NAJBLIŻSZE PRELEKCJE PODRÓŻNICZE:

Dąbrowa Górnicza - Pałac Kultury Zagłębia - Plac Wolności 1
 - Projekt 100 WULKANÓW - po 11 latach na PÓŁMETKU, 13.10.2016, godz. 19:00, bilety 5zł,
WYWIAD: Jakie to uczucie, być legendą?
 

 a2b2

trojka 225x150

TVN box

swiatsiekreci2016

teleexpress225px2

genis.pl

portal gorski 225x150 box

slaskie box

spokey.jpg 225PX

LOGO

Podziel się

FacebookMySpaceTwitterGoogle BookmarksLinkedinRSS Feed
poniedziałek, 01 sierpień 2016 08:29

Najniebezpieczniejszy owoc świata

Najniebezpieczniejszy owoc świata. I do tego śmierdzący. Ale po kolei. Durian – bo o nim mowa – pochodzi  prawdopodobnie z Indonezji. Uprawiany jest w całej Azji południowo-wschodniej. Długość: kilkadziesiąt centymetrów, waga: do kilku kilogramów, kolor: zazwyczaj zielony, czasami żółtawy lub brązowawy. Zapach: kupy. Smak: kupy.

Już oczami wyobraźni widzę, jak smakosze są na mnie oburzeni, za użycie słowa: kupa. A przecież mogłem użyć gorszego. Nie ma jednak co się bawić w eufemizmy. Za każdym razem, gdy otwierałem duriana albo kosztowałem, moja ocena smaku była jednoznaczna i taka sama. Kupa! Odniosłem przy okazji wrażenie, że w niektórych rejonach Azji, durian w kuchni, stanowi odpowiednik amerykańskiego avocado. Które nie śmierdzi, ale ma nijaki smak. Wiem, znowu podpadłem znawcom kuchni.

Co z tym niebezpieczeństwem? To wina smrodu? Otóż nie. Cierpliwości.

Gdyby zrobić konkurs na najbardziej "abstrakcyjną śmierć", zakładając, że te dwa słowa nie są ze sobą sprzeczne, śmierć od duriana pewnie dałaby miejsce na podium. Może nawet najwyższe. Jego owoce mają ostre kolce i ważą nawet kilka kilogramów. Jeżeli zestawimy to z drzewami na których rosną, 30-40 metrów nad ziemią, w skrajnych przypadkach 50, od razu widać w czym rzecz. W Polsce na głowę może nam spaść co najwyżej jabłko albo gruszka. W Azji kilkukilogramowy durian z kolcami z czterdziestu metrów wysokości. To śmiertelne zagrożenie. Nie tylko hipotetyczne, takie przypadki zdarzały się w przeszłości.

Lecz śmierć od duriana nie jest najgorsza w tym wszystkim. Nie dość, że ofiara będzie nieżywa, to jeszcze będzie śmierdziała. Czym? Kupą. Rozwalony durian na głowie i śmierdząca żółtawa maź uszkodzonego owocu... brrrrrr. Istny horror.

Co nie zmienia faktu, że duriana w Azji kochają i robią z nim przeróżne rzeczy. Nazywają go królem owoców, a w Singapurze w centrum miasta stoi nawet budynek w jego kształcie. Znany i używany jest od czasów prehistorycznych. Pełni ważne funkcje w kuchni i stanowi coraz większą atrakcję turystyczną. Plantacji tego owoco-warzywa przybywa, pielęgnowane drzewa są znacznie niższe, od tych dzikich.

