portal gorski 225x150 box

slaskie box

spokey.jpg 225PX

LOGO

Podziel się

FacebookMySpaceTwitterGoogle BookmarksLinkedinRSS Feed
Z wypraw przede wszystkim przywożę lawę, skały oraz minerały. Jak również czapki. Często głupie. I znalazłem takową w ostatni dzień pobytu w USA. Żółta z jednym okiem, były też z dwoma oczami. Wymyśliłem sobie do niej historię, że jak zakładam jestem wyrocznią z Matrixa. Cieszyłem się, że to jedna z najgłupszych czapek jaką znalazłem. Po powrocie okazało się, że to czapka z Minionków, o czym wszyscy wiedzieli, poza mną. Dziczeję na tych wyprawach. Jednooki Minionek - Stuart, to głupek, jak i inne Minionki - a więc czapka świetnie do mnie pasuje :).

Zanim zdjęcia, kilka spostrzeżeń, stwierdzeń i odpowiedzi na pytania, które ostatnio mi zadano.

Ameryka Łacińska - jednym z najbezpieczniejszych regionów świata. Jeszcze nie tak dawno można było usłyszeć, nie jedź do Ameryki Łacińskiej, bo tam niebezpiecznie. Rzeczywiście, pospolita przestępczość jest na wyższym poziomie niż w Europie i sporo turystów zostaje napadniętych albo okradzionych. Jeśli się nie stawiają, nic im nie grozi.

Chociaż w tych krajach dochodzi do wielu morderstw, nie są skierowane w stronę turystów. Paradoksalnie, jest to obecnie jedno z najbezpieczniejszych miejsc na Ziemi. W Europie w różnych miejscach można wylecieć w powietrze od zamachu albo zginąć od kuli. Podobnie jest w Afryce i w USA. Spore połacie Azji również oferują "takie atrakcje". Jeszcze Australia się jakoś trzyma i jest dosyć bezpieczna, chociaż z rekordową liczbą zwierząt, które mogą zabić człowieka.

Pasja wyczynowa. Taka jest kategoria tego co robię i ma bardzo wiele wspólnego ze sportami wyczynowymi. Przygotowania, treningi, plany. Potężne koszty, bez ich ponoszenia nie ma sukcesów. I trzeba trafić ze szczytem formy w kluczowym momencie wyprawy. Są też różnice. Oprócz elementów sportowych w wyprawie, są elementy eksploracyjne, naukowe, podróżnicze. Trudno zmierzyć czas, odległość. Są zmienne, jak pogoda, nierzadko ekstremalna. Śnieg, huraganowe wiatry, skrajne temperatury i tak dalej.  I rywal jest inny. Jest nim natura, przy której człowiek jest na dużo słabszej pozycji. Jeszcze jedna ważna rzecz, jak doznam kontuzji w trudnym terenie podczas samotnej wędrówki, nie przybiegnie do mnie sztab medyczny, nie podjedzie karetka. Zostanę tam na zawsze.

Jeden z moich czytelników, który śledził blog z wyprawy 2015/2016 stwierdził, że po tak wybitnych osiągnięciach wszystkie nagrody podróżnicze w Polsce muszą być moje. Ja nie robię tego dla nagród, robię bo to kocham - usłyszał w odpowiedzi. Najwspanialszą dla mnie nagrodą jest realizacja planu, który sobie wymyśliłem i w sposób jaki sobie wymyśliłem. A plany są zawsze katorżnicze. Jeśli ja jestem zadowolony z osiągnięć wyprawy - nic więcej do szczęścia nie potrzebuję. Wynika to też z mojej pewnej okropnej i uciążliwej wady charakteru - nazywa się perfekcjonizm. Jeśli na wyprawie nie zrobię wszystkiego i w stylu w jaki chciałem to zrobić, nie daje mi to spokoju. Muszę wrócić i poprawić. A nienawidzę wracać i poprawiać, bo szkoda na to czasu i pieniędzy. Życie jest krótkie. Trzeba tak się przygotować i tak działać, by udawało się za pierwszym razem, nawet kosztem wielkiego ryzyka i skrajnego wyczerpania organizmu. Dzięki takiemu podejściu, każda dotychczasowa moja wyprawa zakończyła sie sukcesem, a osiągnięcia są wartościowe. Radość po tak zrealizowanej wyprawie, jest najcudowniejszą nagrodą jaką mogę dostać. 

Od czasu do czasu ktoś mnie pyta, czy chciałbym zrobić Koronę Wulkanów? Nie bardzo, nie interesuje mnie to - odpowiadam. Z prostego powodu. Zdobycie stu wyselekcjonowanych wulkanów jest niebotycznie trudniejsze niż Korona Wulkanów. Nikt tego na świecie nie zrobił, a Koronę owszem, sporo ludzi. Tym co mnie najbardziej zniechęca w Koronie, to wulkany, które w niej są. Tylko jeden jest bardziej wymagający - Sidley, bo na Antarktydzie. Przez co drogi. Reszta jest dużo tańsza i przeciętnie interesująca oraz ponadprzeciętnie łatwa w zdobyciu. A to co łatwe nie bardzo mnie interesuje. Wejście na najwyższe wulkany pozostałych kontynentów wymaga jedynie pewnych nakładów finansowych i niewiele więcej: Giluwe (Australia i Ocenia), Ojos del Salado (Ameryka Południowa), Pico de Orizaba (Ameryka Północna), Kilimanjaro (Afryka). Pewne rozbieżności są co do najwyższego wulkanu Azji. Dla mnie jest nim Elbrus, dla niektórych Demawend, dużo łatwiejszy od łatwego Elbrusa. W Europie najwyższa jest Etna, która jest jedynym aktywnym wulkanem w Koronie, bardzo aktywnym. A przez to bardziej niebezpieczna niż wszystkie pozostałe wulkany z Korony razem wzięte i przez to najciekawsza. Może właśnie z tego powodu, inni zaliczają Elbrus do Europy, który jest bezpieczniejszy, wchodzą na niego tysiące ludzi, ścieżka jest jak autostrada? Człowiek włóczący się pomiędzy trzema dymiącymi kraterami szczytowymi Etny - to rzadkość. 


  • Na zdjęciach:
  • 1-31) lawy, skały, minerały, próbki ziemi i popiołów wulkanicznych. "Obróbka" rzeczy przywiezionych z wyprawy to kilkudniowa praca od świtu do nocy.
  • 32-33) czapka z Minionków.
  • 34-35) fragment papierologii przywiezionej z wyprawy.
  • 36-44) Dużo krajów, dużo walut. Staram sie wydawać monety jak najszybciej, ale i tak mi wiecznie przeszkadzają i wrzucam w różne zakamarki plecaka, po powrocie jest taki efekt. Inna sprawa, że je kolekcjonuję odkąd pamiętam. Banknoty też. W niektórych krajach wykorzystuje się rewersy monet do pokazania atrakcji danego kraju albo najważniejszych wydarzeń, jak olimpiady (choćby Vancouver 2010, Londyn 2012). W USA służą do tego ćwierćdolarówki, w Kanadzie podobnie, w Kolumbii moneta 200pesos, a w Wielkiej Brytanii przede wszystkim półfuntówki, w mniejszym stopniu jednofuntówki.
  • 45-52) różności, w tym notatki poczynione na wyprawie i kilka rzeczy z tych samych okolic, ale z poprzedniej wyprawy.
  • 53-62) widokówki, czasami są na nich użyteczne informacje.
  • 63) magnesowe szaleństwo trwa, ale może i dobrze, bo kilka magnesów zawsze jakoś upcham, większe rzeczy nie bardzo.
  • 64) koszulki wyrzucam w trakcie wyprawy, więc pod koniec mogę je zastąpić innymi, a czasami nawet upchać coś na prezent.
  • 65) papierologia z wyprawy, przydaje się przy kolejnych projektach wyjazdów.
  • 66-70) mapa Parku Yellowstone  oraz zwierzęta w nim żyjące.
  • 71-72) solfatary w masywie Ojosa del Salado (ok. 6500m) i El Volcancito (ok. 4200m) - wulkaniczne kolory świetnie wychodzą na zdjęciach.
Opublikowano w Blog

Część chilijsko-argentyńska, która trwała 82 dni, była kluczowa jeśli chodzi o cele wyprawy. Kosztem gigantycznego wysiłku udało się zrealizować więcej niż planowałem.

STYL JEST BARDZO WAŻNY, MOŻE NAJWAŻNIEJSZY. Przywiązuję wagę do tego w jakim stylu osiągam moje podróżnicze, wulkaniczne i górskie cele. Wejście na górę może być bezwartościowe od strony wyczynowej, poza własną satysfakcją stanięcia na szczycie. Ale może też być zrobione ambitnie, wg wytyczonych trudnych do osiągnięcia zasad. Wtedy to coś więcej niż sukces osobisty. Coś, co zyskuje uznanie przynajmniej środowiska górskiego. Dlatego bardzo się staram, by moja działalność była samodzielna, by wytyczone reguły gry były ambitne. Nigdy nie chodzę na łatwiznę. Tylko wtedy mam satysfakcję z własnych osiągnięć. A bardzo trudno mnie samego zadowolić w podróżniczej działalności.

Jako że wszystkich interesuje to co najwyższe, zacznę od najwyższych zdobyczy.

---- ACONCAGUA 6962m, Argentyna, Andy (w planie wyprawy cel dodatkowy - aklimatyzacja przed wulkanami), na szczycie 18.12.2015, samotnie, w warunkach zimowych, drogą przez Dolinę Horcones. Start pieszy z 2890m, koniec na 2720m, pokonana podczas akcji górskiej deniwelacja względna w górę: 7420m, w dół: 7670m.

Aconcagua to najwyższy szczyt Ameryki Południowej i poza Azją, najwyższa góra Argentyny.

---- Wulkan OJOS DEL SALADO ok. 6896-6900m, Chile/Argentyna, Andy (Puna de Atacama), wulkan uśpiony, (w planie cel główny), na szczycie trzy razy: 29.12.2015 - wierzchołek chilijski, 01.01.2016 i 03.01.2016 - wierzchołek argentyński, samotnie, na wierzchołek argentyński własnymi drogamiNajwyższy nocleg wyprawy na 6820m po stronie argentyńskiej. Start: 5180m, koniec: 5260m, deniwelacja względna w górę: 3830m, w dół: 3735m. FILM: Wszystkie NAJ wulkanu Ojos del Salado 6896m.

---- Odnalazłem wyziewy wulkaniczne (solfatary) w masywie Ojosa na prawie 6500m i udało się ustalić, że wulkan nie zasługuje na miano aktywnego, co najwyżej uśpionego. Zerealizowałem cele dodatkowe (z nawiązką): dotarłem do 6-ciu najwyżej położonych jezior na świecie pomiędzy 6350 a 6510m oraz przyjrzałem się z bliska największym lodowcom w masywie Ojosa, także  po nich wędrując. Dni działalności 27.12.2015-04.01.2016.

Ojos del Salado jest najwyższym wulkanem na Ziemi, drugą górą Ameryki Południowej oraz najwyższym szczytem Chile, bardzo rzadko odwiedzanym od strony argentyńskiej.

---- Wulkan PISSIS 6800m, Argentyna, Andy (Puna de Atcama), wulkan wygasły, (nie było w planie), na szczycie trzech najwyższych wierzchołków: 18.01.2016 - Pissis 1 (6800m), 19.01.2016 - Pissis 2 (Upame, 6799m) i Pissis 3 (Ejercito Argentino, 6795m - wierzchołek wyższy, 6792m - wierzchołek niższy). Samotnie, na Pissis 1 końcowy fragment własną drogą, Pissis 2 i Pissis 3 - własnymi drogami, w oba dni wędrówka podczas burz śnieżnych. Start i koniec: 4570m, deniwelacja w górę i w dół 3647m.

Pissis jest drugim co do wysokości wulkanem na Ziemi i trzecią górą Ameryki Południowej (zdobycie trzech najwyższych szczytów kontynentu podczas jednej wyprawy to jest coś). Niezwykle rzadko zdobywany, a wierzchołki Pissis 2 i Pissis 3 - praktycznie nigdy.

---- Wulkan Llullaillaco 6755m, Chile/Argentyna, Andy (Puna de Atacama), wulkan aktywny, (cel główny), na szczycie 09.01.2016, tego samego dnia wierzchołek 6580m, którego nie było w planie, samotnie, w górnych partiach własną drogą. Start: 4425m, koniec: 4160m, deniwelacja względna w górę 2525m, w dół 2890m.

Najwyższy aktywny wulkan na Ziemi, najwyższe stanowisko archeologiczne na świecie, ze względu na kilka szczytów o podobnej wysokości jest pomiędzy 5 a 7 górą Ameryki Południowej, a z wulkanem Bonete konkuruje o miano trzeciego wulkanu świata (w najgorszym wypadku jest czwartym). Jedno z najbardziej suchych miejsc na Ziemi. Rzadko zdobywany.

---- Lodowce wulkanu Pissis, największe na wybitnie suchym płaskowyżu Puna de Atacama (cel dodatkowy), 17-19.01.2016 - wędrówka po największymGlaciar de los Argentinos (na wysokościach 5800-6050m + obserwacja z wszystkich stron, w tym z rejonu szczytu Pissis).

---- Jezioro kalderowe Inca Pillo (Caldera del Inca Pillo), lustro wody na ok. 5200m, najwyższa osiągnięta wysokość podczas podróży przez kalderę 5420m, obserwacja jeziora z 5390m, Argentyna, Andy (Puna de Atacama), cel dodatkowy, 24.01.2016, dojazd autem 4x4, najwyżej na świecie położone jezioro kalderowe pomiędzy wulkanami Pissis i Bonete, rzadko odwiedzane przez ludzi.Chile

---- Podróże po wulkanicznym płaskowyżu wysokogórskim Puna de Atacama (Andy), Chile/Argentyna, 27.12.2015-24.01.2016, z widokami na liczne 5-cio i 6-cio -tysięczne wulkany, liczne duże jeziora i salary na wysokościach do 4500m, przełęcze do ponad 4700m, przejazdy na wysokościach ponad 5000m, obserwacje lokalnej fauny i flory. Często wymagane auto 4x4. Jedno z najsuchszych miejsc na Ziemi, średnie wysokości wynoszą ok. 4500m.

---- El Volcancito ok. 4200m, Argentyna, Andy (Puna de Atacama), cel dodatkowy, 23.01.2016, dojazd autem 4x4, źródło z kilkumetrowym stożkiem mineralnym (ok. 7m), rzadko odwiedzany cud natury.

---- Wulkan Villarrica 2847m, Chile, jeden z najaktywniejszych wulkanów Ameryki Południowej w północnej Patagonii (Andy). Na szczycie 24.11.2015, samotnie, w ekstremalnych zimowych warunkach (po kilku próbach). W planie tzw. dodatek, czyli coś mniej istotnego niż cel dodatkowy. Start z wysokości 200m, koniec na 900m, deniwelacja względna w górę 4725m, w dół 4625m.

----- Wulkany Wyspy Wielkanocnej i posągi moai, Chile, Polinezja, Oceania, w planie tzw. dodatek, dni 26.11-04.12 2015Wulkany tarczowe: Terevaka ok. 510m, Rano Kau ok. 324m (dwukrotnie), Poike ok. 365m oraz wulkan Tuutapu ok. 280 i krater Rano Raraku, wszystkie samotnie, tak samo jak kilkanaście innych miejsc wulkanicznych, np. lawy, jaskinia Ana Te Pahu. Własnymi drogami wejście na Terevaka, Poike i Tuutapu. Początek i koniec podejść zazwyczaj na wysokości kilkudziesięciu metrów n.p.m. Łączna deniwelacja względna w górę i w dół: 2100m. 

Wyspa Wielkanocna (Rapa Nui) jest jedną z najbardziej odizolowanych zamieszkanych wysp na świecie, do najbliższej zamieszkałej wyspy jest ok. 2100km (Pitcairn), a do kontynentu Ameryki Południowej ok. 3600km (pod tym względem ustępuje jedynie wyspom Tristan da Cunha).

---- Dodatkowo do tej części wyprawy doliczam obserwację wulkanu Sangay w Ekwadorze, Andy,  (cel dodatkowy), z nienazwanej góry o wysokości 4336m niedaleko wioski Alao (31.01.2016, ale pobyt w dniach 30.01-01.02 2016). Start i koniec 3160m, deniwelacja względna w górę i w dół 1326m. Sangay zaliczany jest do najaktywniejszych wulkanów Ameryki Południowej, niewiele osób miało możliwość choćby zobaczenia wulkanu, położonego w trudno dostępnym terenie.

  • PONAD PLAN (najważniejsze rzeczy) - LISTA:
  • argentyński wierzchołek Ojosa dela Salado i to dwa razy oraz nocleg prawie na jego szczycie
  • zamiast zidentyfikowania jednego wysokiego jeziora w masywie Ojosa del Salado, zidentyfikowanie sześciu jezior
  • wejście na trzy najwyższe wierzchołki wulkanu Pissis
  • wejście na dodatkowy wierzchołek 6580m w masywie Llullaillaco
  • zobaczenie około 10-ciu jezior na Puna de Atacama w Chile i w Argentynie, na wysokościach zwykle przekraczających 4000m
  • wejście na dodatkowy wulkan Tuutapu na Wyspie Wielkanocnej i zobaczenie licznych dodatkowych miejsc wulkanicznych
  • wycieczka do powstającej kopalni miedzi i złota w pobliżu La Sereny i wycieczka wzdłuż wybrzeża niedaleko La Sereny
  • silą rzeczy liczne obserwacje Puna de Atacama, w drodze na i z wulkanów
  • krótki rafting koło Pucon
  • jaskinia wulkaniczna w masywie Villarrici i oględziny skutków jednej z erupcji
  • trochę zwiedzania Santiago de Chile, głównie miejsc poświęconych Ignacemu Domeyko
  • do tej części wyprawy doliczam też krótkie zwiedzanie: Riobamby i Quito w Ekwadorze (lista UNESCO, średnia wysokość 2850m - druga najwyżej położona stolica na świecie, po boliwijskim La Paz 3650m(chociaż stolicą konstytucyjną Boliwii jest Sucre ok. 2800m)) oraz Bogoty w Kolumbii (średnia wysokość 2640m - trzecia najwyżej położona stolica na świecie, największe miasto w Andach - ok. 10mln mieszk.(zespół miejski)

 Taki przed wyprawą ustaliłem poziom satysfakcji z realizacji planu z części chilijsko-argentyńskiej:

 PLAN MINIMUM, który mnie usatysfakcjonuje:

1) Wulkany Wyspy Wielkanocnej (Chile)

2) Poszukiwania aktywności wulkanu Ojos del Salado 6891m (Chile, Argentyna)

3) Poszukiwania aktywności wulkanu Llullaillaco 6739m (Chile, Argentyna)

 

PLAN REALNY, ale TRUDNY, który uczyni mnie szczęśliwym:

1) Rejon Villarrica ok. 2850m (Chile)

2) Wulkany Wyspy Wielkanocnej

3) Aklimatyzacja na Aconcagui 6962m (ewentualnie na innej odpowiednio wysokiej górze) (Argentyna lub Chile)

4) Poszukiwania aktywności wulkanu Ojos del Salado 6891m oraz przyjrzenie się tamtejszym niewielkim lodowcom oraz zbiornikowi wodnemu położnemu na wysokości 6390m

5) Rejon wulkanu Pissis 6793m (Argentyna, Chile) albo wulkan Sangay ok. 5300m (Ekwador)

6) Poszukiwania aktywności wulkanu Llullaillaco 6739m

 

PLAN MAKSIMUM jest planem NIEREALNYM, ale i tak o niego powalczę :) .

