a2b2

red bull box 225x150

pzu bezpieczny 225x140

spokey.jpg 225PX

LOGO

Podziel się

FacebookMySpaceTwitterGoogle BookmarksLinkedinRSS Feed
Trekking do Bazy pod Annapurną nie ma nic wspólnego z Trekkingiem wokół Annapurny. Trekking do Sanktuarium / Południowego Sanktuarium Annapurny – to ten sam trekking co do Bazy pod Annapurną / Annapurna BC / Annapurna Base Camp. Zwrot Południowa Baza / Południowe Sanktuarium – ma znaczenie. Bo jest też Północna Baza - niewykorzystywana. Ale wyznaczyli ją pierwsi zdobywcy Annapurny I (8091m) – Francuzi – Maurice Herzog i Louis Lachenal - którzy zdobyli szczyt na początku czerwca 1950 roku. Przypłacili to licznymi odmrożeniami i amputacjami. Annapurna była pierwszym w historii zdobytym ośmiotysięcznikiem. Polacy na szczycie stanęli dopiero w 1987r., za to jako pierwsi – zimą – na początku lutego dokonali tego: Jerzy Kukuczka i Artur Hajzer – od południa.

Przy czym należy pamiętać, że baza podstawowa, startowa, tzw. Base Camp, to najczęściej spłaszczone, bezpieczne i nie nazbyt wysoko umiejscowione miejsce, gdzie wyprawy stawiają swoje namioty. Nie ma tam trwałych budynków. Wyjątkiem jest South (Południowa) Annapurna Base Camp – właśnie o trekkingu do tej bazy jest niniejszy artykuł.

Trzeba też wyjaśnić słowo – SANKTUARIUM – bo również ma znaczenie (nie religijne). W tym słowie zawiera się jedna z największych atrakcji trekkingu. Mianowicie, masyw Annapurny rozłożony względem bazy jest amfiteatralnie. Od lewej do prawej mamy ogromną ścianę szczytów – sześcio- i siedmio- tysięcznych, z ośmiotysięczną Annapurną na czele. A u podnóża i obok niej, spływa Południowy Lodowiec Annapurny (South Annapurna Glacier), który zbiera mniejsze lodowce po drodze, schodząc jęzorem aż pod Machhapuchhare.

Do bazy pod Annapurną można dostać się różnymi drogami. Dwie podstawowe zaczynają się i kończą w Birethanti koło NayaPul, wioski znajdującej się przy drodze z Pokhary. Najkrótsza trasa, ale też najmniej ciekawa, prowadzi przez Jhinu Danda. Dobry piechur pokona ją w 5 dni – tam i z powrotem. Żeby dwa razy nie iść przez Jhinu Danda, jest możliwość niewielkiego wydłużenia trekkingu i przejście przez Ghandruk i Tadapani do Chomrong.

Najciekawsza i najładniejsza wersja trekkingu również zaczyna się w Birethanti i biegnie przez Ghorepani, skąd można wejść na słynny punkt widokowy Poon Hill. Dalej przez Tadapani i Chomrong, a zejście przez Jhinu Danda. O niej będzie w tym artykule. W dojściu do Annapurna Base Camp (ABC) można wykorzystać też ścieżkę z Tatopani do Ghorepani (Tatopani to osada na trekkingu Wokół Annapurny). Jadąc z Pokhary można wystartować na szlak zamiast z NayaPul, z okolic Naudanda lub Chandrakot (koło NayaPul) i dalej wędrować przez Tolka i Landruk do Jhinu Danda.

Specyfiką trekkingu do ABC są kamienne schody, stopnie – w górę i w dół. Jest ich dużo na trasie, więcej niż na innych trekkingach. Jednych to cieszy, inni mają stosunek obojętny, a pozostali narzekają.

Największą atrakcją trekku – jest różnorodność i duża liczba atrakcji na przestrzeni niewielu dni.

Dojście do Ghorepani z widokami na Annapurnę Południową (7219m) i Hiunchuli (6441m). Niżej rośnie subtropikalny las, wyżej wiosną kwitną rododendrony, a jesienią kilka innych gatunków drzew. Ghorepani to wysokogórska sporych rozmiarów wioska, usadowiona na przełęczy, na wysokościach 2800-2900m. To dobre miejsce na zakup pamiątek, ale później też okazji nie zabraknie. Na słynnym punkcie widokowym Poon Hill (3193m, 3210m – z wieżą widokową) oraz na wzgórzach o podobnej wysokości (do ok. 3195m), po drugiej stronie przełęczy, można podziwiać pasma Annapurny i Dhaulagiri. To jedna z najwspanialszych panoram w Himalajach. Najefektowniej prezentują się Dhaulagiri I (8167m)  i Tukuche Peak (6920m) oraz Annapurna Południowa i Annapurna I. Wzgórza porasta las rododendronowy.

Odcinek z Ghorepani do Tadapani, oprócz wspomnianych widoków, oferuje ciekawy górski odcinek. Wąskie doliny, skałki, potoki, gęsty las. Dalej, w drodze do dużej miejscowości Chomrong (2100-2200m) oraz Sinuwa, można kolejny raz obserwować uprawę pól przez Nepalczyków. Ryżu i warzyw.

Za Sinuwa (2100-2300m) zaczyna się kulminacyjny odcinek prowadzący skalną, piękną i efektowną  doliną rzeki Modi Khola. Nad głowami pojawią się lodowce. Czuć będzie wysokogórską atmosferę. Z Sinuwa do ABC to jeszcze półtora dnia wędrówki, choć jak ktoś bardzo chce można pominąć zwyczajowy nocleg w Deurali (ok. 3200m), i dojść do MBC albo wygospodarować godzinę do dwóch i zakończyć marsz w ABC.

MBC to Machhapuchhare Base Camp. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że na Machhapuchhare 6993m nie można się wspinać, bo to święta góra Nepalczyków. Piramidalna, wspaniale prezentująca się i z ABC i z okolic Pokhary. Skoro wspinać się nie można, to baza też niepotrzebna. MBC to dwa hoteliki przy skręcie do ABC, na wysokości ok. 3700m. Gdy rodził się himalaizm, były próby zdobycia góry, niewiele zabrakło do szczęścia. Choć oficjalnie podaje się, że Machhapuchhare nie została zdobyta, to być może zdobył ją pewien Nowozelandczyk w 1980r. Nielegalnie, niedługo później zginął i brak niezbitych dowodów na to. Nazwa góry oznacza „rybi ogon”, bo gdy się dobrze przyjrzymy, dwuwierzchołkowy szczyt z przełączką, tak właśnie wygląda. Ponadto, ze względu na kształt zwana jest „Matterhornem Nepalu”.

ABC – Annapurna Base Camp, Baza pod Annapurną, Południowe Sanktuarium Annapurny (4130m). To nie jest duża wysokość jak na Himalaje, dlatego prawie każdy radzi sobie z nią całkiem dobrze. Zawsze można przenocować w MBC i podejść tutaj na chwilę. Jest też możliwość przerwania trekkingu i noclegu w niżej położonych osadach (część ma charakter jedynie turystyczny). Odcinek Chomrong – ABC jest wspólny dla wszystkich jego wersji. Niezwykłym udogodnieniem jest istnienie tutaj czterech prymitywnych schronisk górskich, zwanych lodgami, hotelikami. Są pokoje, jadalnia, restauracje. Można wypożyczyć koce, choć najlepiej mieć na cały trekking własny śpiwór. Od 3000m – jesienią i wiosną – trzeba się liczyć w nocy z lekkim mrozem, a w ABC może się utrzymywać przez większość dnia, choć w słońcu może być całkiem ciepło.

Wystarczy wyjść z hoteliku w ABC, by podziwiać panoramę licznych szczytów Annapurny, w tym za plecami Machhapuchhare. Na skraj moreny bocznej Południowego Lodowca Annapurny jest minuta spaceru, gdzie stoją czorteny upamiętniające ofiary góry. A Annapurna I ma wiele ludzkich żyć na sumieniu. Warto tutaj przenocować, by podziwiać widoki w ciągu dnia, wieczorem i o wschodzie słońca, gdy kolejne szczyty się „zapalają” w jego promieniach. Widoki zapierają dech w piersiach, można podziwiać od lewej: Hiunchuli, Annapurna Południowa, Bharha Chuli (7647m), Annapurna I, Roc Noir (7485m n.p.m.) i Tarke Kang(Glacier Dome, 7139m)). W tej „szczytowej” części trekkingu objawiają się także: Annapurna III (7555m) i Gangapurna (7455m).

Trzeba też uczciwie powiedzieć, że dla osób chcących wejść na Annapurnę I, wysokość 4130m jest zbyt niska na bazę startową i zakłada się ją wyżej. Bywa, że górę zdobywa się od strony ABC, ale częściej od drugiej strony Południowego Lodowca Annapurny. Z moreny lodowca za bazą dobrze widać ten obszar.

