portal gorski 225x150 box

slaskie box

spokey.jpg 225PX

LOGO

Podziel się

FacebookMySpaceTwitterGoogle BookmarksLinkedinRSS Feed
Pierwszy Pamirowy wyjazd w 2017 roku do Tanzanii za nami. Plan był ambitny, uczestnicy również, dlatego osiągnęliśmy wszystkie założone cele.
Na początek Małe Meru 3820m i Meru 4566m (Socialist Peak). Ten najwyższy aktywny wulkan Afryki (i piąta góra kontynentu), oferuje ciekawą wędrówkę skrajem starej kaldery, z efektownym widokiem na ciągle aktywny krater (ostatnia erupcja w 1910r.). Poniżej lasy tropikalne i sawanny. Przy dobrej pogodzie okazale prezentuje się pobliskie Kilimandżaro. W rejonie szczytu zastaliśmy resztki śniegu, co akurat na Meru jest bardzo rzadkim zjawiskiem.
Wędrówce w niższych partiach towarzyszył strażnik z karabinem z Parku Narodowego Arusha, gdyby jakiś większy zwierz chciał się z nami za bardzo zaprzyjaźnić. Tropikalny las, bawoły, gazele, zebry, żyrafy, małpy. Świetna rozgrzewka i aklimatyzacja przed Kilimandżaro.

Które pokazało nam pazur. Innymi słowy, najwyższa góra Afryki udowodniła, że może dać w kość. Ulewy, burze z gradobiciem, śnieżyce, mgły i chmury. W dużej mierze tak wyglądały nasze pierwsze 4 dni wędrówki drogą Machame (Whiskey Route). Dach Afryki tylko kilka razy na krótko się odsłonił. Jeszcze na godzinę przed atakiem szczytowym trwała śnieżyca, by nagle zapanowała idealna pogoda do walki o wierzchołek. W komplecie stanęliśmy na szczycie, w zimowych warunkach.

Uhuru Peak 5895m, to najwyższa część wulkanu Kibo i całego potężnego masywu Kilimandżaro (składa się z trzech stożków wulkanicznych: Shira, Kibo, Mawenzi).

Wraz z Marcinem i Mwinyi`m było nam mało i śnieżno-skalną ścianą zeszliśmy na dno krateru Kibo (5725m), by wdrapać się na skraj krateru Reusch (5853m), po drodze macając jeden z lodowców (Furtwangler), który pewnie niedługo stopnieje, jak inne lodowce Kilimandżaro. Jeżeli Uhuru próbuje rocznie zdobyć 40-60 tysięcy osób (to nie pomyłka), a na szczycie staje około 65-70% tej liczby, to już skraj pierwszego pierścienia Reusch rocznie osiąga mniej więcej 50 osób. Mało który z tanzańskich przewodników, mających nawet po kilkaset wejść na Uhuru, był tutaj. A ewenementem jest zejście nad sam krater, pojedyncze przypadki zdarzają się raz na ileś lat. Byłem jednym z nich. To niełatwe zadanie, bo wliczając Uhuru są cztery pierścienie do pokonania (od strony Kenii dwa). Z tego trzy ostatnie na zasadzie, zejście w dół, podejście na skraj pierścienia, by znowu zejść w dół. I tak do końca. Dopiero stojąc na krawędzi ostatniego, widać dno krateru. Wysokości przekraczają 5700-5800m.

Samotnie dotarłem na najniższy z pierścieni, skąd mogłem zobaczyć krater w pełnej okazałości, a po drodze przyjrzeć się ciągle obecnym wyziewom wulkanicznym, świadczącym o minionej aktywności (ok. 150-200 tys. lat temu). Ich temperatura nie była wysoka - przykładałem rękę, charakterystyczna była dla solfatarów (dominującym gazem był siarkowodór). Chociaż niektórzy nazywają Kilimandżaro wulkanem uśpionym (konkretnie wulkan Kibo), tak samo jak Meru, to według mnie Kilimandżaro obecnie można uznać za wygasły, a Meru ciągle za aktywny. W przyszłości pewnie się to zmieni.

Wielokrotnie podczas wyprawy rozmawiałem z moimi towarzyszami o wulkanach i Projekcie 100 Wulkanów. Byłem pod wrażeniem ich zainteresowania tematem i chęcią zdobycia wiedzy. Nawet poszli w moje ślady i z różnych miejsc przywieźli próbki law oraz minerałów, choćby obsydian czy biotyt. Będąc nawet kolejny raz w danym rejonie wulkanicznym, zawsze wprowadzam element badawczy i chęć dowiedzenia się czegoś więcej. Co też ucieszyło moich towarzyszy, ze względu na fakt, że mięli niepowtarzalną okazję wziąć w tym udział.

Kończąc wędrówkę po kraterze Kibo i Reusch, wróciliśmy do Stella Point 5756m, by ruszyć sprawnie w dół do Barafu Camp (nasz obóz był na wys. 4680m) i dalej drogą Mweka ku tropikalnym temperaturom. Wysoko, świeży śnieg w słońcu topniał szybko. Dzięki niemu nie kurzyło się pod nogami, co charakterystyczne dla wulkanów. Nisko, mogliśmy się przebrać w letnie stroje.

Pogoda do końca pobytu w masywie Kilimandżaro nam dopisywała, wspaniale prezentował się pobliski masyw Mawenzi 5149m, trzeciej góry kontynentu. Po krótkim odpoczynku udaliśmy się na kolejny wulkan - Ol Doinyo Lengai 2954m (to jest obecnie najaktualniejszy pomiar, niektóre źródła podają wysokość nawet 3188m). Znawcy tematu wiedzą, że to nie byle jakie wyzwanie. Piękny stratowulkan, czyli stromy stożek aktywnego wulkanu. Jedyny, który wypluwa lawę karbonatytową, charakteryzującą się biało-żółtymi odcieniami i niską temperaturą ok. 500-600 stopni Celsjusza.

Końcówka naszej wędrówki nad aktywny krater biegła po skorupie lawowej o dużym stopniu nachylenia. Najwyższy punkt, oddzielony przełączką, pozostałość starego krateru, znajduje się sto metrów wyżej, nie omieszkaliśmy tam wejść. Ze szczytu rozpościerały sie widoki na kalderę Ngorongoro, jezioro Natron, Wyżynę Wulkanów, a także na Meru i Kilimandżaro. Miejscowe dane mówią, że rocznie na Ol Doinyo Lengai wchodzi niewielka liczba śmiałków, od poniżej 50 do poniżej 100, z których nieliczni decydują się osiągnąć najwyższy punkt wulkanu.

Ostatnia znacząca seria erupcji miała miejsce w latach 2007-2008, minimalne tego typu zjawiska pojawiły się w roku 2010 i 2013. W obrębie szczytowym można zaobserwować w kilku miejscach niewielkie fumarole (wyziewy wulkaniczne). Jest też młode spore pęknięcie od strony jeziora Natron, tworzące jakby pierścień. Zszedłem, a w zasadzie wskoczyłem do niego (gorzej było z wyjściem). Warstwy materiałów wulkanicznych były bardzo sypkie i niestabilne. Wynika to z faktu, że węglany je budujące, przy kontakcie z powietrzem bardzo szybko wietrzeją. Lawa wydobywająca się z Ol Doinyo Lengai ma odcień czerni (tylko w nocy świeci na czerwono), gdy zastygnie, dosyć szybko zmienia kolor na biało-żółty, następnie szarzeje i podlega silnym procesom erozyjnym. Jest rzadkim zjawiskiem, bo inne aktywne wulkany wyrzucają z siebie lawę znacznie cieplejszą, bogatą w minerały krzemianowe.

Lawa z Ol Doinyo Lengai jest bogata w dwa rzadkie minerały (węglany sodu i potasu) - nyerereite i gregoryite. Ten drugi jest mi bliski, ze względu na moje imię :). Gregoryt - tak samo jak ogromne pęknięcie tektoniczne, w którym znajduje się opisywany wulkan - Ryft Gregory`ego - zawdzięczają swoją nazwę brytyjskiemu geologowi i eksploratorowi,  który żył w XIX i XX wieku, a nazywał się John Walter Gregory.

Po wydarzeniach z roku 2007 i 2008 Ol Doinyo Lengai bardzo się zmienił, krater się zapadł i nie ma do niego dostępu. Miejsce ostatniej aktywności wulkanicznej zlokalizowane jest na jego skraju, od strony jeziora Natron. Eksplozywne erupcje i brak późniejszej aktywności spowodowały, że nie ma możliwości obserwacji lawy karbonatytowej w formie zastygłych wypływów.

Na koniec odwiedziliśmy jeszcze jeden wulkan - Kalderę Ngorongoro (jak i Kilimandżaro jest na liście światowego dziedzictwa UNESCO). Jedną z największych i najpiękniejszych na świecie (ok. 300km kwadratowych, inne dane 260km, wygasła, jej aktywność wulkaniczna zakończyła się ok. 2,5mln lat temu). Na skraju kaldery osiągnęliśmy wysokość ponad 2400m, na dnie było ok. 1700m. A tam zielone trawy, jezioro Magadi i przede wszystkim ogromna liczba zwierząt, m.in. lwy, słonie, zebry, antylopy, gnu, hipopotamy, guźce, liczne ptactwo jak strusie, sępy czy marabut. Trafił się nosorożec, kojot i szakal. Zresztą w rejonie Ol Doinyo Lengai też nie brakowało zwierząt, z żyrafami na czele. Naszym niezłomnym środkiem transportu była kultowa w Tanzanii - Toyota Land Cruiser.

Skąd ten zwierzęcy fenomen Ngorongoro? Zwierzętom tam mieszkającym nie za bardzo chce się wspinać na skraj kaldery. Dlatego tak licznie można je podziwiać. Inna sprawa, że zwierzętom z poza kaldery, też nie chce wchodzić się do środka. Wracając do cywilizacji, przyglądaliśmy sie baobabom, termitierom, zakupiliśmy ostatnie pamiątki.

Bardzo dziękuję Gosi, Ani, Olkowi, Zdzisławowi oraz Marcinowi za walkę i niezmiernie się cieszę, że wszyscy osiągnęli pełny sukces, który zostanie na całe życie. 

Grzegorz

Poniżej malutka próbka zdjęć. A na nich - wpierw masyw Kilimandżaro, od lasu tropikalnego, po lodowce. Wierzchołek Uhuru Peak 5895m, krater Kibo, krater Reusch. Roślinność Kilimandżaro jak lobelia i senecja. Widok na Mawenzi 5149m. Cała ekipa i co jedliśmy. Następnie wulkan Meru 5466m i safari z wulkanem Ol Doinyo Lengai 2954m oraz kalderą Ngorongoro.

Opublikowano w Blog

Aconcagua 6962m - pełna wersja filmu, 17:24min

Czytaj też: Aconcagua - atak szczytowy.

Aconcagua 6962m - skrócona wersja filmu, 8:30min

Aconcagua 6962m -krótka wersja filmu, 4:42min

Opublikowano w Filmy

Pamir.pl to firma z wieloletnim rodowodem (od 1999 r.), a jej współpracownicy to sami pasjonaci z wieloletnim doświadczeniem. Kochamy to co robimy i jesteśmy w tym najlepsi!

Pan Wulkan czyli Grzegorz Gawlik realizuje kilka ambitnych projektów podróżniczych, ale szczególnie dumny jest z jedynego takiego projektu na świecie: 100 WULKANÓW.

Któż nie słyszał o Kilimandżaro? Monumentalnej potężnej górze, wznoszącej się nad sawanną Tanzanii i Kenii. Ciągle jeszcze zlodowaconej. Zaliczanej do Korony Ziemi. Do tego osławione parki narodowe Serengeti i Ngorongoro, z najbardziej egzotycznymi zwierzętami świata, dla których to dom, a nie sztuczny wybieg. Wszystkie te miejsca są od lat na liście światowego dziedzictwa UNESCO.

A powyższy opis to podstawowy scenariusz wyprawy z nami:  wulkan Kilimandżaro 5895m + Safari (13dni), który można rozbudować o:

Wulkan Meru 4566m - najwyższy aktywny wulkan Afryki, idealne miejsce na aklimatyzację przed Kilimandżaro. Do tego wspaniałe widoki na afrykańską Górę Gór. I las tropikalny bogaty w zwierzynę, dlatego podczas marszu zawsze towarzyszy nam strażnik parkowy, by było bezpiecznie. 

Wulkan Ol Doinyo Lengai liczący około 3000m wysokości. Jedyny czynny na Ziemi wulkan karbonatytowy - tzn. z lawą w odcieniu białym i żółtym. Z niepowtarzalną okazją wejścia do krateru, co często jest możliwe. Obowiązkiem każdego Masaja jest wejście na szczyt.

Zanzibar - po trudach w kontynentalnej Tanzanii warto odpocząć na rajskiej wyspie otoczonej Oceanem Indyjskim.  Wspaniałe ryby, owoce i przyprawy. Rafy koralowe i żółwie morskie. Ponadto mieszanka kultury arabskiej, europejskiej, indyjskiej i afrykańskiej w stołecznym Stone Town, znajdującym się na liście UNESCO

TERMINY - oferta jest: TUTAJ

A) KILIMANDŻARO (9dni)

1) 26 grudzień 2016 - 03 styczeń 2017

2) 28 styczeń - 05 luty 2017

3) 11-19 luty 2017

KILIMANDŻARO + SAFARI (Serengeti + Ngorongoro) (13dni)

1) 26 grudzień 2016 - 07 styczeń 2017

2) 28 styczeń - 09 luty 2017

3) 11 - 23 luty 2017

KILIMANDŻARO + SAFARI (Serengeti + Ngorongoro) + ZANZIBAR (15dni)

1) 26 grudzień 2016 - 09 styczeń 2017

2) 28 styczeń - 11 luty 2017

3) 11 - 25 luty 2017

MERU + KILIMANDŻARO (13 dni)

1) 24 styczeń - 05 luty

MERU + KILIMANDŻARO + SAFARI (Serengeti + Ngorongoro) (17dni)

1) 24 styczeń - 09 luty 2017

MERU + KILIMANDŻARO + SAFARI (Serengeti + Ngorongoro) + ZANZIBAR (19dni)

1) 24 styczeń - 11 luty 2017

KILIMANDŻARO + SAFARI (Ngorongoro) + OL DOINYO LENGAI* (13dni)

1) 28 styczeń - 09 luty 2017

2) 11 - 23 luty 2017

KILIMANDŻARO + SAFARI (Ngorongoro) + OL DOINYO LENGAI* + ZANZIBAR (15dni)

1) 28 styczeń - 11 luty 2017

2) 11 - 25 luty 2017

*W sytuacji gdy liczba chętnych na Ol Doinyo Lengai nie będzie wystarczająca do zorganizowania wyjazdu, realizowany będzie wariant podstawowy - safari w Serenget.

B)  istnieje całoroczna możliwość prywatnego wyjazdu tylko dla Ciebie, Rodziny, Przyjaciół albo w ramach służbowego wyjazdu integracyjnego, by popracować nad siłą i charakterem na górze zaliczanej do Korony Ziemi.

C) a jeśli ktoś niekoniecznie chcesz zdobywać Kilimandżaro, a zobaczyć fascynującą Tanzanię, możemy i taki wyjazd zorganizować.

Pracujemy już nad terminami letnimi (2017) wyjazdów do Tanzanii.

Jak również nad nowymi kierunkami, które się wkrótce u nas pojawią.

Więcej informacji o wyjazdach na Kilimandżaro i do Tanzanii (plan, co zabrać i in.) oraz formularz zgłoszeniowy, znajdują się: TUTAJ.

Na wszystkie pytania chętnie odpowiemy, piszcie na: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.

