Blog

Blog

Wulkan Ojos del Salado 6896m x 3 - najwyższy na świecie, ale czy aktywny?

Pole geotermalne w masywie wulkanu Ojos del Salado, 6460m.
Tekst ten zacząłem pisać po powrocie z Ojosa del Salado. Priorytetem była jednak organizacja transportu na Llullaillaco, stąd od rana do wieczora działałem w tym kierunku. A Chile w tym temacie jest trudne i drogie. Około 30 razy zaczynałem pisać ten tekst, stąd nie wiem czy się trzyma k..y Ale jest. Często było tak, że zasiadałem do kawiarenki internetowej, a po trzech minutach był telefon, że ktoś ma dla mnie jakąś propozycję i musimy się spotkać. I biegłem. Ciąg dalszy nastąpił po Llullaillaco i dalsze problemy transportowe nie pozwoliły skupić się na pisaniu. Z tego samego powodu - dramatyczny brak czasu - tekst jest długi i  w jednym kawałku. Nie było czasu go podzielić. 

27.12.2015 - z Manuelem umówiłem się na 9:00, do pokonania mięliśmy jakieś 280km, z czego off road, to ostatnie 25km. Gdy przyjechał, pojechaliśmy jeszcze po kanistry i telefon satelitarny. Bardzo się dziwił, że jadę sam, bez żadnego wsparcia, bez telefonu satelitarnego. Wszyscy się tutaj dziwią, a ja nie widzę w tym nic dziwnego. Jak będę działał mądrze, to wrócę cały i zdrowy, jeśli nie, to wiadomo... nie wrócę. Tak eksplorowali świat pionierzy i ten styl bardzo mi się podoba, chociaż oni rzadko działali w pojedynkę.

Jedziemy. Tą drogę pokonywałem prawie sześć lat wcześniej, robiąc rekonesans przed realizacją projektu tej wyprawy. Manuel nie oszczędzał paliwa w toyocie hilux, gaz do dechy. Tak lubię. Koło Laguny Santa Rosa i Salaru Maricunga, gdy mięliśmy skręcić w lewo, pojechał prosto. Sugerowałem, że to zła droga, ale Manuel był pewien swego. Okay, minęło trochę czasu, może jest nowa droga, mnie się pomyliło. Ale nie. Po 70km dojechaliśmy do części mieszkalnej kopalni metali Maricunga, na około 4300m n.p.m. Sprawa wydawała się prosta. Zawrócić. Manuel jednakże przez 40min. ustalał telefonicznie trasę. Po czym wróciliśmy te 70km i skręciliśmy w prawo. Tracąc 3 godziny i sporo paliwa, na szutrowej i trochę wyboistej drodze, na której Manuel próbował urwać któreś koło.

Chilijczycy zainwestowali w drogę i niewiele brakuje, by do granicznej przełęczy San Francisco była asfaltowa. Manuel nie wiedział, gdzie skręcić na Ojosa, ale ja wiedziałem. Zostało jakieś 25km do Refugio Atacama. W połowie drogi mój kierowca zaczął panikować. Że mało paliwa, że miejscami droga jest kamienista, że już późno. I najchętniej, by mnie wysadził, bym poszedł piechotą. Po moim trupie. Ale na 5180m tak się zawiesił, że nic nie dało się zrobić. Musi wracać, bo prawie piąta, bo paliwa mało. Wziął kanister, by uzupełnić paliwo. Postanowiłem mu pomóc, bo jakoś nieporadnie to robił. W nagrodę za pomoc, zamiast w lejek, chlusnął paliwem na moje spodnie. Pierwszej nocy musiałem wystawić je za namiot, bo naćpałbym się oparami.

Manuel zawraca, zostawiając mnie jakiś kilometr od Refugio Atacama 5260m, z plecakiem i workiem z jedzeniem, butlą z wodą. Świetnie. Miałem nadzieję, że podrzuci mnie do Refugio Tejos 5825m, oficjalnie 5837m, a on nie dał rady nawet do Atacamy. Jestem pewien, że jest pierwszym kierowcą w historii, który dysponując tak dobrą terenówką, nie dowiózł człowieka do Refugio Atacama.   

