Blog

Blog

ISLANDIA – erupcja wulkanu więc Projekt 100 Wulkanów musiał tam być

Rzadko się zdarza, by wulkan wybuchł tak blisko Polski, choć jednak trochę daleko. Rzadko się zdarza, by do erupcji doszło w tak łatwo dostępnym miejscu, notabene w pobliżu niemal jedynego międzynarodowego lotniska w Islandii. Wreszcie, rzadko się zdarza, by lawa płynęła kilka miesięcy, dając możliwość zobaczenia jej z bliska przez wiele tysięcy osób.

Wizyta na wulkanie nr 2. 12 czerwiec 2021 – dzień pierwszy. Uczestnicy wyjazdu Sunsary z drugą liderką wyjazdu Ulą szczęśliwie wyruszyli około północy do Polski, a ja po 22:00 ruszyłem na wulkan. Do pokonania miałem pieszo ok. 40 km. Niewiele, gdyby nie pewne okoliczności. Niezaleczona kontuzja kolana. Na plecach dwa plecaki – główny 20kg w tym sporo brudnych rzeczy będących jedynie balastem, podręczny z elektroniką przede wszystkim 10kg – upchany do dużego. Plus 4 litry wody na kilka dni, bo nie spodziewałem się wody tam gdzie będę. Pomimo że wody słodkiej na Islandii jest dostatek. Znam jednak podłoże wulkaniczne charakterystyczne dla tej części półwyspu Reykjanes. Do tego wszystkiego wzmagający się deszcz i wiatr. Plan miałem taki, że jeśli będzie padać dojdę z okolic lotniska do skrzyżowania z drogą 43, za którą rozbiję się na nocleg. To plan minimum. Ale jeśli pogoda będzie sprzyjała oraz uda mi się zmobilizować przejdę ile się da.

Po kilku kilometrach marszu wzdłuż drogi nr 41, zatrzymał się przede mną samochód, choć nie łapałem autostopa. To planowałem próbować zrobić dopiero na drodze 43, bo ta przy której byłem prowadziła do Reykjaviku. Podszedłem, zaczęliśmy rozmowę po angielsku, ale szybko się okazało, że kierowcą jest Karol mieszkający na Islandii, tak samo jak dobre 20 kilka tysięcy innych Polaków. Największa grupa etniczna poza Islandczykami. Do tego stopnia, że wiele rzeczy na Islandii można załatwić po polsku, interfejsy w sklepach samoobsługowych są po polsku, a prawie wszędzie pracują Polacy. Karol miał mnie podwieźć do skrzyżowania z drogą nr 43 i zaoszczędzić co najmniej godzinę marszu. Ale był tak uprzejmy i tak nam się fajnie rozmawiało, że podwiózł mnie w okolice Blue Lagoon, gdzie byłem przecież kilka godzin wcześniej. To był mój planowany punkt startu na wulkan. Karol miał przyjechać na trochę na Islandię, ale został, bo tak mu się tutaj spodobało, co absolutnie mnie nie dziwi. Dzięki Karol. Zaoszczędziłem wiele godzin marszu, ponad 20km. Karol wrócił na drogę do Reykjaviku a ja w paskudnej pogodzie ruszyłem przez pole lawowe, będąc już całkiem blisko mojego wulkanu. Co ciekawe, mój drogowy zbawca widząc gościa z wielkim plecakiem uznał że warto mu pomóc – szacunek – ale absolutnie się nie zdziwił że to Polak. Wariatów chodzących z wielkimi plecakami na Islandii wielu się nie spotyka. Ponadto super, że dzięki uprzejmości Sunsary mogłem pozostać bezpośrednio kilka dni dłużej na Islandii, a nie wracać do Polski i ponownie przylatywać.

