a2b2

red bull box 225x150

pzu bezpieczny 225x140

spokey.jpg 225PX

LOGO

Podziel się

FacebookMySpaceTwitterGoogle BookmarksLinkedinRSS Feed

Belize City. Przyjechał autobus do Cancun. Liczba pasażerów wynosiła 14 osób, same białasy, bo drogie bilety. Dwóch meksykańskich kierowców nie mówiło wcale po angielsku, nikt w autobusie nie mówił płynnie po hiszpańsku. Dlatego od razu powstało zamieszanie. Większość osób wysiadała na trasie, w miejscach turystycznych. Kierowca tak gestykulował i używał słów w taki sposób, że zainteresowani zrozumieli, że to nie ich autobus. Zaczęli wysiadać i zabierać swoje bagaże. Kierowca zaczął ich łapać, dając jednak do zrozumienia, że to właściwy autobus. O co chodziło, nikt nie miał pojęcia? Gdy znowu komplet znalazł się w autobusie, nie nauczony doświadczeniem z przed kwadransa kierowca jeszcze raz rozpoczął wywód, z którego można było wywnioskować, że autobus nie zatrzyma się w miejscach pośrednich pomiędzy Belize City a Cancun. Ludzie zgłupieli, niektórzy się śmiali, zaczęli wysiadać z autobusu. Udali się do sklepiku, w którym przy okazji kupuje się bilety, by zapytać o co chodzi? Zamieszanie totalne. Kierowca biegał, próbował ludzi znowu zaprowadzić do autobusu. Najprostsze anglojęzyczne pytanie pozostawało bez odpowiedzi. Niektórzy nieźle go opieprzyli, dobrze że tego nie rozumiał. Ale na opieprz zasłużył. W głupszy sposób sprawy rozegrać nie było można.

Ale to nie był koniec, a czas odjazdu dawno już minął. Kierowca poprosił nas wszystkich o wysiadkę. Trzeba było sporej wyobraźni, by zrozumieć, że chodzi mu o pogrupowanie bagaży według destynacji. Może o to mu wcześniej chodziło? Absurd polegał na tym, że w wielkim luku, wszystkie bagaże leżały obok siebie i nie miało żadnego znaczenia, gdzie kto wysiada. Każdy mógł w sekundę wyciągnąć swój bagaż. Ludzie nie wiedzieli o co chodzi, przesuwali swoje bagaże według niezrozumiałych sugestii kierowcy. W części do Cancun było sześć walizek plus mój plecak. Lecz do Cancun dojechałem jako jedyna osoba, taki paradoks.

Jedziemy. W autobusie był telewizor, więc kierowcy puszczali filmy. Wszystkie z hiszpańskim lektorem, bo Latynosi nie lubią czytać napisów. To że nikt z pasażerów nie zna hiszpańskiego, drobiazg. Choć można było ustawić napisy angielskie, panowie tego nie zrobili. A może nie potrafili? W końcu na autobusowym wyświetlaczu królował rok 2010, miesiąc, dzień i godzina również zupełnie nie pasowały.

Do dzisiaj „mam traumę” po oglądaniu filmów w hiszpańskojęzycznych autobusach. Podczas jednej z wypraw do Ameryki Południowej, w 2010 roku, byłem zmuszony do wielokrotnego oglądania filmu Avatar. Jako że podstawowym środkiem transportu był autobus i spędziłem w nich wiele godzin, łącznie – dni. Kilkanaście razy albo i więcej karano mnie nim, czasami dwa razy podczas jednego przejazdu. Kobiety płakały ze wzruszenia a ja błagałem w myślach, by mnie ktoś zastrzelił. Koszmarny, długi i nudny film.

Tym razem Avatara nie musiałem oglądać, ale coś równie okropnego. Jakiś film z mapetami. Drugi kierowca, który siedział przede mną był nim zachwycony. Nie odrywał oczu od ekranu i głośno się śmiał. A ja się zastanawiałem gdzie jestem? Ukryta kamera, zakład psychiatryczny na kółkach? Kolejny film z pirackiej płyty, które tutaj wszędzie można kupić, poważniejszy, z czasów drugiej wojny światowej, nie wzbudził najmniejszego zainteresowania u kierowcy. Przerzucił się na jakieś hiszpańskojęzyczne bzdury na smartfonie, jeszcze gorsze od mapetów. I uchachany był cały czas. Co roku powstają liczne filmy jak to ludzie zamieniają się z zombie i miałem właśnie takie odczucie. Koszmarnie antyintelektualna papka filmowo-telewizyjna robi z ludzi takich zombie. Oglądanie zabija szare komórki i później pojawia się wrażenie, że człowiek żyje wśród zastraszająco rozszerzającej się epidemii zamieniającej ludzi w bezmózgie stwory. Przerażająca świadomość.

Pozostali pasażerowie mieli zdaje się podobne odczucie. Skupiali się na wszystkim, tylko nie na oglądaniu filmów. Ale gdy kierowca przy mapetach wybuchał śmiechem, oni również. Tylko śmiali się z głupkowatego śmiechu kierowcy, który myślał, że cieszą się tak jak on zabawną sceną w mapetach. Też miałem niezły ubaw. Bardzo lubię obserwować z boku ludzi, świat. Jak się zachowują, co i jak mówią, wypatrywać nawet tych drobnych gestów, które tak dużo mówią o człowieku. Zawsze interesowała mnie psychologia i gdy jeszcze byłem czynnym prawnikiem, powtarzałem – prawnik musi być dobrym psychologiem. Umiejętność psychologicznego rozpracowywania ludzi przyniosła mi wiele sukcesów, także w sprawach beznadziejnych. Brakuje mi tego czasami. Ale bycia podróżnikiem „na pełen etat” nie da się połączyć z byciem prawnikiem nawet „na ćwierć etatu”.

Po poważnym filmie znowu na ekranie pojawiła się jakaś durna bajka, kierowca odłożył smartfon, skupił się na dużym ekranie. W międzyczasie kierowca fizycznie prowadzący autobus puścił sobie muzykę, takie lokalne disco-polo. Gdybym był zainteresowany filmem, nie słyszałbym lektora.

Granica Belize – Meksyk. Asfaltowo-betonowa bez lokalnych klimatów. Żadnych sprzedawców, sklepików. Jedynie kilka osób gotowych służyć za kantory. Prawdopodobnie granicy nie da się pokonać pieszo. Punkty graniczne dzielą 2-3 kilometry szerokimi i obetonowanymi drogami. Ale widziałem, że niektórzy pokonywali granicę taksówkami. Wpierw Belize. Tylko nasz autobus, ale odprawa trwała długo – bo to Belize i chillout, który w Europie nazywamy lenistwem albo brakiem wydajności. Belize turystów żegna efektownie – opłatą wyjazdową w wysokości 40 lokalnych dolarów albo 20 amerykańskich. I nie ważne czy w Belize byłeś pięć godzin czy tydzień. Od Panamy poszalał podobnie tylko jeden kraj – Nikaragua, pobierająca na wjeździe 14usd.

Rozumiem Belize. W kraju, w którym głównym celem mieszkańców jest nic nie robić, trzeba jakoś pozyskać pieniądze. Dla turystów to bolesne, dla Belize zbawienne. Ale tylko pozornie. Opinia, zgodna z prawdą, że kraj jest drogi i pobiera dużą opłatę na granicy, zniechęca wielu turystów do przyjazdu tutaj. Skoro mogą to samo zobaczyć za dużo mniejsze pieniądze w sąsiednich krajach, po co tutaj przyjeżdżać. Belize można pominąć. Gwatemala z Meksykiem ma granicę. Gdyby lokalne władze były mądre – zniosłyby tą opłatę albo drastycznie obniżyły. Dopilnowałyby, aby ceny noclegów, transportu, biletów wstępu nie były wysokie. Lepiej zorganizowały usługi turystyczne. Wtedy, w nagrodę, przyjechałoby tutaj wielu turystów, którzy zostawiliby sporo pieniędzy. A to diametralnie mogłoby poprawić ekonomię tego małego, ledwie 400-tysięcznego państwa. Póki co, krąży opinia w świecie, że Belize jest drogie i lepiej je omijać. I większość turystów przemierzających Amerykę Centralną tak właśnie robi. A ci co odwiedzili Belize, tak jak ja uważają, że nie ma tutaj po co przyjeżdżać ponownie. A do Meksyku czy Gwatemali, owszem.

