a2b2

red bull box 225x150

pzu bezpieczny 225x140

spokey.jpg 225PX

LOGO

Podziel się

FacebookMySpaceTwitterGoogle BookmarksLinkedinRSS Feed
Ci co śledzą moje podróże wiedzą, że wracanie z nich czasami zajmuje dużo czasu. Zdarzało się, że blisko miesiąc, co de facto przedłużało wyprawę. Tym razem na coś takiego nie mogłem sobie pozwolić. Ale z premedytacją kupiłem bilet powrotny z Nowego Jorku, gdy końcem wyprawy były wulkany Gwatemali. Na pokonanie tej „dziury” potrzebowałem tygodnia, ale to pozwoliło mi zobaczyć jeszcze kilka ciekawych miejsc, których zwykle bym nie odwiedził.

Podczas tej podróży nie spotkałem wielu turystów czy podróżników. Mniej niż się spodziewałem. Co bardzo cieszy. Ale wszyscy jak mówiłem, że będę w Gwatemali kwitowali to tekstem: do Flores i Tikal oczywiście jedziesz. A cóż to u licha jest? Internet… i już wiem. Flores to zabytkowe miasteczko na wyspie. Tikal duży zespół miejski Majów, ich stolica. Brak w planach odwiedzin tego miejsca wcale mnie nie zmartwił. Widziałem w życiu ponad tysiąc zabytkowych ruin, w dziesiątkach krajów, na wszystkich zamieszkanych kontynentach. Ileż można? Tylko jadąc do Cancun w Meksyku, skąd kupiłem bilet do Nowego Jorku, na mojej trasie było nie tylko Belize, ale także Flores.

W takim razie, jeśli będąc w Gwatemali nie można pominąć Tikal, to może jednak? Musiał się ziścić jeden warunek. Potrzebowałem nocnego autobusu, by dojechać o świcie, zobaczyć ruiny i następnego dnia wyruszyć do Belize. Dodatkowego dnia na Flores-Tikal nie miałem. Wszystko poszło po mojej myśli. Zrobiłem sobie wieczorny spacer po stolicy Gwatemali, a do Flores dojechałem dwie godziny przed czasem, o piątej rano. O piątej zero pięć miałem już bilet na wycieczkę do Tikal i bilet na autobus do Belize City na dzień następny. Nienawidzę marnować czasu na rzeczy nieistotne. Czas – nie ma nic cenniejszego.

Zdecydowałem się na popołudniowy wyjazd do Tikal, na tzw. zachód słońca, który miałem gdzieś. Wybrałem tą opcję, bo była droższa, tak samo jak wyjazd na wschód słońca. Idealna sytuacja to taka, gdy jestem tylko ja i nikogo więcej. Koszmarna sytuacja, gdy wokół mnie są tłumy ludzi. Tak się nie da zwiedzać. Skupić na zabytkach, ich historii. A jak wiadomo, prawie wszyscy turyści lubią zaliczać miejsca i oszczędzać pieniądze. By starczyło na tzw. pamiątki. To dlatego takie wzięcie mają okropne magnesy na lodówkę, których sprzedawcy w nieskończoność powtarzają – one dollar. Bo na tandetę i ohydztwo zaśmiecające domy i mieszkania, parę dolarów zawsze się znajdzie. Ale na dużo droższy bilet wstępu do tego samego miejsca – już nie. I chwała tym wszystkim ludziom za to. Bo mam szansę coś zobaczyć bez tłumów chodzących wokół mnie.

I tak było w istocie. Gdy moja grupa wchodziła, dużo ludzi wychodziło. Na ogromnym terenie przez resztę dnia było zaledwie czterdzieści osób.

Przewodnik, sympatyczny młody chłopak, ze słabym i mało wyraźnym angielskim. Na starcie ubrudził sobie tyłek białym wapnem opierając się o murek. Miałem ochotę zrobić dokładnie to samo, był w cieniu, ale oczywiście wpierw sprawdziłem czy się nie ubrudzę. On tego nie zrobił. A właśnie takie drobiazgi są idealną wskazówką z kim mam do czynienia, czego się mogę spodziewać po człowieku? Kwadrans spaceru w grupie potwierdził, że jakość tej usługi jest niska i nic tu po mnie. Ulotniłem się na prywatne zwiedzanie. Ale grupa – białasów z zachodu – była „wredna” :). Nikt mu nie powiedział, że ma brudny tyłek, przynajmniej wapno świeciło w nocy i ci co szli za nim, nie zgubili się. Za to ja ponoć się zgubiłem. Byłem poszukiwany. Wiecznie to samo. Znałem godzinę odjazdu, więcej nie potrzebowałem. Bez problemów nocą dotarłem do drogi asfaltowej, bez czołówki i gotówki nigdzie się nie ruszam. Zresztą jaki to problem wykombinować jakiś transport i dojechać do Flores? Jakby co mogłem się przespać w mieście Majów na piramidzie albo w jakiejś lodgy, które są obok strefy archeologicznej. Pan przewodnik nie nastraszył mnie opowieściami o groźnych zwierzętach w dżungli. Miały nieraz okazję mnie zagryźć, ale tego nie zrobiły. Nawet tygrysy na Sumatrze. Nawet najbardziej jadowite węże - jak żararaka - spotkane w Amazonii. Dlatego uważam, że ryzyko spania w lasach tropikalnych jest niewielkie. Najgroźniejszym zwierzęciem, najbardziej nieprzewidywalnym i którego najlepiej unikać – jest człowiek. Więc w dżungli pod gołym niebem mogę spać, ale już w mieście pod gołym niebem zamieszkanym przez ludzi - nie, bo w tym drugim miejscu jest niebezpiecznie. Zwierzęta mają zasady, przewidywalne motywy swoich działań, ludzie tylko czasami.

Ale żeby była jasność, wiem że jestem indywidualistą, który wszystko chce robić inaczej niż inni i wiem, że dla innych mogę być tylko utrapieniem. Dlatego podróżuję sam. Wtedy jest tak jak ja chcę i nie robię nikomu problemów.

Może w końcu coś o wartości historycznej miasta Tikal. Dotychczasowe badania wykazały, że powstało w IV wieku p.n.e., w IV w. n.e. podbite przez państwo Teotihuacan, opuszczone do końca X w. n.e. Uważa się, że było stolicą Majów. I stolicą potężnego królestwa. Miasto prawdopodobnie nazywało się Yax Mutal, ale gazeta, która jako pierwsza pisała o tym miejscu nazwała je Tikal. Tak zostało i z punktu widzenia marketingu nazwa jest świetna.

Budowle są z wapienia, bo miasto wznosi się na małych wapiennych wzgórzach otoczonych niezbyt gęstym lasem tropikalnym, miejscami zabagnionym.

I to jest fascynujące, by w takim miejscu postawić tak wielkie miasto, tak dawno temu. Oraz zaopatrzyć w wodę. Służyły do tego zbiorniki na deszczówkę, bo opady są częste i duże. Co do liczby mieszkańców, szacunki bardzo się różnią, padają cyfry od 10 000 osób do nawet 120 000. Obszar to ok. 60km2. Lecz to wszystko nieprawda, najnowsze badania mówią, że mieszkało tutaj co najmniej 250 000 osób, a miasto było kilkukrotnie większe. Do tej pory odkopano tylko fragmenty.

Obecnie wyróżnia się sześć głównych świątyń-grobowców – piramid schodkowych. Najwyższa – czwórka - ma 70m wysokości i jest najwyższą prekolumbijską budowlą w obu Amerykach. Prawdopodobnie pierwotnie wyższa była Piramida Słońca w Teotihuacan mierząca ok. 75m, lecz w wyniku przebudowy albo zniszczenia świątyni na jej szczycie, dzisiaj mierzy 65,5m. Oprócz nich są liczne mniejsze piramidy, świątynie, pałace. Nie brakuje placów. W tym traktowany jako główny pomiędzy piramidami: jeden i dwa oraz północnym i centralnym akropolis. Są liczne stele – czyli pomniki nagrobne. Największe budowle powstały w naszej erze, w większości pomiędzy 700 a 800-tnym rokiem. Obszar parku archeologicznego jest potężny. Bez problemów można tam spędzić pół dnia i więcej. Na większość piramid i do większości budowli można wejść, po odrestaurowaniu (zwykle częściowym) prezentują się okazale.

Tikal, jak i inne miasta Majów, zbudowany jest zgodnie z kosmicznym porządkiem. Jak droga wschodzącego słońca, jak trajektoria Wenus. W ramach ciekawostki wspomnę, że dla Majów minerał o nazwie nefryt (zwykle zielony krzemian) był dużo cenniejszy od złota.

Majowie wynaleźli bardzo skomplikowane pismo. Dzięki temu co udało się rozszyfrować z inskrypcji, dowiedzieliśmy się o tzw. dynastii Królów Węży. Bardzo istotnej, bo przejęła władzę nad imperium Majów, a w 526 roku naszej ery podbiła Tikal. Największe z miast ich cywilizacji jak się uważa, także w świetle najnowszych odkryć. Choć to może ulec zmianie w przyszłości. Dynastia sukces na taką ogromną skalę zawdzięczała nie tylko wygranym wojnom, ale również umiejętnemu osadzaniu władców-marionetek w królestwach, sprytnie zaaranżowanym małżeństwom. Imperium obejmowało dzisiejsze tereny Meksyku, Belize i Gwatemali.

Tikal – ruiny oraz las tropikalny, to pierwszy Park Narodowy w Gwatemali, od 1979r. na liście światowego dziedzictwa UNESCO. Ciągle trwają prace przy jego odkrywaniu i oczyszczaniu z dżungli, także te rekonstrukcyjne. Większość prac prowadzą i finansują: USA oraz kraje Unii Europejskiej.

Wolałbym odkopywać nieodkryte ruiny, czołgać się w jakichś tunelach piramid, ale i tak było fajnie. Mnie szczególnie podobała się samotność pośród przemierzania Tikal. Mogłem pozaglądać w różne zakamarki, pokontemplować miejsca. Bez zgiełku i wrzasków. Za to w towarzystwie małp, papug i tukanów.

Zdecydowanie warto odwiedzić Tikal. Obok Teotihuacan i Chichen Itza uchodzi za najcenniejszy teren archeologiczny w tej części obu Ameryk. Na chwilę obecną. Bo posiadana już przez ludzi wiedza, uzyskana dzięki laserowemu skanowaniu terenu, wskazuje że w tropikalnej północnej Gwatemali do odkrycia są kolejne miasta Majów pokroju Tikal, a może nawet większe i cenniejsze? Tym samym dowiedzieliśmy się jak niewiele wiemy o Majach i Tikal.

Dzięki technologii laserowego mapowania (system LIDAR), zlokalizowano kilkadziesiąt tysięcy nieznanych budowli Majów, od niewielkich, po duże miasta, w tym pałace, piramidy. Wymieniona liczba nie jest pomyłką, a w tej technologii zeskanowano dopiero fragment terenów zamieszkałych przez Majów. Wiadomo, że odkryto dotąd tylko fragment Tikal, niedawno zlokalizowano nową piramidę, która po tysiącu lat z okładem jest zwykłym niewielkim pagórkiem. Wśród zdjęć w galerii pokazuję jak wygląda nieodsłonięta, nieodkopana piramida i nie poddana rekonstrukcji. Obserwując na innych zdjęciach udostępnione turystycznie obiekty, widać kolosalną różnicę. Niedaleko są cztery inne miasta Majów. Uaxactun- znane już wcześniej, przygotowane dla potrzeb turystyki, i nowe, większe, w początkowej fazie prac archeologicznych – Holmul,  Witzna i Xmakabatun („szmakabatun”). LIDAR pozwala obejrzeć powierzchnię ziemi jakby nie było lasu tropikalnego, widać zarysy budowli pozostawionych przez Majów. Ich miasta były samowystarczalne, a takie zespoły miast blisko siebie jak przed chwilą wymienione tworzyły megalopolis (wielkoprzestrzenne układy osadnicze łączące duże miasta i tereny peryferyjne wokół nich).

Królestwa Majów toczyły między sobą liczne wojny, dlatego ich terytoria były mocno ufortyfikowane. Na terenach zabagnionych uprawiano rolnictwo, ogromne tereny poddano melioracji. Między królestwami i miastami istniały drogi, starożytne autostrady.

Najnowsze badania dotyczące Majów, którzy pojawili się w Ameryce około 2000 lat p.n.e., świadczą że była to wielka cywilizacja, bardzo rozwinięta. I można ją stawiać obok starożytnego Egiptu i Chin. Jeśli do niedawna twierdzono, że liczyli maksymalnie dwa miliony osób, dzisiaj padają liczby dziesięć razy wyższe.

