a2b2

pzu bezpieczny 225x140

slaskie box

spokey.jpg 225PX

LOGO

Podziel się

FacebookMySpaceTwitterGoogle BookmarksLinkedinRSS Feed
Cztery kilo na wadze mniej, dwa zniszczone aparaty fotograficzne (z czterech zabranych), zniszczona kamera, buty, większość odzieży, spalone przez lawę kijki. Pięćdziesiąt siniaków i drugie tyle drobnych rozcięć skóry, kilka drobnych poparzeń, lekkie zatrucie gazami. Oznacza to wykonaną w krótkim czasie dobrą wulkaniczną pracę na Sycylii i Wyspach Liparyjskich.

Na początek o wulkanie-wyspie Stromboli. Jedynym europejskim wulkanie, na którym niemal każdy w łatwy sposób może sobie pooglądać lawę. Obok Etny, najaktywniejszym na kontynencie.

W tym artykule opiszę swoje poczynania na Stromboli, a w kolejnym jak to zrobić od strony turystycznej. Dla mojego PROJEKTU 100 WULKANÓW, wycieczka z przewodnikiem nie ma żadnego sensu, ale dla 99,9% osób, jest jak najbardziej wystarczająca. Do tego niedroga.

Dla mnie pół godziny czy godzina na szczycie Stromboli to strata czasu. Na wulkanach potrzebuję go znacznie więcej. Nawet na tak małych jak Stromboli. Dlatego w partiach szczytowych spędziłem 8 godzin (w dzień i w nocy), a cała eksploracja trwała 24 godziny, non stop.

Przy czym samemu nie wolno wchodzić na Stromboli, jedynie do około 400m, dalsza wędrówka to ryzyko 500 euro kary. Informują o tym tablice. Więc co robi Gawlik? Jak zwykle je ignoruje. Nie dlatego, że lubię. Nie mam innego wyjścia.

Po tylu latach tułaczki po wulkanach, to ja mogę robić włoskim przewodnikom i wulkanologom szkolenia z poruszania się po wulkanach, a nie oni mnie. Ich obecność byłaby balastem, bo w razie niebezpieczeństwa, nie tylko siebie będę musiał ratować, ale też takiego przewodnika. No i żaden przewodnik, za żadne pieniądze, nie pójdzie tam, gdzie ja chcę i nie będzie non stop wędrował przez 24 godziny. Innymi słowy, muszę działać samodzielnie. Lecz rzeczywiście, osoby bez doświadczenia, nie powinny chodzić po tak aktywnych wulkanach samotnie. 

Po przypłynięciu na Stromboli (terminal promowy Stromboli), oddaliłem się od terenów zamieszkanych, podszedłem kawałek do góry, gdzie w chaszczach postawiłem namiot i zostawiłem zbędne rzeczy. Z podręcznym plecakiem maszerowałem wzdłuż osuwiska Sciara del Fuoco. Obrywające się zbocza wulkanu, powodują raz na jakiś czas niewielkie lokalne tsunami.

W partiach szczytowych spędziłem osiem godzin, za dnia i w nocy, często zbaczając ze ścieżki. Starałem się unikać ludzi i przewodników, by nie wykłócać się z nimi. Ale za jedną ze skał natknąłem się na ekipę jakiejś francuskiej telewizji i ich przewodnika. Który zaczął od straszenia i machania znaczkiem, ale gdy dowiedział się co robię i od ilu lat, zupełnie odpuścił.

Może to nieskromne, choć zgodne z rzeczywistością, ale nie wiem czy na całym świecie znajdziemy pięćdziesiąt osób z tak dużym doświadczeniem wulkanicznym jak moje? Obejmującym głównie aktywne wulkany. Bardzo wątpię. A już nie mam wątpliwości, że nie ma drugiego człowieka na świecie, który tyle już nie miesięcy, ale lat, spędził samotnie włócząc się po wulkanach i je eksplorując. Do tego w taki hardcorowy sposób. Podejmując wielokrotnie decyzję, albo się uda albo zginę. Półśrodki i że się nie da - to nie mój świat. We wszystkich ważnych dla mnie sprawach jestem maksymalistą.

Na szczęście przez większość czasu spędzonego na Stromboli, czyniłem swoje działania w samotności. Śmieję się, że mam unikalne zdjęcia z wierzchołka, gdy jestem na nim tylko ja. Bo gdy nagle w ciągu dwóch godzin przez wierzchołek przewinęło się pół tysiąca ludzi, ciężko było znaleźć tam wolne miejsce.

Naliczyłem sześć istotniejszych otworów z lawą, w tym dwa większe. Jedno wyraźnie od strony Sciara del Fuoco. Erupcje były bardzo gwałtowne, krótkie, nieraz z hukiem, nieraz bez. Bywało, że miała miejsce jedna erupcja na godzinę, ale bywało, że i trzy. Cały czas wydobywały się ogromne ilości gazów, czasami zmieszanych z popiołem. Erupcjom towarzyszyło wyrzucanie bomb wulkanicznych. Opisałem właśnie charakterystykę tzw. erupcji strombolijskiej - ten wulkan i jego wybuchy posłużyły za uformowanie tego pojęcia. Można też powiedzieć, że to erupcje eksplozywne - gwałtowne, ale zdarzają się też efuzywne - wylewne, lawa spływa w dół zbocza. Na Stromboli samoistnie te ostatnie raczej nie występują, tylko mają charakter mieszany. Udało mi się dwa razy zaobserwować lawę schodzącą przez krótki czas do morza, szkoda że tylko za dnia. Raz z promu, a raz już podczas wulkanicznej wędrówki. Zjawisko było następstwem wybuchu z otworu od strony morza. Stromboli liczy według moich pomiarów 917-920m wysokości, inne źródła podają 924m (od dna morza 2700m). Nawet na szczycie temperatura ziemi miejscami jest znacznie podwyższona. Nie ma się co dziwić, bo według szacunków obecna faza erupcji trwa nieprzerwanie od około 2-3 tysięcy lat. Co kilka lat następują większe erupcje, ale nie bardzo duże. Co roku można mieć szczęście i trafić na pojedyncze wybuchy, większe, wyższe, dłuższe i co najważniejsze z mniejszą ilością wydobywających się gazów, które praktycznie eliminują szanse na zrobienie dobrych zdjęć. 

Choć wydaje się, że Stromboli to jeden większy krater, to tak naprawdę można wyróżnić trzy, mocno zdeformowane przez erupcję. Jeden jest dominujący, w nim były cztery otwory z lawą. Wierzchołek to fragment krateru, który przetrwał, reszta wpadła do morza. Kawałek od strefy aktywności, są równie wysokie fragmenty starego krateru.

