a2b2

red bull box 225x150

pzu bezpieczny 225x140

spokey.jpg 225PX

LOGO

Podziel się

FacebookMySpaceTwitterGoogle BookmarksLinkedinRSS Feed
Zdjęcie ilustracyjne w dużej mierze odpowiada na pytanie dlaczego wulkany to moja pasja. Krajobrazy nie z tej Ziemi. Jak z obcej planety. Ekstremalne scenerie, ekstremalne warunki. Erupcje potrafią wszystko zmienić. Dodać wysokości, zabrać. Powiększyć wyspę, zniszczyć. Spalić las, miasto. Potęga niesamowita. A największe erupcje największych wulkanów potrafią zmienić los całej planety, w tym wszystkich żywych organizmów.

Nawet po zejściu niżej, co widać na załączonych zdjęciach, krajobraz nie przestaje być egzotyczny. Gdy tak wędruję całymi dniami po ostrej jak brzytwa lawie, ruchomej, sypkiej. Gdy lawa po horyzont. Nadal się czuję jak na innej planecie. Wspaniałe uczucie, choć czasami bolesne, co prezentuję na jednym ze zdjęć.

O Kraterach Południowo-Wschodnich już pisałem (można odnaleźć artykuły w wyszukiwarce na stronie). Nawet trochę w ostatnim wpisie na blogu. Ale warto wracać do tematu, bo to jeden z najciekawszych fragmentów Etny. Tutaj zaszły największe zmiany na wulkanie. Przybyło metrów i kraterów. Nowy Krater Południowo-Wschodni stał się pełnoprawnym kraterem szczytowym. Zaś Krater Południowo-Wschodni (stary), dzisiaj to kilka kraterów, a nie jeden jak jeszcze niedawno. Jeśli nadal ta część Etny będzie tak aktywna, tutaj będzie należało szukać najwyższego punktu tego potężnego wulkanu w przyszłości. Wysokość dobiła już do 3300m n.p.m. i jest tylko o 31m niższa o najwyższego wierzchołka na skraju Krateru Północno-Wschodniego. Szczytowe tereny południowo-wschodnie, to miejsce najczęstszych erupcji Etny w ostatnich latach.

Miało to swoje konsekwencje, bo gigantyczne ilości gazów jakie wydostawały się z tego rejonu, nie pozwalały na wnikliwą obserwację. Lecz tym razem, było tu wyjątkowo spokojnie. Gazów sporo, ale widać było wszystko, także dno Nowego Krateru Południowo-Wschodniego. Dało się też obejść cały ten teren, choć momentami mocno ryzykując, o czym pisałem niedawno. Tego mi brakowało, by posiąść aktualną, dogłębną i pełną wiedzę, na temat  potężnego obszaru kraterów szczytowych Etny. Teraz mam komplet.

Na zdjęciach: Kratery Południowo-Wschodnie oraz pola lawowe. A także grafika partnerów wyprawy. Przy tak dużym i ambitnym projekcie jak 100 WULKANÓW, każde wsparcie jest cenne, za które dziękuję. Robienie czegoś czego nikt nie robi, dokonywanie pionierskich badań i odkryć - musi kosztować. 

Opublikowano w Blog
poniedziałek, 20 listopad 2017 06:49

ETNA - wspaniały wulkan, wspaniały cel badawczy

Podczas drugiej wizyty na Etnie w 2017 roku postawiłem sobie jeszcze bardziej karkołomne zadania niż poprzednio:

-- Ustalenie wielkości komory magmowej w zboczu Krateru Centralnego (ona istnieje tam od przynajmniej dziesiątek lat, tak samo otwór lawowy, choć w różnej postaci, np. znalazłem w źródłach włoskich wulkanologów, że otwór lawy istniał w tym miejscu w 1998 roku),

-- Jeszcze bardziej wnikliwe zbadanie najmłodszego obszaru szczytowego w rejonie kraterów Południowo-Wschodnich, 

-- Odnalezienie największego powierzchniowego mikrolodowca w masywie Etny (największy lodowiec masywu w grocie Del Gelo przemierzałem kilka miesięcy wcześniej),

-- Próba obejścia wszystkich kraterów głównych i pobocznych w rejonie kraterów szczytowych,

-- Pogłębiona eksploracja doliny Del Leone,

-- Cała seria drobniejszych celów.

Jak wielka jest komora płynnej magmy w zboczu Krateru Centralnego? Chciałem to sprawdzić. Niebezpieczne zadanie, ale okazało się wykonalne. A wnioski intrygujące. Nad komorą zawalił się kawałek stropu i mamy odsłonięte jezioro płynnej lawy, o którym pisałem po czerwcowym pobycie. Tym razem udało mi się podejść na 3 metry od brzegu. Spękania, skrajnie trujące gazy i temperatura na granicy ludzkiej wytrzymałości - lądowanie na Marsie będzie łatwiejsze i bezpieczniejsze. Tam aktywnych wulkanów nie ma (chociaż niektórzy w NASA ciągle mają nadzieję). Dla mnie, mojego mózgu, ciała, takie chwile stanowią wspaniałe doświadczenie, naukę. Coś fenomenalnego. Odbiór takich momentów przez ludzki organizm jest niesamowity. Absolutne uczucie jakbym znalazł się na bardzo odległej planecie, odkrywał ją. Sam jeden.

Ale wrócę do wniosków. Ta powierzchniowa komora jest bardzo rozległa, kilkadziesiąt razy większa niż jezioro lawowe. Gdy byłem tak blisko, w każdej chwili mógł wystrzelić z niego rój bomb wulkanicznych, jak to ma miejsce na Stromboli. To byłby mój koniec. Ale obserwacje tego miejsca w czerwcu i teraz, oszacowanie jak wysoki jest brzeg, dawały realną nadzieję, że nic takiego sie nie stanie. Komora sięga aż samego szczytu Krateru Centralnego, dochodzi w pobliże Północno-Wschodniego Krateru. Jest ogromna. W nocy zlokalizowałem około dziesięć otworów w stropie, który bardziej popękał od mojego ostatniego pobytu. Niektóre tak niewielkie, że z trudem było je zauważyć. A musiałem bardzo uważać. Zwłaszcza w dzień. Zwykły otwór, z którego nawet się nie dymi. Ale włóżmy tam rękę i na dzień dobry mamy spotkanie z temperaturą 500 stopni Celsjusza. Szkoda ręki. Aluminiowy kijek pokryty lakierem w sekundę zaczynał się palić, mój termometr spożywczy w ułamku sekundy padł, bo temperatura za wysoka. Cały czas istniało ryzyko, że strop się pode mną zawali i wpadnę do lawy o temperaturze 1200 stopni Celsjusza. Szybka bezbolesna śmierć. Lecz nie to okazało się najbardziej niebezpieczne. Podczas pobytu Etna była wyjątkowo spokojna, emitowała jak na nią bardzo niewiele gazów. Dzięki temu mogłem zejść w niższe partie Krateru Centralnego, pod jezioro lawy. I w tym momencie doszło do dużej erupcji gazowej. Ledwo udało mi się z tego wydostać, a erupcja trwała ponad 30 godzin. Ale bez ryzyka nie ma sukcesów, a bez skrajnego ryzyka nie osiąga się pionierskich sukcesów. A te ostatnie z każdym rokiem kręcą mnie coraz bardziej. Fascynujące jest bowiem dokonywać pierwotnych odkryć, docierać w nieznane człowiekowi miejsca, ustalać nowe rzeczy, robić coś jako pierwszy człowiek w historii. Powielanie tego co zostało zrobione nigdy mnie nie interesowało.

Kratery Południowo-Wschodnie. Etna przyszła mi z pomocą. W czerwcu ilość gazów była tak potężna, że niewiele widziałem. Tym razem mogłem spokojnie przyjrzeć wszystkiemu, wyłącznie z dnem Nowego Krateru Południowo-Wschodniego.

