Blog

Blog

Wulkan Tambora 2850m (Sumbawa, Indonezja)

Krater wulkanu Tambora

Żyję, mam sie dobrze, na chwile wpadlem do cywilizacji wiec pisze.

Po wyladowaniu w Denpasar na Bali zaraz dopadli mnie taksowkarze, obiecujac ze wlacza taksometr I bedzie uczciwie jak z nimi pojade. Autobusu na lotnisko nie ma, niestety pracownicy lotniska rowniez mowili, ze przystanek jest daleko (lotnisko obsluguje 13mln pasazerow).

Spotkalem jednak Czecha, Jana, ktory planowal dojsc do sasiedniej Kuty na piechote. Zabralem sie z nim. To trzecia osoba z naszej czesci Europy jaka do tej pory spotkalem. Kazde taxi przejezdzajace na nas trabilo, tak zreszta jest do dzis, ale my twardo z buta. Doszlismy po ponad godzinie do Kuty, bedacej w imprezowym nastroju – sobota. Wszystkie tanie miejsca noclegu byly pelne, a inne to od 30 USD za pokoj, w koncu znalezlismy za 15 USD, czyli 150 000 rupii. Kurs dolara to 10 000 – 11 400 rupii.

Kuta jest brzydka, plaza jakich miliony, chociaz woda duzo przyjemniejsza niz na Borneo.  Turystow pelno. Dlaczego? Nie dla urokow Kuty, tylko by sie pochwalic, bylem na Bali. Wg mnie chocby hiszpanska Costa Brava jest duzo fajniejsza. Tak to dzisiaj niestety jest, ze nie wazne jak wszedles na Everest, wazne, ze byles. Niewazne, ze spedziles wakacje w beznadziejnej Kucie, wazne, ze na Bali. Ja jestem staroswiecki I dla mnie nadal liczy sie styl zdobycia Everestu I wakacje w wartosciowych miejscach, a nie pustych, brzydkich i snobistycznych. Na wakacje do Kuty moge jechac tylko pod jednym warunkiem, ze ktos mi za nie zaplaci. Z wlasnej woli nie wydam ani grosza.

Nastepnego ranka postanowilem dotrzec na wyspe Sumbawa przez wyspe Lombok. Cos co w normalnych krajach zajmuje dzien, w Indonezji liczacej ok 250 mln ludzi, zajelo mi 3 dni I bylo nadwyraz drogie jak na Azje.

Caly dzien mi zajelo przedostac sie z Kuty do Mataram na Lomboku, prom za 40 000 rupii, plynal az 4h przez waska ciesnine. Moglem skorzystac z innych ofert, np. szybka lodz za 70 dolarow. Gdybym z takich ofert korzystal, gdybym sie nie targowal, to wydawalbym setki dolarow dziennie. Zreszta w Indonezji jak widza bialego, to bardzo czesto cena wzrasta wielokrotnie. Ale sie nie daje skubancom, maja ze mna ciezko. Gdy w drodze do Mataram zapytalem pare Francuzow czy maja tutaj zarezerwowany jakis tani nocleg, oni ze tak, bardzo tani, jakie 30 euro za pokoj. Ekstra, ja tyle wydaje na 4-5 noclegow. Gdy w mini markecie kupowalem cos do picia, spotkalem mezczyzne, ktorego siostra prowadzila tani hotel w miescie, zawiozl mnie tam, koszt 80 000 rupii czyli 8 dolarow.

Kolejnego dnia od rana probowalem sie dostac na Sumbawe (wym. Sumbaua), udalo sie to, ale nadal nie do celu, tylko ok. 21:00 dotarlem do Dompu, skad zreszta napisalem poprzedni post. Prom przez waziutka ciesnine plynal 2h. Zaprzyjazniony pasazer (studiowal w USA) ulokowal mnie na noc u sympatycznego urzednika.

