a2b2

red bull box 225x150

pzu bezpieczny 225x140

spokey.jpg 225PX

LOGO

Podziel się

FacebookMySpaceTwitterGoogle BookmarksLinkedinRSS Feed
Motywacja, by wybrać się na ten wulkan była następująca. San Miguel (Chaparrastique) jest ogromnym stratowulkanem. Góruje nad okolicą, posiada imponujący krater, co widać na zdjęciach satelitarnych. Wybuchł całkiem niedawno przed moim przyjazdem, bo w 2016. I rzadko ktoś na niego wchodzi. Jest bardzo mało zdjęć z partii szczytowych w internecie. Aczkolwiek niektórzy mieszkańcy San Miguel chcą zrobić z niego atrakcję turystyczną, jak to uczyniono z wulkanem Santa Ana. Na drugim końcu tego niewielkiego kraju. Nic dobrego to nie wróży, bo każda ingerencja administracyjna w wulkan oznacza ograniczanie do niego dostępu. A tworzenie parków narodowych i rezerwatów jest tylko przykrywką do takich właśnie działań.

Chcąc zrobić dokumentację partii szczytowych i poziomu aktywności, wpierw jest zawsze ten sam problem. Jak się tam dostać? Czy są jakieś obostrzenia. Od razu zacząłem pytać Morrisa – właściciela mojego miejsca noclegowego. San Miguel to nie turystyczne miasto, stąd mówiący po angielsku człowiek i do tego nie lokalny – to duża radość. Bo od razu widać różnicę. Gdy lokalsi mówią nie wiem, nie da się, nie można. Morris od razu powiedział – nie ma problemu, załatwimy to. Wpierw zadzwonił do jakiegoś znajomego, który mógł posłużyć za 10usd jako przewodnik, ale nie mógł dnia następnego. To dobrze, taki gość oszczędza czas, ale rodzi zwykle problemy. Lokalni przewodnicy są beznadziejni i nie mają pojęcia o wulkanach. I musiałbym się użerać z ciągłymi tekstami – schodźmy już.

Wobec powyższego Morris powiedział: zawiozę cię pod wulkan i sobie sam pójdziesz. Naprawdę tak łatwo, bez problemów? Nikt nie będzie rzucał mi kłód pod nogi jak zwykle?

Naprawdę. Pomiędzy 9 a 10 rano Morris wysadził mnie ok 10-12km od San Miguel na wysokości 800m n.p.m., choć twierdził że startuje się z 1200m (droga RN16S). I powiedział: idź prosto do góry, a jak się zgubisz to spróbuj zapytać lokalsa, którzy pracują na polach uprawnych (do 1500m). Gdyby ktoś cię zaczepiał, chciał pieniądze, mów że jesteś z USA, bo Ameryki się tutaj boją. Nie mów, zwłaszcza policji, że idziesz na wulkan, bo tutejsi ludzie i urzędnicy mają hopla na tym punkcie. Nie tak dawno wybuchł i uważają, że jest bardzo niebezpieczny i nikt nie powinien się do niego zbliżać. Zawsze to samo utrapienie – bardzo ograniczeni ludzie.

Pogoda świetna, ale czasu nie za dużo. Do pokonania ponad 1300m przewyższenia. Wpierw wędrówka szutrową drogą pomiędzy polami. I trasa nie była wcale taka łatwa, musieli pomóc okoliczni mieszkańcy. Choć na początku tak pomogli – każdy mówił, by iść w inną stronę i inną drogą, że stwierdziłem: wybiorę tą drogę, która prowadzi do góry. Wyżej pomoc dwa razy się przydała na rozstajach dróg. Samochodem terenowym można dojechać do 1480m. Ale uwaga, na wulkan prowadzi kilka ścieżek, choć może to za duże słowo. Bo jak droga się skończyła, ścieżka nie była ścieżką. W każdym razie jakby jej od dawna nikt nie używał i musiałem się sporo namęczyć przeciskając przez las i chaszcze, aż zszedłem do sypkiego żlebu. Po stromym i sypkim materiale piroklastycznym szło się dużo lepiej. Końcówka do krateru była twarda, a wysokość na skraju 2010m. Podejście zajęło mi 2h30min. Całkiem sprawnie. Była mniej więcej 12:00, miałem sporo czasu na działalność w rejonie krateru. Spędziłem tam cztery godziny. Krater San Miguel robi wrażenie, czułem się trochę jak na obcej, nieprzyjaznej planecie. Szarej, zakurzonej, zadymionej. Jest tutaj potężny krater zewnętrzny, postrzępiony, o dobrych kilku kilometrach obwodu. Miejscami jest też krater wewnętrzny, z głębi którego wydobywały się toksyczne gazy i właśnie nad jego skraj wpierw poszedłem. Wielki wulkan i tylko Gawlik – tak lubię.

Obejście krateru dookoła nie było wcale takie łatwe, góra dół, nawet drobne elementy wspinaczki. Włócząc się po partiach szczytowych pokonałem około 400m deniwelacji. Wybrałem się oczywiście na wierzchołek, mój GPS zmierzył 2126m z dokładnością do 4m (wg Wikipedii 2130m). Dokonałem mnóstwa obserwacji i San Miguel muszę przyznać, jest wulkanem budzącym grozę swoją surowością w rejonie kraterów. Jego erupcje są niezwykle efektowne.

Od Nikaraguy obserwuję częste pożary lasów i krzaków. Patrzę, a z boku krateru, za nim, unosi się snop gęstego dymu. To nie erupcja, ale poszedłem sprawdzić. To paliły się las i krzaki. Mnóstwo dymu na potężnym obszarze. Pojawiło się dla mnie nowe zagrożenie, ten pożar jest może kilometr od mojej trasy zejścia, a wiatr wieje w tym kierunku. Ogień potrafi się przenosić z ogromną prędkością. Głupio byłoby zginąć na wulkanie od pożaru lasu. Dokończyłem to co chciałem i w dół. Najgorszy krzaczasto-leśny obszar starałem się pokonać jak najszybciej. Nie uciekłbym stąd przed ogniem i dymem. Wkoło unosił się zapach palonego drewna, a wulkan po przeciwległej stronie przełęczy był jakby za mgłą.

Półtorej godziny zajęło mi zanim doszedłem do drogi (wybiła 17:30), trochę w innym miejscu niż startowałem. Szybko złapałem autostop i znalazłem się przy głównej drodze, cztery kilometry od obiektu, w którym nocowałem. Na autobus też nie czekałem długo. Gdy zmrok praktycznie zapadł dotarłem do celu. Morris był w szoku, że mi się udało, nie spodziewał się. Koniecznie chciał oglądać zdjęcia i chwytał się za głowę. Jemu też Chaparrastique wydawał się niebezpieczny. Przez cały wieczór i poranek był podekscytowany moim wejściem, prosił o wszelkie informacje. Bo ma zamiar popularyzować wulkan, by San Miguel zaczęli odwiedzać nie tylko pojedynczy turyści. Tak na marginesie, ludzie zwożący mnie z pod wulkanu dziwili się nie tylko, że ośmieliłem się wejść na niego, ale że samotnie, wydawało im się niewiarygodne. Rozumiem, my biali mamy często opinię nieporadnych i chcących zawsze gotowego, czyli pełnej usługi turystycznej. Jak robimy coś sami, miejscowym wydaje się, że zaraz zrobimy sobie krzywdę. I Morris wspominał, że ze dwa lata wcześniej kilku Niemców zgubiło się na wulkanie i trzeba było ich szukać.