Świetnie spędzony czas. Po powrocie do namiotu następnego dnia, przespałem się kilka godzin, by wyruszyć w dalszą drogę. Stromboli jest fajnym wulkanem, ale wolę znacznie większą Etnę, tam w rejonie kraterów szczytowych nie przewijają się setki ludzi na dobę.

Co ciekawe, gdy przyszła pierwsza grupa na szczyt, nikt się nie dziwił, że ja tam jestem. Później, różni przewodnicy myśleli, że jestem z ich grupy i mówili do mnie - idziemy na dół. Gdy schodziła ostatnia grupa, dwóch przewodników nie zauważyło, że zostałem na szczycie, mimo że minutę wcześniej mówili bym się szykował do zejścia. Zostałem znowu sam. Na tym przykładzie świetnie widać jak wyglądają takie masowe wycieczki na Stromboli i praca przewodnika. Zaginął im członek z grupy, został na szczycie, dlaczego to ich nie zmartwiło? Ano dlatego, że grupy mają nawet po kilkadziesiąt osób i opiekunowie nie liczą ile mają osób. Jakaś choćby namiastka solidnej pracy wymagałaby sprawdzić liczebność w chwili startu wycieczki i przed zejściem w dół. Ale po co? Dla mnie super. Oby włoscy przewodnicy zawsze tak pracowali.

W drugiej części poświęconej wulkanowi Stromboli, napiszę o tym, jak niemal każdy może wejść na szczyt.

Na zdjęciach: wyspa i wulkan Stromboli. Mimo ogromnych ilości gazów parę zdjęć wyszło jako tako, choć nieźle się nakombinowałem (nie zawsze w bezpieczny sposób). 

Opublikowano w Blog
Valle del Leone, to druga z wyrazistych dolin Etny. Nie tak jak Valle del Bove, ale jednak. Zresztą, gdy kończy się del Leone, zaczyna się urwisko del Bove. Położona na północnych stokach, biegnie w kierunku wschodnim. Poniżej krateru Północno-Wschodniego i Kraterów Południowo-Wschodnich. Po jej drugiej stronie, za niewielkim grzbietem (ok. 2850m n.p.m.), skrywa się Osservatorio Etneo czyli Obserwatorium Wulkanologiczne (2820m n.p.m.).

Ryzyko jego zniszczenia przez erupcje Etny praktycznie nie istnieje. Kilka kopulastych budynków, solary, ale obserwatorium zastałem zamknięte na cztery spusty. Widać, że dawno tu nikogo nie było. Za to spotkałem kilku Włochów, którzy zrobili sobie wycieczkę z ośrodka narciarskiego Linguaglossa znajdującego się poniżej. Poczęstowali mnie orzeszkami i grappą własnej produkcji.

Na zdjęciach: Valle del Leone, Obserwatorium Wulkanologiczne i kilka przykładów urządzeń sejsmicznych w masywie Etny, których jest znacznie więcej. Ostatnie trzy zdjęcia pochodzą z listopada roku 2009.

Opublikowano w Blog
środa, 09 sierpień 2017 06:22

ETNA - rozpadlina Valle del Bove

Valle del Bove jest największą wyrwą w masywie Etny. Pośród setek kraterów, pól lawowych, niewielkich dolin i dolinek, nie ma nic bardziej wyrazistego niż dolina del Bove. Lepiej ją charakteryzuje słowo rozpadlina. Jest to bowiem wielka dziura w zboczu Etny. Urwiska z trzech stron, dno łagodnie opada na wschód, ku Morzu Jońskiemu.

Dolina (Valle) del Bove zmienia się i to nie tylko na skutek erozji i wietrzenia. Zdarza się, że na dnie rodzi się krater z którego wypływa lawa. Spływa też do doliny podczas erupcji z kraterów szczytowych Etny. W perspektywie tysięcy lat, wielu tysięcy, ta wyrwa zostanie zalana przez lawę i będzie wyglądała jak pozostałe zbocza Etny.

A nie byle jaka to wyrwa. Zajmuje 37 kilometrów kwadratowych, ma ok. 18km obwodu, a ściany przepaści mają wysokość 400 - 1000 metrów. Jej górne partie przekraczają 2600m n.p.m., dolne schodzą poniżej 1000m n.p.m. Średnica to 5,5 - 7 km, długość ok. 7 - 10 km. Szacuje się powstanie tej depresji na 80.000 - 64.000 lat temu, a obecny kształt uzyskała 10.000 - 5.000 lat temu. Przyjmuje się, że duży wpływ miała seria potężnych trzęsień ziemi w dziewiątym tysiącleciu przed naszą erą (wtedy miała ulec zniszczeniu mityczna kraina-wyspa Atlantyda). Obecny stożek szczytowy Etny jest młodszy niż powstanie doliny del Bove, uformował się ok. 34.000 tysięcy lat temu (podlega ciągłym przeobrażeniom).

O ile są ścieżki nad skraj Valle del Bove - jak Sentiero Schiena Dell Assino niedaleko Sapienzy - to nie ma ich na nieprzyjaznym dnie, pokrytym lawą. Nie mniej można się tam dostać od strony morza, a także z różnych miejsc położonych wyżej.

Na zdjęciach Valle del Bove i jej bezpośrednie okolice:

Opublikowano w Blog

Jezioro płynnej lawy w zboczu Krateru Centralnego wulkanu Etna (Sycylia, Włochy).

Opublikowano w Filmy
poniedziałek, 24 lipiec 2017 06:58

Grzegorz Gawlik na Marsie i Księżycu. Kolejny raz!

Nie muszę lecieć na Księżyc albo Marsa, by być na Księżycu lub Marsie. Wystarczy odpowiednio duży albo odpowiednio aktywny wulkan, jak Etna. Oraz odrobina wyobraźni. Tym razem dużo pisał nie będę. Zdjęcia w poniższej galerii mówią wszystko. Przedstawiają cudowne pola lawowe Etny z wszystkich stron (VI.2017r., ostatnie cztery z XI.2009r.). Lawy od kilkusetletnich po dwumiesięczne. A także różne śliczne otwory z których lawa się wydostawała. 

(VI.2017r., ostatnie cztery z XI.2009r.)
Opublikowano w Blog
No właśnie, gdzie jest najbardziej wysunięty na południe lodowiec Europy? Na półwyspie Iberyjskim? Apenińskim? Może Bałkany? A właśnie, że nie. Ów lodowiec położony jest na najbardziej aktywnym wulkanie Europy - Etnie. W jaskini o nazwie Grotta del Gelo, do której wejście znajduje się na wysokości 2045-2046m. Pośród pól lawowych z lat 1614-1624. Jaskinia ma długość 125m i niewielką, ale stałą pokrywę lodową. Mały lodowiec. Miała zresztą wielkie szczęście, albowiem lawa podczas erupcji w 1981 roku, zatrzymała się 20 metrów od jaskini.

