Blog

Blog

ETNA – zmiany jakich nie było od kilkudziesięciu lat - PROJEKT 100 WULKANÓW

Wulkan Etna to mój dom. Na tą eskapadę wybrałem fragment przeze mnie zaniedbany podczas ostatnich eksploracji. Gdy tylko przyleciałem do Katanii dwa autobusy dowiozły mnie późnym popołudniem do Zaferrana Etnea. Podczas przesiadki zrobiłem zakupy, zwłaszcza wody, by z 15kg wagę plecaka zwiększyć do ponad 25kg. Zaferrana to jedno z niewielu miasteczek pod Etną, do którego kursuje autobus kilka razy dziennie. Ostatnimi czasy często tu bywam, choćby po trzęsieniu ziemi z końca 2018. W sąsiednim Fleri od tego czasu niewiele się zmieniło – ruiny i uszkodzone budynki jak straszyły tak straszą. Nie chcąc tracić czasu nie przepakowałem się. Duży plecak z częścią zakupionej wody, mały plecak z elektroniką i mnóstwem różnego badziewia, w ręce reklamówka z resztą wody. Taki marsz pod górę wygodny nie był, ale chciałem dostać się przed zmrokiem do Valle del Bove – doliny a w zasadzie rozpadliny.

W Katanii przywitało mnie 20 stopni Celsjusza, tutaj było dużo chłodniej, przyjemniej. W lecie tak ubrany i upakowany zgrzałbym się niemiłosiernie, a i tak czułem jak koszulka wilgotnieje a z czoła kapie pot. Z 580m dotarłem do doliny na wysokość 1030m, znalazłem miejsce na namiot na skraju pola lawowego. Na zegarku 18:00, całkowity mrok następował o 19:00, może 18:45, końcówka lutego. Ale nie było zimowo. Tą historię przerabiałem na Etnie na przełomie lat 2018 i 2019, kiedy niespotykany atak zimy i huraganowy wiatr prawie mnie zabiły. Namiot zniszczony, nie dało się przejść kilku metrów, zabrałem wtedy sprzęt spodziewając się łagodniejszej pogody. Skończyło się tylko na odmrożeniach, ale przetrwałem. Nauczony na błędach, tym razem miałem dużo lepszy sprzęt, chociaż spodziewałem się dużo lepszej pogody. Lepszy sprzęt niestety oznacza cięższy, dlatego niechętnie taki targam ze sobą. Kilkudniowa wycieczka a ja obładowany jak na miesięczną wyprawę w Himalaje. Etna jest górą wybitnie południowo – północną. Co to oznacza? Że na południu nawet w zimie śnieg nie utrzymuje się długo, dłużej w zagłębieniach, nieckach i szczelinach, poza ciepłymi partiami szczytowymi. Nawet jak spadnie, dzień, dwa i topnieje. Na północy z kolei zwykle panuje sroga zima Dużo śniegu, lodu, bardzo trudne warunki, zimno. W ciągu godziny przechodząc z północy na południe można się znaleźć w zupełnie innym krajobrazie. Na zdjęciach widać jakby dwie różne góry, pt. totalna zima i lato.

Miałem szczęście i u progu marca śniegu na południu było bardzo niewiele, choć już od 1000m w zagłębieniach czasami się pojawiał.  By nie tracić wody, czasami go jadłem. Zapowiadała się też bardzo dobra pogoda, choć martwił mnie wiatr. Etna często wygląda jak z widokówki, a w partiach szczytowych rządzi huragan.

Kolejnego dnia zaplanowałem podejście na sam koniec Valle del Bove przez pola lawowe, aż do podnóża kilometrowej ściany, a licząc od szczytu ma nawet 1500m. Dosyć karkołomny pomysł, bowiem od lat jeśli lawa spływa to zwykle do Valle del Bove. Utworzyła tutaj pustynię wulkaniczną. Młoda lawa jest bardzo krucha, ciężko się po niej chodzi. A każda wywrotka grozi kontuzją, zniszczonym ubraniem i poranionymi dłońmi jeśli nie mamy rękawiczek. Widoki zapierające dech, zwłaszcza jak się ogląda je z bocznych urwisk. To dlatego mówi się – rozpadlina. To podłużny rodzaj doliny o skalistych zboczach. Powstawała przez tysiące lat na skutek erupcji Etny i trzęsień ziemi. Ma 37km2 i stanowi barierę trudną do pokonania. Jeśli z innych stron Etny nie brakuje ścieżek, od południa przez del Bove ciężko się przedostać. Najłatwiej to zrobić poniżej doliny przez Zaferrana albo powyżej, w niebezpiecznych partiach szczytowych Etny, czego się nie praktykuje.