Morris, pół Hiszpan, pół Salwadorczyk, który pół roku spędza w Hiszpanii stwierdził, że Ameryka Centralna to w dużej mierze „bananowe republiki”. W których króluje lenistwo oraz głupota. Tutejsi ludzie chcą mieć pieniądze, ale nie chcą pracować. On sam nieraz mówił różnym osobom, które prosiły o jałmużnę, przyjdź, dam ci zarobić. Nikt się nie zjawił. Salwador przypomina Nikaraguę pod względem rozwoju i zamożności. Morris opowiadał, że w kraju żyje 6mln osób, a kolejne 4mln w USA, które ślą rodzinom pieniądze. Największą bolączką Salwadoru jest dramatycznie niski poziom edukacji, dodał. Przez to kraj wolno się rozwija. I powiedział też o tym, o czym słyszę w wielu biednych krajach. Uważają w nich, że od pracowania i zarabiania pieniędzy są biali, którzy powinni się z nimi podzielić, czyli dać.

Jestem tolerancyjną osobą, lecz nic nie poradzę, że fakty mówią, iż jak się biały za coś bierze, zwykle widać różnicę. Świetnym przykładem jest porównanie mojego noclegu w San Lorenzo i w San Miguel – obiekt prowadzony przez lokalnych właścicieli i przez Europejczyka. Jakoś tak jest, że nam białym się chce, myślimy, podnosimy kwalifikacje, standardy, dbamy o jakość, zadowolenie klienta. Co nie jest powszechne na świecie. Zawsze się zastanawiam w podobnych sytuacjach, czemu ludzie z Ameryki Centralnej nie potrafią prowadzić pensjonatu o takim standardzie? Co im w tym przeszkadza? Czasami wystarczyłoby trochę świeżej farby, by było widać różnicę. A najciekawsze jest to, że w samej Ameryce Centralnej zgadzają się z tym, co napisałem w tym akapicie. Muszę jeszcze wyjaśnić pewien szczegół, pisząc o białych, mam na myśli nie tyle kolor skóry, ile poziom rozwoju, cywilizacji. Oprócz dużej części Europy, USA, Kanady, Australii i Nowej Zelandii, wysokie standardy oferują też takie „nie białe” kraje jak Japonia czy Korea Południowa.

Informacje praktyczne. Salwador. Czas: UTC minus 6. Waluta: dolar amerykański. Ceny, chyba najtańszy kraj na tej wyprawie, a wystartowałem z Panamy. Trochę taniej niż w Polsce, transport publiczny także. Zatrzymałem się w Guest House Europa, który widoczny jest w internecie, ale na budynku była tylko mała karteczka z boku. Taksówkarz szukał i szukał. Za to w środku jak na tą część świata bardzo fajne warunki, bo prowadzi go Morris, w połowie Hiszpan. Bardzo dobre ceny, a ja dostałem jeszcze rabat i za prywatny pokój z łazienką, na przyzwoitym poziomie zapłaciłem 13usd za noc (w Hondurasie za totalny syf 15usd w obiekcie, który nazywał się hotelem a nie guest housem). Do tego w cenie śniadanie i schłodzona woda w nieograniczonych ilościach, a także pyszne pomarańcze. Jest internet, przestronnie, hamaki i bardzo mało ludzi, bo obiekt mało znany. Widać, że lokal prowadzi przedstawiciel świata zachodniego, widać że sprzątają go przedstawiciele Ameryki Łacińskiej. Tak sobie, czyli i tak nieźle jak na tutejsze warunki. Ale w Europie za taką jakość pracy, szybko się ją traci. Trzeba by stać ciągle nad głową pracownika, by efekt był zadowalający. Minusem były wiatraki (to standard tutaj) a nie klimatyzacja i duży hałas z ulicy, także w nocy – ale nie można mieć wszystkiego. Ludzie jak w całej Ameryce Środkowej – sympatyczni, pomocni i praktycznie nie-anglojęzyczni.

Na zdjęciach: granica Honduras - Salwador, profesjonalne ekspresowe szycie spodni na pośladku, wiele ujęć wulkanu San Miguel (Chaparrastique) – podejście, krater, wierzchołek, zejście. Zdjęcie z gęstym dymem pod koniec galerii to pożar lasu. A na początku zdjęcie nr 6 przedstawia widok na wulkan Chinameca, a na poprzedzającym chaszcze, które musiałem pokonać.

Opublikowano w Blog
Wulkan (kompleks wulkaniczny) Santiago – Masaya, bardziej znany pod powszechnie używaną drugą nazwą, jest jednym z niewielu miejsc na świecie, gdzie można zawsze zobaczyć płynną lawę w jednym z kraterów. I to taką w postaci szalejących fal, aczkolwiek hen daleko w dole krateru.

Z pod wulkanu Concepcion szybko dostałem się do miasta Masaya, prom 1h15min (50 cordoba), z przystani od razu autobus do Managua przez Masaya (75 cordoba i ok. 90min jazdy). Przechodzili przez niego sprzedawcy, więc można było się zaopatrzyć w jedzenie. Masaya to niezbyt ciekawe miasto, co tutaj jest standardem. Jest też świetnym przykładem, że nie potrafi wykorzystać swojego wulkanu ani jeziora pod nim o tej samej nazwie. Prawie wszyscy przyjeżdżają na wulkan z Granady albo z Managuy, które są w pobliżu. Mnie ucieszyło, że znikli turyści. Kilka bladych twarzy spotkałem przez cały dzień spacerów po mieście. W którym pełno sklepów z ciuchami, ale spożywczaka czasami znaleźć niełatwo, a lody jeszcze trudniej. A one, obok owoców i coli, to mój codzienny jadłospis. Czasami uzupełniony kurczakiem. Fastfoodów tutaj również pełno, ale pojawia się na ulicy lokalne jedzenie, co cieszy – tacos, szaszłyki.

Jako że Masaya jest parkiem narodowym, dostęp do niego jest bardzo reglamentowany. Od szerokiego otwarcia dla turystyki sporo lat temu, do absolutnego minimum dostępności – obecnie. Ludzie mogą przebywać tylko przy parkingu, który jest nowy, jak i droga.

Właściciel hostelu California, w którym się zatrzymałem, znał dobrze angielski, bo 10 lat pracował w Kanadzie, jeszcze lepiej znał francuski, bo więcej lat spędził we Francji. Jego syn, około pełnoletni, po angielsku czy francusku – kompletne zero. Gdyby przez rok nauczył się 360 słówek, mógłby w każdej podstawowej sprawie się porozumieć z anglojęzycznym rozmówcą. Ale się nie chce. W każdym bądź razie, zamówiłem sobie tatę jako kierowcę na oglądanie wieczorne wulkanu.

Chciałem zobaczyć go i za dnia i w nocy, jednym ciągiem, ale się nie da. Bo park otwierają o 8:00 czy 9:00, zamykają około 16:00, otwierają ponownie około 17:00 i zamykają całkowicie o 19:30. Nad kraterem można przebywać maksymalnie 15 minut, a na parkingu może być maksymalnie 60 osób, jak jest więcej, czekają w kolejce kilka kilometrów wcześniej. Na szczęście jadąc na samą końcówkę, było pusto, kilkanaście osób. Dzięki temu miałem 45 minut na spokojne oglądanie lawy, zanim strażnik mnie odgonił od kamiennego płotu. Za kurs płaciłem mojemu kierowcy po 20USD, a bilet wjazdowy kosztuje 10USD, za dnia 100 cordoba, bo wtedy lawy nie widać. Postanowiłem tutaj wrócić jeszcze dwa razy dnia następnego. Z nad wulkanu Masaya cały czas unoszą się kłęby toksycznych gazów, widać je świetnie choćby z miasta o tej samej nazwie. Rzadko nadciągają nad parking. Turyści oczywiście przygotowani nie są na takie atrakcje.

