NAJBLIŻSZE PRELEKCJE PODRÓŻNICZE i INNE WYDARZENIA:

 19 sierpień - 7 wrzesień - Tanzania (Kilimandżaro, Serengeti, Ngorongoro, Zanzibar)

 24 wrzesień - XXII Festiwal Górski w Lądku Zdroju, o PROJEKCIE 100 WULKANÓW, w panelu w Wielkim Namiocie pomiędzy godz. 10 a 16. PROGRAM

 a2b2

portal gorski 225x150 box

slaskie box

spokey.jpg 225PX

LOGO

Podziel się

FacebookMySpaceTwitterGoogle BookmarksLinkedinRSS Feed
Korzystając z chwili przerwy między wyprawami skorzystałem z zaproszeń do kilku audycji telewizyjnych i radiowych. O Projekcie 100 wulkanów, nie pierwszy razy, napisał National Geographic. Link do artykułu jest tutaj:

Polak od 11 lat realizuje wyjątkowy projekt. Zamierza odwiedzić 100 wulkanów.

10 sierpnia zapraszam o 22:30 do TVP Polonia, gdzie w programie Halo Polonia poopowiadam o PROJEKCIE 100 WULKANÓW. Materiał można obejrzeć: Tutaj - od 26 minuty.

Miałem też przyjemność kolejny raz gościć w programie Pokaż nam Świat, prowadzonym przez Kubę Poradę, na antenie TVN24BiS. Emisja nastąpi w sobotę i niedzielę - 12-13 sierpnia (sobota 9:30 i 16:30 oraz niedziela 10:00 i 16:30). Będzie między innymi o grillu na Etnie. Dlat tych co nie mogli obejrzeć programu, nic straconego, dostępny jest: Grzegorz Gawlik - Pokaż nam Świat.

W sobotę również (12.08), o 19:30, na antenie Jedynki Polskiego Radia, poopowiadam o wulkanach w audycji dla dzieci (Jedynka Dzieciom - audycja Programu 1) w rozmowie Joanną Ficińską (3 części będzie można usłyszeć na antenie, 4-tą odsłuchać na stronie internetowej Polskiego Radia).

Natomiast 14 sierpnia około 14:00 na antenie Czwórki Polskiego Radia porozmawiam z Anną Hardej o wulkanach i podróżach (audycja Dajesz Radę).  Nie interesują mnie miejsca, w które każdy może się dostać. Pociągają mnie te, do których ciężko dotrzeć - mówi w Czwórce Grzegorz Gawlik, zafascynowany geologią prawnik, podróżnik, himalaista oraz zdobywca wulkanów (więcej informacjie jest na stronie Polskiego Radia: TUTAJ (plik audio jest po lewej stronie)).

Potem pozostanie mi chwila na pakowanie i w drogę do Tanzanii - Kilimandżaro - Serengeti - Ngorongoro - Zanzibar (PAMIR.PL).

Gdy już będę w Tanzanii, na 22-go sierpnia, po godzinie 15:00 zaplanowana jest emisja, w Trójce Polskiego Radia, rozmowy przeprowadzonej przez Pawła Drozda -  audycja Świat z lotu Drozda. Materiał zarejestrowaliśmy przed samym wylotem do Afryki. Rozmawialiśmy między innymi o ostatnich dokonaniach w PROJEKCIE 100 WULKANÓW.

A co z tą Pragą? Czas nie pozwala pisać o wszystkim co robię, o wszystkich wyjazdach. Lecz czasami próbuje przemycić jakieś drobnostki. Pragę w tym roku odwiedziłem już po raz czwarty i powiem - Pragi nigdy za dużo. Jest przepiękna. Przy każdej nadarzającej się okazji odwiedzam czeską stolicę, prezentując poniżej kilka zdjęć.

Najbliższa i jedna z nielicznych okazji do posłuchania mnie na żywo nastąpi na najstarszym w Polsce - Festiwalu Górskim w Lądku Zdroju 24 września, edycja XXII (21-24.09). O ile żaden lew w Tanzanii mnie nie pożre :). Serdecznie zapraszam (Wielki Namiot, panel pomiędzy godz. 10 a 16, program jest  TUTAJ).

Na zdjęciach: materiały z TVN24, TVP Polonia, z Polskiego Radia, National Geographic,  trochę zdjęć z Warszawy, w tym Jezioro Czerniakowskie, Stare Miasto, Wisła, Stadion Narodowy przed Memoriałem Kamili Skolimowskiej i dla porównania w okresie zimowym. A także kilka zdjęć z czeskiej Pragi. 

Opublikowano w Blog

Jezioro płynnej lawy w zboczu Krateru Centralnego wulkanu Etna (Sycylia, Włochy).

Opublikowano w Filmy
Tytuł może grafomański, ale oddaje w sposób skondensowany zakres wyjazdu. Na rozgrzewkę białoruski Brześć z Twierdzą Brzeską, Moskwa z Kremlem, zabytkowym metrem, Placem Czerwonym, Arbatem. Sankt Petersburg z Newą i Newskim Prospektem, Pałacem Zimowym, Zatoką Fińską Morza Bałtyckiego. Z podmiejskim Puszkinem w którym pałac Jekaterynowski z kopią bursztynowej komnaty, oraz Jeziorem Ładoga koło Szlisselburga. A potem w kierunku celów najistotniejszych. Na początek Syberia.

Po czterodobowej imprezie w pociągu na linii Transsyberyjskiej witał Irkuck z Angarą i drewnianą zabytkową zabudową. A dosłownie chwilę później Listwianka z Bajkałem – jadąc lokalnym mikrobusem z prędkością do 160km/h była to naprawdę chwila, mogłem napisać testament przed wyjazdem. Bajkał nie był najistotniejszy w całym wyjeździe, ale nie zabrakło ognisk nad jeziorem, wędzonego na gorąco omula, nerp, a nade wszystko Kolei Krugobajkalskiej. Niewiele ponad 100 kilometrów, ponad 7 godzin jazdy - ale nic w tym dziwnego, jeśli zwykły kursowy pociąg robił postoje, by zjeść szaszłyka, wykąpać się w Bajkale o temperaturze około 5°C, pojeździć na rowerach wodnych, pooglądać tunele, góry.

Sajany – góry podzielone na Sajany Zachodnie i Wschodnie, ciągnące się przez około 1650km, dzikie, piękne, współcześnie zlodowacone – nie można było ich nie odwiedzić. Choć dotarcie w nie, nie było najłatwiejsze – było świeżo po powodzi. Ponadto jazda w 6 osób(wraz z miejscowym kierowcą), z ogromnymi plecakami, w nissanie micra, przez kilka godzin po wyboistej drodze nie należała do komfortowych. Ale to wszystko było nieważne. Cel – najwyższa góra Sajanów: Munku Sardyk (3491m n.p.m., po buriacku Wieczna Góra). Wysoka woda nie pozwoliła ruszyć w góry korytem Białego Irkutu, próby pokonania rzeki mogły się skończyć tragicznie – nie zabrakło porwania przez wodę. Trzeba było poszukać innej drogi – udało się taką znaleźć – okrężną, ale widoki zapierały dech w piersiach.

Emocji dostarczało pokonywanie kolejnych zboczy, szczytów, stromych dolin, rzek, wodospadów, płatów śniegu, fragmentów lasu, torfowisk, tundry górskiej. Co jakiś czas prezentowała się skalno-lodowa ściana Munku Sardyk – nie do pomylenia z niczym innym w tym rejonie. Ogromne przestrzenie, przepiękne góry, raz skaliste, raz bardziej o charakterze płaskowyżu – a przede wszystkim dzikie.

Po dwóch dniach ostrej wędrówki udało się dotrzeć nad lodowcowe jezioro Egoj(Echo, 2613m.n.p.m.), po którym pływał jeszcze lód - w środku lata - a wkoło królowały skaliste szczyty z lodowcem i Munku Sardyk na czele. Tylko nad jeziorem można było rozbić namiot w miarę bezpiecznie ze względu na lawiny skalne i spadające głazy. Po przetrwaniu załamania pogody, nastał w końcu słoneczny i bezchmurny poranek, mroźny. Można zatem było zaatakować najwyższy szczyt Sajanów, surowy, majestatyczny, niebezpieczny i całkiem trudny. Rumowisko skalne, z głazami miejscami o wielkości samochodów, płaty wiecznego śniegu. Droga przez lodowiec i wzdłuż niego była zbyt ryzykowna, na powierzchni lodowca widniała świeża nieduża lawina, po ostatnich opadach śniegu. Co jakiś czas spadały po nim kamienie i głazy z ogromną prędkością. Zostać uderzonym takim to niechybna śmierć, więc wprowadziłem nasz trzyosobowy zespół (ja i dwie koleżanki) na boczną grań i nią pięliśmy się do góry.