Jej zbocza są strome, stanowią punkty widokowe, a dno powoli wypełnia lawa. W niższej partii jest charakterystyczne zalesione wzniesienie Monte Calanna 1328m. W okolicy jest też kilka mini zagajników i pojedynczych drzew. Etna pozwoliła im wyrosnąć i jeszcze nie zalała lawą. Pod Monte Calanna zostawiłem swój dobytek – już upchany do jednego plecaka, wszedłem na wierzchołek, na który nawet prowadzi znakowany szlak. Wybrałem jednak drogę przed siebie, przez pola lawowe, bez ścieżki. Schodząc z pagórka uzmysłowiłem sobie, że na ogromnym polu lawowym jest tyle zagłębień, a w jednym z nich mój plecak, że mogę go łatwo nie odnaleźć. Trzeba było w wyższym punkcie blisko niego zostawić jakiś znak – kijek czy butelkę. Straciłem jednak tylko kilka minut by go odnaleźć. Podszedłem wyżej, by na skraju zagajnika zostawić go na dłużej, tym razem zapisałem współrzędne gps. Wg map gdzieś tutaj, w którymś z nich, ma być malutkie kamienne schronisko (Rifugio dagala del Picchio). Idąc na lekko chciałem dojść do krateru Monti Centenari 1860m, który powstał podczas erupcji w 1852 roku. Na razie broni się przed lawami spływającymi po bokach. Wędrówka dawała w kość, a dzień do długich o tej porze roku nie należał. Na szczęście dobra pogoda pozwalała od czasu do czasu widzieć go na horyzoncie, a ja przez pola lawowe maszerowałem w dół i w górę naprzemiennie. Upadając i raniąc dłonie nieraz. W końcowej fazie ku mojemu zdziwieniu natrafiłem na namiastkę ścieżki, choć bardziej to były powbijane patyki orientacyjne, które prowadziły od krateru na wschód Valle del Bove, gdzie zamierzałem zakończyć dzień.

Wiatr wiejący często w kierunku Morza Jońskiego gazy wulkaniczne sprowadza na dno doliny co utrudnia wędrówkę, ale tego dnia było dobrze. Lawa już próbowała wtargnąć do Monti Centenari, ale nie zniszczyła go, obok był płat śniegu przykryty drobnym materiałem piroklastycznym, wyglądający na coś więcej niż jednosezonowy, ale lodowcem czy nawet lodowczykiem nazwać go nie można. Choć być może jest w stanie przetrwać dłużej niż rok. Droga powrotna była karkołomna jak to po lawie, ale dzięki współrzędnym gps i zostawieniu plecaka w widocznym miejscu, łatwo go namierzyłem. Poza mną nie było żywej duszy i tak miało zostać do końca wędrówki po Etnie.

Z pełnym obłożeniem ruszyłem przez ogromne pole lawowe na skraj Valle del Bove. Jeszcze rano miałem nadzieję, że uda się nawet podejść kawałek jej skrajem, ale się przeliczyłem. Natrzaskałem tego dnia mnóstwo kilometrów, a na skraj doliny dotarłem o 19:00, zapadł zmrok. Rozbiłem się obok niewielkiego murowanego domku, zamkniętego. Ale jest też tutaj studnia, z całkiem dobrą wodę. W ciągu dnia, gdy ciepło i wielki wysiłek, bardzo się chce pić. Dzięki studni nie musiałem tak bardzo reglamentować wody. Z tego miejsca biegnie ścieżka do Monti Centenari.

