a2b2

red bull box 225x150

pzu bezpieczny 225x140

spokey.jpg 225PX

LOGO

Podziel się

FacebookMySpaceTwitterGoogle BookmarksLinkedinRSS Feed
Krótka, nieduża wyprawa, ale bardzo efektywna. Zdobycie i eksploracja 16 wulkanów w 26 dni w 4 państwach, z czego najdłuższa akcja górska na Poas w Kostaryce trwała 4 dni. Rekord świata! Ale wymagał intensywnej działalności prawie 24 godziny na dobę przez cały ten czas, bo na jeden wulkan średnio miałem 1,6 doby.

Cała wyprawa trwała 39 dni (luty-marzec), pokonałem 26.500km, odwiedziłem 9 krajów: Panama, Kostaryka, Nikaragua, Honduras, Salwador, Gwatemala, Belize, Meksyk, USA. Deniwelacja względna podejść na wulkany wystarczyłaby na dwukrotne wejście na Mount Everest z poziomu morza.

LISTA WULKANÓW z przynależnością do tabel PROJEKTU 100 WULKANÓW:
1) Irazu 3445m (pomiar własny), 3432m (dane internetowe), Kostaryka, aktywny, najwyższy w kraju – TABELA NR 2,
2) Turrialba 3340m, Kostaryka, aktywny, drugi co do wysokości w kraju, z noclegiem pod szczytem – TABELA NR 1,
3) Poas 2708m, Kostaryka, aktywny, 4-dniowe torowanie drogi przez dżunglę, maksymalna osiągnięta wysokość 2610m – TABELA NR 1,
4) Concepción ok. 1650-55m (pomiar własny), 1610m (dane internetowe), Nikaragua, aktywny, drugi co do wysokości w kraju – TABELA NR 2,
5) Masaya, 630m, Nikaragua, aktywny, działałem do wysokości 600m, trzy wizyty, w tym dwie nocne, dzienna wielogodzinna za sprawą możliwości skorzystania ze specjalnego pozwolenia i dotarcie do niedostępnych rejonów wulkanu – TABELA NR 1,
6) Momotombo 1312m (pomiar własny), 1297m (dane internetowe), Nikaragua, aktywny – TABELA NR 1,
7) Cerro Negro 715m (pomiar własny), 728m (dane internetowe), Nikaragua, aktywny – TABELA NR 2,
8) Telica 1061m, Nikaragua, aktywny, nieturystyczne wejście na sam wierzchołek i obejście prawie całego krateru – TABELA NR 1,
9) San Cristóbal 1795m (pomiar własny), 1745m (dane internetowe), Nikaragua, aktywny, najwyższy wulkan kraju – TABELA NR 2,
10) San Miguel (Chaparrastique) 2122m (pomiar własny), 2130m (dane internetowe), Salwador, aktywny, trzeci co do wysokości w kraju – TABELA NR 1
11) Santa Ana 2385m, Salwador, aktywny, najwyższy w kraju, wejście własną drogą w tym na wierzchołek – TABELA NR 2,
12) Pacaya 2580m (pomiar własny), 2552m (dane internetowe), Gwatemala, aktywny, wejście na wierzchołek i poruszanie się po terenach oficjalnie niedostępnych – TABELA NR 1,
13) Acatenango 3976m (Pico Mayor) i 3845m (Yepocapa, dane internetowe podają 3880m), Gwatemala, aktywny, trzeci co do wysokości w kraju, nocleg w kraterze na 3942m – TABELA NR 2,
14) Fuego 3763m, Gwatemala, aktywny, podejście do 3700m i gwałtowna ewakuacja na skutek erupcji – TABELA NR 1,
15) Tajumulco 4230m (pomiar własny), 4220m (dane internetowe), Gwatemala, uśpiony, najwyższy w kraju i w całej Ameryce Środkowej – TABELA NR 2,
16) Santa Maria 3777m - Santiaguito, Gwatemala, aktywny – TABELA NR 2.

Ponadto dwie jaskinie na wulkanach Masaya i Telica. Obserwacje licznych wulkanów na trasie przejazdu jak Izalco w Salwadorze czy Mombacho w Nikaragui. Po tej wyprawie Projekt 100 wulkanów w liczbach wygląda następująco: 58 wulkanów, w tym 40 aktywnych i 120 innych miejsc wulkanicznych w drugiej tabeli.

Wyprawa objęła też niewulkaniczne miejsca jak: Kanał Panamski i Panama City (stolica). San Jose – stolica Kostaryki, jeziora Cocibolca i Xolotlan w Nikaragui oraz miasta Masaya i Leon. Miasto San Lorenzo i Zatoka Fonseca w Hondurasie. Miasto Santa Ana w Salwadorze. Miasta Antigua Guatemala, Quetzaltenango, Flores oraz miasto Majów w Tikal – Gwatemala. Belize City w Belize. Meksyk: Cancun i wybrzeże Morza Karaibskiego z ruinami Majów w El Rey, El Meco i Ymail Luum. Miasto Valladolid, cenote Ik Kil, ruiny Majów w Chichen Itza – Meksyk. Waszyngton i Nowy Jork – USA.

Stopień realizacji wyprawy w stosunku do planu: 200% (dwieście procent). Innymi słowy, udało się wszystko co miało się udać i jeszcze raz tyle. Perfekcyjne przygotowanie zwykle kończy się perfekcyjnymi sukcesami. By tak było, muszę to robić sam. Normalny człowiek tak skrajnych obciążeń psychicznych i fizycznych nie wytrzyma.

Zapraszam do powyprawowego materiału przygotowanego dla: REDBULL.

Na zdjęciach: na pierwszym Kanał Panamski, a później wulkany zgodnie z powyższą listą, z przerwą na zachód słońca w Hondurasie i procesję pasyjną w Antigua Guatemala. Po wulkanach, piramida w Tikal, Belize City, Morze Karaibskie w Cancun, piramida w Chichen Itza. Następnie Waszyngton i Nowy Jork. Ostatnie trzy zdjęcia to panoramy wulkanów z Salwadoru, przywiezione kawałki lawy, oraz drobiazgi i papiery wydobyte z różnych zakamarków plecaków i ubrań po powrocie.

Opublikowano w Blog
Wieczorem, w nocy, o poranku, obserwowałem erupcje Fuego ze skraju krateru Acatenango. Nadszedł czas na podejście bliżej tego pierwszego. Pogoda świetna, a poprzedni dzień tego nie zwiastował. Raczej obawiałem się gęstych chmur na wierzchołkach, które przyszły w końcu, ale w połowie dnia. Zejście do przełęczy pomiędzy wulkanami zajęło 45 minut, wysokość 3315m, a stratowałem z 3960m. Niezbyt gęsty las, skałki, żleby. Nie miałem większych trudności. Na przełęczy zauważyłem ścieżkę, która biegnie w moim kierunku. Dobrze, zaoszczędzę trochę czasu.

Tzw. punkt widokowy w masywie Fuego pojawił się podczas przeglądania map Google Earth. W interencie znalazłem też zdjęcia z tego miejsca. Tak się fajnie złożyło, że od strony Acatenango, ramię Fuego posiadało odchodzące od krateru spłaszczenia. Najniżej położone, największe z nich, oddzielone małą przełączką od wulkanu, "zagospodarowano" jako punkt widokowy. Nie chodzą tam turyści, bo niby nie wolno, niebezpiecznie. Ale miłośnicy adrenaliny pojawiają się tam. Z Acatenango przełęcz między wulkanami wydawała się bliżej. W praktyce spory odcinek do pokonania. Na punkcie widokowym GPS pokazywał 3595m, ale nie skalibrował się dobrze, bo trzymałem go w kieszeni. Później wysokość wzrosła do 3610m. Ale uciekając z tego rejonu zerknąłem na chwilę na ekran i wysokość tego miejsca była inna – 3630m z błędem do 5m.

Jestem do bólu pragmatyczny i twardo stąpam po ziemi. Może dlatego niektórzy nazywają mnie cyborgiem? Aczkolwiek słyszałem również o innych powodach. Zdarzają się jednak w moim życiu sytuacje, których do końca nie umiem wyjaśnić. Tyle razy cudem uniknąłem śmierci, że trudno nazwać to tylko szczęściem. Na Fuego też zdarzyło się coś, nie do końca dla mnie wytłumaczalnego. Choć przyjąłem wersję – że to tylko ciekawy zbieg okoliczności. Zawsze tak robię.

Fuego rano uspokoił się. Wcale mnie to nie cieszyło. Sympatycznie oglądało się erupcje. Ale z drugiej strony pojawiła się myśl, że może dzięki temu bliżej mnie dopuści do siebie. Znajdując się na przełęczy między nim a Acatenango doszło do dużej erupcji. Ucieszyłem się. Nie przyszło mi do głowy, że to być może wskazówka, ostrzeżenie. Gdy dotarłem na tzw. punkt widokowy było spokojnie. Pomyślałem, może wejdę na jeszcze jedno małe wybrzuszenie, całkiem blisko wierzchołka z kraterem. W sypkim rumoszu skalnym, po bokach widząc bomby wulkaniczne piąłem się do góry. Żadna czerwona lampka przed oczami się nie zapaliła - jak zwykle. Widziałem, że nad kraterem unoszą się i opadają do niego kawałki lawy. Kusiło podejść jeszcze wyżej. Szybkim marszem ruszyłem ostro do góry i w tym momencie doszło do potężnej erupcji. Nawet nie zdążyłem na nią dobrze spojrzeć, bo z mózgu dostałem krytyczny komunikat – uciekaj! Rzuciłem aparaty fotograficzne i jak wariat zacząłem biec w dół. Myślę, że w tamtej chwili nawet Usain Bolt mógł ze mną przegrać. Słyszałem jak kawałki lawy uderzają za mną o ziemię, po chwili niektóre zaczęły się turlać obok mnie. Sytuacja się uspokoiła, nic mi się nie stało. To było drugie, mocne ostrzeżenie. Jakby Fuego chciało mi powiedzieć, przesadziłeś. Nie pozwolę zrobić tobie ani kroku dalej. A jak spróbujesz jeszcze raz – zabiję. Chyba że była to śmiertelna zasadzka, z której się wyrwałem.

Gdyby nie pozostawione aparaty fotograficzne, z kartami pamięci, nie wiem czy bym znowu ruszył do góry? W moim przekonaniu nie miałem wyjścia. Musiałem to zrobić. Wróciłem po nie. Gdy wisiały na szyi, zszedłem kilka metrów zatrzymując się na malutkim wypłaszczeniu, ostatnim przed kraterem. Nie miałem wątpliwości, że próba pójścia wyżej to samobójstwo, a samobójcą nie jestem. Po prawdzie, miejsce w którym stałem nie było wiele bezpieczniejsze. Kask na głowie nie uratowałby mnie.

Nastąpiły dwie mniejsze erupcje w krótkim odstępie czasu. Widziałem jak rój lawy wylatuje z krateru, ale fragmenty najbliżej mniej spadały 10-15 metrów. A dzięki temu, że stałem na wypłaszczeniu turlały się na dół po obu jego stronach. Lecz przede wszystkim bardziej na północ, czyli po mojej prawej patrząc na wulkan.

Wybuch, który mnie zmusił do ucieczki, uświadomił, że bardziej niż na rejestracji erupcji muszę skupić się na własnym życiu. I nie spuszczać wierzchołka z oka, a zdjęcia jeśli już, robić trochę na oślep. Jakieś wyjdzie. Kolejny mocniejszy wybuch zastał mnie jednak nieprzygotowanego do ucieczki. Mogłem tylko odprowadzić wzrokiem, jak kilka kawałków lawy spadło 2-3 metry ode mnie. Wiedziałem w tamtej chwili, że muszę zabrać zabawki i się ewakuować. Bo czwartego ostrzeżenia nie będzie. I wtedy nastąpił ogromny grzmot. Przez ułamek sekundy widziałem ile kawałków lawy z wielką siłą wyleciało z krateru i jak duży słup popiołu i gazów rósł nad wulkanem. Takiej erupcji na Fuego wcześniej nie zaobserwowałem. Biegiem ruszyłem w dół. Kątem oka obserwowałem jak lawa uderza w miejsce, w którym chwilę wcześniej stałem, turla się obok mnie. Biegłem z całych sił.

Zatrzymałem się dopiero przed tzw. punktem widokowym. Gdy to uczyniłem, doszło do kolejnego dużego wybuchu. A jako, że wiatr w ostatnim kwadransie trochę się zmienił, część lawy znowu spadła na wypłaszczenie, na którym byłem przed chwilą. Nie miałem wątpliwości, trzeba opuścić partie szczytowe Fuego. Zresztą z dołu ku górze wędrowało dużo chmur. Znowu uratowało mnie kilka sekund i komunikat z mózgu, który kazał uciekać bez najmniejszej chwili zawahania.

Zaskoczyła mnie częstotliwość wybuchów i ich skala. Od wieczoru dnia poprzedniego nic takiego nie miało miejsca. Zanotowałem nawet godzinną przerwę między wybuchami. Chociaż ten punkt widokowy, gdy erupcje nie są duże, jest w miarę bezpieczny. I chciałem jeszcze na nim pozostać. Ale kolejna wiadomość z mojego centrum dowodzenia brzmiała, ani chwili dłużej, schodź na dół. Instynkt mnie jeszcze nigdy nie zawiódł, zawsze go słucham. Uratował mi nieraz życie. Bez wahania ruszyłem w dół. Fuego było już praktycznie w chmurach. Po dwóch minutach doszło do największej erupcji podczas mojego pobytu w rejonie wulkanu. Zabolały mnie uszy od huku, poczułem niewielką falę uderzeniową. Gorącą. Ziemia się zatrzęsła. I zdałem sobie sprawę, że kawałki lawy uderzyły w punkt widokowy. Przez chmury przedarła się ogromna czarna chmura. Zbocze też zadymione, pełne turlających się kawałków lawy. Przyśpieszyłem. Coś dziwnego się działo.

Gdy znowu znalazłem się na przełęczy między wulkanami, kolejny ogromny wybuch wstrząsnął okolicą, ale Fuego tonęło w chmurach. Słychać było jak duże kawałki lawy uderzają o ziemię, hałas turlania. Dziesięć minut później, gdy wspinałem się z powrotem na Acatenango miała jeszcze jedna bardzo mocna erupcja. A potem wulkan się uspokoił. Przez najbliższe dwie godziny miał miejsce tylko jeden grzmot, słabszy od wcześniejszych. Pewnie doszło również do jakichś małych erupcji w tym czasie, ale przez chmury nie było ich widać.

I jak po takiej przygodzie wyjaśnić to wszystko, poukładać sobie w głowie? Dlaczego Fuego stało się tak groźne, gdy do niego się zbliżyłem? Dlaczego uspokoiło się, gdy odszedłem? Akurat w tym momencie? Choć wszystko ma jakieś logiczne wytłumaczenie, to te pytania nadal siedzą w mojej głowie. Próbuję je przetrawić, znaleźć wyjaśnienie, uwierzyć w przypadek, ale całkowicie mi się to nie udaje. Nie pierwszy raz. Po kilkunastu latach wędrówek na wulkanach czuję z nimi bardzo bliską więź. Są jak moja rodzina. Czuję się wyjątkowo dobrze w ich towarzystwie. Zżyłem się z nimi. Mam poczucie, że znamy się nawzajem wyśmienicie. Nieraz wydawało mi się, że pozwalają mi na więcej, otwierają pewne drzwi do siebie, które zwykle są zamknięte. Ale gdy pojawiają się u mnie takie skojarzenia. Zaraz włącza się mój realizm, według którego nic nadprzyrodzonego nie istnieje. A ja jestem tylko bardziej zaawansowanym biologicznie tworem, który wskrzesiła natura, który natura też unicestwi – wcześniej lub później. I dalej nic absolutnie nie będzie. Świadomość istnienia skończy się wraz z moją śmiercią. Podoba mi się to rozwiązanie. Choć jeszcze bardziej spodobałaby mi się nieśmiertelność.

Po fragmencie bardziej opisowym, kilka danych i szczegółów technicznych. Ostatnie wypłaszczenie przed kraterem wg bardzo szybkiego pomiaru wynosiło 3678m n.p.m. z błędem do 14m, ale gdy GPS złapał więcej satelit zrobiło się 3693m z błędem do 4 metrów. Podobna sytuacja jak z punktem widokowym. Bardzo chciałem przekroczyć 3700m. I to się udało, mój podbieg, zakończony ucieczką, skończył się na 3705m n.p.m., w tym błąd pomiaru to 4-5m. Od najwyższego punkt krateru dzieliło mnie tylko 60 metrów różnicy poziomów, od najniższego jeszcze mniej. Stromy, krótki odcinek. Ale przy tej aktywności absolutnie nie do pokonania, bo nawet pomiędzy wybuchami z krateru wydobywały się kawałki lawy. Większość wpadała do środka, ale nie wszystkie. Gdybym zdecydował się iść dalej na pewno bym zginął. Po prawdzie, cudem nie zginąłem w miejscu do którego dotarłem.

O ile podejście z przełęczy na punkt widokowy powolnym tempem zajęło 40minut, o tyle zejście niecałe 30 minut. Natomiast powrotne wdrapanie się do krateru Acatenango 90minut. Wchodziłem inną trajektorią, nawet częściowo jakąś ścieżką. Podczas tego podejścia poczułem skalę wyeksploatowania organizmu na tej wyprawie. Szalone tempo, wielki wysiłek. Na wulkanach nie oszczędzałem się ani odrobinę, robiłem bardzo dobre czasy. W tym momencie to wszystko poczułem. I zdałem sobie sprawę, że kontuzje po wulkanie Poas nie zaleczyły się. Albo je odnowiłem uciekając z Fuego. Nie było kalkulacji zdrowotnych, tylko ile fabryka dała mocy, tak szybko zbiegałem w dół. Gdy emocje, adrenalina opadły, poczułem ból. Który towarzyszył mi przez prawie całą wyprawę. Na szczycie Acatenango nic nie było widać – chmury, wiatr, chłód. Zadanie wykonane, mogłem wracać do cywilizacji. I pomyśleć, że początkowo miałem udać się tutaj na komercyjną wycieczkę. Byłaby to największa głupota tej wyprawy. Na szczęście mój mózg jest mądrzejszy ode mnie i nie dopuścił do tego :).

Podczas mojego pobytu na wulkanach Acatenango i Fuego praktycznie cały czas byłem sam, a obawiałem się dużej ilości uczestników wycieczek turystycznych. Zimno i wiatr w partiach szczytowych skutecznie odstraszał. Gdy wędruję sobie przez pustkowia, gdzie jestem tylko ja i przyroda. Żadnej cywilizacji, żadnych strażników parkowych. Nie ma wtedy żadnych problemów. Wszystko jest proste. I tak lubię najbardziej.