Długo trwało zanim dotarłem do okienka, by móc uiścić 20usd i dostać pieczątkę do paszportu. Urzędnik miał permanentnie namalowane na twarzy jak mu się źle pracuje, jak tego nie chce, jak go to męczy. I nie miał mi wydać reszty z 100usd. Powiedział bym poszedł do wymieniacza walut. Zwariowałeś, nie muszę płacić jeśli nie masz mi wydać – powiedziałem. A potem może mam od nowa stanąć w kolejce? – pomyślałem sobie. Próbujemy swoich sił. Ja się nie ruszam, on nic nie robi. Nie minęła minuta, gdy zmiękł, poprosił jakąś koleżankę, która wzięła ode mnie 100 usd i poszła rozmienić.

Możemy jechać na wielką meksykańską granicę. Jest nas komplet, ale czy na pewno? Kierowca miał w zwyczaju 2-3 razy liczyć pasażerów. Raptem 14 osób. I miał z tym duże problemy. Policzył dwa razy i jedziemy, ale jest nas 12 osób. Krzyknęliśmy, że to jeszcze nie wszyscy. Poczekał.

Granica ogromnych rozmiarów, ale wybitnie pusta. Więc pójdzie szybko? Nie w Meksyku. Biurokracja i zła organizacja wydłużą wszystko.

Po stronie meksykańskiej pracownica służb granicznych na małym stoliku sprawdzała nasze podręczne bagaże. Dokładnie udawała pracę. I bardzo dobrze. Otwieraliśmy nasze plecaki, zaglądała i szliśmy dalej. Przy okazji pytała czy mamy jakieś produkty żywnościowe, bo przewóz jest zakazany. W praktyce było to marnowanie czasu, bo nic sprawdzić nie mogła, gdyby chciała to zrobić dokładnie, pół dnia byśmy tam spędzili. Bezsensowna praca, ale jak ktoś jej za to płaci, rozumiem że nie protestuje.

Musieliśmy też wypełnić formularze celne, idiotyczne i nikomu niepotrzebne. Ale niektóre państwa nie mogą się z nimi rozstać. Jeden z pasażerów miał już wypełniony i wydrukowany. Lecz inna pracownica granicy, gdy jej wręczał, zakwestionowała go. Po angielsku ni w ząb. Właściciel druku jej tłumaczył co na nim jest. Ona, że tutaj zaznaczył przekroczenie granicy samolotem, on jej pokazuje, że zaznaczył lądem. Ona, że samolotem. Kłócą się. Nie chce go puścić. Znika z tym formularzem, chodzi po pokojach. Potem na korytarzu zbiera się konsylium nad zupełnie nieistotnym świstkiem papieru. By po kwadransie człowieka puścić, mówiąc że wszystko jest w porządku. Z punktu widzenia obserwatora traci się jakikolwiek respekt przed takimi urzędnikami, bo w głowie pojawia się komunikat: co za debile, kto ich tu zatrudnił i tym podobne.

Dalej jeden z naszych kierowców powiedział byśmy weszli do autobusu. Zanim to się stało, drugi kierowca kazał nam zawrócić i zabrać bagaże. Wszystkie. Okazało się, że czeka nas rentgen. Niektórym kazano przejść z bagażem na bok, do dokładniejszej kontroli. Która wyglądała tak jak wcześniej. Gdy pracownicy zobaczyli po otwarciu plecaków, że nie da się ich skontrolować bez wypakowania, odpuścili. Nasz autobus podjechał. Wkładamy do luku bagaże, ale biegnie jeden z kierowców i każe wyciągać. Nikt nie rozumie o co chodzi, ale dobrze. Wyciągnęliśmy. Przez pięć minut nic się nie działo, po czym mogliśmy ponownie załadować bagaże. Idziemy do autobusu, wchodzimy. Drugi kierowca krzyczy, że nie wolno. Wychodzimy, śmiejemy się. Bo cała procedura kontroli i w Belize i w Meksyku była żałosna, a do tego nasi kierowcy koniecznie chcący wyjść na głupków. Po pięciu minutach, gdy się nic nie działo, możemy wejść do autobusu. Gdy usiedliśmy, kierowca nas znowu wyprasza. Ponieważ ponownie chce, byśmy ułożyli swoje bagaże według miejsca wysiadki. A ja ponownie napiszę, że było tyle miejsca iż każdy mógł te bagaże położyć obok siebie i łatwo później wyjąć. W końcu jesteśmy w Meksyku.

Gdy podczas jednego wysadzania pasażerów zapytałem kierowcę, czy mam chwilę by kupić wodę i coś do jedzenia. Usłyszałem, jasne, na luzie, mamy czas. Ale drugi kierowca kilka metrów dalej do mnie, gdzie idziesz, odjeżdżamy. Wracam z nim do autobusu, ale on nie wchodzi do niego, tylko idzie gdzieś dalej. No to pytam jeszcze raz tego samego kierowcy ile mamy czasu? Mamy czas, idź, kupuj. Poszedłem. Zajęło mi to trzy minuty. Drugi kierowca mimo że palił i do odjazdu się nie śpieszył, marudził gdzie ja się włóczę. Fajne chłopaki, ale zupełnie nierozgarnięci. Przynajmniej potrafili kierować autobusem.

Turyści z krajów zachodnich to ciągle zdecydowanie największa grupa turystów (w niedalekiej przyszłości pokonają nas Azjaci). Dlatego na świecie próbują przypodobać się nam i świadczyć usługi na oczekiwanym przez nas poziomie. Próbują. Bo zwykle im nie wychodzi. Nie inaczej było z usługą przejazdu z Belize do Cancun. Kierowcy nie wpadli na pomysł, by zrobić podczas tej wielogodzinnej podróży postój na posiłek. W autobusie jest toaleta, wystarczy. Sami zatrzymywali się przy drodze kupując w dużych ilościach lokalny alkohol, owoce. O pasażerach nie pomyśleli. A nie każdy kupił sobie jedzenie i wodę na całodzienną podróż. Pobranie opłaty za bilet skomplikowano. Część pobierana w Belize, część w Meksyku. Nie wiadomo jakie waluty przygotować do płacenia? Pasażerowie byli skołowani. I w dwóch biurach w dwóch kolejkach oraz w dwóch krajach trzeba było stać, aby opłacić bilet. Panowie kierowcy rzecz jasna żadnym rozkładem jazdy się nie przejmowali. Lepiej było na przykład zatrzymywać się dziesięć razy, by za ostatnim kupić taki alkohol jaki potrzebują, tracąc na wcześniejsze postoje dwadzieścia minut. W Cancun – jako jedyny pasażer - znalazłem się z ponad 2-godzinnym opóźnieniem, co skomplikowało moje plany. Przy czym droga pozwalała skrócić czas przejazdu względem rozkładu. Do tego musiałem przesunąć zegarek do przodu o godzinę z powodu zmiany strefy czasowej.

Liczyłem, że z Belize będzie transport, który pozwoli mi do Cancun dojechać w godzinach popołudniowych. Nie było. Ale pozostała nadzieja, że dojadę w godzinach wczesnowieczornych. Nie spełniła się. Dojechałem przed 22:00 (przed 23:00 po zmianie czasu). Dzięki temu, że celowo blisko dworca wynalazłem sobie nocleg, po szybkim dojechaniu do niego taksówką, mogłem podjąć próbę szukania wycieczki do Chichen Itza na następny dzień. Mój hotelik nie oferował niestety takiej usługi. A Cancun okazało się pozamykane o tej porze. Praktycznie wszystko zamknięte i to w centrum miasta. Prawie zero ludzi na ulicach. Do tego koszmarnie brzydko. Rozczarowałem się. Po takim mieście spodziewałem się całonocnego życia i że nawet o północy będę mógł wykupić wycieczki, które mnie interesują. Trzeba być przygotowanym na takie okoliczności. Byłem. Dwa dni przewidziałem na pobyt. Jeden miał być na Chichen Itza, drugi na spacer po Cancun i solidne przepakowanie.