Mikrolodowce Etny. Szybko znikają. Te do których dotarłem w 2009 roku w rejonie Torre del Filosofo stopniały. Pod przełęczą, oddzielającą Kratery Południowo-Wschodnie od pozostałych, są dwa. Choć jeden w mocnej fazie zaniku. Zważywszy, że to południowa strona Etny i tak jest nieźle. A czym są mikrolodowce w mojej definicji? Niepełnoprawnymi lodowcami. Pojęcia: płat wiecznego śniegu, pole firnowe - są zbyt mało precyzyjne, a co najważniejsze nic nie mówią przeciętnemu człowiekowi. A sztuką jest mówić/pisać o nauce, tak, by być zrozumiałym. A nie zachowywać się jak kretyn, który nauczył się paru trudnych słówek. A że każdy zna słowo "lodowiec" i "mikro", bez wyjaśnień mniej więcej zorientuje się o czym mowa. A żeby więcej, to jest tak. Mikrolodowiec to twór lodowy, płat lub pole. Które nie jest w stanie stopnieć w ciągu roku. Więcej, jest to twór wieloletni. O przynajmniej kilku metrach grubości. Gęstość lodu nie ma większego znaczenia, choć zazwyczaj jest to jakiś stan pośredni pomiędzy zamarzniętym śniegiem a lodem lodowcowym, który jest bardzo mocno zbity (ma niewielką gęstość).

O największym lodowcu Etny w grocie del Gelo pisałem niedawno. Tym razem miałem nadzieję na znalezienie największego mikrolodowca na powierzchni. Chcąc solidnie spenetrować Valle del Leone, liczyłem, że właśnie tam, od północy są na to szanse. Czy sie udało? Za chwilę napiszę. Lecz wpierw ciekawostka. Mikrolodowiec, uformował się na dnie starego Krateru Południowo-Wschodniego. Ten teren to obecnie cztery kratery, a ten najstarszy, jeszcze dosyć aktywny w 2009, dzisiaj na tyle się ochłodził, że śnieg po zimie nie był w stanie stopnieć. Do tego erupcje z sąsiednich kraterów pokryły go rumoszem skalnym, a więc zatrzymały słońce i proces topnienia. I tak w jednym z kraterów bardzo aktywnego wulkanu, uformował się niewielki płat zlodowaciałego śniegu. Którego kiedyś nie było. Jak długo przetrwa w dużej mierze zależy od aktywności Etny.

Pod przełęczą od strony Valle del Leone znalazłem to czego szukałem. Pokryty popiołem wulkanicznym mikrolodowiec. Tylko od strony czoła widać było lód o kilkumetrowej grubości. On pewnie kiedyś był większy, ale w ostatnich kilkudziesięciu latach z pobliskiego otworu wydobywała się lawa. Dzisiaj tworzy zastygły jęzor, a obok jest właśnie mikrolodowiec. Największy w masywie Etny. Około 50 metrów długości i blisko 20 metrów szerokości. Przysypany popiołem wulkanicznym, co zapewniło mu przetrwanie.

Obejście wszystkich kraterów szczytowych Etny. Za sprawą młodego Nowego Krateru Południowo-Wschodniego, niezbyt trudne zadanie, okazało się prawie niewykonalnym. Obejście krateru Północno-Wschodniego, najwyższego, nie nastręcza większych trudności, jedynie w rejonie wierzchołka trzeba uważać na kilka szczelin, z których wydobywają się gazy. Podczas moich pobytów na Etnie uczyniłem to kilkukrotnie. Krater Centralny w połowie jest bardzo łatwy do obejścia, w drugiej połowie trudniejszy, za sprawą licznych wyziewów wulkanicznych z krateru, w tym z jego obramowania. Dosyć młodym utrudnieniem jest komora lawowa i pęknięcia oraz szczeliny, z których wydobywają się gazy i powietrze o temperaturze nawet ponad 500 stopni Celsjusza. Trzeba uważać. Plus ryzyko zawalenia sie stropu nad komorą. Nie mniej taki spacer robiłem ponad 20 razy.

Przejście wokół starego Krateru Południowo-Wschodniego też nie stanowi większego wyzwania. Ale już sąsiednie młode kratery, wąskie, sypkie, strome i dymiące - wymagają trochę uwagi. W tej chwili są częścią Krateru Południowo-Wschodniego. Kilkukrotnie pokonywałem tą część szczytową Etny.  

Największe wyzwanie stanowił Nowy Krater Południowo-Wschodni. Chociaż kilka razy pokonałem większość jego skrajnych partii, to pozostawał mi jeden fragment do przejścia. Już te przebyte części, miejscami strome, wąskie, sypkie, pełne gazów i siarki zmusiły mnie do pewnego wysiłku. Ale podczas czerwcowego pobytu musiałem zrezygnować z ostatniej części krateru - która jest urwiskiem. Jest to teren pomiędzy Kraterem Południowo-Wschodnim, a Nowym Kraterem Południowo-Wschodnim od strony Torre del Filosofo. By przejść ten fragment musiałem uciec do pewnego niestandardowego zabiegu. W czerwcu nie pozwoliły mi na to ogromne ilości gazów, które uniemożliwiły prześwietlenie wzrokiem terenu. Tym razem okazało się to możliwe.

Patent polegał na tym, że musiałem zeskoczyć z urwiska 2-3 metry, na bardzo stromy i ruchomy piarg. Po zeskoku miałem w małej lawinie złożonej z kruchego materiału piroklastycznego zjechać około 10 metrów, wydostać się z lawiny kilkoma skokami, by dostać się pod skalny komin. Ze względu na skrajną kruchość terenu nie miało znaczenia, że jestem sam, nie mam sprzętu wspinaczkowego ani partnera, partnerów do pomocy. W tych warunkach na nic by to się zdało. Sprzętu nie dało się użyć. Wszystko czego się dotknęło, zostawało w rękach. Musiałem pokonać kominem pięć metrów. Co to jest te kilka metrów wspinaczki? Na tak sypkim i kruchym wulkanie - bardzo dużo. Odpadnięcie skończyłoby się źle, bo zleciałbym do żlebu i nawet jeśli bym sobie większej krzywdy nie zrobił, to zjazd dwieście metrów z lawiną skalną, nieuchronną, mógł być nawet śmiertelnym zagrożeniem.

Pokonanie komina to nie był koniec, bo pozostawało jeszcze przejście 20 metrów bardzo stromego i sypkiego terenu. Jeden zły krok i lecę w dół, nawet kilkaset metrów. W skrajnym wypadku z wysokości 3300m, można się znaleźć na 3000m.

Czemu podjąłem takie ryzyko? Niezupełnie było to bezmyślne. Robiłem już takie rzeczy i zawsze się udawało, choć nie zawsze za pierwszą próbą. Uznałem wyzwanie za wykonalne. A nagroda była cenna. Nie mam żadnych wątpliwości, że jestem pierwszym człowiekiem na Ziemi, który obszedł wszystkie kratery szczytowe Etny w aktualnym stanie. Fajne uczucie. Lubię takie wyzwania. Lubię rywalizować z przyrodą. Lubię być pierwszy. Co prawda udało mi się to również w roku 2009, tylko że wtedy Nowy Krater Południowo-Wschodni, był niewielką dziurą, umiejscowioną 300 metrów niżej niż teraz i jej obejście było znacznie łatwiejsze.