Musiałem zrobić dwa kursy, by wszystko przenieść do Atacamy. Refugio to tak naprawdę mały barak. Było całkiem sporo ludzi, komercyjnych firm z ich dużymi namiotami. Z obsługą klientów mogło być ze 20 osób, co jak na Ojosa dużo. Rozbiłem namiot na 5260m, część jedzenia ukryłem w zbudowanym kopcu z kamieni. W nocy na zewnątrz było -7 stopni C.

28.12 - korzystając ze słońca, dopiero w południe ruszyłem do góry, po blisko 4h z odpoczynkami osiągając z 25-kilogramowym plecakiem Refugio Tejos 5825m. Bardzo długo, chociaż inni bez plecaka szli dłużej. Pogoda dopisywała, a w refugio, większym od Atacamy, tłumy. Jest tam  6 niewielkich schroniskowych łóżek, stolik i pomieszczenie z podłogą, gdzie spałem wraz chilijskim przewodnikiem i jego trzema klientami z USA, pochodzenia hinduskiego. Sami komercyjni i ja jeden indywidualista. Dosyć standardowa sytuacja. A w niej, nierzadko bywa, że przewodnicy są niesympatyczni, bo nie dałem im zarobić. Tym razem jednak wszyscy byli wybitnie sympatyczni, a gdy opowiedziałem o projekcie 100 wulkanów, zasypali mnie pytaniami i czekają na książkę po zakończeniu projektu. Chyba na 10 książek, materiałów jest ogrom. 

29.12 - plan dnia - podejście aklimatyzacyjne do 6500m i powrót. Ale na 6500 stwierdziłem, że czuję się świetnie i idę dalej. Tylko z tym chodzeniem był problem, wlekłem się masakrycznie. 9 godzin szedłem na szczyt (chilijski), docierając tam o 17:00, co przy świetnej pogodzie, niezbyt silnym wietrze, nie stanowiło problemu. Wszyscy ruszali na szczyt, przez cały mój pobyt, o 2-4 nad ranem, czego nie rozumiem do końca. Klienci komercyjni na Ojosie nie są odpowiednio długo aklimatyzowani, ze względu na specyfikę tego miejsca, wysokogórski płaskowyż Puna de Atacama. Dlatego chodzą wolno i chcą tego samego dnia jeśli nie znaleźć się w Copiapo, to przynajmniej na ok. 4300m. Autem dowozi się ich, i odbiera, zazwyczaj, do Refugio Tejos. Ale mimo to, lepiej wyruszyć, gdy już świeci słońce, a na Ojosie to czuć, aniżeli marznąć przez większość trasy, gdy jest minus kilkanaście stopni. O 7:00 w refugio było minus 10 stopni C. 

Gdy ciemno się robi po 21:00, jest cały dzień na zdobywanie szczytu. Ja dodatkowo musiałem stosować ten zabieg, by bardziej nie odmrozić palców u stóp. Były pod specjalnym nadzorem. Na Aconcagui dawał mi się we znaki jeszcze wypadek na wulkanie Villarrica, na Ojosie pamiątka z Akonki. 

Na 6750m znajduje się niewielki krater wypełniony mini lodowcem. W połowie otoczony skałkami, poddanymi silnej erozji. To właśnie na nich są wierzchołki - chilijski i argentyński. Mają tą samą wysokość, różnica jest nie większa niż metr. Przyjmuje się, że stanięcie na którymkolwiek z nich, jest równoznaczne ze zdobyciem Ojosa del Salado. 

Od strony chilijskiej jest świetnie widoczna ścieżka i nie ma większych trudności. Podejście jest strome, ale nie bardzo strome. Jest trochę sypko, potem trochę kamieni. A utrudnienia są dwa. Pokonanie albo ominięcie specyficznego lokalnego niewielkiego lodowca i skalna końcówka przed wierzchołkiem. W pierwszym przypadku, w wąskim miejscu, trzeba było zrobić kilka kroków przez niewielkie penitenty. Raki były niepotrzebne. W drugim, kilkadziesiąt metrów jest mocno eksponowane, są liny poręczowe. Trochę wspinaczki. Gdyby ten teren znajdował się na tysiącu metrów, powiedzielibyśmy, że łatwy. Ale on jest na prawie 6900m n.p.m., gdzie mało tlenu i duże zmęczenie. Przy odrobinie pecha można się zabić. Na przykład na trasie z Horcones na Aconcaguę, nie ma tak trudnego miejsca. 

