Blog

Blog

Wulkan Pinatubo (Filipiny)

Krater wulkanu Pinatubo, Filipiny.
Lot z Hong Kongu przebiegl bez zaklocen. Najwazniejsze, ze nie zaspalem na lot. Bilet kupilem na stronie linii lotniczych tiger airways, ale obslugiwaly go linie seair. Lotnisko Clark na ktorym ladowalem, to drugie lotnisko Manili, stolicy Filipin na wyspie Luzon, ale polozone od niego dosyc daleko i jest to male lotnisko, chociaz dorobilo sie dwoch  tzw. rekawow. Clark to przede wszystkim lotnisko i baza wojskowa, stacjonuja tutaj takze Amerykanie.

Pod Pinatubo do miejscowosci dotarlem odpowiednio jeepneyem (taka wydluzona ozdobna terenowka, cos jak mikrobus(przerobiony jeep), charakterystyczny tutaj), autobusem i na koncu trycyklem do Santa Juliana. Ten ostatni srodek transportu to z kolei motor z dolaczonym siedzeniem obok i z podtrzymujacym je kolem. Niby dla jednego pasazera, ale zmiesci sie kilku Filipinczykow, a dwaj kolejni usiada za kierowca. Ze wzgledu na czeste deszcze pojazd jest zadaszony. W tej malej wiosce okazalem sie jedynym turysta, a odwiedziny krateru Pinatubo zostaly calkowicie upanstwowione, dlatego ceny sa wysokie, zero konkurencji. Nawet miejscowi maja rozne ograniczenia w oferowaniu uslug. Nikt sam nie moze udac sie bez wykupienia uslugi, jest kontrola przed wyjazdem z wioski a pozniej przy kraterze. By nie placic za ok. 5-godzinna wycieczke 100 dolarow (z tego rozne sumy ida w wiele roznych rak), postanowilem sie dolaczyc do jakiejs grupy. Ze wzgledu na wypadek z przed kilku lat, kiedy zginelo w osuwisku kilku turystow wprowadzono kolejne obostrzenia, ze start musi nastapic w okreslonych godzinach porannych (najmniejsze ryzyko deszczu). Musi byc licencjonowany kierowca, przewodnik i tak dalej. Chociaz wycieczka jest banalna i nie ma takiej potrzeby. Ponadto swiadomie wybralem sie w tzw. niskim sezonie, wysoki jest od listopada do marca, a najgorsza, bo jeszcze bardziej deszczowa jest jesien. 

A zatem czekam rano  pod biurem wycieczek na Pinatubo i gdy dobiega granica czasowa startu, podjezdza samochod z dwoma Australijczykami i Francuzem. Mowia, ze nie ma problemu bym sie do nich dolaczyl. Super. Ale problem widzi pracownica biura i nie daje zgody na moj udzial, a bez biletu nikt mnie nie wezmie. Tlumaczy, ze oni sa z agencji turystycznej z Manili i nie moge do nich dolaczyc. Dlaczego? Bo sa z agencji. Laskawie niby zadzwonila do agencji i niby jej szef sie nie zgodzil. A przeciez ow szef zarobilby wiecej, bo taki mial byc uklad, ze wspomniana trojka robi mi przysluge, a agencja zarabia dodatkowe pieniadze. Ale ponoc sie nie zgodzil, za to pracownica biura, ze jak zaplace 100 dolarow to moge jechac sam. I tak "pojechalem" na Pinatubo, a wspomniama kobieta poszla spac na sluzbowym krzesle. Dzien spozytkowalem na lazeniu po pagorkach, dzungli, potokach, wsrod tubylcow robilem za okaz najrzadszej zwierzyny. Na nastepny dzien uruchomilem wlasciciela mojego homestaya, by kims tam potrzasnal, bo moje poczucie absurdu nie jest nieograniczone. Popoludniu jak zwykle przyszla solidna burza i tak minal udany dzien w dziczy.

Jako wstawke dodam, ze Filipinczycy to pomocni i sympatyczni ludzie, co nie zmnieja faktu, iz nie ma dnia, by co najmniej jeden nie probowal mnie bialasa oskubac. I tak w jednym sklepiku w Santa Juliana za kilka bulek i cos do picia zaplacilem 5 dolarow, co wydalo mi sie podejrzanie drogo, wiec nastepnym razem w innym sklepiku za to samo zaplacilem 2 dolary i do tego napoje byly schlodzone. Tak samo z trycyklami, jeden chce za kurs 40 peso, około dolar, inny za taki sam 200 peso.

Ponownie jestem pod biurem w Santa Juliana, jest tez ze mna Alvin, gospodarz gdzie śpię, znowu szosta rano - poki co moja srednia snu to 4 godziny na dobe, a wstaje zazwyczaj o 5-6 rano, ot takie wakacje:). Powtorka z historii, tylko tym razem dwoch Australijczykow, nie robia problemow. Alvin osobiscie zadzownil do szefa ich agencji, on wyrazil zgode. Tylko ze chlopacy przeplacili, co jak mowia codziennie ich spotyka, wiec i ja musialem, ale i tak bylo taniej niz gdybym sam wykupil usluge.