13 czerwiec 2021. Dzień drugi. Leje deszcz, wiatr potęguje siłę uderzeń kropel podczas marszu. Północ już minęła. Choć trwa dzień polarny, przez tą pogodę jest bardzo szaro. Do celu szedłem na wyczucie. To nic trudnego gdy mniej więcej wiadomo gdzie jest wulkan, tylko planowałem dotrzeć do niego z drugiej strony względem tej, gdzie chodzą go oglądać turyści. Chciałem mieć spokój, być niewidoczny i realizować swoje pomysły, które dla osób z zewnątrz często byłyby uznane jako głupie i nieodpowiedzialne, a przede wszystkim niebezpieczne. Jeszcze ktoś „chciałby mi pomóc” wzywając służby na ratunek, a ja na żadne ratowanie ochoty bym nie miał. Generalnie, 16 lat Projektu 100 Wulkanów ma ten sam wspólny mianownik. Działam sam, nikt nie wie gdzie jestem i co dokładnie robię, a podejmowane przeze mnie ryzyko jest zero jedynkowe – albo wyjdę z wszelkich opresji sam cało albo nie wyjdę wcale. Stąd ratunek będzie zbędny. Na razie wulkany próbowały mnie zabić albo zrobić poważną krzywdę kilkadziesiąt razy. Ale żyję, kontuzje po wypadkach leczę i od nowa. Właśnie, moje kontuzjowane kolano, buntowało się podczas marszu. Ale w takich sprawach nie ma ze mną dyskusji, jak mówię że idę to idę – żaden ból ani ograniczona ruchomość mnie nie powstrzymają. Zresztą okropna pogoda robiła mi zimny okład i dało się iść.

Przed drugą w nocy rozbijałem namiot, który próbował mi porwać wiatr a deszcz zalać. Ta moja ułańska fantazja nawet mnie czasami dobija. A może przesadny optymizm tym razem, że akurat przez te kilka dni pogoda na Islandii będzie dla mnie łaskawa, jakbym nie wiedział jaka może być pogoda na Islandii. Plecak spakowany byle jak, bo przecież nie będzie tak lało by go przemoczyć. Pokrowca przeciwdeszczowego na niego nie wziąłem, bo nie mogłem znaleźć przed wyjazdem. Do tego wziąłem mój najlżejszy namiot ważących kilogram na tropiki i pustynie. Bo znowu się powtórzę, chyba aż tak padać i wiać nie będzie. A jednak. Za późno by coś skorygować, trzeba sobie radzić. Jak znalezienie jakiegoś zagłębienia na polu lawowym sprzed co najmniej tysiąca lat, by mnie wiatr nie porwał. Mój wspaniały jednopowłokowy namiot praktycznie nie był wodoodporny, więc drobinki wody wpadały do środka, dlatego miałem ze sobą turystyczny parasol, który otworzyłem od strony głowy, by chociaż na nią mi nie padało. Namiot miał na szczycie takie okienko wentylacyjne z czterech stron, którego nie dało się zamknąć, a wyjście z namiotu to moskitiera i kawałek materiału, czyli nie mogłem normalnie szczelnie go zamknąć. Musiałem ustawiać go tak, by nie wiało i nie padało w tą stronę, bowiem różnica pomiędzy środkiem namiotu a na zewnątrz byłaby niewielka. Namiot kosztujący grosze, miał słabe pałąki, nie miał odciągów, a śledzi na polu lawowym nie dało się użyć. Lecz te wszystkie mankamenty rekompensowała waga namiotu, a to jest bezcenne, kilka nocy to nawet bez namiotu w deszczu bym przetrwał, choć wiele powyżej zera stopni nie było.

Nastał dzień, choć nocy praktycznie nie było. Niedziela notabene. Gdybym był wstanie dojechać w okolice Grindavik publicznym transportem zrobiłbym to nocując w Keflavik, ale w weekend nie kursuje, choć w pozostałe dni też prawie nie kursuje, aczkolwiek „prawie” czyni znaczną różnicę. Dlatego wybrałem wariant pieszy. Pogoda za te moje jej lekceważenie postanowiła mnie ukarać i lało oraz wiało mocno. Z trudem się spakowałem, z trudem szedłem, a po dwóch godzinach marszu mokre miałem wszystko, wyłącznie z majtkami. Plecak nie ważył ok. 34kg, tylko ze 40kg. Wszystko przemokło. Ledwo byłem wstanie go założyć na plecy. Po mocno nierównym pagórkowatym terenie pól lawowych szło się karkołomnie, ale tego akurat się spodziewałem. Kontuzjowane kolano zdając sobie sprawę, że ignoruje jego bunt, zachowywało się prawie jak zdrowe. I tak miało pozostać przez kolejne dni. Cud.