Sam wierzchołek jest niewielki, erozja go pewnie będzie stopniowo obniżać. Gdy się dobrze nachylić, widać wydobywające się gazy wulkaniczne w dole. Po godzinie, ruszyłem z powrotem. Pogoda dopisywała, w Tejos znalazłem się o 20:00 (po dwóch godzinach). Ponoć tylko 30% osób wchodzi na szczyt, nie wiem czy to nie zaniżona liczba. Co prawda, z trzech amerykańskich hindusów tylko jeden dotarł na wierzchołek po kilkunastu godzinach, pozostali nawet nie spróbowali. Ale inne ekipy raczej w większości wchodziły na szczyt. Gdy jest dobrze widoczna ścieżka, nie trzeba myśleć, tylko iść. Brak trudności, poza wysokością. Wtedy zdobywanie takiej góry jest bardzo łatwe.

30.12 - skoro dzień wcześniej zdobyłem Ojosa zamiast tego, postanowiłem wykorzystać go aklimatyzacyjnie i na odpoczynek. Wychodziłem tylko na krótkie spacery, siusiu i po wodę. Zwolniło się dla mnie jedno łóżko. Pogoda bardzo dobra.

Ojos del Salado jest najwyższym wulkanem na świecie. Najczęściej podaje się wysokość 6896m. Moje gpsy poprzedniego dnia szalały, pokazując nawet 6925m, najczęściej 6910m. Kiedyś uważano, że jest najwyższą górą kontynentu, mierzącą ponad siedem tysięcy metrów. Część świata naukowego, uważa go za najwyższy aktywny wulkan Ziemi. Przyjechałem zweryfikować czy są ku temu podstawy i skonfrontować z innym kandydatem do tego tytułu - wulkanem Llullaillaco. W chwili pisania tego tekstu oba wulkany za mną i po wstępnej analizie, mogę ocenić, który z nich zasługuje na ten tytuł. Poświęcę temu zagadnieniu osobny tekst. Warto jeszcze wspomnieć, że kiedyś Aconcaguę uważano za najwyższy wulkan. To nie jest prawda, ale faktem jest, że w jej masywie znajdziemy sporo siarki i skały wulkaniczne. Znalazłem wiele przykładów. 

31.12 - gdy słońce już świeciło ruszyłem autorską drogą na stronę argentyńską. Szukać aktywności wulkanicznej i przy okazji zweryfikować istnienie najwyżej położonego jeziora na świecie. Idąc na przełaj napotykałem ramiona wulkanu, skały. Zero ścieżki. Dostałem w kość idąc z dużym plecakiem. Ale przyjrzałem się skałom, niewielkim miejscom, gdzie kiedyś były niewielkie wyziewy wulkaniczne. Rozbiłem się na wysokości 6315m koło niewielkiego pola penitentów. W nocy było na zewnątrz ponad minus 15 stopni, ale bardzo słaby wiatr. Tak spędziłem Sylwestra.

01.01.2016 - na ten dzień zaplanowałem wejście na argentyński wierzchołek Ojosa del Salado, na którym kiedyś były wyziewy wulkaniczne. Ponadto z niego dobrze widać obecnie działające wyziewy i wysoko położone jeziora. Teoretycznie ze strony argentyńskiej są drogi na szczyt, tylko fizycznie ich nie ma, bo prawie nikt nie wchodzi na wierzchołek z tej strony. Natomiast zaznaczone na mapach w internecie wyglądają efektownie. Wybrałem autorską drogę. Prosto do góry, po głazach i skałach, pomiędzy lodowczykami, płatami śniegu i penitentów. Najlepsza droga do wejścia na szczyt jest taka, jaką opiszę kolejnego dnia oraz ta z drugiej części przedmiotowego dnia.