1) Rejon Villarrica ok. 2850m

2) Wulkany Wyspy Wielkanocnej

3) Aklimatyzacja na Aconcagui 6962m

4) Poszukiwania aktywności wulkanu Ojos del Salado 6891m oraz przyjrzenie się tamtejszym niewielkim lodowcom oraz zbiornikowi wodnemu położnemu na wysokości 6390m

5) Rejon wulkanu Pissis 6793m

6) Poszukiwania aktywności wulkanu Llullaillaco 6739m

7) Rejon wulkanu Sangay ok. 5300m 

 

PLAN PONAD MAKSIMUM czyli SCIENCE FICTION - tak do tej pory kończyły się moje wyprawy, 100% to za mało. Jednakże tym razem zawiesiłem sobie poprzeczkę tak wysoko, a wyprawa da mi tak niemiłosiernie w kość, że osiągnąć ten poziom będzie mission impossible. Co nie znaczny, że nie spróbuję :).

 

Poziom realizacji części chilijsko-argentyńskiej wyprawy: PONAD MAKSIMUM czyli SCIENCE FICTION.

 

Podsumowanie części meksykańsko-amerykańskiej znajduje się: TUTAJ.

 

Na zdjęciach:

1) wulkan Villarrica

2) skutki erupcji - masyw Villarrica

3) wulkan Rano Kau, Wyspa Wielkanocna

4) Aconcagua z Plaza de Mulas

5) w powstającej kopalni miedzi w pobliżu La Sereny

6) wulkan Ojos del Salado

7) solfatary w masywie wulkanu Ojos del Salado

8) niewielkie jezioro w masywie Ojosa del Salado na wysokości blisko 6500m

9) lodowiec w masywie Ojosa del Salado, ok. 6300-6400m

10) wulkan Llullaillaco

11) laguna Verde ok. 4300m, niedaleko przeł San Francisco

12) wulkan Pissis

13) glaciar De Los Argentinos w masywie Pissis

14) El Volcancito

15) jezioro kalderowe Inca Pillo

16) chilijska Puna de Atacama z Ojosa del Salado

17) wulkan Sangay

Opublikowano w Blog
Po przyjeździe z Pucon do Santiago, miałem dobę na przeorganizowanie się na lot na Wyspę Wielkanocną. Wpierw w metrze spotkało mnie to, co w Ameryce Lacińskiej spotyka mnie regularnie. Mimo rozbudowanych systemów, metro w godzinach szczytu nie wyrabia. Przejechało ileś składów, maksymalnie zapchanych, w końcu podstawiono pusty, który dwa przystanki dalej znów nie przyjmował nowych pasażerów.

Przepakowałem plecak, zostawiając większość rzeczy w Santiago, zrobiłem zakupy spożywcze, bo na Wyspie Wielkanocnej wszystko jest dwa i więcej razy droższe niż na kontynecie.Zresztą produkty spożywcze w Chile są i tak droższe niż w Polsce.

26 listopada stawiłem się na lotnisku w Santiago, by po pięciu godzinach lotu Lanem, dostać się do celu. Dreamliner wypełniony był całkowicie, w dużej mierze jakąś katolicką chilijską kolonią. Na wyspę miałem tydzień. Trochę za dużo, ale takie daty miał promocyjny bilet lotniczy i jest to miejsce z kategorii, gdzie zazwyczaj bywa się raz w życiu. Na chwilę z Ameryki Południowej przeniosłem się do Oceanii (ok. 3600km od kontynentu).

Polinezyjska Wyspa Wielkanocna (Rapa Nui, Isla de Pascua) należy do Chile, z czego część mieszkańców nie jest zadowolona, domagając się niepodległości. Według mnie warto mieć silnego protektora, niepodległa Rapa Nui, nie poradzi sobie samodzielnie. Gdyby nie 887 posągów moai, żaden turysta nie przyjechałby tutaj. Wulkaniczna wyspa, skalne urwiska, pustkowia, to nie jest miejsce na wakacje. A jeden Gawlik, miłośnik wulkanów, wyspie by nie pomógł. Większość posągów moai w obecnych czasach jest przewrócona, połamana, zapewne przez wiatry i erozję postumentów, na których je postawiono. Zazwyczaj są niewielkie, do 5m wys, lecz największy, niedokończony miał mieć 21m wys. i ok. 270 ton wagi. Nie wiadomo czy dotąd odnaleziono wszystkie, czy jakieś nie spoczywają w morzu? Zbudowano je pomiedzy 1250-1500 r. n.e. i nagle porzucono budowanie. Powstały głównie w kamieniołomie Rano Raraku, z tufów wulkanicznych przeważnie. Część miała na głowie polinezyjskie koki z czerwonego tufu - pukao. Po odrestaurowaniu możemy oglądać stojące pionowo posągi, ale tych miejsc jest niewiele. Jeszcze mniej jest takich, że obok siebie stoi kilka posągów moai. Tuf wulkaniczny jest sotusnkowo lekką skałą, dzięki pęchrzykom powietrza, nietrudnym w obróbce. Zresztą do rzeźbienia używano innej wulkanicznej skały, dużo twardszej, bazaltu. Dlaczego postawiono te posągi? Nie wiadomo. Może ich budowa związana była z miejscowymi wierzeniami, z przodkami albo miały odstraszać obcych? A może z nudów? Co można robić na takiej małej samotnej wyspie, gdy ryby na posiłki złowione, atrakcji brak? Może ten sam powód dotyczy kamiennej osady Orongo na zboczach wulkanu Rano Kau. Co roku organizowano zawody, kto pierwszy zdobędzie jajo rybitwy manu tara. Wybrańcy do tych zawodów, ponoć tygodniami czekali w Orongo na ten moment.

Dobrze, jestem na jednej z najbardziej oddalonych zamieszkałych wysp na świecie. Oddalonych od stałych lądów i innych zamieszkałych wysp. Ale czuję się jak na polskiej wsi. Rano budzą mnie koguty i zapachy krów, których tutaj pełno, jak i koni. Rośnie sobie kukurydza. Gdyby nie palmy miejscami i drzewa bananowców, byłbym przekonany, że to polska wioska na wybrzeżu. Jeszcze klimat gorący i wilgotny zaprzecza, że to Polska, bo silne wiatry są i u nas.

Podczas moich wędrówek po wyspie, kilkadziesiąt razy natknąłem się na posągi moai. Te stojące, nawet wyglądają ciekawie, ale szału na mnie nie zrobiły. Na pewno bym tu nie przyleciał dla nich. Zresztą jednego widziałem kiedyś choćby w muzeum w La Serenie. Oczywiście mam świadomość, że mój powód przybycia - wulkany - dla przeciętnego człowieka jest dużo głupszy, niż przyjazd dla posągów moai wpisanych na listę UNESCO. Ale nawet turyści większość miejsc, gdzie stoją moaie w kawałkach, omijają. Notabene prawie wszyscy tutaj wynajmują samochody, pieszy czy rowerzysta to rzadkość. Listopad to nie sezon, więc jeszcze spokojnie, nie ma tłumów, ktore przywozi dwukrotnie w ciągu dnia linia Lan. Z turystów dużo tutaj emerytów niemieckich, francuskich, brytyjskich, z USA, Australii i Nowej Zelandii. Ciekaw jestem, kiedy Polscy emeryci będą na urlop latać sobie na Wyspę Wielkanocną? Wśród młodszych, również dominują te nacje. Spotkałem jednak dwie Polski z Warszawy, grupkę z Czech, kilku Japończyków i jednego Belga.

Moją bazą wypadową był camping Mihinoa (mając własny namiot płaciłem 6500pesos za nocleg). Wyspę zwiedzałem pieszo i na rowerze, robiąc przez tydzień ponad 250km. Jedyną miejscowością jest tutaj Hanga Roa, nie ma transportu publicznego. Drogi są dosyć dobre. Podczas mojego pobytu zawsze było dużo chmur, słońce czasami też, jak i ulewy. W każdą noc, w dzień czasami też. Do tego praktycznie codziennie bardzo silny wiatr. Mimo to, bardzo wilgotno. Wszedłem sobie na trzy główne wulkany, wygasłe, tarczowe, Rano Kau (ok. 324m), Terevaka (ok. 510m) i Poike (ok. 365m). Rano Kau jest najbliżej Hanga Roa, posiada piękny owalny i głęboki krater, wypełniony wodą i roślinnością wodną. To w zasadzie pół wulkanu, drugiej nie ma. Krater jest nad samym skrajem oceanu, częściowo jego zbocza już zapadły się do wody. Tutaj znajduje się osada Orongo, można do niej dojechać asfaltem albo dojść ścieżką. W masywie jest też kilka innych niewielkich kraterów. Terevaka zajmuje większość wyspy, jej centralną część. Na górę ruszyłem przez pastwiska od posągów moai - Akivi, w towarzystwie lokalnego psa. Towarzyszył mi całą drogę, podzieliłem się z nim jedzeniem. W rejonie wierzchołka jest kilka wzniesień o podobnej wysokości i trzy niewielkie porośnięte trawą kratery. Strasznie wiało, było chłodno, chmury chwilami zakrywały partie szczytowe. Na drugim końcu wyspy położony jest wulkan Poike, gdzie przez pastwiska i do połowy prowadząc rower, dotarłem na szczyt. A tam niewielki krater porośnięty mini lasem. To charakterystyczne tutaj. Tam gdzie mogą wykiełkować rośliny, czyli w zagłębieniach, a ludzie robią murki z lawy, tam coś jest wstanie urosnąć (chociaż kiedyś wyspę porastał las, zostały resztki). Kratery nadają się do tego świetnie.

W moich włóczęgach nie zabrakło krateru Rano Raraku, w którym niewielkie jezioro, a na zboaczach pełno niedokończonych posągów moai. Tutaj je rzeźbiono. Wszedłem sobie na wulkan Tuutapu, ok. 280m wys. Jego krater porasta mini las, a w sąsiednim wulkanicznym wzgórzu z czerwonego tufu robiono pukao - czyli nakrycia głów dla posągów. Nie zabrakło licznych odkrywek lawowych, klifów, a nawet jaskiń jak Ana Te Pahu, w której mieszkali i hodowali rośliny Polinezyjczycy z czasów powstawania posągów moai. Oprócz tego zobaczyłem kilka miejsc z petroglifami, rowerem zjeździłem prawie wszystkie tutejsze drogi, bo chodziłem głównie na przełaj. Wykąpałem sie w oceanie, na niewielkiej plaży Anakena (jedynej tutaj, obok Playa de Ovahe). Jest daleko od Hanga Roa, sztucznie zrobiona, jest obok mini las palm kokosowych oraz kilka prawdziwych moaiów. Woda miała mniej niż 20 stopni Celsjusza, a ja niewiele czasu, więc kąpiel trwała 10 minut. Nikt poza mną się nie kąpał, może przez parzące meduzy.

Pobyt na Easter Island uważam za bardzo udany. Odwiedziłem sporo miejsc wulkanicznych, ale jest ich tutaj ponad sto. Mam sporo fajnej lawy, w tym kawałki obsydianu. I nawet sobie kupiłem małego patafiana z tufu wulkanicznego. Patafiana? Właśnie tak, to moja robocza nazwa moaiów. Planując dzień, spoglądałem na mapę i przygotowywałem trasę. Dojdę do tego patafiana, koło tamtych skręcę w prawo i pójdę do góry, i tak dalej. Nie wiem dlaczego, ale nazwa patafiany bardzo przypadła mi do gustu, dużo bardziej niż słowo moai.

Codziennie od rana do wieczora byłem w trasie, zmrok zapadał o 21:30. Nie zawsze zdążyłem dotrzeć do namiotu za dnia. A jak dzień przed wylotem postanowiłem sobie odpocząć, wyglądało to tak. Wytrzymałem do południa, a potem poszedłem sobie jeszcze raz spenetrować wulkan Rano Kau. Do miasteczka zszedłem o 20:00. Kto mnie nauczy odpoczywać, nic nie robić? Próbuję, ale nie potrafię.

Porcja spostrzeżeń i informacji praktycznych.

Duża część wyspy jest parkiem narodowym, do którego bilet kosztuje 30000pesos, a gdy płaci się dolarami, 60. Dolar to 700pesos z groszami. Jak widać, warto mieć peso, dolarów się nie opłaca. Gdy pamiątka w peso kosztuje 25000, czyli 26dolarów, płacąc amerykańską walutą, wydamy 36 dolarów. Na wyspie ciężko wymienić dolary po dobrym kursie, nawet widziałem po 550pesos za dolara, ale ponoć na jedynej tutaj stacji benzynowej niedaleko lotniska, kurs był zbliżony do 700. Bilet do parku najwygodniej kupić od razu na lotnisku, bo później pozostaje biuro Conafu, zdaje się czynne 9-15 (niedaleko lotniska). Nie kupimy biletu ani w Orongo ani w Rano Raraku, gdzie są sprawdzane. Teoretycznie jest budka strażników przy plaży Anakena, ale poza wspomnianymi dwoma miejscami, nikt nigdzie biletów nie sprawdzał. Bilet, kawałek papieru, ważny jest 5 dni.

Grodzenie. To pasja miejscowego Conafu. Trzeba pokazać, że jesteśmy potrzebni. Dlatego moaie są nieraz odgrodzone o wiele metrów. Jeśli ktoś jest krótkowidzem, niewiele zobaczy, jeśli ktoś nie ma dobrego zooma w aparacie, fajnego zdjęcia nie zrobi. Nawet jakby założyć, że taki moai może się przewrócić, to i tak grodzenie można by w niektórych przypadkach zmniejszyć kilkukrotnie. Oczywiście żadnego kawałka moaia nie można dotknąć, ani jednego z blisko tysiąca. Wewnątrz krateru Rano Raraku, podobnie jak na zewnątrz, są niedokończone moaie. Jednak od wewnętrznej strony udostępniono tylko miejsce, gdzie można spojrzeć na krater. I nic więcej. Nie można obejść jeziora, nie można podejść do oddalonych o 200-300m moaiów. Gdy w sporej międzynarodowej grupce wkurzaliśmy się tym faktem, stwierdziliśmy, z absurdami trzeba walczyć. I poszliśmy do moaiów. Pokonać kilkanaście tysięcy kilometrów, by się ciągle odbijać od tablic, sznurków, płotów i innych zakazów - niepoważne. Nie było w okolicy żadnego strażnika i spokojnie osiągnęliśmy cel. Po czym przyleciało dwóch z krzykiem, który zamienił się w ciszę i szok. Bo zostali przez nas zignorowani. Moaiom nic się nie działo, trawie pod naszymi nogami też. Oglądaliśmy posągi, robiliśmy zdjęcia, a mundurowi stanęli otępiali. Jeden, który mówił po angielsku, próbował nam wyjaśnić, że tu nie można być, a my mu, że to jakaś wielka bzdura i nic nas to nie obchodzi. Na co strażnik, że on nas rozumie, ale to decyzja dyrekcji parku, on za nią nie odpowiada. Bardzo mi się podobała ta zbiorowa postawa, nawet zazwyczaj grzeczni Niemcy, opieprzali strażników aż miło. Obywatelskie nieposłuszeństwo czasami jest niezbędne by walczyć z głupotami. Niedługo bowiem będzie tak. Turyści przylecą na Wyspę Wielkanocną, w hali prymitywnego lotniska pokażą im film o wyspie, wsadzą z powrotem w samolot. Wyspa zaliczona.

W paru miejscach można zobaczyć kilka stojących obok siebie moaiów - na rogatkach Hanga Roa, za cmentarzem (ciekawym zresztą), pod wulkanem Terevaka - A Kivi (7sztuk), kilka sztuk przy niewielkiej sztucznej plaży Anakena, w masywie Rano Raraku i w Tongariki (zdaje się 15).

Na wyspie obowiązuje czas GMT minus 6h, jest tutaj dwie godziny wcześniej niż w Santiago. W samolocie kazano nam wypełnić jakieś formularze wjazdowe, których nikt nie sprawdzał. Lokalne lotnisko może jest i małe oraz prymitywne, ale posiada dobrze ponad 3-kilometrową drogę startową, biegnącą prawie od wybrzeża do wybrzeża. Gdy jeszcze latały wahadłowce, lotnisko Mataveri, było dla nich rezerwowym miejscem lądowania.

Na polu namiotowym spotkała mnie przygoda. Gdy kościelna kolonia w liczbie 120 dzieciaków wyjechała, pewien Japończyk postanowił przesunąć swój namiot dalej od oceanu, gdzie ciszej i mniej wietrznie. Przenosząc zahaczył o linkę mojego namiotu, wywalił się. Siła była tak duża, że wyrwał linkę z namiotu, puściło kilka szwów. Zazwyczaj namiot mi się rozwala w górach, a nie na polach namiotowych, ale tym razem jest inaczej. Oby przetrwał do końca wyprawy. Więcej nie oczekuję. W tej historii chcę pokazać jacy są Japończycy, zawsze tacy sami. Narozrabiają, ale ani przepraszam, ani nic. Linka wyrwana, wiatr ją porywa, udało mi się ją złapać, a Japończyk udaje, że nie wie o co chodzi. Tak wygląda kultura tego zacnego narodu. Podobnych historii i obrazków byłem świadkiem kilkaset razy. Ale gdy im się coś zrobi, aferę robią na całą okolicę. A propos namiotu jeszcze, to tradycyjnie mam leciutki, szturmowy, jednopowłokowy, na zimowe warunki, bez klejonych szwów, co średnio się sprawdza podczas ulew. A do spania śpiwór puchowy na ujemne temperatury. Dwóch namiotów i dwóch śpiworów nie zmieściłem do bagażu, ale nie jest źle.

Trochę cen. Nocleg na polu namiotowym Mihinoa we własnym namiocie 6500pesos, wypożyczenie namiotu kosztowało zdaje się 500pesos za dobę. Wynajęcie roweru na dobę 10000-13000pesos, skutera od 20000pesos plus paliwo, samochodu od 40000pesos plus paliwo. Ile paliwo kosztuje na wyspie, nie wiem, pewnie drożej niż w kontynentalnym Chile, gdzie 700-800pesos w rejonie Santiago. Wycieczka po wyspie w grupie, od 20000pesos za osobę, trwa 7h, w cenie tylko transport. Empanada 2000pesos, słodkie wypieki 1000-3000pesos, półtoralitrowy napój (woda, cola) - najczęściej 2000pesos (wodę można pić z kranów). Mały lód 1500pesos, duży 3000pesos, jakiś mini lunch od 5000pesos, a coś większego od około 10000pesos. Rolka papieru toaletowego 450pesos, jedna papryka lub pomidor 600-900pesos. Chleb tostowy duży około 2500-2800pesos, mała paczka ciastek 800pesos. 1h internetu 1500pesos, a dostępu do WIFI 1000pesos, hotele itp mają zazwyczaj bezpłatne WIFI. Widokówka od 350pesos, a znaczek do Europy 600pesos. Pamiątki - od 2000 pesos za byle jaki magnes, po kilkaset tysięcy pesos za jakieś duże rzeczy - rzeźby, biżuteria. Większość pamiątek to koszt od równowartości kilkunastu dolarów do ponad pięćdziesięciu. Lawa, w tym obsydian, który wiozę ze sobą - są za darmo. Można wykupić różne wycieczki, na koniach, quadach, łowienie ryb, nurkowanie, nauka surfowania, ceny od kilkudziesięciu tysięcy pesos wzwyż.

