarto 8 czerwca, najpóźniej 22 czerwca, średnio 13 czerwca. Dla lat 2010-2014 liczby są następujące: od północy 26.05(najwcześniej)/18.06(najpóźniej)/06.06(średnio). Od południa: 05.06/22.06/14.06. Jak widać, rok 2015 pobił rekordy najpóźniejszego otwarcia drogi nr 35 w ostatnich latach, nie tylko jej. F35 jest jedną z najwcześniej otwieranych dróg off roadowych na Islandii.

Powrót do samochodu zajął mi 1h45min, przed 4:00 ruszyłem w drogę powrotną. Poszło całkiem sprawnie, zamknąłem szlaban z łańcucha. W najmniejszym stopniu droga nie ucierpiała na moim przejeździe. Poza mną nie było tutaj żywej duszy. Ruszyłem ku jedynce, 2 godziny jazdy szutrami, z niespodziewaną atrakcją, drogę przebiegł mi lis polarny, dosyć rzadkie zwierzę. Nocne piesze 20kilka kilometrów stanowiło świetny trening przed górskim dniem następnym. Tymczasem na parkingu koło Hvamnastangi postanowiłem się zdrzemnąć. Znowu strasznie wiało, huśtało autem na postoju. A obudził mnie padający śnieg. Towarzyszył w dalszej jeździe, a wiatr znowu chciał mnie zrzucić z drogi. Dwa razy prawie mu się to udało, z trudem opanowałem kierownicę. Padający śnieg (+1°C), zaspy po bokach, huraganowy wiatr, mgła. A w Interiorze było tak przyjemnie.

Dojazd do Reykjaviku nie miał głębszej historii. W jednym miejscu koło Bifrost znalazłem piękne lawy, w tym z dodatkiem zielonego malachitu (związanym z występowaniem miedzi). W  Borgarnes kupiłem butlę wody, papier toaletowy i przemyłem trochę samochód. Wyglądał po tym zabiegu, jakby nie zjechał w ogóle z asfaltu. Punktualnie wieczorem zdałem samochód z uzupełnionym paliwem, odbierająca go dziewczyna, nie miała żadnych zastrzeżeń. W dwie doby pokonałem Jimnym 836 km, z których 300km drogami szutrowymi, w tym F35 (w dzień oddania auta 339 km). Z terminalu BSI udałem się na wzgórze niedaleko Perlan, na znane mi miejsce noclegu w zagajniku. Przygotowałem rzeczy na wyjazd na Eyjafjallajokull, budzik nastawiłem na 5:00. Zostało kilka godzin na sen.

Film z Hveravellir można zobaczyć: TUTAJ.

  • Na zdjęciach:
  • 1-22) Pole geotermalne Hveravellir i droga F35 (Kjalvegur), kilka zdjęć z 2014 dla porównania.
  • 23-35) Powrót do Reykjaviku z rejonu Blonduos. Na zdjęciach m.in. droga nr 1 i skały wulkaniczne niedaleko Bifrost.
  • 36-39) Reykjavik, w tym biwak w zagajniku koło Perlan.
Opublikowano w Blog
czwartek, 30 lipiec 2015 06:05

Termalna rzeka w Hveragerdi (Islandia)

Za miasteczkiem minąłem kilka gospodarstw rolnych ze sporą liczbą koni, ogromną dmuchaną kopułę nad boiskiem albo nad serią kortów tenisowych oraz pole golfowe. Tych ostatnich jest sporo w południowo-zachodniej części Islandii. Dotarłem do sporego źródła termalnego, wyrzucającego wodę na ponad dwadzieścia centymetrów. Wokół w termalnej kałuży urosły kolorowe glony tworzące fantastyczną mozaikę. Po blisko czterech kilometrach doszedłem na parking, skąd czekała mnie górska wędrówka do termalnej doliny Reykjadalur, którą płynie termalna rzeka. Tak naprawdę cała okolice jest termalna. Wszędzie pełno termalnych źródeł, wyziewów wulkanicznych, także przy ścieżce, którą ruszyłem. Może niedokładnie ścieżką, tylko od źródła do źródła. Większe, mniejsze, głębsze, płytsze, bardziej wydajne i mniej, z wodą krystaliczną i błotnistą, z dużą ilością pary wodnej i niewielką. Jak ja to kocham. W tym czasie tłumy schodziły ścieżką w dół. Ze sto osób. Liczyłem na to. Robiło się późno.

Surowa przyroda, rejon aktywnego wulkanu, tu termalne źródło, tam gorące wyziewy, a obok płaty śniegu. Czy może być coś piękniejszego? Wiem, to głupie pytanie, większość odpowie twierdząco. Na Islandii jest sporo termalnych rzek i bajorek, w których można się kąpać. Najsłynniejsze takie miejsce to Landmannalaugar w Interiorze, do którego prowadzą drogi off roadowe. Dla nie posiadających transportu 4x4 alternatywą jest Hveragerdi. Minusem, który część ludzi odstrasza, jest konieczność 3 kilometrowej wędrówki pod górę. Nie jest wymagająca, ścieżka jest solidna, a po bardziej stromym początku, później delikatnie faluje - góra-dół. Na początku termalnej strefy znajdują się liczne termalne źródła, niektóre spore. Czym bardziej dymiące, tym bardziej gorące. Kąpiel w temperaturze 80-100 Celsjusza nic dobrego nie wróży, ciało ludzkie już trochę powyżej 50 stopni zaczyna w wodzie doświadczać uczucia jakby poparzenia. Ale na początku po prawej stronie ścieżki znajduje się nie dymiące bajorko o szarym, błotnistym kolorze. Niewielkie termalne źródła zasilane są schłodzonymi termalnymi potokami. Dzięki temu śmiało można się w nim kąpać, termometr wskazał 37,5 stopni. W okolicy są też źródło-bajorka z temperaturą 50kilku stopni, które parują niewiele mocniej niż takie z temperaturą około 40 stopni, ale te pierwsze są za gorące, a przy dnie temperatura będzie jeszcze wyższa.

