Blog

Blog

Słynny wulkan Paricutin i zalany lawą kościół San Juan Parangaricutiro (MEKSYK)

Krater wulkanu Paricutin 2800m, Meksyk.

Obserwację wulkanu Colima miałem w planie, jako tzw. cel dodatkowy, gdy zostanie czas. Ale wulkanu Parucutin, jak i wcześniejszego wulkanu Sierra Negra - nie. Lecz skoro miałem kilka dni, zamiast w końcu chwilę odpocząć, postanowiłem udać się jeszcze na jeden wulkan. O bardzo ciekawej historii.

W Guadalajarze złapałem autobus do Uruapan (16.02.2016), gdzie byłem po 21:00. Taksówkarz zawiózł mnie do auto motelu Flamingos (wysokość 1660m). Z miejscem na samochód. Znalazłem się mniej więcej 40km od mojego wulkanu. Siedemnastego lutego wróciłem na terminal autobusowy i lokalnym transportem pojechałem do miasteczka Angahuan. W tym górskim miasteczku mieszka ludność przedhiszpańska, z własną kulturą, językiem (Purepecha - "Purapucia"). Miejscowi mocno postawili na turystykę i całkiem profesjonalnie się do tego zabrali. Są dwie drogi w rejon wulkanu, ta od strony miasta częściowo specjalnie przygotowana, by było wygodnie (drugiej nie widziałem). Gdy wysiadłem, podszedł do mnie człowiek, z jakąś legitymacją, który przedstawił się, że jest informacją turystyczną. W sekundę załatwił mi człowieka z dwoma końmi i wskazał niedrogi hotel, położony półtora kilometra od miejsce, gdzie się znajdowałem.

Chciałem jeszcze tego dnia dostać się na wulkan, a zatem szybko do hotelu, na konia i w drogę. Była 12:00.

Koń umożliwiał dotarcie w kilka godzin na wulkan i do uruin spalonego kościoła. Na nogach, omijając pole lawowe, potrzebowałbym dwóch dni. Najkrótsza trasa z Angahuan prowadzi przez pole lawowe, ale jeśli ktoś wędrował kiedyś po czymś takim, wie, że to upiorne zadanie i bardzo długie. Młoda lawa, ostra, nierówna, ruchoma, dziury, zagłębienia, wąwozy. Czasami w godzinę ciężko pokonać kilometr. Setki kilometrów spędziłem na takiej lawie, czasami lubię sobie po niej połazić, ale nie tym razem. Miejscowi mówią, że trasa na koniu liczy 45km, ale gps zmierzył 25km. Wpierw dwie godziny do podnóża wulkanu, przez las, pośród agaw i obok plantacji awokado, z widokami na wulkan, na lawę, na popioły wulkaniczne. Podróż uatrakcyjnił kojot przebiegający drogę. Na miejscu jest sklepik. Można tam się też dostać samochodem terenowym. Angahuan jest na około 2350-2400m, później schodzi się w dół na 2200, by ostatecznie zakończyć podróż na 2600m n.p.m. Ostatnie 200m na wierzchołek to sypka i ciut stroma ścieżka.

Miejscowi reklamują swoją atrakcję turystyczną jako najmłodszy wulkan świata. To pewnie nieprawda, bo minęło sporo czasu od jego powstania. Ale historia jest godna uwagi. Wulkan powstał 20 lutego 1943 roku, a więc znalazłem się tam praktycznie w rocznicę. Jest zwykły dzień, żadnego aktywnego wulkanu w okolicy, aż nagle coś wybucha na polu kukurydzy. Tak zrodził się wulkan Paricutin. Rzadkie zjawisko powstania wulkanu, gratka dla wulkanologów. Wulkan był aktywny do przełomu stycznia i grudnia 1952roku. Jego siła erupcyjna słabła, pojawiały się przerwy. Wulkan w ciągu 9 lat zniszczył lub uszkodził 233km2 powierzchni. Zginęły trzy osoby (niektóre źródła podają, że dwie) od pioruna wygenerowanego podczas erupcji. Dwa miasteczka ewakuowano, zostały zniszczone przez lawę. Trzy inne zostały uszkodzone. Stacja telewizyjna CNN nadała wulkanowi tytuł jednego z siedmiu naturalnych cudów świata. Paricutin jest najmłodszym wulkanem w Kordylierze Wulkanicznej, gdzie jest około 1400 wulkanicznych stożków. Objęty jest parkiem narodowym.