Departament Peten ze stolicą we Flores może być prawdziwą żyłą złota dla Gwatemali. Jeśli przeprowadzi się prace archeologiczne na większą skalę, będzie można poznawać Majów tygodniami. Organizować trekkingi i przeróżne formy zwiedzania zabytków. A przecież Gwatemala ma też inne atrakcje jak dostęp do dwóch oceanów i ciekawe wulkany. Tutejszy las tropikalny wbrew twierdzeniom archeologów jest niezbyt gęsty. Gdy zszedłem ze ścieżek, bez większych przeszkód poruszałem się po dżungli. By zobaczyć zabytki Majów, nie poddane pracom archeologicznym. Zwykle trzeba było się domyślać, że to fragmenty miasta. Gdyby taki las był na wulkanie Poas w Kostaryce nie szedłbym prawie cztery dni, tylko 4 godziny.

Zabytki Majów, które skrywa las tropikalny, będą odkrywane jeszcze przez sto, a raczej setki, lat. Chociaż naukowcy mają system LIDAR, szabrownicy nierzadko radzą sobie znacznie lepiej w odkrywaniu zabytków i ich plądrowaniu.

Ciekawostki.

Jezioro Peten Itza nad którym leży Flores, to spory akwen, podobnej wielkości jak nasze Śniardwy. I bardzo głębokie, do 165m (występuje tu kryptodepresja). Samo miasto było ostatnim bastionem Majów w walkach z Hiszpanami, podbitym dopiero w 1697 roku.

We Flores od razu zauważyłem, że jestem w miejscu turystycznym. Ponieważ „walizkowcy na kółkach” i „torbowcy” co najmniej zrównali się z „plecakowcami”. I cierpieli. Bo przenieść kilkaset metrów torbę albo jechać walizką po dziurawej ulicy łatwe nie jest, zwłaszcza gdy żar leje się z nieba. Dlatego uważam, że plecak to jeden z lepszych wynalazków, zapewniający mobilność. Nie potrafię podróżować ani z walizką ani z torbą – wkurzają mnie te przedmioty maksymalnie. Z plecakiem na plecach mam wolne ręce, szybko mogę się przemieszczać, żadne nierówności i schody mi niestraszne.

Informacje praktyczne. Autobus Quetzaltenango – Guatemala kosztował 70q (podróż 4,5h), a Guatemala – Flores 200q (podróż nocna 8h, choć miała trwać 10h, w dzień jest dłużej). W miastach często są korki.

Zabytkowe Flores na wyspie nie jest szczególnie urodziwe, ale sympatyczne i stanowi wyśmienity punkt startu do Tikal (ok. 60-70km, ok. 90 minut jazdy). Ceny podstawowej wycieczki bez biletu wstępu to 100-150q (transport i przewodnik). Dla przypomnienia: 1usd = ok. 7q (quetzales). Bilet wstępu dla cudzoziemca to 150q, a gdy obejmuje czas poza ogólnymi godzinami otwarcia (wschód i zachód słońca) dodatkowe 100q. Bilet kupiony po trzeciej popołudniu, ważny jest dnia następnego, muzeum dodatkowo płatne. Wokół strefy archeologicznej są miejsca noclegowe, można też sobie wykupić biwak (50q w tym namiot, coś do przykrycia). Ale ci którzy uczynią to z powodu wschodu albo zachodu słońca niech się przygotują na to, że rano są często mgły, a wieczorami chmury. Bilet wstępu do Uaxactun to 50q (dla Gwatemalczyków 5q).

W Tikal obywatele Gwatemali płacą od 5 do 10 razy mniej niż cudzoziemcy, a w niedziele mają wstęp za darmo. Wiem, że od strony organizacyjnej to bardzo trudne i uciążliwe, ale byłoby cudownie gdybyśmy stosowali w Europie zasadę wzajemności w stosunku do takich krajów. Skoro ja płacę za coś 30usd w Gwatemali, a lokalny człowiek 5usd. A w Europie bilet wstępu dla mnie kosztuje powiedzmy 20 euro. To niech taki Gwatemalczyk zapłaci 100 albo 120 euro. Niech poczuje jakie to miłe.

Na zdjęciach (z ok. 20 marca 2018): pierwsze trzy to zabytkowa część miasta Flores na wyspie oraz jezioro Peten Itza. Później stolica Majów w Tikal i jej najważniejsze świątynie (piramidy, Temple I, II, III, IV, V) oraz pałace, w tym stele nagrobne. Ponadto las tropikalny otaczający ruiny. Ostatnie dwa to przykładowe posiłki, strażnik pilnujący w mieście Xela lodziarni i baru, stolica Gwatemala wieczorem obok jednego z przystanków metrobusu, jak również zdjęcie młodej kobiety, które łączy tradycyjność (strój) z nowoczesnością (smartfon).

Opublikowano w Blog
Gwatemala była ostatnim krajem wyprawy, w którym zamierzałem działać na wulkanach. Poobijany, bardzo zmęczony i jeszcze bardziej zadowolony z sukcesów, bo udało się znacznie więcej niż myślałem że się uda w tak krótkim czasie, miałem zamiar zmniejszyć obciążenia. Postanowiłem wyłączyć ambicje eksploracyjne i nie przemęczając się, pobawić w turystykę. Liczyłem, że skoro Gwatemala ma wulkany, robi po nich wycieczki, tą są organizowane z sensem i nie ma potrzeby samemu wybierać się na nie. Tylko wiem, że wycieczki wulkaniczne oferowane przez biura turystyczne wszędzie na świecie są zwykle bez sensu. Dla mnie strata czasu i pieniędzy. Już po kilku pytaniach zadanych w tutejszych biurach wiedziałem, że nie będzie luźnej końcówki. Trzeba to zrobić po swojemu.

Lecz wpierw do tej Gwatemali trzeba było się dostać. Pieszo doszedłem do „dworca autobusowego” w Santa Ana. Tak naprawdę na kilku ulicach parkują autobusy jeżdżące w różne kierunki. Nie od razu znalazłem moje miejsce postoju, każdy zapytany mówił co innego. Ale dojechałem do Sonsonate, gdzie przesiadłem się do autobusu jadącego blisko wybrzeża Pacyfiku do granicy w La Hachadura, którą szybko pokonałem pieszo.

Od autobusu jadącego z Rivas do Managuy (Nikaragua) jestem jedynym cudzoziemcem podróżującym lokalnym transportem. A wygląda on tak, że do autobusu pakuje się tyle osób ile da radę. Setkę – no problem. Siedzenia często są tak zamontowane, że nie ma prawie przejścia pomiędzy, a dwuosobowe siedziska mają starczyć trzem osobą. Inni muszą stać. Upchane ludźmi autobusy do granic możliwości mają plus, nie trzeba się niczego trzymać na zakrętach. Za to sprzedawcy przeróżnych rzeczy mają problem, bo nie mają możliwości handlu. Wysiadający też nie mają łatwo, jak przepchać się przez tyle ludzi. Mój plecak na ogół ląduje na dachu, ale na krótszych odcinkach, dla lepszej mobilności, wolę opłacić dwa miejsca siedzące – dla mnie i plecaka. Gorzej później wyjść z moim dobytkiem z autobusu. Ale jest klimatycznie, autentycznie, lokalnie. Co lubię.

Będąc już w Gwatemali, potrzebowałem dwóch autobusów, by dostać się do Antigua Guatemala. Do Escuintla z odbiciem na trasie do Chiquimulilla. I kolejnego, już do celu. Właśnie zapadł zmrok (19:00). W podróży byłem od 9:00, przejechałem 270 km.

Zapisałem sobie jedną nazwę hostelu. A tu niespodzianka, brak miejsc. Trudno, hosteli i hoteli tutaj pełno, bo to bardzo turystyczne miejsce. No właśnie. Od razu chciałem stąd uciekać, gdy zobaczyłem spore liczby turystów, bary dla turystów itd. Nie lubię takich miejsc. Do tego sobota i jedna wielka pijacka impreza. To nie moje klimaty. W kolejnych hotelikach i hostelach wolnych prywatnych pokojów brak a dormitoria po 50-70 quetzales (q). 1 dolar to 7-7,2q. Niestety, obiekty prowadzone są przez lokalnych ludzi, więc jest totalne dziadostwo i brud, nie warty dolara. Od takich miejsc wolę sto razy bardziej namiot. Znajduję w końcu prywatne pokoje po 200-250q, wyglądają tak samo obskurnie jak dormitoria. Małe klitki, bez okna (lub z oknem na korytarz), jakby od pół roku nie sprzątane. Wybredny nie jestem, ale coś jest jednak nie tak, gdy europejskie psy mieszkają w warunkach o kilka klas lepszych, niż pokój dla ludzi za 30-40usd. Nikomu się tutaj nie chce nawet pomalować ścian i porządnie posprzątać.

Ląduję w końcu w sali kilkuosobowej za 50q. Ale szukając znalazłem po sąsiedzku niedrogi hotelik, który za 100q oferował prywatny pokój z łazienką. Zarezerwowałem na kolejną noc, bo na tą nie było miejsc. Warto tutaj poszukać, bo te szalone ceny w stosunku do oferowanego standardu to szybka próba dorobienia się na białasach. Ale trafią się przedsiębiorcy, którzy starają się zaoferować coś przyzwoitego za rozsądną cenę, tylko trzeba ich odnaleźć.

Co do atrakcji, jest ich w okolicy parę, samo miasto jest całkiem ciekawe. Są tu też dwa aktywne wulkany, które chciałem zobaczyć. Nie brakuje ofert, tylko wszystkie tego typu wycieczki, to zwykłe zaliczanie i to jeszcze byle jak. Choć niektórzy później piszą, że byli na wyprawie na wulkanie takim i takim. Smutne, ale obecnie taki mamy klimat, że zacytuję klasyka. Te sztampowe wycieczki są tanie, krótkie, dla turystów pewnie wystarczające. Dla mnie nie. Pytam w biurach turystycznych o coś bardziej profesjonalnego, dłuższego, na lepszym poziomie – brak. A coś tylko dla mnie, podsuwam pomysły – nikomu się nie chce. Trudno, o poranku będę szukał dalej czegoś ciekawszego.

Od 8:00 jestem na mieście, niektóre biura turystyczne już pootwierane, mimo niedzieli. Inne otworzą się popołudniu. Wszystkie oferują to samo. Poranna lub popołudniowa wycieczka pod wulkan Pacaya 70-80q + 50q bilet wstępu do parku(przyrodniczy teren chroniony). Oglądanie wulkanu Fuego z wulkanu Acatenango zazwyczaj 350q + 50q za wstęp do parku, ale można znaleźć też oferty po 250q + 50q (2-dniowy wyjazd (de facto ok. 24-godzinny), z wyżywieniem (trzy posiłki, woda), przewodnikiem, i sprzętem biwakowym). Tylko to nie ma sensu. Mam podejść pod Pacaya, przy tabliczce zrobić sobie zdjęcie z widokiem na wulkan? Albo jednego dnia podjechać i wejść do obozowiska na Acatenango, by o świcie ruszyć na wierzchołek, pobyć tam chwilę i zejść na dół? Nie chcę tak. Zapłacę, tylko wymyślcie coś lepszego. Mam trzy, w ostateczności cztery dni, na zrealizowanie tutaj swoich planów.

Pacaya krater. Nie da się, nie wolno, niebezpiecznie, park zabrania, policja pilnuje – słyszę. Acatenango dwie noce, ale na szczycie, a nie znacznie poniżej, i może podejście na punkt widokowy w masywie Fuego. Wszystko za skomplikowane. Na punkt widokowy na Fuego nie wolno, spać na szczycie Acatenango nie wolno. Po co ci dwie noce? A jak będzie zła pogoda – to potężne wulkany, nierzadko tonące w chmurach. Na szczęście na Acatenango można iść samemu, nie trzeba wykupywać usługi turystycznej, choć ponoć wszyscy tak robią. Bo w tym jest namiot, śpiwór, jedzenie, woda. A tam jest zimno, na co ja sprzętowo przygotowany jestem. Gdy chcę sam transport (start z jakąś grupą, z inną powrót) albo firmy nie chcą ze mną rozmawiać, czyli zarobić, albo mówią mi 400q. Pogłupieliście. Pojadę autobusem albo wezmę taksówkę.