Wędrówka tą drogą nie była łatwiejsza, była dłuższa, ale uniknęliśmy czegoś na co nie mieliśmy wpływu – spadających kamieni. Duża część trasy prowadziła po rumowiskach skalnych o bardzo dużym nachyleniu, głazy były ruchome, nieraz trzeba było odskakiwać przed którymś przez nas poruszonym. Żleby miejscami były wypełnione żwirem i mniejszymi kamieniami, było to wszystko dosyć plastyczne, osuwaliśmy się, trzeba było bardzo uważać, bo kilkadziesiąt stopni nachylenia wróżyło tragedią w razie większego osunięcia.  

Od około 3000 metrów wkroczyliśmy na świeży śnieg (oblodzenie skał i kamieni sięgało niżej). Jezioro Egoj było lazurową kropeczką, nasze namioty ledwie widocznymi punkcikami. Zahaczaliśmy też o fragmenty lodowca. Moja rola polegała na tym, by przejść trudniejsze odcinki na „żywca” i zrzucić linę towarzyszkom wyprawy, by mogły pokonać przy jej asekuracji trudniejszy odcinek. Były naprawdę dzielne i świetnie zniosły tą wędrówkę. Charakter wyjazdu nie pozwolił zabrać sprzętu wspinaczkowego. Trudny teren, duże nachylenie, spore oblodzenie i sytuacje zachwiania na występach skalnych, poślizgnięcia na płytach skalnych. Osunięcia na rumowiskach tak sypkich, że nie dało się ustać, też na śniegu, lodzie, a wkoło setki metrów przepaści. Fragmenty skał chwytane w ręce nieraz w nich pozostawały, erozja była mocno posunięta. Gdybyśmy nie mięli kilkunastu metrów liny, sprezentowanej w dolinie od Rosjan, przez kilka miejsc dziewczyn bym nie przeprowadził, ponadto dodawała ona trochę komfortu psychicznego.

Ostatnie dwieście metrów wspinaczki było wymagające i gdyby nie lina poręczowa, mogłoby nam się nie udać wejść na szczyt, a w każdym razie ryzyko byłoby graniczące z szaleństwem.  Lina była w stanie budzącym duże wątpliwości. Dosyć stara, cienka, a nade wszystko w wielu miejscach poprzecierana o skały, bądź włókna były tak rozciągnięte, że zwiastowały rychłe przerwanie. Pewności co do stanu montażu lin też nie można było mieć. Decyzja o powierzeniu siebie linie byłaby głupotą, jej zerwanie przy oparciu na niej całego ciężaru, to rychła śmierć. Trzeba było szukać też innych miejsc, gdzie można było oprzeć nogę, rękę, jednak bez tej liny byłoby znacznie trudniej niż z nią, zwłaszcza że wszystko było oblodzone. Udało się jednak pokonać najtrudniejsze fragmenty, a ostatnie kilkadziesiąt metrów to skały i ogromne głazy, dosyć stabilne, łatwe do pokonania, choć wymagające pewnej zwinności.

Dotarliśmy na szczyt najwyższej góry Sajanów, na granicy rosyjsko-mongolskiej. Dla tych widoków warto było ryzykować. Niepokoiły tylko szybko zbierające się kłębiaste chmury tuż nad głowami. One niczego dobrego nie zwiastowały. Wejście od strony mongolskiej na Munkusia, jak pieszczotliwie nazwaliśmy Munku Sardyk, jest łatwe, od strony rosyjskiej o charakterze alpinistycznym – przynajmniej fragmentami, ale cały przekrój trasy jest dużo trudniejszy. Na szczycie jest metalowy krzyż, trochę metalowych tabliczek i inne drobiazgi, ponieważ to święta góra Buriatów. Od strony rosyjskiej jest przepiękny widok na potężny fragment Sajanów, które miejscami mają charakter alpejski, miejscami charakter płaskowyżu, widać głębokie doliny, małe lodowce, a w dole oko jeziora Egoj. Od strony mongolskiej pejzaż jest łagodniejszy, a przy dobrej pogodzie widać ogromne jezioro Chubsuguł.

Pogoda w Sajanach zmienia się szybciej niż powszechna opinia, że pogoda w górach zmienia się szybko. Błyskawicznie pojawiły się kłębiaste chmury, w ciągu dziesięciu minut rozpętała się burza śnieżna. Widoczność spadła prawie do zera.

Trzeba było uciekać, bo po pierwsze nie mieliśmy sprzętu na wspinaczkę w stricte warunkach zimowych(letnią zresztą też), a po drugie było pewne, że lada chwila w najwyższy szczyt, z metalowymi elementami, zaczną uderzać pioruny. Widoczność bardzo ograniczona, opad intensywny, w chwilę pod nogami było biało. Huk burzy budził respekt. Pioruny rzeczywiście jeden po drugim „atakowały” wierzchołek. Następnie schodziły ramionami, w tym przez nas. Co jakiś czas uderzał w nas prąd. Na szczęście trwałej krzywdy nam nie zrobił, ale włosy stawały dęba, a ruch rękami powodował dźwięki, jakie słyszy się przy liniach średniego i wysokiego napięcia. Ucieczka ze szczytu była trochę szaleńcza, jednak najtrudniejsze miejsca przechodziliśmy przy użyciu liny.

Mokrzy, brudni, ze zdartymi dłońmi od skał, doszliśmy do podnóża lodowca, skąd do jeziora było już blisko. Pogoda gwałtownie się poprawiła, niebo znów świeciło błękitem. Doszliśmy do namiotów, a to nie był koniec wędrówki na ten dzień. Czas naglił, nastąpiło więc żmudne pakowanie i ruszyliśmy w dół. Szliśmy bardzo szybko, bo zbliżała się noc. Udało nam się zejść do pierwszych drzew, na ok. 2100m n.p.m. Rozbiliśmy się na krzakach z czołówkami na głowach przed północą, a wcześniej nie zabrakło przeprawy przez sporą w tym miejscu rzekę. O poranku kontynuowaliśmy zejście kanionem Białego Irkutu, dziesięć razy przeprawiając się przez rzekę. Bywało niebezpiecznie.

W nocy tego samego dnia dotarliśmy, choć nie bez trudu, w okolice miejscowości Żemczug w Dolinie Tunkińskiej u podnóża Sajanów Wschodnich. Po to, by następnego dnia spędzić kilka godzin w termalnym błotnistym kąpielisku obok rzeki Irkut, zaprzyjaźniając się z krowami. Zajadając bliny, arbuzy i pozy (pierogi z  mielonym mięsem przyrządzane na parze, w Mongolii nazywają się buzy). Nie zabrakło błota, krowich placków, eleganckich samochodów i Rosjanek ubranych w najmodniejsze stroje bikini.

Wieczorem byliśmy już jednak w Sludiance, a rano jechaliśmy w kierunku Ułan Ude, stolicy Buriacji. Po zobaczeniu największego pomnika Lenina i zjedzeniu paru szoarm(czyli kebabów)) oraz morożenoje, następny przystanek był w Nauszkach na granicy rosyjsko-mongolskiej. Po nocy na dworcu, jednej z kilku podczas wyjazdu, udało się wjechać do Mongolii, gdzie po niemalże bitwie z Mongołami - w przeciwieństwie do Bitwy pod Legnicą w 1241 roku - wygranej - udało się kupić bilety z Suche Bator do Ułan Bator, jadąc koleją Transmongolską. Podróżowaliśmy na całej trasie tylko wagonami plackartnymi (bezprzedziałowe sypialne) i obszczij (miejsca siedzące) nie licząc elektriczek (miejsca siedzące) – bo tak jest najfajniej.

W Ułan Bator zamieszkaliśmy blisko buddyjskiego klasztoru Gandan. Zajęliśmy się załatwianiem uaz-a z kierowcą, a jako że mieliśmy ambitny plan, nikt nie chciał z nami pojechać. Lecz w końcu się udało. Już pierwszego dnia zrozumieliśmy, dlaczego nasz organizator transportu pytał nas, czy zgadzamy się, by kierowca jechał skrótami. Kolejny raz wrócił temat – dlaczego my –  głupcy – nie spisaliśmy przed wyjazdem testamentów. Jazda w uaz-ie, w wersji bus, po stepach, z prędkością okresowo 110km/h to jedyne doznanie w swoim rodzaju, trzeba było bardzo się starać by nie stracić zębów – a pasy – co to w ogóle jest? Nasz kierowca Baska każdego dnia nam udowadniał, że nie ma dla niego rzeczy niemożliwych i tam gdzie nikt nie przejedzie on da radę. Kaniony, góry, błota, rzeki, pustynia – wszystko da się przejechać – nieważne że wszyscy inni pokonują dany odcinek pieszo – on nas zawiezie, nie pozwoli nam użyć nóg, a to że kilka razy po drodze prawie się zabijemy - drobny szczegół. Godne najwyższego podziwu było również to, gdy na stepach i terenach pustynnych we wszystkich kierunkach przecinały się nikłe polne drogi, a on wiedział i w dzień i w nocy którą trzeba pojechać.

