Blog

Blog

Wulkan Rinjani 3726m (Lombok, Indonezja)

Wulkan Rinjani 3726m
Cel: z Sumbawy dostac sie na Lombok. Rano docieram do autobusu, ktory ma ruszyc o 12 na Lombok do Mataram, rezerwuje miejsce. Ludzie litosci, znowu mam jechac dwa dni pod Rinjani, rzut kamieniem. To upiorne slonce cos zrobilo z waszymi mozgami, ze zorganizowaliscie tak zalosna i do tego droga komunikacje publiczna. To nawet w Mongolii bylo latwiej, gdzie gigantyczny teren a prawie zero mieszkancow.

Jestem jedynym turysta we wsi, wzbudzam powszechne zainteresowanie, czego efektem jeden z miejscowych mieszkancow zaprosil mnie do siebie. Okazalo sie, ze bedzie jechal tym samym autobusem, a tutaj mieszka jego ojciec, ktory obchodzil niedawno jakas uroczystosc. Przedstawia mnie licznej rodzinie, oprowadza po gospodarstwie. Czestuje roznorodnymi babanami. Zdjecia, w tym z ojcem, ktore jedziemy pozniej wydrukowac. Lunch z rodzina, na ktory skaladal sie oczywiscie ryz, warzywa, chili, troche miesa. Po trzech dnia na ciastkach bylo to mile urozmaicenie. Co nie zmienia faktu, ze mam dosc ryzu, makaronu, kurczaka I ciastek. Ilez mozna. Jeszcze ponad dwa miesiace.

Moj nowy kolega informuje mnie, ze skoro dzisiaj piatek, “muzulmanska niedziela”, to autobus nie pojedzie wczesniej niz po modlitwie, czyli o drugiej. Bowiem gdyby wyjechal wczesniej, byloby nieszczescie. Tak na marginesie to Indonezja jest najwiekszym pod wzgledem liczby mieszkancow krajem muzulmanskim na swiecie. Cala rodzina prawie udala sie po 12 na modlitwe, wszyscy na skuterach, mimo ze meczet byl 150 metrow dalej, tutaj nie lubia chodzic.

Rzeczywiscie o drugiej przyjechal autobus, totalnie zapakowany ludzmi I towarami, ale nas jakos upchano I potem przez godzine upychano po drodze innych, ale wszystkich sie nie dalo. W autobusie upchano dwa razy tyle ludzi niz siedzen I tak nawalonych maksymalnie. Do tego w przejsciach I pod siedzeniami worki z ryzem, na dachu kolejne nie setki a tony towarow. Autobus I tir w jednym. Tym samym autobusem jechalo dwochch lopakow ktorych spotkalem na Tamborze w Pos5, tak jak ja jechali na Rinjani, tylko jak przyznali, nie maja takiej kondycji jak jak I musza to robic wolniej. Ludzie, ja od kilku lat nie mialem tak slabej kondycji, co wy mowicie. Tak to jest jak million roznych spraw zmusilo mnie do rezygnacji z treningu.

Jedziemy. Wieziemy ryby, zywe kurczaki, tony ryzu, banany, warzywa, kawe I mnostwo innych rzeczy. W srodku gorac, papierosy, glosna muzyka. Upchani jak sardynki. Niewygodnie, a wiele godzin podrozy. Autobus-zlom, chociaz napis przetrwal, ze to klasa ekskluzywna, niezle zarty. Ale to Azja, przywyklem do takich klimatow, chociaz sa kraje w Azji, gdzie podrozuje sie duzo taniej niz w Indonezji I w warunkach naprawde ekskluzywnych np. w Iranie czy w Chinach.

Niewazne, wazne ze jedziemy. Chociaz w Unii Europjeskiej w takich warunkach nie mozna przewozic nawet zwierzat. Ciekawe czy takie dopychanie ludzi doslownie kolanem, by sie zmiescili w autobusie, to wynik czystego wyrachowania – zarobimy wiecej, czy poziomu cywlizacji – super, ze w ogole jest jakis autobus.