Masaya – Santiago kompleks wulkaniczny jest bardzo ciekawy geologicznie, bo ma cechy kaldery, ale też wulkanu tarczowego. Krater w którym obserwuje się lawę, nosi nazwę Santiago i jest częścią jednego wielkiego krateru w ramach którego wyodrębnia się trzy jednostki. Oprócz wspomnianej, Nindiri Crater i San Pedro Crater. Obok jest wygasły duży krater – San Fernando. Lawa w Santiago była kiedyś dużo wyżej, ale i obecnie to ciekawe miejsce do podziwiania aktywności wulkanicznej. Sporadycznie wypływa z wulkanu, ostatni raz w 1772 roku. Za to częściej dochodzi do wybuchów, część aktywna wulkanu Masaya podlega ciągłym zmianom. Wysokości nad poziom morza dochodzą do 630m, podczas moich wędrówek działałem do 600m.

Kolejnego dnia o poranku stawiłem się w parku z nadzieją, że pozwolą podejść mi pod wygasły krater San Fernando. Jest 5 min asfaltem od parkingu. Jak na dłoni, w dużo bezpieczniejszym miejscu niż aktywny krater. Ale strażnik, że nie ma mowy, trzeba mieć specjalne pozwolenie. Mówi jednak ważną rzecz, że obok pracują wulkanolodzy z UK i z USA. Gdyby oni mnie dołączyli do swojej grupy, mógłbym się tam dostać. Zagadałem, przyjęli mnie bez problemów. Tutaj wielkie podziękowania dla profesor Hazel Rymer z Open University w Wielkiej Brytanii. Nie robiła żadnych przeszkód, bardzo sympatyczna, dala mi swobodę i jeszcze przekazała sporo ciekawych informacji. Żywo zainteresowała się moim projektem 100 wulkanów. Jego skala i dotychczasowe efekty wywarły na niej i pozostałych spore wrażenie. Poprosiła o zdjęcia z kilku miejsc. Wraz z nią byli też nestorzy, którzy działali tutaj kilkadziesiąt lat temu. Ode mnie dowiedzieli się, że te wszystkie miejsca, które przez kilka godzin odwiedzaliśmy przy kraterach, są niedostępne dla turystów. Kiedyś były. Wszyscy przyznali, że zamykanie ścieżek, dróg na Masaya - to głupota. Byli zszokowani, że nie można podejść pod zarośnięty krater San Fernando. Czy do jaskini, którą odwiedziliśmy pod koniec, od drugiej strony aktywnego krateru. Zachowały się nawet do niej betonowe schody. To wszystko kiedyś było bezpieczne, a nagle przestało? Ponoć jakiś prezydent pozamykał. Zawsze to samo. Jakiemuś kretynowi naród dał władzę, którą wykorzystuje nie tam gdzie powinien.

Miałem wielkie szczęście, bo widziałem krater z różnych stron, w tym z przeciwległej, w stosunku do parkingu, Byłem nad San Fernando, w efektownej jaskini wulkanicznej. Wysoka, szeroka, z małymi stalaktytami lawy, powstałymi, gdy zastygała. Pełna nietoperzy. Do tego spotkaliśmy ogromną iguanę.

Ekipa robiła dokumentację fotograficzną i badała grawitację, porównując z wcześniejszymi pomiarami. Czyli jak przepływy lawy ją zmieniają. Lokalni naukowcy nie interesowali się pracami, choć byli bardzo sympatyczni. Wielką ciekawostką po drugiej stronie krateru, gdzie częściej wieje wiatr i opadają gazy z drobinkami materiału piroklastycznego, była delikatna pajęczyna na ziemi, złożona ze szkła wulkanicznego. Pani profesor stwierdziła, że to niezwykle rzadkie zjawisko. Kilka razy je widziałem, ale nie na tak dużą skalę. Pełno skrzyżowanych ze sobą w różnych konfiguracjach czarnych świecących nitek. To szkło wulkaniczne nie jest niczym innym jak rodzajem lawy, istnieje dla niego nazwa – Włosy Pele (hawajskiej bogini wulkanów). Występuje na bardzo aktywnych wulkanach.

Pani profesor przyznała, że oni też muszą starać się o pozwolenia i wcale nie jest to łatwe i szybkie. Rozmawialiśmy o wulkanach Kostaryki. Wszyscy orzekli, że zamykanie tamtejszych wulkanów, zwłaszcza Poas, to głupota. I to jest piękna historia. Lokalne władze zamykają wulkany, ograniczają do nich dostęp. A wulkanolodzy z uznanych ośrodków naukowych mówią, że to głupota i wulkany powinny być pootwierane. Ale czy takiego prezydenta Nikaraguy czy Kostaryki interesuje zdanie naukowców? Nie. Oni lubią pokazać, że mogą zamknąć, bo taką mają ochotę.

Pół dnia spędziłem na wulkanie Masaya, mój kierowca już dawno odjechał i bardzo dobrze. Bez problemów dostałem się do granic parku i do miasta. By wieczorem wrócić na kolejne oglądanie lawy. Tym razem było sporo ludzi, oczekiwanie na wjazd, ale i tak przeciągnąłem wszystko do pół godziny.

Trzy wizyty na wulkanie, w tym kluczowa w dzień, która pozwoliła mi zobaczyć niedostępne obecnie miejsca, pozwala śmiało włączyć wulkan Masaya do głównej tabeli Projektu 100 Wulkanów. Właściciel mojego hostelu, który był setki razy na nim, gość pewnie dobrze około 60-tki, zazdrościł mi, bo sam nigdy tych miejsc nie widział. Gdy go zapytałem, dlaczego tak skrajnie reglamentują dostęp do wulkanu, bo kiedyś była duża swoboda, odpowiedział: bo teraz jest park narodowy. I to jest kwintesencja tego o czym piszę podczas tej wyprawy. Po to tworzy się parki narodowe na wulkanach, by zamykać do nich dostęp albo maksymalnie utrudnić i ograniczyć. To ani potrzebne ani mądre.

Dodam, że w drodze pod Masaya, już na terenie parku, jest małe muzeum, które opowiada o wulkanach, geologii, badaczach tych terenów, znalezionych zabytkowych przedmiotach, faunie i florze. Można na chwilę się zatrzymać.

Informacje praktyczne: Hostal Kalifornia, w którym się zatrzymałem, to proste miejsce noclegowe, które dominują w Nikaragui, prywatne małe pokoje kosztowały po 10-15USD.

Na zdjęciach: miasto Masaya i widoczny z niego wulkan z wraz z jeziorem Masaya. Kompleks wulkaniczny Masaya – Santiago, dzień i w nocy. Na jednym ze zdjęć jest profesor Hazel, jaskinia wulkaniczna, iguana i „włosy Pele”, jak również parking przy kraterze.  Ponadto zarośnięty krater San Fernando i pole lawy z 1772 roku.

Opublikowano w Blog
Zdjęcie ilustracyjne w dużej mierze odpowiada na pytanie dlaczego wulkany to moja pasja. Krajobrazy nie z tej Ziemi. Jak z obcej planety. Ekstremalne scenerie, ekstremalne warunki. Erupcje potrafią wszystko zmienić. Dodać wysokości, zabrać. Powiększyć wyspę, zniszczyć. Spalić las, miasto. Potęga niesamowita. A największe erupcje największych wulkanów potrafią zmienić los całej planety, w tym wszystkich żywych organizmów.