Podczas przejażdżki po Mongolii nie zabrakło pustyni Gobi (w dzień temperatury przekraczały +50°C, w nocy spadały do +30°C), Ałtaju Gobijskiego z małym lodowcem w dolinie Jolyn Am i kanionami. Potężnych wydm Chongoryn, jaj i kości dinozaurów, kanionów z czerwonego piaskowca w Bajandzag koło Bulgan. Nocy na pustyni pod gołym niebem w towarzystwie jak się okazało skorpionów i pośród karłowatych drzew saksaułów. Odwiedzaliśmy różne miejscowości jak Dalandzadgad czy Tsetserleg. Byliśmy w klasztorze Erdeni Dzu w Charchorin, śpiąc pod samymi murami. W klasztorze Ongiin Khid na pustyni Gobi, w położonym na skałach klasztorze Tuvken.

Odwiedziliśmy wulkaniczne jezioro Terkhiin Tsagaan (lustro wody na 2060m) i czwartorzędowy, ale już wygasły wulkan Khorgo (Chorgo, ok. 2400m) z polami lawowymi. Nie powstrzymałem się od zejścia na dno krateru, kilkaset metrów w dół. Spadanie na powierzchni niewielkiej lawiny z pumeksu i ostrej lawy to bardzo ekscytujące przeżycie.

W górach Changajskich spaliśmy w jurcie (inaczej ger) u rodziny kierowcy, cała wioska przygotowała dla nas sporo atrakcji. Oprócz spożywania licznych smakołyków, które wszyscy poza mną przypłacili zatruciem, robiliśmy wiele świetnych rzeczy. Jak przejażdżki na zwierzętach. Konie końmi, ale mnie najlepiej jeździło się na jaku. Chodziliśmy w tradycyjnych strojach del i uczyliśmy się miejscowych pieśni. Braliśmy udział w zapasach – narodowym sporcie, bez szans na sukces. Nawet małe dzieci znają techniki, by przewrócić dorosłego. Podobnie było w zawodach w strzelaniu z procy. Graliśmy w kości, chyba z wielbłąda. Są cztery kości, regulamin gry. Też nie mieliśmy szans. Zaganialiśmy na koniach jaki do wioski. Imponujące jak tam wszyscy celnie strzelają i jak jeżdżą na koniach, od najmłodszych lat.

Podczas wyprawy między innymi piliśmy wielokrotnie kumys(ajrak) – ohydztwo, którego z gościnności nie można było odmówić – gorsza jest tylko chińska ryżowa wódka i rosyjski napój gazowany o nazwie selenga. Piliśmy mongolską wódkę archi robioną z destylowanego kumysu, jedliśmy pyszne buzy(buudze) i chuuszury - rodzaj pierogów i placków z mięsem. Piliśmy herbatę z mlekiem jaka, jedliśmy placki z masłem jaka, ciastka maślane, ser arul świeży i wysuszony, pewnie z mleka jaka, i cukierki zrobione z arulu (ser ten leczy i chroni zęby). Jedliśmy burunduka - odmianę wiewiórki – więcej kości niż mięsa niezbyt smacznego, jak i zupę nie wiadomo z czego, ale tak tłustą, że zjedzenie stanowiło wyczyn. Wszystko było przygotowywane w jurcie, na piecu umiejscowionym centralnie, który służy także jako ogrzewanie.

Po powrocie do Ułan Bator ruszyliśmy ku Chinom. Grzechem było nie odwiedzić Pekinu, położonego o rzut kamieniem. Problem z biletami zmusił nas do fortelu – kupienia biletów na najbliższej stacji za Ułan Bator(na każdą stację przypada jakaś pula biletów). Nauczeni doświadczeniem zabarykadowaliśmy się przy kasie, by kupić jako pierwsi, i mimo nacisku Mongołów, dopięliśmy swego. A potem dwudziestogodzinna jazda podczas burzy piaskowej(piasek był wszędzie), w pociągu przeludnionym o tysiąc procent. Przekraczanie granicy też dostarczyło emocji. 14 osób ściśniętych w uaz-ie i wielki korek

Znaleźliśmy się w Chinach, w Erlian, witała nas sztuczna tęcza przed terminalem granicznym i bardzo zadbane miasto, choć i graniczne po mongolskiej stronie - Zamyn Uud, prezentowało się całkiem nieźle jak na umiejscowienie na pustyni Gobi.

W granicznym Erlian zaatakowali nas kierowcy autobusów, każdy chciał sobie nas wydrzeć dla siebie. Po targowaniu – w Mongolii norma, w Chinach obowiązek – wsiedliśmy do niezłego autobusu z łóżkami leżącymi i wygodnie przez noc dotarliśmy do Pekinu. Gorąco, duszno, wilgotność do 100% (i tak przez cały pobyt), stojąc, siedząc, pot ściekał po nas ciurkiem. Na Chińczykach nie robiło to większego wrażenia, dla nas to był kolejny ostry klimat po wysokogórskim i zimowym w Sajanach, poprzez pustynny i upalny ale suchy na pustyni Gobi.

W Pekinie nie zabrakło odwiedzin placu Tiananmen(Bramy Niebiańskiego Spokoju), Zakazanego Miasta, Pałacu Letniego, Pałacu Niebios. Wędrówek dziennych i nocnych po starodawnych tradycyjnych dzielnicach – hutongach, w praktyce dla biednych współczesnych mieszkańców. Ilość ludzi w Pekinie robiła wrażenie, jak i rozwój technologiczny. Imponujące konstrukcje, tunele, mosty, autostrady. Szybkie pociągi, drapacze chmur, zaawansowane systemy metra, a to wszystko okraszone wbrew stereotypom dużą wolnością ludzi.

Wpadliśmy z wizytą do Qinhuangdao nad Morzem Żółtym (Zatoka Liaotuńska), zwiedziliśmy pobliskie zabytki, m.in. Mur Chiński w Shanhaiguan. Także w Badaling, niedaleko Pekinu. Mur Chiński to stanowczo przereklamowana atrakcja.  

Nadszedł w końcu czas powolnego powrotu. Do Manzhouli na pograniczu z Mongolią i Rosją, czekało nas 30 godzin jazdy na siedząco w pociągu. To i tak nieźle, bo w Mongolii bywało na stojąco. Chińskie pociągi oferują spektrum wrażeń. Jedne są bardzo szybkie, klimatyzowane, eleganckie, płynące a nie jeżdżące po torach. Są też gorsze, wolniejsze i przeludnione. Najdłuższą trasę przyszło nam spędzić w tych drugich. Mieliśmy na szczęście wykupione miejsca, ale wkoło stało pełno ludzi. Przysiadali na chwilę, gdy ktoś wstawał do toalety. Pociąg jechał przez Harbin, niecałe 200km od granicy z Koreą Północną i 500km od Władywostoku. Jechaliśmy tzw. koleją Transmandżurską.

Manzhouli to takie chińskie Las Vegas na prowincji, duże miasto na stepie, w dzikiej bezdrzewnej okolicy. Wieżowce, kolorowe i oświetlone miasto, eleganckie hotele, dużo budynków w budowie, w tym wysokościowców. Kwitnące przygraniczne miasto, gdzie pełno Rosjan na zakupach i w imprezowym nastroju.

W końcu siedzieliśmy w autobusie do Zabajkalska, skąd po przekroczeniu granicy prywatnym autem osobowym o funkcji taksówki, w sześć osób całą noc jechaliśmy do Czyty. Przywitała nas syberyjskim chłodem, czasem plus osiem godzin w stosunku do Polski, ale cała kolej rosyjska jeździ według czasu moskiewskiego. Z Czyty przez Irkuck i Moskwę w kilka dni dotarliśmy do Brześcia, a następnie do Terespola. Skąd trzeba było jeszcze kilkuset kilometrów i około dziesięciu godzin, by znaleźć się w domu, po jakże udanej wyprawie. Podróż powrotna trwała 11 dni, pokonaliśmy ponad 10 tysięcy kilometrów. Łącznie podczas całego 50-dniowego wyjazdu, dwa tygodnie spędziliśmy w pociągach, lądem przejechaliśmy ponad 26 000km.                                                                                             

(skrócona wersja artykułu z 2006roku)

W galerii niewielka porcja przykładowych zdjęć z wyprawy: 

Opublikowano w Przewodniki Turystyczne
Spojrzałem na mapę w poszukiwaniu zakątka ciekawego, ale jeszcze stosunkowo dzikiego, mając świadomość że jest kwestią niedługiego czasu, kiedy dzikich zakątków praktycznie już nie będzie. Nawet tereny polarne przeżywają okres wzmożonej eksploracji, a za tym zawsze idzie utrata przynajmniej części walorów pierwotnych takiego miejsca.

