a2b2

pzu bezpieczny 225x140

slaskie box

spokey.jpg 225PX

LOGO

Podziel się

FacebookMySpaceTwitterGoogle BookmarksLinkedinRSS Feed
Tytuł może grafomański, ale oddaje w sposób skondensowany zakres wyjazdu. Na rozgrzewkę białoruski Brześć z Twierdzą Brzeską, Moskwa z Kremlem, zabytkowym metrem, Placem Czerwonym, Arbatem. Sankt Petersburg z Newą i Newskim Prospektem, Pałacem Zimowym, Zatoką Fińską Morza Bałtyckiego. Z podmiejskim Puszkinem w którym pałac Jekaterynowski z kopią bursztynowej komnaty, oraz Jeziorem Ładoga koło Szlisselburga. A potem w kierunku celów najistotniejszych. Na początek Syberia.

Po czterodobowej imprezie w pociągu na linii Transsyberyjskiej witał Irkuck z Angarą i drewnianą zabytkową zabudową. A dosłownie chwilę później Listwianka z Bajkałem – jadąc lokalnym mikrobusem z prędkością do 160km/h była to naprawdę chwila, mogłem napisać testament przed wyjazdem. Bajkał nie był najistotniejszy w całym wyjeździe, ale nie zabrakło ognisk nad jeziorem, wędzonego na gorąco omula, nerp, a nade wszystko Kolei Krugobajkalskiej. Niewiele ponad 100 kilometrów, ponad 7 godzin jazdy - ale nic w tym dziwnego, jeśli zwykły kursowy pociąg robił postoje, by zjeść szaszłyka, wykąpać się w Bajkale o temperaturze około 5°C, pojeździć na rowerach wodnych, pooglądać tunele, góry.

Sajany – góry podzielone na Sajany Zachodnie i Wschodnie, ciągnące się przez około 1650km, dzikie, piękne, współcześnie zlodowacone – nie można było ich nie odwiedzić. Choć dotarcie w nie, nie było najłatwiejsze – było świeżo po powodzi. Ponadto jazda w 6 osób(wraz z miejscowym kierowcą), z ogromnymi plecakami, w nissanie micra, przez kilka godzin po wyboistej drodze nie należała do komfortowych. Ale to wszystko było nieważne. Cel – najwyższa góra Sajanów: Munku Sardyk (3491m n.p.m., po buriacku Wieczna Góra). Wysoka woda nie pozwoliła ruszyć w góry korytem Białego Irkutu, próby pokonania rzeki mogły się skończyć tragicznie – nie zabrakło porwania przez wodę. Trzeba było poszukać innej drogi – udało się taką znaleźć – okrężną, ale widoki zapierały dech w piersiach.

Emocji dostarczało pokonywanie kolejnych zboczy, szczytów, stromych dolin, rzek, wodospadów, płatów śniegu, fragmentów lasu, torfowisk, tundry górskiej. Co jakiś czas prezentowała się skalno-lodowa ściana Munku Sardyk – nie do pomylenia z niczym innym w tym rejonie. Ogromne przestrzenie, przepiękne góry, raz skaliste, raz bardziej o charakterze płaskowyżu – a przede wszystkim dzikie.

Po dwóch dniach ostrej wędrówki udało się dotrzeć nad lodowcowe jezioro Egoj(Echo, 2613m.n.p.m.), po którym pływał jeszcze lód - w środku lata - a wkoło królowały skaliste szczyty z lodowcem i Munku Sardyk na czele. Tylko nad jeziorem można było rozbić namiot w miarę bezpiecznie ze względu na lawiny skalne i spadające głazy. Po przetrwaniu załamania pogody, nastał w końcu słoneczny i bezchmurny poranek, mroźny. Można zatem było zaatakować najwyższy szczyt Sajanów, surowy, majestatyczny, niebezpieczny i całkiem trudny. Rumowisko skalne, z głazami miejscami o wielkości samochodów, płaty wiecznego śniegu. Droga przez lodowiec i wzdłuż niego była zbyt ryzykowna, na powierzchni lodowca widniała świeża nieduża lawina, po ostatnich opadach śniegu. Co jakiś czas spadały po nim kamienie i głazy z ogromną prędkością. Zostać uderzonym takim to niechybna śmierć, więc wprowadziłem nasz trzyosobowy zespół (ja i dwie koleżanki) na boczną grań i nią pięliśmy się do góry.

Wędrówka tą drogą nie była łatwiejsza, była dłuższa, ale uniknęliśmy czegoś na co nie mieliśmy wpływu – spadających kamieni. Duża część trasy prowadziła po rumowiskach skalnych o bardzo dużym nachyleniu, głazy były ruchome, nieraz trzeba było odskakiwać przed którymś przez nas poruszonym. Żleby miejscami były wypełnione żwirem i mniejszymi kamieniami, było to wszystko dosyć plastyczne, osuwaliśmy się, trzeba było bardzo uważać, bo kilkadziesiąt stopni nachylenia wróżyło tragedią w razie większego osunięcia.  

Od około 3000 metrów wkroczyliśmy na świeży śnieg (oblodzenie skał i kamieni sięgało niżej). Jezioro Egoj było lazurową kropeczką, nasze namioty ledwie widocznymi punkcikami. Zahaczaliśmy też o fragmenty lodowca. Moja rola polegała na tym, by przejść trudniejsze odcinki na „żywca” i zrzucić linę towarzyszkom wyprawy, by mogły pokonać przy jej asekuracji trudniejszy odcinek. Były naprawdę dzielne i świetnie zniosły tą wędrówkę. Charakter wyjazdu nie pozwolił zabrać sprzętu wspinaczkowego. Trudny teren, duże nachylenie, spore oblodzenie i sytuacje zachwiania na występach skalnych, poślizgnięcia na płytach skalnych. Osunięcia na rumowiskach tak sypkich, że nie dało się ustać, też na śniegu, lodzie, a wkoło setki metrów przepaści. Fragmenty skał chwytane w ręce nieraz w nich pozostawały, erozja była mocno posunięta. Gdybyśmy nie mięli kilkunastu metrów liny, sprezentowanej w dolinie od Rosjan, przez kilka miejsc dziewczyn bym nie przeprowadził, ponadto dodawała ona trochę komfortu psychicznego.

Ostatnie dwieście metrów wspinaczki było wymagające i gdyby nie lina poręczowa, mogłoby nam się nie udać wejść na szczyt, a w każdym razie ryzyko byłoby graniczące z szaleństwem.  Lina była w stanie budzącym duże wątpliwości. Dosyć stara, cienka, a nade wszystko w wielu miejscach poprzecierana o skały, bądź włókna były tak rozciągnięte, że zwiastowały rychłe przerwanie. Pewności co do stanu montażu lin też nie można było mieć. Decyzja o powierzeniu siebie linie byłaby głupotą, jej zerwanie przy oparciu na niej całego ciężaru, to rychła śmierć. Trzeba było szukać też innych miejsc, gdzie można było oprzeć nogę, rękę, jednak bez tej liny byłoby znacznie trudniej niż z nią, zwłaszcza że wszystko było oblodzone. Udało się jednak pokonać najtrudniejsze fragmenty, a ostatnie kilkadziesiąt metrów to skały i ogromne głazy, dosyć stabilne, łatwe do pokonania, choć wymagające pewnej zwinności.

