Artykuły

Reportaże

Nie to Betlejem - Iquitos (Peru, Amazonia)

Piranie na targu w Belen

Prolog

belen4 resKontynent: Ameryka Południowa. Kraj: Peru. Region: Amazonia. Miasto: Iquitos. Dzielnica: Belén. Można tutaj dotrzeć szybkim pociągiem albo autostradą… żartowałem. No właśnie, miejsce to zawdzięcza swoją wyjątkowość w dużej mierze temu, że nie można tutaj dotrzeć lądem. Żadnych utwardzonych dróg. Żadnych torów kolejowych. A więc co pozostaje? Droga lotnicza lub droga wodna – Amazonką. Te niedogodności, które równie dobrze można uznać za atut, nie przeszkodziły w rozwoju miasta. Bo Iquitos to miasto zacne. Jakieś czterysta tysięcy mieszkańców, zaś region Loreto, którego jest stolicą, ponad dwa razy tyle. Obszar większy od Polski. Tak na marginesie, nie ma drugiego tak dużego miasta na świecie, do którego nie można dojechać samochodem albo pociągiem. Jest za to niezłe lotnisko i kilka ciekawych przykładów architektury. Jak Żelazny Dom (Casa de Fierro) przy głównym placu – dzieło zaprojektowane przez Eiffla. Tak, tego Eiffla. Przy głównym placu czyli de Armas oczywiście. Oczywiście dlatego, że praktycznie w całej Ameryce Południowej centralny plac to de Armas. A jak jakimś dziwnym trafem nazywa się inaczej – duża rzadkość – to i tak jest de Armas. To nie sprzeczność. Po prostu jak obcy zapyta w mieście o Plaza de Armas zostanie skierowany na główny plac miasta, bez względu na jego urzędową nazwę. Iquitos ma jeszcze wiele innych atutów. Niezwykłą, jedyną w swoim rodzaju atmosferę. Sąsiedztwo Amazonki i amazońskich lasów deszczowych. Można dopłynąć stąd do Atlantyku. A w przeciwnym kierunku dotrzeć w zlodowacone Andy. Tutejsze lasy są pełne zwierząt i niesamowitej roślinności – co stanowi naturalne bogactwo. To jest źródło sukcesu Iquitos i jego wielkości. Lecz słowo „pełne” powoli należy dać w cudzysłów. Kilkaset tysięcy ludzi tutaj żyjących zjadło większość zwierząt z sąsiedztwa. Drzew również wycięto bezliku. Wśród tych wszystkich atrakcji, jest jeszcze jedna. Któż wie czy nie największa. Tak, mam na myśli Belén, po hiszpańsku Betlejem. Niezwykłą dzielnicę – dzięki ludziom, dzięki położeniu. A może przede wszystkim dzięki jej charakterowi i klimatowi.

Mimo że Belén to jedna z miejscowych atrakcji turystycznych to niewielu tu turystów. Bo niby straszno i niebezpiecznie. W końcu to dzielnica biedoty, o złej sławie. Rio de Janeiro ma swoje favele, Iquitos ma swoje Belén. Na wszelki wypadek lepiej omijać to miejsce z daleka. I bardzo dobrze. Czym mniej turystów, tym dzielnica dłużej zachowa pierwotny charakter. A Iquitos i Amazonia w sąsiedztwie miasta są coraz popularniejszym miejscem podróży. Po tym przydługim wprowadzeniu czas przystąpić do rzeczy.