Opisywany fragment, to miejsce niewielkiej acz widowiskowej erupcji z wiosny 2017. Lawa tryskała wysoko i długim jęzorem schodziła w dół, w rejon Torre del Filosofo i dalej do Valle del Bove. To właśnie podczas tej erupcji zostało rannych kilku dziennikarzy BBC. Dlaczego? Brak doświadczenia, wyobraźni, logicznego myślenia. Oczywistym jest, że jak lawa o temperaturze setek stopni Celsjusza, zetknie się ze śniegiem albo lodem - dojdzie do nagłej reakcji. Swoistego wybuchu, na skutek którego kawałki lawy wystrzelą w powietrze, pojawi sie gorący popiół wulkaniczny i bardzo toksyczne gazy. Z tego co słyszałem, mieli oni lokalnego przewodnika. Ale skutki jego pracy absolutnie mnie nie dziwią. Doświadczenie i umiejętności tzw. przewodników wulkanicznych, są tylko odrobinę większe niż ekipy BBC. Gdybym popełniał podczas realizacji Projektu 100 Wulkanów tak proste błędy jak oni, zabiłbym się ze sto razy.

By pokazać jak rozległy jest teren szczytowy, obejście wszystkich kraterów wraz z pokonaniem przełęczy oddzielającej Krater Centralny i Północno-Wschodni od Południowo-Wschodnich Kraterów - to prawie sześć kilometrów

Opublikowano w Blog
wtorek, 07 listopad 2017 06:43

VULCANO - włoska wyspa-wulkan

Vulcano - jedna z wysp Liparyjskich, oddalona o godzinę drogi promem od sycylijskiego miasta Milazzo. Słynie z aktywnego wulkanu, dobroczynnego termalnego błotka i ciepłego morza z wulkanicznymi plażami.

Znajduje się tutaj aktywny wulkan, którego ostatnia erupcja miała miejsce w latach 1888-1890. Jego wysokość wg moich pomiarów to 375m, a dno krateru jest na 213m (błąd pomiaru do 5m). Najpowszechniejszą nazwą jest: Gran Cratere, ale mówi się też wulkan Vulcano albo Cratere di Vulcano. Stanowi bardzo dużą atrakcję turystyczną, ponieważ nie znajdziemy w Europie drugiego takiego wulkanu, gdzie w tak łatwy sposób każdy może dotknąć i poczuć wyziewy wulkaniczne - fumarole. Przy okazji przyjrzeć się efektownemu kraterowi, a nawet zejść na jego dno. Wziąć do ręki siarkę, którą wulkan nieustannie produkuje.

Pamiętać należy, że takie wyziewy są gorące, moje pomiary wskazywały temperaturę 100-150 stopni Celsjusza. Dzięki bardzo dużej ilości pary wodnej, gazy nie są zbyt "śmierdzące". Co prawda ludzie przechodzący przez fumarole czasami kaszlą, ale mój wprawiony nos, umożliwiał mi zupełnie swobodne oddychanie tymi wyziewami. To dowód, że gazów w nich jest niewiele.

Na szczyt prowadzi przyzwoita ścieżka, wokół krateru również. Położony jest on blisko portu, gdzie nieraz czuć zapach siarkowodoru. Spoglądając z wierzchołka w kierunku Sycylii, dostrzeżemy starą płaską kalderę wulkaniczną, zagospodarowaną uprawami przez człowieka. Patrząc w drugą stronę, po sąsiedzku jest wyspa Lipari, a kawałek dalej Salina ze starym stratowulkanem. Fajnie też się prezentują różne przymorskie skały i stare wyspy-stratowulkany - Alicudi i Filicudi. Przy dobrej widoczności, Stromboli też zobaczymy.

Cratere di Vulcano nie jest najwyższym wzniesieniem, te są w pobliżu i dochodzą do 501m n.p.m (Monte Aria). Są to pozostałości po starych wulkanach.

Inną wulkaniczną atrakcją przy samym porcie, jest pole geotermalne, z gorącymi źródłami - I Fanghi di Vulcano. Wulkaniczne błotko, pełne związków chemicznych, posiada liczne właściwości prozdrowotne. Nie sposób wszystkich wymienić, ale są one dobre na skórę czy stawy. W płytkim bajorku można się wylegiwać i smarować błotkiem. Bilet wstępu z opcją prysznica to 3 euro (październik 2017). Można też się wykąpać obok w morzu, choć oficjalnie nie wolno, bo pracownicy gonią i krzyczą.

Dlaczego? Nie wiem, czy to nie przez nas Polaków? Jesteśmy sprytnym narodem, ale czasami ten spryt nam chwały nie przynosi. Sam byłem świadkiem jak polska grupka, by nie płacić biletów wstępu, prześliznęła się wybrzeżem na teren termalnego kąpieliska. Wszystkie inne nacje grzecznie płaciły za bilet, część Polaków oczywiście też.

Termalne źródła również wybijają przy brzegu w zatoce, obok kąpieliska. Na którego terenie są ponadto otwory, jamy, wydobywa się z nich ciepła para wodna i można sobie w ich sąsiedztwie posiedzieć. Ogrzać się. Trochę jak w saunie.

Okolice są bardzo geotermalne, by zrobić drogę z portu na drugą część wyspy (mniejszą), trzeba było ją wykonać poprzez rejon wyziewów wulkanicznych. Dlatego murki przy drodze dymią, a po bokach są kruche żółtawo-pomarańczowe pagórki geotermalne.

Po sąsiedzku jest przesmyk, najwęższe miejsce na wyspie, płaskie, a na wybrzeżu największe wulkaniczne plaże. Nie ma ich wiele na Vulcano, bo zbocza są głównie skaliste.

W tej mniejszej części wyspy jest kolejny wulkan - Vulcanello 123m n.p.m., z wyraźnym kraterem, porośniętym roślinnością. Jego ostatnia erupcja w 1550 roku, doprowadziła do połączenia z wyspą Vulcano. Wcześniej stanowiła odrębny byt. Ze względu na całkiem niedawną erupcję, bo co to jest w geologii 500 lat, uchodzi za wulkan uśpiony, ale można go traktować jakby był wygasły.

Na wyspie nie brakuje niedużych hotelików i pensjonatów, jest port, gdzie można przybić własnym jachtem, promy z Milazzo pływają tutaj często. Jest to trzecia co do wielkości z wysp Liparyjskich, obok jest największa - Lipari. Cały archipelag znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO ze względu na atrakcyjność przyrodniczą.

Na zdjęciach atrakcje wulkaniczne wyspy Vulcano. 

Opublikowano w Blog
Każdego roku kilkadziesiąt tysięcy osób maszeruje ku mitycznemu wierzchołkowi Kilimandżaro. Co w nim takiego jest, że przyciąga jak magnes?

Na pewno nie uroda, bo Uhuru nie jest wybitnym wzniesieniem, tylko płaskim, a jedynym charakterystycznym punktem jest drewniana tablica postawiona przez człowieka. Sam masyw Kilimandżaro prezentuje się dostojnie i to jest pewnie ten magnes, tak samo jak świadomość, że w Afryce wyżej już się nie da. Wokół tropikalne lasy, dzikie zwierzęta, i nagle, wyrasta ogromny samotny masyw Kilimandżaro. Stratowulkan czyli stożek, z dużym płaskim zakończeniem, z niewielkimi lodowcami. W ciągu kilku dni można przenieść się z nieznośnych tropikalnych klimatów w równie nieznośne polarne. Gdzie mróz, wiatr, w pobliżu lśnią lodowce.

I tutaj doszliśmy do kwestii nazwy Kilimandżaro (Kilimanjaro, Kilima-njaro, po niemiecku Kilima-Ndscharo). Do dzisiaj powstało wiele teorii skąd ta nazwa i co ona oznacza. Nawet nie ma pewności czy jest w języku suahili, używanym na tych terenach. Z popularniejszych tłumaczeń oznacza: Lśniąca Góra, Niedostępna Góra. Kilimanjaro w ogóle może być nazwą przypadkową. Bo prawdopodobnie tym słowem lokalni mieszkańcy wskazywali jak jest trudna do zdobycia, a odkrywcy z dalekich lądów uznali, że to nazwa góry.