Nawet po zejściu niżej, co widać na załączonych zdjęciach, krajobraz nie przestaje być egzotyczny. Gdy tak wędruję całymi dniami po ostrej jak brzytwa lawie, ruchomej, sypkiej. Gdy lawa po horyzont. Nadal się czuję jak na innej planecie. Wspaniałe uczucie, choć czasami bolesne, co prezentuję na jednym ze zdjęć.

O Kraterach Południowo-Wschodnich już pisałem (można odnaleźć artykuły w wyszukiwarce na stronie). Nawet trochę w ostatnim wpisie na blogu. Ale warto wracać do tematu, bo to jeden z najciekawszych fragmentów Etny. Tutaj zaszły największe zmiany na wulkanie. Przybyło metrów i kraterów. Nowy Krater Południowo-Wschodni stał się pełnoprawnym kraterem szczytowym. Zaś Krater Południowo-Wschodni (stary), dzisiaj to kilka kraterów, a nie jeden jak jeszcze niedawno. Jeśli nadal ta część Etny będzie tak aktywna, tutaj będzie należało szukać najwyższego punktu tego potężnego wulkanu w przyszłości. Wysokość dobiła już do 3300m n.p.m. i jest tylko o 31m niższa o najwyższego wierzchołka na skraju Krateru Północno-Wschodniego. Szczytowe tereny południowo-wschodnie, to miejsce najczęstszych erupcji Etny w ostatnich latach.

Miało to swoje konsekwencje, bo gigantyczne ilości gazów jakie wydostawały się z tego rejonu, nie pozwalały na wnikliwą obserwację. Lecz tym razem, było tu wyjątkowo spokojnie. Gazów sporo, ale widać było wszystko, także dno Nowego Krateru Południowo-Wschodniego. Dało się też obejść cały ten teren, choć momentami mocno ryzykując, o czym pisałem niedawno. Tego mi brakowało, by posiąść aktualną, dogłębną i pełną wiedzę, na temat  potężnego obszaru kraterów szczytowych Etny. Teraz mam komplet.

Na zdjęciach: Kratery Południowo-Wschodnie oraz pola lawowe. A także grafika partnerów wyprawy. Przy tak dużym i ambitnym projekcie jak 100 WULKANÓW, każde wsparcie jest cenne, za które dziękuję. Robienie czegoś czego nikt nie robi, dokonywanie pionierskich badań i odkryć - musi kosztować. 

Opublikowano w Blog
wtorek, 14 listopad 2017 05:45

ANANAS i MELON na ETNIE

Przy poprzedniej wizycie na Etnie spełniłem swoje marzenie o grillowanych kiełbaskach w kraterze. Niektórzy twierdzili, że zdrowy posiłek to nie był. Polemizowałbym, bo sporo tłuszczyku się wytopiło, a i związki siarki mają różne dobroczynne właściwości. Dlatego tym razem, by było zdrowiej, wtargałem na szczyt - ananasa i melona. Ale czy tylko? Zobaczcie zdjęcia i film:

Opublikowano w Blog
Cztery kilo na wadze mniej, dwa zniszczone aparaty fotograficzne (z czterech zabranych), zniszczona kamera, buty, większość odzieży, spalone przez lawę kijki. Pięćdziesiąt siniaków i drugie tyle drobnych rozcięć skóry, kilka drobnych poparzeń, lekkie zatrucie gazami. Oznacza to wykonaną w krótkim czasie dobrą wulkaniczną pracę na Sycylii i Wyspach Liparyjskich.

Na początek o wulkanie-wyspie Stromboli. Jedynym europejskim wulkanie, na którym niemal każdy w łatwy sposób może sobie pooglądać lawę. Obok Etny, najaktywniejszym na kontynencie.

W tym artykule opiszę swoje poczynania na Stromboli, a w kolejnym jak to zrobić od strony turystycznej. Dla mojego PROJEKTU 100 WULKANÓW, wycieczka z przewodnikiem nie ma żadnego sensu, ale dla 99,9% osób, jest jak najbardziej wystarczająca. Do tego niedroga.

Dla mnie pół godziny czy godzina na szczycie Stromboli to strata czasu. Na wulkanach potrzebuję go znacznie więcej. Nawet na tak małych jak Stromboli. Dlatego w partiach szczytowych spędziłem 8 godzin (w dzień i w nocy), a cała eksploracja trwała 24 godziny, non stop.

Przy czym samemu nie wolno wchodzić na Stromboli, jedynie do około 400m, dalsza wędrówka to ryzyko 500 euro kary. Informują o tym tablice. Więc co robi Gawlik? Jak zwykle je ignoruje. Nie dlatego, że lubię. Nie mam innego wyjścia.

Po tylu latach tułaczki po wulkanach, to ja mogę robić włoskim przewodnikom i wulkanologom szkolenia z poruszania się po wulkanach, a nie oni mnie. Ich obecność byłaby balastem, bo w razie niebezpieczeństwa, nie tylko siebie będę musiał ratować, ale też takiego przewodnika. No i żaden przewodnik, za żadne pieniądze, nie pójdzie tam, gdzie ja chcę i nie będzie non stop wędrował przez 24 godziny. Innymi słowy, muszę działać samodzielnie. Lecz rzeczywiście, osoby bez doświadczenia, nie powinny chodzić po tak aktywnych wulkanach samotnie. 

Po przypłynięciu na Stromboli (terminal promowy Stromboli), oddaliłem się od terenów zamieszkanych, podszedłem kawałek do góry, gdzie w chaszczach postawiłem namiot i zostawiłem zbędne rzeczy. Z podręcznym plecakiem maszerowałem wzdłuż osuwiska Sciara del Fuoco. Obrywające się zbocza wulkanu, powodują raz na jakiś czas niewielkie lokalne tsunami.

W partiach szczytowych spędziłem osiem godzin, za dnia i w nocy, często zbaczając ze ścieżki. Starałem się unikać ludzi i przewodników, by nie wykłócać się z nimi. Ale za jedną ze skał natknąłem się na ekipę jakiejś francuskiej telewizji i ich przewodnika. Który zaczął od straszenia i machania znaczkiem, ale gdy dowiedział się co robię i od ilu lat, zupełnie odpuścił.

Może to nieskromne, choć zgodne z rzeczywistością, ale nie wiem czy na całym świecie znajdziemy pięćdziesiąt osób z tak dużym doświadczeniem wulkanicznym jak moje? Obejmującym głównie aktywne wulkany. Bardzo wątpię. A już nie mam wątpliwości, że nie ma drugiego człowieka na świecie, który tyle już nie miesięcy, ale lat, spędził samotnie włócząc się po wulkanach i je eksplorując. Do tego w taki hardcorowy sposób. Podejmując wielokrotnie decyzję, albo się uda albo zginę. Półśrodki i że się nie da - to nie mój świat. We wszystkich ważnych dla mnie sprawach jestem maksymalistą.

Na szczęście przez większość czasu spędzonego na Stromboli, czyniłem swoje działania w samotności. Śmieję się, że mam unikalne zdjęcia z wierzchołka, gdy jestem na nim tylko ja. Bo gdy nagle w ciągu dwóch godzin przez wierzchołek przewinęło się pół tysiąca ludzi, ciężko było znaleźć tam wolne miejsce.