Można go jeść jak każdy owoc. Stanowi bazę koktajli mlecznych i lodów(np. kacang). Lecz najczęściej jest dodatkiem do sałatek warzywnych. Używa się go do wyrobu cukierków, ciastek i ciast (bollen). Durian jest bowiem bogaty w cukier i dosyć kaloryczny. Smaży się go z cebulą i chili (sambal), rozdrabnia z solą, cebulą i octem (boder), przygotowuje z kleistym ryżem i mlekiem kokosowym (pulut durian). Dodaje się go do zup z ryb słodkowodnych (sayur), smaży z rybami, a nawet używa jako paliwa do suszenia ryb. Zaś, suszone kawałki owocu je się jak chipsy (kripik). Duże nasiona spożywa się po ugotowaniu albo upieczone najczęściej na oleju kokosowym (surowe są toksyczne). Niedojrzałe duriany gotuje się i zjada, można kupić konserwy z durianem na słodko i na słono. W kuchni używa się również gotowanych liści i pędów (jako środek przeciwgorączkowy) oraz przyrumienionej skórki. Ceni się także miód durianowy, a sfermentowany durian służy jako przyprawa (tempoyak) oraz nadzienie naleśników. Na wyspie Jawa używany bywa jako afrodyzjak. I w ogóle w tej części Azji wszyscy twierdzą, że smakuje wybornie i pięknie pachnie. Jak migdały.

Nie trzeba jednak jechać aż do Azji, by go zakosztować. Można mrożonego duriana spotkać na przykład w dzielnicach Londynu, w których mieszka sporo przedstawicieli z Azji południowo-wschodniej. Ale nie tylko tam. Szukajcie a znajdziecie, że zacytuję Biblię. W Europie jest znany od około 600 lat.

By utrzymać sinusoidę nastrojów podczas czytania tego tekstu, końcówka będzie mniej optymistyczna. Duriana nie wszędzie możemy spożywać i nie zawsze przewozić - zapach wydziela nawet, gdy jest nienaruszony. Zakaz dotyczy transportu publicznego w wielu zakątkach Azji. Choćby w singapurskim metrze napotkamy liczne tabliczki z przekreślonym owocem. Nie można go wnosić do miejsc publicznych i hoteli, ani spożywać. Może i dobrze, bo jak się ufajdamy durianem i będziemy cuchnąć kupą, spacer po mieście albo obiad w restauracji, będą średnio przyjemne. Nie tylko dla nas.

Krótki fragment o durianie nagrałem w tym filmie, od 5:22minuty: LINK.

Opublikowano w Reportaż
sobota, 30 lipiec 2016 10:27

Misja BRAZYLIA

Można spotkać ich wszędzie. Nie tylko Azja i Afryka. Są niemal w każdym kraju. Także w Brazylii. Kto? Misjonarze. Gdziekolwiek są, nie mogą posługiwać się schematami. Muszą się dostosować. A to nie takie łatwe. Różne kraje, klimat, zwyczaje. Ludność o innym temperamencie i przyzwyczajeniach. O różnych oczekiwaniach w stosunku do duchownego. W końcu inny język, który trzeba znać. Bez niego trudno zaprzyjaźnić się z parafianami, zasymilować, zbudować bliskie relacje.
            Polskich misjonarzy można spotkać praktycznie na całym świecie. Jest ich około dwóch tysięcy. Liczba powołań – nadal duża – pozwala diecezjom wysyłać swoich duchownych na najodleglejsze fronty posługi duszpasterskiej. Nie jest to jednak zadanie dla każdego. Tylko nieliczni mają odwagę, by zdecydować się na wyjazd na misję. Zamienić polską parafię, przewidywalną, spokojną, na coś zupełnie nieznanego, często wiele tysięcy kilometrów od kraju. To wyzwanie.

Lupercio

            Ksiądz Robert Nurczyk zanim z początkiem 2010 roku objął parafię w Brazylii, wcześniej przez dwa lata pełnił posługę w Argentynie. Ta zmiana zmusiła go nauki nowego języka – zamieniłem hiszpański na portugalski. Mimo że podobne, to są to dwa odrębne języki. Gdybym odprawił w Brazylii mszę po hiszpańsku raczej nikt, by mnie nie zrozumiał. Musiałem szybko opanować nowy język, bo umiejętność odprawienia mszy po portugalsku, jest bez wątpienia niewystarczająca – tłumaczył ksiądz Robert.

