NAJBLIŻSZE PRELEKCJE PODRÓŻNICZE i INNE WYDARZENIA:

 19 sierpień - 7 wrzesień - Tanzania (Kilimandżaro, Serengeti, Ngorongoro, Zanzibar)

 24 wrzesień - XXII Festiwal Górski w Lądku Zdroju, o PROJEKCIE 100 WULKANÓW, w panelu w Wielkim Namiocie pomiędzy godz. 10 a 16. PROGRAM

 a2b2

portal gorski 225x150 box

slaskie box

spokey.jpg 225PX

LOGO

Podziel się

FacebookMySpaceTwitterGoogle BookmarksLinkedinRSS Feed
Valle del Leone, to druga z wyrazistych dolin Etny. Nie tak jak Valle del Bove, ale jednak. Zresztą, gdy kończy się del Leone, zaczyna się urwisko del Bove. Położona na północnych stokach, biegnie w kierunku wschodnim. Poniżej krateru Północno-Wschodniego i Kraterów Południowo-Wschodnich. Po jej drugiej stronie, za niewielkim grzbietem (ok. 2850m n.p.m.), skrywa się Osservatorio Etneo czyli Obserwatorium Wulkanologiczne (2820m n.p.m.).

Ryzyko jego zniszczenia przez erupcje Etny praktycznie nie istnieje. Kilka kopulastych budynków, solary, ale obserwatorium zastałem zamknięte na cztery spusty. Widać, że dawno tu nikogo nie było. Za to spotkałem kilku Włochów, którzy zrobili sobie wycieczkę z ośrodka narciarskiego Linguaglossa znajdującego się poniżej. Poczęstowali mnie orzeszkami i grappą własnej produkcji.

Na zdjęciach: Valle del Leone, Obserwatorium Wulkanologiczne i kilka przykładów urządzeń sejsmicznych w masywie Etny, których jest znacznie więcej. Ostatnie trzy zdjęcia pochodzą z listopada roku 2009.

Opublikowano w Blog
środa, 09 sierpień 2017 06:22

ETNA - rozpadlina Valle del Bove

Valle del Bove jest największą wyrwą w masywie Etny. Pośród setek kraterów, pól lawowych, niewielkich dolin i dolinek, nie ma nic bardziej wyrazistego niż dolina del Bove. Lepiej ją charakteryzuje słowo rozpadlina. Jest to bowiem wielka dziura w zboczu Etny. Urwiska z trzech stron, dno łagodnie opada na wschód, ku Morzu Jońskiemu.

Dolina (Valle) del Bove zmienia się i to nie tylko na skutek erozji i wietrzenia. Zdarza się, że na dnie rodzi się krater z którego wypływa lawa. Spływa też do doliny podczas erupcji z kraterów szczytowych Etny. W perspektywie tysięcy lat, wielu tysięcy, ta wyrwa zostanie zalana przez lawę i będzie wyglądała jak pozostałe zbocza Etny.

A nie byle jaka to wyrwa. Zajmuje 37 kilometrów kwadratowych, ma ok. 18km obwodu, a ściany przepaści mają wysokość 400 - 1000 metrów. Jej górne partie przekraczają 2600m n.p.m., dolne schodzą poniżej 1000m n.p.m. Średnica to 5,5 - 7 km, długość ok. 7 - 10 km. Szacuje się powstanie tej depresji na 80.000 - 64.000 lat temu, a obecny kształt uzyskała 10.000 - 5.000 lat temu. Przyjmuje się, że duży wpływ miała seria potężnych trzęsień ziemi w dziewiątym tysiącleciu przed naszą erą (wtedy miała ulec zniszczeniu mityczna kraina-wyspa Atlantyda). Obecny stożek szczytowy Etny jest młodszy niż powstanie doliny del Bove, uformował się ok. 34.000 tysięcy lat temu (podlega ciągłym przeobrażeniom).

O ile są ścieżki nad skraj Valle del Bove - jak Sentiero Schiena Dell Assino niedaleko Sapienzy - to nie ma ich na nieprzyjaznym dnie, pokrytym lawą. Nie mniej można się tam dostać od strony morza, a także z różnych miejsc położonych wyżej.

Na zdjęciach Valle del Bove i jej bezpośrednie okolice:

Opublikowano w Blog

Jezioro płynnej lawy w zboczu Krateru Centralnego wulkanu Etna (Sycylia, Włochy).

Opublikowano w Filmy
poniedziałek, 24 lipiec 2017 06:58

Grzegorz Gawlik na Marsie i Księżycu. Kolejny raz!

Nie muszę lecieć na Księżyc albo Marsa, by być na Księżycu lub Marsie. Wystarczy odpowiednio duży albo odpowiednio aktywny wulkan, jak Etna. Oraz odrobina wyobraźni. Tym razem dużo pisał nie będę. Zdjęcia w poniższej galerii mówią wszystko. Przedstawiają cudowne pola lawowe Etny z wszystkich stron (VI.2017r., ostatnie cztery z XI.2009r.). Lawy od kilkusetletnich po dwumiesięczne. A także różne śliczne otwory z których lawa się wydostawała. 

(VI.2017r., ostatnie cztery z XI.2009r.)
Opublikowano w Blog
No właśnie, gdzie jest najbardziej wysunięty na południe lodowiec Europy? Na półwyspie Iberyjskim? Apenińskim? Może Bałkany? A właśnie, że nie. Ów lodowiec położony jest na najbardziej aktywnym wulkanie Europy - Etnie. W jaskini o nazwie Grotta del Gelo, do której wejście znajduje się na wysokości 2045-2046m. Pośród pól lawowych z lat 1614-1624. Jaskinia ma długość 125m i niewielką, ale stałą pokrywę lodową. Mały lodowiec. Miała zresztą wielkie szczęście, albowiem lawa podczas erupcji w 1981 roku, zatrzymała się 20 metrów od jaskini.

Otwór jest duży i wyraźny. Większość jaskini można pokonać na stojąco. Dopiero w ostatniej fazie staje się niska i lekko biegnie w dół. Lodu przybywa, ale nigdzie nie jest to jakaś porażająca ilość.

Martwi mnie bardzo stan pokrywy lodowej i temperatura panująca wewnątrz. Nie wróżę długiej kariery temu lodowcowi. W pierwszej połowie jaskini lód jest obecny, ale też jest dużo wody, nie wszystko jest zamarznięte. W drugiej jest lepiej, ale jeśli źródła podają o stałej temperaturze minus 6 stopni Celsjusza, to jest to nieaktualne. W drugiej połowie czerwca 2017, nawet w głębi jaskini temperatura wynosiła około + 1 stopień Celsjusza, a najniższa po przyłożeniu termometru do lodu wynosiła +0,4 stopnia Celsjusza. Nawet jeśli istnieje gdzieś chłodniejszy zakamarek, to niewiele chłodniejszy. Lodowiec w Grotta del Gelo umiera.

Do jaskini można dojść ścieżkami. Pośród law nie są szczególnie wyraźne, pomagają kopczyki, czasami ze wciśniętym patykiem, ale trzeba zachować czujność. Jedna ścieżka prowadzi od schronu Spagnolo powyżej Randazzo, a druga od strony schronu Timparossa. Bardzo nikła ścieżka biegnie również od szutrowej drogi prowadzącej z ośrodka narciarskiego Linguaglossa do Osservatorio Etneo. Każdą z tych ścieżek łatwo zgubić i trudno znaleźć. Ja takich problemów nie miałem, bo kierowałem się własną trajektorią w oparciu o posiadane współrzędne GPS jaskini. W końcowej fazie jednak jakąś ścieżynką szedłem, która się napatoczyła. W zimie otwór do jaskini potrafi być pod śniegiem, podczas mojego pobyt śniegu były absolutne resztki na dnie otworu.

Koło Grotty del Gelo spędziłem noc, dlatego dwukrotnie mogłem ją na spokojnie spenetrować. Jest ogólnie dostępna. Przyda się latarka, kask by w drugiej części jaskini nie rozwalić sobie głowy o strop oraz raki albo chociaż raczki. Przy czym nie są niezbędne, bo prawie cała jaskinia jest płaska i można ją pokonać bez jakichkolwiek kolców na butach.