Zejście z ABC do Birethanti zwykle wyznacza się na trzy dni, by około połowy tego ostatniego być na miejscu. Bez większych przeszkód można ten odcinek pokonać w dwa dni, przy czym szkoda byłoby ominąć wielką atrakcję na zejściu, jaką są termalne źródła koło Jhinu Danda. Po dotarciu do osady na ok. 1700m (z Chomrong godzina, półtorej, w dół), można odbić i zejść nad rzekę Modi Khola, co zajmie 15-20 minut (w górę 20-30minut). W niewielkich basenach z termalną wodą można się wygrzać po trudach wędrówki, w pięknej górskiej scenerii. Nie każdy trekking oferuje taką atrakcję, koniecznie trzeba skorzystać. Tak jak na Poon Hill, trzeba uiścić niewielką opłatę.

Z Jhinu Danda do najbliższej drogi jezdnej są 2-3 godziny marszu, skąd do Birethanti można zjechać jeepami i dalej do Pokhary. Samochód do Bierthanti jedzie niecałą godzinę, na piechotę potrzeba ze dwie. Początkowy odcinek trekkingu, do Hile, też można pokonać jeepem, co zajmie ok. godzinę, piechotą około dwie.

Na opisywaną wersję trekkingu potrzeba od 7 do 9 dni. Często organizuje się go tak, by pełnych dni marszu było siedem, a dwa dni to: dojazd z Katmandu lub z Pokhary na punkt startowy i krótki marsz. Oraz krótki marsz i zakończenie trekkingu, by dojechać do Pokhary (ok. 1,5-2h) lub Katmandu (ok. 10h).

Najlepszy termin wyjazdu: od drugiej połowy marca do drugiej połowy maja i od października do początków grudnia. W praktyce może być to trekking całoroczny. Bo nawet poza głównymi sezonami, pogoda tutaj bywa całkiem niezła. Z pewnym zastrzeżeniem. Gdy w okresie styczeń – luty spada dużo śniegu, końcowe fragmenty trekkingu zagrożone są lawinami. Są co prawda pewne możliwości obejścia najbardziej newralgicznych miejsc, ale może się zdarzyć, że ten odcinek będzie nie do pokonania. Albo skrajnie niebezpieczny, a ścieżka nieprzetarta. Jeszcze wiosną nierzadko trzeba pokonać albo obejść lawiniska i wtedy mogą przydać się, raki to może przesada, ale raczki i owszem (nieprofesjonalne raki, dużo mniejsze, pomagające pokonać zaśnieżone i oblodzone miejsca).  

Ekwipunek. Nic specjalnego. Wygodne buty trekkingowe, ubrania na różne temperatury. Przydają się kijki trekkingowe, ewentualnie raczki gdy dużo śniegu po zimie albo świeży opad (zawsze możliwy). Własny śpiwór, butelka czy camelbag. Apteczka i krem przeciwsłoneczny. I wszystko to co bierze się na ponad tygodniową górską wędrówkę z plecakiem. Pamiętając, że temperatury będą od tropikalnych po zimowe. Że będzie mocne słońce, ale może też spaść deszcz a wyżej śnieg.

Na trasie wszędzie można zaopatrzyć się w jedzenie i napoje. W każdej lodgy zamówić ciepły posiłek i wziąć odpłatny najczęściej prysznic - gazowy albo w postaci wiadra z gorącą wodą w wyższych partiach. WIFI jest prawie wszędzie, ale nie zawsze działa bądź bardzo słabo. Zasięg telefonii komórkowej funkcjonuje w dolnych partiach trekkingu. Naładować sprzęt też zazwyczaj można, choć zwykle za opłatą.

Trekking można odbyć samodzielnie (choć ciągle słychać, że Nepalczycy chcą wymusić obecność przewodnika) albo z tragarzem albo z przewodnikiem i tragarzem. Każdy ma swoje upodobania, ale warto dać zarobić Nepalczykom i nie dźwigać własnego plecaka czy torby. I mieć na plecach niewielki plecaczek z wodą, przekąską i kurtką przeciwdeszczową. Cieszyć się widokami, robić zdjęcia.

Na pytanie ile to kosztuje nie ma co odpowiadać, bo ceny ciągle się zmieniają. Zwykle rosną. Trekking można odbyć na różne sposoby, różnymi trasami, mieć różne upodobania. Różnice mogą sięgać setek procent. Jeśli ktoś musi się liczyć z każdą złotówką i naprawdę jest dobry w organizacji takich wyjazdów, może spróbować zrobić to sam. A jeśli nie musi, warto powierzyć zadanie profesjonalistom i zaoszczędzić mnóstwo czasu, nerwów… a zwykle i pieniędzy. Bo jak to często bywa, człowiek myśli – jak zrobię to sam, będzie taniej. A wystarczy parę prostych błędów, by zapłacić dużo drożej niż gdyby wyjazd zorganizowały osoby lub firmy, które się na tym znają, plus - stracić nerwy i czas. A nie o to chyba chodzi.

W czasach, gdy na prawie całej długości Trekkingu wokół Annapurny wybudowano drogę jezdną, warto rozważyć Trekking do Annapurna Base Camp. Tutaj teren jest zbyt trudny, a osad zbyt mało, by wybudować drogę.

Oto garść zdjęć z kilku różnych wyjazdów do ABC.

Opublikowano w Przewodniki Turystyczne
Już w VI tysiącleciu p.n.e. istniała na wyspach dzisiejszej Malty cywilizacja. Z V tysiąclecia pozostały słynne megalityczne budowle. W I tysiącleciu p.n.e. panowali tu Fenicjanie, Kartagińczycy, Rzymianie. W 60 roku n.e. św. Paweł nawrócił Maltę na chrześcijaństwo. Przez kilka wieków Malta była częścią Cesarstwa Wschodniego ze stolicą w Konstantynopolu, później podbita prze Arabów. Na początku II tysiąclecia n.e. Maltę opanowali Normanowie i stanowiła część Królestwa Sycylii. W 1530 roku Kawalerowie Maltańscy (joannici) objęli te tereny jako lenno od Karola V Habsburga (król Hiszpanii, cesarz rzymski). Oni wybudowali Valettę, późniejszą stolicę kraju. Pod koniec XVII wieku Bonaparte zdobył te tereny w drodze do Egiptu, a niewiele później Malta znalazła się pod protektoratem Wielkiej Brytanii, by po kongresie wiedeńskim stać się jej kolonią. Mocno zniszczona podczas II wojny światowej, w 1947 roku uzyskała pewną autonomię, a w 1963r. proklamowała niepodległość, nadal będąc ściśle związana z Londynem. Aż do 1974 roku, gdy powstała Republika Malty. Przed tą datą, przez pewien czas, rząd maltański finansowała Libia, gdy płatności wstrzymała Wielka Brytania.

Piszę o tym wszystkim, by pokazać jak bujną historię posiada ten niewielki kraj, w którym nie mieszka nawet pół miliona osób, a obszar to wielkość średniego europejskiego miasta. A jako ciekawostkę można dodać, że niektóre fragmenty Afryki są bardziej na północ aniżeli Malta.

Malta dzisiaj to jeden z najbogatszych krajów świata, którego mieszkańcy są jednymi z najbardziej szczęśliwych. Śródziemnomorski ciepły klimat, morze, ponad 300 słonecznych dni w roku, wysoki standard życia, daleko od światowego zgiełku, piękne zabytki.

I o tych ostatnich, położonych na wyspie Malta, będzie teraz.

VALETTA. Jeden z najbardziej zagęszczonych pod względem zabytków obszarów na świecie (lista UNESCO). Miasto zwane: „muzeum pod gołym niebem”. Zwarta zabudowa – kamienic (warto zwrócić uwagę na balkony), kościołów, pałaców – to w większości XVI wiek z dużą ilością baroku. Ulice jak szachownica, do tego biegną to w górę to w dół. Valetta kończy się fortem św. Elma (XVI w), który m.in. skutecznie obronił się przed najazdem Turków. Zresztą ona cała i jej okolice są mocno uzbrojone. Wysokie mury, fosy, forty. Otoczona z trzech stron wodami Morza Śródziemnego i mniej zabytkowymi częściami aglomeracji, za to bardziej nastawionymi na rozrywkę i handel. Valetta i jej otoczenie to świetne spacerowe miejsca. Są wąskie uliczki, są tramwaje wodne, promenady. Miasto elegancko prezentuje się zarówno za dnia, jak i w nocy. Nastrojowe, romantyczne. W 2018 roku – Europejska Stolica Kultury.

MDINA. 10 kilometrów w głąb wyspy od Valetty znajduje się była stolica Malty – Mdina. Jej położenie z dala od morza, nie było najlepsze, stąd w średniowieczu przestała być stolicą państwa. Za to urzeka swoją architekturą, starszą od Valetty. Stare Miasto choć niewielkie, to zadbane, z wąskimi uliczkami, kościołami (w tym katedrą), placykami, otoczone solidnymi murami obronnymi, pomiędzy którymi – od strony bramy do miasta - jest park. Dzięki umiejscowieniu na wzgórzu było łatwiejsze do obrony, ale i tak fortyfikacje wyglądają imponująco. Większość zachowanych powstała pomiędzy XVI a XVIII wiekiem, ale można znaleźć w nich pozostałości umocnień XI w, VIII w, a nawet starożytne. Jeśli ktoś ma skojarzenia słowa „mdina” z arabską „mediną”, to słusznie. Właśnie od niego wzięła się nazwa miasta. A jak wiadomo „medina” to rodzaj arabskiego starego miasta z wąskimi uliczkami, bazarami i najważniejszymi budynkami.