Wracając do lśnienia, ono również przyciąga zdobywców. Nie od dzisiaj wiadomo, że dni lodowców Kilimandżaro są policzone. Zostało ich już niewiele, znikają w szybkim tempie. Jeśli będą topniały w dotychczasowym, do końca wieku ich nie będzie.

Z Kilimandżaro wiąże się kilka nazw. Oprócz tej podstawowej, dosyć znane są: Kibo i Uhuru. O co w tym chodzi? Kilimandżaro to rozległy wulkaniczny masyw składający się z trzech wulkanów: Kibo, Mawenzi 5148m (trzecia góra Afryki) i Shira 3980-4005m. Uhuru Peak 5895m - najwyższy punkt Kilimandżaro - to część wulkanu Kibo. Mówi się o kraterze Kibo, choć tak naprawdę Kibo ze względu na rozmiary zasługuje na nazwę - kaldera. W której znajduje się krater i nazywa się Reusch. Uhuru to najwyższy punkt kaldery Kibo. Od strony Tanzanii zachował się skalisty, skrajny względem krateru, fragment pierścienia kaldery. Nie pokonały go erupcje wulkaniczne ani procesy wietrzenia oraz erozji.

A czy Kibo, najmłodsza część Kilimandżaro, jest wulkanem aktywnym? Nie. Szacuje się, że ostatnia erupcja miała miejsce około 150-200 tysięcy lat temu. Na zboczach (w kraterze) występują niewielkie, niezbyt ciepłe wyziewy siarkowodoru, dlatego niektórzy twierdzą, że jest to wulkan uśpiony, drzemiący. Ja się skłaniam do twierdzenia, że wygasły. Zbyt dużo czasu minęło od ostatniej erupcji, by uważać inaczej. A wyziewy wulkaniczne na wygasłych wulkanach to nic nadzwyczajnego. Kibo nie jest tzw. superwulkanem, brak też informacji aby pod nim znajdowała się komora płynnej magmy. Proces od ostatniej erupcji do zaniku wszelkich objawów minionej aktywności może trwać miliony lat. Ale już dużo wcześniej wiadomo, że wulkan wygasł i nie wybuchnie. Prawdą jest jednak, że nigdy nie ma całkowitej pewności, że zmiany w skorupie ziemskiej, ruchy płyt tektonicznych, zjawiska sejsmiczne, nie wskrzeszą na danym terenie aktywności wulkanicznej. Ale gdybyśmy to ostatnie zdanie potraktowali jako kluczowe, trzeba byłoby zlikwidować kategorię: wulkany wygasłe. Bo żadnego wulkanu za taki nie moglibyśmy uznać. Obecnie, dwa inne wulkany w sąsiedztwie Kilimandżaro wykazują się współczesną aktywnością wulkaniczną. Meru 4566m, choć ostatnia erupcja miała miejsce w 1910 roku. Oraz Ol Doinyo Lengai 2954m - ostatnie znaczące erupcje miały miejsce w latach 2006-2007, później minimalne zjawiska zaobserwowano w 2010 i w 2013 roku.

Użyłem wcześniej sformułowania "od strony Tanzanii", co wymaga wyjaśnienia. Cały masyw znajduje się właśnie w tym kraju, ale od północy, u podnóża, przebiega granica z Kenią. Wiele wspaniałych widoków na Kili (potoczne określenie) oferuje właśnie Kenia.

Ile czasu zajmuje wejście na Kilimandżaro? Drogi zostały tak powytyczane, by cała górska przygoda trwała od 5 do 9 dni. Najpopularniejsze to Marangu (Coca Cola Route) 5-6dni oraz Machame (Whiskey Route) 6-7dni.  

Zrozumiałe jest, że wszyscy, którzy ruszają w masyw Kilimandżaro, stawiają sobie za cel Uhuru Peak 5895m, czyli Szczyt Wolności w języku Suahili (gdy Tanzania była częścią Niemieckiej Afryki Wschodniej obowiązywała nazwa Kaiser-Wilhelm Spitze). Dach Afryki, góra zaliczana do Korony Ziemi - to działa na wyobraźnię. Zwykle po wejściu, starcza sił tylko na kilka zdjęć i w dół. A szkoda.

Bo chociaż Uhuru Peak jest najwyższym punktem wulkanu Kilimandżaro, to najciekawsze rzeczy kryją się w kraterze wulkanu Kibo - czego z wierzchołka nie widać. A o czym napiszę w następnym artykule.

Na zdjęciach masyw Kilimandżaro. 

Opublikowano w Blog
Nasz Pamirowy (PAMIR.PL) wyjazd do Tanzanii powoli dobiega końca. Na początek w komplecie zdobyliśmy najwyższy punkt wulkanu Kilimanjaro – Uhuru Peak 5895m. Z częścią grupy dotarłem do krateru Kibo i jednego z lodowców. Prawie wszyscy też wspięli się na szczyt wulkanicznej skały Lava Tower 4670m.
Pogoda dopisywała przez cały czas zarówno na Dachu Afryki, jak i na safari po wspaniałych parkach: Serengeti i Ngorongoro. Widzieliśmy dziesiątki różnych zwierząt, w tym dwa razy rzadkiego lamparta. Ponadto m.in. lwy, gepardy, hieny, szakale, słonie, hipopotamy, bawoły, guźce, gnu i różne antylopy, zebry, żyrafy, strusie, orły, marabuty, sępy, inne kolorowe ptaki, jak i jaszczurki. Zwierzęta towarzyszyły nam także w miejscach naszych noclegów. Odwiedziliśmy też wioskę masajską.
Trzecim epizodem wyjazdu, jest właśnie trwający wypoczynek na rajskiej wyspie Zanzibar. Hotel, plaża, Ocean Indyjski, baseny, pyszne lokalne jedzenie i atrakcje jak rafy koralowe, plantacje przypraw czy historyczne Stone Town. Po wzmożonym wysiłku należy się chwila wypoczynku.
Opublikowano w Blog
poniedziałek, 04 wrzesień 2017 07:12

NEPAL: Dharahara - wieża, która zabiła 180 osób

25 kwietnia 2015 roku Nepal nawiedziło niszczycielskie trzęsienie ziemi o sile 7,8 stopni w skali Richtera. Wstrząsy wtórne też były silne. Oprócz tysięcy dramatów ludzkich, doszło do dramatycznych zniszczeń bezcennych zabytków, często wpisanych na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Dzisiaj wspomnę o jednym z nich.

Wieża Dharahara, miała drugą nazwę - Bhimsen. Wybudowano ją w 1832 roku, wraz z siostrzaną, trochę wyższą. Tą ostatnią rozebrano w 1934 roku, niższa, mierząca prawie równe 62 metry, przetrwała. Obie powstały dzięki mukhtijarowi Bhimsenowi Thapa, zaś inicjatorką była jego siostrzenica, królowa Lalit Tripura Sundari (to z kolei trzecia z używanych nazw wieży). Funkcja mukhtijara zbliżona jest do funkcji premiera w zachodnich demokracjach.

Dharahara liczyła 213 spiralnych schodów i była najwyższą budowlą w Nepalu. Tak naprawdę, dwie pozostałe wspomniane przeze mnie nazwy, nosiła ta wyższa wieża. Niższa, pełniła funkcję strażnicy wojskowej. Wyższa uległa zniszczeniu na skutek trzęsienia ziemi w 1934 roku, niższa także, choć w mniejszym stopniu. I tylko ją zdecydowano się odbudować, a później nazywać jak tą unicestwioną. Architektonicznie nawiązywała do islamskiego minaretu, a w środku była statua hinduistycznego boga Sziwy. Zaś na wejściu do wieży sceny z kamasutry.

Dharahara znajdowała się Katmandu, w części nepalskiej stolicy zwanej Sundhara, całkiem niedaleko ścisłego centrum i głównego skupiska zabytków przy Durbar Square.