Belén – część I

            Ricardo udał się po swój wehikuł. Charakterystyczny dla Iquitos. Jego konfiguracje można spotkać w różnych miejscach na świecie. To motoriksza, inaczej riksza motorowa. Czyli po prostu motor – chociaż motocykliści wolą słowo motocykl – na trzech kołach z zadaszoną częścią pasażerską, ale przewiewną. Kilka minut jazdy z centrum i dojeżdżamy do Belén. Patrzę, a Ricardo przepycha swój pojazd do dużego drewnianego pomieszczenia. Tutejszego parkingu. Widząc moje zdziwienie na twarzy zaczął się tłumaczyć: mój motor to droga rzecz, a to jednak Belén. Będę się czuł lepiej jak schowam go na płatnym parkingu. W porządku, chociaż kilka minut wcześniej słyszałem, że niebezpieczeństwa Belén są przereklamowane. A całkiem liczna policja w Iquitos nagle po wjeździe do owej dzielnicy znikła. Ale to pewnie tylko przypadek. Prawda Ricardo? Punkt pierwszy to miejscowy bazar. Dużo ludzi, dużo straganów. Tłok. Ricardo zaczyna od instrukcji: pilnować pieniędzy i dokumentów, schować aparat fotograficzny i jeszcze raz pilnować, ale siebie samego. Odpowiadam: spokojnie, co ma być to będzie.

belen2 esPrzyjechałem zobaczyć miejscową atrakcję, a sam stałem się atrakcją. Jedyny białas w dzielnicy. I tak było do końca. Miejscowi machali, pozdrawiali, pokazywali to co chciałem zobaczyć i czego nie chciałem. Obecność w tym wszystkim Ricardo była na pewno przydatna. Na bazarze można było kupić wszystko co rośnie i żyje w Amazonii. Zjeść także. Żółwie, małpy, grillowanie kajmany z rodziny aligatorów wraz z grillowanymi bananami. A propos bananów to tutaj potrafią je przyrządzić na wiele sposobów, nawet zrobić prawie z nich ziemniaki. Ale to zupełnie inna historia. Do tego różne owoce, serca palm, warzywa, no i oczywiście ryby, z piraniami wyłącznie. Jak smakują? Jak zwykła ryba. A czy są naprawdę takie groźne? Niech za odpowiedź posłuży pewna anegdota nie tylko o piraniach. Będąc w okolicach Iquitos zagłębiłem się też w amazońskie lasy deszczowe m.in. na poszukiwaniu najbardziej jadowitego węża świata – żararaki lancetowatej – z sukcesem. Gdy jednak podczas straszliwego upału połączonego z ogromną wilgotnością z tęsknotą spoglądałem na jeden z dopływów Amazonki, mój przewodnik Alfredo wyczuwając moje pragnienia powiedział: - Gregorio, możesz się iść kąpać, rzeka jest bezpieczna. Tylko czekałem na taką informację. Będąc po kostki w wodze, zapytałem jednak: - Alfredo są tutaj w rzece jadowite węże? Tak, są, ale rzadko atakują ludzi. Uspokoiłeś mnie. A czy są tutaj aligatory? Oczywiście, ale teraz śpią, raczej ci nic nie zrobią. Fantastycznie. Alfredo, ale jeszcze jedno. A piranie? Jest ich pełno, ale jak nie krwawisz to cię nie zaatakują. To rzeczywiście rzeka jest bardzo bezpieczna – skwitowałem z przekąsem. „Uspokojony” poszedłem popływać, może to mój ostatni raz, ale co tam. Skoro jestem wstanie jednak pisać to znaczy, że nie był ostatni.

            Jedną z ciekawostek Belén są pomalowane w niektórych miejscach na kolorowo domy. Urozmaicają monotonną drewnianą zabudowę. Miejscowi dostali kiedyś farby właśnie w tym celu. I chętnie skorzystali. Wygląda to dużo naturalniej i ciekawiej niż w słynącej z takich malunków dzielnicy portowej Buenos Aires – La Boca. Tam jakby na siłę pomalowano domy na kilka kolorów, w zasadzie na jednej uliczce, straszna komercja. Skuteczna dzięki dobremu marketingowi, ale jest to wszystko sztuczne, przerysowane, ozdobione jakimiś gipsowymi kiczowatymi posągami i pomnikami. Więcej turystów niż miejscowych. Nuda. W Belén te malunki nie rzucają się w oczy, nie zwraca się na nie uwagi, niejednokrotnie pachnie amatorką – ale właśnie dlatego jest to wszystko prawdziwe.