Dotarliśmy na szczyt najwyższej góry Sajanów, na granicy rosyjsko-mongolskiej. Dla tych widoków warto było ryzykować. Niepokoiły tylko szybko zbierające się kłębiaste chmury tuż nad głowami. One niczego dobrego nie zwiastowały. Wejście od strony mongolskiej na Munkusia, jak pieszczotliwie nazwaliśmy Munku Sardyk, jest łatwe, od strony rosyjskiej o charakterze alpinistycznym – przynajmniej fragmentami, ale cały przekrój trasy jest dużo trudniejszy. Na szczycie jest metalowy krzyż, trochę metalowych tabliczek i inne drobiazgi, ponieważ to święta góra Buriatów. Od strony rosyjskiej jest przepiękny widok na potężny fragment Sajanów, które miejscami mają charakter alpejski, miejscami charakter płaskowyżu, widać głębokie doliny, małe lodowce, a w dole oko jeziora Egoj. Od strony mongolskiej pejzaż jest łagodniejszy, a przy dobrej pogodzie widać ogromne jezioro Chubsuguł.

Pogoda w Sajanach zmienia się szybciej niż powszechna opinia, że pogoda w górach zmienia się szybko. Błyskawicznie pojawiły się kłębiaste chmury, w ciągu dziesięciu minut rozpętała się burza śnieżna. Widoczność spadła prawie do zera.

Trzeba było uciekać, bo po pierwsze nie mieliśmy sprzętu na wspinaczkę w stricte warunkach zimowych(letnią zresztą też), a po drugie było pewne, że lada chwila w najwyższy szczyt, z metalowymi elementami, zaczną uderzać pioruny. Widoczność bardzo ograniczona, opad intensywny, w chwilę pod nogami było biało. Huk burzy budził respekt. Pioruny rzeczywiście jeden po drugim „atakowały” wierzchołek. Następnie schodziły ramionami, w tym przez nas. Co jakiś czas uderzał w nas prąd. Na szczęście trwałej krzywdy nam nie zrobił, ale włosy stawały dęba, a ruch rękami powodował dźwięki, jakie słyszy się przy liniach średniego i wysokiego napięcia. Ucieczka ze szczytu była trochę szaleńcza, jednak najtrudniejsze miejsca przechodziliśmy przy użyciu liny.

Mokrzy, brudni, ze zdartymi dłońmi od skał, doszliśmy do podnóża lodowca, skąd do jeziora było już blisko. Pogoda gwałtownie się poprawiła, niebo znów świeciło błękitem. Doszliśmy do namiotów, a to nie był koniec wędrówki na ten dzień. Czas naglił, nastąpiło więc żmudne pakowanie i ruszyliśmy w dół. Szliśmy bardzo szybko, bo zbliżała się noc. Udało nam się zejść do pierwszych drzew, na ok. 2100m n.p.m. Rozbiliśmy się na krzakach z czołówkami na głowach przed północą, a wcześniej nie zabrakło przeprawy przez sporą w tym miejscu rzekę. O poranku kontynuowaliśmy zejście kanionem Białego Irkutu, dziesięć razy przeprawiając się przez rzekę. Bywało niebezpiecznie.

W nocy tego samego dnia dotarliśmy, choć nie bez trudu, w okolice miejscowości Żemczug w Dolinie Tunkińskiej u podnóża Sajanów Wschodnich. Po to, by następnego dnia spędzić kilka godzin w termalnym błotnistym kąpielisku obok rzeki Irkut, zaprzyjaźniając się z krowami. Zajadając bliny, arbuzy i pozy (pierogi z  mielonym mięsem przyrządzane na parze, w Mongolii nazywają się buzy). Nie zabrakło błota, krowich placków, eleganckich samochodów i Rosjanek ubranych w najmodniejsze stroje bikini.

Wieczorem byliśmy już jednak w Sludiance, a rano jechaliśmy w kierunku Ułan Ude, stolicy Buriacji. Po zobaczeniu największego pomnika Lenina i zjedzeniu paru szoarm(czyli kebabów)) oraz morożenoje, następny przystanek był w Nauszkach na granicy rosyjsko-mongolskiej. Po nocy na dworcu, jednej z kilku podczas wyjazdu, udało się wjechać do Mongolii, gdzie po niemalże bitwie z Mongołami - w przeciwieństwie do Bitwy pod Legnicą w 1241 roku - wygranej - udało się kupić bilety z Suche Bator do Ułan Bator, jadąc koleją Transmongolską. Podróżowaliśmy na całej trasie tylko wagonami plackartnymi (bezprzedziałowe sypialne) i obszczij (miejsca siedzące) nie licząc elektriczek (miejsca siedzące) – bo tak jest najfajniej.

W Ułan Bator zamieszkaliśmy blisko buddyjskiego klasztoru Gandan. Zajęliśmy się załatwianiem uaz-a z kierowcą, a jako że mieliśmy ambitny plan, nikt nie chciał z nami pojechać. Lecz w końcu się udało. Już pierwszego dnia zrozumieliśmy, dlaczego nasz organizator transportu pytał nas, czy zgadzamy się, by kierowca jechał skrótami. Kolejny raz wrócił temat – dlaczego my –  głupcy – nie spisaliśmy przed wyjazdem testamentów. Jazda w uaz-ie, w wersji bus, po stepach, z prędkością okresowo 110km/h to jedyne doznanie w swoim rodzaju, trzeba było bardzo się starać by nie stracić zębów – a pasy – co to w ogóle jest? Nasz kierowca Baska każdego dnia nam udowadniał, że nie ma dla niego rzeczy niemożliwych i tam gdzie nikt nie przejedzie on da radę. Kaniony, góry, błota, rzeki, pustynia – wszystko da się przejechać – nieważne że wszyscy inni pokonują dany odcinek pieszo – on nas zawiezie, nie pozwoli nam użyć nóg, a to że kilka razy po drodze prawie się zabijemy - drobny szczegół. Godne najwyższego podziwu było również to, gdy na stepach i terenach pustynnych we wszystkich kierunkach przecinały się nikłe polne drogi, a on wiedział i w dzień i w nocy którą trzeba pojechać.

Podczas przejażdżki po Mongolii nie zabrakło pustyni Gobi (w dzień temperatury przekraczały +50°C, w nocy spadały do +30°C), Ałtaju Gobijskiego z małym lodowcem w dolinie Jolyn Am i kanionami. Potężnych wydm Chongoryn, jaj i kości dinozaurów, kanionów z czerwonego piaskowca w Bajandzag koło Bulgan. Nocy na pustyni pod gołym niebem w towarzystwie jak się okazało skorpionów i pośród karłowatych drzew saksaułów. Odwiedzaliśmy różne miejscowości jak Dalandzadgad czy Tsetserleg. Byliśmy w klasztorze Erdeni Dzu w Charchorin, śpiąc pod samymi murami. W klasztorze Ongiin Khid na pustyni Gobi, w położonym na skałach klasztorze Tuvken.

Odwiedziliśmy wulkaniczne jezioro Terkhiin Tsagaan (lustro wody na 2060m) i czwartorzędowy, ale już wygasły wulkan Khorgo (Chorgo, ok. 2400m) z polami lawowymi. Nie powstrzymałem się od zejścia na dno krateru, kilkaset metrów w dół. Spadanie na powierzchni niewielkiej lawiny z pumeksu i ostrej lawy to bardzo ekscytujące przeżycie.

