portal gorski 225x150 box

slaskie box

spokey.jpg 225PX

LOGO

Podziel się

FacebookMySpaceTwitterGoogle BookmarksLinkedinRSS Feed

Grill, węgiel drzewny i rozpałkę kupiłem w Katanii u stóp Etny. Chleb również. Kiełbasę przywiozłem z Polski, bo najlepsza. Tak samo musztardę. Od południowej strony Etny wzdłuż rozpadliny Del Bove, przechodząc obok Krateru Centralnego, przedostałem się na północny stok, rozbijając na kilka dni obóz na wysokości 3190m. Dziesięć minut spacerkiem od wspomnianego krateru oraz od Krateru Północno-Wschodniego.

Oprócz aktualizacji pomiarów i badań, podczas tego spontanicznego wyjazdu, postanowiłem spełnić swoje marzenie. Zrobić sobie grilla na skraju krateru dymiącej Etny. Może komuś wydaje się to dziwne, mnie - ani trochę. Oprócz sprzętu, zapasu wody i jedzenia, wniosłem pudło z grillem i worek z węglem drzewnym.

Pomysł i marzenie zarazem, zrodziło się w mojej głowie w 2009 roku, podczas pierwszego pobytu tutaj. Powiedziałem sobie, że następnym razem będę podziwiał groźną Etnę i piknikował, smażąc kiełbaski. Nie sądziłem wtedy, że owe plany będą czekały prawie osiem lat na realizację. Liczne inne wyjazdy stały ciągle na przeszkodzie. Aż do teraz.

Za miejsce pikniku wybrałem największy Krater Centralny (część zwaną Voragine). Ze względu na wiatr, musiałem zejść trochę do środka. Skwar, gazy, ale jakie widoki. Efektowny ogromny krater, z jeziorkiem płynnej lawy, oddalonym o pięć minut marszu. A po lewej stronie najwyższy punkt Etny na skraju Krateru Północno-Wschodniego. Spokojnie rozpaliłem grill, upiekłem kiełbaski. Zjadłem z chlebem, musztardą, popiłem colą, ruszając na dalszą część badań wulkanicznych. Grill zniosłem i wyrzuciłem dopiero na dole, w mieście Randazzo.

Kolejnego dnia postanowiłem spróbować upiec kiełbaski w oparciu o fumarole - rodzaj gorących wyziewów wulkanicznych. Znowu wybrałem Krater Centralny, z amfiteatralnym widokiem (tym razem część Bocca Nuova). Kiełbasę udało się zagrzać, ale mocno przesiąkła siarką.

To był najwspanialszy grill w moim życiu. Tylko ja i Etna. Oto zdjęcia. 

Ale wcześniej dwa filmy z grillowania: ETNA GRILL 1 i ETNA GRILL 2.

Opublikowano w Blog
Jeden tydzień, 5 miast, w kolejności: Kraków, Wrocław, Giżycko, Warszawa Toruń. Mnóstwo fantastycznych ludzi, pozytywnej energii. Jedni żyją wellness, inni są w trakcie metamorfozy, jeszcze inni zaczynają swoją drogę o zdrowie i wygląd. Nie szukają wymówek, tylko biorą życie w swoje ręce. W każdym wieku można przy umiarkowanym wysiłku zmienić diametralnie samego siebie na lepsze. Wystarczy zrewidować trochę nawyków żywieniowych, dołączyć jakąkolwiek aktywność fizyczną, a będą efekty. Pod warunkiem konsekwencji w działaniu.

Oriflame pierwszy raz zorganizował w Polsce, w osobie Tomka Kalinowskiego (Wellness Manager), konferencje poświęcone tylko produktom Wellness. Które notabene idą w parze z kosmetykami Oriflame. W obu przypadkach chodzi o to samo - by być zadbanym, zdrowym, dobrze wyglądać i dobrze się czuć samym ze sobą.

Kilkusetosobowe sale konferencyjne w Krakowie, Wrocławiu, Warszawie i Toruniu zgromadziły komplety. Było dynamicznie, ciekawie. Zdrowo. Takie też przekąski, owoce, warzywa, zdrowe produkty serii Wellness by Oriflame (koktajle, batony, zupy). Tomek włożył mnóstwo pracy, ale otrzymał zasłużone gratulacje. Konferencje zakończyły się sukcesem. A zasiadający na widowni często pokonywali setki kilometrów, by wziąć udział. Była to wymagająca publiczność.

Wystąpienia miały dwojaki charakter. Stali goście w osobach: Eli Lange (Psychodietetyk), Tomka Kozłowskiego (Skoczek spadochronowy, który skoczył ze stratosfery, psycholog, ratownik GOPR) Łukasza Kolasińskiego (Trener personalny) i Grzegorza Gawlika (Podróżnik i organizator wypraw, który realizuje m.in. Projekt 100 Wulkanów). Oraz opowieści, prezentowane na każdej konferencji przez inne osoby, jak w praktyce wygląda życie w stylu wellness. W jaki sposób funkcjonować, by być zdrowym łącząc to z licznymi codziennymi obowiązkami. Co i jak jeść, jak suplementować mądrze dietę, jaką aktywność fizyczną uprawiać. Jak siebie przekonać, że trzeba wygospodarować czas na zdrowe życie, odżywianie i że to jest naprawdę najważniejsze. O ile zależy nam na dobrym i długim życiu. Niektóre metamorfozy przed-po Wellness były niesamowite. Zdjęcia nie kłamią, a osoby na nich były nie do poznania. Wysiłek się opłacił. Nie zabrakło również tematów marketingowo-sprzedażowych, pokazujących jaką furorę zaczynają robić produkty Wellness by Oriflame.