Belén – część II

            Po klimatycznym bazarze i innych zakamarkach Belén nie mogło zabraknąć domów na palach i wycieczki łódką po zakamarkach dzielnicy. Po wodnych szerszych i węższych arteriach. Ot, taka tutejsza Wenecja, która poza wodą – choć innego pochodzenia – z tą właściwą nie ma nic wspólnego. Łódek bez liku, chętnych do zorganizowania kursu nie brakuje. Trzeba tylko wytargować dobrą cenę. Wiadomo, że obcego trzeba naciągnąć. A obcego zza wielkiej wody już szczególnie. Rozpocząłem targowanie: 20 soles - właściciel łódki, ja - 2 soles. Ricardo się śmieje i całkiem niezłym angielskim niezrozumiałym dla tutejszych tłumaczy mi, że 15 i tak będę musiał zapłacić. W życiu! Więcej niż 5 nie dam - czyli niecałe dwa dolary. 17 soles – 2 soles. Tubylec od łódki się śmieje. Ja wiem, Niemcy, Brytyjczycy czy Francuzi zapłaciliby i 200 soles. Ja jednak nie lubię jak oni robić za frajera kilkadziesiąt razy dziennie. W ogóle nie lubię, choć nie zawsze da się tego uniknąć. Ale dobra - 3 soles. 15 soles - po drugiej stronie. Oboje się śmiejemy. Dam 4, ale finito. 10 soles - ostatnie słowo driver`a od łódki. To nie, dzięki - idziemy szukać dalej. Właściciel od łódki chwyta mnie za ramię i pyta, to ile dam? Podróżując po tym kontynencie trochę języka człowiek łyknął, więc odpowiadam po miejscowemu czyli po hiszpańsku, że 5 soles to moje ostatnie słowo, niech stracę. Uśmiech na twarzy tubylca, ale nie widać przekonania w jego oczach. Idę kilka kroków dalej, gdzie podpływa kolejny podobną łódką, wysadza kogoś z rodziny jak wszystko wskazuje. Mówię: - chcę popływać trochę po Belén. Masz czas? I za ile? Na pierwsze pytanie odpowiedź twierdząca, na drugie - 10 soles. Nie, to za dużo - odpowiadam, dam 5 soles i płyniemy albo idę dalej. Okey, pasuje - słyszę odpowiedź. Wsiadamy na łódkę za 5 soles. Ricardo kiwa z uznaniem głową, ale pyta: - czemu nie chciałeś dać 10 soles, masz przecież tyle? Dla zasady, nie lubię przepłacać, a na Iquitos moja podróż się nie kończy – odpowiedziałem. No to płyniemy.

Nasz „gondolier” to już starszy mężczyzna, a może tylko tak staro wygląda. Pomarszczona twarz. Szczupła budowa ciała, na sobie długie ciemne stare spodnie i niewiele nowsza jasna koszulka. W ręku wiosło, środek transportu drewniany, ale canoe to nie jest. Fetor trudny do zniesienia, ale skoro kanał jest ściekiem a po bokach rosną góry gnijących odpadów to nie ma się co dziwić. Płyniemy w prawie czarnej gęstej zupie, która nazywa się Itaya – to jeden z dopływów Amazonki, w tym miejscu obie rzeki w zasadzie się łączą. Gdy oddalamy się od lądu, zupa robi się mniej gęsta, ale jest tak samo brudna. Mniej śmierdząca. A może już w ogóle nie śmierdzi, bo nos się przyzwyczaił. Stan tej wody nie przeszkadza miejscowym się w niej kąpać i myć, ani taplać dla przyjemności. Używać tej wody do gotowania i płukania warzyw oraz owoców. Nadaje się też świetnie do prania i mycia włosów. Ricardo widząc w jakim skupieniu oglądam te obrazki mówi do mnie – ta woda jest bardzo brudna, lepsza jest trudno dostępna a przede wszystkim droga. Ludzie w niej robią wszystko, do niej też wszystko wylewają, wyrzucają, załatwiają się. Przez co jest tutaj dużo chorób, dużo dzieci umiera, w ogóle niewielu żyje w tej dzielnicy długo.