Trzeciego dnia, ruszylem juz pod Tambore. Waska droga, czesciowo szutrowa I gorska, predkosc 20km/h, autobus w stanie zlomu, malutki, w srodku ze 40 osob, duzo bagazy, czyli azjatyckie klimaty. Rzut kamieniem a jazda trwala prawie 6 godzin, do tego po drodze zlapalismy gume. Na szczescie wyjezdzajac z Dompu kierowca I jego ludzie odebrali od wulkanizatora zapasowa opone. Skwar niemilosierny, w autobusie wszyscy pala, bardzo glosna miejscowa muzyka, ktora po trzeciej piosence staje sie meczarnia.

Jestem na miejscu, wynajmuje ojek (odziek), czyli motor/skuter i w gore do miejscowosci ktorej nazwe wymawia sie Panczasila (Pancasila). Jakies 490m npm.  Nie wiem czemu nikt tutaj nie wpadl na duzo bardziej funkcjonalne motoriksze czy trycykle. Podroz na skuterze z moimi tobolami nie jest przyjemna.

Na miejscu cos co sie nazywa trekking center, ale pilnujacy go czlowiek zna chyba tylko jedno slowo po angielsku: przewodnik.  Slabo w ogole tutaj z angielskim. W moich planach bylo zostawic czesc niepotrzebnych bagazy I wyruszyc jeszcze tego dnia. Kupilem wode, ciastka, mogle wyruszyc. A gosc kogos wola, potem chce bym poczekal I szybko gdzies jedzie motorem. Aha, zaraz sie zacznie, ze musze miec przewodnika, tragarza, wykupic jakis bilet wstepu.  Trzeba zwiewac. Pytam miejscowego  o Tambore, wskazuje mi kierunek, zasuwam. Jest 13:30. Jeszcze zlapalem motor, ktory mnie podwiozl kawalek, do poki droga pozwalala, chociaz pewne fragmenty musialem przejsc. Bylo plasko, ale zaoszczedzilem moze ze 2km I nie pogubilem sie w roznych przecinajacych sciezkach I drogach. Koszt 5usd. Dalej miejscowi pomogli mnie naprowadzic na nikla sciezke prowadzaca na Tambore. Ide. Dwa plecaki plus woda, ciastka, ze 28kg, niefajnie, goraco, ale nie takie ciezary nosilem, dam rade.

Wpierw ide przez plantacje drzew kawowych, potem przez dzungle. Z innych stron Tambora jest prawie bezlesna, ale z tej gdzie jest sciezka na szczyt, pokryta jest gesta dzungla. Przez ktora sie przedzieram, co chwile zahaczam o cos plecakiem, musze przechodzic przez powalone drzewa albo czolgac sie pod nimi. Bardzo ostre rosliny niszcza mi ubranie I rania rece i nogi. Cel: dojsc do tzw. POS 1 przed zmrokiem, czyli do pierwszego obozowiska. Udaje sie to prze 17, o 18:30 zapada zupelna ciemnosc. W Pos 1 spotkalem 4 Indonezyjczykow z Jakarty. Wspolne zdjecia, oni w dol, ja rozbijam namiot. Jest woda, to super. Tylko ja I dzungla. Ostrzegli mnie przed agresywnymi dzikimi swiniami, ktore atakuja namioty I ludzi czasami. Widzialem je, nie mialem z nimi problemow.