Podczas wspomnianego tygodnia odwiedziłem też Mazury, dokładnie Giżycko, gdzie odbywało się Seminarium Szkoleniowe Oriflame. Poświęcone życiu w tylu wellness. Udałem się tam z innymi miłośnikami gór, podróży i zdrowego stylu życia - Ewą Janiec i Andrzejem Kaczmarkiem, a gospodarzem była Lena Skrodzka. Po szkoleniu, nie zabrakło wycieczki statkiem po jeziorze Kisajno a wieczorem zabawy tanecznej. A jak wiadomo, taniec to fantastyczna gimnastyka.

No i moje męskie oko nie przegapiło faktu obecności tylu wspaniałych kobiet. Na wszystkich konferencjach i seminariach. Z którymi mam kilkaset zdjęć. Skłamałbym, gdybym zaprzeczył, że nie sprawiło mi to radości :). Dzięki Dziewczyny!

Na zdjęciach niewielka próbka tego co działo się w Krakowie, Wrocławiu, Giżycku, Warszawie i w Toruniu.

Opublikowano w Blog
Po niemal sześciu tygodniach w Nepalu powróciłem do Polski od razu wpadając w wir różnych zajęć. W tym podróżowania po kraju z prelekcjami podróżniczymi, motywacyjnymi i innymi wydarzeniami z tym związanymi. Na przykład w Poznaniu (Poznański Klub Podróżnika, Kino Rialto), Gliwicach (Klub Pracowników Politechniki Śląskiej), Chełmie (Dni Kultury Chrześcijańskiej) czy w Hucisku koło Zawiercia (VII Otwarte Dni Wspinania). Ponadto odwiedziłem Lublin, Wrocław, Opole i dwa razy Warszawę. Tematem przewodnim był PROJEKT 100 WULKANÓW, ale także porzucenie jako prawnik korporacji na rzecz spełniania marzeń. Realizowanie ambitnych projektów podróżniczych w oparciu o szczegółowy plan i żelazną konsekwencję. Jak również, co jest potrzebne, by odnosić w życiu sukcesy.

A w ogóle po przylocie w kioskach zastała mnie niespodzianka. Przygotowany przed wyjazdem artykuł o mnie i o PROJEKCIE 100 WULKANÓW wraz z sesją zdjęciową dla: TWÓJ STYL MAN. Kilka zdjęć prezentuję w załączonej na końcu galerii.

Jeżdżąc po Polsce poznaję mnóstwo świetnych ludzi, ale odwiedzam też znajomych. I tak w Poznaniu spotkałem się z Bartkiem Krawczykiem, który prowadzi świetny blog o wulkanach: wulkanyswiata.blogspot.com. Na poznańskiej prelekcji nakręcił nawet dwa krótkie filmy: POZNAŃ 1 - YOUTUBE i YOUTUBE - POZNAŃ 2.

Cieszy mnie, że uczestnicy wyjazdów ze mną wpadają na prelekcje. Co prawda, na takich wyjazdach w porównaniu z własnymi wyprawami, jestem grzeczny i wyrozumiały, ale i tak nikomu nie pozwalam za łatwo się poddać. A mimo to chętnie się do mnie przyznają :). I tak, w Gliwicach odwiedził mnie Zbyszek a w Hucisku Gosia. Weszli ze mną na Kilimandżaro, na różnych wyjazdach. Zresztą paznokcie Gosi, na jednym ze zdjęć poniżej (widok obecny), były dużą atrakcją na Dachu Afryki w kontraście ze śniegiem. I różowa substancja, która je pokrywała, okazała się tak wytrzymywała, że paznokcie w nieskazitelnym stanie zeszły z góry. Fajnie było porozmawiać, powspominać.

Właśnie, jeśli chodzi o imprezę w Hucisku koło Zawiercia, nawet nie jestem w stanie wymienić wszystkich spotkań, rozmów. Z niektórymi osobami nie widziałem się kilka lat. VII Otwarte Dni Wspinania zorganizowane zostały przez Portalgorski.pl, Fundację Górską ECHO i Kompleks Małe Dolomity. Przede wszystkim w osobach: Irka Gosztyły i Bartka Andrzejewskiego, wraz z Partnerkami. A to wszystko na pięknej Jurze Krakowsko-Częstochowskiej pełnej lasów i skał.

Specjalnym gościem był Carlos Carsolio. Ostatni raz odwiedził Polskę w latach 80-tych ubiegłego stulecia. W wizycie towarzyszyła mu żona Monika. Jego przyjazd można określić jako historyczny. Carlos szybko rozprawił się z Koroną Himalajów (11 lat) i w 1996 roku był czwartą osobą w historii, która tego dokonała (zdobyła wszystkie 14-ście ośmiotysięczników). W bardzo młodym wieku (33 lata). Był pierwszym wspinaczem obu Ameryk, który to osiągnął. Carlos był partnerem Wandy Rutkiewicz podczas wyprawy na Kanczendzongę w 1992 roku, z której nie wróciła.

Oboje z Moniką to bardzo sympatyczni i kontaktowi ludzie. Jak przystało na "południowców" bardzo emocjonalni. Było to doskonale widać, gdy Carlos opowiadał jak zdobywał Koronę Himalajów, często w towarzystwie Polaków, z którymi się zaprzyjaźnił. Obecnie już się nie wspina ale uprawia paragliding i nowoczesne rzeźbiarstwo np. 3D. Ciekawy był zmian jakie zaszły w Polsce od ostatniej jego wizyty. Jego opiekunem podczas pobytu w Polsce był Jerzy Porębski, autor m.in. górskich filmów dokumentalnych.