belen3 resBelén ma jedną część położoną na brzegu, drugą w wodzie, obie są na palach, poza najwyżej położonymi fragmentami dzielnicy. Gdy do brzegu jeszcze blisko to są drewniane lub betonowe kładki wzdłuż domów, dalej pozostaje tylko łódka lub wpław. Pale są niezbędne, choć to nie rejon wiecznej zmarzliny. Mianowicie w porze deszczowej woda może się podnieść i o dwa metry. Stąd pale czy domy na belach z balsy (rodzaj drewna) unoszące się wraz z przyrastającą wodą. Zabudowa niemal wyłącznie z drewna. Które ma kolor wody – czyli mocno szary, dachy kryte zazwyczaj strzechą. Na wodzie są nie tylko domy, ale i punkty usługowe, budki telefoniczne, sklepy, kościoły, knajpki, dyskoteki, burdele. Wszystko ze sobą sąsiaduje. Po zmierzchu za miejsce uciech cielesnych służą też łódki. Bo nie oszukujmy się, takie odcięte od świata miasto jak Iquitos ma swoje problemy. Alkohol, różne halucynogenne amazońskie roślinki i seks to popularne sposoby spędzania tutaj wolnego czasu. Niejedną można usłyszeć historię, jak będący pod wpływem alkoholu albo środków odurzających jegomość wpadł do rzeki, wpadając zahaczył o coś ostrego, mocno krwawiącego zaatakowały go piranie. Pomocy znikąd. Po paru dniach zostaje tylko szkielet.

Mieszkańcy Iquitos mają również słabość do ciast z kremem oraz lodów. Takich przysmaków nie powstydziłyby się europejskie cukiernie z tradycjami. Wracając jednak do seksu, co jak wiadomo w dzisiejszym świecie jest najbardziej interesujące, to ten sposób spędzania wolnego czasu, przy braku edukacji seksualnej i dostępu do środków antykoncepcyjnych kończy się często ciążą. Nikogo nie dziwi młoda kobieta mająca około dziesiątki dzieci czy więcej. Marzeniem miejscowych dziewczyn jest, by porwał je bogaty mieszkaniec stołecznej Limy. I by z lasów tropikalnych przeniosły się do nowoczesnego miasta. Bo tutaj wielu z nich nic dobrego nie czeka. To narastający problem, bo rodzice wolą z tego powodu mieć chłopców w rodzinie, oni zazwyczaj zostają. W córkę się inwestuje, a potem pewnego dnia znika, raz na zawsze. To nieopłacalna często inwestycja. Natomiast opowieści o niezwykłej urodzie tutejszych kobiet wykraczają daleko poza amazońskie ostoje.

            Płynąc przez zakamarki Belén i wzbudzając powszechne zainteresowanie, czuję w pewnej chwili apetyczny zapach. To właśnie mija nas pływająca knajpa - stop, stop. Nie tak szybko. Coś bym zjadł. A co tam mamy? Jakaś zupa, nie wiadomo z czego. I niech tak zostanie. Grillowana… kiełbasa, chyba? Też lepiej nie wiedzieć z czego. Grillowania ryba, pewnie z tej cuchnącej rzeki. A do tego banany grillowane lub świeże – do wyboru. Cena korzystna, to co z grilla na patykach, zupa w naczyniu, które trzeba zwrócić. Wszyscy w skupieniu patrzą jak jem i czekają na moją reakcję. Ricardo, który nie był głodny, tylko się uśmiecha. Nie takie rzeczy człowiek jadł, więc czym tu się przejmować. Dziękuję, było zjadliwe, płyniemy dalej. Pozdrowienia, uśmiechy pożegnalne i w drogę. Po kolejnych kanałach, szerszych i węższych. Niektóre są całkiem spore i pływają po nich peke-peke – łodzie z niewielkim silnikiem spalinowym, jak również większe obiekty pływające. W końcu wody pod dostatkiem a Iquitos jest ważnym portem rzecznym.