Moja droga okazała się karkołomna. Nieźle mi dała w kość. Wystartowałem chwilę po 9:00, a na szczyt dotarłem o 15:30, gdzie spędziłem godzinę. Chłodny wiatr wiał jedynie ok. 30km/h. Widok z wierzchołka spełnił wszystkie moje oczekiwania, zlokalizowałem wszystko co mnie interesowało. Z chilijskiej strony nie ma wejścia na wierzchołek argentyński, poręczówek. Teren jest skalny, ale można wejść. Jest sypko, stromo, ale jak ktoś ma pojęcie o wspinaczce i zdrowy rozsądek, bez problemu da radę. Od strony argentyńskiej końcówka jest dużo mniej skalna i łatwiejsza, ale utrudnieniem jest brak ścieżki, przynajmniej w okresie, gdy ja tam byłem. Trzeba wybrać własną trajektorię, a ona może być łatwiejsza niż od strony chilijskiej, ale także dużo trudniejsza - bardziej stroma, z wielkimi głazami, niewielkimi skałkami, małymi lodowcami i płatami firnowymi. Na tym wierzchołku gpsy wskazywały wysokość z 5-7 metrowym błędem: 6896-6902m. Jak już wspomniałem, oba wierzchołki są praktycznie takiej samej wysokości.

W opisie może się wydaje wszystko takie łatwe i szybkie. Wszedłem, zdobyłem, zbadałem. Okupione to jest jednak gigantycznym wysiłkiem. Poruszanie się po wyznaczonych ścieżkach jest proste, nie trzeba myśleć, trzeba iść. Gdy robi się autorską trasę, procesory mózgowe muszą cały czas intensywnie wszystko analizować i podejmować decyzje.

Na dół schodziłem łukiem, omijając większość skał i głazów. Teren był sypki, co przeszkadza przy wchodzeniu, ale przy schodzeniu czasami pomaga. Zlokalizowałem kilka wysokich jezior. Czekały na mnie kolejnego dnia. Jedno, największe, na ok. 6350m, częściowo "zbadałem" już tego dnia. Sprawdziłem wysokość, zmierzyłem mniej więcej długość i szerokość, zlustrowałem położenie (krater) i ewentualną głębokość. Wszystkie jeziora były skute lodem. A do tego schodził największy lodowiec po stronie argentyńskiej Ojosa (i ponoć w całym masywie). To nie są duże lodowce. Ale z kilometr szedłem (sam lodowiec jest dużo większy niż moje przejście). W rakach, chociaż jest płaski. Fragmenty były bardzo zlodzone. 

Tutejsze lodowce są specyficzne i nie przypominają klasycznych. Są stosunkowo niewielkie, ale co bardzo charakterystyczne - cienkie. 2-3 metry, kilka metrów, 10 metrów, to już gruby lodowiec. Ale udało mi się wypatrzyć najgrubszy tutejszy lodowiec, po stronie chilijskiej, grubością może sięgnął nawet 30m. Szczelin nie ma, ale powierzchnię zajmują często pola penitentów, koszmarne do pokonywania. Oprócz tego pojawiają się przetopienia, że widać skały oraz dziwne roztopienia - dziury i zagłębienia ze świecącym lodem. Tylko fragmentami jest zbity na powierzchni lód. Bardzo źle się chodzi po tutejszych lodowcach.

Nikt do końca nie wie jak powstają penitenty(śniegi pokutne), lodowe lub śnieżne szpikulce, których tysiące, między nimi dziury. Wysokość penitentów i głębokość dziur może sięgać od 10cm do kilku metrów. Można je spotkać w różnych miejscach świata, ale te z Ameryki Południowej są najsłynniejsze. Pustynny klimat Puna de Atacama, niewielkie opady, wysoko położona granica wiecznego śniegu - skutkuje, że takie mamy tutaj śniegi i lodowce. Co ciekawe, sąsiednie masywy były bardziej zaśnieżone niż Ojos. Pierwsze penitenty można było spotkać na ok 5000m n.p.m.

Do namiotu dotarłem po 20:00, gdy już atakował solidny mróz. Bardzo owocny dzień i drugi raz na szczycie Ojosa del Salado, tym razem po stronie argentyńskiej.

02.02 - wysokim jeziorom poświęcę następny tekst, gdzie będą dokładne informacje. Teraz krótko. Rano spakowałem cały dobytek i ruszyłem doliną do góry. Dokończyłem obserwacje jeziora nr 1 na ok. 6350m. Sądzę, że może mieć kilkanaście metrów głębokości, tylko wpierw trzeba byłoby rozbić grubą taflę lodu. Nieopodal jest płytkie jeziorko na ok. 6360m. Przepływowe, strumyk z lodowca je zasila, z niego też wypływa strumień.