Ten dziwny dzień dobiegł do końca. Nic nie zwiastowało, że będzie taki. Dzień jak z filmu „Głupi i Głupszy”. Zdarzają się co jakiś czas. Po takim dniu zawsze mam wątpliwości, czy aby na pewno człowiek jest najinteligentniejszą rasą na naszej planecie?

Kolejny raz w Meksyku, ale w Cancun i na Jukatanie mnie jeszcze nie było. Miasto powstało nad Atlantykiem, jako przeciwwaga dla Acapulco znajdującego się nad Pacyfikiem. Jest to młode miasto, wybitnie turystyczne, liczy ok. 750tys.mieszk. Szczególnie chętnie przylatują tu Amerykanie. Mają blisko, USA zaczyna się już po drugiej stronie Zatoki Meksykańskiej, a z Waszyngtonu to zaledwie trzy godziny lotu.

Samo miasto jest brzydkie, a główną jego atrakcją są piaszczyste plaże nad Morzem Karaibskim. Wzdłuż którego ciągnie się tzw. Zona Hotelera. Czyli 20-kilometrowy pas nowoczesnych hoteli pomiędzy morzem a laguną Nichupte. Wybudowano je na wąskim przesmyku, odgrodzonym od miasta laguną. Jakby zupełnie osobny byt, z centrami rozrywki, handlowymi, sklepami, restauracjami. Ciepłe Morze Karaibskie, lazurowa woda, biały piasek. Ale także lasy namorzynowe, namiastka dzikiej przyrody, zdarza się spotkać tam nawet krokodyla. Są też ruiny Majów. Najsłynniejsze to El Rey. Niewielkie miasto z okresu 1200-1500r. n.e. Ale sympatyczne, przy odrobinie szczęścia można być jedynym zwiedzającym. Kamienne ruiny w tym niewielka piramida, palmy, liczne iguany. W pobliżu jest publiczna plaża.

Osiem kilometrów dalej idąc w kierunku centrum są niewielkie ruiny Yamil Lu`um (Templo del Alacran). Trudno je znaleźć, nawet miejscowi ich nie znają. Ponieważ są przy plaży, na terenie hotelu. Dostęp do nich jest od strony morza, chociaż sznur odgradzający posiadał tabliczkę, by nie przechodzić. Od drogi nie ma dojścia, bo jest ciąg hoteli. Trzeba znaleźć lukę, wejście na plażę. Takie znajduje się blisko posterunku policji, całkiem niedaleko „diabelskiego koła”. Ruiny pochodzą z poklasycznego okresu 1200-1500r. n.e. Można odnieść wrażenie, że właściciele hoteli chętnie by ten teren zrównali z ziemią i je rozbudowali. Bez problemów z terenu ruin przez hotel dostałem się do drogi, udając jego mieszkańca. W ich sąsiedztwie są baseny, więc łatwo wtopić się w tłum.

Ruiny El Meco oddalone są o 25km od ruin El Rey, od centrum Cancun o jakieś siedem kilometrów na północ. Wielkością są niewiele mniejsze od El Rey (które są po drugiej stronie miasta), ale zdecydowanie rzadziej odwiedzane przez turystów, bo na uboczu. W okolicy jest niewiele hoteli, a zatoka mniej urokliwa do kąpieli i odpoczynku, plaże dużo słabsze. To popularne miejsce wypoczynku mieszkańców miasta. Naprzeciwko jest Isla Mujeres. El Meco powstało w okresie klasycznym (300-600r. n.e.). Miejscowość ta funkcjonowała do ok. 1500 r. n.e. Najwyższy piramidalny budynek (świątynia) ma 12,5 m wysokości i jest najwyższą budowlą Majów na północnym wybrzeżu stanu Quintana Roo. Spokojne miejsce, po którym biegają iguany.

Żeby na spokojnie odwiedzić przedstawione ruiny i spędzić chwilę na plaży i w morzu, dzień w zupełności wystarczy. Są taksówki, można wynająć samochód, ale na tej trasie bardzo łatwo poruszać się autobusami i mikrobusami.

Informacje praktyczne. Przejazd Belize City – Cancun: ok. 530km, ok. 9-11h, cena 112 dolarów Belize / 56usd (drogi są dobre, zwłaszcza w Meksyku widać, że wjechało się do kraju dużo bogatszego niż większość w Ameryce Centralnej). Opłata wyjazdowa z Belize: 20usd (40 dolarów Belize), Meksyk nie pobierał żadnej opłaty. Gniazdka elektryczne w Meksyku: dwa płaskie bolce (takie są w całej Ameryce Centralnej, także w USA). Czas: UTC minus 5 (w Belize minus 6). Waluta: pesos meksykańskie: 17-17,50 za 1usd. Wszędzie można płacić amerykańskimi dolarami. Walutę można wymienić w kantorach. Ceny noclegów: rozrzut jest ogromny, ale łóżka w hostelach można mieć już za 5-6usd, a prywatny pokój (z łóżkiem małżeńskim, łazienką, klimatyzacją, TV i czasami z prostym śniadaniem) za 14-15usd. W mojej ocenie Meksyk to najtańszy kraj Ameryki Centralnej. Tak jak we wszystkich krajach tej części świata, w przypadku Polaków wystarczy paszport, nie ma wiz.

El Rey, El Meco – bilety wstępu 3usd ((lub 55pesos), Yamil Luum bezpłatnie). Autobus z centrum do El Rey 12pesos, mikrobus z centrum do El Meco 10pesos. Dwa kilometry taksówką 4usd. W Cancun czynne całą dobę są liczne sieciowe małe markety, gdzie można przy okazji zjeść coś fastfoodowego, napić się kawy (7-eleven, Circle K). Mając 3-10usd jest bardzo dużo możliwości posilenia się w lokalnych knajpkach i w światowych fastfoodach (tańsza, zdrowsza i smaczniejsza jest ta pierwsza opcja). Przekąska uliczna typu lód, kawałek owocu, garść orzeszków 0,5-1usd. Ceny w sklepach, marketach – trochę niższe niż w Polsce. Bardzo atrakcyjne ceny ma walmart w swoich hipermarketach. Ceny w miejscach turystycznych są kilkukrotnie wyższe.

Na zdjęciach z trzeciej dekady marca - Cancun: Zona Hotelera i Morze Karaibskie oraz kolejno ruiny Majów: Yamil Luum, El Rey, El Meco. Później śródmieście Cancun.

I wreszcie ostatnie zdjęcie. Gość z dupą – nie mogłem się powtrzymać przed jego zrobieniem. Pan US Army z tyłkiem na wierzchu wyglądał wybitnie komicznie. Często widzę, wszędzie na świecie, że kobieta wygląda co najmniej normalnie, a jej facet pokracznie za sprawą nieumiejętnego doboru garderoby oraz sposobu jej noszenia. Drogie panie, zadbajcie o swoich facetów, by nie robili z siebie, a przy okazji z was – pośmiewiska.

Opublikowano w Blog
Przed podróżą do Ameryki Środkowej przebywałem w Tanzanii. Był to udany wyjazd i warto mu poświęcić kilka zdań. Cała grupa Pamir.pl, która zdecydowała się wyruszyć na szczyt Kilimandżaro – Uhuru Peak 5895m, osiągnęła swój cel. Jak zwykle – chce się napisać. Nie mniej, warto podkreślić, że dla większości Uczestników dotychczasowy rekord wysokości oscylował w granicach 2500-3000m. To dowód, że jak wyjazd jest dobrze przygotowany, a ekipa sprawna i zdeterminowana – można się pokusić o tak wielki sukces.

Tym większy, że miał on kilka smaczków. Jako lider wyjazdów, zawsze wszystkich dopinguję i dostarczam dodatkowych atrakcji, czasami męczących :). Dlatego zbieraliśmy piękne obsydiany na wysokości 3900m, byliśmy w jaskini i na kilku skałach, z Lava Tower (4690m) wyłącznie. A w niższych partiach podziwialiśmy tropikalną przyrodę, wodospady, zwierzęta.

Nawet udało mi się przekonać jednego z naszych dzielnych zdobywców - Mariusza Niedzielę - na bardzo męczący wysokogórski spacer. Co prawda, oberwało mi się później, że moje słowne lawiranctwo wprowadziło go w błąd i gdyby znał rzeczywistość, nie zdecydowałby się. Ale przyznał, że jest bardzo szczęśliwy z efektów tej wycieczki. A ja się cieszę, że moje prawnicze umiejętności artykulacji, ciągle mają się dobrze.

