Artykuły

Reportaże

Niedostępne królestwo Pachacuteca (Machu Picchu)

Machu Picchu, Peru

            machu 1024pxJeśli Peru i okolice Cusco to wypadałoby odwiedzić pobliskie słynne ruiny inkaskie Machu Picchu. Nawet jeśli kogoś to niekoniecznie interesuje. Ruiny jak ruiny, ale zawsze można się nacieszyć przepięknymi sceneriami górskimi. W Cusco agencji turystycznych pod dostatkiem. Każda najlepsza i najtańsza według zapewnień właścicieli i pracowników. Ivan Florez Ojeda właściciel jednej z nich widząc brak entuzjazmu na hasło Machu Picchu rzekł: - trzy miesiące temu – miał na myśli styczeń i luty 2010 roku - ulewy zniszczyły linię kolejową do Machu Picchu. Przez to za bardzo nie da się tam wybrać na jeden dzień, jak wcześniej. Muszą być co najmniej dwa. Zresztą wobec zaistniałej sytuacji tańszy jest wyjazd dwudniowy niż jednodniowy. Jak muszą być dwa to niech będą. Linia kolejowa do tego momentu stanowiła jedyną masową drogę dotarcia do inkaskiego miasta, po ulewach sprawa się bardzo skomplikowała. Dotarcie bowiem do Machu Picchu stało się sporym wyzwaniem. Przygodą. I to była jakaś nadzieja, że będzie lepiej niż się zapowiada. Będąc co prawda tylko przejazdem przez Cusco, ale mimo tego nie odwiedzić Machu Picchu – to przecież barbarzyństwo. Trzeba tam być choćby tylko po to, by potwierdzić przypuszczenia, że to przereklamowane miejsce. Plan jest taki – mówił dalej Ivan – Wyjazd przed świtem z Cusco, czyli z wysokości około 3400m n.p.m. Wpierw do góry, potem w dół, a potem licznymi serpentynami na przełęcz De Malaga, to ponad 4000m n.p.m. Następnie długi zjazd w dół i wąskim szutrem nad przepaściami, aż do Santa Teresa. Dalej przeprawa przez rzekę Urubamba, piesza wędrówka i kawałek pociągiem do Aquas Calientes. To zajmie cały dzień. Drugiego dnia przed świtem marsz do Machu Picchu, kilka godzin zwiedzania, tak by zdążyć na pociąg i powrót znajomą drogą. Przed północą zameldowanie się w Cusco.

Dzień pierwszy.

Samochód typu mikrobus wczesnym rankiem wił się serpentynami ponad Cusco, a następnie w dół, aż do momentu niekończących się serpentyn prowadzących na przełęcz De Malaga. Skład: Polak, pięć Szwedek i dwóch Australijczyków – wszyscy podczas wielomiesięcznej podróży po Ameryce Południowej, na krócej nie ma sensu. Na dokładkę kierowca Gustavo. Przewodnik miał czekać w Santa Teresa. Na Przełęczy De Malaga liczącej 4316m n.p.m. można było poczuć prawdziwy wysokogórski klimat. Nie ma się jednak co dziwić skoro wysokość już nie byle jaka a na wprost zlodowacony szczyt Verónica, który wg różnych danych liczy sobie 5682m a wg innych 5882m n.p.m. Należy on do pasma Cordillera Urubamba. Godzinę machu (1) 1024pxpóźniej w osadzie Santa Rosa na wysokości tysiąc kilkuset metrów nad poziomem morza wśród tropikalnej roślinności i plantacji bananowców można odpoczywać w błogim upale. Ta różnorodność, kontrasty, efektowne widoki – to wszystko robiło wrażenie. Ale nie na Gustavo: - już tyle razy tędy jechałem, że te widoki opatrzyły mi się. Zresztą w Peru mamy takich pod dostatkiem – wyjaśnił swój brak entuzjazmu – ale lubię swoją pracę. Nie mógłbym pracować w biurze. Zwariowałbym. Praca kierowcy mi bardzo odpowiada, gdyby tylko lepiej płacili, bo 1000 soles to trochę za mało. Ta kwota stanowiła równowartość około 350 dolarów amerykańskich.