Charakter Otwartych Dni Wspinania przypadł mi do gustu. Kameralna impreza w atrakcyjnej przyrodniczo scenerii. Nieprzypadkowo dobrani prelegenci, a to zawsze zwiastuje dobrą jakość imprezy. Tacy też odbiorcy, autentycznie zainteresowani górami. Prelegentami w tym roku byli: Andrzej Machnik, Marcin "Yeti" Tomaszewski, Ryszard Pawłowski, Andrzej Marcisz, Alex Txikon (Txicon) i Carlos Carsolio. Również miałem przyjemność być jednym z prelegentów. W końcu wulkany to też góry. Fantastycznie rozmawiało nam się o nich z Carlosem. Przecież w Meksyku są najwyższe wulkany Ameryki Północnej, w tym bardzo aktywne.

Nie zabrakło producentów oraz dystrybutorów sprzętu wspinaczkowego, górskiego, turystycznego oraz wydawców takiej też literatury. Jeden z paneli poświęcony był książce Bartka Andrzejewskiego - Górska Korona Polski.

Warto wspomnieć o wizycie Alexa Txikona, który wraz z Simone Moro i Ali Sadpara, jako pierwszy zdobył zimą Nanga Parbat (8126m, 26 luty 2016). Tą Nangę Parbat, którą tyle razy próbowali sforsować zimą Polacy, bezskutecznie. Alex to Bask, nie Hiszpan, co podkreślał, zresztą tak samo jak pierwsza zdobywczyni Korony Himalajów - Edurne Pasaban (choć początkowo to miano miała Koreanka Oh Eun-sun, ale nie potwierdzono jej wejścia na Kanczendzongę). Notabene, Alex był kamerzystą w jej zespole. Zimą do zdobycia pozostał tylko jeden ośmiotysięcznik - K2 (8611m, Czogori). Zapowiada się ciekawa walka. Polacy już nie są monopolistami w zdobywaniu ośmiotysięczników zimą. Góra łatwo się nie podda, do tego wspinacze z kilku krajów ostrzą sobie zęby na ten jeden z ostatnich spektakularnych sukcesów do zrobienia.

W czasie imprezy w Hucisku, w sąsiednich Podlesicach odbywał się zjazd Polskiego Związku Alpinizmu. Jego uczestnicy odwiedzili nas, m.in. Janusz Majer, Janusz Gołąb, Piotr "Hefar" Głowacki, Alek Lwow czy Wojtek "Kanion" Grzesiok. Środowisku górskiemu tych nazwisk nie trzeba przedstawiać.

Kończąc, dwa zdjęcia w poniższej galerii wymagają komentarza:

Zdjęcie nr 20: kartka z autografem. Staszek wymyślił sobie własną wersję encyklopedii ludzi gór. Jeździ po Polsce, wysyła własne przygotowane kartki z prośbą o autograf. Ogromna praca i kilka albumów zapełnionych autografami najwybitniejszych ludzi gór z Polski i ze świata. Po prawej stronie na zdjęciu a Alexem Txikonem (nr 39).

Zdjęcie nr 42 (ostatnie): jestem na zdjęciu z Justyną Gaj i jej synem Igorem. Z Justyną znamy się już ponad dziesięć lat. Uczestniczyła w dwóch moich wyprawach, które zapoczątkowały PROJEKT 100 WULKANÓW. W 2006 roku podczas wyprawy po Azji, nie sposób opisać w skrócie licznych jej osiągnięć, pierwszym wulkanem do projektu był mongolski wulkan Khorgo. Rok później towarzyszyła mi w drugim moim wejściu na kaukaski Elbrus, gdyż pierwsze wejście miało miejsce przed narodzinami projektu i nie mogło zostać do niego zaliczone. Aktualny stan projektu jest: TABELE PROJEKTU 100 WULKANÓW.

Na zdjęciach: magazyn Twój Styl Man, prelekcja w Gliwicach i w Poznaniu oraz w Chełmie. W drugiej części VII Otwarte Dni Wspinania. Zdjęcia są opisane, wystarczy najechać kursorem na miniaturę. 

Opublikowano w Blog
Chociaż kojarzony jestem przede wszystkim z wulkanami, moja działalność podróżniczo - sportowa składa się z wielu różnych elementów, aktywności. Brak czasu nie pozwala o wielu z nich opowiedzieć, ani napisać. Dlatego dzisiaj krótko o innych górach, nie będących wulkanami. Je też uwielbiam i w nich bywam. Gdybym chciał zliczyć wszystkie zdobyte górskie szczyty, byłoby ich z tysiąc. Więc wspomnę o 10 najwyższych dotychczas osiągniętych wzniesieniach, istotniejszych. Oto one:

7134 metrów - Pik Lenina / Avicenna Peak (choć GPS wskazał 7146m n.p.m., Pamir, Kirgistan/Tadżykistan). Przyjechałem bardzo zmotywowany, bo biłem swój kolejny rekord wysokości. Przygotowany byłem na ciężką walkę. A wszystko poszło banalnie łatwo - podejście aklimatyzacyjne zakończyło się zdobyciem szczytu. Cała akcja górska zajęła 13 dni (z aklimatyzacyjnymi wyskokami w bok), zakończyła się w pierwszych dniach sierpnia. Nie wszyscy mięli takie odczucia. Podczas mojego pobytu góra pochłonęła życie jednej osoby, kilka zostało rannych (szczeliny lodowcowe, choroba wysokościowa, lawina). Nikły procent atakujących Lenina osiągnął wierzchołek. Zupełnie nie wiem dlaczego?

Mogłoby się wydawać, że na tej górze miał miejsce mój najwyższy nocleg, ale nie. Dużo wyższe noclegi i to w pokaźnej liczbie, miałem na andyjskich wulkanach, najwyższy na 6820m - masyw Ojosa del Salado (nawet na Aconcagui "strzeliłem" sobie nocleg na 6300m, na Leninie tylko 6130m).