W górach Changajskich spaliśmy w jurcie (inaczej ger) u rodziny kierowcy, cała wioska przygotowała dla nas sporo atrakcji. Oprócz spożywania licznych smakołyków, które wszyscy poza mną przypłacili zatruciem, robiliśmy wiele świetnych rzeczy. Jak przejażdżki na zwierzętach. Konie końmi, ale mnie najlepiej jeździło się na jaku. Chodziliśmy w tradycyjnych strojach del i uczyliśmy się miejscowych pieśni. Braliśmy udział w zapasach – narodowym sporcie, bez szans na sukces. Nawet małe dzieci znają techniki, by przewrócić dorosłego. Podobnie było w zawodach w strzelaniu z procy. Graliśmy w kości, chyba z wielbłąda. Są cztery kości, regulamin gry. Też nie mieliśmy szans. Zaganialiśmy na koniach jaki do wioski. Imponujące jak tam wszyscy celnie strzelają i jak jeżdżą na koniach, od najmłodszych lat.

Podczas wyprawy między innymi piliśmy wielokrotnie kumys(ajrak) – ohydztwo, którego z gościnności nie można było odmówić – gorsza jest tylko chińska ryżowa wódka i rosyjski napój gazowany o nazwie selenga. Piliśmy mongolską wódkę archi robioną z destylowanego kumysu, jedliśmy pyszne buzy(buudze) i chuuszury - rodzaj pierogów i placków z mięsem. Piliśmy herbatę z mlekiem jaka, jedliśmy placki z masłem jaka, ciastka maślane, ser arul świeży i wysuszony, pewnie z mleka jaka, i cukierki zrobione z arulu (ser ten leczy i chroni zęby). Jedliśmy burunduka - odmianę wiewiórki – więcej kości niż mięsa niezbyt smacznego, jak i zupę nie wiadomo z czego, ale tak tłustą, że zjedzenie stanowiło wyczyn. Wszystko było przygotowywane w jurcie, na piecu umiejscowionym centralnie, który służy także jako ogrzewanie.

Po powrocie do Ułan Bator ruszyliśmy ku Chinom. Grzechem było nie odwiedzić Pekinu, położonego o rzut kamieniem. Problem z biletami zmusił nas do fortelu – kupienia biletów na najbliższej stacji za Ułan Bator(na każdą stację przypada jakaś pula biletów). Nauczeni doświadczeniem zabarykadowaliśmy się przy kasie, by kupić jako pierwsi, i mimo nacisku Mongołów, dopięliśmy swego. A potem dwudziestogodzinna jazda podczas burzy piaskowej(piasek był wszędzie), w pociągu przeludnionym o tysiąc procent. Przekraczanie granicy też dostarczyło emocji. 14 osób ściśniętych w uaz-ie i wielki korek

Znaleźliśmy się w Chinach, w Erlian, witała nas sztuczna tęcza przed terminalem granicznym i bardzo zadbane miasto, choć i graniczne po mongolskiej stronie - Zamyn Uud, prezentowało się całkiem nieźle jak na umiejscowienie na pustyni Gobi.

W granicznym Erlian zaatakowali nas kierowcy autobusów, każdy chciał sobie nas wydrzeć dla siebie. Po targowaniu – w Mongolii norma, w Chinach obowiązek – wsiedliśmy do niezłego autobusu z łóżkami leżącymi i wygodnie przez noc dotarliśmy do Pekinu. Gorąco, duszno, wilgotność do 100% (i tak przez cały pobyt), stojąc, siedząc, pot ściekał po nas ciurkiem. Na Chińczykach nie robiło to większego wrażenia, dla nas to był kolejny ostry klimat po wysokogórskim i zimowym w Sajanach, poprzez pustynny i upalny ale suchy na pustyni Gobi.

W Pekinie nie zabrakło odwiedzin placu Tiananmen(Bramy Niebiańskiego Spokoju), Zakazanego Miasta, Pałacu Letniego, Pałacu Niebios. Wędrówek dziennych i nocnych po starodawnych tradycyjnych dzielnicach – hutongach, w praktyce dla biednych współczesnych mieszkańców. Ilość ludzi w Pekinie robiła wrażenie, jak i rozwój technologiczny. Imponujące konstrukcje, tunele, mosty, autostrady. Szybkie pociągi, drapacze chmur, zaawansowane systemy metra, a to wszystko okraszone wbrew stereotypom dużą wolnością ludzi.

Wpadliśmy z wizytą do Qinhuangdao nad Morzem Żółtym (Zatoka Liaotuńska), zwiedziliśmy pobliskie zabytki, m.in. Mur Chiński w Shanhaiguan. Także w Badaling, niedaleko Pekinu. Mur Chiński to stanowczo przereklamowana atrakcja.  

Nadszedł w końcu czas powolnego powrotu. Do Manzhouli na pograniczu z Mongolią i Rosją, czekało nas 30 godzin jazdy na siedząco w pociągu. To i tak nieźle, bo w Mongolii bywało na stojąco. Chińskie pociągi oferują spektrum wrażeń. Jedne są bardzo szybkie, klimatyzowane, eleganckie, płynące a nie jeżdżące po torach. Są też gorsze, wolniejsze i przeludnione. Najdłuższą trasę przyszło nam spędzić w tych drugich. Mieliśmy na szczęście wykupione miejsca, ale wkoło stało pełno ludzi. Przysiadali na chwilę, gdy ktoś wstawał do toalety. Pociąg jechał przez Harbin, niecałe 200km od granicy z Koreą Północną i 500km od Władywostoku. Jechaliśmy tzw. koleją Transmandżurską.

Manzhouli to takie chińskie Las Vegas na prowincji, duże miasto na stepie, w dzikiej bezdrzewnej okolicy. Wieżowce, kolorowe i oświetlone miasto, eleganckie hotele, dużo budynków w budowie, w tym wysokościowców. Kwitnące przygraniczne miasto, gdzie pełno Rosjan na zakupach i w imprezowym nastroju.

W końcu siedzieliśmy w autobusie do Zabajkalska, skąd po przekroczeniu granicy prywatnym autem osobowym o funkcji taksówki, w sześć osób całą noc jechaliśmy do Czyty. Przywitała nas syberyjskim chłodem, czasem plus osiem godzin w stosunku do Polski, ale cała kolej rosyjska jeździ według czasu moskiewskiego. Z Czyty przez Irkuck i Moskwę w kilka dni dotarliśmy do Brześcia, a następnie do Terespola. Skąd trzeba było jeszcze kilkuset kilometrów i około dziesięciu godzin, by znaleźć się w domu, po jakże udanej wyprawie. Podróż powrotna trwała 11 dni, pokonaliśmy ponad 10 tysięcy kilometrów. Łącznie podczas całego 50-dniowego wyjazdu, dwa tygodnie spędziliśmy w pociągach, lądem przejechaliśmy ponad 26 000km.                                                                                             

(skrócona wersja artykułu z 2006roku)

W galerii niewielka porcja przykładowych zdjęć z wyprawy: 

Opublikowano w Przewodniki Turystyczne
poniedziałek, 24 lipiec 2017 06:58

Grzegorz Gawlik na Marsie i Księżycu. Kolejny raz!