DOMVS ROMANA – ruiny domu z czasów rzymskich na granicy Mdiny i Rabatu. Bardzo cenne, bo zachowały się na podłogach mozaiki. Dom był używany w okresie I w p.n.e. – II w n.e.,  później był tu muzułmański cmentarz. Budynek posiadał perystyl, czyli wewnętrzny dziedziniec ogrodzony kolumnami, na którym zachowała się piękna mozaika. W obiekcie funkcjonuje małe muzeum.

RABAT. Nazwa wywodzi się od arabskiego słowa – „przedmieścia” i taką rolę miasto pełniło względem Mdiny. Dzisiaj to ostatnie miasto, jest zabytkiem, nielicznie zamieszkanym, a życie miejskie toczy się w Rabacie. Które też posiada ciekawe zabytki. Słynie przede wszystkim z katakumb. Najbardziej znane są św. Pawła, który mieszkał w jednej z wapiennych grot przebywając kilka miesięcy na Malcie w 60r. n.e., gdy rozbił się jego statek w drodze do Rzymu. Nawrócił wyspę na chrześcijaństwo, był znany z licznych uzdrowień. Katakumby pod Rabatem to ogromny zespół korytarzy. Mniej znane, ciut na uboczu, ale ciekawsze są katakumby św. Agaty. Obok nich jest niewielkie muzeum wszystkiego, trochę zaniedbane. Są minerały, monety i banknoty, obrazy, wypatroszony krokodyl, średniowieczne i starożytne drobne zabytki, ludzkie kości i wiele innych. A pod ziemią katakumby, które słyną z zachowanych fresków, co jest osobliwością tego miejsca. Kategorycznie nie wolno robić zdjęć wewnątrz, nawet bez lampy błyskowej, czego nie rozumiem i do czego zwykle się nie stosuję. Katakumby datuje się na II-III w n.e., a freski na IV-XII w n.e. Są tu setki grobów (4100 metrów kwadratowych), spoczywają w nich obok siebie całe rodziny, różnych wyznań.

ZŁOTA ZATOKA - GOLDEN BAY. Piaszczystych plaż na Malcie aż takie wiele nie ma. Jedną z najsłynniejszych jest plaża w Złotej Zatoce, w zachodniej części wyspy Malta. Na szczycie klifu wznosi się niewielka kamienna wieża z 1637r., zbudowana przez wielkiego mistrza Giovanniego Paolo Lascarisa (joannita). Jedna z siedmiu tego typu. Wartownicy mieli za zadanie patrzeć w morze i ostrzegać ludność i wojsko przed możliwym atakiem.

SLIEMA. Miasto oddzielone niewielką zatoką od Valetty. Nadbrzeże oferuje jeden z najlepszych i najsłynniejszych widoków na stolicę Malty. Choć zachowało się tutaj trochę starej zabudowy i Fort Tigne, jest to dosyć nowoczesne miasto, budują się apartamentowce.

Jeszcze kilka wskazówek praktycznych. Na Maltę najwygodniej dostać się drogą lotniczą, co można uczynić z różnych zakątków Europy. W tym z Sycylii. Lotnisko w Katanii oferuje kilka lotów dziennie. 40 minut w powietrzu i jesteśmy na miejscu. To zwykle dużo tańsze rozwiązanie niż przeprawa promowa z Pozallo, położonego na południe od Syrakuz.

Natomiast same wyspy najlepiej zwiedzać wynajętym samochodem lub autobusami Citysightseeing Malta, które oferują po kilka tras na wyspach Malta i Gozo. Ponadto obok Starego Miasta jest dworzec autobusowy, skąd dojedziemy na lotnisko i w różne zakamarki wyspy.

Na zdjęciach: wyspa Malta i opisane miejsca. 

Opublikowano w Blog
Syrakuzy czy Taormina? To odwieczne pytanie tych, którzy muszą wybrać. Bo nie mogą odwiedzić obu miast. A każde jest inne.
Zawsze gdy jestem na Etnie, staram się znaleźć chwilę na coś poza nią. Podczas ostatniej wizyty, wybrałem się do Syrakuz. A jak ktoś skorzysta z wyszukiwarki na stronie, znajdzie artykuły choćby o Taorminie, Katanii czy Wąwozie Alcantara.

Kilka faktów historycznych. Już w piętnastym wieku przed naszą erą na terenie Syrakuz miało miejsce greckie osadnictwo, a w 733r. p.n.e. powstało tutaj miasto, za sprawą greckich Dorów z Koryntu. Jakieś dwieście lat zanim przywitaliśmy czasy naszej ery, Syrakuzy zdobyli Rzymianie, a kilka wieków później Arabowie. Około 1085r. n.e. miasto opanowali Normanowie. Dalej było pod rządami króla Niemiec i Świętego Cesarza Rzymskiego Henryka VI. Krótko rządzili tu Genueńczycy i znowu Niemcy. Następnie o miasto biły się lokalne rodziny, niektóre ze wsparciem Hiszpanii. Już całkiem blisko współczesności miastem władali Burbonowie – władcy Francji i Hiszpanii. Ale trzęsienia ziemi i dżuma, bardzo osłabiły ich rządy w Syrakuzach. W 1848 miasto wzięło udział w sycylijskiej rewolucji niepodległościowej, a w 1865 roku stało się częścią zjednoczonych Włoch. Podczas II Wojny Światowej, przez pewien czas miastem rządzili Brytyjczycy.

Syrakuzy to miasto Archimedesa (grecki matematyk i filozof przyrody), Teokryta (poeta, prawdopodobnie twórca sielanki) i Epicharma (komediopisarz, filozof). W mieście mieszkał Platon (filozof, uczeń Sokratesa), a według biblijnych zapisków w 59r. n.e. z Malty przypłynął tutaj statek, w drodze do Rzymu, z ewangelistą Łukaszem i apostołem Pawłem.

Piszę o tym wszystkim, by pokazać jak ważnym miastem były portowe Syrakuzy. Przez tysiące lat odcisnęli w nim swoje ślady przedstawiciele różnych narodów. Był czas, kiedy nie było większego miasta na Sycylii, niż Syrakuzy. Które także stanowiło główny ośrodek kulturalny.

Dzisiaj jest spokojnym sycylijskim miastem średniej wielkości (ok. 120 tys. mieszk.), dużo mniej liczebne niż w czasach swojej największej świetności. Za to do naszych czasów przetrwało sporo cennych zabytków.

W części lądowej, na wyspie Sycylia, jest ogromny kompleks greckich i rzymskich zabytków –z teatrem i amfiteatrem (lepiej i gorzej zachowanych). W wapiennych kamieniołomach, są jaskinie, różne starożytne pamiątki jak Ucho Dionizjusza (wykuta jaskinia o wysokości 23m). Cały Park Archeologiczny (wstęp płatny), trochę zaniedbany, jest potężnym obszarem antycznych zabytków z różnych okresów, urokliwych skał i zieleni. Można tutaj spędzić cały dzień.

Pomiędzy powyższym kompleksem a słynną wyspą Ortygia rozpościera się współczesna, mieszkalno-usługowa część miasta, ze stacją kolejową. Nawet tutaj znajdziemy kilka ciekawych kwartałów kamienic, uliczek, nadmorskich terenów, parków i budowli jak kościoły: Monumento Pantheon Dei Caduti Siracusa, Basilica di Santa Lucia Sepolcro, Santuario della Madonna delle Lacrime.

Z Parku Archeologicznego do Starego Miasta (Citta Vecchia) na Ortygii są niecałe 2km, lekko w dół. W sam raz na spacer. Wyspa ma około 1500m długości i 500m szerokości. Jest plątaniną uliczek i placyków. Pełna zabytków o kilkusetletniej historii, ale też garści starożytnych, jak ruiny greckiej świątyni Apollo sięgającej 6w p.n.e. Jest tutaj nawet kilka malutkich plaż, z których można skorzystać. Kiedyś stanowiła warowną część Syrakuz, ale w 1870 roku wyburzono mury i zbudowano most na wyspę, obecnie są dwa.

Większość zabytków Ortygii sięga średniowiecza, ale powstały często na starszych budowlach, z ich wykorzystaniem. Katedra na Piazza Duomo sięga korzeniami 7w n.e., ale powstała w miejscu Świątyni Ateny z 5w p.n.e (wstęp płatny). Sporo kościołów i pałaców na wyspie pochodzi z XIII-XIVw, potem wielkie budowanie i przebudowywanie miało miejsce w XVI-XVIIIw (sycylijski barok).