Chociaż Pik Lenina trudno traktować jako ambitne wyzwanie, góra zapisała się w historii alpinizmu wybitnie tragicznie. Za sprawą dwóch pamiętnych tragedii. W 1974 roku w rejonie wierzchołka zmarły wszystkie członkinie radzieckiej kobiecej wyprawy. 8 ofiar. Przyczyna: załamanie pogody. Natomiast w 1990 roku na obóz drugi, położony na ok. 5200m, zeszła lawina, którą wywołało trzęsienie ziemi. Uchodzi za największą wysokogórską tragedię, bo zginęły 43 osoby.

6962m - Aconcagua (Andy, Argentyna) - najwyższa góra Ameryki Południowej i poza Azją. Dla wielu samodzielny cel. W moim przypadku był to dodatek do wulkanicznej wyprawy. By później sprawnie działać na dużych wysokościach, aklimatyzacyjnie i samotnie wszedłem sobie właśnie na Aconcaguę od strony doliny Horcones. W grudniu, przy bardzo zimowej pogodzie, kiedy na 6000m i powyżej w nocy temperatury przekraczały minus 30 stopni Celsjusza, a odczuwalne dochodziły do minus 50.

6181m - Island Peak (Imja Tse, Himalaje, Khumbu Himal, Nepal) - niewysoka, szybka w zdobyciu, ale bardzo ładnie położona góra. Pod południową ścianą Lhotse, niedaleko Makalu i Ama Dablam, otoczona lodowcami. Był październik, a po dojściu pod górę, wystarczył jeden dzień, by wejść i zejść. 

6145m - Razdielna (Razdielnaja, Razdelnaya Peak, Pamir, Kirgistan) - szczyt, który pokonuje się na drodze klasycznej prowadzącej na Pik Lenina. Umiejscowiony jest tam obóz III (C1), z którego najczęściej atakuje się wyższego siedmiotysięcznego sąsiada. Oddzielony od Razdielnej przełęczą o wysokości 6065m.

6088m - Huayna Potosi (Andy, Boliwia) - piękna piramidalna góra obok La Paz i w sąsiedztwie jeziora Titicaca. Na upartego można o świcie wyruszyć z La Paz, podjechać kawałek, wejść na szczyt, i wieczorem świętować sukces ponownie w La Paz. Chcąc się nacieszyć widokami, piękną pokrywą lodowcową, spędziłem w masywie 3 dni, był maj.

5645m - Kala Pattar (ramię Pumori, Himalaje, Khumbu Himal, Nepal) - najbardziej znany na świecie punkt widokowy na Mount Everest (po tybetańsku Czomolungma, a nepalsku Sagarmatha). Sympatyczna skałka w wysokogórskim otoczeniu. Prowadzi na nią łatwa ścieżka.

Jeszcze tego samego październikowego dnia odwiedziłem Everest Base Camp 5360m, bo to blisko, niżej, a ścieżka nawet na lodowcu Khumbu - bezproblemowa.

5520m - przełęcz Kongma (Kongma La, Himalaje, Khumbu Himal, inne źródła podają 5535-40m) - po zdobyciu Island Peak przez przełęcz i lodowiec Khumbu doszedłem do trasy prowadzącej pod Everest. Okolica ta obejmuje wspaniałe widoki na Himalaje, są też tutaj jeziora i małe lodowce. Swego czasu, nocleg prawie na samej przełęczy, był moim najwyższym.

5360m - przełęcz Cho (Cho La, Himalaje, Khumbu Himal, inne źródła podają 5420m) - pokonałem ją, jak również największy nepalski lodowiec Ngozumpa, w drodze na inny słynny punkt widokowy na Everest - Gokyo. Na przełęczy jest niewielki lodowiec.

5360m - Gokyo Ri (Gokyo Peak, Himalaje, Khumbu Himal, Nepal) - niezbyt wybitny szczyt, za to oferujący wybitne widoki na Eeverest, Makalu, a po drodze także na Cho Oyu i serię błękitnych jezior oraz lodowiec Ngozumpa. Mount Everest z tej perspektywy również prezentuje się okazale.

5360m - Everest Base Camp  (Himalaje, Khumbu Himal, Nepal) - to w zasadzie jedenasta pozycja, ale o takiej samej wysokości jak dwie wcześniejsze. Łatwa, płaska ścieżka, lodowiec Khumbu i widok na słynny Ice Fall oraz Nuptse. Wspaniała wysokogórska atmosfera. Choć akurat Everestu z BC nie widać.

Podane wysokości są według własnych pomiarów GPS.

Dla porównania, wulkanów o wysokościach 5000m - 6896m (najwyższy wulkan Ojos del Salado) zdobyłem 21.

Po wulkanach chodzę najczęściej samotnie, po górach wysokich również.

8000m? Pewnie kiedyś się wybiorę. Większość sprzętu już jest.

Malutka galeria zdjęć:

Opublikowano w Blog
Pierwszy Pamirowy wyjazd w 2017 roku do Tanzanii za nami. Plan był ambitny, uczestnicy również, dlatego osiągnęliśmy wszystkie założone cele.
Na początek Małe Meru 3820m i Meru 4566m (Socialist Peak). Ten najwyższy aktywny wulkan Afryki (i piąta góra kontynentu), oferuje ciekawą wędrówkę skrajem starej kaldery, z efektownym widokiem na ciągle aktywny krater (ostatnia erupcja w 1910r.). Poniżej lasy tropikalne i sawanny. Przy dobrej pogodzie okazale prezentuje się pobliskie Kilimandżaro. W rejonie szczytu zastaliśmy resztki śniegu, co akurat na Meru jest bardzo rzadkim zjawiskiem.
Wędrówce w niższych partiach towarzyszył strażnik z karabinem z Parku Narodowego Arusha, gdyby jakiś większy zwierz chciał się z nami za bardzo zaprzyjaźnić. Tropikalny las, bawoły, gazele, zebry, żyrafy, małpy. Świetna rozgrzewka i aklimatyzacja przed Kilimandżaro.