Nie muszę lecieć na Księżyc albo Marsa, by być na Księżycu lub Marsie. Wystarczy odpowiednio duży albo odpowiednio aktywny wulkan, jak Etna. Oraz odrobina wyobraźni. Tym razem dużo pisał nie będę. Zdjęcia w poniższej galerii mówią wszystko. Przedstawiają cudowne pola lawowe Etny z wszystkich stron (VI.2017r., ostatnie cztery z XI.2009r.). Lawy od kilkusetletnich po dwumiesięczne. A także różne śliczne otwory z których lawa się wydostawała. 

(VI.2017r., ostatnie cztery z XI.2009r.)
Opublikowano w Blog
Etna była moim pierwszym bardzo aktywnym wulkanem. Zakochałem się w niej od pierwszego wejrzenia. Twierdzę, że z wzajemnością. Obiecałem, że będę wracał, ale kazałem jej czekać na siebie prawie osiem lat. Etna przyznała, że było warto. To absolutnie fascynujący wulkan. Ogromny. Jeden z najbardziej aktywnych na świecie i najbliżej Polski tak aktywny wulkan. Jako, że miłość rozkwitła na nowo, Etna nie będzie musiała na mnie czekać tak długo jak poprzednio. Dobrze nam ze sobą.  

Podczas mojej wielodniowej wędrówki po Etnie z końca z drugiej połowy czerwca, musiałem zmierzyć się z problemami, charakterystycznymi dla tej pory roku. Straszny skwar, słońce palące skórę. Jako ignorant, tradycyjnie nie wziąłem żadnego kremu. Spaliło mi twarz i ręce. Na zastygłej lawie można było smażyć jajka.

Okropny upał, natarczywe słońce, plus odwodnienie, jest idealną receptą na udar słoneczny, który może być śmiertelny. Dla wytrenowanego organizmu jak mój, są to standardowe warunki. Słabsze organizmy taką "wycieczkę" mogą przypłacić życiem.

Z kolei w nocy, temperatury osiągały w partiach szczytowych minus 7 stopni Celsjusza. Dodatkową atrakcją był niezwykle porywisty wiatr od czasu do czasu.

Gdy jest tak upalna pogoda, strasznie chce się pić. Miałem ze sobą wody na pół litra dziennie, co w takich warunkach dla organizmu jest nie do przyjęcia. Nauczyłem swoje ciało różnych sztuczek, w tym minimalizowania zapotrzebowania na płyny, ale poszukiwanie dostępu do wody miało znaczenie. Co na wulkanach typu Etna jest niezwykle trudne. Brak cieków wodnych (ewentualnie toksyczne), jedyna nadzieja w opadach deszczu albo płatach śniegu, po zimie. Zostało ich na Etnie niewiele pod koniec czerwca, do tego część przykrył popiół wulkaniczny. Na szczęście, bo nie stopniały, ale też trudniej było je odnaleźć. Topiony śnieg pozwolił na przetrwanie i zrealizowanie planu.  

Pora roku powodowała również, że drobny rumosz lawowy był bardzo sypki. Źle się po takim materiale wchodzi do góry. Za to w dół, wręcz przeciwnie. Popiół niesiony wiatrem przedostawał sie do różnych zakamarków ciała, najbardziej należało dbać o oczy.

Z kolei, po zastygłej, ostrej lawie, wędrowanie wymaga czujności. Ruchome i ostre głazy. Nietrudno się wywrócić albo skręcić kostkę czy kolano.                                                                                                  

Etnę tak naprawdę najlepiej zdobywać w zimie. Od listopada do końca marca. Wtedy jest zimno, nie tylko w nocy, ale mamy dostęp do wody oraz utwardzone przez śnieg i mróz podłoże. No i nie ma ludzi albo jest ich niewielu, nie musimy się za bardzo ukrywać z zamiarem zdobywania wulkanu. Co jest zabronione.

 Zarówno w 2009, jak i w 2017 roku, nie miałem żadnych problemów formalnoprawnych z przebywaniem na Etnie. Pod koniec listopada  2009 nocowałem w namiocie w Torre del Filosofo (końcowy punkt turystyczny), a w 2017 mój namiot przez kilka nocy stał koło kraterów szczytowych. Innych ludzi nie spotkałem, ale codziennie latały helikoptery. Turystyczne, ale także jakichś służb, zapewne wulkanologów. Nikt mnie nie niepokoił, chociaż niektóre "śmigła" podejrzanie długo wisiały nad moim namiotem. 

 Długi pobyt wymuszał zabranie pełnego ekwipunku oraz jedzenia, wody. Plecak dochodził do 30 kilogramów wagi u progu wędrówki. Miałem sprzęt letni i zimowy. By zmniejszyć wagę i objętość, w miarę możliwości paliłem swoje śmieci. Te, których się nie dało, zniosłem oczywiście do cywilizacji, tak samo jak grill, który zostawiłem w Randazzo. O grillowaniu na Etnie pisałem kilka artykułów wcześniej.

 W niższych partiach, można spotkać porzucone po kolejnych erupcjach Etny zagajniki drzew pomarańczy. Przepysznych. Nawet trafiło się jedno z moich ulubionych - morwa. Szkoda, że tak trudno te owoce kupić w Polsce. Były przepyszne. Miło też było po tygodniu wędrówki wykąpać się w rzece Alcantara.

 Na zdjęciach: zakamarki Etny z wszystkich stron aż po wąwóz Alcantara. Co jadłem, piłem, gdzie spałem. Na jednym ze zdjęć włoska ekipa susząca się w schronie Spagnolo 1440m po ulewie (w niższych partiach Etny są szlaki turystyczne). Pozwolili mi iść dalej, gdy wszystko opowiedziałem i pokazałem zdjęcia :).

Opublikowano w Blog
Choć jego powstanie datuje się na 1971 rok, przez długi czas, "nikt go nie traktował poważnie". Ot, jeden z setek kraterów Etny. Był zwykłym kraterem pasożytniczym w zboczu Krateru Południowo-Wschodniego. Jednak jego aktywność, erupcje oraz przyrost, doprowadziły do nadania mu nazwy: Nowy Krater Południowo-Wschodni. Z całą pewnością nie należy go lekceważyć. To jedno z najaktywniejszych i najbardziej niebezpiecznych miejsc Etny.

Jeszcze kilka lat temu aktywność krateru pasożytniczego w zboczu Krateru Południowo-Wschodniego dawała różne możliwości. Mógł on funkcjonować podobnie jak zaobserwowałem go pod koniec 2009 roku. Czyli istnieć w zboczu starszego krateru, wybuchając co jakiś czas. Tak jak na przykład wulkan Lokon i Lokon-Tompaluan z wyspy Sulawesi w Indonezji. To dwa wulkany w jednym. Stary i wyższy krater (Lokon) jest już nieaktywny, porósł trawą. A aktywność przejął krater pasożytniczy (Lokon Tompaluan), który wyrósł na samodzielność. Choć ciągle znajduje się w zboczu tego pierwszego. Inna możliwość, znając zamiłowanie Etny do erupcji eksplozywnych, polegała na zastąpieniu starego krateru nowym. Na skutek erupcji po kawałku stary krater ulegałby zniszczeniu, a nowy usadawiał się na jego miejscu, stopniowo rosnąc. Nowy Krater Południowo-Wschodni wybrał jednak inną drogę. Zostawiając w spokoju stary krater, tak urósł, że stał się równoprawnym i samodzielnym kraterem szczytowym. Jego nazwa została naniesiona na mapy.