Volcan de Fuego (Wulkan Ognia) – kilka informacji. Klasyczny stratowulkan. Podawana wysokość to 3763m, ale trzeba mieć świadomość, że erupcje mogły kilka metrów zabrać albo dołożyć. To bardzo aktywny wulkan, w ciągłej fazie erupcji. Lecz ostatnia duża erupcja (VEI 3) przed moim przyjazdem miała miejsce na początku maja 2017 roku. Występują na Fuego różne typy erupcji – strombolijskie, vulcanian (dominowały podczas mojego pobytu w masywie Fuego), pelean, piniańskie (więcej pisałem o nich dwa artykuły wcześniej: GWATEMALA – wulkan Pacaya 2580m – uwielbia pluć lawą).

Gdy poczytamy o początkach jego eksploracji pod koniec XIX wieku, zauważymy że niewiele się zmieniło od tamtego czasu. Trzeba było starać się o pozwolenie od gubernatora. Osobiście na takie bezsensowne elementy jak pozwolenie czasu nie miałem (i tak nikt by go nie dał). Przewodnicy nie chcieli iść, bo się bali, albo byli za słabo przygotowani na taką eskapadę. Dlatego nawet do głowy nie przyszło mi z jakiegoś skorzystać. Zresztą nawet jak to czynię, zawsze służą mi jako drogowskazy pozwalające zaoszczędzić czas i sposób obejścia kwestii formalnoprawnych. To jest ich jedyna rola. Gdy pierwsi eksploratorzy (Francuzi, Brytyjczycy) mieli szansę wejść na wierzchołek, najczęściej pokonywała ich pogoda (chmury) lub błędy lokalnej ludności zatrudnionej do pomocy. No i oczywiście erupcje wulkaniczne.

Fuego czasami bywa spokojny przez pewien czas. Wtedy można by zaryzykować wejście nawet na wierzchołek. Nie miałem takiej możliwości, erupcje były silne o dużej częstotliwości. I tak zaszalałem podchodząc bardzo blisko. Nie zmartwiła mnie zapora postawiona przez Fuego. Z najbliższej odległości mogłem obserwować erupcje, dosłownie je poczuć, kawałki lawy spadały obok mnie. Wspaniałe przeżycie. W zupełności mi wystarczyło, że Pacaya dopuściła mnie na sam wierzchołek i żadnej krzywdy nie wyrządziła. Tutaj delektowałem się wybuchami. Lecz nadal mam nadzieję, że będę mógł kiedyś zobaczyć erupcję o sile VEI 6 lub 7 (indeks eksplozywności wulkanicznej). To byłoby dopiero widowisko. Niszczycielska siła wulkanu na gigantyczną skalę. Niestety erupcja superwulkanu za mojego życia nie nastąpi.

Na zdjęciach (14-15marca): różne odsłony wulkanu Fuego, z pod krateru i z Acatenango, z przełęczy pomiędzy wulkanami. Jak się przyglądam niektórym z nich - dziwi mnie bardzo, że nie zginąłem. To już któraś taka przygoda.

Opublikowano w Blog
Motywacja, by wybrać się na ten wulkan była następująca. San Miguel (Chaparrastique) jest ogromnym stratowulkanem. Góruje nad okolicą, posiada imponujący krater, co widać na zdjęciach satelitarnych. Wybuchł całkiem niedawno przed moim przyjazdem, bo w 2016. I rzadko ktoś na niego wchodzi. Jest bardzo mało zdjęć z partii szczytowych w internecie. Aczkolwiek niektórzy mieszkańcy San Miguel chcą zrobić z niego atrakcję turystyczną, jak to uczyniono z wulkanem Santa Ana. Na drugim końcu tego niewielkiego kraju. Nic dobrego to nie wróży, bo każda ingerencja administracyjna w wulkan oznacza ograniczanie do niego dostępu. A tworzenie parków narodowych i rezerwatów jest tylko przykrywką do takich właśnie działań.

Chcąc zrobić dokumentację partii szczytowych i poziomu aktywności, wpierw jest zawsze ten sam problem. Jak się tam dostać? Czy są jakieś obostrzenia. Od razu zacząłem pytać Morrisa – właściciela mojego miejsca noclegowego. San Miguel to nie turystyczne miasto, stąd mówiący po angielsku człowiek i do tego nie lokalny – to duża radość. Bo od razu widać różnicę. Gdy lokalsi mówią nie wiem, nie da się, nie można. Morris od razu powiedział – nie ma problemu, załatwimy to. Wpierw zadzwonił do jakiegoś znajomego, który mógł posłużyć za 10usd jako przewodnik, ale nie mógł dnia następnego. To dobrze, taki gość oszczędza czas, ale rodzi zwykle problemy. Lokalni przewodnicy są beznadziejni i nie mają pojęcia o wulkanach. I musiałbym się użerać z ciągłymi tekstami – schodźmy już.

Wobec powyższego Morris powiedział: zawiozę cię pod wulkan i sobie sam pójdziesz. Naprawdę tak łatwo, bez problemów? Nikt nie będzie rzucał mi kłód pod nogi jak zwykle?

Naprawdę. Pomiędzy 9 a 10 rano Morris wysadził mnie ok 10-12km od San Miguel na wysokości 800m n.p.m., choć twierdził że startuje się z 1200m (droga RN16S). I powiedział: idź prosto do góry, a jak się zgubisz to spróbuj zapytać lokalsa, którzy pracują na polach uprawnych (do 1500m). Gdyby ktoś cię zaczepiał, chciał pieniądze, mów że jesteś z USA, bo Ameryki się tutaj boją. Nie mów, zwłaszcza policji, że idziesz na wulkan, bo tutejsi ludzie i urzędnicy mają hopla na tym punkcie. Nie tak dawno wybuchł i uważają, że jest bardzo niebezpieczny i nikt nie powinien się do niego zbliżać. Zawsze to samo utrapienie – bardzo ograniczeni ludzie.

Pogoda świetna, ale czasu nie za dużo. Do pokonania ponad 1300m przewyższenia. Wpierw wędrówka szutrową drogą pomiędzy polami. I trasa nie była wcale taka łatwa, musieli pomóc okoliczni mieszkańcy. Choć na początku tak pomogli – każdy mówił, by iść w inną stronę i inną drogą, że stwierdziłem: wybiorę tą drogę, która prowadzi do góry. Wyżej pomoc dwa razy się przydała na rozstajach dróg. Samochodem terenowym można dojechać do 1480m. Ale uwaga, na wulkan prowadzi kilka ścieżek, choć może to za duże słowo. Bo jak droga się skończyła, ścieżka nie była ścieżką. W każdym razie jakby jej od dawna nikt nie używał i musiałem się sporo namęczyć przeciskając przez las i chaszcze, aż zszedłem do sypkiego żlebu. Po stromym i sypkim materiale piroklastycznym szło się dużo lepiej. Końcówka do krateru była twarda, a wysokość na skraju 2010m. Podejście zajęło mi 2h30min. Całkiem sprawnie. Była mniej więcej 12:00, miałem sporo czasu na działalność w rejonie krateru. Spędziłem tam cztery godziny. Krater San Miguel robi wrażenie, czułem się trochę jak na obcej, nieprzyjaznej planecie. Szarej, zakurzonej, zadymionej. Jest tutaj potężny krater zewnętrzny, postrzępiony, o dobrych kilku kilometrach obwodu. Miejscami jest też krater wewnętrzny, z głębi którego wydobywały się toksyczne gazy i właśnie nad jego skraj wpierw poszedłem. Wielki wulkan i tylko Gawlik – tak lubię.

Obejście krateru dookoła nie było wcale takie łatwe, góra dół, nawet drobne elementy wspinaczki. Włócząc się po partiach szczytowych pokonałem około 400m deniwelacji. Wybrałem się oczywiście na wierzchołek, mój GPS zmierzył 2126m z dokładnością do 4m (wg Wikipedii 2130m). Dokonałem mnóstwa obserwacji i San Miguel muszę przyznać, jest wulkanem budzącym grozę swoją surowością w rejonie kraterów. Jego erupcje są niezwykle efektowne.

Od Nikaraguy obserwuję częste pożary lasów i krzaków. Patrzę, a z boku krateru, za nim, unosi się snop gęstego dymu. To nie erupcja, ale poszedłem sprawdzić. To paliły się las i krzaki. Mnóstwo dymu na potężnym obszarze. Pojawiło się dla mnie nowe zagrożenie, ten pożar jest może kilometr od mojej trasy zejścia, a wiatr wieje w tym kierunku. Ogień potrafi się przenosić z ogromną prędkością. Głupio byłoby zginąć na wulkanie od pożaru lasu. Dokończyłem to co chciałem i w dół. Najgorszy krzaczasto-leśny obszar starałem się pokonać jak najszybciej. Nie uciekłbym stąd przed ogniem i dymem. Wkoło unosił się zapach palonego drewna, a wulkan po przeciwległej stronie przełęczy był jakby za mgłą.

Półtorej godziny zajęło mi zanim doszedłem do drogi (wybiła 17:30), trochę w innym miejscu niż startowałem. Szybko złapałem autostop i znalazłem się przy głównej drodze, cztery kilometry od obiektu, w którym nocowałem. Na autobus też nie czekałem długo. Gdy zmrok praktycznie zapadł dotarłem do celu. Morris był w szoku, że mi się udało, nie spodziewał się. Koniecznie chciał oglądać zdjęcia i chwytał się za głowę. Jemu też Chaparrastique wydawał się niebezpieczny. Przez cały wieczór i poranek był podekscytowany moim wejściem, prosił o wszelkie informacje. Bo ma zamiar popularyzować wulkan, by San Miguel zaczęli odwiedzać nie tylko pojedynczy turyści. Tak na marginesie, ludzie zwożący mnie z pod wulkanu dziwili się nie tylko, że ośmieliłem się wejść na niego, ale że samotnie, wydawało im się niewiarygodne. Rozumiem, my biali mamy często opinię nieporadnych i chcących zawsze gotowego, czyli pełnej usługi turystycznej. Jak robimy coś sami, miejscowym wydaje się, że zaraz zrobimy sobie krzywdę. I Morris wspominał, że ze dwa lata wcześniej kilku Niemców zgubiło się na wulkanie i trzeba było ich szukać.

Morris, pół Hiszpan, pół Salwadorczyk, który pół roku spędza w Hiszpanii stwierdził, że Ameryka Centralna to w dużej mierze „bananowe republiki”. W których króluje lenistwo oraz głupota. Tutejsi ludzie chcą mieć pieniądze, ale nie chcą pracować. On sam nieraz mówił różnym osobom, które prosiły o jałmużnę, przyjdź, dam ci zarobić. Nikt się nie zjawił. Salwador przypomina Nikaraguę pod względem rozwoju i zamożności. Morris opowiadał, że w kraju żyje 6mln osób, a kolejne 4mln w USA, które ślą rodzinom pieniądze. Największą bolączką Salwadoru jest dramatycznie niski poziom edukacji, dodał. Przez to kraj wolno się rozwija. I powiedział też o tym, o czym słyszę w wielu biednych krajach. Uważają w nich, że od pracowania i zarabiania pieniędzy są biali, którzy powinni się z nimi podzielić, czyli dać.

Jestem tolerancyjną osobą, lecz nic nie poradzę, że fakty mówią, iż jak się biały za coś bierze, zwykle widać różnicę. Świetnym przykładem jest porównanie mojego noclegu w San Lorenzo i w San Miguel – obiekt prowadzony przez lokalnych właścicieli i przez Europejczyka. Jakoś tak jest, że nam białym się chce, myślimy, podnosimy kwalifikacje, standardy, dbamy o jakość, zadowolenie klienta. Co nie jest powszechne na świecie. Zawsze się zastanawiam w podobnych sytuacjach, czemu ludzie z Ameryki Centralnej nie potrafią prowadzić pensjonatu o takim standardzie? Co im w tym przeszkadza? Czasami wystarczyłoby trochę świeżej farby, by było widać różnicę. A najciekawsze jest to, że w samej Ameryce Centralnej zgadzają się z tym, co napisałem w tym akapicie. Muszę jeszcze wyjaśnić pewien szczegół, pisząc o białych, mam na myśli nie tyle kolor skóry, ile poziom rozwoju, cywilizacji. Oprócz dużej części Europy, USA, Kanady, Australii i Nowej Zelandii, wysokie standardy oferują też takie „nie białe” kraje jak Japonia czy Korea Południowa.

Informacje praktyczne. Salwador. Czas: UTC minus 6. Waluta: dolar amerykański. Ceny, chyba najtańszy kraj na tej wyprawie, a wystartowałem z Panamy. Trochę taniej niż w Polsce, transport publiczny także. Zatrzymałem się w Guest House Europa, który widoczny jest w internecie, ale na budynku była tylko mała karteczka z boku. Taksówkarz szukał i szukał. Za to w środku jak na tą część świata bardzo fajne warunki, bo prowadzi go Morris, w połowie Hiszpan. Bardzo dobre ceny, a ja dostałem jeszcze rabat i za prywatny pokój z łazienką, na przyzwoitym poziomie zapłaciłem 13usd za noc (w Hondurasie za totalny syf 15usd w obiekcie, który nazywał się hotelem a nie guest housem). Do tego w cenie śniadanie i schłodzona woda w nieograniczonych ilościach, a także pyszne pomarańcze. Jest internet, przestronnie, hamaki i bardzo mało ludzi, bo obiekt mało znany. Widać, że lokal prowadzi przedstawiciel świata zachodniego, widać że sprzątają go przedstawiciele Ameryki Łacińskiej. Tak sobie, czyli i tak nieźle jak na tutejsze warunki. Ale w Europie za taką jakość pracy, szybko się ją traci. Trzeba by stać ciągle nad głową pracownika, by efekt był zadowalający. Minusem były wiatraki (to standard tutaj) a nie klimatyzacja i duży hałas z ulicy, także w nocy – ale nie można mieć wszystkiego. Ludzie jak w całej Ameryce Środkowej – sympatyczni, pomocni i praktycznie nie-anglojęzyczni.

Na zdjęciach: granica Honduras - Salwador, profesjonalne ekspresowe szycie spodni na pośladku, wiele ujęć wulkanu San Miguel (Chaparrastique) – podejście, krater, wierzchołek, zejście. Zdjęcie z gęstym dymem pod koniec galerii to pożar lasu. A na początku zdjęcie nr 6 przedstawia widok na wulkan Chinameca, a na poprzedzającym chaszcze, które musiałem pokonać.

Opublikowano w Blog
niedziela, 11 marzec 2018 05:58

Wulkan Momotombo 1312m – symbol NIKARAGUY

Opuszczam miasto Masaya. Taksówką do dworca autobusowego, autobusem do Managuy. Taksówką na inny dworzec, skąd autobusem do La Paz Centro. I kolejnym do Puerto Momotombo nad jeziorem Xolotlan. Wylądowałem na plaży, szybko poszło. Mam jeszcze pół dnia na zorganizowanie sobie noclegu i wejścia na wulkan. Tymczasem podziwiam go z nad jeziora, mocno dymi. Wody wzburzone, silny wiatr. Ale i tak skwar nieziemski, 36-38 stopni C w cieniu.

Puerto Momotombo miało lepsze momenty. Mini promenadę, zaniedbana. Wulkaniczna plaża, brudna, pojedyncze bary co najwyżej sprzedadzą piwo i colę. Ale klientów brak. Z hoteli ostał się jeden, trzy kilometry od jeziora. Kupić coś normalnego do jedzenia nie sposób. A miejsce ma potencjał. Potrzeba promocji. Wulkan Momotombo, jezioro Xolotlan. Blisko stąd na wulkan Cerro Negro, do Managuy i paru okolicznych rezerwatów. To mógłby być nieduży ośrodek turystyczny, w którym ludzie zatrzymają się na noc albo dwie. Fajna atmosfera, jak na końcu świata.

Ledwo przyjechałem, a od razu zaczynają się schody, jakżeby inaczej. Wpierw wróciłem się 3 kilometry do hotelu (wioska Miralago). Ale nikogo nie ma. Po czasie udało się znaleźć właścicielkę i wynająć pokój. Za 300 cordoba (10usd) był nawet pokój z działającą klimatyzacją, co tutaj w ogóle jest rzadkie. Królują wiatraki. Po włączeniu z dysz wydobyły się wszystkie możliwe bakterie i mikroorganizmy, czyszczenie klimatyzacji to nie w tym kraju. Internetu brak. Jestem jedynym gościem. Typowy prymitywny lokalny hotelik – Hotelito Momotombo.

Będąc nad jeziorem stwierdziłem, że najlepsze wejście jest za elektrownią geotermalną Momotombo, która korzysta z gorących wód wulkanu. Ale by się dostać w tamto miejsce potrzebuję pozwolenia do uzyskania w La Paz Centre. Stracę na te formalności co najmniej dzień, więc pozostaje albo znaleźć jakiegoś przewodnika, który to ogarnie albo iść na pełnym nielegalu, inną drogą. Na przełaj, do góry. Od świtu do nocy. W miasteczku nikt nie potrafi mi wskazać przewodnika, znalazłem chętnego, który byłby gotowy mnie rano podwieźć pod wulkan, to jakieś 7km. Ostatecznie rodzina właścicielki hotelu twierdzi, że znajdzie mi przewodnika, umawiamy się na 18:00. A tu nic. Jednak wieczorem pojawił się Sandro. Mówi, że on bierze 20usd, transport 30usd. Niech będzie, byleby jutro, szkoda czasu. On, że nie, że jutro to załatwi pozwolenie, a pojutrze możemy iść. Nie przyjacielu, jutro wieczorem muszę być w mieście Leon. Rzecz jasna nie zna ani słowa po angielsku, a ja skromne podstawy hiszpańskiego. Po różnych kombinacjach, staje na tym, że wyruszymy o 11:00 i damy radę.

Tak też się dzieje. Jedziemy starym terenowym Mitsubishi właściciela pobliskiego sklepiku. Gdyby Sandro miał motocykl, zarobiłby na podwózce, ale ma tylko rower. Jego ekwipunek to gumiaki, dżinsy i w czymś co ma być plecakiem, butelka jakby po oleju, ale na wodę. Przekraczamy bramę rezerwatu i elektrowni. Wpisujemy się do książki. Pogoda super, gazów wulkanicznych dużo, rano nawet dotarły do Puerto Momotombo. Auto nie daje rady podjechać do końca drogi, do tego przegrzewa się silnik. Idziemy, a kierowca na nas poczeka. Jest 12:20. I tak jest dobrze, blisko 20 godzin trwało znalezienie przewodnika i organizowanie wejścia. Nie wiadomo było czy się uda. Trzymałem rękę na pulsie. Jednocześnie za daleko wszystko zaszło, by powiedzieć, dajcie sobie spokój, sam pójdę, będzie prościej i szybciej.