Pośród setek zabytków, wspomnę o kilku. Bizantyjska bazylika Świętej Łucji  (Santa Lucia), powstała w pierwszych wiekach naszej ery, lecz obecny wygląd pochodzi z XV-XVIw. W katakumbach pochowano św. Łucję, której pochówek namalował sam Caravaggio, przebywający przez pewien czas w Syrakuzach. Obraz obecnie znajduje się na skraju placu katedralnego (Duomo) w kościele: Santa Lucìa alla Badìa (wstęp bezpłatny, zakaz robienia zdjęć). Obraz pochodzi z 1608 roku i ma wymiary 408x300cm. Castello Maniace na końcu wyspy, z lat 1232-1240, nosi imię bizantyjskiego generała – George Maniakes (wstęp płatny). Każdy turysta odwiedza ponadto Fontannę Diany na Placu Archimedesa, Żródło Aretuzy.

Na Ortygii warto spędzić więcej niż jeden dzień. Bo to bardzo sympatyczne miejsce, urokliwe wieczorem. Piękne i romantyczne, nad Morzem Jońskim. Nie brakuje hoteli, restauracji, muzeów. Syrakuzy są wpisane na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Podsumowując. Syrakuzy - miasto fajniejsze niż Taormina. Przynajmniej dla mnie. Aczkolwiek to tylko subiektywna opinia. Którą uzasadnię kilkoma zdaniami. Antyczny teatr w Taorminie jest lepiej zachowany, choć mniejszy niż w Syrakuzach i oferuje wspaniały widok na Etnę. Nie mniej, antyczne ruiny w Syrakuzach są dużo większe, obejmują też efektowne wapienne kamieniołomy i dużo bardziej przypadły mi do gustu. Także stare miasto w Syrakuzach jest dużo większe i wspaniale nadaje się do spacerów. Bo to jest zasadnicza różnica. Taormina to miasto górskie – położone na wzgórzu. A Syrakuzy dosyć płasko rozciągają się nad samym morzem. Stare miasto tego ostatniego jest także ładniejsze architektonicznie, położone na wyspie, można spacer przedzielać morskimi kąpielami. A wielość uliczek powoduje, że zawsze znajdziemy bardziej ustronne od ludzi jego fragmenty. W Taorminie prawie cały ruch turystyczny skupia się na amfiteatrze i ulicy Corso Umberto, stąd jest tam zwykle tłok. A do morza kawałek drogi w dół. O ile na Taorminę wystarczy 3-4 godzinna wycieczka i lepiej uciec w mniej zatłoczone miejsca, o tyle w Syrakuzach miło spędzić więcej niż jeden dzień. Bo prócz starej części, jest też nowa. Fragmentami całkiem sympatyczna. Zwarta zabudowa, kwartały, parki. A najważniejsze antyczne zabytki są dwa kilometry od starego miasta, dlatego ruch turystyczny jest rozdzielony.

Do Syrakuz bardzo łatwo i niedrogo można się dostać z Katanii – pociągiem lub autobusem (mniej niż 90min, niecałe 70km, ok. 15 euro tam i z powrotem), z Palermo czy Mesyny też są połączenia. Można przyjechać na jednodniową wycieczkę, choć śmiało można w Syrakuzach przenocować i dokładnie zwiedzić miasto oraz okolice. Ale do tego ostatniego potrzebny jest samochód (wynajęcie nie stanowi problemu).            

Zorganizowana turystyka na Sycylii jest niezorganizowana. Innymi słowy, jak pójdziemy do jakiegoś biura turystycznego, które niełatwo znaleźć, i powiemy, że chcemy zobaczyć to i to. To żadnej oferty nie dostaniemy. Poza kilkoma sztandarowymi wycieczkami, typu Taormina, Syrakuzy czy punkt widokowy na Etnie. Ale już dotrzeć do takiego miejsca jak Cmentarz Pantalica (The Necropolis of Pantalica w Riserva Naturale Orientata Pantalica), inaczej niż własnym transportem, będzie bardzo trudno. A Pantalica to miejsce z listy Światowego Dziedzictwa UNESCO, położone 23km na północny-zachód od Syrakuz. Skalne groby komorowe jakie tam odkryto, pochodzą z VII-XIIw. p.n.e. i jest ich około 4000.

Na zdjęciach: zabytkowe Syrakuzy. 

Opublikowano w Blog

Katania w przeszłości była niszczona przez trzęsienia ziemi, a lawa podczas erupcji Etny z 1669 roku zniszczyła fragment miasta i dotarła do morza. Lecz bliskość największego europejskiego wulkanu to nie tylko dramaty. Wysokiej jakości skały wulkaniczne o wartości handlowej, żyzne wulkaniczne gleby, wyśmienicie nadające się pod uprawę winorośli, zyski z turystyki – to też sprawka Etny.

A co by było gdyby dzisiaj Etna wybuchła z siłą największej erupcji z ostatnich kilku tysięcy lat? Nic strasznego. Ponieważ erupcje Etny nie należą do silnych. Większość posiada stopień pierwszy lub drugi w Indeksie Eksplozywności Wulkanicznej. Największe zanotowane osiągnęły stopień ósmy, a erupcję z 1669 roku szacuje się na stopień trzeci.

Zanieczyszczone tereny i zamknięte lotnisko w Katanii z powodu popiołów wulkanicznych, rzeki lawy – nie byłyby to wielkie konsekwencje. Przy dzisiejszym rozwoju techniki lawę można skierować na wybrane tory i ograniczyć zniszczenia do minimum.

Etna to ogromny masyw, większość erupcji odbywa się daleko od zamieszkałych terenów, a erupcji silniejszej niż stopień trzeci czy czwarty, trudno się spodziewać.

Katania ma się tak sobie, tygrysem gospodarczym nie jest. Największe miasto wschodniej Sycylii, drugie na wyspie, po Palermo. Z jednej strony miasto ma problem ze śmieciami i z afrykańską emigracją, z którą nie wiadomo co zrobić. Z drugiej posiada port morski, prężne choć za ciasne lotnisko i system kolei podziemnej. Niewielki, ale zawsze, a w końcu Katania to tylko niewiele ponad trzysta tysięcy mieszkańców.

Metro w Katanii to jedna linia o długości około 9km, do końca 2019 roku ma przybyć pięć nowych stacji, a docelowo ma prowadzić do lotniska. Z punktu widzenia turystyki w obecnym kształcie jest mało istotna. Bo co z tego, że z głównego dworca kolejowego można dostać się w okolice Starego Miasta(stacja Stesicoro), jeśli to zaledwie odległość jednej stacji, a do głównego placu(Duomo) i tak jest nadal 800 metrów. Idąc piechotą do pokonania jest 1300 metrów i zajmie to mniej czasu niż metrem.

Jak już jesteśmy przy Starym Mieście, to warto zwiedzić grecko-rzymski amfiteatr z odeonem po sąsiedzku. Byłoby to miejsce jakie można spotkać w niemal każdym włoskim mieście, gdyby nie fakt umiejscowienia go pośród gęstej zabudowy miejskiej. Można przejść obok, bez świadomości jego istnienia. Nawet trudno znaleźć wejście i kasę biletową (z ulicy Vittorio Emanuele II, niedaleko Piazza Duomo). Amfiteatr powstał w I - II w n.e. i mieścił około 7000 widzów. Odkryto go dopiero w XIX w. Ponieważ na jego miejscu zbudowano współczesne domy. Trzeba było je rozebrać i wykonać prace rekonstrukcyjne, by przybrał dzisiejszą postać. Warto jednak zauważyć, że już w V w p.n.e., w tym miejscu funkcjonował grecki teatr, którego pozostałości wykorzystali rzymianie. Fragmenty bloków skalnych z tego obiektu można odnaleźć w późniejszych miejskich budowlach, jak katedra św. Agaty.

Innymi słowy, porzucony amfiteatr - w VI-VII w n.e. - ulegał rozbiórce na rzecz innych budowli, był zabudowywany, funkcjonowała tu m.in. rzeźnia. Trzęsienia ziemi także dokonywały zniszczeń. Dzięki temu wszystkiemu mamy niepowtarzalną okazję zwiedzić  starożytny obiekt, połączony z kamienicami (m.in. z XVIII w). Nawet wejście do amfiteatru prowadzi przez jedną z nich, w której małe muzeum.

W korytarzach pod trybunami możemy podziwiać liczne fragmenty kolumn, rzeźb oraz pomieszczenia przypominające grotę. Także potok, który przepływa pomiędzy murami, w tym przez orchestrę.

Na tyłach amfiteatru zachowały się ruiny odeonu z II w n.e., zbudowanego z cegieł i skał wulkanicznych. Ten mniejszy, zwykle zadaszony, mieścił około 1500 widzów.

Odkryto tutaj też rzymski akwedukt i pozostałości greckie z VII-VI w p.n.e. O ile nie ma dużych zorganizowanych wycieczek, jest to spokojne miejsce, gdzie warto chwilę odetchnąć od zgiełku otaczającego miasta.