Z Pacaya myślę, by zrobić jak z Telicą, jest tylko jeden problem, z punktu widokowego jest daleko do krateru. Nie zdążę wejść i dogonić grupy. W firmach turystycznych twierdzą, że policja pilnuje dostępu oraz rangersi. W jednym z biur mówią, że załatwią mi przewodnika i pójdę, kilka godzin trwają boje. Mamy ruszyć o trzeciej w nocy, póki nie ma ludzi i o świcie zejść. Przewodnik bierze 350q a transport będzie kosztował 700q. Czyli ok. 150usd. Bez przesady, półdniowa wycieczka kosztuje 10usd, a ja mam zapłacić piętnaście razy więcej. W innym biurze mówią, że ewentualnie mogliby mnie rano zawieść z grupą a wieczorem odebrać z grupą. I wtedy mogę próbować wejść, może mnie nikt nie zatrzyma, nie złapie – jest to jakieś rozwiązanie. Ale w jeszcze innym biurze twierdzą, że załatwią mi przewodnika i wyjazd oraz powrót z grupą i będzie to kosztować ok. 500q, z tego przewodnik 350q. Tyle mogę dać. Mam mało czasu, a chcę dużo zobaczyć i nie mogę sobie pozwolić na marnowanie dni na jakieś pozwolenia, poszukiwania ścieżek itp. Zwłaszcza pod koniec wyprawy, gdy każdy dzień jest na wagę złota. Uczciwą ceną byłoby 40usd za taką usługę, ale swój limit ustaliłem na 80usd. Jeśli więcej, zaryzykuję sam, może mnie nie złapią i uda mi się w jeden dzień ogarnąć temat. W takich sytuacjach jak ta stosuję technikę, którą nazywam: maksymalizowanie szansy na sukces. Polega ona na tym, że muszę zrobić wszystko, by się udało zrealizować cel w czasie którym dysponuję, koszty mają drugorzędne znaczenie. Skoro na Pacaya mam jeden dzień i ani sekundy więcej, to muszę uruchomić procedurę działania, która zmaksymalizuje szanse powodzenia. A więc znaleźć przewodnika, który pozwoli mi obejść pułapki, bo jak złapie mnie policja lub rangersi, czasu na drugą próbę, inną metodę wejścia – nie będzie.

Dlatego, kilka razy wracam do biura, czy udało się załatwić, raz odbijam się od zamkniętych drzwi. Słyszę w końcu: tak, ale na pozwolenie do krateru potrzeba dwóch dni. Dobra, w tym czasie pojadę na Acatenango, umów przewodnika na czwartek. Tylko do przewodnika nie można się dodzwonić, pół godziny prób i nic, umawiamy się, że wrócę za 2 godziny. I tak minęło pół dnia.

W międzyczasie przeniosłem się do zarezerwowanego pokoju w: Hostel La Quinta. I tu problem, bo dziewczyna, która rezerwowała, a kilka razy się upewniałem czy zrobiła rezerwację, bo jutro wracam, nie dokonała jej. I jej koleżanka rano mówi, że mojego pokoju za 100q nie ma, wszystkie zarezerwowano, ale nie dla mnie. Są pokoje bez łazienki. Niech będzie. Tylko toaleta z prysznicem jest dzielona wraz z gośćmi małej restauracji i innych podobnych pokoi. Cóż zrobić? Pokój kosztuje 85q. Ale ze względu na zaistniałą sytuację, dostanę za 75q. Ktoś może zauważył, że to bez sensu, iż pokój z łazienką kosztuje tylko dwa dolary więcej niż bez? Też tak myślałem, do czasu jak zobaczyłem pokoje. Te bez łazienki, duże, przestronne, te z łazienką – mikroklitki.

Moje dwa powroty do biura nie przyniosły rezultatu, przewodnik zapadł się pod ziemię. To nic dobrego nie wróży. I martwią mnie dwie rzeczy. Na ponad 30 biur, które odwiedziłem, w prawie wszystkich powiedzieli mi, że absolutnie nie można wchodzić na szczyt Pacaya, jest to zakazane i nikt się nie podejmie. Żaden park ani policja nie dadzą pozwolenia. Koniec kropka – byli bardzo stanowczy. To jakim cudem ten przewodnik-widmo załatwi pozwolenie i ze mną pójdzie? Coś mi tu nie pasuje.

Ruszam dalej szukać biura i słyszę – nie ma szans, nie ma szans. Aż trafiam do jakiegoś małego, swojskiego i… niby się nie da, ale poczekaj. Małżeństwo obdzwania znajomych. I znajdują mi przewodnika Rodolfo, który mieszka pod wulkanem i hoduje konie. I to nie za kilka dni, tylko jutro. Rozmawiają przy mnie z nim, targujemy cenę, bo zaczyna od 100usd (standardowa cena do podziału na kilka osób w grupie). Schodzimy do 60usd, plus 20usd za transport, bo z poranną grupą pojadę na wulkan, a z wieczorną z niego wrócę. Minęła piąta, cały dzień załatwiania chyba przyniósł zamierzony efekt. Auto odbierze mnie o szóstej rano. Idę do wcześniejszego biura podziękować za starania i odwołać ich kontynuację. A później obserwuję wielką procesję na ulicach Antiguy, jest niedziela.

Nie ma czasu do stracenia. Trzeba zrobić zakupy i przygotować się na wyjazd, oraz od razu kupić to co trzeba na Acatenango, by dzień później wystartować.

Antigua Guatemala to szczególne miasto. Od 1979r. roku znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO. Zachował się charakterystyczny kolonialny układ ulic, ciągi równoległe i prostopadłe. Znajdują się tutaj zabytki z XVII i XVIII w stylu tzw. baroku kolonialnego. Spacerując można zauważyć ruiny kościołów. To skutki dwóch trzęsień ziemi z 1773 roku. W 1776 roku zdecydowano się przenieść stolicę kraju w inne miejsce i tak powstało miasto Guatemala, zaledwie 30-40 kilometrów dalej. A do starej Guatemali dodano słowo Antigua, co znaczy… Stara Gwatemala. Choć początkowo wszyscy mieli opuścić miasto po trzęsieniach, podniosło się i dzisiaj jest ośrodkiem turystycznym. I rzeczywiście jak na ten region świata, jest ładnym miastem.

Procesja, którą oglądałem na ulicach Antiguy zastanowiła mnie. Ogromna, pełna przepychu, mnóstwo ludzi. To nie mogła być zwykła uroczystość. I nie była. W sposób niezamierzony stałem się świadkiem jednej z największych atrakcji miasta. Takie procesje odbywają się tylko w okresie pasyjnym (Wielkiego Postu). Część turystów specjalnie przylatuje tutaj, by móc taką procesję zobaczyć. Która po wyznaczonej trasie maszeruje od rana, by wieczorem dojść do centrum miasta, do kościoła o ile mnie nazwa nie myli – La Merced.

Trzy ciekawostki.
Jedna z ulubionych zabaw ludności w Ameryce Centralnej jest taka. Wodę, napoje, owoce, przekąski kupuje się w plastikowych woreczkach. Gdy są puste miejscowi je nadmuchują, wiążą i zgniatają, by wywołać wystrzał. Mają z tego mnóstwo uciechy. Także starsze osoby.

Jeśli chodzi o turystów jakich spotykam w Ameryce Środkowej, dominują trzy grupy językowe: niemieckojęzyczna, anglojęzyczna i francuskojęzyczna. I praktycznie wszyscy zmierzają w przeciwnym kierunku niż ja, z Meksyku do Panamy.

Ze względu na turystów, centrum Antigua Guatemala jest sprzątane i śmieci jest dużo mniej niż zwykle tutaj. Koszy na śmieci jednak nie ma, więc zdesperowani turyści w końcu nie wytrzymują i wyrzucają puste butelki czy papierki po lodach na ulicę. Poza sprzątanym centrum królują śmieci.

Informacje praktyczne. Wyjazd z Salvadoru i wjazd do Gwatemali. Uczyniłem to pieszo przez przejście graniczne w La Hachadura. Moje piesze przekraczanie przejść jest dużo szybsze i wygodniejsze niż wcześniejsze autokarowe. Jestem sam na tych przejściach, w sensie cudzoziemiec. Wszyscy mili i pomocni. Ktoś mi tutaj opowiadał, że Nikaragua, Honduras i Salwador mają jakieś porozumienie graniczne. Jednym z jego skutków, jest wbijanie nie dwóch, a jednej pieczątki do paszportu. Za co im chwała, bo mój paszport nawet połowy swojej ważności nie dożył, a już prawie nie ma w nim miejsca na pieczątki i wizy. Sam wskazuję palcem i proszę gdzie mi mają wbijać. Żeby jakimś cudem przetrwał on do końca roku, bo nie mam czasu wyrobić nowego. Nikt ode mnie na granicy nie chciał żadnej opłaty, nie sprawdzał bagażu, nie kazał wypełniać durnych formularzy. Jedyna uciążliwość to piesze pokonanie granicy w upale i kurzu. W tym wypadku był to jakiś kilometr. Czas UTC minus 6. Waluta: quetzal, quetzales. 1 dolar to 7-7,2q. Z odwiedzonych przeze mnie krajów Ameryki Środkowej, stosunkowo najmniej chętnie przyjmują w Gwatemali amerykańskie dolary.

Ceny w Guatemala Antigua. Dziwne. Jak pójdziemy tam, gdzie są lokalsi, jest w porządku. Ceny zbliżone do polskich (zwykle trochę wyższe), choć kurczak z rożna kosztuje 10usd. Tam gdzie turyści, czasami można się zdziwić, bo mała kanapka potrafi kosztować 7usd a nieduża pizza 15usd. Wyjaśnił mi to jeden bardzo starszy pan, Amerykanin, emerytowany lekarz, który przygruchał sobie gwatemalską kobietę w średnim wieku i tutaj mieszka – Antigua jest najdroższym miastem w Gwatemali, nastawionym na oskubanie turystów z pieniędzy.

Na zdjęciach: przejście graniczne, mleko kokosowe z kawałkami kokosów, kolashanpan – ohydny napój jak z saturatora z czasów Polski Ludowej, autobusowe granie i handel. Od ósmego zdjęcia Guatemala Antigua i dworzec autobusowy, stare miasto w tym sikający lokalny mężczyzna, handlarze, w tym strażnik z karabinem pilnujący butiku ze strojami kąpielowymi i ubraniami (nawet banki w Polsce nie są tak dobrze strzeżone). Na dwóch zdjęciach widać wulkan, to Volcan de Agua 3760m n.p.m. Są też dwa kościoły, jeden ruina po trzęsieniu ziemi w XVIII wieku, drugi to La Merced. Kilka zdjęć przedstawia słynną procesję Wielkopostną (11 marzec). Końcówka to m.in. mikro arbuz i czekolada z cukrem, którą wrzuca się do gorącej wody i… mamy czekoladę do picia.

Opublikowano w Blog
Przed podróżą do Ameryki Środkowej przebywałem w Tanzanii. Był to udany wyjazd i warto mu poświęcić kilka zdań. Cała grupa Pamir.pl, która zdecydowała się wyruszyć na szczyt Kilimandżaro – Uhuru Peak 5895m, osiągnęła swój cel. Jak zwykle – chce się napisać. Nie mniej, warto podkreślić, że dla większości Uczestników dotychczasowy rekord wysokości oscylował w granicach 2500-3000m. To dowód, że jak wyjazd jest dobrze przygotowany, a ekipa sprawna i zdeterminowana – można się pokusić o tak wielki sukces.

Tym większy, że miał on kilka smaczków. Jako lider wyjazdów, zawsze wszystkich dopinguję i dostarczam dodatkowych atrakcji, czasami męczących :). Dlatego zbieraliśmy piękne obsydiany na wysokości 3900m, byliśmy w jaskini i na kilku skałach, z Lava Tower (4690m) wyłącznie. A w niższych partiach podziwialiśmy tropikalną przyrodę, wodospady, zwierzęta.

Nawet udało mi się przekonać jednego z naszych dzielnych zdobywców - Mariusza Niedzielę - na bardzo męczący wysokogórski spacer. Co prawda, oberwało mi się później, że moje słowne lawiranctwo wprowadziło go w błąd i gdyby znał rzeczywistość, nie zdecydowałby się. Ale przyznał, że jest bardzo szczęśliwy z efektów tej wycieczki. A ja się cieszę, że moje prawnicze umiejętności artykulacji, ciągle mają się dobrze.

Zdobycie Uhuru Peak 5895m jest fajne, ale widoki z niego są takie sobie. Najciekawsze znajdziemy wewnątrz kaldery wulkanu Kibo (część Kilimandżaro). To jednak wymaga pewnego wysiłku, bo wysokości oscylują pomiędzy 5700-5850m. Tym razem zaproponowałem odwiedziny Wschodniego Lodowca Kilimandżaro (Eastern Icefield). Jest on dosyć daleko położony od Uhuru. Ale jeśli na wierzchołku rocznie potrafi stanąć ponad 50 000 osób, to na tym lodowcu w całej historii podbojów Kilimandżaro było od kilku do kilkudziesięciu, głównie naukowców. To robi różnicę. Mariusz będzie pokazywał wnukom zdjęcia jak chodził po lodowcu, ale wtedy już go pewnie nie będzie. Roztopi się.

Już teraz Wschodni Lodowiec jest rozczłonkowany, niektóre fragmenty niedługo znikną. Dlatego wędrówka po nim, była świetną przygodą. O ile, South Icefield (Południowy Lodowiec, Południowe Pole Lodowe) jest blisko ścieżki na Uhuru, a North Icefield (Północny Lodowiec) jest widoczny ze szczytu i budzi zainteresowanie, bo jest największy. O tyle, Eastern Icefield jest na uboczu i po drodze donikąd. Tylko takiemu wariatowi jak ja, choć wolę słowo pasjonat, przychodzą do głowy takie pomysły. I nigdy ich nie żałuję. Bo choć Wschodnie Pole Lodowe jest niewielkie, to ciągle jest trzecim kompleksem lodu pod względem powierzchni na Kilimandżaro. Umiejscowionym od strony Kenii, z dobrym widokiem na Mawenzi. By uzmysłowić sobie jak niewiele zostało z czapy lodowej na najwyższej górze Afryki, trzeba wiedzieć, że Lodowiec Północny ma już mniej niż kilometr kwadratowy powierzchni i skurczył się o około 90% względem jego pierwotnej wielkości. To dotyczy całego lodu na Kilimandżaro. Część naukowców uważa, że cały lód z góry zniknie do 2040 roku, jeśli klimat się nie ochłodzi. Ja uważam, że resztki lodowców mogą utrzymać się dłużej.