Zdobycie Uhuru Peak 5895m jest fajne, ale widoki z niego są takie sobie. Najciekawsze znajdziemy wewnątrz kaldery wulkanu Kibo (część Kilimandżaro). To jednak wymaga pewnego wysiłku, bo wysokości oscylują pomiędzy 5700-5850m. Tym razem zaproponowałem odwiedziny Wschodniego Lodowca Kilimandżaro (Eastern Icefield). Jest on dosyć daleko położony od Uhuru. Ale jeśli na wierzchołku rocznie potrafi stanąć ponad 50 000 osób, to na tym lodowcu w całej historii podbojów Kilimandżaro było od kilku do kilkudziesięciu, głównie naukowców. To robi różnicę. Mariusz będzie pokazywał wnukom zdjęcia jak chodził po lodowcu, ale wtedy już go pewnie nie będzie. Roztopi się.

Już teraz Wschodni Lodowiec jest rozczłonkowany, niektóre fragmenty niedługo znikną. Dlatego wędrówka po nim, była świetną przygodą. O ile, South Icefield (Południowy Lodowiec, Południowe Pole Lodowe) jest blisko ścieżki na Uhuru, a North Icefield (Północny Lodowiec) jest widoczny ze szczytu i budzi zainteresowanie, bo jest największy. O tyle, Eastern Icefield jest na uboczu i po drodze donikąd. Tylko takiemu wariatowi jak ja, choć wolę słowo pasjonat, przychodzą do głowy takie pomysły. I nigdy ich nie żałuję. Bo choć Wschodnie Pole Lodowe jest niewielkie, to ciągle jest trzecim kompleksem lodu pod względem powierzchni na Kilimandżaro. Umiejscowionym od strony Kenii, z dobrym widokiem na Mawenzi. By uzmysłowić sobie jak niewiele zostało z czapy lodowej na najwyższej górze Afryki, trzeba wiedzieć, że Lodowiec Północny ma już mniej niż kilometr kwadratowy powierzchni i skurczył się o około 90% względem jego pierwotnej wielkości. To dotyczy całego lodu na Kilimandżaro. Część naukowców uważa, że cały lód z góry zniknie do 2040 roku, jeśli klimat się nie ochłodzi. Ja uważam, że resztki lodowców mogą utrzymać się dłużej.

Będąc na lodowcu, odwiedziliśmy też pobliski Reusch Krater (część wulkanu Kibo) i to ze strony nieodwiedzanej. Z drugiej strony, pod Uhuru, dnem krateru biegnie ścieżka jednej z dróg "wspinaczkowych" i czasami turysta się tam pojawi. Jeśli ma siłę, wejdzie na skraj krateru. Natomiast od strony Lodowca Wschodniego próżno szukać śladów stóp. Tam się po prostu nie chodzi, bo po co? Wysoko, mało tlenu, zmęczenie, daleko. Cóż poradzę, że mnie takie miejsca najbardziej kręcą. A widok na krater od tej strony jest bardzo interesujący, pod zewnętrznym pierścieniem dymią solfatary. Innymi słowy, z Mariuszem odbyliśmy fajną kilkugodzinną wycieczkę. Tylko my i wulkan, oraz świadomość że prawie nikt tutaj nie był i nie widział tego wszystkiego.

Gdy jest czas i chęć, będąc u podnóża Kilimandżaro, też mam różne wycieczki do zaoferowania. Tym razem odwiedziliśmy dwa miejsca.

Wodospad Materuni – duży, wysoki (ok. 150m), spadający z wulkanicznego klifu. Położony w pięknej tropikalnej scenerii. Pośród pól uprawnych kawy, bananów, awokado. Można się pod nim wykąpać.

Kikuletwa (Chemka) Hot Springs - to nie do końca termalne źródła, i bardzo dobrze. Gdy na zewnątrz upały, warto się ochłodzić. Woda pochodzi z masywu Kilimandżaro, jest w sam raz do kąpieli. Sceneria – bajkowa. Figowce i ich pokręcone korzenie. Lazurowa rzeka i jeziorka. Można tutaj coś zjeść, wypożyczyć koło – dętkę do pływania. Nawet jest szansa na masaż. Są również palmy, a w pobliżu dostojne baobaby.

Safari w parkach Serengeti oraz Ngorongoro spełniło wszelkie oczekiwania. Nie tylko pogoda cały czas dopisywała, ale zobaczyliśmy rzadkie zwierzęta jak nosorożce i lamparta (czyli najrzadsze zwierzęta z tzw. Wielkiej Piątki Afryki). Ponadto, polowanie gepardów na guźca, ogromne stado słoni i niezliczone ilości zebr, żyraf czy gnu. Łącznie ze sto gatunków różnych zwierząt – mniejszych i większych. Nie zabrakło wizyty w wiosce masajskiej.

Wspomnę jeszcze o jednej rzeczy. Uczestnicy wyjazdów na Kilimandżaro przygotowując się, czytają różne internetowe informacje osób, które weszły lub próbowały wejść na górę. I co bardzo ciekawe, po wyjeździe kwitują dosadnie jakość tychże informacji. Najłagodniejsze padające określenia brzmią: „bzdury” albo „ten ktoś nigdy nie był na Kilimandżaro”. O czym to świadczy? Odczucia podczas zdobywania tak wysokiej samotnie stojącej góry są tak bardzo indywidualne, że czytanie internetowych relacji wielkiego sensu nie ma. A na pewno lepiej się nimi nie sugerować. Abstrahując od licznych fałszów i przekłamań w tych zapiskach, bez własnych doświadczeń nie sposób ich zweryfikować.

Poniżej próbka zdjęć z ostatniego wyjazdu do Tanzanii.

Opublikowano w Blog
Pierwszy Pamirowy wyjazd w 2017 roku do Tanzanii za nami. Plan był ambitny, uczestnicy również, dlatego osiągnęliśmy wszystkie założone cele.
Na początek Małe Meru 3820m i Meru 4566m (Socialist Peak). Ten najwyższy aktywny wulkan Afryki (i piąta góra kontynentu), oferuje ciekawą wędrówkę skrajem starej kaldery, z efektownym widokiem na ciągle aktywny krater (ostatnia erupcja w 1910r.). Poniżej lasy tropikalne i sawanny. Przy dobrej pogodzie okazale prezentuje się pobliskie Kilimandżaro. W rejonie szczytu zastaliśmy resztki śniegu, co akurat na Meru jest bardzo rzadkim zjawiskiem.
Wędrówce w niższych partiach towarzyszył strażnik z karabinem z Parku Narodowego Arusha, gdyby jakiś większy zwierz chciał się z nami za bardzo zaprzyjaźnić. Tropikalny las, bawoły, gazele, zebry, żyrafy, małpy. Świetna rozgrzewka i aklimatyzacja przed Kilimandżaro.

Które pokazało nam pazur. Innymi słowy, najwyższa góra Afryki udowodniła, że może dać w kość. Ulewy, burze z gradobiciem, śnieżyce, mgły i chmury. W dużej mierze tak wyglądały nasze pierwsze 4 dni wędrówki drogą Machame (Whiskey Route). Dach Afryki tylko kilka razy na krótko się odsłonił. Jeszcze na godzinę przed atakiem szczytowym trwała śnieżyca, by nagle zapanowała idealna pogoda do walki o wierzchołek. W komplecie stanęliśmy na szczycie, w zimowych warunkach.

Uhuru Peak 5895m, to najwyższa część wulkanu Kibo i całego potężnego masywu Kilimandżaro (składa się z trzech stożków wulkanicznych: Shira, Kibo, Mawenzi).