Z innych starożytnych zabytków w Katanii, również znajdujących się pośród zwartej zabudowy wspomnę o: zachowanym fragmencie rzymskiego amfiteatru, kilku lokalizacjach z rzymskimi termami (jak Terme della Rotonda, Santa Maria dell Indirizzo i Terme dell Acropoli – na terenie i obok – ogromnego klasztoru benedyktyńskiego z kościołem San Nicolo),

Katania znajduje się na liście Światowego Dziedzictwa UNESCO, ale nie ze względu na starożytne zabytki tylko cenną barkową architekturę. Barok Sycylijski, który możemy tutaj podziwiać, pochodzi z XVII I XVIII wieku i dotyczy nie tylko Katanii. Uważa się, że trzęsienie ziemi z 1693r., które spowodowało konieczność odbudowy zniszczonych miast, zapoczątkowało ten styl. Z jednej strony liczne krzywizny i ornamenty, z drugiej, specyficzne rzeźby masek, aniołków czy charakterystyczne balkony.

Świetnym przykładem jest katedra św. Agaty przy Placu Katedralnym (Duomo). Świątynia zbudowana w latach 1078-1093 na ruinach rzymskich łaźni. Ulegała zniszczeniom przez trzęsienia ziemi. Obecny barokowy kształt przybrała po 1693 roku.

Na Piazza Duomo jest sporo ciekawych architektonicznie obiektów, w tym symbol Katanii – fontanna ze słoniem (u Liotru, Fontanna dell Elefante z 1736r.). Od placu biegnie jedna z najważniejszych arterii - Via Etnea, wieczorem zamieniana w deptak z ekskluzywnymi sklepami. Obok Piazza Duomo w ciągu dnia (chyba codziennie poza niedzielami), funkcjonuje targowisko z rybami i owocami morza (La Pescheria), też z roślinnymi warzywami i owocami. Popołudniu jest solidnie czyszczone z zapachu ryb.

Niepowtarzalny jest Zamek Ursino (Castello Svevo di Catania) z pierwszej połowy XIII w. Potężna kamienna budowla charakterystycznymi wieżami na rogach, otoczona zwartą miejską zabudową. Co też poniekąd niezwykłe. Ale nie tak jak pewien szczegół. Gdy zamek powstawał, znajdował się na nadmorskim klifie. Jednak na skutek trzęsień ziemi i erupcji Etny, oddalił się od morza o kilometr. Obok zamku widać lawy, które go oblewały. Mieści się w nim muzeum, jedno z wielu w Katanii. Przetrwał jako jedna z niewielu budowli trzęsienie ziemi z 1693r.

O Katanii można pisać długo, choć bez wątpienia we Włoszech jest mnóstwo ciekawszych miast. Ale wspomnę jeszcze o jednym. W końcu to miasto nadmorskie. Lecz na plażę nie jest tak łatwo trafić. Na wysokości dworca kolejowego i Starego Miasta dostępu do morza bronią ogrodzone tory kolejowe, port, ruchliwe drogi. Z Piazza Duomo trzeba pokonać przeszło dwa kilometry w kierunku lotniska, by znaleźć się na plaży. A droga nie jest prosta. Próżno też szukać nadmorskiej promenady i turystycznego zagospodarowania na poziomie, ale powoli coś się dzieje w tym kierunku. Nie mniej, plaża jest, szeroka, choć bywa dosyć zaśmiecona. Morze (Jońskie, część Śródziemnego), też jest, a jego wody ciepłe. Bez przeszkód można się w nim kąpać od czerwca do października. Ponadto świetnie widać stąd wulkan Etna. O ile nie tonie w chmurach.

Na zdjęciach trochę obrazów z Katanii. 

Opublikowano w Blog
Zdjęcie ilustracyjne w dużej mierze odpowiada na pytanie dlaczego wulkany to moja pasja. Krajobrazy nie z tej Ziemi. Jak z obcej planety. Ekstremalne scenerie, ekstremalne warunki. Erupcje potrafią wszystko zmienić. Dodać wysokości, zabrać. Powiększyć wyspę, zniszczyć. Spalić las, miasto. Potęga niesamowita. A największe erupcje największych wulkanów potrafią zmienić los całej planety, w tym wszystkich żywych organizmów.

Nawet po zejściu niżej, co widać na załączonych zdjęciach, krajobraz nie przestaje być egzotyczny. Gdy tak wędruję całymi dniami po ostrej jak brzytwa lawie, ruchomej, sypkiej. Gdy lawa po horyzont. Nadal się czuję jak na innej planecie. Wspaniałe uczucie, choć czasami bolesne, co prezentuję na jednym ze zdjęć.

O Kraterach Południowo-Wschodnich już pisałem (można odnaleźć artykuły w wyszukiwarce na stronie). Nawet trochę w ostatnim wpisie na blogu. Ale warto wracać do tematu, bo to jeden z najciekawszych fragmentów Etny. Tutaj zaszły największe zmiany na wulkanie. Przybyło metrów i kraterów. Nowy Krater Południowo-Wschodni stał się pełnoprawnym kraterem szczytowym. Zaś Krater Południowo-Wschodni (stary), dzisiaj to kilka kraterów, a nie jeden jak jeszcze niedawno. Jeśli nadal ta część Etny będzie tak aktywna, tutaj będzie należało szukać najwyższego punktu tego potężnego wulkanu w przyszłości. Wysokość dobiła już do 3300m n.p.m. i jest tylko o 31m niższa o najwyższego wierzchołka na skraju Krateru Północno-Wschodniego. Szczytowe tereny południowo-wschodnie, to miejsce najczęstszych erupcji Etny w ostatnich latach.

Miało to swoje konsekwencje, bo gigantyczne ilości gazów jakie wydostawały się z tego rejonu, nie pozwalały na wnikliwą obserwację. Lecz tym razem, było tu wyjątkowo spokojnie. Gazów sporo, ale widać było wszystko, także dno Nowego Krateru Południowo-Wschodniego. Dało się też obejść cały ten teren, choć momentami mocno ryzykując, o czym pisałem niedawno. Tego mi brakowało, by posiąść aktualną, dogłębną i pełną wiedzę, na temat  potężnego obszaru kraterów szczytowych Etny. Teraz mam komplet.

Na zdjęciach: Kratery Południowo-Wschodnie oraz pola lawowe. A także grafika partnerów wyprawy. Przy tak dużym i ambitnym projekcie jak 100 WULKANÓW, każde wsparcie jest cenne, za które dziękuję. Robienie czegoś czego nikt nie robi, dokonywanie pionierskich badań i odkryć - musi kosztować. 

Opublikowano w Blog
poniedziałek, 20 listopad 2017 06:49

ETNA - wspaniały wulkan, wspaniały cel badawczy

Podczas drugiej wizyty na Etnie w 2017 roku postawiłem sobie jeszcze bardziej karkołomne zadania niż poprzednio:

-- Ustalenie wielkości komory magmowej w zboczu Krateru Centralnego (ona istnieje tam od przynajmniej dziesiątek lat, tak samo otwór lawowy, choć w różnej postaci, np. znalazłem w źródłach włoskich wulkanologów, że otwór lawy istniał w tym miejscu w 1998 roku),

-- Jeszcze bardziej wnikliwe zbadanie najmłodszego obszaru szczytowego w rejonie kraterów Południowo-Wschodnich, 

-- Odnalezienie największego powierzchniowego mikrolodowca w masywie Etny (największy lodowiec masywu w grocie Del Gelo przemierzałem kilka miesięcy wcześniej),

-- Próba obejścia wszystkich kraterów głównych i pobocznych w rejonie kraterów szczytowych,

-- Pogłębiona eksploracja doliny Del Leone,

-- Cała seria drobniejszych celów.

Jak wielka jest komora płynnej magmy w zboczu Krateru Centralnego? Chciałem to sprawdzić. Niebezpieczne zadanie, ale okazało się wykonalne. A wnioski intrygujące. Nad komorą zawalił się kawałek stropu i mamy odsłonięte jezioro płynnej lawy, o którym pisałem po czerwcowym pobycie. Tym razem udało mi się podejść na 3 metry od brzegu. Spękania, skrajnie trujące gazy i temperatura na granicy ludzkiej wytrzymałości - lądowanie na Marsie będzie łatwiejsze i bezpieczniejsze. Tam aktywnych wulkanów nie ma (chociaż niektórzy w NASA ciągle mają nadzieję). Dla mnie, mojego mózgu, ciała, takie chwile stanowią wspaniałe doświadczenie, naukę. Coś fenomenalnego. Odbiór takich momentów przez ludzki organizm jest niesamowity. Absolutne uczucie jakbym znalazł się na bardzo odległej planecie, odkrywał ją. Sam jeden.

