Blog

Blog

ISLANDIA – zobaczyć jeszcze raz erupcję zanim wygaśnie

Wielka atrakcja jaką okazała się erupcja wulkanu Fagradalsfjall powoli się kończyła, bo wulkan wykazywał coraz mniejszą aktywność, przestoje w wyrzucaniu lawy. Obserwacja kamer internetowych zamontowanych wokół niego nie napawała optymizmem, że uda się jeszcze zobaczyć płynącą lawę.

To szósty artykuł (ostatni) z relacji eksploracji wulkanu Fagradalsfjall (i jego erupcji). Jeśli ktoś ma ochotę przeczytać całą relację, chronologicznie, polecam się cofnąć sześć artykułów wstecz lub kliknąć w ten link odsyłający do pierwszego artykułu: ISLANDIA – w 2021 roku wybuchł wulkan Fagradalsfjall na półwyspie Reykjanes.

Wizyta na wulkanie nr 3. 26 lipiec 2021. 40 dni od wcześniejszej wizyty na Islandii zmieniło się bardzo dużo pod względem aktywności wulkanu Fagradalsfjall. Jego erupcja bardzo osłabła, zaczęły się pojawiać dłuższe przerwy, gdy w ogóle wulkan nie wypluwał lawy. Nawet tygodniowe. Kolejny wyjazd z Sunsarą i nadzieja całej grupy na zobaczenie płynnej lawy. Lecz nadzieje niewielkie, bo wulkan spokojny od 2-3 dni. Też pozmieniały się ścieżki. Pierwotna nieistniejąca, bo pagórki poodcinała lawa, która musi odpowiednio zastygnąć, by znowu można było tamtędy chodzić. Najkrótsze dojście do wulkanu było od strony Grindavik i doliny Geldingadalur, ale tam szanse na zobaczenie lawy były zerowe. Przed naszym przyjazdem lawa najczęściej płynęła w kierunku Meradalir i tam należało jej szukać z jakimiś niewielkimi nadziejami na sukces. Tylko to kawał drogi i znowu pogoda nie dopisywała. Zimno, wietrznie, co jakiś czas padał deszcz, ale co najgorsze chmury konsekwentnie tak nisko przechodziły przez masyw Fagradalsfjall, że rejonu otworu erupcyjnego nie było widać.