Otwór jest duży i wyraźny. Większość jaskini można pokonać na stojąco. Dopiero w ostatniej fazie staje się niska i lekko biegnie w dół. Lodu przybywa, ale nigdzie nie jest to jakaś porażająca ilość.

Martwi mnie bardzo stan pokrywy lodowej i temperatura panująca wewnątrz. Nie wróżę długiej kariery temu lodowcowi. W pierwszej połowie jaskini lód jest obecny, ale też jest dużo wody, nie wszystko jest zamarznięte. W drugiej jest lepiej, ale jeśli źródła podają o stałej temperaturze minus 6 stopni Celsjusza, to jest to nieaktualne. W drugiej połowie czerwca 2017, nawet w głębi jaskini temperatura wynosiła około + 1 stopień Celsjusza, a najniższa po przyłożeniu termometru do lodu wynosiła +0,4 stopnia Celsjusza. Nawet jeśli istnieje gdzieś chłodniejszy zakamarek, to niewiele chłodniejszy. Lodowiec w Grotta del Gelo umiera.

Do jaskini można dojść ścieżkami. Pośród law nie są szczególnie wyraźne, pomagają kopczyki, czasami ze wciśniętym patykiem, ale trzeba zachować czujność. Jedna ścieżka prowadzi od schronu Spagnolo powyżej Randazzo, a druga od strony schronu Timparossa. Bardzo nikła ścieżka biegnie również od szutrowej drogi prowadzącej z ośrodka narciarskiego Linguaglossa do Osservatorio Etneo. Każdą z tych ścieżek łatwo zgubić i trudno znaleźć. Ja takich problemów nie miałem, bo kierowałem się własną trajektorią w oparciu o posiadane współrzędne GPS jaskini. W końcowej fazie jednak jakąś ścieżynką szedłem, która się napatoczyła. W zimie otwór do jaskini potrafi być pod śniegiem, podczas mojego pobyt śniegu były absolutne resztki na dnie otworu.

Koło Grotty del Gelo spędziłem noc, dlatego dwukrotnie mogłem ją na spokojnie spenetrować. Jest ogólnie dostępna. Przyda się latarka, kask by w drugiej części jaskini nie rozwalić sobie głowy o strop oraz raki albo chociaż raczki. Przy czym nie są niezbędne, bo prawie cała jaskinia jest płaska i można ją pokonać bez jakichkolwiek kolców na butach.

Szkoda, że ta ciekawostka geologiczna przejdzie do historii. Jeszcze nie jutro, ale w tym wieku z pewnością. Chyba że nad Sycylię wrócą niższe temperatury.

My Polacy podobną jaskinię, znacznie bardziej spektakularną, mamy bliżej, mianowicie w Słowackim Raju, niedaleko Popradu. W Dobszyńskiej (Dobsinskiej) Lodowej Jaskini jest potężny lodowiec, osiągający grubość do 26,5m. Udostępniona dla ruchu turystycznego jest pomiędzy 15 majem a 30 września, za wyjątkiem poniedziałków, a zwiedzanie, z przewodnikiem, odbywa się w godzinach 9:00-16:00. Dobszyńska jaskinia jest na liście światowego dziedzictwa UNESCO, notabene, masyw Etny też.

Etna grotami i jaskiniami stoi. Są ich setki, przynajmniej. Większe, mniejsze. Podczas mojego pobytu spenetrowałem kilkadziesiąt. Od takich, którymi trzeba się było czołgać, po takie jak del Gelo. Pół godziny marszu w górę od niej, na wysokości 2164m znajduje się wejście do jaskini, którą nazwałem "Śnieżną". W środku znajdowało się mnóstwo śniegu, były sople lodowe, Jest krótsza od del Gelo, ciaśniejsza, ale interesująca. Owe jaskinie lawowe, były kiedyś kanałami, którymi płynęła lawa. Znajdując ujście, pozostawiła liczne pustki, tunele. Zresztą stropy i ściany tych jaskiń, to także zastygła lawa. Mając kontakt z powierzchnią (z chłodniejszym otoczeniem), zastygała, tworząc skorupę, pod którą płynna lawa ciągle się przemieszczała. Jaskinie wulkaniczne są dosyć niebezpieczne. Kruche, ostre skały, pełne pęcherzyków powietrza, często się obrywają. Zawalenia stropów nie należą do rzadkości. Istnieją wielokilometrowe systemy takich jaskiń na świecie, np. w USA i na Islandii.

Na zdjęciach: Grotta del Gelo i jej otoczenie oraz kilka innych przykładów jaskiń w masywie Etny.

Opublikowano w Blog
Etna (Mongibello) to najaktywniejszy i największy powierzchniowo wulkan Europy. Także najwyższy, bo dla mnie Elbrus jest w Azji. Wierzchołek jeszcze się trzyma, choć któż wie jak długo? Napiszę o nim wkrótce. Obecnie najwyższy punkt Etny to 3331m n.p.m. Poza tym kilkaset kraterów, w tym cztery szczytowe (główne), a i w ich obrębie można wypatrzeć serię mniejszych.

Przez tydzień pobytu obszedłem wszystkie szczytowe kratery, zrobiłem pomiary, dokumentację fotograficzną, filmową, pobrałem próbki law, dotarłem do najaktywniejszych miejsc. Bardzo dużo się zmieniło od mojego ostatniego pobytu w 2009 roku. Zapoznałem się także z kilkudziesięcioma innymi kraterami. Dziesiątki kilometrów przemierzyłem po lawach - od kilkusetletnich - do z przed dwóch miesięcy (z drugiej połowy kwietnia 2017). Spenetrowałem kilkadziesiąt grot i jaskiń, w tym jedną niezwykłą. O tym też niedługo napiszę. Główny obóz założyłem na wysokości 3190m, a więc prawie na szczycie. Po pierwszym tygodniu, kolejne dni kręciłem się po okolicy Etny.

Był to bardzo pracowicie spędzony czas. Pośród zakamarków tętniącej chęcią erupcji Etny. Zrealizowałem więcej niż zaplanowałem. Na Etnę będę z pewnością wracał. A teraz kilka podstawowych informacji o kraterach szczytowych Etny. Wszystkie są aktywne, z wszystkich wydobywają się liczne gazy wulkaniczne.

