Artykuły

Przewodniki Turystyczne

Etna turystycznie / Etna ambitnie / Etna po mojemu cz. 2/2

Etna, Grzegorz Gawlik nad Centralnym Kraterem

ETNA PO MOJEMU 

6 listopada 2009 roku: ISTITUTO NAZIONALE DI GEOFISICA E VULCANOLOGIA -SEZIONE DI CATANIA informuje o erupcji wulkanu Etna. Jestem w tym czasie w drodze do Maroka celem wejścia na Jebel Toubkal 4167m – najwyższy szczyt w Atlasie Wysokim. Ale wiem, że zaraz po nim będę pod Etną. Super byłoby zobaczyć tryskającą lawę.

Dziesięć dni później: niestety spóźniłem się, już po erupcji. Szkoda, ale nic straconego, może następnym razem. Gdyby trwała nadal, o zdobyciu Etny mógłbym zapomnieć, a tak, droga wolna.


Etna001 wmSzybkie śniadanie w Katanii i w drogę, bo publiczny transport pod Etnę jest mizerny, do tego rozpoczęła się druga połowa listopada. Dawno po sezonie. W wyprawie towarzyszył mi kolega Romek. Autobus miał nas zawieść do miejscowości Nicolosi, przy czym kupowanie biletów okazało się nadspodziewanie ciekawe. Gdy zapytałem kierowcę nie anglojęzycznego – co z biletami – kazał czekać. W pewnym momencie zawołał mnie do siebie ruchem ręki i pokazał jakiś bar mówiąc: ticket (bilet). Że co, ja mam iść do baru po bilet, wysiadając z jadącego autobusu? Dobrze, że akurat staliśmy w korku. Opuściłem autobus, w tym czasie powoli jechał. Kupiłem bilety wymieniając nazwę miejscowości, dobiegłem z powrotem. Kierowca je skasował, podziękowałem i sprawa została załatwiona.

Start nastąpił niemal z poziomu morza, a autobus wysadził nas w Nicolosi na wysokości 700m n.p.m., w miejscowości zbudowanej częściowo z lawy. Ostatni raz erupcja Etny jej zagrażała na przełomie roku 2002 i 2003, na szczęście lawa zatrzymała się powyżej.

Ciężkie plecaki na plecy i w drogę. Łagodnie do góry, wzdłuż drogi prowadzącej do Rifugio Sapienza. Etna majaczy na horyzoncie, wokół starsze kratery wulkaniczne i pola lawowe. Przed zmrokiem namiot rozbiliśmy na wysokości 1130m n.p.m. z widokiem na dymiącą Etnę i kolorowe jesienne drzewa. Obok znajdowała się rzeka zastygłej lawy z erupcji  z roku 1983, na tyle młoda, że niczym nie zarosła. Obok stały ruiny budynku zalanego i zniszczonego przez lawę.

Etna007 wmPorankiem drugiego dnia ruszyliśmy skrajem drogi kontynuując wędrówkę, z zamiarem złapania porannego autobusu do Sapienzy. To wymagało częstego odwracania się i pilnowania przejeżdżających nielicznych pojazdów. Tymczasem po drodze biegały małe jaszczurki, po bokach znajdowały się pola lawowe. Gdy minęliśmy 1400m n.p.m. w ostatniej chwili zauważyłem autobus i zdążyłem go zatrzymać. O ten właśnie chodziło. Szybko dojechaliśmy do Rifugio Sapienza, na wysokość 1910m n.p.m., czyli wyżej niż Giewont. Z Nicolosi to jakieś 20km, po drodze można zobaczyć budynki zatopione w lawie. Rifugio Sapienza to schronisko górskie Włoskiego Klubu Alpejskiego (CAI), jest tu też dolna stacja kolejki linowej – część ośrodka narciarskiego, parkingi, bary, restauracja, sklepiki. Erupcja z roku 2002-2003 dokonała w tym rejonie dużych spustoszeń. Uszkodziła wyciągi narciarskie, lawa zalała drogę, parkingi. Wszystko stopniowo odbudowano.

Wejście na szczyt zawsze ma większą wartość, gdy nie korzysta się z ułatwień jak kolejka linowa, dlatego ruszyliśmy nartostradą. Wyrównana powierzchnia lawowa czekała na śnieg, na dużo śniegu, bo nawet pojedynczo wystające kawałki lawy zniszczyłyby sprzęt do zjeżdżania. Chociaż do zimy jeszcze trochę zostało, to w wyższych partiach Etny śniegu trochę było, zwłaszcza w północnej części. Rifugio Sapienza jest od południa i tutaj dopiero od wysokości 2000m n.p.m. pojawiły się w zacienionych miejscach niewielkie ilości śniegu. Wyżej było go tylko trochę więcej, pojedyncze płaty.