Wpierw zabrałem grupę do doliny Nátthagi (ok. 60m n.p.m.), której dno pokrywała świeża lawa, a na końcu zrobiono mały wał ziemny, by ją powstrzymać. To miało miejsce około 20 czerwca i nie było potrzeby testowania wału. Dlatego nie było szans by zobaczyć tutaj czerwoną lawę, tylko kilka niewielkich parujących miejsc w głębi pola lawowego dawało znać, że niedawno tędy płynęła. Wprowadziłem ekipę na pole lawowe koło wału, bo tutaj było już bezpiecznie, choć przykładając w szczeliny rękę można było poczuć jeszcze ciepło. Nikogo na lawie nie było, moi towarzysze też mieli obawy. I słusznie, jak człowiek nie zna się na danym temacie lepiej być ostrożnym, nie ryzykować. Ale mieli mnie, gościa, który od 16 lat realizuje Projekt 100 Wulkanów i wie co jest bezpieczne a co nie. Zaufali mi i mieli dużo radości oraz nabrali większej odwagi. Idąc górską ścieżką w kierunku stożka Stórihrútur pola lawowe były czarne, zastygłe. Lecz pod stożkiem lawa była znacznie świeższa. Bardzo dużo dymów z pola się jeszcze wydobywało, było dużo cieplejsze, ale czerwonej lawy nie było. Gdy powiedziałem, że pierwsze 30-40 metrów jest bezpieczne i mogą wejść, sam je chwilę wcześniej sprawdziłem, ochoczo to uczynili. A za nimi inni zgromadzeni tutaj turyści, było w okolicy kilkadziesiąt osób, a na całej naszej trasie spotkaliśmy kilkaset osób. Podczas wędrówki do tego miejsca, kilka razy na krótko przejaśniło się i widać było otwór erupcyjny, z którego nic się nie wydobywało. Weszliśmy jednak na szczyt Stórihrútur z nadzieją, że gdzieś dostrzeżemy czerwoną lawę i w tym kierunku się udamy, ale mgły nie pozwoliły na to, zeszliśmy po sypkim rumoszu na druga stronę do doliny Meradalir. I tam znalazłem czerwoną lawę, zastygającą, choć powierzchnia pola lawy była już twarda, zastygła. W szczelinach można było dostrzec jednak czerwień. Wszedłem na pole, ale reszcie odradziłem, bo mogło być to dla nich niebezpieczne. Mając dobry punkt widokowy zauważyłem czerwoną zastygającą rzekę na wzgórzu poniżej otworu erupcyjnego. Było to niecały kilometr od nas, ale można było zauważyć jeszcze czerwony pas zastygłej już w dużej mierze lawy. Mieliśmy szczęście, bo zobaczyliśmy czerwoną rozgrzaną lawę, która na Fagradalsfjall tego dnia dostępna dla oczu była tylko tutaj. Lepsze to niż nic, choć nadzieje grupy były większe. Rozwiewałem je mówiąc, że jeśli w ogóle zobaczymy w jakiejś szczelinie czerwień lawy, to będzie duży sukces, a zobaczyliśmy tych szczelin więcej a nawet rzekę. Nie był to jednak świeży wypływ, na żywo. Byliśmy daleko od parkingu i czekało nas z 90 minut marszu w trudnych warunkach atmosferycznych. Fragmentami szliśmy po zastygłej lawie, która przecież tak niedawno była płynna, bo w zależności od miejsca zrodziła się: miesiąc – trzy miesiące wcześniej. To także fajne doświadczenie. Chodząc po takiej lawowej skorupie, jeszcze ciepłej, jest trochę adrenaliny. Mogłem pokazać typy lawy, skąd takie a nie inne kolory, wydobywający się siarkowodór, pusty już kanał lawowy, który utworzył jaskinię, z której wydobywało się jeszcze sporo ciepła. Także piękne zastygłe warkocze lawowe. Cała wycieczka, mocno górska, trwała dobre pięć godzin. Pojawiły się obawy, że będziemy mieli pecha, jak wulkan wybuchnie jutro czy pojutrze, a my będziemy już setki kilometrów dalej. Cóż, mogło tak być. Wizyta na aktywnym wulkanie nie była w planie wycieczki, to był bonus, bo doszło w roku 2021 do erupcji i to w miejscu łatwo dostępnym turystycznie.

Wizyta na wulkanie nr 4. 31 lipiec – 1 sierpień 2021. Grupa miała niedosyt, że nie zobaczyliśmy tydzień wcześniej rzek lawy. Gdy o 21:00 siedzieliśmy w termalnym dżakuzi i zobaczyliśmy na Youtube erupcję, pojawiło się pytanie i co my z tym zrobimy? Zamontowane w masywie Fagradalsfjall kamery na żywo pokazywały na wulkan z różnych ujęć, dzięki temu było wiadomo czy trwa jakaś erupcja, czy nie, gdzie płynie lawa. Spojrzałem na przekaz live i od razu wiedziałem że to dolina Meradalir, spływały nią piękne czerwone potoki lawy. Mimo sielankowej atmosfery podczas ostatniego noclegu na Islandii część ekipy miała wielką ochotę by to zobaczyć na żywo. Dla mnie jako lidera taka krótka objazdówka wyspy choć przyjemna to ciężka wielofunkcyjna praca od świtu do późnego wieczora, ale byłem w dobrej formie. W niektóre dni o tej porze byliśmy w trasie jeszcze. Grupa wiedziała, że mam prawo być zmęczony po tak intensywnych dniach, więc nieśmiało pojawiło się pytanie czy miałbym siłę i dał jeszcze radę? Generalnie zawsze jest we mnie chęć, nie tylko co do wulkanów, sił ciągle sporo – ruszajmy. Zresztą tylko ja mogłem uznać to za wykonalny pomysł, bo wiedziałem jak sprawnie dojść do tamtej doliny, najdalej oddalonej od drogi 427. Znałem świetnie teren. Bez tego ktoś by mógł tam chodzić całą noc i nie dotrzeć do celu, a o tej porze roku już były ciemne noce, do tego pogoda szara.