Dzien drugi, ruszam dalej. Sciezka waska, krzakow pelno, smieci sporo, zwlaszcza w POS-ach. Droga dosyc plaska bo I Tambora jest taka. Ogromny masyw, lagodny, z ogromnym kraterem. Mijam POS 2, 3 i 4, dochodze do POS 5, stad atakuje sie Tambore, 2100m, POS 1 byl na 1100m. Na miejscu spotykam dwojke Indonezyjczykow, tez z Jakarty. Niedaleko jest ujecie wody, ktore okazuje sie jaskinia, ze stechlym wysychajacym jeziorkiem. Ale woda to woda. Kilka kropel specjalnego srodka oczyszczajaceg wode – nie ze wszystkiego co grozne, ale powinno byc dobrze. Czas jest dobry ide do gory ze wszystkim co mam. Las sie konczy, strasznie wieje. Rozbijam sie o 17, miedzy lawowymi gruzami I krzakami, w marnym miejscu, ale moze mi namiotu w nocy wiatr nie rozwali. Piekny widok, chmury pode mna, szczyt na wyciagniecie reki. Postanawiam zrobic sobie jeszcze spacer nad sam krater. Ciezka walka z wiatrem I pylem wulkanicznym, ale dotarlem na miejsce. Lekki zapach siarkowodoru z fumarol, gogle ochronne ratuja mnie przed pylem. Wiatr kilka razy mnie przewraca, pyl bije po twarzy, jakby ktos strzelal do mnie z wiatrowki. Wracam do namiotu po 45min wycieczce

Dzien 3. Tylko ja I Tambora, to lubie. Po to dzwiga sie ze soba namiot I spiwor, by w takich sytuacjach jak ta byc samowystarczalnym I moc szybko reagowac. Pogoda piekna kolejny dzien, wiatr bardzo silny. Po niecalej godzinie jestem na szczycie. 2850m npm, widac dobrze moj kolejny cel - wulkan Rinjani.  Krater jest ogormny, ma ok. 7 kilometrow srednicy, wyglada nie jak wulkaniczny, ale jakby uderzyl w gore meteoryt. Cudo. W 1815 roku erupcja wulkanu  o sile 7VEI (Pinatubo w 1991 mialo 6) zabila 80 000 - 100 000 ludzi I ten wybuch byl odczuwalny na niemal calej planecie. W Europie mowi sie, ze rok 1816 to byl rok bez lata, przez Tambore I jej popioly. To najmlodsza erupcja o tak duzej skali. Chociaz ostatnia niewielka miala miejsce ponad 50 lat temu, mozliwa jest w kazdej chwili kolejna ogromna erupcja.

Wrocilem do namiotu, pakowanie I w dol. Mnostwo kilometrow przede mna I przedzieranie sie przez dzungle. Gdy doszedlem poznym popoludniem do miejsca, gdzie mozna spotkac skutery, wpierw zadnego nie bylo, a potem nikt nie chcial mnie podwiezc, kazdy tylko kiwal z usmiechem glowa I mowil yes lub thank you. Zapadala noc gdy doszedlem do Panczasila. Moglem pokonac tego dnia ze 20km po gorach.

Udalo mi sie wynajac ojek, czyli motorek, zazwyczaj skuter, by mnie zwiozl na dol do glownej drogi. Jedziemy szutrem I na zakrecie nagle przerwacamy sie. Nic nam nie jest, usyfiony bylem juz wczesniej. Na dole znajduje miejsce noclegowe I dowiaduje sie, ze autobus na Lombok, nastepnego dnia rusza dopier o 11:00.

Tambora to byly najfaniejsze dni dotychczasowej wyprawy, mimo wgniatacjecgo w ziemie plecaka i dzungli, ktora dala mi w kosc.

Pozdrawiam

Gregor

Na zdjeciach: urzednik u ktorego spalem w Dompu oraz wulkan Tambora, krater, szczyt, lasy deszczowe, na jednym zdjeciu rowniez moje plecaki. Raz nosilem je osobno, raz maly wkladalem do(na) duzego.


Znajdź mnie

Reklama

Wydarzenia

Brak wydarzeń

nationalgeographic-box.jpg
redbull-225x150.jpg
tokfm-box.jpg
tvn24bis-225x150.jpg

Reklama

Image
Klauzula informacyjna RODO © 2019 Grzegorz Gawlik. All Rights Reserved.Projekt NRG Studio
stopka_plecak.png

Search