            Lupercio to nieduża miejscowość w stanie Sao Paulo. Jakieś 400km na północny-wschód od tego największego miasta Ameryki Południowej. W municipio, czyli w gminie, żyje blisko pięć tysięcy mieszkańców, a najbliższym większym miastem jest dwustutysięczna Marilia. Znajduje się około 30km od Lupercio. Niska jednorodzinna zabudowa. Trochę sklepów, punktów usługowych, barów i restauracji, stacja benzynowa, nieduży dworzec autobusowy, poczta, posterunek policji, bank, malutki szpital, od niedawna działa też w Lupercio prywatna wyższa uczelnia. Wokół niewysokie góry, na których liczne wielkoobszarowe gospodarstwa rolne, tzw. fazendy, gdzie uprawia się kawę, banany, kokosy trzcinę cukrową, arbuzy, pomarańcze, hoduje się bydło. Przyjemny, łagodny tropikalny klimat. Spokojna okolica, gdzie czas jakby zwalnia. W centrum Lupercio znajduje się sporych rozmiarów plac o charakterze parku, a w jego centralnym miejscu świątynia. Sporych rozmiarów i o całkiem ładnej bryle, niedawno z zewnątrz odnowiona –  w Lupercio i w tych okolicach chrześcijanie stanowią prawie 100% mieszkańców, z czego 60-70% to Katolicy a pozostałe 30-40% to Ewangelicy podzieleni na wiele wspólnot neopentekostalnych. Do mojej parafii należy również miejscowość Santa Teresina, gdzie w centralnym punkcie znajduje się plac z kościołem, ale mniejszym niż ten  – opowiadał oprowadzając po świątyni ksiądz Robert, proboszcz parafii Santo Inacio De Loyola w Lupercio.

            Te inne wspólnoty (kościoły), to między innymi zielonoświątkowcy, adwentyści, protestanci – czyli Ewangelicy, bo to ogólna nazwa tych Kościołów. Dużą grupę stanowią wierni Kościoła Uniwersalnego. Założyciel i pastorzy kładą nacisk głównie na emocje oraz pragnienia doświadczenia cudów i szybkiego wzbogacenia się. Coraz więcej jest świadków Jehowy i mormonów – tłumaczył ksiądz Robert. Ponadto kilka procent społeczeństwa wyznaje religie archaiczne jak animizm. Dotyczy to w szczególności Amazonii. Mimo iż w Brazylii około 90% społeczeństwa jest członkami jakiejś wspólnoty religijnej – w zdecydowanej większości chrześcijańskiej – to jedynie około 60% stanowią Katolicy, z których nie więcej niż 20-25% czynnie uczestniczy w życiu Kościoła. W liczbach bezwzględnych jest to jednak największa narodowa wspólnota wiernych na świecie, bowiem liczba ludności Brazylii przekracza dwieście milionów. Co prawda, więcej chrześcijan jest w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej, ale przynależą oni do bardzo dużej liczby różnych Kościołów.

Festy

            Kościoły i parafie w Brazylii pełnią istotną rolę kulturalną dla miejscowej społeczności. Parafie organizują między innymi regularnie swoje święta, które noszą nazwę fest. Jest to połączenie zabawy często z muzyką i tańcami, z biesiadowaniem przy jedzeniu, ale także przy alkoholu w umiarkowanych ilościach oraz z licytacjami różnych przedmiotów podarowanych przez parafian. Wszystkie pieniądze ze sprzedaży jedzenia i napojów – a ceny są niewygórowane – oraz z licytacji, przekazywane są na potrzeby parafii. Pieczę nad finansami sprawuje komisja finansowa wespół z proboszczem. Produkty do przygotowania potraw również pochodzą z datków. Jeden da worek mąki, drugi trochę mięsa albo warzyw, kolejny dorzuci dwadzieścia kurczaków czy kilka zgrzewek napojów. Na licytację przekazywane są produkty wytwarzane przez miejscową ludność, m.in. worki kawy czy żywe bydło.