Krater Centralny (Central Crater, Cratere Centrale). Największy. Dzieli się na dwie duże części: Bocca Nuova i Voragine(mniejsza). Jego wysokości to 3240-3314m (do 3302m - pomiar 2009). Najniższa część jest od strony Sapienzy (skraj Bocca Nuova). Najwyższa część jest po przeciwległej stronie (rejon Voragine), w sąsiedztwie Krateru Północno-Wschodniego. Maksymalna głębokość to około 200m, obwód wzdłuż skraju krateru wynosi blisko 2km. W czerwcu 2017 pod wierzchołkiem znajdowało się jezioro płynnej lawy (istniało już w 2016). Ewentualna erupcja z tego miejsca, może sporo namieszać pod względem wysokości tego fragmentu Krateru Centralnego. Zilustruję temat w kolejnych artykułach.

Krater Północno-Wschodni (North-East Crater, Cratere di Nord-Est). Tutaj znajduje się najwyższy wierzchołek Etny, w sąsiedztwie Krateru Centralnego. Wynosi od lat 3331m n.p.m. (z błędem do 2 metrów, 3331m - pomiar 2009). Przy czym jego stan bardzo się pogorszył. Liczne ogromne spękania mogą spowodować, że zawali się do krateru. Średnie wysokości skraju krateru są najwyższe pośród wszystkich szczytowych kraterów Etny, w większości przekraczają 3300m n.p.m. (maksymalna głębokość krateru do ok. 200m, obwód ok. 800m). Przestrzeń pomiędzy nim, a Centralnym uległa dużym zmianom od 2009 roku i jest do tego bardzo aktywna. Przesmyk jest już naprawdę nieduży, jedna większa erupcja w tym miejscu i Krater Północno-Wschodni połączy się z Kraterem Centralnym.

Pomiędzy dwoma przedstawionymi przed chwilą kraterami, a dwoma kolejnymi, znajduje się wyraźna przełęcz je oddzielająca, o minimalnej wysokości 3233m n.p.m.

Krater Południowo-Wschodni (South-East Crater, Cratere di Sud-Est). Najniższy, do 3280m n.p.m. (3315m - pomiar 2009). Kiedyś był dosyć samotny i najmniej aktywny z okolicznych. Lecz poniżej, w jego zboczu wyrósł krater pasożytniczy, który przejął aktywność. A niedawno zdominował okolicę. Nazywa się: Nowy Krater Południowo-Wschodni. Między nim a opisywanym powstała przestrzeń o zbliżonej wysokości, pośród której są trzy młode kratery, które należałoby zaliczyć do Południowo-Wschodniego. Są aktywniejsze niż "krater-matka", o zbliżonej wielkości. Głębokość całej czwórki to ok. kilkanaście-pięćdziesiąt metrów. Właśnie "krater-matka" należy do tych najpłytszych, a jego obwód to ok. 250m. Te nowe mają zbliżone obwody. A zaliczając je do Krateru Południowo-Wschodniego, najwyższym punktem będzie piramidalne wzniesienie oddzielające je od Nowego Krateru Południowo-Wschodniego, które wynosi 3300m n.p.m. Czyli Krater Południowo-Wschodni to obecnie cztery wyróżniające się kratery.

Nowy Krater Południowo-Wschodni (New South-East Crater, Nuovo Cratere di Sud-Est). Powstał jako krater pasożytniczy, jak podają włoscy wulkanolodzy - w 1971 roku. Już w 2009 roku, ze względu na aktywność był mocno widoczny. Znacznie poniżej Krateru Południowo-Wschodniego. Można było przypuszczać, że jego erupcje zniszczą ten krater i go zastąpią. Stało się jednak, póki co, inaczej. Krater po erupcjach 2011-2013 bardzo urósł i usadowił się obok. Jego maksymalna wysokość wynosi 3300m (czerwiec 2017). Sprawiły to bardzo niebezpieczne erupcje strombolijskie. Gwałtowne wyrzuty lawy, która szybko zastygając, spadała wokół krateru jako bomby wulkaniczne i drobny materiał piroklastyczny. Krater jest bardzo duży, bardzo aktywny, to najaktywniejszy tak duży obszar na Etnie (głębokość może przekraczać 100m, obwód ok. 800m). Wszystko jest tak sypkie, popękane, kruche, że jedna erupcja i wysokość może się zmienić. Dużo wysiłku mnie kosztowała eksploracja tego terenu. Absolutny brak atmosfery do oddychania, temperatury na granicy ludzkiej wytrzymałości, fumarole mające po kilkaset stopni Celsjusza. Mnóstwo siarki, bardzo niestabilny teren, urwiska, osuwałem się kilka razy. I widoczność czasami ograniczona do zera. Ekstremalnie nieprzyjazna planeta - ale za to tak kocham wulkany.

Należy pamiętać, że przedstawione dane i parametry na tak aktywnym wulkanie jak Etna ulegają ciągłym zmianom. Jeszcze dwie liczby. Skrajne punkty kraterów szczytowych na osi północny-zachód - południowy-wschód oddalone są od siebie w linii prostej o około 1,3km (Krater Centralny-Bocca Nuova - Nowy Krater Południowo-Wschodni). Na osi zachodnio-południowej - wschodnio-północnej prawie 1 kilometr w linii prostej (Krater Centralny-Bocca Nuova - Krater Północno-Wschodni).

Na zdjęciach: każdemu kraterowi poświęciłem po pięć zdjęć, dorzuciłem pięć zdjęć "krajobrazowych", ogólniejszych. Do tego pięć zdjęć Etny w zimowej scenerii z listopada 2009, dla kontrastu. Na końcu mapka z rozmieszczeniem kraterów. 

Opublikowano w Blog
O istnieniu jeziora wiedziałem już rok wcześniej. Ta informacja wypłynęła, gdy przeglądałem raporty włoskich wulkanologów z INGV. Będąc na Etnie, nie omieszkałem zajrzeć w jego pobliże. Co nie zmienia faktu, że Etna sprawia mi od lat wielki zawód. Ostatnia porządna erupcja, z prawdziwego zdarzenia, długotrwała, miała miejsce 15 lat temu. Od tamtego czasu co roku występują liczne małe erupcyjki, niegodne większej uwagi. Za to, fascynujące jest jak Etna się zmienia dzięki nieustającej aktywności.

Dwa - trzy razy na dobę znajdowałem się w okolicy jeziora lawy. Badanie i obserwacje wulkanów to ciężka praca, choć wcale mnie nie męczy. Mój standardowy dzień podczas pobytu na Etnie wyglądał tak. Pobudka o 3:00 w nocy, bo płynną lawę wtedy widać najlepiej. W dzień czasami wcale. Po nastaniu dnia, kontynuacja eksploracji Etny. By popołudniu na chwilę wrócić do namiotu, rozbitego bardzo blisko kraterów szczytowych. Jedzenie, chwila na odpoczynek. I około 20:00 ciąg dalszy wulkanicznych prac. Powrót do namiotu przed 23:00, chwila snu, i o 3:00 w nocy rozpoczęcie kolejnej rundy, za cel obierając inne fragmenty wulkanu.  