Mój wybór padł na góry Ural i tereny za kołem podbiegunowym północnym. Pierwszym punktem było miasto Salechard, stolica Jamalsko-Nienieckiego Okręgu Autonomicznego, którego obszar to niemal dziesięciokrotność obszaru Republiki Czeskiej(trzy i pół Polski). Liczy zaledwie 40tys. mieszk., ale obok Moskwy i Petersburga uchodzi za najbogatsze i najdroższe miasto Rosji. Położone jest za rzeką Ob, już w Azji, wkoło otoczone przez jej rozlewiska i zabagnioną tundrę(która przez 10 miesięcy w roku jest zamarznięta). Mimo to, miasto robi wrażenie – lśni nowością, zbudowane jest z najdroższych materiałów budowlanych, zadbane, nawet udało się wprowadzić krzaki brzozy o wysokości około 2-3 metrów. Jeżdżą najnowsze i najdroższe samochody, które pewnie nigdy nie wyjechały poza rogatki, bo nie ma tam dróg, tylko bezkresne bagno, pod którym wieczna marzłoć (na ogół zaczyna się od kilkudziesięciu centymetrów do metra pod ziemią). By tam dojechać potrzeba około czterech dni, pokonuje się ponad 4tys. km i kilka stref czasowych. Taki sam czas jest np. w Pakistanie.

Salechard swoje bogactwo zawdzięcza przede wszystkim złożom gazu i ropy, to w J.-N. Okręgu znajduje się półwysep Jamał, skąd dociera gaz do Polski. Salechard słynie też z tego, że znajduje się dokładnie na kole podbiegunowym północnym(równoleżnik +66°33’), tak samo jak Fort Yukon na Alasce i Rovaniemi w Finlandii. Z tymże, jest najrzadziej odwiedzany(prawie wcale) z tych trzech miast ze względu na trudny dojazd, chociaż poprawia tą kwestię nowoczesne lotnisko. By dostać się do Salechardu drogą naziemną trzeba pokonać m.in. bardzo rozległe obszary tajgi, lasotundry, tundry, góry Uralu Polarnego wyrastające osobnymi masywami. Oraz rzekę Ob w Labytnangi, blisko ujścia do Morza Karskiego, mającą szerokość w tamtym miejscu około 2,5km(a długość jej przekracza 4tys.km). Na końcu jeszcze posterunek miejscowych służb, uważnie pilnujących, by nikt niepożądany nie dostał się na teren Okręgu.

Kolejnym punktem wyprawy była Workuta, położona w europejskiej części Rosji. Leży w pobliżu 67 równoleżnika, 160km na północ od koła podbiegunowego północnego, Liczy ok. 70tys. mieszk. (na początku XXI wieku jeszcze wyraźnie ponad 100 tysięcy), wydobywa się tam m.in. węgiel kamienny. Miasto robi bardzo przygnębiające wrażenie. Wkoło bagnista tundra, płaty śniegu, mimo drugiej połowy lipca, temperatura tylko kilka stopni powyżej zera, pociąg z bezkresnej tundry wjeżdża nagle w blokowisko. Domy na palach, bo tundra zabiera i niszczy każdy kawałek ziemi o którym człowiek zapomni. Nawet dwumetrowy odcinek między chodnikiem a drogą jest zawładnięty przez bagno. Drzew oczywiście nie ma, nawet za wielu większych krzaków brzozy. Domy odrapane, wiele opuszczonych, rozbiera je trudny klimat. Tam tak samo jak w wielu miejscach Rosji, na głównym placu króluje zadbany pomnik Lenina. Workuta to miasto senne i ponure, jakby zapomniane przez wszystkich, leży w autonomicznej republice Komi, znacznie większej niż obszar Polski, tak samo jak najwyższa góra Uralu, znajdująca się w paśmie Subpolarnym.

W lecie trudno dostać się w Ural Subpolarny, przez tundrę i tajgę przejść się w zasadzie nie da, gdyż podmokłość terenu, stopień zarośnięcia, ogromna ilość owadów, powodują że dziennie w takim terenie można przejść od 1 do kilku kilometrów i nie ma suchego miejsca by się położyć. A z Inty w pobliże najwyższej góry Uralu- Narodnej(Narodnaja, 1895m n.p.m.) jest około 150km. Technicznie nie da się nawet zabrać jedzenia na tak długi czas, a po drodze jest też do pokonania duża górska rzeka- Kożim, wymagająca na ogół przepłynięcia.

Drugim sposobem jest wynajęcie helikoptera, ale to bardzo kosztowne. Wreszcie trzecim sposobem, stosowanym praktycznie zawsze, jest przejazd specjalnym samochodem (np. typu ural, czy gąsienicowym) do kopalni kwarcu Żelannaja w pobliżu Narodnej (dwa-trzy dni marszu od niej), biegnie tam jedyna utwardzona droga. Przejazd z Inty pod kopalnię trwa nie krócej niż 6 godzin, na trasie jest spora rzeka, droga miejscami to głębokie błoto, bardzo nierówna, chociaż tak jak o linie kolejowe w tym rejonie, dba się o tą drogę, by istniała, a wymaga to ciągłej pracy. Trudny teren powoduje, że nie ma żadnych osad ludzkich. Transport w góry jest dosyć trudny, a bywa że i kosztowny, setki dolarów za kurs samochodu w jedną stronę(trzeba się targować).

Teren Uralu Subpolarnego zawarty jest w Parku Narodowym Yugyd-va, utworzonym w 1994r., wpisany jest na listę UNESCO, liczy 1,9mln ha. Znajduje się tam około 40 małych lodowców i setki płatów wiecznego śniegu, setki rzek i potoków, także 800 górskich jezior. Góry te są pełne endemicznych roślin, rzadkich zwierząt, ale najbardziej charakterystyczna i egzotyczna w stosunku do Polski jest obecność renifera, który jest hodowany na obszarach polarnych przez ludy koczownicze: Komi, Nieńców, Chantów- ubierają się i mieszkają w podobnej zabudowie jak Indianie z kontynentów amerykańskich(oczywiście pisząc w dużym uproszczeniu). Góry te słyną też z rzek zasobnych w ryby i dziesiątek odmian minerałów, kryształy kwarcu nierzadko osiągają wagę kilku ton. Ural to góry z pogranicza Azji i Europy, umowna granica biegnie u wschodniego podnóża gór.

Rejon Narodnej jest odwiedzany coraz liczniej, ale wystarczy wejść w boczną dolinę, a nie spotka się innego człowieka, wkoło tylko góry, śnieg, rzeki, jeziora, ogromne rumowiska skalne, bagna, tundra, torfowiska, czasami trudne do przebrnięcia krzaki i tajga. Wszystko ogromne, przestrzenie są niesamowite. W razie wypadku na pomoc nie ma co liczyć, bo dotarcie do źródła pomocy zajmuje wiele dni. Na przykład Kaukaz w porównaniu z Uralem, to główna ulica stolicy dużego europejskiego kraju, aczkolwiek Kaukaz i tak jest nieporównywalnie dzikszy od Tatr czy Alp.  

Góry Uralu mają bardzo zróżnicowany charakter, płaskie potężne grzbiety górskie, w formie rumowisk skalnych, ale także nie brakuje gór o charakterze alpejskim, skalistych, z licznymi kotłami, w których nierzadko małe lodowce. Jest jednak jeden duży minus, świat ten ogląda się zza moskitiery, ilość komarów i muszek, jest ogromna, człowiek jest nimi oblepiony.

Krótki okres wegetacji powoduje, że życie przez dwa miesiące w roku jest tam bardzo intensywne. Mrozy zimą wynoszą często 40 — 50 stopni Celsjusza. Owady bardzo dokuczają, gryzą nawet przez gruby materiał, a chemia działa na nie krótko. Stąd nawet mimo grzejącego potężnie słońca, trzeba być potężnie ubranym, zakryć jak najwięcej ciała, a nad głową i tak bzyczą co najmniej setki komarów, szukając okazji do wbicia się w ciało. Skutecznie je znajdują. Dużym problemem jest spożywanie posiłków czy załatwianie potrzeb fizjologicznych w ich gromadnym towarzystwie.