A może brakuje w ofercie rynkowej wyjazdów w jakieś miejsca? Wtedy też piszcie, pomyślimy.

Ponadto, Pamir.pl to wiele wspaniałych przygód na kilku kontynentach. ZAPRASZAMY !

serdecznie pozdrawiam

Grzegorz Gawlik

Poniżej trochę zdjęć z ostatniego wyjazdu, a więcej jest: TUTAJ.

Opublikowano w Blog

PRZEBIEG WYPRAWY DZIEŃ PO DNIU W SKRÓCIE:

1) 15.11.2015 - przejazdy i przeloty: Bytom - Warszawa - Amsterdam - Buenos Aires.

2) 16.11.2015 - przylot do Buenos Aires i dalej do Santiago de Chile (z widokiem na Aconcaguę), Cmentarz Generalny z grobowcem Ignacego Domejki, jak również jego dom.

3) 17.11.2015 - Santiago - Plaza de Armas i załatwianie różnych formalności, logistyka wyprawowa.

4) 18.11.2015 - przejazd autobusem z Santiago do Pucon. Spacer po mieście.

5) 19.11.2015 - Załatwienie pozwolenia na samotne zdobywanie aktywnego wulkanu Villarrica 2847m i mimo ataku zimy próba zdobycia. Start z 1350m n.p.m., dojście do 2000m. Ekstremalne warunki, wypadek w żlebie, zjazd ok. 200m wraz z uderzeniem w głazy. Powrót do Pucon. Mocne potłuczenia, spalona twarz, pojawiła się ślepota śnieżna.

6) 20.11.2015 - Mimo utrzymującej się częściowo ślepoty śnieżnej, próba startu w masyw Villarricy. Ale skrajnie zła pogoda pokrzyżowała mi plany. Przez cały dzień stosowanie leczniczych procedur.

7) 21.11.2015 - Skrajna pogoda (deszcz, śnieg)  znowu nie pozwoliła na akcję górską. Ślepota śnieżna ustępowała. Drugą połowę dnia spędziłem w termach Los Pozones. Spacer po Pucon.

8) 22.11.2015 - start na Villarricę z 1250m n.p.m. Pogoda tylko bardzo zła. Strażnicy parkowi dogonili mnie i ściągnęli z 1550m, strasząc policją i aresztowaniem. Drugą część dnia po powrocie do Pucon, spędziłem na raftingu na rzece Trankura.

9) 23.11.2015 - start na Villarricę z 1400m n.p.m. Miejscowi przewodnicy ściągnęli mnie w dół na rozkaz strażników parkowych z 2400m, z powodu bardzo złej pogody. W niższych partiach  wulkanu odwiedziny jaskini wulkanicznej, pola lawowego, obserwacja skutków erupcji wulkanicznej (niedaleko tzw. refugio Villarrica). Powrót do Pucon.

10) 24.11.2015  -  start o 1:00 z ok. 200m n.p.m., dojście do nieczynnego ski center na ok. 1400m n.p.m. o świcie i wejście na wierzchołek wulkanu Villarrica 2847m. Bardzo trudne warunki pogodowe. Zejście inną trasą, tak by nie widzieli mnie strażnicy parkowi. Powrót do Pucon, częściowo autostopem,  i jeszcze tego dnia wyjazd autobusem do Santiago de Chile.

11) 25.11.2015 - przyjazd do Santiago de Chile, spacer po mieście, przygotowania do wylotu na Wyspę Wielkanocną.

12) 26.11.2015 - Santiago de Chile - stare miasto w tym Pałac Bellas Artes, Plaza de Armas, Stary Parlament, Plac Konstytucyjny z Pałacem Prezydenckim (Moneda), przelot do Hanga Roa na Wyspie Wielkanocnej (Polinezja, Oceania).

13) 27.11.2015 - zwiedzanie Hanga Roa wraz z obrzeżami.

14) 28.11.2015 - wejście na wulkan Rano Kau 324m w tym osada Orongo. Petroglify w jaskini nad Pacyfikiem - Ana Kai Tangata, posąg moai Te Ata Hero, posągi moai w Vinapu. Park Narodowy Rapa Nui - lista UNESCO.

15) 29.11.2015 - wejście na wulkan Terevaka 510m, spacer po Hanga Roa, posągi moai Akivi, wejście na wulkan Tuutapu 280m.

16) 30.11.2015 - ciąg dalszy wędrówek po Hanga Roa i przyległościach.

17) 01.12.2015 - posągi moai na trasie do wulkanu Rano Raraku. Kilkanaście miejsc, m.in. Hanga Hahave, Akahanga, Oroi, Hanga Tetenga, One Makhini. Moaie w kamieniołomie Rano Raraku i krater Rano Raraku, również z moaiami. Wejście na wulkan Poike 365m i moaie w Tongariki. Powrót do Hanga Roa m.in. z postojami koło Taharoa, Tau a Ure, kamienia Pu o Hiro, przejazd w pobliżu plaży Anekana i koło wulkanów Maunga Pui 302m i Maunga Okoro 326m.

18) 02.12.2015 - przejazd z Hanga Roa trasą jak poprzedniego dnia (m.in. koło Tongariki i Poike) i rozpoczęcie zasadniczego zwiedzania od petroglifów Papa Vaka. Moaie i miejsca archeologicznie Hekii, Te Pito Kura. Moaie i plaża Anakena z kąpielą, odkrywki skalne. Przejazd tak jak poprzedniego dnia koło wulkanów Maunga (rejon Terevaka) i postój w Huri a Urenga i  w Puna Pau - robiono tam nakrycia głowy moaiów z czerwonego tufu - pukao. Przejazd koło Akivi i dalej zwiedzanie jaskini wulkanicznej Ana te Pahu. Dalej wzdłuż wybrzeża, gdzie lawy, skalne wysepki i moaie - Te Peu, Tahai.

19) 03.12.2015 - drugie wejście na wulkan Rano Kau 324m i dokładniejsza eksploracja masywu (lawy, kratery), spacer po Hanga Roa.

20) 04.12.2015 - spacer po Hanga Roa i wylot do Santiago de Chile.

21) 05.12.2015 - przejazd do centrum i pobyt w Santiago, a wieczorem wyjazd do argentyńskiej Mendozy.

22) 06.12.2015 - przyjazd do argentyńskiej Mendozy, m.in. przez  Paso Internacional Los Libertadores, ok. 3200m, tunel ponad 3km. Pobyt w Mendozie, spacer i organizowanie wyjazdu na Aconcaguę.

23) 07.12.2015 - Ciąg dalszy pobytu w Mendozie, załatwianie pozwolenia na Aconcaguę (z trudnościami wynikającymi z zimowych warunków na najwyższej górze Ameryki Południowej), organizowanie wyjazdu.

24) 08.12.2015 - przejazd Mendoza - Los Penitentes i przejazd do granicy parku Aconcagua, gdzie rejestracja, piesza wędrówka z ok. 2890m do Confluencii ok. 3430m.

25) 09.12.2015 - wycieczka aklimatyzacyjna podczas śnieżycy: Confluencia 3430m, dolina rzeki lodowcowej 3380m - lodowiec Horcones Inferior - Plaza Francia ok. 4200-4250m (pod południową ścianą Aconcagui), podejście do 4305m, powrót do Confluencii.

26) 10.12.2015 - przejście z Confluencii 3430m do Plaza de Mulas 4380m(miejsce rozbicia namiotu, lodowiec Combro pokryty rumoszem skalnym). Najniższy punkt na trasie  most na Rio Horcones Inferior za Confluencią - 3360m.

27) 11.12.2015 - podejście aklimatyzacyjne: Plaza de Mulas 4380m - 5400m(przed Nido de Condores).

28) 12.12.2015 - załamanie pogody i pobyt w Plaza de Mulas 4380m.

29) 13.12.2015 - przejście z Plaza de Mulas 4380m do Nido de Condores 5585m, maksymalna wysokość dnia 5590m.

30) 14.12.2015 - podejście aklimatyzacyjne: Nido de Condores 5585m - Plaza Cólera ok. 6000m, przez Refugio Berlin 5940m. Najwyższy punkt dnia 6019m.

31) 15.12.2015 - przejście z Nido de Condores 5585m - Refugio Berlin - Plaza Colera - zbudowanie platformy noclegowej na 6300m powyżej Piedras Negras. Jeden z noclegów aklimatyzacyjnych przed wysokimi wulkanami z ostrym atakiem zimy i wiatru.

32) 16.12.2015 - z 6300m dojście do 6464m (pod drodze ruiny Refugio Independencia na 6380m), skąd odwrót na skutek ekstremalnych warunków pogodowych. Zabranie depozytu z 6300m i zejście na 6000m, w górne partie Plaza Colera.

33) 17.12.2015 - przeczekiwanie koszmarnej pogody na 6000m.

34) 18.12.2015 - atak szczytowy na Aconcaguę 6962m, zakończony sukcesem, zejście w trudnych warunkach pogodowych do 6000m.

35) 19.12.2015 - zejście z 6000m (Plaza Colera) do Plaza de Mulas 4380m i dalej ku Confluencii.

36) 20.12.2015 - dojście grubo po północy do Confluencii 3430m i o poranku zejście do Puente del Inca ok. 2720m, gdzie termalne źródła i mineralny most. Następnie przejazd do Mendozy.

37) 21.12.2015 - pobyt w Mendozie i przejazd do Santiago de Chile.

38) 22.12.2015 - przejazd z Santiago de Chile do La Sereny.

39) 23.12.2015 - jednodniowy wyjazd w pustynne góry za La Serenę do kopalni miedzi i złota, zbieranie minerałów.

40) 24.12.2015 - spacer po La Serenie i nad Pacyfikiem, zakupy i próby uzupełnienia niektórych strat sprzętowych. Organizowanie logistyki na wulkany.

41) 25.12.2015 - wycieczka wzdłuż Pacyfiku z La Sereny na południe, spacer po plaży w La Serenie. Organizowanie logistyki na wulkany ciąg dalszy.

42) 26.12.2015 - przejazd z La Sereny do Copiapo, zakupy na wyjazd na najwyższy wulkan świata - Ojos del Salado i pakowanie.

43) 27.12.2015 - przejazd z Copiapo pod Ojos del Salado przez Puna de Atakama i z postojem nad Laguna Santa Rosa, na wysokość 5180m, skąd podejście na 5260m (tzw. Refugio Atacama).

44) 28.12.2015 - przejście z 5260m na 5825m do Refugio Tejos. Najwyższy punkt dnia 5840m.

45) 29.12.2015 - atak szczytowy z 6825m na Ojos del Saldo zakończony sukcesem. Wierzchołek chilijski 6896m.

46) 30.12.2015 - pobyt w Refugio Tejos 5825m i okolicy.

47) 31.12.2015 - przejście z Chile do Argentyny, z 5825m na 6320m przez pola i skały lawowe.

48) 01.01.2016 - atak szczytowy zakończony sukcesem na wierzchołek argentyński Ojosa del Salado 6896m. W drodze powrotnej wędrówka przez największy lodowiec w masywie i obok jezior na 6360m oraz 6350m. Powrót na 6320m.

49) 02.01.2016 - przejście z 6320m na 6820m (nocleg) przez przełęcz 6700m - pod wierzchołek argentyński. Eksploracja pięciu wysokogórskich jezior na wysokościach: 6350m, 6360m, 6395m, 6420m i 6510m. Do tej pory za najwyższe na świecie uchodziło to na 6395m.

50) 03.01.2016 - wejście drugi raz na wierzchołek argentyński Ojosa del Salado 6896m (i trzeci raz w ogóle). Przez przełęcz 6700m wejście z Argentyny do Chile i zejście do pola geotermalnego na wysokości 6460-6500m. Eksploracja pola i jeziora na 6460m. Ustalenie, że Ojos nie zasługuje na uznanie za wulkan aktywny.  Przejście obok najgrubszego lodowca w masywie i zejście do Refugio Tejos 6825m i dalej do 5260m (Refugio Atacama) - już po zmroku.

51) 04.01.2016 - zjazd do Copiapo z 5260m, z postojem koło Laguny Verde ok. 4350m. Organizowanie transportu na kolejny wulkan.

52) 05.01.2016 - pobyt w Copiapo, sprawy organizacyjne - szukanie transportu, zakupy jedzenia, pakowanie.

53) 06.01.2016 - wyjazd z Copiapo, postój w Inca de Oro i Diego del Almagro, przed Antofagastą skręt ku kopalni Escondida.  Z błądzeniem jazda pod wulkan Llullaillaco.

54) 07.01.2016 - około pierwszej w nocy dojazd na 4425m i rano pieszy start ku Llullaillaco, dojście do 5105m.

55) 08.01.2016 - przejście z 5105m do 6190m, m.in. po skałach i największym lodowcu w masywie Llullaillaco.

56) 09.01.2016 - wejście na wierzchołek 6580m, zejście żlebem i wejście na wierzchołek główny Llullaillaco 6755m (Chile/Argentyna). Ciąg dalszy eksploracji wulkanu i poszukiwania oznak aktywności. Zejście do 6190m. Ustalenie, że jest to najwyższy aktywny wulkan na świecie.

57) 10.01.2016 - zejście z 6190m do 4725m, m.in. przez lodowiec.

58) 11.01.2016 - zejście z 4725m do 4160m (Las Zorritas).

59) 12.01.2016 - przed świtem zostałem odebrany i całodzienna jazda do Copiapo, m.in. przez Puna de Atacama, przy inkaskich niewielkich ruinach, przez kopalnię Escondida i sąsiednie. Jazda nad oceanem m.in. przez Taltal, Chanaral i Calderę.

60) 13.01.2016 - pobyt w Copiapo, organizowanie transport na wulkan Pissis.

61) 14.01.2016 - dalsze intensywne organizowanie transportu pod Pissis, zakupy i pakowanie na wyjazd.

62) 15.01.2016 - przejazd z Copiapo nad Lagunę Santa Rosa 3775m (Park Narodowy Nevado Tres Cruces), po drodze wysokości lekko przekraczające 4000m. Spacer wokół jeziora i po Salarze Maricunga.

63) 16.01.2016 - wyjazd z nad Laguny Santa Rosa do przejścia granicznego niedaleko drugiej strony Salaru Maricunga (na drodze nr  31), przejazd koło wodospadów na Rio Lomas i koło Laguny Verde ok. 4350m z postojem na posterunku policji. Dojazd do granicznej przełęczy San Francisco 4726m. Odbiór przez argentyńską firmę i zjazd na przejście graniczne (ok. 4000-4100m) i dalej do ok. 3330m. Ostatnie 90km to off road i wysokości do 4700m oraz jeziora w rejonie Balcon de Monte Pissis (ok. 4250-4400m), koniec podróży w Pissis Base Camp 4570m. Wędrówka do 4890m.

64) 17.01.2016 - przejście z 4890m do 6010m.

65) 18.01.2016 - atak szczytowy na Pissis 1 6800m, zakończony sukcesem (drugi wulkan świata co do wysokości). Zejście w śnieżycy na 6010m.

66) 19.01.2016 - zakończony sukcesem atak szczytowy na Pissis 2 (Upame, 6799m) i Pissis 3 (Ejercito Argentino, 6795 i 6792m) przez lodowiec de los Argentinos, w śnieżycy.

67) 20.01.2016 - kontynuacja wędrówki i dojście przez Glaciar de los Argentinos do namiotu na 6010m o drugiej w nocy i w ciągu dnia zejście do Pissis Base Camp 4570m.

