Blog

Blog

Nowy Rok na Etnie - Sycylia zimą

1 styczeń 2019. Nowy Rok. Burza śnieżna, huragan, armagedon – trwa w najlepsze. Od 6:30 robiło się jasno. W tych warunkach wędrówka w dół była bardzo niebezpieczna, czekałem na poprawę pogody. Lecz po 22 godzinach tego koszmaru uznałem, nie mogę czekać. Zamarzam. A niewielkie odmrożenia zamienią się w poważne. Zasypany śniegiem leżałem jak w trumnie. W nocy przybyło dobre pół metra. A od mojego przyjazdu już z metr. Kosmos. Gdzie ta bezśnieżna Etna z przed dwóch dni, gdzie te niemal letnie temperatury. To jest Sycylia czy Antarktyda?

Noc przetrwałem sprawnie. Nie zmrużyłem oka, mimo że kilka wcześniejszych nocy też za wiele nie spałem. Nie było czasu. Psychika działa, wytrzymałość fizyczna też, chęć walki o wydostanie się z tych opresji na dobrym poziomie. Działalność na Etnie w tych warunkach mijała się z jakimkolwiek celem. Trzeba było zminimalizować straty zdrowotne i zejść w dół. Wystartowałem po 9:00. Widoczność trochę się poprawiła, do 30-50 metrów, ale wiatr nieustannie mną przewracał i utrudniał oddychanie, śnieg po pas wykańczał, uderzający z dużą prędkością chciał wybić oczy. Zostawiłem sobie tylko mały wizjer na jedno oko, co chwilę musiałem ściągać lód z brwi i powiek. Rękawice były tak zmarznięte, że każda czynność wymagała ich ściągnięcia, a ponowne założenie łatwe nie było. Zalodzone buty robiły mi nadal krwawy okrąg powyżej kostek, coraz głębszy. Ale mróz i adrenalina skutecznie walczyły z uczuciem bólu. Kolejny upadek na prawą dłoń spowodował, że ledwo nią ruszałem. Jeden z upadków zdarł mi trochę skóry z nadgarstka. Ale potężny mróz stanowił świetne znieczulenie. Choć nie wszędzie tam gdzie chciałem.

Plan dnia był taki. Zejść jak najniżej. W skrajnym wypadku miałem szansę dotrzeć nawet do Katanii, choć bardziej realne było zejście do jakiejś wioski, byleby z hotelem lub pensjonatem. Mogłem iść nawet do północy. Minimum było zejście poniżej granicy śniegu, czyli poniżej tysiąca metrów, gdzie nawet w tak mokrym śpiworze bym przetrwał, A ważył on kilka razy więcej niż normalnie.

Około południa dotarłem do zagajnika, pogoda się poprawiła. Wiało mocno, padał czasami śnieg, ale zmiana diametralna. Śnieżna ostra burza trwała 25 godzin. Mogłem w końcu przepakować plecaki, by dało się z nimi w miarę normalnie wędrować, rozpaliłem mini ognisko, zagotowałem śnieg na kawę. Pierwszy raz użyłem palnika. Woda w butelkach nadal zamarznięta na skałę. Schodzenie dawało popalić. Często po pas w śniegu, którego już było ponad metr. W miejscach przewianych, gdzie śniegu było mniej, pod nim znajdowały się ruchome kawałki lawy. Łatwo było sobie zrobić krzywdę. Nigdy nie wiedziałem czy walnę butem o lawę czy zapadnę się po pas w śniegu. Upadków zaliczyłem bez liku, taki teren.

O 13:00 ruszyłem z zamiarem walki o dojście do jakiejś miejscowości. Najbliżej było Nicolosi, ale wyżej jest kilka hoteli, pensjonatów, miałem nadzieję że coś będzie otwarte. Po takiej nocy, koszty nie grały roli. Musiałem się zająć odmrożeniami, suszeniem. Po dwudziestu godzinach trzęsienia się z zimna. Nie minęło pół godziny marszu, bardzo powolnego w kopnym śniegu, a nagle na szczycie małego krateru, jakich tutaj wiele, ktoś do mnie mówi. Zdziwienie. Tutaj? Dziesięć kroków dalej wszystko było jasne. Jestem koło jednego z wielu niewielkich schronów w masywie Etny. A zagadał mnie Rosario, fotograf, który z przyjaciółmi spędzał tutaj przełom roku. Zaprosił by zostać na noc. Hmmm. Rozpogodziło się, byłem bezpieczny, mogłem stąd dostać się w rejon Sapienzy, by następnego dnia zjechać do Katanii. W Rifugio Galvarina (1878m), przy którym się znalazłem, kominek grzał aż miło, drewna przygotowanego do opalania nie brakowało. Mogłem od razu zacząć się suszyć. Alternatywą było schodzenie w dół przez sporo godzin, też po zmroku, w mrozie, przemarznięty, lekko odmrożony. Bezpieczniej było tutaj zostać. Tak zrobiłem.

Chodząc po Etnie natykam się na podobne obiekty, najczęściej wyraźnie poniżej 2000m. Są to małe budynki, ogólnodostępne. W środku jest zwykle kominek, jakiś stół, ławy. Jest to prymitywne, bo nie ma toalet ani bieżącej wody, ale sympatyczne. A Galvarina oferuje też świetny widok na Etnę. Dymiącą w tym czasie. Nagle zrobiła się bardzo dobra pogoda. Gadałem sobie z Rosario i ekipą. Jednocześnie przystępując do ostrej akcji suszenia wszystkiego. Odmrożenia miałem u większości palców stóp i rąk. Piekły, bolesne, ale tylko pierwszego stopnia. Nic poważnego. W cieple wracało do nich życie. Jak cudownie było się ogrzać, założyć suche ubranie. Ale szans wysuszenia śpiwora nie było, lecz walczyłem. Można było go wykręcać, tak wcześniej zamarzł. Mokry puch zbił się w kilku miejscach, reszta to pusty materiał. Naprawiłem też pałąki srebrną taśmą, gdyby potrzeba było jeszcze przenocować w namiocie.