Na Uralu pogoda zmienia się znacznie gwałtowniej niż u nas w Tatrach. Prawie bezchmurne niebo jest wstanie zakryć się w ciągu godziny chmurami, z których sypnie śniegiem. Śpiąc na wysokości 300-400m n.p.m. zanotowałem kilka razy spore przymrozki. Poprzedniego dnia słońce spaliło mi twarz, a w nocy zamarzła woda w butelce. Noce - nie ma ich, o tej porze roku panuje tam dzień polarny. Ciekawym doświadczeniem było żyć prawie trzy tygodnie bez nocy i do tego zmieniać strefy czasowe. Nawet gdy w porze nocnej niebo jest całe zachmurzone, pada deszcz/śnieg, to jest tylko szaro. Po Uralu śmiało można wędrować przez całą dobę. Gdy noc jest mroźna, można odpocząć od komarów. Dzień polarny zaczyna się już dobę jazdy pociągiem od Moskwy na północ. Na Uralu słońce mocno świeciło o trzeciej nad ranem, bardziej na północ jeszcze wcześniej i było przez całą dobę jeszcze jaśniej. Nawet w Sankt Petersburgu czuje się bliskość obszarów polarnych, bo robi się tam ciemno (ale nie bardzo ciemno) około północy.

Ural jest przepiękny, jeszcze dziki, ale nie wolno zapomnieć o odpowiednim ekwipunku i ilości jedzenia, nietrudno się tam zgubić. Całe Tatry mieszczą się bez przeszkód w jednej dolinie. Wszystko trzeba liczyć w dniach, a szczyt odległy jakby się zdawało o kilka godzin, okazuje się, że jest dwa dni drogi od nas, gdyż nie ma tam żadnych szlaków, a teren jest bardzo trudny i zdradliwy. Wędrówka po ciężkim rumowisku, bagnach, przez krzaki, tundrę, w niższych partiach przez tajgę, po śniegu. Często trzeba omijać bardzo strome kotły polodowcowe, które np. nagle się pojawiają na płaszczyźnie szczytowej, bywa ich cała seria. W słońcu jest ciepło, ale gdy go nie ma temperatura niewiele przekracza 0 stopni Celsjusza. Załamania pogody bywają gwałtowne i długotrwałe.

Mój atak szczytowy na Narodną od podnóża, trwał aż kilka dni, z powodu mrozu sięgającego –10 stopni, porywistego wiatru, który prawie zniszczył namiot i obfitych opadów śniegu. Wędrówka w chmurach, które są tam często bardzo nisko, we mgle, po zaśnieżonym i oblodzonym bardzo trudnym technicznie rumowisku skalnym -  męczące i trudne zajęcie. Bardzo łatwo się połamać. A wiatr potęguje uczucie zimna, organizm szybko traci ciepło, niektóre płaty śniegu i lodowce są na tyle strome, że trzeba dużego wysiłku, by przez nie przejść bez żadnej asekuracji. Ale dla Uralu warto – są to niesamowite góry. One, wraz z wszystkimi kolorami wiecznie jasnego nieba, ich potęga, dzikość - wprawiły mnie w niebywałe szczęście.

Po tych pięknych przeżyciach trzeba jeszcze wyjść z gór. Dojście do wspomnianej kopalni kwarcu to jeden dzień(doba)-trzy dni z okolic Narodnej. Potem musiałem czekać 5 dni na jakikolwiek transport, by dotrzeć do Inty – trzeba być na to przygotowanym, tam człowiek może liczyć tylko na siebie. Można mieć szczęście i czekać kilka godzin, a można czekać i tydzień. Przez 5 dni nie było żadnego środka transportu, a wędrówka przez Ural to wielodniowy marsz(a plecak pełny minerałów waży). Transport też nie był bezpieczny, bo na podskakującej, ubłoconej, potężnej ciężarówce przewożącej kwarc.

Rosja to specyficzny kraj, ale ludzie są bardzo życzliwi, bezinteresownie potrafią wykazać dużą pomoc. Mówi się o gościnności Polaków, ale nie ma nawet porównania co do gościnności Rosjan z rejonów oddalonych od Moskwy. Rosja to też wieczna walka o bilety kolejowe, o co nie jest wcale tak łatwe. Liczne kontrole licznych służb policyjnych, na ogół miłe, ale trzeba wiedzieć co powiedzieć, co pokazać, a czego nie. Rosja to także sytuacje, gdy ludzie chcą szybko zarobić, dotyczy to zwłaszcza kwestii transportu i wymiany walut.

Podczas tej podróży spotykałem się na każdym kroku z ogromnym zdziwieniem, po co tam przyjechałem, mogąc równie dobrze pojechać do Hiszpanii czy Włoch. Wielu Rosjan nie rozumiało po co pcham się do Salechardu, Workuty, w góry, było to dla nich nielogiczne. Pchać się tam gdzie zimno, pusto, komary, pełno wody, dziko, w miastach ponuro. Wreszcie jechać tyle dni – to rzecz niepojęta, ale jednocześnie byli pełni podziwu, że chciało mi się tam dotrzeć, że zwiedzam Rosję, podoba mi się ich kraj. Bardzo ich ciekawiło co w Polsce, w Europie, kwestie finansowe. Okolice Workuty to jeszcze Europa, ale wielu jej mieszkańców przez całe życie z niej się nie ruszyło, nie wiedzą co się dzieje w Moskwie, a co dopiero gdzieś indziej.

Wyjazd nie ograniczał się tylko do zwiedzania dzikich zakątków, bo przy okazji można zawsze zobaczyć coś więcej, nawet zbaczając z głównej trasy ten tysiąc kilometrów. Dlatego kolejny raz odwiedziłem Moskwę i Mińsk, miałem okazję zwiedzić Sankt Petersburg i słynny pałac w miasteczku Carskie Sioło (Puszkin). Także największe europejskie jezioro - Ładoga i Wilno.

Po powrocie do domu, niemal tak samo egzotyczna jak wyjazd okazała się możliwość wykąpania się, ciepła woda, łóżko, domowe jedzenie, wreszcie obecność nocy już o 21:00.

Warto podróżować na rosyjską północ i wschód, póki ludzi nie za dużo, a przyroda w dobrej kondycji – to nie będzie trwało wiecznie.

Poniżej trochę skanów  zdjęć z podróży (2003r.).

Opublikowano w Przewodniki Turystyczne
sobota, 29 lipiec 2017 10:27

Tysiące... (NORWEGIA)

Tysiące fiordów, zatok, cieśnin, tysiące lodowców, jezior, rzek, wodospadów. Tysiące tuneli, mostów, przełęczy, tysiące łosi. Dziesiątki tysięcy wysp i wysepek, malutkich uroczych miejscowości i górskich szczytów. Setki tysięcy reniferów dziko żyjących. Miliony płatów wiecznego śniegu, miliony zakrętów, miliony dzikich miejsc. Zero ograniczeń, miliony możliwości. To właśnie Norwegia.

Południowe wybrzeże to wiele przytulnych miasteczek i zatok, spokojne Oslo. Za nim, na północy, łagodne zalesione niewysokie góry, szybko stające się coraz wyższe, pokryte nawet w lecie licznymi płatami śniegu. Dochodzą niesamowite płaskowyże jak Hardangervidda i Stolsheimen. Zaczyna się kraina dzikich gór i lodowców, kraina reniferów i troli. Niezliczona ilość górskich jezior, wodospadów, które nierzadko liczą kilkaset metrów. Fiordy wcinają się daleko w głąb lądu, z najdłuższym - Sogne - liczącym 204km na czele. Nad nimi strome groźne szczyty i płaskowyże, pokryte potężnymi lodowcami fieldowymi, jak Hardangerjokulen, Folgefonn czy Jostedal, będący największym lodowcem w Europie kontynentalnej, o powierzchni 486km2 i kilkudziesięciu spływających jęzorach, z których najbardziej znany jest jęzor Nigard.

Zbocza przecinają tunele i bardzo wąskie oraz kręte drogi, ze słynną Drogą Orłów czy Drogą Troli wyłącznie, otoczoną jednymi z największych i najtrudniejszych europejskich wspinaczkowych ścian skalnych. Nie wolno pominąć Masywu Górskiego Jotunheimen, miejscami o charakterze płaskowyżu, miejscami przypominającego góry typu alpejskiego. To tu pośród niezliczonej ilości lodowców i skalnej pustyni znajdują się najwyższe szczyty Norwegii i Skandynawii, w tym Galdhopiggen(2469m). Na lodowcach brak kremu z wysokim filtrem może spalić twarz a brak okularów lodowcowych spowodować ślepotę śnieżną, z kolei w zacienionym miejscu chwyta szybko mróz.