Wyszliśmy z wody, szybkie ubieranie, pakowanie, niektórzy jeszcze z drinkami wsiadali do samochodu. Przed nami było 150km i świadomość że wrócimy ok. 4 rano. Potem mamy cały dzień zwiedzania – ostatni i zaraz po północy wylatujemy do Polski, więc znów się nie wyśpimy.

Wystartowaliśmy o 21:30. Jechałem dynamicznie, pogoda była słaba, padało, długimi chwilami tzw. showers. Niektóre bardziej lokalne drogi w remoncie, jechaliśmy po szutrze. By dotrzeć do celu w rozsądnym czasie musieliśmy wystartować na wulkan z zupełnie innego miejsca niż to się robi standardowo. Zatrzymałem się na najbardziej wschodnim parkingu i szutrową drogą zaczęliśmy maszerować. Mgły, chmury, prawie nic nie widać, tak jest na Islandii nawet na bardzo niskich wysokościach bezwzględnych. Ale przestało padać, czasami kilka kropel mżawki tylko. Niby nasz trasa nie prowadziła do celu na wulkan, tylko go obchodziła, ale wiedziałem co robię. Na drodze spotkaliśmy wracający z objazdu patrol policji, spotkaliśmy kilka osób idących od strony wulkanu. Po ponad godzinie marszu nakazałem zejście z drogi i pójście na przełaj w lewo. Niedługo potem czerwona łuna pokazała nam, że jesteśmy blisko. Od startu minęło jakieś 90minut, gdy byliśmy na skraju doliny Meradalir, którą sunęła rzeka czerwonej lawy, tworząca kolejną warstwę lawy bazaltowej. Ze wzgórza który wieńczył otwór erupcyjny płynęło około dziesięć potoków lawowych. Czuć było ciepło, czerwona łuna rozświetlała okolicę, a mgły i chmury trochę się rozstąpiły i pozwalały podziwiać wspaniałe wulkaniczne zjawisko na wulkanie Fagradalsfjall. Nikogo poza nami nie było, choć niedaleko nas dostrzegłem później dwie inne sylwetki. Nacieszyliśmy się widokami i tą samą drogą ruszyliśmy z powrotem. Było ciemno jak w nocy, zimno. Błotniście miejscami. Nie miałem ze sobą GPS-a, towarzyszące mi osoby, gdy startowaliśmy pytały czy jestem pewien gdzie trzeba iść. Gdy wracaliśmy na drogę szutrową też mieli obawy. W końcu nic nie było widać. Ale moja orientacja jest na tyle dobra i ciągle trenowana, że bez problemów wróciliśmy do auta. Powrót, 150km, odbywał się w istnym oberwaniu chmur, droga tonęła w wodzie. Wycieraczki nie nadążały pracować. A trzeba było się sprężać. Ostatni dzień lipca był intensywny, pokonaliśmy kilkaset kilometrów, pierwszy sierpnia od rana też miał być taki. A my w nocy zamiast spać jeździmy sobie po wulkanach. O 3:30 nad ranem wróciliśmy do Gulfoss, by przespać się kilka godzin. Warto było. Ekipa zadowolona, z unikalnymi zdjęciami i filmami, a w tym okresie nielicznym dane było zobaczyć płynącą z wulkanu Fagradalsfjall lawę. Gdy nastał dzień i zmierzaliśmy do Błękitnej Laguny oraz na lotnisko, znowu przejeżdżaliśmy koło wulkanu, było widać stale wydobywające się niewielkie ilości gazów i dymów znad krateru, ale gdy rano zajrzeliśmy na kamery internetowe, po płynącej lawie nie było śladu. Mieliśmy naprawdę szczęście, a szybka decyzja była ze wszech miar słuszna. Gdybyśmy chcieli za dnia tam pojechać, nawet gdyby erupcja trwała, byłoby to kosztem planu dnia. A szkoda by było, no i wszyscy musieliby się zgodzić na taką zmianę. To był jeden z ostatni takich mocnych przejawów erupcji tego wulkanu, który można zobaczyć na filmie: TUTAJ (YT).