Obserwacje księdza Roberta doprowadzają do wniosku, że Brazylijczycy jak już są czynnymi chrześcijanami i uczęszczają do kościoła, to aktywnie też angażują się w życie całej parafii. W organizowanie i prowadzenie fest, innych imprez o charakterze religijnym i kulturalnym. Dbają o dobry stan kościoła i jego wyposażenie. Ze względu na ich temperament, nabożeństwa muszą być prowadzone bardziej energicznie, nie mogą być za długie i konieczna jest dla nich muzyka, śpiew. Każdy kościół dlatego posiada instrumenty muzyczne. Nie może zabraknąć gitar, z basową wyłącznie, perkusji. W powszechnym użyciu są też keyboardy.  Nagłośnienie również musi być odpowiednie. Harmonogram fest w parafiach w danej diecezji jest powszechnie znany. Prawie w każdy weekend można gościć w którejś z nich na tego typu zabawie. Większe parafie organizują nawet profesjonalne koncerty zapraszając znanych artystów i festę kończy pokaz sztucznych ogni. Są też różne gry i konkursy, zwłaszcza dla najmłodszych. Drobni przedsiębiorcy otwierają różne stoiska na ten czas. Nie bez znaczenia jest, że niemal każda parafia dysponuje budynkiem z wielką salą, gdzie można wszystko zorganizować, gdzie jest kuchnia, gdzie można rozłożyć stoliki i krzesła. Są to zazwyczaj proste konstrukcje gdzieś w sąsiedztwie kościoła, ale funkcjonalne i koniecznie sala powinna być możliwie jak największa, nierzadko ze sceną. Kuchnia też jest niezbędna, by przygotować różne dania na ciepło jak kulki ziemniaczane, grzane wino czy smażone pierożki często zbliżone do znanych szczególnie w Argentynie i Chile - empanadas (na farsz najczęściej składa się zmielone mięso i warzywa). No i oczywiście niezbędny jest grillowany kurczak z frytkami – bardzo popularny posiłek w całej Ameryce Południowej. Infrastruktura parafialna uzupełniona jest często o sprzęt nagłośniający, za pomocą którego w tygodniu ogłasza się informacje parafialne, które słychać w całym centrum miejscowości. Festę przygotowują, prowadzą i sprzątają po niej – parafianie. Nieodpłatnie. Jest to ich wkład w życie parafii. Nad wszystkim czuwa proboszcz. Jest to też świetna okazja do zaprzyjaźnienia się, poznania innych członków lokalnej wspólnoty. Nie można uniknąć porównania fest z odpustami w polskich parafiach. Jednak, kiedy w Polsce odpusty mają charakter zazwyczaj jednodniowy i wiąże się to przede wszystkim z większą liczbą mszy i nabożeństw o bardziej uroczystym charakterze oraz z kramami wokół kościoła sprzedającymi zazwyczaj różne tandetne drobiazgi, to festy w Brazylii mają inny charakter. Jakieś stoiska też się pojawiają, ale są to dwudniowe, a czasami nawet trzydniowe zabawy z muzyką, tańcami, bardziej przypominają obchody u nas tzw. dni miasta czy gminy, niż odpusty. Albo po prostu festyny. Jest rozrywka, jedzenie, piwo, wino, pełno ludzi do późnego wieczoru, rozmowy, tańce. 

Misja nie dla każdego

            Ksiądz-misjonarz jest ważną postacią dla miejscowej społeczności. Dobrze, by umiał nawiązać kontakt, by lubił ludzi i chętnie się z nimi spotykał, rozmawiał, wykazał się inwencją. Nie tylko kierowanie parafią, prowadzenie nabożeństw i udzielanie sakramentów. Ksiądz Robert między innymi organizuje spotkania z młodzieżą, gdzie przy pizzy można porozmawiać o wszystkim, pośmiać się i pożartować. Ktoś z odległej Polski jest osobą egzotyczną i interesującą. Choćby taki śnieg, którego prawie nikt nie miał tutaj okazji nigdy dotknąć, czy opowieści o ujemnych temperaturach, niespotykanych na tych szerokościach geograficznych. Bardzo często też w niedzielę ksiądz jest zapraszany na obiad przez parafian. Ma on wręcz charakter uroczysty, cała rodzina stara się jak najlepiej ugościć swojego duszpasterza. Przy okazji poznać go.