  • Na zdjęciach:
  • 1-8) Hanga Roa. Widać lotnisko, moje pole namiotowe i szybkie śniadanie (mortadela, żółty ser, masło, pieczywo, papryka, musztarda). Poza tym, główna ulica, fragment cmentarza i moaie na rogatkach miasta. Miejscowa ryba i to co zabrałem z wyspy.
  • 9-14) wulkan Rano Kau i jego piękny krater. Poza tym masyw wylkanu, oraz widok na całą wyspę z wulkanem Terevaka i Poike. Na ostatnim zdjęciu osada Orongo.
  • 15-17) Wulkan Terevaka i pies towarzyszący mi w wycieczce.
  • 18-20) Wulkan Rano Raraku.
  • 21) Część moiaów w Tongariki.
  • 22-23) Wulkan Poike.
  • 24-25) Wulkan Tuutapu.
  • 26-27) Rejon plaży Anakena.
  • 28) Fragment jaskini Ana Te Pahu.
  • 29) Tak wygląda większość posągów moai.
  • 30-35) Różne zdjęcia z Wyspy Wielkanocnej, w tym flaga.
Opublikowano w Blog
środa, 25 listopad 2015 19:05

Wulkan Villarrica - pogoda bez zmian

21 listopada, gdy pogoda znowu wygrała ze mną, a moje oczy ponownie zaczęły znosić światło dzienne, postanowiłem udać się do Termas Los Pozones, podleczyć obolałe kości. Wszyscy z hostelu tam jeździli, przystanek był obok hostelu, a lokalny busik kończył jazdę właśnie przy wodach termalnych, 36km od Pucon. Po 45 minutach jazdy dotarłem do celu, zapłaciłem 8000pesos (busik w jedną stronę to 1500pesos) i zszedłem kilkaset metrów w dół. Tam kilka niewielkich kamiennych basenów z temperaturą wody od 20 do 41 stopni C. Toalety, przebieralnie, trochę trawy, nic więcej. Bilet był na 3 godziny, przekroczenie terminu skutkowało dodatkową opłatą 5000pesos. Chile tanie nie jest, ale ceny tych term były stanowczo za wysokie w stosunku do oferty. Polecam poszukać innych term, których w okolicy nie brakuje. Może będzie taniej, lepiej, a do tego bez ograniczeń czasowych, gdyby ktoś chciał sobie zrobić całodzienny piknik. Miejscowi na pewno mają swoje lokalne, tanie, a może i darmowe - warto popytać. Wróciłem do Pucon i codzienna procedura. Przygotowanie sprzętu na wyjście w góry, ubiór do snu już częściowo bojowy, bo wstawałem o 5:30. Od pierwszego dnia dostałem własny klucz do hostelu, bo to przecież nienormalne jest tak wcześnie wstawać. Rozumiem, jednego dnia ekipa kończyła imprezę, gdy wychodziłem.

Nastał 22 listopad, dzień czwarty próby dostania się na Villarricę. Pogoda taka sobie, a miało być tak pięknie. Podszedłem pod Conaf, czy czasem jacyś strażnicy nie jadą do swojego check pointu, ale nie, i o 6:30 rozpocząłem poszukiwanie taksówki. Jeden gość chciał ode mnie 20000pesos, odmówiłem (1euro to ok 735pesos). Cofnął o metr i czekał co zrobię, odstraszając innych taksókwarzy. Poszedłem przecznicę dalej, on podjechał za mną po cichu, powoli. Skręciłem w inną uliczkę, po chwili zza budynku wyłoniła się maska jego taksówki. Ta zabawa w ściganego trwała kilka minut, inny taksówkarz od raz zgodził się mnie zawieźć za 15000pesos. Jedziemy. Posterunek Conafu zamknięty, śnieg przez ostatnie kilkadziesiąt godzin stopniał i został zmyty przez deszcz. Znacznie się ociepliło. Pierwszego poranka w Pucon było plus 5 stopni, teraz plus 15. Wysiadłem na 1250m n.p.m., przy początkowej stacji nieczynnej kolejki krzesełkowej. 18 listopada brodziłem tutaj po łydki w śniegu, teraz zostały resztki. Doszedłem do 1400m n.p.m. i mogłem przyjrzeć sie wulkanowi. Co tu zrobić? Od niecałych 2000 metrów gęste chmury, które nie znikną w ciągu dnia, więc krateru nie zobaczę, to był mój cel, nie samo wejść na szczyt. Powinienem zawrócić i poczekać kolejny dzień, który miał być dużo lepszy pogodowo. Lecz skoro cały dzień przede mną, na razie pójdę do góry, a potem się zobaczy. Wybrałem nową trajektorię.

Niewiele uszedłem, a z dołu, od strony drogi coś strasznie trąbi. Widzę terenówkę w oddali, a po chwili jakiś gość zmierza w moim kierunku. Domyślam się o co hodzi. Na ponad 1500m n.p.m. dochodzi do mnie strażnik parkowy i krzyczy "volcano closed". Całe życie ktoś mnie goni i krzyczy: "mountain closed", "volcano closed", "road closed", "river closed", "cave closed". Czy to się kiedyś skończy? O co chodzi tym razem? Zła pogoda słyszę. Strażnik nie mówi za bardzo po angielsku, ale się rozumiemy. Mówię, że pogoda jest przyzwoita, on że zła i kolejny raz jak mantrę "volcano closed". Czyli jak 18 listopada pogoda była dużo gorsza, to wulkan mógł być open, a jak jest znośna, to jest closed. Logiczne przecież. Tylko mój słaby umysł nie potrafi sobie poradzić z taką logiką. Pokazuję mu zdjęcia z 18 listopada i pokazuję na górę. On rozumie, ale "volcano closed". Mam przyjść jutro, ma być dobra pogoda. A jak nie to co? Mam miesiąc czekać, aż według was będzie dobra pogoda? "Volcano closed". Jeśli dzisiaj pójdę on powiadomi policję, która mnie ściągnie z wulkanu i aresztuje. Ze sto razy to słyszałem i zawsze jakoś wyszedłem z opresji. Gdybym miał się słuchać takich tekstów, nie miałoby sensu, bym jeździł na wyprawy. Nic nie mógłbym zrobić.

Strażnik ruszył w dół, a ja musiałem podjąć decyzję. Mam jeszcze dwa dni, a kolejny dzień ma być najlepszy pogodowo od mojego przyjazdu. Nie muszę jeszcze stawiać sprawy na ostrzu noża. Tym bardziej, że celu nie osiągnę. W taką pogodę krateru nie zobaczę. Wiatr słaby, chmur z każdą godziną ma być więcej, potem śnieg, deszcz. Schodzę. Strażnik z kolegą czekali co zrobię, ponad pół godziny. Zwieźli mnie do swojego check pointu na około 700m n.p.m. A skąd się o mnie dowiedzieli? Myślę, że odpowiedź jest dosyć prosta, spotkali mojego taksówkarza jadąc do góry, zatrzymali go i dowiedzieli się o mnie. Albo strażnik, który nocuje przy check poincie zatrzymał i wypytał taksówkarza.nPrzy posterunku spotkałem strażnika, który był tutaj 18 listopada. Tłumaczy mi że "volcano closed", jutro będzie dobra pogoda, mam być o siódmej rano, bo wtedy otwierają, wpisać się ponownie i będe mógł iść. A jakbym się wpisał dzisiaj to będzie open, nie, dzisiaj "volcano closed". A po co się mam wpisywać? Dla mojego bezpieczeństwa. Nie mogę wystartować o piątej rano? Nie, musisz się wpisać do zeszytu.

Czym kraj lepiej rozwinięty, bogatszy, tym głupsze zasady wprowadza i argumenty. Chile i Argentyna są w tym świetne. Konkluzja jest bowiem taka. Jeśli będzie świetna pogoda, to nie mogę dotrzeć o świcie do centrum narciarskiego na 1400m i o piątej ruszyć na wulkan, tylko muszę czekać do siódmej osiem kilometrów niżej. Potem muszę np. pieszo dojść na 1400m i może o dziewiątej ruszę w górę. O dwunastej będą już chmury i mało przyjemnie zazwyczaj. Gdybym wyruszył o piątej, wszedłbym i zszedłbym w dobrej pogodzie. Ale najważniejsze dla mojego bezpieczeństwa jest wpisanie się do zeszytu. Czasami się zastanawiam czy to jakaś ukryta kamera, kabaret, czy ci ludzie nie widzą absurdów swoich działań?

Dla strażników byłoby lepiej gdybym się nie wpisywał i gdyby dali mi wolną rękę, wtedy byłaby to moja samowolka i byliby kryci, A tak gdy coś mi się stanie, a byłem wpisany do zeszytu, to będą mięli problemy. Dlatego tak lubię kraje biedne, gdzie jestem wolnym człowiekiem. Nikogo nie obchodzi co robię, gdzie łażę. Chcę się zabić, to moja sprawa. Nikomu nic do tego. Marzą mi się znowu takie czasy, by tak było wszędzie. Kiedyś po górach chodzili sami pasjonaci, turyści byli rzadkością, niezbyt poważani przez środowisko górskie, bo turyści byli niesamodzielni. Dzisiaj jest odwrotnie, samotny łazik górski to problem, trzeba mu wszystko utrudnić jak się da. Niech zapłaci, pójdzie z biurem, przewodnikiem, będzie miał wszystko gotowe. Turyści rządzą. Mnie to nie przeszkadza, byleby tylko nie odbijało się na mojej działalności. Ktoś chce iść z przewodnikiem, super, ktoś iść sam, też świetnie. Tak powinno być. Ale to tylko moje pobożne marzenia. Pasjonaci gór, w tych górach coraz bardziej przeszkadzają, zorganizowanym grupom. I nie dają zarobić miejscowym. Na każdej wyprawie muszę stoczyć wiele bojów jak powyższe.

Villarrica to też przykład, że góry i wulkany się wydziera - przyrodzie, biurokratom-idiotom. To jest walka. W statystykach wygląda, że wszystko przyszło łatwo. Wszedłem, zdobyłem, dotarłem. Ale tak naprawdę większość osiągnięć jest okupiona ogormnym trudem i wysiłkiem. Praktycznie zawsze pojawiają się różne przeszkody, które trzeba pokonać. Spodziewałem się ich na Villarrice, stąd miałem zapas czasowy.

Rozpocząłem marsz asfaltem w dół, rozbierając się, bo było gorąco. Po pięciu kilometrach zgarnął mnie facet terenówką i podwiózł ostatnie trzy kilometry do Pucon. Bardzo się cieszył, że zdobywam wulkany i życzył powodzenia w poniedziałek, 23 listopada. Podszedłem pod Conaf, ale w weekend zamknięty. Nie chcąc bezczynnie spędzić dnia wybrałem się na krótki rafting za 15000 pesos (utargowałem trzy tysiące) po rzece Trankura. Pogoda się psuła z każdą godziną.  

Rafting był krótki, 90minut, z dojazdami ponad 3 godziny. Jaki był? Nudny. Ze dwie-trzy kaskady miały klasę 3, chociaż jedna według szefa mojego pontonu: 4 (skala jest 6-stopniowa). Na szczęście mogłem część raftingu pokonać wpław. Dzięki temu było ciekawiej, zwłaszcza na kaskadach. Ułożenie jak kłoda i płyniemy. Tylko woda lodowata. W Nepalu na rafitngu parę lat temu, po uderzeniu o skałę i wywrotce pontonu, prawie się potopiliśmy na kaskadach klasy 5, ale nie zraziło mnie to. Raftingi są super, lecz tylko pod warunkiem, że nie jest to spływ pontonem a prawdziwa adrenalina. Niestety tej moje zabawy pływania wpław rzeką Trankura nie przeżył aparat wodoodporny. Tak bywa, mniej rzeczy do noszenia w plecaku. Wieczorem przygotowałem się na akcję górską kolejnego dnia.

Kilka ciekawostek i informacji praktycznych. Z turystów z Europy spotkałem dużą ilość: Niemców, Austriaków i Francuzów, jednego Włocha i Brytyjczyka. Z innych stron świata sporo Amerykanów, Kanadyjczyków, Australijczyków, paru Brazylijczyków i Argentyńczyków. W Pucon zatrzymałem się w skromnym, ale sympatycznym i dobrze położonym hostelu Lacustre (nocleg od 7000pesos ze słodkim śniadaniem). Autobus semi cama z Santiago kosztował 9900pesos (ok. 12h, są dzienne i nocne autobusy). Jakieś drobne zakupy od sprzedawców na postojach, typu napój, ciastka, empanada,  to koszt  1000pesos. Mini rafting to koszt 15000-20000pesos, taxi do ośrodka narciarskiego pod Villarricą 15000-20000, 3 godziny w termach Los Pozones to 8000pesos plus transport w jedną stronę 1500pesos (ok. 45min jazdy). Miejscowe firmy turystyczne mają mnóstwo wycieczek i atrakcji w ofercie, o ile zbierze się grupka klinetów. Wulkan Villarrica z przewodnikiem, o ile pogoda pozwala na wejście to wydatek 80000-90000pesos. Pucon położone jest w górzystym terenie na wysokości ok. 210m n.p.m. nad jeziorem Villarrica. Można powiedzieć, że to takie chilijskie Zakopane, chociaż sprecyzowałbym, że to Zakopane południa, bo na północy Chile tak można nazwać San Pedro de Atakama.

Na zdjęciach: fragment dwóch moich plecaków (fot. 1), potem sześć zdjęć Pucon, w tym chilijskie ciasto Bożonarodzeniowe i widok na jezioro Villarrica (2-7). Kolejne cztery zdjęcia to rejon Termas los Pozones (8-11) i następnie zbocza wulkanu Villarrica (12-14) oraz różne tablice w Pucon i w drodze na wulkan związane z jego aktywnością i dostępnością (15-19). Ostatnie zdjęcie (20) przedstawia wulkan Llaima 3125m widoczne z masywu Villarrica (użyłem dużego zooma).

Opublikowano w Blog
4 czerwiec, dzień 13. Nie odpuszczałem. Intensywnie do samego końca. Jak zwykle. Moje zmęczenie, kontuzje, nigdy nie mają znaczenia - może dlatego niektórzy mówią na mnie cyborg i nikt nie ma ochoty uczestniczyć w moich wyprawach. Przyznaję, nie ma zmiłuj się - intensywny plan wyprawy jest jak rozkaz w wojsku, musi być wykonany. Żadnych wytłumaczeń nie przyjmuję.

Na pierwszą połowę dnia zaplanowałem wulkan Thrihnukagigur (Three Peaks Crater) nieopodal Reykjaviku. Wstałem prze 5:00, po czterech godzinach snu, pakowanie i w drogę, tym razem nie do BSI tylko do centrum islandzkiej stolicy. Może 4 kilometry, może odrobinę mniej. Wyjazd miał się odbyć o 8:00 z przystanku przy ulicy Laekjargata. Kolano dawało w kość, potrzebowałem je rozchodzić. Ze strony internetowej organizatora, insidethevolcano, posiadałem wydrukowaną mapkę i adres, skąd odbierze mnie autobus. Dochodząc do celu upewniłem się w biurze przewoźnika gray line, że posiadam właściwe dane. Czekając na transport, jadłem śniadanie i przyglądałem się sporej egzotycznej emigracji. Przez ulicę przewijało się sporo osób z rejonu Półwyspu Indyjskiego, wschodniej Azji i czarnej Afryki. Zamieszkiwanie przez nich na lodowej wyspie, stanowi wyzwanie. Rekompensatą są solidne zarobki.

Możliwość zjazdu do wulkanu Thrihnukagigur to jedna z najmłodszych - od lata 2013 - i najdroższych islandzkich atrakcji. W zamian spodziewałem się profesjonalizmu. Ale początek nie był najlepszy. Dobijała ósma rano, a tu nikt nie podjechał. Po Reykjaviku kursowało mnóstwo autobusów i mikrobusów przywożących ludzi z lotniska i zawożących na nie. Podszedłem do grupki kierowców, czy nie wiedzą skąd odjeżdża mikrobus do interesującego mnie wulkanu. Po chwili zastanowienia, wskazali mi ulicę Bankastraeti, prostopadłą do Laekjargata. Do pokonania miałem 150 metrów. Tam stał rząd białych mikrobusów gray line. Na jednym z nich zauważyłem za szybą od strony chodnika niewielką kartkę z napisem insidethevolcano. W ostatniej chwili zdążyłem, inaczej pojechaliby beze mnie. Organizator miał błąd na stronie internetowej, co do miejsca odbioru. Ponadto na transport wynajął zewnętrzną firmę, która użycza mu mikrobusów. Przy tak wysokiej cenie, powinni postarać się o własny transport i okleić go solidnie, jak robą inne firmy. Wtedy nawet z daleka byłoby ich widać. A tak szukaj wiatru w polu, chodź, pytaj. Pewnym usprawiedliwieniem jest, że taki mikrobus zgarnia ludzi z hoteli, byłem jedyny który wybrał, że sam stawi się na miejscu odjazdu. W pierwszej opcji to kierowca musi odszukać klientów. Nic jednak nie poradzę, że nie przepadam za hotelami czy hostelami, wolę namiot. Najlepiej w odludnych miejscówkach, takich jak koło Perlan. No i przy intensywności mojego wyjazdu, nie mogłem przewidzieć ani zarezerwować jakiegoś noclegu w Reykjaviku. Jeszcze dobę wcześniej nie wiedziałem, że będę się wybierał do wulkanu Thrihnukagigur oraz nie byłem pewien czy na noc wrócę do Reykjaviku.