Miałem ze sobą palnik i nawet w Katanii w jakimś sklepie przemysłowym przypadkiem udało mi się kupić kartusz nabijany (innych tutaj nie spotkałem). Tylko co z tego że miałem adapter by móc taki kartusz podłączyć do palnika "zakręcanego", jak chyba komuś pożyczyłem przejściówkę i do mnie nie wróciła. Dopiero na Etnie sobie to uświadomiłem. Lecz to nie problem wytrzymać ileś dni w chłodzie pijąc tylko zimną wodę, szkoda tylko niepotrzebnego balastu w plecaku. Dzięki ujęciu wody nie żałowałem, że nie starczyło czasu na dojście do niewielkiego Rifugio Pietracannone, to niby tylko pół godziny drogi, czołówkę miałem, ale namiot dawał mi pełną wolność. Uwielbiam spać w namiocie.

Obawiałem się tego dnia. Czy tak z marszu pokonam zaplanowaną trasę z tak ciężkim plecakiem. Zawsze się obawiam, ale zawsze się okazuje, że organizm daje radę. Powoli piąłem się do góry, czasami była nawet ścieżka. Valle del Bove efektownie prezentowała się z góry, w tym charakterystyczna porośnięta skała Rocca Musarra. Zza drzew coraz lepiej było widać dymiącą jak zawsze Etnę. Dotarłem do krateru Monte Rinatu ok. 1650m, w oddaleniu zaczęło się wyłaniać całoroczne schronisko Rifugio Citelli 1741m. Śpiąc na 1240m, do pokonania miałem 1600m różnicy poziomów, a tak naprawdę jeszcze przynajmniej 100 metrów wliczając przełączki między wzniesieniami. Tam gdzie była namiastka ścieżki szło się sprawnie, tam gdzie jej nie było przedzieranie się przez chaszcze i skałki spowolniało tempo. W lesie spotkałem miejscami sporo płatów śniegu.

Ucieszony że las coraz rzadszy i będzie się szło przyjemniej, zaniepokoił mnie wiatr. Już nisko dawał się we znaki, stawał się coraz bardziej uciążliwy. Wiał w dół, co nie pomagało. Oczywiście lodowaty. Gdy zbliżałem się do 2000m siła tak się wzmogła, że nie mogłem iść ani utrzymać pionu. Podmuchy mnie przewracały. A niby bezchmurnie, sielankowe krajobrazy. Przyznam, że przeszła mi przez myśl rezygnacja. W takich warunkach nie byłem w stanie działać czy rozbić namiotu. Nawet przyzwoity który zabrałem, nocy pod takim naporem wiatru by nie przetrwał. Przy jego sile zero szans by wejść na Etnę. Gdy wiatr wieje dobre ponad 100km/h człowiek zaczyna być bezradny. Biłem się z myślami i wpadłem na pomysł. Choć wiał centralnie na mnie, cofał mnie, to wędrówka poniżej grani dawała jakieś szanse. Dużo trudniej, dłużej, trawers zbocza raz sypkiego, raz skalistego. Jak to się nie uda trzeba będzie zawrócić. Spróbujmy, choć dzień się kończy.

I dało się iść. Strasznie ciężko, ale jednak. Woda w butelkach zaczęła zamarzać, co nie dziwne, bo ostatni nocleg również był na minusie. Przemarzałem, powoli poruszając się do przodu i tracąc dużo czasu. Przed obserwatorium wulkanologicznym – Osservatorio Etneo 2820m musiałem wejść na grań. Tutaj dopadła mnie kolejna przeszkoda, mocno oblodzony pagórek – Pizzi Deneri 2845m Bez raków nie dało się normalnie przejść po tym lodzie – ryzyko kilkuset metrów zjazdu w dół - a ich nie miałem, bo za ciężkie i niepotrzebne. Walcząc z wiatrem i lodem przez sam wierzchołek przedostałem się pod obserwatorium – prawie zawsze zamknięte, jak tym razem. Wokół pełno zlodzonego śniegu i silny wiatr. Północna Etna wita, tak samo jak zapadający zmierzch. Do tego ślepłem. Widziałem jak przez mgłę. Nie przez śnieg. Tylko przez wiatr bijący po oczach i niosący ogromną ilość drobnego popiołu wulkanicznego. Skutek jednak jak średniej ślepoty śnieżnej, ale na szczęście bez charakterystycznego bólu. Na ten wyjazd zapomniałem jednej ważnej rzeczy - gogli ochronnych. Skądinąd nie zapomniałem okularów „lodowcowych”, co mi się zdarza. Ale gdy prawie noc, zakładać jeszcze przyciemniane okulary, słaby pomysł. A wcześniej walcząc z naturą, nie miałem siły wygrzebać ich z plecaka.