Jeziora płynnej lawy są o tyle fascynujące, że jest to najgorętsza postać magmy wydobywającej się z wnętrza Ziemi. 1200 stopni Celsjusza robi wrażenie (jęzory lawowe spływające z wulkanów mają często "jedynie" temperaturę 300 - poniżej 200 stopni Celsjusza). Podchodziłem tak blisko jak to było możliwe. Teren wokół był bardzo niestabilny. Pęknięcia w kraterze. I fakt, że większa część jeziora jest skrywana pod stropem zastygłej lawy, na której stoję. Kilka podmuchów od strony jeziora zwaliło mnie z nóg. Myślałem, że płonę. Niesamowite uczucie. Potęga natury.

Jezioro płynnej lawy znajduje się w niewielkim kraterze, w otworze, na zboczu Centralnego Krateru, w części zwanej Voragine. Bardzo blisko Krateru Północno-Wschodniego. Na wysokości prawie 3300m, pod najwyższym punktem Krateru Centralnego o wysokości 3314m. Płynna lawa pod lawowym stropem biegnie w kierunku Krateru Północno-Wschodniego. Na przestrzeni lat w obu kraterach doszło do takich wycięć, że pas "ziemi" jest bardzo wąski. Spękany. Szczeliny są długie, szerokie, głębokie. Bez problemów do części nich może wpaść człowiek. Bliskość jeziora lawowego powoduje, że wydobywają się z nich toksyczne gazy a temperatura sięga kilkuset stopni Celsjusza. Gdy wpadałem do szczelin lodowcowych, za każdym razem udało mi się z nich wydostać żywym. Gdybym wpadł do takiej, szans na przeżycie nie miałbym żadnych. Wędrówka po tym terenie i w dzień i w nocy, wymagała bardzo dużej uwagi. Do tego liczne gazy. A te z jeziora lawowego były wybitnie toksyczne. Moja maska nie dawała rady. Kilka razy było naprawdę ciężko. Szczególnie w nocy musiałem się wspiąć na wyżyny mojej wiedzy i umiejętności w eksploracji wulkanów. Przy życiu trzymała mnie maska przeciwgazowa. Unoszące się gazy w świetle latarki czołowej ograniczały widoczność czasami do poniżej pół metra. A nie mogłem sobie pozwolić na chociaż jeden błędny krok. Już samo przechodzenie rozpadlin i pęknięć zmuszało do precyzji i szybkości. Kontakt z kilkusetstopniowymi temperaturami nie jest dobry dla ludzkiego ciała. Natura nie przystosowała nas do życia w takim otoczeniu. A szkoda.

Nachylenie stoku też stwarzało niebezpieczeństwo, że przy odrobinie pecha zlecę do jeziora płynnej lawy. No i ten strop - wytrzyma czy nie wytrzyma? W takich momentach czuję się jak samotny astronauta na jakiejś groźnej odległej planecie. NASA czasami publikuje zdjęcie pt.: samotny na Marsie łazik Curiosity. Niebieska kropka pośród bezkresnych wulkanicznych skał Czerwonej Planety. Gdyby NASA zrobiła zdjęcia mojej eksploracji wulkanów, byłoby podobnie. Gawlik-kropka, niekoniecznie niebieska, pośród law i pustyń wulkanicznych oraz dymiących kraterów. Cóż, skoro nie urodziłem się kilka tysięcy lat później, gdy mógłbym eksplorować kosmos, obce planety znalazłem sobie na Ziemi. Wiem że to może niezrozumiałe. Ale przebywając w scenerii, którą opisuję, byłem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.

Bardzo ciekawy jestem dalszych losów opisywanego jeziora płynnej lawy. Oraz tego co się może wydarzyć pomiędzy Kraterem Centralnym a Północno-Wschodnim? Kilka scenariuszy przychodzi mi do głowy. Każda większa erupcja z tego miejsca może spowodować, że przesmyk pomiędzy kraterami się zapadnie, a oba kratery się połączą. Wtedy pobliski najwyższy punkt Etny, w nienajlepszym stanie, również może się rozsypać. Ponadto istnieje realne zagrożenie, że lawa z jeziora zacznie spływać do jednego z kraterów albo nawet obu. W przyszłości wrócę to sprawdzić.

Zapraszam do artykułu RedBull: Grillowanie na wulkanie.

Na zdjęciach z 2009 i 2017: Krater Centralny i jezioro płynnej lawy, Krater Północno-Wschodni.

Opublikowano w Blog
Z wypraw przede wszystkim przywożę lawę, skały oraz minerały. Jak również czapki. Często głupie. I znalazłem takową w ostatni dzień pobytu w USA. Żółta z jednym okiem, były też z dwoma oczami. Wymyśliłem sobie do niej historię, że jak zakładam jestem wyrocznią z Matrixa. Cieszyłem się, że to jedna z najgłupszych czapek jaką znalazłem. Po powrocie okazało się, że to czapka z Minionków, o czym wszyscy wiedzieli, poza mną. Dziczeję na tych wyprawach. Jednooki Minionek - Stuart, to głupek, jak i inne Minionki - a więc czapka świetnie do mnie pasuje :).

Zanim zdjęcia, kilka spostrzeżeń, stwierdzeń i odpowiedzi na pytania, które ostatnio mi zadano.

Ameryka Łacińska - jednym z najbezpieczniejszych regionów świata. Jeszcze nie tak dawno można było usłyszeć, nie jedź do Ameryki Łacińskiej, bo tam niebezpiecznie. Rzeczywiście, pospolita przestępczość jest na wyższym poziomie niż w Europie i sporo turystów zostaje napadniętych albo okradzionych. Jeśli się nie stawiają, nic im nie grozi.

Chociaż w tych krajach dochodzi do wielu morderstw, nie są skierowane w stronę turystów. Paradoksalnie, jest to obecnie jedno z najbezpieczniejszych miejsc na Ziemi. W Europie w różnych miejscach można wylecieć w powietrze od zamachu albo zginąć od kuli. Podobnie jest w Afryce i w USA. Spore połacie Azji również oferują "takie atrakcje". Jeszcze Australia się jakoś trzyma i jest dosyć bezpieczna, chociaż z rekordową liczbą zwierząt, które mogą zabić człowieka.

Pasja wyczynowa. Taka jest kategoria tego co robię i ma bardzo wiele wspólnego ze sportami wyczynowymi. Przygotowania, treningi, plany. Potężne koszty, bez ich ponoszenia nie ma sukcesów. I trzeba trafić ze szczytem formy w kluczowym momencie wyprawy. Są też różnice. Oprócz elementów sportowych w wyprawie, są elementy eksploracyjne, naukowe, podróżnicze. Trudno zmierzyć czas, odległość. Są zmienne, jak pogoda, nierzadko ekstremalna. Śnieg, huraganowe wiatry, skrajne temperatury i tak dalej.  I rywal jest inny. Jest nim natura, przy której człowiek jest na dużo słabszej pozycji. Jeszcze jedna ważna rzecz, jak doznam kontuzji w trudnym terenie podczas samotnej wędrówki, nie przybiegnie do mnie sztab medyczny, nie podjedzie karetka. Zostanę tam na zawsze.