W ostatnich latach, zwłaszcza 2011-2013, na skutek erupcji nowy krater bardzo urósł i zdominował okolicę. Oddziela go od Południowo-Wschodniego, kruche wzniesienie o wysokości 3300m. Aż trudno uwierzyć, że jeszcze w 2009 roku, tutaj nic nie było, a nowy krater znajdował się około 400 metrów niżej. Dzisiaj ma obwód około 800m, głębokość około 100 metrów (liczne gazy nie pozwoliły dojrzeć dna), a wysokością dorównał pozostałym kraterom szczytowym. Ciekawe jak będzie wyglądał za kilka lat, po kolejnych erupcjach?

No i jak długo krater, który istnieje już kilkadziesiąt lat ciągle będzie miał w nazwie słowo "NOWY"? Jeśli topografia tej części Etny się utrzyma, dobrze byłoby popracować nad nazewnictwem. 

Na zdjęciach: Nowy Krater Południowo-Wschodni w 2017 i 2009 roku. 

Opublikowano w Blog
Rejon Kraterów Południowo-Wschodnich to aktualnie najbardziej górotwórczy (wulkanotwórczy) fragment Etny. Szalenie ciekawy. Jeśli w ostatnim czasie dochodzi do erupcji i wypływów lawy - ta część wulkanu pełni rolę przewodnią. Lawy spływają najczęściej na południe, w kierunku Sapienzy i Valle del Bove.

Gdy byłem tutaj w 2009 roku, był to samotnie stojący stożek z kraterem na szczycie. Od Centralnego oddzielała go przełęcz. Z drugiej strony można było podziwiać dolinę Del Bove i Morze Jońskie. Obecnie jest zupełnie inaczej. "Stary" Krater Południowo-Wschodni niewiele się zmienił, ale morza już nie widać. W tym samym roku na wysokościach około 2900-3000m w zboczu dymił sobie nieforemny krater pasożytniczy. To była aktywna część Krateru Południowo-Wschodniego, bo na szczycie można było zaobserwować nieliczne wyziewy wulkaniczne i wykwity siarki.

Wiadome było, że właśnie ten krater będzie nadawał ton aktywności tej części Etny. Inne otwory pasożytnicze w tej okolicy i w tym samym czasie, dawały ujście lawie w kierunku Valle del Bove. Pozostawało pytanie, czy jeśli ta aktywność się utrzyma, to jak przeobrazi rejon Krateru Południowo-Wschodniego? Pełna odpowiedź na to pytanie nastąpi w kolejny artykule.

Faktem jest, że obok starego krateru wyrosły kolejne, w tym jeden duży, który funkcjonuje pod nazwą Nowy Krater Południowo-Wschodni. Między nim a Kraterem Południowo-Wschodnim, pojawiły się trzy kratery zbliżone do niego wielkością, ale  głębsze. Razem mamy cztery kratery oddzielone od Nowego Południowo-Wschodniego piramidalnym młodym wierzchołkiem o wysokości 3300m. Takie ukształtowanie terenu przemawia, by te trzy kratery doliczyć do Południowo-Wschodniego. O ile stary, ten czwarty, wykazuje niewielką aktywność, te trzy nowe aktywne są bardzo. Podczas mojego pobytu, z tego od strony Valle del Leone dochodziło do częstych niewielkich wybuchów gazowo-popiołowych. A z tego od strony Torre del Filosofo, następują częste wypływy lawy.

Tą kruchą, aktualną sytuację, może zmienić każda kolejna większa erupcja. Wszystko może się zmienić, liczba kraterów, wysokości. Te ostatnie uległy zmianie. W 2009 roku Krater Południowo-Wschodni liczył 3315m wysokości. Na czerwiec 2017 stary krater dochodzi do 3280m, ale przyjąć należy, że wspólnym najwyższym punktem oby południowo-wschodnich kraterów jest wzniesienie o wysokości 3300m. Niezmiennie krater ten od Centralnego oddziela wyraźnie zarysowana przełęcz o wysokości 3233m. I jak wcześniej, stary krater jest dosyć płytki oraz łagodny, w skrajnych punktach będzie głęboki na najwyżej kilkanaście metrów. Z pozostałej trójki, jeden też jest dosyć płytki, a pozostałe mogą mieć do 50m głębokości. Za to wszystkie w obwodzie mają po ok. 250m.

Spektakularny przyrost Nowego Krateru Południowo-Wschodniego spowodował, że z Krateru Południowo-Wschodniego nie zobaczymy już Valle del Bove, i Morza Jońskiego poniżej doliny. Widok zasłonił nowy krater, który z pewnością jeszcze "namiesza".

Na zdjęciach: Krater Południowo-Wschodni 2017 (czerwiec) i 2009 (listopad). W tym seria zdjęć porównawczych, ze zbliżonych ujęć. Widać jak dużo się zmieniło w ciągu 7,5-roku.

Opublikowano w Blog
To tutaj znajduje się wierzchołek Etny. I jak to zwykle bywa, jest niemal na samym końcu względem trasy, którą wchodzą niemal wszyscy w rejon kraterów szczytowych. W konsekwencji mało kto go osiąga. Choć każdy tak twierdzi. Przy czym kratery szczytowe Etny nie są tłumnie odwiedzane, wręcz przeciwnie. Tłumy są na punkcie widokowym zwanym Torre del Filosofo. Od tej właśnie strony (południowej) praktycznie wszyscy wchodzą na Etnę, gdyż mają możliwość noclegu w Rifugio Sapienza na 1910m n.p.m., i dojazdu terenowym autobusem na 2900m.

Bardzo fajny dostęp do krateru jest od strony ośrodka narciarskiego Linguaglossa (od północy). Lecz wymaga więcej wysiłku. Wtedy Krater Północno-Wschodni jest pierwszym na rozległych partiach szczytowych Etny. Idąc od strony Torre del Filosofo łagodnie osiąga się Krater Centralny, zostawiając po prawej stronie Kratery Południowo-Wschodnie. By stąd zdobyć wierzchołek Etny trzeba obejść Krater Centralny, dostać się na małą przełączkę i wejść na skraj krateru Północnego-Wschodniego, który w tym miejscu jest najwyższy. Łatwiej i bezpieczniej jest obejść krater od strony zewnętrznej (od lewej stojąc plecami do Torre del Filosofo). Wiatry wieją najczęściej w kierunku Morza Jońskiego i dzięki temu można obyć się bez maski i gogli ochronnych. Od drugiej strony Krateru Centralnego wędrówka jest znacznie ciekawsza, ale też trudniejsza. Dużo trujących gazów, siarka, fumarole, pęknięcia w kraterze, nieraz słaba widoczność oraz bliskość mocno aktywnych Kraterów Południowo-Wschodnich. Bardzo wrażliwym miejscem jest wąski przesmyk między Kraterem Centralnym a Północno-Wschodnim (duża aktywność, przepaściste skraje krateru, mniejsze kratery, pęknięcia, dużo siarki i gazów, nierzadko lawa pod powierzchnią ziemi, którą czasami widać).

To o czym przed chwilą napisałem powoduje, że 90% osób, która dociera na skraj kraterów szczytowych, osiąga skraj Krateru Centralnego, od jego najniższej strony, gdzie wysokości wynoszą 3240-3280m. Po czym czując moc Enty, czym prędzej schodzą w dół. Oficjalnie dotarcie tutaj jest nielegalne, lecz sądzę, że w ciągu roku jest to ok. 200-300 osób, z których jakieś 10% staje na faktycznym wierzchołku Etny.