Będąc na lodowcu, odwiedziliśmy też pobliski Reusch Krater (część wulkanu Kibo) i to ze strony nieodwiedzanej. Z drugiej strony, pod Uhuru, dnem krateru biegnie ścieżka jednej z dróg "wspinaczkowych" i czasami turysta się tam pojawi. Jeśli ma siłę, wejdzie na skraj krateru. Natomiast od strony Lodowca Wschodniego próżno szukać śladów stóp. Tam się po prostu nie chodzi, bo po co? Wysoko, mało tlenu, zmęczenie, daleko. Cóż poradzę, że mnie takie miejsca najbardziej kręcą. A widok na krater od tej strony jest bardzo interesujący, pod zewnętrznym pierścieniem dymią solfatary. Innymi słowy, z Mariuszem odbyliśmy fajną kilkugodzinną wycieczkę. Tylko my i wulkan, oraz świadomość że prawie nikt tutaj nie był i nie widział tego wszystkiego.

Gdy jest czas i chęć, będąc u podnóża Kilimandżaro, też mam różne wycieczki do zaoferowania. Tym razem odwiedziliśmy dwa miejsca.

Wodospad Materuni – duży, wysoki (ok. 150m), spadający z wulkanicznego klifu. Położony w pięknej tropikalnej scenerii. Pośród pól uprawnych kawy, bananów, awokado. Można się pod nim wykąpać.

Kikuletwa (Chemka) Hot Springs - to nie do końca termalne źródła, i bardzo dobrze. Gdy na zewnątrz upały, warto się ochłodzić. Woda pochodzi z masywu Kilimandżaro, jest w sam raz do kąpieli. Sceneria – bajkowa. Figowce i ich pokręcone korzenie. Lazurowa rzeka i jeziorka. Można tutaj coś zjeść, wypożyczyć koło – dętkę do pływania. Nawet jest szansa na masaż. Są również palmy, a w pobliżu dostojne baobaby.

Safari w parkach Serengeti oraz Ngorongoro spełniło wszelkie oczekiwania. Nie tylko pogoda cały czas dopisywała, ale zobaczyliśmy rzadkie zwierzęta jak nosorożce i lamparta (czyli najrzadsze zwierzęta z tzw. Wielkiej Piątki Afryki). Ponadto, polowanie gepardów na guźca, ogromne stado słoni i niezliczone ilości zebr, żyraf czy gnu. Łącznie ze sto gatunków różnych zwierząt – mniejszych i większych. Nie zabrakło wizyty w wiosce masajskiej.

Wspomnę jeszcze o jednej rzeczy. Uczestnicy wyjazdów na Kilimandżaro przygotowując się, czytają różne internetowe informacje osób, które weszły lub próbowały wejść na górę. I co bardzo ciekawe, po wyjeździe kwitują dosadnie jakość tychże informacji. Najłagodniejsze padające określenia brzmią: „bzdury” albo „ten ktoś nigdy nie był na Kilimandżaro”. O czym to świadczy? Odczucia podczas zdobywania tak wysokiej samotnie stojącej góry są tak bardzo indywidualne, że czytanie internetowych relacji wielkiego sensu nie ma. A na pewno lepiej się nimi nie sugerować. Abstrahując od licznych fałszów i przekłamań w tych zapiskach, bez własnych doświadczeń nie sposób ich zweryfikować.

Poniżej próbka zdjęć z ostatniego wyjazdu do Tanzanii.

Opublikowano w Blog
Trekking do Bazy pod Annapurną nie ma nic wspólnego z Trekkingiem wokół Annapurny. Trekking do Sanktuarium / Południowego Sanktuarium Annapurny – to ten sam trekking co do Bazy pod Annapurną / Annapurna BC / Annapurna Base Camp. Zwrot Południowa Baza / Południowe Sanktuarium – ma znaczenie. Bo jest też Północna Baza - niewykorzystywana. Ale wyznaczyli ją pierwsi zdobywcy Annapurny I (8091m) – Francuzi – Maurice Herzog i Louis Lachenal - którzy zdobyli szczyt na początku czerwca 1950 roku. Przypłacili to licznymi odmrożeniami i amputacjami. Annapurna była pierwszym w historii zdobytym ośmiotysięcznikiem. Polacy na szczycie stanęli dopiero w 1987r., za to jako pierwsi – zimą – na początku lutego dokonali tego: Jerzy Kukuczka i Artur Hajzer – od południa.

Przy czym należy pamiętać, że baza podstawowa, startowa, tzw. Base Camp, to najczęściej spłaszczone, bezpieczne i nie nazbyt wysoko umiejscowione miejsce, gdzie wyprawy stawiają swoje namioty. Nie ma tam trwałych budynków. Wyjątkiem jest South (Południowa) Annapurna Base Camp – właśnie o trekkingu do tej bazy jest niniejszy artykuł.

Trzeba też wyjaśnić słowo – SANKTUARIUM – bo również ma znaczenie (nie religijne). W tym słowie zawiera się jedna z największych atrakcji trekkingu. Mianowicie, masyw Annapurny rozłożony względem bazy jest amfiteatralnie. Od lewej do prawej mamy ogromną ścianę szczytów – sześcio- i siedmio- tysięcznych, z ośmiotysięczną Annapurną na czele. A u podnóża i obok niej, spływa Południowy Lodowiec Annapurny (South Annapurna Glacier), który zbiera mniejsze lodowce po drodze, schodząc jęzorem aż pod Machhapuchhare.

Do bazy pod Annapurną można dostać się różnymi drogami. Dwie podstawowe zaczynają się i kończą w Birethanti koło NayaPul, wioski znajdującej się przy drodze z Pokhary. Najkrótsza trasa, ale też najmniej ciekawa, prowadzi przez Jhinu Danda. Dobry piechur pokona ją w 5 dni – tam i z powrotem. Żeby dwa razy nie iść przez Jhinu Danda, jest możliwość niewielkiego wydłużenia trekkingu i przejście przez Ghandruk i Tadapani do Chomrong.

Najciekawsza i najładniejsza wersja trekkingu również zaczyna się w Birethanti i biegnie przez Ghorepani, skąd można wejść na słynny punkt widokowy Poon Hill. Dalej przez Tadapani i Chomrong, a zejście przez Jhinu Danda. O niej będzie w tym artykule. W dojściu do Annapurna Base Camp (ABC) można wykorzystać też ścieżkę z Tatopani do Ghorepani (Tatopani to osada na trekkingu Wokół Annapurny). Jadąc z Pokhary można wystartować na szlak zamiast z NayaPul, z okolic Naudanda lub Chandrakot (koło NayaPul) i dalej wędrować przez Tolka i Landruk do Jhinu Danda.

Specyfiką trekkingu do ABC są kamienne schody, stopnie – w górę i w dół. Jest ich dużo na trasie, więcej niż na innych trekkingach. Jednych to cieszy, inni mają stosunek obojętny, a pozostali narzekają.

Największą atrakcją trekku – jest różnorodność i duża liczba atrakcji na przestrzeni niewielu dni.

Dojście do Ghorepani z widokami na Annapurnę Południową (7219m) i Hiunchuli (6441m). Niżej rośnie subtropikalny las, wyżej wiosną kwitną rododendrony, a jesienią kilka innych gatunków drzew. Ghorepani to wysokogórska sporych rozmiarów wioska, usadowiona na przełęczy, na wysokościach 2800-2900m. To dobre miejsce na zakup pamiątek, ale później też okazji nie zabraknie. Na słynnym punkcie widokowym Poon Hill (3193m, 3210m – z wieżą widokową) oraz na wzgórzach o podobnej wysokości (do ok. 3195m), po drugiej stronie przełęczy, można podziwiać pasma Annapurny i Dhaulagiri. To jedna z najwspanialszych panoram w Himalajach. Najefektowniej prezentują się Dhaulagiri I (8167m)  i Tukuche Peak (6920m) oraz Annapurna Południowa i Annapurna I. Wzgórza porasta las rododendronowy.

Odcinek z Ghorepani do Tadapani, oprócz wspomnianych widoków, oferuje ciekawy górski odcinek. Wąskie doliny, skałki, potoki, gęsty las. Dalej, w drodze do dużej miejscowości Chomrong (2100-2200m) oraz Sinuwa, można kolejny raz obserwować uprawę pól przez Nepalczyków. Ryżu i warzyw.

Za Sinuwa (2100-2300m) zaczyna się kulminacyjny odcinek prowadzący skalną, piękną i efektowną  doliną rzeki Modi Khola. Nad głowami pojawią się lodowce. Czuć będzie wysokogórską atmosferę. Z Sinuwa do ABC to jeszcze półtora dnia wędrówki, choć jak ktoś bardzo chce można pominąć zwyczajowy nocleg w Deurali (ok. 3200m), i dojść do MBC albo wygospodarować godzinę do dwóch i zakończyć marsz w ABC.

MBC to Machhapuchhare Base Camp. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że na Machhapuchhare 6993m nie można się wspinać, bo to święta góra Nepalczyków. Piramidalna, wspaniale prezentująca się i z ABC i z okolic Pokhary. Skoro wspinać się nie można, to baza też niepotrzebna. MBC to dwa hoteliki przy skręcie do ABC, na wysokości ok. 3700m. Gdy rodził się himalaizm, były próby zdobycia góry, niewiele zabrakło do szczęścia. Choć oficjalnie podaje się, że Machhapuchhare nie została zdobyta, to być może zdobył ją pewien Nowozelandczyk w 1980r. Nielegalnie, niedługo później zginął i brak niezbitych dowodów na to. Nazwa góry oznacza „rybi ogon”, bo gdy się dobrze przyjrzymy, dwuwierzchołkowy szczyt z przełączką, tak właśnie wygląda. Ponadto, ze względu na kształt zwana jest „Matterhornem Nepalu”.

ABC – Annapurna Base Camp, Baza pod Annapurną, Południowe Sanktuarium Annapurny (4130m). To nie jest duża wysokość jak na Himalaje, dlatego prawie każdy radzi sobie z nią całkiem dobrze. Zawsze można przenocować w MBC i podejść tutaj na chwilę. Jest też możliwość przerwania trekkingu i noclegu w niżej położonych osadach (część ma charakter jedynie turystyczny). Odcinek Chomrong – ABC jest wspólny dla wszystkich jego wersji. Niezwykłym udogodnieniem jest istnienie tutaj czterech prymitywnych schronisk górskich, zwanych lodgami, hotelikami. Są pokoje, jadalnia, restauracje. Można wypożyczyć koce, choć najlepiej mieć na cały trekking własny śpiwór. Od 3000m – jesienią i wiosną – trzeba się liczyć w nocy z lekkim mrozem, a w ABC może się utrzymywać przez większość dnia, choć w słońcu może być całkiem ciepło.

Wystarczy wyjść z hoteliku w ABC, by podziwiać panoramę licznych szczytów Annapurny, w tym za plecami Machhapuchhare. Na skraj moreny bocznej Południowego Lodowca Annapurny jest minuta spaceru, gdzie stoją czorteny upamiętniające ofiary góry. A Annapurna I ma wiele ludzkich żyć na sumieniu. Warto tutaj przenocować, by podziwiać widoki w ciągu dnia, wieczorem i o wschodzie słońca, gdy kolejne szczyty się „zapalają” w jego promieniach. Widoki zapierają dech w piersiach, można podziwiać od lewej: Hiunchuli, Annapurna Południowa, Bharha Chuli (7647m), Annapurna I, Roc Noir (7485m n.p.m.) i Tarke Kang(Glacier Dome, 7139m)). W tej „szczytowej” części trekkingu objawiają się także: Annapurna III (7555m) i Gangapurna (7455m).

Trzeba też uczciwie powiedzieć, że dla osób chcących wejść na Annapurnę I, wysokość 4130m jest zbyt niska na bazę startową i zakłada się ją wyżej. Bywa, że górę zdobywa się od strony ABC, ale częściej od drugiej strony Południowego Lodowca Annapurny. Z moreny lodowca za bazą dobrze widać ten obszar.