Przed nami efektownie prezentowała się wulkaniczna pustynia, w dole Morze Jońskie. Na około 2500m n.p.m. minęliśmy górną stację kolejki linowej i uterenowiony niewielki autobus czekający na turystów. Nartostrada się skończyła, zrobiło się bardziej płasko, a pod nogami lawę zastąpił popiół wulkaniczny. Do pokonania został nam spory odcinek, pośród kraterów, lawy, popiołów. Na trasie minęliśmy kilka 2-metrowej grubości płatów „wiecznego śniegu” pokrytych warstwą popiołu, a na horyzoncie dymiła Etna. Słońce mocno świeciło, ale zrobiło się chłodno, wiał nieprzyjemny wiatr.

Etna008 wmDroga skończyła się na wysokości 2927m n.p.m. jak wskazywał GPS. Niewielki parking, mały drewniany budynek i znaki ostrzegawcze przed wyruszeniem dalej: DANGER! DO NOT TRESPASS. To tutaj kończą turyści swoją wycieczkę, dostępną praktycznie dla każdego. Pod jednym z kraterów szczytowych: Południowo-Wschodnim. Widoki były fascynujące, do tego mocno wyczuwalny zapach siarkowodoru wydobywającego się z kraterów i szczelin. Nadszedł czas rozbicia namiotu w miejscu wietrznym, ale minimalizującym ewentualne zatrucie tlenkiem węgla. Przed erupcją wulkanu żadnej ochrony. Żywej duszy nie było, poza jakimś przybłąkanym psem – co jak na surowy wulkaniczny teren wyglądało osobliwie. Zachodziło słońce, robiło się mroźnie. Cudowna atmosfera (kolega nie podzielał tego entuzjazmu Etną i potencjalne zagrożenie go przerażało, naciskał na szybkie zejście na dół oraz rezygnację z noclegu w tym miejscu).

Obok parkingu znajdują się dwie atrakcje. Pierwsza to Torre de Filosofo (2920m n.p.m.), czyli zniszczone przez Etnę na raty schronisko i obserwatorium wulkanologiczne (m.in. w 1971r.). Zalała je lawa i zasypał popiół wulkaniczny, dzisiaj wystają tylko niewielkie fragmenty dachu i murów, z których wydobywała się niewielka ilość gazów, a w zagłębieniu koło ruin pięknie prezentował się śnieg na tle czarnych popiołów.

Druga atrakcja to krater Monte Del Frumento Supino ok. 2950m n.p.m., jeden z kilkuset w masywie Etny. Z niewielkiego otworu na dnie wydobywały się gazy. Był częściowo oblodzony, ale dało się zejść na sam dół. W sąsiedztwie krateru zauważyłem tablicę na kamieniu. Zdjęcie pokazywało zniszczone Torre de Filosofo, widniała data potężnej erupcji w 2002 roku i wymieniono Vincenza Barbagallo (1909-1977) – jednego z przewodników-prekursorów po Etnie. Chociaż minął rok od ufundowania tablicy, to już posiadała uszkodzenia.

Etna002 wmNastał dzień ataku szczytowego. Noc w marnym śpiworze była ciężka, poranek mroźny, ale widok rekompensował wszystko. Płaty śniegu efektownie kontrastowały z czarnym popiołem wulkanicznym – swoista mozaika. Dymiąca Etna. Minęliśmy znaki ostrzegawcze. Żadnej ścieżki, adrenalina. Zapach siarkowodoru, potocznych zgniłych jaj. Mój towarzysz próbował mnie kolejny raz odwieść od zdobywania Etny. Co nie mogło się udać. Kocham to co robię i lubię ryzyko. W drogę. Aktywne wulkany to „żywe góry”, pulsuje w nich czerwona gorąca magma. Nigdy nie wiadomo kiedy będzie chciała się wydostać na zewnątrz.

W początkowej fazie podejścia szliśmy po śniegu, wyżej po gorącej ziemi, między fumarolami, wykwitami siarki, w coraz gęstszych oparach gazów, przede wszystkim siarkowodoru. Koniecznym okazało się założenie masek przeciwgazowych i gogli ochronnych. Nie za bardzo było czym oddychać, a gaz ponadto szczypał w oczy. W niższych partiach towarzyszył nam pies, ten sam który pojawił się poprzedniego dnia wieczorem. Nasilające się oznaki wulkanizmu, przekonały go do ucieczki.