Sandro się dziwi, że dotrzymuję mu kroku, a nawet chciałbym iść szybciej i nie chcę odpoczywać. Na wulkan wchodzimy łukiem, widać że kiedyś do pewnego momentu była tutaj znakowana trasa. Widoki coraz lepsze i na wulkan i na jezioro. W dole niewielka elektrownia geotermalna. Rozpoczynamy ostateczne podejście do góry. Dochodzimy do skałki, jakieś 20min przed szczytem i Sandro mówi koniec. Chodzi się tylko dotąd, nigdy wyżej. On był kilkanaście razy tutaj, na wierzchołku nigdy. Chyba oszalałeś. Zakładam kask, przygotowuję maskę, rękawiczki i do góry. Ku jego niezadowoleniu, ale bardzo nie protestował. On zostanie na skałce, boi się i nie ma maski. Erupcja może nastąpić w każdej chwili. Też mi nowina na aktywnym wulkanie. Narzeka, że jak z elektrowni przez lornetkę zauważą, że wschodzę na szczyt, może mieć kłopoty. Trudno i tak tam muszę wejść.

Końcówka to stwardniały rumosz wulkaniczny, sypki, nachylenie już spore. Ale całkiem sprawnie wspiąłem się na wierzchołek, GPS pokazał 1318m n.p.m. z błędem do 6m. Widoki efektowne, gazów pełno, bardzo toksyczne. Oznacza to, że lawa jest bardzo blisko krateru, może nawet w nocy byłoby ją widać. Krater z drugiej strony jest jakby ucięty, schodzi nisko, z tamtej strony następują wypływy lawy. Wokół mnie siarka i fumarole o temperaturze około 100 stopni C. Bardzo aktywny, efektowny wulkan. Żadnych śladów bytności człowieka. Nie zakładam, że nigdy nikogo tutaj nie było, ale to bardzo rzadkie zdarzenie. Po półgodzinie ruszam w dół, ale w pewnym momencie schodzę na bardziej sypki teren, bo skacząc po drobnym materiale piroklastycznym jest znacznie szybciej. Wołam przewodnika, by do mnie dołączył. Bardzo się interesuje jak było na szczycie, prosi o pokazanie zdjęć.

Na wulkan wystartowaliśmy z wysokości 300m n.p.m. Po 2h15minutach osiągnęliśmy wspomnianą skałkę, skąd ruszyłem sam. Zejście ze szczytu do samochodu zajęło mi 1h15min. Sandro ciągle się dziwił, że wulkan nie sprawia mi żadnych problemów i mam takie tempo. Dobrze się na niego wchodziło. A widoki nie wiem czy nie ciekawsze niż z Concepción. Za to wejście wyraźnie mniej męczące. Pewnym zagrożeniem są kamienie turlające się z partii szczytowych, trzeba zachować czujność.

Kierowcy przez kilka godzin nawet nie chciało się obrócić samochodu do zjazdu w dół, spał. Przed 17:00 jestem w hoteliku. Szybkie dopakowanie i rikszą motorową do La Paz Centre. Ale wcześniej Sandro powiedział, że muszę mu dołożyć 10usd, na opłatę parkową. Dobrze, to miał być twój napiwek. Może będzie, a może rzeczywiście pójdzie na opłatę. Z kolei gospodarz hoteliku skasował mnie jeszcze 100 cordoba, ok. 3usd, za przetrzymanie rzeczy w pokoju. A powtórzę byłem jedynym klientem. Niech im będzie, załatwili przewodnika, nie będę się kłócił.

Kilka zdań o wulkanie Momotombo. Piękny stratowulkan. Góruje nad jeziorem Managua (Xolotlan), które przekracza tysiąc kilometrów powierzchni a lustro wody jest na 39m n.p.m. Momotomnbo to symbol Nikargui, jest na banknocie, zapałkach, butelkach piwa, freskach, obrazach, w wierszach. Jego słynna erupcja z 1610 roku, zniszczyła miasto Leon, teraz to nijakie ruiny Leon Viejo w Puerto Momotombo. A miasto Leon przeniesiono około 40km na zachód. Ostatnia erupcja przed moim przyjazdem miała miejsce na początku 2016 roku. Oficjalnie podaje się wysokość 1297m, ale mój GPS zmierzył 1318m, z dokładnością do 6m. Mam dużą satysfakcję, że jestem jedną z pojedynczych co najwyżej osób, która kiedykolwiek była na wierzchołku wulkanu, który uchodzi za bardzo groźny.

Z La Paz Centre dojechałem autobusem do Leon, skąd rikszą rowerową kazałem się zawieźć do pierwszego lepszego hostelu. Już było dawno po zmroku. Załatwiłem sobie od razu wycieczkę na volcanoboarding na wulkanie Cerro Negro, na poranek dnia następnego. Mogłem pójść na kolację.

Podczas wycieczki na Cerro Negro, pracownicy firmy turystycznej powiedzieli, że mieli kiedyś w ofercie Momotombo, wejście do pewnego momentu, ale już nie mają, bo władze zamknęły wulkan. Dziwli się nie tylko temu, że byłem na skraju krateru, ale że w ogóle udało mi się dostać w masyw wulkanu.

Informacje praktyczne. Hostel Flamencos w Leon, w którym spałem miał takie oto ceny, pokój prywatny 14usd, dormitorium 5usd. Ceny w Nikaragui. Transport publiczny wyraźnie tańszy niż w Polsce, w sklepach ceny podobne lub niższe. Na przykład w Puerto Momotombo, miasteczku nieturystycznym, półlitrowa cola czy lód kosztowały 20 i 15 cordoba, ale już w Leon odpowiednio 30 i 25 (30-31 cordoba = 1USD). Od wjazdu do Nikaraguy nastąpiła zmiana pogody. Zero deszczu, potężne upały. Nad jeziorami i na wulkanach silny wiatr. Bardziej pustynne krajobrazy.

Na zdjęciach: wulkan Momotombo, jezioro Xolotlan, elektrownia Momotombo, i na ostatnim riksza motorowa.

Opublikowano w Blog
Wulkan (kompleks wulkaniczny) Santiago – Masaya, bardziej znany pod powszechnie używaną drugą nazwą, jest jednym z niewielu miejsc na świecie, gdzie można zawsze zobaczyć płynną lawę w jednym z kraterów. I to taką w postaci szalejących fal, aczkolwiek hen daleko w dole krateru.

Z pod wulkanu Concepcion szybko dostałem się do miasta Masaya, prom 1h15min (50 cordoba), z przystani od razu autobus do Managua przez Masaya (75 cordoba i ok. 90min jazdy). Przechodzili przez niego sprzedawcy, więc można było się zaopatrzyć w jedzenie. Masaya to niezbyt ciekawe miasto, co tutaj jest standardem. Jest też świetnym przykładem, że nie potrafi wykorzystać swojego wulkanu ani jeziora pod nim o tej samej nazwie. Prawie wszyscy przyjeżdżają na wulkan z Granady albo z Managuy, które są w pobliżu. Mnie ucieszyło, że znikli turyści. Kilka bladych twarzy spotkałem przez cały dzień spacerów po mieście. W którym pełno sklepów z ciuchami, ale spożywczaka czasami znaleźć niełatwo, a lody jeszcze trudniej. A one, obok owoców i coli, to mój codzienny jadłospis. Czasami uzupełniony kurczakiem. Fastfoodów tutaj również pełno, ale pojawia się na ulicy lokalne jedzenie, co cieszy – tacos, szaszłyki.

Jako że Masaya jest parkiem narodowym, dostęp do niego jest bardzo reglamentowany. Od szerokiego otwarcia dla turystyki sporo lat temu, do absolutnego minimum dostępności – obecnie. Ludzie mogą przebywać tylko przy parkingu, który jest nowy, jak i droga.

Właściciel hostelu California, w którym się zatrzymałem, znał dobrze angielski, bo 10 lat pracował w Kanadzie, jeszcze lepiej znał francuski, bo więcej lat spędził we Francji. Jego syn, około pełnoletni, po angielsku czy francusku – kompletne zero. Gdyby przez rok nauczył się 360 słówek, mógłby w każdej podstawowej sprawie się porozumieć z anglojęzycznym rozmówcą. Ale się nie chce. W każdym bądź razie, zamówiłem sobie tatę jako kierowcę na oglądanie wieczorne wulkanu.

Chciałem zobaczyć go i za dnia i w nocy, jednym ciągiem, ale się nie da. Bo park otwierają o 8:00 czy 9:00, zamykają około 16:00, otwierają ponownie około 17:00 i zamykają całkowicie o 19:30. Nad kraterem można przebywać maksymalnie 15 minut, a na parkingu może być maksymalnie 60 osób, jak jest więcej, czekają w kolejce kilka kilometrów wcześniej. Na szczęście jadąc na samą końcówkę, było pusto, kilkanaście osób. Dzięki temu miałem 45 minut na spokojne oglądanie lawy, zanim strażnik mnie odgonił od kamiennego płotu. Za kurs płaciłem mojemu kierowcy po 20USD, a bilet wjazdowy kosztuje 10USD, za dnia 100 cordoba, bo wtedy lawy nie widać. Postanowiłem tutaj wrócić jeszcze dwa razy dnia następnego. Z nad wulkanu Masaya cały czas unoszą się kłęby toksycznych gazów, widać je świetnie choćby z miasta o tej samej nazwie. Rzadko nadciągają nad parking. Turyści oczywiście przygotowani nie są na takie atrakcje.

Masaya – Santiago kompleks wulkaniczny jest bardzo ciekawy geologicznie, bo ma cechy kaldery, ale też wulkanu tarczowego. Krater w którym obserwuje się lawę, nosi nazwę Santiago i jest częścią jednego wielkiego krateru w ramach którego wyodrębnia się trzy jednostki. Oprócz wspomnianej, Nindiri Crater i San Pedro Crater. Obok jest wygasły duży krater – San Fernando. Lawa w Santiago była kiedyś dużo wyżej, ale i obecnie to ciekawe miejsce do podziwiania aktywności wulkanicznej. Sporadycznie wypływa z wulkanu, ostatni raz w 1772 roku. Za to częściej dochodzi do wybuchów, część aktywna wulkanu Masaya podlega ciągłym zmianom. Wysokości nad poziom morza dochodzą do 630m, podczas moich wędrówek działałem do 600m.

Kolejnego dnia o poranku stawiłem się w parku z nadzieją, że pozwolą podejść mi pod wygasły krater San Fernando. Jest 5 min asfaltem od parkingu. Jak na dłoni, w dużo bezpieczniejszym miejscu niż aktywny krater. Ale strażnik, że nie ma mowy, trzeba mieć specjalne pozwolenie. Mówi jednak ważną rzecz, że obok pracują wulkanolodzy z UK i z USA. Gdyby oni mnie dołączyli do swojej grupy, mógłbym się tam dostać. Zagadałem, przyjęli mnie bez problemów. Tutaj wielkie podziękowania dla profesor Hazel Rymer z Open University w Wielkiej Brytanii. Nie robiła żadnych przeszkód, bardzo sympatyczna, dala mi swobodę i jeszcze przekazała sporo ciekawych informacji. Żywo zainteresowała się moim projektem 100 wulkanów. Jego skala i dotychczasowe efekty wywarły na niej i pozostałych spore wrażenie. Poprosiła o zdjęcia z kilku miejsc. Wraz z nią byli też nestorzy, którzy działali tutaj kilkadziesiąt lat temu. Ode mnie dowiedzieli się, że te wszystkie miejsca, które przez kilka godzin odwiedzaliśmy przy kraterach, są niedostępne dla turystów. Kiedyś były. Wszyscy przyznali, że zamykanie ścieżek, dróg na Masaya - to głupota. Byli zszokowani, że nie można podejść pod zarośnięty krater San Fernando. Czy do jaskini, którą odwiedziliśmy pod koniec, od drugiej strony aktywnego krateru. Zachowały się nawet do niej betonowe schody. To wszystko kiedyś było bezpieczne, a nagle przestało? Ponoć jakiś prezydent pozamykał. Zawsze to samo. Jakiemuś kretynowi naród dał władzę, którą wykorzystuje nie tam gdzie powinien.

Miałem wielkie szczęście, bo widziałem krater z różnych stron, w tym z przeciwległej, w stosunku do parkingu, Byłem nad San Fernando, w efektownej jaskini wulkanicznej. Wysoka, szeroka, z małymi stalaktytami lawy, powstałymi, gdy zastygała. Pełna nietoperzy. Do tego spotkaliśmy ogromną iguanę.

Ekipa robiła dokumentację fotograficzną i badała grawitację, porównując z wcześniejszymi pomiarami. Czyli jak przepływy lawy ją zmieniają. Lokalni naukowcy nie interesowali się pracami, choć byli bardzo sympatyczni. Wielką ciekawostką po drugiej stronie krateru, gdzie częściej wieje wiatr i opadają gazy z drobinkami materiału piroklastycznego, była delikatna pajęczyna na ziemi, złożona ze szkła wulkanicznego. Pani profesor stwierdziła, że to niezwykle rzadkie zjawisko. Kilka razy je widziałem, ale nie na tak dużą skalę. Pełno skrzyżowanych ze sobą w różnych konfiguracjach czarnych świecących nitek. To szkło wulkaniczne nie jest niczym innym jak rodzajem lawy, istnieje dla niego nazwa – Włosy Pele (hawajskiej bogini wulkanów). Występuje na bardzo aktywnych wulkanach.

Pani profesor przyznała, że oni też muszą starać się o pozwolenia i wcale nie jest to łatwe i szybkie. Rozmawialiśmy o wulkanach Kostaryki. Wszyscy orzekli, że zamykanie tamtejszych wulkanów, zwłaszcza Poas, to głupota. I to jest piękna historia. Lokalne władze zamykają wulkany, ograniczają do nich dostęp. A wulkanolodzy z uznanych ośrodków naukowych mówią, że to głupota i wulkany powinny być pootwierane. Ale czy takiego prezydenta Nikaraguy czy Kostaryki interesuje zdanie naukowców? Nie. Oni lubią pokazać, że mogą zamknąć, bo taką mają ochotę.

Pół dnia spędziłem na wulkanie Masaya, mój kierowca już dawno odjechał i bardzo dobrze. Bez problemów dostałem się do granic parku i do miasta. By wieczorem wrócić na kolejne oglądanie lawy. Tym razem było sporo ludzi, oczekiwanie na wjazd, ale i tak przeciągnąłem wszystko do pół godziny.

Trzy wizyty na wulkanie, w tym kluczowa w dzień, która pozwoliła mi zobaczyć niedostępne obecnie miejsca, pozwala śmiało włączyć wulkan Masaya do głównej tabeli Projektu 100 Wulkanów. Właściciel mojego hostelu, który był setki razy na nim, gość pewnie dobrze około 60-tki, zazdrościł mi, bo sam nigdy tych miejsc nie widział. Gdy go zapytałem, dlaczego tak skrajnie reglamentują dostęp do wulkanu, bo kiedyś była duża swoboda, odpowiedział: bo teraz jest park narodowy. I to jest kwintesencja tego o czym piszę podczas tej wyprawy. Po to tworzy się parki narodowe na wulkanach, by zamykać do nich dostęp albo maksymalnie utrudnić i ograniczyć. To ani potrzebne ani mądre.

Dodam, że w drodze pod Masaya, już na terenie parku, jest małe muzeum, które opowiada o wulkanach, geologii, badaczach tych terenów, znalezionych zabytkowych przedmiotach, faunie i florze. Można na chwilę się zatrzymać.

Informacje praktyczne: Hostal Kalifornia, w którym się zatrzymałem, to proste miejsce noclegowe, które dominują w Nikaragui, prywatne małe pokoje kosztowały po 10-15USD.

Na zdjęciach: miasto Masaya i widoczny z niego wulkan z wraz z jeziorem Masaya. Kompleks wulkaniczny Masaya – Santiago, dzień i w nocy. Na jednym ze zdjęć jest profesor Hazel, jaskinia wulkaniczna, iguana i „włosy Pele”, jak również parking przy kraterze.  Ponadto zarośnięty krater San Fernando i pole lawy z 1772 roku.

Opublikowano w Blog
Trzeba nazywać się Grzegorz Gawlik, by z premedytacją wymyślić taką głupotę, która do tego sprawiła mi tyle radości. Podstawowe założenie: albo się uda albo się zabiję. Drugie: nikt w historii nie wpadł na taką durnotę i jej nie zrealizował.

Zostały mi jeszcze dwa dni na Kostarykę. Zrobiłem już ponad normę, ale postanowiłem zostać zgodnie z planem. Bo mam nadzieję, że nie będę miał już nigdy powodu tutaj przyjeżdżać. Z taką ilością czasu, mogłem się wybrać na trzeci wulkan koło San Jose – Poas. Zamknięty oczywiście. Ale wykonując taki sam patent jak na Turrialbie, z noclegiem – powinno się udać.

Lecz wpadłem na inny, genialny pomysł. Od kilku lat nie szedłem przez las tropikalny torując sobie drogę, to czemu nie zrobić tego tutaj? Tylko dwa dni mogą nie starczyć, ale spróbuję.

Jak wymyśliłem, tak zrobiłem. Dojechałem autobusem do Alajuela i dalej do Fraijanes (razem ok. 50km). Za autobusy na odcinkach 10-20km płaciłem po 350-1050 colones, a przypomnę że za dolara dawali 560. Gdy dojechałem do celu minęło już pół dnia. Mając mapę offline i gps w telefonie, wpierw ruszyłem przez pastwiska. Potem czekały mnie 3km z groszami w linii prostej przez las tropikalny. Z miejsca gdzie wysiadłem asfaltem do parku miałem 10km. Moją trasą podobnie.

Wpierw lawirowałem drogami szutrowymi pomiędzy hacjendami i pastwiskami, by mnie nikt nie zauważył. Biały człowiek z dwoma plecakami, potem mniejszy włożyłem do drugiego, podejrzana sprawa. W tym mniejszym miałem trzy aparaty i trochę różnego drobnego badziewia.

Przez pastwiska pod górę jakoś się szło, aczkolwiek czemu ktoś je grodził drutem kolczastym co 50 metrów, nie wiem. Wystartowałem z ok. 1950m n.p.m., zszedłem do 1850m i do góry. Krater, w miejscu w którym miałem się znaleźć miał mieć niecałe 2500m. Na wysokości ok. 2000m skończyły się resztki zabagnionych pastwisk. Wybrałem trajektorię od strony południowo-wschodniej, choć być może lepiej byłoby od strony wschodniej. Najlepiej byłoby wystartować jednakże od zachodu, bo ilość lasów tropikalnych na tej orientacji jest minimalna. Lecz w obu przypadkach musiałbym wynająć samochód, zostawić przy drodze, w to miejsce nie planowałem już wracać. Pozostała moja opcja. Trudna, ale wykonalna – jak się zdawało.