Szkoda, że ta ciekawostka geologiczna przejdzie do historii. Jeszcze nie jutro, ale w tym wieku z pewnością. Chyba że nad Sycylię wrócą niższe temperatury.

My Polacy podobną jaskinię, znacznie bardziej spektakularną, mamy bliżej, mianowicie w Słowackim Raju, niedaleko Popradu. W Dobszyńskiej (Dobsinskiej) Lodowej Jaskini jest potężny lodowiec, osiągający grubość do 26,5m. Udostępniona dla ruchu turystycznego jest pomiędzy 15 majem a 30 września, za wyjątkiem poniedziałków, a zwiedzanie, z przewodnikiem, odbywa się w godzinach 9:00-16:00. Dobszyńska jaskinia jest na liście światowego dziedzictwa UNESCO, notabene, masyw Etny też.

Etna grotami i jaskiniami stoi. Są ich setki, przynajmniej. Większe, mniejsze. Podczas mojego pobytu spenetrowałem kilkadziesiąt. Od takich, którymi trzeba się było czołgać, po takie jak del Gelo. Pół godziny marszu w górę od niej, na wysokości 2164m znajduje się wejście do jaskini, którą nazwałem "Śnieżną". W środku znajdowało się mnóstwo śniegu, były sople lodowe, Jest krótsza od del Gelo, ciaśniejsza, ale interesująca. Owe jaskinie lawowe, były kiedyś kanałami, którymi płynęła lawa. Znajdując ujście, pozostawiła liczne pustki, tunele. Zresztą stropy i ściany tych jaskiń, to także zastygła lawa. Mając kontakt z powierzchnią (z chłodniejszym otoczeniem), zastygała, tworząc skorupę, pod którą płynna lawa ciągle się przemieszczała. Jaskinie wulkaniczne są dosyć niebezpieczne. Kruche, ostre skały, pełne pęcherzyków powietrza, często się obrywają. Zawalenia stropów nie należą do rzadkości. Istnieją wielokilometrowe systemy takich jaskiń na świecie, np. w USA i na Islandii.

Na zdjęciach: Grotta del Gelo i jej otoczenie oraz kilka innych przykładów jaskiń w masywie Etny.

Opublikowano w Blog
Etna (Mongibello) to najaktywniejszy i największy powierzchniowo wulkan Europy. Także najwyższy, bo dla mnie Elbrus jest w Azji. Wierzchołek jeszcze się trzyma, choć któż wie jak długo? Napiszę o nim wkrótce. Obecnie najwyższy punkt Etny to 3331m n.p.m. Poza tym kilkaset kraterów, w tym cztery szczytowe (główne), a i w ich obrębie można wypatrzeć serię mniejszych.

Przez tydzień pobytu obszedłem wszystkie szczytowe kratery, zrobiłem pomiary, dokumentację fotograficzną, filmową, pobrałem próbki law, dotarłem do najaktywniejszych miejsc. Bardzo dużo się zmieniło od mojego ostatniego pobytu w 2009 roku. Zapoznałem się także z kilkudziesięcioma innymi kraterami. Dziesiątki kilometrów przemierzyłem po lawach - od kilkusetletnich - do z przed dwóch miesięcy (z drugiej połowy kwietnia 2017). Spenetrowałem kilkadziesiąt grot i jaskiń, w tym jedną niezwykłą. O tym też niedługo napiszę. Główny obóz założyłem na wysokości 3190m, a więc prawie na szczycie. Po pierwszym tygodniu, kolejne dni kręciłem się po okolicy Etny.

Był to bardzo pracowicie spędzony czas. Pośród zakamarków tętniącej chęcią erupcji Etny. Zrealizowałem więcej niż zaplanowałem. Na Etnę będę z pewnością wracał. A teraz kilka podstawowych informacji o kraterach szczytowych Etny. Wszystkie są aktywne, z wszystkich wydobywają się liczne gazy wulkaniczne.

Krater Centralny (Central Crater, Cratere Centrale). Największy. Dzieli się na dwie duże części: Bocca Nuova i Voragine(mniejsza). Jego wysokości to 3240-3314m (do 3302m - pomiar 2009). Najniższa część jest od strony Sapienzy (skraj Bocca Nuova). Najwyższa część jest po przeciwległej stronie (rejon Voragine), w sąsiedztwie Krateru Północno-Wschodniego. Maksymalna głębokość to około 200m, obwód wzdłuż skraju krateru wynosi blisko 2km. W czerwcu 2017 pod wierzchołkiem znajdowało się jezioro płynnej lawy (istniało już w 2016). Ewentualna erupcja z tego miejsca, może sporo namieszać pod względem wysokości tego fragmentu Krateru Centralnego. Zilustruję temat w kolejnych artykułach.

Krater Północno-Wschodni (North-East Crater, Cratere di Nord-Est). Tutaj znajduje się najwyższy wierzchołek Etny, w sąsiedztwie Krateru Centralnego. Wynosi od lat 3331m n.p.m. (z błędem do 2 metrów, 3331m - pomiar 2009). Przy czym jego stan bardzo się pogorszył. Liczne ogromne spękania mogą spowodować, że zawali się do krateru. Średnie wysokości skraju krateru są najwyższe pośród wszystkich szczytowych kraterów Etny, w większości przekraczają 3300m n.p.m. (maksymalna głębokość krateru do ok. 200m, obwód ok. 800m). Przestrzeń pomiędzy nim, a Centralnym uległa dużym zmianom od 2009 roku i jest do tego bardzo aktywna. Przesmyk jest już naprawdę nieduży, jedna większa erupcja w tym miejscu i Krater Północno-Wschodni połączy się z Kraterem Centralnym.

Pomiędzy dwoma przedstawionymi przed chwilą kraterami, a dwoma kolejnymi, znajduje się wyraźna przełęcz je oddzielająca, o minimalnej wysokości 3233m n.p.m.

Krater Południowo-Wschodni (South-East Crater, Cratere di Sud-Est). Najniższy, do 3280m n.p.m. (3315m - pomiar 2009). Kiedyś był dosyć samotny i najmniej aktywny z okolicznych. Lecz poniżej, w jego zboczu wyrósł krater pasożytniczy, który przejął aktywność. A niedawno zdominował okolicę. Nazywa się: Nowy Krater Południowo-Wschodni. Między nim a opisywanym powstała przestrzeń o zbliżonej wysokości, pośród której są trzy młode kratery, które należałoby zaliczyć do Południowo-Wschodniego. Są aktywniejsze niż "krater-matka", o zbliżonej wielkości. Głębokość całej czwórki to ok. kilkanaście-pięćdziesiąt metrów. Właśnie "krater-matka" należy do tych najpłytszych, a jego obwód to ok. 250m. Te nowe mają zbliżone obwody. A zaliczając je do Krateru Południowo-Wschodniego, najwyższym punktem będzie piramidalne wzniesienie oddzielające je od Nowego Krateru Południowo-Wschodniego, które wynosi 3300m n.p.m. Czyli Krater Południowo-Wschodni to obecnie cztery wyróżniające się kratery.

Nowy Krater Południowo-Wschodni (New South-East Crater, Nuovo Cratere di Sud-Est). Powstał jako krater pasożytniczy, jak podają włoscy wulkanolodzy - w 1971 roku. Już w 2009 roku, ze względu na aktywność był mocno widoczny. Znacznie poniżej Krateru Południowo-Wschodniego. Można było przypuszczać, że jego erupcje zniszczą ten krater i go zastąpią. Stało się jednak, póki co, inaczej. Krater po erupcjach 2011-2013 bardzo urósł i usadowił się obok. Jego maksymalna wysokość wynosi 3300m (czerwiec 2017). Sprawiły to bardzo niebezpieczne erupcje strombolijskie. Gwałtowne wyrzuty lawy, która szybko zastygając, spadała wokół krateru jako bomby wulkaniczne i drobny materiał piroklastyczny. Krater jest bardzo duży, bardzo aktywny, to najaktywniejszy tak duży obszar na Etnie (głębokość może przekraczać 100m, obwód ok. 800m). Wszystko jest tak sypkie, popękane, kruche, że jedna erupcja i wysokość może się zmienić. Dużo wysiłku mnie kosztowała eksploracja tego terenu. Absolutny brak atmosfery do oddychania, temperatury na granicy ludzkiej wytrzymałości, fumarole mające po kilkaset stopni Celsjusza. Mnóstwo siarki, bardzo niestabilny teren, urwiska, osuwałem się kilka razy. I widoczność czasami ograniczona do zera. Ekstremalnie nieprzyjazna planeta - ale za to tak kocham wulkany.