Dobrą rzeczą było, że poniżej obserwatorium na wysokości 2740m znalazłem zalodzoną nieckę, gdzie wiatr był do przyjęcia, do tego słabł. Na wyczucie rozbiłem namiot, włożyłem kilka kawałków lawy do środka, mając za podłogę nierówny lód. Nie miało to większego znaczenia, bo pobudkę zaplanowałem na 2:45. Znaczenie miało czy odzyskam wzrok? Z oczu wydłubałem sporo piasku wulkanicznego. Jeszcze o północy nie było całkiem dobrze, ale gdy zbierałem się do wyjścia, oczy pracowały jak należy. Siarczysty mróz, nadal wyczuwalny wiatr, ale absolutnie do przyjęcia. I prawie cała droga na szczyt po polach lodowych. Dało się iść bez raków, choć poślizgnięcia i upadki się przydarzyły. Sprawę ratowały kijki. Które przed dwa dni uległy uszkodzeniom i złamaniom, ale reanimacja dawała szanse, że dotrwają do końca pobytu na Etnie.

Wdrapałem się na Krater Północno–Wschodni. Tu już miło nie było. Wiatr dający się wytrzymać, ale lodowaty i silny, a najbardziej przeszkadzał pył który przenosił. Musiałem ciągle mrużyć oczy. Nie obyło się bez maski przeciwgazowej, bo cała Etna jak prawie zawsze dymiła, a gdy jest lawa blisko powierzchni to dymi jeszcze bardziej toksycznie. Z krateru wydobywały się ogromne ilości trujących gazów, a niewielka czerwona poświata wskazywała na lawę wewnątrz. W dużo mniejszej ilości niż siedem miesięcy wcześniej pod koniec lipca 2019. Wędrówka skrajem popękanego krateru, stromego, w ciepłym grząskim popiele, przy bardzo ograniczonej widoczności, to nigdy nie jest dobry pomysł. Zwłaszcza w nocy. Balansowałem na granicy śmiertelnego upadku do krateru. Czy musiałem iść tamtędy? – oczywiście że nie, ale oglądanie wulkanicznych widoczków niezbyt mnie interesuje. Muszę być w sercu wulkanu, widzieć, badać – z jak najmniejszej odległości.

Gdy powoli budził się dzień, dotarłem w rejon głównego wierzchołka Etny – był tutaj od lat. Ale „znikł”, jak przypuszczałem po ostatniej wizycie - wpadł do krateru. To było nieuchronne. Choć nie sądziłem że tak szybko. Ostatnia działalność erupcyjna Etny zrobiła swoje. Z wygodnego do wędrówki obramowania krateru, gdzie były głazy i stabilne podłoże wszystko zamieniło się w tor przeszkód. Duże nachylenie, spękania, nierówny teren, popiół. Nie był to spacer jak kiedyś. A wierzchołek tego krateru obniżył się do 3293-3294m z 3327m (w lipcu 2019) i z wcześniejszych 3331m. Drugi najwyższy jego punkt 3315m, też w ostatnich latach ucierpiał i się obniżył. Stało się. Najwyższy szczyt Etny zmienił swoje położenie. Zwiastowałem to od lata, ale trudno było uwierzyć, że faktycznie do tego doszło. Przez wiele lat nie następowała ta zmiana, przynajmniej przez kilkadziesiąt. Ale paradoksalnie nowy szczyt, choć niższy o prawie 15m jest dużo łatwiejszy do zdobycia. Mierzy 3314m i znajduje się na pierścieniu Krateru Centralnego od strony Kraterów Południowych. Tylko jak długo? Wokół wszystkich czterech kraterów szczytowych są miejsca niższe zaledwie o kilka – kilkanaście metrów. Wszystko się może szybko zmienić. Na szczęście temu nowemu wierzchołkowi Etny – nie grozi aktualnie upadek do krateru. Ten kopulasty fragment jest w miarę stabilny od lat, choć w jego zboczu do niedawna działało jezioro płynnej lawy i są po tych wydarzeniach popękania oraz kilka dymiących otworów.