Jeden z moich czytelników, który śledził blog z wyprawy 2015/2016 stwierdził, że po tak wybitnych osiągnięciach wszystkie nagrody podróżnicze w Polsce muszą być moje. Ja nie robię tego dla nagród, robię bo to kocham - usłyszał w odpowiedzi. Najwspanialszą dla mnie nagrodą jest realizacja planu, który sobie wymyśliłem i w sposób jaki sobie wymyśliłem. A plany są zawsze katorżnicze. Jeśli ja jestem zadowolony z osiągnięć wyprawy - nic więcej do szczęścia nie potrzebuję. Wynika to też z mojej pewnej okropnej i uciążliwej wady charakteru - nazywa się perfekcjonizm. Jeśli na wyprawie nie zrobię wszystkiego i w stylu w jaki chciałem to zrobić, nie daje mi to spokoju. Muszę wrócić i poprawić. A nienawidzę wracać i poprawiać, bo szkoda na to czasu i pieniędzy. Życie jest krótkie. Trzeba tak się przygotować i tak działać, by udawało się za pierwszym razem, nawet kosztem wielkiego ryzyka i skrajnego wyczerpania organizmu. Dzięki takiemu podejściu, każda dotychczasowa moja wyprawa zakończyła sie sukcesem, a osiągnięcia są wartościowe. Radość po tak zrealizowanej wyprawie, jest najcudowniejszą nagrodą jaką mogę dostać. 

Od czasu do czasu ktoś mnie pyta, czy chciałbym zrobić Koronę Wulkanów? Nie bardzo, nie interesuje mnie to - odpowiadam. Z prostego powodu. Zdobycie stu wyselekcjonowanych wulkanów jest niebotycznie trudniejsze niż Korona Wulkanów. Nikt tego na świecie nie zrobił, a Koronę owszem, sporo ludzi. Tym co mnie najbardziej zniechęca w Koronie, to wulkany, które w niej są. Tylko jeden jest bardziej wymagający - Sidley, bo na Antarktydzie. Przez co drogi. Reszta jest dużo tańsza i przeciętnie interesująca oraz ponadprzeciętnie łatwa w zdobyciu. A to co łatwe nie bardzo mnie interesuje. Wejście na najwyższe wulkany pozostałych kontynentów wymaga jedynie pewnych nakładów finansowych i niewiele więcej: Giluwe (Australia i Ocenia), Ojos del Salado (Ameryka Południowa), Pico de Orizaba (Ameryka Północna), Kilimanjaro (Afryka). Pewne rozbieżności są co do najwyższego wulkanu Azji. Dla mnie jest nim Elbrus, dla niektórych Demawend, dużo łatwiejszy od łatwego Elbrusa. W Europie najwyższa jest Etna, która jest jedynym aktywnym wulkanem w Koronie, bardzo aktywnym. A przez to bardziej niebezpieczna niż wszystkie pozostałe wulkany z Korony razem wzięte i przez to najciekawsza. Może właśnie z tego powodu, inni zaliczają Elbrus do Europy, który jest bezpieczniejszy, wchodzą na niego tysiące ludzi, ścieżka jest jak autostrada? Człowiek włóczący się pomiędzy trzema dymiącymi kraterami szczytowymi Etny - to rzadkość. 


  • Na zdjęciach:
  • 1-31) lawy, skały, minerały, próbki ziemi i popiołów wulkanicznych. "Obróbka" rzeczy przywiezionych z wyprawy to kilkudniowa praca od świtu do nocy.
  • 32-33) czapka z Minionków.
  • 34-35) fragment papierologii przywiezionej z wyprawy.
  • 36-44) Dużo krajów, dużo walut. Staram sie wydawać monety jak najszybciej, ale i tak mi wiecznie przeszkadzają i wrzucam w różne zakamarki plecaka, po powrocie jest taki efekt. Inna sprawa, że je kolekcjonuję odkąd pamiętam. Banknoty też. W niektórych krajach wykorzystuje się rewersy monet do pokazania atrakcji danego kraju albo najważniejszych wydarzeń, jak olimpiady (choćby Vancouver 2010, Londyn 2012). W USA służą do tego ćwierćdolarówki, w Kanadzie podobnie, w Kolumbii moneta 200pesos, a w Wielkiej Brytanii przede wszystkim półfuntówki, w mniejszym stopniu jednofuntówki.
  • 45-52) różności, w tym notatki poczynione na wyprawie i kilka rzeczy z tych samych okolic, ale z poprzedniej wyprawy.
  • 53-62) widokówki, czasami są na nich użyteczne informacje.
  • 63) magnesowe szaleństwo trwa, ale może i dobrze, bo kilka magnesów zawsze jakoś upcham, większe rzeczy nie bardzo.
  • 64) koszulki wyrzucam w trakcie wyprawy, więc pod koniec mogę je zastąpić innymi, a czasami nawet upchać coś na prezent.
  • 65) papierologia z wyprawy, przydaje się przy kolejnych projektach wyjazdów.
  • 66-70) mapa Parku Yellowstone  oraz zwierzęta w nim żyjące.
  • 71-72) solfatary w masywie Ojosa del Salado (ok. 6500m) i El Volcancito (ok. 4200m) - wulkaniczne kolory świetnie wychodzą na zdjęciach.
Opublikowano w Blog

Część chilijsko-argentyńska, która trwała 82 dni, była kluczowa jeśli chodzi o cele wyprawy. Kosztem gigantycznego wysiłku udało się zrealizować więcej niż planowałem.

STYL JEST BARDZO WAŻNY, MOŻE NAJWAŻNIEJSZY. Przywiązuję wagę do tego w jakim stylu osiągam moje podróżnicze, wulkaniczne i górskie cele. Wejście na górę może być bezwartościowe od strony wyczynowej, poza własną satysfakcją stanięcia na szczycie. Ale może też być zrobione ambitnie, wg wytyczonych trudnych do osiągnięcia zasad. Wtedy to coś więcej niż sukces osobisty. Coś, co zyskuje uznanie przynajmniej środowiska górskiego. Dlatego bardzo się staram, by moja działalność była samodzielna, by wytyczone reguły gry były ambitne. Nigdy nie chodzę na łatwiznę. Tylko wtedy mam satysfakcję z własnych osiągnięć. A bardzo trudno mnie samego zadowolić w podróżniczej działalności.