Które pokazało nam pazur. Innymi słowy, najwyższa góra Afryki udowodniła, że może dać w kość. Ulewy, burze z gradobiciem, śnieżyce, mgły i chmury. W dużej mierze tak wyglądały nasze pierwsze 4 dni wędrówki drogą Machame (Whiskey Route). Dach Afryki tylko kilka razy na krótko się odsłonił. Jeszcze na godzinę przed atakiem szczytowym trwała śnieżyca, by nagle zapanowała idealna pogoda do walki o wierzchołek. W komplecie stanęliśmy na szczycie, w zimowych warunkach.

Uhuru Peak 5895m, to najwyższa część wulkanu Kibo i całego potężnego masywu Kilimandżaro (składa się z trzech stożków wulkanicznych: Shira, Kibo, Mawenzi).

Wraz z Marcinem i Mwinyi`m było nam mało i śnieżno-skalną ścianą zeszliśmy na dno krateru Kibo (5725m), by wdrapać się na skraj krateru Reusch (5853m), po drodze macając jeden z lodowców (Furtwangler), który pewnie niedługo stopnieje, jak inne lodowce Kilimandżaro. Jeżeli Uhuru próbuje rocznie zdobyć 40-60 tysięcy osób (to nie pomyłka), a na szczycie staje około 65-70% tej liczby, to już skraj pierwszego pierścienia Reusch rocznie osiąga mniej więcej 50 osób. Mało który z tanzańskich przewodników, mających nawet po kilkaset wejść na Uhuru, był tutaj. A ewenementem jest zejście nad sam krater, pojedyncze przypadki zdarzają się raz na ileś lat. Byłem jednym z nich. To niełatwe zadanie, bo wliczając Uhuru są cztery pierścienie do pokonania (od strony Kenii dwa). Z tego trzy ostatnie na zasadzie, zejście w dół, podejście na skraj pierścienia, by znowu zejść w dół. I tak do końca. Dopiero stojąc na krawędzi ostatniego, widać dno krateru. Wysokości przekraczają 5700-5800m.

Samotnie dotarłem na najniższy z pierścieni, skąd mogłem zobaczyć krater w pełnej okazałości, a po drodze przyjrzeć się ciągle obecnym wyziewom wulkanicznym, świadczącym o minionej aktywności (ok. 150-200 tys. lat temu). Ich temperatura nie była wysoka - przykładałem rękę, charakterystyczna była dla solfatarów (dominującym gazem był siarkowodór). Chociaż niektórzy nazywają Kilimandżaro wulkanem uśpionym (konkretnie wulkan Kibo), tak samo jak Meru, to według mnie Kilimandżaro obecnie można uznać za wygasły, a Meru ciągle za aktywny. W przyszłości pewnie się to zmieni.

Wielokrotnie podczas wyprawy rozmawiałem z moimi towarzyszami o wulkanach i Projekcie 100 Wulkanów. Byłem pod wrażeniem ich zainteresowania tematem i chęcią zdobycia wiedzy. Nawet poszli w moje ślady i z różnych miejsc przywieźli próbki law oraz minerałów, choćby obsydian czy biotyt. Będąc nawet kolejny raz w danym rejonie wulkanicznym, zawsze wprowadzam element badawczy i chęć dowiedzenia się czegoś więcej. Co też ucieszyło moich towarzyszy, ze względu na fakt, że mięli niepowtarzalną okazję wziąć w tym udział.

Kończąc wędrówkę po kraterze Kibo i Reusch, wróciliśmy do Stella Point 5756m, by ruszyć sprawnie w dół do Barafu Camp (nasz obóz był na wys. 4680m) i dalej drogą Mweka ku tropikalnym temperaturom. Wysoko, świeży śnieg w słońcu topniał szybko. Dzięki niemu nie kurzyło się pod nogami, co charakterystyczne dla wulkanów. Nisko, mogliśmy się przebrać w letnie stroje.

Pogoda do końca pobytu w masywie Kilimandżaro nam dopisywała, wspaniale prezentował się pobliski masyw Mawenzi 5149m, trzeciej góry kontynentu. Po krótkim odpoczynku udaliśmy się na kolejny wulkan - Ol Doinyo Lengai 2954m (to jest obecnie najaktualniejszy pomiar, niektóre źródła podają wysokość nawet 3188m). Znawcy tematu wiedzą, że to nie byle jakie wyzwanie. Piękny stratowulkan, czyli stromy stożek aktywnego wulkanu. Jedyny, który wypluwa lawę karbonatytową, charakteryzującą się biało-żółtymi odcieniami i niską temperaturą ok. 500-600 stopni Celsjusza.

Końcówka naszej wędrówki nad aktywny krater biegła po skorupie lawowej o dużym stopniu nachylenia. Najwyższy punkt, oddzielony przełączką, pozostałość starego krateru, znajduje się sto metrów wyżej, nie omieszkaliśmy tam wejść. Ze szczytu rozpościerały sie widoki na kalderę Ngorongoro, jezioro Natron, Wyżynę Wulkanów, a także na Meru i Kilimandżaro. Miejscowe dane mówią, że rocznie na Ol Doinyo Lengai wchodzi niewielka liczba śmiałków, od poniżej 50 do poniżej 100, z których nieliczni decydują się osiągnąć najwyższy punkt wulkanu.