68) 21.01.2016 - przejazd tą samą drogą jak kilka dni wcześniej z 4570m do drogi nr 60 i granicy na przełęczy San Francisco 4726m, skąd odebrała mnie chilijska firma. Przejazd koło Laguny Verde ok. 4350m i postój pod Ojosem del Salado przy Refugio Claudio Lucero (Murray, ok. 4530m). Wieczorem powrót do Copiapo, po drodze chilijska odprawa graniczna i Laguna Santa Rosa.

69) 22.01.2016 - Copiapo, przepakowanie i kwestie organizacyjne związane z wyjazdem do El Volcancito oraz jeziora Inca Pillo. Wieczorem start doliną Copiapo, pośród winnic i do góry ku Puna de Atacama. Dojazd do 2060m drogami: C-35 i C-401 (ta druga szutrowa).

70) 23.01.2016 - przejazd z 2060m na przełęcz graniczną Pircas Negras 4164m. Przejazd do źródła El Volcancito ok. 4200m i przejścia granicznego Chile-Argentyna w Barrancas Blancas ok. 4050m (przy drodze nr 76). Zbieranie informacji odnośnie dojazdu do jeziora Inca Pillo i nieplanowane przesunięcie dojazdu do niego na dzień następny. Dojazd do Laguna Brava ok. 4300m i refugio o tej samej nazwie - ok. 4330m. Najwyższy punkt dnia przekroczył 4400m.

71) 24.01.2016 - z Laguny Brava podróż  off roadowa do kaldery Inca Pillo (Corona del Inca), na której dnie jest jezioro położone na ok. 5200m (najwyżej położone na świecie jezioro kalderowe). Maksymalna wysokość na trasie 5410-5420m. Powrót tą samą drogą do Chile i do Copiapo.

72) 25.01.2016 - Pobyt w Copiapo, przejazd do La Sereny, by po północy wyjechać do Arici.

73) 26.01.2016 - Podróż przez Antofagastę  i Iquique do Arici. Następnie do Peru do miasta Tacna.

74) 27.01.2016 - przejazd z Tacny w kierunku Limy m.in. przez Arequipę i Chincha Alta.

75) 28.01.2016 - przyjazd do Limy i dalej do Tumbes, w dużej mierze wzdłuż Pacyfiku (skrajnie zachodnie fragmenty Ameryki Południowej).

76) 29.01.2016 - dojazd do Tumbes, skąd do Ekwadoru (Huaquillas), a następnie do Riobamby (ok. 2800m).

77) 30.01.2016 - z Riobamby przejazd w rejon miejscowości Alao  i San Antonio (ok. 3200m) w rejon Parku Narodowego Sangay (lista UNESCO).

78) 31.01.2016 - wędrówka na bezimienny szczyt 4336m, skąd obserwacja wulkanu Sangay, powrót do San Antonio.

79) 01.02.2016 - przejazd do Riobamby, gdzie pobyt.

80) 02.02.2016 - przejazd z Riobamby do Quito (ok. 2700m, lista UNESCO), spacer po starym mieście (m.in. Plaza Grande z katedrą i pałacami wokół oraz bazylika del Voto Nacional).

81) 03.02.2016 - podróż z Quito do Tulcan, po drodze przekraczając równik. Wjazd do Kolumbii w Ipiales i jazda przez góry ku Bogocie (ok. 2570m).

82) 04.02.2016 - przyjazd do Bogoty i spacer po śródmieście i starym mieście (m.in. Plaza Bolivar i La Candelaria).

83) 05.02.2016 - pobyt w Bogocie i przelot do Mexico City (ok. 2150m lista UNESCO), Meksyk.

84) 06.02.2016 - z Mexico City przejazd do Amecameca de Juarez (ok. 2400m) i przygotowania do wyjazdu pod Popocatepetl.

85) 07.02.2016 - z Amecameci wjazd na Paso de Cortes ok. 3670m. Mimo faktu, że wulkan znajdował się w fazie erupcji i był pilnowany przez wojsko i różne policje, całonocna wędrówka na szczyt bez oświetlenia.

86) 08.02.2016 - o świcie wejście na Popocatepetl 5424m (drugi pod względem wysokości wulkan Ameryki Północnej) i schodzenie do wieczora, wieczorem dotarcie do Amecameci.

87) 09.02.2016 - podróż na trasie Amecameca - Mexico City - Puebla - Tlachichuca (ok. 2610m).

88) 10.02.2016 - przejazd z Tlachichuca do Piedra Grande 4240m, przygotowania do ataku szczytowego na Pico de Orizaba.

89) 11.02.2016 - wejście na najwyższy wulkan Ameryki Północnej  - Pico de Orizaba 5629m przez lodowiec Jamapa (Gran Glaciar Norte), zejście do Piedra Grande i zjazd do Tlachichuca.

90) 12.02.2016 - wyjazd na wulkan Sierra Negra 4621m i do kraterów Aljojuca oraz San Miguel Tecuitlapa. Powrót do Tlachichuca.

91) 13.02.2016 - przejazd z Tlachichuca do Puebla i Guadalajary.

92) 14.02.2016 - z Guadalajary podróż do Ciudad Guzman (ok. 1500-1600m) pod Nevado de Colima. Obserwacja wulkanu Colima z Parque Ecologico Las Penas.

93) 15.02.2016 - przejazd z Guzman do miasta Colima i dalej Cofradia de Suchitlan, skąd do San Antonio i podróż za miejscowość La Yerbabuena (1535m) pod wulkan Colima.

94) 16.02.2016 - dalsza obserwacja wulkanu i powrót do Colimy, skąd przejazd do Guadalajary i dalej do Uruapan (ok. 1660m).

95) 17.02.2016 - podróż z Uruapan do Angahuan (ok. 2345m), następnie na wulkan Paricutin 2800m wraz z zejściem na dno krateru. Wieczorem pobyt na polach lawowych i przy ruinach kościoła San Juan Parangaricutiro.

96) 18.02.2016 - przejazd z Angahuan do Mexico City przez Uruapan.

97) 19.02.2016 - pobyt w Mexico City i sprawy organizacyjne.

98) 20.02.2016 - Wycieczka po Mexico City (Tlatelolco, Bazylika Matki Boskiej z Guadalupe) i do piramid Teotihuacan (lista UNESCO).

99) 21.02.2016 - wędrówki po Mexico City, m.in. Zocalo, katedra, śródmieście, Palacio de Mineria, Museo Del Instituto De Geologia De La Unam, Plaza de La Republica, Palacio de Bellas Artes.

100) 22.02.2016 - wędrówki po Mexico City i przygotowania do wylotu do Vancouver.

101) 23.02.2016 - przelot z Mexico City do Vancouver, Kanada. Wędrówki po mieście (m.in. śródmieście, parowy zegar, Vancouver Harbour, Chinatown).

102) 24.02.2016 - przejazd z Vancouver do Seattle (USA), spacer po mieście (m.in. nadbrzeże, śródmieście, Space Needle, muzeum EMP). Następnie podróż na lotnisko Seattle-Tacoma, skąd do miasteczka Burien. Odebranie samochodu i jazda ku Portland. Dojazd pod Mt. St. Helens 2549m (Góry Kaskadowe, Kordyliery).

103) 25.02.2016 - obserwacja St. Helens od południa - Snow Park Marble Mountain, wysokości 800-1150m, trudne warunki zimowe, pozamykane drogi. Wulkan St. Helens, to Narodowy Pomnik (National Volcanic Monument). Następnie spacer po wulkanicznej jaskini Ape (prawie 4000m korytarzy). Przejazd od północy wulkanu w rejon Randle, próba dojazdu pod wulkan, ale drogi ze względu na zimę pozamykane.

104) 26.02.2016 - przejazd pod wulkan od strony Silver Lake, z postojem koło Mt Helens Visitor Center. Obserwacja wulkany od północy, wysokości do 1150m. Obserwacja wulkanu z różnych miejsc w tym z Mt. St. Helens Science and Learning Center, Coldwater Lake, North Fork Toutle River. W drugiej części dnia podróż m.in. drogą nr 12 przez White Pass 1340m do Yakima. Zakończenie dnia koło Kennewick.

105) 27.02.2016 - 1000km jazdy przez kilka stanów, wysokości do 2300m, czasami w mocno zimowych warunkach. Penetracja Craters of the Moon (Snake River Plain), około 1800-1900m, Pomnik Narodowy (National Monument). Wędrówka po kraterach i polu lawowym. Wieczorem przejazd przez Idaho Falls do West Yellowstone 2040m.

106) 28.02.2016 - Pobyt w West Yellowstone i okolicach, organizowanie transportu po Parku Yellowstone.

107) 29.02.2016 - West Yellowstone i Park Narodowy Yellowstone (najstarszy na świecie, lista UNESCO), obserwacja zwierzyny - bizony, kojoty, jelenie i in., rzeki Madison, Gibbon, Yellowstone, wodospady - Lower i Upper oraz Gibbon. Dolina Hyaden, Great Canyon of Yellowstone. Pole Gejzerów Norris i Gibbon, gejzer  Steamboat. Wysokości do 2530m. Teren aktywnego superwulkanu (kaldery) Yellowstone.

108) 01.03.2016 - Park Narodowy Yellowstone - Upper Geyser Basin z gejzerem Old Faithful i całą serią gejzerów oraz termalnych źródeł. Midway Geyser Basin z Grand Prismatic Spring i Excelsior Geyser. Lower Geyser Basin m.in. ze Spasm Geyser, Fountain Paint Pots oraz Silex Spring. Wysokości 2000-2300m. Rzeka Firehole i wodospad Firehole. Zwierzyna - jelenie, bizony, kojoty, orły, wiewiórki. Wieczorem przejazd z West Yellowstone przez Bozeman i Livingston do Gardiner (North Entrance do Parku Yellowstone, 1620m). Dojazd do Mammoth Hot Springs ok. 1900m.

109) 02.03.2016 - Park Narodowy Yellowstone - wędrówka po trawertynowych tarasach na polu geotermalnym Mammoth Hot Springs. Termalne źródła, ekshalacje wulkaniczne, wysokości do 2050m. Następnie jazda przez góry ku Coke City, obserwacja zwierząt - jelenie, bizony, dzikie owce i kojot. Fort Yellowstone w Mammoth Hot Springs (Narodowy Pomnik Historyczny USA). Podróż do nocy przez Gardiner, Livingston, Bozeman, Butte.

110) 03.03.2016 - dalsza podróż ku Burien koło Seattle (1000km) z licznymi postojami na trasie. Między innymi jezioro Coeur d'Alene, płaskowyż Kolumbia, zalew Wanapum na rzece Kolumbia. Pola lawowe i spetryfikowany las Gingko koło miejscowości Vantage. Wieczorem dojazd przez Seattle do Burien.

111) 04.03.2016 - krótki pobyt nad Pacyfikiem (zatoka Puget) w Burien i oddanie wypożyczonego samochodu. Przejazd na lotnisko Tacoma-Seattle, skąd przelot na lotnisko Minneapolis-Saint Paul. Początek lotu do Amsterdamu.

112) 05.03.2016 - lądowanie na lotnisku Schiphol w Amsterdamie, następnie na warszawskim "Okęciu", przejazd do Katowic i Bytomia. Koniec wyprawy.

  • Poniżej galeria dotąd niepublikowanych zdjęć z wyprawy:
  • 1-15) Chile w tym, Wyspa Wielkanocna.
  • 16-25) Argentyna, w tym Aconcagua.
  • 26-28) Masyw wulkanu Ojos del Salado.
  • 29-31) Masyw wulkanu Llullaillaco.
  • 32-35) Masyw i okolice wulkanu Pissis.
  • 36-60) Puna de Atakama w Chile i w Argentynie.
  • 61-63) Peru.
  • 64-70) Ekwador, w tym Park Narodowy Sangay.
  • 71-74) Kolumbia, w tym Bogota.
  • 75-77) Mexico City, w tym obraz Matki Boskiej z Guadalupe.
  • 78) Ciudad Guzman, Meksyk.
  • 79-84) Wulkany: Colima, Paricutin, Popocatepelt, Orizaba, Meksyk.
  • 85-88) Piramidy w Teotihuacan, Meksyk.
  • 89) Vancouver, Kanada.
  • 90) Seattle, USA.
  • 91) Masyw Mt. St. Helens, USA.
  • 92) Pola lawowe Craters of the Moon, USA.
  • 93-99) Park Narodowy Yellowstone.
  • 100) MAPA WYPRAWY.
Opublikowano w Blog

SUKCESY SPORTOWE, EKSPLORACYJNE I NAUKOWE. Zdobyte góry i wulkany oraz inne miejsca wulkaniczne, obserwacja wulkanów (wszystko samotnie, bez wsparcia i łączności, często własnymi drogami):

1) 6962m - Aconcagua - 18.12.2015 - Andy - najwyższa góra Ameryki Południowej i Argentyny, w trudnych warunkach zimowych, przez Dolinę Horcones - aklimatyzacja przed wulkanami. Film ze zdobywania jest tutaj: ACONCAGUA 6962m - samotnie na najwyższą górę Ameryki Południowej.

Planowy nocleg na 6300m w masywie Aconcagui nie zdarzył się prawdopodobnie od lat, wszyscy śpią niżej.

2) 6896m - nieaktywny(uśpiony) wulkan Ojos del Salado, Puna de Atacama (Andy) - najwyższy wulkan świata, druga góra Andów, najwyższy szczyt Chile:

            29.12.2015 - wierzchołek chilijski

            01.01.2016 - wierzchołek argentyński

            03.01.2016 - wierzchołek argentyński z noclegiem na 6820m

      ● eksploracja wulkanów Ojos del Salado oraz Lllullaillaco, w tym dotarcie na pole geotermalne w masywie wulkanu Ojos na ok. 6500m, pozwoliła zdobyć dowody, że najwyższym aktywnym wulkanem świata jest Llullaillaco a nie Ojos del Salado.

       ● wędrówka po masywie wulkanu Ojos del Salado, zarówno po stronie argentyńskiej jak i chilijskiej, pozwoliła odnaleźć 6 jezior na wysokościach 6350 - 6510m (5 po stronie argentyńskiej, 1 po stronie chilijskiej). Trzy z nich są na większej wysokości, niż dotychczas uznawane za najwyżej położone, znajdujące się w masywie Ojosa i ujęte w powyższej liczbie. Położone jest na wysokości 6395m, a trzy położone wyżej odpowiednio na: 6420m, 6460m, 6510m. Przynajmniej jedno z nich można uznać za pełnoprawne jezioro, to znajdujące się na  wysokości 6460m (po stronie chilijskiej). Jest największe z tej trójki, zasilane przez lodowce i termalne wody z pola geotermalnego, a więc nie zamarznie do ziemi w zimie. Pozostałe dwa też wcale nie muszą i mogą spełniać kryteria definicji jeziora. Więcej informacji: Wulkan Ojos del Salado - najwyżej położone jeziora świata. FILM: Wszystkie NAJ wulkanu Ojos del Salado 6896m.

         ●  wędrówka i obserwacje największych lodowców w masywie Ojosa del Salado.

Argentyński wierzchołek Ojosa del Salado zdobywany jest bardzo rzadko i sporadycznie w pojedynkę. To, że byłem na nim dwukrotnie w ciągu 3 dni, jest ewenementem (a w ciągu 6 dni 3 razy na wierzchołku - też spore osiągnięcie). Świadomy a nie awaryjny nocleg na wysokości 6820m, jest jednym z rekordowych noclegów w Ameryce Południowej i poza Azją (przynajmniej w ostatnich latach). Dotarcie na pole geotermalne na ok. 6460-6500m, prawdopodobnie, a raczej na pewno, jest to najwyżej położone takie pole na świecie. Prawie nikt tam nie był przede mną.