Po trzęsieniu z 2015 roku władze państwowe postanowiły ją szybko odbudować, ale jak to w Nepalu - dużo się mówi, mało się robi. Pierwszy termin już minął, z kolejnymi będzie podobnie. Lecz plany odbudowy mam nadzieję, że kiedyś się ziszczą.

Świadomość, że kiedyś stałem na szczycie tej wieży, podziwiałem panoramę Katmandu i okolicznych gór, a teraz jej nie ma - najzwyczajniej sprawia smutek. A przeraża fakt, że Katmandu tracąc zabytek z listy UNESCO, utraciło przede wszystkim 180 istnień ludzkich, na skutek zawalenia wieży. Część ofiar była w środku, część na placu i ulicy.

Trzęsienie ziemi z 2015 roku zniszczyło lub uszkodziło wiele bezcennych zabytków. Licznym tymczasowo zabezpieczonym grozi zawalenie. Wystarczy nawet średnie trzęsienie ziemi w Dolinie Katmandu, by przestały istnieć. Skala napraw i odbudowy zniszczeń jest wielokrotnie poniżej potrzeb, które są ogromne. Nepal, jeden z najbiedniejszych krajów świata, który nie radzi sobie z codziennością, z pewnością nie poradzi sobie z odbudową i dbaniem o zabytki.

Jeśli czas pozwoli, w przyszłości postaram się przedstawić więcej podobnych przykładów - z przed i po trzęsieniu ziemi.

Na zdjęciach: Dharahara przed trzęsieniem ziemi w 2015 i po. Oraz stara ulotka informacyjna i bilet.

Opublikowano w Blog
piątek, 25 sierpień 2017 06:43

SYCYLIA - Katania - miasto u stóp Etny

Katania, największe miasto na wschodnim wybrzeżu Sycylii. U stóp Etny, zniszczone zresztą częściowo przez nią w XVIIw. Na tle wielu pięknych włoskich miast nie stanowi szczególnej atrakcji. Nie jest też dopieszczona przez włodarzy miasta. Lecz turyści odwiedzają ją często. Miasto w sam raz na 2-3 – godzinny spacer. Jest tu węzeł kolejowy i autobusowy, lotnisko, koło którego są plaże. Centrum miasta odgrodzone jest od morza terenami przemysłowymi i linią kolejową.

W Katanii zadomowili się emigranci z krajów afrykańskich i azjatyckich. Nowa narodowa potrawa Polaków – kebab – jest oczywiście dostępna. Zaś afrykańscy przybysze chętnie sprzedadzą nam różne chińskie badziewie, trawkę, haszysz i telefony wątpliwego pochodzenia. Ot, uroki nadmorskiego portowego miasta.

W Katanii jest trochę ruin starożytnych (z początków naszej ery). Barokowych ogromnych kościołów, budynków teatrów, muzeów, kamienic (wpisane na listę UNESCO). Jest zamek Ursino z XIIIw. A niedaleko głównego placu - Duomo (Katedralnego) - targ ryb i owoców morza. Zwykle tak tam cuchnie podczas letnich upałów, że gdy kończy się sprzedaż, przyjeżdżają polewaczki, które zalewają cały teren wodą z mydłem i innymi detergentami, które potem sobie spływają do pobliskiego morza. Choć Katania nie jest dużym miastem, 300 tys. mieszkańców, posiada system metra, niewielki, ale zawsze.

Na zdjęciach: Etna z samolotu, barokowa i starożytna Katania z jednym z amfiteatrów i termami. Piazza Duomo, katedra, fontanny, teatr Massimo Bellini, zamek Ursino, sycylijskie przysmaki jako cannoli siciliani z kremem z sera ricotta.

Opublikowano w Blog
Spojrzałem na mapę w poszukiwaniu zakątka ciekawego, ale jeszcze stosunkowo dzikiego, mając świadomość że jest kwestią niedługiego czasu, kiedy dzikich zakątków praktycznie już nie będzie. Nawet tereny polarne przeżywają okres wzmożonej eksploracji, a za tym zawsze idzie utrata przynajmniej części walorów pierwotnych takiego miejsca.

Mój wybór padł na góry Ural i tereny za kołem podbiegunowym północnym. Pierwszym punktem było miasto Salechard, stolica Jamalsko-Nienieckiego Okręgu Autonomicznego, którego obszar to niemal dziesięciokrotność obszaru Republiki Czeskiej(trzy i pół Polski). Liczy zaledwie 40tys. mieszk., ale obok Moskwy i Petersburga uchodzi za najbogatsze i najdroższe miasto Rosji. Położone jest za rzeką Ob, już w Azji, wkoło otoczone przez jej rozlewiska i zabagnioną tundrę(która przez 10 miesięcy w roku jest zamarznięta). Mimo to, miasto robi wrażenie – lśni nowością, zbudowane jest z najdroższych materiałów budowlanych, zadbane, nawet udało się wprowadzić krzaki brzozy o wysokości około 2-3 metrów. Jeżdżą najnowsze i najdroższe samochody, które pewnie nigdy nie wyjechały poza rogatki, bo nie ma tam dróg, tylko bezkresne bagno, pod którym wieczna marzłoć (na ogół zaczyna się od kilkudziesięciu centymetrów do metra pod ziemią). By tam dojechać potrzeba około czterech dni, pokonuje się ponad 4tys. km i kilka stref czasowych. Taki sam czas jest np. w Pakistanie.

Salechard swoje bogactwo zawdzięcza przede wszystkim złożom gazu i ropy, to w J.-N. Okręgu znajduje się półwysep Jamał, skąd dociera gaz do Polski. Salechard słynie też z tego, że znajduje się dokładnie na kole podbiegunowym północnym(równoleżnik +66°33’), tak samo jak Fort Yukon na Alasce i Rovaniemi w Finlandii. Z tymże, jest najrzadziej odwiedzany(prawie wcale) z tych trzech miast ze względu na trudny dojazd, chociaż poprawia tą kwestię nowoczesne lotnisko. By dostać się do Salechardu drogą naziemną trzeba pokonać m.in. bardzo rozległe obszary tajgi, lasotundry, tundry, góry Uralu Polarnego wyrastające osobnymi masywami. Oraz rzekę Ob w Labytnangi, blisko ujścia do Morza Karskiego, mającą szerokość w tamtym miejscu około 2,5km(a długość jej przekracza 4tys.km). Na końcu jeszcze posterunek miejscowych służb, uważnie pilnujących, by nikt niepożądany nie dostał się na teren Okręgu.

Kolejnym punktem wyprawy była Workuta, położona w europejskiej części Rosji. Leży w pobliżu 67 równoleżnika, 160km na północ od koła podbiegunowego północnego, Liczy ok. 70tys. mieszk. (na początku XXI wieku jeszcze wyraźnie ponad 100 tysięcy), wydobywa się tam m.in. węgiel kamienny. Miasto robi bardzo przygnębiające wrażenie. Wkoło bagnista tundra, płaty śniegu, mimo drugiej połowy lipca, temperatura tylko kilka stopni powyżej zera, pociąg z bezkresnej tundry wjeżdża nagle w blokowisko. Domy na palach, bo tundra zabiera i niszczy każdy kawałek ziemi o którym człowiek zapomni. Nawet dwumetrowy odcinek między chodnikiem a drogą jest zawładnięty przez bagno. Drzew oczywiście nie ma, nawet za wielu większych krzaków brzozy. Domy odrapane, wiele opuszczonych, rozbiera je trudny klimat. Tam tak samo jak w wielu miejscach Rosji, na głównym placu króluje zadbany pomnik Lenina. Workuta to miasto senne i ponure, jakby zapomniane przez wszystkich, leży w autonomicznej republice Komi, znacznie większej niż obszar Polski, tak samo jak najwyższa góra Uralu, znajdująca się w paśmie Subpolarnym.