Zejście z ABC do Birethanti zwykle wyznacza się na trzy dni, by około połowy tego ostatniego być na miejscu. Bez większych przeszkód można ten odcinek pokonać w dwa dni, przy czym szkoda byłoby ominąć wielką atrakcję na zejściu, jaką są termalne źródła koło Jhinu Danda. Po dotarciu do osady na ok. 1700m (z Chomrong godzina, półtorej, w dół), można odbić i zejść nad rzekę Modi Khola, co zajmie 15-20 minut (w górę 20-30minut). W niewielkich basenach z termalną wodą można się wygrzać po trudach wędrówki, w pięknej górskiej scenerii. Nie każdy trekking oferuje taką atrakcję, koniecznie trzeba skorzystać. Tak jak na Poon Hill, trzeba uiścić niewielką opłatę.

Z Jhinu Danda do najbliższej drogi jezdnej są 2-3 godziny marszu, skąd do Birethanti można zjechać jeepami i dalej do Pokhary. Samochód do Bierthanti jedzie niecałą godzinę, na piechotę potrzeba ze dwie. Początkowy odcinek trekkingu, do Hile, też można pokonać jeepem, co zajmie ok. godzinę, piechotą około dwie.

Na opisywaną wersję trekkingu potrzeba od 7 do 9 dni. Często organizuje się go tak, by pełnych dni marszu było siedem, a dwa dni to: dojazd z Katmandu lub z Pokhary na punkt startowy i krótki marsz. Oraz krótki marsz i zakończenie trekkingu, by dojechać do Pokhary (ok. 1,5-2h) lub Katmandu (ok. 10h).

Najlepszy termin wyjazdu: od drugiej połowy marca do drugiej połowy maja i od października do początków grudnia. W praktyce może być to trekking całoroczny. Bo nawet poza głównymi sezonami, pogoda tutaj bywa całkiem niezła. Z pewnym zastrzeżeniem. Gdy w okresie styczeń – luty spada dużo śniegu, końcowe fragmenty trekkingu zagrożone są lawinami. Są co prawda pewne możliwości obejścia najbardziej newralgicznych miejsc, ale może się zdarzyć, że ten odcinek będzie nie do pokonania. Albo skrajnie niebezpieczny, a ścieżka nieprzetarta. Jeszcze wiosną nierzadko trzeba pokonać albo obejść lawiniska i wtedy mogą przydać się, raki to może przesada, ale raczki i owszem (nieprofesjonalne raki, dużo mniejsze, pomagające pokonać zaśnieżone i oblodzone miejsca).  

Ekwipunek. Nic specjalnego. Wygodne buty trekkingowe, ubrania na różne temperatury. Przydają się kijki trekkingowe, ewentualnie raczki gdy dużo śniegu po zimie albo świeży opad (zawsze możliwy). Własny śpiwór, butelka czy camelbag. Apteczka i krem przeciwsłoneczny. I wszystko to co bierze się na ponad tygodniową górską wędrówkę z plecakiem. Pamiętając, że temperatury będą od tropikalnych po zimowe. Że będzie mocne słońce, ale może też spaść deszcz a wyżej śnieg.

Na trasie wszędzie można zaopatrzyć się w jedzenie i napoje. W każdej lodgy zamówić ciepły posiłek i wziąć odpłatny najczęściej prysznic - gazowy albo w postaci wiadra z gorącą wodą w wyższych partiach. WIFI jest prawie wszędzie, ale nie zawsze działa bądź bardzo słabo. Zasięg telefonii komórkowej funkcjonuje w dolnych partiach trekkingu. Naładować sprzęt też zazwyczaj można, choć zwykle za opłatą.

Trekking można odbyć samodzielnie (choć ciągle słychać, że Nepalczycy chcą wymusić obecność przewodnika) albo z tragarzem albo z przewodnikiem i tragarzem. Każdy ma swoje upodobania, ale warto dać zarobić Nepalczykom i nie dźwigać własnego plecaka czy torby. I mieć na plecach niewielki plecaczek z wodą, przekąską i kurtką przeciwdeszczową. Cieszyć się widokami, robić zdjęcia.

Na pytanie ile to kosztuje nie ma co odpowiadać, bo ceny ciągle się zmieniają. Zwykle rosną. Trekking można odbyć na różne sposoby, różnymi trasami, mieć różne upodobania. Różnice mogą sięgać setek procent. Jeśli ktoś musi się liczyć z każdą złotówką i naprawdę jest dobry w organizacji takich wyjazdów, może spróbować zrobić to sam. A jeśli nie musi, warto powierzyć zadanie profesjonalistom i zaoszczędzić mnóstwo czasu, nerwów… a zwykle i pieniędzy. Bo jak to często bywa, człowiek myśli – jak zrobię to sam, będzie taniej. A wystarczy parę prostych błędów, by zapłacić dużo drożej niż gdyby wyjazd zorganizowały osoby lub firmy, które się na tym znają, plus - stracić nerwy i czas. A nie o to chyba chodzi.

W czasach, gdy na prawie całej długości Trekkingu wokół Annapurny wybudowano drogę jezdną, warto rozważyć Trekking do Annapurna Base Camp. Tutaj teren jest zbyt trudny, a osad zbyt mało, by wybudować drogę.

Oto garść zdjęć z kilku różnych wyjazdów do ABC.

Opublikowano w Przewodniki Turystyczne
Już w VI tysiącleciu p.n.e. istniała na wyspach dzisiejszej Malty cywilizacja. Z V tysiąclecia pozostały słynne megalityczne budowle. W I tysiącleciu p.n.e. panowali tu Fenicjanie, Kartagińczycy, Rzymianie. W 60 roku n.e. św. Paweł nawrócił Maltę na chrześcijaństwo. Przez kilka wieków Malta była częścią Cesarstwa Wschodniego ze stolicą w Konstantynopolu, później podbita prze Arabów. Na początku II tysiąclecia n.e. Maltę opanowali Normanowie i stanowiła część Królestwa Sycylii. W 1530 roku Kawalerowie Maltańscy (joannici) objęli te tereny jako lenno od Karola V Habsburga (król Hiszpanii, cesarz rzymski). Oni wybudowali Valettę, późniejszą stolicę kraju. Pod koniec XVII wieku Bonaparte zdobył te tereny w drodze do Egiptu, a niewiele później Malta znalazła się pod protektoratem Wielkiej Brytanii, by po kongresie wiedeńskim stać się jej kolonią. Mocno zniszczona podczas II wojny światowej, w 1947 roku uzyskała pewną autonomię, a w 1963r. proklamowała niepodległość, nadal będąc ściśle związana z Londynem. Aż do 1974 roku, gdy powstała Republika Malty. Przed tą datą, przez pewien czas, rząd maltański finansowała Libia, gdy płatności wstrzymała Wielka Brytania.

Piszę o tym wszystkim, by pokazać jak bujną historię posiada ten niewielki kraj, w którym nie mieszka nawet pół miliona osób, a obszar to wielkość średniego europejskiego miasta. A jako ciekawostkę można dodać, że niektóre fragmenty Afryki są bardziej na północ aniżeli Malta.

Malta dzisiaj to jeden z najbogatszych krajów świata, którego mieszkańcy są jednymi z najbardziej szczęśliwych. Śródziemnomorski ciepły klimat, morze, ponad 300 słonecznych dni w roku, wysoki standard życia, daleko od światowego zgiełku, piękne zabytki.

I o tych ostatnich, położonych na wyspie Malta, będzie teraz.

VALETTA. Jeden z najbardziej zagęszczonych pod względem zabytków obszarów na świecie (lista UNESCO). Miasto zwane: „muzeum pod gołym niebem”. Zwarta zabudowa – kamienic (warto zwrócić uwagę na balkony), kościołów, pałaców – to w większości XVI wiek z dużą ilością baroku. Ulice jak szachownica, do tego biegną to w górę to w dół. Valetta kończy się fortem św. Elma (XVI w), który m.in. skutecznie obronił się przed najazdem Turków. Zresztą ona cała i jej okolice są mocno uzbrojone. Wysokie mury, fosy, forty. Otoczona z trzech stron wodami Morza Śródziemnego i mniej zabytkowymi częściami aglomeracji, za to bardziej nastawionymi na rozrywkę i handel. Valetta i jej otoczenie to świetne spacerowe miejsca. Są wąskie uliczki, są tramwaje wodne, promenady. Miasto elegancko prezentuje się zarówno za dnia, jak i w nocy. Nastrojowe, romantyczne. W 2018 roku – Europejska Stolica Kultury.

MDINA. 10 kilometrów w głąb wyspy od Valetty znajduje się była stolica Malty – Mdina. Jej położenie z dala od morza, nie było najlepsze, stąd w średniowieczu przestała być stolicą państwa. Za to urzeka swoją architekturą, starszą od Valetty. Stare Miasto choć niewielkie, to zadbane, z wąskimi uliczkami, kościołami (w tym katedrą), placykami, otoczone solidnymi murami obronnymi, pomiędzy którymi – od strony bramy do miasta - jest park. Dzięki umiejscowieniu na wzgórzu było łatwiejsze do obrony, ale i tak fortyfikacje wyglądają imponująco. Większość zachowanych powstała pomiędzy XVI a XVIII wiekiem, ale można znaleźć w nich pozostałości umocnień XI w, VIII w, a nawet starożytne. Jeśli ktoś ma skojarzenia słowa „mdina” z arabską „mediną”, to słusznie. Właśnie od niego wzięła się nazwa miasta. A jak wiadomo „medina” to rodzaj arabskiego starego miasta z wąskimi uliczkami, bazarami i najważniejszymi budynkami.

DOMVS ROMANA – ruiny domu z czasów rzymskich na granicy Mdiny i Rabatu. Bardzo cenne, bo zachowały się na podłogach mozaiki. Dom był używany w okresie I w p.n.e. – II w n.e.,  później był tu muzułmański cmentarz. Budynek posiadał perystyl, czyli wewnętrzny dziedziniec ogrodzony kolumnami, na którym zachowała się piękna mozaika. W obiekcie funkcjonuje małe muzeum.

RABAT. Nazwa wywodzi się od arabskiego słowa – „przedmieścia” i taką rolę miasto pełniło względem Mdiny. Dzisiaj to ostatnie miasto, jest zabytkiem, nielicznie zamieszkanym, a życie miejskie toczy się w Rabacie. Które też posiada ciekawe zabytki. Słynie przede wszystkim z katakumb. Najbardziej znane są św. Pawła, który mieszkał w jednej z wapiennych grot przebywając kilka miesięcy na Malcie w 60r. n.e., gdy rozbił się jego statek w drodze do Rzymu. Nawrócił wyspę na chrześcijaństwo, był znany z licznych uzdrowień. Katakumby pod Rabatem to ogromny zespół korytarzy. Mniej znane, ciut na uboczu, ale ciekawsze są katakumby św. Agaty. Obok nich jest niewielkie muzeum wszystkiego, trochę zaniedbane. Są minerały, monety i banknoty, obrazy, wypatroszony krokodyl, średniowieczne i starożytne drobne zabytki, ludzkie kości i wiele innych. A pod ziemią katakumby, które słyną z zachowanych fresków, co jest osobliwością tego miejsca. Kategorycznie nie wolno robić zdjęć wewnątrz, nawet bez lampy błyskowej, czego nie rozumiem i do czego zwykle się nie stosuję. Katakumby datuje się na II-III w n.e., a freski na IV-XII w n.e. Są tu setki grobów (4100 metrów kwadratowych), spoczywają w nich obok siebie całe rodziny, różnych wyznań.

ZŁOTA ZATOKA - GOLDEN BAY. Piaszczystych plaż na Malcie aż takie wiele nie ma. Jedną z najsłynniejszych jest plaża w Złotej Zatoce, w zachodniej części wyspy Malta. Na szczycie klifu wznosi się niewielka kamienna wieża z 1637r., zbudowana przez wielkiego mistrza Giovanniego Paolo Lascarisa (joannita). Jedna z siedmiu tego typu. Wartownicy mieli za zadanie patrzeć w morze i ostrzegać ludność i wojsko przed możliwym atakiem.

SLIEMA. Miasto oddzielone niewielką zatoką od Valetty. Nadbrzeże oferuje jeden z najlepszych i najsłynniejszych widoków na stolicę Malty. Choć zachowało się tutaj trochę starej zabudowy i Fort Tigne, jest to dosyć nowoczesne miasto, budują się apartamentowce.

Jeszcze kilka wskazówek praktycznych. Na Maltę najwygodniej dostać się drogą lotniczą, co można uczynić z różnych zakątków Europy. W tym z Sycylii. Lotnisko w Katanii oferuje kilka lotów dziennie. 40 minut w powietrzu i jesteśmy na miejscu. To zwykle dużo tańsze rozwiązanie niż przeprawa promowa z Pozallo, położonego na południe od Syrakuz.

Natomiast same wyspy najlepiej zwiedzać wynajętym samochodem lub autobusami Citysightseeing Malta, które oferują po kilka tras na wyspach Malta i Gozo. Ponadto obok Starego Miasta jest dworzec autobusowy, skąd dojedziemy na lotnisko i w różne zakamarki wyspy.

Na zdjęciach: wyspa Malta i opisane miejsca. 