Są lasy tropikalne absolutnie nie do przebrnięcia. Ten, gdzie się znalazłem był temu bliski, ale nie dam rady paru kilometrów? A może potem będzie lepiej? Uda się wędrować jakąś doliną potoku? Nadzieja matką głupich, a ja ją zawsze mam. Powalczmy. Co prawda jest wilgotno i mokro, zaraz zacznie lać a do zmroku mam dwie godziny. A czy miałem maczetę? Po co? Musiałbym mieć ich ze sto, plus jakieś urządzenie laserowe niszczące przede mną przeszkody. Ale miałem rękawiczki. Tylko nie ubrałem. Bo lubię siebie testować. Jakie ekstremalności wytrzyma mój organizm, kiedy ręce będą jedną wielką raną i nie będę mógł działać bez ochrony na dłonie. Podczas swojego życia sporo zrobiłem takich testów i mam sporą wiedzę o sobie, która bardzo pomaga. Za to ubrałem kask. Trzeba czymś taranować dżunglę, a zakuty łeb najlepszy. Tylko wszedłem w półmrok drzew lunął deszcz. Po godzinie byłem tak mokry jak dzień wcześniej na Turrialbie, z majtkami wyłącznie. Miałem ambitny plan pokonania do 22:00 pięciuset metrów. Pierwsze pięćdziesiąt pokonałem w godzinę. Gęsty las tropikalny, krzaki, w tym bardzo kolące – ile one mi bólu sprawiły! Do tego niezliczona ilość połamanych drzew. Raz górą, raz środkiem, raz dołem czołgając się. Nieraz musiałem zdjąć plecak, który nasiąkł wodą i błotem i pewnie przekroczył 20 kilogramów. Do tego same wąskie wąwozy. Stromo w dół, stromo w górę. Gdy przed zmrokiem dotarłem do jakiegoś potoku, cieszyłem się, że przyśpieszę.

Czasami brnąc po pas w wodzie, przedzierając się przez krzaki, zwalone drzewa, szybko się rozczarowałem stając przed wodospadzikiem 10-metrowym. Pionowym, nie do pokonania. Glina, mchy. Zapadł już zmrok. Musiałem się cofnąć i w ogóle poszukać jakiegoś wyjścia na zbocze. Gdy jest dzień można dojrzeć jakieś alternatywne przejścia przez las, może lepsze. A tak musiałem w czołówce iść przed siebie. Koszmarnie wolno, wydzierając każdy metr. Pojawiło się zwątpienie. Do 22:00 (w 6h) przeszedłem w linii prostej około 500 metrów – to był plan minimum. Lecz w tym lesie telefon nie mógł złapać sygnału GPS i nie byłem pewny czy idę dobrze. Nie mniej wszystko wskazywało, że tak. Mozolnie, na kolanach, czołgając się, jak małpa po zwalonych drzewach, rzadko kiedy na stojąco, wspinałem się to w górę, to ześlizgiwałem się w dół na różne sposoby. Trafiłem na kilka bardzo wąskich wąwozów, którymi okresowo płynie woda. Ale były strasznie zarośnięte i zawalone drzewami. A zwykle kończyło się, że po bokach były 10-metrowe gliniane ściany. I trzeba było się cofać. Moja trasa była tak pokręcona, że nie do powtórzenia.

Na dzień pierwszy chciałem dostać się do czegoś co wyglądało na mapie jak większa dolina rzeczna. Gdy zaczynałem w nią spadać, uratowałem się uderzając w jakiś konar. Na dzisiaj starczy. Wspiąłem się. Znalazłem kawałeczek miejsca na namiot. Wszystko przemoczone, wilgoć, wspaniałe głosy dżungli i wysokość 2120m n.p.m. Koszmarnie zmęczony, ręce już mocno poranione. Tylko wsunąłem się do wilgotnego śpiwora i usnąłem. Z potężnymi wątpliwościami, że chyba wybrałem niewykonalną misję. Nawet grupa ludzi, by nie dała rady. Nie znam nikogo, kto by tego dnia sobie poradził. Po godzinie tak ekstremalnej przeprawy każdy by zawrócił. Ale jestem uparty jak zodiakalny byk.

A dzikie zwierzęta? Już tyle razy spałem w dżunglach, miałem kontaktów z niebezpieczną zwierzyną, że nie miałem wielkich obaw. Zresztą łamiąc drzewa, wiele spróchniałych, wyrywając krzaki, upadając kilkaset razy, robiłem tyle hałasu, że wszystkie złe zwierzątka wypłoszyłem. Z wężami i pająkami wyłącznie. Choć zerkałem czy zamiast liany nie chwytam jakiegoś gada. A propos słowa „dżungla”, generalnie jest przeznaczone dla części lasów tropikalnych w Azji, ale jest ono wygodne, dlatego będę używał.

Budzik nastawiłem na 5:00. Wkładanie mokrych rzeczy i zabłoconych miłe nie jest, ale ubieranie w stu procentach mokrych, jest jeszcze mniej sympatyczne. Poranny chłód nie pomagał, ale po kwadransie było znośnie. O 7:00 rozpocząłem marsz, żart. Czołganie. Wpierw jak małpa zszedłem na dno rzeki. Już teraz mogę napisać, że gimnastyki nie muszę żadnej uprawiać przez najbliższy rok i nawet nie posądzałem siebie o pozycje, które potrafię przyjąć. A skąd miałem tyle siły w rękach i w nogach, też nie wiem.

Jestem na dnie rzeki wyglądającej obiecująco. 100 metrów pokonałem w pół godziny. Brnąc w wodzie, w błocie, po kamieniach. Połamałem kijki, potłukłem kolana i inne części ciała. Rękawiczek nadal nie miałem. Ale kask to był strzał w dziesiątkę. Codziennie oszczędzał mi co najmniej tuzin dziur w głowie i dwieście siniaków. Cały czas uderzałem nim w coś. Spadałem na głowę do dziur, w niewielkie przepaście. Klinowałem się w krzakach, pomiędzy konarami drzew. Spadałem nogami w dół, na brzuchu, na plecach. Setki upadków każdego dnia, a dużą część trasy pokonywałem na kolanach. Upadków bolesnych nie brakowało, kolana przyjmowały niewyobrażalne pozycje. Że jeszcze się trzymały na swoim miejscu. A propos miejsca, to nie miałem już wyjścia, odwrotu nie było, pozostało iść tylko do krateru. Łapiąc w ciągu dnia dwa-trzy razy sygnał GPS, który pokazywał, że poruszam się w dobrym kierunku. Ale ekstremalnie wolno.

Rzeka szybko zakończyła się pionowym wodospadem, po którym wejść nie mogłem, musiałem wrócić w las. A takie miałem nadzieje. Można się załamać. Właśnie. Nie wiem skąd mam tyle siły fizycznej. Ani psychicznej. Nie miałem chwili załamania, mobilizowałem, że muszę iść szybciej. Chociaż bywały fragmenty lasu, gdy pokonywałem 10m na godzinę i to jeszcze zwykle w kierunku nie optymalnym. A walka polegała ciągle na bardzo stromym wchodzeniu do góry lub bardzo stromym schodzeniu. Oczywiście - schodzeniu - w cudzysłowie. I oczywiście nie miałem żadnych namiarów do służb ratunkowych, czy ambasady. Po co? Albo się uda, albo zostanę tu na zawsze. Lubię takie wybory.

Pod koniec dnia, szedłem u podnóża starego krateru wulkanicznego wypełnionego wodą – Botos. Momentami po pas w błocie. Przestraszyłem się, że mnie wciągnie, potem bardzo stromo w dół potokiem. Ale cudem udawało się pokonywać kolejne przeszkody. Trochę wspinaczki. Albo wskakiwania do jeziorek pod wodospadami, z ogromnym plecakiem, który ważył już chyba tonę. Wiedziałem, że jestem w beznadziejnej sytuacji, ale tylko walka do przodu mnie uratuje. A mogłem podejść asfaltem pod Poas, po zmroku obejść strażników, rozbić się blisko krateru. Rano poprzyglądać się i podobną metodą wydostać się z parku. Jedna tysięczna skala trudności, w porównaniu z tym co sobie wymyśliłem.

Po zmroku ruszyłem wspinaczkowym zboczem do góry, gdyby nie połamane drzewa oraz koszmarne krzaki, nie byłbym w stanie pokonać ani metra. To była niemal pionowa ściana z chwytami, typu połamane drzewo. Nie mniej, o 19:00 znalazłem się na przełączce z przepaściami po bokach. Ciemno, nie wiem co dalej. Z tak wielkim plecakiem pokonanie nawet małego przesmyku to wędrówka liną nad przepaścią. Na dół. Ale nie wiem którędy wszedłem. Przepaściście. Znowu do góry i rozbijam między przepaściami namiot, w miejscu, które kompletnie się do tego nie nadaje. Mokry, brudny, rozwalone spodnie, kurtka, inne sprzęty. Dłonie to jedna rana – jutro założę rękawiczki. Ale tego dnia padało mało. Nie mniej wędrówka rzekami i wilgotny las zrobiły swoje. Pod dużym skosem próbuję ułożyć się do snu, ale znowu się nie wyśpię. W dżunglach wiem, że namiot jest lepszym rozwiązaniem niż spanie pod drzewem. Nagle zjeżdżam w dół. Wyskakuję z namiotu i łapię go w ostatniej chwili. Śmierć w namiocie w lesie tropikalnym, bo namiot zsunął się w przepaść. Słabe. Podczas erupcji miałaby sens, ale tak nie. Wymyśliłem patent, pół namiotu będzie na jedną stronę przepaści, pół na drugą stronę, zrównoważę ciężary i może chwilę się prześpię i nie zlecę w nocy.

Dzień numer trzy, nie zleciałem, żyję. A z miejsca, gdzie jestem widzę kolejne duże osuwisko. Jestem kilometr w linii prostej od krateru Poas. Dzisiaj muszę się do niego dostać i choćby do północy dotrzeć na skraj cywilizacji. Jeden warunek. Zastać nad kraterem chociaż resztkę dnia. Jakoś schodzę na dno koszmarnego potoku i próbuję schodzić nim w dół, by gdzieś odbić w lewo.

Co jadłem, co piłem? Woda była, nawet pierwszy raz uzupełniając zapas wrzuciłem tabletki odkażające, ale potem już mi się nie chciało, piłem ustami wodę z potoków, nawet tą trochę zasiarczoną. Nie rozumiem tego, ale podczas takich extremów, gdy pracują wszystkie mięśnie, mózg analizuje tyle rzeczy i podejmuje tyle decyzji, nie chce mi się zwykle jeść. Wmuszałem w siebie coś na śniadanie i nic nie jadłem do kolejnego śniadania. Zjadałem może 500 kalorii, a w tych warunkach traciłem dobre 7000-10000 na dobę. Uprawiam wysokogórskie zabawy i one fizycznie są dużo łatwiejsze.

Tysięczny raz się rozczarowałem na tej przeprawie. Nagle stanąłem nad dwoma progami w dół, razem ze 20 metrów, nie do zejścia. A zbocza bardzo strome. Jak ominąć kolejną przeszkodzę. Niewyobrażalnym wysiłkiem wspiąłem się na zbocze, potem ostro w dół i jak zwykle tylko jedno miejsce dawało szansę na zejście na dno doliny, bo wkoło zbyt przepaściście. Z duszą na ramieniu udało się, znowu. Ale nie dość, że lasy coraz gorsze, to coraz trudniejsze przeszkody. A do krateru mam 800 metrów. W dół nie mogę już iść, kolejne przeszkody, do góry też nie, bo osuwiska. Ruszyłem ledwo cieknącym potokiem do góry – jedyna opcja. Ale po 50 metrach staję przed około 5 metrowym wyschniętym wodospadem. Udało się go pokonać z plecakiem i kolejny. Ale jest następny, trudny. Przepaście wokół mają już po dobre 20 metrów. Raczej nie dałbym rady zejść w dół, do góry jakoś sobie poradziłem. Sytuacja bez wyjścia. Co zrobić, by pokonać problem, ale się nie zabić?

I jak pokonam kolejną trudniejszą przeszkodę, skąd wiem, że nie będzie następnej? Cienkie rękawiczki pod którymi jedna rana. Potłuczony, poobijany, obolały. Trzeci dzień walczę. I pogarszam swoją sytuację. O ilościach uderzeń, upadkach, można mówić już w tysiącach. Kolana są tak potłuczone, że nie wiem czemu jeszcze pracują? Nie potrafię wytłumaczyć jakim cudem nic poważnie sobie nie uszkodziłem. Nawet oczy dostały kilka razy mocne uderzenia. I jakim cudem mam w sobie tyle siły?

Pokonując najtrudniejsze przeszkody, które mogły się zakończyć fatalnie, a było ich kilkadziesiąt, przyjąłem strategię minimalizowania tragedii. Czasami widziałem trochę łatwiejsze miejsce. Ale gdybym spadł, odpadł, skończyłbym 20 metrów niżej. Jeśli nie śmierć od razu, to szybko. A musiałem zachować pełną sprawność. Dlatego pokonywałem trudniejsze odcinki, ale z ryzykiem spadku 5-10 metrów. I najlepiej by nie było całkiem pionowo. Sam byłem zdziwiony, kolejny raz, tym co mi się udawało. Mokry, brudny, zmęczony, z dużym plecakiem. Pokonywałem kilkumetrowe żleby wspinając się i wiedząc, że w dół nie zejdę. Nawet raz w glinie i mchu stosowałem zapieraczkę z plecakiem i udało się pokonać 5 metrowy wyschnięty wodospad. Na bardzo stromych gliniastych kilkumetrowych fragmentach, nożem wydłubywałem stopnie. Bez plecaka byłoby łatwiej, ale go miałem. Musiałem szybko zrobić 5-7 kroków i się nie poślizgnąć, bo trup. Bywało, że podczas wspinaczki kawałki skało-glin zostawały mi w rękach. Na plecach plecak, spadam do tyłu, ze 4 metry, ale nie. Jakimś cudem potrafiłem się czegoś złapać i wspiąć się z dobytkiem. Ręce i nogi z wysiłku drżały mi nieraz. Wielokrotne poślizgi, niewielkie upadki, wycofania. Ciągła działalność pod ekstremalnym stresem. W przypadku niepowodzenia w realizacji decyzji, skończyłoby się dramatycznie - śmiercią. Wiedziałem o tym, jak również to, że muszę podjąć próbę wydostania się z kolejnej pułapki i będę miał tylko jedną szansę. Aż do kolejnej pułapki.

Wysiłek psychiczny i fizyczny niewyobrażalny. Wymyśliłem sobie jedno z większych szaleństw w życiu, a mogłem dostać się nad krater, pokonując niecały kilometr asfaltem. Wiem, że rodzina będzie to czytać i nieźle oberwę, ale prawdy nie zmienię. Tak było. 20 razy dziennie decydowanie o życiu czy śmierci nie jest łatwe. Ale przecież nie usiądę i się nie poddam.

Miałem małą nadzieję, że wyżej las będzie przerzedzony, ale nic z tego. Było coraz gorzej. Na granicy mojej rezygnacji. Bo nie da się przejść takiego lasu. Ściana chaszczy, krzaków, kolców, połamanych drzew. Nawet bez plecaka nie do pokonania, a on był strasznym utrudnieniem. A zawrócić nie mogę. Na dokładkę tego trzeciego dnia prawie cały czas padało, przeszła burza. Trzeci dzień mokry od stóp do głowy, ubłocony, poraniony, nie mogący złapać sygnału GPS. I chyba sobie uszkodziłem płuca podczas jednego z upadków. 

Drugą noc spędziłem na wysokości 2440m, a trzecią na 2400m. Rozbiłem się w żlebie wyschniętego potoku, którego pokonywanie było tradycyjną mordęgą. Wąski, wszystko zawalone chaszczami, drzewami. Jakimś cudem, oczywiście po zmroku, udało mi się znaleźć miejsce, gdzie dało się krzywo postawić namiot. Od pół dnia nie miałem łączności GPS, ale na moje oko krater powinien być 100 metrów ode mnie, tylko po ciemku nic na to nie wskazywało. W ciągu kolejnego dnia w linii prostej pokonałem 900 metrów, przez 12 godzin.

Dzień czwarty. Sygnału GPS nadal nie łapię. Ubieram kolejny raz okropne mokre i brudne ubranie, z wielką dziurą w spodniach na poranionym tyłku. Rękami mogę mało co zrobić, same rany, na opuszkach też. Zapięcie czy zasunięcie czegokolwiek – prawie niewykonalne. Ubranie się – też sztuka. Ruszam o 7:00 jak mi się wydaje.

Dziwiło mnie, że gdy wstaję o 5:00, jeszcze tak długo jest ciemno. Okazało się, że nie przestawiłem w telefonie godziny z Panamy i tak naprawdę wstaję o 4:00, a na trasę ruszam nie o 7:00, tylko o 6:00. Tego dnia się zreflektowałem. W 20 minut pokonałem 50 metrów, świetny wynik i po lewej stronie widzę kamienisto-ziemiste zbocze, które mogę pokonać. To musi być krater. 10 minut później siedzę na skraju krateru aktywnego wulkanu Poas. I mam gdzieś, czy po drugiej stronie namierza mnie jakaś kamera czy strażnik.

Udało się, kolejny cud w moim życiu. Przede mną parujące jezioro kraterowe, jestem na wysokości 2470m. Poas dochodzi do 2708m n.p.m., ale to stare porośnięte lasem zbocza po drugiej stronie. Poas bowiem to bardzo rozczłonkowany na szczycie wulkan i poniszczony. Sam aktywny krater też, ostatnia erupcja miała miejsce w kwietniu 2017 roku i od tego czasu wulkan zamknięto. A sama erupcja była efektowna, ale nie niebezpieczna dla oglądających, których ewakuowano. Poas znany jest z erupcji freatycznych, w których bierze udział woda. Oprócz popiołów, gazów, bomb i bloków wulkanicznych, wydobywają się wtedy duże ilości pary wodnej. Erupcje te nie są zwykle silne.

Gdybym dostał się turystycznie na wulkan, nie mógłby trafić do tabeli głównej Projektu 100 Wulkanów. Ale w tych okolicznościach trafi. Zwłaszcza, że zdjęcia od strony, gdzie wszedłem na krater są unikalne. Bo co najwyżej pojawia się tam raz na ileś lat jakiś wulkanolog. Dosyć długo się wszystkiemu przyglądałem, było chłodno a ja ociekający wodą z każdego zakątka ubrania. Były też fajne miejsca uderzeń bomb wulkanicznych. Punkt widokowy, z drugiej strony miejsca gdzie się znajdowałem, jest dużo bardziej oddalony od krateru, a ja byłem bardzo blisko jego serca. W razie erupcji, nawet freatycznej, prawdopodobnie bym zginął, ale punkt widokowy jest na tyle oddalony, że oglądanie takich erupcji jest bezpieczne. Trzeba tylko zwrócić uwagę na kierunek wiatru.

Czas jednak było się stąd wydostać. Do punktu widokowego czekało mnie jeszcze kilka godzin bardzo trudnej wędrówki. Jest on w wysokim punkcie obramowania krateru, który kończy się urwiskiem. Musiałem je pokonać. Poas nie dał mi nic za darmo, ani na chwilę nic nie ułatwił. Musiałem zachować najwyższą koncentrację, by nie zabić się tego czwartego dnia. I się pośpieszyć na wypadek deszczu, wtedy bym zbocza nie pokonał, a chmur nie brakowało. Pokonałem z dziesięć trudnych stromych żlebów, między nimi szedłem stromym eksponowanym zboczem. Zaliczyłem sporo upadków, poślizgnięć. Kilka razy niewiele brakowało bym zjechał ponad 100 metrów w dół Ekstremalny wysiłek. A znowu zacząłem starać się by kamera na maszcie mnie nie uchwyciła i by jak najrzadziej było mnie widać z punktu widokowego. Tempo na szczęście miałem świetne. W 3 godziny pokonałem kilometr bardzo eksponowanego terenu, dochodząc do 2610m. Prawie cała trasa była po niebezpiecznym i sypkim wulkanicznym zboczu, lecz trochę okropnych krzaków również napotkałem.