Należy pamiętać, że przedstawione dane i parametry na tak aktywnym wulkanie jak Etna ulegają ciągłym zmianom. Jeszcze dwie liczby. Skrajne punkty kraterów szczytowych na osi północny-zachód - południowy-wschód oddalone są od siebie w linii prostej o około 1,3km (Krater Centralny-Bocca Nuova - Nowy Krater Południowo-Wschodni). Na osi zachodnio-południowej - wschodnio-północnej prawie 1 kilometr w linii prostej (Krater Centralny-Bocca Nuova - Krater Północno-Wschodni).

Na zdjęciach: każdemu kraterowi poświęciłem po pięć zdjęć, dorzuciłem pięć zdjęć "krajobrazowych", ogólniejszych. Do tego pięć zdjęć Etny w zimowej scenerii z listopada 2009, dla kontrastu. Na końcu mapka z rozmieszczeniem kraterów. 

Opublikowano w Blog
O istnieniu jeziora wiedziałem już rok wcześniej. Ta informacja wypłynęła, gdy przeglądałem raporty włoskich wulkanologów z INGV. Będąc na Etnie, nie omieszkałem zajrzeć w jego pobliże. Co nie zmienia faktu, że Etna sprawia mi od lat wielki zawód. Ostatnia porządna erupcja, z prawdziwego zdarzenia, długotrwała, miała miejsce 15 lat temu. Od tamtego czasu co roku występują liczne małe erupcyjki, niegodne większej uwagi. Za to, fascynujące jest jak Etna się zmienia dzięki nieustającej aktywności.

Dwa - trzy razy na dobę znajdowałem się w okolicy jeziora lawy. Badanie i obserwacje wulkanów to ciężka praca, choć wcale mnie nie męczy. Mój standardowy dzień podczas pobytu na Etnie wyglądał tak. Pobudka o 3:00 w nocy, bo płynną lawę wtedy widać najlepiej. W dzień czasami wcale. Po nastaniu dnia, kontynuacja eksploracji Etny. By popołudniu na chwilę wrócić do namiotu, rozbitego bardzo blisko kraterów szczytowych. Jedzenie, chwila na odpoczynek. I około 20:00 ciąg dalszy wulkanicznych prac. Powrót do namiotu przed 23:00, chwila snu, i o 3:00 w nocy rozpoczęcie kolejnej rundy, za cel obierając inne fragmenty wulkanu.  

Jeziora płynnej lawy są o tyle fascynujące, że jest to najgorętsza postać magmy wydobywającej się z wnętrza Ziemi. 1200 stopni Celsjusza robi wrażenie (jęzory lawowe spływające z wulkanów mają często "jedynie" temperaturę 300 - poniżej 200 stopni Celsjusza). Podchodziłem tak blisko jak to było możliwe. Teren wokół był bardzo niestabilny. Pęknięcia w kraterze. I fakt, że większa część jeziora jest skrywana pod stropem zastygłej lawy, na której stoję. Kilka podmuchów od strony jeziora zwaliło mnie z nóg. Myślałem, że płonę. Niesamowite uczucie. Potęga natury.

Jezioro płynnej lawy znajduje się w niewielkim kraterze, w otworze, na zboczu Centralnego Krateru, w części zwanej Voragine. Bardzo blisko Krateru Północno-Wschodniego. Na wysokości prawie 3300m, pod najwyższym punktem Krateru Centralnego o wysokości 3314m. Płynna lawa pod lawowym stropem biegnie w kierunku Krateru Północno-Wschodniego. Na przestrzeni lat w obu kraterach doszło do takich wycięć, że pas "ziemi" jest bardzo wąski. Spękany. Szczeliny są długie, szerokie, głębokie. Bez problemów do części nich może wpaść człowiek. Bliskość jeziora lawowego powoduje, że wydobywają się z nich toksyczne gazy a temperatura sięga kilkuset stopni Celsjusza. Gdy wpadałem do szczelin lodowcowych, za każdym razem udało mi się z nich wydostać żywym. Gdybym wpadł do takiej, szans na przeżycie nie miałbym żadnych. Wędrówka po tym terenie i w dzień i w nocy, wymagała bardzo dużej uwagi. Do tego liczne gazy. A te z jeziora lawowego były wybitnie toksyczne. Moja maska nie dawała rady. Kilka razy było naprawdę ciężko. Szczególnie w nocy musiałem się wspiąć na wyżyny mojej wiedzy i umiejętności w eksploracji wulkanów. Przy życiu trzymała mnie maska przeciwgazowa. Unoszące się gazy w świetle latarki czołowej ograniczały widoczność czasami do poniżej pół metra. A nie mogłem sobie pozwolić na chociaż jeden błędny krok. Już samo przechodzenie rozpadlin i pęknięć zmuszało do precyzji i szybkości. Kontakt z kilkusetstopniowymi temperaturami nie jest dobry dla ludzkiego ciała. Natura nie przystosowała nas do życia w takim otoczeniu. A szkoda.

Nachylenie stoku też stwarzało niebezpieczeństwo, że przy odrobinie pecha zlecę do jeziora płynnej lawy. No i ten strop - wytrzyma czy nie wytrzyma? W takich momentach czuję się jak samotny astronauta na jakiejś groźnej odległej planecie. NASA czasami publikuje zdjęcie pt.: samotny na Marsie łazik Curiosity. Niebieska kropka pośród bezkresnych wulkanicznych skał Czerwonej Planety. Gdyby NASA zrobiła zdjęcia mojej eksploracji wulkanów, byłoby podobnie. Gawlik-kropka, niekoniecznie niebieska, pośród law i pustyń wulkanicznych oraz dymiących kraterów. Cóż, skoro nie urodziłem się kilka tysięcy lat później, gdy mógłbym eksplorować kosmos, obce planety znalazłem sobie na Ziemi. Wiem że to może niezrozumiałe. Ale przebywając w scenerii, którą opisuję, byłem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.

Bardzo ciekawy jestem dalszych losów opisywanego jeziora płynnej lawy. Oraz tego co się może wydarzyć pomiędzy Kraterem Centralnym a Północno-Wschodnim? Kilka scenariuszy przychodzi mi do głowy. Każda większa erupcja z tego miejsca może spowodować, że przesmyk pomiędzy kraterami się zapadnie, a oba kratery się połączą. Wtedy pobliski najwyższy punkt Etny, w nienajlepszym stanie, również może się rozsypać. Ponadto istnieje realne zagrożenie, że lawa z jeziora zacznie spływać do jednego z kraterów albo nawet obu. W przyszłości wrócę to sprawdzić.

Zapraszam do artykułu RedBull: Grillowanie na wulkanie.

Na zdjęciach z 2009 i 2017: Krater Centralny i jezioro płynnej lawy, Krater Północno-Wschodni.

Opublikowano w Blog
Z wypraw przede wszystkim przywożę lawę, skały oraz minerały. Jak również czapki. Często głupie. I znalazłem takową w ostatni dzień pobytu w USA. Żółta z jednym okiem, były też z dwoma oczami. Wymyśliłem sobie do niej historię, że jak zakładam jestem wyrocznią z Matrixa. Cieszyłem się, że to jedna z najgłupszych czapek jaką znalazłem. Po powrocie okazało się, że to czapka z Minionków, o czym wszyscy wiedzieli, poza mną. Dziczeję na tych wyprawach. Jednooki Minionek - Stuart, to głupek, jak i inne Minionki - a więc czapka świetnie do mnie pasuje :).