Idąc dalej, dojdziemy do termalnej rzeki, koło której budowano drewnianą kładkę i miejsce na przebranie. Mam nadzieję, że po budowie tych ułatwień, teren nie stanie się płatny. U Islandczyków widzę dużą tendencję, by wszystko co się da, zrobić odpłatnym. Powoli, acz konsekwentnie obejmują odpłatnością kolejne miejsca, wcześniej bezpłatne.

Rzeka w okolicy drewnianych ułatwień miała temperaturę ciutkę powyżej 30 stopni Celsjusza, za mało (w lecie w tym miejscu jest pewnie trochę cieplej, gdy stopnieją okoliczne śniegi i temperatura powietrza się podniesie). Ruszyłem wyżej. Teren jest podmokły. Mchy, błoto, strumyki z topniejących śniegów, termalne błota, zapadałem się w butach i spodniach po łydki - bo nie szedłem ścieżką szukając fajnego miejsca. W końcu odpiąłem nogawki spodni, zdjąłem buty i szedłem dalej. Dobrze zrobiłem, bo kilka razy ugrzęzłem w błocie powyżej kolan. Rzeka nie jest duża, szeroka zazwyczaj w granicach metra - dwóch, płytka, stąd z kamieni pobudowane małe tamy, wtedy leżąc na płasko, prawie całe ciało jest pod wodą. Temperatura powietrza nie przekraczała 7-8 stopni. Ludzi została resztówka, na przestrzeni ponad pół kilometra rzeki może z 20 osób. Niektórzy planowali pozostać na noc w namiotach. Znalazłem w końcu fajne miejsce z temperaturą 41°C i małą zaporą. Wyprałem zabłocone spodnie i walnąłem się do wody. Jak przyjemnie. Góry, cisza. Miałem wodę niegazowaną, trochę jedzenia, w tym skyr - przepyszny miejscowy jogurt. Ostatnia okazja, by się czegoś napić, coś kupić, to kafejka na parkingu u podnóża masywu.

Islandzkie góry często wyrastają z poziomu morza, dlatego znajdując się na około 280m.n.p.m. czułem się jak w sporych górach a nie na pagórkach. Nie śpieszyło mi się z powrotem do namiotu. Za to zaobserwowałem kolejny raz, w kolejnym nordyckim kraju, podobne sceny. Miejscowi się nie krępują. Nierzadko przebierają bez zakrywania, tak samo się kąpią - nago. Za to turyści odstawiali całe przedstawienie, z ręcznikami, często trzymanymi przez drugą osobę. Wielka mi atrakcja, oglądanie nagiego ciała z kilkudziesięciu czy stu metrów przez kilka sekund. Islandczycy nie mają z tym problemów.

Było dobrze po 21:00, gdy zacząłem się szykować do drogi powrotnej, liczącej jakieś siedem kilometrów, może z groszami. Ścieżka biegnąca przy rzece pnie się dalej do góry, ponoć gdzieś wyżej odbijając od drogi nr 1, można dojechać w pobliże Reykjadalur, mając do pokonania wyraźnie krótszą drogę, aniżeli idąc od dołu. W tym rejonie jest też sporo tras pieszych.

Poza osobami z dwóch namiotów, byłem ostatni, który ruszył na dół. Na pole namiotowe dotarłem po 22:30 Kolacja, prysznic, porządki w namiocie i spać. Mimo pierwszej w nocy, było jasno. Reykjadalur jest ciekawym miejscem, ale Ladnmannalaugar jest atrakcyjniejsze. Rzeka szersza, głębsza, stawy termalne, łatwe wybieranie miejsc cieplejszych i chłodniejszych, bo wydajne źródła termalne wypływają z pola lawowego obok kąpieliska, bezpłatnego. Utrudnieniem jest dojazd i w Interiorze pogoda często jest gorsza niż koło Hveragerdi. Termometr w nocy zmierzył następujące minimalne temperatury: +4°C w namiocie i 0°C na zewnątrz.

  • Na zdjęciach:
  • 1-45) Teren geotermalny Reykjadalur i okolice.
  • 46-48) Teren geotermalny Landmannalaugar (VIII.2014) - dla porównania.
Opublikowano w Blog

Pole gejzerów El Tatio w Chile, wysokość ok. 4300m i pole geotermalne z fumarolami - Sol de Manana w Boliwii na wysokości ok. 4900m. Oba miejsca znajdują się w Andach na wulkanicznym płaskowyżu Altiplano (Ameryka Południowa)

El Tatio - geysers field, Chile, about 4300 m asl and Sol de Manana - geothermal field with fumaroles, Bolivia, about 4900 m asl. Both: Andes, Altiplano plateau (South America).

Opublikowano w Blog
Strona 1 z 3

nationalgeographic box

red bull 225x150

TOKFM box

iexpert 225X150px

stopka plecak

LogoStopka

stopka plecak

Strona używa informacji zapisanych za pomocą… plików cookies w celu dostosowania do indywidualnych potrzeb użytkowników. Jeżeli tego nie akceptujesz zmień ustawienia przeglądarki dotyczą…ce cookies. Więcej informacji można znaleźć‡ w naszej Polityce prywatności.