a2b2

red bull box 225x150

pzu bezpieczny 225x140

spokey.jpg 225PX

LOGO

Podziel się

FacebookMySpaceTwitterGoogle BookmarksLinkedinRSS Feed
Zdjęcie ilustracyjne w dużej mierze odpowiada na pytanie dlaczego wulkany to moja pasja. Krajobrazy nie z tej Ziemi. Jak z obcej planety. Ekstremalne scenerie, ekstremalne warunki. Erupcje potrafią wszystko zmienić. Dodać wysokości, zabrać. Powiększyć wyspę, zniszczyć. Spalić las, miasto. Potęga niesamowita. A największe erupcje największych wulkanów potrafią zmienić los całej planety, w tym wszystkich żywych organizmów.

Nawet po zejściu niżej, co widać na załączonych zdjęciach, krajobraz nie przestaje być egzotyczny. Gdy tak wędruję całymi dniami po ostrej jak brzytwa lawie, ruchomej, sypkiej. Gdy lawa po horyzont. Nadal się czuję jak na innej planecie. Wspaniałe uczucie, choć czasami bolesne, co prezentuję na jednym ze zdjęć.

O Kraterach Południowo-Wschodnich już pisałem (można odnaleźć artykuły w wyszukiwarce na stronie). Nawet trochę w ostatnim wpisie na blogu. Ale warto wracać do tematu, bo to jeden z najciekawszych fragmentów Etny. Tutaj zaszły największe zmiany na wulkanie. Przybyło metrów i kraterów. Nowy Krater Południowo-Wschodni stał się pełnoprawnym kraterem szczytowym. Zaś Krater Południowo-Wschodni (stary), dzisiaj to kilka kraterów, a nie jeden jak jeszcze niedawno. Jeśli nadal ta część Etny będzie tak aktywna, tutaj będzie należało szukać najwyższego punktu tego potężnego wulkanu w przyszłości. Wysokość dobiła już do 3300m n.p.m. i jest tylko o 31m niższa o najwyższego wierzchołka na skraju Krateru Północno-Wschodniego. Szczytowe tereny południowo-wschodnie, to miejsce najczęstszych erupcji Etny w ostatnich latach.

Miało to swoje konsekwencje, bo gigantyczne ilości gazów jakie wydostawały się z tego rejonu, nie pozwalały na wnikliwą obserwację. Lecz tym razem, było tu wyjątkowo spokojnie. Gazów sporo, ale widać było wszystko, także dno Nowego Krateru Południowo-Wschodniego. Dało się też obejść cały ten teren, choć momentami mocno ryzykując, o czym pisałem niedawno. Tego mi brakowało, by posiąść aktualną, dogłębną i pełną wiedzę, na temat  potężnego obszaru kraterów szczytowych Etny. Teraz mam komplet.

Na zdjęciach: Kratery Południowo-Wschodnie oraz pola lawowe. A także grafika partnerów wyprawy. Przy tak dużym i ambitnym projekcie jak 100 WULKANÓW, każde wsparcie jest cenne, za które dziękuję. Robienie czegoś czego nikt nie robi, dokonywanie pionierskich badań i odkryć - musi kosztować. 

Opublikowano w Blog
wtorek, 14 listopad 2017 05:45

ANANAS i MELON na ETNIE

Przy poprzedniej wizycie na Etnie spełniłem swoje marzenie o grillowanych kiełbaskach w kraterze. Niektórzy twierdzili, że zdrowy posiłek to nie był. Polemizowałbym, bo sporo tłuszczyku się wytopiło, a i związki siarki mają różne dobroczynne właściwości. Dlatego tym razem, by było zdrowiej, wtargałem na szczyt - ananasa i melona. Ale czy tylko? Zobaczcie zdjęcia i film:

Opublikowano w Blog
Cztery kilo na wadze mniej, dwa zniszczone aparaty fotograficzne (z czterech zabranych), zniszczona kamera, buty, większość odzieży, spalone przez lawę kijki. Pięćdziesiąt siniaków i drugie tyle drobnych rozcięć skóry, kilka drobnych poparzeń, lekkie zatrucie gazami. Oznacza to wykonaną w krótkim czasie dobrą wulkaniczną pracę na Sycylii i Wyspach Liparyjskich.

Na początek o wulkanie-wyspie Stromboli. Jedynym europejskim wulkanie, na którym niemal każdy w łatwy sposób może sobie pooglądać lawę. Obok Etny, najaktywniejszym na kontynencie.

W tym artykule opiszę swoje poczynania na Stromboli, a w kolejnym jak to zrobić od strony turystycznej. Dla mojego PROJEKTU 100 WULKANÓW, wycieczka z przewodnikiem nie ma żadnego sensu, ale dla 99,9% osób, jest jak najbardziej wystarczająca. Do tego niedroga.

Dla mnie pół godziny czy godzina na szczycie Stromboli to strata czasu. Na wulkanach potrzebuję go znacznie więcej. Nawet na tak małych jak Stromboli. Dlatego w partiach szczytowych spędziłem 8 godzin (w dzień i w nocy), a cała eksploracja trwała 24 godziny, non stop.

Przy czym samemu nie wolno wchodzić na Stromboli, jedynie do około 400m, dalsza wędrówka to ryzyko 500 euro kary. Informują o tym tablice. Więc co robi Gawlik? Jak zwykle je ignoruje. Nie dlatego, że lubię. Nie mam innego wyjścia.

Po tylu latach tułaczki po wulkanach, to ja mogę robić włoskim przewodnikom i wulkanologom szkolenia z poruszania się po wulkanach, a nie oni mnie. Ich obecność byłaby balastem, bo w razie niebezpieczeństwa, nie tylko siebie będę musiał ratować, ale też takiego przewodnika. No i żaden przewodnik, za żadne pieniądze, nie pójdzie tam, gdzie ja chcę i nie będzie non stop wędrował przez 24 godziny. Innymi słowy, muszę działać samodzielnie. Lecz rzeczywiście, osoby bez doświadczenia, nie powinny chodzić po tak aktywnych wulkanach samotnie. 

Po przypłynięciu na Stromboli (terminal promowy Stromboli), oddaliłem się od terenów zamieszkanych, podszedłem kawałek do góry, gdzie w chaszczach postawiłem namiot i zostawiłem zbędne rzeczy. Z podręcznym plecakiem maszerowałem wzdłuż osuwiska Sciara del Fuoco. Obrywające się zbocza wulkanu, powodują raz na jakiś czas niewielkie lokalne tsunami.

W partiach szczytowych spędziłem osiem godzin, za dnia i w nocy, często zbaczając ze ścieżki. Starałem się unikać ludzi i przewodników, by nie wykłócać się z nimi. Ale za jedną ze skał natknąłem się na ekipę jakiejś francuskiej telewizji i ich przewodnika. Który zaczął od straszenia i machania znaczkiem, ale gdy dowiedział się co robię i od ilu lat, zupełnie odpuścił.

Może to nieskromne, choć zgodne z rzeczywistością, ale nie wiem czy na całym świecie znajdziemy pięćdziesiąt osób z tak dużym doświadczeniem wulkanicznym jak moje? Obejmującym głównie aktywne wulkany. Bardzo wątpię. A już nie mam wątpliwości, że nie ma drugiego człowieka na świecie, który tyle już nie miesięcy, ale lat, spędził samotnie włócząc się po wulkanach i je eksplorując. Do tego w taki hardcorowy sposób. Podejmując wielokrotnie decyzję, albo się uda albo zginę. Półśrodki i że się nie da - to nie mój świat. We wszystkich ważnych dla mnie sprawach jestem maksymalistą.

Na szczęście przez większość czasu spędzonego na Stromboli, czyniłem swoje działania w samotności. Śmieję się, że mam unikalne zdjęcia z wierzchołka, gdy jestem na nim tylko ja. Bo gdy nagle w ciągu dwóch godzin przez wierzchołek przewinęło się pół tysiąca ludzi, ciężko było znaleźć tam wolne miejsce.

Naliczyłem sześć istotniejszych otworów z lawą, w tym dwa większe. Jedno wyraźnie od strony Sciara del Fuoco. Erupcje były bardzo gwałtowne, krótkie, nieraz z hukiem, nieraz bez. Bywało, że miała miejsce jedna erupcja na godzinę, ale bywało, że i trzy. Cały czas wydobywały się ogromne ilości gazów, czasami zmieszanych z popiołem. Erupcjom towarzyszyło wyrzucanie bomb wulkanicznych. Opisałem właśnie charakterystykę tzw. erupcji strombolijskiej - ten wulkan i jego wybuchy posłużyły za uformowanie tego pojęcia. Można też powiedzieć, że to erupcje eksplozywne - gwałtowne, ale zdarzają się też efuzywne - wylewne, lawa spływa w dół zbocza. Na Stromboli samoistnie te ostatnie raczej nie występują, tylko mają charakter mieszany. Udało mi się dwa razy zaobserwować lawę schodzącą przez krótki czas do morza, szkoda że tylko za dnia. Raz z promu, a raz już podczas wulkanicznej wędrówki. Zjawisko było następstwem wybuchu z otworu od strony morza. Stromboli liczy według moich pomiarów 917-920m wysokości, inne źródła podają 924m (od dna morza 2700m). Nawet na szczycie temperatura ziemi miejscami jest znacznie podwyższona. Nie ma się co dziwić, bo według szacunków obecna faza erupcji trwa nieprzerwanie od około 2-3 tysięcy lat. Co kilka lat następują większe erupcje, ale nie bardzo duże. Co roku można mieć szczęście i trafić na pojedyncze wybuchy, większe, wyższe, dłuższe i co najważniejsze z mniejszą ilością wydobywających się gazów, które praktycznie eliminują szanse na zrobienie dobrych zdjęć. 