Następnie znowu pokonałem lodowiec i w pobliskim kraterze dotarłem do niewielkiego jeziora zasilanego z niedużego lodowca. Lustro wody(lodu) znajdowało się na wysokości ciut przekraczającej 6400m n.p.m. Kolejny punkt to jezioro uważane dotąd za najwyżej położone na świecie. Na ok 6390m. Po linii brzegowej widać spore wahnięcia poziomu lustra wody, gpsy wskazały ok. 6395m. Jezioro jest w zagłębieniu, większe od dwóch, o których wspomniałem przed chwilą i głębsze. Ma z pewnością dobre kilka metrów. Jak wszystkie było bardzo zalodzone. I tak minęło ponad pół dnia. 

Na resztę plan był taki, że przejdę przez przełęcz pod wierzchołkiem liczącą ok. 6700mi po drugiej stronie przenocuję, by rano mieć blisko do pola geotermalnego z fumarolami (czy to rzeczywiście fumarole, miało się dopiero potwierdzić). Idąc całkiem wygodną doliną do góry i mijając płaty śniegu, dotarłem do miejsca, które zaintrygowało mnie dzień wcześniej z wierzchołka. Mianowicie w zagłębieniu przy niewielkim lodowcu, jak nic było niewielkie jeziorko. Gps-y wskazywały trochę ponad 6500m wysokości (to chyba światowy rekord). Postój w tym miejscu zaważył na tym, że gdy dotarłem do przełęczy i to w jej górnej części przekraczającej 6700m, za późno było na schodzenie w dół. Nie widziałem po drugiej stronie ani miejsca na namiot ani śniegu do topienia. Wiał dosyć silny lodowaty wiatr, czasami o zapachu siarkowodoru. Mijała 19:00, byłem przy argentyńskim szczycie. Wiedziałem, że bliżej niego są miejsca na rozbicie namiotu i resztki zimowego śniegu. I tam się udałem. O 20:00 w resztkach słońca, rozbiłem namiot, przyniosłem śnieg. Gps wskazał wysokość ok. 6820m n.p.m. Nie stanowiło to dla mnie problemu, czułem się świetnie, chociaż wszystkie czynności przychodziły trudniej i wolniej.

03.01 - rano stwierdziłem, że skoro jestem prawie na argentyńskim wierzchołku Ojosa, to wejdę na szczyt po raz trzeci. Postawiłem sobie namiot w świetnym miejscu do ataku szczytowego. Wejście, krótki pobyt i zejście do namiotu, zajęły mi godzinę. Tak naprawdę można spać prawie na samiutkim wierzchołku, tylko nie ma tam śniegu i wieje. Rano na szczycie było lodowato, między godziną 9 a 10. Nieprzyjemnie, popołudniu, podczas poprzednich pobytów, było dużo fajniej. 

Następnie pakowanie, zejście do przełęczy i dalej do pola geotermalnego. Zapach siarkowodoru był coraz silniejszy, a wokół sporo siarki. Pole znajduje się na wysokościach 6460-70m - jego zasadnicza część. Kiedyś było większe i sięgało trochę wyżej. "Resztki" sięgają wysokości 6500m. Obok niego jest całkiem spore jezioro na wysokości ok. 6460m. Zasilane niewielkim termalnym strumieniem, co nie miało wpływu na to, że było solidnie zalodzone, a zasilały je przede wszystkim niewielkie lodowce. Nie mniej termalna woda, nie pozwalała mu całkowicie zamarznąć, nawet w zimie.

I tutaj ciekawostka. O tym jeziorze, jak i o kilku innych, o których pisałem mało kto wie. O ekshalacjach(wyziewach) wulkanicznych wiedza istnieje, ale nikt kogo pytałem przy nich nie był. Natomiast wszyscy są przekonani, że są one po stronie argentyńskiej, kiedy wszystkie mapy, które posiadam pokazują, że pole jak i jezioro, są po stronie chilijskiej. Granica biegnie bowiem przełęczą o której pisałem i dalej przez wysokie wzniesienia rozbudowanego masywu Ojosa. Jako kolejną ciekawostkę dodam, że tutaj bito rekordy jak najwyższego podjazdu samochodem i motocyklem. Osiągnięto coś około 6700m, ale nie na głównym wierzchołku. Więcej można poczytać w Wikipedii.