Za przełęczą De Malaga kończy się asfalt, a za osadą Santa Rosa, zaczyna się prawdziwy off road. Skały i strome zbocza nad głową, urwiska pod kołami. Wąska i wyboista droga. No i Gustavo chcący koniecznie udowodnić, że i w Peru są świetne tereny na organizowanie rajdu Dakar. Krzyk przerażonych Szwedek, by zwolnił – na nic się zdał. Może rzeczywiście przed tą podróżą trzeba było spisać testament. Droga owszem ekscytująca, a do tego te widoki. W dole rwąca rzeka Urubamba, będąca jedną ze źródłowych rzek Amazonki oraz tropikalna roślinność i takież temperatury. Wkoło skaliste szczyty, a na horyzoncie od czasu do czasu góruje andyjski pięcio- lub sześcio- tysięcznik lśniący białą pokrywą lodowców i witający mrozem. Choćby taki Salcantay w paśmie Cordillera Vilcabamba liczy sobie 6271m n.p.m. Gdy za przełęczą De Malaga urocze Szwedki poprosiły o postój na siusiu, Gustavo niechętnie, acz zatrzymał się. Wkoło jednak tylko kilka krzaków, Szwedki odmówiły. Nie spodobały im się te warunki. Mimo kolejnych próśb Gustavo aż do Santa Teresa nie zatrzymał się, a trwało to kilka godzin. Dziewczyny nienajlepiej to zniosły, ale wyciągnęły z tego zdarzenia właściwą naukę na przyszłość.

machu (2) 1024pxZ ulgą wita się miejscowość Santa Teresa. Chwila odpoczynku w prażącym niemiłosiernie słońcu, przekąska, coś do picia i dalej w drogę. Ale droga szybko się kończy. Może to i dobrze. Kilka godzin off road-u, niekoniecznie terenowym samochodem, wystarczy. W Santa Teresa dołączył – Augusto – przewodnik. Jego głównym zadaniem okazało się poganianie, by zdążyć na pociąg. Tam gdzie kończy się droga trwały prace przy użyciu dynamitu, by ją przedłużyć. Póki co, pozostawała piesza wędrówka lekko pod górę doliną. Obok rwąca górska rzeka Urubamba, po bokach skały – całkiem ładnie. Wpierw jednak trzeba tą rzekę pokonać. Nie wpław – zbyt rwąca. Nie mostem – mostu nie ma. Jest za to coś znacznie ciekawszego. Przeprawa linowa. Nad doliną i rzeką zamontowano liny, a na nich wózek. Taki na trzy osoby. Miejscowi pomagają wózek przeciągać w zamian za napiwek. Towarzystwo czekające na przeprawę, bywa że długo i monotonnie, ma możliwość zaopatrzenia się u miejscowych kobiet w coś do picia. Dopiero na drugiej stronie rzeki czeka piesza wędrówka – godzina do dwóch, zależnie od tempa. Wąską doliną pośród skalnych zboczy, by minąć w końcu elektrownię szczytowo-pompową, za którą długo oczekiwana stacja kolejowa. Cel dnia – miejscowość Aquas Calientes – jest już naprawdę blisko. Można pokonać ten ostatni odcinek pociągiem, ale także pieszo, wzdłuż torów. To 2-3 godziny marszu, pociąg jedzie ok. 40min.

            Jest wieczór, za późno na Machu Picchu. Od pobliskiego Cuzco minęło w zależności od różnych zdarzeń około dziesięć godzin podróży albo nawet kilkanaście. I to nie byle jakiej, choć w linii prostej jest to mniej więcej 80 kilometrów. Resztki dnia spędza się na jedzeniu i w termalnych basenach na rogatkach Aquas Calientes. Jak widać nazwa miejscowości nie jest przypadkowa.

Jeśli na następny dzień zaplanowane jest zwiedzanie słynnych inkaskich ruin i powrót do Cusco, nie ma czasu na balowanie. Trzeba się wyspać, by jeszcze przed świtem następnego dnia ruszyć do Machu Picchu (w języku keczua Stary Szczyt). Zresztą Augusto u bram guest house`u przekazał instrukcje co dalej: - Jutro o czwartej rano start do Machu Picchu, powrót przed 13:00, bo mamy pociąg. Jest tylko jeden. Ten kto nie zdąży wrócić, nie ma co liczyć na powrót tego dnia do Cusco.