Ustalenie, że Ojos del Salado nie jest aktywny, tylko co najwyżej uśpiony, oraz dotarcie do 6-ciu najwyżej położonych jezior świata po obu stronach granicy(nikt tego wcześniej nie zrobił) i odkrycie nowego najwyżej położonego jeziora świata to duże osiągnięcia na skalę międzynarodową.

Prawie nikt nie chodził i nie widział z bliska największych lodowców w masywie Ojosa del Salado zarówno po stronie argentyńskiej jak i chilijskiej. Ich pokrywa się zmniejsza.

3) 6800m - wygasły wulkan Pissis, Puna de Atacama (Andy), Argentyna - drugi co do wysokości wulkan świata, trzecia góra Andów:

            18.01.2016 - wierzchołek Pissis 1 6800m, zejście w śnieżycy

            19.01.2016 - wierzchołek Upame 6799m (Pissis 2), w śnieżycy

            19.01.2016 - dwa wierzchołki Ejercito Argentino (Pissis 3) 6795m i 6792m, w śnieżycy

         ● wędrówka po największym lodowcu tej części Andów i na płaskowyżu Puna de Atacama (jedno z najsuchszych miejsc na Ziemi) - Glaciar de los  Argentinos.

Na wulkan Pissis wchodzi rocznie od zera poprzez kilka do kilkunastu osób. Sporadycznie więcej, ale ciężko to zweryfikować, bo nie ma statystyk. Wg zeszytu na szczycie Pissis, byłem pierwszą osobą na wierzchołku w 2016 roku.

Ponoć od pierwszego zdobycia przez Polaków w 1937 roku do 1985 (inna wersja do 1994 roku) nikogo nie było na szczycie za sprawą braku możliwości dojazdu. Samotne wejścia na ten wulkan są niezwykle rzadkie, więc było to duże osiągnięcie. A zdobycie trzech najwyższych wierzchołków, samotnie, w dużej mierze własnymi drogami, w ciągu dwóch dni, to prawdopodobnie jedyne takie osiągnięcie w historii zdobywania wulkanu Pissis. Na Pissis 2 i Pissis 3(dwuwierzchołkowy) praktycznie nikt nie wchodzi. Prawdopodobnie nigdy nie było na nim Polaków.

Niewiele osób chodziło po największym lodowcu tej części Andów - de los Argentinos.

4) 6755m - aktywny wulkan Llullaillaco, Puna de Atacama (Andy), Chile/Argentyna - najwyższy aktywny wulkan świata, czwarty co do wysokości, wg różnych wersji 5-7 góra Andów(najpewniej szósta):

            09.01.2016 - wierzchołek główny 6755m

            09.01.2016 - wierzchołek 6580m

          ● wędrówka po największym lodowcu masywu od strony chilijskiej.

Zdobycie - wraz z badaniami wulkanologicznymi i odkrywaniem najwyższych jezior - w niewiele ponad miesiąc trzech najwyższych gór Ameryki Południowej oraz wulkanu Llullaillaco - 3 lub 4 wulkan świata, 5 lub 6 lub 7 góra Ameryki Południowej (wraz z dodatkowym wierzchołkiem o wysokości 6580m). A w tym wszystkim, trzykrotne stanięcie na drugiej górze kontynentu - Ojosie del Salado - w tym dwukrotnie od strony argentyńskiej i nocleg na 6820m. Jak również wejście na trzy najwyższe wierzchołki trzeciej góry - Pissis - w tym przez trawers lodowca de los Argentinos. To osiągnięcie bez precedensu. Do tego samotnie i w świetnym stylu.

5) 5629m - nieaktywny wulkan Orizaba - 11.02.2016 - Kordyliera Wulkaniczna, Meksyk - najwyższy wulkan i trzecia góra Ameryki Północnej, najwyższa góra Meksyku, wędrówka po największym lodowcu Meksyku - Gran Glaciar Norte.

Zdobycie dwóch najwyższych wulkanów Ameryki Północnej, samotnie, w ciągu 5 dni, to wydarzenie bez precedensu.

6) 5424m - aktywny wulkan Popocatepetl - 09.02.2016 - Kordyliera Wulkaniczna, Meksyk, w fazie trwania erupcji - jeden z najaktywniejszych i drugi co do wysokości wulkan w Ameryce Północnej, piąta góra kontynentu. Wędrówka po zanikającym, ale drugim co do wielkości lodowcu Meksyku. FILM: Popocatepetl.

Na Popocatepetl zazwyczaj nie wchodzi nikt w ciągu roku, jedynie od czasu do czasu ktoś pojawi się na szczycie, zazwyczaj w jego spokojniejszych fazach aktywności. Nie znalazłem żadnej informacji, by jakiś Polak był wcześniej na nim. Tak samo jak na Pissis 2 i Pissis 3. Ponadto wejście na wierzchołek samotnie, w takim stylu i przy wulkanie w fazie erupcji, to duży sukces.

Odrobina historii: Pierwszym Europejczykiem, który zdobył szczyt wulkanu był Diego de Ordas. Ten hiszpański podróżnik i konkwistador urodził się w 1480 roku w Hiszpanii. W 1519 roku, wraz z dwoma towarzyszami, wspiął się na szczyt wulkanu Popocatépetl. W uznaniu jego zasług cesarz Karol V Habsburg wydał dekret zezwalający mu na używanie herbu z wizerunkiem wulkanu. (za www.histmag.org).

7) 5420-5390m - wygasła Caldera del Inca Pillo (Corona del Inca) - 24.01.2016 - Puna de Atacama (Andy), Argentyna - najwyżej położone na świecie jezioro kalderowe (lustro wody ok. 5200m).

Dotarcie do El Volcancito i Caldery Inca Pillo to nieczęste wydarzenie, a przez człowieka z poza Argentyny lub Chile, niezwykle rzadkie.

8) 4621m - wygasły wulkan Sierra Negra - 12.02.2016 - Kordyliera Wulkaniczna, Meksyk - na szczycie największy na świecie teleskop milimetrowy, piąta góra Meksyku.

Poza pracującymi tam naukowcami i robotnikami, bardzo rzadko ludzie udają się na szczyt Sierra Negra.

9) 4336m - obserwacja z nienazwanej góry aktywnego wulkanu Sangay 5230m - 31.01.2016 - Andy, Ekwador.

Niewielu ludzi z poza Ekwadoru, mogło zobaczyć z tak bliska wulkan Sangay.

10) ok. 4200m - El Volcancito - 23.01.2016 - Puna de Atacama (Andy), Argentyna - źródło mineralne w kształcie stożka wulkanicznego (ok. 7m wys.).

11) 2847m - aktywny wulkan Villarrica - 24.11.2015, Patagonia (Andy), Chile - jeden z najaktywniejszych w Ameryce Południowej, w trudnych warunkach zimowych + jaskinia i pola lawowe.

Od erupcji wulkanu Villarrica w marcu 2015 wulkan był zamknięty, otwarto go około tygodnia przed moim przyjazdem. Byłem pierwszą osobą na szczycie od wielu miesięcy. Ponadto jako wyjątek, dostałem prawo zdobywania go samotnie, a nie w zorganizowanej grupie.

12) 2800m - aktywny wulkan Paricutin - 17.02.2016 - Kordyliera Wulkaniczna, Meksyk + pola lawowe i zniszczone przez żywioł miejscowości.

Jeden z najmłodszych wulkanów świata i jeden z najsłynniejszych wulkanów XX wieku.

13) ok. 2600m - wygasłe kratery i jeziora kraterowe Aljojuca i San Miguel Tecuitlapa - 12.02.2016 - Kordyliera Wulkaniczna, Meksyk.

Niewiele osób z poza Meksyku je widziało.

14) 2530m-1620m - aktywny superwulkan Yellowstone - do 2805m - 28.02-02.03.2016 - Kaldera Yellowstone, USA, w warunkach zimowych - pola gejzerów, pola geotermalne, fumarole i solfatary, kaldera, skały wulkaniczne, kaniony, wodospady. FILM: gejzer Old Faithful.

W zimie w Yellowstone praktycznie nie ma turystów z poza USA, jestem w tej niewielkiej grupce, która miała okazję zobaczyć park w tym czasie.

15) ok. 1910-1780m - nieaktywne Craters of the Moon - 27.02.2016 - płaskowyż Snake River, USA, w warunkach zimowych - seria nieaktywnych stożków wulkanicznych i ogromne pole lawowe,

Wędrówka po Craters of the Moon zimą przez człowieka z poza USA nie zdarza się często.

16) 1800-1500m - obserwacja bardzo aktywnego wulkanu Colima 3800m z miejscowości: Guzman, Colima, San Antonio i z La Yerbabuena - 14-16.02.2016 - Kordyliera Wulkaniczna, Meksyk.

Niewielu ludzi z poza Meksyku miało okazję z dwóch stron i z tak bliska zobaczyć wulkan Colima.

17) 1150-800m - obserwacja aktywnego wulkanu St. Helens 2549m od południa i północy - 25-26.02.2016 - Góry Kaskadowe (Kordyliery), USA,  w warunkach zimowych + jaskinia wulkaniczna Ape (4000m) - najdłuższa w kontynentalnej Ameryce i trzecia w Ameryce Północnej.

Obserwacja wulkanu St. Helens zimą przez cudzoziemca to rzadkie zjawisko.

18) 510m - wygasły wulkan Terevaka - 29.11.2015 - Wyspa Wielkanocna, Chile - najmłodszy i najwyższy wulkan wyspy, tarczowy + jaskinia wulkaniczna i pola lawowe + wulkaniczne posągi moai.

19) 365m - wygasły wulkan Poike - 01.12.2015 - Wyspa Wielkanocna, Chile, tarczowy.

20) 324m - wygasły wulkan Rano Kau - dwukrotnie: 28.11 i 3.12.2015 - Wyspa Wielkanocna, Chile, tarczowy.

21) 280m - wygasły wulkan Tuutapu - 29.11.2015 - Wyspa Wielkanocna, Chile.

22) ok.250m - Ginkgo - spetryfikowany las w polu lawowym - 03.03.2016 - niedaleko zbiornika Wanapum na rzece Kolumbia w stanie Waszyngton, USA.

Jeden z najwspanialszych przykładów takiego lasu na Ziemi.

23) ok. 150m - krater wygasłego wulkanu Ranu Raraku wraz z posągami moai (zbudowanymi z tufów wulkanicznych) - 01.12.2015 -  Wyspa Wielkanocna, Chile.

Jest niewielu ludzi, którzy byli na wszystkich najważniejszych wulkanach Wyspy Wielkanocnej.

24) ponadto mnóstwo drobniejszych rzeczy.

Zrobienie tylu i takich rzeczy w 112 dni na trzech kontynentach, to także nie lada wyczyn. Nie mam wątpliwości, że nikt czegoś takiego nie zrobił przede mną, nie wymyślił sobie takiej wyprawy. Bardzo szczegółowy, napięty i precyzyjny plan, został zrealizowany w 100%, a nawet ponad - dołożyłem trochę rzeczy, kosztem tytanicznego wysiłku.

I jeszcze pewien szczegół, który robi różnicę - samotna eksploracja i zdobywanie, bez wsparcia i bez łączności, często własnymi drogami i w "rajdowym" tempie.

Po tylu latach działalności podróżniczej potrafię ocenić to, co zrobiłem. Jestem bardzo wobec siebie wymagający i krytyczny. Rzadko się chwalę, nawet gdy jest czym. Lecz tym razem, bez cienia fałszywej skromności napiszę, że ta wyprawa górsko-podróżniczo-badawcza, pod względem osiągnięć, była jedną z najwybitniejszych polskich wypraw w ostatnich kilkudziesięciu latach. A PROJEKT 100 WULKANÓW jest jedynym takim na świecie. Polak potrafi!

Jeśli ktoś ma jakieś ciekawe informacje, gdzieś się pomyliłem, piszcie na Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript. , poprawię, sprostuję.

Podsumowanie części wyprawy po Ameryce Południowej znajduje się: TUTAJ.

Podsumowanie części wyprawy po Ameryce Północnej znajduje się: TUTAJ.

  • Na zdjęciach:
  • 1-7) Aconcagua 6962m, Andy, Argentyna.
  • 8-23) wulkan Ojos del Salado 6896m, Chile, Argentyna, w tym najwyższe jeziora świata, lodowce i pole geotermalne na prawie 6500m.
  • 24-26) wulkan Llullaillaco 6755m, Chile/Argentyna.
  • 27-32) płaskowyż wysokogórski Puna de Atacma, Chile i Argentyna.
  • 33-39) wulkan Pissis 6800m, Argentyna, w tym największy lodowiec masywu i penitenty.
  • 40) Puna de Atacama w Argentynie, południowy fragment.
  • 41) źródło El Volcancito, Puna de Atacama, Argentyna.
  • 42-45) jezioro i kaldera - del Inca Pillo, Argentyna.
  • 46) kozi ser od rolników z Puna de Atacama, Chile.
  • 47-50) wulkan Sangay i Park Narodowy Sangay, Ekwador.
  • 51-55) wulkan Popocatepetl 5424m, Meksyk.
  • 56-58) wulkan Pico de Orizaba 5629m, Meksyk.
  • 59) wulkan Sierra Negra 4621m, Meksyk.
  • 60) tradycyjne magazyny na kukurydzę, Meksyk.
  • 61) krater Aljojuca, Meksyk.
  • 62) krater San Miguel Tecuitlapa, Meksyk.
  • 63-64) wulkan Colima, Meksyk.
  • 65-68) wulkan Villarrica 2847m, Chile.
  • 69-70) wulkan Paricutin 2800m, Meksyk.
  • 71-72) wulkan St. Helens, USA.
  • 73) jaskinia Ape, koło wulkanu St. Helens, USA.
  • 74-75) Craters of the Moon, USA.
  • 76-77) Gingko - spetryfikowany las, USA.
  • 78-92) Kaldera (superwulkan) Yellowstone i Park Narodowy Yellowstone, USA.
  • 93-99) Wyspa Wielkanocna (Rapa Nui) - wulkany i posągi moaj, Chile.
  • 100) Puna de Atakama koło Laguny Santa Rosa, Chile.
  • 101) Podziękowanie dla partnerów wyprawy.
Opublikowano w Blog

W hostelu w Baku poznałem Tatianę, spędziliśmy wspólnie trochę czasu, wybraliśmy się też na wycieczkę za miasto. Tania to podróżniczka, która tak jak ja lubi podróżować samotnie.  

Bardzo zaciekawiła mnie jej garderoba. To naturalne, że mężczyzn interesuje żeńska garderoba. Ale mnie zainteresowała w innym kontekście. Akurat. Okay, także w innym kontekście.

Podróżowanie wymaga wygodnego ubioru. Wygodne buty – adidasy czy trekkingowe, wygodny ubiór, na przykład spodnie czy koszula z materiałów szybkoschnących. Tania jednak miała tylko buty na obcasie – rożnej długości, sukienki i inne bardzo kobiece stroje.

Uprzedzę fakty, że Tania w tych obcasach bardzo sprawnie poruszała się i pośród wulkanów błotnych i pośród skał (o czym będzie w kolejnym tekście z tamtej wyprawy).

W związku z tą garderobą zapytałem ją, czy nie ma jakiegoś normalnego ubrania, odpowiedniego na takie eskapady. Tania się obruszyła i  powiedziała: przecież to jest normalne ubranie! Ja jestem Rosjanką. Urodziłam się w butach na obcasie. Nie potrafię w innych chodzić. Nogi mnie wtedy bolą. Lubię też czuć się kobieco, stąd takie a nie inne stroje. Poza tym wszędzie gdzie jestem reprezentuję swój kraj – Rosję. I muszę odpowiednio wyglądać.

