Blog

Blog

ACONCAGUA - pozwolenie i droga do obozu Confluencia (Argentyna) 1/3

Aconcagua 6962m - najwyższa góra Ameryki Południowej, Argentyna.

Zacznę od radia. Czy było potrzebne? Absolutnie nie, chodziłem z cegłówką, dobre ponad pół kilo z ładowarką. Ale z tablicy parkowej spisałem sobie częstotliwość miejscowych rangersów. Jakby co. Najważniejsze, że powyżej Plaza de Mulas 4370m, nikt się mną nie interesował. Co robię, czy żyję, gdzie jestem. Ale badania w niższych bazach, o których napiszę, są bez sensu. Tak twierdziłem w roku 2010 i tak twierdzę nadal.

W poprzednim wpisie wspominałem, jak w drugiej połowie marca 2010 była cudowna pogoda pod Aconcaguą, którą będę nazywał Akonką. Jednakże sezon był zamknięty, pozwolenia nie dostałem. Zero starego śniegu, zero nowego śniegu, bezhmurne niebo całymi dniami, słaby wiatr, ciepło. Taka pogoda utrzymywała się w tym rejonie przez resztę marca i dużą część kwietnia. Ideał, chociaż w takich warunkach jest jak ja to mówię "za łatwo".

W grudniu 2015, warunki były zgoła odmienne, a wchodziłem na Akonkę, bo przecież nie wspinałem, w sezonie średnim i od 15 grudnia w sezonie głównym. Czyli według szefostwa Parku Aconcagua w wyśmienitym czasie na zdobywanie góry, kiedy warunki są najlepsze. Jakie były wyjdzie na jaw, a teraz krótko. Mnóstwo starego śniegu, mnóstwo nowego śniegu, temperatury - rzeczywiste i odczuwalne - bliższe zimy niż lata. Słynne tutejsze wiatry z uporem wiejące po 100km/h. Warunki w marcu 2010 roku były wyśmienite i było bardzo bezpieczne, warunki w grudniu 2015 były bardzo trudne i bardzo niebezpieczne. Tylko w 2010 roku sezon był już zamknięty, a w 2015 roku, otwarty.

Tak to wygląda, gdy paru kretynów, próbuje w górach robić sztywne sezony i reglamentować dostęp. Góry i przyroda mają to gdzieś. A może nie kretynów, tylko biznesmenów?

I w tym być może tkwi haczyk? Sezon ograniczono praktycznie do trzech miesięcy, bo pierwsze i ostatnie dwa tygodnie, to w zasadzie nie sezon jak mówią w Parku. Na początku się organizuje bazy, a pod koniec sprząta. Lepiej, by turyści się nie kręcili i nie przeszkadzali.

Gdyby to nie było tak zrobione, nie było żadnej infrastruktury, rocznie może przyjechałoby 100 - 200 osób. Prawdziwych górskich zapaleńców. Nie trzeba byłoby dawać im worków na kupy, sprawdzać ich zdrowia. I pobierać żadnych opłat lub minimalne. Ich oddziaływanie na środowisko byłoby szczątkowe. Ale wtedy nie byłoby pieniędzy dla Parku, Mendozy, wielu wsi i tysięcy rodzin.

A tak w ciągu trzech miesięcy wydawane są tysiące pozwoleń, w 2010 roku w Parku powiedzieli mi, że wydali ich 7 tysięcy. Ogromne pieniądze. Dzięki infrastrukturze i różnym ułatweiniom, góra stała się dostępna dla prawie każdego. Powstało mnóstwo firm, cały przemysł górski oferujący czego człowiek zapragnie. A bardziej precyzyjnie, na co go stać. Mówimy o kwotach dla Parku i dla firm liczonych w grubych milionach dolarów amerykańskich. Aconcagua dzisiaj oferowana jest nie dla doświadczonych pasjonatów górskich, a dla ludzi, którzy wcześniej obejrzeli lodowiec Perito Moreno, potem wodospady Iguazu, a finałem będzie zdobycie Aconcaguy. Prawdziwi pasjonaci przeszkadzają, nie chcą płacić, wszystko chcą robić sami. Pozostali są bezradni, zapłacą tyle ile trzeba, byleby się pochwalić wejściem na Akonkę, albo dojściem dajmy do 6000 metrów. Przyjeżdzają nieraz dosłownie z walizką na kółkach i bez żadnego doświadczenia górskiego. Świadomi tego, wykupują najdroższe pakiety usług. To najcenniejsi ludzie w masywie Aconcaguy. I takich Mendoza chce. Najlepiej tylko takich. Przez trzy miesiące, a z przygotowaniami, przez cztery, co najmniej kilka tysięcy ludzi, zarabia na utrzymanie swoich rodzin przez cały rok. Dlatego jest tak drogo. W krótkim czasie trzeba zarobić dużo pieniędzy.