Na szczęście znalazłem mikrobus i chwilę po ósmej ruszyliśmy do celu. Kawałek za Reykjavik, do ośrodka narciarskiego Blafjoll w Blue Mountains. Około 35 kilometrów od stolicy (w linii prostej ze 20). Wkroczyliśmy w zimowe warunki. Ośrodek, chociaż nieczynny, śmiało mógłby działać, większość tras pokrywała gruba warstwa śniegu. Przewodnik opowiadał, że ma 30 lat i jeszcze takiej zimy nie widział jak ta ostatnia. Nigdy o tej porze nie było tutaj tyle śniegu. Do pokonania mięliśmy trzy kilometry pieszo, pieczołowicie wyznaczoną wąską ścieżką, jeszcze w budowie. Normalnie o tej porze, na początku czerwca, nie powinno być na niej śniegu, tylko wędrówka po polu lawowym. Tym razem, 75% trasy przebiegało po mokrym, miejscami kopnym śniegu (wysokość ok. 500m n.p.m.). Większość uczestników wycieczki nie była na to przygotowana. W jednej grupie może być do 15 osób, i prawie tylu nas było. Japończycy, Amerykanie, Australijczycy, Niemiec i jak się później okazało Polak pracujący w Danii w przemyśle okrętowym, będący akurat na robocie w Islandii. Jak sam przyznał, gdyby był Polakiem pracującym w Polsce, nigdy na taką wycieczkę do wulkanu nie byłoby go stać. To nie przypadek, że na wszystkich drogich wycieczkach na Islandii próżno szukać Polaków. Sami Islandczycy mówią, że sporadycznie jest na nich ktoś z Polski. Nie ma się co dziwić. Taka wycieczka do Thrihnukagigur, półdniowa, to koszt 39 000 koron od osoby czyli w zależności od kursów walutowych 1100-1150zł (prawie 300 euro). Miesięczne minimalne wynagrodzenie netto w Polsce (nikt z Islandczyków ani z moich rozmówców z krajów świata Zachodniego nie wierzył, że minimalne miesięczne wynagrodzenie może być dużo mniejsze niż u nich tygodniówka).

Moja chęć zobaczenia tego miejsca była trochę pogmatwana. Z jednej strony jest to wulkan, stąd moje zainteresowanie. Z drugiej strony, oglądając zdjęcia i materiały filmowe z wnętrza (m.in. National Geographic), widoki nie różniły się od tych, jakie oglądałem w kilku jaskiniach wulkanicznych na Islandii. Penetrowanych bezpłatnie albo za cząstkę wspomnianej przed chwilą kwoty. Dlatego od początku wiedziałem, że Thrihnukagigur nie jest warte tej wygórowanej ceny. I chciałem to potwierdzić. Zachęcał mnie też do odwiedzin, i to dwukrotnie, Leszek Cichy (himalaista). Przed wylotem na Islandię przyjrzałem się sprawie. Przekonania nie miałem. Decyzję podjąłem w ostatniej chwili, rzutem na taśmie. Okazało się, że są problemy z miejscami, tak dużo jest chętnych do wydania 300 euro. Wulkan Thrihnukagigur dostępny jest jedynie w miesiącach letnich. Tym co przeważyło szalę, była pewna osobliwość tego miejsca. Większość jaskiń na Islandii, wszystkie są pochodzenia wulkanicznego, to po prostu kanały, którymi płynęła lawa, pozostawiając po sobie pustkę - gdy przepłynęła. Są to poziome dłuższe i krótsze korytarze, w zależności czy zawalił się strop czy nie. W większości są płytko pod powierzchnią ziemi i odkrywa się je przez przypadek. Dzięki dziurze albo zawalonemu fragmentowi stropu. A Thrihnukagigur to coś zupełnie innego. To wulkan z jaskinią w kraterze, szczelinowym. Często lawa zastyga w kraterach, kruche skały zwalają się do środka, a tutaj pozostała pustka. O wysokości około 200 metrów. Dzięki zamontowanej specjalnej windzie, można zjechać na dół. Do wnętrza wulkanu. Islandczycy twierdzą, że to jedyne takie miejsce na świecie. Absolutnie wyjątkowe. A to musi kosztować. Rzeczywiście, znaleźć się wewnątrz wulkanu, z którego kilka tysięcy lat temu buchała lawa, jest ekscytujące. Zwłaszcza dla takiego maniaka wulkanicznego jak ja. Tylko ta cena.

I właśnie temu zagadnieniu poświęcę kilka zdań. Na wszystkie płatne eskapady podczas tej wizyty na Islandii otrzymałem zniżki od 10 do 50 procent. Nie mogę zdradzić mechanizmów tych największych obniżek, bo zostałem poproszony o dyskrecję. Ale pokazuję, że jest taka możliwość. Zazwyczaj zwykłe zapytanie o zniżkę pozwala uzyskać rabat 10 procent. Co przy islandzkich cenach jest odczuwalne. Większe też czasami można w ten sposób uzyskać, aczkolwiek mnie pomagało powoływanie się na realizowany PROJEKT 100 WULKANÓW albo pytanie typu co musiałbym zrobić, aby dostać 30 albo 50 procent zniżki? Bez wątpienia plus stanowiła pora roku, jeszcze przed głównym sezonem. W lecie Islandczycy mają mniejszą chęć do dawania zniżek, bo nie muszą. Klientów nie brakuje. Oczywiście, nie dotyczy to wszystkich atrakcji. Zwyczajowo są duże zniżki dla dzieci (aczkolwiek są pewne ograniczenia wiekowe, ze względu na skalę trudności czy niebezpieczeństwa eskapady), mniejsze dla starszych. Grupa również może powalczyć o spory rabat. Działając w pojedynkę jak ja, trzeba się nieraz cieszyć z samej szansy realizacji wyjazdu, dołączenia do grupy. Przy większej liczebności, karta przetargowa ulega diametralnej zmianie. Także za rezerwację kilku wyjazdów z tą samą firmą mamy szansę na spore obniżki cen. Dlatego nie bójmy się pytać o zniżki i rabaty, nie tylko na Islandii.

Poruszałem się ponownie ze swoim dobytkiem, czyli dużym plecakiem. Zostawiłem go w  jednym z budynków ośrodka narciarskiego Blajfoll. Kierowca wracał do Reykjaviku, odebrać miał nas inny. Ruszyliśmy do wulkanu, po dosyć płaskim terenie. Sporo chmur nad głowami, ale i czasami słońce. Niecałe pięć stopni Celsjusza na termometrze. Szczupli Japończycy dotrzymywali kroku, otyli Amerykanie, zostali gdzieś daleko w tyle. Przed niewielkim stożkiem wulkanicznym postawiono kilka kontenerów, w których między innymi kuchnia i pomieszczenie na sprzęt. Na dół zjeżdża się w 5-6-osobowych grupach. Trafiłem do pierwszej. Ale wpierw bezpłatna kawa, potem ubranie uprzęży, kasku i czołówki. I w drogę, kawałek pod górę, w dolnym fragmencie pomiędzy śnieżnymi zaspami. Chociaż otwór do krateru w którym zamontowano windę jest niewielki, to w dole jest potężna komora. Wpięcie do systemu bezpieczeństwa na wypadek zerwania windy (praktycznie nieprawdopodobne) i zjazd 120 metrów w dół.

Wulkan Thrihnukagigur - kolejna wspaniała nazwa - znaczny miej więcej Krater Trzech Szczytów. Dlatego, bo wulkan ma trzy kratery, a tak naprawdę trzy szczeliny. Wulkany szczelinowe, niezbyt częste, to "specjalność" Islandii. Thrihnukagigur ostatni raz wykazał się aktywnością ponad 4000 lat temu i nic nie wskazuje, by miał się obudzić. Pomimo, że w okolicy są aktywne wulkany. Wierzchołek wznosi się około 35m nad płaskowyż - jakieś 550m n.p.m. - aczkolwiek od strony Reykjaviku jest koniec masywu Blue Mountains i świetna panorama. Otwór do krateru ma wymiary zbliżone do 4 x 4 metry (50x70m na dnie). W komorze zmieściłyby się trzy pełnowymiarowe boiska do koszykówki, a na wysokość - od dna krateru - półtora najsłynniejszego islandzkiego kościoła Hallgrimskirkja, albo prawie trzy Statuy Wolności z Nowego Jorku, bez cokołu. Przy czym zasadnicza część dna znajduje się 120-130 metrów pod ziemią, a gdyby uwzględnić najniższy wąski punkt położony około 200 metrów pod ziemią, zmieściłoby się jeszcze więcej tych budowli.

Dzięki temu, że lawa po erupcji prawdopodobnie odpłynęła kanałami w dół masywu, mamy możliwość zobaczenia serca wulkanu. Inna teoria mówi, że lawa zastygła w jego ścianach, lecz ta pierwsza wydaje się pewniejsza. Nie należy się obawiać ponownej erupcji, lecz erozja robi swoje. Nie można wykluczyć, że ściany i strop kiedyś się zawalą (kiedyś może oznaczać tysiące lat). Wtedy owa atrakcja przestanie istnieć. Oby w tym czasie nikogo nie było w środku.

  • Na zdjęciach:
  • 1-5) Reykjavik.
  • 6-13) Ośrodek narciarski Blafjoll i droga do wulkanu Thrihnukagigur (Blue Mountains).
  • 14-21) Bezpośrednia okolica  i masyw wulkanu Thrihnukagigur.
  • 22-38) Wulkan Thrihnukagigur.
Opublikowano w Blog

Kontrowersyjny tytuł? Do wiosny 2010 roku byłby wręcz idiotyczny. Hekla dotychczas nosiła miano najbardziej znanego wulkanu na Islandii. Może komuś obiły się o uszy nazwy wulkanów: Laki czy Katla albo Askja. Głośne swego czasu były: erupcja wulkanu Surtsey, kiedy narodziła się wyspa o tej samej nazwie i pobliska erupcja wulkanu Eldfell, która zniszczyła część miasta Vestmannaeyjar na wyspie Heimaey. Sympatycy wulkanów mogli słyszeć o najaktywniejszym wulkanie pod lodowcem Vatnajokull - Grimsvotn, a miłośnicy Juliusza Verne w powieści "Podróż do wnętrza ziemi", o wulkanie Snaefellsjokull.

Od wiosny 2010 jest nowa wulkaniczna "gwiazda" na Islandii, nazywa się Eyjafjallajokull (masyw Eyjafjoll). Chociaż mało kto potrafi wymówić nazwę, ludzie kojarzą rok i islandzki wulkan z trudną nazwą, który narozrabiał. Jego potężna i niespodziewana erupcja doprowadziła do odwołania ponad 100 tysięcy lotów i strat linii lotniczych wynoszących ponad 1,5 miliarda dolarów, a wliczając straty portów lotniczych i innych firm z tego segmentu - około 2 miliardów dolarów. Problemy dotknęły około 10 milionów pasażerów. Erupcja wulkanu spowodowała, iż wielu oficjeli, w tym głów państw oraz premierów, nie mogło przybyć na pogrzeb prezydenta Lecha Kaczyńskiego i jego małżonki, którzy zginęli wraz z pozostałymi dziewięćdziesięcioma czterema członkami delegacji i obsługi samolotu, na skutek katastrofy lotniczej w rosyjskim Smoleńsku 10 kwietnia 2010 roku. Loty uniemożliwiał popiół wulkanicznych unoszący się w przestrzeni powietrznej nad Europą i Ameryką Północną.

O Eyjafjallajokull trąbiły wszystkie środki masowego przekazu na całym świecie. Wulkan zyskał ogromny rozgłos, warty miliardy dolarów. Tyle trzeba zapłacić, by zagościć na czołówkach gazet, czerwonych paskach, w licznych artykułach, programach, komentarzach. Nie od dziś jednak wiadomo, że media lubią wybuchowe i śmiertelnie groźne wydarzenia. Nic tak nie przyciąga ludzi do ekranów i gazet.

Jakkolwiek nazwa wydaje się trudna do wymówienia, jest jedną z łatwiejszych islandzkich nazw. Eyjafjallajokull należy czytać Ejjafjatlajokutl, a tłumaczyć tak: Eyja znaczy wyspa, fjalla - góra, jokull - lodowiec. Jak spojrzymy na wulkan, zrozumiemy skąd się wzięła.

Na Islandii kandydatów do erupcji co roku jest kilku, ale nikt nie zaliczał do nich Eyjafjallajokull, który przed 2010 rokiem wybuchł w latach 1821-1823. Wszyscy raczej spodziewali się erupcji Hekli, która średnio co około 10 lat dawała znać o sobie. Ma już spore opóźnienie. Grimsvotn także daje regularnie znać o sobie, chociaż niektóre erupcje są jedynie podlodowcowe. Ostatni raz miało to miejsce w 2011 roku, tak samo jak w przypadku Katli, kandydata do wielkich erupcji, sąsiada Eyjafjallajokull. Ostatnie trzy erupcje Katli w latach: 1955, 1999 i 2011 - są niepotwierdzone. Przypuszcza się, że były niewielkie, podlodowcowe. Ostatnia potwierdzona miała miejsce w 1918 roku. Potężna. I takiej spodziewają się islandzcy wulkanolodzy. Tutejsze wulkany nie wybuchają z dużą częstotliwością, za wyjątkiem Hekli i Grimsvotn. Niektóre dają znać o sobie raz na kilkaset lat, inne raz na sto. Nic nie wskazuje, by Eyjafjallajokull miał znowu wybuchnąć, ale nic nie jest wykluczone.

Od erupcji w 2010 roku Islandia i jej wulkany stały się modne. Dlatego erupcja systemu wulkanicznego Bardarbunga z lat 2014-2015 zajęła poczesne miejsce w mediach, mimo że nie zagrażała ani lotnictwu (minimalnie w rejonie erupcji) ani ludziom (wcale), bo wulkan położony jest głęboko w islandzkim Interiorze, niezamieszkałym. Gdy budził się do erupcji w sierpniu 2014, znajdowałem się w jego pobliżu. Gdyby nie Eyjafjallajokull kilka lat wcześniej, media nie zainteresowałyby się Bardarbungą, który skądinąd wyrzucił ze szczelin sporo lawy. Jego erupcja znajdowała się daleko od zlodowaconego wierzchołka o wysokości 2005m n.p.m. Większość wulkanu jest pod lodowcem Vatnajokull.

Islandczycy mówią, że wulkany u nich wybuchają średnio co około 5 lat, ale częstotliwość ta uległa zaburzeniom. W ostatnim piętnastoleciu potwierdzone zostały cztery erupcje. Wszystkie spektakularne. Jak na liczbę tutejszych wulkanów liczba erupcji nie jest imponująca. Są miejsca na świecie z dużo większą częstotliwością wybuchów, chociażby w Indonezji.

Erupcja Eyjafjallajokull w 2010 roku była trochę nietypowa. Wpierw doszło do niewielkiej erupcji wylewnej na przełęczy Fimmvorduhals, wysokości do ok. 1100m n.p.m. (lawa płynęła w dniach 20 marzec - 12 kwiecień). Nawet sądzono, że jest związana z systemem wulkanicznym Katli. Przełęcz znajduje się pomiędzy nią a Eyjafjallajokull. Wyraźny kawałek od centralnych kraterów. Ta niewielka erupcja doprowadziła do powstania dwóch stożków wulkanicznych: Magni 1075m i Módi 1040m. Lawa wypływała także ze szczelin, kierując się na północ. Fimmvorduhals jest szeroką przełęczą, kilkukilometrową, trochę w górę, trochę w dół, położona pomiędzy czapami lodowymi Myrdalsjokull (ok. 595km2, czwarty lodowiec w Islandii) i Eyjafjallajokull (ok. 78km2). Erupcja miała miejsce w jej północnej części. Odwiedziłem to miejsce w 2 sierpnia 2014 roku (od Basar na północy poprzez miejsce erupcji 2010, Magni & Módi, pole lawowe, po schroniska Fimmvorduskali i Baldvinsskali od strony Skógar). Mimo upływu ponad 4 lat, lawa parowała, a dziesięć centymetrów pod powierzchnią miała 200°C. A pamiętajmy, że to rejon o sporej wysokości jak na Islandię, gdzie niskie temperatury, a przez większość roku pokrywa śnieżna, po sąsiedzku lodowce. Oto filmy z tego miejsca Fimmvorduhals-Eyjafjallajokull-wersja dłuższa i Fimmvorduhals-Eyjafjallajokull-wersja krótsza.

W dniu 14 kwietnia 2010r., osiem kilometrów na zachód od stożków Magni i Módi, doszło do potężnej erupcji z krateru głównego, eksplozywnej. Miejscowa ludność opowiadała mi, że rejon Eyjafjallajokull miał podwyższoną aktywność już pod koniec 2009 roku. Dużo mikrotrzęsień ziemi plus większe wstrząsy, zwiększona temperatura. Ponoć dopiero pół godziny przed główną erupcją miejscowi wulkanolodzy byli pewni, że nastąpi. To pokazuje, jak nadal wulkany są nieprzewidywalne, dla nas ludzi. Jedni z najlepszych wulkanologów na świecie, nie byli wstanie przewidzieć erupcji Eyjafjallajokull po blisko dwustu latach uśpienia. Imponująca erupcja zakończyła się 22 maja, aczkolwiek za jej definitywny koniec przyjęto 23 czerwca 2010 roku. Miała siłę VEI 4. VEI - indeks eksplozywności wulkanicznej jest otwarty, ale największe zanotowane erupcje miały siłę VEI 8 (więcej niż 1000km3). W ostatnim milionie lat były takie trzy (Taupo, Toba, Yellowstone). VEI 4 to erupcja o sile większej niż 0,1km3 i nie przekraczającej 1km3 (objętość wyrzuconych materiałów piroklastycznych, w tym popiołów), erupcja typu Pelean lub Plinian(Vesuvian), wyrzucająca gazy i popioły na wysokość 10-25km, trwająca kilka miesięcy-rok. Takie są cechy erupcji o tej sile. Skalę VEI wymyślili naukowcy z uniwersytetu na Hawajach.

Na skutek erupcji lodowiec został częściowo zniszczony, w tym dotychczasowa główna droga wejściowa na wierzchołek od strony północno-zachodniej. Erupcja spowodowała również gwałtowne topnienie lodu i śniegu, a więc powódź. Przed najniżej schodzącym jęzorem lodowcowym Gigjokull powstało spore jezioro (filmy: lodowiec Gigjokull i droga do Thorsmork). Wulkan wyrzucił 0,7-0,8km3 materiałów piroklastycznych (tephra). Rannych ani ofiar śmiertelnych nie było, co raczej nie dziwi, bo okolica jest słabo zamieszkana. Popiół który osiadł w okolicy utrudnił wypasanie owiec, sprawił trudności osobom z chorobami dróg oddechowych czy płuc i wymusił wielkie sprzątanie. Największe reperkusje odczuło lotnictwo. Popiół z wulkanu dotarł do większości Europy, części Ameryki Północnej, fragmentu Azji. Wpływ na wielkość popiołów miał fakt erupcji z pod lodowca. Woda oraz para wodna doprowadziły do rozdrobnienia materiałów piroklastycznych, popiół i drobinki krzemionki oraz wiatry zmusiły do zamknięcia przestrzeni powietrznej na ogromnym obszarze (począwszy od 14 kwietnia). Popiół np. osiadł na samochodach w Wielkiej Brytanii. Pod koniec kwietnia spora część przestrzeni powietrznej została otwarta, a producenci silników lotniczych głowili się nad ustaleniem ile wulkanicznych cząsteczek i jakiej wielkości w powietrzu szkodzi ich produktom. Od zamachów w USA z 11 września 2001 roku nie było takich reperkusji w światowym lotnictwie. Gdyby nie one, Eyjafjallajokull nie odniósłby takiej sławy.

Obie erupcje z roku 2010 - na przełęczy Fimmvorduhals i z krateru szczytowego Eyjafjallajokull pochodzą z tych samych komór magmowych. Nie jest to jedna komora jak pod Katlą, tylko seria poziomych tuneli wypełnionych płynna magmą. W roku 2010 znalazła dwa ujścia, które skutkowały dwoma erupcjami w dwóch różnych miejscach.