Kilka godzin spędziłem w rejonie pola geotermalnego i jeziora. Chodząc, sprawdzając, mierząc, przyglądając się. Na pole geotermalne składa sie spora liczba termalnych źródeł, jeden duży wyziew wulkaniczny i kilkanaście bardzo małych. Nie są to jednak fumarole tylko solfatary. Co prawda, często traktuje się je jako odmianę fumarol, oraz ta ostatnia nazwa jest dosyć znana, w przeciwieństwie do solfatar. To rozróżnienie jest jednak bardzo ważne. Zarówno wyziewy jak i źródła mają temperaturę 70-80 stopni Celsjusza. To nawet jak na solfatary słabo, bo często uważa się, że powinny mieć przynajmniej 100 stopni (fumarole od ok. 300). Poniżej 100 stopni mają mofety. Jednakże wielkość pola, ilość gazów i pary wodnej, siła wydobywania z ziemi, pozwalają mówić o solfatarach. Zresztą osobiście uważam, że mofeta to zimny rodzaj ekshalacji, znacznie poniżej 50 stopni.

Owszem, wysokość blisko 6500m n.p.m., ma wpływ na ciepłotę wyziewów wulkanicznych. Gdyby były kilka kilometrów niżej, z pewnością byłyby cieplejsze, ale z drugiej strony sam płaskowyż Atakama jest w tym rejonie na ponad czterech tysiącach metrów. Największym problemem są definicje, ale powszechnie przyjęte jest, że fumarola to 300-1000°, ewentualnie 200-800°C. Wyziewom z Ojosa, do tych liczb bardzo daleko. Oczywiście jak przeszukamy internet znajdziemy informacje, że wszystkie wyziewy to fumarole albo, że ich temperatura zaczyna się od 70°C. Nie są to jednak wiarygodne źródła. Jedynym badaniem, które mogłoby przyznać Ojosowi miano wulkanu aktywnego, byłoby ustalenie, czy znajduje się pod nim czynna komora wulkaniczna? Czyli komora płynnej magmy. Ale i tutaj jest pewien haczyk. Jest pewne, że ostatnia erupcja nastąpiła około 1500 lat temu. A zatem taka płynna komora zaświadczyłaby, że wulkan nie jest wygasły, że może wybuchnąć. Ale obecnie jest uśpiony. Kilka chłodnych wyziewów i brak innych dowodów aktywności, to stanowczo za mało, by uznać Ojos del Salado za aktywny. Z drugiej strony, gdyby Ojos wykazywał aktywność w innych sferach, to nawet chłodne wyziewy nie stałyby na przeszkodzie uznania jego aktywności. Więcej informacji można znaleźć: Najwyższy AKTYWNY wulkan świata - Ojos del Salado czy Llullaillaco?

Więc mamy solfatary, charakterystyczne zjawisko dla wulkanów wygasających albo drzemiących (spotykane są czasami nawet na wulkanach uznanych za wygasłe). A Ojos ostatni raz wybuchł ok. 700 roku n.e., z błędem do 300 lat. Niby coś niewielkiego działo się w 1993 roku, ale nie ma na to dowodów. Gdzieś z posterunku policji, ktoś widział pył albo gaz w rejonie Ojosa. Równie dobrze, mógł to być wir powietrza unoszący piasek albo chmura albo absolutnie nic. A że tutejsi policjanci są mało rozgarnięci, o czym przekonałem się nieraz, wiara w ich słowa, jest na poziomie wiary w Marsjan. Jak zestawimy ostatnią potwierdzoną erupcję Ojosa i chłodne solfatary widać, że traktowanie go jako najwyższego aktywnego wulkanu świata, jest mocno naciągane. Co ciekawe, w rejonie pola geotermalnego nie znalazłem śladu żadnej bytności człowieka, a to może być atrakcja turystyczna.

Co do jeziora, jest ono wielkością porównywalne z tym na ok. 6395m, ale mniejsze od tego na wysokości ok 6350m. Dużo czasu tu spędziłem, zrobiło się późno, a przede mną kawał drogi. Rozpocząłem długi i stromy trawers masywu z wysokości ponad 6500, kierując się ku Refugio Tejos. Od tej strony Ojos był mocniej zlodowacony, wśród lodowców jeden miał grubość ok. 30m, co jest rzadko tutaj spotykane.