Dodała także, że na wyjazd wzięła mniej wyzywające stroje, a najwyższe obcasy i szpilki zostawiła w szafie w Moskwie.

Ta historia przypomniała mi wiele podobnych z moich podróży po Rosji. Którą uwielbiam.

To że natura dla Rosjanek była niezwykle hojna to jedno, ale to jak one podchodzą do siebie to drugie. Są bardzo pewne siebie, swojej kobiecości. Są silne. Dbają o siebie. Chcą zawsze wyglądać i czuć się kobieco. Mają poczucie własnej wartości. Do tego lubią eksperymentować z garderobą, z kolorami, przeogromną ilością różnych elementów stroju. Ale ten ich seksapil buduje przede wszystkim ta pewność siebie, kobiecość, z której potrafią uczynić „zabójczą” broń, bo potrafią się nią posługiwać. Mimika twarzy, figlarne spojrzenia i ruchy rękoma, zabawa włosami, uśmiech i uśmieszki, umiejętność kobiecego chodzenia, ten ruch bioder, umiejętne ubieranie się do celów jakie chcą osiągnąć, umiejętne odsłanianie ciała. Subtelny dotyk. Umiejętność flirtowania, kokietowania. I tak dalej. Coś niesamowitego.

I fascynuje mnie, że dotyczy to nie tylko obiektywnie bardzo atrakcyjnych kobiet, ale Rosjanka, która waży 150 kilo, też potrafi ubrać się w bikini i wyjść na plażę. Możemy polemizować czy z punktu estetycznego to jest dobre. Osobiście szanuję bardzo takie podejście do sprawy. Że można z jednej strony mieć dystans do siebie, a z drugiej wyzbyć się zakompleksienia. To jest dużo lepsze niż ukrywanie się przed światem w domu.

Dlatego gdy jestem gdzieś na końcu świata, we wschodniej Syberii i na jakimś zadupiu nad wodą widzę Rosjanki w najlepszych i najmodniejszych kąpielowych strojach z koronkowymi wyłącznie. Zdaję sobie sprawę, że oprócz hasła, bo my jesteśmy Rosjanki i mamy pewne obowiązki w tym względzie, to świadomość własnej atrakcyjności, gust i chęć dobrego wyglądu gdziekolwiek by nie były, stoi u podstaw ich dbania o siebie także w przedmiocie wszelakiej garderoby. Nie ma znaczenia czy to Moskwa, Copacabana, Saint Tropez, czy zadupie na Syberii. Rosyjskie pochodzenie zobowiązuje. Rosjanka musi wyglądać.

Gdy jadę kilka dni rosyjskimi wagonami plackartnymi, widzę jak przez ten czas Rosjanki tworzą sobie w pociągu salon piękności, maseczki na twarzach. Często chodzą w bardzo skromnych strojach (z bielizną wyłącznie). A potem przed wyjściem z pociągu pieczołowicie dobierają bardzo kobiecą garderobę. Gorsety, pończochy, bluzeczki, sukienki, spódniczki, szpilki etc. Przeróżne kolory. To są normalne stroje Rosjanek, a nie na specjalne okazje. W Polsce zaraz są hasła o bezwstydności i gorsze. W Rosji to normalne. To po prostu zwykłe Rosjanki. Nie wstydzą się pokazywać ciała, są wyluzowane i lubią kokietować, podobać się. Dlaczego? Bo są pewne siebie, mają poczucie własnej kobiecości i atrakcyjności. No i muszą godnie reprezentować Rosję. Patriotyzm w Rosji jest bardzo silny. Rosjanin do Rosji może mieć wiele pretensji, ale nie przeszkadza to, by Rosję kochać i być z niej dumnym. Czegoś takiego w Polsce chyba nigdy nie doczekam.

I jeszcze jeden przykład. Sroga rosyjska zima, dziewczyny w bardzo kusych spódniczkach, wydekoltowane i z lodem w ustach. Gorące dziewczyny? To na pewno. Ale to także element ich gry. Kuszenia i oznajmiania całemu światu, że kobieta powinna zawsze pokazywać swoje piękno. Rosjanki to rozumieją jak mało kto. I do tego naprawdę sprawia im to frajdę. One wiedzą, że mają jedno życie i trzeba je wykorzystać jak najlepiej. Tu i teraz, a nie potem, później czy kiedyś. A lody po prostu lubią o każdej porze roku.

Pozdrawiam

Gregor

Następny wspis znajduje się pod tym tytułem: Azerbejdżan: James Bond, Niefty, Wulkany Błotne, Petroglify i Służby POLICYJNE z Epoki Kamienia Łupanego.

(blog z 2012 roku, październik)

Na zdjęciach: 01) Tania, a na tablecie widok z Bytomia. Wszędzie gdzie mogę, nawet w najdzikszych zakątkach świata, promuję Bytom, bo to fajne zabytkowe miasto. Od lat ma „pod górkę” delikatnie pisząc, ale wierzę, że to się w końcu kiedyś zmieni. 02-06) Tania, Gregor, wulkany błotne i rejon petroglifów (Qobustan), nasz kierowca. 

Opublikowano w Blog
niedziela, 17 sierpień 2014 08:03

Baku cz. 2 – Azerskie Ambicje (Azerbejdżan)

Po przyjeździe z Tbilisi do Baku uderza prawie całkowity brak żebraków. To jednak raczej wynik działań administracji i policji niż fakt, że wszyscy Azerowie są bogaci. Przez cały pobyt widziałem jednego pijaka który oczekiwał datku i jedną babuszkę, która nieśmiało chodziła przy ruchliwym skrzyżowaniu z wyciągniętą ręką. W miastach Europy widać na ulicach dużo więcej żebraków niż w Baku. Nie mniej o niebo przyjemniej było spacerować po Baku bez żebraków, niż po Tbilisi, gdy nieraz dosłownie co kilkadziesiąt czy sto metrów ktoś chciał ode mnie pieniędzy.

Oprócz eleganckich budynków, sklepów i samochodów, nie brakuje eleganckich jachtów. Ale Baku to też port, pola naftowe i gazowe. Obrzeża Baku prezentują się biednie i skromnie, choć i te tereny powoli się rewitalizuje. Remontuje i buduje się nowe drogi, w tym autostrady. Jednak bieda biedzie nierówna. Bieda azerska wygląda dużo „lepiej” od tej gruzińskiej. Nie ma się co dziwić, Azerbejdżan ma mnóstwo pieniędzy, więc stać go poprawiać jakość życia obywateli.

Nie ma praktycznie krajów na świecie, gdzie nie ma biedy, choć ona różnie wygląda w różnych zakątkach świata. W Polsce też mamy pełno biedy, obrzeża miast i wieś są często biedne, tak samo jest i w Azerbejdżanie. Choć w tym ostatnim jest obecnie dużo optymizmu, gdyż w końcu widać pieniądze na polepszenie jakości życia Azerów. Wierzą, że gaz i ropa spowodują, że w miarę szybko dogonią poziom życia Europy Zachodniej. A już dzisiaj są znacznie bogatsi od Gruzinów czy Ormian.

Zresztą Azerowie sami czują swoją siłę. Nie przez przypadek starali się, choć bezskutecznie, o letnią Olimpiadę w 2016r. A to najdroższa i największa impreza sportowa świata. W Polsce nawet nikt poważnie nie mówi, że moglibyśmy zorganizować taką imprezę, że stać nas byłoby na to. A w Azerbejdżanie z pieniędzmi nie ma problemu, mimo że prawie wszystko trzeba byłoby wybudować od nowa (tak samo jak to uczyniono w rosyjskim Soczi na tańszą imprezę w 2014r. jaką jest zimowa Olimpiada). Już z myślą o kolejnych olimpijskich staraniach czy staraniach o inne wielkie imprezy sportowe, budowana jest nowa linia metra, do lotniska położonego od miasta o jakieś 40km. Pieniądze widać też w sporcie, o czym będę pisał jeszcze później. Ale patrząc na ostatnie wyniki olimpijskie azerskich sportowców i poziom piłki nożnej, widać że kraj jest zamożny. A to wszystko dzięki gazowi i ropie. Azerbejdżan pomaga finansowo choćby biedniejszej Gruzji, tak jak nam pomaga UE. Tylko że Azerowie robią to z czysto ekonomicznego punktu widzenia, a UE dodaje, że nie tylko o to jej chodzi. Np. Azerowie finansują budowę fragmentu linii kolejowej z Gruzji do Turcji, by można było przejechać pociągiem z Baku do Stambułu. Azerbejdżan i Turcja są bratnimi narodami i zależy im na łatwym przepływie ludzi i towarów. Azerbejdżan pomaga też Gruzji, sprzedając jej tańsze paliwa i eksportując sporo paliw przez gruzińskie porty.

A to wszystko w cieniu stanu wojny z Armenią o Górski Karabach.

Wizerunek Azerbejdżanu psują bardzo zagmatwane, skomplikowane i kłopotliwe wymogi wizowe (pisałem o tym także na początku pobytu w Teheranie, gdy odwołano mi lot z Teheranu do Tbilisi). Dlatego w biednej Gruzji było 10 razy więcej turystów niż w Azerbejdżanie. Bo do Gruzji wiele narodów może przyjechać bez wiz, a do Azerbejdżanu trzeba się o wizy namęczyć. Nie dość że to potrafi trwać i miesiąc, to żądają np. umowy o pracę czy potwierdzenia opłaconej rezerwacji hotelu. A hotele są bardzo drogie, natomiast miejscowe hostele jeszcze za bardzo nie istnieją w internecie, no i zawsze pozostaje problem podczas wypraw, kiedy dokładnie przyjadę do danego miejsca czy kraju. Ponadto wizy są drogie, można się liczyć z odmową wydania wizy przez konsulat lub mając wizę, nie zostać wpuszczonym do Azerbejdżanu, bo może w tym przeszkodzić wiza armeńska.   

Ale wrócę jeszcze do starego miasta. Nie jest duże, ale jest pięknie odrestaurowane i dobrze oświetlone. Spacerowanie po nim to przyjemność. Niektóre zabytki wpisane są przez UNESCO na listę Word Heritage. Najbardziej znane zabytki to wieża  Maiden (Qiz Qalasi), pałac Shirvanshahs' z efektownym kamiennym minaretem (Sinig Gala), mury obronne, które od zewnątrz otoczone są częściowo parkiem typu krakowskie planty. Większość starego miasta to XI-XVI wiek, ale są też fragmenty z przed X wieku. Widać wpływy m.in. kultury perskiej i rosyjskiej. Nie mniej poza starym miastem też znajdziemy wiekowe zabytki, jak choćby meczet z XIII wieku – Bibi-Heybat.

Mocarstwowe plany Azerbejdżanu widać najlepiej w projekcie budowy „kosmicznego” miasta z najwyższym budynkiem świata, liczącym 1050m. Kompleks Khazar Islands budowany jest pod Baku przez jednego z azerskich naftowych potentatów. Tak naprawdę to wszystkie imprezy i nowe budowle w Azerbejdżanie sponsorują firmy  gazowe i naftowe. Przejeżdżając koło tego miejsca, widziałem już plac budowy w początkowej fazie. A jest to skomplikowany projekt kompleksu budowli i to w rejonie, gdzie występują trzęsienia ziemi, więc wymaga to specjalnych technologii. Zresztą przed moim przyjazdem do Iranu, kraj ten nawiedziły trzęsienia ziemi z licznymi ofiarami śmiertelnymi i były one odczuwalne także w Azerbejdżanie.

I na koniec o tym, jak to możliwe, że Azerbejdżan zdobył tyle samo i takich samych medali na Olimpiadzie w Londynie w 2012 roku jak Polska.

Gdy na Olimpiadzie w Londynie Polska zdobyła tyle samo medali co malutki, biedny i zacofany Azerbejdżan (po 10), wszyscy byli oburzeni. Że to kompromitacja i wstyd. Otóż nie. Wstydem i kompromitacją było wysłać ponad 200 sportowców, z których większość nie zasługiwała na udział w Igrzyskach Olimpijskich. A patrząc na to ile Polacy zdobywali medali na wcześniejszych dwóch Olimpiadach, to wynik był w normie. Taki mamy poziom sportu i tyle. Niepokoi tylko, że wysyłamy za każdym razem ponad 200 sportowców, a medali jest tak niewiele. A Azerbejdżan? A Azerbejdżan jest tak biedny, że gdyby tylko chciał to mógłby sobie Polskę kupić. Pod warunkiem, że byłaby na sprzedaż. A zapłacić można byłoby w ropie i gazie w wieloletnich ratach lub w innych środkach płatniczych po sprzedaży surowców. Ogromna ilość ropy i gazu oraz innych surowców, czyni obecnie Azerbejdżan jednym z najbogatszych krajów świata. I to zaczyna też być widać w samym Azerbejdżanie, z Baku na czele. Przy odnowionym Baku, Warszawa może być co najwyżej biedną jego dzielnicą.

Azerbejdżan ma dość pieniędzy, by ich sportowcy mogli dobrze przygotować się do Olimpiady. To po pierwsze. Ale jest też po drugie. Znacznie ważniejsze. Tam jak sportowiec zdobędzie medal olimpijski, to jest do końca życia bohaterem narodowym. Jak nie zdobędzie medalu, ale widać że dał z siebie wszystko, walczył na całego. Będą go szanować. A jeśli będzie sportowiec (męski czy żeński) kombinował, kalkulował, wymyślał kontuzje, że zjadł złe śniadanie, że wiatr był za silny, słońce przeszkadzało, deszcz, temperatura, że tor był zły, piłka za szybka, że miał zły kombinezon i tak dalej. To będę go gnębić w Azerbejdżanie za taką postawę do końca życia albo do rehabilitacji na jakiejś wielkiej imprezie. Bo na Olimpiadzie według ich sposobu myślenia walczy się dla kraju, jak na wojnie, na śmierć i życie. W Azerbejdżanie bowiem patriotyzm jest bardzo silny. Mnóstwo flag, dzieci bawiące się i krzyczące: Azerbejdżan. Azerowie nie są bezkrytyczni wobec swojego kraju, wiele rzeczy im się nie podoba, ale mimo to są z niego dumni. To przechodzi z pokolenia na pokolenie. Dlatego to jest obowiązek każdego tamtejszego sportowca dać z siebie absolutnie wszystko na Olimpiadzie. To był ich dopiero 4 start na niej, mieli zaledwie 39 sportowców, ale w swoich koronnych konkurencjach jak zapasy i boks potrafili pokazać siłę. Polskę reprezentowało 5,5 razy więcej sportowców czyli 218. Ale to nie kwestia tylko pieniędzy, ile psychiki i charakteru sportowców. Biedniutka Gruzja zdobyła niewiele mniej medali, a wcale nie bogatsze Węgry prawie dwa razy tyle w tym 8 złotych, co Polsce się jeszcze nigdy w historii nie udało. A podobnych przykładów w klasyfikacji medalowej Igrzysk w Londynie jest znacznie więcej.

Pozdrawiam

Gregor

(blog z 2012 roku, październik)

Na zdjęciach: 01-03) Baku nocą: Śródmieście, Crystal Hall, bulwar nadmorski i śródmieście widziane z molo; 04) budynek rządowy przy Azadliq Square; 05-06) Morze Kaspijskie, bulwar i molo.

Opublikowano w Blog
środa, 30 lipiec 2014 08:15

Bethlemi-Kazbegi-Tbilisi (Gruzja)

Pobudka. Pakowanie. Ostanie parę fotek. Pożegnania i w dół. Bez pośpiechu. Ruszyłem o 11:45. I jeszcze wolniej zamierzałem schodzić. Pogoda świetna, w planie tylko zejście do Kazbegi, gdzie nie ma kompletnie co robić. Lepiej ten czas spędzić w górach. Zwłaszcza, że pogoda świetna. Już od rana przez lornetkę było widać sporo ludzi zmierzających do Bethlemi. Pogoda miała bowiem się utrzymać też następnego dnia.