Jestem na punkcie widokowym, żywej duszy tutaj nie ma, wysokość około 2580m, informacja, że można tu przebywać 20 minut, kolejne obostrzenie, które mnie nie dotyczy. Żyję, w jednym kawałku. Nic sobie nie urwałem, nie złamałem. Niewiarygodne. Stwierdzam, że ten punkt widokowy jest bardzo bezpieczny. Głupotą jest jego zamykanie. Betonem ruszam do wyjścia. Gdy widzę bramę wchodzę las. Najfajniejszy jaki w masywie wulkanu Poas spotkałem. 50 metrów pokonałem w 10 minut, przeszkód było mało. Jestem na wielkiej i opustoszałej części parkingowej. Maszeruję asfaltem. W nocy spałem w leginsach i polarze i te rzeczy ubrałem, bo w reszcie to tragedia. Resztką wody opłukałem twarz z błota i poperfumowałem się. A na plecak założyłem pokrowiec przeciwdeszczowy, który był w niezłej formie. Wyglądałem jak namiastka człowieka. Minęło już dawno południe, lał deszcz. Znowu. Wszystko mi jedno. Po dwóch-trzech kilometrach od parkingu trafiam na wysoką i samotną bramę, tak zabudowaną, że nawet ją obejść trudno. Ale po mojej przeprawie przez dżunglę i z nią dam sobie radę. Kawałek dalej stoi terenówka, droga zagrodzona słupkami, widzę budynek po lewej stronie. Nieważne, idę twardo, Nikogo nie ma, bo budynek poniżej drogi, ale tutaj na pewno są strażnicy. Przy pierwszym szlabanie od strony krateru nie było pewnie nikogo. Bo cały teren, miejsca piknikowe, budynki wjazdowe przed parkingiem, wszystko było opustoszałe, niszczało.

Gdy mijałem terenówkę parkową, podeszło do niej trzech Amerykanów, rozczarowanych jednym z wielu napisów - cerrado. Podjechały też dwa auta, zaczęły zawracać. Szybko jeden złapałem. W środku był pełen, ale wzięli mnie na pakę i Amerykanów też. Co za szczęście. Zawieźli nas 12km, na koniec miejscowości Fraijanes. To nic, że lało. W sklepiku zamówiłem mój poekstremalny zestaw: lód cola i banan.

Jakieś straty sprzętowe? Aparat fotograficzny (mam jeszcze trzy), czołówka, kijki trekkingowe, spodnie, kurtka goretex, pokrowiec na karimatę, kask (popękał podczas jednego z upadków). Trochę drobnej odzieży się rozsypało, nowe buty trekkingowe wyglądają jakby miały z pięć lat. Dosyć mocno ucierpiał namiot, ale kilka nocy jeszcze przetrwa, drobne uszczerbki ma plecak, ale i tak spisał się fantastycznie.

Jakieś straty zdrowotne? Są. W Nikaragui zrobiłem badanie, poinformuję o wynikach.

Po godzinie jechałem do Alajuela. Po chwili przerwy znowu lało. Do San Jose dotarłem przed zachodem słońca. Kolejne godziny poświęciłem na wymianę vouchera, o którym pisałem, na bilet do Nikaraguy. Jedzenie. Wieczorny spacer, w mokrych butach, a co mi tam. I gdy byłem pod stadionem w „kostarykańskim Central Parku”, który poza kształtem niewiele ma wspólnego z oryginalnym, zauważam że idzie za mną jakiś mężczyzna. Okazało się, że to strażnik, a ja za blisko podszedłem płotu Stadionu Narodowego. Wyście w tej Kostaryce naprawdę pogłupieli. Zwykli ludzie świetni, ale część urzędową trzeba wysłać do psychiatryka. Wyobraźcie sobie, że nie możecie podejść pod Stadion Narodowy w Warszawie, w zwykły, nie imprezowy dzień, a nawet za przebywanie blisko płotu jesteście inwigilowani.

Do pierwszej w nocy zeszło mi wstępne płukanie z błota rzeczy i pakowanie. Znowu w hostelu nie było ciepłej wody, a bardzo by się tym razem przydała. O piątej rano miałem być przy autobusie.

Wśród wszystkich wspomnianych uciążliwości w oglądaniu wulkanów w Ekwadzorze – jest jeszcze jeden. Pogoda. Dużo chmur, mgieł, deszcze. Świetnym przykładem może być opis wejścia na wulkan Turrialba. Istnieje duże ryzyko, że włożony trud w zdobywanie wulkanu, nie zostanie wynagrodzony, bo nic ze szczytu, z nad krateru, widać nie będzie.

Podkreślę jeszcze raz, w Kostaryce nie rozumieją, że ludzie po to chcą oglądać aktywne wulkany, by móc obserwować ich aktywność, zwłaszcza erupcje. Aktywny wulkan na którym nic się nie dzieje, dla przeciętnego człowieka jest zupełnie nieciekawy. Dlatego setki, tysiące osób na dobę w sezonie wchodzą na Stromboli, dlatego tysiące osób zjeżdżają na erupcje Etny i niejednokrotnie stoją metr od płynącej lawy. W Kostaryce nie do pomyślenia. Cały wulkan z otuliną byłby zamknięty, dla świętego spokoju na co najmniej kilka lat.

Jeśli ktoś chce mieć świadomość z jakim extremum miałem do czynienia, niech kiedyś sam przejdzie chociaż przez jeden dzień taki las tropikalny o podobnym ukształtowaniu terenu. Na pewno skieruje mnie do wariatkowa. Ale wiem, że chętnych nie będzie. Bo spotkałem się z opinią, że w Ekwadorze narzekają na wysokie opłaty wstępu do parków narodowych, ale chwalą, że są tam na przykład betonowe ścieżki, z których ogląda się las tropikalny. Narzekania były też na tłumy. I ktoś płaci pieniądze za to, by iść przez kawałek lasu betonową ścieżką i opowiadać potem, że chodził po dżungli, w tłumie ludzi? Naprawdę? Nikt nie musi robić takich ekstremalnych rzeczy jak ja, ale podziwianie dzikiej przyrody z betonowej ścieżki nie ma nic wspólnego z dziką przyrodą.

Mój dzień odpoczynku po Poas wyglądał tak, by dostać się pod wulkan Concepcion w Nikaragui na wyspie Ometepe. Pobudka po 4:00, od 6:00 osiem godzin w najciaśniejszym autobusie świata. Ale tak to jest jak upycha się w takiej linii jak Tica Bus 60 siedzeń zamiast 40 plus toaletę. Nogi miałem pod kątem prostym plecy też, a kolanami dociskałem blachy, łączącej poprzedzające siedzenia, by nie dało się rozłożyć foteli.

Spostrzeżenie. Czym bliżej granicy z Nikaraguą, tym lasy coraz rzadsze. Nie mogły być takie na Poas?

WYJAZD Z KOSTARYKI, WJAZD DO NIKARAGUY. W tym pierwszym kraju na pożegnanie skasowali mnie opłatą 8-dolarową, a w tym drugim na powitanie 14-dolarową. Panował na granicy niezły bajzel. Trzeba było dla Nikaragui przerzucić bagaże przez rentgen (i oddać formularz celny), za to strażnik zebrał wszystkie paszporty i przyniósł podbite. Widziałem, że niektóre osoby z Panamy (Panamczycy) musiały okazać książeczkę szczepień zaświadczającą o szczepieniu przeciwko żółtej febrze. Przeprawa graniczna trwała 2 godziny w koszmarnym upale, a dojazd do niej cztery, bez żadnego postoju.

I na koniec, moje pokiereszowane ręce - wszędzie były atrakcją. Kto mi to zrobił? Gdzie ja sobie to zrobiłem? Trzeba wzmacniać własną odporność na ból.

Wiem, to był długi tekst, ale równie dobrze, z tych czterech dni mógłbym napisać książkę, tyle przeżyć i przygód.

Na zdjęciach: przeprawa przez tropikalny las, wulkan Poas, w tym punkt widokowy i brama wjazdowa. Na ostatnim zdjęciu moje trochę poranione nogi.

Opublikowano w Blog
Idąc od strony wulkanu Irazu, wpierw zszedłem jakieś 900m deniwelacji, było trochę falowania terenu. Mały depozyt zostawiłem w San Jose, ale duży plecak i mały z elektroniką miałem ze sobą. Jak zwierzę juczne, lecz bez dramatu. Ciepły klimat, brak lodowców, to i mniej sprzętu do noszenia. Jedzenia i picia też, cywilizacja niedaleko. Zbliżając się do granic parku narodowego Turrialba musiałem zachować ostrożność. Z jednej strony, kto normalny szedłby nocą na wulkan. Nikt mnie nie wyczekiwał. Z drugiej, biały człowiek z tak dużym plecakiem, po coś się tutaj znalazł. A jest tutaj tylko wulkan Turrialba. Kiedyś atrakcja turystyczna, od lat teren zamknięty.

Pnąc się do góry, w skraplającej mgle, wpierw schowałem się w zaroślach przed motorem, a potem nie zdążyłem, bo nie miałem gdzie, przed terenówką. Zatrzymała się. A ja jakby nigdy nic ruszyłem przed siebie. Gdyby złapali mnie strażnicy, zawieźliby mnie pewnie do San Jose, byleby nie było ryzyka, że wybieram się na Turrialbę.

Maszerowałem drogą szutrową, po zmroku, dla niewidoczności, bez oświetlenia. Będąc blisko ostatnich zabudowań przed wejściem do parku, musiałem uważać na oświetlenie nad drogą i ewentualnych ludzi. Przez pastwiska, co chwilę zagrodzone płotami, nie miałem ochoty maszerować.

Czuję, że ktoś mnie obserwuje, ale nie widzę. Nagle wychodzi mężczyzna i pyta czy wszystko w porządku. A przecież jest dwudziesta, zmrok zapadł dwie godziny temu, a to prawie koniec świata. Już czułem klęskę mojej wędrówki, odpowiedziałem, że todo bien i niewzruszony szedłem dalej. Zero problemów. Została jeszcze jedna przeszkoda, ze szlabanem, wysokość około 2700m. Szlaban to tak naprawdę taśma nad drogą, ale wkoło oświetlenie, w domach słychać ludzi. Obejdę ów fragmencik pastwiskiem. Tak zrobiłem, ciemno, płoty z drutem kolczastym. Prawie sukces, ale tu lecę w dół. Rów, z półtora metra głębokości. Dziwnie wygięło mi kolano, krzywo upadłem na stopę tej samej nogi – prawej. Coś chrupnęło wyżej i niżej. Na koniec zaorałem kawałek rowu ustami. Na szczęście ziemia wulkaniczna ma dużo mikroelementów i mało kalorii. Ale najważniejsze to cisza, krzyczeć z bólu nie można, by nikt mnie nie usłyszał. Ostatecznie przywalony zostałem plecakiem.

Znowu początek wyprawy i znowu zapowiada się kontuzja i koniec. Tak jest u mnie często, tylko jakimś zrządzeniem losu te kontuzje mnie nie unieruchamiają. Warto poszukać w wyszukiwarce na stronie, opisu karkołomnego zdobycia wulkanu Villarrica w Patagonii. Który miał być rozgrzewką, a prawie się zabiłem, a do tego siłą mnie ściągano z niego.

Kolano boli, stopa boli, ale wszystko się zgina. Jakoś dojdę, potem parę dni pokuśtykam i będzie dobrze. Nawet nie użyłem żadnego medykamentu. Skręcone kolano, potłuczona stopa – kto by się takimi pierdołami przejmował.

Jestem w parku narodowym. Znowu ciemno. Cicho i szybko oddalam się od zabudowań szutrową drogą, nadal bez oświetlenia i na czarno. Zwłaszcza, że mgły ustąpiły. Po drodze napotkałem kilka zabudowań, pustych. Oraz zamkniętą bramę z budką strażnika – od dawna nieużywane. Przeszedłem bokiem. Od strony mojego wejścia pola uprawne są do ok. 2700m wysokości, a pastwiska miejscami do 3100m. Cel dnia był taki, by iść do 22:00, najlepiej przekroczyć 3000m i rozbić namiot w ustronnym miejscu. Udało się, o 22:00 stawiałem mój mikro namiocik za 10USD z Walmartu na 3120m n.p.m. Potem nocne wyjście na wulkan. Nie ma szans. Mgła, chmury, pada deszcz. Nic nie widać. Nastawiłem budzik na 4:00, z nadzieją poprawy pogody. Nie poprawiła się. Nawet jak wejdę na wulkan, nic nie zobaczę. Zresztą gdy nic nie widać na wulkan, zwłaszcza w fazie erupcji, nie powinno się wchodzić. Co wiem, ale nigdy się nie stosuję. Argument jest zawsze ten sam, moje życie, mogę robić co chcę i w taki sam sposób się zabić. Co pół godziny sprawdzam, pogoda bez zmian. Lecz o szóstej, mgły i chmury się rozstąpiły, wyszło słońce, budzi się dzień. Cudownie. Od razu ruszam do góry. Tylko coś prawa noga boli. Zanim ją rozruszałem, był już skraj krateru. I widoczne zabezpieczenia turystyczne z przed lat - płoty. Droga szutrowa dochodzi dotąd, a kawałek dalej na wierzchołku są anteny i kamera skierowana na wulkan. Co też zawsze biorę pod uwagę wchodząc. Na wielu z nich są kamery, nie chciałbym być przez taką uchwycony, bo mogłoby to zwiastować kłopoty.

Obraz jest taki, obramowanie zewnętrzne krateru z wyrwami, a do tego jedne fragmenty młode, inne stare, zarośnięte. Faktycznie są trzy kratery, jeden wypełniony nieforemnym jeziorkiem, drugi w zboczu – aktywny. A trzeci (zewnętrzny) jakby krater-matka, zawierający dwa mniejsze. Z tego aktywnego mocno buchają gazy, acha, dno wypełnia płynna lawa. Coś podobnego jak otwór lawowy na Etnie, o którym pisałem kilka miesięcy wcześniej. Oglądam, robię zdjęcia. Pięć minut później nadciągają mgły, chmury i deszcz. Nie przez przypadek Tiurralba jest tak bogata w wodę.

Liczę, że się przejaśni, wchodzę pod anteny na wierzchołek. Jest zimno, kilka stopni Celsjusza, pada i wieje. Walczyłem cztery godziny, ale gdy nawet majtki przemokły całkowicie doszedłem do wniosku – nie przejaśni się. Miałem i tak szczęście, bo mogłem nic nie zobaczyć. Wróciłem do namiotu. W deszczu go złożyłem i coś o dwunastej start na dół. Padało nieustannie, wszystko przemokło, nawet to co miało być nieprzemakalne. Niesamowite, jak w pięć minut z cudownej pogody zrobił się koszmar.

Wulkan Turrialba mierzy 3340m n.p.m. (mój GPS pokazał 3344m z błędem do 4m). Przyjmuje się, iż od 2010 roku jest w ciągłej fazie erupcji. Jedna z większych, wybuchowych, nastąpiła w 2014 roku. Nad wulkanem królował piękny pióropusz popiołów. Przez prawie 10 ostatnich lat park jest zamknięty dla zwiedzających, co widać po niszczejących np. tablicach informacyjnych. Ale można próbować zrobić tak jak ja.

Wiedząc jak wygląda tzw. brama parkowa, gdzie jest strażnik, zdobyłem się na sposób, stosowany nieraz. Obok niej była ciekawa zarastająca chałupa. Nagle się przy niej znalazłem i udaję, że robię zdjęcia, a deszcz mi nie przeszkadza. Ze stróżówki wybiegł strażnik, krzycząc – cerrado cerrado (zamknięte). Ja, że wiem, chciałem tylko zrobić zdjęcia tej ciekawej szopy w ruinie koło szlabanu. W porządku. Strażnik nawet nie zauważył skąd przyszedłem. Ale nie omieszkał mnie poinformować, że Turrialba to bardzo niebezpieczny wulkan, gdybym wszedł na górę, natychmiast bym zginął. Dodał, że już od sześciu lat park jest zamknięty dla zwiedzających i nie planuje się na razie ponownego otwarcia.

Strażnicy parkowi w Kostaryce mają ładne mundury, wypasione terenówki, ale wiedzy o wulkanach za grosz. Strażnik pod wulkanem Irazu, uzasadniając zamknięcie wulkanu - Poas - w kwietniu 2017 roku, powiedział tak. W tamtym roku wulkan był niespokojny, teraz jest cicho, jak tak dalej będzie to może go niedługo otworzymy. Zależy nam na bezpieczeństwie turystów. I w tym momencie trzeba sobie zdać sprawę, że to gigantyczna bzdura. Skoro wulkan wybuchł w 2017. Krzywdy nikomu nie zrobił, a był dostępny turystycznie. To ryzyko, że tą krzywdę zrobi staje się minimalne. Skoro gazy i lawa znalazły ujście, mają swobodną możliwość wydostawania się, ryzyko dużej erupcji jest bliskie zeru. Gdy wulkan się uspokoi, wtedy jego niebezpieczeństwo wzrasta, a w Kostaryce wtedy zamierza się otwierać wulkany dla turystów. Gazy i lawa kumulują swoją energię pod powierzchnią, aż pewnego dnia gwałtownie wybuchną. Jak to miało miejsce na wulkanie Ontake w 2014 roku w Japonii, gdy zginęły na skutek nagłej, niespodziewanej erupcji, 63 osoby. Dużo bezpieczniej jest, gdy lawa i gazy mają permanentne ujście. Nie przez przypadek turystycznymi wulkanami w ciągłej fazie erupcji lawowej są takie wulkany jak: Erta Ale (Etiopia), Stromboli (Włochy), Ambrym (Vanuatu) czy Masaya (Nikaragua). Widoki są spektakularne, a ryzyko dużej erupcji minimalne. Dokładnie taka sama sytuacja jest na wulkanie Turrialba, gdzie jest krater z płynną lawą. Właśnie teraz jest najbezpieczniej dla turystyki, zwłaszcza że punkty widokowe są daleko od krateru (tak samo jak na wulkanie Poas).

Argumenty Kostarykańczyków, że wulkan musi być zamknięty, bo w razie nagłej erupcji może nie uda im się ewakuować turystów, to kolejna głupota. Każdy kto wybiera się oglądać aktywny wulkan musi brać pod uwagę, że może zginąć na skutek erupcji. I robi to na własną odpowiedzialność. Nawet jeśli ryzyko jest niewielkie, to jest.