Pierwotnie w Mataram mielismy byc o polnocy, bedziemy o 7 rano.  Prom tym razem plynie 1h30min, jest grubo po polnocy. Ostatecznie wysiadamy przed 5 rano nie w Mataram tylko blizej Rinjani. Kolejna nieprzespana noc w autobusie podczas tej wyprawy za mna. O 5 zaczynaja sie modly, wioska ozywa, pojawiaja sie ludzie, motory, otwieraja sklepy. Bemo, czyli rodzajem lokalnej komunikacji, marnym, dojezdamy do kolejnej wioski, skad pozostaje nam tylko wynajac samochod. Tam gdzie chcemy sie dostac – do Sambaloenlawang - nie ma stad zadnej komunikacji. Po targowaniu jedziemy za 200 000 rupii (20USD). Jest chlodno, najwyzszy punkt na przeleczy ma moze ok. 1600m. Nasz cel jest na ok. 1100-1150m. Po calej nocy jestesmy zmeczeni, chlopaki zamierzaja sie przespac, ja ruszyc w droge.

Rozmawiamy w trojke w siedzibie parku z obsluga, opowiadamy o Tamborze, kupuje bilet. Ponoc mial kosztowac 150 000 rupii, taki mowi moj przewodnik I dane internetowe, ale place 20 000 rupii, zdaje sie jak dla Indonezyjczykow. Nie prostestuje. Pozegnalne zdjecia, oni ida spac, ja szybkie zakupy wody I ciastek I w droge. Tak na marginesie to miejscowi chodzacy po gorach jako turysci maja bardzo dobry sprzet. Nie chcac tracic czasu I planujac zejsc inna droga z Rinjani znowu ruszam z oboma plecakami wazacymi blisko 28kg.

Pytam miejscowych ktoredy mam isc, wskazuja droge. Ide. Mimo ze wpierw od drogi, potem od sciezki odbijaja rozne drogi/sciezki, nalezy caly czas isc prosto, nie ulegac pokusom. Pomagalo mi tez to, ze na sciezce byly swieze ludzkie tropy, czyli odciski butow, a to najbardziej uczeszczana sciezka w tej okolicy.

Innych turystow nie bylo, poniewaz wyruszyli duzo wczesniej, w koncu trasa dluga. Tylko oni wyruszyli z tragarzami, przewodnikami. Bez plecakow, lub tylko z woda. Nieraz na pare przypadal przewodnik, tragarz ich bagazu, tragarza namiotu I jedzenia podczas pobytu. Balem sie, ze mnie zmusza do wykupienia uslugi, ale Tambora solo mi pomogla. Juz nikt nic nie mowil. Ceny uslug jakie uslyszalem w zaleznosci od liczby osob, zakresu uslug, czy 3 czy 4 dni, skad dowoz itp, wahal sie od 160 do 280 USD na osobe. Mnie to kosztowalo 5 USD (bilet, woda I ciastka), a jak doliczymy transport na skraj Lomboku w dwie strony, to ze 40 USD. Sama Tambora bez transportu kosztowala mnie 4 USD (woda I ciastka). Upalny dzien, zupelnie inna sceneria, laki, wyzej nikly las, zero ochrony przed sloncem. Przez pierwsze godziny obchodzi sie wulkan, czesto nawet idac lekko w dol, dopiero potem zaczyna sie ostra konsekwentna droga do gory. Przed podejsciem w POS 1 spotkalem ze 200 osob. Jedli lunch. Rozlozono im krzeselka, namioty, by mieli cien, gotowano jedzenie. Glownie uzywa sie drewna, totez sporo okolicznych lasow jest spalonych, chociaz niby poza kilkoma miejscami jest zakaz ognisk. Poza tym kazde obozowisko to wysypisko smieci, sama trasa rowniez. Cos koszmarnego. Widzialem rozne rzeczy, ale jeszcze takiego syfu nie, nawet w Himalajach. Smieci stanowia pozywienie chocby dla miejscowych malp, ktore w ogole nie przejmuja sie obecnoscia ludzi.

Tlumy ludzi, przez 3 dni spotkalem ponad 1000 osob, a ponoc glowny sezon juz minal oraz jedno wielkie wysypisko smieci w parku narodowym psuja cala przyjemnosc ze zdobywania Rinjani. To bardzo popularny cel trekkingowy I swieta gora dla wielu Indonezyjczykow.