            Padre Roberto – jak zwracają się do niego wierni, w Polsce wychował się na Górnym Śląsku, w Bytomiu. Jego rodzina jednak pochodzi z Polski północno-wschodniej, dlatego ukończył seminarium w Olsztynie. I to biskup diecezji warmińsko-mazurskiej musiał wyrazić zgodę na prowadzenie posługi duszpasterskiej poza granicami kraju.  Bywa, że jest możliwość wyjazdu na wybrane przez siebie miejsce, albo trafia się wyłącznie tam, gdzie wyśle biskup. Ksiądz Robert kończąc kilka lat temu seminarium, już wtedy myślał o misji za granicą i po wyświęceniu dosyć szybko udało mu się te plany zrealizować. Przyznaje jednak, że - brak księży to nie tylko problem takich krajów jak Brazylia. To także problem Europy, a może niedługo też i Polski. Głównym zadaniem księdza, bez względu na miejsce w którym się znajduje to dawanie świadectwa o Zmartwychwstałym Chrystusie i tym samym miłości, która musi być podstawą naszego życia. Dokładnie to wyraża Eucharystia, która może być sprawowana jedynie przez księdza.

Brak powołań kapłańskich wśród miejscowej ludności w Brazylii spowodował, że ksiądz-obcokrajowiec jest częstym widokiem w tym kraju. Nie inaczej jest w Lupercio i okolicach - w sąsiedniej parafii, po jednej stronie Lupercio, proboszczem jest Hindus, a po drugiej stronie Polak, Zdzisław Nurczyk, który przyleciał do Brazylii w 1990 r. Był proboszczem w różnych miejscach, obecnie w sąsiednim Ocauçu. Mam jednak do pomocy kleryka – kontynuował ksiądz Robert – Brazylijczyka, który pomaga mi w niedziele, kiedy jest najwięcej obowiązków. Kiedyś zapewne obejmie którąś parafię. Nazwisko Nurczyk, oczywiście nie jest przypadkiem, Zdzisław jest wujkiem Roberta, bratem jego ojca.

Ksiądz Zdzisław to w Brazylii tak naprawdę Dislau, ponieważ Brazylijczycy nie są wstanie wymówić trudnego polskiego imienia. Ze względu na duże obszary parafii, często bez kapłana, za namową wujka misjonarza, ksiądz Robert zdecydował się objąć parafię w Brazylii. Tutejsze parafie liczą często znaczną ilość kilometrów kwadratowych, miejscowości na ich terenie są porozrzucane, często w znacznej odległości od siebie. Dochodzi do tego teren górski i wiele szutrowych dróg, fragmenty lasów tropikalnych. Jak w parafii jest jeden ksiądz to i tak jest wielkie szczęście. Nie mniej, trudno jednemu odwiedzić w tygodniu wszystkie miejscowości należące do parafii, odprawić wszędzie mszę. I to mimo, że proboszcz parafii sam ustala gdzie, kiedy, jakie i w jakiej liczbie zostaną odprawione msze, nabożeństwa. W Argentynie obszary parafii były jeszcze większe. Także było więcej naturalnych lasów tropikalnych. Do domu przychodziły czasami jadowite węże, choć i tutaj w Brazylii takie zagrożenie istnieje – wspominał ksiądz Robert.

Zdzisław Nurczyk ze względu na długi staż, w Brazylii traktowany jest jak rodowity Brazylijczyk. Świetny portugalski plus wieloletnie doświadczenia procentują. Te lata nie pozbawiły go chęci do realizowania nowych pomysłów, jak choćby organizowanie przedstawień teatralnych. Takiej bowiem oferty duszpasterskiej tutaj oczekują. Jeśli kościół nie chce tracić wiernych, a nawet liczy na nowych, to nie ma wyjścia jak być bardziej postępowy, nowoczesny, tolerancyjny. By cały czas coś się działo, ciekawego, niepowtarzalnego. Parafianie chętnie się angażują w różne inicjatywy. Na przykład ksiądz Robert podczas ostatnich mistrzostw świata w piłce nożnej w Republice Południowej Afryki w sali, która zamienia się na restaurację podczas fest, organizował pokazy meczów reprezentacji Brazylii na dużym ekranie za pośrednictwem projektora multimedialnego. Także osoba biskupa jest bardziej dostępna dla księży i dla wiernych  niż ma to miejsce w Polsce. A relacje są bardziej partnerskie niż wynikałoby to z hierarchiczności.