Co istotne, dla miejscowych czym lepsza pogoda tym lepiej, czym mniej śniegu tym lepiej. Bo, jak dobra pogoda więcej turystów. Tych co planowali trekking można przekonać, na wchodzenie na szczyt Aconcaguy. Tych co nie planowali gór, można namówić na krótki trekking z wyżywieniem i wygodami w górach. A jak nie ma śniegu, to w wyższych bazach nie ma wody. Wtedy masowo są wynajmowani tragarze, do jej noszenia. Taki był rok 2014, już w grudniu nie było śniegu. Miejscowi zdobyli majątek na noszeniu wody.

 Park i prywatne firmy tworzą tutaj symbiozę. Park w ogóle reglamentuje jaka firma może działać w masywie góry. Jest to świetny apart biurokratyczny, do wyciągania pieniędzy od turystów. Panuje tutaj przekonanie, że ludzie zza oceanów i z Ameryki Północnej są bogaci inieporadni, dlatego można im wszystko wcisnąć. Są pewne wyjątki od tego poglądu, ale to nie czas na rozwlekanie tematu. Generalnie miejcowi wiedzą, że czym bogatszy kraj, tym obywatele bardziej nieporadni. Biedni sobie muszą jakoś radzić, sami, bogaci wiedzą, że mogą zapłacić i ktoś coś zrobi za nich. Najjaskrawszym przykładem są Japończycy, którzy upodabali sobie Aconcaguę. Podobną opinię mają Brytyjczycy, Amerykanie i mieszkańcy krajów niemieckojęzycznych. Jak mi to powiedział z przekąsem w 2010 roku jeden jegomość z miejscowej firmy turystycznej: przyjeżdżają tacy wymuskani, w najlepszym sprzęcie, najlepszych firm, modni, pachnący, nie skażeni nigdy ciężką pracą ani górskim doświadczeniem, tacy delikatni i grzecznie pytają, czy mogliby wykupić pełną opcję z możliwością wejścia na Akonkę. Po chwili dodał, najlepiej żeby przyjeżdżali tylko tacy. To świetny biznes.

We wpisie o wydawaniu pozwolenia wspomniałem, że początkowo mi go odmówiono z powodu trudnych warunków pogodowych. Zdecydowanie innych, niż powinny być o tej porze. Ten fakt nie jest istotny. Istotne jest to, że skoro Park zdecydował się na sztuczny sezon, ze sztywnymi datami. Publikuje oficjalny cennik, z informacjami kiedy jest niski sezon, średni, wysoki. To musi być konsekwentny, skoro sezon ma daty, to ma wydawać pozwolenie w tym czasie. Jeśli uważa, że jest niebezpiecznie, to powinno być jego obowiązkiem sfinansowanie dodatkowych wymogów. Chyba, że poinformuje każdego osobiście przed przyjazdem, że coś się zmieniło, ale to niemożliwe.

Na przykład Park twierdzi, że nie da pozwolenia, bo jest niebezpiecznie (a kiedy góry są bezpieczne?). I każe wykupić przewodnika. W porządku, ale to Park zmienił reguły gry i sam powinien sfinansować przewodnika. Albo pokryć wszystkie koszty przyjazdu. Wiem, że to science fiction, ale taka winna być konsekwencja działań Parku. Ale silniejszy nie będzie dobrze robił słabszemu. Jednostce, która przyjechała z dalekiego świata. I pamiętajmy, Park dba, by jego zaprzyjaźnione firmy, z listy, zarobiły. To, że podpisujemy oświadczenie, że robimy wszystko na własną odpowiedzialność, jest pro forma. Wiadomo, Park zawsze jest niewinny. A było tak:

8.12. - o 6:15 melduję się na dworcu autobusowym, by kupić bilet na lokalny autobus, firmy Buttini. Jeśli przyjdę na ostatnią chwilę, może nie być miejsc. Chwilę po siódmej odjeżdżamy, zapłaciłem niecałe siedemdziesiąt pesos. Kilka godzin trwa dojazd do Los Penitentes, gdzie mam zostawić rzeczy na muły. I z rana muszę się wkurzać, chociaż sam sobie jestem winien. Pieczołowicie się spakowałem, co na muła, co na plecy. Ładna Argentynka z Inki niewiele mi wyjaśniła za to dała papiery do koperty, opatrzonej komputerowo moim nazwiskiem. Zazwyczaj wszystko sprawdzam, ale tym razem z braku czasu tego nie zrobiłem. Okazało się, że moja logika różni się od logiki usługi. Skoro mogę na mule przewieźć 60kg do Plaza de Mulas, a trasa biegnie przez Confluencię. To wpierw muły tam dostarczą rzeczy, a potem do Mulas. Otóż czytam kwity z koperty i jest zupełnie inaczej. Usługa obejmuje bezpośredni transport rzeczy do Plaza de Mulas, z pominiciem Confluencii. Do Confluencii nic mi nie wniosą, za to z Confluencii do Mulas 10kg, o ile nadam odpowiednio wcześnie (przed przyjściem mułów do Confluencii). Duży plecak miał pójść na muła, a mały na moje plecy. Musiałem to jednak zmienić. W Confluencii trzeba gdzieś spać, coś jeść. Całodzienne wyżywienie w Ince, to 80USD (w Mulas 100USD, nocleg w ich namiocie 20 albo 25USD. A ja przecież na całe jedzenie na akcję górską wydałem mniej niż 100 USD (i jeszcze nie zjadłem wszystkiego).