W lecie trudno dostać się w Ural Subpolarny, przez tundrę i tajgę przejść się w zasadzie nie da, gdyż podmokłość terenu, stopień zarośnięcia, ogromna ilość owadów, powodują że dziennie w takim terenie można przejść od 1 do kilku kilometrów i nie ma suchego miejsca by się położyć. A z Inty w pobliże najwyższej góry Uralu- Narodnej(Narodnaja, 1895m n.p.m.) jest około 150km. Technicznie nie da się nawet zabrać jedzenia na tak długi czas, a po drodze jest też do pokonania duża górska rzeka- Kożim, wymagająca na ogół przepłynięcia.

Drugim sposobem jest wynajęcie helikoptera, ale to bardzo kosztowne. Wreszcie trzecim sposobem, stosowanym praktycznie zawsze, jest przejazd specjalnym samochodem (np. typu ural, czy gąsienicowym) do kopalni kwarcu Żelannaja w pobliżu Narodnej (dwa-trzy dni marszu od niej), biegnie tam jedyna utwardzona droga. Przejazd z Inty pod kopalnię trwa nie krócej niż 6 godzin, na trasie jest spora rzeka, droga miejscami to głębokie błoto, bardzo nierówna, chociaż tak jak o linie kolejowe w tym rejonie, dba się o tą drogę, by istniała, a wymaga to ciągłej pracy. Trudny teren powoduje, że nie ma żadnych osad ludzkich. Transport w góry jest dosyć trudny, a bywa że i kosztowny, setki dolarów za kurs samochodu w jedną stronę(trzeba się targować).

Teren Uralu Subpolarnego zawarty jest w Parku Narodowym Yugyd-va, utworzonym w 1994r., wpisany jest na listę UNESCO, liczy 1,9mln ha. Znajduje się tam około 40 małych lodowców i setki płatów wiecznego śniegu, setki rzek i potoków, także 800 górskich jezior. Góry te są pełne endemicznych roślin, rzadkich zwierząt, ale najbardziej charakterystyczna i egzotyczna w stosunku do Polski jest obecność renifera, który jest hodowany na obszarach polarnych przez ludy koczownicze: Komi, Nieńców, Chantów- ubierają się i mieszkają w podobnej zabudowie jak Indianie z kontynentów amerykańskich(oczywiście pisząc w dużym uproszczeniu). Góry te słyną też z rzek zasobnych w ryby i dziesiątek odmian minerałów, kryształy kwarcu nierzadko osiągają wagę kilku ton. Ural to góry z pogranicza Azji i Europy, umowna granica biegnie u wschodniego podnóża gór.

Rejon Narodnej jest odwiedzany coraz liczniej, ale wystarczy wejść w boczną dolinę, a nie spotka się innego człowieka, wkoło tylko góry, śnieg, rzeki, jeziora, ogromne rumowiska skalne, bagna, tundra, torfowiska, czasami trudne do przebrnięcia krzaki i tajga. Wszystko ogromne, przestrzenie są niesamowite. W razie wypadku na pomoc nie ma co liczyć, bo dotarcie do źródła pomocy zajmuje wiele dni. Na przykład Kaukaz w porównaniu z Uralem, to główna ulica stolicy dużego europejskiego kraju, aczkolwiek Kaukaz i tak jest nieporównywalnie dzikszy od Tatr czy Alp.  

Góry Uralu mają bardzo zróżnicowany charakter, płaskie potężne grzbiety górskie, w formie rumowisk skalnych, ale także nie brakuje gór o charakterze alpejskim, skalistych, z licznymi kotłami, w których nierzadko małe lodowce. Jest jednak jeden duży minus, świat ten ogląda się zza moskitiery, ilość komarów i muszek, jest ogromna, człowiek jest nimi oblepiony.

Krótki okres wegetacji powoduje, że życie przez dwa miesiące w roku jest tam bardzo intensywne. Mrozy zimą wynoszą często 40 — 50 stopni Celsjusza. Owady bardzo dokuczają, gryzą nawet przez gruby materiał, a chemia działa na nie krótko. Stąd nawet mimo grzejącego potężnie słońca, trzeba być potężnie ubranym, zakryć jak najwięcej ciała, a nad głową i tak bzyczą co najmniej setki komarów, szukając okazji do wbicia się w ciało. Skutecznie je znajdują. Dużym problemem jest spożywanie posiłków czy załatwianie potrzeb fizjologicznych w ich gromadnym towarzystwie.

Na Uralu pogoda zmienia się znacznie gwałtowniej niż u nas w Tatrach. Prawie bezchmurne niebo jest wstanie zakryć się w ciągu godziny chmurami, z których sypnie śniegiem. Śpiąc na wysokości 300-400m n.p.m. zanotowałem kilka razy spore przymrozki. Poprzedniego dnia słońce spaliło mi twarz, a w nocy zamarzła woda w butelce. Noce - nie ma ich, o tej porze roku panuje tam dzień polarny. Ciekawym doświadczeniem było żyć prawie trzy tygodnie bez nocy i do tego zmieniać strefy czasowe. Nawet gdy w porze nocnej niebo jest całe zachmurzone, pada deszcz/śnieg, to jest tylko szaro. Po Uralu śmiało można wędrować przez całą dobę. Gdy noc jest mroźna, można odpocząć od komarów. Dzień polarny zaczyna się już dobę jazdy pociągiem od Moskwy na północ. Na Uralu słońce mocno świeciło o trzeciej nad ranem, bardziej na północ jeszcze wcześniej i było przez całą dobę jeszcze jaśniej. Nawet w Sankt Petersburgu czuje się bliskość obszarów polarnych, bo robi się tam ciemno (ale nie bardzo ciemno) około północy.

Ural jest przepiękny, jeszcze dziki, ale nie wolno zapomnieć o odpowiednim ekwipunku i ilości jedzenia, nietrudno się tam zgubić. Całe Tatry mieszczą się bez przeszkód w jednej dolinie. Wszystko trzeba liczyć w dniach, a szczyt odległy jakby się zdawało o kilka godzin, okazuje się, że jest dwa dni drogi od nas, gdyż nie ma tam żadnych szlaków, a teren jest bardzo trudny i zdradliwy. Wędrówka po ciężkim rumowisku, bagnach, przez krzaki, tundrę, w niższych partiach przez tajgę, po śniegu. Często trzeba omijać bardzo strome kotły polodowcowe, które np. nagle się pojawiają na płaszczyźnie szczytowej, bywa ich cała seria. W słońcu jest ciepło, ale gdy go nie ma temperatura niewiele przekracza 0 stopni Celsjusza. Załamania pogody bywają gwałtowne i długotrwałe.

Mój atak szczytowy na Narodną od podnóża, trwał aż kilka dni, z powodu mrozu sięgającego –10 stopni, porywistego wiatru, który prawie zniszczył namiot i obfitych opadów śniegu. Wędrówka w chmurach, które są tam często bardzo nisko, we mgle, po zaśnieżonym i oblodzonym bardzo trudnym technicznie rumowisku skalnym -  męczące i trudne zajęcie. Bardzo łatwo się połamać. A wiatr potęguje uczucie zimna, organizm szybko traci ciepło, niektóre płaty śniegu i lodowce są na tyle strome, że trzeba dużego wysiłku, by przez nie przejść bez żadnej asekuracji. Ale dla Uralu warto – są to niesamowite góry. One, wraz z wszystkimi kolorami wiecznie jasnego nieba, ich potęga, dzikość - wprawiły mnie w niebywałe szczęście.