Jednak to wszystko nieważne, bo rodzi się nowy wierzchołek Etny, na którego nie da się wejść, bo bucha z niego lawa. Praktycznie przez cały czas, z mocniejszymi wyrzutami, co 20 minut gdy tam przebywałem. On w tej chwili jest już wyższy od najniższych partii Krateru Centralnego, które mierzą ok. 3240m, a prawdę powiedziawszy ma około 3300m. Codziennie przyrasta i jest bardzo bliski stania się najwyższym punktem Etny. Jeśli jakaś większa erupcja go nie rozwali albo lawa nie przestanie osadzać się na jego zewnętrznym obramowaniu – tak właśnie się stanie.

To co się stało w Kraterze Centralnym zaparło mi dech w piersiach. To była zawsze wielka i głęboka dziura – podzielona na części: Bocca Nuova i Voragine. Gdy kiedyś zszedłem na dół, prawie zabiła mnie erupcja gazowa. W lipcu 2019 to była wielka dymiąca czarna dziura z działalnością erupcyjną – wystrzałami gazów i popiołów wulkanicznych. Rodził się nowy wulkan w wulkanie. Przez 7 miesięcy wypełnił większość Centralnego i urósł o 300-400 metrów w zależności z którego punktu tego pierwszego patrzeć. Niezwykle efektowne. Huki, strzały, lawa fontannami wyrzucana na zewnątrz. Potrzebuje ona coraz więcej mocy, by wydostać się z coraz wyższego stożka. Może dlatego obok niego a pomiędzy obramowaniem (pierścieniem) Centralnego jest drugi krater z którego również bucha lawa. Czasami czynią to równocześnie. Ten mniejszy otwór lawowy jest aktywniejszy, nawet co 5-10 minut dochodziło do wyrzutów lawy, bardziej rozproszonych, nie tworzącej tak idealnej fontanny. Za to siła rozrzutu była większa, czasami duża, kawałki spadały na obramowanie Krateru Centralnego. Te otwory i charakter erupcji odpowiadały pobliskiemu wulkanowi Stromboli, który z takiej aktywności znany jest od setek lat, a na Etnie występuje tylko czasami.

Zawsze się pcham na wulkanach tam gdzie nie powinienem, to silniejsze ode mnie. Choć lekarze pewnej specjalności nazwaliby to inaczej. Mój bezpiecznik odpowiedzialny za strach permanentnie nie działa, więc musiałem podejść możliwie blisko otworu z wyrzutami lawy. Na szczęście jej prędkość spadania nie była duża, z temperaturą było zupełnie odwrotnie. Ale znam dużo gorętsze lawy. Miałem ubrany kask, a nie zawsze mam, choć zawsze pod ręką. Jakoś mnie te kaski wkurzają, niewygodne są. Skupiony na pięknie erupcji, zamiast na latających kawałkach lawy, w ostatniej sekundzie zauważyłem jak leci na mnie. Nie mały, nie duży, ponad 500g, do 1000g. Zdążyłem tylko skręcić ciało dlatego zamiast w klatkę piersiową uderzył mnie w ramię. Trochę zabolało, ale nie poparzyło. Kontakt z kurtką był tylko przez ułamek sekundy. Potem podziwiałem go z bliska. Środek czerwony, obrzeża już czarne.

Przy tylu atrakcjach zapomniałem że wieje, przemarzłem, mam w oczach pełno pyłu, męczy mnie oddychanie gazem wymieszanym z powietrzem. Maski mnie jeszcze bardziej wkurzają niż kaski. Nastał do tego dzień. Na wysokości około 1800m rozłożyła się warstwa chmur, wspaniale się prezentujących. Poza tym tylko ja i Etna. Bo komu by się chciało robić takie rzeczy? I bardzo dobrze, kontemplacja erupcji wulkanicznych zawsze dostarcza mi metafizycznych przeżyć.

Podsumowując, trzy największe zmiany na Etnie są następujące. Wielki aktywny stożek plujący lawą w Kraterze Centralnym, obok niego drugi dużo mniejszy ale bardzo aktywny. Do tego nie ma już wieloletniego wierzchołka Etny. Mój ukochany wulkanie, a kiedy będzie naprawdę duża i długa erupcja z rzekami lawy na kilometry? Od prawie 20 lat takiej nie było. A najmłodsze zastygłe rzeki lawy oglądałem dwa dni wcześniej w Valle del Bove i tego dnia, lecz kilka godzin później. Pod koniec lipca 2019 nocą świeciła czerwona rzeka, a teraz pozostał czarny bardzo niewdzięczny teren do przemarszu.