Zanim zdjęcia, kilka spostrzeżeń, stwierdzeń i odpowiedzi na pytania, które ostatnio mi zadano.

Ameryka Łacińska - jednym z najbezpieczniejszych regionów świata. Jeszcze nie tak dawno można było usłyszeć, nie jedź do Ameryki Łacińskiej, bo tam niebezpiecznie. Rzeczywiście, pospolita przestępczość jest na wyższym poziomie niż w Europie i sporo turystów zostaje napadniętych albo okradzionych. Jeśli się nie stawiają, nic im nie grozi.

Chociaż w tych krajach dochodzi do wielu morderstw, nie są skierowane w stronę turystów. Paradoksalnie, jest to obecnie jedno z najbezpieczniejszych miejsc na Ziemi. W Europie w różnych miejscach można wylecieć w powietrze od zamachu albo zginąć od kuli. Podobnie jest w Afryce i w USA. Spore połacie Azji również oferują "takie atrakcje". Jeszcze Australia się jakoś trzyma i jest dosyć bezpieczna, chociaż z rekordową liczbą zwierząt, które mogą zabić człowieka.

Pasja wyczynowa. Taka jest kategoria tego co robię i ma bardzo wiele wspólnego ze sportami wyczynowymi. Przygotowania, treningi, plany. Potężne koszty, bez ich ponoszenia nie ma sukcesów. I trzeba trafić ze szczytem formy w kluczowym momencie wyprawy. Są też różnice. Oprócz elementów sportowych w wyprawie, są elementy eksploracyjne, naukowe, podróżnicze. Trudno zmierzyć czas, odległość. Są zmienne, jak pogoda, nierzadko ekstremalna. Śnieg, huraganowe wiatry, skrajne temperatury i tak dalej.  I rywal jest inny. Jest nim natura, przy której człowiek jest na dużo słabszej pozycji. Jeszcze jedna ważna rzecz, jak doznam kontuzji w trudnym terenie podczas samotnej wędrówki, nie przybiegnie do mnie sztab medyczny, nie podjedzie karetka. Zostanę tam na zawsze.

Jeden z moich czytelników, który śledził blog z wyprawy 2015/2016 stwierdził, że po tak wybitnych osiągnięciach wszystkie nagrody podróżnicze w Polsce muszą być moje. Ja nie robię tego dla nagród, robię bo to kocham - usłyszał w odpowiedzi. Najwspanialszą dla mnie nagrodą jest realizacja planu, który sobie wymyśliłem i w sposób jaki sobie wymyśliłem. A plany są zawsze katorżnicze. Jeśli ja jestem zadowolony z osiągnięć wyprawy - nic więcej do szczęścia nie potrzebuję. Wynika to też z mojej pewnej okropnej i uciążliwej wady charakteru - nazywa się perfekcjonizm. Jeśli na wyprawie nie zrobię wszystkiego i w stylu w jaki chciałem to zrobić, nie daje mi to spokoju. Muszę wrócić i poprawić. A nienawidzę wracać i poprawiać, bo szkoda na to czasu i pieniędzy. Życie jest krótkie. Trzeba tak się przygotować i tak działać, by udawało się za pierwszym razem, nawet kosztem wielkiego ryzyka i skrajnego wyczerpania organizmu. Dzięki takiemu podejściu, każda dotychczasowa moja wyprawa zakończyła sie sukcesem, a osiągnięcia są wartościowe. Radość po tak zrealizowanej wyprawie, jest najcudowniejszą nagrodą jaką mogę dostać. 

Od czasu do czasu ktoś mnie pyta, czy chciałbym zrobić Koronę Wulkanów? Nie bardzo, nie interesuje mnie to - odpowiadam. Z prostego powodu. Zdobycie stu wyselekcjonowanych wulkanów jest niebotycznie trudniejsze niż Korona Wulkanów. Nikt tego na świecie nie zrobił, a Koronę owszem, sporo ludzi. Tym co mnie najbardziej zniechęca w Koronie, to wulkany, które w niej są. Tylko jeden jest bardziej wymagający - Sidley, bo na Antarktydzie. Przez co drogi. Reszta jest dużo tańsza i przeciętnie interesująca oraz ponadprzeciętnie łatwa w zdobyciu. A to co łatwe nie bardzo mnie interesuje. Wejście na najwyższe wulkany pozostałych kontynentów wymaga jedynie pewnych nakładów finansowych i niewiele więcej: Giluwe (Australia i Ocenia), Ojos del Salado (Ameryka Południowa), Pico de Orizaba (Ameryka Północna), Kilimanjaro (Afryka). Pewne rozbieżności są co do najwyższego wulkanu Azji. Dla mnie jest nim Elbrus, dla niektórych Demawend, dużo łatwiejszy od łatwego Elbrusa. W Europie najwyższa jest Etna, która jest jedynym aktywnym wulkanem w Koronie, bardzo aktywnym. A przez to bardziej niebezpieczna niż wszystkie pozostałe wulkany z Korony razem wzięte i przez to najciekawsza. Może właśnie z tego powodu, inni zaliczają Elbrus do Europy, który jest bezpieczniejszy, wchodzą na niego tysiące ludzi, ścieżka jest jak autostrada? Człowiek włóczący się pomiędzy trzema dymiącymi kraterami szczytowymi Etny - to rzadkość. 


  • Na zdjęciach:
  • 1-31) lawy, skały, minerały, próbki ziemi i popiołów wulkanicznych. "Obróbka" rzeczy przywiezionych z wyprawy to kilkudniowa praca od świtu do nocy.
  • 32-33) czapka z Minionków.
  • 34-35) fragment papierologii przywiezionej z wyprawy.
  • 36-44) Dużo krajów, dużo walut. Staram sie wydawać monety jak najszybciej, ale i tak mi wiecznie przeszkadzają i wrzucam w różne zakamarki plecaka, po powrocie jest taki efekt. Inna sprawa, że je kolekcjonuję odkąd pamiętam. Banknoty też. W niektórych krajach wykorzystuje się rewersy monet do pokazania atrakcji danego kraju albo najważniejszych wydarzeń, jak olimpiady (choćby Vancouver 2010, Londyn 2012). W USA służą do tego ćwierćdolarówki, w Kanadzie podobnie, w Kolumbii moneta 200pesos, a w Wielkiej Brytanii przede wszystkim półfuntówki, w mniejszym stopniu jednofuntówki.
  • 45-52) różności, w tym notatki poczynione na wyprawie i kilka rzeczy z tych samych okolic, ale z poprzedniej wyprawy.
  • 53-62) widokówki, czasami są na nich użyteczne informacje.
  • 63) magnesowe szaleństwo trwa, ale może i dobrze, bo kilka magnesów zawsze jakoś upcham, większe rzeczy nie bardzo.
  • 64) koszulki wyrzucam w trakcie wyprawy, więc pod koniec mogę je zastąpić innymi, a czasami nawet upchać coś na prezent.
  • 65) papierologia z wyprawy, przydaje się przy kolejnych projektach wyjazdów.
  • 66-70) mapa Parku Yellowstone  oraz zwierzęta w nim żyjące.
  • 71-72) solfatary w masywie Ojosa del Salado (ok. 6500m) i El Volcancito (ok. 4200m) - wulkaniczne kolory świetnie wychodzą na zdjęciach.
Opublikowano w Blog

Część chilijsko-argentyńska, która trwała 82 dni, była kluczowa jeśli chodzi o cele wyprawy. Kosztem gigantycznego wysiłku udało się zrealizować więcej niż planowałem.

STYL JEST BARDZO WAŻNY, MOŻE NAJWAŻNIEJSZY. Przywiązuję wagę do tego w jakim stylu osiągam moje podróżnicze, wulkaniczne i górskie cele. Wejście na górę może być bezwartościowe od strony wyczynowej, poza własną satysfakcją stanięcia na szczycie. Ale może też być zrobione ambitnie, wg wytyczonych trudnych do osiągnięcia zasad. Wtedy to coś więcej niż sukces osobisty. Coś, co zyskuje uznanie przynajmniej środowiska górskiego. Dlatego bardzo się staram, by moja działalność była samodzielna, by wytyczone reguły gry były ambitne. Nigdy nie chodzę na łatwiznę. Tylko wtedy mam satysfakcję z własnych osiągnięć. A bardzo trudno mnie samego zadowolić w podróżniczej działalności.

