Artykuły

Reportaże

Kazbek 5033m (Gruzja/Rosja) – atak szczytowy. Zdrowie za górskich duraków.

KAZBEK 5033 m

1:30 w nocy, kolejna pobudka. Bez przekonania wychodzę przed prymitywne gruzińskie schronisko Bethlemi. Przecież od dwóch dni atak zimy nie chce odpuścić. Mam mieszane uczucia. Nie jest źle, ale dobrze również nie jest. Solidny mróz (-10 stopni C) jest w porządku, ale nad głowami sporo chmur, choć chwilami widać księżyc i pojedyncze gwiazdy. Do tego porywiste podmuchy lodowatego wiatru. Co robić? Zaryzykuję! Idę! Ubieram się, wrzucam parę rzeczy do plecaka i o 2 w nocy ruszam. Mam świadomość, że abstrahując od pogody, czeka mnie bardzo ciężka i długa wędrówka. Dużo świeżego śniegu na lodowcu, brak ścieżki i pełno szczelin pod śniegiem. I wg prognozy pogody po 10 rano jej załamanie.

 

Śniegiem po oczach

 

Wpierw ścieżka-labirynt. Wszystko zasypane, śladów zero, kamienne kopczyki raz są, raz ich nie ma. Chciałbym iść szybciej ale się nie da. Gubię się trochę wśród głazów, ale z pomocą przychodzi mi gps i zapisany dwie doby wcześniej ślad. Żadnej gwiazdy już nie widzę, sypie śnieg. A dopiero minęła 3 w nocy, do 10 daleko. Sypie coraz mocniej, wieje coraz silniej, chmury schodzą w dół i kolejny problem. Z widocznością. Znowu gubię coś co niby ma być ścieżką, a tak naprawdę nią nie jest. Wkoło szczeliny lodowcowe. Nic nie widzę, śnieg wali po oczach, chmury i zdaje się, że stoję nad potężną szczeliną.

 

Wiedząc jak daleko jestem od zapisanego śladu w gps-ie omijam szczelinę,  skaczę przez kilka mniejszych i jest… kopczyk z kamieni. Jestem na właściwej drodze. Tylko co z tego? Trzeba wracać! To nie ma dzisiaj sensu! W takich warunkach w pojedynkę moje szanse wejścia na szczyt są zerowe, a szanse zabicia się przynajmniej 50%. Do tego nie znam drogi i nie wiem gdzie dokładnie jest najwyższy punkt Kazbeka.

 

Zawrócić….? – może później. Podczas pierwszej próby pogoda mnie pokonała na 4572 m n.p.m. Podczas drugiej warunki atmosferyczne nie dały mi szans nawet wystartować. Tym razem stwierdziłem, że powalczę jeszcze. Idę, ale już bez takiego zapału jak na początku. Wolniej, często przystaję, chowam się w płytszych szczelinach, nasłuchuję spadających głazów, czasami całkiem niedaleko mnie. Obserwuję i staram siebie przekonać, że czas wracać do śpiwora. Sypie śnieg, wieje jak diabli, nic nie widać, ciągle noc, a przede mną cały czas 2/3 podejścia na szczyt. I tylko ja jeden. Jedynym słusznym rozwiązaniem jest zawrócić i próbować kolejny raz do skutku. Ale jeszcze z dwa razy i ta ścieżka-labirynt pomiędzy schroniskiem a początkiem wejścia na lodowe plateau mnie wykończy.

 

Jak za dwie godziny pogoda się nie poprawi, to zawrócę. Ale póki daję radę to idę i wolałbym wracać przez ten labirynt tak zmieniony przez świeży śnieg, gdy wstanie dzień. Przed wejściem na właściwy lodowiec chowam się za głazem. Ścieżki nie ma, śniegu dużo, nic nie widać (latarka-czołówka niewiele pomaga), szczeliny, nie znam drogi, tylko tak mniej więcej. Mój ślad w gps-ie jest za mało dokładny, a dwa dni wcześniej kluczyłem tutaj między licznymi szczelinami. Pól metra od śladu może być inna szczelina, a i sam ślad jest obarczony pewnym błędem. Jak się nie skupię na lodowcu, tylko na ekranie gps-u to pewnie się zabiję, gdy wpadnę do jednej z nich. Czyli sama radość.