Choć wydaje się, że Stromboli to jeden większy krater, to tak naprawdę można wyróżnić trzy, mocno zdeformowane przez erupcje. Jeden jest dominujący, w nim były cztery otwory z lawą. Wierzchołek to fragment krateru, który przetrwał, reszta wpadła do morza. Kawałek od strefy aktywności, są równie wysokie fragmenty starego krateru.

Świetnie spędzony czas. Po powrocie do namiotu następnego dnia, przespałem się kilka godzin, by wyruszyć w dalszą drogę. Stromboli jest fajnym wulkanem, ale wolę znacznie większą Etnę, tam w rejonie kraterów szczytowych nie przewijają się setki ludzi na dobę.

Co ciekawe, gdy przyszła pierwsza grupa na szczyt, nikt się nie dziwił, że ja tam jestem. Później, różni przewodnicy myśleli, że jestem z ich grupy i mówili do mnie - idziemy na dół. Gdy schodziła ostatnia grupa, dwóch przewodników nie zauważyło, że zostałem na szczycie, mimo że minutę wcześniej mówili bym się szykował do zejścia. Zostałem znowu sam. Na tym przykładzie świetnie widać jak wyglądają takie masowe wycieczki na Stromboli i praca przewodników. Zaginął im członek z grupy, został na szczycie, dlaczego to ich nie zmartwiło? Ano dlatego, że grupy mają nawet po kilkadziesiąt osób i opiekunowie nie liczą ile mają osób. Jakaś choćby namiastka solidnej pracy wymagałaby sprawdzić liczebność w chwili startu wycieczki i przed zejściem w dół. Ale po co? Dla mnie super. Oby włoscy przewodnicy zawsze tak pracowali.

W drugiej części poświęconej wulkanowi Stromboli, napiszę o tym, jak niemal każdy może wejść na szczyt.

Na zdjęciach: wyspa i wulkan Stromboli. Mimo ogromnych ilości gazów parę zdjęć wyszło jako tako, choć nieźle się nakombinowałem (nie zawsze w bezpieczny sposób). 

Opublikowano w Blog
niedziela, 30 lipiec 2017 06:47

ETNA to ponad 300 kraterów

Oprócz czterech głównych kraterów szczytowych, w całym masywie Etny jest kilkaset innych. Od wiekowych, po młodziutkie. Zresztą nawet w obrębie partii szczytowych można wyróżnić przynajmniej kilkanaście. Nikt tak naprawdę nie wie ile ich jest, wielu z nich nienazwano. A są też stożki wulkaniczne bez kraterów albo nie-kraterowe otwory z których płynęła lawa. Ponadto kratery po wybuchach gazowych.

W niedawnych artykułach na blogu zaprezentowałem dziesiątki zdjęć kraterów szczytowych. W kolejnych też jeszcze parę kraterów się pojawi. Dlatego tym razem próbka, by pokazać ich różnorodność. Jak również przykład stożka wulkanicznego bez krateru - La Montagnola 2637m oraz krateru pochodzenia gazowego.

Kratery prezentowane na zdjęciach, pochodzą z różnych części Etny, zostały zrobione w 2009 i 2017 roku.

Przy okazji warto wspomnieć, że Etna jest stratowulkanem (wulkanem stożkowym), chociaż liczne erupcje na przestrzeni tysięcy lat mocno zniekształciły masyw. I nie jest to klasyczny stratowulkan. Objęty jest ochroną w parku regionalnym - Parco dell'Etna oraz w 2013 roku został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Jest największym wulkanicznym masywem Europy, najaktywniejszym i najwyższym aktywnym. A także najwyższym w ogóle, jeśli kaukaski Elbrus zaliczymy do Azji, tak jak powinno się to robić.

Opublikowano w Blog
Choć jego powstanie datuje się na 1971 rok, przez długi czas, "nikt go nie traktował poważnie". Ot, jeden z setek kraterów Etny. Był zwykłym kraterem pasożytniczym w zboczu Krateru Południowo-Wschodniego. Jednak jego aktywność, erupcje oraz przyrost, doprowadziły do nadania mu nazwy: Nowy Krater Południowo-Wschodni. Z całą pewnością nie należy go lekceważyć. To jedno z najaktywniejszych i najbardziej niebezpiecznych miejsc Etny.

Jeszcze kilka lat temu aktywność krateru pasożytniczego w zboczu Krateru Południowo-Wschodniego dawała różne możliwości. Mógł on funkcjonować podobnie jak zaobserwowałem go pod koniec 2009 roku. Czyli istnieć w zboczu starszego krateru, wybuchając co jakiś czas. Tak jak na przykład wulkan Lokon i Lokon-Tompaluan z wyspy Sulawesi w Indonezji. To dwa wulkany w jednym. Stary i wyższy krater (Lokon) jest już nieaktywny, porósł trawą. A aktywność przejął krater pasożytniczy (Lokon Tompaluan), który wyrósł na samodzielność. Choć ciągle znajduje się w zboczu tego pierwszego. Inna możliwość, znając zamiłowanie Etny do erupcji eksplozywnych, polegała na zastąpieniu starego krateru nowym. Na skutek erupcji po kawałku stary krater ulegałby zniszczeniu, a nowy usadawiał się na jego miejscu, stopniowo rosnąc. Nowy Krater Południowo-Wschodni wybrał jednak inną drogę. Zostawiając w spokoju stary krater, tak urósł, że stał się równoprawnym i samodzielnym kraterem szczytowym. Jego nazwa została naniesiona na mapy.

W ostatnich latach, zwłaszcza 2011-2013, na skutek erupcji nowy krater bardzo urósł i zdominował okolicę. Oddziela go od Południowo-Wschodniego, kruche wzniesienie o wysokości 3300m. Aż trudno uwierzyć, że jeszcze w 2009 roku, tutaj nic nie było, a nowy krater znajdował się około 400 metrów niżej. Dzisiaj ma obwód około 800m, głębokość około 100 metrów (liczne gazy nie pozwoliły dojrzeć dna), a wysokością dorównał pozostałym kraterom szczytowym. Ciekawe jak będzie wyglądał za kilka lat, po kolejnych erupcjach?

No i jak długo krater, który istnieje już kilkadziesiąt lat ciągle będzie miał w nazwie słowo "NOWY"? Jeśli topografia tej części Etny się utrzyma, dobrze byłoby popracować nad nazewnictwem. 

Na zdjęciach: Nowy Krater Południowo-Wschodni w 2017 i 2009 roku. 

Opublikowano w Blog
To tutaj znajduje się wierzchołek Etny. I jak to zwykle bywa, jest niemal na samym końcu względem trasy, którą wchodzą niemal wszyscy w rejon kraterów szczytowych. W konsekwencji mało kto go osiąga. Choć każdy tak twierdzi. Przy czym kratery szczytowe Etny nie są tłumnie odwiedzane, wręcz przeciwnie. Tłumy są na punkcie widokowym zwanym Torre del Filosofo. Od tej właśnie strony (południowej) praktycznie wszyscy wchodzą na Etnę, gdyż mają możliwość noclegu w Rifugio Sapienza na 1910m n.p.m., i dojazdu terenowym autobusem na 2900m.

Bardzo fajny dostęp do krateru jest od strony ośrodka narciarskiego Linguaglossa (od północy). Lecz wymaga więcej wysiłku. Wtedy Krater Północno-Wschodni jest pierwszym na rozległych partiach szczytowych Etny. Idąc od strony Torre del Filosofo łagodnie osiąga się Krater Centralny, zostawiając po prawej stronie Kratery Południowo-Wschodnie. By stąd zdobyć wierzchołek Etny trzeba obejść Krater Centralny, dostać się na małą przełączkę i wejść na skraj krateru Północnego-Wschodniego, który w tym miejscu jest najwyższy. Łatwiej i bezpieczniej jest obejść krater od strony zewnętrznej (od lewej stojąc plecami do Torre del Filosofo). Wiatry wieją najczęściej w kierunku Morza Jońskiego i dzięki temu można obyć się bez maski i gogli ochronnych. Od drugiej strony Krateru Centralnego wędrówka jest znacznie ciekawsza, ale też trudniejsza. Dużo trujących gazów, siarka, fumarole, pęknięcia w kraterze, nieraz słaba widoczność oraz bliskość mocno aktywnych Kraterów Południowo-Wschodnich. Bardzo wrażliwym miejscem jest wąski przesmyk między Kraterem Centralnym a Północno-Wschodnim (duża aktywność, przepaściste skraje krateru, mniejsze kratery, pęknięcia, dużo siarki i gazów, nierzadko lawa pod powierzchnią ziemi, którą czasami widać).

To o czym przed chwilą napisałem powoduje, że 90% osób, która dociera na skraj kraterów szczytowych, osiąga skraj Krateru Centralnego, od jego najniższej strony, gdzie wysokości wynoszą 3240-3280m. Po czym czując moc Enty, czym prędzej schodzą w dół. Oficjalnie dotarcie tutaj jest nielegalne, lecz sądzę, że w ciągu roku jest to ok. 200-300 osób, z których jakieś 10% staje na faktycznym wierzchołku Etny.