Bez względu czy aktywny wulkan jest spokojny czy nie, żaden park nie jest w stanie zagwarantować bezpieczeństwa ani skutecznej ewakuacji. Dlatego zamykanie wulkanu z takich właśnie powodów to głupota w czystej postaci. A dla nie zamożnej Kostaryki utrata gigantycznych pieniędzy, o co się piekli lokalna społeczność i słusznie. Wulkan Poas był jednym z dwóch najchętniej odwiedzanych parków narodowych w Kostaryce. Teraz pozostaje zamknięty. W Kostaryce nigdy nie wiadomo kiedy wulkan zamkną, kiedy otworzą, dlatego nie można sobie planować wakacji w Kostaryce z oglądaniem wulkanów. Kupimy bilet, przylecimy i odbijemy się od szlabanu – szkoda czasu, pieniędzy i nerwów. A tak się składa, że najfajniejsze wulkany w Kostaryce są zamknięte.

Jak ktoś jest idiotą, trudno to zmienić, a Kostarykańczycy w kwestii wulkanów są idiotami.

Kochają USA i zgapili od nich umieszczanie licznych głupich tabliczek ostrzegawczych i zakazujących. Niebezpiecznie, nie wolno, nie parkuj, zwolnij, zamknięte… Ale co ciekawe, nikt nie przejmuje się wożeniem ludzi na pace vanów, po drogach publicznych. Sam skorzystałem z takiej podwózki. Generalnie, ludzie w Kostaryce są bardzo sympatyczni, pomocni, przyjaźni. Za wyjątkiem tych debili co decydują o zamykaniu parków narodowych. USA osiągnęły pod względem reglamentacji dostępu do parków narodowych oraz rezerwatów maksimum abstrakcji. Choć ja wolę nazywać rzeczy po imieniu. Maksimum głupoty. Kostaryko nie idź tą drogą, to zła droga, donikąd. Głupiego prawa w końcu zaczyna się masowo nie przestrzegać i przestaje szanować.

Ale wróćmy do tematu – schodzę z Turrialby. Mam do pokonania ponad 10 kilometrów w dół do La Pastory, te 4 godziny na szczycie skomplikowały mój powrót, ale gdyby była dobra pogoda, też tyle bym tam spędził. Przemoczony doszczętnie, kuśtykając, nagle słyszę duży samochód jadący w dół. To nie deja vu. Zatrzymuję, kierowca zgadza się zwieźć mnie do La Pastory. To nagroda za cierpliwość na szczycie i przemoczone majtki. Oszczędzam dobre dwie godziny marszu jak nie trzy i sporo wysiłku. A deszcz nie ustaje. Na miejscu, gdzie wysokość to ponad 1600m, kilometr mniej niż wejście do parku, słyszę że autobus będzie za półtorej godziny. Ale jest tu kawiarnia i sklepik.

Potem co? Autobus do Cartago, następnie do San Jose, trochę pieszo i około 18:00 docieram do hostelu. Pranie, suszenie, mycie, przepakowanie, jedzenie, przygotowanie się do kolejnego wulkanu i rano ciąg dalszy. Na sen zostało z pięć godzin. W tym momencie w Kostaryce osiągnąłem więcej aniżeli chciałem, a miałem jeszcze dwa dni.

Ktoś może zapyta, a czemu nie próbuję uzyskać pozwoleń? Nieraz o tym pisałem. Bywa że nie da się. Ale rozwiązanie, że wiele miesięcy naprzód mam się tym zajmować, to nie dla mnie. Przez uniwersytety, ambasady, dyrektorów parków, ministerstwa. Jakieś pisma, ustalenia. Mnóstwo pracy i czasu, marnowanie pieniędzy, a efekt nigdy nie jest pewny. Potem ustalenie daty, przydzielenie mi jakiegoś strażnika do opieki, który by mi nigdy nie pozwolił nocować pod szczytem Turrialby. To nie jest żadne rozwiązanie. A takie, przyjeżdżam i załatwiam też nie. Bo na ogół traci się 2-4dni i efekt jest mizerny, a potem jak ktoś mnie złapie na wulkanie, trudniej będzie się wykręcić. No i co w sytuacji, gdy odwiedzam kilka krajów i dwadzieścia parków? Nie mam wyjścia, muszę działać jak działam. Idealnie byłoby co najwyżej zakomunikować komuś, że idę na wulkan i załatwione. Ale to nie w dzisiejszych chorych sformalizowanych czasach.

A w jaki sposób dotarłem do celu? Cały czas staram się na wyczucie. Ale wspomagam się amatorskimi metodami. Ładuję na telefon mapę danego regionu, najczęściej nienajlepszą, a że telefon ma gps, to jest w stanie pokazać gdzie jestem i w jakim kierunku zmierzam. Więc nawet jak nie widzę drogi, to wiem że zbliżam się do wulkanu. Choć bywa, że przez większość dnia gps nie potrafi złapać sygnału. Wtedy pozostaje intuicja. Ciągle mam nadzieję, że cały ten internet i świat cyfrowy trafi szlag. :) I w takim świecie bez problemu sobie poradzę. A wy?

Ale nie, świat cyfrowy ma też dobre strony, chociaż powoli staje się takim złodziejem czasu, traconym na bezużyteczne rzeczy. Zaczyna to przypominać przerost formy nad treścią. A jak widzę ile w internecie, w tym na tzw. poważnych portalach jest bzdur, nieistotnych materiałów, błędów, kłamstw i niedoróbek. To myślę sobie jednak – to musi się kiedyś rozlecieć. Przeszedłem swoistą drogę, TV zamieniłem na internet, a że w nim znalezienie czegoś na poziomie jest trudne i czasochłonne, z radością coraz częściej wyłączam router, wifi, nic nie czytam, bo prawie wszystko to „głupota dnia”, „news dnia” pt. Zosia, narzeczona nieznanego sportowca X mówi, że najlepszą kapustę jadła w Pekinie. A na wyprawach bez sieci jestem szczęśliwy i myślę sobie, że te orangutany, które czasami oglądam, niedługo przegonią nas w poziomie inteligencji i staną się gatunkiem najbardziej rozwiniętym… chyba że do nich też dotrze internet. Ale sam skażony już nim zostałem. Bo poczuwam się jednak pisać tego bloga, skoro zacząłem. Tylko zawsze przedkładam jakość nad szybkość publikacji. Choć w dzisiejszych czasach powinno być na odwrót. Tyle dygresji.

Kilka informacji praktycznych- KOSTRYKA. Gniazdka elektryczne to dwa płaskie bolce. Gdzie spałem? Hostel del Paseo, ale to przypadek, nienajlepszy. Był bardzo blisko miejsca skąd dojechałem autobusem i skąd wyjeżdżałem. Położony w centrum, widać że po jakimś remoncie. Dwie z trzech recepcjonistek bardzo sympatyczne. Można zostawić bagaż do przechowania, z czego korzystałem. Dają trzy różnej wielkości ręczniki, za to ciepłej wody dwa na trzy noclegi nie miałem. Ceny od 8USD do 50USD za pokój prywatny. Ale ściany cienkie, część pokoi bez klimatyzacji i zrobione w środku budynku, a więc bez okien. Kuchnia dla tych co lubią sami gotować niedostępna, tylko dla pracowników, którzy rano odpłatnie serwują śniadanie. Brak w ofercie wycieczek czy w ogóle wiedzy u pracowników na ten temat. Innymi słowy, można się przespać, ale gdybym świadomie a nie z marszu wybierał miejsce noclegu, wybrałbym inny obiekt.

Na zdjęciach: na pierwszy Turrialba z wulkanu Irazu. Potem masyw wulkanu Turrialba z aktywnym kraterem, na koniec miejscowość La Pastora.

Opublikowano w Blog
Zacznę tak: jeśli ktoś lubi wulkany, niech odpuści sobie ich oglądanie w Kostaryce. Są bardziej przyjazne wulkanicznie miejsca na świecie. I tańsze.

Przylatując do Ameryki Środkowej wiedziałem, że w Kostaryce wulkany są objęte parkami narodowymi. Bynajmniej nie z powodu ochrony cennej przyrody. Tutejsze wulkany i okoliczna przyroda nie są wyjątkowe. Zasadniczy cel parków jest taki, by kontrolować i reglamentować dostęp do wulkanów. Czytaj – najlepiej je zamknąć i nie dopuszczać zwiedzających. Projekt 100 wulkanów sam w sobie jest ekstremalnie trudny i niebezpieczny, dlatego unikam krajów, gdzie dochodzą dodatkowe kłopoty – jak strażnicy parkowi i reglamentacje czyli zakazy. Nie mam czasu na użeranie się z ludźmi, którzy decydują kto i czy może iść na wulkan. Męczy mnie ciągła zabawa w partyzanta, by mimo zakazów, dostać się na wulkan. A te zakazy od razu napiszę – są idiotyczne. Dlatego Kostarykę potraktowałem jako rozgrzewkę. Plan był taki. Koło stolicy San Jose są trzy aktywne wulkany. Zobaczę jeden z nich i starczy. By następnie udać się do znacznie ciekawszego wulkanicznie kraju – Nikaragui. Wyprawa krótka, czasu naprawdę niewiele, szkoda go marnować na Kostarykę.

Z San Jose autobusem dojechałem do miasta Cartago, skąd do miejscowości Cot, bo nie było pod ręką transportu do bliższej mi Tierra Blanca. Skoro była już połowa dnia, czasu za dużo nie miałem. W Cot wpierw trafiłem na gościa XXL w maluteńkiej terenówce, którego wskazali mi zresztą mieszkańcy. Twarz i zachowanie jak u polskiego taksówkarza z filmów z czasów PRL. 40USD i nie opuści ani dolara, bo to daleko, zła droga. A to tylko 25km, dobrym asfaltem aż pod krater (z San Jose ok. 50km). Zapłaciłbym, ale jakiemuś sympatycznemu człowiekowi. Patrzę, jedzie gość wysłużoną terenówką z cebulą na pace. Pytam czy mnie zawiezie, on wskazuje „taksówkarza”. Nie ma mowy - mówię. Wsiadaj - zrozumiał. Odstawiliśmy cebulę i za 30usd zawiózł mnie do celu. Wcześniej jednak jeszcze musiałem uiścić 15USD za bilet wstępu do parku Irazu, co najmniej o dziesięć za dużo.

Pogoda dobra, choć na wysokości ponad 3300m chłodno, turystów niewielu. Jest parking, toaleta, sklepik. I stał miejski autobus, który miał odjechać za godzinę, o 15:10, do Cartago. O której przyjechał nie wiem. Na zobaczenie parku wystarczy godzina, niektórym wystarczyło 10 minut.

Nawet tą atrakcję za 15USD udało się Kostarykańczykom spieprzyć. W rejonie parku jest 5 kraterów, ale niewprawne oko zauważy 3. Szczególnie centralny, wypełniony wodami turkusowego jeziorka. Przed kraterem postawiono wysoki drewniany płot. Zza którego niewiele widać. Lepiej stając na płocie, ale można zlecieć. A najlepiej zignorować tabliczki o zakazie i wyimaginowanych niebezpieczeństwach, przejść za płot, stanąć na skraju krateru i dobrze się przyjrzeć wszystkiemu, zrobić fajne zdjęcia. Oczywiście tak zrobiłem, nie przejmując się czy jakiś strażnik będzie ingerował. Zapłaciłem 15USD za oglądanie krateru a nie płotu.

Cała ścieżka ma około 500 metrów długości, częściowo betonowa, częściowa prowadzi po piachu w płaskim kraterze. Pod koniec płotu aż by się chciało, by była pięciominutowa ścieżka do góry, na wierzchołek, ale nie ma. Trzeba zrobić 80% koła, wracając się przez parking. Można podjechać nawet samochodem. Atutem tego miejsca poza tym, że ma 3445m wysokości (pomiar własny z błędem do 5m, oficjalnie 3432m), jest widok na wulkan Turrialba. O którym się pisze, że jest ostatnio w ciągłej fazie erupcji.

Gdy robiłem sobie zdjęcia i oglądałem, podjechał terenówką strażnik i miga światłami. Okazało się, że park jest zamykany o 16:00, czyli za pół godziny. Pyta czemu nie zjechałem autobusem. Bo mi się tutaj podoba. Odwiózł mnie do wysokiej bramy parkowej. Ale bał się chyba, że chcę nocować – mój wielki plecak wzbudził zapewne nieufność. Bo po 20 minutach schodzenia wyprzedził mnie. Ale gdy zobaczył, że schodzę i nie planuję biwakować, ostentacyjnie przede mną zawrócił i pojechał do góry. 

Nie przyszło mu do głowy, że biwakować planuję, ale na zupełnie innym wulkanie. Bo skoro jestem 20km od Turrialby, to dlaczego nie spróbować wejść na niego? Ruszyłem polnymi drogami pośród pól z warzywami, niżej kwitnący rzepak, tropikalne drzewa. Sielanka. Żyzne wulkaniczne ziemie, bogate w wodę dzięki klimatowi i wysokościom generującym opady – idealne miejsce na uprawy. 

Czy udało mi się wejść na ponoć bardzo niebezpieczny wulkan i zamknięty od lat? Napiszę wkrótce. A teraz kilka faktów o wulkanie Irazu. Parę zdań o stolicy – San Jose. I ciąg dalszy pastwienia się nad durnymi Kostarykańskimi urzędnikami.

Irazu to wulkan aktywny. Ostatnia niewielka erupcja miała miejsce w 1994 roku, dużo większa seria w latach 1963-1965. Erupcje miały charakter wybuchowy, freatyczny, czyli gdy gorąca magma styka się z wodą. Jednym z efektów są liczne popioły wulkaniczne, które opadają na okolicę, także San Jose. Jest to najwyższy wulkan z Kostaryce. Stratowulkan, ale jak inne w okolicy, rozczłonkowany i rozległy. Sporadycznie na szczycie pojawia się nawet śnieg. Gdy w dole mamy tropikalny klimat. Główny krater ma 1050m średnicy i 300m głębokości. Na dnie jest niewielkie jezioro o różnym poziomie wody. Ze względu na wysokość, na Irazu nierzadko są mgły, chmury i pada, podczas gdy w dolne świeci słońce.

Jeśli kogoś nazywam idiotą, wypada to uzasadnić. W Kostaryce jest 5 aktywnych wulkanów (Turrialba, Poas, Arenal, Rincon de la Vieja, Irazu), i dwa, które w ciągu ostatnich 4 tysięcy lat wykazały się choćby najmniejszą aktywnością erupcyjną (Miravalles, Orosi). Znacznie więcej jest wygasłych. Ze względu na tropikalny klimat i liczne deszcze, w wielu kraterach są jeziora. Pierwsza czwórka jest notorycznie zamknięta, Poas od niedawna. Pozostałe też bywają zamknięte.

Nawet jeśli dzień przed przylotem znajdziemy wiarygodną informację, że wulkan turystycznie jest dostępny, a o taką informację wcale nie tak łatwo, to już w dzień przylotu wulkan może być zamknięty. Nie na dzień czy dwa, ale na tygodnie, miesiące, lata. Bo tak działa się w Kostaryce. Generalnie chodzi o to, by wulkany w Kostaryce były niedostępne dla ludzi. Nawet niektóre uważane za wygasłe. Wystarczy kilka mikrowstrząsów sejsmicznych, by park z wulkanem zamknąć. Tak to jest jak w instytutach sejsmologicznych i w parkach narodowych pracują, przepraszam za słowo, debile. Oczywiście chodzi o bezpieczeństwo turystów – w czyimś urojonym mniemaniu.

Bo posłużę się przykładami wszystkim znanymi – włoskich wulkanów. Czy wiecie, że gdyby Wezuwiusz był w Kostaryce, byłby zamknięty? - bo jest aktywnym i niebezpiecznym wulkanem. Nie wolno byłoby się do niego zbliżyć. Czy wiecie, że gdyby wulkaniczne wyspy Vulcano i Stromboli były w Kostaryce, nie można byłoby nawet do nich dopłynąć? – bo są aktywne i niebezpieczne. I w końcu, czy wiecie, że gdyby Etna była w Kostaryce, można byłoby ją oglądać, co najwyżej z Katanii? – bo jest aktywna i niebezpieczna.

To jak to jest, Włosi narażają co roku miliony turystów na niebezpieczeństwo? Nie, są normalni. Każdy kto wchodzi na aktywny wulkan, nawet Wezuwiusza, który ostatni raz wybuchł w 1944 roku i jest aktywnym wulkanem, musi choć w minimalnym stopniu brać pod uwagę, że może dojść do gwałtownej, niespodziewanej erupcji i zginie. Jest to kwestia decyzji i świadomości.

To, że w rejonie aktywnych wulkanów dochodzi do niewielkich wstrząsów, nawet kilkuset na dobę, jest naturalne. W normalnych krajach to żaden powód, by zamykać dostęp do wulkanów. Ale Kostaryka normalna nie jest. Dlatego jeszcze raz powtórzę, jeśli ktoś nie chce się rozczarować, nie powinien wybierać tego kraju w celu oglądania wulkanów. Oczywiście zawsze można próbować zrobić to nielegalnie, tylko po co, jak na świecie są ciekawsze i fajniejsze wulkany, gdzie nie stoi żaden strażnik i nie krzyczy – nie wolno. I co ciekawe, jest coraz więcej zdesperowanych turystów, którzy próbują zobaczyć kostarykańskie wulkany nielegalnie. Nie mają doświadczenia, więc nieraz pakują się w kłopoty, dochodzi do wypadków, czasami poważnych. Gdyby mogli dostać się na wulkan z przewodnikiem, zapłacić, wszyscy byliby zadowoleni. I zwykle bezpieczni, bo na aktywnym wulkanie nigdy całkiem bezpiecznym być nie można. Niestety, bezmyślność w Kostaryce rządzi i nie można wejść na wulkan z przewodnikiem, a lokalna społeczność nie może zarabiać. To tylko część mojego pastwienia się nad Kostarykańczykami. Ciąg dalszy nastąpi. Moją rolą jest chwalić to co dobre, piętnować to co głupie. Kostaryka załapała się co do tego drugiego.

San Jose – stolica Kostaryki. Położona jest na wysokościach ok. 1100-1200m n.p.m. To czuć, bo jest przyjemniej – chłodniej. Temperatury w dzień miały po 23-27 stopni C. Często mocno wiało, ale nie chłodem. Popołudniami bywały burze. Co warto zobaczyć w San Jose? Nic. Pasjonat jakichś specyficznych miejsc pewnie czymś się zainteresuje. Ale miasto jest brzydkie. Dużo gorzej wypada od Panama City. Nie ma tu starego miasto, za bardzo zabytków, ale wygląda dosyć współcześnie. Dużo dobrych samochodów. Ścisła część miasta to około 400tys. mieszk., a metropolia ponad 2mln, zatem jakaś połowa ludności kraju. Podobnie liczebna jest Panama, ale stolica dwa razy ludniejsza.

Garść informacji praktycznych. Czas UTC minus 6. Ceny – w sklepach i restauracjach trochę wyższe niż w Polsce. Co do jedzenia, tak samo jak w Panamie królują fast foody. Zagraniczne i lokalne – w ogromnej ilości. Noclegi o wyższym standardzie są zwykle droższe i mają niższy standard niż hotele w Warszawie.