Naliczyłem sześć istotniejszych otworów z lawą, w tym dwa większe. Jedno wyraźnie od strony Sciara del Fuoco. Erupcje były bardzo gwałtowne, krótkie, nieraz z hukiem, nieraz bez. Bywało, że miała miejsce jedna erupcja na godzinę, ale bywało, że i trzy. Cały czas wydobywały się ogromne ilości gazów, czasami zmieszanych z popiołem. Erupcjom towarzyszyło wyrzucanie bomb wulkanicznych. Opisałem właśnie charakterystykę tzw. erupcji strombolijskiej - ten wulkan i jego wybuchy posłużyły za uformowanie tego pojęcia. Można też powiedzieć, że to erupcje eksplozywne - gwałtowne, ale zdarzają się też efuzywne - wylewne, lawa spływa w dół zbocza. Na Stromboli samoistnie te ostatnie raczej nie występują, tylko mają charakter mieszany. Udało mi się dwa razy zaobserwować lawę schodzącą przez krótki czas do morza, szkoda że tylko za dnia. Raz z promu, a raz już podczas wulkanicznej wędrówki. Zjawisko było następstwem wybuchu z otworu od strony morza. Stromboli liczy według moich pomiarów 917-920m wysokości, inne źródła podają 924m (od dna morza 2700m). Nawet na szczycie temperatura ziemi miejscami jest znacznie podwyższona. Nie ma się co dziwić, bo według szacunków obecna faza erupcji trwa nieprzerwanie od około 2-3 tysięcy lat. Co kilka lat następują większe erupcje, ale nie bardzo duże. Co roku można mieć szczęście i trafić na pojedyncze wybuchy, większe, wyższe, dłuższe i co najważniejsze z mniejszą ilością wydobywających się gazów, które praktycznie eliminują szanse na zrobienie dobrych zdjęć. 

Choć wydaje się, że Stromboli to jeden większy krater, to tak naprawdę można wyróżnić trzy, mocno zdeformowane przez erupcje. Jeden jest dominujący, w nim były cztery otwory z lawą. Wierzchołek to fragment krateru, który przetrwał, reszta wpadła do morza. Kawałek od strefy aktywności, są równie wysokie fragmenty starego krateru.

Świetnie spędzony czas. Po powrocie do namiotu następnego dnia, przespałem się kilka godzin, by wyruszyć w dalszą drogę. Stromboli jest fajnym wulkanem, ale wolę znacznie większą Etnę, tam w rejonie kraterów szczytowych nie przewijają się setki ludzi na dobę.

Co ciekawe, gdy przyszła pierwsza grupa na szczyt, nikt się nie dziwił, że ja tam jestem. Później, różni przewodnicy myśleli, że jestem z ich grupy i mówili do mnie - idziemy na dół. Gdy schodziła ostatnia grupa, dwóch przewodników nie zauważyło, że zostałem na szczycie, mimo że minutę wcześniej mówili bym się szykował do zejścia. Zostałem znowu sam. Na tym przykładzie świetnie widać jak wyglądają takie masowe wycieczki na Stromboli i praca przewodników. Zaginął im członek z grupy, został na szczycie, dlaczego to ich nie zmartwiło? Ano dlatego, że grupy mają nawet po kilkadziesiąt osób i opiekunowie nie liczą ile mają osób. Jakaś choćby namiastka solidnej pracy wymagałaby sprawdzić liczebność w chwili startu wycieczki i przed zejściem w dół. Ale po co? Dla mnie super. Oby włoscy przewodnicy zawsze tak pracowali.

W drugiej części poświęconej wulkanowi Stromboli, napiszę o tym, jak niemal każdy może wejść na szczyt.

Na zdjęciach: wyspa i wulkan Stromboli. Mimo ogromnych ilości gazów parę zdjęć wyszło jako tako, choć nieźle się nakombinowałem (nie zawsze w bezpieczny sposób). 

Opublikowano w Blog
niedziela, 30 lipiec 2017 06:47

ETNA to ponad 300 kraterów

Oprócz czterech głównych kraterów szczytowych, w całym masywie Etny jest kilkaset innych. Od wiekowych, po młodziutkie. Zresztą nawet w obrębie partii szczytowych można wyróżnić przynajmniej kilkanaście. Nikt tak naprawdę nie wie ile ich jest, wielu z nich nienazwano. A są też stożki wulkaniczne bez kraterów albo nie-kraterowe otwory z których płynęła lawa. Ponadto kratery po wybuchach gazowych.

W niedawnych artykułach na blogu zaprezentowałem dziesiątki zdjęć kraterów szczytowych. W kolejnych też jeszcze parę kraterów się pojawi. Dlatego tym razem próbka, by pokazać ich różnorodność. Jak również przykład stożka wulkanicznego bez krateru - La Montagnola 2637m oraz krateru pochodzenia gazowego.

Kratery prezentowane na zdjęciach, pochodzą z różnych części Etny, zostały zrobione w 2009 i 2017 roku.

Przy okazji warto wspomnieć, że Etna jest stratowulkanem (wulkanem stożkowym), chociaż liczne erupcje na przestrzeni tysięcy lat mocno zniekształciły masyw. I nie jest to klasyczny stratowulkan. Objęty jest ochroną w parku regionalnym - Parco dell'Etna oraz w 2013 roku został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Jest największym wulkanicznym masywem Europy, najaktywniejszym i najwyższym aktywnym. A także najwyższym w ogóle, jeśli kaukaski Elbrus zaliczymy do Azji, tak jak powinno się to robić.

Opublikowano w Blog
Choć jego powstanie datuje się na 1971 rok, przez długi czas, "nikt go nie traktował poważnie". Ot, jeden z setek kraterów Etny. Był zwykłym kraterem pasożytniczym w zboczu Krateru Południowo-Wschodniego. Jednak jego aktywność, erupcje oraz przyrost, doprowadziły do nadania mu nazwy: Nowy Krater Południowo-Wschodni. Z całą pewnością nie należy go lekceważyć. To jedno z najaktywniejszych i najbardziej niebezpiecznych miejsc Etny.

Jeszcze kilka lat temu aktywność krateru pasożytniczego w zboczu Krateru Południowo-Wschodniego dawała różne możliwości. Mógł on funkcjonować podobnie jak zaobserwowałem go pod koniec 2009 roku. Czyli istnieć w zboczu starszego krateru, wybuchając co jakiś czas. Tak jak na przykład wulkan Lokon i Lokon-Tompaluan z wyspy Sulawesi w Indonezji. To dwa wulkany w jednym. Stary i wyższy krater (Lokon) jest już nieaktywny, porósł trawą. A aktywność przejął krater pasożytniczy (Lokon Tompaluan), który wyrósł na samodzielność. Choć ciągle znajduje się w zboczu tego pierwszego. Inna możliwość, znając zamiłowanie Etny do erupcji eksplozywnych, polegała na zastąpieniu starego krateru nowym. Na skutek erupcji po kawałku stary krater ulegałby zniszczeniu, a nowy usadawiał się na jego miejscu, stopniowo rosnąc. Nowy Krater Południowo-Wschodni wybrał jednak inną drogę. Zostawiając w spokoju stary krater, tak urósł, że stał się równoprawnym i samodzielnym kraterem szczytowym. Jego nazwa została naniesiona na mapy.

W ostatnich latach, zwłaszcza 2011-2013, na skutek erupcji nowy krater bardzo urósł i zdominował okolicę. Oddziela go od Południowo-Wschodniego, kruche wzniesienie o wysokości 3300m. Aż trudno uwierzyć, że jeszcze w 2009 roku, tutaj nic nie było, a nowy krater znajdował się około 400 metrów niżej. Dzisiaj ma obwód około 800m, głębokość około 100 metrów (liczne gazy nie pozwoliły dojrzeć dna), a wysokością dorównał pozostałym kraterom szczytowym. Ciekawe jak będzie wyglądał za kilka lat, po kolejnych erupcjach?