Mój artykuł doskonale pokazuje, gdzie jest najwyższy punkt Etny, lecz jeśli ktoś nie poszukał informacji przed wyjazdem, szybko odpuszcza dochodząc w partie szczytowe. One kryją liczne wierzchołki i wyróżniające się fragmenty czterech kraterów. Teoretycznie każdy z tych punktów może być tym najwyższym. Mnóstwo gazów, ryzyko erupcji i konieczność wielogodzinnej wędrówki po nieprzyjaznej ziemi, skutecznie stępiają zapał. Tak to jest, gdy ktoś się nie przygotował albo nie ma w sobie determinacji, by poszukać wierzchołka.

Etna obecnie liczy 3331m w najwyższym punkcie. Tyle samo liczyła w 2009 roku, gdy byłem tutaj poprzednim razem. Lecz dużo się zmieniło od tamtego czasu. Wtedy obramowanie krateru w rejonie wierzchołka było jednolite, mocne. Dzisiaj większość się rozsypała, a Krater Północno-Wschodni próbuje stopniowo wtargnąć w Krater Centralny. Najwyższy fragment Etny jeszcze stoi, ale w jego otoczeniu jest sporo pęknięć. Jedna duża erupcja w tym rejonie, a wierzchołek może się rozsypać i najpewniej wpadnie do krateru. Wtedy będzie trzeba szukać nowego wierzchołka, chyba że Etna tyle wypluje lawy w jednym miejscu, że stworzy nowy, nie budzący wątpliwości.

Gdyby obecny szczyt uległ destrukcji, obecnie (końcówka czerwca 2017), dwa miejsca predestynują do jego zastąpienia. Po przeciwległej stronie w Kraterze Północno-Wschodnim jest wzniesienie osiągające 3315m n.p.m. (oddalone od krateru o kilkadziesiąt metrów) oraz w Kraterze Centralnym blisko Północno-Wschodniego jest kopulasty fragment osiągający 3314m. Patrząc jednak co wyprawia się w rejonie Nowego Krateru Południowo-Wschodniego, który jeszcze nie tak dawno był o dobre 300-400 metrów niższy, a obecnie doszedł do 3300m, może tutaj w przyszłości będzie trzeba szukać najwyższego punktu Etny?

Tymczasem Krater Północno-Wschodni charakteryzuje się największymi wysokościami bezwzględnymi, w większości przekraczającymi 3300m. Z jednej strony sąsiaduje z Kraterem Centralnym, z drugiej, z doliną Valle del Leone. Odstaje o linii Kraterów Południowo-Wschodnich oraz Centralnego, przez co kratery szczytowe tworzą literę "L". Jego obwód to ok. 800m, głębokość ok. 200m. Najaktywniejsza jest część od strony Krateru Centralnego, a w przesmyku pomiędzy kraterami znajduje się komora z płynną lawą. Erupcja z tego miejsca może skutkować nie tylko połączeniem obu kraterów, lecz także przedostaniem się płynnej lawy do środka.

Na zdjęciach: Krater Północno-Wschodni Etny w roku 2017 i 2009.

Opublikowano w Blog
Link do reportażu, filmu oraz galerii zdjęć znajduje się: TUTAJ.
Link do fragmentu bloga opisującego aktywny wulkan Ijen, znajduje się: TUTAJ.
Opublikowano w Blog

Indonezja posiada ponad 130 aktywnych wulkanów. W jednym z nich na wyspie Jawa wydobywa się siarkę. Górnicy pracują w niezwykle ciężkich warunkach, pośród trujących gazów wulkanicznych, a urobek transportują na plecach.

Faith z miasta Banyuwangi, położonego na wschodnim wybrzeżu Jawy, odebrał mnie o pierwszej w nocy. Wyruszyliśmy z nad Oceanu Indyjskiego, a podróż mieliśmy zakończyć na wysokości 2000 m n.p.m. Cały czas do góry, na niewielkim motorze. Te 50 kilometrów po wąskich drogach miało kilka faz. Na dole, gdzie gorąco i wilgotno, podmuch mas powietrza podczas jazdy sprawiał nawet przyjemność. Ponad godzinę później marzłem. Temperatura znacznie spadła a wilgotność nie uległa większym zmianom. Lekko skostniały potrzebowałem dłuższej chwili, by dojść do siebie. Bardzo ucieszyła mnie perspektywa 4-kilometrowego marszu. „Do jedynego takiego miejsca na Ziemi” – jak zachwalał Faith. Nie tylko kierowca, ale przede wszystkim mój przewodnik. A tak naprawdę, od 16 lat górnik w niezwykłej kopalni w wulkanie Ijen, którego nazwę należy wymawiać „Idzien”. Mimo ukończonych 30 lat, wyglądał na więcej. Podczas marszu opowiadał jak nauczył się języka angielskiego: „Zmobilizowało mnie obcowanie z przybywającymi coraz liczniej turystami. Nie miałem książek ani słowników.” Wyłapywał to co słyszał, zapamiętywał, dopytywał. I chciał zawsze wiedzieć o czym śpiewają w anglojęzycznych piosenkach. Prosił czasami o tłumaczenie. Koledzy z pracy nieraz sobie z niego żartowali i pytali po co mu to? Przez kilkanaście lat i więcej wydobywania  tutejszej siarki nie opanowali nawet kilku wyrazów w języku Szekspira. Faith od początku wiedział po co to robi: „praca górnika jest ciężka, niebezpieczna i niezbyt dobrze płatna, chociaż jak na indonezyjskie warunki przyzwoita. Praca przewodnika jest płatna kilkukrotnie lepiej i znacznie lżejsza.”

Szliśmy dobrej jakości ścieżką do góry, noc miała się dobrze. „Nie mogliśmy wyruszyć rano?” – spytałem. „Nie, bo to co chciałem tobie pokazać, widać tylko w nocy.” Faith miał na myśli „blue fire” czyli niebieskie płomienie. Czym bliżej celu, tym mocniej śmierdziało zgniłymi jajami. Po czterdziestu minutach marszu znaleźliśmy się na skraju krateru wulkanu Ijen, chociaż ze względu na rozmiary prawdopodobnie lepszym określeniem wydaje się: na skraju kaldery. By się o tym przekonać musiałem poczekać do świtu. Tymczasem GPS wskazywał 2400 m n.p.m. Wyżej nie zamierzaliśmy wchodzić, mimo że okoliczne zbocza sięgały do 2800 m n.p.m., a najwyższy w kompleksie Ijen aktywny wulkan Raung to ponad 3300m n.p.m. Penetrując wąskim światłem latarki okolicę, zauważyłem napis w miejscowym języku Bahasa Indonesia oraz po angielsku. Zakazywał dalszej wędrówki i ostrzegał przed zejściem do krateru: „visitors are prohibited, going down on crater dangerous”.

Ostatnie kilkaset metrów pokonaliśmy schodząc w dół, dużo gorszą ścieżką niż wcześniej. To tutaj w kraterze znajdują się liczne ekshalacje wulkaniczne – fumarole. Mają kilkaset stopni Celsjusza i wydobywają się z nich: gazy, para wodna i siarka. Ta ostatnia płonąc, świeci na niebiesko. Zjawisko niezwykłe i efektowne. W jego obserwacji przeszkadzał niestabilny wiatr, kierujący na nas kłęby dymu o przejmującym zapachu siarkowodoru, czyli potocznych zgniłych jaj. Wtedy nie tylko nic nie było widać, ale również czym oddychać. Osoby bez gogli ochronnych i masek przeciwgazowych zostały zmuszone do szybkiej ucieczki.

Kopalnia siarki ściśle jest związana z wyziewami wulkanicznymi a górnicy pracują praktycznie przez całą dobę, w nocy z latarkami na głowach. Do fumarol przytknięto potężne rury, długie na 15-30 m. To nimi spływa siarka w bardziej przyjazne dla człowieka miejsca. W postaci płynnej ma kolor czerwony. Zastyga dopiero poniżej 118,9°C, w około 10 minut, i przybiera kolor żółty. Ten system zapewnia ciągłość w dostawie świeżej siarki, którą wydobywa się za pomocą ciężkich metalowych prętów. Uderzając w żółtą masę albo ją podważając. Rozbita na kawałki następnie ładowana jest do dwóch drewnianych koszy,  połączonych drewnianą belką. Urobek transportowany jest na plecach.

„W kopalni pracuje mniej więcej 400 górników, w ciągu doby 100-200, bo kopalnia jest za mała na większą liczbę” – tłumaczył Faith. Na jednej zmianie robią dwa kursy. Z parkingu, gdzie zostawiliśmy nasz motor, do pokonania są 4 km. Tam muszą dostarczyć wydobytą siarkę. Wpierw do pokonania mają niecały kilometr pod górę, a potem w dół, na początku stromo, później łagodniej. Po drodze następuje ważenie. A jest co dźwigać. Jednorazowo w koszach niosą 60-80kg siarki. Patrząc na nich – drobnych, szczupłych, niewysokich – aż trudno uwierzyć, że są wstanie udźwignąć taki ciężar. Ledwo go podniosłem i przeszedłem kilka metrów. A oni dwa razy dziennie wędrują z urobkiem, a potem „na lekko” muszą wrócić do krateru tą samą drogą. Po zważeniu dostają dokument, na podstawie którego zostaną im wypłacone pieniądze.