Aquas Calientes to ostatnia miejscowość przed Machu Picchu. Położona na wysokości około 2000m wśród tropikalnej roślinności górskiej i skalistych szczytów. W sąsiedztwie płynie wymieniona z nazwy już kilkukrotnie rwąca rzeka Urubamba, towarzysząca przez dużą część podróży. Główną arterią tej wybitnie turystycznej miejscowości jest linia kolejowa do Cusco, po jej bokach są sklepy i restauracje. Oprócz nich atrakcją są tutaj termalne źródła, które po całym dniu podróży warto odwiedzić i miło spędzić czas w bardzo międzynarodowym towarzystwie.

Dzień drugi

Trzecia trzydzieści rano, choć bardziej chyba jeszcze w nocy – trochę nieludzka godzina na wstawanie. Ale jest też druga możliwość zamiast pieszej wędrówki – szybko i wygodnie za dolary autobusem, można pospać wtedy trochę dłużej. A jeszcze dłużej, gdy można tu pozostać cały dzień.

Tymczasem czołówki na głowę i w drogę, wpierw płasko i szeroko, potem wąsko i ostro pod górę pośród tropikalnych górskich lasów. Augusto pokrzykiwał tylko skrótami, tak by wszyscy zrozumieli: - vamonos, vamonos, rápido, rápido, mucho tiempo, mucho tiempo. W końcu jest – jedno z najbardziej znanych miejsc świata: Machu Picchu położone na wysokości około 2400m. Dla wytrwałych i tych którzy wcześnie rano dotarli do Machu Picchu istnieje możliwość wejścia na charakterystyczny skalisty szczyt Wayna Picchu, ok. 2700m n.p.m. (w języku keczua Młody Szczyt). Rozpościera się z niego przepiękny widok na inkaskie ruiny, otaczające góry, częściowo zlodowacone i meandrującą rzekę - oczywiście Urubamba. Trzeba jednak pamiętać, że limit osób, które mogą wejść każdego dnia na szczyt jest ograniczony.

Po przekroczeniu bramek jest klasycznie: zwiedzanie średniowiecznych ruin inkaskiego miasta i opowieści Augusto, jak to za czasów Pachacuteca - jednego z największych inkaskich władców, twórcy ich potęgi, w XV wieku powstało Machu Picchu. Zostało ono niewiele później opuszczone nie wiadomo za bardzo dlaczego. Na stałe mieszkało tutaj około 500 osób… - pewnie po raz tysięczny opowiadał to Augusto.

          machu (3) 1024px  Po kilku godzinach wędrówek pośród ruin i pasących się lam, odpoczynku na szczycie Wayna Picchu – choć można to czynić znacznie dłużej, jeśli dysponuje się chęcią i czasem – trzeba ruszyć w znaną już drogę powrotną. Szybko do Aquas Calientes, gdzie stał już pociąg gotowy do drogi. Ale nie mógł ruszyć, bo Augusto zawalił sprawę z biletami, tylko jemu się to przydarzyło. Wykłócał się z kierownikiem pociągu. I tak przez pół godziny. Aż w końcu pociąg mógł ruszyć w komplecie. Do przeprawy linowej dociera się już popołudniu. Słońce znikało za górami. Na przeprawę czekało pełno turystów, trochę miejscowych, często puszczanych bez kolejki. Dwie godziny czekania jak nic. Augusto wychodził z siebie, gdyby się dało nakazał by przejście w bród przez rzekę. Była jednakże zbyt rwąca.