Jako że wszystkich interesuje to co najwyższe, zacznę od najwyższych zdobyczy.

---- ACONCAGUA 6962m, Argentyna, Andy (w planie wyprawy cel dodatkowy - aklimatyzacja przed wulkanami), na szczycie 18.12.2015, samotnie, w warunkach zimowych, drogą przez Dolinę Horcones. Start pieszy z 2890m, koniec na 2720m, pokonana podczas akcji górskiej deniwelacja względna w górę: 7420m, w dół: 7670m.

Aconcagua to najwyższy szczyt Ameryki Południowej i poza Azją, najwyższa góra Argentyny.

---- Wulkan OJOS DEL SALADO ok. 6896-6900m, Chile/Argentyna, Andy (Puna de Atacama), wulkan uśpiony, (w planie cel główny), na szczycie trzy razy: 29.12.2015 - wierzchołek chilijski, 01.01.2016 i 03.01.2016 - wierzchołek argentyński, samotnie, na wierzchołek argentyński własnymi drogamiNajwyższy nocleg wyprawy na 6820m po stronie argentyńskiej. Start: 5180m, koniec: 5260m, deniwelacja względna w górę: 3830m, w dół: 3735m. FILM: Wszystkie NAJ wulkanu Ojos del Salado 6896m.

---- Odnalazłem wyziewy wulkaniczne (solfatary) w masywie Ojosa na prawie 6500m i udało się ustalić, że wulkan nie zasługuje na miano aktywnego, co najwyżej uśpionego. Zerealizowałem cele dodatkowe (z nawiązką): dotarłem do 6-ciu najwyżej położonych jezior na świecie pomiędzy 6350 a 6510m oraz przyjrzałem się z bliska największym lodowcom w masywie Ojosa, także  po nich wędrując. Dni działalności 27.12.2015-04.01.2016.

Ojos del Salado jest najwyższym wulkanem na Ziemi, drugą górą Ameryki Południowej oraz najwyższym szczytem Chile, bardzo rzadko odwiedzanym od strony argentyńskiej.

---- Wulkan PISSIS 6800m, Argentyna, Andy (Puna de Atcama), wulkan wygasły, (nie było w planie), na szczycie trzech najwyższych wierzchołków: 18.01.2016 - Pissis 1 (6800m), 19.01.2016 - Pissis 2 (Upame, 6799m) i Pissis 3 (Ejercito Argentino, 6795m - wierzchołek wyższy, 6792m - wierzchołek niższy). Samotnie, na Pissis 1 końcowy fragment własną drogą, Pissis 2 i Pissis 3 - własnymi drogami, w oba dni wędrówka podczas burz śnieżnych. Start i koniec: 4570m, deniwelacja w górę i w dół 3647m.

Pissis jest drugim co do wysokości wulkanem na Ziemi i trzecią górą Ameryki Południowej (zdobycie trzech najwyższych szczytów kontynentu podczas jednej wyprawy to jest coś). Niezwykle rzadko zdobywany, a wierzchołki Pissis 2 i Pissis 3 - praktycznie nigdy.

---- Wulkan Llullaillaco 6755m, Chile/Argentyna, Andy (Puna de Atacama), wulkan aktywny, (cel główny), na szczycie 09.01.2016, tego samego dnia wierzchołek 6580m, którego nie było w planie, samotnie, w górnych partiach własną drogą. Start: 4425m, koniec: 4160m, deniwelacja względna w górę 2525m, w dół 2890m.

Najwyższy aktywny wulkan na Ziemi, najwyższe stanowisko archeologiczne na świecie, ze względu na kilka szczytów o podobnej wysokości jest pomiędzy 5 a 7 górą Ameryki Południowej, a z wulkanem Bonete konkuruje o miano trzeciego wulkanu świata (w najgorszym wypadku jest czwartym). Jedno z najbardziej suchych miejsc na Ziemi. Rzadko zdobywany.

---- Lodowce wulkanu Pissis, największe na wybitnie suchym płaskowyżu Puna de Atacama (cel dodatkowy), 17-19.01.2016 - wędrówka po największymGlaciar de los Argentinos (na wysokościach 5800-6050m + obserwacja z wszystkich stron, w tym z rejonu szczytu Pissis).

---- Jezioro kalderowe Inca Pillo (Caldera del Inca Pillo), lustro wody na ok. 5200m, najwyższa osiągnięta wysokość podczas podróży przez kalderę 5420m, obserwacja jeziora z 5390m, Argentyna, Andy (Puna de Atacama), cel dodatkowy, 24.01.2016, dojazd autem 4x4, najwyżej na świecie położone jezioro kalderowe pomiędzy wulkanami Pissis i Bonete, rzadko odwiedzane przez ludzi.Chile

---- Podróże po wulkanicznym płaskowyżu wysokogórskim Puna de Atacama (Andy), Chile/Argentyna, 27.12.2015-24.01.2016, z widokami na liczne 5-cio i 6-cio -tysięczne wulkany, liczne duże jeziora i salary na wysokościach do 4500m, przełęcze do ponad 4700m, przejazdy na wysokościach ponad 5000m, obserwacje lokalnej fauny i flory. Często wymagane auto 4x4. Jedno z najsuchszych miejsc na Ziemi, średnie wysokości wynoszą ok. 4500m.

---- El Volcancito ok. 4200m, Argentyna, Andy (Puna de Atacama), cel dodatkowy, 23.01.2016, dojazd autem 4x4, źródło z kilkumetrowym stożkiem mineralnym (ok. 7m), rzadko odwiedzany cud natury.

---- Wulkan Villarrica 2847m, Chile, jeden z najaktywniejszych wulkanów Ameryki Południowej w północnej Patagonii (Andy). Na szczycie 24.11.2015, samotnie, w ekstremalnych zimowych warunkach (po kilku próbach). W planie tzw. dodatek, czyli coś mniej istotnego niż cel dodatkowy. Start z wysokości 200m, koniec na 900m, deniwelacja względna w górę 4725m, w dół 4625m.

----- Wulkany Wyspy Wielkanocnej i posągi moai, Chile, Polinezja, Oceania, w planie tzw. dodatek, dni 26.11-04.12 2015Wulkany tarczowe: Terevaka ok. 510m, Rano Kau ok. 324m (dwukrotnie), Poike ok. 365m oraz wulkan Tuutapu ok. 280 i krater Rano Raraku, wszystkie samotnie, tak samo jak kilkanaście innych miejsc wulkanicznych, np. lawy, jaskinia Ana Te Pahu. Własnymi drogami wejście na Terevaka, Poike i Tuutapu. Początek i koniec podejść zazwyczaj na wysokości kilkudziesięciu metrów n.p.m. Łączna deniwelacja względna w górę i w dół: 2100m. 

Wyspa Wielkanocna (Rapa Nui) jest jedną z najbardziej odizolowanych zamieszkanych wysp na świecie, do najbliższej zamieszkałej wyspy jest ok. 2100km (Pitcairn), a do kontynentu Ameryki Południowej ok. 3600km (pod tym względem ustępuje jedynie wyspom Tristan da Cunha).

---- Dodatkowo do tej części wyprawy doliczam obserwację wulkanu Sangay w Ekwadorze, Andy,  (cel dodatkowy), z nienazwanej góry o wysokości 4336m niedaleko wioski Alao (31.01.2016, ale pobyt w dniach 30.01-01.02 2016). Start i koniec 3160m, deniwelacja względna w górę i w dół 1326m. Sangay zaliczany jest do najaktywniejszych wulkanów Ameryki Południowej, niewiele osób miało możliwość choćby zobaczenia wulkanu, położonego w trudno dostępnym terenie.