Po tych pięknych przeżyciach trzeba jeszcze wyjść z gór. Dojście do wspomnianej kopalni kwarcu to jeden dzień(doba)-trzy dni z okolic Narodnej. Potem musiałem czekać 5 dni na jakikolwiek transport, by dotrzeć do Inty – trzeba być na to przygotowanym, tam człowiek może liczyć tylko na siebie. Można mieć szczęście i czekać kilka godzin, a można czekać i tydzień. Przez 5 dni nie było żadnego środka transportu, a wędrówka przez Ural to wielodniowy marsz(a plecak pełny minerałów waży). Transport też nie był bezpieczny, bo na podskakującej, ubłoconej, potężnej ciężarówce przewożącej kwarc.

Rosja to specyficzny kraj, ale ludzie są bardzo życzliwi, bezinteresownie potrafią wykazać dużą pomoc. Mówi się o gościnności Polaków, ale nie ma nawet porównania co do gościnności Rosjan z rejonów oddalonych od Moskwy. Rosja to też wieczna walka o bilety kolejowe, o co nie jest wcale tak łatwe. Liczne kontrole licznych służb policyjnych, na ogół miłe, ale trzeba wiedzieć co powiedzieć, co pokazać, a czego nie. Rosja to także sytuacje, gdy ludzie chcą szybko zarobić, dotyczy to zwłaszcza kwestii transportu i wymiany walut.

Podczas tej podróży spotykałem się na każdym kroku z ogromnym zdziwieniem, po co tam przyjechałem, mogąc równie dobrze pojechać do Hiszpanii czy Włoch. Wielu Rosjan nie rozumiało po co pcham się do Salechardu, Workuty, w góry, było to dla nich nielogiczne. Pchać się tam gdzie zimno, pusto, komary, pełno wody, dziko, w miastach ponuro. Wreszcie jechać tyle dni – to rzecz niepojęta, ale jednocześnie byli pełni podziwu, że chciało mi się tam dotrzeć, że zwiedzam Rosję, podoba mi się ich kraj. Bardzo ich ciekawiło co w Polsce, w Europie, kwestie finansowe. Okolice Workuty to jeszcze Europa, ale wielu jej mieszkańców przez całe życie z niej się nie ruszyło, nie wiedzą co się dzieje w Moskwie, a co dopiero gdzieś indziej.

Wyjazd nie ograniczał się tylko do zwiedzania dzikich zakątków, bo przy okazji można zawsze zobaczyć coś więcej, nawet zbaczając z głównej trasy ten tysiąc kilometrów. Dlatego kolejny raz odwiedziłem Moskwę i Mińsk, miałem okazję zwiedzić Sankt Petersburg i słynny pałac w miasteczku Carskie Sioło (Puszkin). Także największe europejskie jezioro - Ładoga i Wilno.

Po powrocie do domu, niemal tak samo egzotyczna jak wyjazd okazała się możliwość wykąpania się, ciepła woda, łóżko, domowe jedzenie, wreszcie obecność nocy już o 21:00.

Warto podróżować na rosyjską północ i wschód, póki ludzi nie za dużo, a przyroda w dobrej kondycji – to nie będzie trwało wiecznie.

Poniżej trochę skanów  zdjęć z podróży (2003r.).

Opublikowano w Przewodniki Turystyczne

Pamir.pl to firma z wieloletnim rodowodem (od 1999 r.), a jej współpracownicy to sami pasjonaci z wieloletnim doświadczeniem. Kochamy to co robimy i jesteśmy w tym najlepsi!

Pan Wulkan czyli Grzegorz Gawlik realizuje kilka ambitnych projektów podróżniczych, ale szczególnie dumny jest z jedynego takiego projektu na świecie: 100 WULKANÓW.

Któż nie słyszał o Kilimandżaro? Monumentalnej potężnej górze, wznoszącej się nad sawanną Tanzanii i Kenii. Ciągle jeszcze zlodowaconej. Zaliczanej do Korony Ziemi. Do tego osławione parki narodowe Serengeti i Ngorongoro, z najbardziej egzotycznymi zwierzętami świata, dla których to dom, a nie sztuczny wybieg. Wszystkie te miejsca są od lat na liście światowego dziedzictwa UNESCO.

A powyższy opis to podstawowy scenariusz wyprawy z nami:  wulkan Kilimandżaro 5895m + Safari (13dni), który można rozbudować o:

Wulkan Meru 4566m - najwyższy aktywny wulkan Afryki, idealne miejsce na aklimatyzację przed Kilimandżaro. Do tego wspaniałe widoki na afrykańską Górę Gór. I las tropikalny bogaty w zwierzynę, dlatego podczas marszu zawsze towarzyszy nam strażnik parkowy, by było bezpiecznie. 

Wulkan Ol Doinyo Lengai liczący około 3000m wysokości. Jedyny czynny na Ziemi wulkan karbonatytowy - tzn. z lawą w odcieniu białym i żółtym. Z niepowtarzalną okazją wejścia do krateru, co często jest możliwe. Obowiązkiem każdego Masaja jest wejście na szczyt.

Zanzibar - po trudach w kontynentalnej Tanzanii warto odpocząć na rajskiej wyspie otoczonej Oceanem Indyjskim.  Wspaniałe ryby, owoce i przyprawy. Rafy koralowe i żółwie morskie. Ponadto mieszanka kultury arabskiej, europejskiej, indyjskiej i afrykańskiej w stołecznym Stone Town, znajdującym się na liście UNESCO

TERMINY - oferta jest: TUTAJ

A) KILIMANDŻARO (9dni)

1) 26 grudzień 2016 - 03 styczeń 2017

2) 28 styczeń - 05 luty 2017

3) 11-19 luty 2017

KILIMANDŻARO + SAFARI (Serengeti + Ngorongoro) (13dni)

1) 26 grudzień 2016 - 07 styczeń 2017

2) 28 styczeń - 09 luty 2017

3) 11 - 23 luty 2017

KILIMANDŻARO + SAFARI (Serengeti + Ngorongoro) + ZANZIBAR (15dni)

1) 26 grudzień 2016 - 09 styczeń 2017

2) 28 styczeń - 11 luty 2017

3) 11 - 25 luty 2017

MERU + KILIMANDŻARO (13 dni)

1) 24 styczeń - 05 luty

MERU + KILIMANDŻARO + SAFARI (Serengeti + Ngorongoro) (17dni)

1) 24 styczeń - 09 luty 2017

MERU + KILIMANDŻARO + SAFARI (Serengeti + Ngorongoro) + ZANZIBAR (19dni)

1) 24 styczeń - 11 luty 2017

KILIMANDŻARO + SAFARI (Ngorongoro) + OL DOINYO LENGAI* (13dni)

1) 28 styczeń - 09 luty 2017

2) 11 - 23 luty 2017

KILIMANDŻARO + SAFARI (Ngorongoro) + OL DOINYO LENGAI* + ZANZIBAR (15dni)

1) 28 styczeń - 11 luty 2017

2) 11 - 25 luty 2017

*W sytuacji gdy liczba chętnych na Ol Doinyo Lengai nie będzie wystarczająca do zorganizowania wyjazdu, realizowany będzie wariant podstawowy - safari w Serenget.

B)  istnieje całoroczna możliwość prywatnego wyjazdu tylko dla Ciebie, Rodziny, Przyjaciół albo w ramach służbowego wyjazdu integracyjnego, by popracować nad siłą i charakterem na górze zaliczanej do Korony Ziemi.

C) a jeśli ktoś niekoniecznie chcesz zdobywać Kilimandżaro, a zobaczyć fascynującą Tanzanię, możemy i taki wyjazd zorganizować.

Pracujemy już nad terminami letnimi (2017) wyjazdów do Tanzanii.

Jak również nad nowymi kierunkami, które się wkrótce u nas pojawią.

Więcej informacji o wyjazdach na Kilimandżaro i do Tanzanii (plan, co zabrać i in.) oraz formularz zgłoszeniowy, znajdują się: TUTAJ.

Na wszystkie pytania chętnie odpowiemy, piszcie na: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.