 

Głęboka czarna dziura 

010 (Kopiowanie) wmPowoli wstaje dzień, a ja jestem zaledwie na wysokości 4200m n.p.m. W tych warunkach mimo chęci nie dało się iść szybciej. Natura dzisiaj znowu jest przeciwko mnie… ale chwileczkę. Poprawiła się widoczność, chmury i mgły unoszą się do góry, śnieg już prawie nie pada, znowu próbuje się przez chmury przebić księżyc, bo jeszcze nie słońce. A więc jest nadzieja. Idę dalej. Wschodzę na początkowy fragment plateau. Ten sam który jeszcze nie tak dawno temu był szary, a wkoło świetnie widoczne szczeliny. Teraz jest równa kołdra białego śniegu po łydki i nie widać ani jednej szczeliny. Fantastycznie. I jak ja mam teraz przejść ten niebezpieczny fragment lodowca? Idę bardzo ostrożnie i powoli. Robię nową ścieżkę.

 

Na dzień dobry pakuję się do szczeliny po kolana, szybko z niej jednak uciekam. Dwie minuty później ląduje w drugiej szczelinie po kolana. Okay, trzeba wyciągnąć czekan. Mosty śnieżne na tych szczelinach były słabe, tylko dzięki koncentracji, ostrożności i szybkości, nie skończyło się to gorzej. Pewnie dzięki doświadczeniu też.

 

Śnieg równy jak stół, toruję drogę idąc w śniegu powyżej łydek. Na szczęście już nie pada, wiatr już tak nie wieje, widać że za górami wstaje słońce, nad głowami niebieskie niebo i tylko trochę chmur. Bo część wiatr uniósł i rozproszył nade mną, a większość zameldowała się gdzieś na 3500m n.p.m. tworząc gęstą kołdrę. Wstaje na dobre piękny dzień. Super.  I nagle znikam w czarnej dziurze pod śniegiem. Cholera, znowu szczelina! Tym razem nie po kolana, ale też nie na samo dno. Dna nie widzę, tylko czarną głęboką dziurę, ale to co widzę, wskazuje na przynajmniej 10-15 metrów w najgłębszym miejscu. Pierwsze jakieś 5 metrów jest pionowe, potem szczelina biegnie pod skosem, ze względu na to nie widać gdzie jest jej koniec. Zważywszy, że najgłębsze szczeliny mają tutaj do 80 metrów, nie było najgorzej. Tym bardziej że wpadłem tylko 3 metry, prosto na lodowy most, który być może zawalił się kiedyś i utknął w szczelinie. Przed atakiem zimy ta szczelina była zupełnie odkryta, bo gdy wpadałem nie było żadnego oporu. To był ułamek sekundy. Opad śniegu i wiatr równo zakamuflowały ją grubą warstwą świeżego luźnego śniegu.

 

Jak się wydostać ze szczeliny?

 

Znowu więcej szczęścia niż rozumu. Kiedy ja zmądrzeję? Przykro mi - nigdy. Choroba jest już zbyt daleko posunięta. Fajnie, że mam czekan w ręce, tylko czemu nie założyłem do tej pory raków? Bo lodowiec zupełnie płaski i bez raków idzie się szybciej. To wszystko prawda tylko co teraz? Most może zaraz runąć w dół, raki solidnie opakowane w plecaku. Żadnych szans, by je założyć na tym kawałku lodu. A na powierzchnię jednak kawałek. Szerokość szczeliny przynajmniej na metr a raczej trochę więcej. Spokojnie, coś trzeba wymyślić. 15 metrów repsznura 5mm (liny pomocniczej) w plecaku też mi nic nie da - po cholerę go zresztą wziąłem skoro wspinam się sam?! Nieważne. Wolę się za bardzo nie ruszać, bo nie chcę się znaleźć niżej. Walę czekanem w lód, coś na kształt zapieraczki (czyli zapieranie się butami  i plecami po obu stronach szczeliny), czasami w rozkroku na wyrąbanych w lodzie niewielkich wgłębieniach. Niełatwo, szczelina trochę za szeroka. Jest ślisko, jak mi się but ześlizgnie, to zlecę dużo niżej, już nie mówiąc, że przy okazji mogę sobie zrobić krzywdę - spadając. Grzesiek, pełna koncentracja, spokój i do góry! Tu nie ma miejsca na jakikolwiek błąd. Po dwóch minutach jestem już na powierzchni.