Wpierw jednak musiałem wrócić do namiotu. Miałem zapisane współrzędne ale okazały się niepotrzebne. Zejście całkiem długie, bo po lodzie w dół bez raków, nie dało się iść szybko. Od północnej strony panowała jeszcze zima. Tego dnia powinienem dostać się do podnóża Etny, jeśli kolejnego miałem zdążyć na samolot. Wpierw do Rifugio Sapienza (Nicolosi Nord) ok. 1900m - miejsca stanowiącego centrum turystyczne Etny.

Zwykle wędrówkę w partie szczytowe Etny zaczynam dojeżdżając autobusem do Sapienzy. Tym razem jednak wystartowałem z niecałych 600m pokonując z ciężkim plecakiem 2700m różnicy poziomów, a jak doliczymy różne dodatkowe podejścia na trasie do wierzchołka - około 3000m. Nie zabrakło też wycieczek w bok na lekko. A cała eskapada to 4000m deniwelacji względnej pod górę. Marzyło mi się zejście do Sapienzy, by zdążyć na autobus publiczny do Katanii. Rano przywozi turystów przez miasteczko Nicolosi i około 16:00-16:30 zwozi. Około, bo rozkład czasami jest zmieniany zwłaszcza zimą o czym brak informacji, a dla kierowców odjazd 10 minut przed czasem z Sapienzy jest rzeczą zwykłą. Gdybym nie zdążył pozostałby mi autostop lub zejście pieszo do Zaferrana Etnea.

Czekała mnie długa trasa, nie od północy. Wybrałem drogę od południa, którą nie szedłem od dawna. Wiedziałem że będzie mniej lodu i cieplej, ale będzie trudniejsza, ze względu na duże nachylenie i pełno młodych rzek lawowych po których chodzi się koszmarnie, a z plecakiem istna mordęga. Partie szczytowe schodzą stromo na południe i nagle jest urwisko u którego podnóża jest Valle del Bove. Gdyby nie chmury świetnie bym widział jak wiele kilometrów po lawach niedawno tamtędy przemaszerowałem. Musiałem się wcisnąć pomiędzy okolice wierzchołka a skraj urwiska.

Po spakowaniu plecak był trochę lżejszy, bo zostały mi ostatnie 2 litry zamarzniętej wody. Z drugiej strony, parę kawałków lawy jak zwykle zabrałem, a namiot i śpiwór były wilgotne. Przeszedłem trawersem przez fragment doliny – Valle del Leone, znaną mi z ostatnich wypraw. Z 2740m znalazłem się na 2650m, skąd rozpocząłem stromy marsz do góry – na przemian po lodzie i kruchej lawie. Dostawałem w kość. Ale się mobilizowałem, bo jeśli nie zdążę na autobus będę musiał zejść 20km asfaltem w dół. Do Zaferrana, bo stamtąd jeździ kilka autobusów do Katanii, z Nicolosi nie jeździ prawie nic. Pewnie zszedłbym dawno po zmroku.

Momentami atakowały mnie opary gazowe z Kraterów Południowych zmierzające ku Morzu Jońskiemu. Obszedłem Krater Północno-Wschodni i Centralny, Południowo-Wschodni i przechodziłem obok Nowego Krateru Południowo-Wschodniego położonego najbliżej Valle del Bove. I pomyśleć że jeszcze 10 lat temu była to niewielka dymiąca dziura w zboczu znacznie poniżej Krateru Południowego, a teraz jest to w pełni samodzielny krater szczytowy Etny. Dotarłem do około 3000m i przechodziłem przez karkołomne rzeki lawy. Osypywałem się, upadałem. Słońce grzało, teraz przydałby się silniejszy wiatr.