Granica. WJAZD. Drogą lądową z Panamy. Wymagane jest okazanie biletu, że opuści się Kostarykę i udowodnienie posiadania 100usd na dobę pobytu. O ile tego drugiego nikt nie weryfikował, o tyle bilet był wymagany. I nie było żadnego tłumaczenia – przejadę granicę samochodem, przejdę pieszo, nie wiem jak długo będę w Kostaryce, więc nie mogę mieć biletu. Bilety wylotowe z Meksyku i USA też nic nie dały, bo nie sąsiadują z Kostaryką. Jak sobie poradzić w takiej sytuacji? Można mieć bilet prawdziwy. Można mieć bilet fikcyjny, są strony internetowe, które za niewielką opłatą taki przygotują, a na lądowych przejściach granicznych raczej nikt nie będzie sprawdzał rzeczywistości w systemach rezerwacyjnych. Można też zrobić tak jak ja, dokupić u kierowcy bilet, w moim przypadku na wyjazd z San Jose do Nikaraguy. Bilet otwarty do użycia na wszystkich trasach linii Tica Bus, z której korzystałem, choć kierowca wpisał trzy litery „Nic”, tak pro forma. Ten świstek papieru za 29usd wystarczył, strażnik graniczny poświęcił mu sekundę uwagi, ten sam, któremu jego brak nie pozwolił wpuścić mnie do Kostaryki. W takich sytuacjach poznaję inteligencję narodu. I na dzień dobry Kostarykańczycy dobrze nie wypadli. Nawet jeśli bilet za 29 usd wyrzucę do kosza, bo nie skorzystam, a oddać nie można, to zarobi na tym prywatna firma i to nawet nie z Kostaryki. Jakby władze były mądre to nie tylko zachęcałyby turystów do odwiedzin ich kraju, zamiast zniechęcać, ale po prostu zamiast okazywania biletów, wprowadziły jakąś opłatę wjazdową – bo wiz dla Polaków nie ma – która zasilałaby budżet państwa. Ponadto mam bilet i co z tego? Kto mnie zmusi do wyjazdu, może o niczym innym nie marzę jak osiedlić się w Kostaryce?

Uciążliwością jest konieczność wyjęcia z autobusu i pokazania bagaży, tylko pracownicy nie byli w stanie nic sprawdzić, kończyło się u co któregoś, że musiał otworzyć torbę, walizkę, na sekundę. Taka sztuka dla sztuki. Trzeba też wypełnić formularz celny, ale nikt go nie sprawdza. Ja nawet nie wypełniłem z czystego lenistwa i powiedziałem, że nie mam. Nikt nie robił żadnego problemu. Ponadto, co na wielu granicach jest standardem (też w Panamie), pobiera się elektronicznie odciski palców.

Przejazd z Panamy zajął 13 godzin, około 6h do granicy, 2h na granicy, z godzinę zajęły postoje na jedzenie. Zwykle przejazd zajmuje 2-3 godziny więcej, gdy granicę przekracza się w środku dnia. 

Waluta colon, colones. 560-580 dają za jednego dolara, ale w restauracjach, taksówkach i hotelach bez problemu płaci się dolarami.

NA ZDJĘCIACH: wulkan Irazu – pierwsze zdjęcie z przed płotu, drugie zza. Jest widok na wierzchołek wulkanu, kierowca, który mnie na niego podwiózł. A zaraz za nim jedno zdjęcie z miasta Cartago. Dalej przyrodnicze okolice wulkanu Irazu – w drodze pod wulkan Turrialba. Na koniec lokalna waluta – colones i San Jose – stolica Kostaryki.

Opublikowano w Blog
Skoro opublikował się ten wpis, znaczy że jestem już w Panamie, choć przed chwilą jeszcze byłem w Afryce. Rozpoczynam kolejną wyprawę w ramach PROJEKTU 100 WULKANÓW – Wulkany Ameryki Środkowej. Udało mi się ją wcisnąć pomiędzy inne wyjazdy.
Czasu mało, ale będzie intensywnie. Jeśli będę mógł, będę relacjonował co u mnie słychać na blogu. Ale jak zawsze, najważniejsze są cele wyprawy, a reszta nie ma znaczenia.
Pozdrawiam
Grzegorz
Opublikowano w Blog

Projekt 100 wulkanów to także tabela uzupełniająca, w której po roku 2017 znajduje się 105 pozycji, choć gdyby je rozpisać bardzo szczegółowo, byłoby tysiąc więcej. Eksploracja niektórych z nich była ekstremalnie trudna i niebezpieczna. Przede mną rok trzynasty projektu.

Tabela  2 (uzupełniająca) – Lista innych miejsc wulkanicznych i pozostałych eksplorowanych  wulkanów

Projekt 100 WULKANÓW –

pozostałe eksplorowane wulkany (w tym wulkany z różnych przyczyn nie zaliczone do tabeli nr 1) oraz istotniejsze tereny i miejsca wulkaniczne, w tym wulkany błotne, zimne gejzery, źródła siarkowo-wodorowe, kratery meteorytowe - pochodzenia nie wulkanicznego

2006 – do teraz

 uwagi* - uzasadnienie dlaczego dane miejsce lub wulkan znajdują się w tej tabeli i nie trafiły do TABELI nr 1

 CHRONOLOGICZNIE

Tabela nr 2

LP

nazwa

Osiągnię-ta wyso-kość

kraj, kontynent

położenie geograficzne

aktywność

uwagi*

data eksploracji

1

Sudety, Dolny Śląsk, Wyżyna Śląska, Małopolska w okolicy Krzeszowic, Pieniny, Beskid Żywiecki

300-800m

Polska, Europa

Wleński Gródek, Nowy Kościół, Organy Wielisławickie, Czarny Bór, Grzędy, Świerki k. Głuszycy, Tłumaczów (Sudety), Filipowice-Miękinia-Krzeszowice-Tenczynek-Zalas-Regulice (Małopolska), góra Wżar, Jarmuta, Bryjarka, wieś Biała Woda (Pieniny), Góra Św. Anny 408m (Wyż. Śląska)

Rejon wygasły

Wulkany z przed kilku– kilkuset milionów lat, „zbyt mało” wulkaniczne (inaczej - góry/wzgórza pochodzenia wulkanicznego)

2006-2007

(i kilkukrotnie wcześniej),

VII 2016

XII 2017

Wilcza Góra, Ostrzyca 501m, Męcinka, Małe Organy Myśliborskie (wzgórze Rataj), Wąwóz Myśliborski Czartowska Skała, Niemodlin (Dolny Śląsk k. Złotoryi),

Złatna- źródła wodoro- siarkowe (B.Żywiecki)

2

Terchiin Tsagaan nuur

2060m

Mongolia, Azja

Góry Khangai

Rejon wygasły

Jezioro wulkaniczne i stare lawy

VIII 2006

3

Badacsony

437m

Węgry, Europa

Nad Balatonem

Rejon wygasły

Powulkaniczny bazaltowy twardzielec

VI 2008

4

Wyhorlat, jeziora Vinne i Morskie Oko, zimny gejzer w Herlanach

200-650m

Słowacja, Europa

Góry Wyhorlat

Wygasłe

wulkaniczne  góry

Góry pochodzenia wulkanicznego, z przed 9mln lat

VI 2008

5

Wzgórze zamkowe w Edynburgu

130m

Szkocja, Europa

Edynburg

Wygasłe

Wulkan z przed ok. 350mln lat

IV 2009

6

Masyw wulkanu Etna - kratery i stożki wulkaniczne

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

700-2950m

Włochy, Europa

Wschodnia Sycylia

Masyw aktywnego wulkanu

Około 100

kraterów i stożków wulkanicznych z wszystkich stron Etny, m.in. Monte Silvestri Interiore 1880m, M. Silvestri Superiore 2000m,  La Montagnola 2637m, Cisternazza ok. 2600m, Escriva ok. 2600m, Barbagallo ok. 2930m i Monte Frumento Supino 2935m wulkaniczny wierzchołek koło Osservatorio Etneo ok. 2850m, seria kraterów poniżej Osservatorio Etneo 2600-2300m, dwa kratery Monte Spagnolo ok. 1500-1560m, kratery w rejonie ośrodka Etna Nord

XI 2009

14-20.06.i 7-11.10 2017

7

Wąwóz Alcantara (Gole dell`Alcantara)

200-250m

Włochy, Europa

Niedaleko Etny, Sycylia

Rejon aktywnej Etny

Wulkaniczny (bazaltowy) wąwóz niedaleko Etny

XI 2009, VI 2017

8

Pole wulkaniczne Pali Aike

ok. 50-100m

pogranicze Argentyny z Chile, AmPD

Na trasie pomiędzy Rio Gallegos i Punta Arenas

Tereny wygasłe

pole niewielkich kraterów wraz z lawami i jaskiniami, jeziorami kraterowymi

III 2010

9

Puna de Atacama

 

3000-4600m

Chile, Ameryka Południowa (AmPD)

Płaskowyż Atacama (Atakama), Andy

 

 

Rejon aktywnych i wygasłych wulkanów

Wulkaniczny płaskowyż wysokogórski, część południowa i północna, wulkaniczne kratery, niecki, jeziora, skały, pustynie, pola lawowe,

IV 2010

10

Lawy na pustyni Atacama

2000-2500m

Chile,

AmPD

Pustynia Atacama

(Atakama)

Tereny wygasłe

Stare lawy

 

IV 2010

 

11

Płaskowyż

Altiplano

3650-4915m

Chile, Boliwia, AmPD

Płaskowyż Altiplano, Andy

Rejon aktywnych i wygasłych wulkanów

Częściowo wulkaniczny płaskowyż wysokogórski, wulkaniczne kratery, niecki, jeziora, skały, pustynie, pola lawowe,

IV-V 2010

12

Gejzery El Tatio

4260-4320m

Chile, AmPD

Płaskowyż Altiplano, Andy

Rejon aktywnych i wygasłych wulkanów

Ponad 80 gejzerów nad komorą magmową

20.04.2010

13

Fumarole Sol de Manana

 4860-4880m

Boliwia, AmPD

Płaskowyż Altiplano, Andy

Rejon aktywnych i wygasłych wulkanów

Wyziewy związane z aktywnością wulkaniczną 

03.05.2010

14

Kordyliera wulkaniczna

2200m-2700m

Meksyk, Ameryka Północna

Okolice miasta Amecameca i wulkanu Popocatepetl

Aktywne i wygasłe wulkany

Wulkaniczny płaskowyż, skały wulkaniczne i pola lawowe

20-21.06.

2010

15

Wulkany błotne - Qobustan

ok. 50m

Azerbej-dżan, Azja

Qobustan, M. Kaspijskie, blisko Baku

Związane ze złożami gazu i ropy

Nie pochodzenia wulkanicznego

12.10.2012

16

Lignon Hill (2 razy)

143m

Filipiny, Azja

Luzon, część Południowa (PD)

Wygasły teren obok aktywnego wulkanu Mayon

Zbyt "stary wulkanicznie i zbyt mało wulkaniczny” teren

26.07.2013

17

Masyw Mayon

ok. 500m

(max. 2463m)

Filipiny, Azja

Luzon, część PD

Aktywny wulkan

Z powodu erupcji wulkanu, możliwość podejścia tylko na pole lawowe z 2009r.

26.07.

2013

18

Jezioro Bulusan

360m

Filipiny, Azja

Luzon, część PD

Teren wygasły, wypełniony jeziorem

Prawdopodobnie bardzo stary krater, w rejonie aktywnego wulkanu Bulusan

30-31.07

2013

19

Kaldera Tengger i góra

Penanjakan (1) (na skraju kaldery); wulkaniczna plaża w (2) Parangtritis

2770m – dno kaldery ok. 2150m

Indonezja, Azja

Wschodnia Jawa

Tereny aktywne

Kaldera zbyt łatwo dostępna, zbocza kaldery i Penanjakan są wygasłe, ale w kalderze i okolicy są aktywne wulkany; wulkaniczna plaża

(1) 01.09-03.09

2013

(2)

10.09 2013

20

WULKAN Anak Soputan

ok. 1590m

Indonezja, Azja

Północne

Sulawesi

Prawdopo-dobnie wygasły, ale koło aktywnego wulkanu

Obok aktywnego wulkanu Soputan – zdobyty przy okazji, zbyt małe wyzwanie, by liczyć jako osobny wulkan

01.10.2013

21

Półwysep Reykjanes: okolice Blue Lagoon i Svartsengi Power Station (elektrownia), Kisilhóll Hill, Gunnuhver i Reykjanes Power Stations, Reykjanesta, rejon Bridge Between Continents

0-200m

Islandia, Europa

Południowo-Zachodnia Islandia

Tereny aktywne

Pola lawowe i geotermalne ze źródłami (do ok. 300°C), wygasłe gejzery, wyziewy gazowe, skały i klify wulkaniczne, międzykontynen-talne pęknięcie tektoniczne

30.07.

2014 i 24.05

2015

22

WULKAN

Helgafell

227m

Islandia, Europa

Heimaey (wyspa)

Drzemiący

(uśpiony) wulkan

Wulkan stanowiący zbyt małe wyzwanie i zbyt mało ciekawy

01.08

2014

23

Godaland i Kattarhryggur

200-500m

Islandia, Europa

Południowa Islandia

Rejon aktywnych wulkanów

Wulkaniczne formacje skalne w masywie

Eyjafjallajokull

01.08. 2014

24

Dyrholaey

Reynisdrangur

0-50m

Islandia, Europa

Południowa Islandia

Rejon aktywnych wulkanów

Wulkaniczne skały i plaże (wybrzeże)

03.08.2014,

28.05 2015

25

Myrdalssandur,

Skeidararsandur

20-80m

Islandia, Europa

Południowa Islandia

Rejon aktywnych wulkanów

Pustynie wulkaniczne pochodzenia powodziowego

03-05.08.

2014

26

Fjadrargljufur

100-200m

Islandia, Europa

Południowa Islandia

Rejon aktywnych wulkanów

Wulkaniczny kanion nad rzeką Fjadra

03.08.2014

27

Wulkaniczna jaskinia koło wulkanu Laki

ok. 600m

Islandia, Europa

Południowy Interior

Rejon aktywnych wulkanów

Nienazwana jaskinia w kanale lawowym

04.08.2014

28

Pola lawowe   w rejonie Laki

ok. 400-650m

Islandia, Europa

Południowy Interior

Rejon aktywnych wulkanów

Liczne pola lawowe z różnych okresów

04.08.2014

29

WULKAN

Kristinartindar

 

1126m

Islandia, Europa

Okolice Skaftafell

Wygasły, fragment starego krateru

Zbyt mało ciekawy wulkanologicznie

05.08

2014

30

Kanion Asbyrgi

ok. 100m

Islandia, Europa

Północna Islandia

Rejon wygasły

Wulkaniczne skały, bazaltowe słupy, kanion powstał na skutek powodzi

07.08.2014

31

Rejon kanionu

Jökulsárgljúfur

ok. 100-200m

Islandia, Europa

Północna Islandia

Rejon wygasły

lawy i żużel wulkaniczny z przed 6-8tys. lat po obu stronach rzeki Jökulsá á Fjöllum

07.08.2014

32

Pola lawowe, wulkany, pustynie wulkaniczne m.in. Vikursandur i Ódáðahraun

ok. 200-1100m

Islandia, Europa

Islandia, Interior

Rejon aktywnych wulkanów

Ogromny teren pustyń wulkanicznych z polami lawy, popiołów i wulkanami

08-10.08.2014

33

Kanion Drekagil

ok. 800-900m

Islandia, Europa

Islandia, Interior

Rejon aktywnego wulkanu Askja

Wulkaniczny kanion

08.08.2014

34

Rejon Kverkfjoll i okolice Holharaun

ok. 800-1250m

Islandia, Europa

Islandia, interior

Rejon aktywnych wulkanów

Okolice wulkanów Bardarbunga, Kverkfjoll, Grimsvotn, pól geotermalnych, pustyń wulkanicznych, pól lawowych

09.08.2014

35

Geotermalna elektrownia Krafla i teren geotermalny Leirhnjukur (Clay Hill 593m)

ok.450 -600m

Islandia, Europa

Północna Islandia

Rejon aktywnych wulkanów

Teren kaldery wulkanu Krafla, aktywnego wulkanu o wyśmienitych właściwościach geotermalnych

10.08.2014

36

Krater Viti

ok. 600m

Islandia, Europa

Północna Islandia

Rejon aktywnego wulkanu Krafla

Powstał podczas erupcji wulkanicznej w 1724r. w wyniku wybuchu pary wodnej

10.08.2014

37

Hverir (Námaskard) z górą Namjafall 485m, Jarobodin

ok. 200-485m

Islandia, Europa

Północna Islandia

Rejon aktywnych wulkanów

Potężne pole geotermalne, góra geotermalna i termalne źródła

10.08.2014

38

Grjótagjá i Stóragjá i pole lawowe Jardbadshólar

ok. 200m

Islandia, Europa

Północna Islandia

Rejon aktywnych wulkanów

Jaskinie lawowe z termalnymi stawami  w pęknięciach skorupy lawowej

11.08.2014

39

WULKAN

Ludentarborgir

ok. 400m

Islandia, Europa

Północna Islandia

Drzemiący, w rejonie aktywnych wulkanów

potężny system kraterów szczelinowych, podobny do innych na Islandii, dlatego nie w tabeli nr 1

11.08 2014

40

Laxádalslava

ok. 370-400m

Islandia, Europa

Północna Islandia

Rejon aktywnych wulkanów

Ogromne pole lawowe i rejon wulkanu Ludent

11.08.2014

41

Lofthellir (Lofthellar)

ok. 360-373m

Islandia, Europa

Północna Islandia

Rejon aktywnych wulkanów

Jaskinia w kanale lawowym z lodowcem w środku

11.08.2014

42

Dimmuborgir

ok. 300-350m

Islandia, Europa

Północna Islandia

Rejon aktywnych wulkanów

Pole lawowe ze skałami i jaskiniami (erupcje z Ludentarborgir)

11.08.2014

43

Skutustadagigar

ok. 290-300m

Islandia, Europa

Północna Islandia

Rejon aktywnych wulkanów

Kratery gazowe powstałe w związku z erupcjami wulkanów

12.08.2014

44

Hvitserkur

0m

Islandia, Europa

Północna Islandia

Rejon wygasły

Skała wulkani-czna w morzu, 15m wys.

13.08.2014

45

Reykhólar

0-20m

Islandia, Europa

Fiordy Zachodnie

Rejon wygasły

Pole geotermalne ze źródłami

13.08.2014

46

Hallmundarhraun

ok. 150-200m

Islandia, Europa

Zachodnia Islandia

Rejon uśpiony

Pole lawowe po starej erupcji Langjokull (ok. 1000 rok n.e.)