Pewnie nikogo nie zdziwi, ze tylko ja szedlem bez przewodnika I tragarza. Nawet Indonezyjczycy ich wynajmowali, ktorych bylo nad wyraz duzo. Poza tym przede wszystkim ludzie zachodu (mnostwo w Indonezji Franzucow, z krajow anglosaskich, sporo Hiszpanow, Niemcy, Holender,  takze  paru ze wschodu - Japonczykow I Malezyjczykow – dotad spotkalem, no I Czecha o ktorym pisalem). Skwar, plecaki, lekko nie bylo, ale wyprzedzilem sporo turystow, niektorym dotrzymalem kroku, wyprzedzilem nawet paru miejscowych tragarzy, ktorzy nosza towary w koszach na dwoch krancach bambusowych kijow. Dzwigalem kilka I zaden nie byl ciezszy niz moje dwa plecaki.

Podczas wedrowki wielu przewodnikow, mowiacych po angielsku I nieliczni tragarze mowiacy cokolwiek po angielsku mialo do mnie pretensje, ze ide bez ich “pomocy”. Ze nie dalem im zarobic. Ignorowalem ich zaczepki. Za to czesc mowila hello, niektorzy kibicowali, sporo mowilo ze jestem bardzo silnym mezczyzna I robilo mi zdjecia komorkami. Turysci zreszta tez. Dla mnie to norma. Chocby w Himalajach dzwigajac dobre 30kg tez Szerpowie okrzykneli mnie crazy man from Poland i robili zdjecia, a gdy swego czasu na Kaukazie dzwigalem 40kg, miejscowi twierdzili, ze ten ciezar mnie zabije I nigdzie nie dojde. Doszedlem wszedzie gdzie chcialem, ale to prawda, prawie mnie zabilo te 40kg.

Obozowisko skad startuje sie na szczyt Rinjani rozposciera sie na przestrzeni ok. 15 minut niespiesznego marszu, na wysokosciach ok. 2630-2700. Ja rozbilem sie na 2700m (ok 17), najblizej ujecia wody: piec minut zdradliwa sciezka w dol. Rozbilem sie obok Indonezyjczykow. Akurat grupy, ktora szla tez samodzielnie. Musze wiec tu sprostowac, ze nie spotkalem zadnego turysty zza granicy idacego samego z plecakiem, za to sptkalem lacznie okolo 10ciu Indonezyjczykow, idacych tak jak ja. W POS mozna bylo kupic napoje, maly napoj 2,5USD, duze piwo 7USD.

Na turystow komercyjncych dochodzacych do obozowiska czeka rozbity namiot, cieply obiad, chlodny napoj, owoce, ale mnie moj sposob zdobywania gor odpowiada. Zawsze tak robilem I z takiego zdobywania mam duza satysfakcje, chociaz wczesniej to wymaga ode mnie duzo wysilku.

DZIEN 2. Wszyscy startowali na szczyt o 3-4 w nocy. Wschod slonca I te bajery. Widzialem tysiace lepszych wschodow niz na Rinjani wiec ruszylem po 7. Wolno, krok za krokiem. Nie spieszylo sie. Jedynie istotne bylo to, by na szczycie sie znalezc zanim wytworzą sie wokol chmury I wszystko zakryja. Pierwszy etap jest bardzo stormy I sypki, srodkowy fajny I niezby stromy, koncowy stromy I jeszcze bardziej sypki niz pierwszy. Do tego skwar. Brakowalo mi wiatru, moze nie takiego jak na Tamborze,ale takiego ktory troche by schladzal. Bylo jednak prawie bezwietrznie. Nie wiem jak to mozliwe, ale na tym ostatnim podejsciu wyprzedzilem pare osob, ktore wystartowaly w nocy, nie wszyscy dali rade temu ostatniemu odcinkowi. Dzieki mojej zagrywce, zamiast isc w tlumie I w chmurze popiolu wulkanicznego, szedlem sobie niemal sam. Super.