No i jak długo krater, który istnieje już kilkadziesiąt lat ciągle będzie miał w nazwie słowo "NOWY"? Jeśli topografia tej części Etny się utrzyma, dobrze byłoby popracować nad nazewnictwem. 

Na zdjęciach: Nowy Krater Południowo-Wschodni w 2017 i 2009 roku. 

Opublikowano w Blog
To tutaj znajduje się wierzchołek Etny. I jak to zwykle bywa, jest niemal na samym końcu względem trasy, którą wchodzą niemal wszyscy w rejon kraterów szczytowych. W konsekwencji mało kto go osiąga. Choć każdy tak twierdzi. Przy czym kratery szczytowe Etny nie są tłumnie odwiedzane, wręcz przeciwnie. Tłumy są na punkcie widokowym zwanym Torre del Filosofo. Od tej właśnie strony (południowej) praktycznie wszyscy wchodzą na Etnę, gdyż mają możliwość noclegu w Rifugio Sapienza na 1910m n.p.m., i dojazdu terenowym autobusem na 2900m.

Bardzo fajny dostęp do krateru jest od strony ośrodka narciarskiego Linguaglossa (od północy). Lecz wymaga więcej wysiłku. Wtedy Krater Północno-Wschodni jest pierwszym na rozległych partiach szczytowych Etny. Idąc od strony Torre del Filosofo łagodnie osiąga się Krater Centralny, zostawiając po prawej stronie Kratery Południowo-Wschodnie. By stąd zdobyć wierzchołek Etny trzeba obejść Krater Centralny, dostać się na małą przełączkę i wejść na skraj krateru Północnego-Wschodniego, który w tym miejscu jest najwyższy. Łatwiej i bezpieczniej jest obejść krater od strony zewnętrznej (od lewej stojąc plecami do Torre del Filosofo). Wiatry wieją najczęściej w kierunku Morza Jońskiego i dzięki temu można obyć się bez maski i gogli ochronnych. Od drugiej strony Krateru Centralnego wędrówka jest znacznie ciekawsza, ale też trudniejsza. Dużo trujących gazów, siarka, fumarole, pęknięcia w kraterze, nieraz słaba widoczność oraz bliskość mocno aktywnych Kraterów Południowo-Wschodnich. Bardzo wrażliwym miejscem jest wąski przesmyk między Kraterem Centralnym a Północno-Wschodnim (duża aktywność, przepaściste skraje krateru, mniejsze kratery, pęknięcia, dużo siarki i gazów, nierzadko lawa pod powierzchnią ziemi, którą czasami widać).

To o czym przed chwilą napisałem powoduje, że 90% osób, która dociera na skraj kraterów szczytowych, osiąga skraj Krateru Centralnego, od jego najniższej strony, gdzie wysokości wynoszą 3240-3280m. Po czym czując moc Enty, czym prędzej schodzą w dół. Oficjalnie dotarcie tutaj jest nielegalne, lecz sądzę, że w ciągu roku jest to ok. 200-300 osób, z których jakieś 10% staje na faktycznym wierzchołku Etny.

Mój artykuł doskonale pokazuje, gdzie jest najwyższy punkt Etny, lecz jeśli ktoś nie poszukał informacji przed wyjazdem, szybko odpuszcza dochodząc w partie szczytowe. One kryją liczne wierzchołki i wyróżniające się fragmenty czterech kraterów. Teoretycznie każdy z tych punktów może być tym najwyższym. Mnóstwo gazów, ryzyko erupcji i konieczność wielogodzinnej wędrówki po nieprzyjaznej ziemi, skutecznie stępiają zapał. Tak to jest, gdy ktoś się nie przygotował albo nie ma w sobie determinacji, by poszukać wierzchołka.

Etna obecnie liczy 3331m w najwyższym punkcie. Tyle samo liczyła w 2009 roku, gdy byłem tutaj poprzednim razem. Lecz dużo się zmieniło od tamtego czasu. Wtedy obramowanie krateru w rejonie wierzchołka było jednolite, mocne. Dzisiaj większość się rozsypała, a Krater Północno-Wschodni próbuje stopniowo wtargnąć w Krater Centralny. Najwyższy fragment Etny jeszcze stoi, ale w jego otoczeniu jest sporo pęknięć. Jedna duża erupcja w tym rejonie, a wierzchołek może się rozsypać i najpewniej wpadnie do krateru. Wtedy będzie trzeba szukać nowego wierzchołka, chyba że Etna tyle wypluje lawy w jednym miejscu, że stworzy nowy, nie budzący wątpliwości.

Gdyby obecny szczyt uległ destrukcji, obecnie (końcówka czerwca 2017), dwa miejsca predestynują do jego zastąpienia. Po przeciwległej stronie w Kraterze Północno-Wschodnim jest wzniesienie osiągające 3315m n.p.m. (oddalone od krateru o kilkadziesiąt metrów) oraz w Kraterze Centralnym blisko Północno-Wschodniego jest kopulasty fragment osiągający 3314m. Patrząc jednak co wyprawia się w rejonie Nowego Krateru Południowo-Wschodniego, który jeszcze nie tak dawno był o dobre 300-400 metrów niższy, a obecnie doszedł do 3300m, może tutaj w przyszłości będzie trzeba szukać najwyższego punktu Etny?

Tymczasem Krater Północno-Wschodni charakteryzuje się największymi wysokościami bezwzględnymi, w większości przekraczającymi 3300m. Z jednej strony sąsiaduje z Kraterem Centralnym, z drugiej, z doliną Valle del Leone. Odstaje o linii Kraterów Południowo-Wschodnich oraz Centralnego, przez co kratery szczytowe tworzą literę "L". Jego obwód to ok. 800m, głębokość ok. 200m. Najaktywniejsza jest część od strony Krateru Centralnego, a w przesmyku pomiędzy kraterami znajduje się komora z płynną lawą. Erupcja z tego miejsca może skutkować nie tylko połączeniem obu kraterów, lecz także przedostaniem się płynnej lawy do środka.

Na zdjęciach: Krater Północno-Wschodni Etny w roku 2017 i 2009.

Opublikowano w Blog
Link do reportażu, filmu oraz galerii zdjęć znajduje się: TUTAJ.
Link do fragmentu bloga opisującego aktywny wulkan Ijen, znajduje się: TUTAJ.
Opublikowano w Blog

Indonezja posiada ponad 130 aktywnych wulkanów. W jednym z nich na wyspie Jawa wydobywa się siarkę. Górnicy pracują w niezwykle ciężkich warunkach, pośród trujących gazów wulkanicznych, a urobek transportują na plecach.