Epilog

            Belén czyli po hiszpańsku Betlejem - świętym miejscem na pewno nie jest. Chociaż ma w sobie coś niezwykłego. Tutaj czas bardzo zwalnia. Relaks. Jedna wielka sjesta. Czasami się popracuje. Amazonia wszystkich wyżywi. Zawsze ciepło. Pieniędzy wiele nie trzeba. Podatków tu nie płacą, prąd ciągną z miasta – słupy postawione są nawet w wodzie. Niektóre kanały mają oświetlenie „drogowe”. Każdy żyje jak mu się podoba. Nikt do nikogo się nie wtrąca i niczego nie wymaga. Co nie znaczy, że ludzie są sobie obojętni, wręcz przeciwnie. Nikt nie goni i nie tyra całymi dniami, nie wiadomo po co? Najczęściej po nic. Ale nawet jakby było po co, to ludzie Belén i tak by splunęli z pogardą na wszelkie tego typu propozycje. Szkoda życia. Lepiej się bawić, odpoczywać, żyć spokojnie, po swojemu. Oni, mimo że biedni wyglądają na szczęśliwych. Nie potrzebują do tego lepszego samochodu – których zresztą niewiele na drogach Iquitos odciętego lądowo od świata – łodzi ani większego domu. Przyświeca im dewiza: pracować tylko tyle ile naprawdę konieczne.

            Łódź w końcu dobiła do brzegu. Wycieczka warta była tych 5-ciu soles. Czas był najwyższy, bo zbierało się na tropikalną burzę. Wysiadając trzeba było uważać, by nie wejść w górę śmieci lub nie wpaść do ścieku. Ostatnie spojrzenia na klimatyczne Belén i poszliśmy z Ricardo odebrać motorikszę z parkingu. I jak ci się podobało Belén? – Zapytał w międzyczasie Ricardo. – Bardzo, niezwykłe i klimatyczne miejsce – odpowiedziałem. Ale żyć byś tu nie chciał? Na zawsze może nie, ale przez pewien czas i owszem. Ricardo wyprowadził swój pojazd, właśnie zaczynała się burza. Istne oberwanie chmury. Miejscowi czujnie obserwowali moje poczynania, więc na koniec machaliśmy sobie na pożegnanie jak starzy znajomi.

W drodze do centrum Ricardo mnie zagadnął - Gregorio, jeśli masz na zbyciu 10 000 dolarów, to możemy zrobić dobry interes. Wybudować w dżungli nieduży ośrodek. Jak będziemy mieć średnio tylko kilku turystów tygodniowo, to wyjdziemy na swoje. Co ty na to? Dzięki Ricardo, jak do reszty zmęczę się cywilizacją, to któż wie. Muszę tylko podszkolić hiszpański. A tak w ogóle to ile kosztuje chałupa w Belen?

NA ZDJĘCIACH peruwiańska Amazonia. Iquitos największe miasto na świecie do którego nie da się dojechać lądem w tym słynna konstrukcja Gustave Eiffela – Casa de Fierro. Dzielnica Belen z domami na palach i kanałami przypominającymi ścieki. Na zdjęciach ponadto rzeka Amazonka, amazoński las tropikalny (w tym wschód słońca), ciekawe zwierzęta jak leniwiec, matamata oraz anakonda i tarantule. Na jednym ze zdjęć grillowany krokodyl (kajman) i banany, a na zdjęciu ilustracyjnym piranie, które świetnie smakują po grillowaniu. Na ostatnim zdjęciu riksza motorowa, charakterystyczny pojazd dla Iquitos.  


Znajdź mnie

Reklama

Wydarzenia

Brak wydarzeń

nationalgeographic-box.jpg
redbull-225x150.jpg
tokfm-box.jpg
tvn24bis-225x150.jpg

Reklama

Image
Klauzula informacyjna RODO © 2019 Grzegorz Gawlik. All Rights Reserved.Projekt NRG Studio
stopka_plecak.png

Search