 

I co dalej? Trzeba wracać - to logiczne w tym wypadku. Otóż nie. Skoro przeszedłem większość szczelin, to pokonywanie ich po raz kolejny kolejnego dnia, być może znów samotnie, to tylko zwiększanie ryzyka. Pogoda coraz lepsza, najbardziej uszczeliniony fragment lodowca za mną, przede mną może jeszcze z 5-10 szczelin, które były świetnie widoczne kilka dni wcześniej.  Dam radę. Tylko muszę spowolnić wędrówkę i każdy krok poprzedzać wbiciem czekana. Jeśli będzie lód to okey, jeśli pustka, to szczelina. Problem tylko taki, ze stylisko czekana ma ok. 60cm długości, tyle co nawiany tutaj i tworzący niemal równą warstwę śnieg. Zakładam raki i do przodu. Limit szczęścia na ten dzień wyczerpany.

 

Już dawno temu zaprzyjaźniłem się ze szczelinami lodowcowymi. Odwiedzam je co roku. Tak mnie polubiły, że ciągle  próbują mnie  wciągnąć do siebie. Zazwyczaj bezskutecznie. Co najwyżej dam im kawałek nogi na sekundę. Ale czasami daję się zaprosić na dłużej do środka. Tak jak w tym przypadku. A potrafią być piękne, efektowne i głębokie.

 

W zaspach do góry

 

Pnę się mozolnie do góry robiąc ścieżkę. Śniegu zazwyczaj po kolana, czasami po łydki, czasami po pas, rzadko po kostki. Słońce świeci coraz mocniej, ale jeszcze nie na mnie. Przeszkadza temu Kazbek. Kołdra chmur z 3500m wędruje na wyższy pułap, ale tu gdzie jestem widoczność jest świetna. Czekan czasami jest za krótki, muszę wspomagać się kijkiem by sprawdzić podłoże. Strasznie wolno się idzie poprzedzając każdy krok sprawdzeniem co pod śniegiem. Ale dzięki temu wykrywam ponad 5 szczelin, w które pewnie bym wpadł gdybym tego nie zrobił. Jedne wąskie, inne dosyć szerokie, a głębokie są wszystkie. Niektóre bez mostów lodowych i trzeba je przeskoczyć. Czasami ze sporego rozpędu. Po tych z mostami lodowymi można spróbować przejść będąc przygotowanym, że most zacznie się walić i trzeba będzie się rzucić z czekanem na skraj szczeliny. Raz ten manewr okazał się przydatny.

 

Największe zagrożenie szczelinami minęło, zbliża się 4400m n.p.m. Pojawia się nowy problem, bardzo dużo śniegu. Toruję drogę, śniegu po uda, po pas, czasami po kolana. Ciężko i wolno. Co z tego, że czuję się świetnie, jak nie mogę tego wykorzystać. Pocieszeniem jest, że nawet jeśli pode mną są jeszcze jakieś szczeliny, to stary zmrożony śnieg pod świeżym, jest dosyć pewny. W tych warunkach 50-100 kroków do góry i przystanięcie. Gdy śniegu po pas, co 30 kroków i przystanięcie. Powoli, ale jednak do przodu. Widać coś co powinno być wierzchołkiem Kazbeka. Jeszcze kawał drogi. Zerkam czasami na ślad zapisany w gpsie, ale i tak wkoło wszystko zasypane nawianym świeżym śniegiem. A tak niedawno szedłem tutaj lodową przyjemną ścieżką. Pomarzyć. Zapisany ślad się jednak kończy. Chmury i burza śnieżna z piorunami zmusiły mnie wtedy do odwrotu. Czas wytyczyć własną zupełnie autorską ścieżkę. Wybrałem wersję: ostro na skos do góry. Termometr wskazywał minus 13°C. Znajdowałem się w tym momencie na odcinku trasy biegnącym po stronie rosyjskiej (graniczny gruzińsko-rosyjski charakter góry wymagał rejestracji w schronisku Bethlemi dla pograniczników).