Opublikowano w Blog
Syrakuzy czy Taormina? To odwieczne pytanie tych, którzy muszą wybrać. Bo nie mogą odwiedzić obu miast. A każde jest inne.
Zawsze gdy jestem na Etnie, staram się znaleźć chwilę na coś poza nią. Podczas ostatniej wizyty, wybrałem się do Syrakuz. A jak ktoś skorzysta z wyszukiwarki na stronie, znajdzie artykuły choćby o Taorminie, Katanii czy Wąwozie Alcantara.

Kilka faktów historycznych. Już w piętnastym wieku przed naszą erą na terenie Syrakuz miało miejsce greckie osadnictwo, a w 733r. p.n.e. powstało tutaj miasto, za sprawą greckich Dorów z Koryntu. Jakieś dwieście lat zanim przywitaliśmy czasy naszej ery, Syrakuzy zdobyli Rzymianie, a kilka wieków później Arabowie. Około 1085r. n.e. miasto opanowali Normanowie. Dalej było pod rządami króla Niemiec i Świętego Cesarza Rzymskiego Henryka VI. Krótko rządzili tu Genueńczycy i znowu Niemcy. Następnie o miasto biły się lokalne rodziny, niektóre ze wsparciem Hiszpanii. Już całkiem blisko współczesności miastem władali Burbonowie – władcy Francji i Hiszpanii. Ale trzęsienia ziemi i dżuma, bardzo osłabiły ich rządy w Syrakuzach. W 1848 miasto wzięło udział w sycylijskiej rewolucji niepodległościowej, a w 1865 roku stało się częścią zjednoczonych Włoch. Podczas II Wojny Światowej, przez pewien czas miastem rządzili Brytyjczycy.

Syrakuzy to miasto Archimedesa (grecki matematyk i filozof przyrody), Teokryta (poeta, prawdopodobnie twórca sielanki) i Epicharma (komediopisarz, filozof). W mieście mieszkał Platon (filozof, uczeń Sokratesa), a według biblijnych zapisków w 59r. n.e. z Malty przypłynął tutaj statek, w drodze do Rzymu, z ewangelistą Łukaszem i apostołem Pawłem.

Piszę o tym wszystkim, by pokazać jak ważnym miastem były portowe Syrakuzy. Przez tysiące lat odcisnęli w nim swoje ślady przedstawiciele różnych narodów. Był czas, kiedy nie było większego miasta na Sycylii, niż Syrakuzy. Które także stanowiło główny ośrodek kulturalny.

Dzisiaj jest spokojnym sycylijskim miastem średniej wielkości (ok. 120 tys. mieszk.), dużo mniej liczebne niż w czasach swojej największej świetności. Za to do naszych czasów przetrwało sporo cennych zabytków.

W części lądowej, na wyspie Sycylia, jest ogromny kompleks greckich i rzymskich zabytków –z teatrem i amfiteatrem (lepiej i gorzej zachowanych). W wapiennych kamieniołomach, są jaskinie, różne starożytne pamiątki jak Ucho Dionizjusza (wykuta jaskinia o wysokości 23m). Cały Park Archeologiczny (wstęp płatny), trochę zaniedbany, jest potężnym obszarem antycznych zabytków z różnych okresów, urokliwych skał i zieleni. Można tutaj spędzić cały dzień.

Pomiędzy powyższym kompleksem a słynną wyspą Ortygia rozpościera się współczesna, mieszkalno-usługowa część miasta, ze stacją kolejową. Nawet tutaj znajdziemy kilka ciekawych kwartałów kamienic, uliczek, nadmorskich terenów, parków i budowli jak kościoły: Monumento Pantheon Dei Caduti Siracusa, Basilica di Santa Lucia Sepolcro, Santuario della Madonna delle Lacrime.

Z Parku Archeologicznego do Starego Miasta (Citta Vecchia) na Ortygii są niecałe 2km, lekko w dół. W sam raz na spacer. Wyspa ma około 1500m długości i 500m szerokości. Jest plątaniną uliczek i placyków. Pełna zabytków o kilkusetletniej historii, ale też garści starożytnych, jak ruiny greckiej świątyni Apollo sięgającej 6w p.n.e. Jest tutaj nawet kilka malutkich plaż, z których można skorzystać. Kiedyś stanowiła warowną część Syrakuz, ale w 1870 roku wyburzono mury i zbudowano most na wyspę, obecnie są dwa.

Większość zabytków Ortygii sięga średniowiecza, ale powstały często na starszych budowlach, z ich wykorzystaniem. Katedra na Piazza Duomo sięga korzeniami 7w n.e., ale powstała w miejscu Świątyni Ateny z 5w p.n.e (wstęp płatny). Sporo kościołów i pałaców na wyspie pochodzi z XIII-XIVw, potem wielkie budowanie i przebudowywanie miało miejsce w XVI-XVIIIw (sycylijski barok).

Pośród setek zabytków, wspomnę o kilku. Bizantyjska bazylika Świętej Łucji  (Santa Lucia), powstała w pierwszych wiekach naszej ery, lecz obecny wygląd pochodzi z XV-XVIw. W katakumbach pochowano św. Łucję, której pochówek namalował sam Caravaggio, przebywający przez pewien czas w Syrakuzach. Obraz obecnie znajduje się na skraju placu katedralnego (Duomo) w kościele: Santa Lucìa alla Badìa (wstęp bezpłatny, zakaz robienia zdjęć). Obraz pochodzi z 1608 roku i ma wymiary 408x300cm. Castello Maniace na końcu wyspy, z lat 1232-1240, nosi imię bizantyjskiego generała – George Maniakes (wstęp płatny). Każdy turysta odwiedza ponadto Fontannę Diany na Placu Archimedesa, Żródło Aretuzy.

Na Ortygii warto spędzić więcej niż jeden dzień. Bo to bardzo sympatyczne miejsce, urokliwe wieczorem. Piękne i romantyczne, nad Morzem Jońskim. Nie brakuje hoteli, restauracji, muzeów. Syrakuzy są wpisane na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Podsumowując. Syrakuzy - miasto fajniejsze niż Taormina. Przynajmniej dla mnie. Aczkolwiek to tylko subiektywna opinia. Którą uzasadnię kilkoma zdaniami. Antyczny teatr w Taorminie jest lepiej zachowany, choć mniejszy niż w Syrakuzach i oferuje wspaniały widok na Etnę. Nie mniej, antyczne ruiny w Syrakuzach są dużo większe, obejmują też efektowne wapienne kamieniołomy i dużo bardziej przypadły mi do gustu. Także stare miasto w Syrakuzach jest dużo większe i wspaniale nadaje się do spacerów. Bo to jest zasadnicza różnica. Taormina to miasto górskie – położone na wzgórzu. A Syrakuzy dosyć płasko rozciągają się nad samym morzem. Stare miasto tego ostatniego jest także ładniejsze architektonicznie, położone na wyspie, można spacer przedzielać morskimi kąpielami. A wielość uliczek powoduje, że zawsze znajdziemy bardziej ustronne od ludzi jego fragmenty. W Taorminie prawie cały ruch turystyczny skupia się na amfiteatrze i ulicy Corso Umberto, stąd jest tam zwykle tłok. A do morza kawałek drogi w dół. O ile na Taorminę wystarczy 3-4 godzinna wycieczka i lepiej uciec w mniej zatłoczone miejsca, o tyle w Syrakuzach miło spędzić więcej niż jeden dzień. Bo prócz starej części, jest też nowa. Fragmentami całkiem sympatyczna. Zwarta zabudowa, kwartały, parki. A najważniejsze antyczne zabytki są dwa kilometry od starego miasta, dlatego ruch turystyczny jest rozdzielony.

Do Syrakuz bardzo łatwo i niedrogo można się dostać z Katanii – pociągiem lub autobusem (mniej niż 90min, niecałe 70km, ok. 15 euro tam i z powrotem), z Palermo czy Mesyny też są połączenia. Można przyjechać na jednodniową wycieczkę, choć śmiało można w Syrakuzach przenocować i dokładnie zwiedzić miasto oraz okolice. Ale do tego ostatniego potrzebny jest samochód (wynajęcie nie stanowi problemu).            

Zorganizowana turystyka na Sycylii jest niezorganizowana. Innymi słowy, jak pójdziemy do jakiegoś biura turystycznego, które niełatwo znaleźć, i powiemy, że chcemy zobaczyć to i to. To żadnej oferty nie dostaniemy. Poza kilkoma sztandarowymi wycieczkami, typu Taormina, Syrakuzy czy punkt widokowy na Etnie. Ale już dotrzeć do takiego miejsca jak Cmentarz Pantalica (The Necropolis of Pantalica w Riserva Naturale Orientata Pantalica), inaczej niż własnym transportem, będzie bardzo trudno. A Pantalica to miejsce z listy Światowego Dziedzictwa UNESCO, położone 23km na północny-zachód od Syrakuz. Skalne groby komorowe jakie tam odkryto, pochodzą z VII-XIIw. p.n.e. i jest ich około 4000.

Na zdjęciach: zabytkowe Syrakuzy. 

Opublikowano w Blog

Katania w przeszłości była niszczona przez trzęsienia ziemi, a lawa podczas erupcji Etny z 1669 roku zniszczyła fragment miasta i dotarła do morza. Lecz bliskość największego europejskiego wulkanu to nie tylko dramaty. Wysokiej jakości skały wulkaniczne o wartości handlowej, żyzne wulkaniczne gleby, wyśmienicie nadające się pod uprawę winorośli, zyski z turystyki – to też sprawka Etny.

A co by było gdyby dzisiaj Etna wybuchła z siłą największej erupcji z ostatnich kilku tysięcy lat? Nic strasznego. Ponieważ erupcje Etny nie należą do silnych. Większość posiada stopień pierwszy lub drugi w Indeksie Eksplozywności Wulkanicznej. Największe zanotowane osiągnęły stopień ósmy, a erupcję z 1669 roku szacuje się na stopień trzeci.

Zanieczyszczone tereny i zamknięte lotnisko w Katanii z powodu popiołów wulkanicznych, rzeki lawy – nie byłyby to wielkie konsekwencje. Przy dzisiejszym rozwoju techniki lawę można skierować na wybrane tory i ograniczyć zniszczenia do minimum.

Etna to ogromny masyw, większość erupcji odbywa się daleko od zamieszkałych terenów, a erupcji silniejszej niż stopień trzeci czy czwarty, trudno się spodziewać.

Katania ma się tak sobie, tygrysem gospodarczym nie jest. Największe miasto wschodniej Sycylii, drugie na wyspie, po Palermo. Z jednej strony miasto ma problem ze śmieciami i z afrykańską emigracją, z którą nie wiadomo co zrobić. Z drugiej posiada port morski, prężne choć za ciasne lotnisko i system kolei podziemnej. Niewielki, ale zawsze, a w końcu Katania to tylko niewiele ponad trzysta tysięcy mieszkańców.

Metro w Katanii to jedna linia o długości około 9km, do końca 2019 roku ma przybyć pięć nowych stacji, a docelowo ma prowadzić do lotniska. Z punktu widzenia turystyki w obecnym kształcie jest mało istotna. Bo co z tego, że z głównego dworca kolejowego można dostać się w okolice Starego Miasta(stacja Stesicoro), jeśli to zaledwie odległość jednej stacji, a do głównego placu(Duomo) i tak jest nadal 800 metrów. Idąc piechotą do pokonania jest 1300 metrów i zajmie to mniej czasu niż metrem.

Jak już jesteśmy przy Starym Mieście, to warto zwiedzić grecko-rzymski amfiteatr z odeonem po sąsiedzku. Byłoby to miejsce jakie można spotkać w niemal każdym włoskim mieście, gdyby nie fakt umiejscowienia go pośród gęstej zabudowy miejskiej. Można przejść obok, bez świadomości jego istnienia. Nawet trudno znaleźć wejście i kasę biletową (z ulicy Vittorio Emanuele II, niedaleko Piazza Duomo). Amfiteatr powstał w I - II w n.e. i mieścił około 7000 widzów. Odkryto go dopiero w XIX w. Ponieważ na jego miejscu zbudowano współczesne domy. Trzeba było je rozebrać i wykonać prace rekonstrukcyjne, by przybrał dzisiejszą postać. Warto jednak zauważyć, że już w V w p.n.e., w tym miejscu funkcjonował grecki teatr, którego pozostałości wykorzystali rzymianie. Fragmenty bloków skalnych z tego obiektu można odnaleźć w późniejszych miejskich budowlach, jak katedra św. Agaty.

Innymi słowy, porzucony amfiteatr - w VI-VII w n.e. - ulegał rozbiórce na rzecz innych budowli, był zabudowywany, funkcjonowała tu m.in. rzeźnia. Trzęsienia ziemi także dokonywały zniszczeń. Dzięki temu wszystkiemu mamy niepowtarzalną okazję zwiedzić  starożytny obiekt, połączony z kamienicami (m.in. z XVIII w). Nawet wejście do amfiteatru prowadzi przez jedną z nich, w której małe muzeum.

W korytarzach pod trybunami możemy podziwiać liczne fragmenty kolumn, rzeźb oraz pomieszczenia przypominające grotę. Także potok, który przepływa pomiędzy murami, w tym przez orchestrę.