„780 rupii indonezyjskich za kilogram, czyli jakieś siedem setnych amerykańskiego dolara. Na dzień w zależności od górnika będzie to jakieś osiem-jedenaście dolarów”. Przy czym kopalnia sprzedaje siarkę po 8000 rupii za kilogram, siedem dziesiątych dolara” – wyjaśniał Faith. Słysząc te słowa, skrzywiłem się i krótko oznajmiłem: „przecież to wyzysk w czystej postaci”. „Mylisz się” – usłyszałem w odpowiedzi. – „W Indonezji jest duże bezrobocie, ale powiedzmy, że średni zarobek to jakieś 100 dolarów miesięcznie. Pracując w kopalni Ijen górnicy mają średnio po 200 dolarów. To dobra praca za dobre pieniądze. A można dorobić na zdjęciach, które pozwalamy robić turystom, sprzedając im ładne kawałki siarki, niektórzy nawet robią z niej odlewy zwierząt i nie tylko.” Tak jak Faith dorabiają tylko nieliczni, bo mało kto  tutaj włada angielskim czy innym językiem obcym. W charakterze przewodnika można zarobić dziennie 10 – 100 dolarów, w zależności jacy trafią się klienci i jak dobrze potrafią się targować. Stawka zazwyczaj wynosi znacznie poniżej 50 dolarów i można ją rozłożyć na kilkuosobową grupę. „Zarobić też można pracując jako kierowca, ale trzeba mieć samochód, bo zachodni turyści niewielkim motorkiem, tak jak ty, nie pojadą” – mój towarzysz dalej tłumaczył. – „Oni oczekują komfortu.” Wynajęcie samochodu z kierowcą z okolicznych miejscowości to koszt od 50 dolarów wzwyż, co także można podzielić na kilka osób. Skuter lub mały motor, bo na motocykle Indonezyjczyków nie stać, to wydatek 15-30 dolarów z kierowcą. „Tylko żebyś mnie dobrze zrozumiał – kontynuował Faith – sezon tutaj jest krótki, od czerwca do końca września, mimo że wakacyjne temperatury panują przez cały rok. W lipcu i sierpniu bywa, że jako przewodnik pracuję dwa, trzy razy w tygodniu, ale zdarza się także raz na dwa tygodnie, poza sezonem, może z raz na miesiąc. Do tego erupcje wulkanu, wtedy kopalnia jest zamknięta, turystów się nie dopuszcza. A potrafią trwać do kilku miesięcy. W latach 2010-2012 kopalnia była zamykana co roku z powodu niewielkich erupcji albo z powodu zagrożenia erupcją.”

Nastał dzień, niebieski ogień znikł na rzecz czerwonego. To drobinki wyrzucanej z otworów w ziemi roztopionej siarki mieszały się z dymem. W zależności od kierunku wiatru, opary gazowe to wypełniały całą kalderę, to wydostawały się wartkim strumieniem 100-200 metrów nad jej najwyższe fragmenty. Jedni górnicy kończyli pracę, inni zaczynali. Faith wszystkich znał, witał się z nimi.

Zeszliśmy nad termalne jezioro kraterowe poniżej kopalni, po drodze mijając niewielkie gorące źródła. Jego turkusowe wody wydają się przyjazne – nic bardziej mylnego, to tak naprawdę rozcieńczony kwas siarkowy. Pod wodą znajduje się komin wulkaniczny, który uaktywnia się co jakiś czas. Jezioro w wulkanie Ijen ma kilometr średnicy i uważane jest za największe kwaśne jezioro świata. Ph wody wynosi zaledwie około 0,5, czyli tyle ile kwas w akumulatorach.

Po powrocie do kopalni zwróciłem uwagę na mocno żółte skały. Byłem przekonany, że to siarka, ale mój przewodnik wyprowadził mnie z błędu: „to tylko wiatr osadził na nich jej drobinki”. Przetarłem ręką i rzeczywiście, pod niewielką ilością żółtego pyłu wyłoniła się szara skała. W międzyczasie dołączył do nas Durahman, zaintrygowany moją wścibskością. Jedyny biały człowiek w kopalni, który wszędzie zagląda, wszystkiego dotyka. Dlaczego? Durahman w kopalni przepracował dotąd ponad 10 lat. Mając niecałe trzydzieści lat wyglądał starzej. Posługiwał się pojedynczymi angielskimi wyrazami. Zanim do nas podszedł, dusił się w kłębach gazu. Tylko nieliczni górnicy posiadają maski przeciwgazowe, częściej chusty. „Ale w nich się źle pracuje” – krótko skwitował Durahman.

„Nie boicie się o zdrowie, przecież te gazy są szkodliwe?” – to było bardziej stwierdzenie z mojej strony, aniżeli pytanie. – „To nieprawda, wszystko jest okay” – padła stanowcza odpowiedź, po czym Durahman wrócił do pracy. Chwilę później mój przewodnik wyjaśniał: „dyrektor kopalni sprowadził tutaj lekarzy, robili badania i powiedzieli, że gaz nie jest szkodliwy dla ludzi.” „Siarkowodór jest szkodliwy” – przerwałem. – „Lekarze powiedzieli, że nie ma zagrożenia” – Faith nie zostawił miejsca na polemikę.

 „Ilu lat dożywają górnicy?” – nie dałem za wygraną. – „Różnie, 40, 50, 60 lat. Ale to nie przez kopalnię. W Indonezji życie jest trudne, tutaj mało kto dożywa późnej starości. Siarkowodór naprawdę nie jest szkodliwy, uwierz mi.” Jakoś nie mogłem. Z fumarol wydobywa się związek pary wodnej i gazów, siarkowodór jest jednym z dominujących. I jak dobrze pamiętam ze szkolnych lekcji chemii, to gaz trujący, w większych stężeniach śmiertelny. Nie przekonałbym jednak tutaj nikogo, chociaż co chwilę widziałem jak kaszlący górnicy uciekali z gęstego dymu, który nagle zmienił kierunek i dotarł do ich miejsc pracy.

Ubrudzeni i przesiąknięci siarką po kilku godzinach ruszyliśmy w drogę powrotną, zostawiając górników miarowo uderzających metalowymi prętami w zastygłą siarkę. Minęliśmy po drodze kolejnych z wypchanymi koszami oraz tych z pustymi schodzących na dół. To była niezwykła wizyta w niezwykłym miejscu. Ile jest czynnych wulkanów, gdzie z dna krateru wydobywa się siarkę w oparach gazów? Poza Ijen, nie słyszałem o żadnym. Ekscytujące widoki zakłócała myśl o ludziach tu pracujących. Jakkolwiek na zarobki nie narzekają i chcą wierzyć, że pracują w zdrowych warunkach, to na pierwszy rzut oka widać, że tak nie jest. Nędzne pieniądze, za jedną z najcięższych prac jakie można sobie w ogóle wyobrazić. Gdyby wymiar sprawiedliwości któregokolwiek z państw karał taką pracą największych przestępców, w Europie uznalibyśmy to za okrucieństwo. Ale górnicy z Ijen pracują dobrowolnie. Paradoksalnie, należą do lokalnej elity. O lepiej płatną pracę w Indonezji nie jest łatwo bez wykształcenia i gdy poza siłą fizyczną, nie ma się wiele do zaoferowania. Kopalnia jest bardzo prymitywna, a zasady bezpieczeństwa to fikcja. Górnicy sami muszą zadbać o siebie. Trujące gazy uszkadzają drogi oddechowe, po latach pracy zabijają. Ciężary niszczą kręgosłup i nogi. Do tego palące słońce i ryzyko erupcji wulkanu.

Faith odpalił swój niewielki motor i ruszyliśmy w dół. Z surowych wulkanicznych krajobrazów, przenieśliśmy się w krainę bogatych w faunę i florę lasów tropikalnych oraz licznych pól uprawnych – kawy, bananów i ryżu. Wulkaniczna gleba jest żyzna. Ludzie mieszkają i uprawiają swoje pola nawet w strefach zagrożenia erupcją. I nie chcą słyszeć, że przez toksyczność wulkanu Ijen, miejscowe ziemie i wody zawierają połowę tablicy Mendelejewa.

Dojechaliśmy do miasta Banyuwangi, gdzie nastał czas pożegnania. Faith świetnie się spisał. Dzień później miał wrócić do kopalni już jako górnik. Gdy zauważył, że ciągle rozmyślam nad tym co widziałem i nie potrafię zrozumieć jak można być zadowolonym z takiej pracy, postanowił mnie pocieszyć. „Nie przejmuj się. W Indonezji człowiek jest tani. Taniej kupić człowieka niż nowy samochód.”

IX.2013

FILM z wulkanu Ijen - WERSJA DŁUGA

FILM  z wulkanu Ijen - WERSJA KRÓTKA

Fragment bloga opisujący wizytę w wulkanie Ijen (Kawah Ijen) znajduje się: TUTAJ.

Bardziej rozbudowana wersja artykułu oraz napisana w drugiej osobie znajduje się:TUTAJ.