Rok wcześniej udało mi się przyjrzeć miejscu erupcji w rejonie przełęczy Fimmvorduhals. Teraz pojawiła się okazja osiągnięcia wierzchołka Eyjafjallajokull (około 1610-1660m n.p.m.), na skraju krateru. Gdyby doszło w momencie przebywania tam do erupcji, nikt by nie przeżył, ale ryzyko było minimalne. Przez pięć lat śnieg i odbudowujący się lodowiec ukrył zniszczenia z 2010 roku. Spodziewałem się też chmur i opadu śniegu, ograniczonej widoczności. Eyjafjallajokull wrócił do fazy uśpienia, kiedy kolejny raz wybuchnie, nie wiadomo. Równie dobrze jutro jak i za tysiąc lat, aczkolwiek zapewne co najmniej raz w okresie do dwustu lat. Niewielka czapa lodowa, która pokrywa wierzchołek, ucierpiała podczas erupcji z 2010 roku i stała się bardziej niebezpieczna do wędrówki niż wcześniej. W tym roku liczne szczeliny pokrywała masa  śniegu, co dobrze wróżyło.

Na zdjęciach: dojazd pod wulkan Eyjafjallajokull i zdobywanie wierzchołka do wysokości około 1300m n.p.m.

Opublikowano w Blog
czwartek, 25 czerwiec 2015 18:35

Półwysep Reykjanes i Reykjavik (Islandia)

Jestem na lotnisku w Keflaviku, który generuje niemal sto procent lotniczego ruchu międzynarodowego na Islandii. Obsługuje ponad dziesięć razy więcej pasażerów niż jest mieszkańców wyspy. Statystyki lotniska mówią o ponad 3 milionach osób rocznie i liczby rosną. W 2014 roku Islandię odwiedziło milion turystów, na rok 2015 spodziewano się trzystu tysięcy więcej. 50km do Reykjaviku można pokonać na różne sposoby. Dwa najpopularniejsze to wynajęty samochód albo autobus. Przy tej drugiej opcji są trzy możliwości. Dwie prywatne filmy i jedna miejska. Ceny od 1600 do 2400koron w jedną stronę (kurs podczas pobytu wahał się pomiędzy 134-142 korony za 1 euro, około 2,70-2,80zł za 100 koron). Najwygodniej i najszybciej jest flybusem albo grayline, a najtaniej i najdłużej autobusem miejskim linii 55, z której praktycznie nikt nie korzysta. Rok wcześniej przetestowałem prywatną ofertę, tym razem chciałem publiczną. Niestety nikt nie potrafił mi wskazać skąd odjeżdża autobus linii 55, ani gdzie przyjeżdża. Ani pracownicy lotniska, ani kierowcy konkurencji (chyba że nie chcieli).

Przed opuszczeniem lotniska kupiłem korony w kantorze, by nie zawracać sobie później głowy tym tematem. Pomyślałem, że jak będę szedł piechotą asfaltową drogą na Reykjavik, to zauważę jakiś przystanek autobusowy. Otóż błąd, nie ma ich przy głównej drodze, ale nie musiałem sobie tym zawracać głowy. Jeszcze nie wyszedłem z terenu lotniska a zatrzymała się przy mnie młoda dziewczyna oferując podwózkę do Reykjaviku. Urodziła się w Hiszpanii, na Islandię przyjechała w czwartym roku życia. Odwoziła tatę na lotnisko. Pochodziła z miasteczka Stykkishólmur, które planowałem odwiedzić. Zachęciła mnie do tego jeszcze bardziej, informując o muzeum wulkanów, które od niedawna tam działa.

Poprosiłem o wysadzenie przy autobusowym terminalu BSI. To jeden z kilku w Reykjaviku, co jest swego rodzaju absurdem. Miasto liczy zaledwie 120 tys. mieszkańców a ma kilka dworców autobusowych. BSI to terminal dla turystów, obsługujący trasę na lotnisko (można dopłacić i mikrobusem zostać podwiezionym do naszego miejsca noclegu) oraz turystyczne autobusy wyruszające do różnych islandzkich miejsc. Nieprzyzwoicie drogie, jak prawie wszystko na Islandii. Dalekobieżne autobusy komunikacji publicznej, dużo tańsze ale nadal bardzo drogie, odjeżdżają z innego miejsca, a autobusy komunikacji miejskiej i podmiejskiej mają węzły przesiadkowe porozrzucane po Reykjaviku i okolicach. Bardziej tego skomplikować się nie da. BSI terminal interesował mnie z innego powodu. Niedaleko jest zalesione wzgórze Oskjuhlid (61m n.p.m.), na którym planowałem rozbić namiot. Bo to nie prawda, że na Islandii nie ma lasów. Jest ich całkiem sporo, chociaż niewielkich obszarowo, w niektórych miejscach drzewa za wysoko nie wyrosły. Sztucznie się je sadzi od kilkudziesięciu lat.

Mój główny plecak ważył 24kg a podręczny 9kg. Z jednym nawet ciężkim wędruje się wygodnie, z dwoma już nie. Niestety, elektronika, jedzenie, sprzęt wspinaczkowy - swoje ważyły. Na wielodniową pieszą wędrówkę spakowałbym się inaczej, ale na Islandii lepiej mieć coś na czterech kołach. Najlepiej 4 x 4, jeżeli chcemy zobaczyć prawdziwą Islandię a nie ucywilizowane fragmenty. Wariant off roadowy przerobiłem rok wcześniej, ale i tym razem planowałem używać pojazdów mechanicznych, by dotrzeć do miejsc docelowych. Z nich i tak czekało mnie dużo chodzenia, ale z małym plecakiem. Lecz pierwszego dnia na Islandii nie miałem wielkich planów. Zwiedziłem solidnie Perlan (The Pearl), budynek z charakterystyczną szklaną kopułą, tarasem widokowym, restauracją i sztucznym gejzerem. Nic specjalnego, za to zdałem sobie sprawę z zupełnie odmiennych warunków niż w zeszłym roku. Okoliczne góry wtedy prezentowały się szaro, z pojedynczymi niewielkimi płatami śniegu. Teraz od około 200m n.p.m. było biało. Normalna zima. To dobrze dla moich celów górskich, niedobrze dla innych planów. W rejonie wzgórza są amerykańskie bunkry z czasów II Wojny Światowej i miejsce z kolejnym sztucznym gejzerem, nie działał, za to wydobywało się trochę naturalnej pary wodnej i siarkowodoru. Pod Reykjavikiem nie brakuje termalnych wód, a w pobliżu aktywnych i drzemiących wulkanów. Przed poszukiwaniami miejsca na rozbicie namiotu odwiedziłem niewielkie termalne kąpielisko Ylstrondin Nauthólsvik nad zatoką Fossvogur, a potem wróciłem do lasu koło Perlan i krajowego lotniska. Potężne drzewa jak na Islandię, alejki wykorzystywane przez rowerzystów i miłośników biegania. Namiot rozbiłem blisko kulminacji wzgórza, w ustronnym miejscu. Nie potrzebowałem wiele miejsca, a podłoże trawiasto-mchowe zapewniało wygodę, rzadką na Islandii poza campingami. Las chronił od wiatru, bardzo umiarkowanego pierwszego dnia pobytu. Inne pogodowe parametry: 5-6 stopni Celsjusza, sporo chmur, ale chwilami trochę słońca, czym bliżej wieczoru, tym więcej tego pierwszego i niewielkie opady deszczu. Całkiem przyzwoicie jak na Islandię. Na noc o tej porze roku na tych szerokościach geograficznych nie miałem co liczyć, trzeba się przyzwyczaić do panujących jasności przez całą dobę. Co zresztą jest bardzo wygodne. Gdy zjadłem kolację dochodziła dwudziesta, przygotowałem plecak do szybkiego spakowania kolejnego dnia. Praktycznie codziennie czekało mnie całkowite rozpakowywanie i pakowanie. Przez namiot i śpiwór, które zajmowały sporo miejsca w 70-litrowym plecaku, a wokół nich upchałem pozostałe rzeczy. Minimalne temperatury jakie zmierzył w nocy termometr wyniosły: +6°C w namiocie i  +4°C na zewnątrz.

Dzień 2, 24 maj 2015. Wstałem wcześnie, szybkie pakowanie, jedzenie, by przed 8:30 wyczekiwać przed terminalem BSI. Pojazdu, który zabierze mnie na 8-godzinną wycieczkę po półwyspie Reykjanes (organizator: sternatravel). Rok wcześniej trochę już się po nim włóczyłem, nastał czas na kontynuację. Do wycieczki przekonała mnie trasa i cena. Ta ostatnia wynosiła około 150zł, co jak na islandzkie warunki, było jak za darmo. W miarę punktualnie podjechał mikrobus, który przywiózł mnie obok kościoła Hallgrimskirkja. Tutaj przesiadłem się do mini autobusu, na 20kilka miejsc. Wyruszyliśmy w składzie: piątka uczestników i kierowca, który stwierdził: dla was mała liczba jest dobra, dla mojego pracodawcy - nie. Oprócz mnie trójka Amerykanów, w tym starsza para z Kalifornii, z pochodzenia Belgowie oraz Brytyjczyk. Pierwszy przystanek to Blue Lagoon (Błękitna Laguna), tutaj zostawiliśmy młodą Amerykankę, która przed wylotem do Nowego Jorku, chciała zaznać kąpieli w najsłynniejszym i najbardziej komercyjnym islandzkim termalnym kąpielisku. Miała dwie i pół godziny na wszystko, a my pojechaliśmy dalej. Pierwsza atrakcja, najbardziej mnie interesująca, to pole geotermalne Seltun-Krysuvik. Krysuvik to także aktywny wulkan. Cała okolica należy do najbardziej aktywnych sejsmicznie w Islandii, a na głębokościach mniejszych niż tysiąc metrów, temperatura przekracza dwieście stopni Celsjusza. Jak to na zorganizowanych wycieczkach, których bardzo nie lubię, został nam wyznaczony czas nieadekwatny do potrzeb. Od razu umówiłem się z Brytyjczykiem w średnim wieku na niesubordynację i co najmniej dwukrotne wydłużenie czasu. To pozwoliło na dokładne przyjrzenie się termalnym źródłom, kolorowym nalotom i wejście na wzgórze (wulkan) Krysuvik, gdzie nie tylko fajne widoki, ale przede wszystkim fumarole - wysokotemperaturowe ekshalacje charakterystyczne dla aktywnych wulkanów. Zdążyłem nawet na krótko odwiedzić sąsiednie pole geotermalne Fulipollur. Nasz kierowca trąbił, potem marudził, ale zrozumiał zainteresowanie naszej dwójki tym miejscem. Myśmy niedługo później z kolei zrozumieli dlaczego wyznaczył tak mało czasu na tą atrakcję. Mianowicie w miasteczku rybackim Grindavik, przez które już przejeżdżaliśmy tego dnia, zawiózł nas do kawiarni, zachwalając zupę. Jedyne 50zł za talerz - co jest normalną tutaj ceną. Układ jest prosty. On przywozi turystów, w zamian je i pije za darmo, chyba że jeszcze odpalają mu jakiś procent od sprzedaży na rzecz uczestników wycieczki? Gdybyśmy wiedzieli o tej kawiarni, jeszcze dłużej siedzielibyśmy w Seltun. Cała nasza czwórka poprzestała na kawie po 500 koron (blisko 15zł). Z Grindavik wróciliśmy po Amerykankę do Blue Lagoon oraz zrobiliśmy spacer po okolicy. To teren systemów wulkanicznych Reykjanes-Grindavik-Vogar i Krysuvik-Seltun-Trolladyngja (na półwyspie są jeszcze dwa inne systemy: Brennisteinsfjoll obok Krysuvik i Hengill w rejonie Hveragerdi). Kąpielisko położone jest wśród całkiem młodych law, które wypłynęły z porozrzucanych po okolicy szczelin. Komora magmowa znajdująca się w tej okolicy doprowadziła do budowy kilku elektrowni geotermalnych. Blue Lagoon zawdzięcza istnienie jednej z nich - Svarstengi "Odpady" termalnej wody z elektrowni oraz okoliczne źródła odpowiadają za istnienie kąpieliska. Z kolei odpady z Blue Lagoon stworzyły turkusowe zbiorniki wodne w zagłębieniach pola lawowego. Ale woda w nich jest letnia, to informacja dla tych, co chcieliby zaoszczędzić 40 euro(w sezonie) za wejście na teren laguny. Warto wydać te pieniądze. Blue Lagoon (Błękitna Laguna) jest islandzkim odpowiednikiem egipskich piramid. Wielką atrakcją tego kraju, położoną w bardzo efektownej scenerii - termalna woda wypełnia zagłębienia w lawie. Rok wcześniej się tam taplałem, co można zobaczyć TUTAJ i TUTAJ.

Z Blue Lagoon przez Grindavik dotarliśmy w rejon elektrowni geotermalnej Reykjanes i pola geotermalnego Gunnuhver, które eksplorowałem rok wcześniej (znajduje się tam największy geotermalny krater na Islandii). To  również tereny wulkanu noszącego nazwę tą samą co półwysep i elektrownia. Ta ostatnia, pracuje dzięki parze i wodzie pozyskiwanej z głębokości 2700m o temperaturach 290-320°C. Mijając najstarszą islandzką latarnię morską Reykjanesviti z 1929 roku - zbudowaną na miejscu starszej - zatrzymaliśmy się na wulkanicznym klifie zwanym w tej części - Reykjanesta. Oprócz efektownych klifów (do blisko 80m wys.), law, oferuje atrakcyjne krajobrazowo wulkaniczne skały i skalne wyspy w Atlantyku. Połączenie czarnych law i białych fal wzburzonego oceanu wygląda atrakcyjnie. Na zboczach klifów żyje sporo ptaków. Niedaleko stąd znajduje się Bridge Between Continents z 2002r. (Midlina, Mid-Point, 18m dł., 6m nad dnem kanionu) czyli most między kontynentami, płytą euroazjatycką i północnoamerykańską (odsuwają się od siebie o 2cm rocznie). Mieści się w okolicach Sandvik. Sam most i pęknięcie w tym miejscu nie imponują, ale zważywszy na łatwą dostępność tego miejsca i egzotyczność, cieszą się popularnością. Niewiele osób miało możliwość zobaczyć na własne oczy miejsce styku dwóch płyt kontynentalnych, przy czym zjawisko to można obserwować w wielu różnych miejscach Islandii. Jeżeli sam most z kłódkami miłości - ta moda dotarła nawet tutaj - nie wzbudził mojego entuzjazmu, to okolica jak najbardziej. Warto po niej pochodzić i przyjrzeć się większym i ciekawszym pęknięciom tektonicznym, pokrywie lawowej. Koło mostu przejeżdżałem rok wcześniej z równie przeciętnym entuzjazmem, wtedy nie miałem czasu na spacer po okolicy, teraz owszem.

Odwieźliśmy na lotnisko Amerykankę i wjechaliśmy do Keflaviku, kierowca nam pokazał okolicę, w której się wychował. Zatrzymaliśmy się przy Muzeum Vikingów nad zatoką Faxaflói, stosunkowo młodej inwestycji. Co w środku? W zasadzie nic ciekawego. Największą atrakcją jest zrekonstruowana łódź Vikingów. Nie wiem czy to standard, ale zwiedzanie odbywało się za darmo. Po 15 minutach cała nasza czwórka znudzona czekała na kierowcę, który wdał się w długą, ponad półgodzinną rozmowę z miejscowymi. W Islandii podobnych muzeów jest mnóstwo i powstają kolejne jak grzyby po deszczu. A grzybów - czerwonych kozaków - w lecie na Islandii jest zatrzęsienie i nikt ich nie zbiera. Tak naprawdę, tutaj są lekko pomarańczowe. Owe liczne niewielkie muzea prezentują różne rzeczy, dla przeciętnego turysty najczęściej mało atrakcyjne, za to są płatne. Przy zarobkach islandzkich są to kwoty groszowe, ale płacić za byle co 10 euro, marny pomysł. Muzeom towarzyszy często kafejka i sklepik z pamiątkami.

Nasz kierowca z Muzeum Vikingów zabrał nas w jeszcze jedno miejsce, do Parku Elfów w Hafnarfjordur. Ładny niewielki park pośród lawowych skałek, aczkolwiek szkoda czasu, by specjalnie tu przyjeżdżać. Rozmawialiśmy ze spacerowiczami, okazało się, że wierzą w elfy i mówili żeby nie dotykać skał, bo to domy elfów, a ich dotykanie spowoduje brak szczęście w życiu.

Podsumowując wycieczkę, półwysep Reykjanes to Islandia w pigułce. Znajdziemy tu aktywne wulkany, pola geotermalne i termalne kąpieliska. Pola lawowe oraz jaskinie, międzykontynentalne pęknięcie tektoniczne. Niewysokie góry, klify, skały w oceanie, jeziora, punkty obserwacji ptactwa. Cieszy się dużą popularnością za sprawą dobrej sieci dróg i bliskości Reykjaviku.

Nasz kierowca pełnił dodatkowo funkcję przewodnicką i trzeba przyznać, udzielił wielu ciekawych informacji. Na imię miał Herman, wiek około 60-tki. Zacznę od Vikingów. Otóż nigdy nie używali hełmów z rogami, to wymysł jednego z malarzy, którzy przeniósł się do powszechnej świadomości. Vikingowie porywali najładniejsze kobiety m.in. z Irlandii i Szkocji, następnie sprowadzali na Islandię. Typowa Islandka to blondynka. Niestety mam obiekcje co do słowa "najładniejsze", nie jest z tym najlepiej. Herman powiedział nam, że w promieniu godziny jazdy samochodem od Reykjaviku mieszka 250 000 ludzi, w całej Islandii mieszka niewiele ponad 300 000. W promieniu 25 minut jazdy 200 000. Chociaż encyklopedie podają, że w Reykjaviku mieszka 120 000, on stwierdził, iż w samym Reykjaviku 60 000, a wraz z gminami przylegającymi 120 000, cała aglomeracja to ponad 200 000 ludzi. Tłumaczył, że Islandczyk chce mieć pracę koło domu, dojazd dłuższy niż 20 minut nie wchodzi w rachubę. Szkoda marnować tyle czasu na dojazdy. Warto pamiętać, że na Islandii w 20 minut można zazwyczaj bez przeszkód pokonać około 30 kilometrów. Islandczycy są leniwi i nie lubią się przemęczać - rzekł Herman. Amerykanie zapytali go o emigrantów i dowiedzieli się, że najwięcej jest Polaków, dużo też Tajów, dla których islandzki klimat jest mało przyjazny. Amerykanie z kolei mnie zapytali, czemu emigrujemy? Przecież jesteśmy w Europie i zarabiamy tyle co Niemcy czy Brytyjczycy. Fajnie by było, ale to marzenia ściętej głowy. Gdy powiedziałem, ile wynosi minimalna pensja w Polsce i że większość pracujących zarabia pomiędzy 2 a 3 tysiące złotych, nie uwierzyli mi, stwierdzając: za to się nie da przeżyć w Europie.