Wraz z Marcinem i Mwinyi`m było nam mało i śnieżno-skalną ścianą zeszliśmy na dno krateru Kibo (5725m), by wdrapać się na skraj krateru Reusch (5853m), po drodze macając jeden z lodowców (Furtwangler), który pewnie niedługo stopnieje, jak inne lodowce Kilimandżaro. Jeżeli Uhuru próbuje rocznie zdobyć 40-60 tysięcy osób (to nie pomyłka), a na szczycie staje około 75-85% tej liczby, to już skraj pierwszego pierścienia Reusch rocznie osiąga od około 50 do 300 osób. Mało który z tanzańskich przewodników, mających nawet po kilkaset wejść na Uhuru, był tutaj. A ewenementem jest zejście nad sam krater, pojedyncze przypadki zdarzają się raz na ileś lat. Byłem jednym z nich. To niełatwe zadanie, bo wliczając Uhuru są cztery pierścienie do pokonania (od strony Kenii dwa). Z tego trzy ostatnie na zasadzie, zejście w dół, podejście na skraj pierścienia, by znowu zejść w dół. I tak do końca. Dopiero stojąc na krawędzi ostatniego, widać dno krateru. Wysokości przekraczają 5700-5800m.

Samotnie dotarłem na najniższy z pierścieni, skąd mogłem zobaczyć krater w pełnej okazałości, a po drodze przyjrzeć się ciągle obecnym wyziewom wulkanicznym, świadczącym o minionej aktywności (ok. 150-200 tys. lat temu). Ich temperatura nie była wysoka - przykładałem rękę, charakterystyczna była dla solfatarów (dominującym gazem był siarkowodór). Chociaż niektórzy nazywają Kilimandżaro wulkanem uśpionym (konkretnie wulkan Kibo), tak samo jak Meru, to według mnie Kilimandżaro obecnie można uznać za wygasły, a Meru ciągle za aktywny. W przyszłości pewnie się to zmieni.

Wielokrotnie podczas wyprawy rozmawiałem z moimi towarzyszami o wulkanach i Projekcie 100 Wulkanów. Byłem pod wrażeniem ich zainteresowania tematem i chęcią zdobycia wiedzy. Nawet poszli w moje ślady i z różnych miejsc przywieźli próbki law oraz minerałów, choćby obsydian czy biotyt. Będąc nawet kolejny raz w danym rejonie wulkanicznym, zawsze wprowadzam element badawczy i chęć dowiedzenia się czegoś więcej. Co też ucieszyło moich towarzyszy, ze względu na fakt, że mięli niepowtarzalną okazję wziąć w tym udział.

Kończąc wędrówkę po kraterze Kibo i Reusch, wróciliśmy do Stella Point 5756m, by ruszyć sprawnie w dół do Barafu Camp (nasz obóz był na wys. 4680m) i dalej drogą Mweka ku tropikalnym temperaturom. Wysoko, świeży śnieg w słońcu topniał szybko. Dzięki niemu nie kurzyło się pod nogami, co charakterystyczne dla wulkanów. Nisko, mogliśmy się przebrać w letnie stroje.

Pogoda do końca pobytu w masywie Kilimandżaro nam dopisywała, wspaniale prezentował się pobliski masyw Mawenzi 5149m, trzeciej góry kontynentu. Po krótkim odpoczynku udaliśmy się na kolejny wulkan - Ol Doinyo Lengai 2954m (to jest obecnie najaktualniejszy pomiar, niektóre źródła podają wysokość nawet 3188m). Znawcy tematu wiedzą, że to nie byle jakie wyzwanie. Piękny stratowulkan, czyli stromy stożek aktywnego wulkanu. Jedyny, który wypluwa lawę karbonatytową, charakteryzującą się biało-żółtymi odcieniami i niską temperaturą ok. 500-600 stopni Celsjusza.

Końcówka naszej wędrówki nad aktywny krater biegła po skorupie lawowej o dużym stopniu nachylenia. Najwyższy punkt, oddzielony przełączką, pozostałość starego krateru, znajduje się sto metrów wyżej, nie omieszkaliśmy tam wejść. Ze szczytu rozpościerały sie widoki na kalderę Ngorongoro, jezioro Natron, Wyżynę Wulkanów, a także na Meru i Kilimandżaro. Miejscowe dane mówią, że rocznie na Ol Doinyo Lengai wchodzi niewielka liczba śmiałków, od poniżej 50 do poniżej 100, z których nieliczni decydują się osiągnąć najwyższy punkt wulkanu.

Ostatnia znacząca seria erupcji miała miejsce w latach 2007-2008, minimalne tego typu zjawiska pojawiły się w roku 2010 i 2013. W obrębie szczytowym można zaobserwować w kilku miejscach niewielkie fumarole (wyziewy wulkaniczne). Jest też młode spore pęknięcie od strony jeziora Natron, tworzące jakby pierścień. Zszedłem, a w zasadzie wskoczyłem do niego (gorzej było z wyjściem). Warstwy materiałów wulkanicznych były bardzo sypkie i niestabilne. Wynika to z faktu, że węglany je budujące, przy kontakcie z powietrzem bardzo szybko wietrzeją. Lawa wydobywająca się z Ol Doinyo Lengai ma odcień czerni (tylko w nocy świeci na czerwono), gdy zastygnie, dosyć szybko zmienia kolor na biało-żółty, następnie szarzeje i podlega silnym procesom erozyjnym. Jest rzadkim zjawiskiem, bo inne aktywne wulkany wyrzucają z siebie lawę znacznie cieplejszą, bogatą w minerały krzemianowe.

Lawa z Ol Doinyo Lengai jest bogata w dwa rzadkie minerały (węglany sodu i potasu) - nyerereite i gregoryite. Ten drugi jest mi bliski, ze względu na moje imię :). Gregoryt - tak samo jak ogromne pęknięcie tektoniczne, w którym znajduje się opisywany wulkan - Ryft Gregory`ego - zawdzięczają swoją nazwę brytyjskiemu geologowi i eksploratorowi,  który żył w XIX i XX wieku, a nazywał się John Walter Gregory.

Po wydarzeniach z roku 2007 i 2008 Ol Doinyo Lengai bardzo się zmienił, krater się zapadł i nie ma do niego dostępu. Miejsce ostatniej aktywności wulkanicznej zlokalizowane jest na jego skraju, od strony jeziora Natron. Eksplozywne erupcje i brak późniejszej aktywności spowodowały, że nie ma możliwości obserwacji lawy karbonatytowej w formie zastygłych wypływów.

Na koniec odwiedziliśmy jeszcze jeden wulkan - Kalderę Ngorongoro (jak i Kilimandżaro jest na liście światowego dziedzictwa UNESCO). Jedną z największych i najpiękniejszych na świecie (ok. 300km kwadratowych, inne dane 260km, wygasła, jej aktywność wulkaniczna zakończyła się ok. 2,5mln lat temu). Na skraju kaldery osiągnęliśmy wysokość ponad 2400m, na dnie było ok. 1700m. A tam zielone trawy, jezioro Magadi i przede wszystkim ogromna liczba zwierząt, m.in. lwy, słonie, zebry, antylopy, gnu, hipopotamy, guźce, liczne ptactwo jak strusie, sępy czy marabut. Trafił się nosorożec, kojot i szakal. Zresztą w rejonie Ol Doinyo Lengai też nie brakowało zwierząt, z żyrafami na czele. Naszym niezłomnym środkiem transportu była kultowa w Tanzanii - Toyota Land Cruiser.

Skąd ten zwierzęcy fenomen Ngorongoro? Zwierzętom tam mieszkającym nie za bardzo chce się wspinać na skraj kaldery. Dlatego tak licznie można je podziwiać. Inna sprawa, że zwierzętom z poza kaldery, też nie chce wchodzić się do środka. Wracając do cywilizacji, przyglądaliśmy sie baobabom, termitierom, zakupiliśmy ostatnie pamiątki.

Bardzo dziękuję Gosi, Ani, Olkowi, Zdzisławowi oraz Marcinowi za walkę i niezmiernie się cieszę, że wszyscy osiągnęli pełny sukces, który zostanie na całe życie. 

Grzegorz

Poniżej malutka próbka zdjęć. A na nich - wpierw masyw Kilimandżaro, od lasu tropikalnego, po lodowce. Wierzchołek Uhuru Peak 5895m, krater Kibo, krater Reusch. Roślinność Kilimandżaro jak lobelia i senecja. Widok na Mawenzi 5149m. Cała ekipa i co jedliśmy. Następnie wulkan Meru 5466m i safari z wulkanem Ol Doinyo Lengai 2954m oraz kalderą Ngorongoro.