Na tyłach amfiteatru zachowały się ruiny odeonu z II w n.e., zbudowanego z cegieł i skał wulkanicznych. Ten mniejszy, zwykle zadaszony, mieścił około 1500 widzów.

Odkryto tutaj też rzymski akwedukt i pozostałości greckie z VII-VI w p.n.e. O ile nie ma dużych zorganizowanych wycieczek, jest to spokojne miejsce, gdzie warto chwilę odetchnąć od zgiełku otaczającego miasta.

Z innych starożytnych zabytków w Katanii, również znajdujących się pośród zwartej zabudowy wspomnę o: zachowanym fragmencie rzymskiego amfiteatru, kilku lokalizacjach z rzymskimi termami (jak Terme della Rotonda, Santa Maria dell Indirizzo i Terme dell Acropoli – na terenie i obok – ogromnego klasztoru benedyktyńskiego z kościołem San Nicolo),

Katania znajduje się na liście Światowego Dziedzictwa UNESCO, ale nie ze względu na starożytne zabytki tylko cenną barkową architekturę. Barok Sycylijski, który możemy tutaj podziwiać, pochodzi z XVII I XVIII wieku i dotyczy nie tylko Katanii. Uważa się, że trzęsienie ziemi z 1693r., które spowodowało konieczność odbudowy zniszczonych miast, zapoczątkowało ten styl. Z jednej strony liczne krzywizny i ornamenty, z drugiej, specyficzne rzeźby masek, aniołków czy charakterystyczne balkony.

Świetnym przykładem jest katedra św. Agaty przy Placu Katedralnym (Duomo). Świątynia zbudowana w latach 1078-1093 na ruinach rzymskich łaźni. Ulegała zniszczeniom przez trzęsienia ziemi. Obecny barokowy kształt przybrała po 1693 roku.

Na Piazza Duomo jest sporo ciekawych architektonicznie obiektów, w tym symbol Katanii – fontanna ze słoniem (u Liotru, Fontanna dell Elefante z 1736r.). Od placu biegnie jedna z najważniejszych arterii - Via Etnea, wieczorem zamieniana w deptak z ekskluzywnymi sklepami. Obok Piazza Duomo w ciągu dnia (chyba codziennie poza niedzielami), funkcjonuje targowisko z rybami i owocami morza (La Pescheria), też z roślinnymi warzywami i owocami. Popołudniu jest solidnie czyszczone z zapachu ryb.

Niepowtarzalny jest Zamek Ursino (Castello Svevo di Catania) z pierwszej połowy XIII w. Potężna kamienna budowla charakterystycznymi wieżami na rogach, otoczona zwartą miejską zabudową. Co też poniekąd niezwykłe. Ale nie tak jak pewien szczegół. Gdy zamek powstawał, znajdował się na nadmorskim klifie. Jednak na skutek trzęsień ziemi i erupcji Etny, oddalił się od morza o kilometr. Obok zamku widać lawy, które go oblewały. Mieści się w nim muzeum, jedno z wielu w Katanii. Przetrwał jako jedna z niewielu budowli trzęsienie ziemi z 1693r.

O Katanii można pisać długo, choć bez wątpienia we Włoszech jest mnóstwo ciekawszych miast. Ale wspomnę jeszcze o jednym. W końcu to miasto nadmorskie. Lecz na plażę nie jest tak łatwo trafić. Na wysokości dworca kolejowego i Starego Miasta dostępu do morza bronią ogrodzone tory kolejowe, port, ruchliwe drogi. Z Piazza Duomo trzeba pokonać przeszło dwa kilometry w kierunku lotniska, by znaleźć się na plaży. A droga nie jest prosta. Próżno też szukać nadmorskiej promenady i turystycznego zagospodarowania na poziomie, ale powoli coś się dzieje w tym kierunku. Nie mniej, plaża jest, szeroka, choć bywa dosyć zaśmiecona. Morze (Jońskie, część Śródziemnego), też jest, a jego wody ciepłe. Bez przeszkód można się w nim kąpać od czerwca do października. Ponadto świetnie widać stąd wulkan Etna. O ile nie tonie w chmurach.

Na zdjęciach trochę obrazów z Katanii. 

Opublikowano w Blog
Zdjęcie ilustracyjne w dużej mierze odpowiada na pytanie dlaczego wulkany to moja pasja. Krajobrazy nie z tej Ziemi. Jak z obcej planety. Ekstremalne scenerie, ekstremalne warunki. Erupcje potrafią wszystko zmienić. Dodać wysokości, zabrać. Powiększyć wyspę, zniszczyć. Spalić las, miasto. Potęga niesamowita. A największe erupcje największych wulkanów potrafią zmienić los całej planety, w tym wszystkich żywych organizmów.

Nawet po zejściu niżej, co widać na załączonych zdjęciach, krajobraz nie przestaje być egzotyczny. Gdy tak wędruję całymi dniami po ostrej jak brzytwa lawie, ruchomej, sypkiej. Gdy lawa po horyzont. Nadal się czuję jak na innej planecie. Wspaniałe uczucie, choć czasami bolesne, co prezentuję na jednym ze zdjęć.

O Kraterach Południowo-Wschodnich już pisałem (można odnaleźć artykuły w wyszukiwarce na stronie). Nawet trochę w ostatnim wpisie na blogu. Ale warto wracać do tematu, bo to jeden z najciekawszych fragmentów Etny. Tutaj zaszły największe zmiany na wulkanie. Przybyło metrów i kraterów. Nowy Krater Południowo-Wschodni stał się pełnoprawnym kraterem szczytowym. Zaś Krater Południowo-Wschodni (stary), dzisiaj to kilka kraterów, a nie jeden jak jeszcze niedawno. Jeśli nadal ta część Etny będzie tak aktywna, tutaj będzie należało szukać najwyższego punktu tego potężnego wulkanu w przyszłości. Wysokość dobiła już do 3300m n.p.m. i jest tylko o 31m niższa o najwyższego wierzchołka na skraju Krateru Północno-Wschodniego. Szczytowe tereny południowo-wschodnie, to miejsce najczęstszych erupcji Etny w ostatnich latach.

Miało to swoje konsekwencje, bo gigantyczne ilości gazów jakie wydostawały się z tego rejonu, nie pozwalały na wnikliwą obserwację. Lecz tym razem, było tu wyjątkowo spokojnie. Gazów sporo, ale widać było wszystko, także dno Nowego Krateru Południowo-Wschodniego. Dało się też obejść cały ten teren, choć momentami mocno ryzykując, o czym pisałem niedawno. Tego mi brakowało, by posiąść aktualną, dogłębną i pełną wiedzę, na temat  potężnego obszaru kraterów szczytowych Etny. Teraz mam komplet.

Na zdjęciach: Kratery Południowo-Wschodnie oraz pola lawowe. A także grafika partnerów wyprawy. Przy tak dużym i ambitnym projekcie jak 100 WULKANÓW, każde wsparcie jest cenne, za które dziękuję. Robienie czegoś czego nikt nie robi, dokonywanie pionierskich badań i odkryć - musi kosztować. 

Opublikowano w Blog
poniedziałek, 20 listopad 2017 06:49

ETNA - wspaniały wulkan, wspaniały cel badawczy

Podczas drugiej wizyty na Etnie w 2017 roku postawiłem sobie jeszcze bardziej karkołomne zadania niż poprzednio:

-- Ustalenie wielkości komory magmowej w zboczu Krateru Centralnego (ona istnieje tam od przynajmniej dziesiątek lat, tak samo otwór lawowy, choć w różnej postaci, np. znalazłem w źródłach włoskich wulkanologów, że otwór lawy istniał w tym miejscu w 1998 roku),

-- Jeszcze bardziej wnikliwe zbadanie najmłodszego obszaru szczytowego w rejonie kraterów Południowo-Wschodnich, 

-- Odnalezienie największego powierzchniowego mikrolodowca w masywie Etny (największy lodowiec masywu w grocie Del Gelo przemierzałem kilka miesięcy wcześniej),

-- Próba obejścia wszystkich kraterów głównych i pobocznych w rejonie kraterów szczytowych,

-- Pogłębiona eksploracja doliny Del Leone,

-- Cała seria drobniejszych celów.

Jak wielka jest komora płynnej magmy w zboczu Krateru Centralnego? Chciałem to sprawdzić. Niebezpieczne zadanie, ale okazało się wykonalne. A wnioski intrygujące. Nad komorą zawalił się kawałek stropu i mamy odsłonięte jezioro płynnej lawy, o którym pisałem po czerwcowym pobycie. Tym razem udało mi się podejść na 3 metry od brzegu. Spękania, skrajnie trujące gazy i temperatura na granicy ludzkiej wytrzymałości - lądowanie na Marsie będzie łatwiejsze i bezpieczniejsze. Tam aktywnych wulkanów nie ma (chociaż niektórzy w NASA ciągle mają nadzieję). Dla mnie, mojego mózgu, ciała, takie chwile stanowią wspaniałe doświadczenie, naukę. Coś fenomenalnego. Odbiór takich momentów przez ludzki organizm jest niesamowity. Absolutne uczucie jakbym znalazł się na bardzo odległej planecie, odkrywał ją. Sam jeden.

Ale wrócę do wniosków. Ta powierzchniowa komora jest bardzo rozległa, kilkadziesiąt razy większa niż jezioro lawowe. Gdy byłem tak blisko, w każdej chwili mógł wystrzelić z niego rój bomb wulkanicznych, jak to ma miejsce na Stromboli. To byłby mój koniec. Ale obserwacje tego miejsca w czerwcu i teraz, oszacowanie jak wysoki jest brzeg, dawały realną nadzieję, że nic takiego sie nie stanie. Komora sięga aż samego szczytu Krateru Centralnego, dochodzi w pobliże Północno-Wschodniego Krateru. Jest ogromna. W nocy zlokalizowałem około dziesięć otworów w stropie, który bardziej popękał od mojego ostatniego pobytu. Niektóre tak niewielkie, że z trudem było je zauważyć. A musiałem bardzo uważać. Zwłaszcza w dzień. Zwykły otwór, z którego nawet się nie dymi. Ale włóżmy tam rękę i na dzień dobry mamy spotkanie z temperaturą 500 stopni Celsjusza. Szkoda ręki. Aluminiowy kijek pokryty lakierem w sekundę zaczynał się palić, mój termometr spożywczy w ułamku sekundy padł, bo temperatura za wysoka. Cały czas istniało ryzyko, że strop się pode mną zawali i wpadnę do lawy o temperaturze 1200 stopni Celsjusza. Szybka bezbolesna śmierć. Lecz nie to okazało się najbardziej niebezpieczne. Podczas pobytu Etna była wyjątkowo spokojna, emitowała jak na nią bardzo niewiele gazów. Dzięki temu mogłem zejść w niższe partie Krateru Centralnego, pod jezioro lawy. I w tym momencie doszło do dużej erupcji gazowej. Ledwo udało mi się z tego wydostać, a erupcja trwała ponad 30 godzin. Ale bez ryzyka nie ma sukcesów, a bez skrajnego ryzyka nie osiąga się pionierskich sukcesów. A te ostatnie z każdym rokiem kręcą mnie coraz bardziej. Fascynujące jest bowiem dokonywać pierwotnych odkryć, docierać w nieznane człowiekowi miejsca, ustalać nowe rzeczy, robić coś jako pierwszy człowiek w historii. Powielanie tego co zostało zrobione nigdy mnie nie interesowało.

Kratery Południowo-Wschodnie. Etna przyszła mi z pomocą. W czerwcu ilość gazów była tak potężna, że niewiele widziałem. Tym razem mogłem spokojnie przyjrzeć się wszystkiemu, wyłącznie z dnem Nowego Krateru Południowo-Wschodniego.

Mikrolodowce Etny. Szybko znikają. Te do których dotarłem w 2009 roku w rejonie Torre del Filosofo stopniały. Pod przełęczą, oddzielającą Kratery Południowo-Wschodnie od pozostałych, są dwa. Choć jeden w mocnej fazie zaniku. Zważywszy, że to południowa strona Etny i tak jest nieźle. A czym są mikrolodowce w mojej definicji? Niepełnoprawnymi lodowcami. Pojęcia: płat wiecznego śniegu, pole firnowe - są zbyt mało precyzyjne, a co najważniejsze nic nie mówią przeciętnemu człowiekowi. A sztuką jest mówić/pisać o nauce, tak, by być zrozumiałym. A nie zachowywać się jak kretyn, który nauczył się paru trudnych słówek. A że każdy zna słowo "lodowiec" i "mikro", bez wyjaśnień mniej więcej zorientuje się o czym mowa. A żeby więcej, to jest tak. Mikrolodowiec to twór lodowy, płat lub pole. Które nie jest w stanie stopnieć w ciągu roku. Więcej, jest to twór wieloletni. O przynajmniej kilku metrach grubości. Gęstość lodu nie ma większego znaczenia, choć zazwyczaj jest to jakiś stan pośredni pomiędzy zamarzniętym śniegiem a lodem lodowcowym, który jest bardzo mocno zbity (ma niewielką gęstość).