Po wędrówkach górskich można popływać stateczkami po fiordach, pojeździć na nartach w całorocznych ośrodkach narciarskich na lodowcach. Zwiedzić liczne muzea, czy bardzo stare kościoły typu "stav", jak znany w Polsce kościół z Vang w Karpaczu. Czeka też Bergen nad Morzem Północnym ze słynnym targiem rybnym i łososiami, zabytkową dzielnicą Bryggen i muzyką Edwarda Griega. A kilkaset kilometrów dalej - Trondheim ze słynną gotycką katedrą Nidaros.

Czym w lecie przemieszczamy się dalej na północ, tym dzień polarny a zarazem brak nocy, stają się bardziej wyraziste. Środkowa Norwegia to trochę łagodnych zalesionych gór i jezior, to trochę skalistych ośnieżonych szczytów, oraz fiordy wcinające się niemal pod szwedzką granicę. I tak dotrzemy do Koła Podbiegunowego Północnego(66°33’N), na którym między innymi znajduje się drugi co do wielkości lodowiec Europy kontynentalnej - Svartisen, którego jęzor Austerdal efektownie wpada do górskiego jeziora. Docierając do Narviku, jesteśmy już znacznie powyżej Koła Polarnego, w miejscu gdzie podczas II Wojny Światowej w 1940r. rozegrała się bitwa z udziałem Brygady Strzelców Podhalańskich. Udając się na zachód dotrzemy do pięknych górskich archipelagów wysp - Vesteralen i Lofotów, połączonych mostami, tunelami, przeprawami promowymi. Znajdziemy się w krainie dorszy i wikingów, oraz przeuroczych miejscowości rybackich.

Zbliżając się na Nordkapp, coraz częściej w sąsiedztwie jest tundra lub skalna pustynia, po drodze biegają renifery, osad ludzkich niewiele. Lapończycy sprzedają poroża reniferów, łosi, futra i inne wyroby. O tym, że istnieje noc już dawno zapomnieliśmy, tak jak w zimie, nie zaznalibyśmy dnia. Temperatury powyżej dziesięciu stopni Celsjusza wydają się upałem, a temperatura bliska zeru i opady śniegu w środku lata nie są czymś osobliwym. By dotrzeć na Wyspę Mageroya, na której końcu, na 307-metrowej skale, znajduje się Przylądek Północny (Nordkapp, 71°10’21’’N), trzeba pokonać siedmiokilometrowy podmorski tunel, biegnący do 212 metrów pod powierzchnią wody. Na wyspie znajdziemy skały i trawy, często silne wiatry, parę uroczych osad z malutkimi portami.

Szkoda poprzestać na Nordkapp, warto ruszyć wzdłuż wybrzeża Morza Barentsa, gdzie jest naprawdę dziko, jak na innej planecie. Warto dotrzeć w okolice miasteczka Vardo, na Wyspie Vardoya, na pn.-wsch. skrawku Norwegii. W miejscu, gdzie jeszcze nie tak dawno palono na stosach dziesiątki czarownic. To jedyny fragment Norwegii kontynentalnej o klimacie arktycznym i występowaniu wiecznej zmarzliny. Ogromne przestrzenie, stada dzikich reniferów, najdalej wysunięta na świecie twierdza obronna, jak z bajki. Wzburzone Morze Barentsa, wiatry przewracające ludzi, słońce niezachodzące poza horyzont – to na zawsze pozostanie w pamięci, uczucie prawdziwego końca świata. 

Artykuł i zdjęcia pochodzą z 2005 roku. Poniżej stare skany zdjęć:

Opublikowano w Przewodniki Turystyczne
Setki tysięcy turystów rocznie odwiedzają punkty widokowe Etny (Mongibello), w tym zdecydowana większość rejon Rifugio Sapienza (Nicolosi Nord) i Torre del Filosofo - od strony Katanii (od południa). Pierwszy punkt to wysokość ok. 1900 m n.p.m. Z okolicznymi wulkanicznymi atrakcjami 1850-2000m. Drugi punkt to ok. 2900m, a z okolicznymi kraterami, do 2940m n.p.m. Pomiędzy jest górna stacja kolejki linowej na ok. 2500m.

Sapienza / Rifugio Sapienza / Nicolosi Nord. W zasadzie, prawidłowa jest ta ostatnia nazwa, odnosząca się do części gminy Nicolosi. Ale najbardziej znanym obiektem w tym miejscu jest hotel górski - John Rifugio Sapienza. Powszechnie znany. Obok jest dolna stacja kolejki linowej - Funivia dell`Etna. W zimie stanowi część ośrodka narciarskiego (drugi jest na stokach północnych). Nieopodal jest kilka restauracji, barów, sklepy z pamiątkami, ale znajdą się też przedmioty sportowe i narciarskie. Ceny - wielokrotnie wyższe niż w Katanii. Firmy turystyczne oferują wycieczki do Torre del Filosofo. Toalety są płatne. Ponadto duży parking i przystanek autobusowy. Publicznym transportem niełatwo się tutaj dostać. Na czerwiec 2017, jedyny autobus odjeżdżał z Katanii o 8:15 z Piazza Papa Giovanni XXIII (przed dworcem kolejowym, stanowisko nr 5, bilet 4 euro, kupowany w kasie nieopodal placu), z postojem w Nicolosi (cała podróż to ok. 2h, dalej autobus jedzie do Zafferana Etnea(od strony Morza Jońskiego)). Powrót z Sapienzy o 16:30 (lecz na punktualność sycylijskich autobusów trzeba brać poprawki, kierowcy sprzedają bilety, gdy obok przystanku nie ma osobnego punktu). Sapienza bardzo ucierpiała podczas erupcji w latach 2001-2002. Lawa dokonała licznych zniszczeń, w tym kolejki linowej, parkingu, dróg.

Na trasie z Nicolosi do Sapienzy znajduje się kilka hoteli, pensjonatów, w ulubionym lokalnym stylu: bad & breakfast. Kilometr za Sapienzą, w kierunku Zafferana Etnea, jest mały parking przy szlaku Sentiero Schiena dell'Asino (Donkey Trail, Ośla Droga). Prowadzi nad przepaście Valle del Bove. Przy parkingu funkcjonował bar na kółkach. 

Z Sapienzy do Torre del Filosofo praktycznie 100% turystów dociera na dwa osoby: Uterenowionymi autobusami. Lub kolejką linową + terenowy autobus. W górnej stacji kolejki na 2500m jest bar. Śmiałków pokonujących trasę pieszo jest znikoma ilość - duży wysiłek, w lecie gorąco, w zimie zimno. Ponadto, teoretycznie końcowego fragmentu z tak zwanych względów bezpieczeństwa nie można pokonać pieszo samodzielnie (bez przewodnika). Te zasady się zmieniają. Ograniczenia nie zawsze występują. A ich nieprzestrzeganie na odcinku do Torre del Filosofo raczej nie skończy się problemami.

W Torre del Filosofo (ok. 2920 m) jest tylko mały parking i niewielka drewniana budka przewodników, którzy zgarniają kolejne grupy na spacer wokół i przez krater powstały w 2002 roku - Monte Frumento Supino (Barbagallo, 2939m). Stąd rozciąga się widok na dymiącą Etnę, na wprost są Kratery Południowo-Wschodnie. Jeżeli jest zła pogoda i z Sapienzy słabo widać coś powyżej 2500m, szkoda pieniędzy na wycieczkę do Torre del Filosofo. Gdzie przy takiej pogodzie będzie zimno, może być wietrznie, może padać deszcz lub śnieg oraz nic nie będzie widać. Ponadto wiatr może zawiewać trujący siarkowodór z Etny. Popołudniami Etna często jest w chmurach.   

Wielka szkoda, że wszyscy wjeżdżają i omijają przez to wspaniały widok na dolinę Valle del Bove, oddaloną zaledwie o kilkaset metrów o szutrowej drogi którą jadą.

Jeszcze pod koniec 2009 roku Torre del Filosofo to był duży teren pokryty popiołami wulkanicznymi i drobnym materiałem piroklastycznym. Wystawały z pod niego resztki obserwatorium wulkanicznego. Dzisiaj aż pod sam krater Monte Frumento Supino dotarła w ostatnich latach lawa, która po zastygnięciu tworzy ostre, nierówne i bardzo nieprzyjazne pole lawowe. Trzeba było odbudować drogę i parking. Jedna większa erupcja z wypływem lawy na tą stronę i prace będzie trzeba powtórzyć. Za to częste erupcje Etny (niewielkie zazwyczaj) stanowią również atrakcję turystyczną, którą można oglądać z bliska. Czasami stojąc metr od kanału, którym płynie lawa. A ona ostatnio upodobała sobie wypływy w kierunku Torre del Filosofo i Valle del Bove. Co roku tysiące turystów mają taką niespodziankę na Etnie.