Ale wrócę do wniosków. Ta powierzchniowa komora jest bardzo rozległa, kilkadziesiąt razy większa niż jezioro lawowe. Gdy byłem tak blisko, w każdej chwili mógł wystrzelić z niego rój bomb wulkanicznych, jak to ma miejsce na Stromboli. To byłby mój koniec. Ale obserwacje tego miejsca w czerwcu i teraz, oszacowanie jak wysoki jest brzeg, dawały realną nadzieję, że nic takiego sie nie stanie. Komora sięga aż samego szczytu Krateru Centralnego, dochodzi w pobliże Północno-Wschodniego Krateru. Jest ogromna. W nocy zlokalizowałem około dziesięć otworów w stropie, który bardziej popękał od mojego ostatniego pobytu. Niektóre tak niewielkie, że z trudem było je zauważyć. A musiałem bardzo uważać. Zwłaszcza w dzień. Zwykły otwór, z którego nawet się nie dymi. Ale włóżmy tam rękę i na dzień dobry mamy spotkanie z temperaturą 500 stopni Celsjusza. Szkoda ręki. Aluminiowy kijek pokryty lakierem w sekundę zaczynał się palić, mój termometr spożywczy w ułamku sekundy padł, bo temperatura za wysoka. Cały czas istniało ryzyko, że strop się pode mną zawali i wpadnę do lawy o temperaturze 1200 stopni Celsjusza. Szybka bezbolesna śmierć. Lecz nie to okazało się najbardziej niebezpieczne. Podczas pobytu Etna była wyjątkowo spokojna, emitowała jak na nią bardzo niewiele gazów. Dzięki temu mogłem zejść w niższe partie Krateru Centralnego, pod jezioro lawy. I w tym momencie doszło do dużej erupcji gazowej. Ledwo udało mi się z tego wydostać, a erupcja trwała ponad 30 godzin. Ale bez ryzyka nie ma sukcesów, a bez skrajnego ryzyka nie osiąga się pionierskich sukcesów. A te ostatnie z każdym rokiem kręcą mnie coraz bardziej. Fascynujące jest bowiem dokonywać pierwotnych odkryć, docierać w nieznane człowiekowi miejsca, ustalać nowe rzeczy, robić coś jako pierwszy człowiek w historii. Powielanie tego co zostało zrobione nigdy mnie nie interesowało.

Kratery Południowo-Wschodnie. Etna przyszła mi z pomocą. W czerwcu ilość gazów była tak potężna, że niewiele widziałem. Tym razem mogłem spokojnie przyjrzeć się wszystkiemu, wyłącznie z dnem Nowego Krateru Południowo-Wschodniego.

Mikrolodowce Etny. Szybko znikają. Te do których dotarłem w 2009 roku w rejonie Torre del Filosofo stopniały. Pod przełęczą, oddzielającą Kratery Południowo-Wschodnie od pozostałych, są dwa. Choć jeden w mocnej fazie zaniku. Zważywszy, że to południowa strona Etny i tak jest nieźle. A czym są mikrolodowce w mojej definicji? Niepełnoprawnymi lodowcami. Pojęcia: płat wiecznego śniegu, pole firnowe - są zbyt mało precyzyjne, a co najważniejsze nic nie mówią przeciętnemu człowiekowi. A sztuką jest mówić/pisać o nauce, tak, by być zrozumiałym. A nie zachowywać się jak kretyn, który nauczył się paru trudnych słówek. A że każdy zna słowo "lodowiec" i "mikro", bez wyjaśnień mniej więcej zorientuje się o czym mowa. A żeby więcej, to jest tak. Mikrolodowiec to twór lodowy, płat lub pole. Które nie jest w stanie stopnieć w ciągu roku. Więcej, jest to twór wieloletni. O przynajmniej kilku metrach grubości. Gęstość lodu nie ma większego znaczenia, choć zazwyczaj jest to jakiś stan pośredni pomiędzy zamarzniętym śniegiem a lodem lodowcowym, który jest bardzo mocno zbity (ma niewielką gęstość).

O największym lodowcu Etny w grocie del Gelo pisałem niedawno. Tym razem miałem nadzieję na znalezienie największego mikrolodowca na powierzchni. Chcąc solidnie spenetrować Valle del Leone, liczyłem, że właśnie tam, od północy są na to szanse. Czy sie udało? Za chwilę napiszę. Lecz wpierw ciekawostka. Mikrolodowiec, uformował się na dnie starego Krateru Południowo-Wschodniego. Ten teren to obecnie cztery kratery, a ten najstarszy, jeszcze dosyć aktywny w 2009, dzisiaj na tyle się ochłodził, że śnieg po zimie nie był w stanie stopnieć. Do tego erupcje z sąsiednich kraterów pokryły go rumoszem skalnym, a więc zatrzymały słońce i proces topnienia. I tak w jednym z kraterów bardzo aktywnego wulkanu, uformował się niewielki płat zlodowaciałego śniegu. Którego kiedyś nie było. Jak długo przetrwa w dużej mierze zależy od aktywności Etny.

Pod przełęczą od strony Valle del Leone znalazłem to czego szukałem. Pokryty popiołem wulkanicznym mikrolodowiec. Tylko od strony czoła widać było lód o kilkumetrowej grubości. On pewnie kiedyś był większy, ale w ostatnich kilkudziesięciu latach z pobliskiego otworu wydobywała się lawa. Dzisiaj tworzy zastygły jęzor, a obok jest właśnie mikrolodowiec. Największy w masywie Etny. Około 50 metrów długości i blisko 20 metrów szerokości. Przysypany popiołem wulkanicznym, co zapewniło mu przetrwanie.

Obejście wszystkich kraterów szczytowych Etny. Za sprawą młodego Nowego Krateru Południowo-Wschodniego, niezbyt trudne zadanie, okazało się prawie niewykonalnym. Obejście krateru Północno-Wschodniego, najwyższego, nie nastręcza większych trudności, jedynie w rejonie wierzchołka trzeba uważać na kilka szczelin, z których wydobywają się gazy. Podczas moich pobytów na Etnie uczyniłem to kilkukrotnie. Krater Centralny w połowie jest bardzo łatwy do obejścia, w drugiej połowie trudniejszy, za sprawą licznych wyziewów wulkanicznych z krateru, w tym z jego obramowania. Dosyć młodym utrudnieniem jest komora lawowa i pęknięcia oraz szczeliny, z których wydobywają się gazy i powietrze o temperaturze nawet ponad 500 stopni Celsjusza. Trzeba uważać. Plus ryzyko zawalenia sie stropu nad komorą. Nie mniej taki spacer robiłem ponad 20 razy.

Przejście wokół starego Krateru Południowo-Wschodniego też nie stanowi większego wyzwania. Ale już sąsiednie młode kratery, wąskie, sypkie, strome i dymiące - wymagają trochę uwagi. W tej chwili są częścią Krateru Południowo-Wschodniego. Kilkukrotnie pokonywałem tą część szczytową Etny.  

Największe wyzwanie stanowił Nowy Krater Południowo-Wschodni. Chociaż kilka razy pokonałem większość jego skrajnych partii, to pozostawał mi jeden fragment do przejścia. Już te przebyte części, miejscami strome, wąskie, sypkie, pełne gazów i siarki zmusiły mnie do pewnego wysiłku. Ale podczas czerwcowego pobytu musiałem zrezygnować z ostatniej części krateru - która jest urwiskiem. Jest to teren pomiędzy Kraterem Południowo-Wschodnim, a Nowym Kraterem Południowo-Wschodnim od strony Torre del Filosofo. By przejść ten fragment musiałem uciec do pewnego niestandardowego zabiegu. W czerwcu nie pozwoliły mi na to ogromne ilości gazów, które uniemożliwiły prześwietlenie wzrokiem terenu. Tym razem okazało się to możliwe.

Patent polegał na tym, że musiałem zeskoczyć z urwiska 2-3 metry, na bardzo stromy i ruchomy piarg. Po zeskoku miałem w małej lawinie złożonej z kruchego materiału piroklastycznego zjechać około 10 metrów, wydostać się z lawiny kilkoma skokami, by dostać się pod skalny komin. Ze względu na skrajną kruchość terenu nie miało znaczenia, że jestem sam, nie mam sprzętu wspinaczkowego ani partnera, partnerów do pomocy. W tych warunkach na nic by to się zdało. Sprzętu nie dało się użyć. Wszystko czego się dotknęło, zostawało w rękach. Musiałem pokonać kominem pięć metrów. Co to jest te kilka metrów wspinaczki? Na tak sypkim i kruchym wulkanie - bardzo dużo. Odpadnięcie skończyłoby się źle, bo zleciałbym do żlebu i nawet jeśli bym sobie większej krzywdy nie zrobił, to zjazd dwieście metrów z lawiną skalną, nieuchronną, mógł być nawet śmiertelnym zagrożeniem.

Pokonanie komina to nie był koniec, bo pozostawało jeszcze przejście 20 metrów bardzo stromego i sypkiego terenu. Jeden zły krok i lecę w dół, nawet kilkaset metrów. W skrajnym wypadku z wysokości 3300m, można się znaleźć na 3000m.

Czemu podjąłem takie ryzyko? Niezupełnie było to bezmyślne. Robiłem już takie rzeczy i zawsze się udawało, choć nie zawsze za pierwszą próbą. Uznałem wyzwanie za wykonalne. A nagroda była cenna. Nie mam żadnych wątpliwości, że jestem pierwszym człowiekiem na Ziemi, który obszedł wszystkie kratery szczytowe Etny w aktualnym stanie. Fajne uczucie. Lubię takie wyzwania. Lubię rywalizować z przyrodą. Lubię być pierwszy. Co prawda udało mi się to również w roku 2009, tylko że wtedy Nowy Krater Południowo-Wschodni, był niewielką dziurą, umiejscowioną 300 metrów niżej niż teraz i jej obejście było znacznie łatwiejsze.