Wulkan liczy sobie 2800m wysokości, a po drugiej stronie krateru najwyższy punkt ma 2795m, podawana czasami liczba 3170m jest nieprawdziwa. Krater ma jakieś 200m średnicy, można go całego obejść, można zejść na dno. Krater jak i zbocza porasta trawa, są krzaki, nawet drzewa. W całym masywie znajdziemy niewielkie ekshalacje wulkaniczne, które prawie nie pachną, bo to głównie para wodna. Zazwyczaj w takich miejscach czuć mocny zapach zgniłych jaj, czyli siarkowodoru, ale nie tutaj. Najwięcej jest ich po stronie głównego wierzchołka, ale znajdziemy je też po drugiej stronie, w kraterze, po zewnętrznej stronie stożka, a nawet widoczne są w polu lawowym od strony miasteczka Angahuan. Ich temperatura to 70-85stopni Celsjusza.

A zatem, czy wulkan Paricutin jest aktywny? Jedni twierdzą, że tak, inni że nie, a jeszcze inni, że wulkan jest uśpiony. Rzadko się zdarza taka różnorodność opinii. Część naukowców uważa, że wulkan zrobił swoje i już nie wybuchnie. Może gdzieś w okolicy przebije się nowy wulkan, ale Paricutin zarośnie lasem. Zatem jest wygasły. Inni uważają, że skoro są wyziewy wulkaniczne (uparcie nazywane fumarolami), teren jest aktywny wulkanicznie, są wstrząsy sejsmiczne spowodowane ruchem magmy pod wulkanem, a do tego wulkan jest bardzo młody, to nie można uznać, że jest wygasły, wręcz przeciwnie. Aczkolwiek, chyba najczęściej mówi się o jego uśpieniu. Podchodząc do tematu zdroworozsądkowo, mamy oto taką sytuację. Wulkan, który ostatnią erupcję zaliczył niecałe 70 lat temu. Generuje wstrząsy sejsmiczne, jest komora magmy pod ziemią. Są wyziewy wulkaniczne, nie fumarole, bo są one za zimne, tylko solfatary. W związku z powyższym, za wcześnie jest na uznanie wulkanu nie tylko za wygasły, ale także za drzemiący (uśpiony). Trzeba mu dać jeszcze kilkadziesiąt lat. Śmiało możemy przyjąć, że wulkan jest aktywny, a chłodne ekshalacje wulkaniczne sugerują, że jest w procesie uśpienia, może później też wygasania.

Obszedłem krater, zszedłem na dno, gdzie podzielony jest na dwie części, poprzyglądałem sie solfatarom, lawom. Ponad dwie godziny spędziłem na miejscu, by konno ruszyć do drugiej miejscowej atrakcji. Zniszczonego kościoła San Juan Parangaricutiro. W obu miejscach najbardziej przeszkadzają śmieci - w kraterze, koło ruin kościoła. Cała Ameryka Łacińska w nich tonie. Obrazki jak z krajów trzeciego świata. Meksyk przy drogach, w korytach rzecznych, to jedno wielkie smietnisko. Podobnie jest w Peru choćby. Jedne kraje próbują z tym walczyć, jak Meksyk, inne, jak Peru, nie bardzo. W obu przypadkach efekt jest tak samo mizerny. Bogate kraje jak Chile, mają pewne sukcesy na koncie, ale bez szału. W Chile przyrodę bardzo niszczy górnictwo, bo ogromne instalacje po wyczerpaniu złóż, zostają na miejscu, niszczeją, rozsypują się, wiatr po całej okolicy roznosi kawałki.