Końcówka zdobywania Etny była stroma a w masce szło się ciężko. Za to widok na partie szczytowe wynagrodził cały trud. Tam czeka bowiem wielka niespodzianka. Trzy aktywne kratery szczytowe (Summit Craters), obszerny teren, dużo gazów, absolutnie klimaty jak z innej planety. Te trzy kratery to: Krater Centralny (Central Crater), który dzieli się na Bocca Nova (on dzieli się z kolei na część Północno-Zachodnią i Południowo-Wschodnią) oraz Voragine. Jest bardzo postrzępiony, nie tworzy równomiernego okręgu, liczne erupcje go poniszczyły, z różnych miejsc wydobywa się dym, w tym są skupiska gdzie wydobywa się intensywnie. Być może kiedyś to były dwa osobne kratery, dzisiaj połączone, z rozróżnieniem trzech wyraźnych części. Dwa kolejne kratery to: Południowo-Wschodni (South-East) i Północno-Wschodni (North-East). Wpierw postanowiłem ustalić najwyższą wysokość Etny, zaczynając od pierwszego z kraterów szczytowych - Centralnego, GPS oscylował w okolicach 3299-3302m n.p.m. To za mało, mimo że erupcje zmieniają wysokość Etny. Przyzwyczaiłem się, że w górach miejsce, które wydaje się tym najwyższym, rzadko nim jest, a to naprawdę najwyższe jest na samym końcu potencjalnych możliwości albo najtrudniej dostępne.  

Etna003 wmMój towarzysz nie zbliżył się na skraj krateru oraz zakomunikował, że jest zbyt niebezpiecznie i będzie czekał gdzieś poniżej kraterów. Wskazałem mu miejsce, w które ma się udać. Na koniec prosił, żeby nie napisać że błagał, bym się pośpieszył, bo w każdej chwili może dojść do kolejnej erupcji, a on i tak dotarł tutaj tylko dzięki mnie, choć prędzej przeze mnie – bo nie chciałem odpuścić. Zobaczę to co mnie interesuje, wtedy zejdę – odpowiedziałem. Rzeczywiście może było i niebezpiecznie, ale jakże cudownie. Byłem wniebowzięty widokami i atmosferą tego miejsca. Kolegę strach paraliżował, a ja chętnie postawiłbym tu domek z ogródkiem. Akurat. W tych wulkanicznych warunkach nie wyrosłoby ani źdźbło trawy, a gazy zabiłyby mnie pewnie pierwszej nocy, o ile nie spałbym w masce przeciwgazowej. O tym co by się stało podczas erupcji nawet nie wspominam.

Pod nogami skrzypiał popiół wulkaniczny i drobny materiał piroklastyczny. Do tego jak we mgle, chmury dymu. Wykwity siarki, gorąca ziemia, gorące fumarole, jedna mnie lekko poparzyła. Popękany skraj krateru - stojąc właśnie w tym miejscu nie byłem pewien, czy za chwilę nie znajdę się na jego dnie. Bardzo niebezpieczne miejsce, osypujące się kruche skały. Przez wydostające się gazy widoczność w dół zazwyczaj była słaba, gorącej lawy nie udało się dojrzeć ani nawet zastygłej jak kożuch – jeżeli w ogóle tam była. Tylko ja i jeden z najgroźniejszych wulkanów świata. Ogromny masyw Etny. Aż miałem ochotę krzyknąć: Hefajstosie, dorzuć do pieca. On ponoć mieszka wewnątrz Etny i odpowiada za jej erupcje.

Skoro Krater Centralny nie okazał się tym najwyższym, trzeba było sprawdzić dwa pozostałe. Ku mojej radości. Wulkan zachowywał się stabilnie, pogoda też. W drogę. Krater Południowo-Wschodni wydawał się odrobinę wyższy od Centralnego. Jest najbardziej stożkowaty, ale mały i płytki. Lawa podczas erupcji rzadko się z niego wydobywa, najczęściej przez kratery „pasożytnicze” utworzone w niższych partiach stożka. Zszedłem do niewielkiej przełęczy – ok. 3225m – pomiędzy Centralnym a Południowo-Wschodnim, mając też świetny widok na ogromną rozpadlinę Del Bove i dolinę Del Leone. Podejście na skraj krateru Pd.-Wsch. było mocno oblodzone, trochę się namęczyłem, aby się wdrapać. A tam na odwrót, gorąca ziemia, wydobywające się z kilku miejsc gorące gazy. Listopadowa Etna była pełna kontrastów, miejscami zero śniegu i to nawet w miejscach nie nagrzanych przez aktywność wulkanu, w innych płaty, a nawet kilkumetrowej grubości zaspy. W jeszcze innych szklący się lód a północne stoki mocno zimowe ze śniegiem w górnych partiach (20-40cm).