Nie wiem ile razy wywaliłem się podczas trawersu, dużo, ale w końcu dotarłem w rejon ścieżki prowadzącej na szczyt. Podszedłem do 6200m i w dół. W refugio zameldowałem się o 19:30. Nie było żywej duszy. Wziąłem zostawiony depozyt i w dół do Refugio Atacama 5260m, co zajęło mi 90minut. Właśnie zapadł zmrok. Namiot pomógł mi rozstawiać Niemiec, uznał że po takim wysiłku pomoc jest mi potrzebna. Było też dwóch innych Niemców i nikogo więcej. Samodzielnie tutaj dotarli, wynajętymi samochodami. Po ciemku poszedłem szukać depozytu, zwłaszcza wody. Znalazłem, ale kopiec z kamieni był rozwalony, zniknęło całe jedzenie, za wyjątkiem puszki tuńczyka. I temu komuś nie smakowały płatki śniadaniowe, rozwalone wszędzie, za to gruszki znikły. Została woda, cola i sok. To nie był człowiek, bo zabrałby wszystko, tylko jakieś zwierzę. Silne.  Może puma, straszą mnie nią tutaj cały czas, albo vicunia, lis. Albo jeszcze jakieś inne.

W nocy panował kilkustopniowy mróz.

Osoby wybierające się na Ojos del Salado pewnie interesuje od której strony jest taniej? I tak, na przełomie roku 2015 i 2016 nie funkcjonowało jak kilka lat wcześniej płatne pozwolenie na wejście od strony chilijskiej (pobierała je firma Aventurismo i kosztowało około 150-160USD). Lecz nawet gdyby ono funkcjonowało, bezpłatna strona argentyńska i tak byłaby droższa, ze względu na wyższe koszty transportu. Chyba, że zrobi się to tak jak ja. I jeszcze jedna kwestia. Od strony chilijskiej, wejście jest dużo bardziej banalne - wyraźna szeroka ścieżka, poręczówki, ludzie, schrony. Tego wszystkiego nie ma od strony argentyńskiej - na czas gdy ja tam byłem - przez co jest ciekawiej i w sumie trudniej. No i od strony argentyńskiej jest większość jezior uchodzących za najwyżej położone na świecie. 

04.01 - dzień powrotu do Copiapo, po bardzo owocnej działalności na Ojosie. Leniwie rozpocząłem pakowanie. Było słonecznie, ale wiał bardzo nieprzyjemny chłodny wiatr. Jorge przyjechał przed 12:00, gdy kończyłem się pakować. Manuel mógł tylko w grudniu pomóc. Z Jorge przyjechał dla towarzystwa Ruven. Zasady finansowe mięliśmy ustalone takie same. 45 tys. pesos wypłaty plus mniej więcej drugie tyle - paliwo. Manuel szalał za kierownicą, Jorge był jego przeciwieństwem. Do tego miał problem z odczytaniem drogi, więc pomagał mu Ruven. Komicznie to wyglądało. 

Poprosiłem byśmy na chwilę podjechali do Laguny Verde, na co Jorge, że nie mamy paliwa. Nie wziął żadnego zapasu. Co za agenci. Manuel pomylił drogę, a ten nie wziął żadnej rezerwy. Zresztą Jorge strasznie się nabijał z Manuela za pomylenie trasy. Przekonałem go, że to tylko kilkanaście kilometrów w jedną stronę. Marudził, pytał, gdzie to jezioro. Ale jechał, wolno. Gdy kazałem mu zjechać na klif nad laguną, nie widząc co jest przed nim, nagle przyśpieszył i niewiele brakowało, byśmy zlecieli z klifu (ok. 4350m n.p.m.). Chłopaki nie byli tutaj nigdy w życiu, więc smartfonami robili sobie fotki. Zresztą pod Ojosem też byli pierwszy raz. Pół życia i nie być tutaj, nie rozumiem.

Za tą wolną i dziwną jazdę Jorge został ukarany, przez opatrzność. Za Laguną Santa Rosa, na blisko 4000m n.p.m. dosłownie spalił oponę w hiluxie. Jak to zrobił, wie tylko on. Chłopaki z moją niewielką pomocą wymieniali koło przez godzinę. Mieli lewarek chyba nie z hiluxa a z deawoo tico. Podstawialiśmy kamienie, kombinowali, jak podnieść koło ze spaloną oponą. A pomocy znikąd. Na całej górskiej trasie może spotkaliśmy dwa samochody. Taka opona to koszt 300USD, ale ta spalona już i tak była strasznie zużyta.