Dojście w okolice Torre del Filosofo wydawało się że nigdy nie nastąpi. Idę i nic. Młodziutka lawa wysysała ze mnie siły i nie pozwalała na szybkie przemieszczanie się. W Torre del Filosofo ok. 2900m znajduje się najsłynniejszy punkt widokowy na Etnę, do którego można dojechać terenowym niewielkim autobusem. I dzięki drodze oraz popiołom i piaskom wulkanicznym maszeruje się przyjemnie i szybko. W tym miejscu są dwa kratery - Monte Frumento Supino i Montarelli (czasami używa się dla obu nazwy Barbagallo). To właśnie po wizycie w tym miejscu milion osób mówi, że były na Etnie. Wielu z nich będzie się uparcie spierać, że na szczycie. A do szczytu z tego miejsca jeszcze daleko, nie wolno wchodzić w partie szczytowe i scenerie które oferują miażdżą scenerie z Torrre del Filosofo. Które też są atrakcyjne, oferują imponujące krajobrazy wulkaniczne, w tym właśnie na partie szczytowe Etny. Czasami można stąd świetnie obserwować erupcje, a lawa przepływa w pobliżu.

Schodząc z lawowych pagórków i żlebów pochodzących z ostatnich lat na stare dobre piaski wulkaniczne była to ziemia obiecana. Włączyłem dopalacz i szybko przed siebie. Miałem bardzo realną szansę zdążyć na autobus. Kratery Południowe pożegnały mnie ładną popiołową erupcją. Chyba nawet nie minęły dwie godziny jak siedziałem oparty o murek na parkingu obok Rifugio Sapienza. Pokonałem znacznie dłuższą trasę w znacznie krótszym czasie niż wcześniejsze odcinki. Z Torre del Filosofo zjechały ostatnie autobusy z turystami, kilka osób kręciło się koło działającej kolejki gondolowej (2500m, Funivia dell`Etna). Dalej zszedłem nartostradą, która praktycznie nigdy nią nie jest, bo nie ma śniegu, a jak spadnie szybko topnieje. Mimo słońca na wysokości 1900m było całkiem chłodno, wiatr nie pomagał. Nieźle dałem sobie w kość, ale usatysfakcjonowany jechałem autobusem w dół, który odjechał 7 minut przed czasem czyli przed 16:30. Korzystało z niego kilkanaście osób. A sam rejon Sapienzy był pustawy i senny, choć paręnaście samochodów stało zaparkowanych.

W centrum Katanii byliśmy po 70 minutach, powoli zapadał zmrok. Przeszedłem przez stare miasto, po drodze zrobiłem zakupy. Zatrzymałem się w jednym z hosteli, z których korzystam tutaj. Po kilku dniach mogłem się wykąpać, przebrać w ostatnie świeże ciuchy – powrotne – i napić kawy. Natomiast w dzień wylotu miałem czas na spacer po mieście, pyszne lody kawowe, grillowaną paprykę i zjedzenie dwóch kilogramów słodkich pomarańczy, jakich w Polsce nie sposób kupić. Gdy tam na górze był dziesięciostopniowy mróz a odczuwalność jeszcze mroźniejsza przez wiatr, tutaj w cieniu plus 20 stopni Celsjusza. Do tego pusta plaża, szum morza i potężny masyw Etny za plecami. Spokojny, choć ja wiem że tam na górze nie jest spokojnie, jest bardzo ciekawie. Czekam na dalszy rozwój wydarzeń. FILM Z WYJAZDU JEST: TUTAJ.

Kilka tematów końcowych.

Włochy odwiedziłem w momencie, gdy doświadczał je mocno koronawirus wywołujący chorobę, którą nazwano COVID-19. Epidemii koronawirusa, zaczęła towarzyszyć druga epidemia - zamykania wszystkiego co się da, wyłączania gospodarki, wyłączania normalnego życia z zakazem wychodzenia z domu wyłącznie. Izolacja ponad wszystko - taką drogę przyjęły Włochy, a później Europa i świat, z nielicznymi wyjątkami. Ale na Sycylii, gdzie wirus też był obecny – panował spokój. Pełno ludzi na ulicach, pełne kawiarnie, koncerty uliczne, żadnych maseczek na twarzach. Zero tematu wirusa w przestrzeni miasta. Jakbym trafił na inną planetę – rozsądnych ludzi, którzy uznali że trzeba zachować normalność. 