Turystyczny wyjazd na Etnę polega na zaliczaniu. Najczęściej rano dojazd do Torre del Filosofo. Godzina, a czasami mniej. I z powrotem. Do tego ewentualnie godzina na kawę, zakupy albo spacer w sąsiedztwie Rifugio Sapienza. Etna zaliczona, można jechać zaliczać tego samego dnia kolejne miejsca jak Taorminę, Katanię czy Gole del Alcantara. Przy czym większości turystom odpowiada takie zwiedzanie, niemalże nikt nie ma ochoty na pogłębianie wiedzy czy zobaczenie jednego miejsca ale porządnie. Dzisiaj zwiedza się szybko i byle jak, bo liczy się zrobienie kilku zdjęć i możliwość wypowiedzenia słów - tu byłem / byłam. Merytoryczne i dokładne poznawanie świata wymaga wysiłku i interesuje już tylko takich dziwaków jak ja.

Od strony Sapienzy można spotkać tabliczki zakazujące samodzielnego poruszania się po Etnie powyżej pewnej wysokości. Oraz zabraniające całkowicie wchodzenia w partie szczytowe Etny i nocowania w górnej części masywu. To jest zupełnie zrozumiałe. W lecie, nawet tysiące osób dziennie szturmują rejon Torre del Filosofo (2900-2940m). Dla prawie wszystkich jest to pierwszy kontakt z aktywnym wulkanem. Plażowe stroje, z sandałami i japonkami wyłącznie. W ręce aparat i butelka woda. Gdyby tak niedoświadczone osoby próbowały wchodzić na Etnę, mogłoby się to dla nich skończyć tragicznie. Także podczas erupcji nie wiedzieliby jak się zachować i głupie decyzje mogłyby skończyć się źle. Aktywne wulkany to niebezpieczna "zabawa". Trzeba się na tym znać. Wiem coś na ten temat, bo zajmuję się nim kilkanaście lat. Zdobycie i eksploracja na sześciu kontynentach kilkudziesięciu wulkanów, kilkuset kraterów, i ponad 100 innych miejsc wulkanicznych, zaopatrzyła mnie w wiedzę i doświadczenie.

Z rejonem Torre del Filosofo jest sporo problemów. Tak naprawdę nie ma już tego miejsca, bo zniszczyły go erupcje. Ale nazwa jest w użyciu. W tych okolicach kończy się podróż terenowymi autobusami, by z sąsiednich kraterów, ukształtowanych w 2002 roku, oglądać Etnę. Ich nomenklatura daleka jest od jednolitości. Na starszych mapach, które posiadam, krater obok obecnego parkingu nosi nazwę Monte Frumento Supino (ok. 2940 m), a sąsiadujący z nim - Montarelli (ok. 2940m). Jednak niektóre inne mapy, w tym internetowe, posługują się innym nazewnictwem. Monte Frumento Supino i Barbagallo. Ostatnia nazwa związana jest zapewne z Vicenzo Barbagallo (1909-1977) - przewodnikiem i szefem Osservatorio Etnea, które stało tutaj. Zniszczyła go erupcja z 1971 roku, a lawa po 2010 roku, zalała jego szczątki. Czasami oba kratery nazywa się Barbagallo, a Monte Frumento Supino nazywa się stożek wulkaniczny położony kilkaset metrów na północny-zachód (patrząc w kierunku Randazzo). Bywa też, że kratery te nazywa się po prostu Torre del Filosofo. Ponadto występują niedokładności w wysokościach na różnych źródłach, maksymalnie do 100 metrów, zazwyczaj poniżej 50 metrów od faktycznych wysokości. Polegają na zaniżaniu.

 O turystycznych aspektach Etny pisałem już wcześniej, w 2-częściowym artykule: Etna turystycznie / Etna ambitnie / Etna po mojemu.

Na zdjęciach opisane w artykule miejsca w roku 2009 i 2017.

Opublikowano w Blog
poniedziałek, 24 lipiec 2017 06:58

Grzegorz Gawlik na Marsie i Księżycu. Kolejny raz!

Nie muszę lecieć na Księżyc albo Marsa, by być na Księżycu lub Marsie. Wystarczy odpowiednio duży albo odpowiednio aktywny wulkan, jak Etna. Oraz odrobina wyobraźni. Tym razem dużo pisał nie będę. Zdjęcia w poniższej galerii mówią wszystko. Przedstawiają cudowne pola lawowe Etny z wszystkich stron (VI.2017r., ostatnie cztery z XI.2009r.). Lawy od kilkusetletnich po dwumiesięczne. A także różne śliczne otwory z których lawa się wydostawała. 

(VI.2017r., ostatnie cztery z XI.2009r.)
Opublikowano w Blog
Choć jego powstanie datuje się na 1971 rok, przez długi czas, "nikt go nie traktował poważnie". Ot, jeden z setek kraterów Etny. Był zwykłym kraterem pasożytniczym w zboczu Krateru Południowo-Wschodniego. Jednak jego aktywność, erupcje oraz przyrost, doprowadziły do nadania mu nazwy: Nowy Krater Południowo-Wschodni. Z całą pewnością nie należy go lekceważyć. To jedno z najaktywniejszych i najbardziej niebezpiecznych miejsc Etny.

Jeszcze kilka lat temu aktywność krateru pasożytniczego w zboczu Krateru Południowo-Wschodniego dawała różne możliwości. Mógł on funkcjonować podobnie jak zaobserwowałem go pod koniec 2009 roku. Czyli istnieć w zboczu starszego krateru, wybuchając co jakiś czas. Tak jak na przykład wulkan Lokon i Lokon-Tompaluan z wyspy Sulawesi w Indonezji. To dwa wulkany w jednym. Stary i wyższy krater (Lokon) jest już nieaktywny, porósł trawą. A aktywność przejął krater pasożytniczy (Lokon Tompaluan), który wyrósł na samodzielność. Choć ciągle znajduje się w zboczu tego pierwszego. Inna możliwość, znając zamiłowanie Etny do erupcji eksplozywnych, polegała na zastąpieniu starego krateru nowym. Na skutek erupcji po kawałku stary krater ulegałby zniszczeniu, a nowy usadawiał się na jego miejscu, stopniowo rosnąc. Nowy Krater Południowo-Wschodni wybrał jednak inną drogę. Zostawiając w spokoju stary krater, tak urósł, że stał się równoprawnym i samodzielnym kraterem szczytowym. Jego nazwa została naniesiona na mapy.

W ostatnich latach, zwłaszcza 2011-2013, na skutek erupcji nowy krater bardzo urósł i zdominował okolicę. Oddziela go od Południowo-Wschodniego, kruche wzniesienie o wysokości 3300m. Aż trudno uwierzyć, że jeszcze w 2009 roku, tutaj nic nie było, a nowy krater znajdował się około 400 metrów niżej. Dzisiaj ma obwód około 800m, głębokość około 100 metrów (liczne gazy nie pozwoliły dojrzeć dna), a wysokością dorównał pozostałym kraterom szczytowym. Ciekawe jak będzie wyglądał za kilka lat, po kolejnych erupcjach?

No i jak długo krater, który istnieje już kilkadziesiąt lat ciągle będzie miał w nazwie słowo "NOWY"? Jeśli topografia tej części Etny się utrzyma, dobrze byłoby popracować nad nazewnictwem. 

Na zdjęciach: Nowy Krater Południowo-Wschodni w 2017 i 2009 roku. 

Opublikowano w Blog
Rejon Kraterów Południowo-Wschodnich to aktualnie najbardziej górotwórczy (wulkanotwórczy) fragment Etny. Szalenie ciekawy. Jeśli w ostatnim czasie dochodzi do erupcji i wypływów lawy - ta część wulkanu pełni rolę przewodnią. Lawy spływają najczęściej na południe, w kierunku Sapienzy i Valle del Bove.

Gdy byłem tutaj w 2009 roku, był to samotnie stojący stożek z kraterem na szczycie. Od Centralnego oddzielała go przełęcz. Z drugiej strony można było podziwiać dolinę Del Bove i Morze Jońskie. Obecnie jest zupełnie inaczej. "Stary" Krater Południowo-Wschodni niewiele się zmienił, ale morza już nie widać. W tym samym roku na wysokościach około 2900-3000m w zboczu dymił sobie nieforemny krater pasożytniczy. To była aktywna część Krateru Południowo-Wschodniego, bo na szczycie można było zaobserwować nieliczne wyziewy wulkaniczne i wykwity siarki.

Wiadome było, że właśnie ten krater będzie nadawał ton aktywności tej części Etny. Inne otwory pasożytnicze w tej okolicy i w tym samym czasie, dawały ujście lawie w kierunku Valle del Bove. Pozostawało pytanie, czy jeśli ta aktywność się utrzyma, to jak przeobrazi rejon Krateru Południowo-Wschodniego? Pełna odpowiedź na to pytanie nastąpi w kolejny artykule.