  • PONAD PLAN (najważniejsze rzeczy) - LISTA:
  • argentyński wierzchołek Ojosa dela Salado i to dwa razy oraz nocleg prawie na jego szczycie
  • zamiast zidentyfikowania jednego wysokiego jeziora w masywie Ojosa del Salado, zidentyfikowanie sześciu jezior
  • wejście na trzy najwyższe wierzchołki wulkanu Pissis
  • wejście na dodatkowy wierzchołek 6580m w masywie Llullaillaco
  • zobaczenie około 10-ciu jezior na Puna de Atacama w Chile i w Argentynie, na wysokościach zwykle przekraczających 4000m
  • wejście na dodatkowy wulkan Tuutapu na Wyspie Wielkanocnej i zobaczenie licznych dodatkowych miejsc wulkanicznych
  • wycieczka do powstającej kopalni miedzi i złota w pobliżu La Sereny i wycieczka wzdłuż wybrzeża niedaleko La Sereny
  • silą rzeczy liczne obserwacje Puna de Atacama, w drodze na i z wulkanów
  • krótki rafting koło Pucon
  • jaskinia wulkaniczna w masywie Villarrici i oględziny skutków jednej z erupcji
  • trochę zwiedzania Santiago de Chile, głównie miejsc poświęconych Ignacemu Domeyko
  • do tej części wyprawy doliczam też krótkie zwiedzanie: Riobamby i Quito w Ekwadorze (lista UNESCO, średnia wysokość 2850m - druga najwyżej położona stolica na świecie, po boliwijskim La Paz 3650m(chociaż stolicą konstytucyjną Boliwii jest Sucre ok. 2800m)) oraz Bogoty w Kolumbii (średnia wysokość 2640m - trzecia najwyżej położona stolica na świecie, największe miasto w Andach - ok. 10mln mieszk.(zespół miejski)

 Taki przed wyprawą ustaliłem poziom satysfakcji z realizacji planu z części chilijsko-argentyńskiej:

 PLAN MINIMUM, który mnie usatysfakcjonuje:

1) Wulkany Wyspy Wielkanocnej (Chile)

2) Poszukiwania aktywności wulkanu Ojos del Salado 6891m (Chile, Argentyna)

3) Poszukiwania aktywności wulkanu Llullaillaco 6739m (Chile, Argentyna)

 

PLAN REALNY, ale TRUDNY, który uczyni mnie szczęśliwym:

1) Rejon Villarrica ok. 2850m (Chile)

2) Wulkany Wyspy Wielkanocnej

3) Aklimatyzacja na Aconcagui 6962m (ewentualnie na innej odpowiednio wysokiej górze) (Argentyna lub Chile)

4) Poszukiwania aktywności wulkanu Ojos del Salado 6891m oraz przyjrzenie się tamtejszym niewielkim lodowcom oraz zbiornikowi wodnemu położnemu na wysokości 6390m

5) Rejon wulkanu Pissis 6793m (Argentyna, Chile) albo wulkan Sangay ok. 5300m (Ekwador)

6) Poszukiwania aktywności wulkanu Llullaillaco 6739m

 

PLAN MAKSIMUM jest planem NIEREALNYM, ale i tak o niego powalczę :) .

1) Rejon Villarrica ok. 2850m

2) Wulkany Wyspy Wielkanocnej

3) Aklimatyzacja na Aconcagui 6962m

4) Poszukiwania aktywności wulkanu Ojos del Salado 6891m oraz przyjrzenie się tamtejszym niewielkim lodowcom oraz zbiornikowi wodnemu położnemu na wysokości 6390m

5) Rejon wulkanu Pissis 6793m

6) Poszukiwania aktywności wulkanu Llullaillaco 6739m

7) Rejon wulkanu Sangay ok. 5300m 

 

PLAN PONAD MAKSIMUM czyli SCIENCE FICTION - tak do tej pory kończyły się moje wyprawy, 100% to za mało. Jednakże tym razem zawiesiłem sobie poprzeczkę tak wysoko, a wyprawa da mi tak niemiłosiernie w kość, że osiągnąć ten poziom będzie mission impossible. Co nie znaczny, że nie spróbuję :).

 

Poziom realizacji części chilijsko-argentyńskiej wyprawy: PONAD MAKSIMUM czyli SCIENCE FICTION.

 

Podsumowanie części meksykańsko-amerykańskiej znajduje się: TUTAJ.

 

Na zdjęciach:

1) wulkan Villarrica

2) skutki erupcji - masyw Villarrica

3) wulkan Rano Kau, Wyspa Wielkanocna

4) Aconcagua z Plaza de Mulas

5) w powstającej kopalni miedzi w pobliżu La Sereny

6) wulkan Ojos del Salado

7) solfatary w masywie wulkanu Ojos del Salado

8) niewielkie jezioro w masywie Ojosa del Salado na wysokości blisko 6500m

9) lodowiec w masywie Ojosa del Salado, ok. 6300-6400m

10) wulkan Llullaillaco

11) laguna Verde ok. 4300m, niedaleko przeł San Francisco

12) wulkan Pissis

13) glaciar De Los Argentinos w masywie Pissis

14) El Volcancito

15) jezioro kalderowe Inca Pillo

16) chilijska Puna de Atacama z Ojosa del Salado

17) wulkan Sangay

Opublikowano w Blog
Po przyjeździe z Pucon do Santiago, miałem dobę na przeorganizowanie się na lot na Wyspę Wielkanocną. Wpierw w metrze spotkało mnie to, co w Ameryce Lacińskiej spotyka mnie regularnie. Mimo rozbudowanych systemów, metro w godzinach szczytu nie wyrabia. Przejechało ileś składów, maksymalnie zapchanych, w końcu podstawiono pusty, który dwa przystanki dalej znów nie przyjmował nowych pasażerów.

Przepakowałem plecak, zostawiając większość rzeczy w Santiago, zrobiłem zakupy spożywcze, bo na Wyspie Wielkanocnej wszystko jest dwa i więcej razy droższe niż na kontynecie.Zresztą produkty spożywcze w Chile są i tak droższe niż w Polsce.

26 listopada stawiłem się na lotnisku w Santiago, by po pięciu godzinach lotu Lanem, dostać się do celu. Dreamliner wypełniony był całkowicie, w dużej mierze jakąś katolicką chilijską kolonią. Na wyspę miałem tydzień. Trochę za dużo, ale takie daty miał promocyjny bilet lotniczy i jest to miejsce z kategorii, gdzie zazwyczaj bywa się raz w życiu. Na chwilę z Ameryki Południowej przeniosłem się do Oceanii (ok. 3600km od kontynentu).

Polinezyjska Wyspa Wielkanocna (Rapa Nui, Isla de Pascua) należy do Chile, z czego część mieszkańców nie jest zadowolona, domagając się niepodległości. Według mnie warto mieć silnego protektora, niepodległa Rapa Nui, nie poradzi sobie samodzielnie. Gdyby nie 887 posągów moai, żaden turysta nie przyjechałby tutaj. Wulkaniczna wyspa, skalne urwiska, pustkowia, to nie jest miejsce na wakacje. A jeden Gawlik, miłośnik wulkanów, wyspie by nie pomógł. Większość posągów moai w obecnych czasach jest przewrócona, połamana, zapewne przez wiatry i erozję postumentów, na których je postawiono. Zazwyczaj są niewielkie, do 5m wys, lecz największy, niedokończony miał mieć 21m wys. i ok. 270 ton wagi. Nie wiadomo czy dotąd odnaleziono wszystkie, czy jakieś nie spoczywają w morzu? Zbudowano je pomiedzy 1250-1500 r. n.e. i nagle porzucono budowanie. Powstały głównie w kamieniołomie Rano Raraku, z tufów wulkanicznych przeważnie. Część miała na głowie polinezyjskie koki z czerwonego tufu - pukao. Po odrestaurowaniu możemy oglądać stojące pionowo posągi, ale tych miejsc jest niewiele. Jeszcze mniej jest takich, że obok siebie stoi kilka posągów moai. Tuf wulkaniczny jest sotusnkowo lekką skałą, dzięki pęchrzykom powietrza, nietrudnym w obróbce. Zresztą do rzeźbienia używano innej wulkanicznej skały, dużo twardszej, bazaltu. Dlaczego postawiono te posągi? Nie wiadomo. Może ich budowa związana była z miejscowymi wierzeniami, z przodkami albo miały odstraszać obcych? A może z nudów? Co można robić na takiej małej samotnej wyspie, gdy ryby na posiłki złowione, atrakcji brak? Może ten sam powód dotyczy kamiennej osady Orongo na zboczach wulkanu Rano Kau. Co roku organizowano zawody, kto pierwszy zdobędzie jajo rybitwy manu tara. Wybrańcy do tych zawodów, ponoć tygodniami czekali w Orongo na ten moment.