Na zdjęciach: wulkan-kopalnia siarki Ijen (Kawah Ijen) – górnicy i ich praca, mój przewodnik Faith, „kwitek” z ważenia siarki”, blue fire(zdjęcia robione przez bardzo gęsty dym), widok na kalderę wulkanu, siarka w formie stałej i roztopionej, termalne i toksyczne jezioro w kraterze, fumarole. Pod koniec galerii wulkan Raung i plantacja kawy.

Opublikowano w Reportaż

SUKCESY SPORTOWE, EKSPLORACYJNE I NAUKOWE. Zdobyte góry i wulkany oraz inne miejsca wulkaniczne, obserwacja wulkanów (wszystko samotnie, bez wsparcia i łączności, często własnymi drogami):

1) 6962m - Aconcagua - 18.12.2015 - Andy - najwyższa góra Ameryki Południowej i Argentyny, w trudnych warunkach zimowych, przez Dolinę Horcones - aklimatyzacja przed wulkanami. Film ze zdobywania jest tutaj: ACONCAGUA 6962m - samotnie na najwyższą górę Ameryki Południowej.

Planowy nocleg na 6300m w masywie Aconcagui nie zdarzył się prawdopodobnie od lat, wszyscy śpią niżej.

2) 6896m - nieaktywny(uśpiony) wulkan Ojos del Salado, Puna de Atacama (Andy) - najwyższy wulkan świata, druga góra Andów, najwyższy szczyt Chile:

            29.12.2015 - wierzchołek chilijski

            01.01.2016 - wierzchołek argentyński

            03.01.2016 - wierzchołek argentyński z noclegiem na 6820m

      ● eksploracja wulkanów Ojos del Salado oraz Lllullaillaco, w tym dotarcie na pole geotermalne w masywie wulkanu Ojos na ok. 6500m, pozwoliła zdobyć dowody, że najwyższym aktywnym wulkanem świata jest Llullaillaco a nie Ojos del Salado.

       ● wędrówka po masywie wulkanu Ojos del Salado, zarówno po stronie argentyńskiej jak i chilijskiej, pozwoliła odnaleźć 6 jezior na wysokościach 6350 - 6510m (5 po stronie argentyńskiej, 1 po stronie chilijskiej). Trzy z nich są na większej wysokości, niż dotychczas uznawane za najwyżej położone, znajdujące się w masywie Ojosa i ujęte w powyższej liczbie. Położone jest na wysokości 6395m, a trzy położone wyżej odpowiednio na: 6420m, 6460m, 6510m. Przynajmniej jedno z nich można uznać za pełnoprawne jezioro, to znajdujące się na  wysokości 6460m (po stronie chilijskiej). Jest największe z tej trójki, zasilane przez lodowce i termalne wody z pola geotermalnego, a więc nie zamarznie do ziemi w zimie. Pozostałe dwa też wcale nie muszą i mogą spełniać kryteria definicji jeziora. Więcej informacji: Wulkan Ojos del Salado - najwyżej położone jeziora świata. FILM: Wszystkie NAJ wulkanu Ojos del Salado 6896m.

         ●  wędrówka i obserwacje największych lodowców w masywie Ojosa del Salado.

Argentyński wierzchołek Ojosa del Salado zdobywany jest bardzo rzadko i sporadycznie w pojedynkę. To, że byłem na nim dwukrotnie w ciągu 3 dni, jest ewenementem (a w ciągu 6 dni 3 razy na wierzchołku - też spore osiągnięcie). Świadomy a nie awaryjny nocleg na wysokości 6820m, jest jednym z rekordowych noclegów w Ameryce Południowej i poza Azją (przynajmniej w ostatnich latach). Dotarcie na pole geotermalne na ok. 6460-6500m, prawdopodobnie, a raczej na pewno, jest to najwyżej położone takie pole na świecie. Prawie nikt tam nie był przede mną.

Ustalenie, że Ojos del Salado nie jest aktywny, tylko co najwyżej uśpiony, oraz dotarcie do 6-ciu najwyżej położonych jezior świata po obu stronach granicy(nikt tego wcześniej nie zrobił) i odkrycie nowego najwyżej położonego jeziora świata to duże osiągnięcia na skalę międzynarodową.

Prawie nikt nie chodził i nie widział z bliska największych lodowców w masywie Ojosa del Salado zarówno po stronie argentyńskiej jak i chilijskiej. Ich pokrywa się zmniejsza.

3) 6800m - wygasły wulkan Pissis, Puna de Atacama (Andy), Argentyna - drugi co do wysokości wulkan świata, trzecia góra Andów:

            18.01.2016 - wierzchołek Pissis 1 6800m, zejście w śnieżycy

            19.01.2016 - wierzchołek Upame 6799m (Pissis 2), w śnieżycy

            19.01.2016 - dwa wierzchołki Ejercito Argentino (Pissis 3) 6795m i 6792m, w śnieżycy

         ● wędrówka po największym lodowcu tej części Andów i na płaskowyżu Puna de Atacama (jedno z najsuchszych miejsc na Ziemi) - Glaciar de los  Argentinos.

Na wulkan Pissis wchodzi rocznie od zera poprzez kilka do kilkunastu osób. Sporadycznie więcej, ale ciężko to zweryfikować, bo nie ma statystyk. Wg zeszytu na szczycie Pissis, byłem pierwszą osobą na wierzchołku w 2016 roku.

Ponoć od pierwszego zdobycia przez Polaków w 1937 roku do 1985 (inna wersja do 1994 roku) nikogo nie było na szczycie za sprawą braku możliwości dojazdu. Samotne wejścia na ten wulkan są niezwykle rzadkie, więc było to duże osiągnięcie. A zdobycie trzech najwyższych wierzchołków, samotnie, w dużej mierze własnymi drogami, w ciągu dwóch dni, to prawdopodobnie jedyne takie osiągnięcie w historii zdobywania wulkanu Pissis. Na Pissis 2 i Pissis 3(dwuwierzchołkowy) praktycznie nikt nie wchodzi. Prawdopodobnie nigdy nie było na nim Polaków.

Niewiele osób chodziło po największym lodowcu tej części Andów - de los Argentinos.

4) 6755m - aktywny wulkan Llullaillaco, Puna de Atacama (Andy), Chile/Argentyna - najwyższy aktywny wulkan świata, czwarty co do wysokości, wg różnych wersji 5-7 góra Andów(najpewniej szósta):

            09.01.2016 - wierzchołek główny 6755m

            09.01.2016 - wierzchołek 6580m

          ● wędrówka po największym lodowcu masywu od strony chilijskiej.

Zdobycie - wraz z badaniami wulkanologicznymi i odkrywaniem najwyższych jezior - w niewiele ponad miesiąc trzech najwyższych gór Ameryki Południowej oraz wulkanu Llullaillaco - 3 lub 4 wulkan świata, 5 lub 6 lub 7 góra Ameryki Południowej (wraz z dodatkowym wierzchołkiem o wysokości 6580m). A w tym wszystkim, trzykrotne stanięcie na drugiej górze kontynentu - Ojosie del Salado - w tym dwukrotnie od strony argentyńskiej i nocleg na 6820m. Jak również wejście na trzy najwyższe wierzchołki trzeciej góry - Pissis - w tym przez trawers lodowca de los Argentinos. To osiągnięcie bez precedensu. Do tego samotnie i w świetnym stylu.

5) 5629m - nieaktywny wulkan Orizaba - 11.02.2016 - Kordyliera Wulkaniczna, Meksyk - najwyższy wulkan i trzecia góra Ameryki Północnej, najwyższa góra Meksyku, wędrówka po największym lodowcu Meksyku - Gran Glaciar Norte.

Zdobycie dwóch najwyższych wulkanów Ameryki Północnej, samotnie, w ciągu 5 dni, to wydarzenie bez precedensu.

6) 5424m - aktywny wulkan Popocatepetl - 09.02.2016 - Kordyliera Wulkaniczna, Meksyk, w fazie trwania erupcji - jeden z najaktywniejszych i drugi co do wysokości wulkan w Ameryce Północnej, piąta góra kontynentu. Wędrówka po zanikającym, ale drugim co do wielkości lodowcu Meksyku. FILM: Popocatepetl.

Na Popocatepetl zazwyczaj nie wchodzi nikt w ciągu roku, jedynie od czasu do czasu ktoś pojawi się na szczycie, zazwyczaj w jego spokojniejszych fazach aktywności. Nie znalazłem żadnej informacji, by jakiś Polak był wcześniej na nim. Tak samo jak na Pissis 2 i Pissis 3. Ponadto wejście na wierzchołek samotnie, w takim stylu i przy wulkanie w fazie erupcji, to duży sukces.

Odrobina historii: Pierwszym Europejczykiem, który zdobył szczyt wulkanu był Diego de Ordas. Ten hiszpański podróżnik i konkwistador urodził się w 1480 roku w Hiszpanii. W 1519 roku, wraz z dwoma towarzyszami, wspiął się na szczyt wulkanu Popocatépetl. W uznaniu jego zasług cesarz Karol V Habsburg wydał dekret zezwalający mu na używanie herbu z wizerunkiem wulkanu. (za www.histmag.org).

7) 5420-5390m - wygasła Caldera del Inca Pillo (Corona del Inca) - 24.01.2016 - Puna de Atacama (Andy), Argentyna - najwyżej położone na świecie jezioro kalderowe (lustro wody ok. 5200m).