Faith z miasta Banyuwangi, położonego na wschodnim wybrzeżu Jawy, odebrał mnie o pierwszej w nocy. Wyruszyliśmy z nad Oceanu Indyjskiego, a podróż mieliśmy zakończyć na wysokości 2000 m n.p.m. Cały czas do góry, na niewielkim motorze. Te 50 kilometrów po wąskich drogach miało kilka faz. Na dole, gdzie gorąco i wilgotno, podmuch mas powietrza podczas jazdy sprawiał nawet przyjemność. Ponad godzinę później marzłem. Temperatura znacznie spadła a wilgotność nie uległa większym zmianom. Lekko skostniały potrzebowałem dłuższej chwili, by dojść do siebie. Bardzo ucieszyła mnie perspektywa 4-kilometrowego marszu. „Do jedynego takiego miejsca na Ziemi” – jak zachwalał Faith. Nie tylko kierowca, ale przede wszystkim mój przewodnik. A tak naprawdę, od 16 lat górnik w niezwykłej kopalni w wulkanie Ijen, którego nazwę należy wymawiać „Idzien”. Mimo ukończonych 30 lat, wyglądał na więcej. Podczas marszu opowiadał jak nauczył się języka angielskiego: „Zmobilizowało mnie obcowanie z przybywającymi coraz liczniej turystami. Nie miałem książek ani słowników.” Wyłapywał to co słyszał, zapamiętywał, dopytywał. I chciał zawsze wiedzieć o czym śpiewają w anglojęzycznych piosenkach. Prosił czasami o tłumaczenie. Koledzy z pracy nieraz sobie z niego żartowali i pytali po co mu to? Przez kilkanaście lat i więcej wydobywania  tutejszej siarki nie opanowali nawet kilku wyrazów w języku Szekspira. Faith od początku wiedział po co to robi: „praca górnika jest ciężka, niebezpieczna i niezbyt dobrze płatna, chociaż jak na indonezyjskie warunki przyzwoita. Praca przewodnika jest płatna kilkukrotnie lepiej i znacznie lżejsza.”

Szliśmy dobrej jakości ścieżką do góry, noc miała się dobrze. „Nie mogliśmy wyruszyć rano?” – spytałem. „Nie, bo to co chciałem tobie pokazać, widać tylko w nocy.” Faith miał na myśli „blue fire” czyli niebieskie płomienie. Czym bliżej celu, tym mocniej śmierdziało zgniłymi jajami. Po czterdziestu minutach marszu znaleźliśmy się na skraju krateru wulkanu Ijen, chociaż ze względu na rozmiary prawdopodobnie lepszym określeniem wydaje się: na skraju kaldery. By się o tym przekonać musiałem poczekać do świtu. Tymczasem GPS wskazywał 2400 m n.p.m. Wyżej nie zamierzaliśmy wchodzić, mimo że okoliczne zbocza sięgały do 2800 m n.p.m., a najwyższy w kompleksie Ijen aktywny wulkan Raung to ponad 3300m n.p.m. Penetrując wąskim światłem latarki okolicę, zauważyłem napis w miejscowym języku Bahasa Indonesia oraz po angielsku. Zakazywał dalszej wędrówki i ostrzegał przed zejściem do krateru: „visitors are prohibited, going down on crater dangerous”.

Ostatnie kilkaset metrów pokonaliśmy schodząc w dół, dużo gorszą ścieżką niż wcześniej. To tutaj w kraterze znajdują się liczne ekshalacje wulkaniczne – fumarole. Mają kilkaset stopni Celsjusza i wydobywają się z nich: gazy, para wodna i siarka. Ta ostatnia płonąc, świeci na niebiesko. Zjawisko niezwykłe i efektowne. W jego obserwacji przeszkadzał niestabilny wiatr, kierujący na nas kłęby dymu o przejmującym zapachu siarkowodoru, czyli potocznych zgniłych jaj. Wtedy nie tylko nic nie było widać, ale również czym oddychać. Osoby bez gogli ochronnych i masek przeciwgazowych zostały zmuszone do szybkiej ucieczki.

Kopalnia siarki ściśle jest związana z wyziewami wulkanicznymi a górnicy pracują praktycznie przez całą dobę, w nocy z latarkami na głowach. Do fumarol przytknięto potężne rury, długie na 15-30 m. To nimi spływa siarka w bardziej przyjazne dla człowieka miejsca. W postaci płynnej ma kolor czerwony. Zastyga dopiero poniżej 118,9°C, w około 10 minut, i przybiera kolor żółty. Ten system zapewnia ciągłość w dostawie świeżej siarki, którą wydobywa się za pomocą ciężkich metalowych prętów. Uderzając w żółtą masę albo ją podważając. Rozbita na kawałki następnie ładowana jest do dwóch drewnianych koszy,  połączonych drewnianą belką. Urobek transportowany jest na plecach.

„W kopalni pracuje mniej więcej 400 górników, w ciągu doby 100-200, bo kopalnia jest za mała na większą liczbę” – tłumaczył Faith. Na jednej zmianie robią dwa kursy. Z parkingu, gdzie zostawiliśmy nasz motor, do pokonania są 4 km. Tam muszą dostarczyć wydobytą siarkę. Wpierw do pokonania mają niecały kilometr pod górę, a potem w dół, na początku stromo, później łagodniej. Po drodze następuje ważenie. A jest co dźwigać. Jednorazowo w koszach niosą 60-80kg siarki. Patrząc na nich – drobnych, szczupłych, niewysokich – aż trudno uwierzyć, że są wstanie udźwignąć taki ciężar. Ledwo go podniosłem i przeszedłem kilka metrów. A oni dwa razy dziennie wędrują z urobkiem, a potem „na lekko” muszą wrócić do krateru tą samą drogą. Po zważeniu dostają dokument, na podstawie którego zostaną im wypłacone pieniądze.

„780 rupii indonezyjskich za kilogram, czyli jakieś siedem setnych amerykańskiego dolara. Na dzień w zależności od górnika będzie to jakieś osiem-jedenaście dolarów”. Przy czym kopalnia sprzedaje siarkę po 8000 rupii za kilogram, siedem dziesiątych dolara” – wyjaśniał Faith. Słysząc te słowa, skrzywiłem się i krótko oznajmiłem: „przecież to wyzysk w czystej postaci”. „Mylisz się” – usłyszałem w odpowiedzi. – „W Indonezji jest duże bezrobocie, ale powiedzmy, że średni zarobek to jakieś 100 dolarów miesięcznie. Pracując w kopalni Ijen górnicy mają średnio po 200 dolarów. To dobra praca za dobre pieniądze. A można dorobić na zdjęciach, które pozwalamy robić turystom, sprzedając im ładne kawałki siarki, niektórzy nawet robią z niej odlewy zwierząt i nie tylko.” Tak jak Faith dorabiają tylko nieliczni, bo mało kto  tutaj włada angielskim czy innym językiem obcym. W charakterze przewodnika można zarobić dziennie 10 – 100 dolarów, w zależności jacy trafią się klienci i jak dobrze potrafią się targować. Stawka zazwyczaj wynosi znacznie poniżej 50 dolarów i można ją rozłożyć na kilkuosobową grupę. „Zarobić też można pracując jako kierowca, ale trzeba mieć samochód, bo zachodni turyści niewielkim motorkiem, tak jak ty, nie pojadą” – mój towarzysz dalej tłumaczył. – „Oni oczekują komfortu.” Wynajęcie samochodu z kierowcą z okolicznych miejscowości to koszt od 50 dolarów wzwyż, co także można podzielić na kilka osób. Skuter lub mały motor, bo na motocykle Indonezyjczyków nie stać, to wydatek 15-30 dolarów z kierowcą. „Tylko żebyś mnie dobrze zrozumiał – kontynuował Faith – sezon tutaj jest krótki, od czerwca do końca września, mimo że wakacyjne temperatury panują przez cały rok. W lipcu i sierpniu bywa, że jako przewodnik pracuję dwa, trzy razy w tygodniu, ale zdarza się także raz na dwa tygodnie, poza sezonem, może z raz na miesiąc. Do tego erupcje wulkanu, wtedy kopalnia jest zamknięta, turystów się nie dopuszcza. A potrafią trwać do kilku miesięcy. W latach 2010-2012 kopalnia była zamykana co roku z powodu niewielkich erupcji albo z powodu zagrożenia erupcją.”