Wreszcie drugi brzeg. Kobiety, które z gromadką dzieci sprzedawały napoje, zbierały się do odjazdu do Santa Teresa. Kierowca Gustavo już czekał od kilku godzin zniecierpliwiony i pytał: - co tak długo? Teraz to może o północy zameldujemy się w Cusco. Szybko do samochodu. – zgasił papierosa i zasiadł za kierownicą. Znikł jednak Augusto. Nie bez przyczyny. W Peru jak niemalże wszędzie na świecie, rządza pieniądza jest najważniejsza. I uznał, że w ciasnym mikrobusie upcha jeszcze ze dwie osoby, które poszukują transportu, co przełoży się na zyski. Jego determinacja była tak wielka, że czas przestał się liczyć. W końcu po dwóch godzinach samochód ruszył w bardzo nerwowej atmosferze. Z dodatkową parą Brytyjczyków. Powrót opóźnił jeszcze postój w Santa Teresa, gdzie podróż kończył Augusto. Szybkie adiós – adiós, jeszcze coś do zjedzenia i przygotowanie się do dobrych siedmiu godzin jazdy po wertepach w warunkach sardynek w puszcze. Ale co tam, przygoda najważniejsza. Gdy za Santa Teresa Szwedki poprosiły o postój na siusiu, a teren był tak samo nieciekawy do załatwiania potrzeb fizjologicznych jak poprzedniego dnia, to już nie wybrzydzały. Były nie tylko wdzięczne za postój, ale nie przeszkadzało im załatwianie się na środku drogi, za samochodem. Wiedziały, że drugiej okazji już nie będzie.

            Noc, wąska wyboista droga, bardzo eksponowany teren. Gustavo to w niczym nie przeszkadzało. Gaz do dechy i niech się dzieje co chce. Przeżycia niemal metafizyczne. Od żegnania się z życiem do radości, że jednak jeszcze nie teraz. Na szczęście w nocy nie było widać ile setek metrów przepaści jest obok. Gustavo nie był rozmowny, ale na pytanie, kiedy naprawią linię kolejową odpowiedział: - Nie wiem – lecz po chwili dodał – myślę, że za rok, a może później. Zniszczenia były poważne. W rejonie przełęczy De Malaga przed północą było niemal mroźnie, ale humory dopisywały, a ciasnota zmuszała do bliskiej asymilacji. Piękne i klimatyczne centrum Cusco witało o drugiej w nocy. Pożegnalne uściski i każdy poszedł do swojego miejsca noclegu. Gustavo nie ukrywał, że jest ledwo żywy. Ale 7-8 godzin jazdy tak wymagającymi drogami musiało odcisnąć swoje piętno. Stan pozostałych również wskazywał bez żadnych wątpliwości, że najbliższym celem jest znaleźć kawałek łóżka i w końcu się wyspać. A więc buenas noches.

Podsumowanie

Zanim na początku 2010 roku została zniszczona linia kolejowa, dla ludzi żądnych wrażeń był stary inkaski szlak zwany Camino Inca, zamknięty zresztą również na pewien czas po ulewach. Tą kilkudniową trasę trekkingową przemierzali z zamiłowaniem backpackersi, zwani też plecakowcami. Oba rozwiązania pogodziła nowa droga, która przyjęła rolę masowej. Nie tak długa i męcząca jak Camino Inca, nie tak krótka i wygodna jak pociąg. Dla sporej grupy odwiedzających stała się nie mniejszą atrakcją niż same ruiny Machu Picchu, a dla niejednego nawet większą. Nie na wszystkich bowiem robią wrażenie średniowieczne nieduże ruiny. Trzeba jednak przyznać, że sceneria ich położenia godna jest uwagi. Warto w przyszłości utrzymać popularność tej drogi, bo narodziła się nowa atrakcja.

            I jak było - spytał spotkany następnego dnia Ivan Florez Ojeda. Najfajniejsza z tego wszystkiego była ta droga do i z Aquas Calientes. Na co Ivan: — Spodziewałem się takiej odpowiedzi.

NA ZDJĘCIACH Cuzco, Aquas Calientes i Machu Picchu oraz podróż między tymi miejscami (w tym śliczna alpaka).


Znajdź mnie

Reklama

nationalgeographic-box.jpg
redbull-225x150.jpg
tokfm-box.jpg
tvn24bis-225x150.jpg

Reklama

Image
Klauzula informacyjna RODO © 2020 Grzegorz Gawlik. All Rights Reserved.Projekt NRG Studio
stopka_plecak.png

Search