Wulkan Fagradalsfjall (Fagradals Mountain) zakończył erupcję 18 września 2021 – taką przyjęto datę (za volcano.si.edu), a żarzenie się law obserwowano jeszcze około 5 października. Zastygające wcześniej wypływy. Erupcja trwała 6 miesięcy. Na koniec listopada 2021 aktualny status aktywności oznaczony był kolorem żółtym czyli niespokojnym czyli oznaczającym że wulkan nie przeszedł w stan pełnego spokoju, w trwałą fazę nieerupcyjną (ciągle notowano liczne wstrząsy sejsmiczne). Jednak nie należało się spodziewać wznowienia erupcji.

Pola lawowe, które utworzył wulkan nazwano Fagradalshraun. Do erupcji 19 marca 2021 wulkan był uważany za wygasły lub uśpiony, choć ze względu na komorę magmową pod powierzchniową można go było traktować jako aktywny albo jako uśpiony z potencjałem przejścia w fazę aktywną czyli erupcji. Szacuje się, że ten konkretny wulkan ostatni raz wybuchł 6000 lat temu (apnews.com), choć są źródła która podają, że ostatnia erupcja miała miejsce nie wcześniej niż 10.000 lat temu (volcanodiscovery.com). Nie mylmy tych dat z erupcjami występującymi w pasie wulkanicznym Reykjanes, który obejmuje półwysep i przybrzeżne tereny w oceanie. Fagradalsfjall jest jednym z obiektów w tym pasie.

Wulkan przez volcano.si.edu został sklasyfikowany jako tarczowy systemu wulkanicznego Krysuvik-Trölladyngja. Choć mówienie wulkan szczelinowy też będzie poprawne. Ze względu na krótką erupcję i ukształtowanie terenu jest to taki miniaturowy wulkan tarczowy. Widać zalążek ale tej lawy musiałoby być więcej i wypływać znacznie dłużej, takie wulkany tworzą się latami. Warto jednak wspomnieć, że „stary masyw Fagradalsfjall” również uważany jest za wulkan tarczowy, choć mocno przeobrażony. Klasycznym islandzkim przykładem tego typu są wulkany Skjaldbreiður 1060m i Trölladyngja (1468m – najwyższy wulkan tarczowy Islandii), ale to jest inny wulkan, położony od Fagradalsfjall o 255km w linii prostej. System Krýsuvik-Trölladyngja najczęściej zwany jest systemem Krýsuvík (Krísuvík), jest jednym z kilku na półwyspie Reykjanes, nie posiada centralnego krateru, za to dużo szczelin i uskoków tektonicznych. Jego powierzchnia to ok. 350km2 (długość 55km, szerokość 13km). Najwyższym punktem jest Fagradalsfjall ok. 390m. Poprzedzająca 2021 rok erupcja w systemie Krýsuvík datowana jest na XIV wiek (dokładnie dwie, ale mają status niepotwierdzonych) i XII wiek (dwie o statusie: potwierdzone), ale na samym półwyspie kilka erupcji miało miejsce w późniejszych stuleciach. Teren jest znany z ciągłej aktywności geotermalnej oraz sejsmicznej. Coraz częściej Fagradalsfjall traktuje się jako odrębny system wulkaniczny. Zwłaszcza teraz, gdy po erupcji zyskał na znaczeniu. Wydaje się, że nie ma ku temu powodów, zwłaszcza że największe pole geotermalne Krýsuvík – Seltún w linii prostej oddalone jest zaledwie o 10km, a cały teren zasilany jest z tej samej komory lub komór magmowych. Od strony geografii wulkanicznej mówimy o pasie wulkanicznym Reykjanes (Reykjanes Volcanic Belt), na który składają się cztery systemy (kompleksy) wulkaniczne. One są bezsporne, choć są źródła, które wydzielają ich więcej na tym terenie. Od zachodu na wschód są to Reykjanes, Krýsuvík i Brennisteinsfjöll. Już praktycznie poza półwyspem, na wschodzie znajduje się czwarty system wulkaniczny – Hengill. Warto wspomnieć o kilku erupcjach w latach 1210 – 1240 (tzw. Reykjanes Fires). Były na tyle silne, że nazwano je pożarami, szczeliny erupcyjne miały długość nawet 10km, erupcje miały charakter wylewny. Doszło do nich w systemie wulkanicznym Reykjanes, spora część w rejonie Svartsengi, traktowanym czasami jako odrębny wulkaniczny system. Aktywność wulkaniczna na półwyspie Reykjanes związana jest z subdukcją na styku znajdujących się tutaj płyt tektonicznych – północnoatlantyckiej i euroazjatyckiej.