Dotarcie do El Volcancito i Caldery Inca Pillo to nieczęste wydarzenie, a przez człowieka z poza Argentyny lub Chile, niezwykle rzadkie.

8) 4621m - wygasły wulkan Sierra Negra - 12.02.2016 - Kordyliera Wulkaniczna, Meksyk - na szczycie największy na świecie teleskop milimetrowy, piąta góra Meksyku.

Poza pracującymi tam naukowcami i robotnikami, bardzo rzadko ludzie udają się na szczyt Sierra Negra.

9) 4336m - obserwacja z nienazwanej góry aktywnego wulkanu Sangay 5230m - 31.01.2016 - Andy, Ekwador.

Niewielu ludzi z poza Ekwadoru, mogło zobaczyć z tak bliska wulkan Sangay.

10) ok. 4200m - El Volcancito - 23.01.2016 - Puna de Atacama (Andy), Argentyna - źródło mineralne w kształcie stożka wulkanicznego (ok. 7m wys.).

11) 2847m - aktywny wulkan Villarrica - 24.11.2015, Patagonia (Andy), Chile - jeden z najaktywniejszych w Ameryce Południowej, w trudnych warunkach zimowych + jaskinia i pola lawowe.

Od erupcji wulkanu Villarrica w marcu 2015 wulkan był zamknięty, otwarto go około tygodnia przed moim przyjazdem. Byłem pierwszą osobą na szczycie od wielu miesięcy. Ponadto jako wyjątek, dostałem prawo zdobywania go samotnie, a nie w zorganizowanej grupie.

12) 2800m - aktywny wulkan Paricutin - 17.02.2016 - Kordyliera Wulkaniczna, Meksyk + pola lawowe i zniszczone przez żywioł miejscowości.

Jeden z najmłodszych wulkanów świata i jeden z najsłynniejszych wulkanów XX wieku.

13) ok. 2600m - wygasłe kratery i jeziora kraterowe Aljojuca i San Miguel Tecuitlapa - 12.02.2016 - Kordyliera Wulkaniczna, Meksyk.

Niewiele osób z poza Meksyku je widziało.

14) 2530m-1620m - aktywny superwulkan Yellowstone - do 2805m - 28.02-02.03.2016 - Kaldera Yellowstone, USA, w warunkach zimowych - pola gejzerów, pola geotermalne, fumarole i solfatary, kaldera, skały wulkaniczne, kaniony, wodospady. FILM: gejzer Old Faithful.

W zimie w Yellowstone praktycznie nie ma turystów z poza USA, jestem w tej niewielkiej grupce, która miała okazję zobaczyć park w tym czasie.

15) ok. 1910-1780m - nieaktywne Craters of the Moon - 27.02.2016 - płaskowyż Snake River, USA, w warunkach zimowych - seria nieaktywnych stożków wulkanicznych i ogromne pole lawowe,

Wędrówka po Craters of the Moon zimą przez człowieka z poza USA nie zdarza się często.

16) 1800-1500m - obserwacja bardzo aktywnego wulkanu Colima 3800m z miejscowości: Guzman, Colima, San Antonio i z La Yerbabuena - 14-16.02.2016 - Kordyliera Wulkaniczna, Meksyk.

Niewielu ludzi z poza Meksyku miało okazję z dwóch stron i z tak bliska zobaczyć wulkan Colima.

17) 1150-800m - obserwacja aktywnego wulkanu St. Helens 2549m od południa i północy - 25-26.02.2016 - Góry Kaskadowe (Kordyliery), USA,  w warunkach zimowych + jaskinia wulkaniczna Ape (4000m) - najdłuższa w kontynentalnej Ameryce i trzecia w Ameryce Północnej.

Obserwacja wulkanu St. Helens zimą przez cudzoziemca to rzadkie zjawisko.

18) 510m - wygasły wulkan Terevaka - 29.11.2015 - Wyspa Wielkanocna, Chile - najmłodszy i najwyższy wulkan wyspy, tarczowy + jaskinia wulkaniczna i pola lawowe + wulkaniczne posągi moai.

19) 365m - wygasły wulkan Poike - 01.12.2015 - Wyspa Wielkanocna, Chile, tarczowy.

20) 324m - wygasły wulkan Rano Kau - dwukrotnie: 28.11 i 3.12.2015 - Wyspa Wielkanocna, Chile, tarczowy.

21) 280m - wygasły wulkan Tuutapu - 29.11.2015 - Wyspa Wielkanocna, Chile.

22) ok.250m - Ginkgo - spetryfikowany las w polu lawowym - 03.03.2016 - niedaleko zbiornika Wanapum na rzece Kolumbia w stanie Waszyngton, USA.

Jeden z najwspanialszych przykładów takiego lasu na Ziemi.

23) ok. 150m - krater wygasłego wulkanu Ranu Raraku wraz z posągami moai (zbudowanymi z tufów wulkanicznych) - 01.12.2015 -  Wyspa Wielkanocna, Chile.

Jest niewielu ludzi, którzy byli na wszystkich najważniejszych wulkanach Wyspy Wielkanocnej.

24) ponadto mnóstwo drobniejszych rzeczy.

Zrobienie tylu i takich rzeczy w 112 dni na trzech kontynentach, to także nie lada wyczyn. Nie mam wątpliwości, że nikt czegoś takiego nie zrobił przede mną, nie wymyślił sobie takiej wyprawy. Bardzo szczegółowy, napięty i precyzyjny plan, został zrealizowany w 100%, a nawet ponad - dołożyłem trochę rzeczy, kosztem tytanicznego wysiłku.

I jeszcze pewien szczegół, który robi różnicę - samotna eksploracja i zdobywanie, bez wsparcia i bez łączności, często własnymi drogami i w "rajdowym" tempie.

Po tylu latach działalności podróżniczej potrafię ocenić to, co zrobiłem. Jestem bardzo wobec siebie wymagający i krytyczny. Rzadko się chwalę, nawet gdy jest czym. Lecz tym razem, bez cienia fałszywej skromności napiszę, że ta wyprawa górsko-podróżniczo-badawcza, pod względem osiągnięć, była jedną z najwybitniejszych polskich wypraw w ostatnich kilkudziesięciu latach. A PROJEKT 100 WULKANÓW jest jedynym takim na świecie. Polak potrafi!

Jeśli ktoś ma jakieś ciekawe informacje, gdzieś się pomyliłem, piszcie na Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript. , poprawię, sprostuję.

Podsumowanie części wyprawy po Ameryce Południowej znajduje się: TUTAJ.

Podsumowanie części wyprawy po Ameryce Północnej znajduje się: TUTAJ.

  • Na zdjęciach:
  • 1-7) Aconcagua 6962m, Andy, Argentyna.
  • 8-23) wulkan Ojos del Salado 6896m, Chile, Argentyna, w tym najwyższe jeziora świata, lodowce i pole geotermalne na prawie 6500m.
  • 24-26) wulkan Llullaillaco 6755m, Chile/Argentyna.
  • 27-32) płaskowyż wysokogórski Puna de Atacma, Chile i Argentyna.
  • 33-39) wulkan Pissis 6800m, Argentyna, w tym największy lodowiec masywu i penitenty.
  • 40) Puna de Atacama w Argentynie, południowy fragment.
  • 41) źródło El Volcancito, Puna de Atacama, Argentyna.
  • 42-45) jezioro i kaldera - del Inca Pillo, Argentyna.
  • 46) kozi ser od rolników z Puna de Atacama, Chile.
  • 47-50) wulkan Sangay i Park Narodowy Sangay, Ekwador.
  • 51-55) wulkan Popocatepetl 5424m, Meksyk.
  • 56-58) wulkan Pico de Orizaba 5629m, Meksyk.
  • 59) wulkan Sierra Negra 4621m, Meksyk.
  • 60) tradycyjne magazyny na kukurydzę, Meksyk.
  • 61) krater Aljojuca, Meksyk.
  • 62) krater San Miguel Tecuitlapa, Meksyk.
  • 63-64) wulkan Colima, Meksyk.
  • 65-68) wulkan Villarrica 2847m, Chile.
  • 69-70) wulkan Paricutin 2800m, Meksyk.
  • 71-72) wulkan St. Helens, USA.
  • 73) jaskinia Ape, koło wulkanu St. Helens, USA.
  • 74-75) Craters of the Moon, USA.
  • 76-77) Gingko - spetryfikowany las, USA.
  • 78-92) Kaldera (superwulkan) Yellowstone i Park Narodowy Yellowstone, USA.
  • 93-99) Wyspa Wielkanocna (Rapa Nui) - wulkany i posągi moaj, Chile.
  • 100) Puna de Atakama koło Laguny Santa Rosa, Chile.
  • 101) Podziękowanie dla partnerów wyprawy.
Opublikowano w Blog
Po przyjeździe z Pucon do Santiago, miałem dobę na przeorganizowanie się na lot na Wyspę Wielkanocną. Wpierw w metrze spotkało mnie to, co w Ameryce Lacińskiej spotyka mnie regularnie. Mimo rozbudowanych systemów, metro w godzinach szczytu nie wyrabia. Przejechało ileś składów, maksymalnie zapchanych, w końcu podstawiono pusty, który dwa przystanki dalej znów nie przyjmował nowych pasażerów.