Mój artykuł doskonale pokazuje, gdzie jest najwyższy punkt Etny, lecz jeśli ktoś nie poszukał informacji przed wyjazdem, szybko odpuszcza dochodząc w partie szczytowe. One kryją liczne wierzchołki i wyróżniające się fragmenty czterech kraterów. Teoretycznie każdy z tych punktów może być tym najwyższym. Mnóstwo gazów, ryzyko erupcji i konieczność wielogodzinnej wędrówki po nieprzyjaznej ziemi, skutecznie stępiają zapał. Tak to jest, gdy ktoś się nie przygotował albo nie ma w sobie determinacji, by poszukać wierzchołka.

Etna obecnie liczy 3331m w najwyższym punkcie. Tyle samo liczyła w 2009 roku, gdy byłem tutaj poprzednim razem. Lecz dużo się zmieniło od tamtego czasu. Wtedy obramowanie krateru w rejonie wierzchołka było jednolite, mocne. Dzisiaj większość się rozsypała, a Krater Północno-Wschodni próbuje stopniowo wtargnąć w Krater Centralny. Najwyższy fragment Etny jeszcze stoi, ale w jego otoczeniu jest sporo pęknięć. Jedna duża erupcja w tym rejonie, a wierzchołek może się rozsypać i najpewniej wpadnie do krateru. Wtedy będzie trzeba szukać nowego wierzchołka, chyba że Etna tyle wypluje lawy w jednym miejscu, że stworzy nowy, nie budzący wątpliwości.

Gdyby obecny szczyt uległ destrukcji, obecnie (końcówka czerwca 2017), dwa miejsca predestynują do jego zastąpienia. Po przeciwległej stronie w Kraterze Północno-Wschodnim jest wzniesienie osiągające 3315m n.p.m. (oddalone od krateru o kilkadziesiąt metrów) oraz w Kraterze Centralnym blisko Północno-Wschodniego jest kopulasty fragment osiągający 3314m. Patrząc jednak co wyprawia się w rejonie Nowego Krateru Południowo-Wschodniego, który jeszcze nie tak dawno był o dobre 300-400 metrów niższy, a obecnie doszedł do 3300m, może tutaj w przyszłości będzie trzeba szukać najwyższego punktu Etny?

Tymczasem Krater Północno-Wschodni charakteryzuje się największymi wysokościami bezwzględnymi, w większości przekraczającymi 3300m. Z jednej strony sąsiaduje z Kraterem Centralnym, z drugiej, z doliną Valle del Leone. Odstaje o linii Kraterów Południowo-Wschodnich oraz Centralnego, przez co kratery szczytowe tworzą literę "L". Jego obwód to ok. 800m, głębokość ok. 200m. Najaktywniejsza jest część od strony Krateru Centralnego, a w przesmyku pomiędzy kraterami znajduje się komora z płynną lawą. Erupcja z tego miejsca może skutkować nie tylko połączeniem obu kraterów, lecz także przedostaniem się płynnej lawy do środka.

Na zdjęciach: Krater Północno-Wschodni Etny w roku 2017 i 2009.

Opublikowano w Blog
Krater Centralny Etny - największy, ale nie najwyższy. Kiedyś tworzył wyraźne dwie komory nazwane - Bocca Nuova (większa, od południa) i Voragine (mniejsza, od północy). Dzisiaj to już tak oczywiste nie jest, bo przepierzenie między nimi na skutek aktywności wulkanicznej znacznie sie zatarło. Tłumacząc słowo Voragine, otrzymujemy słowo "Przepaść". Nuovo wiadomo, "Nowy", ale Bocca to "Usta", chociaż też można rozumieć jako "Otwór, Ujście".

Krater ma dosyć owalny kształt, o obwodzie rzędu około dwóch kilometrów. Wysokości na poziomie 3240-3314m (najniższa część krateru jest od strony południowej czyli od strony Torre del Filosofo). Maksymalna głębokość to będzie około 200m. Z wnętrza wydobywają się liczne gazy, na skraju Voragine, blisko Krateru Północno-Wschodniego, w czerwcu 2017 funkcjonowało pęknięcie z jeziorem płynnej lawy. Przynajmniej rok wcześniej było już znane.

Od strony miasta Randazzo obramowanie krateru jest bardziej skaliste, od strony Krateru Południowo-Wschodniego bardziej sypkie, bogate w siarkę. Oba kratery oddziela silnie zarysowana przełęcz o wysokości 3233m. Od strony północno-wschodniej kopulaste wywyższenie stanowi najwyższy punkt krateru - 3314m. Pod nim znajduje się jezioro płynnej lawy. Po sąsiedzku, na zewnętrznym zboczu są dwa niewielkie ale wyraźnie zarysowane kratery, mocno zasiarczone i bogate w wyziewy wulkaniczne. Przestrzeń pomiędzy Kraterem Centralnym a Kraterem Północno-Wschodnim uległa w ostatnich latach silnym przeobrażeniom. Ten drugi "próbuje wtargnąć" do Voragine i realne jest w przyszłości połączenie kraterów. Zwłaszcza, że to w tym rejonie znajduje się spora komora z płynną lawą. Są liczne spore pęknięcia i wyraźne obniżenie w najwęższym miejscu pomiędzy Centralnym a Pn.-Wsch Kraterem.

Krater Centralny jest bardzo efektowny i stosunkowo niewielkim ulega przeobrażeniom. W październiku 2016 roku na dnie części Bocca Nuova "rozlało się" trochę lawy, z otworu, który się pojawił.

Na zdjęciach Krater Centralny w różnych odsłonach, z roku 2017 i 2009:

Opublikowano w Blog
Etna (Mongibello) to najaktywniejszy i największy powierzchniowo wulkan Europy. Także najwyższy, bo dla mnie Elbrus jest w Azji. Wierzchołek jeszcze się trzyma, choć któż wie jak długo? Napiszę o nim wkrótce. Obecnie najwyższy punkt Etny to 3331m n.p.m. Poza tym kilkaset kraterów, w tym cztery szczytowe (główne), a i w ich obrębie można wypatrzeć serię mniejszych.

Przez tydzień pobytu obszedłem wszystkie szczytowe kratery, zrobiłem pomiary, dokumentację fotograficzną, filmową, pobrałem próbki law, dotarłem do najaktywniejszych miejsc. Bardzo dużo się zmieniło od mojego ostatniego pobytu w 2009 roku. Zapoznałem się także z kilkudziesięcioma innymi kraterami. Dziesiątki kilometrów przemierzyłem po lawach - od kilkusetletnich - do z przed dwóch miesięcy (z drugiej połowy kwietnia 2017). Spenetrowałem kilkadziesiąt grot i jaskiń, w tym jedną niezwykłą. O tym też niedługo napiszę. Główny obóz założyłem na wysokości 3190m, a więc prawie na szczycie. Po pierwszym tygodniu, kolejne dni kręciłem się po okolicy Etny.

Był to bardzo pracowicie spędzony czas. Pośród zakamarków tętniącej chęcią erupcji Etny. Zrealizowałem więcej niż zaplanowałem. Na Etnę będę z pewnością wracał. A teraz kilka podstawowych informacji o kraterach szczytowych Etny. Wszystkie są aktywne, z wszystkich wydobywają się liczne gazy wulkaniczne.