 

005 (Kopiowanie) wmI zaczęło się. Po uda, po pas w śniegu, coraz bardziej stromo, więc doszło osuwanie. Katorżnicza droga. Ale konsekwentnie do przodu. Niezła mordęga. Za to pogoda dopisywała. Śnieg nie padał, wiatr wiał, ale porywisty był tylko chwilami. Chmury wokół Kazbeka, te najwyżej położone, znajdowały się teraz mniej więcej na wysokości jego wierzchołka. Tylko czasami o niego zahaczały. Do tego piękne, kłębiaste. Momentami świeciło słońce. Tak do około 4800m szło się bardzo ciężko w kopnym śniegu. Istniało nieduże ale realne zagrożenie lawinowe. Bo wiatr utworzył miejscami nawisy śnieżne, a nachylenie sięgało 40-45 stopni. Od około 4800m n.p.m. było lepiej, bo wiatr wywiał częściowo śnieg i po części trasy szło się całkiem przyjemnie, choć cały czas było stromo. Odrobinę bardziej płasko zrobiło się w okolicach 4850m. Zauważyłem daleko w dole krótki odcinek, który mógł być kiedyś ścieżką. Wskazywałoby to, że wcześniejsza ścieżka prowadziła cały czas lekko w górę, a dopiero potem bardziej stromo, być może zakosami i wyprowadzała w rejon gdzie ja się znajdowałem.

 

Psychika to podstawa 

 

Mój stary i zużyty sprzęt radził sobie nad wyraz dobrze. Jako że wyprawa była mało górska, bo oprócz Kazbeka obejmowała jedynie turecki Ararat i irański Demawend, to prawie całe moje ubranie wyłącznie z butami było do wyniszczenia. Skórzane i wysłużone buty dawały radę, choć zaraz po Kazbeku wylądowały w koszu na śmieci. Reszta odzieży też straciła już dawno większość swoich właściwości. Mój organizm jednak świetnie czuje się w zimowych i mroźnych warunkach, toteż na niejedną poważną górę wszedłem z takim sprzętem, że inni alpiniści z całego świata – nawet z dużo biedniejszych krajów – pukali się w czoło jak ja chcę wejść na szczyt w tym co mam na sobie. Oni wszyscy mięli lepszy sprzęt, często za grube tysiące dolarów. Tylko że ja jakoś zawsze wchodziłem na szczyt, bez większych problemów, bez odmrożeń. A oni często nie. Bo w górach sprzęt jest ważny, ale nie najważniejszy. Z tego co zależy w górach od człowieka to najważniejsza jest psychika i charakter, potem przygotowanie fizyczne i predyspozycje fizyczne do wspinaczki w górach wysokich, a dopiero potem jest sprzęt. Dopóki zdobywanie szczytu idzie prawidłowo, to gorszy sprzęt daje radę. Dopiero gdy pojawia się problem jak np. przymusowa noc w jakiejś jamie śnieżnej, od dobrego sprzętu zaczyna zależeć zdrowie i życie. Nie inaczej jest z Kazbekiem. Jeśli pogoda jest dobra i wejście na szczyt przebiega sprawnie, nie trzeba żadnego super sprzętu. Przyzwoite buty trekkingowe śmiało dadzą radę – buty w górach to zawsze kluczowy element. W lecie używanie skorup czy najwyższych modeli nie-skorup to coś absolutnie zbędnego na Kazbeku.

 

Ostatnie 200 metrów

 

Nie wiem jak inni wchodzą na szczyt w ostatnim fragmencie (bo nie widziałem ścieżki). Zrobiłem więc to następująco. Najbardziej mnie kusiło pójść prosto bardzo stromo do góry między niewielkimi skałkami, ale jednak po lodowcu. Było tu kilka szczelin brzeżnych. Jednak bez asekuracji i samotnie było to zbyt duże ryzyko. Miałem już dość obchodzenia dookoła tego Kazbeka, ale inne gruzińskie drogi wymagają partnera do wspinaczki. A ja ani partnera ani sprzętu. Jedynie raki półautomaty, czekan i kawałek cienkiej liny pomocniczej (repsznur) gdybym z kimś szedł do góry. Ale nie szedłem.