Przepakowałem plecak, zostawiając większość rzeczy w Santiago, zrobiłem zakupy spożywcze, bo na Wyspie Wielkanocnej wszystko jest dwa i więcej razy droższe niż na kontynecie.Zresztą produkty spożywcze w Chile są i tak droższe niż w Polsce.

26 listopada stawiłem się na lotnisku w Santiago, by po pięciu godzinach lotu Lanem, dostać się do celu. Dreamliner wypełniony był całkowicie, w dużej mierze jakąś katolicką chilijską kolonią. Na wyspę miałem tydzień. Trochę za dużo, ale takie daty miał promocyjny bilet lotniczy i jest to miejsce z kategorii, gdzie zazwyczaj bywa się raz w życiu. Na chwilę z Ameryki Południowej przeniosłem się do Oceanii (ok. 3600km od kontynentu).

Polinezyjska Wyspa Wielkanocna (Rapa Nui, Isla de Pascua) należy do Chile, z czego część mieszkańców nie jest zadowolona, domagając się niepodległości. Według mnie warto mieć silnego protektora, niepodległa Rapa Nui, nie poradzi sobie samodzielnie. Gdyby nie 887 posągów moai, żaden turysta nie przyjechałby tutaj. Wulkaniczna wyspa, skalne urwiska, pustkowia, to nie jest miejsce na wakacje. A jeden Gawlik, miłośnik wulkanów, wyspie by nie pomógł. Większość posągów moai w obecnych czasach jest przewrócona, połamana, zapewne przez wiatry i erozję postumentów, na których je postawiono. Zazwyczaj są niewielkie, do 5m wys, lecz największy, niedokończony miał mieć 21m wys. i ok. 270 ton wagi. Nie wiadomo czy dotąd odnaleziono wszystkie, czy jakieś nie spoczywają w morzu? Zbudowano je pomiedzy 1250-1500 r. n.e. i nagle porzucono budowanie. Powstały głównie w kamieniołomie Rano Raraku, z tufów wulkanicznych przeważnie. Część miała na głowie polinezyjskie koki z czerwonego tufu - pukao. Po odrestaurowaniu możemy oglądać stojące pionowo posągi, ale tych miejsc jest niewiele. Jeszcze mniej jest takich, że obok siebie stoi kilka posągów moai. Tuf wulkaniczny jest sotusnkowo lekką skałą, dzięki pęchrzykom powietrza, nietrudnym w obróbce. Zresztą do rzeźbienia używano innej wulkanicznej skały, dużo twardszej, bazaltu. Dlaczego postawiono te posągi? Nie wiadomo. Może ich budowa związana była z miejscowymi wierzeniami, z przodkami albo miały odstraszać obcych? A może z nudów? Co można robić na takiej małej samotnej wyspie, gdy ryby na posiłki złowione, atrakcji brak? Może ten sam powód dotyczy kamiennej osady Orongo na zboczach wulkanu Rano Kau. Co roku organizowano zawody, kto pierwszy zdobędzie jajo rybitwy manu tara. Wybrańcy do tych zawodów, ponoć tygodniami czekali w Orongo na ten moment.

Dobrze, jestem na jednej z najbardziej oddalonych zamieszkałych wysp na świecie. Oddalonych od stałych lądów i innych zamieszkałych wysp. Ale czuję się jak na polskiej wsi. Rano budzą mnie koguty i zapachy krów, których tutaj pełno, jak i koni. Rośnie sobie kukurydza. Gdyby nie palmy miejscami i drzewa bananowców, byłbym przekonany, że to polska wioska na wybrzeżu. Jeszcze klimat gorący i wilgotny zaprzecza, że to Polska, bo silne wiatry są i u nas.

Podczas moich wędrówek po wyspie, kilkadziesiąt razy natknąłem się na posągi moai. Te stojące, nawet wyglądają ciekawie, ale szału na mnie nie zrobiły. Na pewno bym tu nie przyleciał dla nich. Zresztą jednego widziałem kiedyś choćby w muzeum w La Serenie. Oczywiście mam świadomość, że mój powód przybycia - wulkany - dla przeciętnego człowieka jest dużo głupszy, niż przyjazd dla posągów moai wpisanych na listę UNESCO. Ale nawet turyści większość miejsc, gdzie stoją moaie w kawałkach, omijają. Notabene prawie wszyscy tutaj wynajmują samochody, pieszy czy rowerzysta to rzadkość. Listopad to nie sezon, więc jeszcze spokojnie, nie ma tłumów, ktore przywozi dwukrotnie w ciągu dnia linia Lan. Z turystów dużo tutaj emerytów niemieckich, francuskich, brytyjskich, z USA, Australii i Nowej Zelandii. Ciekaw jestem, kiedy Polscy emeryci będą na urlop latać sobie na Wyspę Wielkanocną? Wśród młodszych, również dominują te nacje. Spotkałem jednak dwie Polski z Warszawy, grupkę z Czech, kilku Japończyków i jednego Belga.

Moją bazą wypadową był camping Mihinoa (mając własny namiot płaciłem 6500pesos za nocleg). Wyspę zwiedzałem pieszo i na rowerze, robiąc przez tydzień ponad 250km. Jedyną miejscowością jest tutaj Hanga Roa, nie ma transportu publicznego. Drogi są dosyć dobre. Podczas mojego pobytu zawsze było dużo chmur, słońce czasami też, jak i ulewy. W każdą noc, w dzień czasami też. Do tego praktycznie codziennie bardzo silny wiatr. Mimo to, bardzo wilgotno. Wszedłem sobie na trzy główne wulkany, wygasłe, tarczowe, Rano Kau (ok. 324m), Terevaka (ok. 510m) i Poike (ok. 365m). Rano Kau jest najbliżej Hanga Roa, posiada piękny owalny i głęboki krater, wypełniony wodą i roślinnością wodną. To w zasadzie pół wulkanu, drugiej nie ma. Krater jest nad samym skrajem oceanu, częściowo jego zbocza już zapadły się do wody. Tutaj znajduje się osada Orongo, można do niej dojechać asfaltem albo dojść ścieżką. W masywie jest też kilka innych niewielkich kraterów. Terevaka zajmuje większość wyspy, jej centralną część. Na górę ruszyłem przez pastwiska od posągów moai - Akivi, w towarzystwie lokalnego psa. Towarzyszył mi całą drogę, podzieliłem się z nim jedzeniem. W rejonie wierzchołka jest kilka wzniesień o podobnej wysokości i trzy niewielkie porośnięte trawą kratery. Strasznie wiało, było chłodno, chmury chwilami zakrywały partie szczytowe. Na drugim końcu wyspy położony jest wulkan Poike, gdzie przez pastwiska i do połowy prowadząc rower, dotarłem na szczyt. A tam niewielki krater porośnięty mini lasem. To charakterystyczne tutaj. Tam gdzie mogą wykiełkować rośliny, czyli w zagłębieniach, a ludzie robią murki z lawy, tam coś jest wstanie urosnąć (chociaż kiedyś wyspę porastał las, zostały resztki). Kratery nadają się do tego świetnie.

W moich włóczęgach nie zabrakło krateru Rano Raraku, w którym niewielkie jezioro, a na zboaczach pełno niedokończonych posągów moai. Tutaj je rzeźbiono. Wszedłem sobie na wulkan Tuutapu, ok. 280m wys. Jego krater porasta mini las, a w sąsiednim wulkanicznym wzgórzu z czerwonego tufu robiono pukao - czyli nakrycia głów dla posągów. Nie zabrakło licznych odkrywek lawowych, klifów, a nawet jaskiń jak Ana Te Pahu, w której mieszkali i hodowali rośliny Polinezyjczycy z czasów powstawania posągów moai. Oprócz tego zobaczyłem kilka miejsc z petroglifami, rowerem zjeździłem prawie wszystkie tutejsze drogi, bo chodziłem głównie na przełaj. Wykąpałem sie w oceanie, na niewielkiej plaży Anakena (jedynej tutaj, obok Playa de Ovahe). Jest daleko od Hanga Roa, sztucznie zrobiona, jest obok mini las palm kokosowych oraz kilka prawdziwych moaiów. Woda miała mniej niż 20 stopni Celsjusza, a ja niewiele czasu, więc kąpiel trwała 10 minut. Nikt poza mną się nie kąpał, może przez parzące meduzy.

Pobyt na Easter Island uważam za bardzo udany. Odwiedziłem sporo miejsc wulkanicznych, ale jest ich tutaj ponad sto. Mam sporo fajnej lawy, w tym kawałki obsydianu. I nawet sobie kupiłem małego patafiana z tufu wulkanicznego. Patafiana? Właśnie tak, to moja robocza nazwa moaiów. Planując dzień, spoglądałem na mapę i przygotowywałem trasę. Dojdę do tego patafiana, koło tamtych skręcę w prawo i pójdę do góry, i tak dalej. Nie wiem dlaczego, ale nazwa patafiany bardzo przypadła mi do gustu, dużo bardziej niż słowo moai.

Codziennie od rana do wieczora byłem w trasie, zmrok zapadał o 21:30. Nie zawsze zdążyłem dotrzeć do namiotu za dnia. A jak dzień przed wylotem postanowiłem sobie odpocząć, wyglądało to tak. Wytrzymałem do południa, a potem poszedłem sobie jeszcze raz spenetrować wulkan Rano Kau. Do miasteczka zszedłem o 20:00. Kto mnie nauczy odpoczywać, nic nie robić? Próbuję, ale nie potrafię.