Obchodząc wulkan od tyłu, musiałem się pilnować, by czasem gdzieś ktoś mnie nie zauważył (co jakiś czas widziałem policyjną terenówkę przemykającą drogami szutrowymi po tej okolicy). Nie robiłem nic nielegalnego, ale służby wszystkich krajów wulkanicznych zwykle uważają, że erupcje wulkanów są niebezpieczne, a każdy kto nie jest ich funkcjonariuszem to debil, który na pewno zrobi sobie krzywdę, więc nie można mu pozwolić wejść na wulkan. To skutkowało świadomym utrudnieniem trajektorii mojej trasy. Obfitowała w całkiem spore podejścia i zejścia, stromymi i sypkimi zboczami, albo dla odmiany kamienistymi. A końca nie było widać. Plecak wgniatał w ziemię. Niby wydawało się, że dymy wulkaniczne są tak blisko i zaraz będę obok wulkanu, a okazywało się że jeszcze kawał drogi przede mną. Pokonałem dobre 15km, gdy mogłem się rozbijać na płaskowyżu blisko wulkanu, ok. 270m n.p.m blisko wierzchołka Langhóll. W tych warunkach rozbicie go nie było łatwe, teren nie chronił mnie przed wiatrem ani deszczem a wchodzenie do mokrego śpiwora w mokrym ubraniu przyjemne nie było. Rozpocząłem proces suszenia wszystkiego własnym ciałem. Nawet plecak mogłem wykręcać. A pogoda była bez zmian – mocny opad deszczu, wiatr falował. Czekałem do wieczora, by ruszyć na moją pierwszą eksplorację wulkanu.

Ale żeby nie było że jestem aż tak głupi, specjalnie nie wziąłem notebooka na wyjazd i zabrałem dużo profesjonalnych baterii AA (paluszki) wraz z adapterami do zasilania aparatów fotograficznych. No i wziąłem wodę, bez której ta wycieczka zakończyłaby się szybko i bez sukcesu.

Moje ciało okazało się nienajgorszą suszarką, ale do suchości było daleko. Ubrałem mokre rzeczy, bo skoro idę na aktywny wulkan w poszukiwaniu lawy, powinno być ciepło. Darmowa suszarka. Pogoda mnie wpierw ukarała a potem nagrodziła. Przestało padać, wiatr znacznie osłabł. Udałem się do sąsiadującej z moim namiotem doliny Geldingadalur. Pierwotnie od niej nazwano ten wulkan i erupcję, bo szczeliny erupcyjne właśnie w niej powstały. Natomiast masyw górski, mocno rozczłonkowany nazywa się Fagradalsfjall. Później od niego nazwano ów wulkan. Najwyższym punktem jest Langhóll 391m, spałem 100 metrów poniżej niezbyt wybitnego szczytu, który odwiedziłem kolejnego dnia. Główny otwór erupcyjny urósł do blisko 300m n.p.m.

Kolejną nagrodą tego dnia było to co zastałem w dolinie Geldingadalur. Mianowicie rzeki lawowe ponownie spłynęły do niej i spod pola lawowego przez szczeliny w wielu miejscach wypływała świeżutka lawa. Z taką radością zbiegałem na dno stromej doliny, że musiałem stopą hamować o tą bardziej zastygłą lawę, dziesięć centymetrów obok była ta płynna o temperaturze dochodzącej do 900 stopni Celsjusza. Chłód Islandii, wiatr, niewielkie ilości gazów i różne punktowe wypływy lawy pozwalały nawet kucnąć nad nimi. Na chwilę tylko, bo gorąc potężny, ale gdybym chciał mógłbym lawę pogłaskać. W jakiejś takiej euforii ruszyłem na wulkan, że poza aparatem fotograficznym nie zabrałem nic, czyli też żadnego sprzętu ochronnego. A kontakt lawy z czymś bardzo mokrym mógł skutkować niewielkim wybuchem. Nieważne. Jakbym patrzył na najpiękniejszą kobietę świata, nie mogłem oderwać oczu od tego jak rozlewała się lawa, tworzyła różne wzory, zastygające warkocze. Świeża bazaltowa lawa przyjmowała kolor szaro-srebrny, bardzo efektowny. Dochodziły różne trzaski i dźwięki płynącej lawy. Trzeba było mieć szczęście by znaleźć się w odpowiednim momencie na takie wypływy lawy z pola lawowego. Choć przez kolejne dni byłem przy wszystkich polach lawowych stworzonych przez wulkan, tego zjawiska już nie zobaczyłem. Te inne też były niczego sobie.