Przerażające, że mamy XXI wiek, a setki milionów ludzi tej części świata nie czuje żadnej potrzeby dbania o środowisko. Wyrzucenie śmieci gdzie popadnie to standard. Normalna rzecz. W Peru, jedziemy przez park narodowy, wcześniej na postoju wszyscy zakupili jedzenie, dostając dużo różnego plastiku. Zjedli, otwierają okno i wyrzucają. Traktują swój kraj jak jeden wielki śmietnik. I nikt póki co nie potrafi ich wyedukować w tym zakresie.

Ruiny kościoła są poniżej Angahuan, całkiem blisko. O ile na wulkanie byłem sam, to tutaj kilku Meksykanów spotkałem, w tym jakiegoś piosenkarza, kręcącego teledysk. Mój przewodnik Issak, wykazywał się dużą cierpliwością. Normalnie ludzie wchodzą na wulkan na chwilę, parę fotek i w dół. Isaak, gdy nie wracałem prawie przez dwie godziny, wszedł na górę sprawdzić, czy mi się nic nie stało. Tutaj była podobna historia, bo w okolicy ruin spędziłem prawie godzinę, a powoli kończył się dzień.

To niesamowite jak całe miasteczko może zniknąć pod lawą. Z potężnego kościoła San Juan Parangaricutiro, zostało niewiele. W części, gdzie było wejście, zachowała się jedna wieża i kawałek drugiej. Potem nie ma nic. Ocalał też ołtarz, znajdujący się na drugim krańcu kościoła. Niezwykła niszczycielska siła. Bardzo efektowne krajobrazy z wulkanem Parucutin w tle. Do Anagahuan wróciliśmy po zmroku, minęła 19:00. Wycieczka trwała siedem godzin z groszami. Koszt, 600pesos za konie plus napiwek dla przewodnika. Mam w zwyczaju się nie targować, gdy uważam cenę za rozsądną, przyzwoitą. Nie chodzi o to by miejscowych wykorzystywać, chodzi o to, by nie przepłacać. Dałem Isaakowi 200pesos napiwku i udałem się coś zjeśc do miasteczka, ale wielkiego wyboru nie miałem. Zjadłem frytki z pomidorami. Wysokość wyraźnie ponad 2000m skutkowała chłodem w nocy, a upałem w dzień. Parucutin to bardzo fajny wulkan, oferuje świetne widoki na pole lawowe. Fajnie, że tutaj przyjechałem.

18 lutego rano kolejne pakowanie, którego mam już po dziurki w nosie. I w drogę na autobus, ostatni odcinek biegłem, bo podjechał właśnie, a kolejny najwcześniej byłby za godzinę albo jeszcze później. W Uruapan szybko kupiłem bilet do Mexico City za prawie 600pesos, ale z odjazdem miałem problemy. Jak zwykle duży plecak poszedł do luku bagażowego, a mniejszy ze mną do środka. Jednak przy wejściu do autobusu kierowca zażyczył sobie, bym mniejszy plecak też schował do luku, ale ja sobie tego nie życzyłem. I usiadłem na swoim miejscu. Kierowca przysłał bagażowego, by odebrał ode mnie plecak. Odesłałem go z kwitkiem. Przyszedł kierowca, żądając schowania plecaka do luku. Usłyszał, że nie ma takiej możliwości. Na odchodnym stwierdził, że mój bilet zostanie anulowany i dostanę z powrotem pieniądze. I bardzo dobrze - powiedziałem, nie ruszając się z miejsca. Statystycznie na tak długiej wyprawie musi się trafić jeden taki kierowca, który chce pokazać kto tu rządzi. I się trafił. Kilkadziesiąt autobusów dalekobieżnych, także w Meksyku, nikt nie czepiał się plecaka, który nikomu nie przeszkadzał, bo albo był pod siedzeniem albo u mnie na kolanach. Ale jeden psychiczny kierowca trafić się musiał. Najśmieszniejsze było to, że autobus na ponad 40osób, a ze mną w środku 8 osób, w tym nikogo obok mnie.