Opublikowano w Blog
poniedziałek, 01 sierpień 2016 08:29

Najniebezpieczniejszy owoc świata

Najniebezpieczniejszy owoc świata. I do tego śmierdzący. Ale po kolei. Durian – bo o nim mowa – pochodzi  prawdopodobnie z Indonezji. Uprawiany jest w całej Azji południowo-wschodniej. Długość: kilkadziesiąt centymetrów, waga: do kilku kilogramów, kolor: zazwyczaj zielony, czasami żółtawy lub brązowawy. Zapach: kupy. Smak: kupy.

Już oczami wyobraźni widzę, jak smakosze są na mnie oburzeni, za użycie słowa: kupa. A przecież mogłem użyć gorszego. Nie ma jednak co się bawić w eufemizmy. Za każdym razem, gdy otwierałem duriana albo kosztowałem, moja ocena smaku była jednoznaczna i taka sama. Kupa! Odniosłem przy okazji wrażenie, że w niektórych rejonach Azji, durian w kuchni, stanowi odpowiednik amerykańskiego avocado. Które nie śmierdzi, ale ma nijaki smak. Wiem, znowu podpadłem znawcom kuchni.

Co z tym niebezpieczeństwem? To wina smrodu? Otóż nie. Cierpliwości.

Gdyby zrobić konkurs na najbardziej "abstrakcyjną śmierć", zakładając, że te dwa słowa nie są ze sobą sprzeczne, śmierć od duriana pewnie dałaby miejsce na podium. Może nawet najwyższe. Jego owoce mają ostre kolce i ważą nawet kilka kilogramów. Jeżeli zestawimy to z drzewami na których rosną, 30-40 metrów nad ziemią, w skrajnych przypadkach 50, od razu widać w czym rzecz. W Polsce na głowę może nam spaść co najwyżej jabłko albo gruszka. W Azji kilkukilogramowy durian z kolcami z czterdziestu metrów wysokości. To śmiertelne zagrożenie. Nie tylko hipotetyczne, takie przypadki zdarzały się w przeszłości.

Lecz śmierć od duriana nie jest najgorsza w tym wszystkim. Nie dość, że ofiara będzie nieżywa, to jeszcze będzie śmierdziała. Czym? Kupą. Rozwalony durian na głowie i śmierdząca żółtawa maź uszkodzonego owocu... brrrrrr. Istny horror.

Co nie zmienia faktu, że duriana w Azji kochają i robią z nim przeróżne rzeczy. Nazywają go królem owoców, a w Singapurze w centrum miasta stoi nawet budynek w jego kształcie. Znany i używany jest od czasów prehistorycznych. Pełni ważne funkcje w kuchni i stanowi coraz większą atrakcję turystyczną. Plantacji tego owoco-warzywa przybywa, pielęgnowane drzewa są znacznie niższe, od tych dzikich.

Można go jeść jak każdy owoc. Stanowi bazę koktajli mlecznych i lodów(np. kacang). Lecz najczęściej jest dodatkiem do sałatek warzywnych. Używa się go do wyrobu cukierków, ciastek i ciast (bollen). Durian jest bowiem bogaty w cukier i dosyć kaloryczny. Smaży się go z cebulą i chili (sambal), rozdrabnia z solą, cebulą i octem (boder), przygotowuje z kleistym ryżem i mlekiem kokosowym (pulut durian). Dodaje się go do zup z ryb słodkowodnych (sayur), smaży z rybami, a nawet używa jako paliwa do suszenia ryb. Zaś, suszone kawałki owocu je się jak chipsy (kripik). Duże nasiona spożywa się po ugotowaniu albo upieczone najczęściej na oleju kokosowym (surowe są toksyczne). Niedojrzałe duriany gotuje się i zjada, można kupić konserwy z durianem na słodko i na słono. W kuchni używa się również gotowanych liści i pędów (jako środek przeciwgorączkowy) oraz przyrumienionej skórki. Ceni się także miód durianowy, a sfermentowany durian służy jako przyprawa (tempoyak) oraz nadzienie naleśników. Na wyspie Jawa używany bywa jako afrodyzjak. I w ogóle w tej części Azji wszyscy twierdzą, że smakuje wybornie i pięknie pachnie. Jak migdały.

Nie trzeba jednak jechać aż do Azji, by go zakosztować. Można mrożonego duriana spotkać na przykład w dzielnicach Londynu, w których mieszka sporo przedstawicieli z Azji południowo-wschodniej. Ale nie tylko tam. Szukajcie a znajdziecie, że zacytuję Biblię. W Europie jest znany od około 600 lat.

By utrzymać sinusoidę nastrojów podczas czytania tego tekstu, końcówka będzie mniej optymistyczna. Duriana nie wszędzie możemy spożywać i nie zawsze przewozić - zapach wydziela nawet, gdy jest nienaruszony. Zakaz dotyczy transportu publicznego w wielu zakątkach Azji. Choćby w singapurskim metrze napotkamy liczne tabliczki z przekreślonym owocem. Nie można go wnosić do miejsc publicznych i hoteli, ani spożywać. Może i dobrze, bo jak się ufajdamy durianem i będziemy cuchnąć kupą, spacer po mieście albo obiad w restauracji, będą średnio przyjemne. Nie tylko dla nas.

Krótki fragment o durianie nagrałem w tym filmie, od 5:22minuty: LINK.

Opublikowano w Reportaż
sobota, 30 lipiec 2016 10:27

Misja BRAZYLIA

Można spotkać ich wszędzie. Nie tylko Azja i Afryka. Są niemal w każdym kraju. Także w Brazylii. Kto? Misjonarze. Gdziekolwiek są, nie mogą posługiwać się schematami. Muszą się dostosować. A to nie takie łatwe. Różne kraje, klimat, zwyczaje. Ludność o innym temperamencie i przyzwyczajeniach. O różnych oczekiwaniach w stosunku do duchownego. W końcu inny język, który trzeba znać. Bez niego trudno zaprzyjaźnić się z parafianami, zasymilować, zbudować bliskie relacje.
            Polskich misjonarzy można spotkać praktycznie na całym świecie. Jest ich około dwóch tysięcy. Liczba powołań – nadal duża – pozwala diecezjom wysyłać swoich duchownych na najodleglejsze fronty posługi duszpasterskiej. Nie jest to jednak zadanie dla każdego. Tylko nieliczni mają odwagę, by zdecydować się na wyjazd na misję. Zamienić polską parafię, przewidywalną, spokojną, na coś zupełnie nieznanego, często wiele tysięcy kilometrów od kraju. To wyzwanie.

Lupercio

            Ksiądz Robert Nurczyk zanim z początkiem 2010 roku objął parafię w Brazylii, wcześniej przez dwa lata pełnił posługę w Argentynie. Ta zmiana zmusiła go nauki nowego języka – zamieniłem hiszpański na portugalski. Mimo że podobne, to są to dwa odrębne języki. Gdybym odprawił w Brazylii mszę po hiszpańsku raczej nikt, by mnie nie zrozumiał. Musiałem szybko opanować nowy język, bo umiejętność odprawienia mszy po portugalsku, jest bez wątpienia niewystarczająca – tłumaczył ksiądz Robert.

            Lupercio to nieduża miejscowość w stanie Sao Paulo. Jakieś 400km na północny-wschód od tego największego miasta Ameryki Południowej. W municipio, czyli w gminie, żyje blisko pięć tysięcy mieszkańców, a najbliższym większym miastem jest dwustutysięczna Marilia. Znajduje się około 30km od Lupercio. Niska jednorodzinna zabudowa. Trochę sklepów, punktów usługowych, barów i restauracji, stacja benzynowa, nieduży dworzec autobusowy, poczta, posterunek policji, bank, malutki szpital, od niedawna działa też w Lupercio prywatna wyższa uczelnia. Wokół niewysokie góry, na których liczne wielkoobszarowe gospodarstwa rolne, tzw. fazendy, gdzie uprawia się kawę, banany, kokosy trzcinę cukrową, arbuzy, pomarańcze, hoduje się bydło. Przyjemny, łagodny tropikalny klimat. Spokojna okolica, gdzie czas jakby zwalnia. W centrum Lupercio znajduje się sporych rozmiarów plac o charakterze parku, a w jego centralnym miejscu świątynia. Sporych rozmiarów i o całkiem ładnej bryle, niedawno z zewnątrz odnowiona –  w Lupercio i w tych okolicach chrześcijanie stanowią prawie 100% mieszkańców, z czego 60-70% to Katolicy a pozostałe 30-40% to Ewangelicy podzieleni na wiele wspólnot neopentekostalnych. Do mojej parafii należy również miejscowość Santa Teresina, gdzie w centralnym punkcie znajduje się plac z kościołem, ale mniejszym niż ten  – opowiadał oprowadzając po świątyni ksiądz Robert, proboszcz parafii Santo Inacio De Loyola w Lupercio.