Godziny mijały szybko, zrobiła się północ, co w lecie na tej szerokości geograficznej nocy nie oznacza. Ubranie wysuszone, nawet za bardzo. Miejscami ciut przytopione. Twarz opalona na wulkanicznym solarium. Dobrze że nie zabrałem wody, bo całą bym wypił, a wymagała ona ścisłej reglamentacji. Na 4 pełne dni i dwa po kawałku miałem 3,75 litry wody. Elektronika tym razem była ważniejsza od wody. Niecały litr wody na dobę przy tak intensywnych planach eksploracyjnych oraz działaniach przy tak wysokiej temperaturze, to ekstremalnie niewielka ilość. 4 litry potrzebne były na dobę, ale moje plecy by się zbuntowały. Wiedziałem że w terenie w którym będę przebywał szansa na znalezienie wody jest praktycznie zerowa.

Chodziłem wzdłuż całej doliny a przed wyruszeniem na wycieczkę, nie przyjrzałem się miejscu rozbicia namiotu. Na potężnym płaskowyżu bez charakterystycznych miejsc. Wiedziałem tylko mniej więcej gdzie jest. Malutki namiot, szary, idealnie się komponujący z otoczeniem. Ciężkie chmury powodowały, że panował półmrok. Wpierw byle jak go szukałem, ale gdy nie byłem go wstanie zlokalizować, wziąłem się do tego bardziej metodycznie, ale jednak za mało. Śmiałem się sam z siebie, bo nigdy nie miałem problemów ze znalezieniem namiotu. Mój kamuflaż zadziałał, by wziąć namiot idealnie pasujący kolorem do islandzkiego otoczenia i rozbić go w tak zwykłym miejscu, by nikt nie miał nigdy powodu w tamtych okolicach przechodzić. Gdyby ktoś z góry patrzył jak chodzę po tym płaskowyżu nie miałby wątpliwości – kompletny świr. Szukanie namiotu nie było wcale złe, bo wulkan sobie wybuchał, bo na polu lawowym były strumyki płynnej lawy. Tylko pamiętałem, że z miejsca gdzie rozbiłem namiot, ani otworu erupcyjnego ani pola lawowego widać nie było. Bezkresny płaskowyż. Po blisko dwóch godzinach stwierdziłem, że moją metodykę uczynię bardziej precyzyjną i zamiast włóczyć się blisko wulkanu ruszę w głąb płaskowyżu. Użyłem też zdjęcia zrobionego niedaleko namiotu jako mapy, by spróbować zlokalizować dokładniej miejsce namiotu po widocznych gdzieś hen na horyzoncie jakichś pagórkach, które posłużyły mi za punkty orientacyjne. I całkiem szybko namiot znalazłem, była druga w nocy. Nie można było tak od razu? Pewnie było można, tylko po co?

Na wyjeździe miałem urządzenia lokalizujące za pomocą satelit, ruszając na wulkan mogłem zaznaczyć rozbicie namiotu czy ślad którym szedłem, tylko po co? Lubię być analogowy, by nie zatracić zmysłów orientacji, dedukcji. Zbyt prosto jest, gdy elektronika w każdej sytuacji pomaga.

Islandia relacja – koniec artykułu 2/6.

NA ZDJĘCIACH ISLANDIA: zdjęcia 1-8 – erupcja wulkanu Fagradalsfjall; 9Lindarbakki – tradycyjny dom z torfu w Borgarfjördur-Eystri (najstarsze fragmenty datowane są na 1899r, większość drewnianych elementów to 1934r., jest to dom prywatny zamieszkiwany w okresie letnim); 10 – renifery we wschodniej Islandii i foki w północnej; 11 – pole geotermalne Hverir; 12 – erupcja gejzeru Strokkur w Geysir.


Znajdź mnie

Reklama

nationalgeographic-box.jpg
redbull-225x150.jpg
tokfm-box.jpg
tvn24bis-225x150.jpg

Reklama

Image
Klauzula informacyjna RODO © 2022 Grzegorz Gawlik. All Rights Reserved.Projekt NRG Studio
stopka_plecak.png

Search