Blog

Blog

La Serena - między Aconcaguą a Ojosem del Salado - CHILE

Piękna chryzokola, dla jednych ruda miedzi, dla innych kamień ozdobny.
Po aklimatyzacji na Aconcagui przyszła pora na wulkan Ojos del Salado. Na który potrzebowałem transport. Wynajęcie auta terenowego nie wchodziło w grę, bo to marny interes, nawet gdy ryzyko jego kradzieży jest dużo mniejsze niż przy granicy z Boliwią. Terenówka klasy toyoty hilux wynajęta w Copiapo to zwykle 100 euro za dobę, ale jak zna się kogoś na miejscu, to można i za 75 euro. Nie uśmiechało mi się jednak płacić za auto stojące pod górą.

Z pomocą przyszła mi Marta Zygman, polska geolog, mieszkająca w La Serenie i tam się właśnie udałem. Mimo okresu świątecznego, można było działać. Chilijczycy dosyć wybiórczo traktują święta. Choinki, mikołaj, prezenty - to jest. Lecz atmosfera bardziej przypominała dzień powszedni, jedynie 25 grudnia uchodzi za bardziej świąteczny. Upał, palmy, ocean - nie dziwię się mieszkańcom La Sereny.

Minioną Wielkanoc spędzałem w Mołdawii i Naddniestrzu, prawosławną w Czarnobylu, a Boże Narodzenie wypadło w Chile. Jak dla mnie, tak może być co roku.

Na Ojosa chciałem najpóźniej wystartować 27 grudnia. I to udało się Marcie potwierdzić. A kierowcą miał być górnik z Copiapo. Jest ich tutaj pod dostatkiem. Ale miedź ma ostatnio słabe ceny na światowych rynkach to i lekki kryzys w Chile. Którego nie widać, bo kredyty mają się dobrze. Pizza za 60zł, która w Polsce kosztuje 30zł. Tak, drożyzna. Ale gdybym chciał sobie kupić taką pizzę musiałbym stać pół godziny w kolejce. W Wigilię do mcdonalds ruszyło tyle ludzi, że godzina stania jak nic. A jedzenie w cenie dobrej restauracji w Polsce. Jak to, do maka w Wigilię? Bądźmy tolerancyjni. Różne są tradycje.

Na odpoczynek nie miałem za bardzo czasu. Musiałem odmrożone palce u stóp doprowadzić do stanu używalności. To był priorytet. Dlatego moczyłem je, smarowałem maścią tranową. Nawet z autobusu do La Sereny chcieli mnie za smród tej maści wyrzucić. Najbardziej przeszkadzała opuchlizna. Luźne buty zaczęły być za ciasne. Poza tym pranie, suszenie puchów, przygotowywanie rzeczy do wysyłki do Polski, bo 120-litrowy plecak i 30-litrowy, okazały się za małe. Głównie nazbierało mi się materiałów skalnych, a Marta mi w tym jeszcze pomogła. Przed opuszczeniem Chile chciałem nadać paczkę. Przygotowania przed Ojosem - dobranie sprzętu, czytanie notatek, przeglądanie map. I uzupełnienie bloga.

A poza tym wspólnie robiliśmy jeszcze ciekawe rzeczy. Zwiedzanie La Sereny i sąsiedniego Coquimbo? Skądże. Byłem tutaj kilka lat wcześniej i za wiele do zwiedzania to tutaj nie ma. Są za to ciekawsze rzeczy. Kopalnie. Nie po to przyjechałem do pani geolog, by spacerować po plaży. Zanudziłbym się na śmierć. Do Marty dotarłem popołudniu 22 grudnia, a już kolejnego dnia jechaliśmy spory kawałek od La Sereny. W góry, terenówką, by sprawdzić czy dany teren rokuje na kopalnię miedzi, złota itd., i warto zainwestować w wiercenia. Marta lepszego prezentu nie mogła mi zrobić, za co jej bardzo dziękuję. Pasja geologiczna od zawsze, tysiące minerałów w domu - będą kolejne - stąd kopalnia to moje naturalne środowisko. Tam gdzie skały i minerały czuję się wyjątkowo szczęśliwy.