Etna004 wmWidok ze skraju krateru był zniewalający, wulkaniczna Etna, miasta gdzieś w dole i Morze Jońskie. Ponadto kolorowe skały, a wysokość 3315m n.p.m. Nadal za mało. Dostępne źródła podają różne wysokości Etny, od 3323 do 3350m, najczęściej w przedziale 3329-3340m. Wróciłem tą sama drogą wpierw na skraj Krateru Centralnego a później przechodząc koło urządzeń wulkanologicznych zszedłem na mini przełączkę, za którą rozpocząłem krótkie podejście na szczyt krateru Północno-Wschodniego. To gdzieś tutaj musiał znajdować się najwyższy punkt Etny. Tymczasem skupiłem się na próbie zajrzenia w czeluść krateru. Ogromny, w kształcie okręgu, bardzo głęboki. Wydobywały się z niego gazy, ale nie w takiej ilości jak z Centralnego. Czarne ściany, kruche skały. Musiałem bardzo uważać. Nachyliłem się maksymalnie, spojrzałem w dół, ale nie za wiele zobaczyłem. Złowrogą ciemność i gaz. Trudno. Mając widok na wszystkie kratery szczytowe nie mogłem oderwać oczu. Coś naprawdę niesamowitego. Już na parkingu na ok. 2930m n.p.m. scenerie powalają na kolana, ale to co znajduje się kilkaset metrów wyżej jest znacznie efektowniejsze. Dopiero tutaj czuć potęgę Etny i aktywnych wulkanów. Żeby obejść dookoła wszystkie kratery szczytowe należy pokonać kilka kilometrów.

Ruszyłem skrajem krateru poszukując najwyższego punktu. I znalazłem. W północnej jego części. Był nawet usypany z kawałków lawy mały kopczyk, a GPS wskazywał wysokość 3331m n.p.m. Oto chodziło. Najwyższy punkt Etny. Dzięki wiejącemu na wschód wiatrowi mogłem zdjąć maskę i ruszyć po stromym i sypkim zboczu w dół. Minąłem przełęcz między kraterem Centralnym a Pn.-Wsch. na ok. 3265m i dalej w dół, zgarniając pod drodze kolegę. Czekał na mnie w „rynsztunku bojowym” – kask, gogle, maska na twarzy i wściekał się, że tak długo kazałem na siebie czekać. Zostawiliśmy w tyle dymiący wierzchołek, idąc po łydki w śniegu. Czasami po kolana. Szło się ciężko, bo pod śniegiem była sypka i ruchoma lawa, różne zagłębienia, oblodzone fragmenty.

Nie zamierzałem wracać tą samą trasą, byłoby to zbyt nudne, a Etna daje kilka możliwości w tym względzie. Postanowiłem skorzystać z jednej z nich. To było dłuższe rozwiązanie, ale mając namiot i śpiwór problemu nie było. Jedynym ograniczeniem był brak wody. Wyżej śnieg, ale niżej na wulkanach zazwyczaj nie ma dostępu do wody albo jest bogata w trujące związki chemiczne.