Choć dziwnie to zabrzmi erupcja ucieszyła lokalnych mieszkańców i generalnie przyniosła zyski. Tygodnie poprzedzające start erupcji 19 marca były uciążliwe z powodu licznych wstrząsów sejsmicznych ją zwiastujących. Nie były silne ale wyraźnie wyczuwalne i zawsze istniało ryzyko jakiegoś poważniejszego wstrząsu. Erupcja tylko na początku na chwilę zakłóciła na funkcjonowanie lotniska w Keflaviku, bardziej prewencyjnie niż było to potrzebne. Zwłaszcza że to jedyne międzynarodowe lotnisko na Islandii, wszyscy przylatują właśnie tutaj. A wulkan choć blisko nie tak blisko, a erupcja nie emitowała w atmosferę dużej ilości gazów i drobinek lawy, za wyjątkiem fazy początkowej. Później ruch odbywał się bez przeszkód, wyczuwalne dla ludzi wstrząsy ustały, a erupcja przyciągnęła dużo turystów i dała zarobić niejednej islandzkiej rodzinie. W Reykjaviku zrodził się cały biznes wycieczek na wulkan drogą lodową i powietrzną (transport, przewodnicy, nawet wypożyczanie sprzętu jak maska czy kask). Na mniejszą skalę będzie wykorzystywany w kolejnych latach, bo teren jest łatwo dostępny i idealnie umiejscowiony do zwiedzania. Erupcja nie wyrządziła żadnych szkód w infrastrukturze, choć pewnie służby poniosły dodatkowe koszty.

Islandia relacja – koniec artykułu 6/6. 

DWA MUZYCZNE SLIDESHOWY Z ERUPCJI: Youtube Slideshow 1 oraz Youtube Slideshow 2 .

NA ZDJĘCIACH ISLANDIA: 1-3) lawa spływająca do doliny Meradalir na przełomie lipca i sierpnia 2021, na 1) też fragment lodowca Hrutarjokull (na pierwszym lodowym planie) – by pokazać że Islandia to wyspa lodu i ognia. 4-8) erupcja wulkanu Fagradalsfjall (Geldingadalur) ale też autor Projektu 100 Wulkanów. Na zdjęciach warto zwrócić uwagę na lawy, w tym przekrój oraz na świeżo zastygłe warkocze lawowe, jak również na kanał lawowy, którym płynęła dopiero co lawa. 9-10) lodowa laguna Jokulsarlon z górami lodowymi (i amfibią z turystami), lecz w lewej górnej ćwiartce zdjęcia nr 10 widać też masyw Oraefajokull – najwyższej góry (wulkanu) na Islandii. Natomiast prawa górna ćwiartka to typowy islandzki krajobraz – ten w okolicach fiordu Hruta (pn-zach Islandia). 11) szare foki w dwóch różnych miejscach półwyspu Vatnsnes. 12) latarnia morska na płw. Vatnsnes, fragment skansenu w Glaumbaer, termalna wanna w Djúpavogskörin oraz wypasione geotermalne spa Błękitna Laguna (Blue Lagoon).


Znajdź mnie

Reklama

nationalgeographic-box.jpg
redbull-225x150.jpg
tokfm-box.jpg
tvn24bis-225x150.jpg

Reklama

Image
Klauzula informacyjna RODO © 2022 Grzegorz Gawlik. All Rights Reserved.Projekt NRG Studio
stopka_plecak.png

Search