            Te inne wspólnoty (kościoły), to między innymi zielonoświątkowcy, adwentyści, protestanci – czyli Ewangelicy, bo to ogólna nazwa tych Kościołów. Dużą grupę stanowią wierni Kościoła Uniwersalnego. Założyciel i pastorzy kładą nacisk głównie na emocje oraz pragnienia doświadczenia cudów i szybkiego wzbogacenia się. Coraz więcej jest świadków Jehowy i mormonów – tłumaczył ksiądz Robert. Ponadto kilka procent społeczeństwa wyznaje religie archaiczne jak animizm. Dotyczy to w szczególności Amazonii. Mimo iż w Brazylii około 90% społeczeństwa jest członkami jakiejś wspólnoty religijnej – w zdecydowanej większości chrześcijańskiej – to jedynie około 60% stanowią Katolicy, z których nie więcej niż 20-25% czynnie uczestniczy w życiu Kościoła. W liczbach bezwzględnych jest to jednak największa narodowa wspólnota wiernych na świecie, bowiem liczba ludności Brazylii przekracza dwieście milionów. Co prawda, więcej chrześcijan jest w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej, ale przynależą oni do bardzo dużej liczby różnych Kościołów.

Festy

            Kościoły i parafie w Brazylii pełnią istotną rolę kulturalną dla miejscowej społeczności. Parafie organizują między innymi regularnie swoje święta, które noszą nazwę fest. Jest to połączenie zabawy często z muzyką i tańcami, z biesiadowaniem przy jedzeniu, ale także przy alkoholu w umiarkowanych ilościach oraz z licytacjami różnych przedmiotów podarowanych przez parafian. Wszystkie pieniądze ze sprzedaży jedzenia i napojów – a ceny są niewygórowane – oraz z licytacji, przekazywane są na potrzeby parafii. Pieczę nad finansami sprawuje komisja finansowa wespół z proboszczem. Produkty do przygotowania potraw również pochodzą z datków. Jeden da worek mąki, drugi trochę mięsa albo warzyw, kolejny dorzuci dwadzieścia kurczaków czy kilka zgrzewek napojów. Na licytację przekazywane są produkty wytwarzane przez miejscową ludność, m.in. worki kawy czy żywe bydło.

Obserwacje księdza Roberta doprowadzają do wniosku, że Brazylijczycy jak już są czynnymi chrześcijanami i uczęszczają do kościoła, to aktywnie też angażują się w życie całej parafii. W organizowanie i prowadzenie fest, innych imprez o charakterze religijnym i kulturalnym. Dbają o dobry stan kościoła i jego wyposażenie. Ze względu na ich temperament, nabożeństwa muszą być prowadzone bardziej energicznie, nie mogą być za długie i konieczna jest dla nich muzyka, śpiew. Każdy kościół dlatego posiada instrumenty muzyczne. Nie może zabraknąć gitar, z basową wyłącznie, perkusji. W powszechnym użyciu są też keyboardy.  Nagłośnienie również musi być odpowiednie. Harmonogram fest w parafiach w danej diecezji jest powszechnie znany. Prawie w każdy weekend można gościć w którejś z nich na tego typu zabawie. Większe parafie organizują nawet profesjonalne koncerty zapraszając znanych artystów i festę kończy pokaz sztucznych ogni. Są też różne gry i konkursy, zwłaszcza dla najmłodszych. Drobni przedsiębiorcy otwierają różne stoiska na ten czas. Nie bez znaczenia jest, że niemal każda parafia dysponuje budynkiem z wielką salą, gdzie można wszystko zorganizować, gdzie jest kuchnia, gdzie można rozłożyć stoliki i krzesła. Są to zazwyczaj proste konstrukcje gdzieś w sąsiedztwie kościoła, ale funkcjonalne i koniecznie sala powinna być możliwie jak największa, nierzadko ze sceną. Kuchnia też jest niezbędna, by przygotować różne dania na ciepło jak kulki ziemniaczane, grzane wino czy smażone pierożki często zbliżone do znanych szczególnie w Argentynie i Chile - empanadas (na farsz najczęściej składa się zmielone mięso i warzywa). No i oczywiście niezbędny jest grillowany kurczak z frytkami – bardzo popularny posiłek w całej Ameryce Południowej. Infrastruktura parafialna uzupełniona jest często o sprzęt nagłośniający, za pomocą którego w tygodniu ogłasza się informacje parafialne, które słychać w całym centrum miejscowości. Festę przygotowują, prowadzą i sprzątają po niej – parafianie. Nieodpłatnie. Jest to ich wkład w życie parafii. Nad wszystkim czuwa proboszcz. Jest to też świetna okazja do zaprzyjaźnienia się, poznania innych członków lokalnej wspólnoty. Nie można uniknąć porównania fest z odpustami w polskich parafiach. Jednak, kiedy w Polsce odpusty mają charakter zazwyczaj jednodniowy i wiąże się to przede wszystkim z większą liczbą mszy i nabożeństw o bardziej uroczystym charakterze oraz z kramami wokół kościoła sprzedającymi zazwyczaj różne tandetne drobiazgi, to festy w Brazylii mają inny charakter. Jakieś stoiska też się pojawiają, ale są to dwudniowe, a czasami nawet trzydniowe zabawy z muzyką, tańcami, bardziej przypominają obchody u nas tzw. dni miasta czy gminy, niż odpusty. Albo po prostu festyny. Jest rozrywka, jedzenie, piwo, wino, pełno ludzi do późnego wieczoru, rozmowy, tańce. 

Misja nie dla każdego

            Ksiądz-misjonarz jest ważną postacią dla miejscowej społeczności. Dobrze, by umiał nawiązać kontakt, by lubił ludzi i chętnie się z nimi spotykał, rozmawiał, wykazał się inwencją. Nie tylko kierowanie parafią, prowadzenie nabożeństw i udzielanie sakramentów. Ksiądz Robert między innymi organizuje spotkania z młodzieżą, gdzie przy pizzy można porozmawiać o wszystkim, pośmiać się i pożartować. Ktoś z odległej Polski jest osobą egzotyczną i interesującą. Choćby taki śnieg, którego prawie nikt nie miał tutaj okazji nigdy dotknąć, czy opowieści o ujemnych temperaturach, niespotykanych na tych szerokościach geograficznych. Bardzo często też w niedzielę ksiądz jest zapraszany na obiad przez parafian. Ma on wręcz charakter uroczysty, cała rodzina stara się jak najlepiej ugościć swojego duszpasterza. Przy okazji poznać go.

            Padre Roberto – jak zwracają się do niego wierni, w Polsce wychował się na Górnym Śląsku, w Bytomiu. Jego rodzina jednak pochodzi z Polski północno-wschodniej, dlatego ukończył seminarium w Olsztynie. I to biskup diecezji warmińsko-mazurskiej musiał wyrazić zgodę na prowadzenie posługi duszpasterskiej poza granicami kraju.  Bywa, że jest możliwość wyjazdu na wybrane przez siebie miejsce, albo trafia się wyłącznie tam, gdzie wyśle biskup. Ksiądz Robert kończąc kilka lat temu seminarium, już wtedy myślał o misji za granicą i po wyświęceniu dosyć szybko udało mu się te plany zrealizować. Przyznaje jednak, że - brak księży to nie tylko problem takich krajów jak Brazylia. To także problem Europy, a może niedługo też i Polski. Głównym zadaniem księdza, bez względu na miejsce w którym się znajduje to dawanie świadectwa o Zmartwychwstałym Chrystusie i tym samym miłości, która musi być podstawą naszego życia. Dokładnie to wyraża Eucharystia, która może być sprawowana jedynie przez księdza.