Dobrze, jestem na jednej z najbardziej oddalonych zamieszkałych wysp na świecie. Oddalonych od stałych lądów i innych zamieszkałych wysp. Ale czuję się jak na polskiej wsi. Rano budzą mnie koguty i zapachy krów, których tutaj pełno, jak i koni. Rośnie sobie kukurydza. Gdyby nie palmy miejscami i drzewa bananowców, byłbym przekonany, że to polska wioska na wybrzeżu. Jeszcze klimat gorący i wilgotny zaprzecza, że to Polska, bo silne wiatry są i u nas.

Podczas moich wędrówek po wyspie, kilkadziesiąt razy natknąłem się na posągi moai. Te stojące, nawet wyglądają ciekawie, ale szału na mnie nie zrobiły. Na pewno bym tu nie przyleciał dla nich. Zresztą jednego widziałem kiedyś choćby w muzeum w La Serenie. Oczywiście mam świadomość, że mój powód przybycia - wulkany - dla przeciętnego człowieka jest dużo głupszy, niż przyjazd dla posągów moai wpisanych na listę UNESCO. Ale nawet turyści większość miejsc, gdzie stoją moaie w kawałkach, omijają. Notabene prawie wszyscy tutaj wynajmują samochody, pieszy czy rowerzysta to rzadkość. Listopad to nie sezon, więc jeszcze spokojnie, nie ma tłumów, ktore przywozi dwukrotnie w ciągu dnia linia Lan. Z turystów dużo tutaj emerytów niemieckich, francuskich, brytyjskich, z USA, Australii i Nowej Zelandii. Ciekaw jestem, kiedy Polscy emeryci będą na urlop latać sobie na Wyspę Wielkanocną? Wśród młodszych, również dominują te nacje. Spotkałem jednak dwie Polski z Warszawy, grupkę z Czech, kilku Japończyków i jednego Belga.

Moją bazą wypadową był camping Mihinoa (mając własny namiot płaciłem 6500pesos za nocleg). Wyspę zwiedzałem pieszo i na rowerze, robiąc przez tydzień ponad 250km. Jedyną miejscowością jest tutaj Hanga Roa, nie ma transportu publicznego. Drogi są dosyć dobre. Podczas mojego pobytu zawsze było dużo chmur, słońce czasami też, jak i ulewy. W każdą noc, w dzień czasami też. Do tego praktycznie codziennie bardzo silny wiatr. Mimo to, bardzo wilgotno. Wszedłem sobie na trzy główne wulkany, wygasłe, tarczowe, Rano Kau (ok. 324m), Terevaka (ok. 510m) i Poike (ok. 365m). Rano Kau jest najbliżej Hanga Roa, posiada piękny owalny i głęboki krater, wypełniony wodą i roślinnością wodną. To w zasadzie pół wulkanu, drugiej nie ma. Krater jest nad samym skrajem oceanu, częściowo jego zbocza już zapadły się do wody. Tutaj znajduje się osada Orongo, można do niej dojechać asfaltem albo dojść ścieżką. W masywie jest też kilka innych niewielkich kraterów. Terevaka zajmuje większość wyspy, jej centralną część. Na górę ruszyłem przez pastwiska od posągów moai - Akivi, w towarzystwie lokalnego psa. Towarzyszył mi całą drogę, podzieliłem się z nim jedzeniem. W rejonie wierzchołka jest kilka wzniesień o podobnej wysokości i trzy niewielkie porośnięte trawą kratery. Strasznie wiało, było chłodno, chmury chwilami zakrywały partie szczytowe. Na drugim końcu wyspy położony jest wulkan Poike, gdzie przez pastwiska i do połowy prowadząc rower, dotarłem na szczyt. A tam niewielki krater porośnięty mini lasem. To charakterystyczne tutaj. Tam gdzie mogą wykiełkować rośliny, czyli w zagłębieniach, a ludzie robią murki z lawy, tam coś jest wstanie urosnąć (chociaż kiedyś wyspę porastał las, zostały resztki). Kratery nadają się do tego świetnie.

W moich włóczęgach nie zabrakło krateru Rano Raraku, w którym niewielkie jezioro, a na zboaczach pełno niedokończonych posągów moai. Tutaj je rzeźbiono. Wszedłem sobie na wulkan Tuutapu, ok. 280m wys. Jego krater porasta mini las, a w sąsiednim wulkanicznym wzgórzu z czerwonego tufu robiono pukao - czyli nakrycia głów dla posągów. Nie zabrakło licznych odkrywek lawowych, klifów, a nawet jaskiń jak Ana Te Pahu, w której mieszkali i hodowali rośliny Polinezyjczycy z czasów powstawania posągów moai. Oprócz tego zobaczyłem kilka miejsc z petroglifami, rowerem zjeździłem prawie wszystkie tutejsze drogi, bo chodziłem głównie na przełaj. Wykąpałem sie w oceanie, na niewielkiej plaży Anakena (jedynej tutaj, obok Playa de Ovahe). Jest daleko od Hanga Roa, sztucznie zrobiona, jest obok mini las palm kokosowych oraz kilka prawdziwych moaiów. Woda miała mniej niż 20 stopni Celsjusza, a ja niewiele czasu, więc kąpiel trwała 10 minut. Nikt poza mną się nie kąpał, może przez parzące meduzy.

Pobyt na Easter Island uważam za bardzo udany. Odwiedziłem sporo miejsc wulkanicznych, ale jest ich tutaj ponad sto. Mam sporo fajnej lawy, w tym kawałki obsydianu. I nawet sobie kupiłem małego patafiana z tufu wulkanicznego. Patafiana? Właśnie tak, to moja robocza nazwa moaiów. Planując dzień, spoglądałem na mapę i przygotowywałem trasę. Dojdę do tego patafiana, koło tamtych skręcę w prawo i pójdę do góry, i tak dalej. Nie wiem dlaczego, ale nazwa patafiany bardzo przypadła mi do gustu, dużo bardziej niż słowo moai.

Codziennie od rana do wieczora byłem w trasie, zmrok zapadał o 21:30. Nie zawsze zdążyłem dotrzeć do namiotu za dnia. A jak dzień przed wylotem postanowiłem sobie odpocząć, wyglądało to tak. Wytrzymałem do południa, a potem poszedłem sobie jeszcze raz spenetrować wulkan Rano Kau. Do miasteczka zszedłem o 20:00. Kto mnie nauczy odpoczywać, nic nie robić? Próbuję, ale nie potrafię.

Porcja spostrzeżeń i informacji praktycznych.

Duża część wyspy jest parkiem narodowym, do którego bilet kosztuje 30000pesos, a gdy płaci się dolarami, 60. Dolar to 700pesos z groszami. Jak widać, warto mieć peso, dolarów się nie opłaca. Gdy pamiątka w peso kosztuje 25000, czyli 26dolarów, płacąc amerykańską walutą, wydamy 36 dolarów. Na wyspie ciężko wymienić dolary po dobrym kursie, nawet widziałem po 550pesos za dolara, ale ponoć na jedynej tutaj stacji benzynowej niedaleko lotniska, kurs był zbliżony do 700. Bilet do parku najwygodniej kupić od razu na lotnisku, bo później pozostaje biuro Conafu, zdaje się czynne 9-15 (niedaleko lotniska). Nie kupimy biletu ani w Orongo ani w Rano Raraku, gdzie są sprawdzane. Teoretycznie jest budka strażników przy plaży Anakena, ale poza wspomnianymi dwoma miejscami, nikt nigdzie biletów nie sprawdzał. Bilet, kawałek papieru, ważny jest 5 dni.