Startujemy. Godzina terenowką doliną rzeki (ok. 18km), godzina marszu (ok. 7km) i jestesmy nad kraterem. Jakies 900kilka m n.p.m. Mimo ze sporo chmur, to slonce tutaj doslownie parzy, te polskie upaly o ktorych dzisiaj czytalem, to naprawde pikus, chetnie bym sie zamienil. 24h na dobe w saunie to ciezka sprawa. Widok na jezioro w kraterze (woda prawie 30 stopni C, zakaz kapieli - niestety), niedostepne pionowe zbocza - atrakcyjna sceneria, chociaz ja wole nasze Morskie Oko. Pinatubo interesuje mnie z innego powodu niz atrakcyjny widok: jezioro kraterowe, skały wulkanicze, rosliny tropikalne. Mianowicie w 1991 roku (15 czerwca) miala tutaj miejsce jedna z najwiekszych erupcji notowana w czasach nowozytnych (najmłodsza współczesna o sile VEI 6). Zabila okolo 800-850 osob, seki tysięcy zwierząt, skrocila gore o 250 metrow, teraz ma niecale 1500m wysokosci i Pinatubo ciagle pozostaje aktywne. Badaja to naukowcy, swiadczy o tym rowniez siarka w potokach. Dzisiaj mamy tutaj piekny romantyczny widok. Mocno zielone jezioro, moze nawet lekko turkusowe, roslinnosc, nie widac zbytnio sladow niedawnej erupcji, bo tropikalna zieleń ponownie opanowała wulkan. Nastapi jednak kiedys dzien, kiedy Pinatubo wybuchnie i znowu zniszczy okolice. Bowiem erupcje Pinatubo charakteryzują się potężnymi wyrzutami gazów, popiołów i materiału piroklastycznego jak pumeks. Taki opad niszczy wszystko, a w polaczeniu z deszczem jego moc wzrasta. Wiele ofiar zginelo na skutek zawalenia dachu, na ktorym zgromadzily sie mokre materialy wulkaniczne. 

Powrot do Santa Juliana nastepuje ta sama droga, tylko troche szybciej. Cala wycieczka zajela 5 godzin. Mimo kremu z filtrem 30 i tak mnie spalilo. Z chlopakami zabralem sie nastepnie do Manilii. Wielka aglomeracja zlozona z ok. 16 miast, liczy ok. 15mln ludzi. Robi malo przyjemne wrazenie i sami miejscowi twierdza, ze jest niebezpieczna. Odwiedze ja jeszcze na koniec pobytu na Filipinach.

Filipiny nigdy nie spia, zawsze tutaj mozna znalezc transport, kupic produkty spozywcze,  dlatego bez problemow znalazlem terminal autobusow to miasta Legazpi. Znaczy ten sam kierowca z ktorym jechalem z Santa Juliana znalazl. Terminal a raczej terminale to tak naprawde sa porozrzucane place, ewentualnie z blaszanym zadaszeniem, gdzie stoja autobusy. Owe terminale z autobusami na poludnie wyspy Luzon znajduja sie w dzielnicy biedoty, gdzie przez znowu stanowilem atrakcje i musialem miec oczy dookola glowy. Wygladaja identycznie jak dzielnice biedoty w Ameryce Poludniowej. Nawet w jezyku filipinskim jest sporo slow hiszpanskojezycznych, co nie powinno dziwic patrzac na historie, uzywaja tez sporo slow angielskich, dzieki czemu nawet w takiej dzielnicy nie bylo problemow dogadania sie z kimkolwiek. Z angielskim jest tutaj duzo lepiej niz w Polsce, napisy tez sa po angielsku.

Zamiast bawic sie w zagranicznego turyste wybralem autobus dla lokalsow. Bez klimatyzacji, upchany na maksa, 5 rzedow siedzen, otwarte non stop okna robiace za kilmatyzacje i z kierowca, ktory koniecznie chcial zarobic zderzenie czolowe. Huk powietrza, wiatr we wlosach - no to jedziemy. 12 godzin. Nocka w autobusie. Postoje w barach i inne klimaty znane z moich wypraw. Na Filipinach jest calkiem sporo dobrych i platnych autostrad, ale na tym stosunkowo niedlugim odcinku ich nie bylo. Dodam, ze inne drogi tez sa w dobrym stanie, bardzo czesto wybudowane techniką betonową.

Koncze, bo kawiarenke internetowa juz zamykają i pozdrawiam z Legazpi, pod wulkanem Mayon. Najwieksza atrakcja Legazpi - jedyny bialas z Zachodu w miescie o tej porze roku.
Gregor

Na zdjeciach: zolnierz na jednym z check-pointow, trycykl, uprawy ryzu, miejscowi mezczyzni, krajobraz okolic Santa Juliana i wulkanu Pinatubo oraz siarka.

Znajdź mnie

Reklama

Wydarzenia

Brak wydarzeń

nationalgeographic-box.jpg
redbull-225x150.jpg
tokfm-box.jpg
tvn24bis-225x150.jpg

Reklama

Image
Klauzula informacyjna RODO © 2022 Grzegorz Gawlik. All Rights Reserved.Projekt NRG Studio
stopka_plecak.png

Search