Szczyt liczy sobie 3726m I jest drugim co do wysokosci wulkanem Indonezji, najwyzszym na Lomboku. Widac bylo ze szczytu Tambore I Agung na Bali. Slynie z kaldery ponizej szczytu (wielkiego starego krateru), w ktorym znajduje sie stozek wulkaniczny aktywnego wulkanu liczacy ok. 2600m, a otacza go I wypelnia kaldere jezioro (jezioro Danau Segara Anak i stozek Barujari). Lustro wody wg roznych danych 2000 lub 2100m (niestety moj GPS nie przezyl indonezyjskiego transportu, a I reszta sprzetu ma ciezko). Widok ladny, ale bez szalenstwa. Ten stozek w kalderze mimo ze aktywny nie dawal znaku zycia chocby najmniejsza fumarola – wielka szkoda.  O ile wejscie na szczyt z pobytem na nim zajelo jakies ponad 3,5h, to zejscie zaledwie 1h. Po sypkim popiole wulkanicznym paskudnie sie wchodzi, ale fantastycznie schodzi. Potem pakowanie I jeszcze 2h nad jezioro w kraterze. Poczatek zejscia kamienisty I stromy. Jako ze biali w tej Indonezji jakos dziwnie sie zachowuja, co to oni nie sa I tak dalej, izoluja sie oraz wkurzaja mnie, to rozbilem sie jak zwykle wsrod Indonezyjczykow. Wsrod jakiejs wielkiej pielgrzymki na Rinjani. Na dzien dobry poczestowali mnie ryzem z rybami wylowionymi z jeziora, z ogniska, jajkiem – tez z ogniska, chili I herbata oraz winem z ryzu. Super, mam dosc ciastek. W zamian musialem wziac udzial w sesji fotograficznej, co kontynuowalem wieczorem I dnia nastepnego rano. Samotny bialas z wielkim plecakiem – ot atrakcja. Namiotow rozbitych bylo ze 100. Natomiast ryby z jeziora, sa male I nazywaja je karpiami.  Z okolicy obozowiska wyplywa spora termalna rzeka, sa na niej baseny. Tylko prawie nikt sie nie kapie, nawet z miejscowych. Dlaczego? Bo woda I to kawalek od zrodla ma nadal 50 stopni Celsjusza. 20 minut walczylem by sie w niej zanurzyc. Glownie przeszkadzaly rany z Tambory I odciski na stopach. Ale dalem rade. Obok rzeki bylo jakies koczowisko, wygladalo jak cyganskie. Gdzies niedaleko jest ponoc jaskinia z termalnym jeziorkiem, kawalek od obozu jest dostepna woda pitna. Woda w jeziorze jest chlodna, ale po wysilku idealna do kapieli. Powyzej 2000m w nocy temperature schodzila troche ponizej 10 stopni C.

DZIEN 3. Znowu wczesna pobudka, pakowanie, suszenie namiotu, bo troche kropilo wieczorem poprzedniego dnia I w droge. Wpierw do gory na prawie 2700m, a potem w dol. Tak w sam raz w dol-rownomiernie, do Senaru na 600m. Wiekszosc trasy prowadzi w lesie tropikalnym, ale duzo mniej gestym niz na Tamborze, a sciezka jest duzo szersza I nie ma przeszkod na niej. Cale chodzenie tego dnia zajelo mi 7h, z wielkim plecakiem. Wyprzedzilem wiekszosc turystow I tragarzy. Nie bez powodu, chcialem isc sam, a nie w tlumie. Z Ranau wynajetym skuterem z kierowca zjechalem do pobliskiego miasta przy drodze prowadzacej wokol wyspy.

Na miejscu bylem o 15:30 I dowiedzialem sie, ze do Mataram(najwiekszego miasta wyspy) autobus wyjechal rano, teraz juz nic nie pojedzie. Jak ja dotre do Jakarty I dorwe rzad Indonezji to za przeproszeniem nakopie im do dupy za organizacje transportu publicznego w kraju. Inni potrafia, oni nie. Co za narod, 250mln ludzi. Komunikacja powinna byca tania I dzialac 24h na dobe.