Ostatnia znacząca seria erupcji miała miejsce w latach 2007-2008, minimalne tego typu zjawiska pojawiły się w roku 2010 i 2013. W obrębie szczytowym można zaobserwować w kilku miejscach niewielkie fumarole (wyziewy wulkaniczne). Jest też młode spore pęknięcie od strony jeziora Natron, tworzące jakby pierścień. Zszedłem, a w zasadzie wskoczyłem do niego (gorzej było z wyjściem). Warstwy materiałów wulkanicznych były bardzo sypkie i niestabilne. Wynika to z faktu, że węglany je budujące, przy kontakcie z powietrzem bardzo szybko wietrzeją. Lawa wydobywająca się z Ol Doinyo Lengai ma odcień czerni (tylko w nocy świeci na czerwono), gdy zastygnie, dosyć szybko zmienia kolor na biało-żółty, następnie szarzeje i podlega silnym procesom erozyjnym. Jest rzadkim zjawiskiem, bo inne aktywne wulkany wyrzucają z siebie lawę znacznie cieplejszą, bogatą w minerały krzemianowe.

Lawa z Ol Doinyo Lengai jest bogata w dwa rzadkie minerały (węglany sodu i potasu) - nyerereite i gregoryite. Ten drugi jest mi bliski, ze względu na moje imię :). Gregoryt - tak samo jak ogromne pęknięcie tektoniczne, w którym znajduje się opisywany wulkan - Ryft Gregory`ego - zawdzięczają swoją nazwę brytyjskiemu geologowi i eksploratorowi,  który żył w XIX i XX wieku, a nazywał się John Walter Gregory.

Po wydarzeniach z roku 2007 i 2008 Ol Doinyo Lengai bardzo się zmienił, krater się zapadł i nie ma do niego dostępu. Miejsce ostatniej aktywności wulkanicznej zlokalizowane jest na jego skraju, od strony jeziora Natron. Eksplozywne erupcje i brak późniejszej aktywności spowodowały, że nie ma możliwości obserwacji lawy karbonatytowej w formie zastygłych wypływów.

Na koniec odwiedziliśmy jeszcze jeden wulkan - Kalderę Ngorongoro (jak i Kilimandżaro jest na liście światowego dziedzictwa UNESCO). Jedną z największych i najpiękniejszych na świecie (ok. 300km kwadratowych, inne dane 260km, wygasła, jej aktywność wulkaniczna zakończyła się ok. 2,5mln lat temu). Na skraju kaldery osiągnęliśmy wysokość ponad 2400m, na dnie było ok. 1700m. A tam zielone trawy, jezioro Magadi i przede wszystkim ogromna liczba zwierząt, m.in. lwy, słonie, zebry, antylopy, gnu, hipopotamy, guźce, liczne ptactwo jak strusie, sępy czy marabut. Trafił się nosorożec, kojot i szakal. Zresztą w rejonie Ol Doinyo Lengai też nie brakowało zwierząt, z żyrafami na czele. Naszym niezłomnym środkiem transportu była kultowa w Tanzanii - Toyota Land Cruiser.

Skąd ten zwierzęcy fenomen Ngorongoro? Zwierzętom tam mieszkającym nie za bardzo chce się wspinać na skraj kaldery. Dlatego tak licznie można je podziwiać. Inna sprawa, że zwierzętom z poza kaldery, też nie chce wchodzić się do środka. Wracając do cywilizacji, przyglądaliśmy sie baobabom, termitierom, zakupiliśmy ostatnie pamiątki.

Bardzo dziękuję Gosi, Ani, Olkowi, Zdzisławowi oraz Marcinowi za walkę i niezmiernie się cieszę, że wszyscy osiągnęli pełny sukces, który zostanie na całe życie. 

Grzegorz

Poniżej malutka próbka zdjęć. A na nich - wpierw masyw Kilimandżaro, od lasu tropikalnego, po lodowce. Wierzchołek Uhuru Peak 5895m, krater Kibo, krater Reusch. Roślinność Kilimandżaro jak lobelia i senecja. Widok na Mawenzi 5149m. Cała ekipa i co jedliśmy. Następnie wulkan Meru 5466m i safari z wulkanem Ol Doinyo Lengai 2954m oraz kalderą Ngorongoro.

Opublikowano w Blog

Zapraszam na reportaż o PROJEKCIE 100 WULKANÓW zrealizowany dla kanału telewizyjnego TVP INFO, a przygotowany przez Annę Ołdakowską. Nakręcony został przed Centrum Nauki Kopernik w Warszawie.

Reportaż znajduje się: TUTAJ

Pozdrawiam będąc w drodze na wulkany Tanzanii.

Grzegorz Gawlik

Opublikowano w Blog

Nowy Tomyśl (Wielkopolska - pomiędzy Poznaniem a niemiecką granicą)

Miałem niedawno okazję gościć w nim na podróżniczej prelekcji. To niewielkie miasto pewnie mało komu się kojarzy, ale jak każde miejsce na świecie, ma coś ciekawego do zaoferowania. Oprócz budynków użyteczności publicznej i kamienic z XVIII i XIX wieku, koło ratusza stoi największy wiklinowy kosz na świecie. Więc nie dziwi istnienie w mieście Muzeum Wikliniarstwa i Chmielarstwa. W Nowym Tomyślu funkcjonuje również zoo, nieduże, ale też nie takie małe. W okolicach miasta jest sporo pięknych lasów, a niemal w każdym sklepie spożywczym zakupimy regionalny ser smażony, chroniony prawem Unii Europejskiej. Przypomina ser topiony, wytwarzany jest ze zgliwiałego (dojrzewającego) twarogu, następnie jest smażony. To pierwszy zarejestrowany polski ser, z innego regionu niż Podhale.

Cieszy mnie, że przybywa w Polsce takich miejsc jak Biblioteka w Nowym Tomyślu (Miejska i Powiatowa Biblioteka Publiczna). Świetnie wyposażonych, przemyślanie zagospodarowanych. Estetycznych. Gdzie pomyślano o młodym czytelniku i tym starszym. Gdzie jest miejsce na spotkania, wystawy i szereg imprez kulturalnych. I co najważniejsze, gdzie pracują ludzie, dla których chce się przychodzić do biblioteki,  którzy poszerzają horyzonty lokalnej społeczności.