 

Na lodowcu Gergeti nie było śladów żadnej ścieżki. Ale jak już pisałem lodowiec w tym miejscu nie stwarza żadnych problemów. Przyjemnie w dół. Jeszcze na lodowcu spotkałem kilka małych grup, w tym gruzińskiego przewodnika pewnie idącego do kolegów ze schroniska. Po zejściu z lodowca kolejne dwie grupy i to bardzo duże. Po 15-20 osób. Coś niesamowitego. Niedawno byłem w schronisku tylko ja i Georgij, który chciał się zwijać na dół, a tu taka pielgrzymka. Minąłem ponad 50 osób, z których większość planowała próbę powalczenia o Kazbek, a wszyscy dojście do Bethlemi. Były to przy okazji sympatyczne spotkania i rozmowy, zwłaszcza z ukraińską grupą.

 

Szło się świetnie. Plecak lżejszy, muzyka na uszach, pogoda bardzo dobra. Ale nie wszędzie. Około drugiej nad Kazbekiem było już sporo chmur, a od rana wiał dosyć silny lodowaty wiatr. Pogoda była gorsza o tej porze niż poprzedniego dnia.

 

Zrobiłem po drodze kilka dłuższych postojów w tym przy zatłoczonym kościele Cminda Sameba. A potem na przełaj ścieżką w dół. Mimo poczucia, że się wlekłem to w centrum Kazbegi zameldowałem się o 16:00. Wynajęcie pokoju. Prysznic. Znowu w bardzo chłodnej wodzie, bo ciepłej nie było. To nawet w Himalajach Nepalu było lepiej, tam przynajmniej dostawało się wiadro z gorącą wodą. A potem wizyta w tawernie po sąsiedzku, gdzie obiad. Klientów niewielu, ale gdy dowiedzieli się że zszedłem „właśnie” z Kazbeka to zaraz zaczęła się rozmowa, do mnie i Gruzinów dołączyły dwie sympatyczne Holenderki. Na stole wylądowały gruzińskie alkohole: wino i czacza.

 

Po miłym obiedzie w cenie dobrego obiadu w Zakopanem przyszedł czas na zakup owoców, soków i coli. Zapadał zmrok, robiło się chłodno. Odbyłem jeszcze spacer wśród krów po Kazbegi i okolicach. A potem pakowanie, wyrzucanie niepotrzebnego i zużytego sprzętu.

Ostatni górski akcent był za mną.

 

Kolejna mitologiczna góra zdobyta. Po Araracie związanej z Arką Noego (niektórzy uważają, że wg biblijnego opisu to raczej był Demawend). Kazbek z kolei związany jest z historią Prometeusza, ognia, który podarował ludziom i wyjadaniu codziennie przez sępa jego wątroby, odrastającej. Zresztą Demawend też odgrywa bardzo ważną rolę, tylko że w perskiej mitologii. W jednej z legend jest tam przykuty do skał trójgłowy smok Azi Dahaka(Dhaka).

 

Kolejnego dnia rano ruszyłem do Tbilisi w towarzystwie trzech sympatycznych Izraelek. Pogoda rano była fajna, ale dosyć szybko się psuła. Ponoć na Kazbeku w trakcie dnia zrobiło się nieciekawie jak potem pisali Polscy koledzy z Bethlemi. Wszyscy jednak stanęli na szczycie, gratulacje!

 

A droga przez Kaukaz wzdłuż granicy z Osetią Południową jest naprawdę piękna i efektowna. Zniszczona, zaniedbana, ale górskie widoki są świetne, a wysokości do 2400m npm. Poniżej przełęczy jest popularny ośrodek narciarski Gudauri z trasami do ponad 3000m. Wybudowali go Rosjanie za czasów ZSRR i do dzisiaj niewiele się tam zmieniło, choć coś powoli zaczyna się tam dziać. Jest stąd bowiem blisko do Tbilisi. Po drodze w różnych miejscach można kupić pamiątki, ale przez to, że Gruzini przesadzili z cenami, to prawie nikt ich nie kupuje. Nawet zachodni turyści. A pamiątki to głównie różne tekstylne wyroby z czapkami na czele. Po drodze mija się wielką atrakcją Gruzji, nieduży zamek-twierdzę Ananuri nad rzeka Aragawi i w sąsiedztwie sztucznego zbiornika wodnego (Żinwalskiego). Wokół są ładne góry, ale sam zamek to jedna wielka przeciętność. I to zaledwie z XVI-XVIIw. Widziałem takich zamków tysiące. A wokół zamku typowy gruziński syf – czyli śmieci i brak sensownego zagospodarowania terenu.

W końcu jest – Tbilisi.

Pozdrawiam

Gregor

(blog z 2012 roku, październik)

Na zdjęciach: 01) lodowiec Gergeti (Ortsveri) i szczyt o tej samej nazwie liczący 4365m – widziane ze schroniska Bethlemi; 02-03) Kazbek z ok. 3670m i z ok. 2950m; 04) okolice Kazbeka ok. 2500m; 05) dziewczyny z Izraela – Gruzińska Droga Wojenna, która przed Kazbegi (od strony Tbilisi) osiąga wysokość ok. 2379m (Przełęcz Krzyżowa); 06) zamek-twierdza Ananuri, w tle zbiornik Żinwalskiego.

Opublikowano w Blog

1:30 w nocy, kolejna pobudka. Bez przekonania wychodzę przed prymitywne gruzińskie schronisko Bethlemi. Przecież od dwóch dni atak zimy nie chce odpuścić. Mam mieszane uczucia. Nie jest źle, ale dobrze również nie jest. Solidny mróz (-10 stopni C) jest w porządku, ale nad głowami sporo chmur, choć chwilami widać księżyc i pojedyncze gwiazdy. Do tego porywiste podmuchy lodowatego wiatru. Co robić? Zaryzykuję! Idę! Ubieram się, wrzucam parę rzeczy do plecaka i o 2 w nocy ruszam. Mam świadomość, że abstrahując od pogody, czeka mnie bardzo ciężka i długa wędrówka. Dużo świeżego śniegu na lodowcu, brak ścieżki i pełno szczelin pod śniegiem. I wg prognozy pogody po 10 rano jej załamanie.

Wpierw ścieżka-labirynt. Wszystko zasypane, śladów zero, kamienne kopczyki raz są, raz ich nie ma. Chciałbym iść szybciej ale się nie da. Gubię się trochę wśród głazów, ale z pomocą przychodzi mi gps i zapisany dwie doby wcześniej ślad. Żadnej gwiazdy już nie widzę, sypie śnieg. A dopiero minęła 3 w nocy, do 10 daleko. Sypie coraz mocniej, wieje coraz silniej, chmury schodzą w dół i kolejny problem. Z widocznością. Znowu gubię coś co niby ma być ścieżką, a tak naprawdę nią nie jest. Wkoło szczeliny lodowcowe. Nic nie widzę, śnieg wali po oczach, chmury i zdaje się, że stoję nad potężną szczeliną.

Wiedząc jak daleko jestem od zapisanego śladu w gps-ie omijam szczelinę,  skaczę przez kilka mniejszych i jest… kopczyk z kamieni. Jestem na właściwej drodze. Tylko co z tego? Trzeba wracać! To nie ma dzisiaj sensu! W takich warunkach w pojedynkę moje szanse wejścia na szczyt są zerowe, a szanse zabicia się przynajmniej 50%. Do tego nie znam drogi i nie wiem gdzie dokładnie jest najwyższy punkt Kazbeka.

Zawrócić….? – może później. Podczas pierwszej próby pogoda mnie pokonała na 4572 m n.p.m. Podczas drugiej warunki atmosferyczne nie dały mi szans nawet wystartować. Tym razem stwierdziłem, że powalczę jeszcze. Idę, ale już bez takiego zapału jak na początku. Wolniej, często przystaję, chowam się w płytszych szczelinach, nasłuchuję spadających głazów, czasami całkiem niedaleko mnie. Obserwuję i staram siebie przekonać, że czas wracać do śpiwora. Sypie śnieg, wieje jak diabli, nic nie widać, ciągle noc, a przede mną cały czas 2/3 podejścia na szczyt. I tylko ja jeden. Jedynym słusznym rozwiązaniem jest zawrócić i próbować kolejny raz do skutku. Ale jeszcze z dwa razy i ta ścieżka-labirynt pomiędzy schroniskiem a początkiem wejścia na lodowe plateau mnie wykończy.

Jak za dwie godziny pogoda się nie poprawi, to zawrócę. Ale póki daję radę to idę i wolałbym wracać przez ten labirynt tak zmieniony przez świeży śnieg, gdy wstanie dzień. Przed wejściem na właściwy lodowiec chowam się za głazem. Ścieżki nie ma, śniegu dużo, nic nie widać (latarka-czołówka niewiele pomaga), szczeliny, nie znam drogi, tylko tak mniej więcej. Mój ślad w gps-ie jest za mało dokładny, a dwa dni wcześniej kluczyłem tutaj między licznymi szczelinami. Pól metra od śladu może być inna szczelina, a i sam ślad jest obarczony pewnym błędem. Jak się nie skupię na lodowcu, tylko na ekranie gps-u to pewnie się zabiję, gdy wpadnę do jednej z nich. Czyli sama radość.

Powoli wstaje dzień, a ja jestem zaledwie na wysokości 4200m n.p.m. W tych warunkach mimo chęci nie dało się iść szybciej. Natura dzisiaj znowu jest przeciwko mnie… ale chwileczkę. Poprawiła się widoczność, chmury i mgły unoszą się do góry, śnieg już prawie nie pada, znowu próbuje się przez chmury przebić księżyc, bo jeszcze nie słońce. A więc jest nadzieja. Idę dalej. Wschodzę na początkowy fragment plateau. Ten sam który jeszcze nie tak dawno temu był szary, a wkoło świetnie widoczne szczeliny. Teraz jest równa kołdra białego śniegu po łydki i nie widać ani jednej szczeliny. Fantastycznie. I jak ja mam teraz przejść ten niebezpieczny fragment lodowca? Idę bardzo ostrożnie i powoli. Robię nową ścieżkę.

Na dzień dobry pakuję się do szczeliny po kolana, szybko z niej jednak uciekam. Dwie minuty później ląduje w drugiej szczelinie po kolana. Okay, trzeba wyciągnąć czekan. Mosty śnieżne na tych szczelinach były słabe, tylko dzięki koncentracji, ostrożności i szybkości, nie skończyło się to gorzej. Pewnie dzięki doświadczeniu też.

Śnieg równy jak stół, toruję drogę idąc w śniegu powyżej łydek. Na szczęście już nie pada, wiatr już tak nie wieje, widać że za górami wstaje słońce, nad głowami niebieskie niebo i tylko trochę chmur. Bo część wiatr uniósł i rozproszył nade mną, a większość zameldowała się gdzieś na 3500m n.p.m. tworząc gęstą kołdrę. Wstaje na dobre piękny dzień. Super.  I nagle znikam w czarnej dziurze pod śniegiem. Cholera, znowu szczelina! Tym razem nie po kolana, ale też nie na samo dno. Dna nie widzę, tylko czarną głęboką dziurę, ale to co widzę, wskazuje na przynajmniej 10-15 metrów w najgłębszym miejscu. Pierwsze jakieś 5 metrów jest pionowe, potem szczelina biegnie pod skosem, ze względu na to nie widać gdzie jest jej koniec. Zważywszy, że najgłębsze szczeliny mają tutaj do 80 metrów, nie było najgorzej. Tym bardziej że wpadłem tylko 3 metry, prosto na lodowy most, który być może zawalił się kiedyś i utknął w szczelinie. Przed atakiem zimy ta szczelina była zupełnie odkryta, bo gdy wpadałem nie było żadnego oporu. To był ułamek sekundy. Opad śniegu i wiatr równo zakamuflowały ją grubą warstwą świeżego luźnego śniegu.  

Znowu więcej szczęścia niż rozumu. Kiedy ja zmądrzeję? Przykro mi - nigdy. Choroba jest już zbyt daleko posunięta. Fajnie, że mam czekan w ręce, tylko czemu nie założyłem do tej pory raków? Bo lodowiec zupełnie płaski i bez raków idzie się szybciej. To wszystko prawda tylko co teraz? Most może zaraz runąć w dół, raki solidnie opakowane w plecaku. Żadnych szans, by je założyć na tym kawałku lodu. A na powierzchnię jednak kawałek. Szerokość szczeliny przynajmniej na metr a raczej trochę więcej. Spokojnie, coś trzeba wymyślić. 15 metrów repsznura 5mm (liny pomocniczej) w plecaku też mi nic nie da - po cholerę go zresztą wziąłem skoro wspinam się sam?! Nieważne. Wolę się za bardzo nie ruszać, bo nie chcę się znaleźć niżej. Walę czekanem w lód, coś na kształt zapieraczki (czyli zapieranie się butami  i plecami po obu stronach szczeliny), czasami w rozkroku na wyrąbanych w lodzie niewielkich wgłębieniach. Niełatwo, szczelina trochę za szeroka. Jest ślisko, jak mi się but ześlizgnie, to zlecę dużo niżej, już nie mówiąc, że przy okazji mogę sobie zrobić krzywdę - spadając. Grzesiek, pełna koncentracja, spokój i do góry! Tu nie ma miejsca na jakikolwiek błąd. Po dwóch minutach jestem już na powierzchni.

I co dalej? Trzeba wracać - to logiczne w tym wypadku. Otóż nie. Skoro przeszedłem większość szczelin, to pokonywanie ich po raz kolejny kolejnego dnia, być może znów samotnie, to tylko zwiększanie ryzyka. Pogoda coraz lepsza, najbardziej uszczeliniony fragment lodowca za mną, przede mną może jeszcze z 5-10 szczelin, które były świetnie widoczne kilka dni wcześniej.  Dam radę. Tylko muszę spowolnić wędrówkę i każdy krok poprzedzać wbiciem czekana. Jeśli będzie lód to okey, jeśli pustka, to szczelina. Problem tylko taki, ze stylisko czekana ma ok. 60cm długości, tyle co nawiany tutaj i tworzący niemal równą warstwę śnieg. Zakładam raki i do przodu. Limit szczęścia na ten dzień wyczerpany.

Już dawno temu zaprzyjaźniłem się ze szczelinami lodowcowymi. Odwiedzam je co roku. Tak mnie polubiły, że ciągle  próbują mnie  wciągnąć do siebie. Zazwyczaj bezskutecznie. Co najwyżej dam im kawałek nogi na sekundę. Ale czasami daję się zaprosić na dłużej do środka. Tak jak w tym przypadku. A potrafią być piękne, efektowne i głęboki

Pnę się mozolnie do góry robiąc ścieżkę. Śniegu zazwyczaj po kolana, czasami po łydki, czasami po pas, rzadko po kostki. Słońce świeci coraz mocniej, ale jeszcze nie na mnie. Przeszkadza temu Kazbek. Kołdra chmur z 3500m wędruje na wyższy pułap, ale tu gdzie jestem widoczność jest świetna. Czekan czasami jest za krótki, muszę wspomagać się kijkiem by sprawdzić podłoże. Strasznie wolno się idzie poprzedzając każdy krok sprawdzeniem co pod śniegiem. Ale dzięki temu wykrywam ponad 5 szczelin, w które pewnie bym wpadł gdybym tego nie zrobił. Jedne wąskie, inne dosyć szerokie, a głębokie są wszystkie. Niektóre bez mostów lodowych i trzeba je przeskoczyć. Czasami ze sporego rozpędu. Po tych z mostami lodowymi można spróbować przejść będąc przygotowanym, że most zacznie się walić i trzeba będzie się rzucić z czekanem na skraj szczeliny. Raz ten manewr okazał się przydatny.