Okay, wziąłem śpiwór, namiot i jedzenie na pobyt w Confluencii. A tu kolejna niespodzianka. To co idzie do Plaza de Mulas musi być podzielone. Osobno jedzenie, dostałem plastikowy kontener, osobno inne rzeczy, osobno gaz. Zmarnowałem połowę wieczoru na pieczołowite pakowanie, teraz w pół godziny musiałem wszystko zreorgnizować. Ale rozumiem, że miejscowi wiedzą jak przewieźć, by wszystko dotarło w jednym kawałku. Efekt tylko był taki, że na plecach miałem 16kg, a na muła zamiast 60 poszło 20kg, jedenaście w sprzęcie, 9kg w jedzeniu. Przy większej liczbie ludzi można to łączyć oczywiście, wszystko jest ważone, opisywane, podpisuje się kwity. Bardzo mnie zdziwił bagaż Japończyka Schimisu, któy przyjechał tym samym autobusem. Bagaż podręczny do Confluencii 23kg a na muła 45kg. Co ty tam masz człowieku? Okazało się, że w Buenos Aires, ukradziono mu w biały dzień na ulicy plecak, z całym sprzętem i musiał w Mendozie wszystko kupić lub wypożyczyć.

Jak widać w Buenos Aires nic się nie zmieniło. Miasto nowoczesne, zachodnie, ale to właśnie w nim, a nie w żadnym Rio czy Bogocie, dokonywanych jest najwięcej napadów i kradzieży na turystach. Działają tam całe szajki, które chodzą po Buenos i wypatrują turystów, najelepiej tych, co właśnie przyjechali z lotniska i szukają swojego hotelu/hostelu. Sam przeżyłem taką napaść pięć lat wcześniej. I to jest jedyne miejsce na świecie, gdzie codziennnie jakiś mieszkaniec hostelu wracał mówiąc, że go napadnięto albo okradziono. Pocieszeniem jest to, że turystów jest dużo i miejscowi przestępcy, są wstanie okraść lub napaść tylko niektórych. Ale się doskonalą, są coraz lepsi, a argentyńska polcja równa się biurokracja i łapówkarstwo a nie skuteczność.

Jedziemy, w cenie jest podwózka do bram parku, gdzie trzeba się zarejestrować. Wysokość jest poniżej 2900m, a Conflunecia jest na 3430m. Dwie do trzech godzin wędrówki niezbyt przyjemną ścieżką. Trochę góra-dół. Świeciło słońce, ale potężnie wiało. Żadna nowość. Dosyć sprawnie dotarłem do celu, znowu rejestracja u rangersów i mogłem rozbijać namiot. Zgłosiłem się także do Inki. Ta najtańsza usługa wynajęcia mułów obejmuje też dodatkowe kwestie, istotne i dla mnie i dla Parku. Inka zapewnia w Confluencii i Plaza de Mulas toalety oraz odbiera śmieci. Dostałem u bram Parku worek na śmieci, numerowany. Na końcu po zdaniu śmieci daje się go w Ince, ona podbija permit, poświadczając, że zniosłem śmieci. Po rozbiciu namiotu nie zostało wiele czasu do nocy. Trochę prószył śnieg i nastał blisko dziesięciostopniowy mróz. Tak wyglądał pierwszy dzień, kolejne przedstawię w dwóch kolejnych wpisach.

Na zdjęciach: Osada Puente del Inca – termalne źródła, kanapka lomo i argentyński stek oraz nieczynna linia kolejowa. Potem początkowy odcinek zdobywania Aconcaguy do obozu Confluencia – jeziora górskie, widok na górę, helikopter, muły, ptaki, most na rzece Horcones, pozwolenie. Ostatnie zdjęcia to Andy i masyw Aconcaguy zrobione z samolotu na odcinku Buenos Aires – Santiago de Chile.

Serdecznie pozdrowienia dla wszystkich. Wspaniałych Świąt Bożego Narodzenia życzę, świetnego Sylwestra i samych sukcesów w 2016. Grzegorz Gawlik


Znajdź mnie

Reklama

nationalgeographic-box.jpg
redbull-225x150.jpg
tokfm-box.jpg
tvn24bis-225x150.jpg

Reklama

Image
Klauzula informacyjna RODO © 2019 Grzegorz Gawlik. All Rights Reserved.Projekt NRG Studio
stopka_plecak.png

Search