A może brakuje w ofercie rynkowej wyjazdów w jakieś miejsca? Wtedy też piszcie, pomyślimy.

Ponadto, Pamir.pl to wiele wspaniałych przygód na kilku kontynentach. ZAPRASZAMY !

serdecznie pozdrawiam

Grzegorz Gawlik

Poniżej trochę zdjęć z ostatniego wyjazdu, a więcej jest: TUTAJ.

Opublikowano w Blog
Potężne górskie jezioro, starożytne i średniowiecze zabytki, piękne góry - to właśnie Ochryda z przyległościami, póki co, jedyny macedoński obszar na liście UNESCO. Jeśli ktoś odwiedza ten kraj, to właśnie dla tego miejsca. Często tylko dla niego, czasami z krótką wizytą w Skopje.

Co robi turysta, gdy wpadnie do Ochrydy na dzień czy dwa? Z pewnością pospaceruje głównym handlowo-restauracyjnym deptakiem (St. Clement of Ohrid). Płaska ulica doprowadzi do nadbrzeża. Sympatycznego miejsca na spacer i na organizację rejsu po jeziorze. Kiedyś w centrach nie było supermarketów, dzisiaj są, także tutaj, w sąsiedztwie jeziora i wspomnianego deptaku. Co może mieć pozytywne znaczenie dla naszego portfela.

Za deptakiem wznosi się wzgórze z licznymi zabytkami i wąskimi uliczkami. Lista ciekawych obiektów i muzeów jest dosyć długa. Objęte zostały ochroną przez UNESCO. Znajdziemy trochę pozostałości antycznych zabytków, lecz przede wszystkim te średniowieczne są atrakcyjne. Na szczycie wznoszą się ruiny Fortów Samuela (Samuel's Fortress). Najstarsze fragmenty pochodzą z IV wieku p.n.e. Obiekt był przebudowywany później wielokrotnie aż do czasów średniowiecznych. Fort nie jest zbyt ciekawy, za to rozpościera się stąd piękny widok na miasto, jezioro i góry. W pobliżu znajdziemy średniowieczne mury obronne i bramy.

Sam spacer wąskimi uliczkami jest przyjemny, lecz warto wspomnieć o największych atrakcjach historycznego wzgórza. Jest tutaj antyczny teatr (ok. 200 r. p.n.e.) i duży kompleks archeologiczny Plaosnik a w nim kościół Sveti Clement & Pantelejmon  z IX-XV w n.e. (najstarszy słowiański klasztor na świecie), ruiny wczesnochrześcijańskiej bazyliki z mozaikową podłogą, której najstarsze fragmenty datuje się na IV w n.e. Prawdopodobnie najsłynniejszym jednak kościołem jest ten pod wezwaniem Św. Sofii (St. Sophia), datowany na XI wiek, z pięknymi malowidłami w środku, których z nieznanych powodów nie można fotografować nawet bez flesza. W praktyce i tak prawie wszyscy robią zdjęcia. XIII-wieczny kościół Holy Mother of God Perivleptos (Przenajświętszej Bogurodzicy) również posiada piękne malowidła.

Pięknie położony na skale nad jeziorem jest kościół Sveti Jovan - Kaneo z XIII w. Innych średniowiecznych kościołów i kościółków w stylu bizantyjskim znajdziemy w Ohrydzie znacznie więcej. Jeśli się dobrze przyjrzymy, dostrzeżemy w niektórych miejscach wpływy muzułmańskie. Te same obiekty na przestrzeni wieków służyły różnym religiom. Ochryda słynie również z bezcennych fresków oraz ikon. W mieście jest muzeum im poświęconym, oczywiście także muzeum archeologiczne (Robevci House).

Jeden dzień wystarczy na nieśpieszne spacery po mieście połączone ze zwiedzaniem i wycieczką po jeziorze.

Jezioro Ochrydzkie położone jest prawie 700m n.p.m., a jego głębie sięgają do ok. 300m. Powierzchnia to ok. 2600km2 przy długości 36km i 17km szerokości. W lecie oferuje niezwykle przyjemną wodę przy kąpieli. Słodką - co wielu przedkłada nad słoną morską. Nawet w centrum Ochrydy znajdziemy niewielkie miejsca do kąpieli. Główna plaża znajduje się po drugiej stronie zamkowego wzgórza w stosunku do centrum. Najwyższe szczyty w pobliżu jeziora przekraczają 2000m wysokości. Ponadto słynie ono z wielu endemicznych przedstawicieli fauny i flory.

Ochryda (kiedyś Lychnidos) to ponad 40-tysięczne miasteczko, w którym nie czujemy się małomiasteczkowo, ale również nie przytłacza nas jego wielkość. Jezioro, wzgórza i góry, zabytki, wąskie uliczki - przyjemnie tutaj.

Z ciekawostek.

W Ochrydzie przebywałem podczas Mistrzostw Europy w Piłce Nożnej we Francji, w tym w dzień ćwierćfinałowego meczu Polski z Portugalią (30.06.2016).

Oglądanie sportu mnie nudzi, wolę go uprawiać. Lecz tym razem zrobiłem wyjątek. Nawet nie miałem za bardzo wyjścia, byłem jedynym Polakiem w hostelu i nikt nie wyobrażał sobie, bym nie uczestniczył w kibicowaniu. Znalazł się też fan Portugalii, miejscowy. Pytane przeze mnie dzieciaki komu kibicują, zawsze odpowiadały: Portugalii. Za sprawą Christianio Ronaldo jak się okazało, ale Roberta Lewandowskiego też dosyć powszechnie kojarzyli. Innych polskich zawodników zazwyczaj nie. Ale po dobrym piłkarskim występie na Mistrzostwach, powinno to się zmienić. Mimo że przegraliśmy w karnych z Portugalią, która została później mistrzem Europy.

Informacje Praktyczne (VI.2016).

Autobus Skopje - Ochryda, cena: 520 denarów, w tym 20 opłata dworcowa, ok. 185km ok. 3,5h jazdy. Częściowo autostradą, kolejny odcinek, z długim tunelem, jest w budowie. Dworzec autobusowy w Ochrydzie znajduje się ok. 2-3km od centrum, ale autokary zatrzymują też tam, zazwyczaj blisko charakterystycznego ronda.

Jeśli chcemy podróżować z Ochrydy do albańskiej Tirany, znacznie lepsze połączenia są z miasta Struga, położonego 15km od Ochrydy. Dostaniemy się tam autobusem/mikrobusem albo taksówką/pseudo taksówką (100 denarów).

Noclegi: najtańsza oferta jaką otrzymałem za pokój, wynosiła 6 euro, padało też 8-10 euro, mój hostel kosztował 550 denarów na nocleg w kilkuosobowym pokoju ze śniadaniem (Sunny Lake Hostel - standardowy obiekt, ale w porządku i fajnie położony). 

Kurs denara macedońskiego wynosił w Ochrydzie 61,7 denarów za 1 euro.

Za noclegi i w części punktów usługowych można było płacić w euro.

Atrakcje Ochrydy są biletowane. Choć pojedyncze ceny nie wydają się wysokie, to przemnożone przez ilość odwiedzonych obiektów, robi się spora kwota. I tak wstęp do ważniejszych kościołów, jak świątynia Sofii, to wydatek 100 denarów, a Fort Samuela 30 denarów. 

Na zdjęciach Ochryda  i jej atrakcje:

Opublikowano w Blog
Strona 1 z 3

nationalgeographic box

red bull 225x150

TOKFM box

iexpert 225X150px

stopka plecak

LogoStopka

stopka plecak

Strona używa informacji zapisanych za pomocą… plików cookies w celu dostosowania do indywidualnych potrzeb użytkowników. Jeżeli tego nie akceptujesz zmień ustawienia przeglądarki dotyczą…ce cookies. Więcej informacji można znaleźć‡ w naszej Polityce prywatności.