Największe zagrożenie szczelinami minęło, zbliża się 4400m n.p.m. Pojawia się nowy problem, bardzo dużo śniegu. Toruję drogę, śniegu po uda, po pas, czasami po kolana. Ciężko i wolno. Co z tego, że czuję się świetnie, jak nie mogę tego wykorzystać. Pocieszeniem jest, że nawet jeśli pode mną są jeszcze jakieś szczeliny, to stary zmrożony śnieg pod świeżym, jest dosyć pewny. W tych warunkach 50-100 kroków do góry i przystanięcie. Gdy śniegu po pas, co 30 kroków i przystanięcie. Powoli, ale jednak do przodu. Widać coś co powinno być wierzchołkiem Kazbeka. Jeszcze kawał drogi. Zerkam czasami na ślad zapisany w gpsie, ale i tak wkoło wszystko zasypane nawianym świeżym śniegiem. A tak niedawno szedłem tutaj lodową przyjemną ścieżką. Pomarzyć. Zapisany ślad się jednak kończy. Chmury i burza śnieżna z piorunami zmusiły mnie wtedy do odwrotu. Czas wytyczyć własną zupełnie autorską ścieżkę. Wybrałem wersję: ostro na skos do góry. Termometr wskazywał minus 13°C. Znajdowałem się w tym momencie na odcinku trasy biegnącym po stronie rosyjskiej (graniczny gruzińsko-rosyjski charakter góry wymagał rejestracji w schronisku Bethlemi dla pograniczników).

I zaczęło się. Po uda, po pas w śniegu, coraz bardziej stromo, więc doszło osuwanie. Katorżnicza droga. Ale konsekwentnie do przodu. Niezła mordęga. Za to pogoda dopisywała. Śnieg nie padał, wiatr wiał, ale porywisty był tylko chwilami. Chmury wokół Kazbeka, te najwyżej położone, znajdowały się teraz mniej więcej na wysokości jego wierzchołka. Tylko czasami o niego zahaczały. Do tego piękne, kłębiaste. Momentami świeciło słońce. Tak do około 4800m szło się bardzo ciężko w kopnym śniegu. Istniało nieduże ale realne zagrożenie lawinowe. Bo wiatr utworzył miejscami nawisy śnieżne, a nachylenie sięgało 40-45 stopni. Od około 4800m n.p.m. było lepiej, bo wiatr wywiał częściowo śnieg i po części trasy szło się całkiem przyjemnie, choć cały czas po stromym. Odrobinę bardziej płasko zrobiło się w okolicach 4850m. Zauważyłem daleko w dole krótki odcinek, który mógł być kiedyś ścieżką. Wskazywałoby to, że wcześniejsza ścieżka prowadziła cały czas lekko w górę, a dopiero potem bardziej stromo, być może zakosami i wyprowadzała w rejon gdzie ja się znajdowałem.

Mój stary i zużyty sprzęt radził sobie nad wyraz dobrze. Jako że wyprawa była mało górska, bo oprócz Kazbeka obejmowała jedynie turecki Ararat i irański Demawend, to prawie całe moje ubranie wyłącznie z butami było do wyniszczenia. Skórzane i wysłużone buty dawały radę, choć zaraz po Kazbeku wylądowały w koszu na śmieci. Reszta odzieży też straciła już dawno większość swoich właściwości. Mój organizm jednak świetnie czuje się w zimowych i mroźnych warunkach, toteż na niejedną poważną górę wszedłem z takim sprzętem, że inni alpiniści z całego świata – nawet z dużo biedniejszych krajów – pukali się w czoło jak ja chcę wejść na szczyt w tym co mam na sobie. Oni wszyscy mięli lepszy sprzęt, często za grube tysiące dolarów. Tylko że ja jakoś zawsze wchodziłem na szczyt, bez większych problemów, bez odmrożeń. A oni często nie. Bo w górach sprzęt jest ważny, ale nie najważniejszy. Z tego co zależy w górach od człowieka to najważniejsza jest psychika i charakter, potem przygotowanie fizyczne i predyspozycje fizyczne do wspinaczki w górach wysokich, a dopiero następnie jest sprzęt. Dopóki zdobywanie szczytu idzie prawidłowo, to gorszy sprzęt daje radę. Dopiero gdy pojawia się problem jak np. przymusowa noc w jakiejś jamie śnieżnej, od dobrego sprzętu zaczyna zależeć zdrowie i życie. Nie inaczej jest z Kazbekiem. Jeśli pogoda jest dobra i wejście na szczyt przebiega sprawnie, nie trzeba żadnego super sprzętu. Przyzwoite buty trekkingowe śmiało dadzą radę – buty w górach to zawsze kluczowy element. W lecie używanie skorup czy najwyższych modeli nie-skorup to coś absolutnie zbędnego na Kazbeku.

Nie wiem jak inni wchodzą na szczyt w ostatnim fragmencie (bo nie widziałem ścieżki). Zrobiłem więc to następująco. Najbardziej mnie kusiło pójść prosto bardzo stromo do góry między niewielkimi skałkami, ale jednak po lodowcu. Było tu kilka szczelin brzeżnych. Jednak bez asekuracji i samotnie było to zbyt duże ryzyko. Miałem już dość obchodzenia dookoła tego Kazbeka, ale inne gruzińskie drogi wymagają partnera do wspinaczki. A ja ani partnera ani sprzętu. Jedynie raki półautomaty, czekan i kawałek cienkiej liny pomocniczej (repsznur) gdybym z kimś szedł do góry. Ale nie szedłem.

Ruszyłem więc poniżej skałek i za nimi po lodzie do góry. Nachylenie było bardzo duże. 50 stopni na pewno, a czytałem że i 60 stopni jest w tym miejscu. I ten najstromszy odcinek na Kazbeku ma około 100-150m deniwelacji względnej. Asekuracja czy zainstalowanie poręczówek nie zaszkodziłoby, choć z tym ostatnim byłoby za dużo pracy, potrzebne byłoby trochę sprzętu, zwłaszcza nielekkich lin do wyniesienia. A po co, skoro da się bezpiecznie wejść bez tego, czego jestem najlepszym przykładem. I szybciej. Mimo że nie ma przepaści, to w razie upadku i braku hamowania można bardzo szybko zjechać dobre 500m deniwelacji względnej, a „przy odrobinie szczęścia” i 1000 metrów. Zabicie się wcale nie jest niemożliwe, a nawet bym rzekł, że prawdopodobne. Bo są miejsca gdzie może nas trochę wyrzucić jak z małej skoczni, niżej są też szczeliny. Więc żartów nie ma. Dlatego szedłem bardzo ostrożnie. I tu bardzo ważna uwaga, w tym miejscu trzeba mieć pewność, że raki są naprawdę dobrze założone i nie zlecą z butów. Mimo że było bardzo stromo, sporo adrenaliny, to po samym lodzie szło się naprawdę dobrze. Niestety było też sporo nawianego śniegu, w postaci zasp. Nie dało się wszystkich ominąć. A tutaj raki zupełnie sobie nie radziły. Zsuwałem się. Kilka razy serce zabiło mi szybciej. Ale jakoś to dziadostwo przeszedłem.

Stromo jest do samego szczytu, dopiero ostatnie kilkadziesiąt metrów (ale nie deniwelacji względnej) spłaszcza się. I oto jest - szczyt. Najbardziej wysuniętego na wschód 5-tysiecznika Kaukazu. Wreszcie. Czas wejścia w normalnych warunkach uznałbym może nie za fatalny, ale za słaby. W tych okolicznościach był to świetny czas. 11 godzin. Na szczęście dosyć stabilna pogoda, która się zrobiła, napawała optymizmem. Była dużo gorsza niż mój pierwszy dzień na Kaukazie, ale dobra. Prognoza Georgija – gospodarza w Bethlemi na szczęście się nie sprawdziła – w końcu. Zamiast  pięknej nocy było załamanie pogody, zamiast załamania pogody w dzień, pogoda zrobiła się bardzo przyzwoita. Ale w nocy naprawdę niewiele brakowało bym zawrócił.

Gps szalał pomiędzy 5031 a 5035m n.p.m. (deniwelacja bezwzględna). Ta ostatnia liczba to najwyższa jaka pojawiła się na ekranie. Na pewno to nie jest 5047m jak mówią niektóre dane. A na szczycie spędziłem ponad pół godziny, gps łapał bardzo dobry sygnał z 10 satelit.

Widoki były zjawiskowe. Może właśnie dzięki morzu efektownych kłębiastych chmur poniżej i na wysokości szczytu, z pomiędzy których odsłaniały się czasami spore fragmenty Kaukazu. Nie mniej, nic wyższego w tej części gór nie było. Tylko ja i góry, po naprawdę wymagającej wędrówce. Kazbek to góra dużo trudniejsza technicznie niż najwyższy kaukaski szczyt Elbrus, na którym byłem dwa razy. Ale obiektywnie, technicznie Kazbek nie jest jakoś szczególnie trudny.

Wejście na szczyt sprawiło mi wiele radości. Ararat i Demawend były fajne. Ale takie banalne wejścia nie dają tyle satysfakcji co takie wejście jak na Kazbek. Pogoda i brak innych wspinaczy sprawiły, że było to wejście o dużej wartości. Wpierw wydawało się, że pójdzie wszystko szybko i bezproblemowo, potem załamanie pogody, obawy że nic z tego nie będzie, a w końcu samotne trudne wejście na szczyt w zimowych i lodowcowych warunkach. Z elementami grozy. Nieraz stawałem samotnie na różnych szczytach, nierzadko wymagających i po ciężkiej walce. I zawsze jest tak samo. Świadomość, że jesteś sam jeden na szczycie, a górę zdobyłeś po walce, to jedyne uczucia w swoim rodzaju. Iście ekstatyczne. Tylko ty, nikogo więcej w promieniu iluś kilometrów, nieraz tysięcy, na takiej wysokości. Wszystko zależy od ciebie. Tylko ty możesz sobie pomóc lub zaszkodzić. Od ciebie zależy czy przeżyjesz czy zginiesz. Takie wejścia hartują człowieka, pozwalają poznać siebie, swój charakter i swoje możliwości. Niesamowicie rozwijają. Są najlepszą szkołą jaka może być. Nie od dziś wiadomo, że podróże kształcą, a góry potrafią to zrobić w przyśpieszonym tempie. Żadna szkoła czy kurs nie zastąpi tak zdobytego doświadczenia.

Na szczycie Kazbeka nie ma nic – tylko śnieg i lód. Jedynie gps i widok, że nie ma wokół nic wyższego jest gwarantem, że jesteśmy na Kazbeku. To tutaj początek bierze najbardziej znany w tym rejonie lodowiec Gergeti i parę innych. Bardzo efektownie prezentowało się lodowe plateau poniżej, przykryte grubą warstwą śniegu.

Wypiłem resztę letniej już herbaty, z trudem zjadłem zamarzniętego na kość batona – można przez takiego stracić zęby – i czas było ruszyć w dół moją autorską drogą. Zejście to często trudniejsza połowa zdobywania góry. Jest zazwyczaj szybsze, ale też zazwyczaj trudniejsze. W dół trudniej pokonuje się bardziej techniczne fragmenty, dochodzi zmęczenie i pewne rozluźnienie, które następuje po zdobyciu szczytu. A tu trzeba być jeszcze bardziej skoncentrowanym.

W górach należy pić dużo płynów. Brzmi pięknie, ale kto je będzie za mnie nosił. Bo mi się nie uśmiecha. Ale skoro wokół było pełno śniegu i lodu to wody mi nie brakowało. Nie ma to jak polizać sopelka. Lub pojeść sobie śniegu. Bez smaku, ale za to tylko zero kalorii. Choć w taki dzień potrzebne jest mnóstwo kalorii, gdyż organizm pracuje na najwyższych obrotach. Będąc  bardziej poważnym, to taki śnieg i lód, to nic innego jak woda destylowana, która wysysa z nas wartościowe pierwiastki, co jest niekorzystne dla organizmu.

Czas było się skupić na pokonaniu lodowego bardzo stromego pola ze śnieżnymi niespodziankami. Gdyby tak mieć narty w tym momencie. A tu trzeba było zaiwaniać na nogach. Ostrożnie, powoli. Trochę emocji było, ale generalnie bez problemu. Widoki przecudne. Potem mój ukochany kopny śnieg… a niech go szlag trafi. Utkwił mi w nim rak, który był tak oblodzony, że nie udało się go potem ani idealnie oczyścić ani idealnie założyć, więc co jakiś czas spadał. Ale na tym odcinku trasy nie robiło to wielkiej różnicy.

Czym było później tym chmury schodziły niżej, ale nadal widoki były świetne. A na lodowym plateau zauważyłem sześć osób. Szli od strony rosyjskiej (z tego co mówili Gruzini, to oni już teraz potrzebują wizy do Rosji, a Rosjanie wiz do Gruzji ciągle nie potrzebują). W zasadzie to ja również w tamtej chwili znajdowałem się na terenie Rosji. Było tam tyle śniegu, że uznali, iż nie ma potrzeby wiązać się liną. Gdy przechodziłem na wysokości 4500m n.p.m. pomachałem im, oni mnie i kontynuowaliśmy wędrówkę. Ja w dół. Oni mniej więcej do miejsca gdzie ja byłem.

Założenie bazy na 4500m n.p.m. i atak szczytowy to bardzo fajne rozwiązanie, bo po ataku szczytowym mogli tego samego dnia jeśli nawet nie zejść jeszcze w dolinę, to zejść poniżej lodowców. Moi przyjaciele mam nadzieję, że doceniliście jaką fajną zrobiłem wam drogę na szczyt:).

Tam gdzie było mniej śniegu, wiatr zdążył zatrzeć zupełnie moje ślady z rana. Dotarłem do szczelinowego lasu. Koncentracja i do przodu. To po moście lodowym, to przeskok nad szczeliną. Z dwa razy niewiele brakowało, by skok okazał się za krótki. Szczelina do której wpadłem świeciła czarną dziura pośród białego śniegu. Jej też się przejść nie dało, trzeba było przeskoczyć. I kolejne szczeliny. Do jednej wpadłem po kolana i gdy schodziłem już z plateau jeszcze do jednej prawie wleciałem. Starczy już na dzisiaj może. Nad głową były znowu same chmury, zrobiło się szaro, niektóre z nich zaczęły przechodzić przez dolinę w której się znajdowałem. Nie przeszkadzało to w niczym. Przeszkadzał jedynie labirynt skalno-lodowy. Bo trzeba było uważać i nie dało się iść szybko. Zresztą wlekłem się niesłychanie, tu zdjęcie, tam pooglądać widoki, tu jakiś ładny kawałek skał wulkanicznych, a tam jeszcze piękna szczelina lodowcowa. Huk spadających kamieni, a na jednym małym bocznym lodowcu nawet świeża lawina śnieżna. Nie mniej, śnieg w tak ładny dzień jak ten, poniżej wysokości 4000m szybko topniał. Przez te moje zdjęcia i kręcenie filmików dwa razy nieźle wyrżnąłem. Trzeba było patrzeć pod nogi.

I oto jest. Schronisko. Najwyższy czas. Bo na zegarku 18:45. Zapadał zmrok. Schodzenie zajęło mi 5 godzin. Ale kopny śnieg i robienie zdjęć zrobiło swoje. Poza tym gdzie się miałem spieszyć. I tak wiedziałem, że tego dnia już nigdzie dalej nie ruszę.