 

Ruszyłem więc poniżej skałek i za nimi po lodzie do góry. Nachylenie było bardzo duże. 50 stopni na pewno, a czytałem że i 60 stopni jest w tym miejscu. I ten najstromszy odcinek na Kazbeku ma około 100-150m deniwelacji względnej. Asekuracja czy zainstalowanie poręczówek nie zaszkodziłoby, choć z tym ostatnim byłoby za dużo pracy, potrzebne byłoby trochę sprzętu, zwłaszcza nielekkich lin do wyniesienia. A po co, skoro da się bezpiecznie wejść bez tego, czego jestem najlepszym przykładem. Do tego jest szybciej. Mimo że nie ma przepaści, to w razie upadku i braku hamowania można bardzo szybko zjechać dobre 500m deniwelacji względnej, a „przy odrobinie szczęścia” i 1000 metrów. Zabicie się wcale nie jest niemożliwe, a nawet bym rzekł, że prawdopodobne. Bo są miejsca gdzie może nas trochę wyrzucić jak z małej skoczni, niżej są też szczeliny. Więc żartów nie ma. Dlatego szedłem bardzo ostrożnie. I tu bardzo ważna uwaga, w tym miejscu trzeba mieć pewność, że raki są naprawdę dobrze założone i nie zlecą z butów. Mimo że było bardzo stromo, sporo adrenaliny, to po samym lodzie szło się naprawdę dobrze. Niestety było też sporo nawianego śniegu, w postaci zasp. Nie dało się wszystkich ominąć. A tutaj raki zupełnie sobie nie radziły. Zsuwałem się. Kilka razy serce zabiło mi szybciej. Ale jakoś to dziadostwo przeszedłem.

 

I oto jest – szczyt  

 

006 (Kopiowanie) wmStromo jest do samego szczytu, dopiero ostatnie kilkadziesiąt metrów (ale nie deniwelacji względnej) spłaszcza się. I oto jest - szczyt. Najbardziej wysuniętego na wschód 5-tysiecznika Kaukazu. Wreszcie. Czas wejścia w normalnych warunkach uznałbym może nie za fatalny, ale za słaby. W tych okolicznościach był to świetny czas. 11 godzin. Na szczęście dosyć stabilna pogoda, która się zrobiła, napawała optymizmem. Była dużo gorsza niż mój pierwszy dzień na Kaukazie, ale dobra. Prognoza Georgija – gospodarza w Bethlemi na szczęście się nie sprawdziła – w końcu. Zamiast  pięknej nocy było załamanie pogody, zamiast załamania pogody w dzień, pogoda zrobiła się bardzo przyzwoita. Ale w nocy naprawdę niewiele brakowało bym zawrócił.

 

Gps szalał pomiędzy 5031 a 5035m n.p.m. (deniwelacja bezwzględna). Ta ostatnia liczba to najwyższa jaka pojawiła się na ekranie. Na pewno to nie jest 5047m jak mówią niektóre dane. A na szczycie spędziłem ponad pół godziny, gps łapał bardzo dobry sygnał z 10 satelit.

 

Widoki były zjawiskowe. Może właśnie dzięki morzu efektownych kłębiastych chmur poniżej i na wysokości szczytu, z pomiędzy których odsłaniały się czasami spore fragmenty Kaukazu. Nie mniej, nic wyższego w tej części gór nie było. Tylko ja i góry, po naprawdę wymagającej wędrówce. Kazbek to góra dużo trudniejsza technicznie niż najwyższy kaukaski szczyt Elbrus, na którym byłem dwa razy. Ale obiektywnie, technicznie Kazbek nie jest jakoś szczególnie trudny.

 

Wejście na szczyt sprawiło mi wiele radości. Ararat i Demawend były fajne. Ale takie banalne wejścia nie dają tyle satysfakcji co takie wejście jak na Kazbek. Pogoda i brak innych wspinaczy sprawiły, że było to wejście o dużej wartości. Wpierw wydawało się, że pójdzie wszystko szybko i bezproblemowo, potem załamanie pogody, obawy że nic z tego nie będzie, a w końcu samotne trudne wejście na szczyt w zimowych i lodowcowych warunkach. Z elementami grozy. Nieraz stawałem samotnie na różnych szczytach, nierzadko wymagających i po ciężkiej walce. I zawsze jest tak samo. Świadomość, że jesteś sam jeden na szczycie, a górę zdobyłeś po walce, to jedyne uczucia w swoim rodzaju. Iście ekstatyczne. Tylko ty, nikogo więcej w promieniu iluś kilometrów, nieraz tysięcy, na takiej wysokości. Wszystko zależy od ciebie. Tylko ty możesz sobie pomóc lub zaszkodzić. Od ciebie zależy czy przeżyjesz czy zginiesz. Takie wejścia hartują człowieka, pozwalają poznać siebie, swój charakter i swoje możliwości. Niesamowicie rozwijają. Są najlepszą szkołą jaka może być. Nie od dziś wiadomo, że podróże kształcą, a góry potrafią to zrobić w przyśpieszonym tempie. Żadna szkoła czy kurs nie zastąpi tak zdobytego doświadczenia.