Jako gość-prelegent zawsze doceniam, gdy zastaję przygotowaną salę, z dobrze działającym sprzętem. Spotkanie jest dobrze rozreklamowane. W Nowym Tomyślu na każdym krześle pomyślano nawet o estetycznych ulotkach ze zdjęciem i opisem tego co robię, jak również o publikacji w lokalnym periodyku. A po spotkaniu wszyscy uczestnicy mogli kontynuować rozmowy przy kawie i cieście, w przygotowanej sali. Dziękuję!

Kilka zdjęć w galerii poniżej.

Studencki Schron Turystyczny Pod Solniskiem (Lachowice) zwany też Chatką Studencką na Adamach. Beskid Żywiecki.

Korzystając z wyszukiwarki na stronie można znaleźć więcej materiałów na temat tego miejsca (m.in. TUTAJ). Teraz kilka zdań o ostatniej wizycie na końcówce października. Związana ona była z imprezą, zwaną ŚPIEWOGRANIEM. Gitary, świece, kominek, słodkości i piosenka turystyczna, ale nie tylko. Fantastyczna górska atmosfera. Uzupełniona spacerami, grzybobraniem, kiełbaskami z ogniska i rąbaniem drewna na zimę.

Chatka spełnia wszystkie standardy, jest bardzo zadbana. Opiekuje się nią Politechnika Gliwicka. Inżynierskie patenty widać wewnątrz, m.in. pod postacią ogrzewania, toalet, pryszniców z ciepłą wodą. To świetne miejsce, by sobie porozmawiać, zwłaszcza że wifi brak a i sygnał telefonii komórkowych potrafi się zgubić. Dla niektórych minusem może być zakaz spożywania alkoholu. :)

Zdjęcia poniżej.

Warszawa moim drugim domem. Wizyta w telewizji TVN i w Polskim Radiu.

Warszawę lubię i bywam w niej często. Coraz częściej. Na coraz dłużej. I gdy wykonam swoje zadania, zawsze staram się coś pozwiedzać, pójść na spacer, spotkać się z przyjaciółmi.

Tym razem do stolicy przygnały mnie nagrania dla TVN24 Biznes i Świat oraz rozmowa w Polskim Radiu - w CZWÓRCE. Tematem przewodnim były wulkany i PROJEKT 100 WULKANÓW.  A po i przed, oprócz spotkań towarzyskich, znalazłem chwilę na spacer po Starym Mieście czy wizytę w Pałacu Kultury i Nauki. A jeden z pięknych listopadowych dni spędziłem w bardzo romantycznych w tej scenerii parkach - Ujazdowskim i Łazienkach. Spotkałem tam sporo par, w okresie równie pięknej jesieni ich życia, z Wielkiej Brytanii i Irlandii. Przyjechali, bądź turystycznie, bądź odwiedzić pracujące w Warszawie dziecko. Jakoś tak się złożyło, że zaczepiali mnie pytając o drogę czy o dane miejsce. Z niektórymi sobie porozmawiałem. O naszych rudych wiewiórkach i ich szarych. Byli zaskoczeni czystością Warszawy, spokojną atmosferą. Bardzo sympatycznie o naszej stolicy się wypowiadali. Rozmawialiśmy także o wyborach prezydenckich w USA, wyniki miały być ogłoszone nazajutrz. Podstawowa konkluzja była taka, że jest to wybór między dwoma ciężkimi chorobami, może nieuleczalnymi. Niestety, trzeciego, lepszego kandydata zabrakło. Wszyscy zgadzali się co do tego. Jednakże twierdziłem, że wbrew sondażom wygra Trump, bo ludzie mają dość obecnej formy sprawowania władzy i demokracji, która powoli przestaje nią być. Potrzebne jest przesilenie i głębokie reformy. Moi rozmówcy twierdzili, że na pewno wygra Hillary Clinton, bo jak wygra Donald Trump to będzie tragedia. W odpowiedzi ode mnie usłyszeli, że Trump musi mówić różne rzeczy, by się wyróżnić, a jak wygra, będzie spokojniejszy i bardziej przewidywalny. A może rzeczywiście uda mu sie coś zmienić w obecnej polityce? Czasami w szaleństwie jest metoda.

Pani Clinton to wytwór skostniałego establishmentu. Jej rodzina dorobiła się majątku na polityce, są oderwani od rzeczywistości, bo tak się kończy najczęściej po wieloletnim sprawowaniu wysokich stanowisk państwowych. Władza, pieniądze, układy, roszady, poczucie wszechmocy - takich ludzi to kręci i pcha do polityki. A nie żadna praca dla dobra wszystkich obywateli. Oczywiście Hillary Clinton jest doświadczonym, sprawnym politykiem i twardym - lecz w obecnych czasach to coraz częściej dyskwalifikujące wady. Ludzie, nie tylko w USA, mają obecnego zarządzania państwami dość, mają poczucie braku wpływu na cokolwiek. Szkoda tylko, że mobilizują się jedynie na jedno głosowanie, a później odpuszczają walkę o zmiany i reformy.

Lecz wracając do Warszawy, jak tak się zastanowię i policzę moje dobre kilkadziesiąt wizyt w ostatnich trzech latach, to udało mi się poznać kawał Warszawy. Ale ciągle mi mało.

Materiał z TVN24 BIS jest: TUTAJ.

Materiał w z Radiowej Czwórki jest: TUTAJ (po lewej stronie).

Zdjęcia poniżej.

Książka w podróży

Podróżując, najczęściej pociągiem, zawsze zabieram książkę. Obecnie nie mogę oderwać się od twórczości Milana Kundery. Nie dość, że świetnie pisze, to zgadzam się z mnóstwem jego wniosków, sugestii, spostrzeżeń. Brak czasu ogranicza moje możliwości czytelnicze, dlatego zawsze się cieszę, gdy mogę zabrać ze sobą w podróż kolejną powieść Kundery.