Ojeki zaraz zaproponowaly transport do Mataram, 2-3h jazdy, 250 000 rupii. Jeszcze czego. Z plecakami, po gorskiej wedrowce, z muchami wpadajacymi do oczu – juz widze ta podroz (a potem nawet padalo).  Bede lapal stopa. Nic nie zlapie – mowia. Jednoczesnie spuszczaja cene do 150 000. Po dwoch minutach lapania stopa zatrzymal sie gosc terenowka jadacy do  Sengiggi (godzina od Mataram, do ktorego chcialem dotrzec). Tez chcial 250 000, ale skonczylo sie na 120 000. Powiedzial, ze kierowcy ojekow mowili mu, zeby nie spuszczal, ze “wydoimy bialego”. Zebym ja was nie wydoil. Jechalismy 2 godziny. Pelno wolnych skuterow, motorkow, jakies imprezy, mecze, sluby, predkosc 40km/h byla wielka radoscia.

Sengiggi to slawny kurort jak I sasiednie wyspy Gili. To jest oficjalna wersja. Moja jest taka. Sengiggi to totalne zadupie kompletnie nieatrakcyjne, a takich wysp jak Gili jest million. Ale nie ma to jak marketing. Ponoc na wyspach krecono jakis film z Julia Roberts. Natomias Sengiggi to kilka resortow wokol drogi, pare palm, krow, troche piasku na plazy I ceny 5 razy takie jak w sasiednich wioskach, a hoteli lepiej nie mowic (jest tam m.in. sheraton). Nie wiem co ludzmi kieruje by sie nabierac na takie bzdury. Konczy sie kurort Sengiggi, zaczyna sie normalna, Indonezja. Piasek  ma zupelnie inny kolor, pelno smieci, a kazda rzeka tutejsza jaka widzialem to sciek I wysypisko smieci w jednym. Przy brzegu w morzu tez pelno smieci.

Udalo mi sie zlapac jakiego busika z Sengiggi do miasteczka blizej Mataram. Skad z problemami zlapalem na srodku drogi busika do Mataram, on mial zamowione kursy, ale zabral mnie I pare bezradnych miejscowych Indoenzyjczykow, ktorzy bez wlasnego motorka nie potrafili sobie poradzic. Jeden z umowionych klientow jechal do hotelika blisko dworca autobusowego niedaleko Mataram, ktore bylo moim celem. Zabralem sie wiec z nim, tylko na miejscu okazalo sie, ze hotelik nie dziala od jakiegos czasu I ze to wcale nie jest blisko dworca. Ale znalezlismy inny hotelik. Prymitywny pokoj za 70 000 rupii.

Na koniec tego dlugiego wpisu jeszcze jedno. Chcialem znalezc market, by kupic cos do picia, jedzenia i tak mnie kierowano, ze ponad godzine go szukalem. Wracajac przez przypadek znalazlem go jakies 500m od hotelu. Dodam, ze poslugiwalem sie ich nazwami, wiec rozumieli. Jeszcze troche to by mnie doprowadzili do Rinjani.

Pozdrawiam

Gregor

Na zdjeciach: mandi - z tego zbiornika naczyniem czerpie sie wode i splukuje toalete oraz robi sobie prysznic, to nie jest wanna; u pewnej rodziny pod Tamborą: zaśmiecone podwórko, zdjęcia z gospodarzem domu (byłem dla nich dużą atrakcją, stąd zdjęcia od razu zostały wywołane), wspólny obiad; ścisk w autobusie, niemalże towarowym, do Mataram, jazda ściśniętym na workach ryżu przez wiele godzin po wertepach to ciekawe doświadczenie; wulkan Rinjani 3726m – podczas zdobywania, na szczycie, z jeziorem i znajdującym się w nim aktywnym kraterem, śmieci, małpy z kolegami-Indonezyjczykami, termalna rzeka (ponad 50 stopni C), tragarze. 


Znajdź mnie

Reklama

nationalgeographic-box.jpg
redbull-225x150.jpg
tokfm-box.jpg
tvn24bis-225x150.jpg

Reklama

Image
Klauzula informacyjna RODO © 2020 Grzegorz Gawlik. All Rights Reserved.Projekt NRG Studio
stopka_plecak.png

Search