Porcja spostrzeżeń i informacji praktycznych.

Duża część wyspy jest parkiem narodowym, do którego bilet kosztuje 30000pesos, a gdy płaci się dolarami, 60. Dolar to 700pesos z groszami. Jak widać, warto mieć peso, dolarów się nie opłaca. Gdy pamiątka w peso kosztuje 25000, czyli 26dolarów, płacąc amerykańską walutą, wydamy 36 dolarów. Na wyspie ciężko wymienić dolary po dobrym kursie, nawet widziałem po 550pesos za dolara, ale ponoć na jedynej tutaj stacji benzynowej niedaleko lotniska, kurs był zbliżony do 700. Bilet do parku najwygodniej kupić od razu na lotnisku, bo później pozostaje biuro Conafu, zdaje się czynne 9-15 (niedaleko lotniska). Nie kupimy biletu ani w Orongo ani w Rano Raraku, gdzie są sprawdzane. Teoretycznie jest budka strażników przy plaży Anakena, ale poza wspomnianymi dwoma miejscami, nikt nigdzie biletów nie sprawdzał. Bilet, kawałek papieru, ważny jest 5 dni.

Grodzenie. To pasja miejscowego Conafu. Trzeba pokazać, że jesteśmy potrzebni. Dlatego moaie są nieraz odgrodzone o wiele metrów. Jeśli ktoś jest krótkowidzem, niewiele zobaczy, jeśli ktoś nie ma dobrego zooma w aparacie, fajnego zdjęcia nie zrobi. Nawet jakby założyć, że taki moai może się przewrócić, to i tak grodzenie można by w niektórych przypadkach zmniejszyć kilkukrotnie. Oczywiście żadnego kawałka moaia nie można dotknąć, ani jednego z blisko tysiąca. Wewnątrz krateru Rano Raraku, podobnie jak na zewnątrz, są niedokończone moaie. Jednak od wewnętrznej strony udostępniono tylko miejsce, gdzie można spojrzeć na krater. I nic więcej. Nie można obejść jeziora, nie można podejść do oddalonych o 200-300m moaiów. Gdy w sporej międzynarodowej grupce wkurzaliśmy się tym faktem, stwierdziliśmy, z absurdami trzeba walczyć. I poszliśmy do moaiów. Pokonać kilkanaście tysięcy kilometrów, by się ciągle odbijać od tablic, sznurków, płotów i innych zakazów - niepoważne. Nie było w okolicy żadnego strażnika i spokojnie osiągnęliśmy cel. Po czym przyleciało dwóch z krzykiem, który zamienił się w ciszę i szok. Bo zostali przez nas zignorowani. Moaiom nic się nie działo, trawie pod naszymi nogami też. Oglądaliśmy posągi, robiliśmy zdjęcia, a mundurowi stanęli otępiali. Jeden, który mówił po angielsku, próbował nam wyjaśnić, że tu nie można być, a my mu, że to jakaś wielka bzdura i nic nas to nie obchodzi. Na co strażnik, że on nas rozumie, ale to decyzja dyrekcji parku, on za nią nie odpowiada. Bardzo mi się podobała ta zbiorowa postawa, nawet zazwyczaj grzeczni Niemcy, opieprzali strażników aż miło. Obywatelskie nieposłuszeństwo czasami jest niezbędne by walczyć z głupotami. Niedługo bowiem będzie tak. Turyści przylecą na Wyspę Wielkanocną, w hali prymitywnego lotniska pokażą im film o wyspie, wsadzą z powrotem w samolot. Wyspa zaliczona.

W paru miejscach można zobaczyć kilka stojących obok siebie moaiów - na rogatkach Hanga Roa, za cmentarzem (ciekawym zresztą), pod wulkanem Terevaka - A Kivi (7sztuk), kilka sztuk przy niewielkiej sztucznej plaży Anakena, w masywie Rano Raraku i w Tongariki (zdaje się 15).

Na wyspie obowiązuje czas GMT minus 6h, jest tutaj dwie godziny wcześniej niż w Santiago. W samolocie kazano nam wypełnić jakieś formularze wjazdowe, których nikt nie sprawdzał. Lokalne lotnisko może jest i małe oraz prymitywne, ale posiada dobrze ponad 3-kilometrową drogę startową, biegnącą prawie od wybrzeża do wybrzeża. Gdy jeszcze latały wahadłowce, lotnisko Mataveri, było dla nich rezerwowym miejscem lądowania.

Na polu namiotowym spotkała mnie przygoda. Gdy kościelna kolonia w liczbie 120 dzieciaków wyjechała, pewien Japończyk postanowił przesunąć swój namiot dalej od oceanu, gdzie ciszej i mniej wietrznie. Przenosząc zahaczył o linkę mojego namiotu, wywalił się. Siła była tak duża, że wyrwał linkę z namiotu, puściło kilka szwów. Zazwyczaj namiot mi się rozwala w górach, a nie na polach namiotowych, ale tym razem jest inaczej. Oby przetrwał do końca wyprawy. Więcej nie oczekuję. W tej historii chcę pokazać jacy są Japończycy, zawsze tacy sami. Narozrabiają, ale ani przepraszam, ani nic. Linka wyrwana, wiatr ją porywa, udało mi się ją złapać, a Japończyk udaje, że nie wie o co chodzi. Tak wygląda kultura tego zacnego narodu. Podobnych historii i obrazków byłem świadkiem kilkaset razy. Ale gdy im się coś zrobi, aferę robią na całą okolicę. A propos namiotu jeszcze, to tradycyjnie mam leciutki, szturmowy, jednopowłokowy, na zimowe warunki, bez klejonych szwów, co średnio się sprawdza podczas ulew. A do spania śpiwór puchowy na ujemne temperatury. Dwóch namiotów i dwóch śpiworów nie zmieściłem do bagażu, ale nie jest źle.

Trochę cen. Nocleg na polu namiotowym Mihinoa we własnym namiocie 6500pesos, wypożyczenie namiotu kosztowało zdaje się 500pesos za dobę. Wynajęcie roweru na dobę 10000-13000pesos, skutera od 20000pesos plus paliwo, samochodu od 40000pesos plus paliwo. Ile paliwo kosztuje na wyspie, nie wiem, pewnie drożej niż w kontynentalnym Chile, gdzie 700-800pesos w rejonie Santiago. Wycieczka po wyspie w grupie, od 20000pesos za osobę, trwa 7h, w cenie tylko transport. Empanada 2000pesos, słodkie wypieki 1000-3000pesos, półtoralitrowy napój (woda, cola) - najczęściej 2000pesos (wodę można pić z kranów). Mały lód 1500pesos, duży 3000pesos, jakiś mini lunch od 5000pesos, a coś większego od około 10000pesos. Rolka papieru toaletowego 450pesos, jedna papryka lub pomidor 600-900pesos. Chleb tostowy duży około 2500-2800pesos, mała paczka ciastek 800pesos. 1h internetu 1500pesos, a dostępu do WIFI 1000pesos, hotele itp mają zazwyczaj bezpłatne WIFI. Widokówka od 350pesos, a znaczek do Europy 600pesos. Pamiątki - od 2000 pesos za byle jaki magnes, po kilkaset tysięcy pesos za jakieś duże rzeczy - rzeźby, biżuteria. Większość pamiątek to koszt od równowartości kilkunastu dolarów do ponad pięćdziesięciu. Lawa, w tym obsydian, który wiozę ze sobą - są za darmo. Można wykupić różne wycieczki, na koniach, quadach, łowienie ryb, nurkowanie, nauka surfowania, ceny od kilkudziesięciu tysięcy pesos wzwyż.

  • Na zdjęciach:
  • 1-8) Hanga Roa. Widać lotnisko, moje pole namiotowe i szybkie śniadanie (mortadela, żółty ser, masło, pieczywo, papryka, musztarda). Poza tym, główna ulica, fragment cmentarza i moaie na rogatkach miasta. Miejscowa ryba i to co zabrałem z wyspy.
  • 9-14) wulkan Rano Kau i jego piękny krater. Poza tym masyw wylkanu, oraz widok na całą wyspę z wulkanem Terevaka i Poike. Na ostatnim zdjęciu osada Orongo.
  • 15-17) Wulkan Terevaka i pies towarzyszący mi w wycieczce.
  • 18-20) Wulkan Rano Raraku.
  • 21) Część moiaów w Tongariki.
  • 22-23) Wulkan Poike.
  • 24-25) Wulkan Tuutapu.
  • 26-27) Rejon plaży Anakena.
  • 28) Fragment jaskini Ana Te Pahu.
  • 29) Tak wygląda większość posągów moai.
  • 30-35) Różne zdjęcia z Wyspy Wielkanocnej, w tym flaga.
Opublikowano w Blog
Strona 1 z 3

nationalgeographic box

red bull 225x150

TOKFM box

iexpert 225X150px

stopka plecak

LogoStopka

stopka plecak

Strona używa informacji zapisanych za pomocą… plików cookies w celu dostosowania do indywidualnych potrzeb użytkowników. Jeżeli tego nie akceptujesz zmień ustawienia przeglądarki dotyczą…ce cookies. Więcej informacji można znaleźć‡ w naszej Polityce prywatności.