Krater Centralny (Central Crater, Cratere Centrale). Największy. Dzieli się na dwie duże części: Bocca Nuova i Voragine(mniejsza). Jego wysokości to 3240-3314m (do 3302m - pomiar 2009). Najniższa część jest od strony Sapienzy (skraj Bocca Nuova). Najwyższa część jest po przeciwległej stronie (rejon Voragine), w sąsiedztwie Krateru Północno-Wschodniego. Maksymalna głębokość to około 200m, obwód wzdłuż skraju krateru wynosi blisko 2km. W czerwcu 2017 pod wierzchołkiem znajdowało się jezioro płynnej lawy (istniało już w 2016). Ewentualna erupcja z tego miejsca, może sporo namieszać pod względem wysokości tego fragmentu Krateru Centralnego. Zilustruję temat w kolejnych artykułach.

Krater Północno-Wschodni (North-East Crater, Cratere di Nord-Est). Tutaj znajduje się najwyższy wierzchołek Etny, w sąsiedztwie Krateru Centralnego. Wynosi od lat 3331m n.p.m. (z błędem do 2 metrów, 3331m - pomiar 2009). Przy czym jego stan bardzo się pogorszył. Liczne ogromne spękania mogą spowodować, że zawali się do krateru. Średnie wysokości skraju krateru są najwyższe pośród wszystkich szczytowych kraterów Etny, w większości przekraczają 3300m n.p.m. (maksymalna głębokość krateru do ok. 200m, obwód ok. 800m). Przestrzeń pomiędzy nim, a Centralnym uległa dużym zmianom od 2009 roku i jest do tego bardzo aktywna. Przesmyk jest już naprawdę nieduży, jedna większa erupcja w tym miejscu i Krater Północno-Wschodni połączy się z Kraterem Centralnym.

Pomiędzy dwoma przedstawionymi przed chwilą kraterami, a dwoma kolejnymi, znajduje się wyraźna przełęcz je oddzielająca, o minimalnej wysokości 3233m n.p.m.

Krater Południowo-Wschodni (South-East Crater, Cratere di Sud-Est). Najniższy, do 3280m n.p.m. (3315m - pomiar 2009). Kiedyś był dosyć samotny i najmniej aktywny z okolicznych. Lecz poniżej, w jego zboczu wyrósł krater pasożytniczy, który przejął aktywność. A niedawno zdominował okolicę. Nazywa się: Nowy Krater Południowo-Wschodni. Między nim a opisywanym powstała przestrzeń o zbliżonej wysokości, pośród której są trzy młode kratery, które należałoby zaliczyć do Południowo-Wschodniego. Są aktywniejsze niż "krater-matka", o zbliżonej wielkości. Głębokość całej czwórki to ok. kilkanaście-pięćdziesiąt metrów. Właśnie "krater-matka" należy do tych najpłytszych, a jego obwód to ok. 250m. Te nowe mają zbliżone obwody. A zaliczając je do Krateru Południowo-Wschodniego, najwyższym punktem będzie piramidalne wzniesienie oddzielające je od Nowego Krateru Południowo-Wschodniego, które wynosi 3300m n.p.m. Czyli Krater Południowo-Wschodni to obecnie cztery wyróżniające się kratery.

Nowy Krater Południowo-Wschodni (New South-East Crater, Nuovo Cratere di Sud-Est). Powstał jako krater pasożytniczy, jak podają włoscy wulkanolodzy - w 1971 roku. Już w 2009 roku, ze względu na aktywność był mocno widoczny. Znacznie poniżej Krateru Południowo-Wschodniego. Można było przypuszczać, że jego erupcje zniszczą ten krater i go zastąpią. Stało się jednak, póki co, inaczej. Krater po erupcjach 2011-2013 bardzo urósł i usadowił się obok. Jego maksymalna wysokość wynosi 3300m (czerwiec 2017). Sprawiły to bardzo niebezpieczne erupcje strombolijskie. Gwałtowne wyrzuty lawy, która szybko zastygając, spadała wokół krateru jako bomby wulkaniczne i drobny materiał piroklastyczny. Krater jest bardzo duży, bardzo aktywny, to najaktywniejszy tak duży obszar na Etnie (głębokość może przekraczać 100m, obwód ok. 800m). Wszystko jest tak sypkie, popękane, kruche, że jedna erupcja i wysokość może się zmienić. Dużo wysiłku mnie kosztowała eksploracja tego terenu. Absolutny brak atmosfery do oddychania, temperatury na granicy ludzkiej wytrzymałości, fumarole mające po kilkaset stopni Celsjusza. Mnóstwo siarki, bardzo niestabilny teren, urwiska, osuwałem się kilka razy. I widoczność czasami ograniczona do zera. Ekstremalnie nieprzyjazna planeta - ale za to tak kocham wulkany.

Należy pamiętać, że przedstawione dane i parametry na tak aktywnym wulkanie jak Etna ulegają ciągłym zmianom. Jeszcze dwie liczby. Skrajne punkty kraterów szczytowych na osi północny-zachód - południowy-wschód oddalone są od siebie w linii prostej o około 1,3km (Krater Centralny-Bocca Nuova - Nowy Krater Południowo-Wschodni). Na osi zachodnio-południowej - wschodnio-północnej prawie 1 kilometr w linii prostej (Krater Centralny-Bocca Nuova - Krater Północno-Wschodni).

Na zdjęciach: każdemu kraterowi poświęciłem po pięć zdjęć, dorzuciłem pięć zdjęć "krajobrazowych", ogólniejszych. Do tego pięć zdjęć Etny w zimowej scenerii z listopada 2009, dla kontrastu. Na końcu mapka z rozmieszczeniem kraterów. 

Opublikowano w Blog
O istnieniu jeziora wiedziałem już rok wcześniej. Ta informacja wypłynęła, gdy przeglądałem raporty włoskich wulkanologów z INGV. Będąc na Etnie, nie omieszkałem zajrzeć w jego pobliże. Co nie zmienia faktu, że Etna sprawia mi od lat wielki zawód. Ostatnia porządna erupcja, z prawdziwego zdarzenia, długotrwała, miała miejsce 15 lat temu. Od tamtego czasu co roku występują liczne małe erupcyjki, niegodne większej uwagi. Za to, fascynujące jest jak Etna się zmienia dzięki nieustającej aktywności.

Dwa - trzy razy na dobę znajdowałem się w okolicy jeziora lawy. Badanie i obserwacje wulkanów to ciężka praca, choć wcale mnie nie męczy. Mój standardowy dzień podczas pobytu na Etnie wyglądał tak. Pobudka o 3:00 w nocy, bo płynną lawę wtedy widać najlepiej. W dzień czasami wcale. Po nastaniu dnia, kontynuacja eksploracji Etny. By popołudniu na chwilę wrócić do namiotu, rozbitego bardzo blisko kraterów szczytowych. Jedzenie, chwila na odpoczynek. I około 20:00 ciąg dalszy wulkanicznych prac. Powrót do namiotu przed 23:00, chwila snu, i o 3:00 w nocy rozpoczęcie kolejnej rundy, za cel obierając inne fragmenty wulkanu.  