 

Na szczycie Kazbeka nie ma nic – tylko śnieg i lód. Jedynie gps i widok, że nie ma wokół nic wyższego jest gwarantem, że jesteśmy na Kazbeku. To tutaj początek bierze najbardziej znany w tym rejonie lodowiec Gergeti i parę innych. Bardzo efektownie prezentowało się lodowe plateau poniżej, przykryte grubą warstwą śniegu.

 

Trudniejsza połowa – w dół

 

Wypiłem resztę letniej już herbaty, z trudem zjadłem zamarzniętego na kość batona – można przez takiego stracić zęby – i czas było ruszyć w dół moją autorską drogą. Zejście to często trudniejsza połowa zdobywania góry. Jest zazwyczaj szybsze, ale też zazwyczaj trudniejsze. W dół trudniej pokonuje się bardziej techniczne fragmenty, dochodzi zmęczenie i pewne rozluźnienie, które następuje po zdobyciu szczytu. A tu trzeba być jeszcze bardziej skoncentrowanym.

 

W górach należy pić dużo płynów. Brzmi pięknie, ale kto je będzie za mnie nosił. Bo mi się nie uśmiecha. Ale skoro wokół było pełno śniegu i lodu to wody mi nie brakowało. Nie ma to jak polizać sopelka. Lub pojeść sobie śniegu. Bez smaku, ale za to tylko zero kalorii. Choć w taki dzień potrzebne jest mnóstwo kalorii, gdyż organizm pracuje na najwyższych obrotach. Będąc  bardziej poważnym, to taki śnieg i lód, to nic innego jak woda destylowana, która wysysa z nas wartościowe pierwiastki, co jest niekorzystne dla organizmu.

 

Czas było się skupić na pokonaniu lodowego bardzo stromego pola ze śnieżnymi niespodziankami. Gdyby tak mieć narty w tym momencie. A tu trzeba było zaiwaniać na nogach. Ostrożnie, powoli. Trochę emocji było, ale generalnie bez problemu. Widoki przecudne. Potem mój ukochany kopny śnieg… a niech go szlag trafi. Utkwił mi w nim rak, który był tak oblodzony, że nie udało się go potem ani idealnie oczyścić ani idealnie założyć, więc co jakiś czas spadał. Ale na tym odcinku trasy nie robiło to wielkiej różnicy.

002 (Kopiowanie) wm

 

Czym było później tym chmury schodziły niżej, ale nadal widoki były świetne. A na lodowym plateau zauważyłem sześć osób. Szli od strony rosyjskiej. W zasadzie to ja również w tamtej chwili znajdowałem się na terenie Rosji. Było tam tyle śniegu, że uznali, iż nie ma potrzeby wiązać się liną. Gdy przechodziłem na wysokości 4500m n.p.m. pomachałem im, oni mnie i kontynuowaliśmy wędrówkę. Ja w dół. Oni mniej więcej do miejsca gdzie ja byłem.

 

Założenie bazy na 4500m n.p.m. i atak szczytowy to bardzo fajne rozwiązanie, bo po ataku szczytowym mogli tego samego dnia jeśli nawet nie zejść jeszcze w dolinę, to zejść poniżej lodowców. Moi przyjaciele mam nadzieję, że doceniliście jaką fajną zrobiłem wam drogę na szczyt:).

 