Faktem jest, że obok starego krateru wyrosły kolejne, w tym jeden duży, który funkcjonuje pod nazwą Nowy Krater Południowo-Wschodni. Między nim a Kraterem Południowo-Wschodnim, pojawiły się trzy kratery zbliżone do niego wielkością, ale  głębsze. Razem mamy cztery kratery oddzielone od Nowego Południowo-Wschodniego piramidalnym młodym wierzchołkiem o wysokości 3300m. Takie ukształtowanie terenu przemawia, by te trzy kratery doliczyć do Południowo-Wschodniego. O ile stary, ten czwarty, wykazuje niewielką aktywność, te trzy nowe aktywne są bardzo. Podczas mojego pobytu, z tego od strony Valle del Leone dochodziło do częstych niewielkich wybuchów gazowo-popiołowych. A z tego od strony Torre del Filosofo, następują częste wypływy lawy.

Tą kruchą, aktualną sytuację, może zmienić każda kolejna większa erupcja. Wszystko może się zmienić, liczba kraterów, wysokości. Te ostatnie uległy zmianie. W 2009 roku Krater Południowo-Wschodni liczył 3315m wysokości. Na czerwiec 2017 stary krater dochodzi do 3280m, ale przyjąć należy, że wspólnym najwyższym punktem oby południowo-wschodnich kraterów jest wzniesienie o wysokości 3300m. Niezmiennie krater ten od Centralnego oddziela wyraźnie zarysowana przełęcz o wysokości 3233m. I jak wcześniej, stary krater jest dosyć płytki oraz łagodny, w skrajnych punktach będzie głęboki na najwyżej kilkanaście metrów. Z pozostałej trójki, jeden też jest dosyć płytki, a pozostałe mogą mieć do 50m głębokości. Za to wszystkie w obwodzie mają po ok. 250m.

Spektakularny przyrost Nowego Krateru Południowo-Wschodniego spowodował, że z Krateru Południowo-Wschodniego nie zobaczymy już Valle del Bove, i Morza Jońskiego poniżej doliny. Widok zasłonił nowy krater, który z pewnością jeszcze "namiesza".

Na zdjęciach: Krater Południowo-Wschodni 2017 (czerwiec) i 2009 (listopad). W tym seria zdjęć porównawczych, ze zbliżonych ujęć. Widać jak dużo się zmieniło w ciągu 7,5-roku.

Opublikowano w Blog
To tutaj znajduje się wierzchołek Etny. I jak to zwykle bywa, jest niemal na samym końcu względem trasy, którą wchodzą niemal wszyscy w rejon kraterów szczytowych. W konsekwencji mało kto go osiąga. Choć każdy tak twierdzi. Przy czym kratery szczytowe Etny nie są tłumnie odwiedzane, wręcz przeciwnie. Tłumy są na punkcie widokowym zwanym Torre del Filosofo. Od tej właśnie strony (południowej) praktycznie wszyscy wchodzą na Etnę, gdyż mają możliwość noclegu w Rifugio Sapienza na 1910m n.p.m., i dojazdu terenowym autobusem na 2900m.

Bardzo fajny dostęp do krateru jest od strony ośrodka narciarskiego Linguaglossa (od północy). Lecz wymaga więcej wysiłku. Wtedy Krater Północno-Wschodni jest pierwszym na rozległych partiach szczytowych Etny. Idąc od strony Torre del Filosofo łagodnie osiąga się Krater Centralny, zostawiając po prawej stronie Kratery Południowo-Wschodnie. By stąd zdobyć wierzchołek Etny trzeba obejść Krater Centralny, dostać się na małą przełączkę i wejść na skraj krateru Północnego-Wschodniego, który w tym miejscu jest najwyższy. Łatwiej i bezpieczniej jest obejść krater od strony zewnętrznej (od lewej stojąc plecami do Torre del Filosofo). Wiatry wieją najczęściej w kierunku Morza Jońskiego i dzięki temu można obyć się bez maski i gogli ochronnych. Od drugiej strony Krateru Centralnego wędrówka jest znacznie ciekawsza, ale też trudniejsza. Dużo trujących gazów, siarka, fumarole, pęknięcia w kraterze, nieraz słaba widoczność oraz bliskość mocno aktywnych Kraterów Południowo-Wschodnich. Bardzo wrażliwym miejscem jest wąski przesmyk między Kraterem Centralnym a Północno-Wschodnim (duża aktywność, przepaściste skraje krateru, mniejsze kratery, pęknięcia, dużo siarki i gazów, nierzadko lawa pod powierzchnią ziemi, którą czasami widać).

To o czym przed chwilą napisałem powoduje, że 90% osób, która dociera na skraj kraterów szczytowych, osiąga skraj Krateru Centralnego, od jego najniższej strony, gdzie wysokości wynoszą 3240-3280m. Po czym czując moc Enty, czym prędzej schodzą w dół. Oficjalnie dotarcie tutaj jest nielegalne, lecz sądzę, że w ciągu roku jest to ok. 200-300 osób, z których jakieś 10% staje na faktycznym wierzchołku Etny.

Mój artykuł doskonale pokazuje, gdzie jest najwyższy punkt Etny, lecz jeśli ktoś nie poszukał informacji przed wyjazdem, szybko odpuszcza dochodząc w partie szczytowe. One kryją liczne wierzchołki i wyróżniające się fragmenty czterech kraterów. Teoretycznie każdy z tych punktów może być tym najwyższym. Mnóstwo gazów, ryzyko erupcji i konieczność wielogodzinnej wędrówki po nieprzyjaznej ziemi, skutecznie stępiają zapał. Tak to jest, gdy ktoś się nie przygotował albo nie ma w sobie determinacji, by poszukać wierzchołka.

Etna obecnie liczy 3331m w najwyższym punkcie. Tyle samo liczyła w 2009 roku, gdy byłem tutaj poprzednim razem. Lecz dużo się zmieniło od tamtego czasu. Wtedy obramowanie krateru w rejonie wierzchołka było jednolite, mocne. Dzisiaj większość się rozsypała, a Krater Północno-Wschodni próbuje stopniowo wtargnąć w Krater Centralny. Najwyższy fragment Etny jeszcze stoi, ale w jego otoczeniu jest sporo pęknięć. Jedna duża erupcja w tym rejonie, a wierzchołek może się rozsypać i najpewniej wpadnie do krateru. Wtedy będzie trzeba szukać nowego wierzchołka, chyba że Etna tyle wypluje lawy w jednym miejscu, że stworzy nowy, nie budzący wątpliwości.

Gdyby obecny szczyt uległ destrukcji, obecnie (końcówka czerwca 2017), dwa miejsca predestynują do jego zastąpienia. Po przeciwległej stronie w Kraterze Północno-Wschodnim jest wzniesienie osiągające 3315m n.p.m. (oddalone od krateru o kilkadziesiąt metrów) oraz w Kraterze Centralnym blisko Północno-Wschodniego jest kopulasty fragment osiągający 3314m. Patrząc jednak co wyprawia się w rejonie Nowego Krateru Południowo-Wschodniego, który jeszcze nie tak dawno był o dobre 300-400 metrów niższy, a obecnie doszedł do 3300m, może tutaj w przyszłości będzie trzeba szukać najwyższego punktu Etny?

Tymczasem Krater Północno-Wschodni charakteryzuje się największymi wysokościami bezwzględnymi, w większości przekraczającymi 3300m. Z jednej strony sąsiaduje z Kraterem Centralnym, z drugiej, z doliną Valle del Leone. Odstaje o linii Kraterów Południowo-Wschodnich oraz Centralnego, przez co kratery szczytowe tworzą literę "L". Jego obwód to ok. 800m, głębokość ok. 200m. Najaktywniejsza jest część od strony Krateru Centralnego, a w przesmyku pomiędzy kraterami znajduje się komora z płynną lawą. Erupcja z tego miejsca może skutkować nie tylko połączeniem obu kraterów, lecz także przedostaniem się płynnej lawy do środka.

Na zdjęciach: Krater Północno-Wschodni Etny w roku 2017 i 2009.

Opublikowano w Blog
Strona 1 z 9

nationalgeographic box

red bull 225x150

TOKFM box

iexpert 225X150px

stopka plecak

LogoStopka

stopka plecak

Strona używa informacji zapisanych za pomocą… plików cookies w celu dostosowania do indywidualnych potrzeb użytkowników. Jeżeli tego nie akceptujesz zmień ustawienia przeglądarki dotyczą…ce cookies. Więcej informacji można znaleźć‡ w naszej Polityce prywatności.