Brak powołań kapłańskich wśród miejscowej ludności w Brazylii spowodował, że ksiądz-obcokrajowiec jest częstym widokiem w tym kraju. Nie inaczej jest w Lupercio i okolicach - w sąsiedniej parafii, po jednej stronie Lupercio, proboszczem jest Hindus, a po drugiej stronie Polak, Zdzisław Nurczyk, który przyleciał do Brazylii w 1990 r. Był proboszczem w różnych miejscach, obecnie w sąsiednim Ocauçu. Mam jednak do pomocy kleryka – kontynuował ksiądz Robert – Brazylijczyka, który pomaga mi w niedziele, kiedy jest najwięcej obowiązków. Kiedyś zapewne obejmie którąś parafię. Nazwisko Nurczyk, oczywiście nie jest przypadkiem, Zdzisław jest wujkiem Roberta, bratem jego ojca.

Ksiądz Zdzisław to w Brazylii tak naprawdę Dislau, ponieważ Brazylijczycy nie są wstanie wymówić trudnego polskiego imienia. Ze względu na duże obszary parafii, często bez kapłana, za namową wujka misjonarza, ksiądz Robert zdecydował się objąć parafię w Brazylii. Tutejsze parafie liczą często znaczną ilość kilometrów kwadratowych, miejscowości na ich terenie są porozrzucane, często w znacznej odległości od siebie. Dochodzi do tego teren górski i wiele szutrowych dróg, fragmenty lasów tropikalnych. Jak w parafii jest jeden ksiądz to i tak jest wielkie szczęście. Nie mniej, trudno jednemu odwiedzić w tygodniu wszystkie miejscowości należące do parafii, odprawić wszędzie mszę. I to mimo, że proboszcz parafii sam ustala gdzie, kiedy, jakie i w jakiej liczbie zostaną odprawione msze, nabożeństwa. W Argentynie obszary parafii były jeszcze większe. Także było więcej naturalnych lasów tropikalnych. Do domu przychodziły czasami jadowite węże, choć i tutaj w Brazylii takie zagrożenie istnieje – wspominał ksiądz Robert.

Zdzisław Nurczyk ze względu na długi staż, w Brazylii traktowany jest jak rodowity Brazylijczyk. Świetny portugalski plus wieloletnie doświadczenia procentują. Te lata nie pozbawiły go chęci do realizowania nowych pomysłów, jak choćby organizowanie przedstawień teatralnych. Takiej bowiem oferty duszpasterskiej tutaj oczekują. Jeśli kościół nie chce tracić wiernych, a nawet liczy na nowych, to nie ma wyjścia jak być bardziej postępowy, nowoczesny, tolerancyjny. By cały czas coś się działo, ciekawego, niepowtarzalnego. Parafianie chętnie się angażują w różne inicjatywy. Na przykład ksiądz Robert podczas ostatnich mistrzostw świata w piłce nożnej w Republice Południowej Afryki w sali, która zamienia się na restaurację podczas fest, organizował pokazy meczów reprezentacji Brazylii na dużym ekranie za pośrednictwem projektora multimedialnego. Także osoba biskupa jest bardziej dostępna dla księży i dla wiernych  niż ma to miejsce w Polsce. A relacje są bardziej partnerskie niż wynikałoby to z hierarchiczności.

Nie może być nudno i monotonnie – wprost stwierdził ksiądz Zdzisław. Zanim trafił do Ocauçu, pełnił posługę między innymi w górach w sąsiedztwie Oceanu Atlantyckiego(całkiem niedaleko Rio de Janeiro). Trudny teren i ulewne deszcze nieraz nie pozwalały dotrzeć na mszę do jakiegoś przysiółka. Częste wtedy były osunięcia ziemi, a wyboista szutrowa droga zamieniała się w rwący potok. Ta bezradność w takich sytuacjach była strasznie irytująca – podsumował ksiądz Zdzisław 

Dlaczego misja?

Ksiądz Robert nie ukrywa, że wpływ Zdzisława miał znaczenie na to, że wyjechał na misję. To że chce udać się do seminarium duchownego nie budziło jego wątpliwości. Był pewien, że tego chce, że to jego droga życiowa. Ale gdyby nie przykład w rodzinie, chyba na misję by nie pojechał. Przed pierwszym wyjazdem do Argentyny miał zajęcia, które miały na celu przygotować go do pracy jako misjonarza. Odbywały się w Warszawie i w Hiszpanii. Uczył się też intensywnie języka. Gdy później dowiedział się od wujka misjonarza o problemie z obsadą parafii w Brazylii, postanowił pomóc. To, że w pobliżu jest ktoś z Polski z kim można porozmawiać w ojczystym języku na pewno pomaga. Polacy to rodzinny naród, Brazylijczycy zresztą też. Samo pokrewieństwo ma tu mniejsze znaczenie w opinii księdza Roberta - choć nieczęsto się zdarza dwóch misjonarzy z tej samej rodziny, do tego w tym samym kraju. Tak jak wszędzie ,wprowadzenie przez kogoś żyjącego na miejscu do nowej parafii, pomoc gdy nie zna się jeszcze biegle języka, są niezwykle istotne. 

Nastał czas festy w parafii Santo Inacio De Loyola. Mnóstwo ludzi, nie tylko z parafii. Luźna, wesoła atmosfera. Ksiądz Robert wita się z parafianami, zagaduje, jego zagadują, rozmawia. Charakteryzujący go blisko dwumetrowy wzrost ułatwia lokalizację wśród tłumu. Nie da się nie zauważyć, że Padre Roberto został zaakceptowany przez lokalną społeczność. Nie ma szans na chwilę spokoju. Znają go prawie wszyscy, on też prawie wszystkich zna. Będzie radosna zabawa do późnych godzin nocnych.

Brazylia, 2010 

Ksiądz Zdzisław Nurczyk nadal pełni posługę misyjną w Brazylii, natomiast ksiądz Robert Nurczyk, jest proboszczem we wsi Faryny (warmińsko-mazurskie).

Reportaż powstał dla nieistniejącego już portalu Interia360.

Polska, 2016

Opublikowano w Reportaż

 Indonezja - Grzegorz Gawlik - naprawa spodni w stylu MacGyvera (Padang, Sumatra)

Grzegorz Gawlik w Indonezji - Padang i Kokosy (Sumatra)

Indonezja - jedzenie i plaża w Carita Beach (Jawa)

Opublikowano w Filmy

Zabójcze krokodyle słonowodne, Australia.

Zwierzęta Wyspy Borneo.

Opublikowano w Filmy

Wyspa Wielkanocna - wersja skrócona dla zapracowanych.

Wyspa Wielkanocna - CZĘŚĆ 1.

Wyspa Wielkanocna - CZĘŚĆ 2.

Wyspa Wielkanocna - CZĘŚĆ 3.

Posągi Moai na Wyspie Wielkanocnej.

Wulkany Wyspy Wielkanocnej.

Opublikowano w Filmy
czwartek, 09 październik 2014 19:17

LUDZIE – galeria zdjęć odświeżona

65 państw, 6 kontynentów i tysiące poznanych ludzi, którzy pozwolili się sfotografować.  Jeżeli ciekawi jesteście jak wyglądają,  jaki preferują ubiór, jak się zachowują albo ile osób potrafi się zmieścić na skuterze w Kambodży, powinniście obejrzeć tą galerię.

Galeria „LUDZIE” znajduje się: TUTAJ.

Opublikowano w Blog
wtorek, 02 wrzesień 2014 18:51

DŻUNGLA – galeria zdjęć odświeżona

Galerię uzupełniłem o zdjęcia z wyprawy 2013 (Azja Południowo-Wschodnia i Australia), bardzo tropikalnej. Na Islandii – celowi tegorocznej wyprawy – dżungli nie ma, raczej bezleśne wulkaniczno-lodowcowe pustkowia, ale za kilka tysięcy lat któż wie. Islandia mocno odczuwa globalne ocieplenie klimatu.

Galeria przedstawiająca dżunglowe klimaty znajduje się: TUTAJ.

Opublikowano w Blog
Strona 1 z 4

nationalgeographic box

red bull 225x150

TOKFM box

iexpert 225X150px

stopka plecak

LogoStopka

stopka plecak

Strona używa informacji zapisanych za pomocą… plików cookies w celu dostosowania do indywidualnych potrzeb użytkowników. Jeżeli tego nie akceptujesz zmień ustawienia przeglądarki dotyczą…ce cookies. Więcej informacji można znaleźć‡ w naszej Polityce prywatności.