Tam gdzie było mniej śniegu, wiatr zdążył zatrzeć zupełnie moje ślady z rana. Dotarłem do szczelinowego lasu. Koncentracja i do przodu. To po moście lodowym, to przeskok nad szczeliną. Z dwa razy niewiele brakowało, by skok okazał się za krótki. Szczelina do której wpadłem świeciła czarną dziura pośród białego śniegu. Jej też się przejść nie dało, trzeba było przeskoczyć. I kolejne szczeliny. Do jednej wpadłem po kolana i gdy schodziłem już z plateau jeszcze do jednej prawie wleciałem. Starczy już na dzisiaj może. Nad głową były znowu same chmury, zrobiło się szaro, niektóre z nich zaczęły przechodzić przez dolinę w której się znajdowałem. Nie przeszkadzało to w niczym. Przeszkadzał jedynie labirynt skalno-lodowy. Bo trzeba było uważać i nie dało się iść szybko. Zresztą wlekłem się niesłychanie, tu zdjęcie, tam pooglądać widoki, tu jakiś ładny kawałek skał wulkanicznych, a tam jeszcze piękna szczelina lodowcowa. Huk spadających kamieni, a na jednym małym bocznym lodowcu nawet świeża lawina śnieżna. Nie mniej, śnieg w tak ładny dzień jak ten, poniżej wysokości 4000m szybko topniał. Przez te moje zdjęcia i kręcenie filmików dwa razy nieźle wyrżnąłem. Trzeba było patrzeć pod nogi.

 

Impreza w Bethlemi

 

I oto jest. Schronisko. Najwyższy czas. Bo na zegarku 18:45. Zapadał zmrok. Schodzenie zajęło mi 5 godzin. Ale kopny śnieg i robienie zdjęć zrobiło swoje. Poza tym gdzie się miałem spieszyć. I tak wiedziałem, że tego dnia już nigdzie dalej nie ruszę.

 

Poszedłem się zameldować do gospodarza schroniska – Georgija, z którym zdążyłem się zaprzyjaźnić. Do dzisiaj byliśmy w schronisku tylko we dwójkę, miał je zamykać na zimę. W końcu październik był już od dobrych kilku dni. Ucieszył się, że jestem cały i zdrowy, a do tego stanąłem na szczycie. Pokazuję zdjęcia, szczelinę, warunki na trasie. Oj Grisza, Grisza. Powiem ci coś, jesteś kompletnym górskim durakiem. Dzięki Georgij, to na zdrowie, za górskich duraków. Czyli za mnie też, bo ja również tak chodzę – roześmiał się Georgij. Po czym dodał – wiele lat temu takich wariatów jak ty było więcej, głównie Rosjan. Ale nie pamiętam kiedy ostatni raz spotkałem takiego samotnego górskiego zakapiora jak ty. Może już starczy tych słodkich komplementów na dzisiaj Georgij. To było bardzo trudne i niebezpieczne w tych warunkach co zrobiłeś. Ale gratuluję. Samotne wejście w takim stylu, to jest klasa. Dobra, dobra. No to dawaj Georgij, jeszcze raz za górskich duraków. Uścisnęliśmy się po przyjacielsku i do dna. Porządny gruziński bimber. A oprócz nas kto? Polska 6-osobowa ekipa. Oni mnie od duraków nie wyzywali – heh – ale też przyznali, że to co zrobiłem graniczyło z szaleństwem. A czego wyjście się spodziewali po szalonym duraku? A potem rozmowy, jedzenie, bimber, opowieści.

 

Mimo że moje wejście było ciężkie i długie, to czułem się świetnie, nie czułem zmęczenia, choć pewnie zmęczony byłem. Od razu przyłączyłem się do biesiadowania, a siedzieliśmy do późna w nocy. Aż się bimber skończył. Polska ekipa planowała start na Kazbek nie dnia następnego, tylko pojutrze. Z tymże ta mniej doświadczona trójka uczyniła bardzo mądrze i postanowiła wynająć przewodnika. Nie należy bowiem brać przykładu z duraka Grzegorza.

 

Chłopaki się stopniowo wykruszali. Cóż, bimber miał pewnie dobrze ponad 40 procent alkoholu. Posiedziałem jeszcze trochę z Georgijem. Czułem się tak dobrze, że mógłbym znowu ruszyć do góry. Na dobrą sprawę budzik całkiem niedługo znów miał dzwonić o 1:30. Ale tej nocy nie było takiej potrzeby.

Październik 2012

P.S.

Tragedia na Kazbeku, wrzesień 2013: LINK

NA ZDJĘCIACH wspinaczka na Kazbek 5033m w partiach szczytowych.


Znajdź mnie

Reklama

Wydarzenia

Brak wydarzeń

nationalgeographic-box.jpg
redbull-225x150.jpg
tokfm-box.jpg
tvn24bis-225x150.jpg

Reklama

Image
Klauzula informacyjna RODO © 2019 Grzegorz Gawlik. All Rights Reserved.Projekt NRG Studio
stopka_plecak.png

Search