Po kilku minutach przyszedł pracownik linii, podszedł do mnie, zobaczył że plecak jest pod siedzeniem, nikomu nie przeszkadza. Nic nie mówiąc odszedł. Po kolejnych pięciu minutach przyszła pracownica. Popatrzyła, wyszła. Chwilę później odjechaliśmy. I po co była ta szopka? Minęło sześć godzin, gdy dotarłem na Dworzec Północny w Mexico City. Wszędzie było jeszcze pełno wspomnień po wizycie papieża Franciszka, wyłącznie z jego tekturowymi podobiznami. Papież z Mexico City wyleciał o ile dobrze pamiętam 17 lutego. Metrem dotarłem na Plac Zocalo i udałem się do jednego z hosteli (Mexico City Hostel). Mexico City jak i inne duże meksykańskie miasta codziennie stoją w korkach, czasami gigantycznych. Mimo metra, mimo tramwajów, metrobusów, budowanych kolejnych wiaduktów i poszerzanych kolejnych arteriach drogowych.

W Meksyku zrealizowałem wszystkie punkty planu wyprawy i dołożyłem kolejne. Pozostało przygotować się na ostatni epizod wyprawy, krótki pobyt w Yellowstone. Z upalnego Meksyku zamierzałem się przenieść do zimowych klimatów.

Powoli dociera do mnie skala sukcesów wyprawy, idealnej realizacji wszystkich założeń. To skutki moich wad - upartości i perfekcjonizmu. Nie ma, że coś jest niemożliwe. Że się nie da, że boli. Nie mniej, tym razem plan wyprawy był wyżyłowany maksymalnie. To był materiał na cztery solidne wyprawy, a nie na jedną. Czuję się jakbym startował pod rząd na trzech olimpiadach, za każdym razem walcząc o złoto. Wyeksploatowałem się bardzo na tej wyprawie. Radość nadejdzie po powrocie, gdy zacznę wspominać dzień po dniu, co robiłem. I pewnie wielokrotnie nazwę siebie idiotą, że powymyślałem takie karkołomne rzeczy, w tak dużym natężeniu oraz w tak krótkim czasie.

Na zdjęciach:
1-2) Auto motel Flamingos w Uruapan. Pokój z miejscem na samochód. Pilot przykręcony do ściany, by nikt nie ukradł. Klucza też nie dostałem, pokoje otwiera obsługa motelu. Wifi - brak.
3) Słodka "drożdżówka".
4-35) Wulkan Paricutin oraz podróż na niego z Angahuan. Pole lawowe, krater, wyziewy wulkaniczne, popioły. Na zdjęciu 13 jest Isaak, właściciel koni, którymi dotarliśmy do podnóża wulkanu. Nie przyzwyczajony do jazdy na koniu i siodła, odniosłem obrażenia w postaci bolącego tyłka.
36-43) Zniszczony przez lawę kościół San Juan Parangaricutiro oraz nowy, wybudowany w innym miejscu.
44) Zachód słońca w Angahuan.
45-51) Klimaty górskiego miasteczka Angahuan. Na pierwszych zdjęciach sklep i lokalny fastfood, sprzedający frytki.
52) Dworzec Północny w Mexico City. Dwa dni wcześniej papież Franciszek opuścił Meksyk. Cały kraj emocjonował się jego wizytą.


Znajdź mnie

Reklama

Wydarzenia

Brak wydarzeń

nationalgeographic-box.jpg
redbull-225x150.jpg
tokfm-box.jpg
tvn24bis-225x150.jpg

Reklama

Image
Klauzula informacyjna RODO © 2024 Grzegorz Gawlik. All Rights Reserved.Projekt NRG Studio
stopka_plecak.png

Search