Po ośmiu godzinach wróciliśmy do Reykjaviku po przejechaniu jakichś 250km. Poprosiłem o wysadzenie przy terminalu autobusowym Mjódd. Terminal to za duże słowo, po prostu węzeł autobusowy z licznymi niezadaszonymi przystankami. Stąd startują do Hófn czy Akureyri. Miałem szczęście, za 15 minut o 17:30 odjeżdżał autobus nr 51 do Skaftafell (docelowo do Hófn). Raczej zakładałem, że będę poszukiwał miejsca na rozbicie namiotu w zurbanizowanej okolicy, aniżeli załapię się jeszcze na jakiś autobus do Skaftafell. Autobusy komunikacji miejskiej na Islandii są bardzo drogie, za 320km zapłaciłem 8800 koron, czyli 240 złotych. Długodystansowe autobusy, kursujące przede wszystkim w okresie letnim, uruchamiane są zwłaszcza z myślą o turystach. Inaczej musieliby wynająć samochód, tak robi zresztą większość. Autobusy jeżdżą rzadko i w niektóre tylko miejsca. Najlepszym i najtańszym środkiem transportu jest wynajęty samochód. Na Islandii najtańszy to tak naprawdę oznacza drogi, ale samochód dostarcza dużo swobody, a bez niej ciężko zwiedzać Islandię. W niewiele wyższej cenie od mojego biletu można przed sezonem letnim bez uprzedniej rezerwacji i promocji wynająć mały samochód osobowy na dobę. Dojdzie jeszcze paliwo. Ale jakbym policzył bilet powrotny na dzień następny, to auto plus paliwo wyjdzie taniej niż komunikacja publiczna i to dla jednej osoby. Przy dwóch i więcej można dużo zaoszczędzić. Lecz w tym wypadku nie było to dla mnie opłacalne rozwiązanie, bo do Skaftafell wybierałem się na kilka dni z planami górskich wędrówek. Za nie używane auto też trzeba płacić.

Prawie pusty autobus wyruszył punktualnie. Do ich funkcjonowania dopłacają gminy. Pierwszy odcinek biegnie przez Blue Mountains, niewielkie góry koło Reykjaviku, zasobne w termalne wody, stąd pobudowano tam potężne elektrownie geotermalne widoczne ze słynnej drogi nr 1 okrążającej Islandię (Ring Road). Już od 200m n.p.m. przy drodze leżało sporo śniegu, co o tej porze roku nawet na Islandii nie jest codziennością. Przez Hveragerdi dojechałem do Selfoss, gdzie zmieniłem autobus. Prowadził go polski kierowca, Łukasz Po drodze miałem widoki na znane mi miejsca: wyspy Vestmannaeyjar, pustynie Myrdalssandur, Skeidararsandur i wodospad Seljalandsfoss, na krótko zatrzymaliśmy się przy Skógafoss - jednym z ładniejszych islandzkich wodospadów, pod którym spałem rok wcześniej. W Vik nastąpiła kolejna przesiadka do autobusu z innym polskim kierowcą - Andrzejem, a w barze przy stacji benzynowej pracowała Polka. Kupiłem tutaj chleb tostowy(innego brak), którego w Skaftafell się nie uświadczy. Liczebność Polaków nie powinno nikogo dziwić, stanowią 10% populacji Islandii, ponad 30 tysięcy osób, więcej jest tylko Islandczyków. Polacy opanowali wiele różnych miejsc pracy na wyspie. Kierowcy, budowlańcy, pracownicy hut aluminium i elektrowni, pracownicy barów, restauracji, sklepów, marketów, wypożyczalni samochodów, przetwórni ryb oraz portów. I pewnie wielu innych. Jak tak dalej pójdzie skolonizujemy Islandię tak jak kolonizujemy spore fragmenty Wielkiej Brytanii. Dobrze tu płacą, pracuje się w przyjaznych warunkach. Podczas tego wyjazdu wielokrotnie pytałem i Islandczyków i Polaków, jak jesteśmy postrzegani? Otrzymywałem sprzeczne informacje. Jedni twierdzili, że jesteśmy lubiani i szanowani. Inni, że wręcz przeciwnie. Ciężko wyciągnąć średnią z tego. Pojawiały się argumenty o różnicach kulturowych ale też o tym, że zabieramy miejscowym pracę i zaniżamy stawki. Kilku Islandczyków bardzo się wkurzało, że pracujemy wydajniej, a jak to się czasami mówi, nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu. Jeden z miejscowych, który stracił przez Polaków pracę opowiedział mi jak to było. Pracował w firmie budowlanej. Dobry zarobek, praca ciężka, ale bez gonitwy, na luzie. Szef zatrudnił Polaka, który za mniejszą pensję robił trzy razy tyle. Zasuwał jak w wyścigu na olimpiadzie. Zatrudnił kolejnego Polaka, który pracował podobnie. Następnie zwolnił mojego rozmówcę i jego kolegę, też Islandczyka. Ponad pół roku żył dzięki zasiłkom, bardzo wysokim na Islandii, zanim znalazł pracę. Miał żal do Polaków, że nie potrafili przystosować się do kultury pracy w firmie. Pracowało się solidnie, ale spokojnie, w dobrej atmosferze. Szef dobrze zarabiał, oni dobrze zarabiali, z pracy nie wychodzili wyciśnięci fizycznie i psychicznie jak cytryny. Normalna praca, którą zepsuli Polacy. Chcieli się wykazać, gotowi pracować w nadgodzinach, po pracy byli ledwo żywi. W weekend jeśli nie robili nadgodzin, odsypiali, dochodzili do siebie po harówce. I od nowa. To nie jest normalne życie, twierdził mój rozmówca, z którym się w pełni zgadzam. Tak można wytrzymać przez kilka miesięcy, ale  ten tryb funkcjonowania uniemożliwia zwykłe życie, w którym musi być czas na coś więcej niż praca. Dziwił się, czemu my Polacy dobrowolnie zgadzamy się na taki wyzysk i współczesną odmianę niewolnictwa, kiedy można uczciwie pracować, nie przesadzać i dobrze zarabiać? Podobne pretensje zgłaszali też Polacy, którzy często od blisko dziesięciu lat mieszkali na Islandii. Nazywali "polską chorobą" opisane przed chwilą zjawisko. Zamiast dostosować się do funkcjonowania w firmie, chcemy się często nadludzkimi siłami wykazać albo z drugiej strony cwaniakujemy czy pijemy alkohol w pracy. Nic normalnie, z jednej skrajności w drugą popadamy.

Chociaż na Islandii śmiało wystarczy do wielu prac język angielski, Polacy, którzy już mięli znaczy staż w tym kraju, całkiem sprawie posługiwali się bardzo trudnym islandzkim językiem. Szacunek! Nikt z nich nie planował powrotu do Polski. Mówili tak, wróciłbym gdyby było normalnie, ale tego nie dożyję (żaden z moich rozmówców nie przekroczył połowy życia, a część nie miała trzydziestki). Dopóki nie będzie takich zarobków jak na "zachodzie", rozsądnej ilości pracy i szacunku dla pracowników, nie mam po co wracać. A wiem od rodziny, że jest coraz gorzej zamiast coraz lepiej. Standardowe komentarze.

Do Skaftafell zajechałem o 22:30, po drodze mijał nas może jeden samochód na pół godziny. Dzięki Andrzejowi dowiedziałem się, że drugą turę wyborów prezydenckich wygrał Andrzej Duda, pokonując Bronisława Komorowskiego (potwierdziły to później oficjalne wyniki). W pierwszej turze Polacy na Islandii z miażdżącą przewagą zagłosowali na Pawła Kukiza. Twierdzili zgodnie, że w Polsce potrzebna jest rewolucja, bo inaczej nic się nie zmieni. Gdy pytam Polaków: dlaczego wyemigrowałeś/aś, bardzo często słyszę to samo hasło, gdziekolwiek jestem na świecie: "bo Tusk nas wych...ł". Słysząc je, łatwo zauważyć, że większość wyemigrowała w ostatnich mniej więcej 10-ciu latach. Gdy dopytuję, co mają na myśli, pada tyle argumentów, że można by książkę napisać. Najkrócej można ująć je tak: zła sytuacja ekonomiczna, bardzo niskie zarobki, zła atmosfera w pracy, brak perspektyw i brak stabilności oraz koszmarna biurokracja i brak przyjazności państwa względem ludzi, zmusiły ich do emigracji.

W Skaftafell nie ma praktycznie nic. Prymitywne pole namiotowe na którym się rozbiłem, toalety, dwie budki firm górskich, visitor centre z mini wystawą wulkaniczno-geologiczno-przyrodniczą, z mini sklepikiem z pamiątkami i kawiarnią, w remoncie. To ostatnie nie dziwiło, miejscowi nadal skupiają się na lipcu i sierpniu, kluczowych miesiącach dla islandzkiej turystyki. Dlatego na przełomie maja i czerwca jeszcze sporo turystycznych obiektów remontowano. Nie zauważyli jeszcze, że sezon się wydłużył i większa liczba turystów jest od połowy maja, nawet do końca września. Dzięki liczniejszym i tańszym lotom niż kiedyś oraz z uwagi na niższe ceny poza głównym sezonem.

Kładłem się około północy, w zupełnej jasności. Na pogodę drugiego dnia na Islandii nie miałem prawa narzekać. Około 6-7 stopni Celsjusza, do południa słońce i chmury na przemian, później zdecydowana przewaga chmur, chwilami kropił deszcz. Na wybrzeżu umiarkowany wiatr. Dobra widoczność. Jak na Islandię - super.  W nocy minimalne temperatury wyniosły 3°C w namiocie i 1°C na zewnątrz.

  • Na zdjęciach:
  • 1-4) Perlan i widok z tarasu widokowego na Reykjavik w tym modernistyczny kościół Hallgrimskirkja,
  • 5-8) Reykjavik, kąpielisko termalne Ylstrondin Nauthólsvik  i wzgórze Oskjuhlid,
  • 9-14) okolice Błękitnej Laguny (Blue Lagoon) z polami lawowymi, odrzutami wody z elektrowni Svartsengi i laguny oraz termalne kąpielisko (spa) Blue Lagoon,
  • 15) port w Grindavik,
  • 16-22) geotermalne tereny Seltun - Krysuvik - Fulipollur,
  • 23-25) klify, skały i lawy - Reykjanesta,
  • 26-30) Bridge Between Continents i okolice,
  • 31-32) wodospad Skógafoss,
  • 33) Muzeum Vikingów w Keflaviku i blond Islandka.
Opublikowano w Blog
30 kwiecień, 4 dzień. Poranek słoneczny, namiot przetrwał, wiało mocno, ale znacznie słabiej niż wieczorem. Wkładkę do posiłków miałem z Polski – kabanosy, małe konserwy i pasztety, chleb, wodę i inne napoje kupowałem w większych ilościach nosząc na plecach. Około 9:30 ruszyłem na zwiedzanie ruin, już pierwsi indywidualni turyści dojechali wypożyczonymi pojazdami. Najtańsze auta wypożyczalnie oferowały za około 25 euro za dobę, ale rezerwując na dłuższy okres, z wyprzedzeniem czy w ramach jakiejś promocji pewnie jest taniej Quady kosztowały podobnie, skutery trochę mniej. Z drugiej strony, w szczytowym sezonie ceny pewnie rosną.

Wstęp do antycznej Thery kosztuje 2 euro i nie jest wart ani centa więcej. Ruiny położone są na wzgórzu o wysokości około 360-366m (Messa Vouno). Mają znaczną powierzchnię, ale ich stan zachowania jest marniutki. Do tego strasznie zapuszczone. Wszystko zarośnięte, kosiarki tutaj nie widziano od dawna. Praktycznie cały teren był zagrodzony sznurkami. Tu nie wolno, tam nie wolno. Wkurzyłem się i zacząłem ignorować. Za sznurkami było tak samo jak przed. Dużo trawy, tablice informacyjne. Niewielkie murki ruin, od czasu do czasu kawałek leżącej kolumny czy malutki zbiornik na wodę. Pozostali obecni, widząc że nikt do mnie nie strzela, poszli w moje ślady. Przywykłem, że w południowej Europie nie dba się o wiele rzeczy, ktoś o czymś nie pomyślał, zapomniał, panuje bałagan i trzeba sobie jakoś radzić. Cenniejsze znaleziska wywieziono do Muzeum Archeologicznego w Firze i w Atenach.

Santorini11Starożytną Therę (nazwa od mitycznego władcy wyspy) zamieszkiwano od 9 w. p.n.e. W mieście długim na ponad 800 metrów znajdują się ruiny teatru, świątyń, budynków mieszkalnych i publicznych. Do budowy użyto miejscowego wapienia oraz przywiezionego w niewielkich ilościach marmuru. Ale tak naprawdę wygląda to raczej jak poletka ogrodzone murkami, na których kiedyś pasły się owce. Od połowy 1 w. p.n.e. miasto należało do Imperium Rzymskiego. Po czasach bizantyjskich na rogatkach miasta stoi niewielka stara świątynia z tego okresu (prawdopodobnie połowa VI w. n.e.). W 726 roku n.e. erupcja wulkanu Santorini, niewielka, pokryła Therę pumeksem. Po tej dacie miasto opustoszało. Warto dodać, że posiadało porty morskie u podnóża góry, gdzie również od strony Kamari znajdował się cmentarz. Najbardziej rzucającym się w oczy obiektem starożytnej Thery jest Basilike Stoa z początków III w p.n.e., z fragmentami kolumn doryckich. Widoki z Messa Vouo są atrakcyjne: na lotnisko, Kamari oraz Perissę z  czarnymi wulkanicznymi plażami, górę Profiti Ilia (Profitis Ilias, 565m n.p.m).


Ścieżką zszedłem do Perissy, kurortu nadmorskiego z fajną wulkaniczną plażą. Akurat podjechał autobus z japońskimi turystami. Swoimi aparatami robię zdjęcia w różnych pozycjach, czasami śmiesznych. Ale azjatów nikt nie przebije. Jak zwykle mnie ubawili i tradycyjnie kompletnie nie wiedziałem dlaczego fotografują na przykład zwykły murek. Plaża pusta, kilka dziewczyn się opalało, nikt się nie kąpał. Restauracje przy plaży puste, naganiacze próbowali przekonać kogoś do Santorini 4odwiedzin - bezskutecznie. Słońce grzało, wiatr osłabł. Do kolejnego przystanku w Akrotiri czekało mnie około 10 kilometrów marszu. Po drodze w miejscowości Emporio uzupełniłem zapasy wody, chleba i miałem ochotę na lody. W markecie Carrefoura nie mięli jednak małych lodów, same duże opakowania. Kupiłem w takim razie jakieś litrowe lody za niecałe dwa euro. Łyżkę miałem pod ręką, problemu nie było. W skwarze wzdłuż dróg nie szło się przyjemnie. Duży ruch, nijaka zabudowa. Powróciłem na klifowe wybrzeże od strony z widokiem na Nea Kameni. Mijalem pola winogronowe, jakieś nieczynne wiatraki. Mimo stromego zbocza, w tym fragmencie wyspy znajdziemy mini port i pojedyncze mini plaże, nierzadko z mało przyjemnym zejściem. Akrotiri to małe miasteczko z ruinami niewielkiej twierdzy. Przeszedłem bez zatrzymywania. Za miejscowością, blisko wybrzeża przeciwległego do Nea Kameni, znajduje się najcenniejszy miejscowy zabytek – antyczne miasto Akrotiri. Leniwych z Akrotiri do ruin może zawieźć mikrobus kursujący co jakiś czas, aczkolwiek do pokonania jest może z kilometr.

Historia Akrotiri sięga 4-ch tysięcy lat przed naszą erą (są źródła mówiące o 5-ciu tysiącach), okres szczytowy przypada na XX – XVII w. p.n.e., do trzęsienia ziemi i wielkiego wybuchu wulkanu Santorini, który zniszczył miasto. Liczące kilka tysięcy mieszkańców, posiadające nawet 3-kondygnacyjne budynki zbudowane z cegły glinianej i gipsu. Używano też kamienia. Miasto posiadało rozbudowaną kanalizację. Do niektórych budynków biegły dwie rury, do zimnej i prawdopodobnie do ciepłej wody z istniejących wtedy termalnych źródeł w pobliżu. Miasto stanowi jedno z najcenniejszych archeologicznych miejsc Grecji, jest częścią Narodowego Muzeum Archeologicznego. Teren jest świetnie zagospodarowany a nad ruinami wybudowano wielka halę z użyciem metalu, drewna, betonu i szkła. Wygląda to imponująco. Bilet w cenie 5 euro jest jak najbardziej uzasadniony. Cenne freski z Akrotiri możemy zobaczyć w Atenach i w Muzeum Starożytnej Thery w Firze. Inne starożytne znaleziska można obejrzeć w Muzeum Archeologicznym w Firze. Materiały piroklastyczne, zwłaszcza pumeks i popioły zakonserwowały ruiny Akrotiri, przykrywając miasto o powierzchni około 20 hektarów. Podczas odkopywania znaleziono również szczątki ludzkie, przypominające te z Pompejów, jednakże w bardzo niewielkiej ilości. Większości mieszkańców udało się ewakuować.

Wykopaliska prowadzono tutaj już w drugiej poł. XIX w., lecz te współczesne datuje się od 1967 roku. Chociaż praktycznie złotych przedmiotów tutaj nie odnaleziono, to wielu uważa, że Akrotiri posłużyło za Atlantydę w powieści Platona.  

W Akrotiri podładowałem baterię do aparatu dzięki uprzejmości jednego z pracowników. Dostałem w prezencie trochę winogron. Siedzę sobie na murku, idą dwie pary, słyszę język grecki. W reklamówce mają winogrona. Z sytuacji rozumiem, że nikt już ich nie chce jeść ani nieść. Chcą wyrzucić, ale im szkoda. Słusznie. Patrzą w moim kierunku i widzę, że chcą mi je dać. Nie rozumiem greckiego, ale powiedziałem, że skorzystam z propozycji, dziękuję. I tak wszedłem w posiadanie około kilograma przepysznych winogron. Dużych i słodkich, w taki upalny dzień zjadłem z wielką przyjemnością.