SPOKEY

Spokey, to producent między innymi sprzętu turystycznego, a nasza współpraca trwa juz trochę. Właśnie przysłali mi nową porcję, z nowym zdjęciem, kartek, które podpisuję przy różnych okazjach. W samą porę, bo ostatnia wersja już się wyczerpała. :)

Opublikowano w Blog
13 października miałem okazję gościć w Pałacu Kultury Zagłębia w Dąbrowie Górniczej w ramach festiwalu Zagłębie Wood, by poopowiadać o Projekcie 100 WULKANÓW na półmetku. Gmach Pałacu to piękny przykład stylu socrealistycznego. Wybudowany w latach 1951-58, już w 1979 roku został wpisany do rejestru zabytków. Zarówno wewnątrz jak i na zewnątrz prezentuje się imponująco.

Dziękuję za świetną organizację i tłumne przybycie. Jednocześnie przykro mi, że dla sporej grupy zabrakło już biletów. Ale nic straconego, z pewnością będzie jeszcze niejedna okazja do spotkania.

O ogólnodostępnych moich wystąpieniach podróżniczych (nie tylko wulkanicznych) zawsze jest informacja na grzegorzgawlik.pl. Proszę zerkać.

Rozmowa z Olafem Otwinowskim dla Pałacu Kultury Zagłębia znajduje się: TUTAJ.

Wywiad Olafa dla blogu Pałacu Kultury Zagłębia (Za Kulisami), można znaleźć: Jakie to uczucie, być legendą?

Tomasz Burek w rozmowie ze mną dla TELPOL INFO, materiał znajduje się: TUTAJ.

Na zdjęciach, w większości autorstwa Agnieszki Gałki, prelekcja w kinie KADR w Pałacu Kultury Zagłębia w Dąbrowie Górniczej. Na zdjęciach także Pani Dyrektor Pałacu Małgorzata Majewska i Redaktor Naczelny Telewizji TELPOL Tomasz Burek

Opublikowano w Blog
Jeśli z żadnym, to być może mam propozycję? Której już nie trzeba przywozić z Armenii, tylko można wypić tam na miejscu. Bo dzięki otwarciu nowego rozdziału jeśli chodzi o dystrybucję, będzie ów produkt szeroko dostępny w Polsce.

Mam na myśli specjał armeński: Ararat Brandy. Jej korzenie sięgają 1887 roku. Wytwarzana jest z białych winogron i ormiańskiej wody źródlanej według tradycyjnej receptury i takiegoż procesu produkcji. Jako że Armenia jest bardzo nasłonecznionym krajem, słońce tutaj świeci 300 dni w roku, możemy się spodziewać wybornego napoju, z którym ten niewielki kraj właśnie rusza w świat. Asortyment  tego ekskluzywnego trunku obejmuje wyroby od 3-letnich do 20-letnich.

Chociaż dotąd znany głównie w krajach byłego Związku Radzieckiego, już w przeszłości zachwycał Winstona Churchilla na konferencji jałtańskiej czy Francuzów w 1900 roku w Paryżu, którzy zachwyceni smakiem, pozwolili używać wobec ormiańskich produktów nazwy "cognac".

Więcej informacji znajduje się: TUTAJ.

Przy okazji warto przybliżyć sobie kraj jakim jest Armenia. Kiedyś mocarstwo, dzisiaj niewielkie państwo w Azji Zachodniej, ale ciągle fascynujące. To tutaj znajdowano proste narzędzia z przed ponad 300 tysięcy lat czy fragmenty odzieży albo powozów z przed około 10 tysięcy lat.

Piękne góry Kaukazu Małego i Wyżyna Armeńska. Potężne wysokogórskie jezioro Sewan i wulkan Aragac 4090m. Choć Ararat jest poza granicami współczesnej Armenii, to ciągle króluje nad stołecznym Erywaniem.

Wspaniałe obiekty sakralne - kościoły, klasztory - nawet z IV wieku n.e., bo należy pamiętać, że ok. 301 r. n.e. Armenia jako pierwszy kraj chrześcijanizm uznała za oficjalną religię państwową.

A przede wszystkim gościnni ludzie, smaczne jedzenie i aromatycznej napoje.

Dzisiaj, gdy bez wiz możemy w łatwy sposób dostać się do Armenii, warto to zrobić.

Spotkanie poświęcone atrakcjom Armenii, jej kulturze, zabytkom, przyrodzie, jak również kulinarnym specjałom, odbyło się w klubokawiarni Południk Zero w Warszawie. W rozmowie z jego Ekscelencją Edgarem Ghazaryan`em oraz Panem Andrzejem Szumowskim (Wiceprezesem Wyborowa S.A. Pernod Ricard, Prezesem Stowarzyszenia Polska Wódka, człowiekiem odpowiedzialnym za powstanie Muzeum Polskiej Wódki), stwierdziliśmy, że tak jak de facto każdy pełnoletni Polak jest ambasadorem naszej najbardziej rozpoznawalnej marki na świecie, czyli wódki, tak Armenia chciałaby uzyskać podobny efekt ze swoją brandy. 

Opublikowano w Blog
Strona 1 z 7

nationalgeographic box

red bull 225x150

TOKFM box

iexpert 225X150px

stopka plecak

LogoStopka

stopka plecak

Strona używa informacji zapisanych za pomocą… plików cookies w celu dostosowania do indywidualnych potrzeb użytkowników. Jeżeli tego nie akceptujesz zmień ustawienia przeglądarki dotyczą…ce cookies. Więcej informacji można znaleźć‡ w naszej Polityce prywatności.