Etna005 wmPlanowałem kierować się na przełaj ku miejscowościom Piano Provenzana (1800m n.p.m.) – podstawowy cel – lub Linguaglossa (550m n.p.m.), ewentualnie Maletto (950m n.p.m.) i Randazzo (750m n.p.m.). Czasu było dość, by za dnia zejść do cywilizacji, gdyby nie jedna rzecz. Mój towarzysz strasznie wolno poruszał się w dół. Wędrówka po sypkim i ruchomym polu lawowym nie jest lekka, ale bez przesady. Co kawałek czekałem na niego (gdy po 15-tu minutach schodzenia robiłem przerwę, czas oczekiwania na Romka wynosił 20-40 minut – prędkość wyraźnie poniżej kilometra na godzinę). Przy tym tempie wiadome było, że czeka nas biwak. Nie mieliśmy jedzenia i picia już za bardzo, napakowałem trochę śniegu do butelki, ale mieliśmy sprzęt, by przenocować. Bezkresne pola lawowe z ostatnich kilkudziesięciu lat robiły piorunujące wrażenie. Pojawiały się wielkie głazy, zaschnięte warkocze lawy i inne fikuśne jej formy. Poza nami nigdzie żywej istoty. Lawa pochodziła z lat 1975-1978, wyglądała jakby dopiero co zastygła. To bardzo wolne schodzenie spowodowało, że po kilku godzinach GPS wskazywał pomiędzy 2500 a 2600m n.p.m. Pozostawało wierzyć, że osiągnięcie przed zmierzchem lasu jest możliwe. Na kruchej i ostrej lawie nie dałoby się rozbić namiotu. Mogłem iść bez problemów 5km na godzinę, a po starszych pokładach lawowych jeszcze szybciej. Ale „team” to „team”. Mogłem czekać. I w jednym miejscu postoju czekałem godzinę. Potem machałem czerwoną kurtką zawieszoną na kijku. Dzwoniłem. Zasięg był. Sygnał też. Nikt nie odbierał. Na najwyższej z niewielkich skał paliłem śmieci – dym był widoczny z daleka. I nic. Zacząłem przeszukiwać okolicę. Nadal dzwoniłem, wysyłałem smsy. Martwiłem się. Romek nie zgłaszał wcześniej żadnych problemów ani uwag. Po blisko trzech godzinach w końcu odebrał telefon, informując mnie, że wypatrzył miejsce gdzie według niego jest najbliżej do granicy lasu i tam schodzi – w innym kierunku niż ustalony (nie potrafił opisać miejsca ani nic co byłoby charakterystyczne). W braku poinformowania mnie wcześniej o czymkolwiek nie widział nic złego. Tak samo jak w tym, że postanowił zadbać tylko o swój tyłek, kosztem mojego.

Super. Jestem zbyt staroświecki chyba, bo partnerstwo w górach jest dla mnie bardzo ważne. Może również powinienem dbać tylko o własny tyłek a nie martwić się o kogoś? Powstał problem: za niecałą godzinę będzie ciemno, a każdy z nas ma po pół namiotu (rozłożenie wagi po równo w plecakach). Przy czym ja marny śpiwór, a kolega solidny puchowy. Przymusowy nocleg mógłby się skończyć dla mnie źle na tej wysokości o tej porze roku. Musiałem zejść najniżej jak się da. Gdybym wiedział, że tak to się skończy, dałbym Romkowi swoją połowę namiotu, a przy moim tempie o tej porze siedziałbym już w jakimś hoteliku i zajadałbym oraz popijał coś dobrego. A tak, bliżej mam na wierzchołek Etny niż do jakiejś wioski. Ruszyłem niemal biegiem w dół. Niewiele później musiałem założyć czołówkę (latarkę) na głowę. Schodziłem po lawach różnych okresów: 1975-1978, 1981, 1614-1624 – po tej ostatniej najszybciej, ale była w mniejszości. Idąc prosto w dół najbliżej miałem do miasteczka Randazzo – musiałem zweryfikować pierwotne założenia. Na 1900m n.p.m. zjadłem ostatnie resztki śniegu, w butelce został łyk wody. Ciągle miałem nadzieję, że napotkam jakąś ścieżkę. Etna to bardzo rozległy masyw, dosyć płaski, ale lawa utrudnia poruszanie się. Dotarłem w końcu do lasu, znalazłem drogę, ale szybko się skończyła. O dziewiętnastej raptem dobiłem do 1400m n.p.m. Za coś do picia sprzedałbym duszę diabłu. Albo i nie. Pojawiły się podejścia do góry i zalesione kratery: Monte Spagnolo 1358m iEtna006 wm Monte Piluso 1358n – jak sprawdziłem kolejnego dnia na mapie. Następne godziny to trochę lasu, to pofalowane młode pola lawowe, to pastwiska z krowami. Przedzieranie się przez chaszcze z kolcami i druty kolczaste, wędrówki drogami, które zamiast w dół jakby okrążały Etnę i w końcu ruszałem kolejny raz na przełaj – prosto ku światłom w dole. W tym momencie pragnienie było ogromne, spodnie i kurtkę zniszczyłem upadając kilka razy na ostrą lawę oraz przedzierając się przez ostre krzaki i druty. Uszkodziłem też dłonie, a stóp w ciężkich butach trekkingowych już nie czułem. Czas uciekał, „namachałem” mnóstwo kilometrów, a nie mogłem zejść poniżej 1000m n.p.m. – takie ukształtowanie terenu (GPS był wyposażony jedynie w podstawową mapę świata). Biłem się z myślami, kłaść się spać – gdziekolwiek, czy walczyć o dojście do jakiejś miejscowości. Minęła 20:00, 21:00, 22:00. Na horyzoncie światła cywilizacji, ale Etna nie chciała mnie wypuścić. Dotarłem do asfaltu i jakiegoś pensjonatu. Zabity dechami na cztery spusty – po sezonie. Minęła 23:00 gdy wchodziłem do jakiegoś miasteczka, od ponad 6 godzin zasuwałem jak motor i nie miałem nic w ustach do picia. Głodny nie byłem. W centrum miasteczka – Randazzo jak miało się okazać – pusto, a jak kogoś napotkałem to ni w ząb angielskiego. Wszystkie sklepy zamknięte, wszystkie restauracje też, hotelu żadnego nie widać. GPS wskazywał 750m n.p.m. Dopiero dwóch młodych ludzi zrozumiało gdy pytałem ich o „Ootel” i uradowali mnie, bo znajdowałem się praktycznie na miejscu. Był otwarty, recepcjonista nie mówił po angielsku, ale dogadaliśmy się. Wskazał mi lodówkę z napojami, w której tylko puszki. Wśród nich nie było mojej ulubionej coca-coli, wziąłem po dwa sprite`y i dwie fanty, dając jednocześnie do zrozumienia, że potrzebowałbym coś większego. W kuchni znalazła się półtoralitrowa butelka coca-coli, a nawet dwie i woda niegazowana. Tego było mi trzeba, choć marzył mi się też sok jabłkowy. Jakoś trudno dostępny na Sycylii. 