Kolejny przystanek to pobliska słynna Czerwona Plaża (Kokkini Paralia, Red Beach). Urwisko czerwonej lawy (domieszki żelaza) i niewielka plaża. Erozja niszczy zbocza, są osuwiska, trzeba uważać. Oglądających sporo, opalających się mniej (w tym nudystów), mączących nogi kilku. Ładne miejsce. Można zabrać kawałki czerwonej i czarnej lawy, w tym otoczaki wyrzeźbione przez morze. Znaleźć kawałki pumeksu. Można też kupić takie fragmenty lawy i pumeksu w sklepach. Przed wejściem na plażę zapytałem sprzedawcę owoców a potem biżuterii o Białą Plażę (Lefki Paralia, White Beach), czy dojdę tam jakąś ścieżką z czerwonej? Nie wiedzieli, a powinna znajdować się około dwa kilometry dalej. Nic, ruszyłem przed siebie. W zatoczce za czerwona plażą w remontowanym barze zadałem to samo pytanie. Usłyszałem, że na Białą Plażę nie da się zejść, można ją oglądać tylko od strony morza, ale jakby co to idę w dobrym kierunku. Jak miejscowy gdziekolwiek na świecie mówi mi, że się nie da, w dziewięciu na dziesięć przypadków oznacza, że się da. Wspiąłem się resztkami jakiejś starej drogi na klif – nie było możliwości wędrówki wzdłuż brzegu – i oto pode mną widzę białe urwiska i samotną skałę w morzu. Jest stromo, chyba gość miał rację. Zostawiam plecak i idę wzdłuż urwiska, może znajdę jakiś żleb, którym da się zejść na dół. Po chwili patrzę, jest lepiej niż myślałem. Jednym ze żlebów kiedyś prowadziła ścieżka na miniaturową plażę. Były betonowe wąskie schodki, zamontowana lina „poręczowa”. Niewiele z tego zostało, ale bez problemów zszedłem na brzeg. Sypko, wapień kredowy kruchy, sypki i brudzący. Kiedyś na Białej Plaży był jakiś bar i wypożyczalnia leżaków, teraz zostały ruiny. Plaża mało ciekawa, ale białe skały urokliwe, zwłaszcza ta samotna w morzu, blisko brzegu. Kruchość skały powoduje, że łatwo poddaje się erozji, a woda i wiatr robią swoje.

Dzień dobiegał końca, nastał czas znalezienia miejsca na rozbicie namiotu. Wspiąłem się na wysoki klif i szutrową drogą udałem się ku zabudowaniom. Pasły się osły, pola winorośli. Miejsce znalazłem po drugiej stronie wąskiej w tym miejscu wyspy. Nad urwiskiem, w cieniu dwóch porzuconych budów niewielkich pensjonatów z basenami. Miałem widok na latarnię morską na pobliskim skraju wyspy, na Firę i kalderę z Nea Kameni – wulkan mógłby wybuchnąć w tym momencie. Do tego piękny zachód słońca. Ludzie płacą spore pieniądze, by zjeść kolację w restauracji albo mieszkać w pensjonacie w tej okolicy z widokiem na morze i bajkowy zachód słońca. Miałem to za darmo, do tego budynek w miarę dobrze chronił mnie od wiatru. Od rana przeszedłem jakieś 20 kilometrów i pokonałem 500 metrów deniwelacji względnej, dzień wcześniej 850 metrów.

Santorini 7Dzień 5, 1 maj. Wschód słońca również atrakcyjnie się prezentował. Po śniadaniu i pakowaniu ruszyłem ku miejscowości Akrotiri. Tego dnia planowałem dotrzeć na drugi kraniec wyspy. W Akrotiri przeszedłem przez wzgórze z ruinami niewielkiej nieciekawej twierdzy i zszedłem do przystanku autobusowego.  Są one porozrzucane po wyspie, ale do tej pory nigdzie nie zauważyłem ani jakiegokolwiek autobusu/mikrobusu ani żadnego rozkładu jazdy. Akurat podjechał sklep warzywno-owocowy na kółkach, więc za dwa euro kupiłem sobie pudełko dużych przepysznych i bardzo słodkich truskawek. Kilograma pudełko nie miało, ale ponad pół z pewnością tak. 3 pudełka były za 5 euro, jak zachwalała sprzedawczyni. W słońcu i silnym wietrze ruszyłem ku Firze. Na jednym z przystanków znalazłem rozkład jazdy, podane godziny dotyczyły miejscowości wyjazdu. Podana była też destynacja. Wynikało z niego, że niedługo powinien jechać autobus z Perissy. Po 20 minut gdy nic się nie zadziało ruszyłem dalej. Po około 8 kilometrach od miejsca noclegu, znalazłem się na skrzyżowaniu, skąd w lewo biegnie droga do portu Athinios. Byłem tu dwa dni wcześniej. Stała tutaj kobieta wyglądająca na miejscową,  jedzie autobus, macha, zatrzymuje się, chociaż nie ma tu przystanku. Podbiegam. To lokalny autobus (z małą słabo widoczną naklejką z przodu local bus). Jedzie do Firy, płacę 1,60 euro i w klimatyzowanych warunkach docieram do celu, skąd dosyć szybko za taką samą kwotę jadę autobusem do Oia (Ia). Miasta na drugim krańcu wsypy, którego odwiedzin nie planowałem, ale znajdowało się blisko interesującego mnie miejsca. Droga biegnie blisko klifu, miejscami ma górski charakter ze sporą przepaścią w kierunku wyspy. Autobus pełny turystów. Nie każdy ma transport zorganizowany przez biuro podróży albo wynajęty samochód. Po 12 kilometrach jestem u celu. Tłum ludzi zniechęca, ale idę na spacer po miasteczku. Wąskie zatłoczone uliczki, pamiątki, restauracje, tzw. resorty czyli hotele, ośrodki wczasowe – z mini basenikami, z widokiem na kalderę i Nea Kameni. Bielutkie, niebieskie, żółte domy. Zabytkowe kościółki, pozostałości po twierdzy, wiatrak. Jest kilka małych galerii sztuki i Muzeum Marynarki Morskiej. Miasteczko położone jest na klifie, ale łagodniejszym niż Thira, dlatego domy zajmują więcej zbocza, a w kilku miejscach schodzą do poziomu morza. Są dwa małe porty, jeden od strony pobliskiej wyspy Thirasia drugi od strony Nea Kameni.

Santorini 8Thira w mojej ocenie jest bardzo przeciętna. Warto ją odwiedzić na kilka godzin. Pospacerować, wypić kawę, zejść do portu, by popłynąć na wulkan. Jak ktoś lubi odwiedzić lokalne muzea. Do turystycznego zamieszkania jest najmniej atrakcyjna z większych miejscowości na Santorini. Ładniejsze jest Pyrgos, ale kawałek od morza. Za to Oia jest śliczna. Strasznie komercyjna, sztuczna, turystyczna, z tłumami ludzi, ale najatrakcyjniejsza z tych trzech miasteczek. To stąd pochodzi najwięcej zdjęć białej zabudowy z widokiem na kalderę. Jest bardzo fajny deptak z widokiem na morze, do którego zejście wymaga znacznie mniejszego wysiłku niż w Thirze. Widać, że to zamożne miasteczko, za czasów Wenecjan ważny port. Po trzęsieniu ziemi o sile 7,2 stopni Richtera w 1956 roku miasteczko odbudowano i przebudowano. Osiąga około 150m n.p.m., przy brzegu znajduje się maleńka skalna wysepka. Kręcono tu sporo filmów, zwłaszcza romantycznych, ale też kilka scen do filmu z serii Tomb Raider z Angeliną Jolie (do Kolebki Życia). Chociaż kwiecień to nie sezon w pełni, duża liczba turystów zniechęcała do pobytu. A musiałem spędzić tutaj trochę czasu. Zrobiłem bowiem postój na doładowanie baterii w aparatach i skosztowanie lokalnej potrawy – w prostej restauracji koło przystanku autobusowego. Padło na musakę (moussaka) – zapiekankę z mielonym mięsem, bakłażanem i beszamelem na wierzchu. Wyczułem także puree ziemniaczane. Smaczne, cena : 8 euro. Za kolejne 3,50 euro wypiłem mrożoną kawę i 2,50 euro puszkę coca-coli. W tym czasie ładował się mój sprzęt. Po obiedzie potrzebowałem jeszcze ponad godziny dostępu do elektryczności, zatem udałem się na kolejny spacer. Obserwując profesjonalne sesje fotograficzne. Chińczyków w eleganckich strojach i Europejek w sukniach ślubnych.

Santorini 5Po 16:00 ruszyłem drogą w kierunku Firy. Chciałem nie przez szybę a z pozycji pieszego pooglądać urwiska przy drodze, przyjrzeć się czerwonym lawom, oraz wejść na jeden z pagórków. Poruszałem się ostrożnie wzdłuż ruchliwej  krętej drogi bez pobocza. Pagórek na który wszedłem, jeden z najwyższych w tej części wyspy, liczył 320m n.p.m. Skały, piękne kaktusy, efektowny widok na kalderę i Nea Kameni. Przy samym szczycie kościółek Profitis Ilias. Można się dostać do niego samochodem. Ze szczytu dotarłem krętymi drogami na drugą stronę wyspy, prawie nad samo morze. Minąłem wioskę Panagia Kalou i dotarłem na półwysep Koloumbo, na którym rozbiłem namiot w sąsiedztwie pszczelich pasiek (łącznie tego dnia pokonałem ok. 20km pieszo). Morze, bajkowy zachód słońca, wschód zresztą też. Ludzie płacą za takie widoki. Siedzę sobie na skale, jem kolację, podziwiam zachód słońca. Cisza, spokój. Wiatr jak zwykle trochę przeszkadzał.

Santorini 10Wulkaniczny mikro półwysep czy też cypel Kolumbo (Koloumbo) odwiedziłem nie przypadkiem. 7-8km od brzegu (na północny-wschód) znajduje się aktywny podmorski wulkan o tej samej nazwie. Ostatni raz wybuchł w latach 1649-1650 roku, kolejna, większa erupcja, może doprowadzić do powstania nowej wyspy-wulkanu. Wulkan ma ok. 500 metrów wysokości, w najwyższym punkcie znajduje się 18 metrów pod lustrem wody (niektóre źródła podają 10m). Wydzielają się z jego wnętrza gazy i termalne wody. Wpatrując się w morze marzyła się jakaś erupcja, którą obserwowałbym z brzegu. Ten znacznych rozmiarów wulkan podczas ostatniej erupcji, doprowadził do śmierci sporej liczby ludzi, wywołał tsunami. Erupcja widziana była na powierzchni morza, po którym pływało wiele fragmentów pumeksu.

Dzień 6, 2 maj. Ostatni dzień pobytu na Santorini. Po romantycznym śniadaniu na klifie zszedłem na plażę od strony Oia. Plaża to za duże słowo, wąski pas ziemi, pełny wulkanicznych głazów. Cisza, spokój, delikatny szum fal. Wykorzystałem ostatnią okazję do morskiej kąpieli. Temperatura 17 stopni Celsjusza wody pozwalała na przyjemne pluskanie. Tylko przy pierwszym kontakcie robiło się chłodno, potem przyjemnie. Do Firy miałem niecałe 10 kilometrów marszu. Trasa biegła nad morzem, pośród pól, pojedynczych domów, ośrodków wczasowych. Kaktusy, winorośl, wiatraki. Gęstsza zabudowa pojawiła się przed Firą, a w centrum miasta duże grupy turystów. Przemogłem się jednak do solidnego spaceru w tych tłumach. Ciekawe, na uliczkach, gdzie sklepy, bary, mnóstwo ludzi,  gdy skończyły się, pozostałem tylko ja, a uliczki tak samo ładne. Turyści chodzili i oglądali witryny, nie robiąc zakupów, ku smutkowi handlowców. W restauracjach także pusto, ceny wysokie, wietrznie. Mimo mnóstwa sklepów z pamiątkami i ubraniami, jedynie jacyś Japończycy z problemami komunikacyjnymi próbowali kupić magnesy na lodówkę po jednym euro. Zawsze mnie zastanawia kto to całe badziewie pamiątkowe kupuje? Większości z tego za darmo bym nie przyjął.

Santorini 9Zrobiło się popołudnie i udałem się na „dworzec” autobusowy, stanowczo za mały i zbyt prymitywny w stosunku do miejscowych potrzeb. Mnóstwo ludzi. Wiatr kolejny raz chciał urwać głowę, ludzie się kryli w prowizorycznej namiotowej poczekalni. Pytam dyspozytora o autobus na lotnisko, mówi: 16:30. Patrzę na rozkład, pisze: 16:00. Wśród stojących autobusów żadnego z napisem „airport”. Mam trochę czasu, trzymam rękę na pulsie. Od 16:00 chodzę od autobusu do autobus i pytam. Trafiam na właściwy, jadący do Kamari, ale przez lotnisko. Zazwyczaj sprzedawcy biletów w danym autobusie nawołują, wymieniając stację końcową. Tym razem nic. Autobus zawalony ludźmi, ledwo znalazłem miejsce stojące. Ruszamy o 16:10, ale w poczekalni jest pełno osób, z których cześć z pewnością zmierza na lotnisko, nie wiedzą tylko, że ich autobus właśnie odjeżdża. A kolejny będzie za półtorej godziny. Organizacyjne klimaty jak to u południowców.

Santorini 6Samolot miałem następnego dnia o 6:40. Musiałem niedaleko lotniska znaleźć miejsce na nocleg. Udałem się w kierunku półwyspu Koloumbo. Z dwieście, trzysta metrów za drogą startową lotniska pośród nieużytków i niewielkich pagórków znalazłem w miarę ustronne miejsce. W dole morze, sporo budynków w okolicy. Do terminalu ze dwa kilometry. Samoloty lądowały i startowały niemal nad moją głową, huk potężny. Niewiele ich na szczęście. Bardzo mocny i chłodny wiatr kolejny raz utrudniał postawienie namiotu, a w okolicy niewiele kamieni. Zebrałem ich na tyle, by postawić i przymocować namiot, z jednej strony odrobinę chronił mnie krzak. Nie wiem czy wiatry na Santorini wieją przez cały rok, ale jeżeli tak, to nawet te letnie, gorące, są uciążliwe. Nie chciałbym w takich warunkach wypoczywać, kiedy wiatr bez przeszkód ze stołu restauracji zwieje na mnie talerz z obiadem i szklankę z napojem.  Spakowałem się już na wyjazd, nastawiłem budzik na 4:00 i próbowałem sobie radzić w namiocie postawiony, na zbyt stromym podłożu. Zsuwałem się. W pewnym momencie u wejścia do niego zaczął szczekać pies, otwieram kawałek zamka a tu bydle wielkości połowy namiotu. Nieustająco szczeka. Po kilku minutach ktoś go na szczęście przywołał i jednocześnie nie był zainteresowany moją obecnością. Kolejnych atrakcji nie miałem. Wszystkie noclegi na tym wyjeździe spędziłem bezpłatnie. Lubię klimaty typu, idę, zwiedzam, nastaje wieczór, rozbijam się. Luz i wolność.

Santorini 3Zanim opuszczę Santorini trochę informacji turystycznych. Czy jedziemy indywidualnie czy z biurem podróży i potrzebujemy nadmorskiego kurortu to najlepiej wybrać Perissę z przyległościami. To jedno z niewielu miejsc, gdzie wyspa płasko opada do morza. Jest plaża. Kąpiele, opalanie, spacery, restauracje przy wulkanicznym brzegu – to wszystko jest. A gdy będziemy chcieli zobaczyć jakąkolwiek atrakcję Santorini, bez problemów wynajmiemy skuter, quad albo samochód i zwiedzimy sobie co będziemy chcieli. Mieszkając w takiej Firze, możemy tylko chodzić tymi samymi alejkami góra-dół, siedzieć w knajpach jeśli nas stać i kupować kolejne pamiątki. Jeśli będziemy mieli szczęście, hotel będzie posiadał mini basenik. I tyle. W takiej Perissie, gdy stracimy ochotę na zwiedzanie, wypoczniemy na plaży. Mnie osobiście więcej niż jeden dzień na niej straszliwie męczy, ale jestem odosobnionym przypadkiem. Odradzam Kamari z okolicami, położone po drugiej stronie góry(z antyczną Therą) względem Perissy. Znajduje się obok lotniska. Samolotów aż tak wiele nie lata, w nocy jest kilkugodzinna przerwa, lecz jednak hałas jest nieznośny. W Perissie, za górą, jest dużo lepiej. Notabene do większości wyspy docierają odgłosy lotniska, startujących i lądujących samolotów. 

Ceny lokalnych wycieczek w miejscowych biurach turystycznych czy polskich biurach podróży, przy cenach poniesionych przeze mnie są wygórowane, aczkolwiek nie mam wątpliwości, że nikt po Santorini nie będzie chodził jak ja piechotą z plecakiem. I tak na przykład wycieczka autokarowa z Firy tudzież z hotelu naszego pobytu do starożytnej Thery to 15-20 euro (2-3h). Mnie kosztowała 2 euro. Wulkan Nea Kameni z Palea Kameni 20-30 euro, z Thirasią 35-40euro ( 4/6-7h). Mój koszt bez wyspy Thirasia to 2 euro, ale wynikający ze specyficznego charakteru przyjazdu. Wycieczka do Akrotiri z odwiedzinami Pyrgos i plaży w Perissie 35-45euro (6-7h, w niektórych wycieczkach jest postój w winiarni celem degustacji, a de facto ma on zachęcić do zakupów assyrtiko - lokalnego wina). Mój koszt – 5 euro (bez wina). Wycieczka do Oia z postojem na klifie 30 euro (4-5h). Mój koszt 1,60 euro. Jak wynajmiemy auto na jeden dzień, poza kalderą i wulkanem Nea Kameni, wszystkie pozostałe miejsca zwiedzimy w jeden intensywny dzień. Wydatki oprócz wynajęcia auta i paliwa (niewiele kilometrów do pokonania, litr benzyny kosztował 1,65 euro, diesla 1,35 euro), to bilety wstępu, ewentualnie jakiś parking. Wyjdzie dużo taniej.

Ceny produktów spożywczych. Na Santorini jest ciut drożej niż na kontynencie, a czym mniejszy sklep lub bliżej centrum, tym ceny są jeszcze wyższe. W markecie na rogatkach miejscowości potrafią wynieść połowę tego, co w mini markecie w zabytkowym centrum. Przykładowo w Carrefourze w Firze pół litra wody kosztowało 0,25 euro, a cola zero 1,5l 1,55 euro. Chleb świeży 340g (tradycyjny typu kreteńskiego) 1,04 euro, chleb tostowy 450g 0,90euro, obwarzanek z sezamem 0,50 euro. Ciastko z dżemem 100g 0,80 euro, puszka coli 0,33l 0,67 euro, deser - budyń waniliowy z cynamonem 3x170g  2,33 euro, woda 750ml 0,40 euro, cola zero 1l 1,04 euro. W lokalnym markecie na rogatkach Pyrgos: 1,5l wody 0,50 euro, zestaw 2x1,5l cola zero 2,80 euro, jedna duża słodka papryka 1,26 euro, woda 0,5l za 0,16 euro, chleb 340g tradycyjny 0,86 euro. Minimarket w centrum Oia niedaleko przystanku autobusowego: 0,5 litra wody 0,50 euro, 1,5l cola zero 1,60 euro, chleb 340g 0,90 euro, a w innym sklepiku nieopodal kupiłem wodę 0,5l po 0,30 euro. Co ciekawe, w wielu przypadkach na siłę wciskano mi paragon, mimo że nie chciałem. Kurs euro wynosił 4-4,05zł.

Na zdjęciach: Góra Profitis Ilias 565m, Starożytna Thera (Thira), Kamari, Perissa, Starożytne Akrotiri, Red Beach, White Beach, miasteczko Oia, musaka, przylądek Koloumbo, miasto Thira, w tym widok na wulkan Nea Kameni, lotnisko. Poza tym rożne miejsca Santorini od jednego krańca po drugi, z miejscami moich noclegów, winoroślą i winem, kapliczką, hotelem z basenami niedaleko Akrotiri, lawami i pagórkiem niedaleko Oia.