O największym lodowcu Etny w grocie del Gelo pisałem niedawno. Tym razem miałem nadzieję na znalezienie największego mikrolodowca na powierzchni. Chcąc solidnie spenetrować Valle del Leone, liczyłem, że właśnie tam, od północy są na to szanse. Czy sie udało? Za chwilę napiszę. Lecz wpierw ciekawostka. Mikrolodowiec, uformował się na dnie starego Krateru Południowo-Wschodniego. Ten teren to obecnie cztery kratery, a ten najstarszy, jeszcze dosyć aktywny w 2009, dzisiaj na tyle się ochłodził, że śnieg po zimie nie był w stanie stopnieć. Do tego erupcje z sąsiednich kraterów pokryły go rumoszem skalnym, a więc zatrzymały słońce i proces topnienia. I tak w jednym z kraterów bardzo aktywnego wulkanu, uformował się niewielki płat zlodowaciałego śniegu. Którego kiedyś nie było. Jak długo przetrwa w dużej mierze zależy od aktywności Etny.

Pod przełęczą od strony Valle del Leone znalazłem to czego szukałem. Pokryty popiołem wulkanicznym mikrolodowiec. Tylko od strony czoła widać było lód o kilkumetrowej grubości. On pewnie kiedyś był większy, ale w ostatnich kilkudziesięciu latach z pobliskiego otworu wydobywała się lawa. Dzisiaj tworzy zastygły jęzor, a obok jest właśnie mikrolodowiec. Największy w masywie Etny. Około 50 metrów długości i blisko 20 metrów szerokości. Przysypany popiołem wulkanicznym, co zapewniło mu przetrwanie.

Obejście wszystkich kraterów szczytowych Etny. Za sprawą młodego Nowego Krateru Południowo-Wschodniego, niezbyt trudne zadanie, okazało się prawie niewykonalnym. Obejście krateru Północno-Wschodniego, najwyższego, nie nastręcza większych trudności, jedynie w rejonie wierzchołka trzeba uważać na kilka szczelin, z których wydobywają się gazy. Podczas moich pobytów na Etnie uczyniłem to kilkukrotnie. Krater Centralny w połowie jest bardzo łatwy do obejścia, w drugiej połowie trudniejszy, za sprawą licznych wyziewów wulkanicznych z krateru, w tym z jego obramowania. Dosyć młodym utrudnieniem jest komora lawowa i pęknięcia oraz szczeliny, z których wydobywają się gazy i powietrze o temperaturze nawet ponad 500 stopni Celsjusza. Trzeba uważać. Plus ryzyko zawalenia sie stropu nad komorą. Nie mniej taki spacer robiłem ponad 20 razy.

Przejście wokół starego Krateru Południowo-Wschodniego też nie stanowi większego wyzwania. Ale już sąsiednie młode kratery, wąskie, sypkie, strome i dymiące - wymagają trochę uwagi. W tej chwili są częścią Krateru Południowo-Wschodniego. Kilkukrotnie pokonywałem tą część szczytową Etny.  

Największe wyzwanie stanowił Nowy Krater Południowo-Wschodni. Chociaż kilka razy pokonałem większość jego skrajnych partii, to pozostawał mi jeden fragment do przejścia. Już te przebyte części, miejscami strome, wąskie, sypkie, pełne gazów i siarki zmusiły mnie do pewnego wysiłku. Ale podczas czerwcowego pobytu musiałem zrezygnować z ostatniej części krateru - która jest urwiskiem. Jest to teren pomiędzy Kraterem Południowo-Wschodnim, a Nowym Kraterem Południowo-Wschodnim od strony Torre del Filosofo. By przejść ten fragment musiałem uciec do pewnego niestandardowego zabiegu. W czerwcu nie pozwoliły mi na to ogromne ilości gazów, które uniemożliwiły prześwietlenie wzrokiem terenu. Tym razem okazało się to możliwe.

Patent polegał na tym, że musiałem zeskoczyć z urwiska 2-3 metry, na bardzo stromy i ruchomy piarg. Po zeskoku miałem w małej lawinie złożonej z kruchego materiału piroklastycznego zjechać około 10 metrów, wydostać się z lawiny kilkoma skokami, by dostać się pod skalny komin. Ze względu na skrajną kruchość terenu nie miało znaczenia, że jestem sam, nie mam sprzętu wspinaczkowego ani partnera, partnerów do pomocy. W tych warunkach na nic by to się zdało. Sprzętu nie dało się użyć. Wszystko czego się dotknęło, zostawało w rękach. Musiałem pokonać kominem pięć metrów. Co to jest te kilka metrów wspinaczki? Na tak sypkim i kruchym wulkanie - bardzo dużo. Odpadnięcie skończyłoby się źle, bo zleciałbym do żlebu i nawet jeśli bym sobie większej krzywdy nie zrobił, to zjazd dwieście metrów z lawiną skalną, nieuchronną, mógł być nawet śmiertelnym zagrożeniem.

Pokonanie komina to nie był koniec, bo pozostawało jeszcze przejście 20 metrów bardzo stromego i sypkiego terenu. Jeden zły krok i lecę w dół, nawet kilkaset metrów. W skrajnym wypadku z wysokości 3300m, można się znaleźć na 3000m.

Czemu podjąłem takie ryzyko? Niezupełnie było to bezmyślne. Robiłem już takie rzeczy i zawsze się udawało, choć nie zawsze za pierwszą próbą. Uznałem wyzwanie za wykonalne. A nagroda była cenna. Nie mam żadnych wątpliwości, że jestem pierwszym człowiekiem na Ziemi, który obszedł wszystkie kratery szczytowe Etny w aktualnym stanie. Fajne uczucie. Lubię takie wyzwania. Lubię rywalizować z przyrodą. Lubię być pierwszy. Co prawda udało mi się to również w roku 2009, tylko że wtedy Nowy Krater Południowo-Wschodni, był niewielką dziurą, umiejscowioną 300 metrów niżej niż teraz i jej obejście było znacznie łatwiejsze.

Opisywany fragment, to miejsce niewielkiej acz widowiskowej erupcji z wiosny 2017. Lawa tryskała wysoko i długim jęzorem schodziła w dół, w rejon Torre del Filosofo i dalej do Valle del Bove. To właśnie podczas tej erupcji zostało rannych kilku dziennikarzy BBC. Dlaczego? Brak doświadczenia, wyobraźni, logicznego myślenia. Oczywistym jest, że jak lawa o temperaturze setek stopni Celsjusza, zetknie się ze śniegiem albo lodem - dojdzie do nagłej reakcji. Swoistego wybuchu, na skutek którego kawałki lawy wystrzelą w powietrze, pojawi sie gorący popiół wulkaniczny i bardzo toksyczne gazy. Z tego co słyszałem, mieli oni lokalnego przewodnika. Ale skutki jego pracy absolutnie mnie nie dziwią. Doświadczenie i umiejętności tzw. przewodników wulkanicznych, są tylko odrobinę większe niż ekipy BBC. Gdybym popełniał podczas realizacji Projektu 100 Wulkanów tak proste błędy jak oni, zabiłbym się ze sto razy.

By pokazać jak rozległy jest teren szczytowy, obejście wszystkich kraterów wraz z pokonaniem przełęczy oddzielającej Krater Centralny i Północno-Wschodni od Południowo-Wschodnich Kraterów - to prawie sześć kilometrów

Opublikowano w Blog
wtorek, 07 listopad 2017 06:43

VULCANO - włoska wyspa-wulkan

Vulcano - jedna z wysp Liparyjskich, oddalona o godzinę drogi promem od sycylijskiego miasta Milazzo. Słynie z aktywnego wulkanu, dobroczynnego termalnego błotka i ciepłego morza z wulkanicznymi plażami.

Znajduje się tutaj aktywny wulkan, którego ostatnia erupcja miała miejsce w latach 1888-1890. Jego wysokość wg moich pomiarów to 375m, a dno krateru jest na 213m (błąd pomiaru do 5m). Najpowszechniejszą nazwą jest: Gran Cratere, ale mówi się też wulkan Vulcano albo Cratere di Vulcano. Stanowi bardzo dużą atrakcję turystyczną, ponieważ nie znajdziemy w Europie drugiego takiego wulkanu, gdzie w tak łatwy sposób każdy może dotknąć i poczuć wyziewy wulkaniczne - fumarole. Przy okazji przyjrzeć się efektownemu kraterowi, a nawet zejść na jego dno. Wziąć do ręki siarkę, którą wulkan nieustannie produkuje.

Pamiętać należy, że takie wyziewy są gorące, moje pomiary wskazywały temperaturę 100-150 stopni Celsjusza. Dzięki bardzo dużej ilości pary wodnej, gazy nie są zbyt "śmierdzące". Co prawda ludzie przechodzący przez fumarole czasami kaszlą, ale mój wprawiony nos, umożliwiał mi zupełnie swobodne oddychanie tymi wyziewami. To dowód, że gazów w nich jest niewiele.

Na szczyt prowadzi przyzwoita ścieżka, wokół krateru również. Położony jest on blisko portu, gdzie nieraz czuć zapach siarkowodoru. Spoglądając z wierzchołka w kierunku Sycylii, dostrzeżemy starą płaską kalderę wulkaniczną, zagospodarowaną uprawami przez człowieka. Patrząc w drugą stronę, po sąsiedzku jest wyspa Lipari, a kawałek dalej Salina ze starym stratowulkanem. Fajnie też się prezentują różne przymorskie skały i stare wyspy-stratowulkany - Alicudi i Filicudi. Przy dobrej widoczności, Stromboli też zobaczymy.

Cratere di Vulcano nie jest najwyższym wzniesieniem, te są w pobliżu i dochodzą do 501m n.p.m (Monte Aria). Są to pozostałości po starych wulkanach.

Inną wulkaniczną atrakcją przy samym porcie, jest pole geotermalne, z gorącymi źródłami - I Fanghi di Vulcano. Wulkaniczne błotko, pełne związków chemicznych, posiada liczne właściwości prozdrowotne. Nie sposób wszystkich wymienić, ale są one dobre na skórę czy stawy. W płytkim bajorku można się wylegiwać i smarować błotkiem. Bilet wstępu z opcją prysznica to 3 euro (październik 2017). Można też się wykąpać obok w morzu, choć oficjalnie nie wolno, bo pracownicy gonią i krzyczą.

Dlaczego? Nie wiem, czy to nie przez nas Polaków? Jesteśmy sprytnym narodem, ale czasami ten spryt nam chwały nie przynosi. Sam byłem świadkiem jak polska grupka, by nie płacić biletów wstępu, prześliznęła się wybrzeżem na teren termalnego kąpieliska. Wszystkie inne nacje grzecznie płaciły za bilet, część Polaków oczywiście też.

Termalne źródła również wybijają przy brzegu w zatoce, obok kąpieliska. Na którego terenie są ponadto otwory, jamy, wydobywa się z nich ciepła para wodna i można sobie w ich sąsiedztwie posiedzieć. Ogrzać się. Trochę jak w saunie.

Okolice są bardzo geotermalne, by zrobić drogę z portu na drugą część wyspy (mniejszą), trzeba było ją wykonać poprzez rejon wyziewów wulkanicznych. Dlatego murki przy drodze dymią, a po bokach są kruche żółtawo-pomarańczowe pagórki geotermalne.

Po sąsiedzku jest przesmyk, najwęższe miejsce na wyspie, płaskie, a na wybrzeżu największe wulkaniczne plaże. Nie ma ich wiele na Vulcano, bo zbocza są głównie skaliste.

W tej mniejszej części wyspy jest kolejny wulkan - Vulcanello 123m n.p.m., z wyraźnym kraterem, porośniętym roślinnością. Jego ostatnia erupcja w 1550 roku, doprowadziła do połączenia z wyspą Vulcano. Wcześniej stanowiła odrębny byt. Ze względu na całkiem niedawną erupcję, bo co to jest w geologii 500 lat, uchodzi za wulkan uśpiony, ale można go traktować jakby był wygasły.

Na wyspie nie brakuje niedużych hotelików i pensjonatów, jest port, gdzie można przybić własnym jachtem, promy z Milazzo pływają tutaj często. Jest to trzecia co do wielkości z wysp Liparyjskich, obok jest największa - Lipari. Cały archipelag znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO ze względu na atrakcyjność przyrodniczą.

Na zdjęciach atrakcje wulkaniczne wyspy Vulcano. 

Opublikowano w Blog
Strona 1 z 4

nationalgeographic box

red bull 225x150

TOKFM box

iexpert 225X150px

stopka plecak

LogoStopka

stopka plecak

Strona używa informacji zapisanych za pomocą… plików cookies w celu dostosowania do indywidualnych potrzeb użytkowników. Jeżeli tego nie akceptujesz zmień ustawienia przeglądarki dotyczą…ce cookies. Więcej informacji można znaleźć‡ w naszej Polityce prywatności.