Wszedłem do pokoju i nastąpił kulminacyjny moment tego dnia. Który wcześniej wydawał się mało realistycznym marzeniem. Zrzuciłem plecak, zdjąłem buty, usiadłem na ziemi, opierając się plecami o łóżko i zacząłem pić zimniutką coca-colę. To była jedna z najpiękniejszych chwil w moim życiu. Delektowałam się nią, końcem wędrówki. Głodny nie byłem, mimo że poza kilkoma ciastkami na śniadanie nic nie jadłem. Zostało mi ich trochę, ale ochoty nie miałem. Potem prysznic, długi i boski. Stopy to same odciski i obtarcia, ale co tam. Spodnie do wyrzucenia, kurtka podarta. Po ośmiu godzinach bardzo szybkiego marszu i przedzierania czułem zmęczenie. A wcześniej drugie tyle zajęło wchodzenie na Etnę, pobyt wokół Kraterów Szczytowych i początkowa faza zejścia. Pokonałem kilkadziesiąt kilometrów tego dnia, 40 a może więcej. Około 1200m deniwelacji względnej w górę i ok. 3350m deniwelacji względnej w dół – po zliczeniu wszystkich podejść i zejść.

Następnego dnia zwiedziłem Randazzo, gdzie m.in. katedra zbudowana z lawy i  udałem się do wąwozu Alcantara. Mój towarzysz noc spędził na granicy lasu i pól lawowych w śpiworze, by połowę kolejnego dnia poświęcić na zejście do Maletto, a potem udać się do Katanii. Spotkaliśmy się wieczorem kolejnego dnia po moim powrocie z Alcantary i Taorminy.

Część pierwsza artykułu znajduje się: TUTAJ

Na zdjęciach:

1 – Etna część pd.-wsch., ok. 2800m
2 – widok na krater Centralny (Central Crater) i Południowo-Wschodni (South-East Crater) z ok. 3000m
3 – krater Południowo-Wschodni (South-East Crater) ok. 3315m
4, 5 – widok na krater Północno-Wschodni (North-East Crater) 3331m
6 – krater Centralny (Central Crater), ok. 3300m
7, 8 – Etna część północna, ok. 2800-3000m
9 – zniszczone obserwatorium wulkanologiczne i schronisko w jednym: Torre de Filosofo, ok. 2920m


Znajdź mnie

Reklama

nationalgeographic-box.jpg
redbull-225x150.jpg
tokfm-box.jpg
tvn24bis-225x150.jpg

Reklama

Image
Klauzula informacyjna RODO © 2019 Grzegorz Gawlik. All Rights Reserved.Projekt NRG Studio
stopka_plecak.png

Search