Nastał dzień, niebieski ogień znikł na rzecz czerwonego. To drobinki wyrzucanej z otworów w ziemi roztopionej siarki mieszały się z dymem. W zależności od kierunku wiatru, opary gazowe to wypełniały całą kalderę, to wydostawały się wartkim strumieniem 100-200 metrów nad jej najwyższe fragmenty. Jedni górnicy kończyli pracę, inni zaczynali. Faith wszystkich znał, witał się z nimi.

Zeszliśmy nad termalne jezioro kraterowe poniżej kopalni, po drodze mijając niewielkie gorące źródła. Jego turkusowe wody wydają się przyjazne – nic bardziej mylnego, to tak naprawdę rozcieńczony kwas siarkowy. Pod wodą znajduje się komin wulkaniczny, który uaktywnia się co jakiś czas. Jezioro w wulkanie Ijen ma kilometr średnicy i uważane jest za największe kwaśne jezioro świata. Ph wody wynosi zaledwie około 0,5, czyli tyle ile kwas w akumulatorach.

Po powrocie do kopalni zwróciłem uwagę na mocno żółte skały. Byłem przekonany, że to siarka, ale mój przewodnik wyprowadził mnie z błędu: „to tylko wiatr osadził na nich jej drobinki”. Przetarłem ręką i rzeczywiście, pod niewielką ilością żółtego pyłu wyłoniła się szara skała. W międzyczasie dołączył do nas Durahman, zaintrygowany moją wścibskością. Jedyny biały człowiek w kopalni, który wszędzie zagląda, wszystkiego dotyka. Dlaczego? Durahman w kopalni przepracował dotąd ponad 10 lat. Mając niecałe trzydzieści lat wyglądał starzej. Posługiwał się pojedynczymi angielskimi wyrazami. Zanim do nas podszedł, dusił się w kłębach gazu. Tylko nieliczni górnicy posiadają maski przeciwgazowe, częściej chusty. „Ale w nich się źle pracuje” – krótko skwitował Durahman.

„Nie boicie się o zdrowie, przecież te gazy są szkodliwe?” – to było bardziej stwierdzenie z mojej strony, aniżeli pytanie. – „To nieprawda, wszystko jest okay” – padła stanowcza odpowiedź, po czym Durahman wrócił do pracy. Chwilę później mój przewodnik wyjaśniał: „dyrektor kopalni sprowadził tutaj lekarzy, robili badania i powiedzieli, że gaz nie jest szkodliwy dla ludzi.” „Siarkowodór jest szkodliwy” – przerwałem. – „Lekarze powiedzieli, że nie ma zagrożenia” – Faith nie zostawił miejsca na polemikę.

 „Ilu lat dożywają górnicy?” – nie dałem za wygraną. – „Różnie, 40, 50, 60 lat. Ale to nie przez kopalnię. W Indonezji życie jest trudne, tutaj mało kto dożywa późnej starości. Siarkowodór naprawdę nie jest szkodliwy, uwierz mi.” Jakoś nie mogłem. Z fumarol wydobywa się związek pary wodnej i gazów, siarkowodór jest jednym z dominujących. I jak dobrze pamiętam ze szkolnych lekcji chemii, to gaz trujący, w większych stężeniach śmiertelny. Nie przekonałbym jednak tutaj nikogo, chociaż co chwilę widziałem jak kaszlący górnicy uciekali z gęstego dymu, który nagle zmienił kierunek i dotarł do ich miejsc pracy.

Ubrudzeni i przesiąknięci siarką po kilku godzinach ruszyliśmy w drogę powrotną, zostawiając górników miarowo uderzających metalowymi prętami w zastygłą siarkę. Minęliśmy po drodze kolejnych z wypchanymi koszami oraz tych z pustymi schodzących na dół. To była niezwykła wizyta w niezwykłym miejscu. Ile jest czynnych wulkanów, gdzie z dna krateru wydobywa się siarkę w oparach gazów? Poza Ijen, nie słyszałem o żadnym. Ekscytujące widoki zakłócała myśl o ludziach tu pracujących. Jakkolwiek na zarobki nie narzekają i chcą wierzyć, że pracują w zdrowych warunkach, to na pierwszy rzut oka widać, że tak nie jest. Nędzne pieniądze, za jedną z najcięższych prac jakie można sobie w ogóle wyobrazić. Gdyby wymiar sprawiedliwości któregokolwiek z państw karał taką pracą największych przestępców, w Europie uznalibyśmy to za okrucieństwo. Ale górnicy z Ijen pracują dobrowolnie. Paradoksalnie, należą do lokalnej elity. O lepiej płatną pracę w Indonezji nie jest łatwo bez wykształcenia i gdy poza siłą fizyczną, nie ma się wiele do zaoferowania. Kopalnia jest bardzo prymitywna, a zasady bezpieczeństwa to fikcja. Górnicy sami muszą zadbać o siebie. Trujące gazy uszkadzają drogi oddechowe, po latach pracy zabijają. Ciężary niszczą kręgosłup i nogi. Do tego palące słońce i ryzyko erupcji wulkanu.

Faith odpalił swój niewielki motor i ruszyliśmy w dół. Z surowych wulkanicznych krajobrazów, przenieśliśmy się w krainę bogatych w faunę i florę lasów tropikalnych oraz licznych pól uprawnych – kawy, bananów i ryżu. Wulkaniczna gleba jest żyzna. Ludzie mieszkają i uprawiają swoje pola nawet w strefach zagrożenia erupcją. I nie chcą słyszeć, że przez toksyczność wulkanu Ijen, miejscowe ziemie i wody zawierają połowę tablicy Mendelejewa.

Dojechaliśmy do miasta Banyuwangi, gdzie nastał czas pożegnania. Faith świetnie się spisał. Dzień później miał wrócić do kopalni już jako górnik. Gdy zauważył, że ciągle rozmyślam nad tym co widziałem i nie potrafię zrozumieć jak można być zadowolonym z takiej pracy, postanowił mnie pocieszyć. „Nie przejmuj się. W Indonezji człowiek jest tani. Taniej kupić człowieka niż nowy samochód.”

IX.2013

FILM z wulkanu Ijen - WERSJA DŁUGA

FILM  z wulkanu Ijen - WERSJA KRÓTKA

Fragment bloga opisujący wizytę w wulkanie Ijen (Kawah Ijen) znajduje się: TUTAJ.

Bardziej rozbudowana wersja artykułu oraz napisana w drugiej osobie znajduje się:TUTAJ.

Na zdjęciach: wulkan-kopalnia siarki Ijen (Kawah Ijen) – górnicy i ich praca, mój przewodnik Faith, „kwitek” z ważenia siarki”, blue fire(zdjęcia robione przez bardzo gęsty dym), widok na kalderę wulkanu, siarka w formie stałej i roztopionej, termalne i toksyczne jezioro w kraterze, fumarole. Pod koniec galerii wulkan Raung i plantacja kawy.

Opublikowano w Reportaż
Strona 1 z 4

nationalgeographic box

red bull 225x150

TOKFM box

iexpert 225X150px

stopka plecak

LogoStopka

stopka plecak

Strona używa informacji zapisanych za pomocą… plików cookies w celu dostosowania do indywidualnych potrzeb użytkowników. Jeżeli tego nie akceptujesz zmień ustawienia przeglądarki dotyczą…ce cookies. Więcej informacji można znaleźć‡ w naszej Polityce prywatności.