Jeziora płynnej lawy są o tyle fascynujące, że jest to najgorętsza postać magmy wydobywającej się z wnętrza Ziemi. 1200 stopni Celsjusza robi wrażenie (jęzory lawowe spływające z wulkanów mają często "jedynie" temperaturę 300 - poniżej 200 stopni Celsjusza). Podchodziłem tak blisko jak to było możliwe. Teren wokół był bardzo niestabilny. Pęknięcia w kraterze. I fakt, że większa część jeziora jest skrywana pod stropem zastygłej lawy, na której stoję. Kilka podmuchów od strony jeziora zwaliło mnie z nóg. Myślałem, że płonę. Niesamowite uczucie. Potęga natury.

Jezioro płynnej lawy znajduje się w niewielkim kraterze, w otworze, na zboczu Centralnego Krateru, w części zwanej Voragine. Bardzo blisko Krateru Północno-Wschodniego. Na wysokości prawie 3300m, pod najwyższym punktem Krateru Centralnego o wysokości 3314m. Płynna lawa pod lawowym stropem biegnie w kierunku Krateru Północno-Wschodniego. Na przestrzeni lat w obu kraterach doszło do takich wycięć, że pas "ziemi" jest bardzo wąski. Spękany. Szczeliny są długie, szerokie, głębokie. Bez problemów do części nich może wpaść człowiek. Bliskość jeziora lawowego powoduje, że wydobywają się z nich toksyczne gazy a temperatura sięga kilkuset stopni Celsjusza. Gdy wpadałem do szczelin lodowcowych, za każdym razem udało mi się z nich wydostać żywym. Gdybym wpadł do takiej, szans na przeżycie nie miałbym żadnych. Wędrówka po tym terenie i w dzień i w nocy, wymagała bardzo dużej uwagi. Do tego liczne gazy. A te z jeziora lawowego były wybitnie toksyczne. Moja maska nie dawała rady. Kilka razy było naprawdę ciężko. Szczególnie w nocy musiałem się wspiąć na wyżyny mojej wiedzy i umiejętności w eksploracji wulkanów. Przy życiu trzymała mnie maska przeciwgazowa. Unoszące się gazy w świetle latarki czołowej ograniczały widoczność czasami do poniżej pół metra. A nie mogłem sobie pozwolić na chociaż jeden błędny krok. Już samo przechodzenie rozpadlin i pęknięć zmuszało do precyzji i szybkości. Kontakt z kilkusetstopniowymi temperaturami nie jest dobry dla ludzkiego ciała. Natura nie przystosowała nas do życia w takim otoczeniu. A szkoda.

Nachylenie stoku też stwarzało niebezpieczeństwo, że przy odrobinie pecha zlecę do jeziora płynnej lawy. No i ten strop - wytrzyma czy nie wytrzyma? W takich momentach czuję się jak samotny astronauta na jakiejś groźnej odległej planecie. NASA czasami publikuje zdjęcie pt.: samotny na Marsie łazik Curiosity. Niebieska kropka pośród bezkresnych wulkanicznych skał Czerwonej Planety. Gdyby NASA zrobiła zdjęcia mojej eksploracji wulkanów, byłoby podobnie. Gawlik-kropka, niekoniecznie niebieska, pośród law i pustyń wulkanicznych oraz dymiących kraterów. Cóż, skoro nie urodziłem się kilka tysięcy lat później, gdy mógłbym eksplorować kosmos, obce planety znalazłem sobie na Ziemi. Wiem że to może niezrozumiałe. Ale przebywając w scenerii, którą opisuję, byłem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.

Bardzo ciekawy jestem dalszych losów opisywanego jeziora płynnej lawy. Oraz tego co się może wydarzyć pomiędzy Kraterem Centralnym a Północno-Wschodnim? Kilka scenariuszy przychodzi mi do głowy. Każda większa erupcja z tego miejsca może spowodować, że przesmyk pomiędzy kraterami się zapadnie, a oba kratery się połączą. Wtedy pobliski najwyższy punkt Etny, w nienajlepszym stanie, również może się rozsypać. Ponadto istnieje realne zagrożenie, że lawa z jeziora zacznie spływać do jednego z kraterów albo nawet obu. W przyszłości wrócę to sprawdzić.

Zapraszam do artykułu RedBull: Grillowanie na wulkanie.

Na zdjęciach z 2009 i 2017: Krater Centralny i jezioro płynnej lawy, Krater Północno-Wschodni.

Opublikowano w Blog
Grill, węgiel drzewny i rozpałkę kupiłem w Katanii u stóp Etny. Chleb również. Kiełbasę przywiozłem z Polski, bo najlepsza. Tak samo musztardę. Od południowej strony Etny wzdłuż rozpadliny Dell Bove, przechodząc obok Krateru Centralnego, przedostałem się na północny stok, rozbijając na kilka dni obóz na wysokości 3190m. Dziesięć minut spacerkiem od wspomnianego krateru oraz od Krateru Północno-Wschodniego.

Oprócz aktualizacji pomiarów i badań, podczas tego spontanicznego wyjazdu, postanowiłem spełnić swoje marzenie. Zrobić sobie grilla na skraju krateru dymiącej Etny. Może komuś wydaje się to dziwne, mnie - ani trochę. Oprócz sprzętu, zapasu wody i jedzenia, wniosłem pudło z grillem i worek z węglem drzewnym.

Pomysł i marzenie zarazem, zrodziło się w mojej głowie w 2009 roku, podczas pierwszego pobytu tutaj. Powiedziałem sobie, że następnym razem będę podziwiał groźną Etnę i piknikował, smażąc kiełbaski. Nie sądziłem wtedy, że owe plany będą czekały prawie osiem lat na realizację. Liczne inne wyjazdy stały ciągle na przeszkodzie. Aż do teraz.

Za miejsce pikniku wybrałem największy Krater Centralny (część zwaną Voragine). Ze względu na wiatr, musiałem zejść trochę do środka. Skwar, gazy, ale jakie widoki. Efektowny ogromny krater, z jeziorkiem płynnej lawy, oddalonym o pięć minut marszu. A po lewej stronie najwyższy punkt Etny na skraju Krateru Północno-Wschodniego. Spokojnie rozpaliłem grill, upiekłem kiełbaski. Zjadłem z chlebem, musztardą, popiłem colą, ruszając na dalszą część badań wulkanicznych. Grill zniosłem i wyrzuciłem dopiero na dole, w mieście Randazzo.

Kolejnego dnia postanowiłem spróbować upiec kiełbaski w oparciu o fumarole - rodzaj gorących wyziewów wulkanicznych. Znowu wybrałem Krater Centralny, z amfiteatralnym widokiem (tym razem część Bocca Nuova). Kiełbasę udało się zagrzać, ale mocno przesiąkła siarką.

To był najwspanialszy grill w moim życiu. Tylko ja i Etna. Oto zdjęcia. 

Ale wcześniej dwa filmy z grillowania: ETNA GRILL 1 i ETNA GRILL 2.

Opublikowano w Blog
Strona 1 z 7

nationalgeographic box

red bull 225x150

TOKFM box

iexpert 225X150px

stopka plecak

LogoStopka

stopka plecak

Strona używa informacji zapisanych za pomocą… plików cookies w celu dostosowania do indywidualnych potrzeb użytkowników. Jeżeli tego nie akceptujesz zmień ustawienia przeglądarki dotyczą…ce cookies. Więcej informacji można znaleźć‡ w naszej Polityce prywatności.