Opublikowano w Blog
Ludzkość posiada wybitnych artystów, ale i tak nikt z żyjących nie dorówna naturze.

Odświeżona galeria „NATURA JEST ARTYSTĄ” znajduje się: TUTAJ.

Przy okazji zapraszam na:

2015-01-08 Sala audytoryjna Parnassos godz. 17:00

Spotkania podróżnicze w Bibliotece Śląskiej: "Azja i Australia. Na krańcu świata" - prelekcja Grzegorza Gawlika - podróżnika, alpinisty, dziennikarza i fotografa, autora sensacyjnej książki "Kamień zagłady". Organizatorzy: Śląskie Stowarzyszenie Podróżnicze GARUDA i Biblioteka Śląska.

Opublikowano w Blog

Jest marzec 2010 roku, na Islandii wybucha wulkan Eyjafjallajokull 1651m n.p.m. (Eyjafjallajökull, wymowa jest mniej więcej taka: „Ejjafjatlajokutl”). Nie budzi to specjalnego zainteresowania, w końcu na Ziemi jest około tysiąca aktywnych wulkanów i pewna ich liczba zawsze jest w fazie erupcji. Sytuacja się zmienia, gdy erupcja nie ustaje – skończy się w czerwcu – w atmosferę wyrzucane są kolejne tysiące metrów sześciennych popiołów, które za sprawą kierunków w jakich wieją wiatry docierają między innymi nad Europę i w rejon ważnych korytarzy powietrznych dla lotnictwa. Skutek: prawie 100 tysięcy odwołanych lotów co dotknęło blisko 8 mln pasażerów, około 1,7 mld straconych dolarów przez linie lotnicze. Eyjafjallajokull ma swoje pięć minut. Erupcja wulkanu urasta do jednej z najbardziej medialnych w historii, bo do największych ciągle jej daleko. Przed nią tak głośno komentowaną w mediach erupcją był chyba wybuch Pinatubo na Filipinach w 1991 roku.

Jest połowa sierpnia 2014. Islandzkie służby donoszą o wzrastającej aktywności wulkanu Bardarbunga 2009m n.p.m. (wymowa: „Baurtharbunga”), o którym niemalże nikt nigdy nie słyszał. Media natychmiast podchwytują temat, nie chcą powtórki z 2010 roku, gdy przegapiły początkową fazę erupcji Eyjafjallajokull. Tym razem, mimo że wulkan jeszcze nie wybuchł, jest to jeden z najbardziej gorących tematów. Tak zwani eksperci rysują przed odbiorcami medialnych treści katastroficzne scenariusze, radzą omijać Islandię z daleka, a nawet zastanowić się nad lotami nad Europą. By wzmocnić przekaz, wraca się do erupcji z 2010 roku, sugerując że nadchodząca erupcja będzie jeszcze większa, bo i wulkan większy. Ze względu na brak zdjęć wulkanu Bardarbunga, kryjącego się zresztą pod największym europejskim lodowcem Vatnajokull, informacje ilustruje się erupcją Eyjafjallajokull z 2010 roku.  

Jest 16 sierpnia 2014 roku. Jadę samochodem islandzką drogą F26 zmierzając wraz z towarzyszami wyprawy z południa na północ. Litera „F” oznacza, że jest to droga przeznaczona dla samochodów terenowych, o asfalcie, czy szybkim szutrze można tylko pomarzyć. F26 to jedna z dwóch tras północ-południe prowadzących przez wyspę i zarazem najsłynniejsza droga terenowa Islandii. Z jednej strony atrakcją jest sam off road i kilka niewielkich rzek do pokonania, z drugiej, niezwykłe widoki i atmosfera islandzkiego interioru. Wulkany i wulkaniczna pustynia, lodowce, śnieg, temperatury w środku lata nawet w dzień przekraczające niewiele ponad zero stopni Celsjusza. Droga kręta, wolna, zwłaszcza dla mniejszych terenówek, wysokości na trasie dochodzące do około 800m n.p.m., co na Islandii oznacza około arktyczne warunki. W końcu wiele lodowców schodzi do blisko poziomu morza.

Mniej więcej w połowie drogi F26 jadąc na północ, po lewej stronie efektownie prezentuje się lodowiec Hofsjokull, po prawej z kolei znajduje się największy islandzki lodowiec Vatnajokull. To właśnie w tym jego fragmencie pod lodową czapą znajduje się wulkan Bardarbunga, jeden z najwyższych, mierzący 2009m n.p.m. Nie ma to jednak w tej chwili większego znaczenia. Islandia ma bowiem wulkanów pod dostatkiem, w tym dużo bardziej znanych.

Nastaje wieczór, który na Islandii w sierpniu przychodzi dużo później niż w Europie kontynentalnej. Zero stopni Celsjusza, coś kropi, ni to deszcz, ni to śnieg, nisko zawieszone chmury bardzo ograniczają widoczność, wieje lodowaty wiatr – uczucie jak na końcu świata, jak na innej planecie. Jedynym miejscem na F26, gdzie można się przespać pod dachem jest schronisko Nyidalur pod niewielkim lodowcem Tungnafellsjokull. Przed nim sporo samochodów różnych służb islandzkich. Zastanawiające. Jakaś stacjonująca jednostka przynajmniej w lecie, kiedy F26 jest przejezdna i nieliczni pasjonaci off roadu i interioru ją przemierzają, wydaje się uzasadniona, ale kilka? Tym bardziej, że jest zasięg telefonii komórkowej, numer ratunkowy 112 działa, a miejscowe służby dysponują helikopterami i samolotami.

Wieczorem w schronisku zdarza się znowu coś zastanawiającego. Mężczyźni, którzy przyjechali wyglądają jak z jakichś służb, mają sprzęt alpinistyczny, jakby wrócili właśnie ze wspinaczki. Tylko już prawie północ i praktycznie jest ciemno, pogoda taka, że nawet wyjście do toalety na zewnątrz to wyzwanie. Turyści w takie miejsce na wspinaczkę, by się nie zapuścili, im wystarczy krótki spacer po lodowcu przy głównej drodze numer jeden za kilkadziesiąt euro. Parę fotek na facebooka i są szczęśliwi. Ambitni miłośnicy lodowej wspinaczki czy gór znajdą na świecie dużo bardziej atrakcyjne miejsca niż islandzki interior i co nie bez znaczenia, dużo tańsze w odkrywaniu. A Islandczycy nie ukrywają, że góry i wulkany ich nie za bardzo interesują, jeśli już to jako biznes, by możliwie w najprostszy sposób ściągnąć od coraz liczniej przyjeżdżających do Islandii turystów jak najwięcej pieniędzy. Wspinaczka w interiorze to nawet według nich szaleństwo, bo po co to robić, kiedy można siedzieć sobie w termalnym basenie w dużo przyjemniejszej scenerii. Więc co to za ludzie? Jak połączyć elementy rodzącej się układanki, której nijak nie można złożyć w całość na chwilę obecną?

17 sierpnia. Rano lekki mróz i trochę świeżego śniegu, widoczność słaba. Co z tego, trzeba jechać. A to, że aż do przedmieść Akureyri nie uświadczy się żadnego samochodu ani człowieka, to raczej standard w tym rejonie niż wyjątek. Średnia prędkość może na poziomie 25km/h, drogi oznaczone numerami: F26, F881 i F821. Po kilku godzinach jazdy, gdy w stolicy północnej Islandii – Akureyri – odbieram hot dogi przy stacji benzynowej sprzedawca informuje mnie, że uaktywnił się wulkan Bardarbunga. Było ponad tysiąc niewielkich trzęsień ziemi, podniosła się temperatura pod lodowcem. Może wybuchnie. Jeżeli tak, a pogoda dopisze, może być niezłe widowisko. Tylko na pogodę lepiej żebym nie liczył, w interiorze to rzadkość. Sprzedawca wskazuje drogę F26 jako jedyną, którą można się dostać w rejon wulkanu. W najbliższej odległości biegnie 20km od Bardarbunga – w linii prostej. Kaldera wulkanu Bardarbunga znajduje się w północnej części lodowca Vatnajokull zwanego Dyngjujokull (od drugiej strony wulkanu w rejonie Kverkfjoll znajdowałem się około tydzień wcześniej, wtedy jeszcze nie wykazywał wzmożonej aktywności).

Układanka zaczyna się składać w całość. Te samochody i ci ludzie w schronisku Nyidalur to byli z pewnością przedstawiciele służb wulkanologicznych i sejsmologicznych oraz służb ratunkowych. Po zbadaniu sytuacji w rejonie wulkanu Bardarbunga wrócili na noc do schroniska, by kontynuować prace w dniach następnych. Islandia jako zamożny kraj dokładnie monitoruje swoje wulkany i ma odpowiednie służby do tego. W islandzkich radiach i na islandzkich ulicach słowo Bardarbunga urosło do rangi najczęściej wymawianego, trwało oczekiwanie na erupcję.

Chociaż od tego czasu poziom zagrożenia i wprowadzone alerty falowały, to do chwili obecnej nie zanotowano erupcji, która miałaby wpływ na lotnictwo czy część Islandii znajdującą się w sąsiedztwie wulkanu. Pozostaje zatem czekać na dalszy bieg wydarzeń. A spektrum opcji jest szerokie, od potężnej erupcji po uśpienie wulkanu.

Bardarbunga jest stratowulkanem, zakończonym u szczytu kalderą o szerokości do 10km i głębokości do 700m pokrytą lodowcem Vatnajokull (lodem o grubości od 100/150 do 400m). Częścią dużego systemu wulkanicznego znajdującego się w tej części Islandii. Sąsiaduje z nim wulkan Grimsvotn 1719m n.p.m., dużo bardziej znany i aktywniejszy, ostatnią niewielka erupcję „zaliczył” w 2011 roku, tak samo jak niezbyt odległy wulkan Katla pod lodowcem Myrdalsjokull. Bliskość Grimsvotn od Bardarbungi powoduje, że zdarzają się problemy z oceną, który z tych wulkanów zwiększył swoją aktywność, a przy niewielkich erupcjach bywają trudności z przypisaniem ich do danego wulkanu. Wynika to z tego, że oba są pod lodowcem i niewielkie erupcje są notowane przez przyrządy choćby sejsmologiczne, ale niewidoczne dla ludzkiego oka. Ponadto znane są w historii erupcje pod tą częścią Vatnajokull, które miały charakter szczelinowych. To znaczy, że erupcje nie nastąpiły z głównych karterów, tylko magma przebiła się z kanału na powierzchnię poprzez powstałą szczelinę. Najczęściej jako ostatnią erupcję wulkanu Bardarbunga podaje się rok 1910, ale także w kolejnych latach wykazywał on aktywność (np. w 1996 i 2010r.). Zwłaszcza sejsmiczną. Jako, że wszystko działo się pod powierzchnią lodowca, a tenże wulkan nie należał w przeszłości do szczególnie monitorowanych, istnieją rozbieżności, czy te aktywności wulkanu miały charakter niewielkich erupcji, czy jednak skończyły się jedynie na aktywności sejsmicznej i podniesionej temperaturze.

Bardarbunga niepokoić może przede wszystkim z dwóch względów. Jest potężnym wulkanem, przykrytym lodowcem i drugą co do wysokości górą Islandii – 2009m n.p.m., oraz ze względu na jego erupcję z 1477 roku o sile VEI 6, co teoretycznie może się powtórzyć. Nigdy nie zanotowano silniejszej na Islandii. VEI czyli indeks eksplozywności wulkanicznej, to sposób mierzenia wielkości erupcji w oparciu o kilka różnych czynników, między innymi bierze się pod uwagę objętość wydobywającego się podczas erupcji materiału piroklastycznego. Indeks jest otwarty, a największe erupcje miały siłę VEI 8 (Yellowstone, Toba, Taupo). I tak Eyjafjallajokull w 2010 roku osiągnął siłę VEI 4. Co nie bez znaczenia, w rejonie Bardarbunga w przeszłości doszło do innych erupcji o sile VEI 6. W latach 1783-1785 wulkany Laki i Grimsvotn były miejscem erupcji o takiej mocy. Powstał wtedy pas szczelin (kraterów szczelinowych), których liczbę szacuje się na około 130. Natomiast w latach 934-940 siłę VEI 6 miała erupcja wulkanu Katla wraz z powstałymi szczelinami Eldgja.

Dwa największe zagrożenia w razie erupcji Bardarbunga są następujące. Gdyby do atmosfery przedostało się dużo popiołów wulkanicznych, a niekorzystny wiatr skierowałby je na tereny zamieszkane i uczęszczane przez samoloty, rolnicy i linie lotnicze poniosłyby duże straty. Drugim zagrożeniem są tzw. jökulhlaups czyli powodzie, w których wody z roztopionych śniegów i lodowców, ewentualnych jezior znajdujących się w kraterach i innych zagłębieniach, mieszają się z gorącymi popiołami wulkanicznymi i drobnym materiałem piroklastycznym, a następnie z ogromna prędkością ruszają w dół i dalej przemieszczają się korytami rzek, niszcząc wszystko co napotkają na drodze. Na Islandii w wielu miejscach możemy spotkać pustynie wulkaniczne po przejściu takich powodzi, najbardziej znane to Myrdalssandur i Skeidarsandurprzy drodze nr 1 w południowej Islandii. Powódź z 1996r jaka przeszła przez tą ostatnią za sprawą erupcji wulkanu Grimsvotn zniszczyła most i fragment drogi nr 1. I chociaż rejon Bardarbunga jest niezamieszkany, a kilka schronisk/campingów jakie znajdują się w tej części interioru łatwo ewakuować, to gdyby nastąpiła powódź, objęłaby ona tereny zamieszkane. To właśnie z powodu zagrożenia jökulhlaup ewakuowano turystów przebywających w pobliżu i zamknięto drogi na północ od Bardarbunga. Na wschód od F26 do F907 i F923, a na północ od drogi nr 1 drogi 862 i 864(tą ostatnią później odblokowano, jednocześnie grożąc zamknięciem fragmentu "jedynki"). W konsekwencji zamknięto drogi prowadzące miedzy innymi do takich atrakcji turystycznych jak: kaldera Askja i krater Viti, schronisko Kverkfjoll oraz do wodospadu Dettifoss. Inna sprawa czy te zakazy będą przestrzegane, w co wątpię. Turyści wydali zbyt dużo pieniędzy, by dostać się na Islandię i jedynie potencjalne zagrożenie związane z aktywnością wulkaniczną wielu z pewnością nie odstraszy.

W rejonie Bardarbunga zamontowano urządzenia sejsmiczne, GPS, kamery, m.in. w Kverkfjoll, w Hamarinn i na samym lodowcu. Wulkan też obserwowany jest z powietrza. Informacje o aktywności Bardarbunga można śledzić na stronie islandzkich służb: VEDUR i Bardarbunga. Informacje o zamkniętych drogach można uzyskać na: VEGAGERDIN i MAPA 1 oraz MAPA 2. Klikając w kamerki na tej drugiej mapie mamy podgląd drogi w danym miejscu.

I na koniec coś jeszcze. W medialnych przekazach często pojawia się informacja, że alert podniesiono do poziomu pomarańczowego lub czerwonego, potem zmniejszono do pomarańczowego itd. Ten indeks, którym się posługują media to  Aviation colour code map for Icelandic Volcanic Systems. Kolor szary oznacza, że wulkan jest cichy, nie zaobserwowano nic niepokojącego, ale jednocześnie wulkan nie jest dostatecznie monitorowany. Kolor zielony oznaczana, że wulkan jest należycie monitorowany, jest spokojny bez zagrożenia erupcją. Kolor żółty wskazuje, że wulkan zwiększył swoją aktywność ponad stan spokoju, ale wzrost parametrów np. sejsmicznych i termometrycznych nie budzi jeszcze większych niepokojów. Kolor pomarańczowy to informacja, że wskaźniki są wyraźnie wyższe o tych w czasie spokoju i istnieje realne ryzyko erupcji. Kolor czerwony – lada chwila dojdzie do erupcji, erupcja jest w toku, mogło dojść do emisji popiołów wulkanicznych do atmosfery. W przypadku Bardarbunga był już kolor pomarańczowy, potem czerwony, ostatnio zmniejszony na pomarańczowy. Naukowcy uważają, że pod lodowcem doszło do niewielkiego wybuchu gazu i niewielkiej erupcji z udziałem lawy, nie było to jednak widoczne na powierzchni wulkanu i nie wywołało to żadnych zagrożeń. Zanotowano ponadto wstrząsy przekraczające 5 stopni w skali Richtera, a więc już znaczne. Ten lotniczy indeks to nie jedyny jaki stosuje się w przypadku aktywności wulkanów. Na świecie stosuje się najczęściej: Volcanic Alert Levels lub jego klony: 0 – cisza lub minimalne oznaki aktywności wulkanicznej; 1 – niewielka aktywność np. niewielkie wstrząsy, wyziewy gazowe, wyższe temperatury, brak zagrożenia wybuchem; 2 – gwałtowny skok wskaźników aktywności wulkanu sugerujący zagrożenie erupcją; 3 – kolejny gwałtowny wzrost wskaźników, znaczny wzrost wydobywających się gazów lub początek erupcji o niewielkiej skali; 4 – znaczna erupcja wulkanu, która może wykraczać poza jego obszar (poza jego masyw), ale mająca jeszcze charakter lokalny, 5 – duża erupcja zagrażająca znacznym obszarom poza masywem wulkanu. Są też inne skale np. od 1 - 4, gdzie 1 to już widoczna faza aktywności wulkanicznej, a 4 to „solidna” erupcja. 

Na zdjęciach:
01) Samochód służb ratowniczych przed schroniskiem Nyidalur przy drodze F26 (Sprengisandur) niedaleko wulkanu Bardarbunga.
02-03) Okolice lodowca Vatnajokull i wulkanu Bardarbunga.
04) Lodowiec Dyngjujokull (część Vatnajokull) od strony Kverkfjoll. W najwyższych partiach Dyngjujokull znajduje się kaldera Bardarbunga.
05) Fragment lodowca Vatnajokull w rejonie Skaftafell.
06-07) Most na najważniejszej drodze nr 1 okrążającej Islandię nad pustynią wulkaniczną Skeidarsandur. W 1996 roku w wyniku erupcji wulkanu Grimsvotn doszło do jökulhlaup czyli powodzi wulkanicznej, która most zniszczyła (zdjęcie nr 07). Jeżeli Bardarbunga wybuchnie, wystąpienie jökulhlaup będzie bardzo prawdopodobne.
08) Pustynia wulkaniczna Myrdalssandur powstała w wyniku jökulhlaups.
09) Mapa rejonu wulkanu Bardarbunga.

Opublikowano w Blog
Strona 1 z 3

nationalgeographic box

red bull 225x150

TOKFM box

iexpert 225X150px

stopka plecak

LogoStopka

stopka plecak

Strona używa informacji zapisanych za pomocą… plików cookies w celu dostosowania do indywidualnych potrzeb użytkowników. Jeżeli tego nie akceptujesz zmień ustawienia przeglądarki dotyczą…ce cookies. Więcej informacji można znaleźć‡ w naszej Polityce prywatności.