Krajobraz pustynny, kaktusy, pewnie co druga mijana góra kryje skarby czekające na wydobycie. Skwar, atmosfera końca świata. I oto jest, odkrywka. A w niej sporo minerałów charakterystycznych dla złóż miedzi. Kwarc zaś zwiastował żyłkę złota, którego nie znalazłem. Ale chryzokoli, malachitu i kuprytu miałem pod dostatkiem. Walczyłem ze sobą, by nie zbierać, ale poległem. Sporo zwykłych miejscowych ludzi ma ziemię. A w ziemi kruszce. Zanim się je wydobędzie, trzeba wykonać odwierty i wykonać sporo prac przygotowawczych, co trwa. Gdy miedź stoi dobrze, wydobywają. Gdy słabo, hodują kozy czy owce. 

Miałem okazję zobaczyć kilka lat temu największą odkrywkową kopalnię miedzi na świecie. Właśnie w Chile. Jej nazwa to Chuquicamata koło Calamy, należy do Codelco i ma ponad kilometr głębokości. Co nie zmienia faktu, że nawet z maleńkiej, ale zasobnej kopalni można nieźle żyć. Właściciele zaprosili nas później na obiad z młodego kozła i jedną z ciekawych rzeczy jaką usłyszałem, była informacja o pustynnieniu. Pokazywali koło domu miejsce, gdzie za ich młodości płynęła rzeka. Teraz pustynne koryto. Chociaż do Atacamy daleko, to rozszerza swoje macki. Wracając, kupiliśmy trochę wybornego koziego sera i wędlin.

Jeśli ktoś chce mnie ukarać, proszę mnie wysłać na zakupy do centrum handlowego albo supermarketu. Gehenna. A w Chile sam się wysłałem, w Wigilię. Głównie z ciekawości. Wnioski? Ludzie to przerażający gatunek zwierzęcia. Po prostu dzicz. Za niebieskie majtki są gotowi zabić. Chilijka dosłownie mnie stratowała myśląc, że ją uprzedzę. A po co mi w Chile damskie majtki?

25 grudnia też nie odpoczywałem. Między innymi wybraliśmy się z Martą i jej sureferem Martinem, po okolicznym wybrzeżu. I tutaj będzie poważnie. We wrześniu 2015 trzęsienie ziemi o sile 8 stopni w skali Richtera wywołało tsunami, które w tym rejonie zabiło sporo osób. Fala miała nawet 6 metrów wysokości.

Dzień później ruszyłem do Copiapo. Marta, Martin, jeszcze raz wielkie dzięki za gościnę i pomoc. Czasu na przygotowania na Ojosa miałem bardzo niewiele, a na dodatek na rogatkach La Sereny zepsuł się autobus. Po ponad dwóch godzinach podstawiono kolejny, a w Copiapo byłem po piątej. Udałem się do tego samego residencial, co kiedyś. Nic się nie zmieniło, poza ceną, z 7000pesos na 9600pesos, a od 2016 roku na 11000 pesos. Za miniaturową jedynkę bez okna, gdzie jest jak w saunie, a moje rzeczy jak zwykle w pokoju się nie mieszczą. W takich pokojach mieszkają zwykle górnicy. Zmarła ponadto właścicielka, która była najaktywniejszym wulkanem w Chile - nie wyjmowała papierosa z ust. 

Copiapo to miasto górnicze, położone na niecałych 500m n.p.m., w pustynnej okolicy. Nic ciekawego, ale zadbane. Przez 5 lat od mojej wizyty powstało sporo ciekawych budynków. Przybyło dobrych chodników, ścieżek rowerowych, świateł drogowych, centrów handlowych, coś ala bulwar nad niewielką rzeką. Całkiem fajne i spore miasto.

Przed podróżą pod Ojosa następnego dnia umówiłem się telefonicznie z moim kierowcą Manuelem. On nie znający ani słowa po angielsku, ja minimalnie hiszpański. Ale dałem radę. Poza tym zakupy spożywcze. Pakowanie. Przygotowanie niepotrzebnych rzeczy do zostawienia w residencial. To była bardzo krótka noc, tak samo gdy czynię ten wpis.

Na zdjęciach: widok z mieszkania Marty i Martina w La Serenie, krajobrazy okolic La Sereny i powstająca kopalnia. Jedno z miasteczek koło La Sereny. Martin, Marta i Gregor. A na końcu jak można zarabiać w Wigilię.


Znajdź mnie

Reklama

nationalgeographic-box.jpg
redbull-225x150.jpg
tokfm-box.jpg
tvn24bis-225x150.jpg

Reklama

Image
Klauzula informacyjna RODO © 2019 Grzegorz Gawlik. All Rights Reserved.Projekt NRG Studio
stopka_plecak.png

Search