Rosario Patane okazał się fotografem z pod Etny. Szybko złapaliśmy wspólny kontakt, także dlatego że mówił po angielsku. On mnie nazywał wariatem i samotnym wilkiem, ale śmialiśmy się, że normalny też nie jest. Specjalizuje się w fotografii przyrody w tym erupcji Etny, oraz w portretach. Między innymi używa prawie stuletniego zabytkowego aparatu, który ze statywem waży z 10kg, nosi go też na Etnę. Miał go ze sobą. Plus kilka innych.

Na wieczór Włosi zrobili ucztę, na którą mnie zaprosili. Udziec jagnięcy z ogniska. Smażone ziemniaki, papryki, cebula. Lokalny ser. Ja częstowałem ich kabanosami. Fajnie spędzony czas. Udało się wysuszyć większość rzeczy. Śpiwora nie, spanie w nim na podłodze sympatyczne nie było. Trochę wymarzłem, ale jednocześnie podsuszyłem go. Według prognoz kolejny dzień miał być świetny, jak również poranek dnia kolejnego. Więc może zamiast na dół ruszyć znowu do góry? Jeszcze niedawno walczyłem o życie i marzyłem o zejściu na dół. Lecz parę godzin w cieple plus poprawa pogody zachęciły mnie do rewizji planów. Całe życie przemierzam samotnie pustkowia, walczę z przyrodą. Trudno mnie zniechęcić.

2 styczeń 2019. Huraganowy wiatr i pół dnia południowego słońca dokonały cudu. Od strony Katanii śnieg zalegał we wszystkich zagłębieniach, ale było też dużo czarnych skalnych plam. Tak dużo, że umiejętnie wybierając trasę większość do szczytu dałoby się pokonać omijając śnieg. Na północy rządziła zima. Niebo bezchmurne, wiatr słaby, ciepło. Miałem schodzić w dół, ale wobec takiej pogody zmieniłem zdanie. Szybkie pakowanie, o 9:15 pożegnałem się z Rosario, reszta jeszcze spała. W drogę. Początkowy odcinek był paskudny, bardziej płaski, ubity głęboki śnieg dawał w kość. W dwie godziny pokonałem zaledwie 350m różnicy poziomów. A miałem wspiąć się 1400 metrów. Czasu nie miałem za wiele, kilka godzin do zmroku. Kolejne dwie godziny były lepsze, 600metrów. Stromo, ale tylko czasami brnąłem przez śnieg. Wiatr dużo silniejszy, ale w słońcu nie było źle. Nawet spaliłem sobie nos, jak potem zauważyłem. Zawsze mam krem ale nigdy mi się nie chce go użyć.

Dotarłem na spłaszczenie przed kraterami szczytowymi i zacząłem trawers Centralnego. Okazało się, że to co z dołu wydawało się bezśnieżnym terenem, jest roztopionym i zamarzniętym śniegiem pokrytym popiołem wulkanicznym. Przebijając lód i zapadając się po łydki w śniegu przemieszczałem się do skraju krateru kolejne dwie godziny. Do tego trzy krótkie postoje na trasie.

Pogoda bezchmurna. Nawet Etna zrobiła mi prezent i gazy szły na wschód, więc nie musiałem ubierać maski. Ale na skraju Krateru Centralnego, na prawie 3300m już tak miło nie było. Potworny, lodowaty wiatr. Po minucie zacząłem zamarzać. Znowu mną przewracało. Jeden podmuch prawie wepchnął mnie do krateru. Byłem świadkiem erupcji gazowej. Piękny widok, ale widziałem na Etnie większe. Jedna prawie mnie zabiła w 2017 roku, gdy byłem w kraterze. W tych warunkach zrobienie zdjęcia stanowiło karkołomne zadanie. Z trudem kilkukrotnie nacisnąłem spust migawki. Walczyłem nad utrzymaniem równowagi i podziwiałem dymiące kratery oraz zachód słońca. Obszedłem kawałek Krateru Centralnego (Bocca Nuovo), spędziłem tutaj raptem 15 minut. Mróz i wiatr odbierały mi czucie nie tylko w rękach i stopach.

NA ZDJĘCIACH: zejście z Etny, w niższych partiach, gdy pogoda się poprawiła. Byłem przygotowany na zabawę Sylwestrową, niestety Etna w tym czasie postanowiła mnie zabić i nie mogłem użyć moich rekwizytów. Dalej schron Galvarina, włoska ekipa i włoska kolacja. Dymiąca Etna oraz zachód słońca. Jak również partie szczytowe Etny w tym Krater Centralny i erupcja gazowa. 


Znajdź mnie

Reklama

Wydarzenia

Brak wydarzeń

nationalgeographic-box.jpg
redbull-225x150.jpg
tokfm-box.jpg
tvn24bis-225x150.jpg

Reklama

Image
Klauzula informacyjna RODO © 2019 Grzegorz Gawlik. All Rights Reserved.Projekt NRG Studio
stopka_plecak.png

Search