Opisywany fragment, to miejsce niewielkiej acz widowiskowej erupcji z wiosny 2017. Lawa tryskała wysoko i długim jęzorem schodziła w dół, w rejon Torre del Filosofo i dalej do Valle del Bove. To właśnie podczas tej erupcji zostało rannych kilku dziennikarzy BBC. Dlaczego? Brak doświadczenia, wyobraźni, logicznego myślenia. Oczywistym jest, że jak lawa o temperaturze setek stopni Celsjusza, zetknie się ze śniegiem albo lodem - dojdzie do nagłej reakcji. Swoistego wybuchu, na skutek którego kawałki lawy wystrzelą w powietrze, pojawi sie gorący popiół wulkaniczny i bardzo toksyczne gazy. Z tego co słyszałem, mieli oni lokalnego przewodnika. Ale skutki jego pracy absolutnie mnie nie dziwią. Doświadczenie i umiejętności tzw. przewodników wulkanicznych, są tylko odrobinę większe niż ekipy BBC. Gdybym popełniał podczas realizacji Projektu 100 Wulkanów tak proste błędy jak oni, zabiłbym się ze sto razy.

By pokazać jak rozległy jest teren szczytowy, obejście wszystkich kraterów wraz z pokonaniem przełęczy oddzielającej Krater Centralny i Północno-Wschodni od Południowo-Wschodnich Kraterów - to prawie sześć kilometrów

Opublikowano w Blog
wtorek, 07 listopad 2017 06:43

VULCANO - włoska wyspa-wulkan

Vulcano - jedna z wysp Liparyjskich, oddalona o godzinę drogi promem od sycylijskiego miasta Milazzo. Słynie z aktywnego wulkanu, dobroczynnego termalnego błotka i ciepłego morza z wulkanicznymi plażami.

Znajduje się tutaj aktywny wulkan, którego ostatnia erupcja miała miejsce w latach 1888-1890. Jego wysokość wg moich pomiarów to 375m, a dno krateru jest na 213m (błąd pomiaru do 5m). Najpowszechniejszą nazwą jest: Gran Cratere, ale mówi się też wulkan Vulcano albo Cratere di Vulcano. Stanowi bardzo dużą atrakcję turystyczną, ponieważ nie znajdziemy w Europie drugiego takiego wulkanu, gdzie w tak łatwy sposób każdy może dotknąć i poczuć wyziewy wulkaniczne - fumarole. Przy okazji przyjrzeć się efektownemu kraterowi, a nawet zejść na jego dno. Wziąć do ręki siarkę, którą wulkan nieustannie produkuje.

Pamiętać należy, że takie wyziewy są gorące, moje pomiary wskazywały temperaturę 100-150 stopni Celsjusza. Dzięki bardzo dużej ilości pary wodnej, gazy nie są zbyt "śmierdzące". Co prawda ludzie przechodzący przez fumarole czasami kaszlą, ale mój wprawiony nos, umożliwiał mi zupełnie swobodne oddychanie tymi wyziewami. To dowód, że gazów w nich jest niewiele.

Na szczyt prowadzi przyzwoita ścieżka, wokół krateru również. Położony jest on blisko portu, gdzie nieraz czuć zapach siarkowodoru. Spoglądając z wierzchołka w kierunku Sycylii, dostrzeżemy starą płaską kalderę wulkaniczną, zagospodarowaną uprawami przez człowieka. Patrząc w drugą stronę, po sąsiedzku jest wyspa Lipari, a kawałek dalej Salina ze starym stratowulkanem. Fajnie też się prezentują różne przymorskie skały i stare wyspy-stratowulkany - Alicudi i Filicudi. Przy dobrej widoczności, Stromboli też zobaczymy.

Cratere di Vulcano nie jest najwyższym wzniesieniem, te są w pobliżu i dochodzą do 501m n.p.m (Monte Aria). Są to pozostałości po starych wulkanach.

Inną wulkaniczną atrakcją przy samym porcie, jest pole geotermalne, z gorącymi źródłami - I Fanghi di Vulcano. Wulkaniczne błotko, pełne związków chemicznych, posiada liczne właściwości prozdrowotne. Nie sposób wszystkich wymienić, ale są one dobre na skórę czy stawy. W płytkim bajorku można się wylegiwać i smarować błotkiem. Bilet wstępu z opcją prysznica to 3 euro (październik 2017). Można też się wykąpać obok w morzu, choć oficjalnie nie wolno, bo pracownicy gonią i krzyczą.

Dlaczego? Nie wiem, czy to nie przez nas Polaków? Jesteśmy sprytnym narodem, ale czasami ten spryt nam chwały nie przynosi. Sam byłem świadkiem jak polska grupka, by nie płacić biletów wstępu, prześliznęła się wybrzeżem na teren termalnego kąpieliska. Wszystkie inne nacje grzecznie płaciły za bilet, część Polaków oczywiście też.

Termalne źródła również wybijają przy brzegu w zatoce, obok kąpieliska. Na którego terenie są ponadto otwory, jamy, wydobywa się z nich ciepła para wodna i można sobie w ich sąsiedztwie posiedzieć. Ogrzać się. Trochę jak w saunie.

Okolice są bardzo geotermalne, by zrobić drogę z portu na drugą część wyspy (mniejszą), trzeba było ją wykonać poprzez rejon wyziewów wulkanicznych. Dlatego murki przy drodze dymią, a po bokach są kruche żółtawo-pomarańczowe pagórki geotermalne.

Po sąsiedzku jest przesmyk, najwęższe miejsce na wyspie, płaskie, a na wybrzeżu największe wulkaniczne plaże. Nie ma ich wiele na Vulcano, bo zbocza są głównie skaliste.

W tej mniejszej części wyspy jest kolejny wulkan - Vulcanello 123m n.p.m., z wyraźnym kraterem, porośniętym roślinnością. Jego ostatnia erupcja w 1550 roku, doprowadziła do połączenia z wyspą Vulcano. Wcześniej stanowiła odrębny byt. Ze względu na całkiem niedawną erupcję, bo co to jest w geologii 500 lat, uchodzi za wulkan uśpiony, ale można go traktować jakby był wygasły.

Na wyspie nie brakuje niedużych hotelików i pensjonatów, jest port, gdzie można przybić własnym jachtem, promy z Milazzo pływają tutaj często. Jest to trzecia co do wielkości z wysp Liparyjskich, obok jest największa - Lipari. Cały archipelag znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO ze względu na atrakcyjność przyrodniczą.

Na zdjęciach atrakcje wulkaniczne wyspy Vulcano. 

Opublikowano w Blog
Każdego roku kilkadziesiąt tysięcy osób maszeruje ku mitycznemu wierzchołkowi Kilimandżaro. Co w nim takiego jest, że przyciąga jak magnes?

Na pewno nie uroda, bo Uhuru nie jest wybitnym wzniesieniem, tylko płaskim, a jedynym charakterystycznym punktem jest drewniana tablica postawiona przez człowieka. Sam masyw Kilimandżaro prezentuje się dostojnie i to jest pewnie ten magnes, tak samo jak świadomość, że w Afryce wyżej już się nie da. Wokół tropikalne lasy, dzikie zwierzęta, i nagle, wyrasta ogromny samotny masyw Kilimandżaro. Stratowulkan czyli stożek, z dużym płaskim zakończeniem, z niewielkimi lodowcami. W ciągu kilku dni można przenieść się z nieznośnych tropikalnych klimatów w równie nieznośne polarne. Gdzie mróz, wiatr, w pobliżu lśnią lodowce.

I tutaj doszliśmy do kwestii nazwy Kilimandżaro (Kilimanjaro, Kilima-njaro, po niemiecku Kilima-Ndscharo). Do dzisiaj powstało wiele teorii skąd ta nazwa i co ona oznacza. Nawet nie ma pewności czy jest w języku suahili, używanym na tych terenach. Z popularniejszych tłumaczeń oznacza: Lśniąca Góra, Niedostępna Góra. Kilimanjaro w ogóle może być nazwą przypadkową. Bo prawdopodobnie tym słowem lokalni mieszkańcy wskazywali jak jest trudna do zdobycia, a odkrywcy z dalekich lądów uznali, że to nazwa góry.

Wracając do lśnienia, ono również przyciąga zdobywców. Nie od dzisiaj wiadomo, że dni lodowców Kilimandżaro są policzone. Zostało ich już niewiele, znikają w szybkim tempie. Jeśli będą topniały w dotychczasowym, do końca wieku ich nie będzie.

Z Kilimandżaro wiąże się kilka nazw. Oprócz tej podstawowej, dosyć znane są: Kibo i Uhuru. O co w tym chodzi? Kilimandżaro to rozległy wulkaniczny masyw składający się z trzech wulkanów: Kibo, Mawenzi 5148m (trzecia góra Afryki) i Shira 3980-4005m. Uhuru Peak 5895m - najwyższy punkt Kilimandżaro - to część wulkanu Kibo. Mówi się o kraterze Kibo, choć tak naprawdę Kibo ze względu na rozmiary zasługuje na nazwę - kaldera. W której znajduje się krater i nazywa się Reusch. Uhuru to najwyższy punkt kaldery Kibo. Od strony Tanzanii zachował się skalisty, skrajny względem krateru, fragment pierścienia kaldery. Nie pokonały go erupcje wulkaniczne ani procesy wietrzenia oraz erozji.