14.08.2014

47

Pingvellir (Thingvellir)

ok. 150-200m

Islandia, Europa

Południowo-Zachodnia Islandia

Rejon aktywny

Pęknięcie tektoni- czne pomiędzy Eurazją a Ameryką Północną, Almannagjá kanion, rejon aktywnego wulkanu Hengill

15.08.2014, 05.06 2015

48

Gejzer Strokkur, pole geotermalne w Geysir

poniżej 200m

Islandia, Europa

Południowo-zachodnia Islandia

Rejon aktywny

Źródła termalne, aktywny gejzer i uśpione gejzery w tym The Great Geyser

16 i 17.08.2014, 05.06.2015

49

Landmannalaugar (1), Laugahraun (2), Stórihver (3), Blahnukur (4)

ok. 600-800m

Islandia, Europa

Południowy interior

Rejon aktywny

(1)-termalne źródła, (2)-obsydianowe pole lawowe, (3)-pole geotermalne, (4)-kolorowe skały wulkaniczne

16.08.2014

50

Nienazwany WULKAN koło Nordurnamshraun

ok. 600-700m

Islandia, Europa

Południowy interior

Rejon aktywny

wygasły wulkan z kraterem i pole lawowe Nordurnamshraun przy F208 przed Landmannalaugar (po lewej stronie), zbyt małe wyzwanie

16.08.2014

51

WULKAN 

Brennisteinsalda (Torfajökull system)

do 855m

Islandia, Europa

Południowy Interior

Aktywny

Zdobyty przy okazji, zbyt małe wyzwanie

16.08 2014

52

Interior wzdłuż dróg F26, F881, F821

ok. 500-900m

Islandia, Europa

Interior

Rejon aktywnych, uśpionych i wygasłych wulkanów

Pustynie

wulkaniczne i pola lawowe

16 i 17.08.2014

53

Interior wzdłuż F35

(Kjolur)

ok. 400-750m

Islandia, Europa

Interior

Rejon aktywnych, uśpionych i wygasłych wulkanów

Pustynie

wulkaniczne i pola lawowe

17.08.2014, 01-02.06 2015

54

Gerduberg

ok. 150m

Islandia, Europa

Islandia Zachodnia – Półwysep Snaefellsnes

Rejon wygasły i drzemiący

(uśpiony)

Efektowne bazaltowe słupy skalne

18.08.2014

55

Lóndrangar,

Malarrif,

Svalþúfa

0-30m

Islandia, Europa

Islandia Zachodnia – Półwysep Snaefellsnes

Rejon wygasły i drzemiący

Wulkaniczne wybrzeże, plaże, lawy, skały (twardzielce), klify, fragmenty starego krateru Lóndrangar

19.08.2014

56

Vatnshellir

 

ok. minus 15m – plus 20m

Islandia, Europa

Islandia Zachodnia – Półwysep Snaefellsnes

Rejon wygasły i drzemiący

Jaskinia w kanale lawowym, 35m głębokości (w tym 15m pod poziomem morza)

19.08.2014

57

Arnarstapi

0-20m

Islandia, Europa

Islandia Zachodnia – Półwysep Snaefellsnes

Rejon wygasły i drzemiący

Klify-słupy bazaltowe na wybrzeżu

19.08.2014

58

Snaefellsjokull, Stapafell

ok. 500-750m (max 1446m)

Islandia, Europa

Islandia Zachodnia – Półwysep Snaefellsnes

Tereny wygasłe i drzemiące

Masyw drzemiącego wulkanu, skały wulkaniczne, lawy

19.08.2014

59

Deildartunguhver,

Reykholt

ok. 100m

Islandia, Europa

Islandia Zachodnia

Rejon drzemiący

Wydajne termalne źródła, pole geotermalne

19.08.2014

60

Wyspa Palea Kameni i, Santorini: Kokkini Paralia-Czerwona Plaża, przylądek Koloumbo

(Kolumbo) oraz skały wulkaniczne w kilku innych miejscach wyspy Santorini (Perissa, Thira, rejon Oia), Kaldera Santoryn

(Santorini)

0-320m

Grecja, Europa

Archipelag Cykladów (rejon Santorini), południowa Europa, Morze Egejskie

Rejon aktywny

Wyspy wulkaniczne, plaże wulkaniczne, lawy i skały wulkaniczne, termalne źródła, rejon aktywnego podwodnego wulkanu Koloumbo (Kolumbo), obserwacje skutków wielkiej erupcji wulkanu Santorini z ok. 1630r. p.n.e. i powstałej kaldery

28.04-02.05. 2015

61

WULKAN

Krysuvik oraz Seltun i Fulipollur

ok. 50-350m

Islandia, Europa

Półwysep Reykjanes, północno-zachodnia Islandia

Rejon aktywny, bardzo aktywny sejsmicznie

Aktywny wulkan (zbyt podobny do sąsiednich i zbyt małe wyzwanie) oraz pola geotermalne

24.05.2015

62

Okolice lodowca Skaftafellsjokull

 

 

ok. 80-180m

Islandia, Europa

Południowa Islandia

Rejon aktywny

Skały wulkaniczne w rejonie moreny bocznej lodowca Skaftafell oraz urwiska nad nią i w rejonie moreny czołowej

26.05 2015

63

Hveragerdi i Reykjadalur (system wulkanu Hengill)

ok. 50-300m

Islandia, Europa

Południowo-zachodnia Islandia

Rejon aktywny, bardzo aktywny sejsmicznie

Bardzo liczne źródła geotermalne, fumarole, rzeka termalna

29.05 2015

64

Rejon wulkanów Eldborg i LIjósufjoll

ok. 100-150m

Islandia, Europa

Półwysep Snaefellsnes

Rejon wygasły i drzemiący

Najmłodsze pole lawowe na płw. Snaefellsnes

31.05 2015

65

Skały wulkaniczne w Stykkishólmur, na Wyspach Zachodnich w tym Flatey

0-50m

Islandia, Europa

Półwysep Snaefellsnes i archipelag Wysp Zachodnich (zatoka Breidafjordur)

Rejon wygasły

Bazaltowe skały (słupy) wulkaniczne

31.05 – 01.06 2015

66

Hveravellir i Kjalhraun

(Kjolur)

ok. 600-700m

Islandia, Europa

Interior

Rejon wygasły i drzemiący

Pole geotermalne, fumarole, pole lawowe-teren wulkan tarczowego Kjalhraun (system wulkaniczny Langjokull)

01.06 – 02.06 2015

67

Skały wulkaniczne i lawy przed Bifrost w rejonie drogi nr 1

ok. 400-500m

Islandia, Europa

Zachodnia Islandia

Rejon drzemiący

 Skały wulkaniczne, pola lawowe (dolina Nordurardalur)

02.06.2015

68

Jaskinia Raufarhólshellir

ok. 100m

Islandia, Europa

Islandia Południowo-zachodnia

Rejon aktywnych wulkanów

Wulkaniczna jaskinia, ok. 1350m długości z XI wieku n.e.

04.06 2015

69

masyw wulkanu Villarrica

poniżej i ponad 1000m

Chile, AmPD

Północna

Patagonia

Masyw aktywnego wulkanu

jaskinia wulkaniczna i pole lawowe

23.11.2015

70

Wyspa Wielkanocna

do ponad 300m

Chile,

Oceania

Polinezja, Wyspa Wielkanocna (Rapa Nui)

Wulkaniczna wyspa,

wygasła

lawowe klify, pomniejsze kratery, skały, pola, jaskinie (np. Ana Te Pahu, Ana Kai Tangata), wulkaniczne posągi moai

27.11-03.12 2015

71

WULKAN Rano Kau

(2 razy)

324m

Chile,

Oceania

Polinezja, Wyspa Wielkanocna

wygasły wulkan

zbyt małe wyzwanie i podobieństwo do sąsiednich

28.11 i 03.12 2015

72

WULKAN  Tuutapu

 

280m

Chile,

Oceania

Polinezja, Wyspa Wielkanocna

wygasły wulkan

zbyt małe wyzwanie i podobieństwo do sąsiednich

29.11.2015

73

WULKAN Ranu Raraku

ok. 150m

Chile,

Oceania

Polinezja, Wyspa Wielkanocna

wygasły wulkan

zbyt małe wyzwanie i podobieństwo do sąsiednich

01.12.2015

74

WULKAN Poike

365m

Chile,

Oceania

Polinezja, Wyspa Wielkanocna

wygasły wulkan

zbyt małe wyzwanie i podobieństwo do sąsiednich

01.12.2015

75

Puna de Atacama

(Atakama)

do ponad 5000m

Chile, Argentyna

AmPD

Andy, płaskowyż Atakama

rejon aktywnych i wygasłych wulkanów

Wulkaniczny płaskowyż wysokogórski -wszystkie części, wulkaniczne kratery, niecki, jeziora, skały, pustynie, pola lawowe

27.12.2015 -24.01.2016

76

masyw wulkanu Ojos del Salado

do ok. 6900m

Chile, Argentyna

AmPD

Puna de Atacama, Andy

rejon wygasły i drzemiący

skały wulkaniczne, pola lawowe, ślady minionej aktywności wulkanicznej

27.12.2015-04.01.2016

77

masyw wulkanu Ojos del Salado

 

do 6800m

Chile, Argentyna

AmPD

Puna de Atacama, Andy

rejon wygasły i drzemiący

liczne niecki i kratery, w tym z najwyżej położonymi jeziorami świata (6350-6510m)

01 -03.01.2016

78

masyw wulkanu Ojos del Salado

ok. 6460-6500m

Chile,

AmPD

Puna de Atacama, Andy

rejon wygasły i drzemiący

najwyżej położone na świecie pole geotermalne

03.01.2016

79

masyw wulkanu Llullaillaco

 

do 6700m

Chile, Argentyna

AmPD

Puna de Atacama, Andy

rejon wygasły i drzemiący

pola lawowe, skały wulkaniczne, kratery i niecki, osady siarkowe

07-11.01.2016

80

El Volcancito

ok. 4200 m

Argentyna,

AmPD

Puna de Atacama, Andy

rejon wygasłych wulkanów

mineralny stożek (ok. 7m wys.) ze źródłem

23.01.2016

81

WULKAN

Caldera del Inca Pillo (Corona del Inca)

do 5420m

Argentyna,

AmPD,

Puna de Atacama, Andy

rejon wygasłych wulkanów

wygasła kaldera wulkaniczna z najwyżej położonym jeziorem kalderowym na świecie na ok. 5200m

24.01.2016

82

rejon wulkanu Sangay  oraz przejazd koło licznych wulkanów

do 4336m

Ekwador,

AmPD

Andy koło miasta Riobamba i wioski Alao, oraz różne inne fragmenty ekwadorskich Andów

rejon aktywnych i wygasłych wulkanów

Obserwacja aktywnego wulkanu Sangay (ok. 5230m) i przejazd koło licznych ekwadorskich wulkanów jak Chimborazo (6268m) i Cotopaxi (5897m)

30.01.-03.02 2016

83

WULKAN Sierra Negra

4621m

Meksyk,

AmPN

Kordyliera Wulkaniczna

rejon

aktywnych i wygasłych wulkanów

wygasły, zbyt małe wyzwanie, zbyt mało wartościowy

12.02.2016

84

WULKAN Aljojuca 

ok. 2600m

Meksyk,

AmPN

Kordyliera Wulkaniczna

rejon

aktywnych i wygasłych wulkanów

wygasły - krater z jeziorem kraterowym , zbyt małe wyzwanie

12.02.2016

85

WULKAN San Miguel Tecuitlapa

ok. 2600m

Meksyk,

AmPN

Kordyliera Wulkaniczna

rejon

aktywnych i wygasłych wulkanów

wygasły - z jeziorem kraterowym w części krateru, zbyt małe wyzwanie

12.02.2016

86

rejon wulkanu  Colima

i Nevado de Colima

 

ok. 1300-1800m

Meksyk,

AmPN

Kordyliera Wulkaniczna

rejon

aktywnych i wygasłych wulkanów

obserwacja bardzo aktywnego wulkan Colima(ok. 3800m) i wygasłego Nevado de Colima (4260m) z Ciudad Guzman i La Yerbabuena

14-16.02.2016

87

okolice wulkanu Paricutin

ok. 2300-2600m

Meksyk,

AmPN

Kordyliera Wulkaniczna

rejon aktywnego wulkanu Paricutin 2800m

pola lawowe, popioły, spalone wioski, w tym kościół San Juan Parangaricutiro

17.02.2016

88

rejon wulkanu St. Helens

800-1150m

USA

AmPN

Góry Kaskadowe, Kordyliery

rejon aktywnych wulkanów

obserwacja aktywnego wulkanu St. Helens 2549m, od południa i północy

25-26.02.2016

89

masyw Mt. St. Helens

ponad 500m

USA,

AmPN

Góry Kaskadowe, Kordyliery

masyw aktywnego wulkanu

jaskinia wulkaniczna Ape (ok. 4000m długości)

25.02.2016

90

Mammoth Hot Springs

ok. 1900-2050m

USA,

AmPN

Koło kaldery Yellowstone, północne USA

rejon aktywnego super- wulkanu

pole geotermalne z tarasami trawertynowymi

02.03.2016

91

Gingko Petrified Forest

ok. 200-300 m

USA,

AmPN

Stan Waszyngton, koło zalewu Wanapum

Rejon wygasły

spetryfikowany las w polu lawowym

03.03.2016

92

Duvalo

ok. 725-740m

Macedonia, 

Europa

Półwysep Bałkański koło Jez. Ochrydzkiego

Rejon wygasły koło wsi Kosel i miasta Ochryda

Pozostałości po niewielkim polu geotermalnym (być może pochodzenia tektonicznego), mofety o wyraźnym zapachu siarkowodoru + CO2

30.06.2016

93

Little Meru

3820m

Tanzania, Afryka

Region Arusha

Wygasły szczyt w pobliżu aktywnego wulkanu

Odizolowany szczyt w starej kalderze wulkanicznej

24.08. 2016 i 25.01 2017

94

Masyw Kilimanjaro (Kilimandżaro)

3000-4700m

Tanzania, Afryka

Region Kilimanjaro, pomiędzy Moshi i Kenią

Masyw wygasłego wulkanu

Lawy i skały wulkaniczne Machame-Shira-Barranco-Barafu, w tym jaskinia i lawy koło Shiry (3850-3910m), Lava Tower (4690m), skały w rejonie Barafu (4600-4700m), obserwacja Mawenzi 5148m i Shira ok. 4000m

27.08 -30.08. 2016, 28-31.01., 24-29.08 2017

95

WULKAN

Ngorongoro (kaldera)

ok. 1700-2400m

Tanzania, Afryka

Region Arusha, ryft Gregory’ego

Wygasła kaldera

Największa wygasła kaldera na świecie, ok. 260-300km2, zbyt małe wyzwanie

01.09 i 03.09.

2016, 06.02.

2017, 30.08 i 01.09 2017

96

Morasko

ok. 100-150m

Polska, Europa

Miasto Poznań, Wielkopolska

Kratery po uderzeniu meteorytu ok.3tys. lat pne

Rezerwat Przyrody Meteoryt Morasko

24.09. 2016

97

Crater Highlands (Ngorongoro Highlands)

Wyżyna Kraterów

 

ok. 600-1000m, szczyty wulka-nów do 3682m

Tanzania, Afryka

Region Arusha, ryft Gregory’ego

(Wschodni Rów Afryki)

tereny wygasłe (w większości) i aktywne; kratery, kaldery, stożki żużlowe

Wulkaniczna wyżyna, przykłady wulkanów: Gelai 2942m, Kitumbeine 2865m, Ela Naibori, Loolmalasin 3682m, Ol Doinyo Lengai 2954m, Ngorongoro

03-05.02.

2017

98

Masyw Etny - Grotta del Gelo i jaskinie wulkaniczne

1300m - 2700m

Włochy,

Europa

 

Wschodnia Sycylia

masyw aktywnego wulkanu

Grotta del Gelo (2045m, 125m dł., z lodowcem w środku), "Jaskinia Śnieżna"(2164m, ok. 50m dł), kilkadziesiąt innych jaskiń oraz grot wulkanicznych

17-20.06.2017

99

Masyw Etny - pola lawowe

700m - 3331m

Włochy,

Europa

 

Wschodnia Sycylia

masyw aktywnego wulkanu

Kilkadziesiąt kilometrów po polach lawowych z wszystkich stron Etny, od kilkusetletnich, po najmłodsze

XI. 2009

14-20.06. i 7-11.10 2017

100

Masyw Etny - Valle del Bove i Valle del Leone

1700m-2900m

Włochy,

Europa

 

Wschodnia Sycylia

masyw aktywnego wulkanu

Rejony dwóch wyróżniających się dolin wulkanicznych z dwóch stron Etny, z kraterami i mikrolodowcami

14-15.06, 18.06., 9-10.10 2017

101

Masyw Etny - jezioro płynnej lawy i wybuchy gazowo-popiołowe, liczne fumarole, tereny geotermalne, pola siarki

3280m - 3315m

Włochy,

Europa

 

Wschodnia Sycylia

masyw aktywnego wulkanu

Obserwacje dzienne i noce jeziora płynnej lawy w zboczu Krateru Centralnego (Voragine) i niewielkich wybuchów z Kraterów Południowo-Wschodnich, eksploracja licznych terenów geotermalnych

14-18.06. i 7-10.10 2017

102

WULKAN Gran Cratere di Vulcano

375m (213m dno krateru)

Włochy,

Europa

 

Wyspy Liparyjskie, Wyspa Vulcano

aktywny wulkan

Zejście do krateru, penetracja zewnętrznych zboczy krateru i licznych fumarol, zbyt małe wyzwanie

3-4.10. 2017

103

WULKAN Vulcanello

123m

Włochy,

Europa

 

Wyspy Liparyjskie, Wyspa Vulcano

Nieaktywny wulkan w rejonie aktywnych wulkanów

Uśpiony od 1550r. ne wulkan bez oznak aktywności z zarośniętym kraterem, zbyt małe wyzwanie

4-5.10. 2017

104

I Fanghi di Vulcano, wulkaniczne wybrzeże

minus 2m – plus 20m

Włochy,

Europa

 

Wyspy Liparyjskie, Wyspa Vulcano

Rejon aktywnych wulkanów

Pole geotermalne z wyziewami i źródłami termalnymi, źródła termalne w morzu, wulkaniczne plaże i wybrzeże

4-5.10. 2017

105

Sciara del Fuoco, wulkaniczne wybrzeże

0-500m

Włochy,

Europa

 

Wyspy Liparyjskie, Wyspa Stromboli

Wyspa z aktywnym wulkanem

Osuwisko skalne, wulkaniczne plaże i wybrzeże

6.10.

2017

 

Stan na 31.12. 2017

 

 

 

 

 

 

Oto około 50 zdjęć z kilkudziesięciu tysięcy zrobionych w 2017 roku.

Opublikowano w Blog
Strona 1 z 9

nationalgeographic box

red bull 225x150

TOKFM box

iexpert 225X150px

stopka plecak

LogoStopka

stopka plecak

Strona używa informacji zapisanych za pomocą… plików cookies w celu dostosowania do indywidualnych potrzeb użytkowników. Jeżeli tego nie akceptujesz zmień ustawienia przeglądarki dotyczą…ce cookies. Więcej informacji można znaleźć‡ w naszej Polityce prywatności.