Jako że wszystkich interesuje to co najwyższe, zacznę od najwyższych zdobyczy.

---- ACONCAGUA 6962m, Argentyna, Andy (w planie wyprawy cel dodatkowy - aklimatyzacja przed wulkanami), na szczycie 18.12.2015, samotnie, w warunkach zimowych, drogą przez Dolinę Horcones. Start pieszy z 2890m, koniec na 2720m, pokonana podczas akcji górskiej deniwelacja względna w górę: 7420m, w dół: 7670m.

Aconcagua to najwyższy szczyt Ameryki Południowej i poza Azją, najwyższa góra Argentyny.

---- Wulkan OJOS DEL SALADO ok. 6896-6900m, Chile/Argentyna, Andy (Puna de Atacama), wulkan uśpiony, (w planie cel główny), na szczycie trzy razy: 29.12.2015 - wierzchołek chilijski, 01.01.2016 i 03.01.2016 - wierzchołek argentyński, samotnie, na wierzchołek argentyński własnymi drogamiNajwyższy nocleg wyprawy na 6820m po stronie argentyńskiej. Start: 5180m, koniec: 5260m, deniwelacja względna w górę: 3830m, w dół: 3735m. FILM: Wszystkie NAJ wulkanu Ojos del Salado 6896m.

---- Odnalazłem wyziewy wulkaniczne (solfatary) w masywie Ojosa na prawie 6500m i udało się ustalić, że wulkan nie zasługuje na miano aktywnego, co najwyżej uśpionego. Zerealizowałem cele dodatkowe (z nawiązką): dotarłem do 6-ciu najwyżej położonych jezior na świecie pomiędzy 6350 a 6510m oraz przyjrzałem się z bliska największym lodowcom w masywie Ojosa, także  po nich wędrując. Dni działalności 27.12.2015-04.01.2016.

Ojos del Salado jest najwyższym wulkanem na Ziemi, drugą górą Ameryki Południowej oraz najwyższym szczytem Chile, bardzo rzadko odwiedzanym od strony argentyńskiej.

---- Wulkan PISSIS 6800m, Argentyna, Andy (Puna de Atcama), wulkan wygasły, (nie było w planie), na szczycie trzech najwyższych wierzchołków: 18.01.2016 - Pissis 1 (6800m), 19.01.2016 - Pissis 2 (Upame, 6799m) i Pissis 3 (Ejercito Argentino, 6795m - wierzchołek wyższy, 6792m - wierzchołek niższy). Samotnie, na Pissis 1 końcowy fragment własną drogą, Pissis 2 i Pissis 3 - własnymi drogami, w oba dni wędrówka podczas burz śnieżnych. Start i koniec: 4570m, deniwelacja w górę i w dół 3647m.

Pissis jest drugim co do wysokości wulkanem na Ziemi i trzecią górą Ameryki Południowej (zdobycie trzech najwyższych szczytów kontynentu podczas jednej wyprawy to jest coś). Niezwykle rzadko zdobywany, a wierzchołki Pissis 2 i Pissis 3 - praktycznie nigdy.

---- Wulkan Llullaillaco 6755m, Chile/Argentyna, Andy (Puna de Atacama), wulkan aktywny, (cel główny), na szczycie 09.01.2016, tego samego dnia wierzchołek 6580m, którego nie było w planie, samotnie, w górnych partiach własną drogą. Start: 4425m, koniec: 4160m, deniwelacja względna w górę 2525m, w dół 2890m.

Najwyższy aktywny wulkan na Ziemi, najwyższe stanowisko archeologiczne na świecie, ze względu na kilka szczytów o podobnej wysokości jest pomiędzy 5 a 7 górą Ameryki Południowej, a z wulkanem Bonete konkuruje o miano trzeciego wulkanu świata (w najgorszym wypadku jest czwartym). Jedno z najbardziej suchych miejsc na Ziemi. Rzadko zdobywany.

---- Lodowce wulkanu Pissis, największe na wybitnie suchym płaskowyżu Puna de Atacama (cel dodatkowy), 17-19.01.2016 - wędrówka po największymGlaciar de los Argentinos (na wysokościach 5800-6050m + obserwacja z wszystkich stron, w tym z rejonu szczytu Pissis).

---- Jezioro kalderowe Inca Pillo (Caldera del Inca Pillo), lustro wody na ok. 5200m, najwyższa osiągnięta wysokość podczas podróży przez kalderę 5420m, obserwacja jeziora z 5390m, Argentyna, Andy (Puna de Atacama), cel dodatkowy, 24.01.2016, dojazd autem 4x4, najwyżej na świecie położone jezioro kalderowe pomiędzy wulkanami Pissis i Bonete, rzadko odwiedzane przez ludzi.Chile

---- Podróże po wulkanicznym płaskowyżu wysokogórskim Puna de Atacama (Andy), Chile/Argentyna, 27.12.2015-24.01.2016, z widokami na liczne 5-cio i 6-cio -tysięczne wulkany, liczne duże jeziora i salary na wysokościach do 4500m, przełęcze do ponad 4700m, przejazdy na wysokościach ponad 5000m, obserwacje lokalnej fauny i flory. Często wymagane auto 4x4. Jedno z najsuchszych miejsc na Ziemi, średnie wysokości wynoszą ok. 4500m.

---- El Volcancito ok. 4200m, Argentyna, Andy (Puna de Atacama), cel dodatkowy, 23.01.2016, dojazd autem 4x4, źródło z kilkumetrowym stożkiem mineralnym (ok. 7m), rzadko odwiedzany cud natury.

---- Wulkan Villarrica 2847m, Chile, jeden z najaktywniejszych wulkanów Ameryki Południowej w północnej Patagonii (Andy). Na szczycie 24.11.2015, samotnie, w ekstremalnych zimowych warunkach (po kilku próbach). W planie tzw. dodatek, czyli coś mniej istotnego niż cel dodatkowy. Start z wysokości 200m, koniec na 900m, deniwelacja względna w górę 4725m, w dół 4625m.

----- Wulkany Wyspy Wielkanocnej i posągi moai, Chile, Polinezja, Oceania, w planie tzw. dodatek, dni 26.11-04.12 2015Wulkany tarczowe: Terevaka ok. 510m, Rano Kau ok. 324m (dwukrotnie), Poike ok. 365m oraz wulkan Tuutapu ok. 280 i krater Rano Raraku, wszystkie samotnie, tak samo jak kilkanaście innych miejsc wulkanicznych, np. lawy, jaskinia Ana Te Pahu. Własnymi drogami wejście na Terevaka, Poike i Tuutapu. Początek i koniec podejść zazwyczaj na wysokości kilkudziesięciu metrów n.p.m. Łączna deniwelacja względna w górę i w dół: 2100m. 