A czy Kibo, najmłodsza część Kilimandżaro, jest wulkanem aktywnym? Nie. Szacuje się, że ostatnia erupcja miała miejsce około 150-200 tysięcy lat temu. Na zboczach (w kraterze) występują niewielkie, niezbyt ciepłe wyziewy siarkowodoru, dlatego niektórzy twierdzą, że jest to wulkan uśpiony, drzemiący. Ja się skłaniam do twierdzenia, że wygasły. Zbyt dużo czasu minęło od ostatniej erupcji, by uważać inaczej. A wyziewy wulkaniczne na wygasłych wulkanach to nic nadzwyczajnego. Kibo nie jest tzw. superwulkanem, brak też informacji aby pod nim znajdowała się komora płynnej magmy. Proces od ostatniej erupcji do zaniku wszelkich objawów minionej aktywności może trwać miliony lat. Ale już dużo wcześniej wiadomo, że wulkan wygasł i nie wybuchnie. Prawdą jest jednak, że nigdy nie ma całkowitej pewności, że zmiany w skorupie ziemskiej, ruchy płyt tektonicznych, zjawiska sejsmiczne, nie wskrzeszą na danym terenie aktywności wulkanicznej. Ale gdybyśmy to ostatnie zdanie potraktowali jako kluczowe, trzeba byłoby zlikwidować kategorię: wulkany wygasłe. Bo żadnego wulkanu za taki nie moglibyśmy uznać. Obecnie, dwa inne wulkany w sąsiedztwie Kilimandżaro wykazują się współczesną aktywnością wulkaniczną. Meru 4566m, choć ostatnia erupcja miała miejsce w 1910 roku. Oraz Ol Doinyo Lengai 2954m - ostatnie znaczące erupcje miały miejsce w latach 2006-2007, później minimalne zjawiska zaobserwowano w 2010 i w 2013 roku.

Użyłem wcześniej sformułowania "od strony Tanzanii", co wymaga wyjaśnienia. Cały masyw znajduje się właśnie w tym kraju, ale od północy, u podnóża, przebiega granica z Kenią. Wiele wspaniałych widoków na Kili (potoczne określenie) oferuje właśnie Kenia.

Ile czasu zajmuje wejście na Kilimandżaro? Drogi zostały tak powytyczane, by cała górska przygoda trwała od 5 do 9 dni. Najpopularniejsze to Marangu (Coca Cola Route) 5-6dni oraz Machame (Whiskey Route) 6-7dni.  

Zrozumiałe jest, że wszyscy, którzy ruszają w masyw Kilimandżaro, stawiają sobie za cel Uhuru Peak 5895m, czyli Szczyt Wolności w języku Suahili (gdy Tanzania była częścią Niemieckiej Afryki Wschodniej obowiązywała nazwa Kaiser-Wilhelm Spitze). Dach Afryki, góra zaliczana do Korony Ziemi - to działa na wyobraźnię. Zwykle po wejściu, starcza sił tylko na kilka zdjęć i w dół. A szkoda.

Bo chociaż Uhuru Peak jest najwyższym punktem wulkanu Kilimandżaro, to najciekawsze rzeczy kryją się w kraterze wulkanu Kibo - czego z wierzchołka nie widać. A o czym napiszę w następnym artykule.

Na zdjęciach masyw Kilimandżaro. 

Opublikowano w Blog
Nasz Pamirowy (PAMIR.PL) wyjazd do Tanzanii powoli dobiega końca. Na początek w komplecie zdobyliśmy najwyższy punkt wulkanu Kilimanjaro – Uhuru Peak 5895m. Z częścią grupy dotarłem do krateru Kibo i jednego z lodowców. Prawie wszyscy też wspięli się na szczyt wulkanicznej skały Lava Tower 4670m.
Pogoda dopisywała przez cały czas zarówno na Dachu Afryki, jak i na safari po wspaniałych parkach: Serengeti i Ngorongoro. Widzieliśmy dziesiątki różnych zwierząt, w tym dwa razy rzadkiego lamparta. Ponadto m.in. lwy, gepardy, hieny, szakale, słonie, hipopotamy, bawoły, guźce, gnu i różne antylopy, zebry, żyrafy, strusie, orły, marabuty, sępy, inne kolorowe ptaki, jak i jaszczurki. Zwierzęta towarzyszyły nam także w miejscach naszych noclegów. Odwiedziliśmy też wioskę masajską.
Trzecim epizodem wyjazdu, jest właśnie trwający wypoczynek na rajskiej wyspie Zanzibar. Hotel, plaża, Ocean Indyjski, baseny, pyszne lokalne jedzenie i atrakcje jak rafy koralowe, plantacje przypraw czy historyczne Stone Town. Po wzmożonym wysiłku należy się chwila wypoczynku.
Opublikowano w Blog
poniedziałek, 04 wrzesień 2017 07:12

NEPAL: Dharahara - wieża, która zabiła 180 osób

25 kwietnia 2015 roku Nepal nawiedziło niszczycielskie trzęsienie ziemi o sile 7,8 stopni w skali Richtera. Wstrząsy wtórne też były silne. Oprócz tysięcy dramatów ludzkich, doszło do dramatycznych zniszczeń bezcennych zabytków, często wpisanych na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Dzisiaj wspomnę o jednym z nich.

Wieża Dharahara, miała drugą nazwę - Bhimsen. Wybudowano ją w 1832 roku, wraz z siostrzaną, trochę wyższą. Tą ostatnią rozebrano w 1934 roku, niższa, mierząca prawie równe 62 metry, przetrwała. Obie powstały dzięki mukhtijarowi Bhimsenowi Thapa, zaś inicjatorką była jego siostrzenica, królowa Lalit Tripura Sundari (to z kolei trzecia z używanych nazw wieży). Funkcja mukhtijara zbliżona jest do funkcji premiera w zachodnich demokracjach.

Dharahara liczyła 213 spiralnych schodów i była najwyższą budowlą w Nepalu. Tak naprawdę, dwie pozostałe wspomniane przeze mnie nazwy, nosiła ta wyższa wieża. Niższa, pełniła funkcję strażnicy wojskowej. Wyższa uległa zniszczeniu na skutek trzęsienia ziemi w 1934 roku, niższa także, choć w mniejszym stopniu. I tylko ją zdecydowano się odbudować, a później nazywać jak tą unicestwioną. Architektonicznie nawiązywała do islamskiego minaretu, a w środku była statua hinduistycznego boga Sziwy. Zaś na wejściu do wieży sceny z kamasutry.

Dharahara znajdowała się Katmandu, w części nepalskiej stolicy zwanej Sundhara, całkiem niedaleko ścisłego centrum i głównego skupiska zabytków przy Durbar Square.

Po trzęsieniu z 2015 roku władze państwowe postanowiły ją szybko odbudować, ale jak to w Nepalu - dużo się mówi, mało się robi. Pierwszy termin już minął, z kolejnymi będzie podobnie. Lecz plany odbudowy mam nadzieję, że kiedyś się ziszczą.

Świadomość, że kiedyś stałem na szczycie tej wieży, podziwiałem panoramę Katmandu i okolicznych gór, a teraz jej nie ma - najzwyczajniej sprawia smutek. A przeraża fakt, że Katmandu tracąc zabytek z listy UNESCO, utraciło przede wszystkim 180 istnień ludzkich, na skutek zawalenia wieży. Część ofiar była w środku, część na placu i ulicy.

Trzęsienie ziemi z 2015 roku zniszczyło lub uszkodziło wiele bezcennych zabytków. Licznym tymczasowo zabezpieczonym grozi zawalenie. Wystarczy nawet średnie trzęsienie ziemi w Dolinie Katmandu, by przestały istnieć. Skala napraw i odbudowy zniszczeń jest wielokrotnie poniżej potrzeb, które są ogromne. Nepal, jeden z najbiedniejszych krajów świata, który nie radzi sobie z codziennością, z pewnością nie poradzi sobie z odbudową i dbaniem o zabytki.

Jeśli czas pozwoli, w przyszłości postaram się przedstawić więcej podobnych przykładów - z przed i po trzęsieniu ziemi.

Na zdjęciach: Dharahara przed trzęsieniem ziemi w 2015 i po. Oraz stara ulotka informacyjna i bilet.

Opublikowano w Blog
Strona 1 z 4

nationalgeographic box

red bull 225x150

TOKFM box

iexpert 225X150px

stopka plecak

LogoStopka

stopka plecak

Strona używa informacji zapisanych za pomocą… plików cookies w celu dostosowania do indywidualnych potrzeb użytkowników. Jeżeli tego nie akceptujesz zmień ustawienia przeglądarki dotyczą…ce cookies. Więcej informacji można znaleźć‡ w naszej Polityce prywatności.