Idę się zameldować do Georgija. A tam już imprezka. Ucieszył się, że jestem cały i zdrowy, a do tego stanąłem na szczycie. I po co brałeś radiotelefon, skoro go nie użyłeś? Żeby było trudniej, tzn. ciężej w plecaku. Pokazuję zdjęcia, szczelinę, warunki na trasie. Oj Grisza, Grisza. Powiem ci coś, jesteś kompletnym górskim durakiem. Dzięki Georgij, to na zdrowie, za górskich duraków. Czyli za mnie też, bo ja również tak chodzę – roześmiał się Georgij. Po czym dodał – wiele lat temu takich wariatów jak ty było więcej, głównie Rosjan. Ale nie pamiętam kiedy ostatni raz spotkałem takiego samotnego górskiego zakapiora jak ty. Może już starczy tych słodkich komplementów na dzisiaj Georgij. To było bardzo trudne i niebezpieczne w tych warunkach co zrobiłeś. Ale gratuluję. Samotne wejście w takim stylu, w takich warunkach, to jest klasa. Dobra, dobra. No to dawaj Georgij, jeszcze raz za górskich duraków. Uścisnęliśmy się po przyjacielsku i do dna. Porządny gruziński bimber. A oprócz nas kto? Polska ekipa. Sześciu chłopa większość, jak nie wszyscy, z południa Polski, niemalże z sąsiedztwa. Oni mnie od duraków nie wyzywali – he he – ale też przyznali, że to było niebezpieczne co zrobiłem i graniczyło z szaleństwem. A czego wyjście się spodziewali po szalonym duraku? A potem rozmowy, jedzenie, bimber, opowieści. Zresztą ta bardziej doświadczona trójka treningowo i aklimatyzacyjnie wybrała się na jeden z okolicznych czterotysięczników i wróciła grubo po zmierzchu. I kto tu jest szalony:)?

 

Mimo że moje wejście było ciężkie i długie, to czułem się świetnie, nie czułem zmęczenia, choć pewnie zmęczony byłem. Od razu przyłączyłem się do biesiadowania, a siedzieliśmy do późna w nocy. Aż się bimber skończył. Polska ekipa planowała start na Kazbek nie dnia następnego, tylko pojutrze. Z tymże ta mniej doświadczona trójka uczyniła bardzo mądrze i postanowiła wynająć przewodnika. Cena to 300 dolarów, ale na 3 osoby da się przełknąć, no i jest dużo pewniej i bezpieczniej. Nie należy bowiem brać przykładu z duraka Gregora. Jako, że nikt nie przybył do schroniska tego dnia, to gdybym chciał iść z kimś na szczyt, musiałbym czekać kolejne dwa dni. A tak udało mi się zdobyć Kazbek w  fajnym stylu z przygodami.

Chłopaki się stopniowo wykruszali. Cóż, bimber miał pewnie dobrze ponad 40 procent alkoholu. Posiedziałem jeszcze trochę z Georgijem. Czułem się tak dobrze, że mógłbym znowu ruszyć do góry. Na dobrą sprawę budzik całkiem niedługo znów miał dzwonić o 1:30. Ale tej nocy nie było takiej potrzeby.

Pozdrawiam

Gregor

 

Film, na którym między innymi Kazbek, znajduje się: TUTAJ. Inne filmy: KAZBEK 1KAZBEK 2.

Praktycznie ten sam tekst, w formie artykułu, znajduje się w dziale reportaże: TUTAJ.

Felieton o innym kaukaskim wulkanie - Elbrusie - znajduje się: TUTAJ.

(stary blog z wyprawy, październik 2012)

Na zdjęciach: 01-03)szczelina lodowcowa do której wpadłem – rano, wieczorem i widok wgłąb, ok. 4300m, warto zwrócić uwagę jak była zakamuflowana; 04) moja autorska ścieżka, ok. 4600-4700m, 05-06) ostatni stromy fragment przed szczytem, 07-010) szczyt Kazbeka 5033m, pomiar GPS nie potwierdził wysokości 5047m, jaka często widnieje – obok 5033m – w różnych źródłach, wysokość oscylowała między 5031 a 5035m.

Opublikowano w Blog
Opuściłem Teheran autobusem. Przede mną było 30 godzin podróży zamiast niewiele ponad godzinnego lotu. Ale gruzińskie linie zwróciły pieniądze (choć na różnicach kursowych trochę straciłem), a trasa okazała się całkiem interesująca. Zaprzyjaźniłem się w autobusie z Irańczykiem, który znał biegle angielski i jechał do Gruzji uczyć tego języka. Opowiadał, że teraz litr benzyny kosztuje 20 centów USD, ale dwa lata temu kosztował dużo mniej i litr benzyny był o sto procent tańszy od litra wody butelkowanej. Mówił też, że w Teheranie bardzo drożeją mieszkania. Metr w dobrym apartamentowcu kosztuje 2000USD, co w Iranie jest potężną kwotą pieniędzy. Rozmawialiśmy też jak w Iranie świetnie potrafią podrabiać zachodnie produkty, irańska coca-cola „zam zam” smakuje prawie tak samo jak oryginalna, którą oczywiście bez problemu można kupić w Iranie, a batony „tak tak” wyglądają i smakują dokładnie tak jak  „kit kat”.

W Tabriz jeden luksusowy autobus zamieniliśmy na drugi, do Gruzji jechało nas tylko 7 osób. Do znanej mi granicy z Turcją dojechaliśmy przed 3 w nocy następnego dnia. A tam u irańskich celników i tureckich zero pośpiechu. Dlatego przekroczenie granicy zajęło ponad 3 godziny, mimo że nie było wielkiego ruchu. Za to przemyt i owszem – papierosy, paliwo. Cała wschodnia Turcja jeździ na paliwie przemyconym z pobliskiego Iranu i Iraku, bo paliwo w Turcji jest drogie. Nie wszystkim udał się przemyt. Z Irańskimi celnikami nie miałem żadnych problemów, ale za to z tureckimi owszem. Dlaczego? Bo nie potrafią czytać – przynajmniej niektórzy – nawet po turecku. O angielskim nie wspominając. A na ich wizie pisze w obu tych językach, że jest to wiza wielokrotnego wjazdu. Oni próbowali mnie przekonać, że nie. Jeden celnik, drugi celnik, trzeci celnik. Nikt po angielsku, więc moje pytania, czy potrafią czytać, czy można być w Turcji celnikiem analfabetą? – nie spotkały się z żadnymi konsekwencjami.  A odpowiedź na powyższe pytania była następująca; nie i tak. Dramat. W końcu wbili mi tą pieczątkę.

Dojechaliśmy do Dogubayazit. Tam nasi kierowcy zostawili kontrabandę papierosów, których nie znaleźli celnicy. Jedyna Iranka zdjęła chustę, przebrała się i zaczęła wyglądać jak kobieta, a mężczyźni kupili piwo. Ararat wyglądał tak jak 2 tygodnie wcześniej. Bezchmurne niebo, w dzień upał, nad ranem chłodno i ani grama śniegu więcej niż gdy na niego wchodziłem. Ruszyliśmy do granicy z Gruzją. Pustynne góry, wysokość na trasie do ponad 2500m, a czym bliżej Gruzji tym więcej lasów na górskich zboczach. Nasz kierowca jechał jak wariat. Pełnowymiarowy autobus, a on momentami jechał 150km/h (pomiar GPS), na niektórych zakrętach myślałem że wylecimy z drogi jak nic. Gdy zaczęły się serpentyny zwolnił, ale i tak prędkość była bardzo ryzykowna. Świetny autobus volvo, ale bez przesady.  Czułem się jak w nepalskich autobusach w Himalajach, tam jeżdżą tak samo. Tylko tamte autobusy nie mają klimatyzacji zazwyczaj, a ten miał. I mimo że na dworze było + 31 stopni C, to w autobusie było zimno: + 14 stopni. Do tego kierowcy chcieli nas wykończyć okropną głośną irańską muzyką pop i disco. To znaczy mnie, bo oczywiście byłem jedynym turystą.

Na niedużym przejściu granicznym Turcy szybko wbili mi pieczątkę, ale znowu Gruzini się zawiesili nad moim paszportem. Tona wiz i pieczątek, w tym sporo wiz rosyjskich. W końcu znalazłem się w Gruzji. Gdy zobaczyłem w gruzińskich wioskach i miasteczkach dziewczyny w krótkich spódniczkach byłem zbulwersowany. Jak można się tak nieprzyzwoicie i bezwstydnie ubierać. Żartuję oczywiście. Byłem szczęśliwy, że wróciłem do normalnego pod względem ubioru – z mojego punktu widzenia – kraju. Droga była wąska, ale biegła przez piękne zalesione góry w kolorach jesiennych, doliną górskiej rzeki. Czasami były zamki lub ich ruiny. Natomiast miasteczka to nieremontowane bloki od czasu upadku ZSRR.

Przy zapadającym zmroku dotarłem do Tbilisi, które świętowało, jego część, zwycięstwo w wyborach parlamentarnych miejscowego miliardera Bidzina Iwaniszwilego, który pokonał partię prezydenta Michaila Saakaszwilego. Sytuacja gruzińsko-rosyjska znowu była napięta. Obawiano się rosyjskiej interwencji zbrojnej, gdyby wygrał Saakaszwili, bowiem Moskwa popierała prorosyjskiego Iwaniszwilego.

Tzw. międzynarodowy dworzec autobusowy w Tbilisi to totalny syf i dziadostwo. Bo Gruzja to w ogóle strasznie biedny kraj. A wiem co piszę, bo byłem w około 55-60 krajach na  pięciu kontynentach. Zdecydowanie Gruzji bliżej do krajów trzeciego świata, niż krajów rozwiniętych, a wojna z Rosją w 2008 roku tylko pogorszyła sytuację.  Zresztą rozpoczynanie wojny z potężną Rosją przez tak mały, biedny kraj, z tak słabą armią, to było szaleństwo skazane na porażkę. A Gruzja nad Abchazją i Osetią Południową nie miała kontroli już od wielu lat i prędzej oba oficjalnie ciągle autonomiczne regiony Gruzji staną się formalnie częścią Rosji lub niepodległymi państwami, niż będą znowu gruzińskie. A faktycznie te regiony już są częścią Rosji, nie tylko ze względu na podpisane umowy dwustronne i na stacjonującą tam rosyjską armię, ale też ze względu na wydawane rosyjskie paszporty. Jeśli Saakaszwili liczył, że NATO, USA czy Europa mu pomoże, to był naiwny i słabo zna historię. O czym my Polacy wiemy najlepiej. Nam też swego czasu Europa i USA obiecywały pomoc w razie napaści Niemiec czy Rosji, a potem wszyscy się na nas wypięli. Dlatego najlepsza jest zasada, licz tylko na siebie. Gdyby Gruzja była Azerbejdżanem z ropą i gazem, to może byłoby inaczej, ale Gruzja ma tylko przyrodę. A Europa i Stany dzisiaj mówią wiele o wartościach, a tak naprawdę chodzi tylko o kasę, surowce i biznes. Przykładów nie brakuje wskazując choćby Irak. Takie czasy.  

Mimo że świat chwali Gruzję za wzrost PKB i reformy wolnorynkowe, to ja tych reform i tego PKB w Gruzji nigdzie nie widziałem poza fragmentem Batumi (ale to niekoniecznie Gruzja, o czym napiszę we właściwym miejscu). Natomiast ceny rzeczywiście mają już europejskie. Choć to azjatycki kraj. Tylko powiedz Gruzinom, że mieszkają w Azji. Obrażą się. Oni są w Europie. Chociaż sąsiedni Azerowie nie mają problemu z przynależnością do Azji. Może dlatego, że Azerbejdżan jest bardzo bogatym krajem, a Gruzja liczy na pieniądze z UE.  Stąd wszędzie w Gruzji są place europejskie, a flag Unii Europejskiej jest więcej niż w Polsce, mimo że Gruzja członkiem UE nie jest i w najbliższych kilkudziesięciu latach nie widzę żadnego racjonalnego argumentu dlaczego miałaby być. A co do azjatyckości Gruzji, to wg dosyć powszechnie akceptowanej granicy przyjętej przez Międzynarodową Unię Geograficzną, granica pomiędzy Azją a Europą przebiega w tym rejonie obniżeniem Kumsko-Manyckim, 200-300km na północ od granicy rosyjsko-gruzińskiej.

Mimo późnej pory postanowiłem zaryzykować dojazd jeszcze tego dnia w Kaukaz do Kazbegi. Wziąłem taksówkę i udałem się na inny dworzec, a tak naprawdę ziemisto-betonowy dziurawy plac połączony z bazarem. Syf, śmieci, paskudne stragany, budki i klimaty z krajów trzeciego świata. Dla zachodnich turystów to może i atrakcja, dla nas Polaków nie. Gdy zmienialiśmy około 20 lat temu ustrój, jak się wtedy wydawało na lepszy, a dzisiaj są coraz większe wątpliwości, u nas było tak samo i miejscami jeszcze jest. Załapałem się na ostatnią marszrutkę i o 19:30 ruszyłem w góry Kaukazu. Droga biegnie w pobliżu Osetii Południowej, która zaczyna się już ok. 40km od Tbilisi. A droga ta nazywa się Gruzińską Drogą Wojenną. Łączy Tbilisi z Władykaukazem po stronie rosyjskiej (Republika Osetii Północnej i Alanii). Jest to górska efektowna droga, w najwyższym punkcie dochodząca do 2400m npm. Bardzo zaniedbana. Rosjanie za czasów ZSRR dbali o drogę, był asfalt, tunele. Gdy drogę przejęli niepodlegli Gruzini zostawili ją samej sobie, przez to na części nie ma asfaltu, a tunele ze względu na stan techniczny nie nadają się do użytku, droga biegnie obok nich. Prace naprawcze prowadzone są w minimalnym zakresie. Na tym przykładzie świetnie widać przepaść choćby między bogatym Iranem a biedną Gruzją. Gdy w Iranie na podobnej drodze ale o mniejszym znaczeniu z Teheranu nad M. Kaspijskie, już dzisiaj przyzwoitej klasy, buduje się kolejne liczne tunele, poszerza drogę, pracują setki ciężkich maszyn, praca wre. To w Gruzji wspominają tylko, że gdy dbali o drogę Rosjanie, to była to prawdziwa droga, a teraz nie ma pieniędzy, by doprowadzić ją do stanu przyzwoitości. Do Kazbegi dotarłem po trzech godzinach (ok. 150km). Kierowca tradycyjnie jechał jak wariat, ale taki urok marszrutek. Znalazłem hotelik i przygotowałem rzeczy na górską wędrówkę następnego dnia.

Następny wpis z wyprawy 2012 znajduje się: W drodze na Kazbek.

Pozdrawiam

Gregor

(stary blog z wyprawy, październik 2012)

 Czytaj również: Gruzja a sprawa Abchazji i Osetii Południowej.

Na zdjęciach: 01) zwolennicy partii Bidziny Iwaniszwilego cieszą się w Tbilisi z wygranych wyborów parlamentarnych, 02) widok na Kazbek 5033m z Kazbegi, 03) gruziński chleb (shoti), Kazbegi.

Opublikowano w Blog
Strona 1 z 8

nationalgeographic box

red bull 225x150

TOKFM box

iexpert 225X150px

stopka plecak

LogoStopka

stopka plecak

Strona używa informacji zapisanych za pomocą… plików cookies w celu dostosowania do indywidualnych potrzeb użytkowników. Jeżeli tego nie akceptujesz zmień ustawienia przeglądarki dotyczą…ce cookies. Więcej informacji można znaleźć‡ w naszej Polityce prywatności.