Grodzenie. To pasja miejscowego Conafu. Trzeba pokazać, że jesteśmy potrzebni. Dlatego moaie są nieraz odgrodzone o wiele metrów. Jeśli ktoś jest krótkowidzem, niewiele zobaczy, jeśli ktoś nie ma dobrego zooma w aparacie, fajnego zdjęcia nie zrobi. Nawet jakby założyć, że taki moai może się przewrócić, to i tak grodzenie można by w niektórych przypadkach zmniejszyć kilkukrotnie. Oczywiście żadnego kawałka moaia nie można dotknąć, ani jednego z blisko tysiąca. Wewnątrz krateru Rano Raraku, podobnie jak na zewnątrz, są niedokończone moaie. Jednak od wewnętrznej strony udostępniono tylko miejsce, gdzie można spojrzeć na krater. I nic więcej. Nie można obejść jeziora, nie można podejść do oddalonych o 200-300m moaiów. Gdy w sporej międzynarodowej grupce wkurzaliśmy się tym faktem, stwierdziliśmy, z absurdami trzeba walczyć. I poszliśmy do moaiów. Pokonać kilkanaście tysięcy kilometrów, by się ciągle odbijać od tablic, sznurków, płotów i innych zakazów - niepoważne. Nie było w okolicy żadnego strażnika i spokojnie osiągnęliśmy cel. Po czym przyleciało dwóch z krzykiem, który zamienił się w ciszę i szok. Bo zostali przez nas zignorowani. Moaiom nic się nie działo, trawie pod naszymi nogami też. Oglądaliśmy posągi, robiliśmy zdjęcia, a mundurowi stanęli otępiali. Jeden, który mówił po angielsku, próbował nam wyjaśnić, że tu nie można być, a my mu, że to jakaś wielka bzdura i nic nas to nie obchodzi. Na co strażnik, że on nas rozumie, ale to decyzja dyrekcji parku, on za nią nie odpowiada. Bardzo mi się podobała ta zbiorowa postawa, nawet zazwyczaj grzeczni Niemcy, opieprzali strażników aż miło. Obywatelskie nieposłuszeństwo czasami jest niezbędne by walczyć z głupotami. Niedługo bowiem będzie tak. Turyści przylecą na Wyspę Wielkanocną, w hali prymitywnego lotniska pokażą im film o wyspie, wsadzą z powrotem w samolot. Wyspa zaliczona.

W paru miejscach można zobaczyć kilka stojących obok siebie moaiów - na rogatkach Hanga Roa, za cmentarzem (ciekawym zresztą), pod wulkanem Terevaka - A Kivi (7sztuk), kilka sztuk przy niewielkiej sztucznej plaży Anakena, w masywie Rano Raraku i w Tongariki (zdaje się 15).

Na wyspie obowiązuje czas GMT minus 6h, jest tutaj dwie godziny wcześniej niż w Santiago. W samolocie kazano nam wypełnić jakieś formularze wjazdowe, których nikt nie sprawdzał. Lokalne lotnisko może jest i małe oraz prymitywne, ale posiada dobrze ponad 3-kilometrową drogę startową, biegnącą prawie od wybrzeża do wybrzeża. Gdy jeszcze latały wahadłowce, lotnisko Mataveri, było dla nich rezerwowym miejscem lądowania.

Na polu namiotowym spotkała mnie przygoda. Gdy kościelna kolonia w liczbie 120 dzieciaków wyjechała, pewien Japończyk postanowił przesunąć swój namiot dalej od oceanu, gdzie ciszej i mniej wietrznie. Przenosząc zahaczył o linkę mojego namiotu, wywalił się. Siła była tak duża, że wyrwał linkę z namiotu, puściło kilka szwów. Zazwyczaj namiot mi się rozwala w górach, a nie na polach namiotowych, ale tym razem jest inaczej. Oby przetrwał do końca wyprawy. Więcej nie oczekuję. W tej historii chcę pokazać jacy są Japończycy, zawsze tacy sami. Narozrabiają, ale ani przepraszam, ani nic. Linka wyrwana, wiatr ją porywa, udało mi się ją złapać, a Japończyk udaje, że nie wie o co chodzi. Tak wygląda kultura tego zacnego narodu. Podobnych historii i obrazków byłem świadkiem kilkaset razy. Ale gdy im się coś zrobi, aferę robią na całą okolicę. A propos namiotu jeszcze, to tradycyjnie mam leciutki, szturmowy, jednopowłokowy, na zimowe warunki, bez klejonych szwów, co średnio się sprawdza podczas ulew. A do spania śpiwór puchowy na ujemne temperatury. Dwóch namiotów i dwóch śpiworów nie zmieściłem do bagażu, ale nie jest źle.

Trochę cen. Nocleg na polu namiotowym Mihinoa we własnym namiocie 6500pesos, wypożyczenie namiotu kosztowało zdaje się 500pesos za dobę. Wynajęcie roweru na dobę 10000-13000pesos, skutera od 20000pesos plus paliwo, samochodu od 40000pesos plus paliwo. Ile paliwo kosztuje na wyspie, nie wiem, pewnie drożej niż w kontynentalnym Chile, gdzie 700-800pesos w rejonie Santiago. Wycieczka po wyspie w grupie, od 20000pesos za osobę, trwa 7h, w cenie tylko transport. Empanada 2000pesos, słodkie wypieki 1000-3000pesos, półtoralitrowy napój (woda, cola) - najczęściej 2000pesos (wodę można pić z kranów). Mały lód 1500pesos, duży 3000pesos, jakiś mini lunch od 5000pesos, a coś większego od około 10000pesos. Rolka papieru toaletowego 450pesos, jedna papryka lub pomidor 600-900pesos. Chleb tostowy duży około 2500-2800pesos, mała paczka ciastek 800pesos. 1h internetu 1500pesos, a dostępu do WIFI 1000pesos, hotele itp mają zazwyczaj bezpłatne WIFI. Widokówka od 350pesos, a znaczek do Europy 600pesos. Pamiątki - od 2000 pesos za byle jaki magnes, po kilkaset tysięcy pesos za jakieś duże rzeczy - rzeźby, biżuteria. Większość pamiątek to koszt od równowartości kilkunastu dolarów do ponad pięćdziesięciu. Lawa, w tym obsydian, który wiozę ze sobą - są za darmo. Można wykupić różne wycieczki, na koniach, quadach, łowienie ryb, nurkowanie, nauka surfowania, ceny od kilkudziesięciu tysięcy pesos wzwyż.

  • Na zdjęciach:
  • 1-8) Hanga Roa. Widać lotnisko, moje pole namiotowe i szybkie śniadanie (mortadela, żółty ser, masło, pieczywo, papryka, musztarda). Poza tym, główna ulica, fragment cmentarza i moaie na rogatkach miasta. Miejscowa ryba i to co zabrałem z wyspy.
  • 9-14) wulkan Rano Kau i jego piękny krater. Poza tym masyw wylkanu, oraz widok na całą wyspę z wulkanem Terevaka i Poike. Na ostatnim zdjęciu osada Orongo.
  • 15-17) Wulkan Terevaka i pies towarzyszący mi w wycieczce.
  • 18-20) Wulkan Rano Raraku.
  • 21) Część moiaów w Tongariki.
  • 22-23) Wulkan Poike.
  • 24-25) Wulkan Tuutapu.
  • 26-27) Rejon plaży Anakena.
  • 28) Fragment jaskini Ana Te Pahu.
  • 29) Tak wygląda większość posągów moai.
  • 30-35) Różne zdjęcia z Wyspy Wielkanocnej, w tym flaga.
Opublikowano w Blog
Strona 1 z 4

nationalgeographic box

red bull 225x150

TOKFM box

iexpert 225X150px

stopka plecak

LogoStopka

stopka plecak

Strona używa informacji zapisanych za pomocą… plików cookies w celu dostosowania do indywidualnych potrzeb użytkowników. Jeżeli tego nie akceptujesz zmień ustawienia przeglądarki dotyczą…ce cookies. Więcej informacji można znaleźć‡ w naszej Polityce prywatności.