Wyspa Wielkanocna (Rapa Nui) jest jedną z najbardziej odizolowanych zamieszkanych wysp na świecie, do najbliższej zamieszkałej wyspy jest ok. 2100km (Pitcairn), a do kontynentu Ameryki Południowej ok. 3600km (pod tym względem ustępuje jedynie wyspom Tristan da Cunha).

---- Dodatkowo do tej części wyprawy doliczam obserwację wulkanu Sangay w Ekwadorze, Andy,  (cel dodatkowy), z nienazwanej góry o wysokości 4336m niedaleko wioski Alao (31.01.2016, ale pobyt w dniach 30.01-01.02 2016). Start i koniec 3160m, deniwelacja względna w górę i w dół 1326m. Sangay zaliczany jest do najaktywniejszych wulkanów Ameryki Południowej, niewiele osób miało możliwość choćby zobaczenia wulkanu, położonego w trudno dostępnym terenie.

  • PONAD PLAN (najważniejsze rzeczy) - LISTA:
  • argentyński wierzchołek Ojosa dela Salado i to dwa razy oraz nocleg prawie na jego szczycie
  • zamiast zidentyfikowania jednego wysokiego jeziora w masywie Ojosa del Salado, zidentyfikowanie sześciu jezior
  • wejście na trzy najwyższe wierzchołki wulkanu Pissis
  • wejście na dodatkowy wierzchołek 6580m w masywie Llullaillaco
  • zobaczenie około 10-ciu jezior na Puna de Atacama w Chile i w Argentynie, na wysokościach zwykle przekraczających 4000m
  • wejście na dodatkowy wulkan Tuutapu na Wyspie Wielkanocnej i zobaczenie licznych dodatkowych miejsc wulkanicznych
  • wycieczka do powstającej kopalni miedzi i złota w pobliżu La Sereny i wycieczka wzdłuż wybrzeża niedaleko La Sereny
  • silą rzeczy liczne obserwacje Puna de Atacama, w drodze na i z wulkanów
  • krótki rafting koło Pucon
  • jaskinia wulkaniczna w masywie Villarrici i oględziny skutków jednej z erupcji
  • trochę zwiedzania Santiago de Chile, głównie miejsc poświęconych Ignacemu Domeyko
  • do tej części wyprawy doliczam też krótkie zwiedzanie: Riobamby i Quito w Ekwadorze (lista UNESCO, średnia wysokość 2850m - druga najwyżej położona stolica na świecie, po boliwijskim La Paz 3650m(chociaż stolicą konstytucyjną Boliwii jest Sucre ok. 2800m)) oraz Bogoty w Kolumbii (średnia wysokość 2640m - trzecia najwyżej położona stolica na świecie, największe miasto w Andach - ok. 10mln mieszk.(zespół miejski)

 Taki przed wyprawą ustaliłem poziom satysfakcji z realizacji planu z części chilijsko-argentyńskiej:

 PLAN MINIMUM, który mnie usatysfakcjonuje:

1) Wulkany Wyspy Wielkanocnej (Chile)

2) Poszukiwania aktywności wulkanu Ojos del Salado 6891m (Chile, Argentyna)

3) Poszukiwania aktywności wulkanu Llullaillaco 6739m (Chile, Argentyna)

 

PLAN REALNY, ale TRUDNY, który uczyni mnie szczęśliwym:

1) Rejon Villarrica ok. 2850m (Chile)

2) Wulkany Wyspy Wielkanocnej

3) Aklimatyzacja na Aconcagui 6962m (ewentualnie na innej odpowiednio wysokiej górze) (Argentyna lub Chile)

4) Poszukiwania aktywności wulkanu Ojos del Salado 6891m oraz przyjrzenie się tamtejszym niewielkim lodowcom oraz zbiornikowi wodnemu położnemu na wysokości 6390m

5) Rejon wulkanu Pissis 6793m (Argentyna, Chile) albo wulkan Sangay ok. 5300m (Ekwador)

6) Poszukiwania aktywności wulkanu Llullaillaco 6739m

 

PLAN MAKSIMUM jest planem NIEREALNYM, ale i tak o niego powalczę :) .

1) Rejon Villarrica ok. 2850m

2) Wulkany Wyspy Wielkanocnej

3) Aklimatyzacja na Aconcagui 6962m

4) Poszukiwania aktywności wulkanu Ojos del Salado 6891m oraz przyjrzenie się tamtejszym niewielkim lodowcom oraz zbiornikowi wodnemu położnemu na wysokości 6390m

5) Rejon wulkanu Pissis 6793m

6) Poszukiwania aktywności wulkanu Llullaillaco 6739m

7) Rejon wulkanu Sangay ok. 5300m 

 

PLAN PONAD MAKSIMUM czyli SCIENCE FICTION - tak do tej pory kończyły się moje wyprawy, 100% to za mało. Jednakże tym razem zawiesiłem sobie poprzeczkę tak wysoko, a wyprawa da mi tak niemiłosiernie w kość, że osiągnąć ten poziom będzie mission impossible. Co nie znaczny, że nie spróbuję :).

 

Poziom realizacji części chilijsko-argentyńskiej wyprawy: PONAD MAKSIMUM czyli SCIENCE FICTION.

 

Podsumowanie części meksykańsko-amerykańskiej znajduje się: TUTAJ.

 

Na zdjęciach:

1) wulkan Villarrica

2) skutki erupcji - masyw Villarrica

3) wulkan Rano Kau, Wyspa Wielkanocna

4) Aconcagua z Plaza de Mulas

5) w powstającej kopalni miedzi w pobliżu La Sereny

6) wulkan Ojos del Salado

7) solfatary w masywie wulkanu Ojos del Salado

8) niewielkie jezioro w masywie Ojosa del Salado na wysokości blisko 6500m

9) lodowiec w masywie Ojosa del Salado, ok. 6300-6400m

10) wulkan Llullaillaco

11) laguna Verde ok. 4300m, niedaleko przeł San Francisco

12) wulkan Pissis

13) glaciar De Los Argentinos w masywie Pissis

14) El Volcancito

15) jezioro kalderowe Inca Pillo

16) chilijska Puna de Atacama z Ojosa del Salado

17) wulkan Sangay

Opublikowano w Blog
Strona 1 z 4

nationalgeographic box

red bull 225x150

TOKFM box

iexpert 225X150px

stopka plecak

LogoStopka

stopka plecak

Strona używa informacji zapisanych za pomocą… plików cookies w celu dostosowania do indywidualnych potrzeb użytkowników. Jeżeli tego nie akceptujesz zmień ustawienia przeglądarki dotyczą…ce cookies. Więcej informacji można znaleźć‡ w naszej Polityce prywatności.