Nie może być nudno i monotonnie – wprost stwierdził ksiądz Zdzisław. Zanim trafił do Ocauçu, pełnił posługę między innymi w górach w sąsiedztwie Oceanu Atlantyckiego(całkiem niedaleko Rio de Janeiro). Trudny teren i ulewne deszcze nieraz nie pozwalały dotrzeć na mszę do jakiegoś przysiółka. Częste wtedy były osunięcia ziemi, a wyboista szutrowa droga zamieniała się w rwący potok. Ta bezradność w takich sytuacjach była strasznie irytująca – podsumował ksiądz Zdzisław 

Dlaczego misja?

Ksiądz Robert nie ukrywa, że wpływ Zdzisława miał znaczenie na to, że wyjechał na misję. To że chce udać się do seminarium duchownego nie budziło jego wątpliwości. Był pewien, że tego chce, że to jego droga życiowa. Ale gdyby nie przykład w rodzinie, chyba na misję by nie pojechał. Przed pierwszym wyjazdem do Argentyny miał zajęcia, które miały na celu przygotować go do pracy jako misjonarza. Odbywały się w Warszawie i w Hiszpanii. Uczył się też intensywnie języka. Gdy później dowiedział się od wujka misjonarza o problemie z obsadą parafii w Brazylii, postanowił pomóc. To, że w pobliżu jest ktoś z Polski z kim można porozmawiać w ojczystym języku na pewno pomaga. Polacy to rodzinny naród, Brazylijczycy zresztą też. Samo pokrewieństwo ma tu mniejsze znaczenie w opinii księdza Roberta - choć nieczęsto się zdarza dwóch misjonarzy z tej samej rodziny, do tego w tym samym kraju. Tak jak wszędzie ,wprowadzenie przez kogoś żyjącego na miejscu do nowej parafii, pomoc gdy nie zna się jeszcze biegle języka, są niezwykle istotne. 

Nastał czas festy w parafii Santo Inacio De Loyola. Mnóstwo ludzi, nie tylko z parafii. Luźna, wesoła atmosfera. Ksiądz Robert wita się z parafianami, zagaduje, jego zagadują, rozmawia. Charakteryzujący go blisko dwumetrowy wzrost ułatwia lokalizację wśród tłumu. Nie da się nie zauważyć, że Padre Roberto został zaakceptowany przez lokalną społeczność. Nie ma szans na chwilę spokoju. Znają go prawie wszyscy, on też prawie wszystkich zna. Będzie radosna zabawa do późnych godzin nocnych.

Brazylia, 2010 

Ksiądz Zdzisław Nurczyk nadal pełni posługę misyjną w Brazylii, natomiast ksiądz Robert Nurczyk, jest proboszczem we wsi Faryny (warmińsko-mazurskie).

Reportaż powstał dla nieistniejącego już portalu Interia360.

Polska, 2016

Opublikowano w Reportaż

 Indonezja - Grzegorz Gawlik - naprawa spodni w stylu MacGyvera (Padang, Sumatra)

Grzegorz Gawlik w Indonezji - Padang i Kokosy (Sumatra)

Indonezja - jedzenie i plaża w Carita Beach (Jawa)

Opublikowano w Filmy

Zabójcze krokodyle słonowodne, Australia.

Zwierzęta Wyspy Borneo.

Opublikowano w Filmy

Wyspa Wielkanocna - wersja skrócona dla zapracowanych.

Wyspa Wielkanocna - CZĘŚĆ 1.

Wyspa Wielkanocna - CZĘŚĆ 2.

Wyspa Wielkanocna - CZĘŚĆ 3.

Posągi Moai na Wyspie Wielkanocnej.

Wulkany Wyspy Wielkanocnej.