Wracając do Etny. Na początku marszu z samego podnóża wulkanu działała wielka chęć realizacji planu. Tam na górze adrenalina i walka z żywiołami. A potem pragnienie złapania jedynego autobusu do Katanii, by nie maszerować po zmierzchu trochę bez sensu kilku godzin asfaltem w dół. Lecz następnego dnia poczułem mięśnie nóg – czyli zakwasy. Co zdarza mi się niezwykle rzadko. Wnioski są dwa – wymyśliłem sobie bardzo ciężką trasę w krótkim czasie. Jak również pisanie książki o wulkanach i inne prace przyspawały mnie w ostatnich 12 miesiącach za bardzo do krzesła i komputera. Od niepamiętnych czasów tak nie było, choć oprócz kilku europejskich krajów odwiedziłem Afrykę i Amerykę Północną. Dlatego na rok 2020 zaplanowałem wyjazdów jak na 3 solidne lata - które postanowili zniweczyć politycy swoimi decyzjami, zamykając granice. Po dwóch dniach od zejścia z Etny po zakwasach nie było śladu. Gorzej z drobnymi uszkodzeniami przez ostrą lawą – rąk, nóg i pośladków.

Jakie straty w sprzęcie? Połamane kije trekkingowe, zniszczone stuptuty, rękawicę porwał wiatr, podziurawiona mata, zniszczone spodnie goretexowe, pocięta przez lawę kurtka goretexowa (jeden krótki wulkaniczny wypad jeszcze przeżyje), rozwalony aparat fotograficzny (jeden z trzech), podeszwy butów uszkodzone, namiot m kilka nowych dziur od lawy na której był rozbity.

Etna zimą to groźne miejsce, a wędrówka z plecakiem i pełnym ekwipunkiem biwakowym – karkołomna. Etna od 3000m wzwyż jest zawsze bardzo groźnym terenem, a czasami też poniżej tej granicy. Wszystko za sprawą erupcji i toksycznych gazów. Dlatego zwykle jestem tam sam, czasami pomieszkuję.

Moja choroba zwana perfekcjonizmem wymusza ode mnie by było coraz ciężej, jeszcze lepiej, jeszcze ambitniej, jeszcze bardziej wariacko. Ale dostaję coś w zamian i jestem z tego dumny. Znam każdy zakamarek Etny, przemierzyłem podczas moich badań już około 1000 kilometrów po lawach i popiołach. Otarłem się kilka razy o śmierć, a moje życie zagrożone jest zawsze. Brak atmosfery do oddychania, buchająca obok mnie lawa, mroczne krajobrazy – uwielbiam to. Zdobyta wiedza i umiejętności są bezcenne. Mam przed oczami zmieniającą się Etnę na przestrzeni kilkunastu lat. Nie ma takiej żaden wulkanolog na świecie, żaden nie spędził mieszkając w namiocie w partiach szczytowych Etny kilku miesięcy życia ani nie był w tych miejscach co ja. Mnóstwo wyrzeczeń, trudów, wypadków, walki z naturą. Lecz gdy miłość do wulkanów, ekstremalnych przeżyć, łączy się z nauką i wartościową wiedzą – ma to sens. PROJEKT 100 WULKANÓW ma już 15 lat.
Luty/marzec 2020

NA ZDJĘCIACH: 1) Valle del Bove i Monte Calanna 1328m, 2) Valle del Bove, 3) Valle del Bove i Monti Centenari 1860m, 4, 5) Valle del Bove i Etna 6) Valle del Bove i Monte Simone 2090m, 7) Grzegorz Gawlik w masywie Etny, 8) Obserwatorium - Osservatorio Etneo 2820m, 9) Etna w kierunku Valle del Bove, 10) droga w kierunku Torre dle Filosofo od kolejki linowej, 11) Widok na krater Północno-Wschodni, 12) erupcja z Kraterów Południowych od strony Torre fel Filosofo, 13) Krater Centralny, Grzegorz Gawlik i partie szczytowe Etny, 14) Krater Centralny, 15) Krater Północno-Wschodni, gdzie kiedyś był główny wierzchołek Etny, 16-20) erupcje z nowego stożka wulkanicznego w Kraterze Centralnym, 21-23) mniejszy otwór lawowy w Kraterze Centralnym i kawałek lawy, który z niego wyleciał, 24) Katania - morze, papryka, masyw Etny i mój plecak.

 


Znajdź mnie

Reklama

nationalgeographic-box.jpg
redbull-225x150.jpg
tokfm-box.jpg
tvn24bis-225x150.jpg

Reklama

Image
Klauzula informacyjna RODO © 2020 Grzegorz Gawlik. All Rights Reserved.Projekt NRG Studio
stopka_plecak.png

Search