Do Copiapo wjeżdżaliśmy po 17:00, po pokonaniu ok. 300km. Przez całą drogę próbowałem wypytać Jorge o Llullaillaco, ale on sobie tą nazwę podśpiewywał, nie chcąc nic zadeklarować. Potrzebowałem potwierdzenia, że pojutrze startujemy. Powiedział jedynie, że nie zna drogi. A w Copiapo uciekł, nie biorąc pieniędzy i mówiąc, że Marta mi wszystko wyjaśni. Płaciłem Ruvenowi, który podwiózł mnie do mojego residencial.

Okazało się, że niewiele brakowało, by Marta musiała mnie odbierać z pod Ojosa. Chłopaki zrezygnowali, twierdząc że to zbyt trudne, męczące, niebezpieczne, że nowa robota na horyzoncie. Zostałem na lodzie, bo 6 stycznia miałem startować na Llullu. Jeszcze tego dnia z Martą rozpoczęliśmy akcję poszukiwania transportu. Ja w Copiapo, ona z pozycji La Sereny. Wziąłem tylko prysznic i do pracy. Kolacja i odpoczynek musiały poczekać. Zawsze pod górę na wyprawach, nic nie przychodzi łatwo.

Powstał problem, ale też przyszła ulga. Widząc co wyprawiają Manuel i Jorge, jak jeżdżą, jak są nieprzygotowani, byłem pewien, że z Llullu byłaby piękna katastrofa. Straciłbym czas, pieniądze i utknął gdzieś w połowie drogi. Fajne chłopaki, by pójść na piwo, mam nadzieję, że są lepszymi górnikami, ale tam gdzie potrzeba inwencji własnej, nie dają rady. Oni przyzwyczajeni są, że do kopalni jadą dobrą drogą, gdzie wszystko jest zorganizowane i wiadome. Ten prosty dojazd do Ojosa dał im jednak w kość. Ale dali radę, cena dobra, zawieźli i odebrali. Co nie zmienia faktu, że jak sobie o nich wspomnę, zaraz pojawia mi się w myślach słowo - pierdoły. 

5 stycznia miałem zająć się praniem, przepakowaniem, zakupami, przygotowaniami do wyjazdu, a wieczorem napisać coś na bloga. Wszystko jednak wzięło w łeb. Cel nadrzędny - szukanie transportu na LLullaillaco, co w Chile nie jest łatwe. Nie dość, że ceny koszmarne, to tutejszym ludziom jakby się nic nie chciało i zawsze znajdą sto przeszkód, by czegoś nie zrobić albo powiedzieć, że się nie da. Zero własnej  inwencji. Strasznie są wkurzający.

Kolejny wpis poświecę wysokim jeziorom w masywie Ojosa del Salado.

pozdrawiam

Gregor

FILM: Wszystkie NAJ wulkanu Ojos del Salado 6896m.

English short note: Ojos del Salado 6896m -  the highest volcano in the world, the second highest mountain of the Andes. I climbed to the summit three times over six days, two times from the Argentinian side. The highest overnight stay at 6820 m. I found the uppermost lake in the world and the geothermal field.

Na zdjęciach: mój cel czyli Ojos del Salado, Manuel, penitenty, Refugio Tejos, krater i wierzchołek chilijski. Od 11-go zdjęcia strona argentyńska - widok na Ojosa, wierzchołek(w tle na jednym zdjęciu chilijski), największy lodowiec, namiot na 3820m. Od zdjęcia 20-go powrót do Chile - pole geotermalne i solfatary, najgrubszy lodowiec. Dalej Laguna Verde, Nevado Tres Cruces, salar przy Lagunie Santa Rosa, spalona opona oraz Jorge(z lewej) i Ruven w akcji. Na koniec - świąteczne akcenty w Copiapo. 


Znajdź mnie

Reklama

Wydarzenia

Brak wydarzeń

nationalgeographic-box.jpg
redbull-225x150.jpg
tokfm-box.jpg
tvn24bis-225x150.jpg

Reklama

Image
Klauzula informacyjna RODO © 2019 Grzegorz Gawlik. All Rights Reserved.Projekt NRG Studio
stopka_plecak.png

Search