Opublikowano w Filmy
czwartek, 09 październik 2014 19:17

LUDZIE – galeria zdjęć odświeżona

65 państw, 6 kontynentów i tysiące poznanych ludzi, którzy pozwolili się sfotografować.  Jeżeli ciekawi jesteście jak wyglądają,  jaki preferują ubiór, jak się zachowują albo ile osób potrafi się zmieścić na skuterze w Kambodży, powinniście obejrzeć tą galerię.

Galeria „LUDZIE” znajduje się: TUTAJ.

Opublikowano w Blog
wtorek, 02 wrzesień 2014 18:51

DŻUNGLA – galeria zdjęć odświeżona

Galerię uzupełniłem o zdjęcia z wyprawy 2013 (Azja Południowo-Wschodnia i Australia), bardzo tropikalnej. Na Islandii – celowi tegorocznej wyprawy – dżungli nie ma, raczej bezleśne wulkaniczno-lodowcowe pustkowia, ale za kilka tysięcy lat któż wie. Islandia mocno odczuwa globalne ocieplenie klimatu.

Galeria przedstawiająca dżunglowe klimaty znajduje się: TUTAJ.

Opublikowano w Blog

Na filmie:
Gregor Gawlik – NIEpoważny podróżnik
Wacław Cendrowski – w butach przez świat
Max Max żEBERKO – wasz reporter

Dać podróżnikowi kamerę w tropikach to ryzykowne rozwiązanie. Straszliwy upał, dobry humor i w konsekwencji zapełnione karty pamięci dziwnymi nagraniami. Z Wyprawy po Azji i Australii 2013 przywiozłem prawie 230 GB zdjęć i filmów. Na niektórych nagraniach postanowiłem zrobić z siebie „głupa” w kabaretowym stylu. Pożartować sobie trochę z podróżowania. Na filmie niewielka tego próbka. Spontanicznych nagrań i pomysłów. Mam ich znacznie więcej, jak kiedyś znajdę czas, to może coś jeszcze zmontuję. 

TYLKO: Wacław Cendrowski - w butach przez świat

TYLKO: Max Max żEBERKO - wasz reporter

TYLKO: Gregor Gawlik - NIEpoważny podróżnik

Opublikowano w Blog

Na filmie:
Wacław Cendrowski – w butach przez świat

Dać podróżnikowi kamerę w tropikach to ryzykowne rozwiązanie. Straszliwy upał, dobry humor i w konsekwencji zapełnione karty pamięci dziwnymi nagraniami. Z Wyprawy po Azji i Australii 2013 przywiozłem prawie 230 GB zdjęć i filmów. Na niektórych nagraniach postanowiłem zrobić z siebie „głupa” w kabaretowym stylu. Pożartować sobie trochę z podróżowania. Na filmie niewielka i spontaniczna próbka. Jak kiedyś znajdę czas, to może coś jeszcze zmontuję, bo materiału trochę jest, a pomysłów na kolejne nagrania jeszcze więcej. 

Opublikowano w Filmy

Na filmie:
Gregor Gawlik – NIEpoważny podróżnik
Wacław Cendrowski – w butach przez świat
Max Max Żeberko – wasz reporter

Dać podróżnikowi  kamerę w tropikach to ryzykowne rozwiązanie. Straszliwy upał, dobry humor i w konsekwencji zapełnione karty pamięci dziwnymi nagraniami. Z Wyprawy po Azji i Australii 2013 przywiozłem prawie 230 GB zdjęć i filmów. Na niektórych nagraniach postanowiłem zrobić z siebie „głupa” w kabaretowym stylu. Pożartować sobie trochę z podróżowania. Na filmie niewielka tego próbka. Spontanicznych nagrań i pomysłów. Mam ich znacznie więcej, jak kiedyś znajdę czas, to może coś jeszcze zmontuję. 

Opublikowano w Filmy
Strona 1 z 4

nationalgeographic box

red bull 225x150

TOKFM box

iexpert 225X150px

stopka plecak

LogoStopka

stopka plecak

Strona używa informacji zapisanych za pomocą… plików cookies w celu dostosowania do indywidualnych potrzeb użytkowników. Jeżeli tego nie akceptujesz zmień ustawienia przeglądarki dotyczą…ce cookies. Więcej informacji można znaleźć‡ w naszej Polityce prywatności.